Sushi con carne

Władimir Putin opanował do perfekcji zasady przyjmowania do NATO kolejnych państw. I nie waha się tej wiedzy używać. Zasadą w NATO jest to, że kraje członkowie nie mogą mieć żadnych poważnych zatargów granicznych, ani mocnych sporów terytorialnych z innymi. O tym, że powinny sprawować suwerenną władzę na całym swoim terytorium, nie wspominając.

Dzięki czemu do NATO nie może, po rosyjskim ataku i utworzeniu dwóch dziwnych rosyjskich tworów parapaństwowych w swoich granicach, apirować Gruzja. Tak samo jak od zawsze Mołdowa z rosyjskim Naddniestrzem. Od kilku lat możliwość WNATOwstąpienia Putin odebrał również Ukrainie, zagarniając Krym i utrzymując ruchawkę w Donbasie.

Teraz Putin rozgrywa stare karty w zupełnie innej grze. Takiej na duże pieniądze. Gra nosi nazwę Nord Stream 2. Dokończenia budowy gazociągu nie chcą Stany Zjednoczone i wiele krajów Europejskich. To to samo grono, które chciałoby widzieć Ukrainę jako ostoję spokoju i stabilności.
Co zatem robi Putin? Przesuwa kilka oddziałów wojskowych w okolice granicy z Donbasem, dając do zrozumienia, że jak skończy się blokada gazociągu, to jednostki wrócą do siebie. A co jak blokada nie zniknie?

Od przygotowania stolika do takiej rozgrywki są pożyteczni idioci Putina, tacy jak Salvini i Orban oraz zapędzone przez przyjaźń z Węgrami nasze dyplomatołki. To ten tercet ma przygotować propagandowy grunt, do sytuacji, jak Putin, nie mogąc tłoczyć gazu do Niemiec, będzie musiał się na serio zająć Ukrainą. Medialny ostrzał już się zaczął. Rosjanie finansują dziennikarzom z różnych krajów wyjazd do Odessy na rocznicę masakry w Domu Związkowym. Rocznica nieudanego zajęcia Odessy przez „zielone ludziki” ma udowodnić wolnemu światu, jacy to banderowcy są źli.

Putin robi to wiedząc, że Ukraina – w razie czego – nie może liczyć na zapowiadaną pomoc Stanów Zjednoczonych. Bo niby jak Amerykanie mieliby się tam dostać? Z nielubiącej Ukraińców dzięki rządom PiS Polski, czy sprzymierzonych mentalnie i nie tylko z Putinem Węgier i Turcji?
Władimir Władimirowicz wie, że Biden ma mocno związane ręce i żadnych argumentów by zdusić inwestycje w Nord Stream 2. Może zatem liczyć na to, że amerykański prezydent za zachowanie resztki twarzy w sprawie gazociągu poprzez umycie od niego rąk, nie da Putinowi pretekstu do interwencji na Ukrainie.

Rosyjski prezydent musi coś ugrać. Rosjanie muszą go znów jąć postrzegać jako zwycięzcę. Obciach, którego sobie narobił z uwięzieniem Nawalnego, rozlał się po Rosji zbyt mocno. Zbyt wielu Rosjan zobaczyło też film z posiadłością Władimira Władimirowicza. Kreml potrzebuje na gwałt sukcesu. Najgorsze jest to, że dokończenie Nord Stream 2 to może dla publiki rosyjskiej za mało. Zwłaszcza, że koronawirus i niskie ceny ropy nie dają Moskwie pieniędzy, którymi mogłaby uspokoić sytuację. Niestety – jak strasznie z naszej perspektywy by to brzmiało – Donbas i Ługańsk wkrótce Ukraińskie już nie będą. Jednak nie podzielą losu Krymu i nie zostaną inkorporowane. Będą jak Naddniestrze i Abchazja. Wrzodem na tyłku Ukrainy, skutecznie uniemożliwiającym jej bycie branym pod uwagę jako sojusznik militarny Stanów Zjednoczonych.

Ciekawe jednak jak w tej sprawie zachowają się Chiny? Najprawdopodobniej z właściwym sobie dystansem. Pekinu nic tak przecież nie cieszy, jak to, że Waszyngton będzie miał wzrok skierowany gdziekolwiek, miast kombinować następną akcję w wojnie handlowej z azjatyckim gigantem. Biden zajęty Putinem, to dla Xi Jinpinga najlepsza wiadomość. Dzięki temu Chiny mogą spokojnie robić to co robią i wzmacniać swoje wpływy w każdym kraju, który ani na Rosję, ani na USA liczyć nie może. Choćby w Birmie.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…

Dwaj mistrzowie

Finiszujący w ostatnich dniach ubiegłego roku festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską” (już czternasty!) zakończył się spektakularnym triumfem dwóch uznanych mistrzów tej kinematografii – Andrieja Konczałowskiego i Andrieja Smirnowa. Pośród szeregu pokazanych podczas festiwalu wyróżniających się najnowszych rosyjskich produkcji Grand Prix przypadł filmowi „Drodzy towarzysze!” Konczałowskiego, po drugą zaś nagrodę sięgnął „Francuz” Smirnowa. A sam ostatni „Sputnik” – co koniecznie trzeba tu dodać – okazał się, jak zresztą wszystkie poprzednie, bardzo interesujący, a także niezwykle sprawnie w niecodziennych warunkach on line zorganizowany; ekipie Małgorzaty Szlagowskiej-Skulskiej znów należą się brawa.

Andriej Konczałowski (dawniej piszący się Michałkow-Konczałowski, jak wiadomo – syn poety i dramatopisarza Siergieja Michałkowa i pisarki i tłumaczki Natalii Konczałowskiej oraz starszy brat aktora i reżysera Nikity Michałkowa), filmowiec o bardzo obfitym, przy tym i tematycznie, i stylistycznie nader zróżnicowanym dorobku, laury za swe filmy zbiera już od ponad półwiecza, od dłuższego też już czasu cieszy się statusem żywego klasyka. Mnie po raz pierwszy urzekł jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych – swą wtedy właśnie ukończoną „Romancą o zakochanych”, pięknie poetyzującą i patetyzującą sprawy najprostsze i najpowszedniejsze, a przecież dla ludzkiej egzystencji fundamentalne, do tego fascynującą swą odwagą i odkrywczością formalną, z nieledwie operową konwencją włącznie (Innokientij Smoktunowski w roli Trębacza!). Już po obejrzeniu „Romancy” poznawałem wcześniejsze filmy reżysera: powstały w 1965 roku jego błyskotliwy, stylizowany na radzieckie kino lat dwudziestych debiutancki obraz o porewolucyjnej walce nowego ze starym w kirgiskim aule – „ Pierwszego nauczyciela” według Czyngisa Ajtmatowa (cóż to był za świetny pisarz!) czy też nakręcone w 1969 roku „Szlacheckie gniazdo” według Turgieniewa, zniewalającą swą wizualną urodą nostalgiczną pieśń o dziewiętnastowiecznej Rosji, rzecz, w której wprawdzie zostało niewiele z dylematów rosyjskiego „zbędnego człowieka”, ale dostatecznie dużo o odrodzeniu przez cierpienie; ulubionej wtedy aktorce Konczałowskiego – Irinie Kupczenko, która grała Lizę, jako zjawiskowa Warwara Pawłowna partnerowała Beata Tyszkiewicz. Zaraz po „Szlacheckim gnieździe” pojawiła się, też szeroko komentowana i dyskutowana, kolejna ekranizacja rosyjskiej klasyki – Czechowowskiego „Wujaszka Wani” (1970); z kolei po „Romancy” Konczałowski wystąpił z epopeją „Syberiada” (1979), filmem-rzeką o dwudziestowiecznych dziejach dwóch syberyjskich rodów, w burzliwych czasach wielkich przemian to dzielonych wzajemną nienawiścią, to łączonych miłością. Nie zawsze jednak los mościł Konczałowskiemu drogę samymi różami: rozdygotany, niewesoły portret rosyjskiej wsi – „Historię Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła” (1967) skierowano na ponad dwie dekady na półki i przez ten czas skrupulatnie pomijano w biogramach reżysera. W końcu lat siedemdziesiątych Konczałowski wyjechał na dłuższy czas do Stanów Zjednoczonych, gdzie nakręcił sześć kolejnych filmów; choć zauważone tak w Stanach, jak i w Europie, olśniewających sukcesów artystycznych ani komercyjnych swemu twórcy nie przyniosły.
A w ciągu ostatniej dekady urodzony w 1937 roku Konczałowski przeżywa jakby drugą triumfalną młodość – każdy z wychodzących regularnie co dwa laty na ekrany jego nowych filmów staje się wydarzeniem. Niemal każdy też zdobywa nagrody na festiwalu w Wenecji, czym jakby domyka krąg jego filmowej drogi – bo przecież przed debiutanckim w pełnym metrażu „Pierwszym nauczycielem” była jeszcze krótkometrażówka „Chłopiec i gołąb” (1962), która przyniosła mu weneckiego Brązowego Lwa. Nakręcone w 2014 roku „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” – to liryczna opowieść o mieszkańcach rozrzuconej wśród jezior osady na rosyjskiej Północy. Bohaterką moralitetowego „Raju” (2016) jest paryżanka, rosyjska arystokratka, w czasie wojny zesłana przez hitlerowców do obozu za ukrywanie dwóch żydowskich chłopców; choć za sprawą od lat zakochanego w niej niemieckiego oficera może ocalić życie, dobrowolnie idzie do gazu w miejsce Żydówki, która podejmie się wychowania tych dzieci; tytułowy raj – to kraina nadludzi, o której marzy ów Niemiec, ale też wrota, w które wstępuje idąca na śmierć Rosjanka; metaforą piekła staje się obóz, w którym Żydówka recytuje w języku Dantego jego słynne strofy „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dante pojawi się też w finałowej wizji bohatera „Grzechu” (2018), wielkiego Michała Anioła ze szczytowych lat jego aktywności, wciąż owładniętego szaleńczą pasją tworzenia, a przy tym szamoczącego się między sprzecznymi żądaniami potężnych mecenasów i miotającego się w poszukiwaniach, nie zawsze najszlachetniejszymi sposobami, środków na opiekę nad rodziną i pomocnikami – „boskiego” (bo wszyscy już go tak mianują) artystę uspokojeniem obdaruje dopiero spotkanie z duchem autora „Boskiej komedii”.

Dla młodszego od Konczałowskiego o cztery lata, skądinąd też wychowanka Michaiła Romma, aktora i reżysera Andrieja Smirnowa prawdziwym entrée w wielkie kino stał się „Dworzec Białoruski” (1970) – opowieść o czwórce frontowych druhów, teraz spotykających się na pogrzebie jednego z oficerów ich batalionu, które to spotkanie nieoczekiwanie przeradza się w swoisty sprawdzian ich dzisiejszych postaw i ideałów. Konstantin Simonow pisał, że film „odsłonił moralną siłę frontowego braterstwa i, co szczególnie ważne, pokazał tę siłę nie jako coś, co pozostało w dalekiej przeszłości, lecz jako wartość posiadającą wpływ na sprawy i czyny współczesne”; po latach wspominano, że obraz młodego reżysera „od razu stał się częścią narodowej świadomości tak, jakby istniał tam od zawsze, jak drzewo na polu”. Ale jednocześnie raz po raz i Smirnowowi piętrzyły się kłopoty: nakręconej cztery lata później „Jesieni”, kameralnej historii miłości dwojga trzydziestolatków, zarzucono zredukowanie osobowości bohaterów wyłącznie do sfery erotyki i przyznano bardzo niską kategorię dystrybucyjną; filmu najpewniej wówczas w ogóle nie udałoby mi się zobaczyć, gdyby nie zamknięty pokaz dla doktorantów z bratnich krajów socjalistycznych, zorganizowany aż w Taszkencie. Od lat osiemdziesiątych Smirnow kręcenia filmów zaprzestał, choć wciąż był czynny (i niejeden raz nagradzany) jako aktor, na przykład odtwórca głównej roli męskiej w „Elenie” Andrieja Zwiagincewa; odrodził się jako reżyser dopiero po trzydziestu latach – głośnym obrazem „Żyła sobie baba” (2011), inspirowanej prozą Bunina panoramie ponurych dziejów rosyjskiej wsi w początkowych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, ukazanych przez pryzmat wstrząsającego losu młodej chłopki – cierpiącej biedę, poniewieranej, bitej, przecież heroicznie próbującej w tym infernalnym otoczeniu uchronić życie, wychować potomstwo, zbudować choćby na chwilę namiastkę szczęścia…

Na „Sputniku” Konczałowski i Smirnow spotkali się w epoce Chruszczowa. Francuzem z filmu Smirnowa jest młody francuski komunista, syn uciekinierki z ZSRR, podczas chruszczowowskiej odwilży (jest rok 1957) przyjeżdżający jako stypendysta do Moskwy, by kontynuować badania dziejów rosyjskiego baletu, przede wszystkim jednak podjąć próbę odnalezienia swego ojca, hrabiego Tatiszczewa, carskiego oficera, w 1937 roku osadzonego w łagrze, z którego udało mu się zbiec. Wraz z owym młodym Francuzem doświadczamy zarówno życia rosyjskiej bohemy w odwilżowej, choć nadal mocno kontrolowanej stolicy, jak
i wstrząsającej rzeczywistości prowincjonalnego Peresławia, gdzie dożywa swych dni obdarzony wybitnym talentem matematycznym, a teraz pracujący jako nocny stróż i wegetujący w krzyczącej biedzie Tatiszczew. Akcja „Drogich towarzyszy”, też jak „Francuz” czarno-białych, toczy się pięć lat później i koncentruje się na wydarzeniach w Nowoczerkasku – robotniczym strajku, który wybuchł tam latem 1962 roku w odpowiedzi na podwyżkę cen i równoczesne podniesienie norm produkcyjnych w miejscowej fabryce; podczas tłumienia robotniczych wystąpień zginęło dwadzieścia kilka osób, a potem w czasie procesów jeszcze siedem otrzymało wyroki śmierci (choć np. wydana u nas przez Ossolineum „Historia ZSRR” Davida Marplesa podaje wziętą z powietrza apokaliptyczną liczbę 7 tysięcy straconych, co polski edytor musi w przypisie stanowczo prostować). Film Konczałowskiego umiejętnie splata suchy paradokumentalizm z przejmującym wątkiem fabularnym, którego główną postacią jest Ludmiła Siomina, kierowniczka wydziału w miejskim komitecie partii, zarazem kochanka pierwszego sekretarza tego komitetu, zagorzała stalinistka i zwolenniczka radykalnych kroków wobec strajkujących; gdy w czasie zajść znika jej niepokorna córka, Siomina po bezskutecznych dramatycznych poszukiwaniach, już przekonana o śmierci dziewczyny, w końcu znajduje ją całą i zdrową, choć ukrywającą się przed milicją; przytula ją ze słowami jak z Czechowa; „będzie lepiej”, „będziemy lepsi”… Tę główną rolę w „Towarzyszach” gra obecna małżonka i muza reżysera, zresztą pochodząca z Nowoczerkaska aktorka Julia Wysocka, przedtem też główna bohaterka „Raju”, a w „Grzechu” ukazująca się na moment w pałacu Medyceuszy Leonardowa dama z gronostajem.

Jak Michałkow-Konczałowski, także Smirnow może się szczycić przynależnością do znanej artystycznej dynastii; jego ojciec, Siergiej Smirnow, był pisarzem, córka zaś, Awdotia Smirnowa, od lat już z powodzeniem stąpa śladami ojca jako reżyserka (na „Sputnikach” gościły jej filmy „Dwa dni” i „Kokoko”). A dynastia Michałkowów-Konczałowskich ma już dziś w Moskwie cały kwartał: na rogu Powarskiej i Pierścienia Sadowego na fasadzie położonej naprzeciw słynnego Domu Pisarzy kamienicy, gdzie mieszkali Natalia i Siergiej, wisi poświęcona Natalii tablica pamiątkowa (zmarła w 1988 roku, jako ówczesny pracownik polskiej ambasady uczestniczyłem w jej pożegnaniu w moskiewskim monasterze Daniłowskim), uwieczniony w brązie Siergiej zasiada na ławeczce na sąsiadującym z tą kamienicą skwerze, a parędziesiąt metrów dalej na innej kamienicy kolejna tablica upamiętnia ojca Natalii, a dziada Andrieja – wielkiego malarza Piotra Konczałowskiego. Tymczasem „Drodzy towarzysze”, podobnie jak niedawno „Raj”, w walce o Oskara są już na „krótkiej liście”…

Historia maleńka taka… Meandry rzeki Moskwy

Wszystko zaczyna się banalnie. W pewnym wielkim kraju głośny opozycjonista wraz ze swymi fanami, choć głównie – fankami, pokonując samolotem rejsowym bezbrzeżne obszary swego państwa przeżywa ostry kryzys zdrowotny. Pilot reaguje błyskawicznie na stan pasażera. Następuje międzylądowanie, chory opozycjonista trafia do szpitala. Lokalny zespół medyczny boryka się z trudnościami w ustabilizowaniu pacjenta. Zaczyna funkcjonować fama, głosząca jego intencjonalne otrucie.

Wówczas małżonaka opozycjonisty zwraca się do głowy państwa, aby zezwolił na szybki transport męża do znanej kliniki w stolicy wiodącego kraju Zachodniej Europy. Zgoda przychodzi natychmiast. Media informują, że idol opozycji padł ofiarą gazu bojowego, który jednak, jak to już miało miejsce zawiódł, to jest na przkór zbrodniczym intencjom zamachowców, nie zlikwidował ofiary. Informacje eksponują też stwierdzenie, tu już mniej zgodne z faktami, że tylko ojczyzna potraktowanego owym środkiem, jest jego dysponentem…
Tysiące kilometrów od miejsca zdarzenia i hospitalizacji opozycjonisty, przywódca tej ojczyzny rządzi nią w otoczeniu nie tylko dyspozycyjnych urzędników, ale też dwóch klanów, których eksponenci z apetytem spoglądają na tron, na którym z chęcią zastąpiliby swego wiloletniego suwerena. Jedna grupa to „siłowicy“, reprezentanci struktur umownie zwanych mudurowymi, druga – to oligarchowie, wykazujący się długimi zbiorami cyfr na kontach bankowych, ale też innymi dobrami materialnymi.
Suweren stara się o odzyskanie dla swego kraju pozycji supermocarstwa. Prawda, że nie zawsze zbyt delikatnymi metodami, ale w żadnej polityce mocarstwowej takie nie występują. Na dodatek, rozpychający się łokciami organizm państwowy wkracza w nieunikniony sposób w sfery wpływów sobie podobnych, za co naród chłostany jest niewybrednymi sankcjami. W głowach niektórych przedstawicieli jednego z klanów rośnie zarodek pytania: a co by było, gdyby tak odsunąć suwerena nieco na bok?
W międzyczasie, nad wyraz skutecznie leczony bohater opozycji zamierza powrócić na ojczyzny łono. Przez pół roku przecież zdołał wydobrzeć.
Jego ludzie w onej ojczyznie nie próżnują. Walcząc z korupcją, docierają do informacji o domniemanej, bizantyjskiej w formie i treści, olbrzymiej, luksusowej posiadłości autorytarnego przywódcy. Szefowa tej antykorupcyjnej instytucji, związanej z naszym bohaterem „przebywa w nieujawnionej lokalizacji poza granicami swego państwa“. I tu zaczyna się cykl wydarzeń, które graniczą z cudem.
Do autorów tego, co pózniej stanie się filmem o konsumpcyjnym rozpasaniu głowy państwa, anonimowo docierają dokładne plany i zdjęcia wspomnianej rezydencji. Ponoć rozciąga się nad nią strefa zakazu lotów, ale dron filmowców dzielnie ją pokonuje, realizując dodatkowe, ciekawe ujęcia obiektu z lotu ptaka.
Równolegle inna ekipa opozycyjna, z pomocą portalu śledczego z wyspiarskiego państwa Zachodniej Europy, organizacji mającej związki ze służbami specjalnymi, ogrywa, jak żółtodziobów, wytrawnych przeciwników z kontrwywiadu rządzonego przez pazernego suwerena kraju.
Bez żadnych haseł kontrolnych, bez umówionych kodów i kryptonimów otwierających im usta w praktyce przyznają się, że to oni są u zródeł nieudanego zamachu na opozycjonistę i z czyjego (łatwo się domyślić) rozkazu próbowali go zlikwidować.
Internet huczy od powielanej i rozdętej jak balon chmury informacji. Dzielnym przedstawicielom antykorupcyjnej fundacji udaje się na dodatek zgubić, zachowującą się jak pijane dzieci we mgle, obserwację niby wszechmocnych służb swego kraju, wymykając się jej, co umożliwia im sporządzenie dodatkowego materiału fotograficznego.
Dwadzieścia cztery godziny po powrocie opozycjonisty do kraju i jego zatrzymaniu w areszcie tymczasowym, uzasadnianym wykroczeniami administracyjno-finansowymi, wybucha przysłowiowa „bomba“. Film o wspomnianej rezydencji zapełnia sieć internetową i telewizje wielu krajów. Służby licznych państw w tym jednego zza Atlantyku, podłączają się do akcji, publikując trasy przemarszów, podczas których „gniew ludu“ powinien tłumnie zapełnić ulice.
Wprawdzie idol opozycji ma poglądy na różne międzynarodowe, twarde poczynania swego kraju, dziwnie podobne do suwerena, ale to nie istotne. Trzeba ukarać tego ostatniego. Do zgiełku informacyjnego dołącza zbiegły oligarcha, który kiedyś nie chciał się podzielić z władzą swym majątkiem, grabieżczo przecież, dzięki kleptokratycznemu przyzwoleniu tej władzy uzyskanego, a teraz jest zagranicznym dyrygentem „demokratycznego chóru“ w kraju swego pochodzenia.
A suweren cóż?… Wie, że mit zmarłego bohatera jest znacznie bardziej niebezpieczny niż żywy opozycjonista, dlatego dał zielone światło na jego leczenie zagraniczne. Wie też, że nie wszystkiemu winne są obce służby i on sam osobiście też nie, że niebezpieczne pęknięcie powstało w jego najbliższym otoczeniu, co tłumaczy zarówno przebieg incydentu jak i świetne efekty nagłaśnianego globalnie opozycyjnego działania w sferze medialno-filmowej. Wie, iż oświadczeń jego przybocznego z klanu oligarchów finansowych, że to właśnie tego miliardera własnością jest opisywana rezydencja, nikt nie weźmie za dobrą monetę.
Ale jeszcze się pozbiera, odnowi kontrolę nad społeczeństwem i klanami, mimo wszelkie usiłowania „fundacji walczącej z korupcją“, która „uzyskała“ status zagranicznego agenta na terenie swego kraju. Bohatera opozycji, po zgodnym z paragrafami procesie, umieści wprawdzie w więzieniu lub w obozie resocjalizacyjnym, ale dobrze zabezpieczonym przez absolutnie wiernych mu ludzi, tak aby skazańca przypadkiem nie spotkał jakikolwiek zagrażający życiu wypadek. A pózniej, po ustabilizowaniu sytuacji, z tego miejsca odosobnienia wypuści, bo żywy, kontrolowany opozycjonista na wolności może też być bardzo przydatny w sprawowaniu władzy. Wielu teraz rozdzierających szaty w związku ze sprawą jego aresztowania i rozdmuchujących wydarzenie, zdaje się tego nie rozumieć lub raczej nie chce pojąć, gdyż jest im to wygodne z przyczyn politycznych, bowiem trudno uwierzyć w to, aby byli aż tak naiwni…

Polska – Rosja źle, ale nie beznadziejnie…

Czy jest szansa na normalizację stosunków między Warszawą i Moskwą? Co, dążąc do tego powinni zrobić Polacy i Rosjanie.

W Warszawie odbyła się nad wyraz ciekawa konferencja naukowa dotycząca stosunków między Polską i Rosją. Wzięło w niej udział kilkunastu wybitnych naukowców w tym jeden z najwybitniejszych znawców tematu – prof. dr hab. Stanisław Bieleń z Katedry Studiów Wschodnich Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Współorganizatorem konferencji było Stowarzyszenie Współpracy Polska – Rosja, kierowane przez legendarnego wręcz w środowisku orędownika bliższej współpracy i normalizacji stosunków między naszymi krajami – dr. Jerzego Smolińskiego.
Niejako „branżowo” zainteresował nas głos w dyskusji przyjaciela i współpracownika naszej redakcji, red. Dariusza Cychola – red. naczelnego tygodnika „Fakty po Mitach”. Przedstawiamy poniżej jego ocenę problemu. Ocenę, niestety, smutną…
„Rola środków masowego przekazu w procesie poprawy stosunków między Polską i Rosją”
Co powinni zrobić Polacy i Rosjanie w celu poprawy stosunków sąsiedzkich? Przenosząc odpowiedź na zadania środków masowego przekazu, z całą odpowiedzialnością odpowiem: „nic”.
Przynajmniej nic, co wykraczałoby poza ogólne obowiązki mediów – przekazywania informacji, uprawiania obiektywnej publicystyki, posługiwania się językiem wyważonym i wolnym od emocji, poszanowania godności swoich oponentów i ich prawa do samostanowienia o swoim rozwoju.
Czy w zadaniach tych jest coś nietypowego? Nie ma – to przecież jedynie określenie podstaw uprawiania uczciwego dziennikarstwa. Wystarczy więc przywrócenie zwykłych zasad etyki zawodowej by przekazy medialne o naszych krajach przestały epatować nienawiścią i strachem. Jako dziennikarz z 40 letnim stażem zawodowym, patrzę na poziom interesującej nas tu publicystyki – czyli tej związanej z naszymi stosunkami – ze strachem, niedowierzaniem i … zażenowaniem. W Polsce obiektywne pisanie o Rosji wiąże się dla autora z „przyklejeniem łaty” dziennikarza „prorosyjskiego”, co ma go dyskredytować w środowisku zawodowym. Pisanie w formie pozytywnej wiąże się z określeniami: „pożyteczny idiota”, „tuba Kremla”, „agent Putina” i faktycznie skutkuje wyeliminowaniem z medialnego mainstreemu.
Niewiele lepiej wygląda to w Rosji – jeśli w mediach naszych sąsiadów pojawiają się bohaterowie pozytywni, są to zazwyczaj osoby stojące w opozycji do kolejnych rządów. Nawet publikacje historyczne nacechowane są niechęcią. W miarę obiektywnie odbierane są w Rosji tylko te publikacje, które odwołują się do tematów stricte neutralnych, najczęściej związanych z sentymentami (Anna German, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz, Barbara Brylska, itd.). To trochę za mało by stanowić solidną platformę dialogu dla pokolenia, które wyrosło w ostatnich 30 latach.
10-letni regres
Obecny stan stosunków politycznych między naszymi krajami jest najgorszy od 1939 r. Dlaczego? – pytanie to wydaje się automatyczne.
Proces pogorszania się naszych stosunków rozpoczął się mniej więcej przed 10 laty, a więc jest sporym nadużyciem i uproszczeniem obwinianie za to jedynie obecnego rządu. Zrzucenie odpowiedzialności za stan naszych kontaktów na nacjonalistyczny rząd proponujący Polakom formy rządów przypominające „miękki faszyzm” byłoby łatwe, ale niesprawiedliwe. Rządząca w Polsce partia – Prawo i Sprawiedliwość (PiS) jest przy władzy od 5 lat, proces ochładzania naszych stosunków ma zaś ok. 10 lat. Winę za jego rozpoczęcie ponosi partia rządząca przed PiS, czyli Platforma Obywatelska (PO) – formacja przedstawiająca się jako „centrowa”. Partia ta jest jednocześnie najpoważniejszą siłą opozycyjną w Polsce, dlatego też naiwnością byłoby twierdzenie, że po kolejnych wyborach parlamentarnych i nieuchronnej porażce PiS, nastąpi diametralna zmiana stosunku polskich elit politycznych do Rosji. Tak się, niestety, nie stanie.
Pewnym paradoksem jest, że w ciągu minionych 10 lat, nie wydarzyło się nic co usprawiedliwiałoby taki stosunek Polaków do Rosji. Nic prócz nieprzyjemnych zgrzytów dyplomatycznych; nieistotnych w sumie z perspektywy historii. Nie doszło do konfliktu zbrojnego między naszymi krajami, nie rościmy względem siebie pretensji terytorialnych. A jednak przyjęta przez Polskę doktryna obronna zakłada, że naszym głównym zagrożeniem jest Rosja. Jest to oczywiście chore bo daleko nieracjonalne. Zmusza też do ponowienia pytania: „dlaczego”?
Protektorat
Postępujący regres naszych stosunków ściśle wiąże się z postępującym podporządkowywaniem interesów Polski interesom Stanów Zjednoczonych. Widać to dosłownie w każdej dziedzinie. Wspieramy bezsensowne inicjatywy polityczne USA, jak chociażby organizacja „konferencji irańskiej”. Podejmujemy kroki wrogie Rosji, by kupować w USA broń do obrony przed nią, a nawet zapraszamy na swoje terytorium żołnierzy amerykańskich i żądamy by dysponowali oni bronią atomową. Kupujemy za oceanem drogie surowce energetyczne tylko po to, by nie kupować ich w Rosji, bo zakupy takie „mogłyby wzmocnić Putina”. W tym samym czasie konfliktujemy się ze strukturą dla nas najważniejszą, bo naturalną – Unią Europejską. Tak skrajnie niepragmatyczne decyzje nazywamy „polską racją stanu”. O czym to świadczy? O tym, że faktycznie w stosunku do USA staliśmy się państwem wasalnym, a słowo „niepodległość” winniśmy zastąpić „protektoratem”.
Tak jak w ciągu 10 lat nie miało miejsca wydarzenie usprawiedliwiające tragiczny stan kontaktów między Polską i Rosją, tak swoistym nieporozumieniem jest mówienie o polskiej rusofobii i rosyjskiej polonofobii. Owszem – postawy takie są obecne w naszych stosunkach, ale dominują one przede wszystkim w kontaktach politycznych i nie mają praktycznego odzwierciedlenia w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich. Są więc nienaturalne i nie mają – jeszcze – trwałej podstawy. Jeszcze…
Perspektywy
Optymizmem nie napawa polska scena polityczna. Antyrosyjska jest zarówno partia rządzącą (PiS), jak i największa partia opozycyjna (PO), a obie dysponują w sumie poparciem społecznym na poziomie 60 proc. Partie mogące dać nadzieję na stosunek neutralny (SLD, Konfederacja, PSL) dysponują łącznie poparciem na poziomie 25 proc. Do poprawy stosunków z Rosją potrzebne byłyby zatem: zmiana stosunku do USA; kompletne przebudowa sceny politycznej; wymiana elit politycznych. Oczywiście dojdzie do tego, bo jeśli przyjąć że podstawą progresu jest racjonalizm – musi się tak stać. Inna sprawa „kiedy to nastąpi”.
Wniosek z tych obserwacji jest dość smutny: normalność winniśmy budować bez oglądania się na interesy „klas” i „elit” politycznych. Poza polityką są sfery w których – przynajmniej teoretycznie – jest to możliwe. To nauka i kultura. Problemem jest finansowanie wspólnych inicjatyw. To prawda, ale przecież mamy przykłady bardzo dobrej współpracy odbywającej się poza strukturami rządów. To w sferze nauki kontakty między polskimi i rosyjskimi uczelniami wyższymi i rosyjski system stypendialny dla obcokrajowców. W sferze kultury to odbywające się co roku festiwale filmowe. Są więc pozytywne wzorce; choć oczywiście daleko niezadowalające swoją skalą.
Współpracy takiej nie ma w sferze mediów. Najbogatszy polskich holding telewizyjny – TVP jest antyrosyjski bo rządowy. Drugi po nim – Polsat – wspiera rząd, bo szerokie interesy jego właściciela łączą się z inicjatywami biznesowymi niemogącymi się rozwijać bez przychylności rządu. Trzeci z holdingów telewizyjnych – TVN jest własnością Amerykanów, trudno więc posądzić go o obiektywizm w prezentowaniu Rosji. Holdingi te mają też potężne pod względem zasięgu portale internetowe (TVN24, Wirtualne Polska, Interia).
Pozostaje prasa. Patrząc tylko na ogólnopolskie tygodniki opinii, których jest 12, na racjonalny czy też obiektywny stosunek do Rosji można liczyć w przypadku zaledwie 4 pism: „Faktów po Mitach”, „Myśli Polskiej”, „Przeglądu” i – bardzo ewentualnie – „NIE”. Rzecz w tym, że pisma te istnieją bez wsparcia reklamowego i zaplecza politycznego. Utrzymują się jedynie ze sprzedaży egzemplarzy, który to mechanizm jest na obecnym rynku wydawniczym mechanizmem archaicznym. O ich rachitycznej sytuacji najlepiej świadczy fakt, że łączna sprzedaż tych 4 tytułów jest mniej więcej 2 razy mniejsza od sprzedaży tylko jednego tygodnika – „Gościa Niedzielnego”, który jest Rosji dalece nieprzychylny.
Nowe wyzwania
Jednym z efektów transformacji ustrojowej w Polsce jest ogromne zmniejszenie się ilości Polaków znających język rosyjski. Przestał być on masowo nauczany w szkołach i staje się językiem egzotycznym. Pokolenie, które go znało (w przeważającej części zresztą bardzo słabo), przestaje być zawodowo aktywnym. Ogromnie zmniejszyła się ilość polskich absolwentów uczelni rosyjskich i jej polskich doktorantów. Któż więc kształci polskich specjalistów od spraw Rosji? W ogromnej części uczelnie amerykańskie. Zdarzało mi się dyskutować z polskim ekspertami od Rosji nie znającymi języka rosyjskiego…
Podobnie jest z dziennikarzami. Spośród znanych mi kilkudziesięciu absolwentów wydziałów dziennikarstwa MGU (Państwowy Uniwersytet Moskiewski) i MGIMO (Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), aktywnych zawodowo, tzn. pracujących w dziennikarstwie jest 2 (dwóch!), z czego jedna osoba zdecydowała się jedynie na wykonywanie prac technicznych. Powstaje bardzo realny problem z „podażą” na rynek dziennikarzy ze znajomością języka rosyjskiego. W tym samym czasie przybiera na sile propaganda rządowa kreująca obraz Rosji jako symbol „imperium zła”.
Z przywołanych wcześniej 12 ogólnopolskich tygodników opinii, zaledwie 2 redakcje mają bezpośredni kontakt z mediami rosyjskimi („Fakty po Mitach” i „Myśl Polska”). Nie stać ich jednak ta szeroko zakrojoną współpracę obejmującą na przykład wyjazdy studyjne dziennikarzy. W Polsce nie ma co liczyć na pomoc w tym zakresie struktur rządowych, jak na przykład centrum Dialogu Polska – Rosja. Nieliczni więc, którzy chcieliby przedstawiać inną niż propagowana twarz Rosji – przedstawiać jej prawdziwe oblicze, mają z tym problemy bardzo prozaiczne – koszty realizacji materiałów.
Szanse i nadzieje
Z rozmów, które nieustannie przeprowadzam z polskimi dziennikarzami (jest to moje naturalne środowisko pracy) wynika, że coraz większa liczba moich Koleżanek i Kolegów „po piórze” jest już zmęczona tą antyrosyjską narracją. Nie znaczy to, że chcieliby w sobie odnaleźć pokłady miłości do Rosji, ale widać, że chcieliby ją poznać i mieć możliwość samodzielnie wyrobić sobie o niej zdanie. I nie dotyczy to jedynie dwóch ostatnich przywołanych Redakcji, lecz przynajmniej kilkunastu redakcji mediów ogólnopolskich.
Szansę na poprawę wizerunku Rosji w Polsce i Polski w Rosji upatruję więc w animacji współpracy bezpośredniej między redakcjami bądź samymi dziennikarzami. Problemem po stronie polskiej jest ogromne ideologiczno-polityczne rozbicie środowiska i brak organizacji reprezentującej nasze interesy, takiej np. jak Związek Dziennikarzy Rosji. Jedyna licząca się w Polsce organizacja dziennikarska – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) jest organizacją polityczną jawnie wspierającą antyrosyjski polski rząd.
Jest to oczywiście coś, co utrudnia podjęcie dialogu i próby zmiany naszych wizerunków w obu krajach, ale nie jest to niewykonalne. Potencjalne zaplecze wsparcia istnieje po stronie rosyjskiej – Związek Dziennikarzy Rosji, Centrum Dialogu Rosja-Polska i holding Rossija Segodnia, który mając potężne zaplecze finansowe nie bardzo potrafi określić kierunki swojej aktywności na polskim odcinku. Mówiąc wprost – daleko niedostatecznie wykorzystuje swój potencjał. Niestety – i tę rosyjską aktywność zwiększyć mogą jedynie decyzje polityczne…
Środki masowego przekazu są instrumentem budującym m.in. obrazy innych państw i społeczeństw. Nie da się otworzyć nowych kart naszych stosunków bez wzajemnego poznania się. Potem wystarczy coś, co teoretycznie wpisane jest w nasz zawód – uczciwość, przyzwoitość, obiektywizm przekazu. I choć nie jest to łatwe, uparcie trzymam się wiary, że wartości te wrócą w dziennikarstwie do łask. Powrotowi temu trzeba tylko pomóc.

Autor jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa MGU (1988 r,) i od bieżącego roku doktorantem Rosyjskiego Uniwersytetu Przyjaźni Narodów. Członek Zarządu Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja i redaktor naczelny tygodnika „Fakty po Mitach”.

Tam, gdzie jest wciąż zima

Jeśli marzenie może mieć rocznicę, to oto ona. Najbardziej ambitny projekt epoki radzieckiej skończył 65 lat. W 1955 r. inżynier, laureat Nagrody Stalina, Piotr Borisow, zaproponował budowę tamy w Cieśninie Beringa. Miała ona nie tylko przegrodzić cieśninę łączącą ZSRR z Alaską, ale także radykalnie zmienić klimat na Ziemi.
Ale Arktyka to nie biała cisza za kołem podbiegunowym. To, co znajduje się dla nas na granicy życia i śmierci, dla mieszkańców dalekiej Północy Rosji jest zwykłą przestrzenią życiową.

Londyn i Komsomolsk nad Amurem znajdują się na tym samym równoleżniku, ale zimą w Londynie jest ciepło, a jeśli śnieg pada to natychmiast topnieje. W Komsomolsku nad Amurem panują silne mrozy, a zaspy śnieżne sięgają dachów. Norweski Stavanger i radziecki (rosyjski) Norylsk leżą na tej samej szerokości geograficznej, ale w Norwegii zimą jest komfortowo (-18), zaś w Norylsku mróz parzy twarz, a wiatr zwala z nóg. Inżynier Borisow uznał, że to niesprawiedliwe i trzeba to naprawić.
Marzenie inżyniera Borisowa
Mglisty Albion ogrzewa ciepły prąd Golfsztromu. Ogrzałby również Arktykę, topiąc lodową otchłań Morza Łaptiewów i Morza Czukockiego, ale Golfsztrom zawraca nadciągający, zuchwały i zły w swej niezłomności, prąd Anadyr. Zgodnie z zamysłem inżyniera Borisowa, cieśninę (86 km.) miały zamknąć bloki betonowe (250 m x 40 m x 60 m). Ale to nie wszystko. Borisow zaproponował też budowę dwóch elektrowni jądrowych wzdłuż krawędzi tamy. Jedną – od strony Czukotki, drugą – od strony północnoamerykańskiej.
Elektrownię trzeba obsługiwać i potrzebny byłby do tego personel składający się z ok. dwóch tysięcy pracowników. Zbudujemy dwa braterskie miasta – zaproponował inżynier. Wzdłuż położymy też tory kolejowe łączącą oba kontynenty. Pompy będą pompować wodę z Oceanu Arktycznego do Pacyfiku, ciepłe wody Golfsztromu będą czule ogrzewać wieczną zmarzlinę kontynentów, tropikalne lato nadejdzie do tundry, za 10-20 lat na Alasce i Czukotce zakwitną pomarańcze … A naukowcy radzieccy, amerykańscy i kanadyjscy będą odwiedzać się nawzajem z okazji urodzin.
Urzeczywistnienie się marzenia inżyniera Borisowa mogło doprowadzić do katastrofy. Naukowcy z Instytutu Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk zawczasu obliczyli, że jeśli pompy zaporowe zaczęłyby wypompowywać wodę przez Cieśninę Beringa, to schłodzone wody Golfsztromu zamroziłyby brzegi Japonii i Polinezji. Spowodowałoby to gwałtowny spadek temperatury w Kraju Nadmorskim na Kamczatce, u wybrzeży San Francisco i Kalifornii. Zakłócenie cyrkulacji Golfsztromu mogłoby spowodować jego całkowite zatrzymanie na Atlantyku. Zimne masy wody wypływające z głębin Atlantyku mogłyby wywołać z kolei nową epokę lodowcową na całym kontynencie euroazjatyckim.
Ogólnie rzecz ujmując, początek lat 50. w ZSRR upłynął pod znakiem narodzin wielkich projektów. Niektórzy marzyli, żeby zawrócić północne rzeki i podlać nimi piaski Azji. Inni chcieli zamienić martwe stepy Kazachstanu w kwitnące ogrody. Jeszcze inni planowali wykopać tunel, który połączy Sachalin z lądem… Projekt inżyniera Borisowa był najbardziej absurdalny. Był to „antyprojekt stulecia”, ale zapoczątkował pierwszą falę praktycznych prób opanowania radzieckiej Arktyki.
Martwe jezioro
Kiedyś Arktyka była świątynią przyrody – niedostępną, zdradziecką, mrożącą myśli i serca; ale świątynią. Marzyliśmy o jej zdobyciu i zdobyliśmy ją. Teraz Arktyka nie jest świątynią, lecz warsztatem niechlujnego gospodarza. Któryś z uczonych nazwał ją bardziej dobitnie, bez romantycznego polotu – „jądrowym śmietnikiem Rosji”.
Oto kilka liczb, nad którymi warto się zastanowić. Długość rurociągów naftowych w Rosji wynosi około 100 000 kilometrów. Co roku dochodzi tam do 11 000 wypadków. Zasoby ropy w zachodniej Syberii są eksploatowane w tempie bezprecedensowym dla naszej planety. Przy pierwotnej separacji dopuszczalna jest 2 procentowa strata nafty z wydobycia. Na Syberii Zachodniej wynosi ona już około 200 milionów ton. Jedna tona oleju tworzy na wodzie plamę o powierzchni 12 km kw. W samym tylko rejonie Niżniewartowska, od spalania gazu w pochodniach na polach naftowych rocznie spada ok. 230,2 tys. ton popiołu. 100 gramów gleby leżącej przy Zatoce Obskiej zawiera 10 gramów ropy. W wodach Zatoki dopuszczalne granice zawartości ropy są przekroczone 500 razy!
Kiedy byłem pionierem, śpiewaliśmy piosenki o pięknie jeziora Samotlor. Otóż już od ćwierć wieku jezioro to jest martwe. Nie ma w nim nic oprócz nafty. Wyobraźcie sobie gigantyczny, obrzydliwie śmierdzący benzyną, gnijący czarny wrzód w sercu tajgi o długości 280 km i szerokości 100 km. Istnieje co najmniej 40 sposobów, w jaki ropa trafia do środowiska naturalnego. Ale wodę i glebę w zachodniej Syberii „podkarmiają” też chlorem, fosforem, rtęcią, fenolami, ługiem, kwasem… Naukowcy wysuwają smutne prognozy – przywrócenie równowagi ekologicznej tego regionu zajmie (oczywiście, przy racjonalnej eksploatacji, co jest mało prawdopodobne) 500 lat.
Druga fala
Moje ponure myśli z tego powodu próbował rozwiać na spotkaniu z dziennikarzami wiceprzewodniczący Komisji Dumy Państwowej ds. Polityki Regionalnej i Problemów Północy i Dalekiego Wschodu Władimir Puszkariew.

Naszym głównym zadaniem jest ochrona przyrody Arktyki. Rozwój przemysłowy Arktyki jest nie tylko nieodwracalny, ale także niezbędny dla rosyjskiej gospodarki. Naszym zadaniem jest zapewnienie ram prawnych tego rozwoju, które będą uwzględniać interesy przyrody Arktyki – powiedział. I wyjaśnił – Oficjalnie na terytorium strefy arktycznej zidentyfikowano 102 obiekty skumulowanych szkód środowiskowych. To to, co zostało stwierdzone i opisane. Myślę jednak, że w rzeczywistości jest ich dwa razy więcej.
Rosja nie miała doświadczenia w usuwaniu skutków zanieczyszczenia środowiska na taką skalę. Problem ten podjęto dopiero w ostatniej dekadzie. Rozległe terytoria i ogromne odległości, wieczna zmarzlina, brak siły roboczej stwarzają dodatkowe trudności. Nagromadzonych odpadów z działalności gospodarczej Związku Radzieckiego, jednostek wojskowych, stacji meteorologicznych, nie można zakopać – należy je wywieźć.

Arktyka to interesujący obszar do badań. Badany jest krajobraz, klimat, złoża biologiczne, ale i problemy społeczne „cichego kontynentu”. Arktyka jest badana kompleksowo – mówił Puszkariew. – Należy wiedzieć, jak długo miasta i miasteczka mogą przetrwać w obliczu zmian klimatu. Należy zrozumieć, jaki ślad pozostawimy po opanowaniu Arktyki. Czy nie naruszymy kruchej równowagi arktycznej przyrody, czego skutki będą nieodwracalne.
Są tam ogromne zasoby naturalne. Około jednej czwartej zasobów węglowodorów znajduje się w rosyjskiej części Arktyki. Jest tam ponad 90 proc. naszych zasobów niklu i kobaltu, 60 proc. miedzi, 96 proc. platynoidów, 100 proc. koncentratu baru i apatytu. Rybołówstwo wytwarza około 15 proc. wszystkich produktów rybnych kraju.
Rosja w Arktyce wkracza w nową erę, którą można nazwać drugą falą rozwoju. Do niedawna tamtejsza działalność gospodarcza opierała się na zasadzie „ogniskowej” – wsie i miasta rozwijały się wokół przedsiębiorstwa przemysłowego. Teraz w Arktyce nie będą budowane nowe miasta, lecz będą rozwijane te, które już są.
Skończył się czas romantyków, przyszedł czas praktyków. Lody Arktyki topnieją nawet bez inżyniera Borisowa. W ciągu ostatnich 35 lat, objętość lodowców zmniejszyła się o 40 proc. Naukowcy przewidują, że lód Arktyce stopi się do 2050 r. Czy w tundrze zakwitną pomarańcze? Czy będą one smakować miejscowym ludom?
Dzieci Ziemi
Noc polarna jest wyczerpująca, wysysa siły i wolę. Beznadziejna jak wycie wilka. Mróz sięgający minus 60 stopni. Lodowaty wiatr, zwalający z nóg. Przy szczególnie złej pogodzie ludzie tutaj poruszają się od czumy (namiot – przyp. tł.) do czumy z długimi tyczkami (pląsawicami), które wbijają w skorupę lodu, żeby utrzymać się na nogach.
Pierwszy kontakt z Północą wprowadził mnie w oszołomienie. Dziewięć godzin lotu z Moskwy do Tiksi i w końcu półgodzinna przerwa w pokoju gościnnym na lokalnym lotnisku. Gorąca herbata z naparem ziołowym i słynna stroganina – mrożony filet z omula (ryba łososiowata – przyp. tł.), pokrojony w cienkie plasterki. Maczasz plasterek w mieszance soli i czarnego pieprzu, po czym kładziesz go na język. W pierwszej sekundzie przymarza do języka, ale natychmiast rozmraża się i nawet nie chrupie pod zębami. Rozgrzani herbatą, odprężeni po locie, czekaliśmy na wejście na pokład starego helikoptera, żeby jeszcze godzinę z kawałkiem lecieć do najbliższej wioski – Kjusiur.
Miałem na sobie ciepły sweter z wielbłądziej wełny, czapkę z lisa z nausznikami, kurtkę podszytą futrem, zimowe buty. Choć było tylko minus 42 st. C., miejscowy nauczyciel Filip Andrejew spojrzał na mnie z nieskrywanym współczuciem.

-Rozbieraj się! – prawie rozkazał. – Zmień ubrania i buty!
Podał mi kożuch ze skóry renifera (malitsa) i futrzane pończochy (torbasy).

Nie zapominaj, że jesteś na skraju wiecznej zmarzliny, a nie na Arbacie.
Wokół nas kręciła się łajka (husky – przyp. tł.). Filip zauważył mój wzrok.

-Łajki u Czukczów pojawiły się jeszcze przed Facebookiem – powiedział uśmiechając się. Doceniam humor nauczyciela.
Charakter, upodobania i kulturę mieszkańców Północy kształtują nie książki, teatry, ogrody zimowe i wernisaże, ale dzika przyroda i surowy klimat. Dla nas to świat nieprzewidywalny, podstępny, niebezpieczny. Jego rdzenni mieszkańcy uważają swoje życie za najszczęśliwsze.
Istnieje wiele obraźliwych anegdot o Czukczach. „Zepsuci przez cywilizację” mieszkańcy miast traktują ich łatwowierność i naiwność jako głupotę, arogancko nazywając „Czukczami” wszystkie małe ludy Arktyki. Wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Arktykę, to dla nas „Czukcze”. I Aleuci, i Kamczadale, i Mansi, i Selkupowie, i Udegeje… Pozornie są podobni, bo mają bardzo podobny sposób życia, tradycje, kulturę… Ale każdy ma swój własny język.
Uważają, że natura jest matką wszystkiego co żyje. Że wszystko na świecie łączy wspólny początek. Że człowiek na Ziemi jest tylko pyłkiem, a jeziora, rzeki, tajga, zachód słońca, księżyc, przypływy … to dusza. Że ten, kto obraził matkę naturę, na pewno zostanie ukarany. Dzieciom nie wolno kopać ziemi, bawić się ogniem, ani powłóczyć kijem po tafli wody. Oni – ziemia, ogień i woda – mogą się obrazić i zemścić.
Mieszkańcy mają powiedzenie, które stało się prawem: „Własnego życia trzymaj się sam. Nikt za ciebie tego nie zrobi”. Do śmierci odnoszą się spokojnie i z godnością.
Biały renifer
W tundrze pasą się setki tysięcy (!) reniferów. Pięcioosobowa rodzina może paść do trzech tysięcy reniferów, z których 500-600 należy do nich, a reszta do gospodarstwa, czyli firmy dla której pracują. Renifer na Północy jest wszystkim: daje jedzenie, transport, ubrania, buty i lekarstwa … Więcej! Jest sensem koczowniczego życia. Ze skóry renifera szyje się ubrania i obuwie. Z mięsa renifera, jego języka i szpiku kostnego przygotowywane są przysmaki. Z poroża otrzymuje się najcenniejszą leczniczą substancję – pantokrinę, nazywaną „eliksirem wiecznej młodości”. Tłuszcz jelenia chroni twarz przed odmrożeniem, leczy stawy.
Filip zabrał mnie do obozu swojego brata. Czum o średnicy 7-8 metrów, pokryty był skórą jelenia. W jego pobliżu stały sanie (narty), do których można podczepić zaprzęg psów. Żelazny piec, wzdłuż ścian materace pokryte skórami. Niski stół (tol), z okazji przyjazdu moskiewskiego gościa zastawiony był arktycznymi przysmakami – stroganin z muksuna, omula i dziczyzny, konfitury z maliny moroszki i borówki brusznicy, gulasz z mięsa renifera. Herbata. I … telewizor plazmowy, zasilany miniaturowym generatorem prądu; okno na nasz grzeszny świat. Nie było tylko alkoholu. Rdzenni mieszkańcy nie mają w swoich ciałach enzymów rozkładających go, dlatego jeśli zaczynają pić, szybko się upijają.
Czum jest własnością kobiety i jest dziedziczony. To posag panny młodej. Wszystkie najważniejsze rzeczy w czumie – palenisko, drewno na opał, naczynia, przybory kuchenne – są dziełem wyłącznie kobiet. Gospodyni potrafi przewidzieć najbliższą przyszłość swojej rodziny po kolorze i grze płomieni, po trzaskaniu drewna w palenisku. Mówi do ognia, przekonując płomień, by był dobry dla jej dzieci i męża, aby ogrzewał, rozpraszał tęsknotę i ciemność.
Religia natury
Jest kilka świąt, które ludy Północy uważają za święte. Są to: Dzień Kruka, Dzień Niedźwiedzia, Dzień Renifera i Dzień Wieloryba. Dlaczego świętują Dzień Renifera jest jasne. Renifer, powtarzam, dla mieszkańca Północy jest wszystkim. A biały renifer jest absolutnie święty. Uważa się, że należy do najwyższego bóstwa, które stworzyło Ziemię i wszystkich jej mieszkańców. W swoje święto bohater jest ozdabiany czerwonymi wstążkami, a na jego boku wystrzyga się znak słońca. Wrona jest zwiastunem wiosny. Jako pierwsza przylatuje w te strony i razem z pierwszymi promieniami słońca, budzi tajgę ze snu. Niedźwiedź, jak wierzą ludy Północy, jest bratem ludzi. Jest panem tajgi i najwyższym w niej sędzią. I niezależnie od swojego świętego znaczenia, jest pożądaną zdobyczą dla myśliwego. W święto niedźwiedzia Czukcze jakby przepraszają zabitych braci, odkupując swoje winy. Skóra niedźwiedzia jest rozłożona w przednim rogu czumy w pozycji ofiarnej. Łapy i głowę zdobią chusty i pierścienie. Tańce do tamburynu szamana trwają do północy, a po północy odbywa się najważniejsze: zjada się danie z mięsa niedźwiedzia. Dusza niedźwiedzia zostaje odprowadzona do nieba i składa tam życzenia na następny sezon łowiecki. Święto wieloryba przypada na koniec jesieni i oznacza koniec sezonu połowów na wieloryby, foki i morsy. To także swego rodzaju dzień pokuty wobec zamordowanych mieszkańców głębin. Kości wieloryba, przy dźwiękach tamburynu, wrzucane są w głębiny morza w nadziei, że zamienią się w „króla oceanów”, który podczas następnego połowu przyniesie rybakom powodzenie.
Co Czukcze widzą w swoich telewizorach? Świat, który jest interesujący i straszny. Widzą zagubienie ludzi, które tłumaczą sobie faktem, że zbyt daleko odeszliśmy od tego co stanowi sens życia – od jedności z naturą.

Przełożyła Marta Hofman

Architektura marzeń

Architektura ma wiele romantycznych metafor. Johann Goethe nazwał ją „muzyką zastygłą w kamieniu”. Osip Mandelsztam – „poezją w kamieniu”. Ale to także „polityka w kamieniu”.

Zaryzykowałbym dodanie własnej definicji: architektura jest zwierciadłem czasu.
„My” – coś więcej niż „Ja”
Architektura jest pomnikiem czasu, w którym była tworzona. Czas to jej główny stylista, a my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy jej zakładnikami. Dla tych, którzy studiowali na Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim (MGU), dziwne słowo DAS stało się rodzime i bliskie niczym tatuaż na ciele. DAS – oficjalnie – to dom doktorantów i stażystów, lecz studenci do tej pory żartobliwie rozszyfrowują ten skrót jako „dom aktywnego seksu”.
DAS to także pomnik ideologii marksizmu. Jeśli zgodzić się z historykiem, etnografem, synem poetki Anny Achmatowej Lwem Gumilowem, że „kultura etnosu wywodzi się z krajobrazu”, to DAS jest jaskrawym ucieleśnieniem ideologicznego wytworu radzieckiej władzy, która głosiła, że świadomość jest kształtowana przez byt. Byt i otoczenie.
Rewolucyjna inteligencja święcie wierzyła, że droga prowadząca do nowego społeczeństwa wiedzie poprzez przebudowę bytu społecznego. Że człowiek będzie podlegać prawom kolektywu tylko wtedy, gdy będzie żyć i pracować w kolektywie i na rzecz kolektywu. Od rana do nocy. „My” to coś więcej niż „ja”. Kolektyw jest wszystkim, ty – niczym, bo kolektyw stoi wyżej niż jednostka. To moralny postulat bolszewizmu. DAS był pomyślany nie jako akademik, lecz jako dom dla młodych specjalistów, którzy mieli się kształtować w środowisku ludzi sobie podobnych. Ludzi o tym samym statusie społecznym, jednolitym proradzieckim światopoglądzie… W projekcie nazwano go więc „Domem Nowego Bytu”.
Nieśmiertelna idea
Dom niemal całkowicie uwolnił mieszkańców od „mieszczańskiego życia”. Na każdym piętrze zaprojektowano kuchnię z jadalnią, połączoną z miejscem do pracy dla 15-20 osób. W ażurowej galerii, usytuowanej między dwoma 16-piętrowymi budynkami, przypominającymi otwarte książki, powstał cały blok mieszkalno-rozrywkowy: biblioteka, sala koncertowa i kino, hala sportowa, ogród zimowy, przychodnia, przedszkole, pralnia, basen…
O tym marzyli Marks i Lenin. Zresztą idea zrodziła się jeszcze przed Marksem. Samowystarczalne komuny (falanstery) zostały wymyślone przez utopijnego socjalistę Charlesa Fouriera (1772–1837). Według niego, w gigantycznych ceglanych ulach miało żyć 1700-2000 ludzi, których łączy nie tylko wspólna idea kolektywizmu, „poczucia wspólnoty”, ale także wspólne życie. Zamiast 300 starych szop można mieć jedną, ale piękną, na 300 rodzin – marzył. Przykład temu dali przywódcy Rewolucji Październikowej. Rodziny Lenina, Trockiego, Stalina, Swierdłowa, Rykowa i Dzierżyńskiego mieszkały w „komunałkach” w budynku Wielkiego Pałacu Kremlowskiego.
Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, nasz dom składa się z czterech stref. Strefy odpoczynku (sypialnia), strefy rekreacyjnej i gościnnej (salon), kuchni i ubikacji. No cóż. „Komunistyczne życie w komunie” wykluczało z przestrzeni osobistej człowieka, co najmniej dwie i pół strefy – kuchnię, pokój dzienny i prysznic (łazienka). Toaleta, w większości mieszkań komunalnych, była wspólna i znajdowała się na korytarzu, poza granicami rodzinnej „komórki”.
Mieszkańcy komuny powinni jadać w stołówkach. Myć się w publicznych łaźniach miejskich. Czytać książki, grać w warcaby, szachy i domino w bibliotekach, parkach kultury i kółkach zainteresowań. Dzieci w duchu kolektywizmu i zgodnie z ideami komunizmu powinny być wychowywane w internatach, a rodzice powinni je odwiedzać raz w tygodniu. Wszystko jest wspólne. Począwszy od idei, a na szczoteczce do zębów kończąc.
Nowe to zapomniane stare
Ideały trzeba też było przystosowywać do rzeczywistości. Tym bardziej, że nawet w trakcie budowy komunizmu byli równi i równiejsi. Tak powstał słynny Dom CIK lub DoPr (dom rządowy) architekta Borisa Iofana na Bulwarze Bersieniewskim w Moskwie. Był on budowany dla „niebiańskich” mieszkańców choć, zgodnie z żelaznymi zasadami komuny. Zachowano minimum bytowe, ale maksimum przestrzeni osobistej. Meble, naczynia, sprzęty gospodarstwa domowego były własnością rządu – były ponumerowane i wpisane do specjalnych ksiąg domowych. Pod DoPr było kino, hala sportowa, stołówka, strzelnica, dom kultury, przedszkole, biblioteka… Na dachu Domu CIK robiono zimą lodowisko.
Architektoniczno-komunalna idea Fouriera – Marksa – Lenina okazała się żywotna, jak szarańcza. Nie została zniszczona nawet przez uchwałę Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w maju 1930 r., w której marzenia o uspołecznieniu „wszystkiego, co się nie rusza”, uznano za „na wpół fantastyczne” i „niezwykle szkodliwe”. Ale…
Jeden z pierwszych domów komunalnych został wybudowany w 1930 r. Był to Dom Narkomfinu, zaprojektowany przez architekta Ginzburga. Ściślej nie dom, lecz kompleks, w skład którego wchodził osobny gmach gospodarczy. Nawiasem mówiąc, w malutkich mieszkaniach (ale nie we wszystkich) były aneksy kuchenne i łazienki. Przywołany DoPr na nabrzeżu Bersieniewskim był budowany akurat w okresie „klęski konstruktywistów” i został oddany do zamieszkania wiosną 1931 r. Wprowadzili się tam: rodzina Bucharina, Rykowa, Chruszczowa, dzieci Stalina i Berii, Anastasa Mikojana i jej brata – konstruktora słynnego samolotu MIG Artioma Mikojana, marszałków Tuchaczewskiego, Bagramjana, Żukowa… Obecnie mieszka w nim Patriarcha Wszechrusi Cyryl. Dom ten jest żywym podręcznikiem historii.
Rok później pojawił się „brat” Domu Narkomfinu, Dom Architektów, w którym na potrzeby eksperymentu zamieszkali wszyscy znani architekci Moskwy. W budynku, zaprojektowanym przez architekta Barszcza, a znajdującym się przy Bulwarze Gogolowskim w Moskwie, słynny poeta i laureat Nagrody Nobla Boris Pasternak często odwiedzał swojego brata Aleksandra. Następnie powstały domy komunalne (bursy) Instytutu Czerwonych Profesorów, Instytutu Włókienniczego itd.
Do „lewackiej” idei „kolektywnego bytu” i stylu konstruktywistycznego powrócono w radzieckiej architekturze za czasów Chruszczowa. Wielkie marzenie I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR zostało powierzone do realizacji architektowi Ostermanowi. Projekt „Domu Nowogo Bytu” (czyli DAS-u) w dzielnicy Czeriomuszki, był ukochanym dzieckiem Ostermana. Nazwał go „domem przyszłości”, choć filozofia domu została zapożyczona z przeszłości. W projekcie brali udział nawet socjolodzy, którzy przeprowadzali wywiady z tysiącem młodych moskwiczan na temat tego, jak postrzegają „dom komunistycznego życia”.
„Dom Nowogo Byta” przy ulicy Szwernika budowano 6 lat (1965–1971). W tym czasie Chruszczow został usunięty ze stanowiska głowy państwa. W 1969 r., nie doczekawszy się narodzin swojego pomysłu, zmarł architekt Osterman. Kompleks-komunę przekazano do zamieszkania studentom i doktorantom Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego.
Największa grupa Polaków mieszkała w DAS w połowie lat 80. ubiegłego wieku (ok. 40 osób). Jak wspominają ten czas?
– Żyło się świetnie. Warunki mieliśmy dużo lepsze niż mieszkańcy większości innych radzieckich akademików. A seks, o który pytasz… Cóż, powiem tak: legenda nie wzięła się znikąd – mówi jeden z nich Darek Cychol.

Przełożyła Marta Hofman

Jak to na Kaukazie

Współczesne zamieszanie jest wynikiem niedopowiedzeń sprzed stu lat. Podczas posiedzenia plenum kaukaskiego biura Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Rosji z czwartego lipca 1921 roku, podjęto uchwałę o przyłączeniu Górskiego Karabachu do Armenii. Następnego dnia 5 lipca 1921 roku, rownież na posiedzeniu tego samego plenum, decyzja ta została zmieniona na korzyść Azerbejdżanu. Wedle ormiańskich źródeł wynikało to z nacisku Turcji, nie było w tej sprawie żadnej dyskusji i nie została ona poddana pod głosowanie – w przeciwieństwie do decyzji podjętej dzień wcześniej. Teoretycznie wiec ta druga decyzja była nieważna, ponieważ sporny rejon został już uznany i przegłosowany jako integralna część radzieckiej Armenii. Po rozpadzie ZSRR Azerbejdżan z Armenią niemal wyrywały sobie ten niewielki fragment Kaukazu. W grudniu 1991 roku mieszkańcy przeprowadzili własne referendum zachowując zasady prawa i wszelkie formalności, mieszkańcy sami przeprowadzili referendum. Prawie wszyscy mieszkańcy, 99,98 proc. opowiedziało się za niepodległością republiki. Niewątpliwie miały na to wpływ pogromy do jakich co jakiś czas dochodziło, jak choćby w lutym 1988 w Sugmacie, w styczniu 1990 w Baku i czystki etniczne w samym Karabachu, osławiona operacja „Pierścień” z 1991 roku. W tym momencie trudno się dziwić decyzji mieszkańców.

Stepanakart, stolica Republiki Arcacha. Centrum miasta, niewielka, ale całkiem przyjemna kawiarnia w budynku, który wygląda na jakieś centrum konferencyjne w dobrej klasy, nowoczesnym europejskim hotelu.
Sierżant Garik
Żadnych śladów zakończonej dopiero wojny. Zarówno w samej Armenii jak i Arcachu miasta są bardzo czyste, gruzowiska które sfotografowałem jednego dnia, następnego były już sprzątnięte.
Tą ich czystość przestrzeni publicznej zauważyłem już w Erewaniu, na chodnikach próżno znaleźć rzuconego peta, czy walających się śmieci. Wszystko wysprzątane. Po niedawnych walkach pozostały jedynie zbombardowane budynki, ślady ostrzału na fasadach domów, zmasakrowane przystanki autobusowe, po których została jedynie powyginana, stalowa konstrukcja, gdzieniegdzie jeszcze szyby oklejone taśmą, idealnie okrągłe dziury po pociskach na asfaltowych ulicach z odchodzącymi we wszystkie strony liniami, które przypominały promienie słońca. Wyrwane fragmenty chodników – to ślady pocisków artyleryjskich, doszczętnie spalone pawilony i kikuty dawnych budynków skryte miedzy ocalałymi budynkami.
Nawet i to łatwo przeoczyć, jeśli się nie rozgląda uważnie na boki. To dziwne, wystarczy, że nie ma porozrzucanych sprzętów, gruzowisk, to naprawdę trzeba się uważnie rozglądać. Inaczej można przejść przez miasto i nawet nie dostrzec jak krwawo zostało doświadczone. Vahik, pokazuje mi ślady po bombach kasetowych, gdyby nie to, pomyślałbym że to zwykłe dziury na drodze. Aż trudno uwierzyć, że dopiero co toczyły się tu walki. Gdy się jednak oswoi wzrok i uważnie przygląda, wtedy widać podziurawione ostrzałem elewacje, zwłaszcza wokół okien, resztki budynku skrytego miedzy blokami. Wszystko to zanika w wysprzątanych ulicach. A idąc zwykle patrzymy przed siebie, nie obserwujemy aż tak wnikliwie zwykłych, jeszcze poradzieckich osiedli, pawilonów czy innych na pozór „zwykłych” budynków.
Przypomniały mi się obrazy zaśmieconych miast Wielkiej Brytanii, gdzie podczas wietrznych dni w Luton – ale nie tylko – należało chronić się przed latającymi, brudnymi, często wymazanymi sosami pudłami, opakowaniami po jedzeniu, reklamówkami, wszelkiego rodzaju folią i cholera wie czym jeszcze.
Gdzie wypalonego papierosa rzucało się na chodnik, bo i tak leżało ich tam setki. Pamiętam piękny budynek, który szpeciła sterta miniwysypiska tuż za zamkniętym na stałe ogrodzeniem.
Przechodnie bez skrupułów wrzucali tam śmieci, aż urosła ich cała góra. Kontrast nieprawdopodobny.
Tu odwrotnie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wyjątkiem są jedynie miejsca, w których trwały jeszcze prace porządkowe, lub już nawet odbudowa.
Wtedy musieliśmy pakować się w błoto żeby zrobić trochę zdjęć. Centrum jest jednak bardzo zadbane. Tak czyste, że nawet wyrzucenie peta na ulicę wydaje się zbrodnią. Zupełnie, jakby wejść u kogoś w domu na biały dywan w ubłoconych butach.
Szukałem więc za każdym razem odpowiednich koszy, popielniczek czy pojemników, żeby wyrzucić tego spalonego papierosa. Nawet jeśli stał w oddali, to szedłem, uśmiechając się jednocześnie pod nosem mając w pamięci z jaką pogardą moi rodacy określają mieszkańców Azji – brudasami.
Siedliśmy wygodnie przy stoliku, złożyliśmy zamówienie i zaczęliśmy rozmowę. Garik, dwudziestosiedmioletni sierżant armii Arcachu, służący w wojsku od ośmiu lat. Swoją drogę życiową z karabinem na ramieniu zaczął dosyć wcześnie, mając zaledwie dziewiętnaście lat.
Armia Republiki Artcachu
Umówiliśmy się z nim tu na krótką rozmowę, jest szczery, nie skrywa emocji, a twarz pokazuje ich całą gamę. Od wesołej, uśmiechniętej twarzy, po zasępiony, nieruchomy, utkwiony w oddali, bez żadnego wyrazu wzrok.
Armia Republiki Arcachu nie jest zbyt liczna, służy w niej zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Niejednokrotnie przyszło im stawać do bezpośredniej walki ze znacznie większymi, liczniejszymi oddziałami przeciwnika.

  • „Mimo licznej przewagi wroga, nawet gdy wydawało się, że nie ujdziemy z życiem, nigdy nie zdarzyło się, by któryś z naszych się cofnął, zawahał czy zdezerterował” – opowiada z wyraźną dumą Garik.
    „Przekleństwem były drony” – kontynuuje – „latały bardzo wysoko, często ponad chmurami. Niesposób było je dostrzec, mogliśmy jedynie nasłuchiwać. Cichy charakterystyczny dźwięk oznaczał lecącą śmierć. Oczywiście mieliśmy snajperów, udało im się kilka zestrzelić. Nawet tu w samym centrum Stepanakertu zestrzeliliśmy jeden bezzałogowy statek.
    Świetnie wyposażone, produkcji tureckiej i izraelskiej. Drugim koszmarem były miny, podczas patrolu dwóch od nas poszło na stronę >>usłyszeliśmy tylko eksplozję<<.” Zapadła cisza, wzrok Garika zatrzymał się gdzieś na nieistniejącym w oddali punkcie.
    Po chwili ponownie się odezwał: „Nie czuję nienawiści do Azerów, wszystko to jest prowokacją Turcji. Przecież ten kraj, od ponad stu lat usiłuje nas wymordować, odbierając po kawałku nasze ziemie i zabijając naszych rodaków. Od kiedy służę w armii Arcachu zginęło już około siedem tysięcy naszych żołnierzy. Nie zawsze na wojnie, pomiędzy oficjalnymi konfliktami też zdarzały się jakieś potyczki.
    Niejednokrotnie wynajęci przez Turków najemnicy, robili krwawe rajdy na nasze przygraniczne wioski.”
    Zapytany o marzenia, odpowiedział, że chciałby już zrzucić mundur, żeby nastał trwały pokój, chce prowadzić normalne zycie, pojechać do Francji, zwiedzić świat. „Dopóki jednak istnieje zagrożenie, zostanę w armii, będę walczył” – odpowiada.
    Grupa dziennikarzy
    Wyprawa, od samego początku wydawała niemożliwa. Wszystko w pędzie, od chwili, gdy zadzwonił do mnie kolega z pytaniem, czy nie chciałbym polecieć do Górskiego Karabachu (nazwy Republiki Arcachu, jeszcze wtedy nie używałem). Międzynarodowa grupa dziennikarzy i jeden w ostatniej chwili się wycofał. Zwolniło się miejsce i mógłbym polecieć zamiast niego, problem w tym, że jest mało czasu.
    Cztery dni, a przecież taka wyprawa – nawet na tydzień – o czym jeszcze nie wiedziałem – wymagała odpowiedniego przygotowania. Nie tylko w zaopatrzenie, ale również chciałem dokładniej zgłębić całą historię regionu, przynajmniej od rozpadu Związku Radzieckiego – pisałem o tych konfliktach kilka razy, ale były to dosyć lakoniczne teksty oparte na doniesieniach agencyjnych.
    Armia Obrony Karabachu
    Szybki research w głowie, co wiem. Górski Karabach terytorialnie leży w granicach Azerbejdżanu, od rozpadu Związku Radzieckiego były tam trzy wojny: 1991 – 1994, 2016 – wojna „Aprillowa” lub „czterodniowa” no i ostatni konflikt, który rozpoczął się 27 września po zamieszkach przy granicy obu państw.
    W konflikcie po stronie Górskiego Karabachu opowiedziała się jedynie Armenia przy zachowawczym wsparciu Rosji, natomiast po stronie Azerbejdżanu walczyli syryjscy bojownicy – co ujawniono po schwytaniu jednego z nich, rożnej maści najemnicy z protureckich bojówek.
    Wszystko przy aktywnym wsparciu Turcji, przychylności Wolnej Armii Syrii i Izraela – mieszanka naprawdę wybuchowa.
    Pierwszy rozejm, a raczej zawieszenie broni ogłoszono po rozmowach w Moskwie od 10 października. Zawieszenie broni weszło w życie, ale trwało zaledwie kilka minut, zaczął się wzajemny ostrzał. Jak zawsze w takich sytuacjach obie strony zarzuciły przeciwnikowi złamanie porozumienia.
    Kolejne zawieszenie broni ogłoszono wieczorem siedem dni później, ale już następnego dnia zginęło blisko czterdziestu żołnierzy Armii Obrony Karabachu. 25 października po raz trzeci ogłoszono zawieszenie broni. Tym razem za pośrednictwem USA, które również przetrwało do następnego dnia. Najbardziej krwawe walki toczyły się o miasto Szusza, które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk.
    W rezultacie zostało zdobyte przez Azerów przy pomocy najemników z protureckich bojówek. Wreszcie dziesiątego listopada weszło w życie trójstronne porozumienie pokojowe podpisane przez Armenię i Azerbejdżan z udziałem Rosji.
    Armenia straciła Suszę, zobowiązała się wycofać swoje oddziały z okupowanych terenów do końca miesiąca. Azerbejdżan zgodził się odblokować połączenie miedzy Stepanakertem a Armenią. Z kolei Rosja do rozlokowania kontyngentu sił pokojowych. Tyle wiedziałem.
    Znałem też kilka faktów z dalekiej historii tego spornego rejonu (ramka poniżej), ale w obecnej sytuacji wiedza ta nie była mi specjalnie potrzebna. Nie byłem pewien jaki jest tam stan obecny.
    To mnie bardziej interesowało. Czego spodziewać się na miejscu? Wprawdzie obecność rosyjskich wojsk dawała jakąś gwarancję, to ich liczba już nie.
    Cały kontyngent składa się z niespełna dwóch tysięcy żołnierzy. Trudno wiec było uwierzyć, że to koniec. I faktycznie jeszcze dwunastego grudnia (w dniu kiedy wsiadałem już do samolotu odlatującego do Mińska) oddziały azerskie zaatakowały wojska Arcachu. Doszło do wymiany ognia.
    Walkę przerwały dopiero rosyjskie siły pokojowe. Ale tego dowiedziałem się już po powrocie.
    Dlatego ta nagła zmiana określenia z Armii Górskiego Karabachu na wojska Arcachu.
    Obiecałem ludziom z tego regionu, że będę już używał tylko nazwy ich republiki. Czyli właśnie Arcachu.
    Jeszcze przed wylotem miałem w głowie ogromne zamieszanie, trudno było mi uwierzyć w doniesienia agencyjne, przecież dwadzieściajeden lat wcześniej byłem świadkiem bardzo podobnego konfliktu. Cały świat poparł wtedy secesję Kosowa – mimo, że nie przeprowadzono żadnego referendum. Zbombardowano suwerenne, europejskie państwo – Jugosławię – wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
    Bez skrupułów mordując przy tym cywilnych jego mieszkańców. Bomby – również kasetowe – zrzucano w najludniejsze miasta, a zwłaszcza jego stolicę – Belgrad.
    Wszystko to w ramach obrony „praw człowieka” i chęci samostanowienia części mieszkańców Kosowa.
    Rozbijając tym samym integralność kraju i de facto doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia z mapy świata. W przypadku Republiki Arcachu nie ma takich problemów, mieszkańcy zorganizowali przecież referendum, region w niemal w całości zamieszkały jest przez obywateli Republiki Arcachu pochodzenia ormiańskiego – trochę to skomplikowane, ale postaram się w kolejnej części wyjaśnić jak to działa.
    Daleko od Warszawy
    No dobra, ale wnioski i samo przypomnienie sobie wydarzeń z ostatnich lat to jeszcze za mało. Muszę dostarczyć z redakcji odpowiednie dokumenty, wypełnić specjalne wnioski, powysyłać to wszystko do kilku państw i wielu rożnych instytucji. Oczywiście cyrylicą i po rosyjsku. Sam nie dam rady – pomyślałem, bo o ile czytam rosyjskie znaki, to z pisaniem jest znacznie gorzej. Zaczęły się schody. Byłem jednak tak podekscytowany, i tak bardzo zależało mi na tym wyjeździe, że wykrzesałem z siebie całą determinację, słowem stanąłem na głowie, żeby sprostać piętrzącym problemom. Redakcja wystawiła mi niezbędne dokumenty, ale niestety bez pieczątek i ręcznych podpisów. Teraz, podczas pandemii pracujemy online i takie pisma jeszcze z pieczątkami, były nie do zdobycia, dodatkowo odległość.
    Mieszkam mniej więcej 130 kilometrów od Warszawy, gdybym przynajmniej wiedział, że kogoś zastanę, to bez wahania pojechałbym nawet w środku nocy. Bo miałem jeden dzień na pozałatwiania tych wszystkich papierów tak, by kolejnego już wysłać. Na drugi dzień miałem już przygotowane oświadczenia z redakcji, a dzięki pomocy koleżanki wypełnione wnioski.
    Niestety bez pieczątek. Porozsyłałem więc wszędzie, gdzie było trzeba i nie czekając na odpowiedź zacząłem robić bilans potrzebnych mi rzeczy. Poza tym wywaliłem wszystko z szaf i powoli zacząłem pakowanie. Wciąż jednak nie wiedziałem czy lecę.
    Popołudniu zaczęły przychodzić odpowiedzi. Niestety, wszelkie pisma z ormiańskich urzędów i ministerstw zawierały to samo. Informację, że wysłałem pod zły adres, że to nie jest w ich kompetencjach i żebym wysłał wnioski na e-mail podany na takiej i takiej stronie.
    Na wszelki wypadek wysyłałem hurtem pod wszelkie wymienione na stronach adresy, by po chwili otrzymać niemal identyczne odpowiedzi, z tą różnicą, że tym razem skierowali mnie do jeszcze innych urzędów. Czas się kurczył, wprawdzie trzy godziny różnicy, ale miałem świadomość, że lada moment już nikt nie przeczyta moich wiadomości. A przecież następnego dnia będzie już za późno. Po wielu takich próbach, wreszcie skierowano mnie ponownie tam, gdzie wysyłałem na początku.
    Oczywiście wysłałem, ale straciłem już nadzieję. Odpowiedź nie przyszła, a ja położyłem się spać w przekonaniu, że już nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie, gdy we czwartek rano, ten sam kolega zadzwonił z informacją że już wszystko załatwione i że mam bilet, ale lecimy nie w sobotę, a w niedzielę. Byłem tak skołowany, że dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem. Dowiedziałem się tez, że z Polski poleci jeszcze jedna dziennikarka – Agnieszka. Już bez pośpiechu spakowałem plecak, dzięki temu, że lot przełożono na niedzielę, miałem spory zapas czasowy, więc i zakupy niezbędne zdążyłem zrobić, tak by w pełni gotowości pojawić się punktualnie na warszawskim lotnisku Chopina.
    Podróż białoruskimi liniami z przesiadką w Mińsku. Często latałem tanimi liniami i znam niedogodności jakie się z tym wiążą. A to bagaż podręczny trzeba mierzyć specjalnym przyrządem, jeśli wyjdzie, że jest centymetr za duży, to trzeba dopłacać. Zwłaszcza jednej, popularnej w Polsce linii nie lubiłem, miałem wrażenie, że jest to lotnicza „powietrzna nauka jazdy”.
    Za każdym razem gdy z nimi leciałem, lądowanie było bardzo twarde. Często pasażerowie wydawali z siebie przytłumione odgłosy przerażenia. Teraz też nie spodziewałem się luksusów. Od początku wyglądało to na potworny bałagan, ludzie z walizkami, które udawały bagaż podręczny, obsługa ich wpuszcza, każdemu zmienia numer miejsca. No fajnie – przeleciało mi przez głowę – ale świadomość, że za kilka godzin będę w Erewaniu skutecznie przesłoniła mi obawy przeciążonego samolotu i twardych lądowań.
    Zdziwienie pojawiło się, gdy niespełna godzinę później, samolot wyładował w stolicy Białorusi, a usiadł na płycie lotniska tak delikatnie, że bardziej odczuwalne było, gdy opuszczał koła przed lądowaniem.
    Zastanawiałem się, czy to przypadek, czy Białorusini aż tak dobrze szkołą pilotów. Trzy godziny czekania na przesiadkę, akurat by szybko przejrzeć ceny papierosów w strefie wolnocłowej. Cztery Euro za karton. Czyli czterdzieści eurocentów za paczkę, jakieś trzy złote. Szok. Niestety, lecąc do Azji nie mogłem kupić, nie do końca rozumiałem dlaczego, ale zapamiętałem miejsca, by w drodze powrotnej odpowiednio się zaopatrzyć. Co oczywiście zrobiłem. Zresztą jak się okazało w Armenii papierosy są równie tanie. Gdy otworzyli bramkę, znowu zamieszanie z miejscami, znowu jakiś bałagan. Tym razem jednak podszedłem do tego spokojniej. Już bez stresu, słuchałem poleceń załogi. No i kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w wyniku tego zamieszania posadzili mnie w klasie biznesowej. Szerokie, wygodne i pełne przestrzeni miejsca, stewardesa tylko się do nas uśmiechnęła, mówiąc: „ale macie szczęście”. Różnica ogromna, fotele jak kanapy i dużo przestrzeni na nogi. Znowu lądowanie, podobnie jak w Mińsku, niemal niewyczuwalne – albo mam niebywałe szczęście – albo faktycznie zatrudniają najwyższej klasy pilotów – pomyślałem.
    Erewań
    Dochodziła czwarta rano gdy wysiedliśmy na lotnisku w Erewaniu, kompletnie pogubiony, nie miałem pojęcia gdzie iść, Agnieszka chyba też, poszliśmy więc za całą grupą z samolotu. Trafiliśmy do kolejki na obowiązkowe dla wjeżdżających testy, na obecność wirusa Covid.
    Trochę się denerwowałem, bo miał mnie ktoś stąd odebrać. Poza tym, że ma na imię Sasza i jest dziennikarzem, nic o nim nie wiedziałem. Agnieszka, również niewiele i też rozglądała się po terminalu. Gdy jednak usłyszałem dźwięk powiadomienia w telefonie, zobaczyłem wiadomość napisaną po rosyjsku, że jest, czeka z drugiej strony odprawy i już nas widzi, odetchnąłem z ulgą.
    Wreszcie – pomyślałem – i wtedy zaczęło schodzić napięcie kumulowane przez te ostatnie, zwariowane dni. Pielęgniarki uwijały się dosyć szybko, niektórzy znosili to lepiej i szybciej inni dłużej i słychać było odgłosy krztuszenia. Nigdy nie robiłem tych testów, więc nie wiem czego się spodziewać.
    Gdy usiadłem na krześle, zacząłem podwijać rękaw, sadzać, że będą pobierać krew. Nic z tych rzeczy, sympatyczna pielęgniarka powiedziała tylko, że nie trzeba i zabrała się za badanie. Wsunęła mi do nosa jakaś miękką rurkę, tak głęboko, że poczułem ją aż w gardle. Nie było to może zbyt przyjemne, ale już zrozumiałem dlaczego niektórzy tak się krztuszą i kaszlą, jeszcze wymaz z języka i po sześciu godzinach wynik. Jeśli coś będzie nie tak, przyślą maila. Możemy iść.
    Zasieki
    Na lotnisku przywitał nas Sasza. Szybko złapaliśmy nić porozumienia. Oprócz nas przylecieli jeszcze dwaj dziennikarze Roman z czeskich Nowin i Ulrich – niemiecki dziennikarz, pracujący w Moskwie.
    Sprzed lotniska zabrały nas dwa czarne terenowe samochody. Trochę dziwne samochody, w azjatyckim kraju, ale jedziemy. Wprawdzie nie wiemy gdzie, ale trudno. Jest już nas więcej, chociaż i tak jeszcze bardzo nieufnie do tego podchodzę. Jednak senność bierze górę, niech mnie wiozą gdzie chcą, byle się przespać – pomyślałem.
    Mimo to starałem się też chłonąć oświetlone miasto, pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne.
    Jasne ulice, nowoczesne stacje benzynowe, neony knajp, restauracji i marketów, zupełnie jak stolica europejskiego kraju.
    Podjechaliśmy pod blok, Sasza wraz z Ormianami, którzy prowadzili auta zaprowadził nas do jakiegoś mieszkania w bloku.
    Warunki idealne, a nawet luksusowe. Każdy ma swój pokój, proste nowoczesne umeblowanie. Trochę szkoda, że będziemy tu tylko jedną noc, następnego dnia – a w zasadzie tego, tylko za kilka godzin – musimy pozałatwiać formalności, akredytacje – Armenii i akredytację oraz wizę do Republiki Arcachu.
    Dużo łażenia po urzędach, ale mamy przewodników. Ponieważ dochodziła już szósta rano, w Polsce dziewiąta, umówiliśmy się na dwunastą.
    Ledwo się ogarnąłem i natychmiast padłem spać. Ponieważ na drugi dzień formalności mocno się przeciągnęły, musieliśmy wielokrotnie jeździć do tych samych urzędów, zostaliśmy więc w Erewaniu jeszcze jedną noc.
    Arcach daje wizy przypięte do karty paszportu spinaczem biurowym, oczywiście jeśli ktoś chce to mogą mu wbić ogromny stempel.
    Robią tak dla bezpieczeństwa. Jeśli wybrałbym się do Azerbejdżanu z ich wizą mógłbym mieć spore nieprzyjemności, nie tylko na granicy.
    Już nie mogłem się doczekać następnego ranka i pięknych gór Kaukazu. Mieliśmy do przejechania ponad pięćset kilometrów i to górskimi drogami.
    Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby zrobić zdjęcia. W ten właśnie sposób porwałem sobie spodnie na rozstawionych przez wojsko zasiekach. Dobrze, że miałem drugie na zmianę.
    Mieliśmy już umówione spotkania z ważnymi urzędnikami, łącznie z sekretarzem prezydenta Republiki, człowiekiem, który ogłosił ostatnią wojnę – Varhamem Poghosyanem.
    Po jakiś ośmiu godzinach jazdy, dotarliśmy do hotelu w Stepanakarcie. Cdn…

Łotwa coraz bardziej antyrosyjska

Funkcjonariusze łotewskiej Państwowej Służby Bezpieczeństwa wtargnęli do prywatnych mieszkań siedmiorga rosyjskojęzycznych dziennikarzy dokonując przeszukania i rekwirując komputery w tym będące własnością ich rodzin. Zdarzenie to wywołało ostrą reakcję zarówno ze strony niektórych łotewskich działaczy politycznych, jak również rosyjskiego MSZ.

Po zakończeniu przeszukania dziennikarze zostali odwiezieni na przesłuchanie. Następnie zostali zwolnieni, jednak nie zwrócono im nie tylko zabranego sprzętu, lecz także kart bankomatowych i pieniędzy w gotówce.
W uzasadnieniu akcji łotewska bezpieka w oficjalnym oświadczeniu twierdzi, iż powodem interwencji było nieprzestrzeganie antyrosyjskich sankcji wprowadzonych m. in. przez Unię Europejską i Republikę Łotwy. Podejrzewano bowiem, że środki pieniężne uzyskiwane przez portal internetowy Baltnews trafiają następnie do kieszeni rosyjskiego biznesmena Dmitrija Kisieliowa. Jego nazwisko znajduje się na liście osób objętych sankcjami w związku z tym, że „podważał integralność terytorialną, suwerenność i niepodległość Ukrainy” czyli mówiąc wprost miał swoje zdanie na temat przyłączenia Krymu do Rosji.
Oprócz absurdalności wprowadzania sankcji za ominięcie których grozi kara nawet do czterech lat więzienia warto zwrócić uwagę na fakt, że Kisieliow nie jest właścicielem portalu a jedynie jednym z menadżerów, natomiast Baltnews stanowi część holdingu medialnego Russia Today, który nie jest objęty sankcjami.
Zatem, jak wnioskują w artykule opublikowanym na stronie internetowej defenddemocracy.press łotewska eurodeputowana Tatjana Ždanoka i członek Rady Miejskiej Rygi Mirsoslavs Mitrofanovs, nie ma logicznego uzasadnienia dla przypuszczeń, iżby praca dziennikarzy dla państwowych mediów miała służyć dostarczaniu środków pieniężnych jednemu z menadżerów.
Ždanoka i Mitrofanovs przypominają, że od początku bieżącego roku łotewskie władze zdecydowanie nasiliły działania zmierzające do rugowania z przestrzeni publicznej rosyjskojęzycznych, w tym także uznawanych za prozachodnie i związane z rosyjską opozycją oraz politycznie neutralnych mediów w tym nadających programy kulturalne i edukacyjne.
Władze zakazały państwowej telewizji LTV-7 nadawania audycji w języku rosyjskim a inne rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne zostały usunięte z głównego pakietu operatorów kablowych. Ponadto na skutek utrudnień ze strony władz wiele wydawanych po rosyjsku lokalnych gazet zniknęło z rynku a pracujący w nich dziennikarze musieli sobie szukać zatrudnienia w Rosji.
Komentując akcję przeciwko dziennikarzom jedna z przesłuchiwanych przez służbę bezpieczeństwa osób Ałła Bieriezowskaja pyta: Jak to się mogło zdarzyć w demokratycznej Łotwie w XXI wieku? Zadaje też retoryczne pytanie, czy czy dziennikarzy należy karać dziennikarzy za pisanie informacji i analiz.
Bieriezowskaja twierdzi wprost, że władze wydały dziennikarzom wojnę i w związku z tym zwraca się do społeczności międzynarodowej o wywarcie presji na łotewskie władze aby „zamiast politycznego zastraszania wstąpiły na drogę dialogu z posługującą się językiem rosyjskim mniejszością”.
W podobnym tonie wypowiada się też rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa mówiąc podczas niedawnego briefingu, iż Rosja zauważa systematyczne działania łotewskich władz w kierunku agresywnego wypierania rosyjskich środków masowego przekazu podając jako przykład zablokowanie retransmisji siedmiu kanałów rosyjskiej telewizji. Skomentowała też powoływanie się Łotwy na sankcje jako podstawę do dyskryminacji dziennikarzy. „Okażcie męstwo i powiedzcie, że wyrzucacie z przestrzeni medialnej Łotwy język rosyjski (…), który wam się nie podoba. I co mają do tego sankcje?” – mówiła Zacharowa.
Za podstawę prawną działań wymierzonych w rosyjskojęzyczne media służy przyjęta przez parlament poprawka do ustawy o mediach elektronicznych zgodne z którą w programach telewizyjnych udział audycji nadawanych w innym niż łotewski języku zostaje ograniczony do 20 proc. czasu antenowego.
Jest rzeczą oczywista, że ma to na celu ograniczenie dostępu do informacji przekazywanych przez rosyjskojęzyczne media i niezgodnych z linią oficjalnej propagandy. Językiem rosyjskim posługuje się ok. 40 proc. mieszkańców Łotwy. Występując w programie TVP info Studio Wschód prof. Andrzej Pukszto z uniwersytetu w Wilnie przyznał, że rosyjskie programy telewizyjne są chętnie oglądane na Łotwie nad czym oczywiście ubolewał.
Praktyka autorytarnych rządów, które z braku argumentów polega na tym, że ograniczają swoim obywatelom możliwość dostępu do różnorodnych źródeł informacji.

Król jest nagi

Pięć lat temu w Rosji narodziła się nowa tradycja polityczna. 25 listopada 2015 r. w Jekaterynburgu otwarto pierwsze w Rosji centrum prezydenckie – Centrum Prezydenckie Borysa Jelcyna. Od pięciu lat nie milkną kontrowersje wokół głównego elementu tego handlowo-rozrywkowego kompleksu, muzeum pierwszego prezydenta Rosji.

„Nie ma kultury bez obiektywnego zrozumienia historii. W Jekaterynburgu znajduje się ośrodek, w którym codziennie zachodzi proces niszczenia narodowej samoświadomości dzieci. Jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego, ponieważ setki dzieci codziennie otrzymują tu truciznę.
Centrum niezgody
Musi istnieć spójna polityka, ukierunkowana na to, żeby dzieci zrozumiały, że kraj, w którym mieszkają, jest wspaniałym krajem” – stwierdził Nikita Michałkow, kultowy reżyser i aktor, politolog i prezenter popularnego programu telewizyjnego „Besogon TV”, osobisty przyjaciel prezydenta Rosji Władimira Putina, brat innego słynnego reżysera Andrieja Konczałowskiego.
Michałkow proponuje zasadniczo skorygować ekspozycję muzeum. Zrezygnować z jednostronności i koloryzowania w wyjaśnianiu okresu prezydentury Jelcyna. „Wszystko skupia się na jednej osobie. Próbują doprowadzić nas do przekonania, że istnienie nowej Rosji, do której od wieków dążyli mieszkańcy naszego kraju, zawdzięczamy Jelcynowi. A to nieprawda. To kłamstwo” – podkreśla Nikita Michałkow.
A oto słowa Władimira Sołowiowa, najpopularniejszego i najbardziej zaangażowanego prezentera telewizyjnego programów politycznych typu talk-show, emitowanych na głównym kanale federalnym „Rosja-1”, a także „tuby władzy”, który odwiedził „Centrum Jelcyna”: „Nie chcę przeklinać i wypowiadać przykrych słów, ale wyszedłem z tego centrum Jelcyna i musiałem powstrzymać dzikie uczucie nienawiści, ponieważ mam organiczną wrogość do kłamstwa. A kiedy zobaczyłem te kłamstwa o naszej historii, z każdym krokiem byłem coraz bardziej i bardziej wzburzony. Czy to jest genialne? Bardzo! Ale treść zabija. Selektywność treści”.
W sporach wokół „Centrum Jelcyna” (a właściwie wokół osoby Borysa Jelcyna, jego czasów i politycznego dziedzictwa) oliwy do ognia dolały książki Aleksandra Korżakowa, byłego ochroniarza Jelcyna, dowódcy Służb Bezpieczeństwa Prezydenta (SB), członka Związku Pisarzy Rosji „Borys Jelcyn: od wschodu do zachodu”, „Najbliższy krąg cara Borysa”, „Biesy 2.0. Carowie nie są prawdziwi!”, „Kremlowskie bajki”. Lada moment ukaże się kolejna książka Korżakowa „Notatki kulawego generała”, w której obiecuje nowe rewelacje na temat życia rodziny Jelcyna.
Pudełko spod „Xerox”
Oczywiście, książek Korżakowa w muzeum Jelcyna nie ma i być nie może. Dla rodziny i bliskiego otoczenia byłego prezydenta Rosji Korżakow jest postacią, delikatnie określając, której by ręki nie podali, chociaż Jelcyn i jego lojalny ochroniarz dwukrotnie „mieszali krew”, raniąc sobie ręce po pijaku, co u mężczyzn jest uważane za najwyższy przejaw przyjaźni i zaufania. Przez 11 lat ochroniarz Korżakow znajdował się w dosłownym znaczeniu tego słowa obok ciała wodza, ale „bracia krwi” nagle stali się wrogami. Od miłości do nienawiści tylko jeden krok, a drogi powrotnej nie ma.
19 czerwca 1996 r., między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich w Rosji, Korżakow (według niego za zgodą Jelcyna) osobiście aresztował strategów politycznych sztabu Jelcyna Arkadego Jewstafiewa i Siergieja Lisowskiego, którzy próbowali wynieść z Domu Rządowego skrzynkę z napisem „Xerox”, w której było 538 tysięcy dolarów. „Czarna gotówka” miała być podobno przeznaczona dla „gwiazdy pop”, która dawała koncerty na rzecz poparcia kandydatury Borysa Jelcyna na prezydenta. Ogromne kwoty pieniędzy utknęły w rękach rodziny Jelcyna: najmłodszej córki prezydenta (a zarazem jego oficjalnej doradczyni) Tatiany Diaczenko, jej męża i szefa administracji prezydenta Walentego Jumaszewa, żony Jelcyna Nainy Josifownej i… ich „ideologicznych inspiratorów”, oligarchy Borysa Bieriezowskiego i Anatolija Czubajsa.
„Zgodna rodzinka”, zdając sobie sprawę z tego, że pieniądze i władza wymykają im się z rąk, przekonała chorego (po pięciu zawałach serca!) i od dawna obojętnego na los Rosji prezydenta, że jego ochroniarz, oddany Sancho Pansa, zdradził interesy rodziny. A co za tym idzie, również głowy rodziny, czyli samego Borysa Jelcyna.
Zwolniony ze stanowiska szefa Służb Bezpieczeństwa Prezydenta Rosji generał podporucznik Korżakow zabrał ze sobą pewne dokumenty finansowe, ujawniające potworną korupcję władz, z których część opublikował w swoich książkach.
Tego nie mogą mu wybaczyć ci, którzy narobili bałaganu.
„Prezydent pracuje z dokumentami”
„Nie powinniśmy wstydzić się nikczemności wtedy, gdy o niej piszą, ale kiedy ją czynią”. Te słowa Aleksandra Sołżenicyna stały się epigrafem książki-pamfletu „Biesy 2.0. Carowie nie są prawdziwi!”. Kraj epoki Jelcyna, pisze Korżakow, pogrążył się w kłamstwach, służalczości i zazdrości. Ta wybuchowa mieszanka zżera społeczeństwo, zabijając wszystko, co ludzkie, zdrowe i moralne.
Pięć lat temu na otwarciu „Centrum Jelcyna” nie było kuzyna Jelcyna Stanisława Glebowa z uralskiej wioski Butka, w której dorastał Borys Jelcyn. Dlaczego? „Zrujnował kraj, przepił Rosję!” – wyjaśnił swoją absencję Stanisław.
O pijaństwie Jelcyna krążą legendy. W książce Korżakowa „Biesy 2.0”, prezydent i jego otoczenie piją, jak to się mówi, na każdej stronie. „Picie na Kremlu zaczynało się od rana. Około godziny 11 Jelcyn komunikował przez telefon: „No, Aleksandrze Wasiljewiczu, czy nie czas na obiad?”. Rozpoczynał się „obiad” i trwał cały dzień aż do kolacji” – wspomina Korżakow. Generał przytacza niepojęte liczby – były takie dni, kiedy on i Jelcyn pili sześć (!) butelek wódki dziennie. W samochodzie u kierowcy Jelcyna zawsze leżała „alarmowa walizeczka” – butelka wódki i wyszukana zakąska.
Pierwsza wizyta Jelcyna w USA została zapamiętana, bo po wylądowaniu w Baltimore wysiadł on z samolotu i, jak zaprawiony kierowca ciężarówki, od razu ugasił pragnienie. W Waszyngtonie wczesnym rankiem Jelcyn próbował złapać taksówkę w… samych majtkach. Swoje dziwne zachowanie prezydent wyjaśnił z dziecięcą naiwnością – chciał kupić pizzę. Jesienią 1994 r. miały odbyć się negocjacje między premierem Irlandii i prezydentem Rosji. Samolot prezydenta wylądował na lotnisku w Shannon. Przy trapie ustawiła się gwardia honorowa, ale Jelcyn, który w przeddzień się przepił, nie wysiadł z samolotu, obwiniając o wszystko Korżakowa, który go „zawczasu nie obudził”. W tym samym 1994 r. w berlińskim Treptower Park pijany Jelcyn o mało nie spadł ze schodów monumentu, a trochę później, doprawiając się w samochodzie, wyrwał dyrygentowi policyjnej orkiestry batutę dyrygenta i tańcząc zaczął dyrygować orkiestrą oraz śpiewać „Kalinkę”.
Kiedy w 1991 r. Jelcyn został prezydentem Rosji, czasami na długo znikał z ekranów telewizorów. Sekretarz prasowy prezydenta (mój kolega z gazety „Komsomolskaja Prawda”) wyjaśniał to „tajemnicze zjawisko” w prosty sposób: „Prezydent na swojej daczy pracuje nad dokumentami”.
Od tego czasu to zdanie stało się synonimem ciągu alkoholowego głowy państwa.

Przełożyła Marta Hofman