Ośmiornica z Kremlem w tle

Agentura rządzi?

Jeśliby to, co jest treścią tej książki, choć w połowie było prawdą materialną, to nieuchronnie trzeba by wyciągnąć wniosek, że Polska jest rządzona przez dobrze zakamuflowaną, rozgałęzioną agenturę rosyjską, wywodzącą się po części jeszcze z czasów radzieckich. Wołałbym jednak narazić się autorowi na niesprawiedliwą ocenę niż z góry, bezkrytycznie zadeklarować bezwarunkową wiarę w prawdziwość tego, co napisał. Żeby było jasne: mam zaufanie do Autora, ale nie mogę nie zachować odruchowego dystansu do treści jego książki. Dystansu opartego na dobrej woli i życzliwego. Dystansu wynikającego ze względów natury epistemologicznej, poznawczej. Może dlatego, że jako obywatel polski chciałbym, aby to co napisał, nie miało pokrycia w faktach, choć obawiam się, że niestety, choć w części – ma.
Wbrew być może pierwszemu skojarzeniu, „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka nie dotyczą tylko afery majątkowej związanej z obecnym premierem, czy afery GetBack, w którą zamieszany jest jego ojciec, Kornel Morawiecki. Tych kwestii książka dotyczy w relatywnie niewielkim fragmencie. Jest to natomiast udokumentowana bogatą warstwą faktograficzną opowieść o genezie obecnych rządów, które w ujęciu głośnego autora mają swoje źródło w pewnych wydarzeniach i personaliach, które swój początek wywodzą z tzw. „Solidarności Walczącej”, organizacji założonej przez Kornela Morawieckiego w 1981 roku. W narracji Piątka pojawiają się liczne nazwiska znane z pierwszych stron gazet i czołówek materiałów telewizyjnych oraz internetowych, ale także postacie szerzej nieznane i pozostające w cieniu. Poza samym Morawieckim-seniorem, u podstaw całej tej ponurej historii pojawia się choćby zagadkowa, mroczna postać niejakiego Wojciecha Myśleckiego, czołowego działacza „SW”, ale przede wszystkim jej „mózgu”, „wizjonera, „stratega”, człowieka o tajemniczych i niepokojących powiązaniach oraz poglądach. To Myślecki, jeden mentorów Mateusza Morawieckiego, już w 1981 roku, czyli w czasach, gdy miliony Polaków marzyły o Polsce osadzonej w cywilizacji zachodniej, nie krył się z poglądami wobec Zachodu sceptycznymi, a jednocześnie umiarkowanie życzliwymi dla – ówczesnego – ZSRR, pojmowanego oczywiście perspektywicznie jako niekomunistyczna Rosja. W książce tej pojawia się co najmniej kilkanaście nazwisk osób, o korzeniach czy działaniach w taki czy inny sposób związanych z ZSRR, z instytucjami obecnej Rosji i „wschodem” rozumianym jako obszar usytuowany za wschodnimi granicami Polski lub związanych z osobami o takich powiązaniach. Oto niektóre z tych nazwisk: Teresa Czerwińska (właśc. Tatiana Tumanowskis), urodzona w ZSRR była minister finansów ( T. Piątek: „Ministrem finansów Morawiecki czyni osobę urodzoną i wychowaną w Związku Sowieckim, która otrzymuje dostęp do tajemnic naszych sojuszników z NATO – choć nie wiadomo, czy osoba ta została właściwie sprawdzona przez kontrwywiad”), Zbigniew Jagiełło, blisko związany z Morawieckimi prezes PKO BP, Adam Andruszkiewicz, nacjonalista, wiceminister cyfryzacji i otwarty rusofil, Igor Janke, były dziennikarz, hagiograf Mateusza Morawieckiego i Wiktora Orbana, dziś de facto biznesmen powiązany z rosyjskim, oligarchicznym biznesem bliskim Kremlowi, Ryszard Czarnecki, powszechnie znany euro deputowany też mający rosyjskie filiacje, Michał Dworczyk szef kancelarii premiera, Adam Lipiński, wiceszef PiS, Sylwester Chruszcz, skrajny nacjonalista, który wszedł do Sejmu z listy Kukiz ’15, były raper Liroy, czyli Piotr Marzec, szef Partii Zmiana Mateusz Piskorski, fanatyczny, złotousty nacjonalista Grzegorz Braun, Olga Semeniuk – warszawska radna PiS, sympatyczka Marine Le Pen, wreszcie sam Antoni Macierewicz – tej postaci przedstawiać nie trzeba Na tej liście są także takie figury, jak zamieszany w nielegalną prywatyzację w Warszawie Dymitr Hirsch („tajemniczy doradca Mateusza Morawieckiego o rosyjsko-wschodnioniemieckich korzeniach”), a nawet postać z tak odległego cienia jak młody człowiek, Michał Kuczmierowski, ten sam osławiony „harcerz”, który 10 kwietnia przyniósł przed Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż, który stał się zarzewiem trwającej przez kolejne miesiące burzliwej awantury politycznej. Autor książki, niczym skrupulatny pająk, snuje swoją misterną konstrukcję opisu powiązań zarówno wymienionych powyżej person, jak i wielu innych, a wszystkich wymienić nie sposób. Dotykam tylko „góry lodowej” jaką tworzy zawartość tej książki. W ostatniej części książki, zatytułowanej „Solidarność Walcząca i Biuro Studiów SB”, Piątek ukazuje podejrzaną genezę organizacji stworzonej przez Kornela Morawieckiego, genezę która nabiera nowej wymowy po głośnych prorosyjskich i prokremlowskich wypowiedziach tegoż samego Kornela Morawieckiego po latach. W pewnym momencie autor próbuje odpowiedzieć na pytanie „co było główną motywacją, która prowadziła Morawieckiego (Mateusza – przyp. KL) po tej ścieżce coraz wyżej – i coraz bliżej Moskwy”. „Czy był to czysty cynizm, jak sugerują liczne fakty – zastanawia się Piątek – (…) Czy jednak za tym cynizmem stała jakaś ideologia, jakaś wiara? A może to Kornel Morawiecki skierował syna na Wschód? (…) Założyciel „Solidarności Walczącej”, uchodzący kiedyś za radykalnego wroga Kremla, potem nagle jego sympatyk. Czy Morawiecki razem z nim zmienił front? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy wiedzieć, kiedy Kornel Morawiecki dokonał zwrotu w stronę Moskwy. Być może znacznie wcześniej niż przypuszczamy. Przykład Wojciecha Myśleckiego wskazuje, że antyzachodnie tendencje w otoczeniu Kornela Morawieckiego kiełkowały najpóźniej już na początku lat 90. Przybocznym Kornela była przecież postać tak dwuznaczna, jak Paweł Falicki, zarejestrowany przez SB jako TW „Barnaba”. Człowiek, który chce dzisiaj, aby Polacy trzymali pieniądze w Rosji. Podobnie jak syn Kornela Morawieckiego, Mateusz Morawiecki, który chciał, aby Polacy swe pieniądze inwestowali na Białorusi”.
„Morawiecki i jego tajemnice” to książka, która powinna być może mieć w tytule „Morawieckich”, w liczbie mnogiej. To gęsty od informacji, personaliów, pytań i hipotez, trudny nawet do prostego ogarnięcia raport z „ciemnej strony Księżyca”, a tym „Księżycem” jest polska polityka od 1980 roku. Czytelnik postronny, który nie jest specjalistą dysponującym wiedzą i instrumentami pozwalającymi na weryfikację jej treści, staje w trakcie lektury i polekturowych przemyśleń przed trzema możliwościami: odrzucić narrację autora, przyjąć ją lub zachować coś w rodzaju „symetryzmu”, mimo wszystko, mimo tego, że fakty przytaczane przez Piątka i tezy czy supozycje przez niego formułowane brzmią – przy wszystkich wątpliwościach czy zastrzeżeniach, jakie mogą się pojawić – wiarygodnie. Aczkolwiek sam nie mam innego wyjścia, jak powtórzyć za Gombrowiczem: „Nie jestem ja aż tak szalony, abym co mniemał albo i nie mniemał”. A wątków w książce jest znacznie więcej niż tu przywołałem: pojawia się także i NRD-owska „STASI”, i podejrzane tło kultu „Żołnierzy Wyklętych” i inne, liczne szczegółowe wątki. Pojawiają się też postacie szemranych biznesmenów, Tomasza Misiaka czy osławionego Marka Falenty, który być może jest ostatnim, w sensie kolejności, sekwencji zdarzeń, ogniwem tej tajemniczej historii. Wieńczy książkę pięciostronicowe „Podsumowanie. Ojciec, syn i tajemnice”. To sformułowane w postaci 48 punktów resumé zawartości „Morawieckiego i jego tajemnic”, prawdziwe, cenne wspomożenie ze strony autora adresowane do czytelnika, któremu „głowa puchnie” od tego, co przeczytał. Godne odnotowania są także obfite przypisy odsyłające zainteresowanych czytelników do części źródeł wiedzy autora. Podoba mi się też „gadżetowy” koncept polegający na opatrzeniu każdego rozdziału pastiszowym nawiązaniem do konwencji „streszczeń” rozdziałów, znanej czytelnikom z powieści przygodowych m.in. Juliusza Verne czy Edmunda Niziurskiego. Czytajcie tę fascynującą książkę i mimo wszystko próbujcie wyrobić sobie zdanie na jej temat. Na koniec, na puentę, nie odmówię sobie zacytowania postaci – dalece nie z mojej bajki – kardynała Henryka Gulbinowicza, metropolity wrocławskiego. W rozmowie z Władysławem Frasyniukiem miał on powiedzieć: „Nie chcę mieć nic wspólnego z Solidarnością Walczącą. To projekt absolutnie sowiecki. Niech mi pan wierzy, ja pochodzę ze Wschodu. Wiem jak Sowieci działają”. Oceńcie to wszystko co zebrał i opisał Tomasz Piątek, jak chcecie, jak wam dyktuje wiedza, intuicja, czy nawet wiara, ale przeczytajcie jego
fascynującą książkę.

Tomasz Piątek- „Morawiecki i jego tajemnice”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str.359, ISBN 978-83-66095-12-0

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbána na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdoğana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.
Car Wołodia
Ale Putin jawi się też w zachodnich mediach jakby był najpotężniejszym człowiekiem planety. Jakby samowładnie pociągał za sznurki na całym świecie, nie wyłączając największych mocarstw. Polityczni i medialni zarządcy status quo wszędzie pokazują nam macki Putina. To on wybrał Amerykanom Donalda Trumpa na prezydenta (garścią marginalnych memów na Facebooku); to on o mało nie wybrał Francuzom Marine Le Pen (i jeszcze dopnie swego); to on podpuszcza „żółte kamizelki”, żeby robiły zawieruchy na ulicach francuskich miast; to on stoi za katalońskim separatyzmem; to on stoi za Salvinimi; to on stoi za Assange’em; to on stoi za Kaepernickiem; to on (a nie na przykład dominacja zaciskających wszystkim pasa Niemiec) odpowiada za groźbę rozpadnięcia się Europy; to on nam zagraża, kiedy Trump zrywa międzynarodowe traktaty. Putin zapewne w najśmielszych swoich snach nie fantazjuje nawet o potędze, jaką przypisują mu niektórzy jego „krytycy”.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę wyraża się także w tym, że jak w przypadku żadnego innego politycznego przywódcy naszych czasów, jego wizerunek zrósł się w jedną całość z wizerunkiem państwa, na którego czele stoi. Putin to Rosja a Rosja to Putin (i nic więcej!) – w stopniu, dla którego trudno znaleźć we współczesnej politycznej wyobraźni coś podobnego. Nawet Erdoğan nie utożsamił się jeszcze z Turcją do tego stopnia. Dominująca narracja każe nam przyjmować jako oczywiste założenie, że Putin jest samodzielnym i bez mała jedynym autorem współczesnego porządku politycznego Rosji – to wszystko jest jego projekt, jego dzieło, i jego wyłącznie.
Ten ostatni wymiar wyolbrzymionego miejsca Putina we współczesnej wyobraźni politycznej Zachodu stanowi punkt wyjścia dla znakomitej książki Tony’ego Wooda „Russia Without Putin : Money, Power and the Myths of the New Cold War” (Rosja bez Putina: Pieniądze, władza i mity nowej zimnej wojny), wydanej w zeszłym roku przez londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso. Wood zaczyna od wykazania, że Putin był produktem oligarchicznego systemu, który wykształcił się na gruzach upadającego ZSRR w warunkach chaosu pod rządami Borysa Jelcyna. Przekonuje, że to mit, jakoby Putin przywrócił zamordyzm w sowieckim stylu wraz z ekonomicznymi ingerencjami państwa w gospodarkę, zrywając z jelcynowskim karnawałem liberalnej demokracji i wolnego rynku. Putin był przecież przez Jelcyna wskazany, w zasadzie mianowany na swojego następcę – i zrewanżował mu się za to dożywotnim immunitetem. Putin nie zniósł utworzonego za Jelcyna porządku, Putin go skonsolidował i ustabilizował, przywracając ramę silnego państwa rozpiętą nad interesami oligarchów (jelcynowska słabość państwa groziła przecież w dłuższej perspektywie także ich interesom i pozycji). Może i poświęcił po drodze jakiegoś Chodorkowskiego, ale było to elementem procesu wytyczania nowych reguł gry i odzyskiwania przez państwo społecznej legitymizacji, szacunku zwykłych Rosjan. Za rządów Putina (dzięki rosnącym dochodom z ropy) państwo to zaczęło znowu spełniać choćby tak podstawowe oczekiwania społeczne jak wypłacanie wynagrodzeń i emerytur w terminie.
Jelcyn i Putin
Opozycja między liberalnym Jelcynem a autorytarnym Putinem również jest z gruntu fałszywa. Rosja Putina oczywiście jest książkowym przypadkiem „demokracji nieliberalnej” albo „imitacyjnej”, w której formalne pozory demokratycznych procedur nigdy nie zagrażają obozowi władzy, a opozycja i mniejszości funkcjonują w warunkach stale zagrożonych praw, ale to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. Nie tylko Rosjanie, których codzienny byt uzależniony jest od państwowych rent i emerytur, ale nawet radzący sobie ekonomicznie Rosjanie z klasy średniej, którzy cenią „liberalne” wolności, niekoniecznie porównują ich jakość z Finlandią czy Szwajcarią. Jak zwraca uwagę Stephen F. Cohen , znawca Rosji piszący m. in. dla lewicowego amerykańskiego „The Nation”, dla wielu Rosjan przedmiotem porównania jest raczej to, co znają z własnej, rosyjskiej historii. W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami. To oczywiście źle, że ktokolwiek się z nimi spotyka, nie można tego lekceważyć, ale dla wielu Rosjan znaczenie ma raczej to, czy jest pod tym względem lepiej czy gorzej niż wcześniej, a nie, że jest gorzej niż w Szwecji, bo tak jak w Szwecji w Rosji nigdy nie było.
Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież „oczywiste”. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska.
W oligarchicznym, dzikim rosyjskim kapitalizmie Kreml nie jest jedynym ośrodkiem władzy i interesu. Kreml nie jest jedyną instancją władzy, której krytyczni dziennikarze zachodzą za skórę. Istnieje jeszcze coś takiego jak władza ekonomiczna, w Rosji niezwykle skoncentrowana i przyzwyczajona do tego, że dostaje to, czego chce. W okresie rozpadu Związku Radzieckiego i neoliberalnej grabieży majątku narodowego nie tylko byli agenci KGB posuwali się do przemocy, usuwając niewygodnych sobie ludzi. To samo robiły zorganizowane grupy przestępcze oraz, last but not least, rywalizujący, rosnący w siłę oligarchowie. Wszyscy przecież o tym czytaliśmy w latach 90. ubiegłego wieku. Pomysł, że te grupy nagle o takich sposobach realizacji swoich interesów zapomniały, gdy tylko Putin doszedł do władzy, i serio oddały mu monopol na przemoc, albo że nagle wyłączyły z grona dopuszczalnych „targetów” zlecanej przez siebie przemocy akurat dziennikarzy, jest niepoważny.
Putin i świat
Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji).
Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95 procent. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina).
Wbrew antyrosyjskiej propagandzie przedstawiającej działania Putina jako wielki, demoniczny plan przejęcia kontroli nad światem, Wood przekonuje, że działaniami Putina nie kieruje żaden dalekosiężny plan. Putin podejmuje raczej nerwowe, nierzadko zdesperowane kroki w reakcji na rozwój międzynarodowych wydarzeń. Wyznacza je krótkoterminowa perspektywa potrzeby niezwłocznego odwrócenia lub choć zatrzymania postępującego od lat procesu utraty przez Rosję gruntu pod nogami – powiedzenia Zachodowi basta!, zanim będzie za późno. To dlatego rachunek zysków i strat asertywnych, a czasem aroganckich posunięć ostatnich lat jest dla Rosji co najmniej niejednoznaczny, niekiedy nawet (Ukraina) z przewagą strat – wizerunkowych, dyplomatycznych i ekonomicznych.
Oceniając międzynarodowe zachowanie Rosji, nie wystarczy ograniczać się do intelektualnej łatwizny, że prawicowy polityk napina imperialne muskuły na zewnątrz, żeby utrzymać społeczne poparcie wewnątrz kraju. Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. Oddanie bez walki swoich interesów to nie jest opcja atrakcyjna i gdyby Rosją rządził nie prawicowy Putin a jakiś, powiedzmy, rosyjski Lula, to niewykluczone, że musiałby zachowywać się dziś podobnie. (Nie każdy to dzisiaj pamięta, ale w otoczonej przez amerykańskie bazy i instalacje wojskowe Brazylii Lula prowadził politykę zdecydowanej ekspansji sił zbrojnych, podsuwał wojsko pod granice Kolumbii i Paragwaju, itd.). Trudno się dziwić przywódcy państwa, że broni interesów tego państwa, a samo to, że jest to odpychający dla nas przywódca prawicowy, nie wystarczy, by unieważnić wszystkie racje tego państwa. Przynajmniej tak długo, jak długo żyjemy w systemie państw narodowych.
Putin i „mieszanie się”
Rosja Putina ma, oczywiście, swoje na sumieniu, jeśli chodzi o „mieszanie się” w sprawy innych państw w systemie państw narodowych. Ale i tutaj trzeba zadawać co najmniej dwa pytania. Pierwsze: co tu jest akcją, a co reakcją? Drugie: czy Rosji Putina nie obrywa się jednak w nieproporcjonalnym stopniu? Tak jakby to wyłącznie Putin, sam jeden, zaburzył system, w którym, dopóki Rosja nie anektowała Krymu, wszyscy przestrzegali reguł gry (respektowali suwerenność i integralność innych państw). Przy okazji amerykańskich wyborów w 2016 profesor prawa międzynarodowego Richard Falk pisał na temat rosyjskiego „mieszania się”, że jeśli Moskwa dysponowała wiedzą, że dojście do władzy Hillary Clinton groziło eskalacją napięć z Rosją, to miała podstawy próbować temu zapobiec. W końcu nikt nie zrobił więcej niż USA, żeby zniszczyć zasadę wzajemnego szacunku państw dla swojej suwerenności.
Słyszeliśmy ostatnio o rosyjskich pieniądzach zasilających europejską populistyczną i skrajną prawicę (Strachego w Austrii, Salvininiego we Włoszech). Jak poważna by ta sprawa nie była, trzeba zachowywać proporcje. Po pierwsze, i tutaj mamy najpewniej do czynienia z tym samym, co zdiagnozował Wood: działaniem głęboko reaktywnym, motywowanym krótką perspektywą, próbą zrobienia czegokolwiek. Chwytaniem okazji, kiedy ta już się pojawiła – bardziej niż tworzeniem jej od podstaw. Okazji podgrzania napięć pomiędzy państwami Zachodu w odpowiedzi na fakt, że jedność Zachodu jest od dawna jednością przeciw (między innymi) Rosji. Putin nie tylko nie ma żadnego wielkiego, makiawelicznego planu, ale usiłuje nadgonić stracony czas. Poważne dochodzenia dają podstawy zakładać, że rosyjskie pieniądze w europejskich kampaniach politycznych to drobniaki w porównaniu z ich głównym źródłem, i na pewno nie odpowiadają za ich sukcesy. Głównym i od dawna źródłem finansowania europejskiej skrajnej prawicy są bowiem szemrane pieniądze pochodzące z najbardziej reakcyjnych kręgów oligarchii amerykańskiej, i w tym wypadku z całą pewnością możemy mówić o długofalowym, od lat rozwijanym projekcie. Putin być może więc strzela sobie na dłuższą metę w stopę, bo populistyczna prawica na finansowej smyczy Amerykanów prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć się przeciwko Rosji, i być może to jest to, co ją kiedyś zjednoczy ponad poszczególnymi nacjonalizmami.
Putin na Bliskim Wschodzie
Rosja przedstawiana jest jak agresor nawet tam, gdzie pojawiła się ze swoimi siłami na prośbę legalnego rządu suwerennego państwa – czyli w Syrii. Rosję systematycznie odmalowywano, jakby była najbrutalniejszym uczestnikiem wojny z Państwem Islamskim et consortes (bombardowanie wschodniego Aleppo), w rażącym kontraście z milczeniem, jakie otaczało amerykańskie bombardowania również znajdującego się pod kontrolą dżihadystów irackiego Mosulu. Tak, jakby fanatyczne siły neośredniowiecza można było pokonać, rzucając kwiaty zamiast bomb. Tak jakby alternatywa – pozostawienie połowy Aleppo i innych miast pod rządami obłąkanych salafickich fanatyków, którzy mieszkańców tamtych dzielnic i miast więzili jako żywe tarcze – była aktem humanitaryzmu. W Syrii to Rosja Putina stanęła po lepszej stronie historii – z całą pewnością mniej złej, z dwóch liczących się w tej wojnie. Powstrzymała osunięcie się kolejnego arabskiego państwa w otchłań chaosu, który stamtąd rozprzestrzeniałby się dalej. Przez cały ten czas większość z nas nie dowiedziała się nigdy z telewizji, że syryjskie siły rządowe i siły rosyjskie, dokonywały systematycznych ewakuacji cywilnej ludności wschodniego Aleppo – to znaczy tych, którym udało się wydostać z wielkiego więzienia, w jakie obrócili je salafici.
Jest taki odruch na części polskiej lewicy, że każdy, kto w jakimś sporze między mocarstwami wskaże racje Rosji, jest z automatu wyśmiewany, że wierzy w „rosyjski antyimperializm” albo wyznaje „kampizm”. Mamy przecież do czynienia z konfliktem imperializmów i powinniśmy się od nich tak samo odcinać. Jest to stanowisko malowniczo radykalne, ale czasem w postmodernistyczny sposób odklejone od rzeczywistości. A co, jeśli któraś ze stron mówi prawdę, nawet jeśli tylko dlatego, że akurat zgadza się ona z jej interesami? Mamy się od prawdy odcinać tak samo jak od kłamstwa, bo wygłasza ją jeden z rywalizujących imperializmów? Czy jeżeli przyjmiemy, że Związek Radziecki prowadził własną imperialną politykę, to znaczy, że od jego krytyki amerykańskiej inwazji na Wietnam należało się odcinać tak samo, jak od amerykańskiej inwazji na Wietnam? Że i inwazja i jej krytyka były takim samym złem, bo stały za nimi dwa imperializmy?
W Syrii prawda i fałsz zderzyły się w sposób, który jednocześnie rzuca światło na funkcje, jakie w zachodniej propagandzie pełni dziś demonizacja Putina jako globalnego geniusza zła. W toku wojny syryjskiej, dla ściemy zwanej „domową”, miała miejsce sekwencja rozrzuconych w czasie, ale bardzo podobnych, „ataków bronią chemiczną”. W żaden sposób nie opłacały się rządowi Baszszara al-Asada, a jednak wszystkie mocarstwa zachodnie i ich tuby propagandowe (od CNN i New York Timesa po BBC i Guardiana) łączyły się w przekonaniu o niezbitych dowodach odpowiedzialności rządu w Damaszku. Kreml natomiast łączył się z Damaszkiem w opozycji do tych twierdzeń. Każdy, kto na dominującą narrację reagował pytaniami, proponował sceptycyzm, krytycyzm, prosił o dowody (jakim cudem zapomnieliśmy wszyscy tak szybko „iracką broń masowego rażenia”?) był dyskredytowany jako szpion lub pożyteczny idiota Putina. Dziś jednak coraz więcej przemawia za tym , że to wersja Moskwy i Damaszku od początku była prawdziwa. Że były to operacje pod fałszywą flagą obliczone na sprowokowanie otwartej amerykańskiej inwazji przeciwko siłom Baszszara al-Asada, a w ostatnim przypadku być może nie było nawet żadnego ataku a jedynie propagandowa inscenizacja wideo. Jednak odbiorcy mediów głównego nurtu mogą tego do dziś nie wiedzieć, podobnie jak tego, że dla mieszkańców Aleppo syryjsko-rosyjska operacja odbicia wschodniej części miasta była tego miasta wyzwoleniem.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę i sprowadzanie każdej kwestii politycznej i geopolitycznej do pytania „co na to Putin?”, albo kiwania głową, że „tylko Putin tak twierdzi”, służy dyskredytowaniu i uciszaniu wszystkich głosów, które mogłyby zagrażać planom i posunięciom zachodniej klasy oligarchów.
Putin i wywrotowcy
Tak to działa nie tylko w sprawach wojny, „zbrojnych interwencji” i innych form agresji na arenie międzynarodowej. Taki sam mechanizm działa w polityce wewnętrznej poszczególnych państw bloku atlantyckiego. Każdemu, kto wychyla się poza neoliberalne „skrajne centrum”, niezależnie od tego, w którą stronę, dostaje się w pewnym momencie, że działa na zlecenie, za pieniądze lub jest pożytecznym idiotą Putina. Od Marine Le Pen po Jean-Luca Mélenchona i „żółte kamizelki”, od lewicowych katalońskich separatystów po włoskich neonazistów (nawet kiedy faktyczne powiązania mają w antyrosyjskich kręgach na Ukrainie). To dlatego obsesja na punkcie Putina łączy wszędzie tak szerokie spektrum dominujących mediów i partii politycznych poza tym między sobą rywalizujących, zwalczających się nawet; (neo)liberałów z (neo)konserwatystami; PO z PiS; amerykańskich Demokratów z Republikanami. Tak, nawet ich. Wbrew pozorom zażartego sporu, Republikanie wcale nie zwalczają Russiagate, oni ją pośrednio podtrzymują, bo jest im na rękę. Jak od początku tej afery przekonywali lewicowi komentatorzy, od wybitnego historyka Grega Grandina po dziennikarza Aarona Maté: Russiagate odwraca uwagę od realnych politycznych posunięć administracji Trumpa, zwłaszcza organizowanej przez nią kolejnej fali transferu bogactwa ku szczytowi drabiny społecznej, a jeżeli jej propagatorzy niczego solidnego nie udowodnią (a nigdy nie udowodnią, bo Russiagate jest niepoważną teorią spiskową), ostatecznie umocnią Trumpa i pomogą mu w reelekcji.
We Francji insynuacje o putinowskich inspiracjach „żółtych kamizelek” mają dyskredytować jakiekolwiek formy sprzeciwu wobec neoliberalnej „myśli jedynie słusznej” administracji Macrona, przymuszać do przekonania, że alternatywy jak nie było, tak nie ma. W Hiszpanii pierdoły o rosyjskich powiązaniach katalońskich separatystów mają za zadanie zagłuszać antyneoliberalny, demokratyczny impuls kierujący większością Katalończyków. W całej Europie wyolbrzymione legendy o mackach Putina niszczących „europejską wspólnotę” mają odwracać uwagę od tego, kto i czym naprawdę ją zarzyna: Niemcy, kontrolując „wspólną” walutę i zaciskając wszystkim pasa. Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. Że ryba (liberalna demokracja) psuje się od głowy (od centrum kapitalistycznego systemu-świata).
Putin i degeneracja demokracji
Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. Trudno byłoby jednak wykazać, że dramatyczny rozkład liberalnej demokracji w Europie i USA następuje z winy czy inspiracji Putina. Putin ma swoje za uszami, ale nie strzela jeszcze co tydzień do protestujących na ulicach Moskwy, na oczach całego świata, tydzień w tydzień. Macron, pieszczoch neoliberalnych mediów, do protestujących na ulicach Paryża – owszem. Kilkadziesiąt osób straciło z rąk francuskiej policji oczy lub kończyny, ludzie zaczynają znikać bez śladu, pierwsze ciało wyłowiono już z rzeki. Sytuacja mediów i dziennikarzy w Rosji jest nie do pozazdroszczenia – ale jest stabilna, nie leci na łeb, na szyję. We Francji, „ojczyźnie praw człowieka”, restrykcje i represje intensyfikują się z dnia na dzień. Prezydent Stanów Zjednoczonych, „ojczyzny wolności”, marzy na głos o wojskowych paradach ku swojej czci i wypędza (na Twitterze) kolorowe amerykańskie kongresmenki z kraju. „Wzorowe liberalne demokracje” połączyły wszystkie dostępne im siły, by schwytać i unicestwić dziennikarza i wydawcę Juliana Assange’a i niemal żadne z wielkich „wolnych mediów” go nie broni.
To prawda, że Putin jest odpychającym prawicowym politykiem, który lubi używać siły w celach pokazowych i ucieka się do tak brudnych chwytów, jak instrumentalizacja a nawet instytucjonalizacja homofobii w polityce wewnętrznej. Ale to nie znaczy z automatu, że pożera dzieci na śniadanie, jeśli tylko CNN tak powie. Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy).
Inaczej niż w innych dużych prowincjach Imperium Amerykańskiego, w Polsce argumentację metodą reductio ad Putinum uprawia się nawet na sporej połaci lewicy na lewo od oficjalnej, establiszmentowej, neoliberalnej socjaldemokracji – od memetyki Partii Razem, przez analizy Krytyki Politycznej, po błędnych rycerzy fejsbukowego trockizmu. Inaczej niż nawet w USA, gdzie nie tylko „radykałowie”, ale nawet lewa połowa „dołów” Partii Demokratycznej odrzuca Russiagate tak stanowczo, że aż odstraszyła większość kandydatów do prezydenckiej nominacji od poruszania tego tematu w debatach bieżącej kampanii.
Prawy do lewego
Lewica, która daje się nabierać na reductio ad Putinum, nie rozumie chyba jednego z jej kluczowych elementów. Nie ma znaczenia, jak niewiele lewica ma z Putinem wspólnego; jak bardzo będzie się ona podpinać pod niektóre jej wątki, żeby wykazać, że się od Putina odcina; jak niechętnie on sam widziałby się w jej towarzystwie. Choć na pierwszy rzut oka szkoła reductio ad Putinum wydaje się stawiać znak równości pomiędzy obydwoma antyestabliszmentowymi krańcami współczesnej polityki – skrajną/populistyczną prawicą i radykalną lewicą (wrzucać je do jednego worka, rozmywać różnice między nimi, umieszczać je we wspólnych kontekstach) – prawdziwym jej celem jest tylko jedna z tych stron, wyłącznie lewica. Tylko lewicę takie skojarzenia delegitymizują i demoralizują. Tylko lewicy mają za zadanie naprawdę wyrządzić szkody.
Oligarchowie skrajnego centrum, podobnie jak ich przyjaciele i zleceniobiorcy w neoliberalno-neokonserwatywnych mediach, nie są w stanie żadnej wojny z rodzinami Mercerów, Kochów, czy kto tam jeszcze finansuje skrajną/populistyczną prawicę w całym bloku atlantyckim. Ich interesy są wspólne, ich strategią – podział pracy na różnych odcinkach jednego frontu. Frontu przeciwko lewicy. Widzieliśmy to doskonale w czasie ostatnich francuskich presidentielles. Neoliberalne media w Paryżu powiedzą nam czasem o pieniądzach Putina płynących do Marine Le Pen, ale to one wypromowały ją na jedyną kontrkandydatkę realnie zagrażającą Macronowi. Nie tylko dlatego, żeby jego zwycięstwo uczynić bardziej prawdopodobnym (mobilizując także tych, którzy zagłosowaliby na niego pomimo głębokiej do niego niechęci, przeciwko Le Pen). Zrobiły to także dlatego, że Le Pen była naprawdę drugą preferowaną opcją francuskiej wielkiej burżuazji, gdyby w Pałacu Elizejskim nie udało się posadzić jej najbardziej wymarzonego bawidamka. Wielka burżuazja wolałaby faszystkę niż jakiekolwiek zagrożenie dla swojego dotychczasowego stanu posiadania. Z Le Pen umiałaby sobie ułożyć życie. Zawdzięcza jej przesunięcie dyskursu tak daleko w prawo, żeby dzisiaj Macron mógł prowadzić politykę pod wieloma względami bardziej skrajnie prawicową niż zapowiadała i odważyłaby się tak szybko wprowadzić Le Pen, zachowując jednocześnie gębę polityka „liberalnego” i „centrowego”.

Rosyjska ścieżka

Wyjęty z kontekstu

W nocie wydawniczej do książki „Obcym alfabetem” czytamy: „Afera podsłuchowa, która pięć lat temu wywołała jeden z największych kryzysów w historii Trzeciej Rzeczypospolitej, miała być historią biznesowej zemsty Marka Falenty. Tę wersję z małymi wyjątkami kupili wszyscy – od dziennikarzy po prokuratorów i sądy – choć skala tego procederu podsłuchowego jest w historii zachodnich demokracji bezprecedensowa. Niewiele osób zadało sobie trud, by choć spróbować wejść w tę sprawę głębiej. Nikt do końca nie zbadał dokąd tak naprawdę prowadzą tropy z restauracji „Sowa i Przyjaciele”, choć premier Donald Tusk mówił o scenariuszu pisanym „obcym alfabetem”. Ta książka dowodzi, że łańcuszek powiązań prowadzi do Rosji, a konkretnie do osób związanych z Kremlem i jego tajnymi służbami. Odsłania słabość państwa i niemoc jego instytucji, które skompromitowały śledztwo w sprawie podsłuchów oraz bulwersującą rolę w tej sprawie ludzi bliskich PiS, którzy wykorzystali „rosyjskie” nagrania z restauracji do uderzenia w rząd RP. Falenta był w tej rozgrywce pionkiem (…) Prawdziwi zleceniodawcy i beneficjenci afery podsłuchowej są lokatorami gmachów przy placu Czerwonym. A ich wspólnicy w tym procederze rządzą Polską”.
Jakkolwiek zacytowane sformułowania mogą być, a co najmniej mogą wydać się, przynajmniej fragmentami, zbyt daleko idące, ta książka godna jest uważnej lektury. Ze znanych mi wydawnictw tylko „Arbitror” w należycie poważny sposób podejmuje ważne, bieżące tematy polityczne. Podkreślam – ze znanych mi. Jeśli są inne, to proszę o sygnał. Książkę Grzegorza Rzeczkowskiego poświęconą osławionej sprawie podsłuchów u „Sowy i przyjaciół” i jej rozległemu tłu, czytałem tak zwanym „jednym tchem” być może z „wypiekami na twarzy”, choć nie mam do nich skłonności ani też nie spoglądałem w lustro. Rozpoczyna ją autor od „wysokiego C”, mottem zaczerpniętym z sienkiewiczowskiego „Potopu”, sławnymi słowami Bogusława Radziwiłła o Rzeczpospolitej” jako „postawie czerwonego sukna”. A pierwsze zdanie wstępu odautorskiego brzmi następująco: „Jestem wściekły. Na moje państwo, jego instytucje, oportunistycznych oficerów służb i policji, prokuratorów, urzędników, polityków. Na ludzi, którzy dopuścili do tego, że przez co najmniej rok, dwóch pracowników restauracji nagrywało elitę naszego państwa podczas prywatnych spotkań. Na ludzi odpowiedzialnych za to, że choć od wybuchu afery podsłuchowej minęło pięć lat, wciąż nie wiemy, kto oprócz Marka Falenty „stał za kelnerami” i kim są ci „trzymający taśmy”.
Czy Rzeczkowski przybliżył opinię publiczną do wiedzy na temat źródeł i mechanizmów wspomnianej sprawy? Z brzmienia ostatniego zdania powyższego cytatu wynika wprost, że tylko do pewnego stopnia. Co nie zmienia faktu, że autor zgromadził ogromne zasoby faktów, hipotez, pytań, „linków”, które być może w przyszłości nas do tej wiedzy przybliżą. Nie będę referował zawartości książki, w której tytuły poszczególnych rozdziałów brzmią nader zachęcająco w punktu widzenia czytelniczego (m.in. „Ucieczka”, „Kto chciał zabić Marka F.”, „Rosyjscy łącznicy”, „Duch z Piaseczna”, „Rosyjskie ślady na taśmach”, „Losy taśmowych prokuratorów” itd.). Nie jest to ani możliwe ani celowe. Czytelnik sam musi przedrzeć się przez istny gąszcz, dżunglę faktów, personaliów, pytań, hipotez, ale tak naprawdę tylko czytelnik wprowadzony w tego rodzaju problematykę, może je jako tako „ogarnąć”. W pełni, choć też może nie do końca, zrozumieć ich sens mogą tylko profesjonaliści ze stosownych branż (służby specjalne, policja, prokuratura, dziennikarstwo śledcze). Jednak w „Epilogu” swojej książki autor postronnego czytelnika jednak nieco wspomaga. Na wstępie stawia w nim rozbudowane pytanie: „Pewnie wiele osób, które dotarły do tego miejsca lektury, przeciskając się przez niekiedy wąskie i kręte ścieżki biegnące z restauracji w centrum Warszawy, przez cypryjską Nikozję, po moskiewski Nowy Arbat, zadaje sobie pytanie – no dobrze, ale właściwie jak ci Rosjanie to zrobili? Kto był organizatorem akcji podsłuchowej? Kto wykonawcą? Jaki był podział ról?”. Na większość nich nie pada odpowiedź wprost, ale jedną Rzeczkowski sformułował bez ogródek: „Wszystko więc wskazuje na to, że afera podsłuchowa była operacją specjalną, przygotowaną i przeprowadzoną przez rosyjskie służby”. Dalszy wywód autora na ten temat jest jeszcze bardziej intrygujący, także tam, gdzie pojawiają się „prostytutki”. Książka Rzeczkowskiego swoją treścią konweniuje z omawianą na łamach „DT”, także wydaną przez „Arbitrora”, książkę Piotra Maciążka „Stawka większa niż gaz” (2018). Wspólny mianownik obu publikacji, to intensywne działania rosyjskich służb specjalnych w obszarze polskich interesów gospodarczych, a w konsekwencji także politycznych i – co najważniejsze – geopolitycznych. Powtórzę – nie sposób nie uwzględnić faktu, że w miarę pełna, kompetentna, specjalistyczna ocena zgromadzonych faktów, hipotez i ocen jest w jedynie w zasięgu fachowców, a zwykły czytelnik może odebrać jedynie jej zewnętrzną warstwę, ale czyta się to znakomicie i z dreszczem na plecach.

Grzegorz Rzeczkowski – „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 241, ISBN 978-83-66095-14-4.

Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Płoną lasy

Niemal 1,6 mln hektarów lasów w rosyjskiej Syberii objętych jest ogromnymi pożarami. Straty są ogromne, ale nikt nie gasi ognia, bo jest to nieopłacalne. Pożary widoczne są nawet z kosmosu.

Brak reakcji na ogromne pożary, pożerające wciąż nowe połacie cennych lasów ma swoje podstawy prawne. W 2015 roku Ministerstwo Środowiska podpisało rozporządzenie, że pożary, które nie zagrażają ludzkim siedzibom, mogą nie być gaszone. Na pierwszy rzut oka ma to ekonomiczne uzasadnienie, ponieważ przelot samolotu z 20 tonami wody 500 kilometrów w jedna stronę i powrót, by zatankować i nabrać kolejną porcję wody jest ekonomicznie nieuzasadniony. Tym bardziej, że samorządy i ich formacje zajmujące się ochroną przeciwpożarową są niedofinansowane, poza tym nie dysponują środkami technicznymi np. samolotami. Te posiada Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych, ale zgodnie z prawem, nie reaguje, bo nie jest zagrożone życie i mienie ludzi. I tak krąg się zamyka.
Z drugiej jednak strony, obrońcy przyrody wskazują, że straty ponoszone przez przyrodę są ogromne, a argumenty neoliberalnego państwa nie wytrzymują krytyki. Giną nie tylko gatunki drzew, które stosunkowo łatwo się odrodzą, ale też takie, na których ponowne pojawienie się trzeba będzie czekać ponad 100 lat, np. cedry. Giną też zwierzęta, a dymy podnoszące się w powietrze dodają swoje do przyczyn ocieplenia klimatu, porównywalne z wyrębem amazońskich lasów.
Poza tym od dymu dosłownie duszą się mieszkańcy nie tylko małych miejscowości, ale też wielkich miast. Niezależne ośrodki wskazują, że stopień zanieczyszczenia powietrza doszedł do niebezpiecznych poziomów: 8/10 punktów. Oficjalne struktury twierdzą, że jest w porządku. Obrazki z Krasnojarska (1 mln mieszkańców) i Nowosybirska (1,5 mln mieszkańców), transmitowane przez telewizję i w sieciach społecznościowych pokazują miasta zasnute dymem, przez który z trudem przebija się słońce. Władze radzą nie otwierać okien, ograniczyć przebywanie na świeżym powietrzu, nie wypuszczać dzieci na dwór. Problem w tym, że końca tego koszmaru nie widać. Już ponad 100 tysięcy ludzi podpisało petycję do władz centralnych, by jednak pożary gasić. Doradca rosyjskiego odpowiednika Lasów Państwowych (Rosselhoz) Aleksander Agafonow odpowiedział, że gaszenie pożarów zdemoluje budżet przedsiębiorstwa. Ograniczają się więc do gaszenia przez służby leśne, co oczywiście niemal w niczym nie pomaga.
Coraz silniej też wybrzmiewają głosy, że pożary, z których część jest spowodowana przez człowieka, są wywoływane specjalnie, by ukryć fakty nielegalnego wyrębu drzew. To bardzo dochodowy biznes, przy którym zarabiają zorganizowane struktury przestępcze, w skład których wchodzą i miejscowe władze.
Na terytorium całego Krasnojarskiego Kraju, Regionu Irkuckiego i częściowo w Buriacji ogłoszono stan nadzwyczajny, jak informuje Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych. Oznacza to, że z pożarami na tych terytoriach będą walczyć struktury federalne, lepiej wyekwipowane i zdolne do przeciwdziałań skutkom pożarów.

Starcia w Moskwie

Stolica Rosji stała się 27 lipca po raz kolejny widownią ostrych starć opozycji z policją. Zatrzymano ponad 1300 osób.

Nieuzgodniona z władzami miasta demonstracja zebrała się w okolicach głównej ulicy miasta – Twerskiej. Protestujący przerwali szpaler policji na skrzyżowaniu Twerskiej i bulwaru Strastnego i przedostali się na jezdnię ulicy Twerskiej, blokując ruch. Doszło do starć z policją. Policja zatrzymywała najbardziej aktywnych uczestników protestu, niektórzy stawiali silny opór. Ze strony protestujących rozpylono gaz, co zmusiło część policji do użycia masek gazowych.
Podczas przerwania blokady policyjnej doszło do zniszczenia co najmniej dwóch ogródków kawiarnianych. Protestujący próbowali różnymi drogami wrócić na Twerską i przedostać się w okolice siedziby władz stolicy pod pomnikiem Jurija Dołgorukiego, policja aktywnie temu się przeciwstawiała.
Protest trwał do wieczora przenosząc się na pl. Trubny. Policja zatrzymywała kolejnych uczestników, których liczba wieczorem doszła do 835 ludzi. Sama policja twierdzi, że ponad 70 proc. zatrzymanych to ludzie spoza stolicy Rosji.
„Próby ultimatum, organizowania zamieszek do niczego dobrego nie doprowadzą” napisał w Twitterze obecny mer Moskwy Sergiej Sobianin.
Mityng na Twerskiej wywołał kontrowersje w łonie samej opozycji. Zwołał w tym miejscu go Aleksiej Nawalny, wiedząc, że decyduje się na nielegalną akcję i ostre działania policji. Część opozycjonistów, którzy zgromadzili się na legalnym proteście na ul. Sacharowa wypowiadała się o tej decyzji bardzo krytycznie. Lew Ponomariow, jeden z liderów opozycji powiedział wprost, że „Nawalny zawiódł ruch opozycyjny”.
Protestujący domagają się przywrócenia kandydatur opozycyjnych polityków w wyborach samorządowych – między innymi do Dumy Miejskiej. Komisja wyborcza z kolei twierdzi, że zgłoszenia ich kandydatur przekraczały dopuszczalne liczby nieważnych podpisów. Zakwestionowanych zostało 57 kandydatur.

Protesty w Moskwie

Wybory w tym wielomilionowym (12 600 000 mieszkańców) mieście wykraczają swym znaczeniem poza zwykłe wybory samorządowe, choć nie odzwierciedlają nastrojów społecznych w całej Rosji. Na Prospekcie Sacharowa (tradycyjne miejsce mityngów różnych ugrupowań opozycyjnych) wczoraj zebrało się od 12 tysięcy (dane policji) do 22 tysięcy (dane organizatorów) ludzi, którzy protestowali przeciwko nie dopuszczeniu na listy wyborcze kandydatów opozycyjnych ugrupowań. Demonstracja była legalna i wcześniej uzgodniona z władzami miasta. Bezpośrednim powodem protestu była odmowa zarejestrowania na listach kandydatów wielu opozycyjnych polityków m.in. Dmitrija Gudkowa, Ilji Jaszyna i Sergieja Mitrochina. Ogółem komisja wyborcza odmówiła przyjęcia list z podpisami 57 kandydatów. Oficjalną przyczyną odmowy były naruszenia przepisów prawa podczas zbierania i przedstawienia komisji podpisów na listach poparcia dla poszczególnych kandydatów.
Protestujący żądali wpisania odrzuconych kandydatów na wyborcze listy. Zastępca przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej Rosji Nikołaj Bułajew odpowiadał, że komisja nie ma prawa do dowolnego wpisywania na listy kandydatów ludzi, których kandydatury odrzucono. Zaznaczył, że odmowne decyzje można zaskarżyć w sądzie. Jednym z uczestników demonstracji był znany działacz opozycyjny Aleksiej Nawalny. Wezwał on uczestników demonstracji do rozpoczęcia 27 lipca bezterminowego protestu, jeśli odrzuceni kandydaci nie zostaną wpisani na listy wyborcze.

Przełom?

Po ostatnich doniesieniach o wzmożonych ostrzałach cywilnych obiektów w Donbasie i śmierci wielu cywilów, opinia publiczna była przekonana, że konflikt ten rozgorzeje z ponownie.
Sytuacja się jednak zmieniła – pojawiła się nadzieja na pokój.

Martin Sajdik, przedstawiciel OBWE w trójstronnej komisji ds. uregulowania sytuacji na Donbasie oznajmił wieczorem 17 lipca, że strony porozumiały się co do bezterminowego zawieszenia broni. Porozumienie ma zacząć obowiązywać od 21 lipca.
„Mam dobre wiadomości. Dzisiaj strony ustaliły, że potwierdzają pełną determinację co do przerwania ognia od 21 lipca, zaczynając od godziny 00:01 czasu kijowskiego” – oznajmił dziennikarzom w Mińsku, stolicy Białorusi.
Strony, jak zakomunikował Sajdik, zobowiązują się do wstrzymania działań ofensywnych i operacji wywiadowczo-dywersyjnych, otwierania ognia z dowolnej broni, w tym snajperskiej a także dyslokacji ciężkiej broni w zamieszkałych miejscowościach i ich okolicach oraz obiektach infrastrutury miejskiej: szkołach, przedszkolach i szpitalach. Strony porozumienia zobowiązały się również do zapewnienia pełnego i nieskrępowanego dostępu do swoich obiektów specjalnym misjom OBWE na terytorium całej Ukrainy.
Jak podkreślił Sajdik, działania te można było podjąć dzięki spotkaniu w Paryżu doradców szefów rządów „normandzkiej czwórki” (Ukrainy, Francji, Niemiec i Rosji). Sajdik wyraził nadzieje, że spotkanie to ma rzeczywiste znaczenie dla osiągniętego w stolicy Białorusi porozumienia i pozytywnie wpłynie na dalsze prace trójstronnej grupy w Mińsku. Symbolem porozumienia będzie wspólne odbudowanie przez obie zwaśnione strony mostu w Stanicy Ługańskej. Mają w ciągu 10 dni przedstawić OBWE swoje projekty odbudowy do zatwierdzenia i nie wykorzystywać przeprawy do celów wojennych.
Każde porozumienie, każdy krok, który przybliża zakończenie tego krwawego konfliktu, który pochłonął już ponad 10 tysięcy zabitych w tym wiele osób cywilnych, jest warte poparcia. Nawet jeśli przypomnieć, że to nie pierwsza tego typu umowa, a na dodatek zwierzchnik sił zbrojnych Ukrainy Wołodymyr Zelenski, pozostaje w konflikcie z częścią wojskowych (wysocy oficerowie wręcz sabotują jego rozkazy) to jest nadzieja, że ta kolejna umowa o przerwaniu ognia będzie ostatnią. Według doradcy nowego prezydenta Ukrainy Siergieja Szerifa, ekipa polityczna Wołodymyra Zełenskiego ma zamiar doprowadzić do negocjacji z prezydentem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem. Szerif potwierdził również doniesienia o planowanej odbudowie mostu w Stanicy Ługańskiej. „Pokazujemy swoje kroki – rozgraniczyliśmy wojska w Stanicy Ługańskiej, chcemy zbudować most, wznowiliśmy proces miński. Wszystkimi swoimi działaniami, a także w czasie wystąpień prezydent mówi, że jest gotów do negocjacji” – powiedział.
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin odbyli z inicjatywy ukraińskiej w ubiegłym tygodniu rozmowę telefoniczną. Podczas niej, poz a ustaleniami dotyczącymi negocjacji w „formacie normandzkim”, których efektem stało się uzgodnienie zawieszenia broni, zadeklarowana została m.in. gotowość do wymiany jeńców.
Ta ostatnia kwestia była także omawiana przez prezydenckich doradców państw „formatu normandzkiego” 12 lipca w Paryżu. „Umówiliśmy się, że w ciągu miesiąca zrealizujemy wymianę określonej liczby, jak to nazwaliśmy, naszych jeńców” – ogłosił po spotkaniu zastępca szefa administracji prezydenta Ukrainy Wadym Prystajko, dodając że ustalenia nie wprowadziły ograniczenia liczby oso, które mogłyby w wyniku wymiany wrócić do ojczyzny.

Su-35 zamiast F-35?

Biały Dom wypowiedział się ostatecznie: Turcja nie dostanie amerykańskich myśliwców piątej generacji F-35. Dzień później Moskwa zaoferowała Ankarze swoje maszyny.

Zakup rosyjskich wyrzutni S-400 Triumf przez Turcję wyklucza dostawy najnowszych amerykańskich samolotów F-35 do Ankary – potwierdziła w oświadczeniu rzeczniczka prasowa Białego Domu Stephanie Grisham. Według Amerykanów obecność rosyjskiego systemu przeciwlotniczego w Turcji spowoduje, że za jego pośrednictwem będą gromadzone dane na temat możliwości i systemów wykorzystywanych przez produkowane przez koncern Lockheed-Martin myśliwców Lightning II.
Amerykanie naciskali, aby zamiast rosyjskich S-400, Turcy kupili wyrzutnie Patriot. Jednak Ankara nie uległa presji i zakup rosyjskiej platformy został sfinalizowany. Do Turcji od ubiegłego piątku docierają kolejne transporty z komponentami systemu, a stu tureckich specjalistów wysłano do Rosji na szkolenie w zakresie kompleksów przeciwlotniczych S-400. Według słów prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana, szkolenia w Rosji mogą objąć nawet tysiąc wojskowych. Systemy S-400 zostaną w pełni zainstalowane w Turcji w kwietniu 2020 r. Koszt zakupu Triumfów to 2,5 mld dolarów, z czego połowa została skredytowana przez stronę rosyjską. Nie rzecz jednak tylko w kosztach, znacznie niższych niż kosz Patriotów, których nota bene jeszcze kilka lat temu, w pierwszych konfliktu w Syrii Turcja się gorąco domagała, twierdząc, że są jej niezbędne, gdyż ustawicznie dochodzi do naruszeń tureckiej przestrzeni powietrznej, a na jej terytorium spadają rakiety wystrzeliwane przez wojska wierne prezydentowi Syrii Baszszarowi Al-Assadowi. Pomimo tych apeli Ankara raz po raz spotykała się wówczas z odmową, co też zapewne nie wpłynęło budująco na wzrost jej zaufania do sojuszników z NATO i ich woli aktywnego włączenia się w obronę Turcji w przypadku, gdyby została zaatakowana.
Amerykańskie obawy, że obecność w Turcji zarówno S-400 jak i F-35 mogłaby doprowadzić do ujawnienia utajnionych danych myśliwców i przejęcie ich przez Rosjan, ale warto zwrócić uwagę na inny jeszcze aspekt – kupując inny niż amerykański system obrony przeciwlotniczej Turcy osiągnęli znaczący stopień uniezależnienia się. Chodzi mianowicie o to, że S-400 nie są zintegrowane z platformami natowskimi, a zatem nie będzie możliwe ingerowanie w ich działanie ze strony sojuszników Turcji z Paktu Północnoatlantyckiego. Tymczasem gdyby Turcja używała Patriotów, zawsze mogłoby się to wiązać z możliwością ich zdalnego „wyłączenia”.
Dzień po wypowiedzi rzecznik Grisham z ofertą wystąpił dyrektor generalny państwowego koncernu Rostech Siergiej Czemezow. „Jeśli nasi tureccy koledzy wyrażą taką chęć, to jesteśmy gotowi zorganizować dostawy Su-35” – oświadczył.
O zainteresowaniu Turcji nowymi rosyjskimi myśliwcami informowano już w maju, podczas największych Międzynarodowych Targów Przemysłu Obronnego IDEF-2019, które odbywały się w Stambule.
Su-35 to wersja rozwojowa Su-27, klasyfikowana jako generacja 4++, opracowana jako model przejściowy na czas zanim do służby wejdzie samolot PAK FA, czyli Su 57. Su-35 korzystają z wielu rozwiązań opracowywanych na użytek nowej konstrukcji. Maszyny te mają swoją wersję eksportową – trafiły już do lotnictwa chińskiego i indonezyjskiego. Ich zakupy są także niemile widziane przez Waszyngton – plany ich nabycia przez Egipt kilka miesięcy temu spotkały się z groźbą sankcji.
Wyścig zbrojeń w powietrzu tymczasem osiągnął nowy etap – wicepremier Rosji Jurij Borisow poinformował, że Rosja przystępuje do seryjnej produkcji myśliwców piątej generacji Su-57, a pierwsze dostawy zostaną zrealizowane już w tym roku. Pierwsza partia ma liczyć 76 samolotów. Następne serie mają obejmować maszyny po kolejnych modyfikacjach, między innymi nowe silniki. Przedseryjne Su-57 były już testowane w warunkach bojowych w Syrii.

Tajny pogrzeb

Pogrzeb 14 wysokich oficerów poległych w pożarze podwodnego okrętu jądrowego, w okolicznościach otoczonych tajemnicą, odbył się na cmentarzu Serafimowskim w Petersburgu, strzeżonym przez żandarmerię wojskową. Międzynarodowa prasa nie miała tam wejścia.

Do zawiedzionych ekip dziennikarskich wyszedł przedstawiciel ministerstwa obrony Rosji: „Zrozumcie, że tożsamość części zebranych tam osób jest tajna, ich twarze nie mogą być upubliczniane”. Można było tylko obserwować, jak 14 samochodów z trumnami wjeżdżało na cmentarz.
Kreml od razu ostrzegł, że szczegóły wypadku nie zostają ujawnione, w imię „tajemnicy państwowej”. Moskwa potwierdziła tylko, że chodziło o okręt z napędem atomowym.
Na pogrzeb przyszło wielu mieszkańców miasta. Ubrana na czarno kobieta niosła wieniec z napisem „od przyjaciół ze szkoły”. Inna, 60-letnia mieszkanka dzielnicy, miała czerwone oczy: „Jest smutno, jakby byli z rodziny. To prawdziwi bohaterowie”.
Katastrofa przypomina wszystkim tragedię „Kurska”, atomowego okrętu podwodnego, w której zginęło 118 marynarzy, w tym samym Morzu Barentsa. To był sierpień 2000 r., początek pierwszej kadencji prezydenta Putina. 14 oficerów, w tym dwóch „bohaterów Rosji”, zostało pogrzebanych obok pomnika ofiar z „Kurska”. Według rosyjskich mediów, do pożaru, w końcu opanowanego, doszło na małym okręcie podwodnym, rodzaju batyskafu przeznaczonego do zadań specjalnych, który może zanurzyć się nawet na 6000 m. Na szczęście pożar nie sięgnął samego reaktora.