Polska – Rosja źle, ale nie beznadziejnie…

Czy jest szansa na normalizację stosunków między Warszawą i Moskwą? Co, dążąc do tego powinni zrobić Polacy i Rosjanie.

W Warszawie odbyła się nad wyraz ciekawa konferencja naukowa dotycząca stosunków między Polską i Rosją. Wzięło w niej udział kilkunastu wybitnych naukowców w tym jeden z najwybitniejszych znawców tematu – prof. dr hab. Stanisław Bieleń z Katedry Studiów Wschodnich Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Współorganizatorem konferencji było Stowarzyszenie Współpracy Polska – Rosja, kierowane przez legendarnego wręcz w środowisku orędownika bliższej współpracy i normalizacji stosunków między naszymi krajami – dr. Jerzego Smolińskiego.
Niejako „branżowo” zainteresował nas głos w dyskusji przyjaciela i współpracownika naszej redakcji, red. Dariusza Cychola – red. naczelnego tygodnika „Fakty po Mitach”. Przedstawiamy poniżej jego ocenę problemu. Ocenę, niestety, smutną…
„Rola środków masowego przekazu w procesie poprawy stosunków między Polską i Rosją”
Co powinni zrobić Polacy i Rosjanie w celu poprawy stosunków sąsiedzkich? Przenosząc odpowiedź na zadania środków masowego przekazu, z całą odpowiedzialnością odpowiem: „nic”.
Przynajmniej nic, co wykraczałoby poza ogólne obowiązki mediów – przekazywania informacji, uprawiania obiektywnej publicystyki, posługiwania się językiem wyważonym i wolnym od emocji, poszanowania godności swoich oponentów i ich prawa do samostanowienia o swoim rozwoju.
Czy w zadaniach tych jest coś nietypowego? Nie ma – to przecież jedynie określenie podstaw uprawiania uczciwego dziennikarstwa. Wystarczy więc przywrócenie zwykłych zasad etyki zawodowej by przekazy medialne o naszych krajach przestały epatować nienawiścią i strachem. Jako dziennikarz z 40 letnim stażem zawodowym, patrzę na poziom interesującej nas tu publicystyki – czyli tej związanej z naszymi stosunkami – ze strachem, niedowierzaniem i … zażenowaniem. W Polsce obiektywne pisanie o Rosji wiąże się dla autora z „przyklejeniem łaty” dziennikarza „prorosyjskiego”, co ma go dyskredytować w środowisku zawodowym. Pisanie w formie pozytywnej wiąże się z określeniami: „pożyteczny idiota”, „tuba Kremla”, „agent Putina” i faktycznie skutkuje wyeliminowaniem z medialnego mainstreemu.
Niewiele lepiej wygląda to w Rosji – jeśli w mediach naszych sąsiadów pojawiają się bohaterowie pozytywni, są to zazwyczaj osoby stojące w opozycji do kolejnych rządów. Nawet publikacje historyczne nacechowane są niechęcią. W miarę obiektywnie odbierane są w Rosji tylko te publikacje, które odwołują się do tematów stricte neutralnych, najczęściej związanych z sentymentami (Anna German, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz, Barbara Brylska, itd.). To trochę za mało by stanowić solidną platformę dialogu dla pokolenia, które wyrosło w ostatnich 30 latach.
10-letni regres
Obecny stan stosunków politycznych między naszymi krajami jest najgorszy od 1939 r. Dlaczego? – pytanie to wydaje się automatyczne.
Proces pogorszania się naszych stosunków rozpoczął się mniej więcej przed 10 laty, a więc jest sporym nadużyciem i uproszczeniem obwinianie za to jedynie obecnego rządu. Zrzucenie odpowiedzialności za stan naszych kontaktów na nacjonalistyczny rząd proponujący Polakom formy rządów przypominające „miękki faszyzm” byłoby łatwe, ale niesprawiedliwe. Rządząca w Polsce partia – Prawo i Sprawiedliwość (PiS) jest przy władzy od 5 lat, proces ochładzania naszych stosunków ma zaś ok. 10 lat. Winę za jego rozpoczęcie ponosi partia rządząca przed PiS, czyli Platforma Obywatelska (PO) – formacja przedstawiająca się jako „centrowa”. Partia ta jest jednocześnie najpoważniejszą siłą opozycyjną w Polsce, dlatego też naiwnością byłoby twierdzenie, że po kolejnych wyborach parlamentarnych i nieuchronnej porażce PiS, nastąpi diametralna zmiana stosunku polskich elit politycznych do Rosji. Tak się, niestety, nie stanie.
Pewnym paradoksem jest, że w ciągu minionych 10 lat, nie wydarzyło się nic co usprawiedliwiałoby taki stosunek Polaków do Rosji. Nic prócz nieprzyjemnych zgrzytów dyplomatycznych; nieistotnych w sumie z perspektywy historii. Nie doszło do konfliktu zbrojnego między naszymi krajami, nie rościmy względem siebie pretensji terytorialnych. A jednak przyjęta przez Polskę doktryna obronna zakłada, że naszym głównym zagrożeniem jest Rosja. Jest to oczywiście chore bo daleko nieracjonalne. Zmusza też do ponowienia pytania: „dlaczego”?
Protektorat
Postępujący regres naszych stosunków ściśle wiąże się z postępującym podporządkowywaniem interesów Polski interesom Stanów Zjednoczonych. Widać to dosłownie w każdej dziedzinie. Wspieramy bezsensowne inicjatywy polityczne USA, jak chociażby organizacja „konferencji irańskiej”. Podejmujemy kroki wrogie Rosji, by kupować w USA broń do obrony przed nią, a nawet zapraszamy na swoje terytorium żołnierzy amerykańskich i żądamy by dysponowali oni bronią atomową. Kupujemy za oceanem drogie surowce energetyczne tylko po to, by nie kupować ich w Rosji, bo zakupy takie „mogłyby wzmocnić Putina”. W tym samym czasie konfliktujemy się ze strukturą dla nas najważniejszą, bo naturalną – Unią Europejską. Tak skrajnie niepragmatyczne decyzje nazywamy „polską racją stanu”. O czym to świadczy? O tym, że faktycznie w stosunku do USA staliśmy się państwem wasalnym, a słowo „niepodległość” winniśmy zastąpić „protektoratem”.
Tak jak w ciągu 10 lat nie miało miejsca wydarzenie usprawiedliwiające tragiczny stan kontaktów między Polską i Rosją, tak swoistym nieporozumieniem jest mówienie o polskiej rusofobii i rosyjskiej polonofobii. Owszem – postawy takie są obecne w naszych stosunkach, ale dominują one przede wszystkim w kontaktach politycznych i nie mają praktycznego odzwierciedlenia w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich. Są więc nienaturalne i nie mają – jeszcze – trwałej podstawy. Jeszcze…
Perspektywy
Optymizmem nie napawa polska scena polityczna. Antyrosyjska jest zarówno partia rządzącą (PiS), jak i największa partia opozycyjna (PO), a obie dysponują w sumie poparciem społecznym na poziomie 60 proc. Partie mogące dać nadzieję na stosunek neutralny (SLD, Konfederacja, PSL) dysponują łącznie poparciem na poziomie 25 proc. Do poprawy stosunków z Rosją potrzebne byłyby zatem: zmiana stosunku do USA; kompletne przebudowa sceny politycznej; wymiana elit politycznych. Oczywiście dojdzie do tego, bo jeśli przyjąć że podstawą progresu jest racjonalizm – musi się tak stać. Inna sprawa „kiedy to nastąpi”.
Wniosek z tych obserwacji jest dość smutny: normalność winniśmy budować bez oglądania się na interesy „klas” i „elit” politycznych. Poza polityką są sfery w których – przynajmniej teoretycznie – jest to możliwe. To nauka i kultura. Problemem jest finansowanie wspólnych inicjatyw. To prawda, ale przecież mamy przykłady bardzo dobrej współpracy odbywającej się poza strukturami rządów. To w sferze nauki kontakty między polskimi i rosyjskimi uczelniami wyższymi i rosyjski system stypendialny dla obcokrajowców. W sferze kultury to odbywające się co roku festiwale filmowe. Są więc pozytywne wzorce; choć oczywiście daleko niezadowalające swoją skalą.
Współpracy takiej nie ma w sferze mediów. Najbogatszy polskich holding telewizyjny – TVP jest antyrosyjski bo rządowy. Drugi po nim – Polsat – wspiera rząd, bo szerokie interesy jego właściciela łączą się z inicjatywami biznesowymi niemogącymi się rozwijać bez przychylności rządu. Trzeci z holdingów telewizyjnych – TVN jest własnością Amerykanów, trudno więc posądzić go o obiektywizm w prezentowaniu Rosji. Holdingi te mają też potężne pod względem zasięgu portale internetowe (TVN24, Wirtualne Polska, Interia).
Pozostaje prasa. Patrząc tylko na ogólnopolskie tygodniki opinii, których jest 12, na racjonalny czy też obiektywny stosunek do Rosji można liczyć w przypadku zaledwie 4 pism: „Faktów po Mitach”, „Myśli Polskiej”, „Przeglądu” i – bardzo ewentualnie – „NIE”. Rzecz w tym, że pisma te istnieją bez wsparcia reklamowego i zaplecza politycznego. Utrzymują się jedynie ze sprzedaży egzemplarzy, który to mechanizm jest na obecnym rynku wydawniczym mechanizmem archaicznym. O ich rachitycznej sytuacji najlepiej świadczy fakt, że łączna sprzedaż tych 4 tytułów jest mniej więcej 2 razy mniejsza od sprzedaży tylko jednego tygodnika – „Gościa Niedzielnego”, który jest Rosji dalece nieprzychylny.
Nowe wyzwania
Jednym z efektów transformacji ustrojowej w Polsce jest ogromne zmniejszenie się ilości Polaków znających język rosyjski. Przestał być on masowo nauczany w szkołach i staje się językiem egzotycznym. Pokolenie, które go znało (w przeważającej części zresztą bardzo słabo), przestaje być zawodowo aktywnym. Ogromnie zmniejszyła się ilość polskich absolwentów uczelni rosyjskich i jej polskich doktorantów. Któż więc kształci polskich specjalistów od spraw Rosji? W ogromnej części uczelnie amerykańskie. Zdarzało mi się dyskutować z polskim ekspertami od Rosji nie znającymi języka rosyjskiego…
Podobnie jest z dziennikarzami. Spośród znanych mi kilkudziesięciu absolwentów wydziałów dziennikarstwa MGU (Państwowy Uniwersytet Moskiewski) i MGIMO (Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), aktywnych zawodowo, tzn. pracujących w dziennikarstwie jest 2 (dwóch!), z czego jedna osoba zdecydowała się jedynie na wykonywanie prac technicznych. Powstaje bardzo realny problem z „podażą” na rynek dziennikarzy ze znajomością języka rosyjskiego. W tym samym czasie przybiera na sile propaganda rządowa kreująca obraz Rosji jako symbol „imperium zła”.
Z przywołanych wcześniej 12 ogólnopolskich tygodników opinii, zaledwie 2 redakcje mają bezpośredni kontakt z mediami rosyjskimi („Fakty po Mitach” i „Myśl Polska”). Nie stać ich jednak ta szeroko zakrojoną współpracę obejmującą na przykład wyjazdy studyjne dziennikarzy. W Polsce nie ma co liczyć na pomoc w tym zakresie struktur rządowych, jak na przykład centrum Dialogu Polska – Rosja. Nieliczni więc, którzy chcieliby przedstawiać inną niż propagowana twarz Rosji – przedstawiać jej prawdziwe oblicze, mają z tym problemy bardzo prozaiczne – koszty realizacji materiałów.
Szanse i nadzieje
Z rozmów, które nieustannie przeprowadzam z polskimi dziennikarzami (jest to moje naturalne środowisko pracy) wynika, że coraz większa liczba moich Koleżanek i Kolegów „po piórze” jest już zmęczona tą antyrosyjską narracją. Nie znaczy to, że chcieliby w sobie odnaleźć pokłady miłości do Rosji, ale widać, że chcieliby ją poznać i mieć możliwość samodzielnie wyrobić sobie o niej zdanie. I nie dotyczy to jedynie dwóch ostatnich przywołanych Redakcji, lecz przynajmniej kilkunastu redakcji mediów ogólnopolskich.
Szansę na poprawę wizerunku Rosji w Polsce i Polski w Rosji upatruję więc w animacji współpracy bezpośredniej między redakcjami bądź samymi dziennikarzami. Problemem po stronie polskiej jest ogromne ideologiczno-polityczne rozbicie środowiska i brak organizacji reprezentującej nasze interesy, takiej np. jak Związek Dziennikarzy Rosji. Jedyna licząca się w Polsce organizacja dziennikarska – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) jest organizacją polityczną jawnie wspierającą antyrosyjski polski rząd.
Jest to oczywiście coś, co utrudnia podjęcie dialogu i próby zmiany naszych wizerunków w obu krajach, ale nie jest to niewykonalne. Potencjalne zaplecze wsparcia istnieje po stronie rosyjskiej – Związek Dziennikarzy Rosji, Centrum Dialogu Rosja-Polska i holding Rossija Segodnia, który mając potężne zaplecze finansowe nie bardzo potrafi określić kierunki swojej aktywności na polskim odcinku. Mówiąc wprost – daleko niedostatecznie wykorzystuje swój potencjał. Niestety – i tę rosyjską aktywność zwiększyć mogą jedynie decyzje polityczne…
Środki masowego przekazu są instrumentem budującym m.in. obrazy innych państw i społeczeństw. Nie da się otworzyć nowych kart naszych stosunków bez wzajemnego poznania się. Potem wystarczy coś, co teoretycznie wpisane jest w nasz zawód – uczciwość, przyzwoitość, obiektywizm przekazu. I choć nie jest to łatwe, uparcie trzymam się wiary, że wartości te wrócą w dziennikarstwie do łask. Powrotowi temu trzeba tylko pomóc.

Autor jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa MGU (1988 r,) i od bieżącego roku doktorantem Rosyjskiego Uniwersytetu Przyjaźni Narodów. Członek Zarządu Stowarzyszenia Współpracy Polska-Rosja i redaktor naczelny tygodnika „Fakty po Mitach”.

Tam, gdzie jest wciąż zima

Jeśli marzenie może mieć rocznicę, to oto ona. Najbardziej ambitny projekt epoki radzieckiej skończył 65 lat. W 1955 r. inżynier, laureat Nagrody Stalina, Piotr Borisow, zaproponował budowę tamy w Cieśninie Beringa. Miała ona nie tylko przegrodzić cieśninę łączącą ZSRR z Alaską, ale także radykalnie zmienić klimat na Ziemi.
Ale Arktyka to nie biała cisza za kołem podbiegunowym. To, co znajduje się dla nas na granicy życia i śmierci, dla mieszkańców dalekiej Północy Rosji jest zwykłą przestrzenią życiową.

Londyn i Komsomolsk nad Amurem znajdują się na tym samym równoleżniku, ale zimą w Londynie jest ciepło, a jeśli śnieg pada to natychmiast topnieje. W Komsomolsku nad Amurem panują silne mrozy, a zaspy śnieżne sięgają dachów. Norweski Stavanger i radziecki (rosyjski) Norylsk leżą na tej samej szerokości geograficznej, ale w Norwegii zimą jest komfortowo (-18), zaś w Norylsku mróz parzy twarz, a wiatr zwala z nóg. Inżynier Borisow uznał, że to niesprawiedliwe i trzeba to naprawić.
Marzenie inżyniera Borisowa
Mglisty Albion ogrzewa ciepły prąd Golfsztromu. Ogrzałby również Arktykę, topiąc lodową otchłań Morza Łaptiewów i Morza Czukockiego, ale Golfsztrom zawraca nadciągający, zuchwały i zły w swej niezłomności, prąd Anadyr. Zgodnie z zamysłem inżyniera Borisowa, cieśninę (86 km.) miały zamknąć bloki betonowe (250 m x 40 m x 60 m). Ale to nie wszystko. Borisow zaproponował też budowę dwóch elektrowni jądrowych wzdłuż krawędzi tamy. Jedną – od strony Czukotki, drugą – od strony północnoamerykańskiej.
Elektrownię trzeba obsługiwać i potrzebny byłby do tego personel składający się z ok. dwóch tysięcy pracowników. Zbudujemy dwa braterskie miasta – zaproponował inżynier. Wzdłuż położymy też tory kolejowe łączącą oba kontynenty. Pompy będą pompować wodę z Oceanu Arktycznego do Pacyfiku, ciepłe wody Golfsztromu będą czule ogrzewać wieczną zmarzlinę kontynentów, tropikalne lato nadejdzie do tundry, za 10-20 lat na Alasce i Czukotce zakwitną pomarańcze … A naukowcy radzieccy, amerykańscy i kanadyjscy będą odwiedzać się nawzajem z okazji urodzin.
Urzeczywistnienie się marzenia inżyniera Borisowa mogło doprowadzić do katastrofy. Naukowcy z Instytutu Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk zawczasu obliczyli, że jeśli pompy zaporowe zaczęłyby wypompowywać wodę przez Cieśninę Beringa, to schłodzone wody Golfsztromu zamroziłyby brzegi Japonii i Polinezji. Spowodowałoby to gwałtowny spadek temperatury w Kraju Nadmorskim na Kamczatce, u wybrzeży San Francisco i Kalifornii. Zakłócenie cyrkulacji Golfsztromu mogłoby spowodować jego całkowite zatrzymanie na Atlantyku. Zimne masy wody wypływające z głębin Atlantyku mogłyby wywołać z kolei nową epokę lodowcową na całym kontynencie euroazjatyckim.
Ogólnie rzecz ujmując, początek lat 50. w ZSRR upłynął pod znakiem narodzin wielkich projektów. Niektórzy marzyli, żeby zawrócić północne rzeki i podlać nimi piaski Azji. Inni chcieli zamienić martwe stepy Kazachstanu w kwitnące ogrody. Jeszcze inni planowali wykopać tunel, który połączy Sachalin z lądem… Projekt inżyniera Borisowa był najbardziej absurdalny. Był to „antyprojekt stulecia”, ale zapoczątkował pierwszą falę praktycznych prób opanowania radzieckiej Arktyki.
Martwe jezioro
Kiedyś Arktyka była świątynią przyrody – niedostępną, zdradziecką, mrożącą myśli i serca; ale świątynią. Marzyliśmy o jej zdobyciu i zdobyliśmy ją. Teraz Arktyka nie jest świątynią, lecz warsztatem niechlujnego gospodarza. Któryś z uczonych nazwał ją bardziej dobitnie, bez romantycznego polotu – „jądrowym śmietnikiem Rosji”.
Oto kilka liczb, nad którymi warto się zastanowić. Długość rurociągów naftowych w Rosji wynosi około 100 000 kilometrów. Co roku dochodzi tam do 11 000 wypadków. Zasoby ropy w zachodniej Syberii są eksploatowane w tempie bezprecedensowym dla naszej planety. Przy pierwotnej separacji dopuszczalna jest 2 procentowa strata nafty z wydobycia. Na Syberii Zachodniej wynosi ona już około 200 milionów ton. Jedna tona oleju tworzy na wodzie plamę o powierzchni 12 km kw. W samym tylko rejonie Niżniewartowska, od spalania gazu w pochodniach na polach naftowych rocznie spada ok. 230,2 tys. ton popiołu. 100 gramów gleby leżącej przy Zatoce Obskiej zawiera 10 gramów ropy. W wodach Zatoki dopuszczalne granice zawartości ropy są przekroczone 500 razy!
Kiedy byłem pionierem, śpiewaliśmy piosenki o pięknie jeziora Samotlor. Otóż już od ćwierć wieku jezioro to jest martwe. Nie ma w nim nic oprócz nafty. Wyobraźcie sobie gigantyczny, obrzydliwie śmierdzący benzyną, gnijący czarny wrzód w sercu tajgi o długości 280 km i szerokości 100 km. Istnieje co najmniej 40 sposobów, w jaki ropa trafia do środowiska naturalnego. Ale wodę i glebę w zachodniej Syberii „podkarmiają” też chlorem, fosforem, rtęcią, fenolami, ługiem, kwasem… Naukowcy wysuwają smutne prognozy – przywrócenie równowagi ekologicznej tego regionu zajmie (oczywiście, przy racjonalnej eksploatacji, co jest mało prawdopodobne) 500 lat.
Druga fala
Moje ponure myśli z tego powodu próbował rozwiać na spotkaniu z dziennikarzami wiceprzewodniczący Komisji Dumy Państwowej ds. Polityki Regionalnej i Problemów Północy i Dalekiego Wschodu Władimir Puszkariew.

Naszym głównym zadaniem jest ochrona przyrody Arktyki. Rozwój przemysłowy Arktyki jest nie tylko nieodwracalny, ale także niezbędny dla rosyjskiej gospodarki. Naszym zadaniem jest zapewnienie ram prawnych tego rozwoju, które będą uwzględniać interesy przyrody Arktyki – powiedział. I wyjaśnił – Oficjalnie na terytorium strefy arktycznej zidentyfikowano 102 obiekty skumulowanych szkód środowiskowych. To to, co zostało stwierdzone i opisane. Myślę jednak, że w rzeczywistości jest ich dwa razy więcej.
Rosja nie miała doświadczenia w usuwaniu skutków zanieczyszczenia środowiska na taką skalę. Problem ten podjęto dopiero w ostatniej dekadzie. Rozległe terytoria i ogromne odległości, wieczna zmarzlina, brak siły roboczej stwarzają dodatkowe trudności. Nagromadzonych odpadów z działalności gospodarczej Związku Radzieckiego, jednostek wojskowych, stacji meteorologicznych, nie można zakopać – należy je wywieźć.

Arktyka to interesujący obszar do badań. Badany jest krajobraz, klimat, złoża biologiczne, ale i problemy społeczne „cichego kontynentu”. Arktyka jest badana kompleksowo – mówił Puszkariew. – Należy wiedzieć, jak długo miasta i miasteczka mogą przetrwać w obliczu zmian klimatu. Należy zrozumieć, jaki ślad pozostawimy po opanowaniu Arktyki. Czy nie naruszymy kruchej równowagi arktycznej przyrody, czego skutki będą nieodwracalne.
Są tam ogromne zasoby naturalne. Około jednej czwartej zasobów węglowodorów znajduje się w rosyjskiej części Arktyki. Jest tam ponad 90 proc. naszych zasobów niklu i kobaltu, 60 proc. miedzi, 96 proc. platynoidów, 100 proc. koncentratu baru i apatytu. Rybołówstwo wytwarza około 15 proc. wszystkich produktów rybnych kraju.
Rosja w Arktyce wkracza w nową erę, którą można nazwać drugą falą rozwoju. Do niedawna tamtejsza działalność gospodarcza opierała się na zasadzie „ogniskowej” – wsie i miasta rozwijały się wokół przedsiębiorstwa przemysłowego. Teraz w Arktyce nie będą budowane nowe miasta, lecz będą rozwijane te, które już są.
Skończył się czas romantyków, przyszedł czas praktyków. Lody Arktyki topnieją nawet bez inżyniera Borisowa. W ciągu ostatnich 35 lat, objętość lodowców zmniejszyła się o 40 proc. Naukowcy przewidują, że lód Arktyce stopi się do 2050 r. Czy w tundrze zakwitną pomarańcze? Czy będą one smakować miejscowym ludom?
Dzieci Ziemi
Noc polarna jest wyczerpująca, wysysa siły i wolę. Beznadziejna jak wycie wilka. Mróz sięgający minus 60 stopni. Lodowaty wiatr, zwalający z nóg. Przy szczególnie złej pogodzie ludzie tutaj poruszają się od czumy (namiot – przyp. tł.) do czumy z długimi tyczkami (pląsawicami), które wbijają w skorupę lodu, żeby utrzymać się na nogach.
Pierwszy kontakt z Północą wprowadził mnie w oszołomienie. Dziewięć godzin lotu z Moskwy do Tiksi i w końcu półgodzinna przerwa w pokoju gościnnym na lokalnym lotnisku. Gorąca herbata z naparem ziołowym i słynna stroganina – mrożony filet z omula (ryba łososiowata – przyp. tł.), pokrojony w cienkie plasterki. Maczasz plasterek w mieszance soli i czarnego pieprzu, po czym kładziesz go na język. W pierwszej sekundzie przymarza do języka, ale natychmiast rozmraża się i nawet nie chrupie pod zębami. Rozgrzani herbatą, odprężeni po locie, czekaliśmy na wejście na pokład starego helikoptera, żeby jeszcze godzinę z kawałkiem lecieć do najbliższej wioski – Kjusiur.
Miałem na sobie ciepły sweter z wielbłądziej wełny, czapkę z lisa z nausznikami, kurtkę podszytą futrem, zimowe buty. Choć było tylko minus 42 st. C., miejscowy nauczyciel Filip Andrejew spojrzał na mnie z nieskrywanym współczuciem.

-Rozbieraj się! – prawie rozkazał. – Zmień ubrania i buty!
Podał mi kożuch ze skóry renifera (malitsa) i futrzane pończochy (torbasy).

Nie zapominaj, że jesteś na skraju wiecznej zmarzliny, a nie na Arbacie.
Wokół nas kręciła się łajka (husky – przyp. tł.). Filip zauważył mój wzrok.

-Łajki u Czukczów pojawiły się jeszcze przed Facebookiem – powiedział uśmiechając się. Doceniam humor nauczyciela.
Charakter, upodobania i kulturę mieszkańców Północy kształtują nie książki, teatry, ogrody zimowe i wernisaże, ale dzika przyroda i surowy klimat. Dla nas to świat nieprzewidywalny, podstępny, niebezpieczny. Jego rdzenni mieszkańcy uważają swoje życie za najszczęśliwsze.
Istnieje wiele obraźliwych anegdot o Czukczach. „Zepsuci przez cywilizację” mieszkańcy miast traktują ich łatwowierność i naiwność jako głupotę, arogancko nazywając „Czukczami” wszystkie małe ludy Arktyki. Wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Arktykę, to dla nas „Czukcze”. I Aleuci, i Kamczadale, i Mansi, i Selkupowie, i Udegeje… Pozornie są podobni, bo mają bardzo podobny sposób życia, tradycje, kulturę… Ale każdy ma swój własny język.
Uważają, że natura jest matką wszystkiego co żyje. Że wszystko na świecie łączy wspólny początek. Że człowiek na Ziemi jest tylko pyłkiem, a jeziora, rzeki, tajga, zachód słońca, księżyc, przypływy … to dusza. Że ten, kto obraził matkę naturę, na pewno zostanie ukarany. Dzieciom nie wolno kopać ziemi, bawić się ogniem, ani powłóczyć kijem po tafli wody. Oni – ziemia, ogień i woda – mogą się obrazić i zemścić.
Mieszkańcy mają powiedzenie, które stało się prawem: „Własnego życia trzymaj się sam. Nikt za ciebie tego nie zrobi”. Do śmierci odnoszą się spokojnie i z godnością.
Biały renifer
W tundrze pasą się setki tysięcy (!) reniferów. Pięcioosobowa rodzina może paść do trzech tysięcy reniferów, z których 500-600 należy do nich, a reszta do gospodarstwa, czyli firmy dla której pracują. Renifer na Północy jest wszystkim: daje jedzenie, transport, ubrania, buty i lekarstwa … Więcej! Jest sensem koczowniczego życia. Ze skóry renifera szyje się ubrania i obuwie. Z mięsa renifera, jego języka i szpiku kostnego przygotowywane są przysmaki. Z poroża otrzymuje się najcenniejszą leczniczą substancję – pantokrinę, nazywaną „eliksirem wiecznej młodości”. Tłuszcz jelenia chroni twarz przed odmrożeniem, leczy stawy.
Filip zabrał mnie do obozu swojego brata. Czum o średnicy 7-8 metrów, pokryty był skórą jelenia. W jego pobliżu stały sanie (narty), do których można podczepić zaprzęg psów. Żelazny piec, wzdłuż ścian materace pokryte skórami. Niski stół (tol), z okazji przyjazdu moskiewskiego gościa zastawiony był arktycznymi przysmakami – stroganin z muksuna, omula i dziczyzny, konfitury z maliny moroszki i borówki brusznicy, gulasz z mięsa renifera. Herbata. I … telewizor plazmowy, zasilany miniaturowym generatorem prądu; okno na nasz grzeszny świat. Nie było tylko alkoholu. Rdzenni mieszkańcy nie mają w swoich ciałach enzymów rozkładających go, dlatego jeśli zaczynają pić, szybko się upijają.
Czum jest własnością kobiety i jest dziedziczony. To posag panny młodej. Wszystkie najważniejsze rzeczy w czumie – palenisko, drewno na opał, naczynia, przybory kuchenne – są dziełem wyłącznie kobiet. Gospodyni potrafi przewidzieć najbliższą przyszłość swojej rodziny po kolorze i grze płomieni, po trzaskaniu drewna w palenisku. Mówi do ognia, przekonując płomień, by był dobry dla jej dzieci i męża, aby ogrzewał, rozpraszał tęsknotę i ciemność.
Religia natury
Jest kilka świąt, które ludy Północy uważają za święte. Są to: Dzień Kruka, Dzień Niedźwiedzia, Dzień Renifera i Dzień Wieloryba. Dlaczego świętują Dzień Renifera jest jasne. Renifer, powtarzam, dla mieszkańca Północy jest wszystkim. A biały renifer jest absolutnie święty. Uważa się, że należy do najwyższego bóstwa, które stworzyło Ziemię i wszystkich jej mieszkańców. W swoje święto bohater jest ozdabiany czerwonymi wstążkami, a na jego boku wystrzyga się znak słońca. Wrona jest zwiastunem wiosny. Jako pierwsza przylatuje w te strony i razem z pierwszymi promieniami słońca, budzi tajgę ze snu. Niedźwiedź, jak wierzą ludy Północy, jest bratem ludzi. Jest panem tajgi i najwyższym w niej sędzią. I niezależnie od swojego świętego znaczenia, jest pożądaną zdobyczą dla myśliwego. W święto niedźwiedzia Czukcze jakby przepraszają zabitych braci, odkupując swoje winy. Skóra niedźwiedzia jest rozłożona w przednim rogu czumy w pozycji ofiarnej. Łapy i głowę zdobią chusty i pierścienie. Tańce do tamburynu szamana trwają do północy, a po północy odbywa się najważniejsze: zjada się danie z mięsa niedźwiedzia. Dusza niedźwiedzia zostaje odprowadzona do nieba i składa tam życzenia na następny sezon łowiecki. Święto wieloryba przypada na koniec jesieni i oznacza koniec sezonu połowów na wieloryby, foki i morsy. To także swego rodzaju dzień pokuty wobec zamordowanych mieszkańców głębin. Kości wieloryba, przy dźwiękach tamburynu, wrzucane są w głębiny morza w nadziei, że zamienią się w „króla oceanów”, który podczas następnego połowu przyniesie rybakom powodzenie.
Co Czukcze widzą w swoich telewizorach? Świat, który jest interesujący i straszny. Widzą zagubienie ludzi, które tłumaczą sobie faktem, że zbyt daleko odeszliśmy od tego co stanowi sens życia – od jedności z naturą.

Przełożyła Marta Hofman

Architektura marzeń

Architektura ma wiele romantycznych metafor. Johann Goethe nazwał ją „muzyką zastygłą w kamieniu”. Osip Mandelsztam – „poezją w kamieniu”. Ale to także „polityka w kamieniu”.

Zaryzykowałbym dodanie własnej definicji: architektura jest zwierciadłem czasu.
„My” – coś więcej niż „Ja”
Architektura jest pomnikiem czasu, w którym była tworzona. Czas to jej główny stylista, a my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy jej zakładnikami. Dla tych, którzy studiowali na Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim (MGU), dziwne słowo DAS stało się rodzime i bliskie niczym tatuaż na ciele. DAS – oficjalnie – to dom doktorantów i stażystów, lecz studenci do tej pory żartobliwie rozszyfrowują ten skrót jako „dom aktywnego seksu”.
DAS to także pomnik ideologii marksizmu. Jeśli zgodzić się z historykiem, etnografem, synem poetki Anny Achmatowej Lwem Gumilowem, że „kultura etnosu wywodzi się z krajobrazu”, to DAS jest jaskrawym ucieleśnieniem ideologicznego wytworu radzieckiej władzy, która głosiła, że świadomość jest kształtowana przez byt. Byt i otoczenie.
Rewolucyjna inteligencja święcie wierzyła, że droga prowadząca do nowego społeczeństwa wiedzie poprzez przebudowę bytu społecznego. Że człowiek będzie podlegać prawom kolektywu tylko wtedy, gdy będzie żyć i pracować w kolektywie i na rzecz kolektywu. Od rana do nocy. „My” to coś więcej niż „ja”. Kolektyw jest wszystkim, ty – niczym, bo kolektyw stoi wyżej niż jednostka. To moralny postulat bolszewizmu. DAS był pomyślany nie jako akademik, lecz jako dom dla młodych specjalistów, którzy mieli się kształtować w środowisku ludzi sobie podobnych. Ludzi o tym samym statusie społecznym, jednolitym proradzieckim światopoglądzie… W projekcie nazwano go więc „Domem Nowego Bytu”.
Nieśmiertelna idea
Dom niemal całkowicie uwolnił mieszkańców od „mieszczańskiego życia”. Na każdym piętrze zaprojektowano kuchnię z jadalnią, połączoną z miejscem do pracy dla 15-20 osób. W ażurowej galerii, usytuowanej między dwoma 16-piętrowymi budynkami, przypominającymi otwarte książki, powstał cały blok mieszkalno-rozrywkowy: biblioteka, sala koncertowa i kino, hala sportowa, ogród zimowy, przychodnia, przedszkole, pralnia, basen…
O tym marzyli Marks i Lenin. Zresztą idea zrodziła się jeszcze przed Marksem. Samowystarczalne komuny (falanstery) zostały wymyślone przez utopijnego socjalistę Charlesa Fouriera (1772–1837). Według niego, w gigantycznych ceglanych ulach miało żyć 1700-2000 ludzi, których łączy nie tylko wspólna idea kolektywizmu, „poczucia wspólnoty”, ale także wspólne życie. Zamiast 300 starych szop można mieć jedną, ale piękną, na 300 rodzin – marzył. Przykład temu dali przywódcy Rewolucji Październikowej. Rodziny Lenina, Trockiego, Stalina, Swierdłowa, Rykowa i Dzierżyńskiego mieszkały w „komunałkach” w budynku Wielkiego Pałacu Kremlowskiego.
Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, nasz dom składa się z czterech stref. Strefy odpoczynku (sypialnia), strefy rekreacyjnej i gościnnej (salon), kuchni i ubikacji. No cóż. „Komunistyczne życie w komunie” wykluczało z przestrzeni osobistej człowieka, co najmniej dwie i pół strefy – kuchnię, pokój dzienny i prysznic (łazienka). Toaleta, w większości mieszkań komunalnych, była wspólna i znajdowała się na korytarzu, poza granicami rodzinnej „komórki”.
Mieszkańcy komuny powinni jadać w stołówkach. Myć się w publicznych łaźniach miejskich. Czytać książki, grać w warcaby, szachy i domino w bibliotekach, parkach kultury i kółkach zainteresowań. Dzieci w duchu kolektywizmu i zgodnie z ideami komunizmu powinny być wychowywane w internatach, a rodzice powinni je odwiedzać raz w tygodniu. Wszystko jest wspólne. Począwszy od idei, a na szczoteczce do zębów kończąc.
Nowe to zapomniane stare
Ideały trzeba też było przystosowywać do rzeczywistości. Tym bardziej, że nawet w trakcie budowy komunizmu byli równi i równiejsi. Tak powstał słynny Dom CIK lub DoPr (dom rządowy) architekta Borisa Iofana na Bulwarze Bersieniewskim w Moskwie. Był on budowany dla „niebiańskich” mieszkańców choć, zgodnie z żelaznymi zasadami komuny. Zachowano minimum bytowe, ale maksimum przestrzeni osobistej. Meble, naczynia, sprzęty gospodarstwa domowego były własnością rządu – były ponumerowane i wpisane do specjalnych ksiąg domowych. Pod DoPr było kino, hala sportowa, stołówka, strzelnica, dom kultury, przedszkole, biblioteka… Na dachu Domu CIK robiono zimą lodowisko.
Architektoniczno-komunalna idea Fouriera – Marksa – Lenina okazała się żywotna, jak szarańcza. Nie została zniszczona nawet przez uchwałę Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w maju 1930 r., w której marzenia o uspołecznieniu „wszystkiego, co się nie rusza”, uznano za „na wpół fantastyczne” i „niezwykle szkodliwe”. Ale…
Jeden z pierwszych domów komunalnych został wybudowany w 1930 r. Był to Dom Narkomfinu, zaprojektowany przez architekta Ginzburga. Ściślej nie dom, lecz kompleks, w skład którego wchodził osobny gmach gospodarczy. Nawiasem mówiąc, w malutkich mieszkaniach (ale nie we wszystkich) były aneksy kuchenne i łazienki. Przywołany DoPr na nabrzeżu Bersieniewskim był budowany akurat w okresie „klęski konstruktywistów” i został oddany do zamieszkania wiosną 1931 r. Wprowadzili się tam: rodzina Bucharina, Rykowa, Chruszczowa, dzieci Stalina i Berii, Anastasa Mikojana i jej brata – konstruktora słynnego samolotu MIG Artioma Mikojana, marszałków Tuchaczewskiego, Bagramjana, Żukowa… Obecnie mieszka w nim Patriarcha Wszechrusi Cyryl. Dom ten jest żywym podręcznikiem historii.
Rok później pojawił się „brat” Domu Narkomfinu, Dom Architektów, w którym na potrzeby eksperymentu zamieszkali wszyscy znani architekci Moskwy. W budynku, zaprojektowanym przez architekta Barszcza, a znajdującym się przy Bulwarze Gogolowskim w Moskwie, słynny poeta i laureat Nagrody Nobla Boris Pasternak często odwiedzał swojego brata Aleksandra. Następnie powstały domy komunalne (bursy) Instytutu Czerwonych Profesorów, Instytutu Włókienniczego itd.
Do „lewackiej” idei „kolektywnego bytu” i stylu konstruktywistycznego powrócono w radzieckiej architekturze za czasów Chruszczowa. Wielkie marzenie I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR zostało powierzone do realizacji architektowi Ostermanowi. Projekt „Domu Nowogo Bytu” (czyli DAS-u) w dzielnicy Czeriomuszki, był ukochanym dzieckiem Ostermana. Nazwał go „domem przyszłości”, choć filozofia domu została zapożyczona z przeszłości. W projekcie brali udział nawet socjolodzy, którzy przeprowadzali wywiady z tysiącem młodych moskwiczan na temat tego, jak postrzegają „dom komunistycznego życia”.
„Dom Nowogo Byta” przy ulicy Szwernika budowano 6 lat (1965–1971). W tym czasie Chruszczow został usunięty ze stanowiska głowy państwa. W 1969 r., nie doczekawszy się narodzin swojego pomysłu, zmarł architekt Osterman. Kompleks-komunę przekazano do zamieszkania studentom i doktorantom Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego.
Największa grupa Polaków mieszkała w DAS w połowie lat 80. ubiegłego wieku (ok. 40 osób). Jak wspominają ten czas?
– Żyło się świetnie. Warunki mieliśmy dużo lepsze niż mieszkańcy większości innych radzieckich akademików. A seks, o który pytasz… Cóż, powiem tak: legenda nie wzięła się znikąd – mówi jeden z nich Darek Cychol.

Przełożyła Marta Hofman

Jak to na Kaukazie

Współczesne zamieszanie jest wynikiem niedopowiedzeń sprzed stu lat. Podczas posiedzenia plenum kaukaskiego biura Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Rosji z czwartego lipca 1921 roku, podjęto uchwałę o przyłączeniu Górskiego Karabachu do Armenii. Następnego dnia 5 lipca 1921 roku, rownież na posiedzeniu tego samego plenum, decyzja ta została zmieniona na korzyść Azerbejdżanu. Wedle ormiańskich źródeł wynikało to z nacisku Turcji, nie było w tej sprawie żadnej dyskusji i nie została ona poddana pod głosowanie – w przeciwieństwie do decyzji podjętej dzień wcześniej. Teoretycznie wiec ta druga decyzja była nieważna, ponieważ sporny rejon został już uznany i przegłosowany jako integralna część radzieckiej Armenii. Po rozpadzie ZSRR Azerbejdżan z Armenią niemal wyrywały sobie ten niewielki fragment Kaukazu. W grudniu 1991 roku mieszkańcy przeprowadzili własne referendum zachowując zasady prawa i wszelkie formalności, mieszkańcy sami przeprowadzili referendum. Prawie wszyscy mieszkańcy, 99,98 proc. opowiedziało się za niepodległością republiki. Niewątpliwie miały na to wpływ pogromy do jakich co jakiś czas dochodziło, jak choćby w lutym 1988 w Sugmacie, w styczniu 1990 w Baku i czystki etniczne w samym Karabachu, osławiona operacja „Pierścień” z 1991 roku. W tym momencie trudno się dziwić decyzji mieszkańców.

Stepanakart, stolica Republiki Arcacha. Centrum miasta, niewielka, ale całkiem przyjemna kawiarnia w budynku, który wygląda na jakieś centrum konferencyjne w dobrej klasy, nowoczesnym europejskim hotelu.
Sierżant Garik
Żadnych śladów zakończonej dopiero wojny. Zarówno w samej Armenii jak i Arcachu miasta są bardzo czyste, gruzowiska które sfotografowałem jednego dnia, następnego były już sprzątnięte.
Tą ich czystość przestrzeni publicznej zauważyłem już w Erewaniu, na chodnikach próżno znaleźć rzuconego peta, czy walających się śmieci. Wszystko wysprzątane. Po niedawnych walkach pozostały jedynie zbombardowane budynki, ślady ostrzału na fasadach domów, zmasakrowane przystanki autobusowe, po których została jedynie powyginana, stalowa konstrukcja, gdzieniegdzie jeszcze szyby oklejone taśmą, idealnie okrągłe dziury po pociskach na asfaltowych ulicach z odchodzącymi we wszystkie strony liniami, które przypominały promienie słońca. Wyrwane fragmenty chodników – to ślady pocisków artyleryjskich, doszczętnie spalone pawilony i kikuty dawnych budynków skryte miedzy ocalałymi budynkami.
Nawet i to łatwo przeoczyć, jeśli się nie rozgląda uważnie na boki. To dziwne, wystarczy, że nie ma porozrzucanych sprzętów, gruzowisk, to naprawdę trzeba się uważnie rozglądać. Inaczej można przejść przez miasto i nawet nie dostrzec jak krwawo zostało doświadczone. Vahik, pokazuje mi ślady po bombach kasetowych, gdyby nie to, pomyślałbym że to zwykłe dziury na drodze. Aż trudno uwierzyć, że dopiero co toczyły się tu walki. Gdy się jednak oswoi wzrok i uważnie przygląda, wtedy widać podziurawione ostrzałem elewacje, zwłaszcza wokół okien, resztki budynku skrytego miedzy blokami. Wszystko to zanika w wysprzątanych ulicach. A idąc zwykle patrzymy przed siebie, nie obserwujemy aż tak wnikliwie zwykłych, jeszcze poradzieckich osiedli, pawilonów czy innych na pozór „zwykłych” budynków.
Przypomniały mi się obrazy zaśmieconych miast Wielkiej Brytanii, gdzie podczas wietrznych dni w Luton – ale nie tylko – należało chronić się przed latającymi, brudnymi, często wymazanymi sosami pudłami, opakowaniami po jedzeniu, reklamówkami, wszelkiego rodzaju folią i cholera wie czym jeszcze.
Gdzie wypalonego papierosa rzucało się na chodnik, bo i tak leżało ich tam setki. Pamiętam piękny budynek, który szpeciła sterta miniwysypiska tuż za zamkniętym na stałe ogrodzeniem.
Przechodnie bez skrupułów wrzucali tam śmieci, aż urosła ich cała góra. Kontrast nieprawdopodobny.
Tu odwrotnie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wyjątkiem są jedynie miejsca, w których trwały jeszcze prace porządkowe, lub już nawet odbudowa.
Wtedy musieliśmy pakować się w błoto żeby zrobić trochę zdjęć. Centrum jest jednak bardzo zadbane. Tak czyste, że nawet wyrzucenie peta na ulicę wydaje się zbrodnią. Zupełnie, jakby wejść u kogoś w domu na biały dywan w ubłoconych butach.
Szukałem więc za każdym razem odpowiednich koszy, popielniczek czy pojemników, żeby wyrzucić tego spalonego papierosa. Nawet jeśli stał w oddali, to szedłem, uśmiechając się jednocześnie pod nosem mając w pamięci z jaką pogardą moi rodacy określają mieszkańców Azji – brudasami.
Siedliśmy wygodnie przy stoliku, złożyliśmy zamówienie i zaczęliśmy rozmowę. Garik, dwudziestosiedmioletni sierżant armii Arcachu, służący w wojsku od ośmiu lat. Swoją drogę życiową z karabinem na ramieniu zaczął dosyć wcześnie, mając zaledwie dziewiętnaście lat.
Armia Republiki Artcachu
Umówiliśmy się z nim tu na krótką rozmowę, jest szczery, nie skrywa emocji, a twarz pokazuje ich całą gamę. Od wesołej, uśmiechniętej twarzy, po zasępiony, nieruchomy, utkwiony w oddali, bez żadnego wyrazu wzrok.
Armia Republiki Arcachu nie jest zbyt liczna, służy w niej zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Niejednokrotnie przyszło im stawać do bezpośredniej walki ze znacznie większymi, liczniejszymi oddziałami przeciwnika.

  • „Mimo licznej przewagi wroga, nawet gdy wydawało się, że nie ujdziemy z życiem, nigdy nie zdarzyło się, by któryś z naszych się cofnął, zawahał czy zdezerterował” – opowiada z wyraźną dumą Garik.
    „Przekleństwem były drony” – kontynuuje – „latały bardzo wysoko, często ponad chmurami. Niesposób było je dostrzec, mogliśmy jedynie nasłuchiwać. Cichy charakterystyczny dźwięk oznaczał lecącą śmierć. Oczywiście mieliśmy snajperów, udało im się kilka zestrzelić. Nawet tu w samym centrum Stepanakertu zestrzeliliśmy jeden bezzałogowy statek.
    Świetnie wyposażone, produkcji tureckiej i izraelskiej. Drugim koszmarem były miny, podczas patrolu dwóch od nas poszło na stronę >>usłyszeliśmy tylko eksplozję<<.” Zapadła cisza, wzrok Garika zatrzymał się gdzieś na nieistniejącym w oddali punkcie.
    Po chwili ponownie się odezwał: „Nie czuję nienawiści do Azerów, wszystko to jest prowokacją Turcji. Przecież ten kraj, od ponad stu lat usiłuje nas wymordować, odbierając po kawałku nasze ziemie i zabijając naszych rodaków. Od kiedy służę w armii Arcachu zginęło już około siedem tysięcy naszych żołnierzy. Nie zawsze na wojnie, pomiędzy oficjalnymi konfliktami też zdarzały się jakieś potyczki.
    Niejednokrotnie wynajęci przez Turków najemnicy, robili krwawe rajdy na nasze przygraniczne wioski.”
    Zapytany o marzenia, odpowiedział, że chciałby już zrzucić mundur, żeby nastał trwały pokój, chce prowadzić normalne zycie, pojechać do Francji, zwiedzić świat. „Dopóki jednak istnieje zagrożenie, zostanę w armii, będę walczył” – odpowiada.
    Grupa dziennikarzy
    Wyprawa, od samego początku wydawała niemożliwa. Wszystko w pędzie, od chwili, gdy zadzwonił do mnie kolega z pytaniem, czy nie chciałbym polecieć do Górskiego Karabachu (nazwy Republiki Arcachu, jeszcze wtedy nie używałem). Międzynarodowa grupa dziennikarzy i jeden w ostatniej chwili się wycofał. Zwolniło się miejsce i mógłbym polecieć zamiast niego, problem w tym, że jest mało czasu.
    Cztery dni, a przecież taka wyprawa – nawet na tydzień – o czym jeszcze nie wiedziałem – wymagała odpowiedniego przygotowania. Nie tylko w zaopatrzenie, ale również chciałem dokładniej zgłębić całą historię regionu, przynajmniej od rozpadu Związku Radzieckiego – pisałem o tych konfliktach kilka razy, ale były to dosyć lakoniczne teksty oparte na doniesieniach agencyjnych.
    Armia Obrony Karabachu
    Szybki research w głowie, co wiem. Górski Karabach terytorialnie leży w granicach Azerbejdżanu, od rozpadu Związku Radzieckiego były tam trzy wojny: 1991 – 1994, 2016 – wojna „Aprillowa” lub „czterodniowa” no i ostatni konflikt, który rozpoczął się 27 września po zamieszkach przy granicy obu państw.
    W konflikcie po stronie Górskiego Karabachu opowiedziała się jedynie Armenia przy zachowawczym wsparciu Rosji, natomiast po stronie Azerbejdżanu walczyli syryjscy bojownicy – co ujawniono po schwytaniu jednego z nich, rożnej maści najemnicy z protureckich bojówek.
    Wszystko przy aktywnym wsparciu Turcji, przychylności Wolnej Armii Syrii i Izraela – mieszanka naprawdę wybuchowa.
    Pierwszy rozejm, a raczej zawieszenie broni ogłoszono po rozmowach w Moskwie od 10 października. Zawieszenie broni weszło w życie, ale trwało zaledwie kilka minut, zaczął się wzajemny ostrzał. Jak zawsze w takich sytuacjach obie strony zarzuciły przeciwnikowi złamanie porozumienia.
    Kolejne zawieszenie broni ogłoszono wieczorem siedem dni później, ale już następnego dnia zginęło blisko czterdziestu żołnierzy Armii Obrony Karabachu. 25 października po raz trzeci ogłoszono zawieszenie broni. Tym razem za pośrednictwem USA, które również przetrwało do następnego dnia. Najbardziej krwawe walki toczyły się o miasto Szusza, które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk.
    W rezultacie zostało zdobyte przez Azerów przy pomocy najemników z protureckich bojówek. Wreszcie dziesiątego listopada weszło w życie trójstronne porozumienie pokojowe podpisane przez Armenię i Azerbejdżan z udziałem Rosji.
    Armenia straciła Suszę, zobowiązała się wycofać swoje oddziały z okupowanych terenów do końca miesiąca. Azerbejdżan zgodził się odblokować połączenie miedzy Stepanakertem a Armenią. Z kolei Rosja do rozlokowania kontyngentu sił pokojowych. Tyle wiedziałem.
    Znałem też kilka faktów z dalekiej historii tego spornego rejonu (ramka poniżej), ale w obecnej sytuacji wiedza ta nie była mi specjalnie potrzebna. Nie byłem pewien jaki jest tam stan obecny.
    To mnie bardziej interesowało. Czego spodziewać się na miejscu? Wprawdzie obecność rosyjskich wojsk dawała jakąś gwarancję, to ich liczba już nie.
    Cały kontyngent składa się z niespełna dwóch tysięcy żołnierzy. Trudno wiec było uwierzyć, że to koniec. I faktycznie jeszcze dwunastego grudnia (w dniu kiedy wsiadałem już do samolotu odlatującego do Mińska) oddziały azerskie zaatakowały wojska Arcachu. Doszło do wymiany ognia.
    Walkę przerwały dopiero rosyjskie siły pokojowe. Ale tego dowiedziałem się już po powrocie.
    Dlatego ta nagła zmiana określenia z Armii Górskiego Karabachu na wojska Arcachu.
    Obiecałem ludziom z tego regionu, że będę już używał tylko nazwy ich republiki. Czyli właśnie Arcachu.
    Jeszcze przed wylotem miałem w głowie ogromne zamieszanie, trudno było mi uwierzyć w doniesienia agencyjne, przecież dwadzieściajeden lat wcześniej byłem świadkiem bardzo podobnego konfliktu. Cały świat poparł wtedy secesję Kosowa – mimo, że nie przeprowadzono żadnego referendum. Zbombardowano suwerenne, europejskie państwo – Jugosławię – wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
    Bez skrupułów mordując przy tym cywilnych jego mieszkańców. Bomby – również kasetowe – zrzucano w najludniejsze miasta, a zwłaszcza jego stolicę – Belgrad.
    Wszystko to w ramach obrony „praw człowieka” i chęci samostanowienia części mieszkańców Kosowa.
    Rozbijając tym samym integralność kraju i de facto doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia z mapy świata. W przypadku Republiki Arcachu nie ma takich problemów, mieszkańcy zorganizowali przecież referendum, region w niemal w całości zamieszkały jest przez obywateli Republiki Arcachu pochodzenia ormiańskiego – trochę to skomplikowane, ale postaram się w kolejnej części wyjaśnić jak to działa.
    Daleko od Warszawy
    No dobra, ale wnioski i samo przypomnienie sobie wydarzeń z ostatnich lat to jeszcze za mało. Muszę dostarczyć z redakcji odpowiednie dokumenty, wypełnić specjalne wnioski, powysyłać to wszystko do kilku państw i wielu rożnych instytucji. Oczywiście cyrylicą i po rosyjsku. Sam nie dam rady – pomyślałem, bo o ile czytam rosyjskie znaki, to z pisaniem jest znacznie gorzej. Zaczęły się schody. Byłem jednak tak podekscytowany, i tak bardzo zależało mi na tym wyjeździe, że wykrzesałem z siebie całą determinację, słowem stanąłem na głowie, żeby sprostać piętrzącym problemom. Redakcja wystawiła mi niezbędne dokumenty, ale niestety bez pieczątek i ręcznych podpisów. Teraz, podczas pandemii pracujemy online i takie pisma jeszcze z pieczątkami, były nie do zdobycia, dodatkowo odległość.
    Mieszkam mniej więcej 130 kilometrów od Warszawy, gdybym przynajmniej wiedział, że kogoś zastanę, to bez wahania pojechałbym nawet w środku nocy. Bo miałem jeden dzień na pozałatwiania tych wszystkich papierów tak, by kolejnego już wysłać. Na drugi dzień miałem już przygotowane oświadczenia z redakcji, a dzięki pomocy koleżanki wypełnione wnioski.
    Niestety bez pieczątek. Porozsyłałem więc wszędzie, gdzie było trzeba i nie czekając na odpowiedź zacząłem robić bilans potrzebnych mi rzeczy. Poza tym wywaliłem wszystko z szaf i powoli zacząłem pakowanie. Wciąż jednak nie wiedziałem czy lecę.
    Popołudniu zaczęły przychodzić odpowiedzi. Niestety, wszelkie pisma z ormiańskich urzędów i ministerstw zawierały to samo. Informację, że wysłałem pod zły adres, że to nie jest w ich kompetencjach i żebym wysłał wnioski na e-mail podany na takiej i takiej stronie.
    Na wszelki wypadek wysyłałem hurtem pod wszelkie wymienione na stronach adresy, by po chwili otrzymać niemal identyczne odpowiedzi, z tą różnicą, że tym razem skierowali mnie do jeszcze innych urzędów. Czas się kurczył, wprawdzie trzy godziny różnicy, ale miałem świadomość, że lada moment już nikt nie przeczyta moich wiadomości. A przecież następnego dnia będzie już za późno. Po wielu takich próbach, wreszcie skierowano mnie ponownie tam, gdzie wysyłałem na początku.
    Oczywiście wysłałem, ale straciłem już nadzieję. Odpowiedź nie przyszła, a ja położyłem się spać w przekonaniu, że już nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie, gdy we czwartek rano, ten sam kolega zadzwonił z informacją że już wszystko załatwione i że mam bilet, ale lecimy nie w sobotę, a w niedzielę. Byłem tak skołowany, że dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem. Dowiedziałem się tez, że z Polski poleci jeszcze jedna dziennikarka – Agnieszka. Już bez pośpiechu spakowałem plecak, dzięki temu, że lot przełożono na niedzielę, miałem spory zapas czasowy, więc i zakupy niezbędne zdążyłem zrobić, tak by w pełni gotowości pojawić się punktualnie na warszawskim lotnisku Chopina.
    Podróż białoruskimi liniami z przesiadką w Mińsku. Często latałem tanimi liniami i znam niedogodności jakie się z tym wiążą. A to bagaż podręczny trzeba mierzyć specjalnym przyrządem, jeśli wyjdzie, że jest centymetr za duży, to trzeba dopłacać. Zwłaszcza jednej, popularnej w Polsce linii nie lubiłem, miałem wrażenie, że jest to lotnicza „powietrzna nauka jazdy”.
    Za każdym razem gdy z nimi leciałem, lądowanie było bardzo twarde. Często pasażerowie wydawali z siebie przytłumione odgłosy przerażenia. Teraz też nie spodziewałem się luksusów. Od początku wyglądało to na potworny bałagan, ludzie z walizkami, które udawały bagaż podręczny, obsługa ich wpuszcza, każdemu zmienia numer miejsca. No fajnie – przeleciało mi przez głowę – ale świadomość, że za kilka godzin będę w Erewaniu skutecznie przesłoniła mi obawy przeciążonego samolotu i twardych lądowań.
    Zdziwienie pojawiło się, gdy niespełna godzinę później, samolot wyładował w stolicy Białorusi, a usiadł na płycie lotniska tak delikatnie, że bardziej odczuwalne było, gdy opuszczał koła przed lądowaniem.
    Zastanawiałem się, czy to przypadek, czy Białorusini aż tak dobrze szkołą pilotów. Trzy godziny czekania na przesiadkę, akurat by szybko przejrzeć ceny papierosów w strefie wolnocłowej. Cztery Euro za karton. Czyli czterdzieści eurocentów za paczkę, jakieś trzy złote. Szok. Niestety, lecąc do Azji nie mogłem kupić, nie do końca rozumiałem dlaczego, ale zapamiętałem miejsca, by w drodze powrotnej odpowiednio się zaopatrzyć. Co oczywiście zrobiłem. Zresztą jak się okazało w Armenii papierosy są równie tanie. Gdy otworzyli bramkę, znowu zamieszanie z miejscami, znowu jakiś bałagan. Tym razem jednak podszedłem do tego spokojniej. Już bez stresu, słuchałem poleceń załogi. No i kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w wyniku tego zamieszania posadzili mnie w klasie biznesowej. Szerokie, wygodne i pełne przestrzeni miejsca, stewardesa tylko się do nas uśmiechnęła, mówiąc: „ale macie szczęście”. Różnica ogromna, fotele jak kanapy i dużo przestrzeni na nogi. Znowu lądowanie, podobnie jak w Mińsku, niemal niewyczuwalne – albo mam niebywałe szczęście – albo faktycznie zatrudniają najwyższej klasy pilotów – pomyślałem.
    Erewań
    Dochodziła czwarta rano gdy wysiedliśmy na lotnisku w Erewaniu, kompletnie pogubiony, nie miałem pojęcia gdzie iść, Agnieszka chyba też, poszliśmy więc za całą grupą z samolotu. Trafiliśmy do kolejki na obowiązkowe dla wjeżdżających testy, na obecność wirusa Covid.
    Trochę się denerwowałem, bo miał mnie ktoś stąd odebrać. Poza tym, że ma na imię Sasza i jest dziennikarzem, nic o nim nie wiedziałem. Agnieszka, również niewiele i też rozglądała się po terminalu. Gdy jednak usłyszałem dźwięk powiadomienia w telefonie, zobaczyłem wiadomość napisaną po rosyjsku, że jest, czeka z drugiej strony odprawy i już nas widzi, odetchnąłem z ulgą.
    Wreszcie – pomyślałem – i wtedy zaczęło schodzić napięcie kumulowane przez te ostatnie, zwariowane dni. Pielęgniarki uwijały się dosyć szybko, niektórzy znosili to lepiej i szybciej inni dłużej i słychać było odgłosy krztuszenia. Nigdy nie robiłem tych testów, więc nie wiem czego się spodziewać.
    Gdy usiadłem na krześle, zacząłem podwijać rękaw, sadzać, że będą pobierać krew. Nic z tych rzeczy, sympatyczna pielęgniarka powiedziała tylko, że nie trzeba i zabrała się za badanie. Wsunęła mi do nosa jakaś miękką rurkę, tak głęboko, że poczułem ją aż w gardle. Nie było to może zbyt przyjemne, ale już zrozumiałem dlaczego niektórzy tak się krztuszą i kaszlą, jeszcze wymaz z języka i po sześciu godzinach wynik. Jeśli coś będzie nie tak, przyślą maila. Możemy iść.
    Zasieki
    Na lotnisku przywitał nas Sasza. Szybko złapaliśmy nić porozumienia. Oprócz nas przylecieli jeszcze dwaj dziennikarze Roman z czeskich Nowin i Ulrich – niemiecki dziennikarz, pracujący w Moskwie.
    Sprzed lotniska zabrały nas dwa czarne terenowe samochody. Trochę dziwne samochody, w azjatyckim kraju, ale jedziemy. Wprawdzie nie wiemy gdzie, ale trudno. Jest już nas więcej, chociaż i tak jeszcze bardzo nieufnie do tego podchodzę. Jednak senność bierze górę, niech mnie wiozą gdzie chcą, byle się przespać – pomyślałem.
    Mimo to starałem się też chłonąć oświetlone miasto, pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne.
    Jasne ulice, nowoczesne stacje benzynowe, neony knajp, restauracji i marketów, zupełnie jak stolica europejskiego kraju.
    Podjechaliśmy pod blok, Sasza wraz z Ormianami, którzy prowadzili auta zaprowadził nas do jakiegoś mieszkania w bloku.
    Warunki idealne, a nawet luksusowe. Każdy ma swój pokój, proste nowoczesne umeblowanie. Trochę szkoda, że będziemy tu tylko jedną noc, następnego dnia – a w zasadzie tego, tylko za kilka godzin – musimy pozałatwiać formalności, akredytacje – Armenii i akredytację oraz wizę do Republiki Arcachu.
    Dużo łażenia po urzędach, ale mamy przewodników. Ponieważ dochodziła już szósta rano, w Polsce dziewiąta, umówiliśmy się na dwunastą.
    Ledwo się ogarnąłem i natychmiast padłem spać. Ponieważ na drugi dzień formalności mocno się przeciągnęły, musieliśmy wielokrotnie jeździć do tych samych urzędów, zostaliśmy więc w Erewaniu jeszcze jedną noc.
    Arcach daje wizy przypięte do karty paszportu spinaczem biurowym, oczywiście jeśli ktoś chce to mogą mu wbić ogromny stempel.
    Robią tak dla bezpieczeństwa. Jeśli wybrałbym się do Azerbejdżanu z ich wizą mógłbym mieć spore nieprzyjemności, nie tylko na granicy.
    Już nie mogłem się doczekać następnego ranka i pięknych gór Kaukazu. Mieliśmy do przejechania ponad pięćset kilometrów i to górskimi drogami.
    Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby zrobić zdjęcia. W ten właśnie sposób porwałem sobie spodnie na rozstawionych przez wojsko zasiekach. Dobrze, że miałem drugie na zmianę.
    Mieliśmy już umówione spotkania z ważnymi urzędnikami, łącznie z sekretarzem prezydenta Republiki, człowiekiem, który ogłosił ostatnią wojnę – Varhamem Poghosyanem.
    Po jakiś ośmiu godzinach jazdy, dotarliśmy do hotelu w Stepanakarcie. Cdn…

Łotwa coraz bardziej antyrosyjska

Funkcjonariusze łotewskiej Państwowej Służby Bezpieczeństwa wtargnęli do prywatnych mieszkań siedmiorga rosyjskojęzycznych dziennikarzy dokonując przeszukania i rekwirując komputery w tym będące własnością ich rodzin. Zdarzenie to wywołało ostrą reakcję zarówno ze strony niektórych łotewskich działaczy politycznych, jak również rosyjskiego MSZ.

Po zakończeniu przeszukania dziennikarze zostali odwiezieni na przesłuchanie. Następnie zostali zwolnieni, jednak nie zwrócono im nie tylko zabranego sprzętu, lecz także kart bankomatowych i pieniędzy w gotówce.
W uzasadnieniu akcji łotewska bezpieka w oficjalnym oświadczeniu twierdzi, iż powodem interwencji było nieprzestrzeganie antyrosyjskich sankcji wprowadzonych m. in. przez Unię Europejską i Republikę Łotwy. Podejrzewano bowiem, że środki pieniężne uzyskiwane przez portal internetowy Baltnews trafiają następnie do kieszeni rosyjskiego biznesmena Dmitrija Kisieliowa. Jego nazwisko znajduje się na liście osób objętych sankcjami w związku z tym, że „podważał integralność terytorialną, suwerenność i niepodległość Ukrainy” czyli mówiąc wprost miał swoje zdanie na temat przyłączenia Krymu do Rosji.
Oprócz absurdalności wprowadzania sankcji za ominięcie których grozi kara nawet do czterech lat więzienia warto zwrócić uwagę na fakt, że Kisieliow nie jest właścicielem portalu a jedynie jednym z menadżerów, natomiast Baltnews stanowi część holdingu medialnego Russia Today, który nie jest objęty sankcjami.
Zatem, jak wnioskują w artykule opublikowanym na stronie internetowej defenddemocracy.press łotewska eurodeputowana Tatjana Ždanoka i członek Rady Miejskiej Rygi Mirsoslavs Mitrofanovs, nie ma logicznego uzasadnienia dla przypuszczeń, iżby praca dziennikarzy dla państwowych mediów miała służyć dostarczaniu środków pieniężnych jednemu z menadżerów.
Ždanoka i Mitrofanovs przypominają, że od początku bieżącego roku łotewskie władze zdecydowanie nasiliły działania zmierzające do rugowania z przestrzeni publicznej rosyjskojęzycznych, w tym także uznawanych za prozachodnie i związane z rosyjską opozycją oraz politycznie neutralnych mediów w tym nadających programy kulturalne i edukacyjne.
Władze zakazały państwowej telewizji LTV-7 nadawania audycji w języku rosyjskim a inne rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne zostały usunięte z głównego pakietu operatorów kablowych. Ponadto na skutek utrudnień ze strony władz wiele wydawanych po rosyjsku lokalnych gazet zniknęło z rynku a pracujący w nich dziennikarze musieli sobie szukać zatrudnienia w Rosji.
Komentując akcję przeciwko dziennikarzom jedna z przesłuchiwanych przez służbę bezpieczeństwa osób Ałła Bieriezowskaja pyta: Jak to się mogło zdarzyć w demokratycznej Łotwie w XXI wieku? Zadaje też retoryczne pytanie, czy czy dziennikarzy należy karać dziennikarzy za pisanie informacji i analiz.
Bieriezowskaja twierdzi wprost, że władze wydały dziennikarzom wojnę i w związku z tym zwraca się do społeczności międzynarodowej o wywarcie presji na łotewskie władze aby „zamiast politycznego zastraszania wstąpiły na drogę dialogu z posługującą się językiem rosyjskim mniejszością”.
W podobnym tonie wypowiada się też rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa mówiąc podczas niedawnego briefingu, iż Rosja zauważa systematyczne działania łotewskich władz w kierunku agresywnego wypierania rosyjskich środków masowego przekazu podając jako przykład zablokowanie retransmisji siedmiu kanałów rosyjskiej telewizji. Skomentowała też powoływanie się Łotwy na sankcje jako podstawę do dyskryminacji dziennikarzy. „Okażcie męstwo i powiedzcie, że wyrzucacie z przestrzeni medialnej Łotwy język rosyjski (…), który wam się nie podoba. I co mają do tego sankcje?” – mówiła Zacharowa.
Za podstawę prawną działań wymierzonych w rosyjskojęzyczne media służy przyjęta przez parlament poprawka do ustawy o mediach elektronicznych zgodne z którą w programach telewizyjnych udział audycji nadawanych w innym niż łotewski języku zostaje ograniczony do 20 proc. czasu antenowego.
Jest rzeczą oczywista, że ma to na celu ograniczenie dostępu do informacji przekazywanych przez rosyjskojęzyczne media i niezgodnych z linią oficjalnej propagandy. Językiem rosyjskim posługuje się ok. 40 proc. mieszkańców Łotwy. Występując w programie TVP info Studio Wschód prof. Andrzej Pukszto z uniwersytetu w Wilnie przyznał, że rosyjskie programy telewizyjne są chętnie oglądane na Łotwie nad czym oczywiście ubolewał.
Praktyka autorytarnych rządów, które z braku argumentów polega na tym, że ograniczają swoim obywatelom możliwość dostępu do różnorodnych źródeł informacji.

Król jest nagi

Pięć lat temu w Rosji narodziła się nowa tradycja polityczna. 25 listopada 2015 r. w Jekaterynburgu otwarto pierwsze w Rosji centrum prezydenckie – Centrum Prezydenckie Borysa Jelcyna. Od pięciu lat nie milkną kontrowersje wokół głównego elementu tego handlowo-rozrywkowego kompleksu, muzeum pierwszego prezydenta Rosji.

„Nie ma kultury bez obiektywnego zrozumienia historii. W Jekaterynburgu znajduje się ośrodek, w którym codziennie zachodzi proces niszczenia narodowej samoświadomości dzieci. Jest to kwestia bezpieczeństwa narodowego, ponieważ setki dzieci codziennie otrzymują tu truciznę.
Centrum niezgody
Musi istnieć spójna polityka, ukierunkowana na to, żeby dzieci zrozumiały, że kraj, w którym mieszkają, jest wspaniałym krajem” – stwierdził Nikita Michałkow, kultowy reżyser i aktor, politolog i prezenter popularnego programu telewizyjnego „Besogon TV”, osobisty przyjaciel prezydenta Rosji Władimira Putina, brat innego słynnego reżysera Andrieja Konczałowskiego.
Michałkow proponuje zasadniczo skorygować ekspozycję muzeum. Zrezygnować z jednostronności i koloryzowania w wyjaśnianiu okresu prezydentury Jelcyna. „Wszystko skupia się na jednej osobie. Próbują doprowadzić nas do przekonania, że istnienie nowej Rosji, do której od wieków dążyli mieszkańcy naszego kraju, zawdzięczamy Jelcynowi. A to nieprawda. To kłamstwo” – podkreśla Nikita Michałkow.
A oto słowa Władimira Sołowiowa, najpopularniejszego i najbardziej zaangażowanego prezentera telewizyjnego programów politycznych typu talk-show, emitowanych na głównym kanale federalnym „Rosja-1”, a także „tuby władzy”, który odwiedził „Centrum Jelcyna”: „Nie chcę przeklinać i wypowiadać przykrych słów, ale wyszedłem z tego centrum Jelcyna i musiałem powstrzymać dzikie uczucie nienawiści, ponieważ mam organiczną wrogość do kłamstwa. A kiedy zobaczyłem te kłamstwa o naszej historii, z każdym krokiem byłem coraz bardziej i bardziej wzburzony. Czy to jest genialne? Bardzo! Ale treść zabija. Selektywność treści”.
W sporach wokół „Centrum Jelcyna” (a właściwie wokół osoby Borysa Jelcyna, jego czasów i politycznego dziedzictwa) oliwy do ognia dolały książki Aleksandra Korżakowa, byłego ochroniarza Jelcyna, dowódcy Służb Bezpieczeństwa Prezydenta (SB), członka Związku Pisarzy Rosji „Borys Jelcyn: od wschodu do zachodu”, „Najbliższy krąg cara Borysa”, „Biesy 2.0. Carowie nie są prawdziwi!”, „Kremlowskie bajki”. Lada moment ukaże się kolejna książka Korżakowa „Notatki kulawego generała”, w której obiecuje nowe rewelacje na temat życia rodziny Jelcyna.
Pudełko spod „Xerox”
Oczywiście, książek Korżakowa w muzeum Jelcyna nie ma i być nie może. Dla rodziny i bliskiego otoczenia byłego prezydenta Rosji Korżakow jest postacią, delikatnie określając, której by ręki nie podali, chociaż Jelcyn i jego lojalny ochroniarz dwukrotnie „mieszali krew”, raniąc sobie ręce po pijaku, co u mężczyzn jest uważane za najwyższy przejaw przyjaźni i zaufania. Przez 11 lat ochroniarz Korżakow znajdował się w dosłownym znaczeniu tego słowa obok ciała wodza, ale „bracia krwi” nagle stali się wrogami. Od miłości do nienawiści tylko jeden krok, a drogi powrotnej nie ma.
19 czerwca 1996 r., między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich w Rosji, Korżakow (według niego za zgodą Jelcyna) osobiście aresztował strategów politycznych sztabu Jelcyna Arkadego Jewstafiewa i Siergieja Lisowskiego, którzy próbowali wynieść z Domu Rządowego skrzynkę z napisem „Xerox”, w której było 538 tysięcy dolarów. „Czarna gotówka” miała być podobno przeznaczona dla „gwiazdy pop”, która dawała koncerty na rzecz poparcia kandydatury Borysa Jelcyna na prezydenta. Ogromne kwoty pieniędzy utknęły w rękach rodziny Jelcyna: najmłodszej córki prezydenta (a zarazem jego oficjalnej doradczyni) Tatiany Diaczenko, jej męża i szefa administracji prezydenta Walentego Jumaszewa, żony Jelcyna Nainy Josifownej i… ich „ideologicznych inspiratorów”, oligarchy Borysa Bieriezowskiego i Anatolija Czubajsa.
„Zgodna rodzinka”, zdając sobie sprawę z tego, że pieniądze i władza wymykają im się z rąk, przekonała chorego (po pięciu zawałach serca!) i od dawna obojętnego na los Rosji prezydenta, że jego ochroniarz, oddany Sancho Pansa, zdradził interesy rodziny. A co za tym idzie, również głowy rodziny, czyli samego Borysa Jelcyna.
Zwolniony ze stanowiska szefa Służb Bezpieczeństwa Prezydenta Rosji generał podporucznik Korżakow zabrał ze sobą pewne dokumenty finansowe, ujawniające potworną korupcję władz, z których część opublikował w swoich książkach.
Tego nie mogą mu wybaczyć ci, którzy narobili bałaganu.
„Prezydent pracuje z dokumentami”
„Nie powinniśmy wstydzić się nikczemności wtedy, gdy o niej piszą, ale kiedy ją czynią”. Te słowa Aleksandra Sołżenicyna stały się epigrafem książki-pamfletu „Biesy 2.0. Carowie nie są prawdziwi!”. Kraj epoki Jelcyna, pisze Korżakow, pogrążył się w kłamstwach, służalczości i zazdrości. Ta wybuchowa mieszanka zżera społeczeństwo, zabijając wszystko, co ludzkie, zdrowe i moralne.
Pięć lat temu na otwarciu „Centrum Jelcyna” nie było kuzyna Jelcyna Stanisława Glebowa z uralskiej wioski Butka, w której dorastał Borys Jelcyn. Dlaczego? „Zrujnował kraj, przepił Rosję!” – wyjaśnił swoją absencję Stanisław.
O pijaństwie Jelcyna krążą legendy. W książce Korżakowa „Biesy 2.0”, prezydent i jego otoczenie piją, jak to się mówi, na każdej stronie. „Picie na Kremlu zaczynało się od rana. Około godziny 11 Jelcyn komunikował przez telefon: „No, Aleksandrze Wasiljewiczu, czy nie czas na obiad?”. Rozpoczynał się „obiad” i trwał cały dzień aż do kolacji” – wspomina Korżakow. Generał przytacza niepojęte liczby – były takie dni, kiedy on i Jelcyn pili sześć (!) butelek wódki dziennie. W samochodzie u kierowcy Jelcyna zawsze leżała „alarmowa walizeczka” – butelka wódki i wyszukana zakąska.
Pierwsza wizyta Jelcyna w USA została zapamiętana, bo po wylądowaniu w Baltimore wysiadł on z samolotu i, jak zaprawiony kierowca ciężarówki, od razu ugasił pragnienie. W Waszyngtonie wczesnym rankiem Jelcyn próbował złapać taksówkę w… samych majtkach. Swoje dziwne zachowanie prezydent wyjaśnił z dziecięcą naiwnością – chciał kupić pizzę. Jesienią 1994 r. miały odbyć się negocjacje między premierem Irlandii i prezydentem Rosji. Samolot prezydenta wylądował na lotnisku w Shannon. Przy trapie ustawiła się gwardia honorowa, ale Jelcyn, który w przeddzień się przepił, nie wysiadł z samolotu, obwiniając o wszystko Korżakowa, który go „zawczasu nie obudził”. W tym samym 1994 r. w berlińskim Treptower Park pijany Jelcyn o mało nie spadł ze schodów monumentu, a trochę później, doprawiając się w samochodzie, wyrwał dyrygentowi policyjnej orkiestry batutę dyrygenta i tańcząc zaczął dyrygować orkiestrą oraz śpiewać „Kalinkę”.
Kiedy w 1991 r. Jelcyn został prezydentem Rosji, czasami na długo znikał z ekranów telewizorów. Sekretarz prasowy prezydenta (mój kolega z gazety „Komsomolskaja Prawda”) wyjaśniał to „tajemnicze zjawisko” w prosty sposób: „Prezydent na swojej daczy pracuje nad dokumentami”.
Od tego czasu to zdanie stało się synonimem ciągu alkoholowego głowy państwa.

Przełożyła Marta Hofman

Podmoskwiewskie imperium tajemnic

Istnieje Moskwa i miasto jej towarzyszące. Znajduje się pod ziemią. Niektóre stacje rosyjskiego metra pod względem piękna, luksusu i ekstrawagancji przypominają pałace.

Zjeżdżając ruchomymi schodami metra nie podejrzewamy nawet, że wkraczamy na terytorium tajemnic i mitów. Pomysł budowy metra w Moskwie narodził się już w 1902 r., lecz sprzeciwiły mu się Duma Miejska i duchowieństwo. Kapłani oświadczyli, że to grzech z własnej woli za życia schodzić do podziemia. Wspierała ich armia moskiewskich dorożkarzy, którzy ryzykowali utratę pracy.
Bolszewicy w akcji
Przez trzy dekady młode państwo radzieckie nie miało czasu na metro. Istniały ważniejsze sprawy – rewolucje, wojny, pierwszy plan pięcioletni… O odłożonym projekcie przypomniano sobie w 1931 r. Otwierając pierwszą linię metra, 15 maja 1935 r., komisarz ludowy ds. transportu kolejowego Łazar Kaganowicz wypowiedział wzniosłe słowa: „Bolszewicy zdobyli Moskwę naziemną, zdobędą i podziemną!”.
Stalin wierzył w astrologię i kazał zaprojektować podziemną linię kolejową, wykorzystując plan promieniowego pierścienia zabudowy Moskwy. Jego autorem był Jakub Bruce, astrolog, matematyk, czarnoksiężnik, zrusyfikowany Szkot, przyjaciel Piotra Pierwszego. Plan Bruce’a dzielił Moskwę na 12 sektorów, z których każdy odpowiadał jednemu znakowi zodiaku. Pierwsza linia – „Sokoliniczeskaja” – miała 13 stacji, co stało się źródłem żartów, że Stalin zadowolił zarówno Boga, jak i diabła. Ten sam astrolog twierdził, że Moskwa jest pod znakiem Byka i dlatego zdecydowano się otworzyć metro 15 maja.
Aby ukończyć pierwszą linię, specjalnie rozebrano Kreml Serpuchowa, zbudowany z białego kamienia. Stacje „Nowokuznieckaja” i „Pałac Sowietow” (obecnie „Kropotkinskaja”) wyłożono marmurem pochodzącym ze zburzonej katedry Chrystusa Zbawiciela.
Pierwszy pociąg, składający się z czterech wagonów, przejechał 11 kilometrów ze stacji „Sokolniki” do obecnego parku Kultury. Kandydatura pierwszego oficjalnego pasażera była omawiana w moskiewskim biurze Komitetu Partii. Został nim Piotr Łatyszew, przodownik pracy, robotnik z fabryki Czerwony Proletariusz.
Na czasy wojen
Naiwnością jest twierdzić, że moskiewskie metro zbudowano wyłącznie jako podziemną arterię transportową. To również strategiczny obiekt wojskowy. Równolegle z liniami dla pociągów pasażerskich budowano potężne bunkry, schrony przeciwbombowe z genialnym systemem przejść podziemnych.
Na osobisty rozkaz Stalina, na stacji „Sowieckaja” urządzono podziemne stanowisko dowodzenia Komendy Obrony Cywilnej Moskwy. Na dużych głębokościach zbudowano też dwa stalinowskie bunkry. Do tej pory są one w stanie wytrzymać bezpośrednie uderzenie bomby lotniczej. Od publicznej poczekalni Ministerstwa Obrony do bunkra Stalina w Kuncewie wybudowano tunel samochodowy. Inne tunele prowadziły na Kreml i do dzielnicy Sokolniki.
Dacza Stalina w Kuncewie była połączona z bunkrem windą. Żeby wykluczyć przypadkowe spotkania Stalina z personelem, który go obsługiwał, zbudowano kilka korytarzy. Stalinowski korytarz (od windy) był pokryty marmurem, a ściany jego gabinetu dębem i karelską brzozą. Obok korytarza prowadzącego z sali posiedzeń znajdowała się przytulna sypialnia. Rządowy system podziemnej komunikacji miał kryptonim „Obiekt D-6”. To łącznie 150 km tajnych linii.
Skąd to wiem? Z rocznika „Radzieckie siły zbrojne”, wydanego przez Ministerstwo Obrony USA w 1991 r. Została tam opublikowana mapa przedstawiająca trzy specjalne linie metra, które łączą podziemny punkt pod Kremlem z kilkoma podmiejskimi i miejskimi punktami dowodzenia na głębokości 200-300 metrów pod ziemią.
Doświadczeni kopacze i budowniczowie metra twierdzą, że we wszystkich najgłębiej położonych stacjach są wyjścia do bunkrów. Stacje i przejścia wyposażone są w potężne hermetyczne uszczelnienia radiacyjne, tunele blokujące, hole i szyby wentylacyjne. Specjalne wrota nie tylko szczelnie izolują metro od środowiska zewnętrznego, ale także dzielą cały system na sekcje z autonomicznym systemem podtrzymywania życia, a każda sekcja w sytuacji nadzwyczajnej będzie służyła jako azyl dla ludności.
Z tego wynika, że na mapie moskiewskiego metra, która wisi w każdym wagonie i przy wejściu do metra, odwzorowano zaledwie jedną dziesiątą tego, co jest pod ziemią.
Wielcy w podziemiach
Moskiewskie metro należy do najpiękniejszych na świecie. Zostało zbudowane przez najsłynniejszych architektów epoki stalinowskiej. Na przykład stacja „Komsomolskaja” została zbudowana przez Dmitra Czeczulina, który później zbudował wieżowiec na Kotielniczeskoj Skarpie (podobny powstał w Warszawie Pałac Kultury i Nauki), hotel „Rossija” i Biały Dom (siedziba rządu). Ivan Fomin, który budował apartamentowce w Petersburgu, zaprojektował stację „Krasnyje Worota”. Stacja „Pałac Sowietów” (obecnie „Kropotkinskaja”), która zdobyła kilkanaście prestiżowych zagranicznych nagród, została zbudowana przez architekta Aleksieja Duszkina.
A propos tego ostatniego. Przydarzyła mu się tragikomiczna przygoda. Duszkin znakomicie się ubierał, w stylu angielskim: modny garnitur, kapelusz, laska… W tym gogusiowatym stroju architekt przechadzał się wieczorem po Moskwie, więc wydał się czekistom podejrzany… Uznali, że jest szpiegiem i zawieźli biedaka na Łubiankę. Otwierając stację metra „Pałac Sowietow” w 1935 r. w obecności dużej zagranicznej delegacji, Łazar Kaganowicz przedstawił postać autora projektu Aleksieja Duszkina. Obcokrajowcy oklaskiwali jego dzieło i chcieli go natychmiast zobaczyć, ale Duszkina nie było. Znaleziono go kilka dni później w podziemiach Łubianki.
Wiele historii wiąże się ze stacją metra „Plac Rewolucji”. Słynie ze stojących w niszach 76 rzeźb z brązu. Rzeźbiarskie kompozycje odzwierciedlają przebieg budowy socjalizmu w ZSRR od 1917 do 1937 r. „Żeglarz z rewolwerem”, „Zwiadowca z psem”, „Chłopak z kurą i kogutem”, „Student”… Ale postaci jest tylko 20, czyli osoby (modele) się powtarzają. Moskwianie mają swoje przesądy z tym związane. Dotknij rewolweru marynarza i będziesz mieć dobry dzień. Potrzyj bucik studentki, a będziesz mieć szczęście w miłości. Ale nie dotykaj dzioba koguta, bo to przynosi pecha! Podczas sesji egzaminacyjnych tworzy się kolejka do brązowego psa. Studenci wierzą, że jeśli dotkniesz jego nosa, bez problemu zdasz egzamin…

FAKTY:
Moskiewskie metro ma 15 linii. Długość wszystkich linii wynosi 780 km. Najdłuższa jest linia Arbatsko-Pokrowskaja (45,1 km). Najkrótsza – Kachowskaja (3,3 km).

Metro składa się z 333 stacji, w tym 56 naziemnych. Najgłębszą stacją jest „Park Pobiedy” – 84 metry. Najdłuższy peron ma stacja „Worobiowy Gory”, która ma 282 metry.

Długość wszystkich 900 ruchomych schodów wynosi ponad 37 km. Najdłuższe schody ruchome są na stacji „Park Pobiedy” – 126 metrów.

Marmurowymi płytami wyłożono 428,9 tys. metrów kwadratowych powierzchni metra.

W ciągu doby liniami metra przejeżdża ponad 12 tysięcy pociągów. Średnia prędkość wynosi ok. 42 km/h. Minimalny odstęp w odjazdach – 90 sekund.

Metro jest obsługiwane przez 60 600 osób. Do 2023 r. zostanie otwartych kolejnych 25 stacji metra.

Z języka rosyjskiego przełożyła Marta Hofman

Balet – katorga w kwiatach

Miałem wielką pokusę, by przywłaszczyć ten zeszyt. Leżał zapomniany na parapecie jak ranny ptak. Przez uchylone okno wiatr bawił się jego kartkami. Wyraźnie dziewczęce pismo z nieprawidłowym nachyleniem w lewo – już nie dziecięce, ale jeszcze nie dorosłego.

Balet pochłania nas niezależnie od naszej woli…
Balet to wyższe stadium ewolucji ludzkiego ciała.
Balet to nie technika, to dusza!

Zeszyt nie był podpisany. Na okładce jednym pociągnięciem precyzyjnie narysowano balerinę. Oczywiście w locie… Dziennik przyszłej primabaleriny?

Szczęście to motylek, który w mgnieniu oka wzbudza zachwyt i odlatuje.
Cierpliwość to sztuka ufności. Zdolny do cierpienia jest zdolny osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Na każdy ból jest lekarstwo – cierpliwość.
Prawdziwa artystka powinna poświęcić się swojej sztuce.

Dzięki zapomnianemu na parapecie korytarza zeszytowi dotknąłem tajemnic zawodu. Właściwie po to tu przyszedłem. Obok przeszły dwie japońskie studentki. Nie po japońsku wysokie, długonogie. Zachwyciłem się. Odpowiedziały mi uśmiechem i dygnęły. Wyszło im w wyćwiczonym rytmie. Tak tu jest przyjęte – witając się ze starszym, nawet nieznajomym, dziewczęta dygają lub robią ukłon, a chłopcy zatrzymują się i kłaniają. Ostatni raz widziałem coś takiego w kinie.

– Szkoła baletowa przy Teatrze Wielkim – to akademia choreografii. Przez dwa i pół wieku, ściślej 247 lat, w jego murach stopniowo zbierano, przesiewano, szlifowano i pielęgnowano wszystko, co było i jest najlepsze w rosyjskim balecie. Co sprawia, że jest on „wizytówką” Rosji – opowiada rektor Moskiewskiej Państwowej Akademii Choreografii (znanej też jako Akademia Baletu Bolszoj) kiedyś primabalerina Teatru Wielkiego profesor Marina Leonova.

To inny świat. Ludzie niezwiązani z baletem nie są w stanie się tu zaadaptować. „Akademia” brzmi dumnie, ale panuje tu atmosfera dużej i zgodnej rodziny, w której początkujący i gwiazdy są sobie równi. Tancerze rozgrzewają się, rozciągają mięśnie już na korytarzu.

Gibka młoda tancerka rozciąga nogi w szpagacie poprzecznym równolegle z sufitem. Można ją ominąć, można ją przeskoczyć, zastygłą w pozie niewyobrażalnej dla „normalnego człowieka”. Inna, leżąc pod ścianą wzdłuż korytarza, zarzuciła lewą nogę na głowę, dotykając noskiem baletki podłogi. Jednocześnie udaje jej się rozmawiać przez telefon. Czy ci ludzie nie mają kości?

– Wydaje się, że wszystko robi się łatwo. W rzeczywistości trzeba przezwyciężać ból. Zachowywać dyscyplinę we wszystkim, co dla milionów innych dziewcząt stanowi główną część ich życia – rozrywki, dyskoteki, nocne kluby, ciasta i koktajle – mówi nauczycielka tańca Alla Gołowko. – Stracić formę i zostać przez to wyrzuconym, to dla dziewczynek katastrofa.

„Balet to katorga w kwiatach” – przypominam sobie słowa z zostawionego na parapecie zeszytu. Na całej ścianie sali prób zawieszone są lustra, w których odbija się talent uczniów, ich wdzięk, świeżość, piękno, ale też ich błędy. Ręcznie polerowane balustrady wzdłuż ścian są jak warsztat. W jego centralnej części pracują przede wszystkim soliści. Ci, którzy ćwiczą z boku próbują awansować na solistów.

– Préparations… Pierwsza pozycja… Prawy łokieć do góry… Jeszcze mocniej… Mocno całą stopą… Battement tendu… Battement frappe… Dobrze… Battement tendu jeté… Glissade… Podnoszenie się na pół palce… Battement retiré… Ręka okrągło… – słychać w sali ćwiczeń.

W XVII w. Francuz Raoul Feuillet stworzył system opisujący elementy tańca klasycznego. Wszyscy choreografowie na świecie nadal używają jego terminów.

– Dziewczyny, nie zapominajcie, czym jest ciało: to widoczna część duszy. Allongé… Port de bras… Dobrze… – instruuje Alla Nikołajewna Gołowko, która uczy tu od 17 lat i podobnie jak wielu innych pedagogów uczelni, ukończyła tę akademię.

W lustrze odbija się „cebulka” koka. Kobiety wiedzą co to, ale wyjaśnię mężczyznom. Kok to fryzura, jedna z najbardziej bezpretensjonalnych. Włosy są przyczesane do tyłu, zebrane na czubku głowy, skręcone w ciasny węzeł i spięte szpilkami lub niewidocznymi spinkami. W akademii obowiązuje całkowity zakaz rozpuszczania włosów.

Nina Naumowski jest absolwentką akademii. Jej mama pochodzi z Białorusi, a ojciec jest Francuzem. Rodzice poznali się w Mińsku, gdzie oboje studiowali, ale Nina urodziła się w Nantes i przez sześć lat mieszkała w Lille. Tańczyła przed telewizorem, kiedy tylko usłyszała muzykę. Mama zaprowadziła córkę do klubu tanecznego. Potem rodzina przeniosła się do Mińska i Nina poważnie zajęła się tańcem. Poszła do szkoły baletowej. W wieku 14 lat wstąpiła do akademii.

– Marzę o odegraniu roli Sylfidy – mówi Nina, poprawiając kok. – To manifest baletowego romantyzmu. Podoba mi się ten temat: rozdźwięk między marzeniami a rzeczywistością. Niezgodność poezji i prozy życia, sprzeczność między ideałem duchowym a ziemską egzystencją. Ulubione baleriny? Smirnowa, Zacharowa, Wiszniewa, Osipowa…

Aleksiej Szakuro, rodak Niny, jakby podsłuchując naszą rozmowę, wyznaje, że również chciałby zatańczyć w „Sylfidzie”. Urodził się w Brześciu i zaczął tańczyć w wieku trzech lat:

– Po prostu czuję się Jamesem z „Sylfidy” – mówi Aleksiej.

Bohater baletu „Sylfida” – wieśniak James chce zrealizować marzenia, ryzykując utratę wszystkiego. Aleksiej Szakuro jest do niego podobny: pewien że zostanie słynnym tancerzem baletowym…

Na stoliku rektora uczelni Mariny Leonovej stoi brązowa rzeźba Rudolfa Nuriejewa. Brąz oddaje gwałtowny, niezłomny i nieokiełznany charakter wielkiego tancerza i… grzesznika. Nuriejew podczas prób ścierał nogi do krwi. Zdarzało się, że ze zmęczenia dosłownie padał i znoszono go ze sceny.

– Ile prawdy jest w „opowieściach grozy”, że baleriny, rywalizując, przecinają sobie wstążki, wsypują potłuczone szkło do pointów, psują kostiumy? – pytam.

– Jest to jeden z mitów. Przez ostanich 20 lat mojej pracy w Teatrze Wielkim ani razu nie spotkałam się z podobnymi podłościami. Mitem jest również, że najlepsi tancerze głodzą się i chorują z wyczerpania. Powiedzenie „Bez baletu nie ma bufetu” wymyśliły właśnie baletnice. Żeby być w formie, jak odważnie i trafnie powiedziała jedna z najwybitniejszych tancerek Maja Plisiecka, po prostu „nie trzeba żreć!”. Jeśli już na obiad jest mięso, to bez ziemniaków i makaronu. Kasze, twaróg, owoce, warzywa… Wszystko z umiarem. Mama oddała mnie do kółka baletowego tylko dlatego, że jako powojenne dziecko, byłam bardzo chuda. Chciała, żebym dzięki tańcowi nabrała mięśni. Baleriną również została moja córka. Tańczy w Teatrze Wielkim.

– Proszę wymienić przyszłe gwiazdy światowego baletu.

– Dmitrij Wyskubienko, w wieku 18 lat został laureatem przynajmniej dziesięciu międzynarodowych konkursów. Iroczka Awierina – dziewczyna o niezwykłych zdolnościach. Anastasia Strachowa – baletnica uniwersalna, która potrafi bardzo dużo.

– Rosyjska szkoła baletowa jest nadal najlepsza na świecie?

– Tak. Nasz balet wytrzymał wszystkie wstrząsy. Powinniśmy być z niego dumni.

Przełożyła Marta Hofman

Rosyjskie triumfy „Dam i Huzarów”

Niemal dokładnie sześćdziesiąt lat temu, 22 października 1960 roku, na jednej z najważniejszych i najpopularniejszych scen dramatycznych Moskwy – w Teatrze im. Wachtangowa (o którym z okazji zbliżającego się jubileuszu jego 100-lecia niedawno na tych łamach pisałem) odbyła się premiera „wspaniałej szarży humoru dramatopisarza”,
jak nazywał tę sztukę Stanisław Pigoń – „Dam i huzarów” Aleksandra Fredry.

Choć premierze tej nadano wysoką oficjalną rangę – na widowni znaleźli się dwaj wiceministrowie kultury ZSRR i nasz ambasador, a także grupa polskich dramaturgów na czele z Leonem Kruczkowskim – niewielu chyba gości przed podniesieniem kurtyny dopuszczało myśl, że uczestniczą w narodzinach przedstawienia, któremu na polu zagranicznej recepcji twórczości Fredry (a pewnie i polskiej dramaturgii w ogóle) przyjdzie pobić wszelkie rekordy: te „Damy i huzary” utrzymały się w repertuarze aż z górą 27 lat, podczas których pokazano je aż 756 razy! Przy liczącej 1050 miejsc widowni Teatru, zawsze na tych przedstawieniach wypełnionej, oznaczało to, że „Damy i huzary” obejrzało tam w ciągu tych lat blisko 800 tysięcy widzów. A dodatkowo potężnie zwielokrotniła tę widownię rejestracja przedstawienia przez radziecką telewizję; telewizyjna premiera wachtangowowskich „Dam…” miała miejsce w sylwestrowy wieczór 1976 roku, a potem rzecz wielokrotnie na małym ekranie powtarzano (m.in. z okazji obchodów 95-lecia Teatru 9 listopada 2016 roku); dziś ten telewizyjny spektakl jest też bez trudu dostępny w internecie, choćby na portalu „kultura.rf”.
Choć jednak rozmiar powodzenia spektaklu okazał się sensacją, przecież jego narodziny przygotowywano z nadzwyczajną pieczołowitością. Za reżyserię wzięła się sama Aleksandra Riemizowa (1905-1989), uczennica Jewgienija Wachtangowa i uczestniczka jego legendarnej premiery „Księżniczki Turandot” Gozziego w 1922 roku. Nawiązując do estetyki swego mistrza, Riemizowa poszła w kierunku otwartej, radosnej teatralności, z przydaniem Fredrowej farsie formy wodewilu; pozwoliło to z jednej strony wzbogacić i ocieplić poszczególne postacie, z drugiej uczynić rzecz maksymalnie atrakcyjną widowiskowo. Powstał pełen życia i skrzący się humorem spektakl, z wpisującymi się niemal idealnie w bieg akcji epizodami śpiewanymi i tańczonymi, inkrustowany (choć nigdy w nadmiarze) farsowymi gagami, okraszany aktorskimi improwizacjami. Okazała też Riemizowa niezwykłą intuicję w doborze wykonawców – kiedy objęcia głównej roli Majora odmówili (wiek, zdrowie) ówcześni protagoniści zespołu, powierzyła ją bardzo utalentowanemu, ale wtedy zaledwie trzydziestodwuletniemu Jurijowi Jakowlewowi (1928-2013), który znalazł do niej klucz tak znakomity, że wnet przekonał (a tacy byli) kolegów-niedowiarków, a partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę sławnego Arkadija Rajkina, urzekł do tego stopnia, że została, choć nie na długo, jego małżonką. W pozostałych rolach od aktorskich znakomitości też aż błyszczało. Leon Kruczkowski mówił wtedy naszej „Trybunie Ludu”: „Przedstawienie bardzo zabawne i lekkie miało prawie wodewilowy charakter (z muzyką i piosenkami). Niektórzy sądzą, że teatr poszedł w tym kierunku zbyt daleko, niemniej przedstawienie podobało się zdecydowanie premierowej publiczności.” Po latach Jurij Jakowlew tak wspominał owe polsko-rosyjskie debaty wokół kształtu premiery: „Polscy ludzie teatru, doskonale świadomi tego, że sztuka Fredry gatunkowo stanowi „czystą farsę”, kwestionowali naszą koncepcję wystawienia jej w formie wodewilu, dopuszczającego i sympatię ku jego bohaterom, i ciepło, i bogaty rysunek charakterologiczny, i dobroduszny uśmiech, i niemałą szczyptę czułości. A my i nasza publiczność przekonaliśmy surowych znawców. Udobruchali się!”
Z premierowej obsady do końca eksploatacji spektaklu dotrwał w swej roli tylko Jakowlew, w połowie lat osiemdziesiątych XX stulecia wreszcie osiągając wiek (czyli lat pięćdziesiąt sześć) kreowanej przez siebie postaci. Z tejże premierowej obsady po dziś dzień(!) występują w Teatrze świetne Nina Niechłopoczenko (ówczesna Józia) i Agnessa Peterson (Fruzia). Poszczególne role z czasem były obejmowane i przez inne przyszłe gwiazdy rosyjskiej sceny i filmu, jak na przykład Siergieja Makowieckiego (Grzegorz i Rembo). W 2002 roku w monografii o Riemizowej rozdziałom o współpracujących z reżyserką w ciągu całej jej kariery aktorkach i aktorach nadano tytuły „Damy” i „Huzary”.


Rosyjska intrada „Dam i huzarów” dokonała się oczywiście znacznie wcześniej, jeszcze za życia autora – u schyłku roku 1847, i to na najważniejszej podówczas scenie państwa, czyli w cesarskim Teatrze Aleksandryjskim w Petersburgu; tłumaczenia i adaptacji czy też przeróbki tekstu Fredry dokonali dwaj znani literaci – Nikołaj Lindfors i Nikołaj Kulikow (ten ostatni dwadzieścia lat później zasłuży się też dla polskiej kultury przekładem libretta Wolskiego do „Halki”), a Majora zagrał sławny komik, niegdyś pierwszy Horodniczy w „Rewizorze” Gogola, Iwan Sosnicki, zaś Panią Orgonową (tu nazwaną Ariną Kononowną) – jego małżonka i stała sceniczna partnerka Jelena Sosnicka. Ale prawdziwa kariera „Dam…” w Rosji rozpoczęła się dopiero ponad wiek później, właśnie od wzorotwórczego spektaklu Teatru im. Wachtangowa; stały się tu też one – podobnie jak w wielu innych krajach – ze sztuk Fredry zdecydowanie najpopularniejszą. Rzecz ułatwiło wtedy to, że wkrótce po II wojnie światowej powstały dwa nowe dobre przekłady utworu (w tym najczęściej bodaj grywany Poliny Argo), jak i to, że w latach 1965, 1969 i 1976 odbyły się w Związku Radzieckim trzy wielkie festiwale dramaturgii polskiej (notabene aż trzech podobnych imprez nie doczekał się w ZSRR oprócz Polski żaden inny kraj). W samych tylko latach sześćdziesiątych XX wieku mieliśmy w Rosji do czynienia z premierami „Dam…” kolejno w Saratowie, Niżnim Nowogrodzie (wtedy Gorkim), Tambowie, Kazaniu, Syktywkarze, Iżewsku, Magnitogorsku, Tiumeni, Uljanowsku, Pskowie, Władywostoku, Machaczkale, Czycie, Błagowieszczeńsku, Złatouście, Ussuryjsku, Orenburgu, Kostromie, Prokopjewsku i Biełgorodzie. W latach 1961-1970 miało miejsce w Związku Radzieckim 2897 przedstawień sztuki – grano ją więc literalnie niemal codziennie. Powodzenie napisanej dla stołecznych „Dam…” świetnej muzyki moskiewskiego kompozytora Lwa Solina (1923-2008) sprawiło, że zwrócono się doń (skądinąd aż z Bułgarii) z propozycją dopisania nowych numerów i stworzenia na kanwie tekstu Fredry komedii muzycznej czy też operetki – i, o czym Solin mi w swoim czasie szczegółowo opowiadał, takowa powstała, wystawiona w Rosji najpierw w 1966 roku w Jekatierinburgu (podówczas Swierdłowsku), potem w Irkucku, Krasnojarsku, Omsku, Barnaule i szeregu innych ośrodków. Z kolei w 2000 roku w Petersburgu w znanym Teatrze Komedii im. Akimowa nadano „Damom…” formę „komedii w stylu musicalu” (autorem muzyki był Igor Rogalow, reżyserował Aleksander Pietrow).
Po pewnym spowolnieniu, do jakiego doszło w końcu XX wieku, strumień teatralnych realizacji „Dam i huzarów” nabrał znowu w Rosji wartkości w ostatnich dwóch dekadach. Wśród placówek najbardziej znanych ostatnio sięgnął po nie Centralny Teatr Armii Rosyjskiej w Moskwie; w 2016 roku w Małej Sali Teatru „Damy…” wystawił przyznający się do polskich korzeni Walentin Wariecki, także nadając swej inscenizacji formę wodewilu (z muzyką Łarisy Kazakowej) i angażując do spektaklu czołowych artystów trupy, w tym Aleksandra Dika jako Majora i Nikołaja Łazariewa jako Rotmistrza; skądinąd dla Warieckiego była to już druga realizacja komedii, po tej, którą ćwierć wieku wcześniej przedstawił w podmoskiewskim Noginsku. Spektakl w Teatrze Armii został pokazany 42 razy, gromadząc łącznie blisko 6 tys. widzów; ostatnie przedstawienie miało miejsce na miesiąc przed ogłoszeniem pandemii. Wciąż też sięgały po „Damy…” rosyjskie teatry amatorskie (sic!) – w ubiegłym roku głośno było o spektaklu teatru „Talizman”, działającego przy Obwodowym Centrum Rehabilitacji Niedowidzących w uralskim Czelabińsku…

103 Rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej

Aktualnie w Polsce kategoria rewolucja socjalistyczna a szczególnie Rewolucja Październikowa jest przemilczana lub przekręca się jej znaczenie w podręcznikach a nawet w licznych pracach naukowych („przewrót bolszewicki”, „ruchawka” itd.). Doszło do tego, że faktycznie pojęcie to jest prawnie zakazane, a można go używać, jeśli o Rewolucji Październikowej czy innych podobnych wydarzeniach mówi się (pisze) jako o zbrodniczych. Do granic absurdu sięga interpretacja kategorii „rewolucja socjalistyczna” przeprowadzona przez Sąd Okręgowy-Apelacyjny w Katowicach, który niedawno ponownie skazał trzech liderów Komunistycznej Partii Polski za „propagowanie systemu komunistycznego”, m.in. za posługiwanie się na łamach „Brzasku” (miesięcznik KPP) i „Compol” (Internet) tą kategorią, co miało wyczerpywać wraz z innymi znamiona przestępstwa opisanego
w art. 256/1 kodeksu karnego jako „propagowanie systemu komunistycznego”.

A przecież słowo „rewolucja” znane już było w starożytnym Rzymie („revolutio”) oznaczało i nadal oznacza „nagłe przejście z jednego stadium rozwojowego w drugie; zasadnicza zmiana w jakiejś dziedzinie (np. rewolucja kulturalna, przemysłowa)”. (Słownik wyrazów obcych PWN, Warszawa 1971, s. 649). Mikołaj Kopernik napisał słynne „rewolucyjne” dzieło pt. „De revolutionibus orbium coelestium” – O obrotach ciał niebieskich., które było w XVI w. „kopernikańskim przewrotem” w astronomii. Obecnie słowo to jest powszechnie używane na oznaczenie gwałtownych zmian w rozwoju sił wytwórczych, komunikacji, Internecie, elektronice itd. W związku z tym oczywiste jest, że znalazło ono zastosowanie na oznaczenie szybkich zmian gospodarczych, politycznych, kulturowych jako rewolucje społeczno – polityczne, np. Chwalebna Rewolucja w Anglii w XVII w., Wielka Burżuazyjna Rewolucja we Francji w 1789 r. czy Rewolucja Październikowa w Rosji w 1917 r.
W dziejach ludzkości wielkie wydarzenia historyczne mają przełomowe znaczenie. Do nich należą rewolucje, czyli gwałtowne przewroty w życiu społeczeństwa i państwa. Są to najwyższe formy walki klas, przejawiające się w obaleniu przeżytego systemu społecznego i wprowadzeniu nowego bardziej postępowego ustroju. Znaczenie Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej 1917 r. (według starego kalendarza, według nowego 7.listopada) polegało na tym , że proletariat rosyjski w sojuszu z masami biednego chłopstwa i zrewoltowanymi żołnierzami doprowadził do obalenia w Rosji władzy burżuazji i obszarników, kapitalizmu i ustanowienia ustroju socjalistycznego – państwa dyktatury proletariatu.
W 1917 r. w Rosji ogarniętej przegrywaną wojną, chaosem gospodarczym i całkowitą kompromitacją caratu rewolucja wisiała na włosku. W lutym 1917 r. zbuntowane masy niezadowolonych obaliły władzę caratu, co politycznie wykorzystała rosyjska burżuazja dla przejęcia władzy, która osadziła na czele nowego rządu księcia Lwowa a później Kierenskiego. Obaj byli bez żadnego autorytetu i stali się pionkami zagranicznej finansjery, wymuszając na Rosji kontynuację znienawidzonej przez masy wojny. Wykorzystali to Bolszewicy na czele z Leninem, którzy od lat tworzyli alternatywne organy władzy w postaci rad robotniczych, chłopskich i żołnierskich. Ich główne hasła: koniec z wojną, ziemia dla chłopów, fabryki dla robotników, precz z wszelkim uciskiem społecznym i narodowym spotkały się z masowym poparciem i przyniosły zwycięstwo Rewolucji Październikowej.
Dziś niektórzy autorzy pomniejszają znaczenie tej Rewolucji, podkreślając, że władza właściwie leżała na ulicy, że nie było prawie żadnego oporu ze strony rządu Kierenskiego, że jesienią właściwie każdy mógł zdobyć władzę w Rosji i określić się „wielkim rewolucjonistą”. O wielkości rewolucji nie świadczy tylko ilość przelanej krwi i walki na ulicach. W pewnej sytuacji nazywanej przez Lenina rewolucyjnej masy nie chcą żyć po staremu a stara władza nie może rządzić po nowemu. Wtedy pojawia się miejsce dla nowej siły społecznej, która choć liczebnie nie jest bardzo silna, uzyskuje autorytet dzięki posiadanemu alternatywnemu programowi społecznemu, który przyciąga masy. Taki program mieli Bolszewicy i w tym tkwiła tajemnica ich siły i poparcia ze strony robotników, chłopów i zrewoltowanych żołnierzy. Przypomnijmy, ze wielkość Wielkiej Rewolucji Burżuazyjnej we Francji w lipcu 1789 r. polegała nie tyle na zburzeniu Bastylii, która była symbolem ucisku feudalnego, a stała się symbolem rewolucji, ale, że wyniosła ona do władzy nową klasę – burżuazję, która w trakcie wieloletnich zmagań klasowych rozprawiła się ostatecznie z pozostałościami feudalizmu i ustanowiła władzę burżuazji.
W Rosji wielkość Rewolucji Październikowej nie była mierzona tylko ostrością walk o Pałac Zimowy w Piotrogrodzie czy na ulicach Moskwy, o jej wielkości zadecydowały klasowe zmiany, które wyrażały się w likwidacji państwa burżuazyjno-obszarniczego i ustanowieniu władzy rad. Rewolucja Październikowa była praktycznym potwierdzeniem teoretycznych ustaleń Marksa i Engelsa i międzynarodowej walki rewolucyjnego ruchu robotniczego w XIX i na początku XX wieku o możliwości i konieczności obalenia kapitalizmu i zastąpienia go przez historycznie bardziej postępowy ustrój społeczno-ekonomiczny – socjalizm. Była to pierwsza zwycięska rewolucja socjalistyczna (po Komunie Paryskiej – 1871), przygotowana i kierowana przez lewicowo-rewolucyjną część Rosyjskiej Socjaldemokracji – Bolszewików, na czele z Leninem, która obaliła państwo dyktatury burżuazyjnej i ustanowiła władzę ludu pracującego – państwo dyktatury proletariatu w formie rad robotniczych, chłopskich i żołnierskich.
Obecnie doświadczamy czasowego upadku socjalizmu na obszarach d. ZSRR i Europy, w tym także Polski. Nie jest to nic nowego w rozwoju dziejowym, który nie posuwa się ruchem jednostajnie przyspieszonym. Regulują go prawa dialektyki, a więc sprzeczności, cofanie się, podciąganie tyłów, walka i jedność przeciwieństw, przechodzenie zmian ilościowych w jakościowe. Przypomnijmy, że konfrontacja ustrojowa między kapitalizmem a feudalizmem trwała co najmniej 500 lat, zanim zmiany ogarnęły cały świat. Kontrrewolucja i czasowo zwycięski obecnie kapitalizm w tej części świata stoją w obliczu nowych rewolucji, gdyż nie rozwiązały żadnego wielkiego problemu społecznego, przywróciły natomiast cykliczne kryzysy, z którymi kapitalizm nie może się uporać a ich koszty przerzuca na barki świata pracy i rozpętuje nowe wojny. Katastrofalna sytuacja społeczno-ekonomiczna pogłębia się w USA i państwach Unii Europejskiej w wyniku pandemii Coraona-wirus, gdzie kryzys dojrzewa w jakościowo nowej postaci. Tu tkwią zarodki przyszłej nowej rewolucji proletariackiej, która w obecnej epoce może wybuchnąć w każdym zakątku globu ziemskiego, nie tylko w wysoko rozwiniętych państwach kapitalistycznych.
ZSRR jako państwo dyktatury proletariatu
W wyniku rewolucji proletariat rosyjski rozpoczął budowę podstaw socjalizmu w Rosji, a od 1922 r. w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który rozwijał się, umacniał i trwał do 1991 r. W tym czasie lud pracujący ZSRR stał się suwerenem, główną formą demokracji były rady jego delegatów, nastąpiła odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, wprowadzono, gospodarkę planową i przyspieszoną industrializację, w dalszej kolejności uspołecznienie rolnictwa, które zmieniały na korzyść gospodarkę kraju. Powstała nowa socjalistyczna kultura, w której człowiek pracy, jego potrzeby i marzenia stały w centrum zainteresowań twórców kultury. W ZSRR prawidłowo rozwiązywano kwestię narodową w obliczu istnienia ponad 100 narodów, narodowości i mniejszych grup etnicznych, budując ją na fundamencie internacjonalizmu proletariackiego, patriotyzmu radzieckiego, prawa do samostanowienia i równorzędności narodów wielkich i małych. Nie oznaczało to zakończenia walki klasowej, rewolucja była jej nowym etapem, burżuazyjna kontrrewolucja wspomagana była nieustannie przez zagraniczne siły kapitalistyczne i imperialistyczne.
Wielkim wyzwaniem wobec młodego państwa socjalistycznego było zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego. Jeszcze w okresie walki ze zbrojną kontrrewolucją na teren państwa radzieckiego wtargnęły oddziały wojskowe 14 państw imperialistycznych , wspierające rodzimą kontrrewolucję. Od lat 30-tych XX.w. głównym zagrożeniem nie tylko dla ZSRR ale dla pokoju w Europie stały się faszystowskie Niemcy a w Azji militarystyczno-imperialna Japonia. 1 września 1939 r. Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę, następnie zajęły prawie całą Europę, w czerwcu 1941 r. napadły na Związek Radziecki i po czasowym zaskoczeniu i cofaniu się Armia Czerwona przystąpiła do kontrofensywy i rozpoczęła wyzwoleńczy marsz na Zachód zakończony całkowitym rozbiciem faszystowskich Niemiec, zdobyciem Berlina i spotkaniem sojuszniczych armii USA i Anglii na Łabie. Ważny był udział w tych historycznych zmaganiach polskich armii na Wschodzie i na Zachodzie.
Wojna z niemieckim faszyzmem była sprawiedliwa, przyniosła ona wyzwolenie nie tylko zajętych ziem radzieckich, ale także wyzwolenie licznych narodów Europy środkowo-wschodniej. W okresie 2. wojny światowej ZSRR był głównym obrońcą ludzkości przed niemieckim faszyzmem, co m.in. znalazło wyraz w tym, że 60-70% wysiłku zbrojnego 3. Rzeszy w czasie wojny skierowane było na Front wschodni. W 1945 r. bohaterski naród radziecki za cenę wielkich ofiar ludzkich i materialnych odniósł historyczne zwycięstwo nad faszystowskimi Niemcami i japońskimi militarystami.
W wyniku 2. wojny świat zmienił na korzyść oblicze ideowo-polityczne. Całkowicie skompromitował się faszyzm jako ideologia najbardziej reakcyjnych kół światowej burżuazji. Moralnymi i politycznymi zwycięzcami stali się komuniści, socjaliści, do głosu na masową skalę dochodziły organizacje i partie robotnicze, nawiązujące do dorobku Rewolucji Październikowej. Do grona przyjaciół ZSRR i socjalizmu zaliczały się także burżuazyjne ruchy wolnościowo-demokratyczne i masowe związki zawodowe i ruchy pacyfistyczne. Wielkim autorytetem na arenie międzynarodowej stał się Związek Radziecki, Komunistyczna Partia Bolszewików i jej przywódca Józef Stalin (uncle Joe).
W Europie zachodniej, np. we Francji, Włoszech komuniści stali się siłą współrządzącą krajem. W Europie środkowo-wschodniej i w Azji, przede wszystkim w Chinach, zwyciężały liczne siły antyimperialistyczne, antykolonialne, demokratyczne, narodowo-wyzwoleńcze, często rewolucje o charakterze antykapitalistycznym, które przekształcały się w rewolucje socjalistyczne. Twórczym przykładem i drogowskazem był Czerwony Sztandar Rewolucji Październikowej. Powstała wielka wspólnota państw socjalistycznych, obejmująca 1/3 ludzkości. Były to wielkie historyczne zwycięstwa idei i dzieła Października. potwierdzające, że rewolucja zapoczątkowana przez Bolszewików nie była tylko ograniczona do Rosji, ale miała wymiar międzynarodowy, światowy, uniwersalny. Jej główną słabością jednak było, że nie zwyciężyła w skali światowej (jak prognozował Lenin) ani nawet w głównych „cytadelach kapitalizmu” – w jego najbardziej rozwiniętych i imperialistycznych państwach, co miało później wpływ na osłabienie sił rewolucji i socjalizmu, w szczególności pod koniec XX wieku.
Krótko o sprzecznościach międzynarodowych
W latach 50-60-tych XX.w. realny socjalizm miał duże szanse pchnąć dzieło rewolucji na inne obszary świata i istotnie zmienić politycznie i ustrojowo oblicze globu ziemskiego. Kapitalizm znajdował się w głębokim strukturalnym kryzysie. Wspólnota państw socjalistycznych na czele ze Związkiem Radzieckim i Ludowymi Chinami miały olbrzymi wpływ na osłabienie i rozpad systemu kolonialnego i powstanie licznych nowych państw postkolonialnych, z których znaczna część obrała tzw. niekapitalistyczną drogę rozwoju. W końcu lat 50-tych rewolucja socjalistyczna zwyciężyła na kontynencie amerykańskim na Kubie. Ich potencjał gospodarczy i wojskowy stały się gwarantem pokojowego współistnienia w relacjach międzynarodowych i ustrzeżenia świata przed niebezpieczeństwem wybuchu nowej wojny światowej, w obliczu możliwości użycia broni atomowej. Było to wielkie zwycięstwo postępowej ludzkości, które tworzyło szanse na dalszy rozwój.
Niestety te szanse w dalszych latach zostały zmarnowane głównie za sprawą przezwyciężenia kryzysu w krajach kapitalistycznych i rozwoju nowych sił wytwórczych (rewolucja naukowo-techniczna), a także wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym, szczególnie zerwania współpracy między ZSRR a ChRL, co w latach 80–90-tych za sprawą erozji ideowo-poitycznej partii komunistycznych, w szczególności ich grup kierowniczych, doprowadziło do ich upadku i rozpadu realnego socjalizmu w ZSRR i Europie. Była to wielka gorzka porażka ruchu robotniczego w ZSRR i Europie i współczesna klasa robotnicza i wszyscy ludzie pracy muszą wyciągnąć z tej klasowej klęski właściwe wnioski i odbudować rewolucyjne partie komunistyczne i proletariackie, nawiązujące programowo i historycznie do dziedzictwa Rewolucji Październikowej i „realnego socjalizmu” i wyrażających klasowe wyzwania uciskanych mas w warunkach obecnego globalnego kapitalizmu i imperializmu. Nie oznacza to kopiowania instytucji i form byłych socjalistycznych państw, inne bowiem są warunki społeczno-gospodarcze, inne wymagania polityczne i zagrożenia.
Obecnie wielką nadzieją i oporą postępu są pozostałe państwa socjalistyczne, Kuba, Wietnam, KRLD a przede wszystkim Chiny, których imperializm nie był w stanie zniszczyć, głównie dlatego, że rządzące tam partie komunistyczne zawczasu przewidziały i przezwyciężyły grożące im niebezpieczeństwa. Szczególnie ważna jest rola ChRL ze względu na wielkość państwa i narodu, rosnącą gospodarkę, która aspiruje do pierwszej w świecie, ale głównie za sprawą wdrożenia koncepcji socjalistycznej gospodarki rynkowej, która po ponad 40-tu latach przyniosła rewelacyjne rezultaty. Teoretycznie KPCh nawiązała do praktyki NEP-u w ZSRR w latach dwudziestych XX. wieku, ale na gigantyczną skalę i w długotrwałym okresie, co niektórzy marksiści zachodni zrozumieli jako faktyczne odstąpienie od socjalizmu i przejście do kapitalizmu państwowego.
Przypomnijmy, że NEP ze zrozumieniem był wdrażany przez Lenina a później Stalina do 1928 r., później ZSRR na skutek uwarunkowań wewnętrznych i międzynarodowych musiał odstąpić od NEPu i przejść do scentralizowanej gospodarki planowej. W Chinach są zupełnie inne uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, które umożliwiają im, mówiąc obrazowo, dalsze oszukiwanie kapitalistów i osłabianie ich własną bronią. O tym, że tak jest świadczy ich dotychczasowa strategia, Chiny rozwijają się w szybkim tempie i każdy Chińczyk jest beneficjentem tego rozwoju (choć w nierównym stopniu). A jak będzie dalej, pokażą najbliższe lata. Czas ten można nazwać okresem przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, który w Chinach ma trwać nawet 100 lat (od 1949 do 2049 r.). Okres ten jest czasem ostrej walki klasowej między zwycięskim politycznie proletariatem a silną nadal wewnętrznie i zewnętrznie burżuazją. Oznacza to, że zagrożenia kontrrewolucyjne w ChRL są realne i KPCh musi je skutecznie i zwycięsko odpierać. Jednocześnie trzeba pamiętać, że we współczesnym świecie powstały zagrożenia niebezpieczne dla całej ludzkości, np. efekt cieplarniany, ekologia, zmiany klimatu, ochrona zasobów naturalnych ziemi, kosmosu, wymagające zgodnej współpracy całej ludzkości, szczególnie wielkich mocarstw.
W Chinach otwarcie na kapitały prywatne własne i zagraniczne zdynamizowało rozwój, ale jednocześnie odrodziło liczne stare i nowe sprzeczności, także klasowe. Powstała mieszana gospodarka, nazywana „kapitalizmem państwowym”, ale realizowana za przyzwoleniem i pod kierownictwem Komunistycznej Partii Chin. Towarzysze chińscy twórczo rozwijają marksizm, dostosowują go do swych narodowych warunków i chińskiej cywilizacji, idą własną drogą, która nie zawsze ze zrozumieniem przyjmowana jest przez zachodnich komunistów, np. wykorzystanie humanistycznych wartości konfucjanizmu. Uważają oni, że u nich okres przejściowy od kapitalizmu do socjalizmu może trwać nawet 100 lat a obecnie dążą do zbudowania umiarkowanej pomyślności społeczeństwa. Np. w ramach obecnej 5-latki likwidują pozostałości ponad 70 milionowej nędzy. Dopiero w poł. XXI. w. poziom gospodarczy per capita będzie zbliżony do poziomu najwyżej rozwiniętych krajów kapitalistycznych, tak w każdym razie prezentują się chińskie długoletnie plany rozwojowe. Rozwój ten ma charakter sprzecznościowy. Nie wykluczone, że Chiny staną prze nową falą rewolucji, która zniesie narastające obecnie nierówności klasowe i społeczne.
Kwestie te były rozważane podczas obrad ostatniego XIX. Kongresu KPCh w Pekinie (październik 2017). Potwierdził je Xi Jinping we wrześniu 2019 r. podczas uroczystości 70-lecia ChRL.Tak czy inaczej Chińczycy nawet przy pewnej odrębności kontynuują drogę Rewolucji Październikowej, czym się szczycą, a ich osiągnięcia są bacznie studiowane głównie przez narody słabiej rozwinięte. Chiny obecnie za sprawą otwierania nowych szlaków jedwabnych przeznaczają ok. 8 bln dol. (w tym na kierunku Europy środkowo-wschodniej 1 bln dol). Stały się wielkim graczem na arenie światowej, są ostoją pokoju i rzecznikiem postępu w skali światowej, za ich sprawą socjalizm może odrodzić się jako realna alternatywa wobec imperialistycznego, pasożytniczego, barbarzyńskiego i globalnego kapitalizmu.
Rewolucja Październikowa a Polska
W okresie 1. wojny światowej na terenie Rosji znalazło się ok. 1 mln ewakuowanych w głąb Rosji Polaków (nie licząc 3 do 4 mln wcześniejszej emigracji), z których ponad 100 tys. wzięło aktywny udział w Rewolucji Październikowej , a niektórzy jak Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Stanisław Kosior, Konstanty Rokossowski, Karol Świerczewski stali się czołowymi przywódcami i generałami Rewolucji i kierownikami socjalistycznego państwa.
Inni owiani ideałami rewolucyjnymi powrócili do odrodzonej Polski i stali się organizatorami i bojownikami rewolucji socjalistycznej w Polsce. Bliskie im były ideały i cele społeczno-ekonomiczne Kraju Rad, gdzie robotnik, chłop i żołnierz (ale nie szlachecko-reakcyjny oficer) stali się gospodarzami kraju. Na czele tego ruchu stanęła Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, powstała w grudniu 1918 r. ze zjednoczenia SDKPiL i PPS-Lewicy, która przystąpiła do zakładania rad robotniczych, chłopskich i żołnierskich jako alternatywnych organów władzy wobec odradzającego się burżuazyjno-obszarniczego państwa polskiego. W latach 1918-1920 powstało około 100 do 200 takich rad, głównie w ośrodkach przemysłowo-proletariackich, ale także np. w powiecie tarnobrzeskim powstała tzw. Republika Tarnobrzeska, kierowana przez zrewoltowane masy proletariatu wiejskiego, na czele którego stał m.in. późniejszy czołowy działacz komunistyczny Tadeusz Dąbal.
Siły polskiego proletariatu w tym czasie okazały się niewystarczające wobec sił reakcji, która pod wodzą Józefa Piłsudskiego, wspomaganego przez imperialistów Zachodu, wykorzystując nastroje nacjonalistyczno-patriotyczne polskiego ludu, w czym niemałą rolę odegrał Kościół katolicki, zdławiły polski ruch rewolucyjny tego okresu. Komunistyczna Partia Polski musiała przejść do podziemia, ale cieszyła się do rozwiązania w 1938 r. rosnącym poparciem robotników i innych ludzi pracy, potrafiła nawet mimo terroru sanacji za sprawą bezpartyjnego komitetu wyborczego „Proletariat Miast i Wsi” wprowadzić do sejmu liczną frakcję posłów komunistycznych.
Historyczne znaczenie KPP polegało m.in. na przyswojeniu i upowszechnieniu polskiej klasie robotniczej wielkich zdobyczy Rewolucji Październikowej w Rosji, rozwijającego się dorobku marksizmu-leninizmu, a przede wszystkim wiedzy o wielkich osiągnięciach i budowie socjalizmu w Związku Radzieckim. KPP organizowała robotników do walki o poprawę warunków pracy i życia, dążyła do stworzenia jednolitego frontu sił antyfaszystowskich i demokratycznych w walce z sanacją. Komuniści polscy kierując się ideałami internacjonalizmu proletariackiego brali aktywny udział w pomocy i obronie Republikańskiej Hiszpanii w latach 1936-1938, w szczególności Brygada Dąbrowszczaków i dowódca generał Karol Świerczewski-Walter.

1. września 1939 r. hitlerowskie Niemcy napadły zdradziecko na Polskę, był to koniec zgubnej polityki sanacyjnej kliki, koniec burżuazyjnego, ale jednak polskiego państwa, które w polityce międzynarodowej szukało oparcia w mocarstwach Zachodu. W godzinie historycznej próby polityka ta zakończyła się dramatycznym fiaskiem i barbarzyńską okupacją Polski. W styczniu 1942 r. na terenie Generalnego Gubernatorstwa powstała nowa partia komunistyczna Polska Partia Robotnicza, która wezwała naród do walki z okupantem i organizowała klasę robotniczą do walki o demokratyczną, ludową i socjalistyczną Polskę.
W jej wyniku w lipcu 1944 r. na ziemiach wyzwolonych przez Armię Radziecką i Ludowe Wojsko Polskie na wschodnich terenach Polski powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który w swym Manifeście z 22. lipca 1944 r. zapowiedział powstanie Polski Ludowej, co stanowiło urzeczywistnienie wielkich ideałów Rewolucji Październikowej w polskich warunkach narodowych. Było to także wyrazem nowych warunków historycznych, powstania krajów demokracji ludowej jako nowej formy państwowości socjalistycznej (dyktatury proletariatu). W ciągu 45 lat PRL władza ludowa pomyślnie, lecz nie bez trudności i przezwyciężając wielkie sprzeczności, a nawet błędy, demokratyzowała kraj, wprowadzała go na tory postępu społecznego, budowała podstawy ustroju socjalistycznego, w którym robotnik, chłop i inteligent pracujący jako lud pracujący miast i wsi byli suwerenem. Było to wielkie epokowe zwycięstwo polskiego ludu pracującego, które w późniejszych latach zostało niestety zmarnowane z powodów, o których pisano wcześniej.
Rewolucja ludowo-demokratyczna i socjalistyczna w Polsce Ludowej była kontynuacją uniwersalnych ideałów Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, ale miała także cechy specyficzne, uwarunkowane wejście świata w nową epokę historyczną, narodowym rozwojem i odrębnością. Obecnie mimo czasowego jej upadku i zakłamywania jej historycznych osiągnięć, jej zdobycze są ideowo-politycznym drogowskazem dla nowego pokolenia rewolucjonistów. Bez nowej socjalistycznej rewolucji nie będzie postępu społecznego. Dlatego też za wielkim polskim poetą powtórzmy: „Rewolucja – parowóz dziejów – chwała jej maszynistom!”