Nadchodzi światowa rewolucja

– Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian – mówi Boris Kagarlicki, rosyjski lewicowy filozof i publicysta w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim i Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Na konferencji poświęconej obrazom przeszłości i ich rzutowaniu na teraźniejszość i przyszłość powiedział Pan wczoraj, że wszystkie zamierzenia i budowanie planów jest nic nie warte. Jeżeli tak, to po co o przyszłości w ogóle rozmawiać?

Niezupełnie o to mi chodziło. Mówiłem o tym, że nie ma sensu planować przyszłości opierając się na zasadach, którymi rządzą się dzisiejsze procesy, jednocześnie nie stawiając przed sobą zadania radykalnej zmiany obecnego stanu rzeczy. Jeśli nie podejmiemy się tego zadania, to w najlepszym wypadku przyszłość będzie przypominała teraźniejszość…

Nad czym więc musimy się zastanawiać?

Problem polega na tym, jak obecny system zmienić. I tutaj w moim odczuciu lewica ciągle zawodzi. Tak wielu jej działaczy powtarza: „nie ma odpowiedniej partii, nie ma Związku Radzieckiego, nie ma tamtej klasy robotniczej”. Mówiąc tak, tracimy z pola widzenia drugą okoliczność: obiektywne warunki do walki o politykę socjalistyczną są teraz o wiele lepsze niż w XIX i XX wieku.

Dlaczego? Jakie czynniki temu sprzyjają?

Od technologii informatycznych zaczynając, a kończąc ma poziomie światowej produkcji. Na przykład nigdy jeszcze w historii planety nie było tak, że ludzie pracy najemnej stanowią absolutną większość w skali światowej.

Paradoks współczesnego świata polega na tym, że jest on o wiele bardziej jednorodny niż za czasów Marksa. Sprzeczności takich, jak w XIX w., już nie ma. Są przeciwieństwa między Centrum a Peryferiami, ale ludzi pracy najemnej jest o wiele więcej w krajach Peryferii niż kiedykolwiek. Mówiąc inaczej, poziom proletaryzacji tak naprawdę jest ogromny i bezprecedensowy. Tylko to już jest inny proletariat niż za czasów Marksa.

Jest rozproszony.

Tak, jest go dużo, ale nie tych miejscach, gdzie byśmy chcieli. To nasz problem, a nie proletariatu, oczywiście. Kolejną sprawą jest poziom rozwoju technologii informatycznych. Pojawiła się dużo większa ilość czasu wolnego niż za czasów Marksa, Lenina i Engelsa. Burżuazyjna odpowiedź na tę sytuację jest taka: zostawiamy stosunki produkcji bez zmian, tylko zwiększymy ilość wolnego czasu. Albo wprowadzimy minimalny dochód gwarantowany, który ja uważam za całkowicie reakcyjny pomysł, bo gwarantuje on utrzymanie burżuazyjnych stosunków produkcji i społecznych. A przecież w istocie spór dotyczy czego innego: więcej wolnego czasu daje ludziom możliwość współuczestniczenia w zarządzaniu społeczeństwem. Czas wolny nie powinien być restrykcyjnie oddzielony od czasu pracy. Praca, zarządzanie i odpoczynek mogą był połączone w jeden proces dzięki technologii. Komputer może być narzędziem pracy, zarządzania i odpoczynku.

Proletariat, dzięki technologii pracuje w warunkach rozrzuconej (rozsianej) manufaktury. Freelancerzy to klasyczny przykład proletariuszy, tylko pracują jak kiedyś tkacze we Flandrii, przy swoim warsztacie w domu. Tyle, że tym warsztatem jest komputer. Ale relacje są takie same.

I teraz różnica: wszystkie te komputery mogą połączyć się w sieć. Inaczej niż kiedyś we Flandrii, gdzie robotnicy nie mogli zostać połączeni inaczej jak przez kapitalistę, który od nich odbierał towar, płacił i był komunikatorem łączącym cały system w jedną całość. Teraz pracownicy mogą się świetnie bez tego kapitalisty obejść.

Co z tego wynika?

Mamy obiektywne możliwości samoorganizacji i samozarządzania pracowników oraz stworzenia demokratycznych programów rozwoju w dużo większym stopniu niż kiedykolwiek w historii. A kryzys kapitalizmu w jego neoliberalnej formie doszedł do granic wytrzymałości. Oznacza to, że z jednej strony jest obiektywna możliwość, a z drugiej konieczność radykalnych zmian.
Coś jednak stoi im na przeszkodzie, skoro te zmiany nie zachodzą.

Czynnik subiektywny, czyli poziom rozwoju idei lewicowej i świadomość samych pracowników. Problemem naszej świadomości jest to, że tworzymy koncepcje przebudowy społecznej i rewolucji opierając się na doświadczeniach rewolucji rosyjskiej z 1917 r. Niejako instynktownie zakładamy, że to podstawowy model dla wszystkich rewolucji w ogóle. A to przecież nie tak: chińska rewolucja ma inne doświadczenia, inne ma kubańska, inne Wielka Rewolucja Francuska, nawet rosyjska 1905 roku, która dla dzisiejszych lewicowców może być szczególnie wartościowym punktem odniesienia.

Co może wyniknąć z analizowania tak odległych historycznie doświadczeń?

Pierwszy, ważny dla współczesnej lewicy wniosek jest taki: nie trzeba czekać, aż powstanie lewicowa partia i dopiero potem przygotowywać się do rewolucji. Tak naprawdę to proces rewolucyjny formuje partię rewolucyjną. Owszem, organizacja pracująca nad sformowaniem projektu przyszłej struktury społecznej jest bez wątpienia ważna i niezbędna dla ostatecznego zwycięstwa rewolucji, ale ma to znaczenie dopiero na etapie końcowym. Społeczeństwo musi przejść przez fazę buntu, żywiołowego burzenia, powstania i spontanicznej samoorganizacji. W Rosji też tak było, 1917 rok byłby niemożliwy bez 1905. Dzisiaj znajdujemy się na etapie globalnej rewolucji 1905 roku, w przededniu, jakoś w 1903 roku. Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian. Globalne powstanie jest nieuniknione i lewica powinna się w nie włączyć.

No dobrze, a w jaki sposób?

Znajdujemy się w epoce, w której podstawową formą politycznej ekspresji jest populizm. A co to jest populizm w ujęciu marksowskim? To działalność, która nie ma jednorodnej bazy klasowej. Populista podoba się wszystkim. I dobrze, ale to nie znaczy, że to jest skuteczne. Populizm może być równie dobrze lewicowy, jak i prawicowy. Dlatego też lewica, jeśli nie bierze udziału w dzisiejszych protestach na całym świecie popełnia fundamentalny błąd. Puszcza prawicę w lukę, którą czeka na zapełnienie. I faszyści to robią. Ostrożność lewicy jest niesłuszna. Niepotrzebnie aktywiści rezygnują z udziału w protestach, twierdząc, że są za mało klasowe, albo odwrotnie, że tam za mało tam walczą o prawa LGBT. Taki błąd zrobiła Die Linke nie rozumiejąc, że protesty nie tylko były antyliberalne ale w istocie antykapitalistyczne.

Nie może lewica marszczyć noska, że jeżeli protestujący nie czytali Foucaulta, czy też nie chcą rozmawiać o toaletach dla osób transseksualnych, to my z nimi nie będziemy rozmawiali o ich problemach. W Polsce jest, jak się zdaje, podobnie.

To prawda.

Myślenie, że jak ktoś jest niewykształcony i nie posługuje się pojęciami, których lewica od niego oczekuje, to jest faszystą, jest błędne. To nieprawda, on faszystą jeszcze nie jest. Ale będzie, jeśli lewica go faszystom odda. Oni się nie brzydzą niewykształconych, oni z nimi będą pracowali. I wychowają nowych faszystów.Niemiecka lewica mówi: „Wszyscy zwolennicy AfD to faszyści”. Nie, to nie faszyści. Oni mogą się nimi stać, jeśli lewica będzie tak do nich podchodzić.

Odnoszę wrażenie, że Lewica, nawet, gdy włącza się w oddolne ruchy społeczne, to nie jest w stanie przekonywać do swojego programu, idei. Weźmy ruch Żółtych Kamizelek, który przez okrągły rok demonstrowania pozostał ideowo zagubiony…

To prawda, lewica tutaj zawiodła. Jean-Luc Melenchon włączył się w ten ruch, ale chciał potraktować go instrumentalnie. Chciał być nieformalnym liderem, który w parlamencie wyraża żądania Żółtych Kamizelek. Chciał pokazać się jako ich lider. Ale postawił się od razu nad nimi i to wyraźnie było widać. Hierarchiczność francuskiej kultury to duży problem. Tak jak zresztą i rosyjskiej. Wszyscy od razu chcą być wodzami. Melenchon był jedynym, który chciał z nimi pracować, ale zrobił to źle. Nie zrozumiał istoty tego ruchu, bardzo równościowego. On chciał być wodzem i dlatego go nie przyjęli. Żółte Kamizelki według mnie, wyczerpały już swój potencjał. Co nie znaczy, że kryzys został zażegnany i że bunt nie zacznie się znowu, w innej politycznej formie.

A gdzie w tej globalnej kryzysowej sytuacji są ludzie pracy w Rosji?

Wyczerpaliśmy potencjał, który dawała nam putinowska stabilizacja. Otoczenie Putina i sam Putin zresztą nie wiedzą, co robić dalej. Nie ma już drogiej ropy, nie ma światowej koniunktury, która pozwoliła podtrzymać poziom życia przez 20 lat, wyczerpano potencjał intensywnego wzrostu, opierający się na strukturze jeszcze z czasów radzieckich. Władza rozumie, że trzeba coś zmieniać, ale zmieniać nie chce, bo to, co jest, ich urządza. Tyle, że niedługo nie będzie już w ogóle mowy o utrzymaniu obecnego porządku. Rosja, tak jak cały świat, znajduje się na progu poważnych politycznych wstrząsów. Najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawe. Ludzie będą szukać sposobów politycznego samookreślenia, samoorganizacji.

Obserwuję protesty społeczne. Stały się lepiej zorganizowane, bardziej racjonalne. będzie bunt, przemoc, rozlew Z drugiej strony ludzie boją się sami siebie i to ich hamuje. Ludzie boją się o państwo i nie chcą, by społeczny ład zawalił się z dnia na dzień. Istnieje obawa, że jeśli zaczniemy to wszystko, co osiągnęliśmy przez te lata, burzyć, to nie wiadomo, czym to się może skończyć.

Szczyt normandzki i…

W Paryżu odbyło się spotkanie „czwórki normandzkiej” . Prezydenci Ukrainy i Rosji, którzy rozmawiali bezpośrednio ze sobą po raz pierwszy, zadeklarowali, że do końca roku w konflikcie w Donbasie nastąpi całkowite zawieszenie broni.

W pisemnym komunikacie podsumowującym spotkanie Kijów i Moskwa zapowiadają również wymianę wszystkich jeńców, demilitaryzację trzech kolejnych odcinków graniczących z linią rozgraniczenia. Potwierdzono również, że kolejne spotkanie w formacie normandzkim (Ukraina-Rosja-Francja-Niemcy) odbędzie się za cztery miesiące, a podstawą dalszych trwałych porozumień mają być porozumienia mińskie z 2015 r. To oznacza, że część obwodów donieckiego i ługańskiego otrzyma w granicach Ukrainy status specjalny. Formuła Steinmeiera, regulująca tryb jego wdrożenia, zostanie wprowadzona do ukraińskiego systemu prawnego (dotąd została jedynie zaakceptowana przez prezydenta).
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin rozmawiali w cztery oczy przez półtorej godziny. Po spotkaniu Putin okazywał demonstracyjne zadowolenie, twierdził nawet, że doszło do „ocieplenia wzajemnych relacji”. Zełenski wręcz przeciwnie – twierdził, że na spotkaniu osiągnięto za mało, a on liczył na więcej, chociaż już „odblokowanie dialogu” ocenił jako rzecz pozytywną.
Strony nie doszły do żadnych decyzji w sprawie dalszego statusu Donbasu. Władimir Putin na konferencji prasowej twierdził, że potrzebne będą zmiany w ukraińskiej konstytucji, by terytorium obecnych republik Donieckiej i Ługańskiej mogło uzyskać specjalny status. Wołodymyr Zełenski odpowiadał, że federalizacja Ukrainy nie jest możliwa, a żadnych ustępstw terytorialnych w zamian za pokój nie przewiduje; oznajmił, że częścią jego państwa pozostaje i Donbas, i Krym.
Zgodnie z przewidywaniami uczestnicy szczytu nie doszli do porozumienia, w jaki sposób w Donbasie odbywać się będą kolejne wybory ani o poruszeniu tematu wschodniej granicy Ukrainy. Według Kijowa o jakiejkolwiek elekcji – w tym o najbliższych wyborach samorządowych – może być mowa dopiero wtedy, gdy Ukraina odzyska nad tą granicą kontrolę. Obaj przywódcy stwierdzili natomiast, że chcą wdrażać w Donbasie projekty humanitarne.
W strefie konfliktu w Donbasie żyje 3,5 mln ludzi. Od początku wojny zginęło 13-14 tys. osób, większość podczas pierwszego, najkrwawszego roku walk. Jedną z przyczyn efektownego zwycięstwa Wołodymyra Zełenskiego w ukraińskich wyborach prezydenckich było jego zobowiązanie do zakończenia konfliktu.

 

Dziennikarskiej etyki krótka lekcja

Zadziwiły i zszokowały mnie nie tyle treści ostatnio opublikowanych rozmów w „Gazecie Wyborczej”, co kolejne manipulacje redakcji przy okazji ich druku.

Wywiad z rosyjskim opozycjonistą Aleksiejem Nawalnym, bardzo obszerny i jedyny jak dotąd w polskich mediach, już tylko z tych względów godny jest uwagi. Nie mam jednak zamiaru ani omawiać tej wypowiedzi, ani też podejmować ewentualnej polemiki; każdy, kto przeczyta, wyrobi sobie zdanie.

W sytuacji pozyskania wyjątkowego materiału – a takim niewątpliwie był wspomniany interview – naturalną reakcją każdej redakcji jest odpowiednia jego ekspozycja, poinformowanie o nim czytelników, wraz z podkreśleniem szczególnych możliwości pisma, i tym samym zachęcenie do stałego z nim kontaktu. To zrozumiałe. Tytuł artykułu bądź jego zapowiedź ma prawo samodzielnie ustalać redakcja; może to być fragment prezentowanego materiału, także wypowiedzi rozmówcy. I na to też zgoda.

Nie należy jednak w zapowiedzi artykułu lub w jego tytule zamieszczać nie istniejących w nim treści czy też rozszerzać wypowiedź autora o słowa, które nie padły. Nie jest także na miejscu dezawuowanie wyrażanych opinii i polemika z nimi, gdyż powyższe znaleźć się ewentualnie powinny w samej publikacji. Te proste nauki od lat zresztą wielu nie są znane (bądź są lekceważone) wytrawnemu zespołowi „Gazety Wyborczej”.

Na tytułowej stronie „GW” (2-3.11.2019), na tle barw flagi Rosji, zamieszczono zdjęcie twarzy Aleksieja Nawalnego, jego imię i nazwisko wraz z następującym tekstem: „Moja Rosja będzie dla Was dobra”. Po ponownym, uważnym przeczytaniu zastanawiam się nad tymi słowami: „Moja Rosja” czyli Nawalnego gdy zostanie prezydentem Rosji, bo teraz jest własnością Putina, ale zapewne do czasu. Właściwie to nic nowego: była już carów, sporo lat Stalina, później kolejnych genseków i Jelcyna także. Taka normalna kontynuacja samodzierżawia z nieodzownymi zmianami, bo jak nowy władca to i jakieś nowości być muszą. Mówi chyba o tym Nawalny – będzie lepiej – no bo jak inaczej przejąć władzę?;

„Rosja będzie dla Was dobra”, a gdy słowa te skierowane są do polskiego czytelnika, tzn. że to do nas, Polaków to dobro nadejdzie. Jakże łaskawy i dobry Pan będzie kolejnym władcą Rosji. W historycznych pismach nigdy jednak nie wyczytałem, aby jakieś państwo było (lub jest dziś) dobre dla drugiego, poza sytuacjami, gdy w ramach przegranych wojen nabyte dobra musiało zwracać. Wszystkie państwa dobro, którym jest ich interes, czyniły przede wszystkim sobie (częściowo i swoim obywatelom), natomiast nie raz przekonywały skutecznie zależne kraje, różnymi zresztą metodami, że czynią im także dobrze. Ale wszystko może się za sprawą Nawalnego zmienić.

„Rosja będzie dla nas dobra” i może pogłaszcze życzliwym, ojcowskim gestem główkę z koroną naszego orła, zwróci wreszcie tak od lat oczekiwany wrak Tupolewa, Iskandery przeniesie z Kaliningradu za Ural, a nawet da preferencyjne ceny na gaz i ropę, choć niekoniecznie to dobro przyjmiemy, bo nam się jednak amerykańskie dostawy bardziej podobają.
Chciałoby się przy okazji tych słów koniecznie dodać, że najlepiej aby ta przyszła Rosja Nawalnego żadnego dobra nam nie zapowiadała, bowiem nie na nie czekamy, a na normalne stosunki dwóch równoprawnych, w świetle międzynarodowego prawa, partnerów.

Można by jeszcze w nieskończoność rozwijać i komentować ten krótki tekst, gdyby nie fakt, że w zamieszczonym wywiadzie Nawalny powyższych słów nie wypowiedział !!! Wyręczyli go gazetowi propagandziści, uznający wymyślone hasło za bardziej spójne z realizowaną od lat antyputinowską polityką redakcji. Wyszło głupio, a przy okazji rosyjskiemu opozycjoniście zrobiono niedźwiedzią przysługę.

Nawalny natomiast mówił m. in.: „Nie Rosja Aleksieja Nawalnego, ale Rosja wszystkich. I będzie wspaniała. Będzie liderem krajów europejskich. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, biorąc pod uwagę nasze terytorium i możliwości. Będziemy starali się o pozycję lidera w Unii Europejskiej, ale nie drogą konfrontacji. Unii będzie z nami dużo łatwiej niż teraz.”

„NATO to przestarzała konstrukcja. Pod wieloma względami oczywiście bliska nam poglądowo, bo należy dołożyć wszelkich starań, by nie dopuścić do destabilizacji rejonów zapalnych, rozwoju islamskiego ekstremizmu, rozpowszechniania broni atomowej i masowego rażenia… A przede wszystkim myślę, że siły i ogromne nakłady, jakie NATO angażuje w obronę Europy przed rzekomym atakiem ze strony Rosji czy Chin, są przesadne.”

„Stany Zjednoczone są bardzo amerykocentryczne. To właściwe podejście. Bez wątpienia będą oczywiście uważać, że to one są najlepsze na świecie. No i dobrze. A my będziemy myśleć, że to my jesteśmy najlepsi. Najważniejsze, żeby to nie było powodem konfliktów politycznych czy wojennych.”

O przynależności Krymu niczego nie przesądza: „Jeśli kiedyś zasiądę w fotelu prezydenta, jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobię, będzie zapytanie mieszkańców Krymu: „Obywatelami którego kraju się czujecie?”.

O Polsce tylko krytykując Putina, który jakoby uważa nasz kraj za „państwo nieprawdziwe”, nie mające prawa do własnej polityki „dlatego, że kiedyś wyzwoliliśmy ją z rąk faszystów”.
Nie komentując tych opinii, zauważyć jednak należy, że wypowiedzi Nawalnego o Rosji jako przyszłym liderze Unii Europejskiej, o NATO, USA i rosyjskim zagrożeniu, o Krymie, który nie koniecznie wrócić ma do Ukrainy są zasadniczo odległe od realizowanej od lat antyrosyjskiej polityki redakcji i stąd trudno było się spodziewać aby to one zapowiadały tekst co prawda politycznego opozycjonisty, ale bardzo prorosyjskiego.

Ania właśnie wróciła z Moskwy po kilkudniowym pobycie na międzynarodowych targach kosmetycznych i wszystkich wkoło obdarza opinią, że tam jest zupełnie inaczej, normalnie, a ludzie nadzwyczaj życzliwi, co kłoci się z jej dotychczasową wiedzą opartą na rodzimym telewizyjnym i prasowym przekazie. Naiwne to nasze młode pokolenie, z miejscowymi rozmawiać musiała po angielsku bo rosyjskiego nie zna, no to i takie bzdury opowiada. Coś zupełnie odmiennego, nadzwyczaj odpowiedzialnego i wyważonego zaprezentował w tym samym wydaniu „Gazety Wyborczej” Piotr Tyma.

W zamyśle miał to być wywiad przeprowadzony przez Pawła Smoleńskiego, a pretekstem był list Związku Ukraińców w Polsce do premiera RP: „Ministerstwo Finansów RP przygotowało raport »Krajowa ocena ryzyka prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu«. Znalazły się w nim zapisy, które zbulwersowały obywateli Polski narodowości ukraińskiej oraz innych mniejszości…

Zagrożenia sytuują się zupełnie gdzie indziej, nie wśród mniejszości.” Są nimi wg Tymy antyukraińskie wystąpienia Polaków oraz wszechmocna i wszechwładna ingerencja Rosji.

Długą tyradę rozmówcy rozwijającego twórczo te wątki przerywa bardziej stanowczo jedynie dwa razy Smoleński słowami: „To spiskowa wizja świata” i „Jednak to ciągle margines”. Właściwie to dziennikarz nie był potrzebny przy prezentacji tak pomyślanego wywiadu. W swoim czasie mówiło się, że prowadzi go klęcząc na kolanach przed rozmówcą, w opisanej sytuacji unikał jak ognia polemicznych opinii i pytań. A pan Tyma swoje:
„Dobrze jest sięgnąć po Banderę, po Wołyń, a nawet do wierszy Tarasa Szewczenki czy wojny polsko-ukraińskiej 1918 r„ żeby wykazać, że Ukraińcy od zawsze mieli czarne podniebienie.”
„Ostatnio zniszczono pomnik w Charkowie – pomalowano go na biało i czerwono oraz wymalowano na nim napis: „UPA kurwy”. To bardzo blisko od Donbasu i granicy z Rosją. To samo zrobiono jakiś czas temu z grobem Stepana Bandery w Monachium, gdzie oprócz polskich barw ktoś dodał symbol Polski Walczącej.”
„Jeszcze niedawno siedział w polskim areszcie Mateusz Piskorski ze Zmiany, a wcześniej z Samoobrony, w latach 2005-07 poseł, zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji.”
„Istnieją wyraźne ślady, że niektórzy polscy falangiści są zaangażowani w Donbasie w działania bojowe batalionu „Rusicz” – występują z polską flagą, na pociskach piszą „Za Wołyń!”.
„Badania opinii publicznej wskazują, że Polacy coraz życzliwiej patrzą na Rosję. Nie na rosyjskich demokratów, ale na Kreml.”
„Występy chóru Aleksandrowa – te mundury, czerwone gwiazdy, pieśni z czasu II wojny światowej, sowiecki sztafaż zmieniony na wielkorosyjski – zapełniają polskie sale koncertowe, nieważne, że chór legitymizował zabór Krymu. To nie jest zespół tańca ludowego gdzieś z Syberii, ale element rosyjskiej propagandy. Delikatnie serwowana myśl imperialna.”

Nie raz wyrażałem zrozumienie i szacunek dla państwowych ambicji i dążności narodu ukraińskiego, rozumiem także emocje związanych z toczącą się wojną w Donbasie ale jednocześnie mam prawo oczekiwać z ukraińskiej strony – tej na Ukrainie i tej w Polsce także – rzetelnego i odważnego zmierzenia się ze swoją, przede wszystkim jednak z naszą wspólną historią. A z tym chórem Aleksandrowa to pojechał pan, panie Tyma całkiem po bandzie, zapewne nie wiedząc, że jeszcze w czasach ZSRR oklaskiwał ten zespół w Watykanie późniejszy święty Jan Paweł II.

Biorąc to wszystko, co napisałem, pragnę oświadczyć, że nie jestem rosyjskim agentem wpływu w Polsce, nie utrzymuję kontaktów z oficjalnymi lub utajnionymi służbami Federacji Rosyjskiej, nigdy nie zamierzałem wstąpić do partii Zmiana i nie mam krewnych w Rosji. Jednocześnie przyznaję się do kontaktów z rosyjskimi bibliotekami i ze skruchą dodaję, że czasem korzystam z produktów sprzedawanych przez sklep „MATRIOSZKA” . To wszystko podaję На всякий пожарный случай.

A ponad 200 tys. prenumeratorów Wyborcza.pl, i papierowego wydania także, radzę uważnie i krytycznie czytać publikowane teksty.

Koniec Rożawy?

Po wielogodzinnych rozmowach w Soczi Turcja i Rosja zawarły porozumienie w sprawie Rożawy: zdecydowały, że kurdyjskie Ludowe Jednostki Obrony (YPG) zostaną zmuszone do odejścia z wyznaczonej strefy przygranicznej. O losie Kurdów znowu zdecydowano ponad ich głowami, w ramach geopolitycznej gry mocarstw. Tymczasem z obszarów już kontrolowanych przez Turcję napływają alarmujące doniesienia.

ecep Tayyip Erdogan dostał, czego chciał. Wojska amerykańskie w większości wycofały się z północno-wschodniej Syrii, zasilając garnizon w Iraku (pozostała tylko grupa, która „zabezpiecza” syryjskie pola naftowe), a Rosja zgodziła się na to, by pod kontrolą turecką pozostał pas teoretycznie syryjskiego terytorium, o długości 120 km i głębokości 32 km, między miastami Ras al-Ajn (Sere Kanije) i Tal Abjad (Gire Spi). Oba te ośrodki są już faktycznie kontrolowane przez Turków i fundamentalistyczne bojówki na ich żołdzie.
Porozumienie zakłada również, że dziś w południe rozpocznie się usuwanie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) z wyznaczonego terytorium. Zadania tego podjęły się, na mocy porozumienia Erdogan-Putin, jednostki rosyjskiej policji wojskowej oraz syryjska straż graniczna. Bojownicy YPG mają również ostatecznie opuścić Manbidż oraz Tall Rifat; do obydwu tych miast wkroczyły już oddziały syryjskie i rosyjskie po tym, gdy Kurdowie, chcąc ratować się przed turecką agresją, zawarli porozumienie wojskowe z rządem w Damaszku.
Turcja może być zadowolona z porozumienia, bo dostała niemal wszystko, czego chciała: Erdogan żądał wprawdzie kontroli nad znacznie większym obszarem pogranicznym (444 km długości), ale kluczowe dla niego jest rozbrojenie i usunięcie oddziałów YPG, uniemożliwienie im kontaktów z Kurdami tureckimi. Również w Moskwie panuje przekonanie, że wynegocjowano bardzo wiele: wzmocniono pozycję rządu Baszszara al-Asada, zapewniono mu kontrolę nad nowymi terytoriami, zablokowano aspiracje niepodległościowe Kurdów (w porozumieniu mowa i o walce z terroryzmem, i o „przeciwdziałaniu separatyzmowi”), a Stany Zjednoczone same ograniczyły swoją rolę w Syrii.
Co w takiej sytuacji z wielkim projektem politycznym, jakim była równościowa i demokratyczna Rożawa? Porozumienie wojskowe Kurdów z al-Asadem zakładało, że władze syryjskiego Kurdystanu zachowają autonomię wewnętrzną, nawet gdy wojska syryjskie i rosyjskie podejmą się patrolowania jego granicy. W zaistniałej sytuacji najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak, że rząd w Damaszku będzie dążył do pełnego odzyskania kontroli nad swoim terytorium, niezależnie od kurdyjskich aspiracji i raczej nie będzie zainteresowany utrzymaniem wolnościowych form ustrojowych, jakie tworzono w Rożawie.
Na terytorium okupowanym przez Turcję perspektywy Kurdów są jeszcze gorsze. Ras al-Ajn, bombardowane z terytorium Turcji, leży częściowo w gruzach. Jak informuje portal Hawar News, w zajętym Tall Abjad islamistyczni bojówkarze już wprowadzili obowiązek noszenia zasłon przez kobiety i powszechny zakaz palenia tytoniu, uzasadniony religijnie. To powtórka z tego, co działo się pod zajęciu w 2018 r. prowincji Afrin; następne w kolejce są grabieże oraz czystki etniczne: zmuszanie kurdyjskich mieszkańców do wyjazdu i zastępowanie ich Arabami, którzy uciekli z Syrii do Turcji przed wojną domową w swojej ojczyźnie. Erdogan wcale nie kryje się z tym, że takie są jego zamiary.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

Testament Stalina

Abchazja to kraj, którego nie ma, bo tak postanowił towarzysz Stalin w 1931 roku. Większość świata nadal uważa decyzję Józefa Wissarionowicza za miarodajną, w czym Polska odgrywa prominentną rolę. – Słyszałem, że Zachód odrzuca stalinizm – mówi, nie bez pewnej ironii, minister spraw zagranicznych nielegalnej Republiki Abchazji, Daur Kove. – Dlaczego zatem uznajecie stalinizm w stosunku do naszego kraju?

Podróż do nieistniejącego kraju jest zawsze ciekawym przeżyciem. Jak na państwo-widmo Abchazja zdaje się dość żywotna, choć przepiękna nadmorska promenada w Suchum (Abchazi odrzucają nazwę „Suchumi” jako przejaw gruzińskiej przemocy symbolicznej) jest raczej opustoszała, sklepiki z pamiątkami pokryte kurzem, w nielicznych otwartych knajpach staruszkowie grają w tryktraka. Nad zrujnowaną konstrukcją portową – dziwacznym, nawiązującym do liniowca pasażerskiego betonowym kolosem, opartym na palach wbitych w morze – powiewa radosna abchaska flaga. Biało-zielone paski, oznaczające wspólnotę 7 chrześcijańskich i muzułmańskich regionów, w rogu biała dłoń na czerwonym polu, ponoć symbolizująca przyjaźń, choć przywodząca na myśl raczej białą rękawiczkę policjanta, zakazującego wjazdu. Skojarzenie nieprzypadkowe: Abchazja jest miejscem zakazanym od prawie 30 lat.
Toteż pytanie min. Kove jest tyleż ironiczne, co retoryczne. Abchazja – w odróżnieniu od, na przykład, Kosowa – pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, dlatego jedyne kraje, które uznają jej niepodległość to Rosja i jej sojusznicy: Wenezuela, Nikaragua, Syria i mikronezyjska wysepka Nauru oraz inne nielegały: Naddniestrze, Osetia i Górny Karabach. Kłopot w tym, że to szeroko pojęty Zachód wepchnął ten bitny górski naród w ramiona Rosji, bo tak sobie życzyły USA, które uznają roszczącą sobie prawo do tego terenu Gruzję za coś na kształt swojej kaukaskiej kolonii. Ostateczny akt związania Abchazji z Rosją – uznanie Republiki Abchazji przez Federację Rosyjską – nastąpił dopiero za czasów gruzińskiej prezydentury amerykańskiego agenta Micheila Saakaszwilego, w 2008 roku, po nieomal dwóch dekadach latach walki Abchazów o niepodległość od Gruzji.
Historia relacji pomiędzy Gruzją i Abchazją sięga VII wieku, kiedy to połączone siły książąt gruzińskich i abchaskich oraz sraczka pokonały arabskich najeźdźców. Jednak kluczowe dla tych, fatalnych dziś, stosunków wydarzenia miały miejsce u zarania ZSRR, kiedy to w 1921 roku Abchaska Socjalistyczna Republika Radziecka i Gruzińska Socjalistyczna Republika Radziecka – obie niezupełnie dobrowolnie, ale na równych prawach – podpisały umowę o utworzeniu Związku Radzieckiego. Chwilę później Abchazja weszła w skład Gruzińskiej SRR jako republika autonomiczna – licząc, że jako kraj kilkunastokrotnie mniejszy skorzysta na pośrednictwie potężnych wówczas w ZSRR Gruzinów w reprezentowaniu jej przed Moskwą. Ale zarówno abchaska konstytucja, jak i jej umowy z Gruzją, podkreślały jej odrębność i autonomię oraz prawo do wystąpienia z wszystkich tych związków w dowolnym czasie.
Towarzysz Stalin był innego zdania: w 1931 roku zlikwidował autonomię i włączył Abchazję wprost do Gruzińskiej SRR. Głównie dlatego, że ten malutki skrawek ziemi na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, obdarzony górami wpadającymi do morza, wyróżnia się niezwykłym pięknem – co jest powodem, dla którego Stalin miał tu aż pięć dacz. Większość z nich można zwiedzać, a w jednej nawet przenocować – choć Abchazi, w odróżnieniu od wielu Rosjan, nie uznają dziś Stalina za postać godną kultu. Większą winą za stalinowski terror w tym zakątku ZSRR obarczają wszakże Ławrentija Berię – urodzonego w Abchazji Gruzina, w latach 30. szefa partii w Gruzji, a później szefa NKWD. To Beria zlecił zabójstwo przywódcy abchaskich komunistów, Nestora Łakoby, który w początkach lat 30. skutecznie przeciwstawiał się kolektywizacji abchaskiego rolnictwa i czystkom etnicznym. Po jego śmierci – ponoć został otruty podczas kolacji u matki Berii – na Abchazję spadł stalinowski terror, a także brutalna „gruzinizacja”, której historia uderzająco przypomina opowieści o bohaterskim oporze Polaków przed germanizacją pruską: łącznie z biciem dzieci, które mówiły w szkołach w swoim ojczystym języku. Abchaskie szkoły zostały zamknięte, dzieci były zmuszane do nauki po gruzińsku, narzucono gruzińską transkrypcję języka abchaskiego i zmiany nazw abchaskich miast na gruzińskie (między innymi stolica, Suchum, przemianowana została na „Suchumi”). Zabroniono nadawania dzieciom abchaskich imion, setki Abchazów, zwłaszcza inteligencji, aresztowano, wielu z nich rozstrzelano – a równocześnie na terenie Abchazji osiedlano tysiące Gruzinów.
Wszystkie te działania spotykały się z gwałtownym oporem i masowymi demonstracjami: w 1954, 1964, 1978, 1979 i wreszcie 1989, kiedy 30 tys. Abchazów zgromadzonych na polanie w Lichnach zażądało przywrócenia Abchazji statusu republiki związkowej. Jak pisze polski badacz Kaukazu, Wojciech Górecki, „żaden inny naród w ZSRR nie buntował się tak często”. Zdawać by się mogło, że powinno to zapewnić Abchazom jakąś dozę sympatii, przynajmniej ze strony tak żarliwie antyradzieckich elit III RP.
Tak się jednak nie stało. Polska, wraz resztą świata, bezkrytycznie zaakceptowała roszczenia Gruzji, nie zwracając uwagi na fakt, iż na przeszkodzie niepodległości Abchazji znowu – jak za czasów Stalina i Berii – stanęła pozycja Gruzinów w Moskwie. A dokładnie związki Jelcyna z Eduardem Szewardnadze, ostatnim ministrem spraw zagranicznych ZSRR, późniejszym „prozachodnim” prezydentem Gruzji. Jak wyjaśnił mi premier Abchazji, Valeri Bganba, „dawni towarzysze porozumieli się nad naszymi głowami”.
– Ja też byłem komunistą – dodał z pewną nostalgią, co naturalnie wzbudziło moją żarliwą sympatię – Ale po upadku socjalizmu przyszła pora na niepodległość, której świat nam odmówił.
Gwoli ścisłości: Abchazi nie czekali na łaskę świata. Pierwsze starcia zbrojne między Abchazami i Gruzinami wybuchły w 1989 roku w Suchum, w odpowiedzi na nacjonalistyczne tendencje pojawiające się w Gruzji u zarania rozpadu ZSRR. W ogłoszonym na marzec 1991 przez Gorbaczowa referendum większość Abchazów, przestraszona gruzińskimi zapowiedziami likwidacji ich autonomii, opowiedziała się za pozostaniem w ZSRR. Nastąpiło kilkanaście miesięcy wojny na ustawy i wzajemne deklaracje: Gruzja ogłaszała Abchazję swoją własnością, Abchazja ogłaszała niepodległość. W końcu, w 1993 roku, wojska gruzińskie wkroczyły do Abchazji – i dostały wpierdol.
Wojna była pełna obrotów akcji i bardzo krwawa, tym bardziej, że Abchazów wspierali raczej bezwzględni ochotnicy z antyrosyjskiej Konfederacji Górskich Narodów Kaukazu, powstałej inicjatywy prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (wśród walczących był Szamir Basajew), a także antygruzińscy czerwonoarmiejcy. Obie strony dopuszczały się zbrodni, obie nawzajem się o zbrodnie oskarżały. Obie zaopatrywały się w broń u rozpadającej się Armii Czerwonej, a polityczna pozycja Rosji w tym sporze była do tego stopnia niejasna, że zarówno Szewardnadze, jak i abchaski przywódca Władisław Ardżinba oskarżali Jelcyna o wspieranie drugiej strony.
Ten etap walk zakończyło porozumienie podpisane w kwietniu 1994 roku w Moskwie, pod auspicjami Rosji – przewidywało ono wprowadzenie na sporne tereny rosyjskich sił pokojowych z mandatem ONZ, a także powrót gruzińskich uchodźców do swoich abchaskich domów. Bynajmniej jednak nie oznaczało to końca konfliktu. Przez kilkanaście następnych lat wybuchały walki, wszczynane przez siły abchaskie lub gruzińskich partyzantów z amatorskich batalionów o niepokojących nazwach „Biały Legion” i „Leśni Bracia”. W międzyczasie Jelcyn zmienił zdanie i opowiedział się za przynależnością Abchazji do Gruzji – a żeby ją wymusić wprowadził blokadę ekonomiczną początkującej republiki, co wszakże nie przyniosło spodziewanych efektów. Jak pisze brytyjski badacz historii Związku Radzieckiego i czasów poradzieckich, Ben Fowkes, „Abchazi pozostali uparcie niezawiśli”.
Wraz ze zniszczeniami wojennymi, które do dziś widać na nieomal każdym abchaskim budynku, blokada doprowadziła abchaską gospodarkę do nędzy. Region, za czasów radzieckich stanowiący ulubioną destynację kuracjuszy z całego bloku wschodniego, słynący z palm, cytrusów, bajecznych widoków i szykownej infrastruktury, popadł w nędzę – co oczywiście jeszcze bardziej uzależniło go od Rosji. Kulminacją tego procesu było uznanie niepodległości Abchazji przez Rosję, które nastąpiło po konflikcie o Osetię, w 2008 roku.
Dziś Abchazja jest w zachodnich publikacjach określana mianem „de facto państwa”. Posiada władze wybierane w pluralistycznym procesie wyborczym (obecny prezydent, Raul Chadżymba, w sierpniu uzyskał reelekcję 1 procentem głosów), własny hymn, godło i sztandar – ale posługuje się rosyjskim rublem i rosyjskimi paszportami (abchaskie nie są uznawane w świecie), polega na rosyjskiej armii i rosyjskiej pomocy gospodarczej, a także na rosyjskich turystach. Po trzech dekadach otwartego, nierzadko krwawego konfliktu z Gruzją możliwość jakiejkolwiek unii między tymi państwami nie istnieje – jak powiedział nam szef MSZ, Daur Kove, „z Gruzją nie łączy nas nic poza granicą”.
Mimo tego, pod naciskiem Gruzji i jej sojuszników – w tym Polski – świat zachodni konsekwentnie ignoruje rzeczywistość. W 2015 roku Specjalny Przedstawiciel Unii Europejskiej w Regionie Kaukazu Południowego i ds. Kryzysu w Gruzji, ambasador Herbert Salber zlecił przygotowanie specjalnego raportu na temat przestrzegania praw człowieka w Abchazji. Inicjatywa zyskała aprobatę ONZ i OBWE. Raport miał zostać opublikowany i poddany szerokiej dyskusji – i stać się podstawą poważniejszego zaangażowaniu wspólnoty europejskiej i międzynarodowej w sytuację ludzi, dotkniętych konfliktem. Zadanie otrzymał były komisarz praw człowieka Rady Europy, były sekretarz generalny Amnesty International, szwedzki dyplomata Thomas Hammarberg, wraz z polską ekspertką od Kaukazu, Magdaleną Grono (dziś doradczynią Donalda Tuska w Radzie Europejskiej).
Dokument, który przygotowali, bynajmniej nie był korzystny dla Abchazji: potwierdzał rozliczne przykłady dyskryminacji Gruzinów, którzy powrócili do Abchazji po wojnie, ich trudności w odzyskaniu majątku i edukacji dzieci, ograniczenia praw obywatelskich i swobody przekraczania gruzińskiej granicy, co utrudnia im kontakt z rodzinami, a nawet pracę na swojej ziemi (wielu ma domy w Abchazji, ale ziemię w Gruzji). Mimo tego, władze Abchazji zaakceptowały raport. „Pomimo wielu dyskusyjnych stwierdzeń i zaleceń wnioski i oceny zawarte w raporcie były w przeważającej części neutralne i obiektywne” – oświadczył abchaski MSZ. Gruzja była jednak innego zdania.
Oburzyła ją nie treść raportu – a fakt, iż odnotowuje on stan faktyczny i zauważa, że Abchazja istnieje. Zdaniem gruzińskich władz, niewybaczalnym grzechem raportu jest używanie słowa „Abchazja” bez każdorazowego podkreślania, że jest ona częścią Gruzji. Gruzja żąda także, żeby traktowanie Gruzinów w Abchazji określać mianem „ludobójstwa”. Unia Europejska – a dokładnie Helga Schmid, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, czyli unijnego MSZ – zdecydowała o schowaniu raportu do biurka. Nieoficjalnie wiadomo, że głównym nalegającym na tę decyzję była Polska.
W odpowiedzi Thomas Hammarberg opublikował dokument poprzez szwedzką organizację praw człowieka, Międzynarodowe Centrum Olofa Palmego. „To ciekawe, że UE wycofuje się pod presją ze strony państwa, które nie jest nawet członkiem Unii. To nie jest dobry znak. Nie taka była umowa. Ministerstwo spraw zagranicznych w Tbilisi jest skamieliną z czasów Micheila Saakaszwilego. Obecny prezydent sugerował, że chce dokonać przeglądu całej kwestii Abchazji i rozpocząć debatę. Ludzie z ministerstwa spraw zagranicznych są ekstremistami” – ocenił szwedzki dyplomata.
To oczywiście wyjaśnia przyjaźń, jaką nieustająco darzy ich Polska, skwapliwie spełniająca ich życzenia. Ale obiektywnie rzecz biorąc, nieco głupio być realizatorem testamentu Józefa Stalina.

Polska, Unia Europejska, Rosja, Chiny, Wietnam. I USA też

Wzmocnienie i rozszerzenie Unii Europejskiej, poprawa relacji z Rosją, współpraca z Chinami, Wietnamem i państwami ASEN oraz sojusz z USA. Taką problematyką chciałbym zajmować się w przyszłym Sejmie RP.

W Sejmie RP pracowałem jako poseł SLD w latach 1997-2007. Od 2000 roku do 2007 roku byłem członkiem sejmowej Komisji Europejskiej. W latach 2002 – 2004 posłem – obserwatorem Parlamentu Europejskiego w ramach delegacji parlamentarnej Sejmu RP.
W tamtych latach przede wszystkim tworzyliśmy prawo i warunki umożliwiające Polsce akcesję do Unii Europejskiej. Dzięki pracy setek ówczesnych polskich parlamentarzystów, wszystkich opcji politycznych, gładko weszliśmy do europejskiej wspólnoty. I do roku 2015, do czasów przejęcia władzy przez PiS, byliśmy jednym z filarów Unii Europejskiej.
Dlatego w przyszłym Sejmie będę przeciwstawiał się wszelkim próbom osłabiania Unii Europejskiej proponowanym i dokonywanym przez elity PiS i radykalną prawicę. Będę zwalczał wszelkie antydemokratyczne projekty i postulaty prominentów PiS prowadzące do ukrytego, powolnego „polexitu”. Będę walczył z rozpętywaną przez elity PiS hybrydową wojną z Unią Europejską. Jestem zwolennikiem stopniowej federalizacji Unii Europejskiej. Wzmacniania wspólnej gospodarki, wspólnej polityki zagranicznej, wspólnych instytucji, tworzenia wspólnej armii. Jednocześnie jestem zwolennikiem radykalnej demokratyzacji unijnych instytucji. Zachowania i pielęgnowania narodowych kultur, różnic narodowych w jednej europejskiej rodzinie. Taka jest moja „Europa Ojczyzn”.
Kultura w Unii Europejskiej nie może być tylko towarem, obiektem jedynie komercyjnego obiegu. Na tym polu my Europejczycy różnimy się od amerykańskiego modelu kultury, gdzie obowiązuje prymat producenta nad twórcami. Jestem zwolennikiem stopniowego rozszerzenia naszej Unii Europejskiej o państwa bałkańskie. Już teraz można zaprosić do UE Północną Macedonię i Czarnogórę. A potem Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Albanię i Kosowo.
Warto też przygotować na następne dziesięciolecia „mapę drogową” dla Mołdawii, Ukrainy i Gruzji. No i nie zamykać zamrożonych negocjacji z Turcją. Choć obecnie rządzące Turcją elity polityczne przestały wyrażać zainteresowanie akcesją do naszej Unii. W Sejmie RP aktywnie działałem w „dyplomacji parlamentarnej”. Przewodniczyłem kilku bilateralnym grupom parlamentarnym, pracowałem w wielu innych. Dyplomacja parlamentarna to rodzaj miękkiej polityki zagranicznej. Tworzy i pielęgnuje kontakty między parlamentarzystami i osobami opiniotwórczymi w państwach nie zawsze aktualnie zaprzyjaźnionych.
Nie zawsze sojuszniczych. W takich sytuacjach często kontakty międzyparlamentarne są jedynymi. Bardzo przydatnymi, kiedy nadchodzi czas ocieplenia relacji i szybkiego wznowienia współpracy gospodarczej. Kiedy pracowałem w Sejmie RP, byłem wiceprzewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-koreańskiej. Wtedy, w latach 1999-2005, współpracowaliśmy z parlamentami obu Korei.
Krytykowała nas wtedy ówczesna prawica i liberałowie za utrzymywanie kontaktów z jednym z państw koreańskich. Tym leżącym na północy półwyspu. Dzisiaj Wielki Brat polskiej prawicy utrzymuje stałe kontakty z przywódcą KRL-D. Okazało się, że racja była po naszej stronie.
Dzisiaj klasycznym przykładem złej dyplomacji parlamentarnej jest brak parlamentarnej grupy polsko-rosyjskiej w Sejmie mijającej kadencji. Nie jestem fanem polityki i ideologii prezydenta Putina i jego Jednej Rosji. Podobnie prezydent Putin i jego partia nie szukają kontaktów z polską lewicą. Preferują polską radykalną narodowo – katolicką prawicę, przede wszystkim Konfederację.
Ale ekipa prezydenta Putina to nie jest cała Rosja. Polski Sejm powinien utrzymywać stale kontakty z rosyjską Dumą. Polska lewica powinna utrzymywać stałe kontakty z rosyjską lewicą. Polscy ludzie kultury powinni utrzymywać stale kontakty z rosyjskimi partnerami.
Ekipy rządzące zmieniają się. I w Polsce i w Rosji. Sąsiedztwo polsko – rosyjskie jest niezmienne. W długofalowym interesie społeczeństwa polskiego jest dobrosąsiedztwo ze społeczeństwem rosyjskim. Ja zaś zgadzam sie z prezydentem Macronem, że Europa jest od Atlantyku po Ural, a przyszła Unia Europejska powinna być od Lizbony po Władywostok.Oczywiście także z Kijowem, Kiszyniowem i Tbilisi.
Polski sojusz wojskowy i współpraca gospodarcza z USA nie może polegać na jednoczesnym wykluczeniu współpracy gospodarczej z Chinami. Co obecna administracja USA proponuje. Polska jest ważnym chińskim partnerem w ramach gospodarczo-politycznego „Formatu 17+”. Wzmacniającego zresztą współpracę w formacie „Trójmorza”. Polska, być może po raz pierwszy w swej historii, ma szansę wykorzystać swe położenie geograficzne. Uznawane do tej pory za wyjątkowo niekorzystne. Polska jest bowiem bramą transportu kolejowego z Chin do Europy. Ważnym elementem wielkiego chińskiego projektu geopolitycznego znanego jako „Nowy Jedwabny Szlak”.
Transport kolejowy z Chin do Europy jest trzy razy szybszy niż morski i pięć razy tańszy niż lotniczy. Polska ma szansę zarabiać na takim tranzycie. Ale to wymaga dobrych, przynajmniej poprawnych, relacji ze wszystkimi państwami tranzytowymi. Czyli też z Rosją. Dwadzieścia lat temu, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej, nasze państwo miało szanse zostać ważnym partnerem gospodarczym Chin. Szansę zmarnowano, bo ówczesne prawicowe rządzące elity nie wierzyły w sukces „komunistycznych Chin”.
Dzisiaj Chiny są mocarstwem gospodarczym. Dzisiaj Polska powinna zaproponować partnerstwo gospodarcze i naukowe jedynie którejś z najuboższych prowincji chińskich, najlepiej leżącej też na Nowym Jedwabnym Szlaku. I tam mozolnie budować współpracę na kolejne dziesięciolecia.Aktualnie wielką szansą dla Polski jest Wietnam. Lider państw ASEAN. W Wietnamie mamy nadal cztery tysiące absolwentów polskich uczelni i ponad trzy tysiące robotników, którzy przeszli staż w polskich stoczniach. W Wietnamie nadal Polska cieszy się wielką sympatią. Dynamicznie rozwijający się Wietnam i inne państwa ASEAN to realna szansa dla gospodarki polskiej. Polska może być bramą Wietnamu i państw ASEAN w Unii Europejskiej, Wietnam może być bramą dla Polski w państwach ASEAN.
Dlatego w Sejmie zamierzam pracować w parlamentarnej grupie polsko – wietnamskiej. I w grupie polsko – chińskiej. I polsko – rosyjskiej też.
Jeśli Polska będzie silnym partnerem silnej Unii Europejskiej, poważnym kooperantem gospodarczym Chin oraz Wietnamu i państw ASEAN, jeśli będzie mieć unormowane relacje z Rosją, to wówczas może być również poważnym partnerem USA.
Jeśli powyższych warunków nie spełni, to skazana jest na pozycję przypominającą status szlachetki na magnackim dworze w I Rzeczpospolitej. Biednego hreczkosieja wiszącego u magnackiej klamki.

PS. Flaczki tygodnia wrócą na swe miejsce już 14 października, czyli zaraz po wyborach parlamentarnych.

Ukraina wreszcie da

Szorstka przyjaźń zapanowała w politycznych relacjach polsko- ukraińskich. Tym razem ten szorstki ton nadaje strona polska pomimo jednoznacznych ukraińskich zalotów.

Rezygnując z przylotu pierwszego września do Warszawy amerykański prezydent Trump olał nie tylko polskiego, usłużnego mu gospodarza. Przykrość wielką sprawił też ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, który też liczył na ciepłe słówka Trumpa podczas warszawskich uroczystości.
Zelenski chciał upiec trzy pieczenie na warszawskim rożnie. Spotkać się z Trumpem, pogadać z „przyjacielem Macronem” i ocieplić relacje z panem prezydentem Dudą.
Udało mu się tylko z tym ostatnim. Złożył panu prezydentowi i państwu polskiemu bardzo korzystnie brzmiącą ofertę. Oto strona ukraińska bez warunków wstępnych znosi wszelkie biurokratyczne bariery poczynione przez administrację poprzedniego ukraińskiego prezydenta w kwestii ekshumacji i poszukiwań polskich ofiar na terenie Ukrainy. Proponuje też aby od teraz politykami historycznymi w obu państwach zajmowali się przede wszystkim historycy. A wszelkie sporne interpretacje bolesnej historii rozwiązywano dzięki wspólnej komisji.
Takie przesunięcie historycznych sporów na drugi plan ułatwi polskiemu biznesowi w korzystaniu ze skutków zaplanowanych przez ekipę Zełenskiego ukraińskich reform gospodarczych. W uczestnictwie w prywatyzacji ukraińskich przedsiębiorstw, zakupie ziemi uprawnej, wspólnych przedsięwzięciach na terenie Unii Europejskiej.
W zamian za swe ustępstwa i przyjacielskie gesty strona ukraińska oczekuje poparcia Polski w konflikcie z Rosją. Co przy gigantycznej rusofobii, demonstrowanej od lat przez pana prezydenta Dudę i jego ministrów oraz elit politycznych PiS, nie było warunkiem trudnym do spełnienia.
I rzeczywiście podczas swego okolicznościowego przemówienia pan prezydent Duda twardo skrytykował Rosję, gromko poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. Choć tych tematów nie poruszali pozostali mówcy. Prezydent Niemiec i przysłany substytut prezydenta Trumpa.
Wyglądało, że pakt Duda – Zełenski zaczął obowiązywać. Ale to tylko miraż.

Najpierw głowa

Pan prezydent Duda stanął po stronie walczącej z Rosją Ukrainy i kolejny raz skrytykował agresywne geny prezydenta Putina, aby przede wszystkim przypomnieć administracji amerykańskiej o sobie i ministrze Szczerskim. O wymarzonym przez ich obu „Forcie Trump”, który właśnie odpływa na dalekie prerie nierealizowanych koncepcji.
Ukraina potrzebna jest elitom PiS jako młot do walenia w Rosję. Propagandowego rzecz jasna. Bo przecież propagandowa rusofobia elit PiS nie przeszkadza im w codziennym popieraniu zaprzyjaźnionych biznesmenów zarabiających na imporcie i handlu węglem z Rosji oraz od prorosyjskich, ukraińskich separatystów.
Poza tym ukraińska oferta ocieplenia stosunków ukraińsko- polskich została przyjęta w polskim Dużym Pałacu z wielką rezerwą. Bez entuzjastycznej woli szybkiej jej realizacji. Czmu tak się stało?
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pomimo podobnego wieku obu prezydentami, pomiędzy polskim i ukraińskim, nie ma tej przysłowiowej „chemii”. Niektórzy kanceliści pana prezydenta Dudy obwiniają taki stan poprzednimi zaszłościami. Wcześniej to pan prezydent Duda proponował przyjaźń i współpracę ukraińskiemu prezydentowi Poroszence. Ale ten szybko postawił na ukraiński nacjonalizm i wystawił Polaka do przysłowiowego wiatru.
A ściślej wystawił go, jak politycznego szczeniaka, na działalność Wołydymira Wiatrowycza szefa ukraińskiego IPN.
Jeszcze trzy lata temu przewodniczący Wiatrowycz był idolem polskiej prawicy, nawet tej narodowo- katolickiej. Bo pod jego przewodem ukraiński IPN skutecznie porozwalał tamtejsze pomniki Lenina. Ale kiedy zaraz potem zaczął ich miejsce zapełniać Stefanem Banderą, stał się śmiertelnym wrogiem polskiego IPN i elit narodowo- katolickich.
Wtedy też pan prezes Kaczyński obiecał prezydentowi Poroszence, że zablokuje mu wstęp do Unii Europejskiej, bo tam Ukraina „z Banderą nie wejdzie”.
W odwecie ukraiński IPN zablokował ekshumacje i inne prace planowane przez polski IPN. A prezydent Poroszenko zaczął łączyć się z Brukselą przez centralę w Berlinie. Warszawę uznał za zbędnego pośrednika.
Obrażony, dumny warszawski Duży Pałac, bacznie teraz obserwował nowo wybranego w Kijowie. Spekulował czy na pierwszą zagraniczną wizytę ukraiński prezydent wybierze Warszawę?
Okazało się, że Zełenski od razu poleciał do Brukseli. To jeszcze dumny polski Duży Pałac mógłby ukraińskiemu pariasowi wybaczyć. Ale demonstrowanej wszem i wobec jego „przyjaźni z Macronem” nadal nie potrafi.
Jak wszyscy już wiedzą relacje prezydent Macron – elity PiS są złe. Francuski prezydent po raz pierwszy miał odwiedzić Warszawę właśnie z okazji obchodów wrześniowej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Kiedy Trump zdecydowal się olać uroczystości, to Macron skorzystał z okazji. Nie przyleciał do wrogiej mu Warszawy i też wysłał swojego substytuta.
Prezydent Zełenski nie kryje za to swej sympatii do francuskiego prezydenta. Media ukraińskie mówią wręcz o „wzajemnej sympatii i przyjaźni” obu prezydentów.
Dlatego polski prezydent sparzony we wcześniejszym związku politycznym z prezydentem Poroszenką, teraz nowemu prezydentowi stawia ponoć jeden kardynalny warunek. Najpierw wyrzucicie z waszego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, a potem pogadamy sobie o ociepleniu.
O miłości mowy nie ma, bo pan prezydent Duda jest przykładnym katolikiem i wyklucza inne związki niż bilateralne. O francuskich trójkątach mowy nie ma.

Biznes potem

To prezydent Macron zapewne jest pomysłodawcą zamrożenia konfliktu rosyjsko- ukraińskiego lansowanego teraz przez prezydenta Zełenskiego. Przyszły stały rozejm polegać ma na uznaniu przez Kijów jakiejś formy autonomii zbuntowanych regionów Doniecka i Ługańska. W zamian Ukraina przejmie kontrolę nad ich granicami z Rosją. Sprawa Krymu zostanie odłożona na przyszłość, jak turecka okupacja części Cypru.
Nowy rząd ukraiński zezwoli na wielką prywatyzację ukraińskich przedsiębiorstw i zniesie zakaz nabywania ukraińskiej ziemi przez cudzoziemców. To doprowadzi do wzrostu zagranicznych inwestycji na Ukrainie. Amerykanie i Chińczycy już przejmują wielkie gospodarstwa rolne. Francuzi Niemcy chętnie wejdą w ukraiński przemysł. Powinni się spieszyć, bo Chińczycy też mają na oku smakowite kąski.
Dzięki takiemu rozejmowi z Rosją, zagranicznym inwestycjom i kolejnym zachodnim kredytom, ekipa Zełenskiego chce unowocześnić państwo, gospodarkę i wtopić się w zachodnią Europę. Nawet za cenę bycia jej peryferiami.
A co zyska na tym Polska? Jeśli elity PiS przestaną się zachowywać po jaśniepańsku to Ukraińscy pozwolą im na ekshumacje i inne dokumentowanie polskich historycznych krzywd na Ukrainie.
Zatem Amerykanie, Chińczycy, Niemcy i Francuzi zostaną udziałowcami ukraińskiej gospodarki. Polacy odnajdą, udokumentują i pokażą światu swe krzywdy.
Każdy dostanie od prezydenta Zełenskiego to co lubi najbardziej.

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

Nieuzdrawialność polskiej duszy

O wiecznie obolałej polskiej duszy i współczesnej głupocie mówił Stefan Chwin, a ja o przyczynach tej boleści.

Opowieść o polskiej duszy – jakby tego pojęcia nie rozumieć, tym razem przez Chwina w kontekście wpływu II wojny światowej na postrzeganie współczesnego Gdańska („Newsweek”, 26.08.2019) – zawsze budziła moje wątpliwości bowiem stanowiąc literacką frazę, w miejsce rzeczowej analizy faktów oraz ich oddziaływania na świadomość społeczną, staje się kluczem-wytrychem, pozornie pasującym do opisania odmiennych wydarzeń i sytuacji. A nadto ten przekaz niesie w sobie bardzo często kreację Polaków niejako krystalicznych (każda ideologiczno-religijno-polityczna opcja może tu sobie dopisać jeszcze kilka przymiotników), którzy niewinni a cierpiący, złym losem i siłami zewnętrznymi doznają wiecznej nieprawości i krzywdy, zapadającej na pokolenia w ich serca.

Taka narracja

dotyczy na ogół hitlerowskiej agresji na Polskę w dniu 1 września i podobnej ze strony, jak to się dzisiaj pisze, Sowietów w dniu 17 tego samego miesiąca. Traktuje się te wydarzenia jako fatum bo co mogliśmy zrobić wobec tak przytłaczającej przewagi, i czasem tylko dodaje, że do wojny nie byliśmy przygotowani. Znane wcześniej, a przypomniane przez Pawła Dybicza fakty („Przegląd”, 26.08.2019) dowodzą nie tylko kardynalnych błędów wojskowych, ale także tragicznych dla obronności kraju niekompetencji, sporów i osobistych ambicji wśród najwyższych władz Rzeczpospolitej.
W swoim czasie pisałem na tych łamach, że pewnym ratunkowym rozwiązaniem, nie tylko militarnym ale i politycznym, mógłby być w tamtym czasie dla Polski sojusz wojskowy z Czechosłowacją. Potwierdził to oparty na dokumentach tekst („GW”,19.03.2019), w którym m. in. czytamy: „Gdyby Warszawa i Praga podjęły współpracę, losy środkowej Europy mogłyby wyglądać inaczej, a przynajmniej Hitler musiałby działać ostrożniej. We wrześniu 1939 r. Wehrmacht nie mógłby tak swobodnie operować z Dolnego Śląska, gdyby był szachowany przez wojska czechosłowackie. Oddział II realizował jednak ściśle politykę Józefa Becka, który nie lubił Beneśa i nie widział sensu w ratowaniu Czechosłowacji – wierzył w sojusz z Węgrami i Rumunią.” W 1938 roku „Józef Beck zlecił polskiemu ambasadorowi w Berlinie poinformowanie Hitlera, że Warszawa jest gotowa do wspólnej akcji przeciw Czechosłowacji”. Głupota to czy paranoja, przypominająca obecne zarządzanie naszą armią i polityką obronną, o czym ostatnio mówił gen. Mirosław Różański („GW”, 31.08.2019). Tymi wiadomościami nie żywi się niestety polska obolała dusza.

Rzecz ma się podobnie
z Powstaniem Warszawskim, które mogłoby nie wybuchnąć, albo mieć odmienny przebieg, zakończony zwycięstwem, jak to w Paryżu. Również kształt terytorialny powojennej Polski byłby bardziej korzystny na wschodzie, a pierwsze lata (pisał o tym w „D-T” Gabriel Zmrozliński) przebieg mniej konfliktowy, bardziej normalny. Nie stało się tak, bowiem nieprzystająca do ówczesnych warunków polityka londyńskiego rządu, najpierw gen. Sikorskiego, a później premiera Mikołajczyka, uniemożliwiła jakiekolwiek porozumienie z ZSRR, nawet wtedy gdy do ustępstw nakłaniali zachodni sojusznicy, a Stalin, z różnych względów. był do nich gotowy. Bolejąca za hekatombę Warszawy i utracone Kresy Wschodnie polska dusza wie swoje.

I tak po dziś dzień,
gdyż żywiona jest nadal kłamstwem, matactwami, niedomówieniami, przeinaczeniami dotyczącymi tak przeszłości jak i współczesności. I nie tylko ze strony premiera Morawieckiego, prezesa Kaczyńskiego, stronników Zjednoczonej Prawicy, hierarchów Kościoła Rzymsko-Katolickiego, prawicowej i narodowo-podobnej prasy. Także przez tych, którzy z determinacją i odwagą, za co należy się im niewątpliwy szacunek, walczą z wcześniej wymienionymi. Stąd nadziwić się nie można temu szczególnemu rozdwojeniu jaźni, gdy jednych potrafią obnażyć z fałszu, jednocześnie naśladując swoich adwersarzy.

Pusty śmiech mnie ogarnia,
czytelnika „Gazety Wyborczej” od pierwszego numeru, na słowa: „Nie chcemy, by zniknęło rzetelne dziennikarstwo” i dlatego redakcja inicjuje powołanie Fundacji (26.06.2019). Takie dziennikarstwo wymaga nie tylko rzetelności w pisaniu ale również w ocenie otrzymywanych tekstów i w redagowania całości tytułu. Poza nadzwyczaj licznymi przykładami z przeszłości gazety, wśród których na czoło wysuwa się niesprawiedliwa, bo jednostronna i oderwana od ówczesnych warunków i możliwości, ocena Polski Ludowej oraz rozliczne ataki na lewicowe formacje, poniżej najnowsze.
Pani Wielowieyska pisze o kontaktach polityków Włoch i Rosji: „Być może jest to informacja symboliczna w całej sekwencji zdarzeń”, a mnie się do tej pory wydawało, że informacje mogą być prawdziwe albo nie, bądź różnią się swoim rodzajem, ale dzięki tej ważnej, odkrywczej myśli będę zmuszony poszerzyć wiedzę moich studentów dziennikarstwa.
Podobnie rzecz ma się z prezentowanymi na tych łamach wypowiedziami tzw. autorytetów, tym razem naukowych. Japoński prof. Hiroakim Kuromiya pisze o zamierzchłej bitwie pod Chałchin-Goł z maja 1939 roku: „ Sowieci wykorzystali swojego agenta lub kilku agentów wśród Japończyków, by sprowokować ten konflikt. Po części udało im się doprowadzić Japonię do porażki na polu bitwy. Napisałem na ten temat kilka lat temu artykuł w „Journal of Slavic Military Studies”, ale to tylko przypuszczenie…” Natomiast Sławomir Dębski, tylko doktor ale dyrektor PISM, w bardzo obszernym, często godnym uwagi, materiale o pakcie Ribbentrop-Mołotow zapomniał (nie wie, albo nie chce) wyjaśnić istotnej dla tamtych wydarzeń politycznych kwestii: dlaczego poganiany ostro przez Niemców Stalin zdecydował się na agresję Polski dopiero 17 września (polecam mój dawny tekst w „D-T”). W Wielkiej Brytanii można takie przypuszczenia-bajki pisać w podobno naukowym periodyku, ale druk wspomnianych, bądź brakujących, fragmentów tekstów w „AleHistoria” kompromituje redakcję.
Czytam słowa prof. Wł. Borodzieja (24.08.2019): „Polska jako odwieczny rusofob jest Rosji bardzo na rękę, a rusofobia to główna strategia rosyjskiej piątej kolumny” i abstrahując od tej opinii, nie mogę zrozumieć, że drukuje to redakcja, która rusofobię podniosła do najwyższych, prawie codziennych, standardów. Pomaga Rosji, a może nawet jest agentem jej wpływów?
Poza dyżurnym Wacławem Radziwinowiczem są i inni. Michał Kokot epatuje informacją (27.08.2019), że rosyjscy najemnicy Wagnera są nawet w Afryce zapominając, że amerykańscy żołnierze są dosłownie wszędzie na świecie, że do dziesięciu krajów afrykańskich Kreml sprzedaje broń, tak jakby największym światowym eksporterem tych wyrobów nie były Stany Zjednoczone, które, nota bene dbając o pokój, zwiększyły aktualnie roczny budżet militarny do niebotycznej granicy 1 biliona 350 miliardów dolarów rocznie.
Na odmianę Bartosz Wieliński bardzo oburza się na prezydenta Macrona za jego pojednawcze gesty wobec Rosji (24.08.2019) zapominając, że w dużo trudniejszych i bardziej konfliktowych czasach Charles de Gaulle mówił o Europie od Atlantyku do Uralu, szukając dróg porozumienia, bowiem tak to już jest, że i w Europie, i na świecie uwzględniać należy i układać się trzeba z Rosją, kiedyś carską, radziecką, a dziś współczesną. Niekoniecznie to się musi wszystkim podobać, ale co zrobisz?
„„Wyborcza” wraca do hasła, które towarzyszyło jej od zarania”, to znaczy „Nie ma wolności bez solidarności”, przywoływanego przez zespół tytułu w szerszym wezwaniu-deklaracji (27.07.2019), zapominając jednak, że okazało się ono niepełnym, niespełniającym oczekiwań Polaków, gdyż zabrakło w nim, i nadal brakuje, jakże powszechnie pożądanej „Równości” i „Sprawiedliwości”.
Taki właśnie ogląd przeszłości i współczesności napawa polską duszę kolejnymi ułudnymi wyobrażeniami i… wściekłością na byłe rządzące elity, kierując ją w objęcia pono zbawców z PiS, a naprawdę kolejnych szarlatanów.
Również towarzyszą deformacjom polskiej duszy
dziś, ale i wcześniej, instytucje państwa, gwarantujące z definicji jego prawny fundament. Ale tylko pozornie, bo dopiero po latach trzeba było decyzji Sądu Okręgowego w Częstochowie aby przywrócić byłemu pracownikowi SB rentę zabraną tzw. ustawą dezubekizacyjną. Sąd uznał ten akt prawny za niekonstytucyjny ale wcześniej, dwukrotnie Trybunał Konstytucyjny jakoś tej podstawowej wady nie dostrzegł w zawartej w nim zasadzie odpowiedzialności zbiorowej oraz negowaniu praw nabytych. Nie jest to oczywiście argument za demolowaniem systemu prawnego przez PiS, ale być może ta sprawa, jak i wiele innych, umniejsza społeczne protesty obrony wolnych sądów. Dziś na odmianę, po „dobrej zmianie”, nie tylko polski świat prawa zadziwia armia internetowych trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Niech mit się mitem odciska
proponuje Stefan Chwin: „Mit można przezwyciężyć tylko innym mitem. Oczywiście z punku widzenia naukowca, który kieruje się szkiełkiem i okiem, bardzo mi się to nie podoba, ale gdy obserwuję życie społeczne, dochodzę do wniosku, że przyszłość Polski rozstrzygnie się właśnie tam, gdzie mit zderza się z mitem.” To remedium wywodzi się niejako z homeopatii, bądź nawiązuje do znanego powiedzenia o leczeniu cholery tyfusem. Jest prawdą, że „Nie ma racjonalnego sposobu na rozmontowanie mitycznych urojeń. Mit jest odporny na analizę, ironię, szyderstwo, kpinę”, co nie oznacza, że zdrowie przywróci polskiej duszy obraz świata ze zmitologizowanym dobrem i złem, będący w konsekwencji objawem schizofrenii, czyli stanu psychicznego z poważnie upośledzoną umiejętnością krytycznej, realistycznej oceny własnej osoby, otoczenia i relacji z innymi.
Jedynym lekarstwem pozostaje głoszenie prawdy, a jeżeli to czasem takie trudne, to przynajmniej unikanie kłamstwa, niedomówień i nadinterpretacji. Paradoksem aktualnej polskiej sytuacji jest fakt, że kapitalizm ze swoją bezwzględnością, opartą nie na urojeniach, a ściśle wyliczalnych wskaźnikach (na ogół oczywiście zysku), które racjonalizują i inne dziedziny życia społecznego, może w omawianej materii odegrać rolę pozytywną. Kolejnym będą: przykład zza otwartych europejskich granic, doświadczeni normalnością zagranicznego pobytu i liczne tysiące młodych tam studiujących. Jeśli wrócą, to na pewno będą chcieli żyć w normalnym kraju i dla osiągnięcia tego celu uczynią wiele.

Wracając do fragmentów wywodów Chwina,
to odnaleźć w nich można stwierdzenia, które do antykomunisty i propagandzisty w pełni przystają, ale już do historyka, literatury zresztą, mniej: „Zwycięstwo w ostatnich wyborach podał PiS na tacy Władysław Gomułka. PiS okazało się pilnym uczniem PRL-owskiej propagandy i świetnie to działa” bowiem „Straszenie Niemcem to constans polskiej polityki od 1945 roku.”
Przede wszystkim nie w całym okresie PRL, a jedynie do grudnia 1970 roku, co nie tylko z historycznych książek ale i z Wikipedii wyczytać można. Układ PRL – RFN „Uznawał nowe granice polsko-niemieckie na Odrze i Nysie, kończąc tym samym powojenny okres w stosunkach między PRL a RFN, którego głównym problemem były nowe, dotychczas nieuznawane przez Niemcy Zachodnie granice. Zapoczątkował nowy okres współistnienia pomiędzy Polską a Niemcami, w którym zasadniczym kierunkiem była chęć współpracy gospodarczej i kulturalnej między dwoma państwami.” Nadto wcześniejsze tzw. straszenie Niemcami wynikało z uzasadnionych obaw, przede wszystkim Władysława Gomułki, związanych z trwającą zimną wojną, opartych nadto o dwie obserwacje: potężnego ruchu rewizjonistycznego, wspieranego bądź tylko tolerowanego przez rząd z Bonn i obaw o lojalność władz radzieckich w kwestii naszych zachodnich granic (m. in. misja Aleksieja Adżubeja, zięcia Chruszczowa, w RFN w 1964 roku, w czasie której próbował w rozmowach z Niemcami „handlować” polskimi interesami). W kontekście tych faktów mógłby sobie Pan Profesor darować nieudane porównania.
Podobnie, to znaczy w propagandowym uproszczeniu, ma się kwestia kastrowania historii przez komunistów : „W szkole historia Gdańska kończyła się w roku 1792, czyli wraz z drugim rozbiorem, potem następowała pustka i Gdańsk wyłaniał się z nicości dopiero w roku 1945. Gdy znów stał się polski.” Tak było nie tylko z tym miastem na ziemiach zachodnich, bowiem powszechny społeczny klimat wywołany niemieckimi zbrodniami w czasie niedawno minionej wojny przenosił się na krytyczną ocenę wszystkiego co niemieckie. Chęć zemsty i zadośćuczynienia kierowała tłumy na egzekucje hitlerowskich oprawców, a jednym z przykładów tego stosunku były powszechnie używane określenia Szwab, szwabskie, stanowiące niejako synonim słów Niemiec, niemieckie. Mówi Chwin także: „To, co Niemcy robili w latach 1939-1945 jest nadal żywą raną społecznej świadomości… Z pokolenia na pokolenie dziedziczymy krwawą traumę przez to, że w prawie każdej rodzinie ktoś w czasie wojny zginął albo był w obozie koncentracyjnym.…” A co dopiero w tamtych powojennych latach? Musiał upłynąć spory czas, aby świadomość nowych mieszkańców tych ziem zechciała przywrócić, i zaakceptować również, ich niemiecką przeszłość.

W związku z niedoszłą wizytą
Donalda Trumpa na obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej, Witold Jurasz na Onecie, pisząc o polskich kompleksach, kończy swoje rozważania stwierdzeniem, że gesty i piękne słowa nas jedynie ogłupiają.
I jak tu mówić o uzdrowieniu polskiej duszy?