Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Wałęsa pod ostrzałem

Samobójczy politycznie wywiad byłego prezydenta ma swój ciąg dalszy. „Rzeczpospolita” zamówiła sondaż, w którym zapytała o to, czy Wałęsa zaszkodził polskiej racji stanu, chwaląc w rozmowie ze Sputnikiem politykę Władimira Putina. Okazuje się, że naród, jak zwykle, jest podzielony – i to zaskakująco symetrycznie.

 

35 proc. uważa, że przywódca „Solidarności” nie powinien wypowiadać się ciepło na temat przywódcy Rosji, 34 proc nie ma zdania, a 31 podziela zdanie byłego prezydenta. Badanie zamówiła SW Research na zlecenie „Rzepy”.
– Częściej to mężczyźni uważają, że wywiad Wałęsy dla rosyjskiego portalu zaszkodził polskiej racji stanu (36 proc. vs 34 proc. kobiet). Tego zdania są też częściej osoby w wieku 35-49 lat (39 proc.), badani o wykształceniu zasadniczym zawodowym (46 proc.), dochodzie netto od 2001 do 3000 zł (40 proc.) oraz ankietowani z miast od 100 do 199 tys. mieszkańców (41 proc.) – skomentował wyniki Piotr Zimolzak z agencji badawczej, która przeprowadziła sondaż.
Czy Wałęsa faktycznie, jak chcieliby panikarze (np. Jerzy Haszczyński) podważył „mityczny sojusz z zachodem”? „Postulowałem, by premier Mateusz Morawiecki odciął się od kremlowskich tez swojego ojca, który zachowuje się jak zafascynowany geopolityką wujek próbujący szokować u cioci na imieninach. Nie wiem, do kogo skierować podobny apel w sprawie też Wałęsy. Jest pilny” – bije pianę do niemożliwości redaktor „Rzepy”, dzwoniąc na alarm zupełnie jakby Wałęsa nagle podważył teorię Kopernika albo fakt, że woda wrze w stu stopniach. Retoryka antyrosyjska stała się dziś bezpiecznym centrum, odejście od którego karane jest polityczną i medialną śmiercią. Doświadczyłam tego na własnej skórze w 2016, kiedy jako kandydatka na członkinię Partii Razem napisałam krytyczny tekst o mało kryształowym życiorysie Nadii Sawczenko (jej „polityczny geniusz” zweryfikowało zresztą życie już niecałe dwa lata później). Okazało się, że nie mam szans na polityczną legitymację, jeśli nie mam zamiaru powielać tezy o tym, że jeśli Putin wsadzi kogoś do więzienia, to oznacza, że ten ktoś z automatu jest aniołem godnym międzynarodowego poparcia.
Bandytka z batalionu Ajdar, czyli czegoś na kształt naszych oddziałów obrony terytorialnej, tylko na sterydach, stała się w więzieniu Joanną d’Arc. Nikt nie zastanawiał się, czy rzeczywiście postać ta zasługuje na wsparcie. Dziś żyje obsesją, że służby ukraińskie w porozumieniu z rosyjskimi czyhają na jej życie. Jej wypowiedzi i działania od momentu wyjścia na wolność noszą znamiona coraz większej paranoi.
Ale nie o tym jest ten tekst. Wywiad Wałęsy, co widac po wynikach sondażu, dał Polakom do myślenia. I choć prawicowe media (Republika, wPolityce) najchętniej widziałyby w 35 procentach niezgody ostateczny upadek Wałęsy, to jednak daleka byłabym od takiej diagnozy. Faktem jest, że Polacy pamiętają negocjacje Wałęsy z Jelcynem i uważają, że dobrze wywiązał się wtedy ze swojej roli. Wyłącznie pustym publicytsycznym zabiegiem zdaje się również lament red. Haszczyńskiego, bo (niestety!) nasze przyssanie się do amerykańskiego cycka nie osłabło nawet na minutę (dopiero co otrzymaliśmy gigantyczny rachunek za tarczę antyrakietową – Redzikowo pochłonie około 5,5 mld złotych – z budżetu naturalnie. Według dziennikarzy „Dziennika Gazety Prawnej” (pisze o tym równie rosyjski Sputnik!) ta suma nawet w połowie nie pokryje ceny zakupu systemu obronnego.
W dodatku na tarczę zarezerwowano w tegorocznym budżecie dla MON dodatkowe pieniądze – 1,6 miliardów złotych. Ale jak przewiduje redakcja, ucierpią inne rodzaje sił zbrojnych, chronicznie niedofinansowane lotnictwo i marynarka. Nie będzie okrętów podwodnych, obiecywanych lata temu. „Caracale” też spaliły na panewce.
Jak na razie więc „amerykański sen” pochłania miliony, a media chuchają i dmuchają, aby tylko ktoś nie poczuł się urażony słowami Walęsy i nie pozwolił dalej i głębiej robić Amerykanom tego, co trafnie określił niegdyś Radosław Sikorski.
A jak odnosi się do sprawy obecny prezydent Polski? Andrzej Duda oczywiście jest zniesmaczony. – Jest mi przykro, że pan prezydent Lech Wałęsa jako były, ale jednak prezydent Rzeczypospolitej, takie poglądy prezentuje. Nie są to poglądy, z którymi dzisiaj można by się zgodzić, jeśli ktoś zna historię Europy i jeżeli ktoś zna historię naszej części Europy, jeżeli ktoś w naszej części Europy żyje. Ale przede wszystkim, jeśli ktoś jest uczciwym politykiem – powiedział.
Ale prawda jest taka, że zgadza się z nim 35 procent ankietowanych Polaków. Większość jednak do tez stawianych przez Wałęsę ma stosunek neutralny lub pozytywny. Są zatem gdzieś w połowie drogi między Moskwą i Nowym Jorkiem, ale na pewno nie rzucają się też gremialnie w objęcia Statuy Wolności.

Ukraina się cieszy, Rosja ignoruje

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję w której m. in. wzywa się Rosję do zaprzestania „politycznie umotywowanego prześladowania obywateli Ukrainy” oraz zwolnienia Ukraińców przebywających w rosyjskich więzieniach.

 

Nad rezolucją głosowano na wniosek Ukrainy, która od 2016 r. co roku o tej porze występuje z tego rodzaju inicjatywą. Rezolucja została przyjęta mimo tego, że głosowało za nią zaledwie 67 państw, w tym USA, kraje Unii Europejskiej, Japonia i Turcja. Znakomita większość delegacji w liczbie 70 wstrzymała się od głosu. Przeciwko oprócz Rosji zagłosowało jeszcze 26 krajów. Obok dawnych republik radzieckich takich, jak Armenia, Białoruś, Kazachstan, Kirgizja, Tadżykistan i Uzbekistan do tego grona dołączyły także Chiny, Indie, Iran, Serbia, Syria, Korea Północna, Kuba,Wenezuela, Boliwia, Nikaragua, Kambodża, Mjanma, Republika Południowej Afryki, Burundi, Czad, Erytrea, Komory, Sudan, Uganda i Zimbabwe.

Przed posiedzeniem Zgromadzenia Ogólnego Ukraina starała się wykazać aktywnością dyplomatyczną. Na dwa dni przed debatą przedstawiciel Ukrainy Ihor Prokopczuk wygłosił obszerne przemówienie na forum Stałej Rady OBWE prezentując nie tylko stanowisko Kijowa, lecz także formułując liczne zarzuty i oskarżenia pod adresem Rosji. Z kolei stałe przedstawicielstwo Ukrainy w ONZ prowadziło lobbing na rzecz rezolucji wśród tak znaczących krajów, jak Barbados, Bhutan, Gujana, Mikronezja, Wyspy Marshalla, Wyspy Salomona, Tuvalu i Vanuatu. Państwom tym Ukraina złożyła publiczne podziękowanie za poparcie rezolucji. Oczywiście każdy głos się liczy, jednak w tegorocznym głosowaniu ukraińską rezolucję poparło o pięć krajów mniej niż w dwóch latach ubiegłych.

Władze w Kijowie z zadowoleniem przyjęły fakt uchwalenia rezolucji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w swoim oświadczeniu stwierdza, iż jest to „kolejne potwierdzenie zdecydowanego poparcia ze strony społeczności międzynarodowej co do obowiązku przestrzegania praw człowieka na tymczasowo okupowanych terytoriach Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol.” Wypowiedział się również prezydent Petro Poroszenko mówiąc, że rezolucja ONZ stanowi dla Rosji wyraźny sygnał, iż „społeczność międzynarodowa nie będzie się godzić na naruszanie praw człowieka i militaryzację okupowanego półwyspu”.

Jak można było przewidzieć, krytyczne stanowisko wobec rezolucji zajęła Rosja. Zastępca stałego przedstawiciela w ONZ Giennadij Kuzmin nazwał ten dokument „wyraźnie antyrosyjskim, fałszywym, podstępnym i bezsensownym pod względem treści” dodając, że „Krymu nie da się z powrotem zagnać do ukraińskiej przeszłości”. Występując na forumwZgromadzenia Ogólnego rosyjski dyplomata nie omieszkał okazji, aby nie wygłosić krytycznych opinii wobec Ukrainy. Jak stwierdził, powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej i politycznej Ukraina „przestała być komfortowym środowiskiem nawet dla samych Ukraińców o czym świadczy gwałtownie malejąca liczba ludności”. Jednocześnie zaprosił wszystkich chętnych do odwiedzenia Krymu aby mogli się przekonać o tym, że zamieszkują tam „szczęśliwi ludzie”, którzy „dobrowolnie wybrali Rosję za swój dom” dodając, że na Krymie buduje się szpitale, meczety i sobory, jak również nowe systemy energetyczne.

W Moskwie podkreśla się, że rezolucja ONZ nie powoduje żadnych następstw prawnych ani politycznych. Jak się wyraził przewodniczący komitetu do spraw międzynarodowych Rady Federacji Konstantin Kosaczow, rezolucja ta nie wpłynie na sytuację na Krymie w większym stopniu niżby odnosiła się do Księżyca. Zwrócił też uwagę na to, że mniejsza niż w poprzednich latach liczba państw członkowskich ONZ opowiedziała się za rezolucję, co – jego zdaniem – świadczy o niepowodzeniu ukraińskiej „agitki” oraz wskazuje na „tendencję w kierunku bardziej trzeźwego stanowiska” społeczności międzynarodowej wobec sytuacji na Krymie.

Cud magnitogorski

O zespołowej pracy, bohaterstwie, nadziei i zwycięstwie życia nad śmiercią

 

Ratownik centrum „Lider” Piotr Grycenko – bohater który wyciągnął 11 miesięczne dziecko z gruzów zawalonego 10 piętrowego bloku.

Po 36 godzinach, przy 27 stopniowym mrozie, gdy ratownicy opadali z sił, a mróz paraliżował ręce, gdy logika nakazywała przerwać akcję zdarzył się cud.

„Było postawione Nam zadanie dotyczące rozebrania zawałów i poszukiwania możliwych ofiar. Usunięto kilka płyt betonowych, zdemontowano konstrukcje, po których nastąpiła minuta ciszy, by usłyszeć, czy są jakieś dźwięki. I nagle ratownik naszej grupy usłyszał płacz dziecka z boku sąsiadującego z mieszkaniem. Krzyczeliśmy ze wszystkich sił : „Cisza!” – i dziecko zareagowało także, zaczęło się uspokajać. Zaczęliśmy mówić: „No, gdzie jesteś?” a on zaczął reagować. Zastosowaliśmy kamery, szukaliśmy w szparach, dziurach szczelinach. Upewniwszy się, szef ośrodka powiedział: pracujemy tutaj. Niestety nic nie znaleźliśmy, jednak dźwięk był słyszalny. Wezwaliśmy zespół kynologiczny. Pies wyraźnie dawał znać, ze za betonem, w gruzie jest człowiek.

Zawał był straszny, ścisk i beton. Drewniane konstrukcje rozpierały wielkie płyty, aby nie zawaliły się na ratowników. Było ryzyko, że wszystko runie. No, ale mniej baliśmy się o ratowników, a bardziej to małe dziecko. Widok z kamery potwierdził, że dziecięce łóżeczko leży obok wersalki,

Wzmocnili ratownicy przestrzeń, usunęli kanapę, pojawiły się części dziecięcego łóżeczka. Zepsuta szafka, rzeczy. Niestety niemożliwe było zbliżenie się do dziecka, ponieważ jedna płyta betonowa zbliżyła się do drugiej, było bardzo mało miejsca”. Ratownicy kontynuowali . Gricenko dodaje , że słyszał dziecko, ale nie mógł działać z powodu niebezpieczeństwa zrobienia mu krzywdy.

„Zobaczyłem części łóżeczka, usłyszałem głos, potem zobaczyłem linoleum, ale pod nim były połamane drewniane podłogi. Zdecydowałem , że będziemy dostawać się po Niego od dołu, rozbierając konstrukcję , rozetniemy linoleum, aby dziecko opadło nam na ręce.

Dalej już własnoręcznie rozbierałem deski, rozcinałem żelbetowe wzmocnienia. I na koniec, gdy rozcinałem linoleum … zobaczyłem na wprost mojej twarzy buzię. Wyszeptałem – „Nie płacz, jakoś Cię wyciągniemy”

Według Grycenki , dziecko zostało uratowane przez fakt, że było przyciśnięte do podłogi łóżeczkiem i materacem, które obróciło się do góry nogami. Chłopiec był ciepło ubrany w bluzkę i pieluchy. Pod niemowlakiem znajdował się koc z polaru, który chronił plecki przed zimnem, a drzwiczki szafy zakleszczyły dziecku główkę , przez otwory z boków przechodziło powietrze. Według ratownika „pozycja ciała blisko ideału, aby pozostać tak długo”.

Szanse na odnalezienie jakichkolwiek dalszych żywych ofiar katastrofy w Magnitogorsku są żadne. Do wczoraj ratownicy wydobyli spod gruzów 37 ciał. Cztery uważa się za zaginione, ale można założyć, że również nie żyją, a odnalezienie ich zwłok to tylko kwestia czasu.

Pozostała część budynku grozi także zawaleniem.

Wojna bez zakończenia

Spór terytorialny o Wyspy Kurylskie miał się zakończyć jeszcze w tym roku. A wraz z nim II wojna światowa. Moskwa i Tokio były bliskie podpisania porozumienia. Niestety, wygląda na to, że zamiast tego doczekamy nowego rozdziału w historii konfliktu.

 

Rosja nie odda Japonii wysp Iturup (japońska nazwa Etorofu) i Kunaszyr (Kunashiri). które stanowią część spornego terytorium. Ministerstwo Obrony poinformowało o ustanowieniu na południowych Kurylach dwóch nowych baz wojskowych, co stanowi podkreślenie, że tereny te należą do Federacji Rosyjskiej. Żołnierze znajdują się obecnie w tymczasowych koszarach, a budowa stałej infrastruktury ma się zakończyć 25 grudnia. Wtedy też nastąpi przeniesienie na wyspy rodzin członków armii.

Japońskie MSZ zareagowało z oburzeniem. – Będziemy protestować przeciwko budowaniu na spornych wyspach rosyjskich obiektów wojskowych – oświadczył na konferencji prasowej szef japońskiej dyplomacji Taro Kono. Minister zapowiedział również wysłanie do Moskwy oficjalnej noty protestacyjnej. Tokio oszacowało, że na spornych terenach przebywa już 3,5 tys. rosyjskich żołnierzy.

Tymczasem zapowiadana na 21 stycznia wizyta premiera Shinzo Abego w Moskwie, według wielu obserwatorów miała przynieść przełom w pertraktacjach pokojowych pomiędzy państwami, które nie podpisały jeszcze traktatu pokojowego po zakończeniu konfliktu światowego w 1945 roku. Wstępna deklaracja z ust przedstawicieli obu stron padła w 2017 roku. Abe i Putin oświadczyli wówczas podczas szczytu we Władywostoku, że sprawa musi został uregulowania. Wraz z traktatem miała zostać podjęta współpraca gospodarcza na archipelagu. Rosja miała się otworzyć na japońskie inwestycje.

Powstanie obiektów wojskowych wskazuje jednak, że Moskwa zamierza pozostać przy statusie quo. Jest to z pewnością porażka japońskiego premiera, który, jak wspomina „Wall Street Journal” rozstrzygnięcie sporu o Kuryle „uznał za priorytet polityki zagranicznej” a podpisanie ugody miało również zapobiec „zbytniemu sprzymierzaniu się Rosji z Chinami”.

Spór o Kuryle od dekad kładzie się cieniem na stosunkach między dwoma krajami. Rosyjska obecność na tych wyspach, gdzie mieszka ok. 19 tys. ludzi, to sprawa drażliwa dla Japonii, która w dalszym ciągu rości sobie pretensje do archipelagu. Rosja nazywa sporne wyspy Kurylami Południowymi, a Japonia – Terytoriami Północnymi. ZSRR zajął je w 1945 roku, przyłączywszy się do wojny z Japonią. W latach 1947-1949 japońska ludność czterech wysp, licząca przed wojną 17 tysięcy, została wysiedlona do Japonii.

Liczący 30 wysepek i niezliczoną ilość skał archipelag nie ma dużej wartości. Wyspy są praktycznie bezludne, nie ma też na nich wielu surowców. Jednak dla Moskwy są potwierdzeniem panowania na Dalekim Wschodzie, łupem wojennym, dzięki któremu Rosjanie zmazali hańbę porażki w wojnie z Japonią z 1905 roku. Na wyspach co prawda stoją instalacje wojskowe szpiegujące japońską flotę i lotnictwo, ale i tak rosyjska obecność ma tam znaczenie raczej symboliczne.

– Konflikty terytorialne o bezludne bądź prawie bezludne wyspy prawie zawsze mają podłoże gospodarcze – mówi Samuel Menefee z Centrum Prawa Oceanicznego University of Virginia. – Problem polega na precyzyjnym ustaleniu, do kogo należy wystający z wody kawałek lądu, a tam, gdzie obok znajdują się bogate złoża, zawsze jest kilku chętnych do zawieszenia swojej flagi.

Rosjanie u brzegów

Mogą Amerykanie latać wzdłuż Krymu, przy bazach Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku, no to teraz Rosjanie polatają wzdłuż Florydy i przy największej bazie US Navy w Norfolk. Niby zasada „lustrzanego odbicia” jest powszechnie znana, to jednak Amerykanie zareagowali nerwowo i zgoła mało dyplomatycznie.

 

Prawie drugie Pearl Harbor?

7 grudnia Amerykanie obchodzili uroczyście kolejną rocznicę ataku lotnictwa pokładowego Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii na bazę Floty Pacyfiku na Hawajach w 1941. Dla USA był de facto początek II wojny światowej i jedna z największych klęsk militarnych w jego historii. Okazało się wówczas, ze nie ma baz bezpiecznych w 100 proc., a płomień wojny może zawitać na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem, w tym czasie amerykańskiej zadumy, 10 grudnia br. do Wenezueli przyleciała grupa samolotów rosyjskich WajennoKosmiczieskich Sił – w celu prowadzenia manewrów i ćwiczeń nad Morzem Karaibskim.

I nie były to zwykłe samoloty. W skład rosyjskiego zespołu weszły dwa potężne, strategiczne bombowce typu Tu-160 („Władymir Sudec” i „Nikołaj Kuzniecow”) oraz najcięższy w linii samolot transportowy na świecie typu An-124 „Rusłan”. Całość uzupełniał wiozący żołnierzy obsługi lotniczej pasażerski samolot dalekiego zasięgu Ił-62 należący do WKS.

Samoloty rosyjskie wystartowały z baz na Półwyspie Kola, przeleciały wokół Norwegii, nad Morzem Północnym opodal Wielkiej Brytanii, dalej nad Oceanem Atlantyckim, tankując w powietrzu, przyleciały do Wenezueli.

Reakcja Amerykanów była natychmiastowa i wysoce niedyplomatyczna. Media tradycyjnie rozpętały histerię, „The New York Times” informował, że na horyzoncie rosnącego napięcia między USA i Rosją, Rosjanie przebazowali bombowce z bronią jądrową na pokładzie do Wenezueli. Oprócz tradycyjnego „wyrażenia zaniepokojenia rosyjskimi działaniami” przez Pentagon, szef Departamentu Stanu Mike Pompeo na Twitterze napisał: „Rosyjski rząd wysłał bombowce na pół świata do Wenezueli. Narody Rosji i Wenezueli powinny wiedzieć, że tak właśnie jest: dwa skorumpowane rządy marnują fundusze państwowe oraz tłumią wolność i prawa swobody, podczas gdy ich obywatele cierpią”.

I gdzie tu szefowi amerykańskiej dyplomacji równać się z wiedzą i kulturą bycia ministra Siergieja Ławrowa? Wszak Panowie się jeszcze nie raz się spotkają na płaszczyźnie międzynarodowej współpracy i jak sekretarz stanu USA przywita szefa dyplomacji „skorumpowanego rządu marnującego pieniądze podatnika”? Skąd taka niedyplomatyczna wściekłość? Wyjaśnię w dalszej części

 

Rosja i Chiny wspierają chavistów

Rządy lewicowego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, następcy legendarnego charyzmatycznego Hugo Rafaela Cháveza napotykają na szereg obiektywnych problemów. Stany Zjednoczone jawnie od lat wspierają opozycję i dążą do obalenia lewicowych władz. W sierpniu 2017 prezydent Donald Trump groził Wenezueli wręcz „opcją militarną”, wywołując skandal na arenie międzynarodowej. Kraj posiadający największe złoża ropy naftowej na świecie, pogrążony jest jednak w głębokim kryzysie ekonomicznym, szaleje inflacja, poziom życia bardzo się obniżył, a przeszło 3 miliony obywateli z przyczyn ekonomicznych i politycznych represji udało się na emigrację. W Wenezueli dochodzi tu do prób puczu wojskowych, zamachów na Maduro, burzliwych wystąpień opozycji i represji wobec niej ze strony rządzących.

Sojusznikiem Maduro są jednak Chiny, które włożyły w gospodarkę wenezuelską od 42 do 48 miliardów dolarów. Prezydent Chin Xi Jinping to strategiczny przyjaciel Wenezueli, choć nie jedyny. Kilka dni temu w wenezuelską gospodarkę zainwestowała również Turcja, a prezydent Recep Erdoğan osobiście spotkał się z prezydentem Wenezueli, kreśląc plany ekonomicznego wsparcia i tureckich inwestycji. 7 grudnia Nicolás Maduro wylądował w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Po spotkaniu wenezuelski prezydent ogłosił, że podpisał z Rosją umowy inwestycyjne na wartość 5 miliardów dolarów w sektorze naftowym (które wyłoży rosyjski gigant naftowy Gazprom). Dodatkowo Rosjanie zainwestowali dodatkowo miliard dolarów w górnictwo, w szczególności w wenezuelski sektor wydobycia złota.

W cieniu rozmów liderów państw, co mało kto dostrzegł, odbyło się też spotkanie ministra obrony Wenezueli generała Vladimira Padrino Lopeza z ministrem obrony Rosji generałem Siergiejem Szojgu. Omawiano tam kwestie dostaw rosyjskiej broni. Jednak z ust Siergieja Szojgu padło znamienne stwierdzenie, że „Rosja jest zainteresowana korzystaniem przez jej lotnictwo wojskowe i okręty marynarki wojennej z wenezuelskich lotnisk i portów nad Morzem Karaibskim”. I oto już po 3 dniach rosyjskie samoloty strategiczne lądowały już na lotnisku opodal Caracas.

Co nie mniej ciekawe, Iran zadeklarował skierowanie swoich 2-3 okrętów do portów Wenezueli w ramach wsparcia Maduro, oskarżającego USA i personalnie Johna Boltona o organizację wojskowego zamachu stanu mającego na celu obalenie rządów chavistów. Mamy oto klasyczne starcie ekonomiczne o bogatą w ropę Wenezuelę pomiędzy USA a blokiem państw mniej lub bardziej „antyamerykańskich” – Chiny, Rosja, Turcja i Iran.

 

Rosyjskie „Białe łabędzie” – czym są i co mogą

Tu-160 zwane przez Rosjan z racji wyglądu i malowania „białymi łabędziami” to największe i najpotężniejsze samoloty bojowe w historii lotnictwa. Zaprojektowane i wybudowane w schyłkowym okresie ZSRR były i są postrachem USA i NATO.

Pierwotnie 19 T-160 weszło na wyposażenie 184 Gwardyjskiego Pułku Ciężkich Bombowców stacjonującego w Priłukach w Ukraińskiej Republice ZSRR.

W ramach schedy bo byłym Związku Radzieckim przypadły niepodległej Ukrainie. Amerykanie mieli cały czas owe samoloty na oku i w ramach Programu Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń (Program Nunna-Lugara, (Cooperative Threat Reduction – CTR) w latach 1998-2001 – zapłacili Ukrainie miliony dolarów, aby 9 bombowców pocięto na złom. 8 Tu-160 Ukraina w 1998 przekazała Rosji w zamian za umorzenie kilkumiliardowego długu za dostawy gazu.

Dziś te niesamowite maszyny stanowią wyposażenie 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców, stacjonującego w bazie Engels. Pułk posiada na stanie 16 szt „białych łabędzi”. W roku 2017 Rosjanie podjęli decyzję wznowienia produkcji zmodernizowanej wersji Tu-160M2 w ilości aż 50 od 2021 roku.

Tu-160 posiada 4 osobową załogę. Długość kadłuba sięga 54 metrów, a rozpiętość skrzydeł o zmiennej geometrii od 35 m, do (przy skrajnym położeniu 55 metrów). Maksymalna masa tego największego bombowca w historii świata to 275 ton. Pomimo to, rosyjski kolos wyposażony w 4 silniki turboodrzutowe NK-32, o sile ciągu 137 kN każdy, osiąga dwukrotną prędkość dźwięku tj. 2230 km/h. Amerykański odpowiednik, bombowiec strategiczny B1B tylko 1300 km/h. „Biały łabędź” według rosyjskiej nomenklatury to nosiciel rakiet (rakietonosiec). Samolot wyposażony jest w system nawigacyjno-celowniczy umożliwiający lot na bardzo małej wysokości z omijaniem przeszkód terenu. System składający się z około 100 komputerów pozwala również precyzyjnie trafiać w cele, niezależnie od pory dnia i pogody. Do zapewnienia łączności służy wielokanałowy cyfrowy kompleks łączności radiowej z elementami łączności satelitarnej. Do własnej obrony samolot używa systemu walki radioelektronicznej, umożliwiającego lokalizację pracujących stacji radiolokacyjnych oraz generowanie na ich pasmach pracy silnych zakłóceń.

W dwóch bębnowych komorach samolot przenosi 12 rakiet manewrujących wykonanych w technologii stealth, czyli o obniżonej wykrywalności przez radary typu Ch-101 (z głowicą konwencjonalną) lub Ch-102 (z głowicą jądrową o sile 250 kt lub 1 Megatony). Dla przykładu bomba atomowa zrzucona przez Amerykanów na japońskie miasto Hiroszimę, Little Boy miała moc 15 kt. Amerykańska bomba zabiła w ciągu jednego dnia ponad 100 tysięcy Japończyków, na chorobę popromienną i inne powikłania będące bezpośrednim skutkiem wybuchu zmarło w ciągu kilku kolejnych lat dodatkowo około 65 tysięcy ludzi. Wyliczono po latach, że bomba ta uśmierciła 54 proc. populacji Hiroszimy, nie licząc osób poranionych zarówno fizycznie, jak i psychicznie, którzy mimo wszystko przeżyli. Wielu Japończyków straciło wzrok, kończyny, utraciło najbliższych, nie licząc również wielu przypadków śmierci zmutowanych płodów ludzkich i noworodków, jako późniejszych, daleko idących następstw wybuchu. Można sobie tylko wyobrazić co może zrobić rosyjska rakieta, skoro jej głowica jest 50 razy mocniejsza, trafiając np. w Boston. Każdy z dwóch rosyjskich bombowców jakie dziś bazują w Wenezueli może unicestwić po 12 celów. Dwa samoloty lecące z dwukrotną prędkością dźwięku w wciągu kilku minut znajdą się gdzieś nad bezkresem Oceanu Atlantyckiego i z odległości 5500 km, bo taki zasięg mają Ch-102, mogą odpalić, prawie niewykrywalne przez radary 24 rakiety mknące tuż nad powierzchnia wody z prędkością 270 m/s. Gdyby się to udało, jest to wyrok śmierci dla 20 miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i około 50 milionów zamieszkujących je mieszkańców. Boston, Waszyngton, Nowy York, Norfok, Filadelfia, Baltimor itd. Zamieniłyby się w kupę radioaktywnych płonących gruzów.

Apokaliptyczny scenariusz. Co z niego wynika? Otóż tym posunięciem Rosjanie przypomnieli Amerykanom, że dysponują realnymi narzędziami zagrażającymi samemu terytorium USA.
Jest to swoisty rewanż, za amerykańskie manewry lotnicze na Ukrainie. Do tej pory to amerykańskie samoloty wojskowe patrolowały obszar przyległy do Okręgu Kaliningradzkiego, startując np. z baz w Polsce. Patrolowały wybrzeże rosyjskie na Morzu Czarnym startując z baz w Rumunii czy we Włoszech (Sigonella). Niemal każdego dnia samoloty szpiegowskie RC-135, zwiadowcze Boeing P-8A Poseidon należące do US Navy czy strategiczny dron rozpoznawczy „Global Hawak” krążą wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, wokół Krymu i na wysokości baz Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku. Rosjanie jedynie co mogli, to rozbudowywać wzdłuż wybrzeża siły OPL, rozmieszczając kolejne kosztowne jednostki wyposażone w przeciwlotnicze systemy rakietowe S-300 WM „Antiej-2500” i S-400 „Triumf”.

Teraz wydatki poniesie podatnik amerykański. Amerykanie będą musieli doposażyć i odnowić zasady użycia własnych myśliwców bazujących na lotniskach znajdujących się terytorium macierzystym uwzględniając możliwości bojowe bombowców Tu-160 i rakiet Ch-102. Jedynym antidotum, a i tu o ograniczonym zakresie, pozwalającym na relatywnie wczesne wykrycie rakiet manewrujących są latające radary czyli słynne E-3 Sentry AWACS. Póki Rosjanie będą w „gościnie” na terytorium Wenezueli, jeden taki samolot wskazane, aby był w powietrzu. Muszą zatem Amerykanie na przyszłość mieć odpowiednią ich liczbę na terenie USA. Skoro będą tam, to będzie ich mniej nad Morzem Śródziemnym, Morzem Czarnym, czy nad Europą Wschodnią czy Syrią. Amerykanie muszą też pomyśleć o utworzeniu strefowej, nowoczesnej obrony przeciwlotniczej składającej się z systemu radarów i rakiet przeciwlotniczych. Tak oto Rosjanie „przebili piłkę na drugą stronę boiska”. Do tej pory to Moskwa „łatała” własne granice i uszczelniała OPL, teraz czeka to Amerykanów.

Ma Tu-160 i swój mankament, jakim jest spore echo radarowe – świeci na radarach jak przysłowiowa stodoła, ale rosyjski samolot nie jest bombowcem, nie musi nadlecieć nad cel, lecz pędzi z dwukrotną prędkością dźwięku, a do celu wysyła manewrujące trudno wykrywalne przez radary rakiety manewrujące o zasięgu 5500 km. Rosjanie przećwiczyli tego typu operacje kilkukrotnie w Syrii, gdy startujące z baz pod Murmańskiem Tu-160, lecąc wokół Norwegii, Wielkiej Brytanii, wlatywały na Morze Śródziemne przez Cieśninę Gibraltarską i odpalały Ch-101, które z „chirurgiczną precyzją” celnością do 10 metrów niszczyły cele terrorystów na terenie Syrii.

 

Asymetryczna odpowiedź – „aerodromy padskoka”?

Oczywiście nikt nie mówi o budowie stałej rosyjskiej bazy lotniczej w Wenezueli, co wiązałoby się z wielkimi kosztami i utrzymaniem tam licznego komponentu lotniczego pozwalającego skutecznie bazę ochronić. Z wojskowego i ekonomicznego punktu widzenia jest to niecelowe bo bardzo kosztowne. Nikt jednak nie powiedział, że Rosjanie nie stworzą w ramach „asymetrycznej odpowiedzi” na wyjście USA z traktatu RSMD (traktat o likwidacji rakiet średniego i krótkiego zasięgu), budową na terenie Wenezueli, Nikaragui i Kuby tzw. „aerodromów padskoka”., czyli odpowiednio doposażonych lotnisk, ze szkieletową obsługą i odpowiednio zaopatrzonymi magazynami, na których w każdej chwili mogą wylądować i zostać przygotowane do dalszego lotu samoloty Dalnoj Awiacji Wazduszno-Kosmieczieskich Sił. 12 grudnia rosyjskie Tu-160, latając przeszło 10 godzin nad Morzem Karaibskim, ćwiczyły wspólne loty i procedury w eskorcie wenezuelskich Su-30 i F-16.

Tak więc osłonę myśliwską zapewnią Rosjanom lokalni sojusznicy.

Równolegle z przebazowaniem rosyjskich bombowców Tu-160 do Wenezueli, na nieodległej Kubie przebywał szef rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin. Odbył tam spotkania na najwyższym szczeblu w tym z Raúlem Castro i przewodniczącym rady państwa Miguelem Díaz-Canelem . Rosjanie prawdopodobnie przygotowują tam jakiś poważny projekt. Szykowana jest też w 2019 wizyta prezydenta Władimira Putina na Kubie, podczas której mają być podpisane ważne umowy.

 

Co dalej?

W 2001 roku Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush jednostronnie wypowiedział traktat ABM o zakazie broni antybalistycznej. Zawarty w 1972 r. pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim traktat zabraniał budowy broni i systemów chroniących przed rakietami balistycznymi. Miało to zapobiec naruszeniu równowagi sił między supermocarstwami. Układ ten, jak twierdzili Amerykanie, uniemożliwiał im budowę ogólnokrajowego systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić USA przed atakiem ze strony tzw. państw nieprzewidywalnych – Korei Północnej czy Iranu. Prezydent Rosji Władimir Putin ostrzegał, że narusza to strategiczny balans między USA i Rosją co doprowadzi to wyścigu zbrojeń. Putin mówił też, że Rosja będzie musiała odpowiedzieć na działania USA i zrobi to w sposób „asymetryczny”. W obliczu zacofania technologicznego, wielkiego kryzysu finansowego i ogólnego upadku w jakim było państwo rosyjskie w latach 90 tych XX w., czyli w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, Waszyngton uznał słowa Putina za blef. Wojskowi stratedzy USA twierdzili, że współczesna Rosja nie jest wstanie wybudować i sfinansować budowy odpowiednika amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Sytuacja taka pozwoli zatem na wyjście Stanów Zjednoczonych na niekwestionowaną pozycję globalnego supermocarstwa i osiągniecie bezdyskusyjnej przewagi militarnej nad Rosją, czyniąc jej potencjał nuklearny bezużytecznym. Mylili się – w 2018 roku Rosjanie odpowiedzieli „asymetrycznie” na budowę amerykańskie „tarczy antyrakietowej” w tym jej elementy w Polsce i Rumunii systemami ofensywnymi zdolnymi ją przełamać. To co zaprezentowali Rosjanie to prawdziwa rewolucja techniczna. Pokazano systemy rakiet hiperdźwiękowych, „Kindżał” czy manewrujące moduły nuklearne „Awangard” Od istniejących rodzajów sprzętu bojowego „Awangard” wyróżnia się zdolnością do latania w gęstych warstwach atmosfery na międzykontynentalnych odległościach z hiperdźwiękową prędkością przekraczającą liczbę Macha ponad 20 razy. Podczas ruchu do celu głowica wykonuje głębokie manewrowanie – zarówno poprzeczne, jak i pionowe. To sprawia, że jest odporna na wszelkie środki obrony powietrznej i obrony przeciwrakietowej”.

Należy się zatem spodziewać, że po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu z drugiego traktatu ograniczającego zbrojenia nuklearne jakim jest traktat RSMD, Rosjanie nie rzucają słów na wiatr. Odpowiedzą „asymetrycznie” i owe lotniska „padskoka” nad Morzem Karaibskim to jedna z opcji. Tak czy inaczej, Amerykanie muszą wydać niebawem kolosalne pieniądze na modernizację i rozbudowę obrony przeciwlotniczej terytorium macierzystego, bo wizyty „białych łabędzi” nad Morzem Karaibskim mogą stać się częstsze. Rosjanie wznowili bowiem w 2017 roku ich produkcję w wersji zmodernizowanej (Tu-160M2) w wielkich Zakładach KAPO im. S.P. Gorbunowa w Kazaniu (należące do koncernu OAO Tupolew) a pierwszy samolot przedseryjny już wyprodukowano.

Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Koniec pewnej przyjaźni

Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę o zakończeniu działania Porozumienia o Przyjaźni miedzy Ukrainą i Rosją, podpisanego w maju 1997 roku.

 

Porozumienie, zgodnie z przyjętą ustawą (niepodpisana jeszcze przez prezydenta Poroszenkę, który jest autorem projektu, wniesionego pod obrady parlamentu 3 grudnia br.) przestanie obowiązywać 1 kwietnia 2019 roku. „Za” głosowało 227 deputowanych (Rada liczy 450 posłów), „przeciw” wystąpili deputowani Bloku Opozycyjnego.

Do dalszego pogorszenia relacji miedzy oboma skonfliktowanymi krajami doszło po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej, kiedy Rosja przejęła trzy okręty Marynarki Wojennej Ukrainy, które, zdaniem strony rosyjskiej, naruszyły jej wody terytorialne. Według Kijowa okręty znajdowały się na wodach międzynarodowych.

Zakończenie obowiązywania Porozumienia oznacza, że Ukraina nie będzie zobowiązana do m.in. dostosowywania obowiązującego prawa do wymogów dokumentu, zgodnie z art. 70 Konwencji Wiedeńskiej o prawie międzynarodowych porozumień. Oznacza to też, jak wskazują eksperci, początek procesu usuwania z porządku prawnego Ukrainy wszelkich innych bilateralnych porozumień miedzy tymi dwoma sąsiadującymi krajami. Jak zapowiedział minister spraw zagranicznych Ukrainy, Pawło Klimkin, rząd ukraiński rzeczywiście ma zamiar wypowiedzieć około 40 podobnych dokumentów o wzajemnej, ukraińsko-rosyjskiej współpracy.

„Według stanu na dzisiaj, brak jest cech wskazujących na dążenie Rosyjskiej Federacji, by usunąć naruszenia prawa i naprawić szkody uczynione ich nieprawnymi działaniami” – czytamy w uzasadnieniu Rady Najwyższej przyjętej ustawy.

– To populistyczne kroki – powiedział Kazbek Taisajew, członek komitetu rosyjskiej Dumy Państwowej do spraw krajów b. ZSRR – Wszystko związane jest z wyborami [prezydenckimi na Ukrainie – przyp. Red.] Rosja z Ukrainą nigdy nie walczyła i walczyć nie będzie.

W Rosji przebywa obecnie około 3 milionów obywateli Ukrainy, którzy tutaj pracują, a wysyłane przez nich do kraju pieniądze stanowią znaczącą część ukraińskiego budżetu. Utrudnienie wzajemnego przepływu siły roboczej, pieniędzy i kontaktów międzyludzkich będzie ogromnym utrudnieniem przede wszystkim dla strony ukraińskiej.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.