Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Koniec pewnej przyjaźni

Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę o zakończeniu działania Porozumienia o Przyjaźni miedzy Ukrainą i Rosją, podpisanego w maju 1997 roku.

 

Porozumienie, zgodnie z przyjętą ustawą (niepodpisana jeszcze przez prezydenta Poroszenkę, który jest autorem projektu, wniesionego pod obrady parlamentu 3 grudnia br.) przestanie obowiązywać 1 kwietnia 2019 roku. „Za” głosowało 227 deputowanych (Rada liczy 450 posłów), „przeciw” wystąpili deputowani Bloku Opozycyjnego.

Do dalszego pogorszenia relacji miedzy oboma skonfliktowanymi krajami doszło po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej, kiedy Rosja przejęła trzy okręty Marynarki Wojennej Ukrainy, które, zdaniem strony rosyjskiej, naruszyły jej wody terytorialne. Według Kijowa okręty znajdowały się na wodach międzynarodowych.

Zakończenie obowiązywania Porozumienia oznacza, że Ukraina nie będzie zobowiązana do m.in. dostosowywania obowiązującego prawa do wymogów dokumentu, zgodnie z art. 70 Konwencji Wiedeńskiej o prawie międzynarodowych porozumień. Oznacza to też, jak wskazują eksperci, początek procesu usuwania z porządku prawnego Ukrainy wszelkich innych bilateralnych porozumień miedzy tymi dwoma sąsiadującymi krajami. Jak zapowiedział minister spraw zagranicznych Ukrainy, Pawło Klimkin, rząd ukraiński rzeczywiście ma zamiar wypowiedzieć około 40 podobnych dokumentów o wzajemnej, ukraińsko-rosyjskiej współpracy.

„Według stanu na dzisiaj, brak jest cech wskazujących na dążenie Rosyjskiej Federacji, by usunąć naruszenia prawa i naprawić szkody uczynione ich nieprawnymi działaniami” – czytamy w uzasadnieniu Rady Najwyższej przyjętej ustawy.

– To populistyczne kroki – powiedział Kazbek Taisajew, członek komitetu rosyjskiej Dumy Państwowej do spraw krajów b. ZSRR – Wszystko związane jest z wyborami [prezydenckimi na Ukrainie – przyp. Red.] Rosja z Ukrainą nigdy nie walczyła i walczyć nie będzie.

W Rosji przebywa obecnie około 3 milionów obywateli Ukrainy, którzy tutaj pracują, a wysyłane przez nich do kraju pieniądze stanowią znaczącą część ukraińskiego budżetu. Utrudnienie wzajemnego przepływu siły roboczej, pieniędzy i kontaktów międzyludzkich będzie ogromnym utrudnieniem przede wszystkim dla strony ukraińskiej.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.

Putin Sprzyja Ludowcom

Obserwując reakcję głównych aktorów tzw. polskiej sceny politycznej na której rozgrywa się coś na podobieństwo kabaretu, farsy czy dosyć taniej tragikomedii warto zacytować fragment przemówienia  jakie na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. wygłosił I sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Aleksiej Kiriczenko.

 

Odnosząc się do współzawodnictwa pomiędzy dwoma kołchozami powiedział co następuje: „Współzawodniczą ze sobą dwa kołchozy (…) Obydwa zakończyły rok ze złymi wynikami. Żaden z nich nie tylko nie wykonał zobowiązań lecz nawet nie wykonał planów, nie mniej jednak ten, kto ma lepsze wskaźniki „pasowany” jest na zwycięzcę (…). Z tego wynika, że sprawa została przegrana a mimo to jest zwycięzca.”
Słowa Kiriczenki wywołały śmiech wśród delegatów zjazdu. W Polsce nikt się nie śmieje, co świadczyć może o tym, że polskie elity polityczne mają mniejsze poczucie humoru od radzieckich komunistów. A można by się zdrowo pośmiać z tego, że zarówno PiS, jak i Koalicja Obywatelska chełpiły się swoim zwycięstwem w wyborach samorządowych. PiSowcy argumentowali to najlepszym w skali kraju wynikiem natomiast obywatelscy koalicjanci wskazywali na wygraną w dużych miastach. Co więcej, w wyniku powyborczych układanek okazuje się, że w niektórych województwach to przegrani otrzymują władzę a wygrani przechodzą do opozycji. W Katowicach wystarczył jeden mały transferek, aby PiS uzyskała większość w wojewódzkim sejmiku wbrew wynikowi wyborów. Odwrotna sytuacja miała miejsce w województwie podlaskim, gdzie PiS utracił większość ledwo po wyborach w wyniku politycznych przepychanek.
Prorocze słowa radzieckiego, komunisty są niczym w porównaniu z wrażą robotą jaką Kreml odbębnił wobec polskich wyborów samorządowych. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że Polskie Stronnictwo Ludowe osiągnęło stosunkowo dobry wynik w wyborach samorządowych dlatego, że ma tradycyjne poparcie na wsiach i w małych miejscowościach, to się grubo myli. PSL dlatego uzyskało te kilkanaście procent, ponieważ taka była wola Moskwy. Takie wnioski nasuwają się na podstawie publikacji zamieszczonej na stronie internetowej jak zwykle dobrze poinformowanego, przynajmniej we własnym mniemaniu, tabloidu „Fakt”. Tenże „Fakt” już na 11 dni przed wyborami zamieścił publikację pt. „Putin zamiesza w wyborach w Polsce?” wskazującą na niebezpieczeństwo rosyjskiej ingerencji „biorąc pod uwagę tylko ostatnią aktywność agentów Kremla.” Przytacza też przykłady mające być dowodem na to, że owa ostatnia aktywność moskiewskiej agentury miała wpływ na wynik wyborów w dwóch krajach europejskich.
Przykład pierwszy: Łotwa. Tam wybory wygrywa prorosyjska partia Zgoda. A dlaczego wygrywa? „Fakt” ma na to gotową odpowiedź. Otóż dlatego, że na jednym z portali społecznościowych puszczono hymn Rosji, pokazano fotografie Kremla i Putina tudzież rosyjską flagę. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby domniemywać, iż tych około 20 procent łotewskich wyborców obejrzało sobie ten spot i pod jego wpływem zagłosowało tak a nie inaczej. Jednak co ciekawsze, Zgoda wygrała wybory parlamentarne już po raz drugi. Poza tym rządzi w stolicy a założyciel partii Nils Ušakovs jest tam merem. Te jednak fakty pozostają poza zasięgiem analitycznych możliwości poznawczych „Faktu”.
Przykład drugi: Bośnia. W stanowiącej część Bośni i Hercegowiny Republice Serbskiej po raz kolejny wygrywa optujący za integracją z Serbią i jednocześnie antynatowski i prorosyjski Związek Niezależnych Socjaldemokratów. Partia ta wygrała nie tylko wybory do miejscowego parlamentu, lecz także prezydenckie a jej przywódca Milorad Dodik zdobył mandat przedstawiciela Republiki Serbskiej w trzyosobowym prezydium będącym kolektywną głową państwa w Bośni i Hercegowinie. I tu znów „Fakt” widzi rękę Moskwy. Zauważa, że przed wyborami do Sarajewa zawitał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow co już samo w sobie ma być dowodem na wpływanie na rezultat wyborów. Gdyby jednak tak choćby trochę głębiej zanurzyć w bośniacką specyfikę, to łatwo można zauważyć, że w tym sztucznie podzielonym na jednostki etniczne państwie w wyborach górują ugrupowania nacjonalistyczne – obojętnie czy dotyczy to ludności serbskiej, bośniackiej czy chorwackiej. I do tego nie jest potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Natomiast doszukiwanie się wszędzie tam, gdzie zwycięża jakaś siła prorosyjska czy też tylko Rosji sprzyjająca jest wyrazem gloryfikacji Rosji jako wszechwładnego demiurga ustawiającego sobie świat wedle własnego życzenia. Nasuwa się tu nieodparta analogia z antysemitami, którzy twierdząc, że to Żydzi rządzą światem tym samym uznają ich za najpotężniejszy naród na świecie czym przebijają nawet najbardziej zagorzałych syjonistów.
Skoro Rosja tak skutecznie ingeruje w wybory w innych państwach, to dlaczegóż nie miałaby w Polsce? A co to my gorsi? Kierując się logiką „Faktu” należałoby dojść do wniosku, że wybory wójta Wąchocka czy też burmistrza Głubczyc są dla Moskwy równie ważne, jak to czy Trump ma zostać prezydentem USA. Być może jednak na Kremlu postrzegają Polskę w nieco szerszej skali. Rosyjscy analitycy zapewne długo główkowali nad tym kogo by w tej Polsce wesprzeć. Może PiS, boć to partia kryptoantynijna podobnie jak, tak przynajmniej twierdzą polscy eksperci, Rosja? Dawaj, damy im te nieco ponad 30 procent. A może by tak poprzeć Koalicję Obywatelską, skoro jest taka prorynkowa i nie będzie polonizować stacji benzynowych naszego Lukoila? Damy im trochę mniej wszak polexit jest ważniejszy od Lukoila. Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że zdecydowano się na plan pod kryptonimem Putin Sprzyja Ludowcom i postawiono na PSL jako stosunkowo najmniej antyrosyjską spośród partii parlamentarnych. Oczywiście zrobiono to w sposób tak utajniony, że nie wiedzieli o tym ani wyborcy, ani PKW ani nawet kierownictwo PSL. Powyższe wnioski ocierają się o granicę idiotyzmu. Czy jednak mogą być inne skoro wyprowadzane są wprost z paranoicznych przesłanek?

Prowokacja kerczeńska

Upłynął tydzień od wydarzeń jakie miały miejsce na Morzu Czarnym u wejścia do Cieśniny Kerczeńskiej. Poznaliśmy wiele nowych faktów, dowodów i towarzyszących im okoliczności, co pozwala spojrzeć na wydarzenia z 25 listopada chłodnym okiem i przeanalizować wydarzenia w sposób wolny od histerycznej antyrosyjskiej propagandy, jaką rozpętały aktualne władze Ukrainy. Owe pojedyncze bezsporne fakty, są niczym litery. Litery te układają się w słowa, słowa te zaś tworzą odpowiedź na pytanie: co tam się wydarzyło? Brzmi ona – cyniczna zaplanowana, ukraińska prowokacja.

 

O 4:40 w dniu 24 listopada 2018 roku (sobota), w wyłącznej strefie ekonomicznej Federacji Rosyjskiej, w odległości 28-30 mil na południowy wschód od Przylądka Meganom na Krymie, radiolokacyjne i lotnicze środki rozpoznawcze Federalnej Służby Bezpieczeństwa Republiki Krymu wykryły i zidentyfikowały okręty ukraińskiej marynarki wojennej. Zwiad lotniczy potwierdził, że zespół okrętów ukraińskich składa się z dwóch jednostek. Były to: stary, wybudowany jeszcze w 1965 poradziecki transportowiec o ładowności 2100 ton, służący marynarce Ukrainy jako statek wsparcia „Gorłówka” (pokładowy numer U – 753) i niewiele młodszy zbudowany w 1974 holownik redowy „Jany Kapu” (numer burtowy) A-947, które podążały na północny wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej.

O 21:30 po zbliżeniu się owej grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, patrolowy kuter rosyjskiej Straży Granicznej FSB „Sobol” poinformował Ukraińców o procedurze przekraczania granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i zasadach nawigacji na kanale Kercz-Jenikalski. „Sobol” to wybudowany w 2006 szybki, bo rozwijający prędkość do 50 węzłów, niewielki kuter o wyporności 57 ton z 6 osobową załogą. Procedura o jakiej poinformowali Rosjanie Ukraińców, była tożsama z tą jaką wypełnił 23 września br zespół okrętów marynarki wojennej Ukrainy, który przepłynął Cieśninę Kerczeńską płynąc pod słynnym rosyjskim Mostem Kerczeńskim. Wówczas ukraiński okręt poszukiwawczo-ratunkowy „Donbass” przeszedł tę trasę płynąc do Berdiańska, wzmacniając tym samym infrastrukturę floty ukraińskiej na Morzu Azowskim, a towarzyszył mu holownik „Koriec”. Do najmniejszego incydentu nie doszło.
Zgodnie z ową procedurą należy złożyć wniosek do administracji morskiej portu w Kerczu 48 godzin przed wejściem cieśniny. Do 24 godzin czeka się na rozpatrzenie wniosku, potwierdzenie zgody na rejs torem wodnym przez Ciesninę Kerczeńską następuje do 4 godzin od otrzymania zgody. Taka procedura, trudnym do nawigacji torem wodnym prowadzącym z Morza Czarnego na Morze Azowskie ustalona była pomiędzy Rosją a Ukrainą do roku 2014 , czyli do czasu przyłączenia Krymu przez Rosję.

 

Okręty ukraińskiej marynarki wojennej nie złożyły tym razem wymaganych wniosków.

Ponadto, rosyjscy pogranicznicy otrzymali odpowiedź od dowódców okrętów ukraińskich, że nie planują przekroczenia granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i przejścia przez Cieśninę Kerczeńską.

O 22:23 kuter patrolowy FSB PSK-302 „Sobol” poinformował grupę okrętów ukraińskiej marynarki wojennej o zamknięciu obszaru na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej w części podejścia do Cieśniny Kerczeńskiej od Morza Czarnego. Grupa ukraińskich okrętów manewrowała na południowy zachód od wód Rosji w odległości 6-7 mil od granicy państwowej, na trawersie Cieśniny Kerczeńskiej.

O 02:05 w niedziele 25 listopada br , patrolowy okręt straży granicznej FSB „Izumrud” zajmujący pozycję na wodach rosyjskich o współrzędnych W = 44°50’, D = 36°29’ wykrył radarem opancerzone kutry artyleryjskie Ukrainy – „Nikopol” i „Berdiańsk”, kierujące się na wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej. „Izumrud” to rosyjski okręt patrolowy wybudowany w 2012 roku o wyporności 630 ton, posiadający 24 osobową załogę i rozwijający prędkość do 30 węzłów. Okręt ma na wyposażeniu lekki śmigłowiec Ka-226 i uzbrojony jest w dwa wielkokalibrowe karabiny maszynowe „Kord” kalibru 12,7 mm i sześciolufowe działko przeciwlotnicze o kalibrze 30 mm AK-630.

O 3:45 rano opancerzone kutry artyleryjskie „Nikopol” i „Berdiańsk” zbliżyły się do obszaru, na którym znajdowały się okręty ukraińskiej marynarki wojennej: czyli statek zaopatrzeniowy „Gorłowka” i holownik morski „Jany Kapu”. Do godziny 05.30 prowadzono tankowanie obu kutrów ze statku pomocniczego „Gorłowka”. Warto tu przybliżyć co to były za okręty. Z uwagi na fakt, że ukraińska marynarka jest w fatalnym stanie, a na skutek aneksji przez Rosję Krymu w 2014 roku straciła wiele okrętów, postanowiono szybko wybudować małe jednostki. Stocznie ukraińskie oddały marynarce wojennej w ostatnich dwóch latach opancerzone kutry artyleryjskie typu „Groza”. Jednostka rozwija prędkość do 23 węzłów, ma wyporność 54 ton, załoga składa się z 5 marynarzy, a uzbrojenie z dwóch działek 30 mm „Katran-M”. Oba kutry artyleryjskie należały to typu „Groza”, były zatem okrętami bardzo nowymi, dodatkowo obsadzonymi przez młode załogi – żaden z marynarzy nie miał powyżej 30 lat.

Dowódcy słynęli z fanatycznych antyrosyjskich wypowiedzi publikowanych w mediach społecznościowych, jeden z nich był tam wręcz swego rodzaju „gwiazdą”. Wielokrotnie obiecywał stosowanie nowej taktyki „wilczej watahy” i zatopienie okrętów rosyjskich.

Po zatrzymaniu ukraińskich okrętów, wyszło na jaw , że na ich pokładzie byli nie tylko marynarze. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przyznała, że ​​wśród członków załogi byli oficerowie SBU. Co oni tam robili i co mogli powiedzieć rosyjskim służbom specjalnym, nie wiadomo. Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Wasilij Gritsak również potwierdził, że funkcjonariusze służby kontrwywiadu wojskowego SBU znajdowali się na okrętach: „Funkcjonariusze ukraińskich służb specjalnych wykonali oficjalne zadania wsparcia kontrwywiadowczego jednostki ukraińskiej marynarki wojennej”.

Rosyjskie media opublikowały wideo z przesłuchania przez śledczych FSB pracownika Głównego Zarządu Kontrwywiadu Wojskowego, departament kontrwywiadu SBU, starszego porucznika Andrieja Dracha, który był na pokładzie kutra artyleryjskiego „Nikopol”. W sumie w ukraińskim konwoju, jaki się dostał do rosyjskiej niewoli było dwóch funkcjonariuszy SBU: 27-letni Andrej Drach i 27-letni Wasilij Soroka – jeden z trzech lekko rannych na kutrze artyleryjskim „Berdiańsk”

Mniej lub bardziej wytłumaczalna jest rola w konwoju kapitana III rangi Władimira Lesowowa, dowódcy 8-go dywizjonu sił ochrony i wsparcia strefy „Południe” z siedzibą w bazie morskiej Nikołajew. To ten oficer ukraiński najprawdopodobniej był dowódcą operacji i dlatego był na holowniku „Jany Kapu”, przewyższając stopień dowódcy holownika, dowódcy pierwszego stopnia Olega Melniczuka. Kutrem artyleryjskim „Berdiańsk” dowodził kapitan 2 rangi Denis Gritsenko, urodzony w 1984 roku i był on najstarszym rangą i wiekiem oficerem w całym konwoju. Na kutrze artyleryjskim „Nikopol” dowodzonym przez porucznika Bogdana Nebelica, oprócz oficera bezpieki Andrieja Dracha z jakiegoś powodu obecny był jeszcze jeden oficer – porucznik Siergiej Popow, którego rola jest nieznana. Tak czy inaczej okręty obsadzone były przez bardzo młodych marynarzy i oficerów pilnowanych przez oficerów bezpieki, co po doświadczeniach na Krymie gdy kadra oficerska i marynarze masowo przechodzili na stronę rosyjską, miało być gwarantem wykonania antyrosyjskiej prowokacji.

 

Wróćmy jednak do sytuacji na morzu.

O 05:35 kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”) zgłosił się do punktu obserwacji technicznej (latarnia Takil) informując o planowanym przejściu okrętów ukraińskiej marynarki wojennej (holownik „Jany Kapu” (znak wywoławczy „Desna-947”), kuter artyleryjski „Nikopol” (znak wywoławczy „Szchuna-176”), kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”)) do portu w Berdiańsku. Przejście przez Cieśnę Kerczeńską o godzinie 06:00 czasu kijowskiego.

O 05:45 dowódca rosyjskiego PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra artyleryjskiego „Berdiańsk”: „W celu realizacji prawa Federacji Rosyjskiej, jako państwa nadbrzeżnego, do zapewnienia bezpieczeństwa w przestrzeni morskiej zgodnie z przepisami z 31 lipca 1998 r. tymczasowe przejście przez Terytorium Morskie Federacji Rosyjskiej na danym obszarze (współrzędne) zostaje czasowo zawieszone, o czym wcześniej Państwa powiadomiliśmy. Zalecamy, aby nie przekraczać granicy morskiej Federacji Rosyjskiej , dopóki ograniczenia nie zostaną zniesione i nie zostaną spełnione obowiązkowe wymogi prawne w porcie Kercz”.

O godz. 5:50 otrzymano informację od dowódcy „Berdiańska”: „Zgodnie z postanowieniami Traktatu między Federacją Rosyjską a Ukrainą O współpracy w korzystaniu z Morza Azowskiego i Cieśninie Kerczeńskiej z 24 grudnia 2003 r. Mamy prawo do wolności żeglugi”.

O 06:30 dowódca PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra „Berdiańsk”, że w kanale Kercz-Jenikalia obowiązuje procedura permisywna w celu zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi i została przeprowadzona zgodnie z zatwierdzonym planem przez kapitanat portu Kercz. Zreferował zasady prawne przejścia opisane wyżej. Te wymagania nie były spełnione przez stronę ukraińską, stąd Rosjanin powiadomił, że po kanale-torze wodnym Kercz-Jenikański zabronione jest pływanie okrętom ukraińskiej marynarki wojennej . Powołano się na pkt 20, 38 uchwały portu Kercz zatwierdzonej przez Ministerstwo Transportu Rosji z dnia 21 października 2015 r. nr 313. Czyli na przepisy przyjęte po aneksji Krymu. Jednak grupa okrętów ukraińskich zignorowała tę informację i kontynuowała podążanie w kierunku morza terytorialnego Federacji Rosyjskiej.

O 07:10 we współrzędnych W = 44°52’, D = 36°31’ ukraińskie okręty przekroczyły linię granicę państwową Rosji, a następnie płynęły przez Cieśniny Kerczeńskie. Według Rosjan stanowiło to naruszenie ust. 3, art. 25 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r klauzula 2 oraz artykułu 12 ustawy federalnej z 31 lipca 1998 r. O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przylegającej strefie Federacji Rosyjskiej.

O 07:20 Okręty Rosyjskiej Służby Granicznej FSB „Don” i „Izumrud” otrzymały rozkaz od dowództwa podjęcia środków w celu zapobieżenia przejściu kanału okrętom ukraińskim na trasie Kercz-Jenikalski.

Rosyjskie jednostki to okręty projektu 22460 „Myśliwy”, wyporność 630 ton, prędkość 30 węzłów uzbrojone w jedno działko przeciwlotnicze sześciolufowe 30 mm AK-630. Rosyjskie dowództwo poprosiło też o wsparcie Flotę Czarnomorską, która skierowała tu mały okręt zwalczania okrętów podwodnych „Suzdalec” o wyporności 1200 ton, z załogą 89 marynarzy uzbrojony między innymi tak w działko 30 mm AK-630 , jak również w działo morskie 76 mm AK-176 , rozwijający prędkość 32 węzłów.

 

Co istotne, Ukraińcy wpłynęli na 12 mil na wody rosyjskie, będące rosyjskimi przed rokiem 2014, czyli przyłączeniem Krymu.

Rosjanie nadali do okrętów ukraińskich komunikat drogą radiową. Zażądali, aby natychmiast opuściły wody terytorialne Federacji Rosyjskiej (zgodnie z art. 30 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 roku). Żądanie to przez okręty ukraińskiej marynarki wojennej zostało zignorowane.

O godzinie 08:35 okręty ukraińskie zostały postawione w stan gotowości bojowej: zaczęły pracować stanowiska artyleryjskie, lufy artylerii w wieżach działowych podniesiono pod kątem 45 stopni i skierowano w stronę okrętów i kutrów rosyjskich co stanowi naruszenie Art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r. Strona rosyjska poinformowała okręty ukraińskie, że w dowództwie okrętów Federacji Rosyjskiej groźba użycia broni zostanie uznana za naruszenie prawa międzynarodowego i prawa Federacji Rosyjskiej.

Od 10:35 rozpoczęły się próby blokowania ukraińskich okrętów. Rosyjski okręt pograniczny FSB „Don” staranował dwukrotnie ukraiński holownik „Jany Kapu” uszkadzając mu silniki. W tym czasie pod głównym łukiem Mostu Kerczeńskiego Rosjanie w poprzek ustawili tankowiec blokując ruch w obie strony. Z przechwyconych i udostępnionych transmisji radiowych dowódcy ukraińscy ok. 10:40 meldowali do bazy w Oczakowie sytuację proponując porzucenie uszkodzonego holownika i przedarcie się kutrów artyleryjskich z maksymalna prędkością z wód rosyjskich. Po podejściu rosyjskich okrętów pogranicza „Sobol” i „Mangusta” oraz okrętu Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” obie strony prowadziły manewrowanie, które zakończyło się całkowitym zablokowaniem okrętów ukraińskich. Załogi ukraińskich okrętów zaległy w dryfie, Rosjanie również dryfowali wokół. W rejonie Mostu Kerczeńskiego Rosjanie skierowali latający na niskich wysokościach patrol dwóch śmigłowców szturmowych Ka-52, dwóch samolotów szturmowych Su-25SM, a w przestrzeń powietrzną powyżej parę myśliwców przewagi powietrznej Su-30 należących do lotnictwa Floty Czarnomorskiej . W tym czasie Rosjanie szybkimi kutrami dostarczyli na pokłady okrętów FSB żołnierzy Specnazu – specjalnej jednostki komandosów morskich. Według strony ukraińskiej miało dojść do odpalenia dwóch rakiet ze śmigłowców Ka-52 w kierunku okrętów ukraińskich, ale brak potwierdzenia tej informacji.

O 18:30 grupa okrętów ukraińskich w celach przerwania blokady i obawy przed atakiem rosyjskich sił specjalnych ruszyła z dryfu i rozpoczęła kurs 200 stopni, w celu szybkiego wyjścia z wód terytorialnych Rosji. Prędkość kutrów artyleryjskich bliska była maksymalnej tj. ok. 20 węzłów, uszkodzony holownik „Jany Kapu” rozwijał 8 węzłów. Rosyjskie okręty straży granicznej FSB „Don” i „Izumrud” rozpoczęły pościg i żądały ich zatrzymania się zgodnie art., 30 Konwencji ONZ o prawie morza z 1982 r.

W czasie od 19.00 do 20.40 okręty rosyjskie „Don” i „Izumrud” kontynuowały ściganie grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej. Rosjanie komunikując się radiowo na kanale 16 pasma VHF, wysyłając sygnały świetlne i pirotechniczne wzywały Ukraińców do zatrzymania się. Grupa ukraińskich okrętów nie reagowała na rosyjskie komunikaty. Stanowiło to naruszenie rosyjskich przepisów o „O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przyległej strefie Federacji Rosyjskiej” z dnia 1 kwietnia 1993 r. i o „Granicy państwowej Federacji Rosyjskiej”. Pogranicznicy FSB tym samym mieli pełną podstawę prawną do użycia środków przymusu w celu zatrzymania intruzów. Tak jest na całym świecie.

O 20:42 rosyjski okręt straży granicznej „Izumrud” ostrzegł grupę statków ukraińskiej marynarki wojennej, że przystąpi do strzelania zapobiegawczego, w przypadku dalszego ignorowania sygnałów i wymagań dotyczących zatrzymania. Rosjanie działali zgodnie z Dekretem Rządu Federacji Rosyjskiej z dnia 24 lutego 2010 r. nr 80 „W sprawie zatwierdzenia zasad używania broni i sprzętu wojskowego przy jednoczesnym zabezpieczeniu granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej Rosji”.

Według stanowiska Rosjan, okręty organów granicznych FR wyczerpały wszelkie środki niezbędne do zapobiegania naruszeniom ustawodawstwa Federacji Rosyjskiej przez kutry pancerne marynarki ukraińskiej. Zgodnie z „Zasadami używania broni i sprzętu wojskowego, przy jednoczesnej ochronie granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej”, rosyjski dowódca okrętu „Izumrud” podjął decyzję salwy uprzedzającej z artylerii pokładowej w kierunku ukraińskich okrętów marynarki wojennej.

O godzinie 20:45 okręt straży granicznej FSB „Izumrud” będący na wodach terytorialnych federacji Rosyjskiej W = 44°53’47’’, D = 36°25’76’’ wykonał strzały ostrzegawcze w kierunku celu grupowego (kutry artyleryjskie „Berdiańsk”, „Nikopol”, holownik redowy „Jany Kapu”)

Strzelano w lewą stronę z dział na rufie z użyciem pocisków świetlnych z odległości 2 kabli, co pozwoliło zobaczyć, że strzelanie zapobiegawcze zostało przeprowadzone z rosyjskimi przepisami.
Grupa okrętów ukraińskiej marynarki wojennej według Rosjan nie odpowiedziała na żądania dotyczące zatrzymania się, nie skontaktowała się, nadal podążała w kierunku granicy państwowej Federacji Rosyjskiej chcąc się wydostać z wód terytorialnych Rosji.

O 20.50 okręt straży granicznej Rosji „Izumrud” ostrzegł artyleryjski kuter opancerzony „Berdiańsk”, że w przypadku nieprzestrzegania wymagań co do zatrzymania zostanie otwarty ogień na porażenie – czyli w celu zniszczenia. Żądania te Ukraińcy na „Berdiańsku” zignorowali.

O 20.55 „Izumrud” we współrzędnych W = 44°51’3’’, D = 36° 23’4’’ na morzu terytorialnym Rosji użył broni aby pokonać opancerzony kuter artyleryjski „Berdiańsk”, czyli strzelał wprost w kadłub.

O 20.58 pociski działka AK-630 trafiły w ukraiński kuter artyleryjski, „Berdiańsk” wszedł w dryf, dowódca kutra przez radiotelefon, poinformował że ma rannych na pokładzie i poprosił o pomoc. W Internecie dostępne są nagrania kilkunastu radiowych, dramatycznych apeli dowódcy ukraińskiego kutra. O 21:06 „Izumrud” podszedł do burty kutra „Berdiańsk”, do akcji wszedł Specnaz Marynarki Wojennej Rosji i rozbroił i 7 członków załogi, w tym 3 rannych, którzy otrzymali pierwszą pomoc. Aby uratować ukraiński kuter przed zatonięciem, podjęto podstawowe środki zabezpieczenia okrętu.

O 21:15 rosyjski okręt straży granicznej FSB „Don” zatrzymał holownik „Jany Kapu”, tu też Specnaz dokonał abordażu i rozbroił ukraińską załogę, przejął liczne uzbrojenie strzeleckie znajdujące się na pokładzie.

O godzinie 21:27 doszło do kolejnej odsłony dramatu. Rosyjski śmigłowiec szturmowy Ka-52 wciąż na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej, zatrzymał ukraiński opancerzony kuter artyleryjski „Nikopol”. Groźba użycia broni pokładowej poskutkowała i kapitan ukraińskiego okrętu skapitulował zatrzymując okręt przed będącym w zawisie śmigłowcem rosyjskim. Wówczas podpłynął tam okręt Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” , by monitorować jego działania. Wycelowane w kuter rosyjskie działa skutecznie sparaliżowały opór Ukraińców.

O 23:21 Okręt straży granicznej „Don” przeprowadził abordaż komandosów specnazu i zatrzymał kuter opancerzony Nikopol”. Tu załoga też nie stawiała oporu, tylko młody kapitan zamknął się w kajucie i według rosyjskich świadków wpadł w histerię. O 00:40 w dniu 26 listopada kuter Straży Granicznej FSB Nr-605 dostarczył zatrzymanych żołnierzy ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kerczu. Ranni zostali wysłani na leczenie do szpitala miejskiego.

O godzinie 01:10 rozpoczął się konwój zatrzymanych okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kercz. O 06:40 zatrzymane jednostki ukraińskiej marynarki wojennej zostały dostarczone do portu w Kercz w celu dalszego zbadania.

W wyniku rewizji odnaleziono sporo nieetatowej broni strzeleckiej. W ręce Rosjan trafiły niezniszczone dokumenty potwierdzające wydane wcześniej rozkazy dowództwa ukraińskiej marynarki wojennej, o przeprowadzeniu „skrytego przedarcia się” przez Cieśninę Kerczeńską do portu w Berdiańsku na Morzu Azowskim. Nie było zatem żadnego przypadku, Ukraińcy z premedytacją planowali przeprowadzenie tej operacji morskiej, a wtargnięcie na wewnętrzne wody rosyjskie było elementem uzyskania „zaskoczenia”.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała 30 listopada, że tylko braterskie relacje z narodem ukraińskim sprawiły że Rosjanie ukraińskich okrętów nie zatopili. Perfidia ukraińskiego dowództwa polegała na tym, że wysłano młodziutkich marynarzy de facto z misją samobójczą i gdyby demonizowani Rosjanie byli autentycznie bezwzględni, jak ich przedstawia ukraińska propaganda, okręty poszłyby na dno a wielu marynarzy ukraińskich by zginęło.

Prezydent Putin na forum gospodarczym 28 października komentując incydent powiedział „Narody rosyjski i ukraiński zawsze były i na zawsze zostaną braterskimi narodami. Ta szumowina polityczna spłynie i naród ukraiński da aktualnemu kierownictwu kraju taką ocenę jak dał onegdaj naród gruziński (Sakaszwilemu po wojnie 2008)”.

Rosjanie zachowują daleko idącą wstrzemięźliwość i histeryczne zachowania prezydenta Poroszenki wynikają z sytuacji wewnętrznej i świadomości przegranej w najbliższych wyborach prezydenckich. „Mała awantura wojenna” ma odwrócić uwagę społeczeństwa od tragicznej sytuacji ekonomicznej i bankructwa polityki Petro Poroszenko. Wprowadzony stan wojenny bezspornie wpłynie na kalendarz wyborczy i termin wyborów prezydenckich oddali się w czasie.

Warto też dodać, że w okresie poprzedzającym incydent i po nim, prawie co dzień , po kilka godzin wody wokół Krymu patrolują amerykańskie samoloty szpiegowskie RC-135VC i P-8 Posejdon startujące z bazy we Włoszech Sigonella oraz strategiczne drony zwiadowcze typu Global Hawk.

Rosjanie ze swej strony ściągnęli w rejon cieśniny dywizjon rakiet przeciwokrętowych BAŁ z rakietami Ch-35 pozwalającymi zwalczać małe cele morskie w promieniu do 260 km.
Na pograniczu Krymu i Ukrainy w Dżankoje (30 km od granicy) 29 listopada Rosjanie rozwinęli przywieziony pilnie z głębi Rosji koleją, dywizjon rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu systemu S-400 Triumf. Tym samym 18 Armia Wojenno-Wazdusznych Sił i Pratiwozdusznoj Oborony zwiększyła swoje siły do 4 dywizjonów. Pozostałe bazują w Eupatorii, Sewastopolu i Teodozji. Trakcją samochodową dotarł też osłaniający S-400 dywizjon przeciwlotniczych systemów krótkiego zasięgu z pojazdami Pancyr-S.

 

To, co się dzieje wokół Cieśniny Kerczeńskiej jest niewątpliwie eskalacją napięcia, jednak stroną go dynamizującą i tworzącą incydenty są działania władz w Kijowie.

Według wielu komentatorów, ku czemu się skłaniam władze ukraińskie mogą być inspirowane do tego, przez określone kręgi polityczne w USA opozycyjne wobec rządzącego prezydenta. Ludziom tym potencjalny dialog na linii Donald Trump – Władymir Putin jest co najmniej nie na rękę. Póki co, prowokacją w Cieśninie Kerczeńskiej, cel swój osiągnęły, długo wyczekiwane spotkanie na szczycie G-20 w Buenos Aires pomiędzy prezydentami Rosji i USA nie odbyło się.

TVP przekroczyła kolejny próg rusofobii

Odpowiedzialni za przygotowanie tego programu powinni stanąć przed sądem za szerzenie ksenofobii i epatowanie totalitarną symboliką.

 

Polska TVP wczoraj w tle miała twarz prezydenta Rosji stylizowaną na symbol trupiej czaszki z gazu Cyklon B – którym truto – mordowano Żydów i inne ofiary obozów hitlerowskich w komorach gazowych, a napis Rosja stylizowano pod runy SS – czyli organizację nazistowską skazaną przez Trybunał Norymberski jako zbrodniczą.

 

Art. 136. Kodeks Karny

§ 1. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na głowę obcego państwa lub akredytowanego szefa przedstawicielstwa dyplomatycznego takiego państwa albo osobę korzystającą z podobnej ochrony na mocy ustaw, umów lub powszechnie uznanych zwyczajów międzynarodowych, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na osobę należącą do personelu dyplomatycznego przedstawicielstwa obcego państwa albo urzędnika konsularnego obcego państwa, w związku z pełnieniem przez nich obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Karze określonej w § 2 podlega, kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej publicznie znieważa osobę określoną w § 1…

 

Ps. Każdy obywatel RP ma prawo do zgłoszenia tego przestępstwa do prokuratura jak również organizacja pozarządowa na terenie całego kraju bo taki jest zasięg TVP. Zgodnie ze stosownymi przepisami prokuratura ta przekaże sprawę do wyjaśnienia prokuraturze rejonowej na terenie właściwości, której znajduje się studio TVP Info. Jest to przestępstwo ścigane z urzędu, ale ktoś musi dać znać prokuraturze.
Przypominam, ze za znieważającą karykaturę Jana Pawła II , sąd RP skazał Jerzego Urbana za znieważenie głowy obcego państwa, więc gdzie jest dziś prokuratura?

Europejski tramwaj Wywiad

O kondycji Unii Europejskiej z prof. Klausem Bachmannem, historykiem, politologiem, publicystą, profesorem nauk społecznych, autorem wielu książek o tematyce europejskiej, polsko-niemieckiej i polsko-ukraińskiej rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: 27 państw unijnych zatwierdziło wynegocjowane porozumienie w sprawie Brexitu. Co ono zawiera?

KLAUS BACHMANN: Bardzo długą umowę, która reguluje warunki, na jakich Wielka Brytania rozstaje się z UE, i nieco krótszą deklarację polityczną o przyszłych stosunkach między UE a Wielką Brytania, która ma głównie ułatwić premier May przeprowadzenie tej umowy przez parlament. Najciekawsze w obu dokumentach jest jednak to, czego nie zawiera – jasnej decyzji, jak będzie wyglądać reżim celny na granicy między Irlandią i Irlandią Północną i jak się ten reżim odbije na granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią.

 

Czy Unia jest wygranym w tych negocjacjach?

Słusznie tu nikt nie mówi o wygranej. W wyniku Brexitu UE traci jednego z największych członków, a Wielka Brytania prędzej czy później traci dostęp do jednego z największych rynków świata. To jednak nie znaczy, że obie strony tracą tyle samo.
Wielka Brytania traci dostęp do relatywnie bardzo dużego rynku, który dla niej jest bardzo ważny, a UE traci dostęp do relatywnie małego (jeśli to porównać z UE-27) rynku. W dodatku Wielka Brytania kompletnie traci prawo współdecydowania o UE, bo Brytyjczycy muszą się wycofać ze wszystkich instytucji unijnych, nie będą mieli posłów w PE, nie będą głosować w Radzie UE. UE traci tylko tyle, że TSUE już nie będzie miał jurysdykcji nad Wielką Brytanią – jeśli zakładamy oczywiście, że nie będzie dłuższego okresu przejściowego, podczas którego Wielka Brytania zostaje członkiem unii celnej, bo nie chce albo nie może uregulować reżimu granicznego z Irlandią.

 

Coraz częściej słychać głosy, że parlament brytyjski nie zatwierdzi porozumienia. Wówczas scenariuszy jest kilka. Czy upadnie rząd Theresy May i będą wcześniejsze wybory?

Tego nikt nie wie, bo sami posłowie jeszcze tego nie wiedzą. W tej chwili May nie ma większości, bo unioniści, którzy jej zapewniają przewagę, chcą „mieć ciasto i jeść ciasto”, to znaczy nie chcą powrotu do kontroli celnych na granicy z Irlandią, ani granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią. Ale gdzieś ta granica celna musi przebiegać, jeśli Wielka Brytania chce wyjść z unii celnej z UE.

 

Czy wobec tego możliwe jest powtórne referendum w sprawie Brexitu?

W Wielkiej Brytanii referendum może zwołać tylko sam rząd. Nie mogą tego robić obywatele wbrew rządowi, jak to się ciągle dzieje w Szwajcarii. Jeśli May nie chce referendum, to go nie będzie, chyba że zostanie obalona, ale na razie wygląda na to, że mogą to robić jedynie jej wewnątrzpartyjni przeciwnicy, którzy w dodatku chcą wyjść z UE bez umowy. Jeśli oni wygrają z brytyjską premier, to też nie mają powodu, aby zainicjować referendum. Trzeba pamiętać, że referenda mają to do siebie, że ich wynik jest nie do przewidzenia.
Aby wyjść, Boris Johnson nie potrzebuje referendum, bo już jedno dostał i wygrał. Jeśli zaś drugie referendum skończyłoby się większością, która nie chce Brexitu, to natychmiast straciłby swoją władzę, jak dwa lata temu David Cameron. Po co miałby więc ryzykować? Ten dylemat miałby też każdy inny rząd, nawet taki, który chce zostać w UE (choć trudno dostrzec, jaki to mógłby być rząd, skoro nawet Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy mówi, że respektuje wynik referendum sprzed dwóch lat).
Załóżmy, że powstanie taki rząd, który chce zostać w UE i ogłosi referendum. Jeśli ludzie ponownie zagłosują za wyjściem z UE, to taki rząd upadnie, bo to przecież wotum nieufności wobec niego. Jeśli dostanie większość za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, to i tak musi jakoś uzasadnić, dlaczego to wotum jest ważniejsze niż to, co „naród” zadecydował dwa lata temu. To świetny przykład dla tych, którzy każdy spór chcą sprowadzić do głosowania „wszystko albo nic” i rozstrzygnąć to w referendum: tak, to „naród” albo jego część decyduje. Ale to politycy, elity polityczne – a w Wielkiej Brytanii nawet tylko sam rząd – decydują, kiedy naród to robi i jak tę decyzję potem interpretować.

 

W jakiej kondycji znajduje się Unia przed wyborami do PE, które już za kilka miesięcy?

W nie najlepszej. Powoli ci, którzy jeżdżą na gapę, osiągają masę krytyczną. Zawsze byli tacy, którzy formalnie przyjmowali obowiązki i prawa i potem starali się tylko korzystać z praw, a ignorować obowiązki tak długo, jak się dało. To poniekąd naturalne, wszystkie państwa tak robią, dlatego wymyślono takie instytucje, jak Komisja Europejska i TSUE, aby temu zapobiec albo przynajmniej podwyższyć koszty jazdy na gapę. KE i TSUE to rodzaj kontrolerów we wspólnym europejskim tramwaju, dlatego mało kto ich lubi, ale wszyscy ich potrzebują, jeśli Zarząd Komunikacji Miejskiej ma nie zbankrutować. Kiedyś jeżdżący na gapę starali się to ukryć i robili to tylko na krótkich trasach, teraz spędzą noc w tramwaju, imprezują na koszt pozostałych i obnoszą się tym, że jeżdżą, ale nie płacą. A kontrolerzy już nie nadążają za nimi, bo oni zaczynają koordynować swoje akcje i bronią się nawzajem.

 

Coraz częściej ci chcący jeździć na gapę, eurosceptycy, dochodzą do głosu w krajach członkowskich. Jak to rokuje na kształt przyszłego Parlamentu Europejskiego?

Będzie ich więcej, co zmusza tradycyjne partie do zwierania szeregów, ale raczej nie daje partiom eurosceptycznym wpływu na instytucje. Duże znaczenie będzie tu też miało, czy socjaliści i chadecy roztoczą parasol ochronny nad swoimi nieco szemranymi sojusznikami, np. w Bułgarii (socjaliści) albo w Polsce i na Węgrzech (chadecja).
Tu dobrego wyjścia nie ma, zwłaszcza wtedy, kiedy taka partia ma dużo posłów i ma do wyboru, czy zasilić swoimi głosami chadecję lub frakcję skrajnie prawicową albo prawicowo-populistyczną. Wtedy taka chadecja stoi przed dylematem: zachować cnotę i pozwolić na wzmocnienie przeciwników czy połknąć taką żabę i mieć więcej głosów.

 

Od kilku dni Unia ma jeszcze jeden problem, konflikt na morzy Azowskim Ukraina-Rosja. Jakie kroki powinna podjąć KE?

W warunkach wojny informacyjnej powinna wysłać jasny komunikat o tym, kto tu jest agresorem, a kto napadniętym, i że taranowanie mniejszych statków, porwanie ich załogi i trzymanie marynarzy jako zakładników nie jest akceptowaną metodą rozwiązywania sporów dotyczących granicy morskiej. Kiedy słyszę te wezwania do deeskalacji, skierowane do obu państw, to myślę sobie, że czas, aby Ukraina nareszcie wycofała swoich żołnierzy z Rosji i oddała ziemie, które zagarnęła. Mam wtedy przed oczami scenę, która kiedyś rozgrywała się w Brukseli: młody facet napadł na starą babcię, wyrwał jej torbę i uciekł. Nie próbowałem go złapać, to zadanie dla policji, ale też nie wezwałem babci do deeskalacji. Zgodnie z obecną logiką wypowiedzi wielu europejskich polityków policja powinna była najpierw ustalić, czy babcia nie sprowokowała tego rabusia i czy ona później nie wykorzysta tego napadu, aby wzbudzić litość u sąsiadów i wystąpić o dodatek do emerytury.
Być może UE w obecnej sytuacji nie będzie w stanie ukarać sprawcy. Zresztą nie jestem pewien, czy kary w stosunkach międzynarodowych w ogóle mają sens – wystarczy przypomnieć, jaki skutek przyniosły sankcje i embarga podczas rozpadu Jugosławii, ale komunikat musi być jasny – choćby ze względu na opinię publiczną państw członkowskich i po to, aby ograniczyć możliwości manipulacji tą opinią ze strony Rosji.

 

„Po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej jest jasne, że należy jak najszybciej zrezygnować z budowy Nord Stream 2; zależność od tranzytu gazu przez Ukrainę na razie powstrzymuje Moskwę przed większą agresją wobec Kijowa” – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Może tak należy zareagować? Czy takie rozwiązanie wchodzi w grę?

Ten argument działa też w drugą stronę: ta zależność nie powstrzymała Rosji ani od przejęcia Donbasu, ani od aneksji Krymu, ani od obecnego konfliktu wokół Kerczu. Obecny rząd nie zrezygnuje z NS2, ale wątpię też, czy inny niemiecki rząd zastopuje tę inwestycję. W Niemczech około połowa ankietowanych w sondażach jest prorosyjska i od ostatnich wyborów ma to swoje odzwierciedlenie w Bundestagu: lewica, część socjaldemokracji i chadecji (CSU), liberałowie i Alternatywa dla Niemiec są mniej lub bardziej prorosyjskie, chadecja (CDU) i Zieloni są krytyczni wobec Rosji. Ale nawet jeśli upadnie koalicja Merkel i powstanie koalicja z udziałem Zielonych, chadecji i liberałów, to wątpię, czy odważą się na decyzje, które przekreślą NS2. To formalnie inwestycja prywatna i transnarodowa, a koncerny na pewno poszłyby do sądu i skończyłoby się podobnie jak wielka reforma energii (Energiewende) Angeli Merkel: rząd, zamykając elektrownie jądrowe, musiał płacić tym koncernom gigantyczne odszkodowania. A ceny energii, które za sprawą tej reformy i tak nieustannie rosły, poszłyby jeszcze bardziej w górę.

 

Angela Merkel zapowiedziała, że nie będzie ubiegać się o fotel szefa partii. Jak to wpłynie na przyszłość Unii w kontekście jej potencjalnych następców?

W ogóle nie wpłynie. Czy kanclerz jest szefem partii lub nie, rzutuje na jego pozycję wobec klubu parlamentarnego i na ogólny wizerunek partii, bo łącząc te funkcje zapobiega się kłótni między szefem partii i szefem rządu. Ale dla jej pozycji w UE nie ma to wpływu. Wpływ na UE może mieć to, że za kilka lat przejdzie na emeryturę i wtedy z pokładu zejdzie polityczka, która zawsze walczyła jak lew, aby utrzymać jedność UE, narażając się za to nawet opinii publicznej, własnej partii i wyborcom, nie mówiąc o opinii publicznej w Grecji. Każdy następca będzie miał bardziej klarowny, jednoznaczny i mniej dyplomatyczny przekaz niż ona. Nikt z nich nie ma takiej skóry słonia jak ona.
Mamy teraz znowu scenę polityczną jak w latach 70. i 80., z ostrymi podziałami ideologicznymi, otwartą kontestacją, demagogicznymi występami i popytem na symbolikę polityczną. To wymaga wyrazistych polityków z jasnym przekazem, którzy walczą widowiskowo ze smokiem, nawet jeśli nie rozwiążą ani jednego problemu, a tylko tworzą dodatkowe. Usłyszmy wtedy, że Niemcy nie chcą płacić za UE, w której nikt nie przestrzega reguł, i że trzeba bronić niemieckich interesów. W zależności od tego, kto będzie to mówił, może się nawet nazywać „europejskimi wartościami”. I tak samo jak w Stanach, będzie to zasłona dymna, która ukrywa, że możliwości Niemiec wpływania na innych też się kurczą w świecie, w którym relatywna waga Europy maleje wobec rosnącej roli Chin, Rosji i państw wschodzących i coraz bardziej izolacjonistycznymi Stanami.

 

To wszystko nie brzmi dobrze, niemniej nie raz Unia pokazywała, że potrafi przezwyciężyć kłopoty, a nawet wyjść z nich wzmocniona. Czy tym razem będzie podobnie?

Unia od kilku lat się kurczy. Jeśli ten proces doprowadzi do tego, że za kilka-, kilkanaście lat Unia będzie mniejsza, to na pewno będzie wtedy bardziej spójna i będzie mniej „jeżdżących na gapę” w tramwaju, ale to też oznacza, że jej relatywna waga w stosunku do innych będzie mniejsza. Tramwaj będzie miał mniej pasażerów i przez to pojedzie szybciej i wszyscy będą mieli ważne bilety, ale ten tramwaj już nie będzie miał pierwszeństwa na każdym skrzyżowaniu.

Stan półwojenny

Stan wojenny na Ukrainie został wprowadzony tylko w wybranych obwodach. Rada Najwyższa nie przyjęła dekretu prezydenta Petra Poroszenki w wersji, jaką głowa państwa wniósł do parlamentu. To reakcja na ostrzelanie i zajęcie przez Rosję trzech ukraińskich okrętów przepływających przez Cieśninę Kerczeńską. Ukraina nie zerwie jednak stosunków dyplomatycznych z Moskwą.

 

W niedzielę dwa ukraińskie kutry artyleryjskie płynące z Odessy do Mariupola oraz towarzyszący im holownik zostały zajęte przez okręty rosyjskiej straży granicznej w Cieśninie Kerczeńskiej. Rosja oskarżyła jednostki ukraińskie o nielegalne wpłynięcie na rosyjskie wody terytorialne. W myśl umowy zawartej przez obydwa kraje w 2003 r. cieśnina stanowi wspólne wody terytorialne obydwu państw. Rosja wychodzi jednak z założenia, że przyłączenie Krymu – nieuznawane przez Ukrainę i Zachód – zmieniło tę sytuację.

Petro Poroszenko wezwał parlament do ogłoszenia stanu wojennego na całym terytorium kraju po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, jakie odbyło się w nocy z niedzieli na poniedziałek. Podpisując dekret w tej sprawie, prezydent mówił o obronie państwa i zatrzymaniu wroga, wezwał weteranów do „bycia w gotowości”, ale zastrzegł, że nie przewiduje powszechnej mobilizacji do wojska. Dekret Poroszenki, jaki wpłynął we wtorek pod dyskusję w Radzie Najwyższej, zawierał natomiast zapowiedź ograniczenia praw i swobód obywatelskich w zakresie nietykalności mieszkania, tajemnicy korespondencji, ochrony danych osobowych, swobody słowa i poruszania się, udziału w wyborach i w pokojowych zgromadzeniach, ochrony własności prywatnej, wolności od pracy przymusowej, prawa do strajku i prawa do edukacji.

Takie brzmienie dekretu spotkało się z krytyką ukraińskich obrońców praw człowieka i aktywistów pozaparlamentarnej, rozproszonej ukraińskiej lewicy.

– Politycy, którzy zawłaszczyli władzę, nie chcą jej oddawać, chociaż są przerażająco niepopularni. Ich zagraniczni protektorzy nie mają nic przeciwko takiemu scenariuszowi. Nauczyli się zarządzać krajem przy pomocy wojny i zupełnie na serio liczą na to, że będą rządzili wiecznie (…) Stan wojenny to nie tylko odwołane wybory. W takim czasie zabrania się również organizacji strajków, masowych zgromadzeń i akcji protestacyjnych. Krytyka władz staje się przestępstwem, z niezadowolonymi można zrobić wszystko – napisał na Facebooku lewicowy dziennikarz i komentator Andrij Manczuk.

Podobnie Wołodymyr Iszczenko, redaktor lewicowego magazynu „Wrzesień” i członek kolektywu „Wspólne” (Spilne/Commons), ocenił, iż Poroszenko chce wprowadzić stan wojenny, by odłożyć wybory prezydenckie, których nie miał szans wygrać.

– Inna możliwość to wprowadzenie stanu wojennego tylko na południowym wschodzie kraju, graniczącym z Rosją i Morzem Czarnym, co z kolei eliminuje z głosowania miliony żyjących tam wyborców opozycji. Stan wojenny umożliwi blokowanie wieców protestacyjnych i zamknięcie niektórych mediów, w kontekście rosnącego niezadowolenia z powodu antyspołecznych reform i rosnących cen ogrzewania – napisał Iszczenko.

Scenariusz przewidziany przez Iszczenkę ziścił się. W Radzie Najwyższej po kilku godzinach burzliwej dyskusji przegłosowano wprowadzenie stanu wojennego tylko w obwodach, które graniczą z Rosją oraz z wspieranym przez nią nieuznawanym państwem naddniestrzańskim. Stan wojenny rozpocznie się 28 listopada i potrwa (na razie) 30 dni. Parlament zgodził się również na przełożenie wyborów prezydenckich na 31 marca, zaznaczając jednak, że data ta powinna absolutnie zostać dotrzymana.

Prezydencki projekt musiał zostać zmodyfikowany z powodu opozycji ze strony Batkiwszczyny (partii Julii Tymoszenko), Samopomocy (partii Andrija Parubija), Bloku Opozycyjnego i Partii Radykalnej Ołeha Laszki. Partie te wykorzystały szansę, by w oczach społeczeństwa coraz bardziej zmęczonego i niezadowolonego z powodu działań Poroszenki pokazać się jako obrońcy swobód obywatelskich i podstawowych praw mieszkańców Ukrainy. Zarzuciły prezydentowi, że stan wojenny w całym kraju w żaden sposób nie pomoże w rozwoju sił zbrojnych Ukrainy czy w walce z Rosją, a jego prawdziwym celem ma być stłumienie opozycji i zamknięcie ust krytykom.

Ołeksandr Wilkul z Bloku Opozycyjnego oraz przedstawiciele Samopomocy zwrócili uwagę, że w konflikcie na wschodzie Ukrainy miały już miejsce znacznie bardziej dramatyczne dla Kijowa wydarzenia, jak aneksja Krymu, walki pod Iłowajskiem i o Debalcewe. Wtedy jednak stan wojenny nie był wprowadzany. Gniewne przemówienie wygłosiła Julia Tymoszenko, która w ostatnich miesiącach wyrosła na liderkę antyprezydenckiej opozycji. Ona i jej partyjni koledzy mogą czuć się największymi zwycięzcami debaty: wygrała ich wersja uchwały, w której stan wojenny obejmuje tylko newralgiczne rejony kraju, za to w pełnym przewidzianym przez prezydenta zakresie ograniczeń. Przedstawiciele Swobody domagali się natomiast prawdziwej, a nie pozorowanej walki z Rosją: zamknięcia granicy, zerwania wszelkich stosunków i przerwania wymiany handlowej.

Również jeden z przedstawicieli Samopomocy wezwał ministra spraw zagranicznych Pawła Klimkina do całkowitego zerwania stosunków dyplomatycznych z Rosją. Szef resortu odpowiedział jednak, że krok taki jest niemożliwy, powołując się na możliwe utrudnienie sytuacji 2,5 mln Ukraińców przebywających i pracujących w Rosji.

W ocenie cytowanego już Wołodymyra Iszczenki nie jest wykluczone, że stan wojenny zostanie przedłużony, a obywatele niechętni prezydentowi – pozbawieni możliwości protestowania.
Obecne sondaże są dla prezydenta bezlitosne. Poroszenko zdobywa w sondażach nie więcej, niż 10 proc. poparcia. Największe szanse na zwycięstwo w głosowaniu dają Julii Tymoszenko.

Równocześnie jednak ponad 2/3 obywateli deklaruje, że nie ufa żadnemu politykowi. Potwierdzeniem tego były komentarze w mediach społecznościowych podczas posiedzenia Rady Najwyższej. W większości wpisów każdego bez wyjątku mówcę obrzucano inwektywami…

 

 

Zamknięte koło

 

Reakcje polskich polityków i mediów na kolejny akt eskalacji w relacjach między Kijowem a Moskwą – za wyjątkiem wyjątków – były doskonale przewidywalne. Skoro za wszystkim ma stać „straszny Putin”, to przecież nie można zachować się inaczej niż tylko potępiając działania strony rosyjskiej. Gromadzić się pod rosyjską ambasadą i wznosić okrzyki. Oświadczenie polskiego MSZ ma jednak – powiedzmy to sobie – znaczenie czysto rytualne i nic nie wnoszące. Po w tej sprawie opinia Polski jest postrzegana jako pozbawiona znaczenia.

Już w 2014 r. Polska pozwoliła się wyłączyć z procesu mediacyjnego, pozostawiając sprawy dziejące się na terytorium naszego sąsiada, a więc choćby z racji bliskości powinny nas obchodzić, jako wyłączną domę tzw. „formatu normandzkiego”, trudno oczekiwać, żeby teraz Warszawa mogła w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym procesie. Może zatem i lepiej ograniczać się do buńczucznych słów potępienia Rosji, które ani Moskwy, ani także Kijowa nie obejdą.

A sprawa nie jest oczywista, nawet jeśli zakwestionuje się prawa Rosji do Krymu. Punkt widzenia tak jednej jak i drugiej stolicy są nieprzejednane. Rosja, zająwszy Krym metodą fait accompli, uważa go za swoje terytorium (choć reszta świata tego nie uznaje), w konsekwencji zatem uważa wody Cieśniny Kerczeńskiej za swoje wody terytorialne. Ukraina uważając Krym za terytorium ukraińskie – uważa tak samo. Stąd zatem rozbieżność w interpretowaniu umowy z 2003 r., na którą powołują się tak Kijów jak i Moskwa. Incydenty są zatem mniej lub bardziej nieuniknione, bo dochodziłoby do nich nawet wtedy, gdyby obie strony starały się wypracować jakiś modus vivendi. A bez tego każdy incydent wymaga ze strony rosyjskiej reakcji, bo reagując wykazuje sprawowanie suwerenności. Ukraina – tak samo, jeśli odpuści, przyzna tym samym, że z utratą Krymu nieodwołalnie się pogodziła. Czyli innymi słowy – pat.

Trudno oczekiwać, że tego rodzaju sytuację uda się przełamać bez zewnętrznej mediacji. Mediacji, czyli zaangażowania niezależnych partnerów, których celem – dodajmy, niełatwym, ale czy do rozwiązywania spraw łatwych potrzebni są mediatorzy – będzie pomoc w wypracowaniu rozwiązania akceptowalnego tak dla Kijowa jak i dla Moskwy. Choćby rozwiązania nieformalnego, czysto operacyjnego. Takiego, które otworzy drogę w przyszłość. Konstruktywną.

Taką drogę wskazują Niemcy. Z propozycją mediacji wystąpił niemiecki minister Heiko Mass. Czy zostanie przyjęta – trudno wykazywać przesadny optymizm. Prawdopodobnie szansa na to nie pojawi się wcześniej niż dopiero po wyborach na Ukrainie, jeśli do nich w ogóle dojdzie.

Najgorszą z kolei rzeczą jest dać się wciągnąć w spór, w którym Polska nie jest ani stroną, ani nie ma interesu. Bo stronom tego konfliktu tak naprawdę czyjekolwiek poparcie czy niechęć do niczego nie jest potrzebna. Jeśli by miało dojść do rozładowania konfliktu, a nie jego utrwalenia.

Obecne władze ukraińskie, które nie są w stanie opanować postępującego rozkładu państwa, a od przyznania własnej nieudolności uciekają w straszenie rosyjskim zagrożeniem. A taką retoryką Europa jest także znużona i zniecierpliwiona. Bo ile razy można kryczeć „ratunku, ratunku wilk!” W końcu wszyscy przestaną zwracać na to uwagę, bo ile razy można. Nie mówiąc o tym, że zapaść w jakiej znalazła się Ukraina czyni, że jej realne szanse na akcesję do UE w wyobrażalnej przyszłości robią się coraz bardziej mizerne. Żaden chyba poważny europejski analityk nie traktuje już tej perspektywy jako realnej, co najwyżej zaś obwarowanej mnóstwem zastrzeżeń typu „jeśli” i „o ile”.

Ale i wierzyć w to, że groźbami Rosję da się przymusić do ustąpienia także nie ma co. Jakiekolwiek rozwiązanie da się wypracować, może to być tylko rozwiązanie, które obie strony będą mogły ogłosić jako swój sukces, pogodziwszy się z tym, że wygaszenie zapalnej, konfliktogennej sytuacji dla obu większe korzyści niż trwanie w niej.Pragmatyka okazuje się w takich razach lepsza od pryncypialnej nieustępliwości. Bo – powiedzmy sobie szczerze – czy zależy nam na tym, żeby nieunormowana sytuacja między Rosją a Ukrainą trwała w nieskończoność, ta druga będzie toczyć się po równi pochyłej, podczas gdy pierwsza tym mniej chętnie będzie korzystać z okazji, aby wywierać na nią presję?

JAN LEWKOWICZ

Cesarstwo rosyjskie mogło przetrwać

20 listopada o tym, co ostatecznie przesądziło o upadku carskiej Rosji w pierwszej połowie XX wieku, dyskutowało w Warszawie dwóch historyków: brytyjski i polski. Prof. Dominic Lieven i prof. Andrzej Nowak z PAN. Temat spotkania to „Imperium, wojna, rewolucja. Upadek Cesarstwa Rosyjskiego”.

 

Obaj badacze uznawani są za osadzonych w konserwatywnym nurcie. Dominic Lieven, członek British Academy i Trinity College w Cambridge, były doradca Margaret Thatcher, był nieformalną postacią centralną spotkania zorganizowanego przez Polsko-Rosyjskie Centrum Dialogu i Porozumienia w Warszawie. Dyskusja toczyła się wokół tez przedstawionych przez niego w najnowszej książce „W pożogę. Imperium, wojna i koniec carskiej Rosji”.

 

Korzenie rodziny Lievenów

Dodać należy, że prof. Lieven wywodzi się z rodziny wybitych historyków, jest też od stuleci związany z Rosją. Jego książęcy przodkowie służyli na carskim dworze (wcześniej związani byli z dworem szwedzkim) — to ppłk. Lieven właśnie przyniósł list z Moskwy, niezadowolonej wyborowi na króla Polski Stanisława Leszczyńskiego. Prof. Lieven o Rosji pisze z niekłamanym sentymentem, nie ukrywa również, że jego historia rodzinna daje mu mocne zakorzenienie w problemach wewnętrznych tego kraju. Lieven został wielokrotnie nagrodzony: dostał między innymi Order Przyjaźni od Władimira Putina.

Jako drugi panelista wystąpił Andrzej Nowak, jeden z doradców prezydenta Andrzeja Dudy, pracownik PAN i UJ. Nowak również jest wnikliwym badaczem historii Rosji carskiej. W żadnym razie nie można zarzucić mu do niej sentymentu. Był co prawda jednym z naukowców, którzy polecali do druku polski przekład książki Dominica Lievena, lecz wypowiadał się o swoim brytyjskim koledze jako „sympatyku carskiego imperium”.

 

Profesjonaliści

Podczas debaty dało się naturalnie wyczuć, że paneliści patrzą na historię Rosji z zupełnie innych pozycji, ich wymiana poglądów jednak nie wyszła nawet na sekundę z ram intelektualnego sporu, co świadczy o wielkiej kulturze osobistej i profsjonalizmie obu badaczy. Dominic Lieven wysunął tezę, że upadku Cesarstwa Rosyjskiego można było uniknąć: gdyby zachowano weń monarchię, która spacyfikowałaby wewnętrzne nacjonalizmy. Ciepły stosunek profesora do monarchii jest już legendarny (sam Lieven określa siebie jako monarchistę kosmopolitycznego). To zupełnie inny pogląd niż Andrzeja Nowaka, który z kolei podkreśla swoją niechęć do struktur takich jak UE. Jest ideologiem narodowej prawicy i „anarchistycznego konserwatyzmu”. To dwa przeciwne bieguny „starego porządku demokratycznego”.

 

Rosja w perspektywie

Autor „W pożogę…” podkreśla, że na Rosję patrzy z perspektywy porównawczej. W swojej książce bada okres 1904-1920. Wykorzystał całą masę niepublikowanych wcześniej rosyjskich źródeł, aby ukazać, że upadek Rosji wynikał nie tylko z ogólnej tendencji do upadku europejskich mocarstw, a wybuch pierwszej wojny światowej nie był jedynie wynikiem kalkulacji dyplomatycznych Rosji, Niemiec czy Austro-Węgier.

Rosja zamierzała być Żandarmem Europy, choć sama pękała w szwach. Era rewolucji przemysłowej i nowoczesnej demokratyzacji osłabiła monarchię, w której profesor konsekwentnie upatruje zbawienia. Jak słusznie zauważają autorzy portalu Hismtag, „Lieven odtwarza debaty arystokratycznych elit imperium na temat celów i możliwości polityki Rosji wobec Niemiec, Austro-Węgier, Turcji, państw słowiańskich na Bałkanach (Serbia, Czarnogóra, Bułgaria, Rumunia) oraz Francji i Wielkiej Brytanii, w kontekście wyzwań, jakie pojawiają się w polityce międzynarodowej (rywalizacja mocarstw) i wewnętrznej Rosji (dojrzewające nacjonalizmy) na początku XX wieku”.

 

Bolszewicy potrzebni Niemcom

Polski oponent profesora patrzy o wiele krytyczniej na koncepcję Moskwy jako Trzeciego Rzymu. W ciekawy sposób zinterpretował również rewolucje 1905 oraz 1917 roku — nie z punktu widzenia polityki społecznej, lecz koncepcji decyzyjnych elit, które przez zmianę ustroju chciały zapobiec kiełkującym ruchom separatystycznym, ale nie do końca ich plan się powiódł. Obaj autorzy przyznali również, że do pewnego stopnia bolszewicy potrzebni byli wówczas odbudowującym swoją potęgę Niemcom. Obie strony jednak grały tak, by w ostatecznym rozrachunku zmieść tę drugą z powierzchni ziemi.

Dyskusja stanowiła arcyciekawy wstęp do rozważań nad nacjonalizmami XXI wieku, uwarunkowaniami regionu Europy Środkowo-Wschodniej i możliwością powrotu idei imperium w dzisiejszym zatomizowanym świecie. Było to jedno z cenniejszych i pobudzających intelektualnie wydarzeń w stolicy w ostatnich miesiącach. Nic dziwnego, że sala Faktycznego Domu Kultury wypchana była po brzegi.

Nasza chata z kraja

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?  Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.

 

By uczcić stulecie zakończenia I wojny światowej w Paryżu pojawiło się 60 głów państw i szefów rządów. Tak spadkobierców państw Ententy, jak i państw centralnych. Polska była reprezentowana tylko na szczeblu ministerialnym – w języku dyplomacji oznacza to czysto rutynowe zaznaczenie, że w ogóle Warszawa tę okazję zauważyła, nie przywiązuje jednak do niej większej wagi.

 

Nasza chata z kraja.

Choć niby lubimy łudzić się wyobrażeniem, że Polska to „Serce Europy”.
Fakt – I wojna światowa w polskiej pamięci zbiorowej zajmuje dziwne miejsce. Nie była to „nasza wojna”. Stronami w niej były państwa zaborcze, więc trudno oczekiwać, żeby Polacy pamiętali ją jako „swoją” wojnę.
Jeśli już – to jako wojnę, w której efekcie, na skutek niebywałego zrządzenia dziejowego upadły wszystkie trzy – bo w 1918 r. nie było już ani imperialnych Niemiec, ani dualnej monarchii austro-węgierskiej, ani carskiej Rosji.
Co więcej – na wschodzie Europy sytuacja była ustabilizowana, bo Lenin miał w 1918 r. większe problemy niż kontynuowanie wojny z państwami centralnymi, której wielkiego sensu kontynuowania nie widział, woląc zawrzeć taktyczny pokój. I na tym polska refleksja nad „wojną prowadzoną po to, aby zakończyć wojny” się zwykle kończy. Czasem dodaje się tylko trochę frazesów o Polakach walczących na jej frontach pod cudzymi sztandarami, o taktycznych sojuszach różnych opcji.
To, żeby I wojna światowa – choć wojen nie zakończyła, lecz zaowocowała kolejną, jeszcze straszniejszą – miała dla dzisiejszej Europy konstytutywny charakter, umyka naszej refleksji całkowicie. Związek pomiędzy hekatombą na Polach Flandrii, między przeoraniem tkanki społecznej we wszystkich biorących udział w konflikcie państwach, między rewolucją bolszewicką w Rosji – przypomnijmy choćby na marginesie niechętnie przywoływany w dziś obowiązującej narracji fakt, że to Rosja Radziecka jako jedno z pierwszych państw uznała prawo Polaków do samostanowienia – między tym wszystkim, co stanowiło faktycznie o końcu dziewiętnastowiecznego świata – jest w dla nas przynajmniej nieoczywisty. Starczyła nam niepodległość.
Rzecz jasna – niepodległość znaczyła wiele, bardzo wiele. Trudno spodziewać się, żebyśmy wówczas, mając pilniejsze sprawy na głowie, przeżywali tak bardzo to, co działo się z resztą Europy, ale żeby to aż tak ignorować w późniejszym okresie – wydaje się mimo wszystko niezrozumiałe. Nie tylko niezrozumiałe, ale i szkodliwe, bo czyni Polskę wyobcowaną, wyłączoną ze wspólnoty – i to wspólnoty szerszej niż tylko Unia Europejska, ale w skali całego kontynentu.
Domniemana unikalność polskiego doświadczenia tego ani nie tłumaczy, ani nie usprawiedliwia.
Niezrozumienie doświadczenia pierwszowojennego w Polsce jest jednak kluczem do całego szeregu mentalnych pułapek, w które jak bardzo skłonni jesteśmy wpadać – czy to rozkoszując się myślą o tym, jak to zostaliśmy zdradzeni (o świcie, lub nie), osaczeni przez wrogów, w naszej samotności wobec klęsk znajdując perwersyjną wręcz przyjemność. Bo istotą jego niezrozumienia jest to, że widziana z polskiej perspektywy wojna może być tylko „nasza” (czyli słuszna) i „nie nasza” – czyli pozbawiona znaczenia. A ta wpada w tę drugą kategorię.
W moich uneskowych czasach tak się składało, że przez szereg lat z rzędu 11 listopada spędzałem w Paryżu.
Wtedy jeszcze żyli nieliczni weterani Grande Guerre. Z roku na rok ich szpaler ustawiony przed Łukiem Triumfalnym robił się jednak z nieuniknionych powodów coraz krótszy i krótszy. Dziś – według mojej wiedzy – nie ma wśród żyjących ani jednego, choćby najmłodszego.

 

We Francji

pamięć o I wojnie światowej trwała zawsze.
Diametralnie inaczej niż w Polsce – to była „ich wojna”. O konkretną sprawę. Choćby o zmazanie klęski pod Sedanem w 1870 r., o odzyskanie Alzacji i Lotaryngii. Element patriotycznej interpretacji w wyobrażeniach Francuzów był niezwykle silny. Silniejszy pewnie, niż w jakimkolwiek innym kraju. Ale i w tym kraju pamięć o latach 1914-1918 zmieniała się, i tak jak odchodzili na wieczną wartę ostatni, którzy pamiętali błotniste okopy zachodniego frontu, którego przesunięcie o kilkaset metrów w tę czy drugą stronę okupywane były dziesiątkami tysięcy zabitych, tak i w świadomości Francuzów coraz bardziej dominować zaczął inny punkt widzenia, wcześniej obecny, na przykład, w Wielkiej Brytanii – że była to wojna okrutna i bezsensowna, pełna traumy i cierpienia, będąca efektem beztroskiej polityki przywódców przełomu wieków i rozbuchanych sprzeczności wąsko rozumianych interesów.
Bo dziś nie da się już o tej wojnie w Europie opowiadać językiem sztandarów, werbli i uwielbienia dla tej czy innej monarchii.
Kto by tak czynił, popadałby w groteskowe naśladownictwo tytułowego bohatera „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, gdy wygłaszał swoje patetyczno-patriotyczne cymbalstwa o tym, jak to pięknie jest polec za Najjaśniejszego Pana. W ten sposób dziedzictwo I wojny światowej, już za jej trwania trudnej do wytłumaczenia obywatelom, po stu latach ma tylko jeden wymiar – właśnie głęboko antywojenny. Nie jako wojny „naszej” lub „nie naszej”, ale takiej, w której wszystko jedno, kto w jakim mundurze został zabity i czy miał na głowie pikelhaubę czy hełm Adriana.

 

Europa tę drogę refleksji przeszła.

Dzięki temu 11 listopada 2018 r. w historycznym wagonie w Compiègne – replice tego, w którym w 1918 r. podpisano zawieszenie broni i w 1940 r. kapitulację Francji – mogli pojawić się prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Angela Merkel i usiąść w nim obok siebie – nie naprzeciw. Mogli pochylać się nad ofiarami i tym samym umacniać w Europie perspektywę dalszych lat pokoju i integracji.
Obchody te dla Rosji były na tyle ważne, żeby pojawił się na nich prezydent Władimir Putin, swoją obecnością przypominając, że I wojna światowa to nie tylko koszmar frontu zachodniego, ale i dramat, jaki rozgrywał się na Wschodzie.
A Polski w tej obróconej w przyszłość narracji nie ma.
Jest cały czas anachroniczny sposób postrzegania tej wojny „nie naszej”. I wybiórczo traktowanej pamięci, w której zapisane są jeśli nie heroiczne – ale tylko nasze – klęski, to zdarzenia, które da się ubrać w kostium makabryczno-heroicznej zabawy połączonej z patriotycznym pobrzękiwaniem szabelką, albo choć pałką lub racą.
Skansen minionej epoki – epoki, której początek końca miał właśnie miejsce w 1918 r.

 

To źle rokuje.

Bo jak z takim podejściem znaleźć wspólny język z resztą kontynentu?
Bo o zmarnowaniu okazji, żeby być w miejscu, gdzie gromadzi się reszta świata, jako o błędzie czysto taktycznym, szkoda nawet mówić. Cóż – pan Prezydent i Pan Premier woleli maszerować w Warszawie.
Ciekawe, czy zadali sobie pytanie, jak by wyglądała niepodległość Polski, gdyby w 1919 r. polski rząd zignorował konferencję wersalską? Uważając, że nas to nie dotyczy.