Najwięcej grywa się go w Rosji

W 145 rocznicę Śmierci Aleksandra Fredry (1793-1876).

Choć do Rosji twórczość Aleksandra Fredry dotarła nieco później aniżeli do niektórych krajów Europy zachodniej, przecież to właśnie w Rosji zyskała sobie największą poza ojczyzną popularność i uznanie. Stało się tak jednak nie od razu – bo zapoczątkowany u schyłku 1847 roku premierą „Dam i huzarów” na najważniejszej ówczesnej scenie dramatycznej państwa, czyli w petersburskim Teatrze Aleksandryjskim, bez mała 175-letni już żywot sztuk Fredry na scenach rosyjskich dzieli się na dwa odmienne od siebie okresy.
Okres pierwszy, niemal stuletni – to sporadyczne tłumaczenia, przeróbki, inscenizacje i omówienia krytyczne kilku spośród jego sztuk: „Dam i huzarów”, „Dożywocia”, „Wielkiego człowieka do małych interesów” i „Zemsty”; choć prezentacje te miały miejsce w miejscach ważnych i bardzo ważnych, a brali w nich udział twórcy i artyści nietuzinkowi (np. na premierze „Dam…” w Teatrze Aleksandryjskim Majora zagrał sławny komik Iwan Sosnicki, przedtem m. in. Horodniczy w prapremierze „Rewizora” Gogola), choć twórczość Fredry, od początku obdarzanego tu nierzadko mianem „polskiego Moliera”, spotykała się z ciepłym na ogół przyjęciem, jednak polski komediopisarz do rosyjskiego kanonu repertuarowego wedrzeć się nie zdołał.
Stało się to dopiero po II wojnie światowej, gdy Fredro stał się beneficjentem nowych stosunków politycznych i kulturalnych między Polską i Rosją. Ten nowy, drugi okres rosyjskiej biografii Fredry najpierw przyniósł całą serię przedsięwzięć translatorskich i wydawniczych; serię tę ukoronowała już w końcu lat osiemdziesiątych kolejna, i to wysokonakładowa (50 tys. egzemplarzy!) edycja reprezentatywnego wyboru jego komedii. Rosyjski czytelnik uzyskał w rezultacie w tych latach łatwy dostęp do przekładów aż dziesięciu sztuk polskiego komediopisarza („Pan Geldhab”, „Mąż i żona”, „Damy i huzary”, „Śluby panieńskie”, „Pan Jowialski”, „Zemsta”, „Dożywocie”, „Dwie blizny”, „Świeczka zgasła”, „Wielki człowiek do małych interesów”), znajdując się w sytuacji znacznie lepszej niż odbiorca posługujący się jakimkolwiek innym językiem; nie od rzeczy będzie podkreślić, że tłumaczenia te w dużej części wyszły spod piór naprawdę znakomitych. Oddali też wtedy Fredrze, co należy, rosyjscy historycy literatury, przyznając mu ważne miejsce w panteonie dramaturgii światowej i widząc go „w pierwszym szeregu sławnych nazwisk europejskiego teatru” (Konstantin Dierżawin, 1956). Wreszcie śladem tłumaczy i badaczy poszły teatry, dając w ciągu tych ostatnich trzech ćwierćwieczy premiery jego sztuk w kilkudziesięciu aż ośrodkach – literalnie od Kaliningradu po Władywostok i od Archangielska po Machaczkałę. W samych tylko latach sześćdziesiątych XX wieku mieliśmy w Rosji do czynienia z premierami sztuk Fredry kolejno w Moskwie, Nowogrodzie, Aleksandrowie Sachalińskim (gdzie zagrał go znany i ceniony teatr amatorski), Saratowie, Niżnim Nowogrodzie (wtedy Gorkim), Tambowie, Kazaniu, Syktywkarze, Iżewsku, Kemerowie, Magnitogorsku, Tiumeni, Uljanowsku, Pskowie, Władywostoku, znowu Moskwie, Machaczkale, Czycie, Błagowieszczeńsku, Złatouście, Ussuryjsku, Orenburgu, Kostromie, Prokopjewsku, jeszcze raz Moskwie, znowu Niżnim Nowogrodzie, Biełgorodzie, Nowokuzniecku, Pskowie i Czeremchowie.
Przy tym wszystkim do kanonu repertuarowego trafić jednak miał tylko jeden utwór komediopisarza – „Damy i huzary”, za to w wymiarze doprawdy imponującym. Dla rosyjskich inscenizacji tej sztuki wzorotwórcze stało się przygotowane w 1960 roku przez Aleksandrę Riemizową mistrzowskie warsztatowo przedstawienie słynnego Moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa (o którym już kiedyś trochę na tych łamach pisałem); utrzymało się ono na tej scenie dwadzieścia siedem lat i zostało pokazane 756 razy, a do tego, zarejestrowane dla telewizji, przypominane jest na małym ekranie i dostępne w sieci po dziś dzień. Nawiązując do wielkiej tradycji placówki, realizacja ta poszła w kierunku otwartej, radosnej teatralności, z przydaniem Fredrowej farsie formy wodewilu. Formę wodewilu przybierała też znaczna część późniejszych rosyjskich inscenizacji „Dam i huzarów”, a samo to gatunkowe określenie zrosło się z tym tytułem do tego stopnia, że niekiedy – na afiszach czy w recenzjach – odnoszono je i do samego utworu Fredry. Ze skomponowanej zaś do moskiewskiego spektaklu świetnej muzyki Lwa Solina po dopisaniu przez kompozytora nowych fragmentów wnet zrodziła się popularna operetka, wystawiona w Rosji najpierw w 1966 roku w Jekaterinburgu (podówczas Swierdłowsku), potem w Irkucku, Krasnojarsku, Omsku, Barnaule, Orenburgu, Nowosybirsku i szeregu innych ośrodków. Kryjące się we Fredrowym tekście bogate możliwości znakomicie wykorzystywali wspaniali rosyjscy aktorzy, tworząc w „Damach i huzarach” mnóstwo pełnokrwistych, frapujących kreacji. Najwięcej ku temu okazji dawała oczywiście główna rola Majora; do teatralnej legendy przeszedł kształt, jaki w Teatrze im. Wachtangowa nadał jej Jurij Jakowlew. W najlepszych dla „Dam…” w Rosji latach 1961-1970 odbyły się w tamtejszych teatrach profesjonalnych 24 nowe premiery sztuki, gdy w Polsce było ich wtedy 15; w całym Związku Radzieckim dano w tych latach 2897 przedstawień „Dam…”, czyli około trzykrotnie więcej niż w ojczyźnie. Od czasu do czasu trafiały także w powojniu na rosyjskie sceny inne utwory Fredry – „Pan Jowialski”, „Zemsta”, „Mąż i żona”. Co do „Zemsty”, warto może przypomnieć np. spektakl Moskiewskiego Teatru im. Jermołowej w reżyserii Jerzego Krasowskiego (1969), w którym rolę Papkina arcybłyskotliwie zagrał podówczas niemal debiutant, a dziś jeden z najbardziej znanych aktorów rosyjskich i przewodniczący Związku Twórców Teatralnych Rosji Aleksander Kalagin.
I swą żywotność w Rosji, wraz z Gabrielą Zapolską trwale i pewnie reprezentując klasykę polskiego komediopisarstwa, zachował Aleksander Fredro po dziś dzień. Wiek dwudziesty pierwszy przyniósł kolejne premiery „Dam…” zarówno w Moskwie (znany Centralny Teatr Armii Rosyjskiej), jej miastach-satelitach (Chimki, Łobnia) oraz w Petersburgu (znany Teatr Komedii im. Akimowa), jak i dla przykładu w kilku stolicach republik Federacji (ćwierćmilionowym Petrozawodsku w Karelii, półmilionowych Czeboksarach w Czuwaszji, półmilionowym Jakucku w Republice Sacha)…

Flaczki tygodnia

Agencja Mienia Wojskowego od poniedziałku 16 sierpnia zaczyna opróżniać swe magazyny. Za niewygórowaną cenę można będzie kupić wojskowe mundury, łopatki, samochody transportowe i łaziki. Kupić szybciej niż obiecywane wojsku samoloty F-35, systemy Patrioty i czołgi Abramsy. Wziąłeś 500+ ? To kup sobie trochę uzbrojenia.

Aktywistkom ze Strajku Kobiet polecamy oferowane przez Agencję hełmy i pałki, pozostałość po Milicji Obywatelskiej. Dzięki nim wasza milicja obroni was przed agresją i rozwydrzeniem obecnej policji. Przed łamaniem rąk i uderzeniami pałkami teleskopowymi. Parlamentarzystom wszystkich klubów polecamy maski przeciwgazowe. Bez maski nie podchodź do policyjnych kordonów otaczających budynki Sejmu RP i innych sanktuariów. A wyborcom PiS polecamy lornetki polowe. Może wreszcie zobaczą swą „Polskę powstającą z kolan”.

W dniu wojska polskiego władza PiS rozpoczęła wojnę dyplomatyczną z Izraelem. O odszkodowania. Izrael wezwał na pomoc USA, z którymi władza PiS jest już w stanie wojny o TVN. Roszczący Izrael, władza PiS olała aryjskim moczem i odesłała do Niemiec, z którymi PiS wojuje od dawna. Konflikt z Niemcami rozgorzeje niebawem, bo kanclerz Merkel wybiera się do Rosji. Do państwa z którym władza PiS wojuje od dawien dawna. Do Rosji wybiera się też prezydent Francji, kolejny śmiertelny wróg elit PiS.

Z Rosją skłóciły się ostatnio Czechy, ale to nie da aliansu, bo z Czechami mamy wojnę o elektrownię Turów. Z ich sąsiadem, ze Słowacją też już wojujemy. O zdelegalizowanie aborcji dla Polek.

Po chwilowym rozejmie zapowiada się wojna kulturowa elit PiS ze szwedzką oświatą o „ideologię gender”. Z Danią jest chwilowy rozejm w sprawie „Baltic pipe”, ale wyraźnie kruchy. Podobny jest z Ukrainą. W przyszłym tygodniu zaplanowano w Kijowie spotkanie Platformy Krymskiej. Okazji do bitki nie zabraknie. Z państw frontowych pozostaje jeszcze Białoruś. Z nią walczymy hybrydowo. Wyganiając kierowanych stamtąd afgańskich uchodźców.

Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Kto stworzył Putina?

Jaki ma majątek? Gdzie są jego źródła? Może w handlu bronią i narkobiznesie?

Ponoć do specjalnie zbudowanego portu w Petersburgu przypływały ładunki prosto z
Kolumbii. Ale kiedy to było? Czyżby w latach dziewięćdziesiątych, gdy był zastępcą mera,bossem petersburskiej administracji? Wprawdzie tych instalacji nie wypatrzyły satelity szpiegowskie USA ani, dziwnym trafem, statków nie przejęły okręty straży przybrzeżnejWolnego Świata, ale pewnie tak było. Coś o tym mówił jeden ze świadków na procesie wsprawie zabójstwa Litwinienki w Londynie. Stolicy ex imperium mającego historyczne porachunki z Rosją a i dzisiaj prowadzącego wobec niej najbardziej agresywną politykę spośród państw Zachodu. Słowa,słowa,słowa…
Jak powiedział kiedyś pewien mądry człowiek sformułowania pretendujące do miana
prawdy lecz nie mające oparcia w jednoznacznych faktach, są gorsze od jawnych kłamstw. Dają bowiem szansę na obudowywanie ich mitami, teoriami spiskowymi, których kolejne warstwy pozwalają powoływać się na poprzednie, jako wiarygodne i prawdziwe źródła. Dzięki temu nie trzeba już powracać do wątpliwych tez wyjściowych i można prowadzić debatę w wirtualnej rzeczywistości, wykreowanej przez mitotwórców. To zresztą metoda bardzo popularna, szczególnie w dyskredytującej przeciwników politycznych narracji, modnej ostatnio nie tylkow Polsce.
Tak więc różne media podniecają się (i swych odbiorców, bo o to przecież chodzi) rewelacjami wziętymi z publikacji, podobnych do tej, autorstwa Niemcowa i Martyniuka „Życie niewolnika na galerach”. Ów Putin z książki posiada piętnaście helikopterów, czterdzieści trzy samoloty,cztery jachty oraz dwadzieścia pałaców, willi i dacz. Tylko nikt nie uściśla, że są to środki transportu i obiekty w gestii administracji prezydenta, zresztą – do dyspozycji przedstawicieli najwyższych władz Rosji. To tak, jakby stwierdzić, przy uwzględnieniu różnicy potencjałów państw, że samoloty do przewozu VIP-ów i reprezentacyjne nieruchomości tudzież ośrodki wypoczynkowe są własnością głowy państwa – Prezydenta Rzeczypospolitej.
Dziennikarze śledczy węszą więc wszędzie skandale, podążając śladami wyimaginowanych choć czasem i rzeczywistych nadużyć władcy Rosji. Gdy zaś przychodzi do poparcia ich tez faktami powołują się na przykład na publikacje „Nowej Gaziety”, jako dysponenta prawdy objawionej, zważywszy na to, że to przecież opozycja. Nie stawiają sobie pytania, jakim cudem w tym autorytarnym krajobrazie, który opisują, uchowała się jakaś opozycja.
Tak więc większość „putinologów”, która to pseudonauka zastąpiła na dyżurze sowietologię, koncentruje się na tym jaki to ten Putin jest, kogo teraz prześladuje, jaki makiaweliczny plan trzyma w zanadrzu wobec wolnego, jak wiadomo,w odróżnieniu od Rosji, świata.
Skąd jawna bezwzględność prowadzonej przez niego polityki, w porównaniu z łagodną hipokryzją zachodnich jej standardów? I dlaczego, mimo wyrzeczeń i ograniczeń spadających na obywateli w wyniku jego ekspansjonizmu i autorytaryzmu, społeczeństwo rosyjskie w swojej masie wciąż go jednak popiera? A Zachód czuje się zobligowany do stosowania sankcji wobec Rosji ( najmniej uderzających w Putina a najbardziej właśnie w szeregowych obywateli jego kraju). Więcej, zmuszony jest do otaczania tego wciąż militarnie potężnego państwa łańcuchami baz pod auspicjami NATO, oczywiście mających na celu walkę o pokój a w najgorszym razie – przechwytywanie, najlepiej nad Europą, irańskich rakiet balistycznych skierowanych na USA, choć wiadomo, że w najbliższych latach Teheran nie wyprodukuje broni o takich parametrach.
Krótko mówiąc, medialno-propagandowe działania, których przedmiotem jest Putin a raczej jego fantom, obraz demiurga, adresowany do masowego, najczęściej pasywnego odbiorcy z globalnej wioski, skupiają się na skutkach pewnych wcześniejszych wydarzeń a nie na przyczynach, prowadzących do owych skutków.
Niewielu głośnych „putinologów” stawia sobie ( i publiczności) pytania: Jak doszło do tego, że pojawił się Putin? Kto stworzył Putina? Dlaczego jest taki, jaki jest? Czemu, mimo że jest taki,większość Rosjan go popiera ?
Przy czym pod pojęciem „Putin” należy rozumieć ten zbiór czynów, których dokonuje i cech charakterologicznych, które posiada. Mógłby na jego miejscu być ktokolwiek inny o podobnym profilu. Zaraz więc rozlegnie się głos mędrców twierdzących, że lud rosyjski potrzebuje tyrana i bata, podobnie jak Polacy – liberum veto. Sprawa jest jednak bardziej złożona i nie da się jej załatwić paroma komunałami okraszonymi sosem z frazesów.
Trzeba się trochę cofnąć w czasie i przeprowadzić analizę, niekoniecznie wygodną dla twórców obowiązującej dzisiaj, głównie w USA i Europie, putinowskiej sagi.
Europa i jej transatlantycki partner mają zadziwiającą umiejętność niewyciągania wniosków z historii. Po pierwszej wojnie światowej , po jej krwawych igrzyskach, państwa zwycięskiej Ententy narzuciły następczyni kajzerowskich Niemiec – Republice Weimarskiej żelazny reżim sankcji ekonomicznych, reparacji oraz ograniczeń w sferze militarnej. Cały ten aparat środków represji i, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, powstrzymywania, miał na celu złamanie karku pruskiego nacjonalizmu tudzież militaryzmu. Jaki był efekt końcowy tych działań-wiadomo.
Chociaż ta świadomość, w informatycznej i ahistorycznej społeczności globalnej, zapatrzonej w doczesność, niebezpiecznie zanika.
Teraz, uwzględniając niedoskonałość i nieprecyzyjność tego porównania i zachowując właściwe proporcje, wróćmy do putinowskiej Rosji a raczej – do jej korzeni.
Wiadomo,że jej teraźniejszy władca urodził się w 1952 roku, w ówczesnym Leningradzie, że w latach 1975-1990 był funkcjonariuszem KGB, w wywiadzie , m.in. w rezydenturze na terenie NRD, później zaistniał w latach 1990-1996 w administracji Petersburga , który w międzyczasie pozbył się bolszewickiej nazwy, następnie został dopuszczony do dworu prezydenta Jelcyna na którym działał od 1996 do 1998 roku aby w okresie 1998-1999 objąć funkcję szefa FSB. Stąd już tylko krok do stanowiska premiera sprawowanego od 1999 do 2000 roku i dalej, do prezydentury w tymże roku. Tak do dzisiaj, z przerwą na prezydencję Miedwiediewaw latach 2008 – 2012.
Te wszystkie mądrości pozna każdy, kto zechce poszperać w materiałach źródłowych. Ale to wciąż nie odpowiada na nasze fundamentalne pytanie: Kto stworzył Putina?
Po przegranym przez ZSRR wyścigu zbrojeń, po rzuceniu przez USA technologicznego wyzwania w postaci „wojen gwiezdnych”, któremu Moskwa nie była w stanie sprostać i wykreowaniu przez Ronalda Reagana nośnego w swej prostocie hasła propagandowego o „imperium zła”, które automatycznie sytuowało Stany Zjednoczone po dobrej stronie mocy, radziecki kolos zaczął trzeszczeć w posadach.
Polityka „pieriestrojki”(przebudowy) i „głasnosti”( jawności życia politycznego) realizowana przez Gorbaczowa, równolegle z ukłonami pod adresem Zachodu, przyspieszyła tylko jego zmierzch i rozpad.
Wbrew temu,co dzisiaj mówią niektórzy politolodzy, próbujący zaczarować przeszłość aby kontrolować przyszłość, po Gorbaczowie nie stwierdzono, że Rosja to już nie wróg lecz partner.
Zachód a w szczególności USA uznały Rosję za zlikwidowanego przeciwnika, za zwyciężonego wroga a siebie – za zwycięzcę, z wszystkimi wypływającymi stąd konsekwencjami. Werbalnemu opakowaniu tej polityki w przyjazne choć w rzeczywistości –paternalistyczne pustosłowie, przeczyły fakty. Zaczęło się pouczanie, jak powinna wyglądać prawdziwa demokracja do implantacji w Rosji.
Zaczęło się „wyrywanie jej zębów” w ramach układów o redukcji zbrojeń strategicznych START II czy europejskiego CFE o liczbie żołnierzy i o ograniczeniach flankowych oraz uzbrojeniu konwencjonalnym. Gdzieś w tle pozostawała pamięć o porozumieniu w sprawie ograniczenia systemów obrony przeciwrakietowej jeszcze z lat siedemdziesiątych, które nagle zyskało na aktualności. Sprzyjało temu i podobnym procesom pierwotne zauroczenie Jelcyna Stanami Zjednoczonymi i bezkrytyczne podejście do ich poczynań tak wobec Moskwy jak i wobec praktyki amerykańskiej w polityce międzynarodowej en block.
Koncerny takie jak Exxon Mobil, Chevron, Shell czy British Petroleum coraz odważniej, z coraz większymi pakietami udziałów, wkraczały na roponośne obszary Rosji, z wyraźną intencją ich przejęcia. Nie przypominało to partnerskiej współporacy lecz raczej podbój Dzikiego Zachodu,z tym, że tym razem chodziło o Wschód.
Za prezydentury rosyjskiej zapatrzonej w Amerykę i jej wzorce polityczno-gospodarcze było to możliwe.
Jednak te bezceremonialne działania Zachodu były realizowane na dyletanckim poziomie, bez uwzględniania psycho-socjologicznych, kulturowych i historycznych składowych rosyjskiego charakteru, bez znajomości specyfiki tego społeczeństwa.
Gdybyż sowietolodzy i kremlinolodzy czasów zimnej wojny, wyspecjalizowani w prognozach na temat tendencji politycznych Związku Radzieckego, wróżący jak z fusów, z kolejności ustawienia członków Biura Politycznego na trybunie mauzoleum Lenina podczas defilad na Placu Czerwonym, ostrzegli na czas nowych konkwistadorów!
Gdyby wskazali im na niesamowitą zdolność Rosjan a dzięki nim – Rosji do „podnoszenia się z kolan”, jak to ujął Putin a za nim – różnojęzyczni i różnoplemienni epigoni.
Gdyby uświadomili im, że najlepszą pożywką, najlepszym dopingiem dla konsolidacji tego narodu, dla reanimacji imperialnego ducha, jest okazywanie mu słabo maskowanej pogardy, zewnętrzne narzucanie obcych wzorców cywilizacyjnych i wdeptywanie w ziemię jako ostatecznie pokonanego przeciwnika!
Ale niestety wysłano ich na emeryturę a szkoda.
Pamiętam jak sam spytałem na początku lat siedemdziesiątych, gdy w Polsce panował relatywny gierkowski dostatek, pewnego szeregowego,szarego obywatela ZSRR: Jak sobie dajecie radę, przecież codziennie musicie walczyć o podstawowe dobra, zapewniające egzystencję?
Ten odpowiedział : Tak, ale za to jesteśmy mocarstwem i wszyscy muszą się z nami liczyć!
Nie była to ironia ani ten człowiek nie był odosobniony w swoich poglądach. To społeczeństwo, po jelcynowskich breweriach, nie mogło już wytrzymać poniżenia w jakim, według jego zbiorowego mniemania, znalazła się Matka- Rosja.
I wtedy pojawił się na firmamencie Władimir Władimirowicz Putin. Tak, to prawda,na pierwszym etapie wielkiej kariery popierał go swymi miliardami i mediami Bieriezowski. Miał nadzieję, że zyska sterowalną kukiełkę na rosyjskim tronie. Nic z tego nie wyszło.
Szefowie resortów siłowych i tzw. „rodzina” – czyli jelcynowska kamaryla, myśleli, że będą mieli posłusznego realizatora ich wytycznych. Nic z tego nie wyszło.
A gdyby Władimir Władimirowicz się nie pojawił? No cóż, wtedy wielkoruska społeczność,od wieków wyćwiczona w poświęceniach dla ojczyzny i tych, którzy byli jej ucieleśnieniem –carów, patriarchów, rewolucyjnych trybunów – wygenerowałaby kogoś podobnego.
I im większa byłaby arogancja „wychowawców” z Zachodu, tym większy byłby kredyt zaufania dla tego reprezentanta rosyjskich pragnień – odzyskania godności i wielkomocarstwowej pozycji w świecie .Tym większe przyzwolenie na autorytaryzm.
Trawestując niedawne powiedzenie pewnego rosyjskiego polityka, dziękującego Zachodowi za sankcje, które stworzyły unikalną szansę dla rozwoju szeregu gałęzi gospodarki narodowejRosji, obywatele rosyjscy mogliby chórem skandować:
Dziękujemy USA! Dziękujemy ich sojusznikom! Dziękujemy ich polityce za Putina! A odmienne głosy opozycji byłyby w tym chórze ledwie słyszalne.

PS. Warto dodać, że ten tekst napisałem 9 czerwca 2016 roku i opublikowałem jako epilog wydanej przez oficynę Melanż mojej książki sensacyjnej pt. Moskwa nie boi się krwi. Jak widać, uporczywe trwanie w błędach “putinologów” nie pozwala ciągle znaleźć Zachodowi właściwej recepty na Rosję i Putina. To, z czym dzisiaj mamy do czynienia, przypomina gróźne kołysanie globalną łodzią. Co gorsza, owo kołysanie nie jest związane z wyznaczaniem przez obie strony kursu w chybotliwej równowadze współczesnego świata, nie wspominając o roli innych, znaczących załogantów. No cóż, “errare humanum est, sed in errare perseverare diabolicum” / błądzić jest rzeczą ludzką, lecz trwać w błędzie diabelską (Seneca).

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnioeuropejskich producentów. Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznnych tumaczeń. Autor trylogii „Dżungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi się krwi”, wydanej też w pakiecie pt. „Bohaterowie cichego frontu”. Opublikował również książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz… tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Krótka pamięć

Rozpromieniony i radosny dzień z nostalgicznymi łzami pamięci, lecz również z coraz większą goryczą zniewagi. Rosja jest chyba jedynym krajem na świecie, który 9 maja nazywa Dniem Zwycięstwa.

Pamięć genetyczna pokoleń została ostudzona wiatrem zimnej wojny. W kalendarzu krajów europejskich dzień zwycięstwa obchodzony jest 8 maja i nazywany skromniej: Dniem Wyzwolenia. Coraz częściej – Dniem Pojednania.
Według badań socjologów, 55 proc. „przeciętnych” Europejczyków jest przekonanych, że decydującą rolę w zwycięstwie nad nazizmem Hitlera odegrały Stany Zjednoczone, 30 proc., że Wielka Brytania, a tylko 15 proc., że ZSRR! Uwolnienie Europy przez Armię Czerwoną od brunatnej zarazy (faszyzmu – przyp. tłum.) i ofiara krwi złożona przez narody Związku Radzieckiego, są w historii coraz powszechniej pomijane. Dlaczego?
O odpowiedź na to oraz inne pytania poprosiłem Natalię Narocznicką, prezeskę Fundacji Perspektywa Historyczna, politolożkę, dyplomatkę, doktora nauk historycznych.
Siergiej Rykow: Bolesne są wątpliwości zachodnich politologów, dotyczące decydującej roli Związku Radzieckiego w zwycięstwie nad nazistowskimi Niemcami. Czy sami dajemy ku temu powód?
Natalia Narocznicka: Na Zachodzie nigdy nie odważyliby się tak bezwstydnie zmieniać interpretacji historii, gdyby nasi liberałowie pierwsi nie zaczęli deptać naszego zwycięstwa. To właśnie u nas pękła ta swoista bariera etyczna. Skoro w naszym, zwycięskim kraju, dyskusja na ten temat stała się zasadna, to dlaczego Zachód nie miałby skorzystać z okazji i zaspokoić swój kompleks niższości? Przyznając rację historii, byliby zmuszeni do wdzięczności wobec Rosji, naszej ofiary na rzecz ich wyzwolenia, ich życia, ich demokracji.
Na Zachodzie debatę na temat rewizji historii rozpoczął Ernst Nolte, niemiecki filozof i uczeń Martina Heideggera. Pośrednio uzasadniał hitleryzm tym, że idea faszyzmu zrodziła się w odpowiedzi na ideę komunizmu. Wszystkie wydarzenia w Europie od 1918 do 1945 r. nazwał „ogólnoeuropejską wojną domową”, co jest absurdem. Ponieważ Nolte gardził także liberalnym systemem zachodnim, stał się ostatecznie wyrzutkiem nauk politycznych, bo 50 lat temu usprawiedliwianie nazizmu i faszyzmu było niesłychanym przewinieniem. Jego idee zaczęły być stopniowo wykorzystywane jako broń…
Czy idee niemieckiego filozofa wykorzystała również rosyjska „inteligencja”?
Niestety! Najpierw dziennikarze, a potem posłowie, zaczęli pisać, że ZSRR to ten sam totalitarny potwór o podobnych ambicjach. Zmieniła się również ocena znaczenia bezprecedensowej wojny światowej. Okazuje się, że wojna nie była prowadzona po to, by Francuzi pozostali Francuzami, Estończycy Estończykami, Tatarzy Tatarami, Polacy Polakami, a nie siłą roboczą czy sługami Trzeciej Rzeszy, tylko za „amerykańską demokrację”. Rzekomo głównym grzechem nazizmu był właśnie totalitaryzm, a nie teoria rasowa i niepohamowane ambicje ujarzmienia całego świata.
Ale wtedy wszyscy pojmowali, rozumem lub sercem, że wojna toczyła się o prawo do pozostania w historii narodów i kultur, z ich przeszłością, teraźniejszością i przyszłością; z prawem wyboru swojego losu. Być albo nie być! O to toczyła się wojna. Jeśli chodzi o demokrację, monarchię, społeczeństwo świeckie czy religijne, były to kwestie drugo-, jeśli nie trzeciorzędne. Wtedy zniknęła sprzeczność między „komunizmem” a „demokracją”. Świat w umysłach ludzi został podzielony na faszystowskiego potwora i tych, którzy mu się sprzeciwiali. Debata o tym, czy ZSRR był dobry, czy zły, jest niewłaściwa, ponieważ kłopoty nie przytrafiły się państwu jako instytucji politycznej. Zagrożenie nie zawisło nad państwem, ale nad ojczyzną.
Państwo i ojczyzna… Czy to nie to samo?
To są różne pojęcia. Państwa we wszystkich epokach są niedoskonałe i grzeszne. Tak było i tysiąc, i 500 lat temu. I do 1917 r., a także w ZSRR i dzisiejszej Rosji. Kraj jest grzeszny, ponieważ jesteśmy grzeszni. Ojczyzna jest wieczna. Jest nam dana do nieprzerwanej działalności historycznej.
Zagrożenie, które zawisło nad Krajem Rad, było przez ludzi postrzegane jako rodzaj uniwersalnego zła, któremu nieprzeciwstawianie się, niezależnie od stosunku do władzy, było tożsame z rezygnacją o narodowy byt. Nam i narodom europejskim groziło, że przestaniemy być narodami, a staniemy się materiałem do czyjegoś projektu historycznego, ludzką masą bez kultury, bez języka, bez wiary, bez edukacji… Niemiecki nazizm rzucił wyzwanie całej monoteistycznej cywilizacji, ponieważ w centrum znajdowała się pogańska doktryna o „naturalnych nierównościach” między ludźmi i narodami. Doktryna ta pozwalała uzasadniać prawo do podboju i zniewolenia. I jest to, z perspektywy filozoficznej, przeciwieństwo idei komunistycznej, zgodnie z którą wszystko, co narodowe, musiało zostać złożone na ołtarzu „powszechnego szczęścia” oraz równości człowieka. Zgodnie z doktryną Hitlera, Germanie są rasą panów, a wszyscy inni to rasa niewolników, którzy w razie potrzeby podlegają likwidacjii. Utożsamianie nazizmu z komunizmem jest filozoficznie i historycznie absurdalne.
Czyli my, Rosjanie, pierwsi zaczęliśmy deptać swoją historię?
Tylko my, Rosjanie. To, niestety, dla nas typowe: rozczarowawszy się rzeczywistością, zdeptać własną historię aż do całkowitego jej zniszczenia. Jest to przede wszystkim cecha inteligencji rosyjskiej. Niemniej Karamzin (znakomity rosyjski pisarz przełomu XVIII i XIX w. – przyp. tł.) trafnie scharakteryzował swój stosunek do historii: „To wszystko zostało stworzone przez nas, czyli jest nasze”. Nie można z historii wyrzucać ani jednego fragmentu. Nawet tej, której nie chce się powtarzać. Należy ją „przewrócić”, nie szydząc z życia ojców.
Początkowo zaciekli bolszewicy naprawdę widzieli Rosję tylko jako opał do wzniecenia pożaru światowej rewolucji. Nienawidzili wszystkiego, co stanowiło piękno i esencję rosyjskiego życia – ikon, szacunku dla rodziny… To samo zamierzały uczynić hitlerowskie Niemcy. Czyż nie to wydarzyło się w Rosji w latach 90., przy krzykach i aplauzie inteligenckiej nomenklatury upojonej „nowym myśleniem”?
Krew przelana za ojczyznę podczas wielkiej wojny ojczyźnianej w pewnym stopniu oczyściła nas z brudu bratobójczej wojny domowej. Nić rosyjskiej i radzieckiej historii, pozornie przerwana na zawsze, została ponownie połączona! Wszystkie narody walczą o ojczyznę, kiedy atakuje zewnętrzny wróg, bez względu na symbole na sztandarach. Jakiekolwiek było nasze państwo w tamtych czasach, wojna była dla nas wielka, ojczyźniana i narodowa…
Niezaprzeczalnie nasza wina polega na tym, że to nasi krajowi sabotażyści, z powodu nienawiści do potężnej Rosji i ZSRR, jako pierwsi podeptali ten ofiarny wyczyn. W ten sposób otworzyli bramy dla gromadzącej się od dawna zazdrości wobec naszego zwycięstwa. Nie można kpić z własnej historii. Trzeba z pokorą zastanowić się nad przyczynami zarówno wzlotów, jak i upadków.

Straty ludzkie ZSRR: 6,8 mln zabitych żołnierzy, 4,4 mln wziętych do niewoli i zaginionych. Łączne straty demograficzne (w tym ludność cywilna) – 26,6 mln osób.
Straty ludzkie w Niemczech – ok. 7 mln osób.
Straty ludzkie sojuszników Niemiec – 806 tys. żołnierzy.
Podczas wyzwalania Polski w latach 1944-1945 zginęło ponad 500 tys. żołnierzy radzieckich. W ostatnich latach w Polsce zlikwidowano ponad 420 miejsc i pomników ich upamiętniających.


Przekład Marta Hofman

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Flaczki tygodnia

„Piotr Ikonowicz, zgodnie z przewidywaniami, przepadł w głosowaniu na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich. To oczywiście wielka strata i żal, ale tylko ktoś naiwny mógł sądzić, że PiS w Sejmie poprze socjalistę. Łudził się oczywiście też sam kandydat, który w RMF FM stwierdził stanowczo, że nie musi nawet przekonywać posłów PiS. Dlaczego? Stwierdzał, że „oni go bardzo cenią”, ale „zapytają Jarosława Kaczyńskiego”. I to akurat prawda. Prezes zdecydował.
Były poseł PPS, obrońca praw lokatorów, nie dostał z ław PiS nawet jednego głosu. Bardzo to symboliczne. Co więcej, sam Jarosław Kaczyński głosował przeciw.
Tymczasem to 12 posłanek i posłów z koalicji Obywatelskiej głosowało „za” kandydaturą Piotra Ikonowicza. Jasne, że KO jest pełna hipokryzji, biadolą o „zjednoczonej opozycji”, która w ich języku oznacza zjednoczenie się tylko wokół ich wizji, ich programu, ich przywództwa. Silniejszy zawsze dyktuje warunki. Udowodnili to również o tym razem. Przeciwko Ikonowiczowi było 123 posłanek i posłów KO. Ręka w rękę z PiS.”
Tego tym razem nie napisały Flaczki, lecz jeden z autorów „Trybuny”, socjalista, Przemysław Prekiel.

I pisze tak dalej: ”W tym wszystkim najważniejsze jednak jest to, że obecna władza, która niewątpliwie ma wielkie zasługi w polityce wyrównywania szans, wystawia jako kandydata na RPO czynnego polityka własnej partii. To swoista aberracja, żeby polityk partii rządzącej był Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Ma on stać na straży wolności i praw człowieka i obywatela. PiS pomylił funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich z rzecznikiem rządu. Nie da się zbudować sprawiedliwości społecznej na gruzach demokracji i państwa prawa. Adam Bodnar był ostatnim obrońcą tej idei.”

Przemek Prekiel to lewicowiec młodej generacji. Lewicowiec z własnej woli. Nie działał w czasach kiedy zapisanie się do rządzącej PZPR było dla niektórych deklaracją lewicowości, a dla innych tylko przepustką do kariery. Dlatego do PZPR należały „Flaczki” i dzisiejszy sługa jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, oddelegowany do Trybunału Konstytucyjnego, pan prokurator Stanisław Piotrowicz. Zawsze gorliwy do służenia aktualnej władzy. I dpodatkowo żarliwy opiekun proboszczów „ciumkających” nieletnich chłopców.

Odrzucając kandydaturę Piotra Ikonowicza elity PiS pokazały, raz jeszcze i dobitnie, jaki system władzy tworzą. Jakich ludzi preferują, nagradzają wysokimi stanowiskami.
Okazało się raz jeszcze, że ta gromko werbalnie „antykomunistyczna” formacja woli „komunistycznego lizusa” i konformistę pana Stanisława Piotrowicza od Piotra Ikonowicza -antykomunisty ideowego, lecz aktywisty niepokornego.

Elity PiS chcą stworzyć własną oligarchię. Własne elity polityczne, własny kościół katolicki, własną oligarchę gospodarczą, własną Akademię Nauk, własnych ludzi sztuki. A ten ich „antykomunizm”, to cykliczne nawoływanie do „współpracy dla dobra Polski”, to jedynie pakiet stałych kłamstw PiS. Bajki dla przysłowiowego „ciemnego ludu”.

Głos towarzysza Prekiela jest ważny, bo wielu młodych polskich lewicowców, zwłaszcza reprezentantów „lewicy internetowej”, nienawidzi liberałów z PO tak bardzo, że potrafią apelować „głosujmy na PiS, bo to jednak partia programowo socjalna”. Bo chociaż jest nacjonalistyczna, obskurancka i antydemokratyczna, to dba o interesy ludzi pracy najemnej. Dała przecież 500+ najbiedniejszym. Na co koalicja PO- PSL nigdy się nie zdobyła.
Czy odrzucenie przez elity PiS kandydatury Ikonowicza, który mógł być ponadpartyjnym, antyliberalnym i socjalnym Rzecznikiem Praw Obywatelskich zdejmie z tej lewicy internetowej zauroczenie PiS-em ?
x/ Pan prezydent Andrzej Duda zainaugurował działalność Biura Polityki Międzynarodowej. Szefem nowego Biura został pan minister Krzysztof Szczerski dotychczasowy minister w Kancelarii pana prezydenta, odpowiadający tam za politykę zagraniczną.
„Mam nadzieję, że Biuro w sposób większy niż do tej pory pozwoli realizować działania prezydenta RP w zakresie polityki międzynarodowej”, powiedział podczas inauguracji pan prezydent Andrzej Duda.
I dodał ”Przyjęliśmy taki niepisany podział ról z Radą Ministrów, później z panem premierem Morawieckim, że w głównej mierze tymi sprawami europejskimi, zajmuje się premier, natomiast kwestie związane z Sojuszem Północnoatlantyckim i naszą obecnością w ONZ to ta domena, w której w przeważającej mierze działa prezydent”.

Nie dodał, że pan minister Szczerski długo w tym Biurze nie posiedzi. Wszyscy już wiedza, że pan minister wybrał sobie posadę polskiego ambasadora przy ONZ. Wolną pod koniec tego roku.

Nie jest to posada bardzo męcząca. Dlatego otoczenie pana prezydenta Dudy oczekuje, że podstawowym zadaniem pana ambasadora Szczerskiego w ONZ będzie szukanie międzynarodowej posady dla pana prezydenta Dudy.
Lata drugiej kadencji szybko lecą. Pojawi się pytanie co robić dalej? W kraju „bezobjawowy prezydent” nie będzie miał wielu propozycji. Może za to mieć kłopoty z odpowiedzialnością za łamanie prawa, zwłaszcza Konstytucji. Może mieć zaproszenie do Trybunału Stanu.Dlatego pan minister Szczerski czaruje pana prezydenta i elity PiS, że postara się w ONZ o posadę sekretarza generalnego dla niego.

To plan maksimum. Minimum to jakiś „Wysoki Przedstawiciela ONZ”. Dzięki takiej posadzie, immunitetowi ONZ i pracy za granicą, pan prezydent Duda może uniknąć odpowiedzialności za swą krajową działalność. No i życia „w nędzy”, jakie dotknęło ostatnio byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Poszukującego pracy dla ratowania domowego budżetu.

Na razie szanse pana prezydenta jeszcze bardziej zmalały. Polski MSZ wydalił właśnie trzech rosyjskich dyplomatów. Choć nie musiał. Ale chciał podlizać się administracji prezydenta Bidena, aby zmyć opinię wiernego sojuszników Trumpa.
W efekcie Rosja wydaliła pięciu polskich dyplomatów, co dotkliwie osłabiło i tak już nieliczną tam polską placówkę. Decyzja MSZ utrwaliła też opinię Polski jako państwa „z natury rusofobicznego”.

W ONZ Rosja ma silną, decydującą pozycję. Może zablokować każdą kandydaturę na każde znaczące stanowisko. Zwłaszcza kandydata reprezentującego „genetyczną rusofobię”.
Zatem misja pana ministra Szczerskiego z góry skazana jest na porażkę. Pieniądze podatników też zostaną znów zmarnowane.

Bilans na zero?

Czas na „Omówienie pełnego zakresu problemów, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Rosja”, stwierdził prezydent Joe Biden i zaproponował prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi spotkanie.
Chęć do szybkiego dialogu wzmogły koncentracje wojsk rosyjskich i NATO na pograniczu ukraińsko- rosyjskim. Alarmujące prognozy, że znowu może dojść tam do wojny.
Konflikt rosyjsko- ukraiński będzie zapewne jednym z tematów przyszłych rozmów. Jawne i oficjalne rokowania amerykańsko – rosyjskie o integralności i przyszłości ukraińskiego państwa to nowość polityczna. Do tej pory rozwiązaniem problemów Donbasu i aneksji Krymu zajmowała się „czwórka normandzka”, czyli Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja. Zaś długofalową politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej w europejskim otoczeniu Rosji spełniało Partnerstwo Wschodnie. Spłodzone przez Polskę i Szwecję, zaakceptowane przez Unię Europejską.
Partnerstwo Wschodnie zakładało współpracę z sześcioma byłymi republikami ZSRR, które po 1990 roku wybrały niepodległość. Z leżącymi w bliskim sąsiedztwie Białorusią, Ukrainą i Mołdawią oraz reprezentującymi kaukaskie krańce Europy; Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią.
Na pierwszy szczyt w maju 2009 r. przybyli do Pragi wszyscy przywódcy. Drugi, we wrześniu 2011 roku w Warszawie, został już zbojkotowany przez przywódców Białorusi. Był to pierwszy sygnał narastających konfliktów wewnątrz Partnerstwa. Ostatni „szczyt” Partnerstwa odbył się w maju 2019 roku w Brukseli. W formie kolacji wydanej przez ówczesnego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska dla przywódców pięciu państw Partnerstwa oraz białoruskiego ministra spraw zagranicznych.
Prymusi i chuligani
Celem Partnerstwa było przyciąganie byłych, europejskich republik radzieckich do sfery wpływów Unii Europejskiej. Cała szóstka dostała obietnicę akcesji do Unii Europejskiej pod warunkiem przeprowadzenia zmian i reform przybliżających ich gospodarki, systemy polityczne i prawne do standardów obowiązujących w UE.
Rosja od początku była przeciwna Partnerstwu. Uważała, i nadal uważa, taką politykę sąsiedztwa Unii za wrogą. Protestowała w czasie inauguracji Partnerstwa ustami prezydenta Miedwiediewa. Po przejęciu prezydenckiego urzędu przez Wladimira Putina oceny Partnerstwa stały się bardziej negatywne i jednoznacznie wyrażane.
W czasie dwunastoletniego istnienia Partnerstwa ujawnił się w tym regionie nowy, sprawny „partner”. Jeszcze w 2009 roku „partnerska” szóstka miała alternatywę. Być „bliską zagranicą” Federacji Rosyjskiej albo oczekującym w kolejce do Unii Europejskiej. W międzyczasie na regionalnego przywódcę i wzór do naśladowania wyrosła Turcja.
Rządzona przez prezydenta „sułtana” Erdogana rychło porzuciła starania o akcesję do UE. Zręczną polityką dowiodła, że dzięki umowom o wolnym handlu z UE można być tam swą gospodarczą nogą i jednocześnie można swą polityczną nogę trzymać poza euro wspólnotą. Można korzystać z europejskiego rynku bez konieczności nakładania sobie demokratycznego kagańca. Respektowania norm ochrony mniejszości etnicznych, kulturalnych, seksualnych. Podobnie można być w NATO i jednocześnie prowadzić w regionie własną politykę. Nawet mieć swoje „małe wojenki”. Nic dziwnego, że dla wielu elit państw Partnerstwa model tureckiego „sułtanatu” stał się bardziej atrakcyjny niż zachodniej demokracji parlamentarno- gabinetowej.
O osiągnięciu pozycji „drugiej Turcji” marzy wielu polityków ukraińskich. Nawet tych werbalnie deklarujących chęć akcesji do Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że taka akcesja nie grozi przecież Ukrainie w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Nie trzeba zatem szybko i na siłę przyjmować trudnych do akceptacji rozwiązań, skoro nagrody szybko nie będzie. Na dziś wystarczy elitom dostęp ukraińskich firm do rynku UE i bezwizowe wyjazdy do państw Unii. Poza tym Unia nie jest już wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy. Teraz ekipa prezydenta Zelenskiego postawiła na szybką integrację z NATO, czyli administrację USA. Ma atut w postaci „najliczniejszej armii europejskiej”, choć jeszcze nie wystarczająco wyszkolonej i uzbrojonej.
Szans na akcesję do UE, ani na „drugą Turcję” nie ma inny, niedawny „prymus” Partnerstwa – Republika Mołdawii. Cóż z tego, że posiada ona umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym porozumienie o strefie wolnego handlu. Skoro ostatnie lata mołdawskiej polityki to bezustanna walka prorosyjskich socjalistów z pro unijnymi liberałami. Bezpardonowa, z łamaniem prawa i zasad demokracji przez obie strony. W efekcie długotrwałych konfliktów Mołdawia stała się jedynie eksporterem taniej żywności i siły roboczej do państw UE.
Podobna przyszłość może czekać ostatniego z grona „prymusów” – Gruzję. Jeśli globalna pandemia nie zostanie opanowana, jeśli nie ruszy tam turystyka przynosząca znaczące dochody jej gospodarce, to Gruzja podryfuje w stronę autorytarnych rządów i starć z radykalizującą się opozycją. A proeuropejskie nastroje zaczną wypierać utopie przeszłości. Nostalgie za Gruzją, kiedyś najbogatszą republiką ZSRR.
Trudno dziś mówić o proeuropejskich nostalgiach i pespektywie unijnej akcesji w Armenii. Przegrana niedawna lokalna wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach ostudziła europejskie marzenia ormiańskich elit. Nie wykorzystały one czasu rozejmu na wzmocnienie gospodarki państwa, modernizacji armii. Znów okazało się, że w tym regionie tylko Rosja może zagwarantować podstawowe bezpieczeństwo armeńskiego państwa. I skoro wparcia Unii nie ma, to trzeba Rosję polubić. Skoro tylko ją się ma.
Białoruś prezydenta Łukaszenki próbowały polubić europejskie elity polityczne. Było jak w serialu, co rok, to zmiana akcji. Sankcje, ocieplenie, sankcje i próby kooperacji z tym „niezwykle ciepłym człowiekiem”. Aktualnie wszyscy już czekają na kres rządów ekipy prezydenta Łukaszenki. Tylko jego następcy są nadal niewiadomi. Większym prawdopodobieństwem jest, że będą to młodsi, reformatorscy i jeszcze bardziej prorosyjscy niż apostołowie w unio wstąpienia.
Największym beneficjentem dziesięciolecia Partnerstwa Wschodniego okazał się Azerbejdżan. Choć „prymusem” nigdy nie był. Ale skutecznie zdemokratyzował swój system polityczny. Choć nie ortodoksyjnie, bez kopiowania zachodnioeuropejskich systemów. Jego elity nie pchały się do Unii, ani na rosyjska orbitę. Z pomocą USA stworzyły pozycję ważnego eksportera surowców energetycznych, przy pomocy Turcji zmodernizowały swą armię. Wygrana, lokalna wojna z separatystami ormiańskimi, wzmocniła pozycję Baku w regionie.
Dwanaście lat Partnerstwa Wschodniego minęło. Miało zmienić sąsiedzkie państwa w demokracje i rozwijające się gospodarki. Państwa skutecznie kandydujące do Unii Europejskiej. Wzory do naśladowania dla innych post radzieckich republik. W rzeczywistości, oprócz bogacącego się Azerbejdżanu, mamy w naszym europejskim sąsiedztwie „partnerskie” kulejące gospodarki i niewygasłe konflikty społeczne. Na Ukrainie groźbę poważnej wojny angażującej już dwa najsilniejsze na świecie mocarstwa militarne.
Inaugurując Partnerstwo Wschodnie polskie elity polityczne dumnie zapowiadały, że poprowadzą unijną politykę wschodnią ku świetlanej przyszłości. Bo znają się na niej w Europie najlepiej. Bo są jej genetycznymi ekspertami.
Gdzie był błąd?

Sushi con carne

Władimir Putin opanował do perfekcji zasady przyjmowania do NATO kolejnych państw. I nie waha się tej wiedzy używać. Zasadą w NATO jest to, że kraje członkowie nie mogą mieć żadnych poważnych zatargów granicznych, ani mocnych sporów terytorialnych z innymi. O tym, że powinny sprawować suwerenną władzę na całym swoim terytorium, nie wspominając.

Dzięki czemu do NATO nie może, po rosyjskim ataku i utworzeniu dwóch dziwnych rosyjskich tworów parapaństwowych w swoich granicach, apirować Gruzja. Tak samo jak od zawsze Mołdowa z rosyjskim Naddniestrzem. Od kilku lat możliwość WNATOwstąpienia Putin odebrał również Ukrainie, zagarniając Krym i utrzymując ruchawkę w Donbasie.

Teraz Putin rozgrywa stare karty w zupełnie innej grze. Takiej na duże pieniądze. Gra nosi nazwę Nord Stream 2. Dokończenia budowy gazociągu nie chcą Stany Zjednoczone i wiele krajów Europejskich. To to samo grono, które chciałoby widzieć Ukrainę jako ostoję spokoju i stabilności.
Co zatem robi Putin? Przesuwa kilka oddziałów wojskowych w okolice granicy z Donbasem, dając do zrozumienia, że jak skończy się blokada gazociągu, to jednostki wrócą do siebie. A co jak blokada nie zniknie?

Od przygotowania stolika do takiej rozgrywki są pożyteczni idioci Putina, tacy jak Salvini i Orban oraz zapędzone przez przyjaźń z Węgrami nasze dyplomatołki. To ten tercet ma przygotować propagandowy grunt, do sytuacji, jak Putin, nie mogąc tłoczyć gazu do Niemiec, będzie musiał się na serio zająć Ukrainą. Medialny ostrzał już się zaczął. Rosjanie finansują dziennikarzom z różnych krajów wyjazd do Odessy na rocznicę masakry w Domu Związkowym. Rocznica nieudanego zajęcia Odessy przez „zielone ludziki” ma udowodnić wolnemu światu, jacy to banderowcy są źli.

Putin robi to wiedząc, że Ukraina – w razie czego – nie może liczyć na zapowiadaną pomoc Stanów Zjednoczonych. Bo niby jak Amerykanie mieliby się tam dostać? Z nielubiącej Ukraińców dzięki rządom PiS Polski, czy sprzymierzonych mentalnie i nie tylko z Putinem Węgier i Turcji?
Władimir Władimirowicz wie, że Biden ma mocno związane ręce i żadnych argumentów by zdusić inwestycje w Nord Stream 2. Może zatem liczyć na to, że amerykański prezydent za zachowanie resztki twarzy w sprawie gazociągu poprzez umycie od niego rąk, nie da Putinowi pretekstu do interwencji na Ukrainie.

Rosyjski prezydent musi coś ugrać. Rosjanie muszą go znów jąć postrzegać jako zwycięzcę. Obciach, którego sobie narobił z uwięzieniem Nawalnego, rozlał się po Rosji zbyt mocno. Zbyt wielu Rosjan zobaczyło też film z posiadłością Władimira Władimirowicza. Kreml potrzebuje na gwałt sukcesu. Najgorsze jest to, że dokończenie Nord Stream 2 to może dla publiki rosyjskiej za mało. Zwłaszcza, że koronawirus i niskie ceny ropy nie dają Moskwie pieniędzy, którymi mogłaby uspokoić sytuację. Niestety – jak strasznie z naszej perspektywy by to brzmiało – Donbas i Ługańsk wkrótce Ukraińskie już nie będą. Jednak nie podzielą losu Krymu i nie zostaną inkorporowane. Będą jak Naddniestrze i Abchazja. Wrzodem na tyłku Ukrainy, skutecznie uniemożliwiającym jej bycie branym pod uwagę jako sojusznik militarny Stanów Zjednoczonych.

Ciekawe jednak jak w tej sprawie zachowają się Chiny? Najprawdopodobniej z właściwym sobie dystansem. Pekinu nic tak przecież nie cieszy, jak to, że Waszyngton będzie miał wzrok skierowany gdziekolwiek, miast kombinować następną akcję w wojnie handlowej z azjatyckim gigantem. Biden zajęty Putinem, to dla Xi Jinpinga najlepsza wiadomość. Dzięki temu Chiny mogą spokojnie robić to co robią i wzmacniać swoje wpływy w każdym kraju, który ani na Rosję, ani na USA liczyć nie może. Choćby w Birmie.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…