Dyskryminacja jest problemem

Rok przed wybuchem antyrasistowskich zamieszek w USA, w Rosji Centrum im. Lewady zbadało sprawę dyskryminacji z różnych przyczyn w Rosji w ramach większego międzynarodowego projektu. Dostępne dopiero teraz wyniki są bardzo interesujące.

Ciekawa jest grupa pytanych – to ludzie w wieku 14-29 lat, którzy na hasła dyskryminacji z różnych względów są wrażliwsi niż starsze pokolenie.
Badanie to było częścią międzynarodowego projektu Fundacji im. Friedricha Eberta.
„Choć problem instytucjonalnej dyskryminacji rasowej nie jest charakterystyczny dla Rosji z powodów historycznych, demograficznych i politycznych, to jednak część naszych współobywateli przejawiała oznaki codziennego rasizmu (od jednej piątej do połowy pytanych w różnych hipotetycznych sytuacjach wolała zachować dystans wobec ciemnoskórych)” – czytamy w dokumencie.
Na pytanie: „czy był Pan/Pani kiedyś obiektem dyskryminacji?” najwięcej z pytanych, bo 22 proc. odpowiedziało „tak” i była to dyskryminacja z powodu wieku, drugim powodem (21 proc.) była sytuacja materialna.
Na trzecim miejscu była dyskryminacja z powodów płci – 16 proc.
Ze względu na przekonania polityczne dyskryminacje odczuwało 14 proc. pytanych, o jeden procent mniej odczuło dyskryminację z powodów aktywności społecznej, 11 proc. pytanych było dyskryminowanych z powodów etnicznego pochodzenia. Najmniej odczuwano dyskryminację z powodów orientacji seksualnej – jedynie 3 proc. pytanych zetknęło się z nią „często” lub „niekiedy”.
Gdy nachylić się nad problemem dyskryminacji ze względu na płeć, to 14 proc. zetknęło się z jej przejawami, ale kiedy rozdzielić grupę respondentów według płci właśnie, proporcje nieco się zmieniają: nieco więcej niż co piąta kobieta czuła się dyskryminowana, (22 proc.) i tylko co dziesiąty mężczyzna (9 proc.).
Natomiast na pytanie o dyskryminację z powodów etnicznych, co jest szczególnie ważne w wielonarodowym społeczeństwie rosyjskim, co 10 respondent odpowiedział, że był „czasem” lub „często” obiektem takowej. Jednak w rozbiciu na Rosjan i nie-Rosjan sprawa wygląda niego gorzej.
Tylko 8 proc. Rosjan było obiektem dyskryminacji etnicznej, zaś nie-Rosjanie odczuwali dyskryminację z powodu swojego pochodzenia częściej – 22 proc. z nich było dyskryminowanych.
Ciekawe, jak wyglądałyby wyniki tego samego badania w Rosji obecnie.

Inkasent Trumpa

  • Po co pan prezydent Duda ma takie wielkie plecy?
  • Żeby prezydent Trump mógł go łatwiej protekcjonalnie klepać.

Łupów amerykańskiej wyprawy miało być wiele. Wypasiony Fort Trump pełen importowanego wojska, broń atomowa przechowywana w polskich skrytkach, bojowe śmigłowce, myśliwce, transportowce, no i transfery najnowszej amerykańskiej technologii.
Po spotkaniu okazało się, że pan prezydent Duda przywiózł nam obietnicę otrzymania szczepionki, której jeszcze nie ma, obietnicę sprzedaży elektrowni atomowej w 2031 roku i deklarację zwiększenia rotacyjnego kontyngentu wojsk USA. Przynajmniej o tysiąc żołnierzy, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wartość obietnic nie pokryła nawet kosztów przelotu.
Jedynym przywiezionym realnym łupem przez prezydenta, który zasłynął tam służalczą deklaracją: „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, jest fotka zrobiona w Białym Domu na potrzeby kampania wyborczej. Ma zaczarować „ciemny lud”, bo tym razem pan prezydent przy biurku siedzi, a prezydent Trump stoi obok.
Bat na kanclerz
Podczas konferencji prasowej prezydent Trump krótko i dobitnie wyjaśnił po co wezwał do Bialego Domu polskiego prezydenta. Otóż Trumpowi nie podoba się aktualna polityka Niemiec i pani kanclerz Merkel też. Nie podoba mu się, że Niemcy ograniczają swe wydatki na zbrojenia i jeszcze skąpią na utrzymanie amerykańskich wojsk stacjonujących na ich terytorium. Na dodatek Niemcy kupują gaz od Rosji, zamiast oferowanego im amerykańskiego LNG. Budują niemiecko- rosyjski gazociąg Nord Stream 2 zamiast terminali dla amerykańskiego LNG.
Na szczęście dla prezydenta Trumpa w dalekiej Polsce doszły do władzy elity PiS. Nasycone rusofobią, germanofobią, frankofobią, islamofobią, skandynawofobią, i wszelkimi innymi fobiami, niczym przysłowiowy Ruski wódką. Elity PiS cynicznie wykreowały wielu wrogów narodu polskiego, a z Rosji uczyniły najgorszego wroga.
Prezydent- biznesmen Trump zaoferował taką ochronę. Ale nie za darmo. W zamian za parasol przed rosyjskimi pociskami, chce uczynić z Polski głównego odbiorcę i dystrybutora amerykańskiego LNG na całą Europę Środkowo- Wschodnią. Zwaną przez PiS „Trójmorzem”.
Wedle planu Trumpa, za poczucie bezpieczeństwa sprzedawanego przez elity PiS polskim wyborcom, polscy podatnicy będą płacili amerykańskim firmom dostarczającym gaz. A także amerykańskiej armii za pobyt jej wojaków. Będą płacili dużo, bo bezpieczeństwo Ojczyzny jest bezcenne. Co elity PiS rozumieją, bo deklarują ponad 2 procent krajowego PKB przeznaczyć na „obronę” kraju. Czyli zakupy amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Takie wizje gigantycznych interesów już pobudzają rozrośnięte manie wielkości obecne w elitach intelektualnych PiS. Kreujących nowy sojusz państw Trójmorza, alternatywny wobec sojuszu Berlin- Paryż, a nawet Unii Europejskiej. Elity PiS marzą aby Polska ich marzeń była liderem polityczno- gospodarczym Trójmorza. Przewodziła mu politycznie jako najwierniejszy sojusznik USA, promotor amerykańskich inwestycji w tym regionie. Aby elity PiS jako poborca należnych z tego tytułu prowizji, no i inkasent amerykańskich długów, stworzyły z Polski drugi Kuwejt. A z elit PiS kastę narodowo-katolickich szejków. Problem w tym, że w polityce, nawet międzynarodowej jest jak w szkolnej klasie. Nie lubi się i nie szanuje się takich prymusów – lizusów.
Wyzwoliciele czy okupanci?
Kiedy w 1993 roku polskie ziemie opuszczały ostatnie, stacjonujące u nas wojska post radzieckie, to polskie elity zgodnie uznały, że wreszcie nasze państwo zyskało podstawowy atrybut suwerenności. Nie ma na jego terenie stale stacjonujących obcych wojsk.
Nie minęło 30 lat, a elity PiS, na co dzień deklarujące politykę „Powstawania z kolan”, gotowe są zapłacić każdą cenę za ponowny, stały pobyt obcych wojsk na naszej ziemi.
Zapłacą nie tylko wszelkie koszty pobytu wojskowych. Za zgodę na ich pobyt przepłaca za amerykański gaz i energię atomową. Zgodzą się też na hamowanie rozwoju telekomunikacyjnej technologii 5G w naszym kraju, bo tego chce teraz amerykański Wielki Brat.
Zapłacą za to nie swoimi, tylko naszymi, podatkowymi pieniędzmi.
Dodatkowo obywatele naszego kraju zapłacą jeszcze za bezwarunkowy immunitet amerykańskich żołnierzy stacjonujących w naszym kraju. Każdy popełniony przez nich gwałt, rabunek, burda będzie bezkarny. Bo będą wyjęci spod polskiego sądownictwa.
Polska – Niemcy
Niemcy są najważniejszym partnerem gospodarczym Polski. Potem Czechy, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Holandia, Rosja, Szwecja i USA. Obroty handlowe Polska- Niemcy są dziesięć razy większe niż Polsk z USA. A obroty Polska- Czechy trzy razy większe.
Pomimo tego polityczni psychopaci z PiS przy każdej okazji deprecjonują polskie więzi gospodarcze z Niemcami i państwami Unii Europejskiej. W zamian kreują irracjonalną alternatywę gospodarczego eldorado z USA.
Niemcy są gospodarczym mocarstwem. Wzywanie Niemców by się jeszcze zbroiły to kreowanie znanego równania:Niemiecka mocarstwowa gospodarka + niemiecka wielka armia = nowa wojna światowa.
Kto wtedy zagwarantuje Polsce utrzymanie jej zachodnich granic?
Polska – NATO
Polska rządzona przez elity PiS, staje się koniem, a ściślej osłem, trojańskim prezydenta Trumpa w NATO. Chciałaby zza pleców USA osłabić Niemcy, ukarać dumną Francję, pochwalić się swą „kryszą” przed Litwą, Łotwą i Estonią. Prowadzić niby chytrą, lecz służalczą, politykę „Nie miałbym śmiałości sugerować panu prezydentowi Trumpwi…”, ale wszystkie ochłapy spadające z niemieckiego stołu elity PiS z radością wezmą. Przecież to przywódcy mocarstwowego „Trojmorza” należy się.
Polska- Chiny
Przytakujący za każdym razem, podczas ostatniej wizyty, prezydentowi Trumpowi pan prezydent Duda być może nie zauważył, że stał się nie tylko amerykańskim bacikiem do propagandowego chłostania pani kanclerz Merkel. Obsadzono go też w roli kijka na potrzeby wojny Trumpa z Chinami.
Zamiast zachować neutralność w sporze USA – Chiny, polski prezydent bezmyślnie i wbrew polskim fundamentalnym interesom, poparł prezydenta Trumpa. Bezinteresownie. Zapewne „nie miał śmiałości” zaprezentować polskiej racji stanu i interesu narodowego w sporze Trump- Chiny.
Polska- Rosja
Ożywił się i ośmielił kiedy wspomniano o Rosji. Traktowanej przez prezydenta Trumpa jedynie jako uciążliwego konkurenta w handlu gazem. Nie agresora, bo przecież aneksji Krymu Rosja dokonała za rządów „demokratów”, prezydenta Obamy. Politycznego wroga prezydenta Trumpa, o czym nie zapomniał wspomnieć.
Prezydent Trump doskonale wie, że europejskie roszady wojskowe, jakie obecnie dokonuje, nie są strategicznym zagrożeniem dla Rosji. Dla bezpieczeństwa Polski nie mają militarnego znaczenia. Za to dla prezydenta Putina to fajny propagandowy prezent.
Prezydent Putin ma właśnie u siebie referendum, które pomoże wzmocnić jego władzę. Wizja wzmocnienia wojsk USA w Polsce to miód na serce rosyjskich „siłowników”. To argument by dozbroić rosyjskie wojska w Kaliningradzie i przy ich zachodniej granicy z NATO. I nikt rozsądny na świecie nie odmówi prawa Rosji do takiej odpowiedzi. Dzięki wizycie pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie, prezydent Putin ma dodatkowe argumenty w swej kampanii wyborczej!.

Stosunki polsko- rosyjskie są złe. Polityczne są niemożliwe do naprawienia póki rządzą w Polsce psycho rusofobi. Kulturalne są ograniczone do minimum. Gospodarcze polegają na tym, że firmy związane z elitami PiS stale kupują rosyjski węgiel i bogacą się na tym. A polscy sadownicy ciągle nie mogą sprzedawać swych owoców do Rosji.

Na osłodę mają od PiS wizję mocarstwowej Polski. Nie tylko tej „od morza do morza”. Teraz sięgającej aż trzech mórz!

Atomowa strefa wpływów

Rosyjskie elektrownie jądrowe, z pomocą państwa zaczynają podbijać świat.

The New York Times pisze, że rosyjska spółka państwowa Rosatom  finansuje i buduje reaktory na całym świecie, czerpiąc dla Moskwy zarówno zyski, jak i wpływy geopolityczne. Rosatom zawarł ponad 30 umów na dostawy reaktorów. W ubiegłym roku firma twierdziła, że ma w swoim portfelu projekty międzynarodowe o wartości 202,4 miliarda dolarów!

„Sukces Rosji – sprzedała więcej technologii nuklearnych za granicą, odkąd Putin doszedł do władzy w 1999 r., niż Stany Zjednoczone, Francja, Chiny, Korea Południowa i Japonia łącznie, generując intratne kontrakty w Europie , Azji, a nawet Afryce, aby utrzymać ponad 250 000 inżynierów, badaczy naukowych, sprzedawców i innych pracowników Rosatomu” – wskazuje New York Times.

Rosatom wygrał m.in. kontrakt o wartości 30 miliardów dolarów na cztery reaktory w Egipcie, długoletniego sojusznika USA, oraz zawarł kolejną dużą umowę na elektrownię jądrową w Turcji, członka NATO,   Buduje elektrownię atomową na Węgrzech,   gdzie przetarg przegrał amerykański Westinghouse. Podobnie w Bułgarii.

Ted Jones, dyrektor ds. Bezpieczeństwa narodowego i programów międzynarodowych w Nuclear Energy Institute w Waszyngtonie, stowarzyszenie handlowe, skarży się, że wsparcie państwa, szczególnie w zakresie finansowania, dało Rosatomowi ogromną przewagę nad rywalami, takimi jak amerykański Westinghouse, największy amerykański kontrahent jądrowy. W ciągu ostatniej dekady Rosja otworzyła linie kredytowe dla elektrowni jądrowych w wysokości ponad 60 miliardów dolarów.

„NYT” zauważa także, że sukces Rosji w zdobywaniu kontraktów   następuje w czasie, gdy wielu jej konkurentów walczy o pozostanie w branży nuklearnej – co wywołało obawy na Zachodzie, że rynek globalny zamienia się w duopol kontrolowany przez Rosję i Chiny. Obawa polega na tym, że od 2030 r. lub 2040 r. cała nowa działalność będzie prowadzona przez Rosję i Chiny, ponieważ będą oferować warunki finansowania, których nikt inny nie będzie w stanie zaoferować – prognozują eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze amerykańskiej gazety.

Pamięć i normalność

Skrajną podłością jest traktowanie historii w charakterze broni używanej w polityce. Ci, którzy tak robią, pamięć milionów ofiar konfliktów zbrojnych traktują wyłącznie przedmiotowo. Mentalnie nie są lepsi od winnych przelanej krwi.

Czy historia musi dzielić? Nie musi i nie wolno dopuścić do tego, aby tak się działo! Ona powinna nas uczyć. Jeśli jest inaczej, ofiara naszych przodków – ich cierpienia, oddanie sprawie, rany czy śmierć, okazują się ofiarą bezsensowną. Jeśli nie będziemy w stanie tego zrozumieć, nie będziemy też w stanie pogodzić się z historią. Nie stać nas będzie na to by wznieść się na poziom z którego zaczniemy traktować cierpienie jako element mogący łączyć narody, nie zaś je dzielić. Bez tego z kolei nigdy nie osiągniemy pojednania, ani nie zbudujemy przyjacielskich relacji choćby z naszymi najbliższymi sąsiadami: Rosjanami, Niemcami, Czechami, Ukraińcami i Litwinami.

Rosjanie potrafią nas zawstydzać. W 75 rocznicę wyzwolenia Warszawy miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w uroczystym koncercie upamiętniającym to wydarzenie. Odbył się w Warszawie, ale nie z inicjatywy polskich władz. Gospodarzem imprezy była Ambasada Rosji w naszej stolicy. Koncert zakończył się wspólnym z Rosjanami oglądaniem „salutu” – salwy 24 wystrzałów artyleryjskich ku czci żołnierzy radzieckich poległych w walkach o Warszawę. Oglądaliśmy je na telebimie, strzelano bowiem w Moskwie, w miejscu dla Rosjan świętym – na Górze Pokłonnej. W ten sposób Rosjanie oddali cześć tym swoim rodakom, którzy oddali życie za naszą wolność od faszyzmu. Było mi wstyd za polski rząd, wstyd za władze Warszawy.

Czas na kolejną odsłonę rosyjskiej „wojny o pamięć”. Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia (Rospolcentr), ogłosiło konkurs dla Polaków w wieku od 16 do 36 lat, „Rozmowa o przeszłości w imię przyszłości. Droga do Zwycięstwa”. Wystarczy wejść na stronę internetową Centrum – rospolcentr.ru, wypełnić krótki kwestionariusz (wszystko w j. polskim), odpowiedzieć na serię pytań z zakresu historii II wojny światowej i można przystąpić do części zasadniczej – nakręcenia krótkiego materiału video, lub napisania krótkiego eseju na jeden z dwóch tematów:
„Historia krewnego”, który uczestniczył w wyzwoleniu Polski spod okupacji hitlerowskich Niemiec, lub „Wspólne Zwycięstwo – ogólna historia” (o współpracy ZSRR i Polski w latach wojny).

Na zwycięzców czekają godne pozazdroszczenia nagrody: możliwość obserwacji parady zwycięstwa na Placu Czerwonym w Moskwie (9 maja) i podróż do miast „Złotego Pierścienia Rosji”. Termin nadsyłania prac mija 15 kwietnia.

To inicjatywa nie tylko piękna, ważna i potrzebna. To inicjatywa „zwykła”, bo… normalna w swym przekazie. Cóż, to w sumie nasza wina, że odzwyczailiśmy się od „normalności”. Znowu jednak, jako Polakowi, zrobiło mi się głupio… Organizacja bliźniacza do tej rosyjskiej działa też w Polsce i podobnie jak ta rosyjska jest organizacją rządową (a przynajmniej finansowaną ze środków publicznych). Słyszeliście by ta „nasza” robiła coś dla pojednania?

Syryjski kocioł

Rywale Zachodu, Iran i Rosja są dziś głównymi potęgami biorącymi udział w grze o wpływy w syryjskim kotle. W walce z organizacjami terrorystycznymi mają interesy zbieżne. Dalsze cele w Syrii – już niekoniecznie.

Pierwszy z brzegu punkt zapalny konfliktu: syryjski port Latakia. Z początku port ten został wydzierżawiony przez Iran. Posunięcie to Rosja uważa za bezpośrednie zagrożenie dla swojej dominacji wojskowej i gospodarczej w Syrii. W prowincji Latakia Rosja jest mocna, bo właśnie tam znajduje się jej baza lotnicza Humajnim i obsługiwany przez nich port Tartus. Aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, Iran wykorzystuje strategicznie również port Bani Jas, położony między Latakią a Tartusem.
W raporcie Asia Times z kwietnia 2019 roku Sami Moubayed, syryjski historyk i pisarza z Damaszku pisał, iż Iran mógłby „ograniczyć i ewentualnie utrudnić rosyjski nadzór i gromadzenie danych wywiadowczych, zablokować ich technologię radiowo-elektroniczną oraz zagrozić rosyjskiej obronie powietrznej, samolotom i życiu personelu wojskowego”. Przytoczył incydent z 2017 r., kiedy to irański wniosek do rządu syryjskiego o 1 000 hektarów ziemi w mieście Tartus, która miała zostać wykorzystana do budowy portu naftowo-gazowego, został „odrzucony”, faktycznie przez Rosję ze względu na bliskość tego terytorium względem rosyjskich obiektów wojskowych. Moubayed dodaje, że Rosja zadbała również o odrzucenie irańskiej prośby o 5 000 hektarów ziemi położonej w pobliżu międzynarodowego lotniska pod stolicą kraju. Jeszcze niedawno obecność irańską w Syrii starały się zablokować państwa Zatoki Perskiej – teraz wysiłki w tym celu czyni Rosja.
Federacja Rosyjska chce, aby powojenna, zwolniona z międzynarodowych sankcji Syria zintegrowała się gospodarczo z państwami arabskimi Zatoki Perskiej w ramach Rady Współpracy Zatoki Perskiej. To stoi w sprzeczności z umowami i koncesjami, które Iran pozyskał już od Damaszku. W artykule dla „Al-Monitor” w grudniu 2019 r. były szef Wydziału Handlowo-Gospodarczego Ambasady Rosji w Damaszku Igor Matwiejew zapowiedział duże inwestycje, w tym połączenie za pomocą nowej linii kolejowej syryjskiego Tartusu z wybrzeżem Zatoki Perskiej. Matwiejew dodał, że Rosja zdecydowanie zachęca RWZP i UE do inwestycji w Syrii, a jednocześnie z zadowoleniem przyjmuje wszelkie perspektywy zniesienia sankcji, które z kolei pozwoliłyby na wejście na rynek syryjski szerszemu gronu rosyjskich firm. Wspomniał również, że rosyjskie firmy działające w Syrii konkurują z Iranem o udział w odbudowie tego kraju od czasu, kiedy zostały nałożone sankcje. I choćby z tego powodu ekonomiczne interesy dzisiejszych sojuszników mogą się wkrótce całkowicie rozminąć.
Czynnik izraelski
Sprawdziły się również przewidywania, według których Rosji w 2020 r. może być bliżej do współpracy z RWZP oraz z Izraelem niż z Iranem. Od 2017 r. znacznie rozbudowane zostały rosyjskie więzi obronne i handlowe z RWPZ. Rosyjskie przychody z eksportu są zwiększane przez amerykańskie sankcje wobec irańskiego konkurenta, jakim jest Iran. Z tych samych powodów, czyli sankcji, pod koniec 2018 r. wycofały się z rynku irańskiego duże rosyjskie korporacje.
Te podjęte w odpowiednim czasie działania są bezpośrednio związane z dążeniem Rosji do tego, aby powojenna Syria przyłączyła się do swoich sąsiadów z Zatoki Perskiej, a nie do „antyimperialnego ruchu oporu” kierowanego przez Iran. Wspieranie przez Rosję Arabii Saudyjskiej w czasie, gdy Saudyjczycy zmagają się ze swoją katastrofalną wojną w Jemenie i niedawnym „ociepleniem” stosunków z Waszyngtonem, ma bezpośredni związek z odmową wsparcia Iranu w praktyce. To więcej, niż niejasna retoryka. Matwiejew uznaje próby stworzenia nieprzerwanego połączenia lądowego z Iranem przez Irak, Syrię i Liban, a także projekty gospodarcze w Syrii za główne cele potencjalnego ataku Izraela, a tym samym projekty wrogie Stanom Zjednoczonym. Idzie jednak krok dalej – sugeruje, że Rosja to wiarygodny partner, by te próby udaremnić.
W artykule opublikowanym w Arab Weekly 19 stycznia 2020 roku Moubayed przypomniał sytuację z 2018 roku, kiedy to Rosja wysłała swoją żandarmerię wojskową w pobliże granicy izraelsko-syryjskiej jako „gwarancję” dla Izraela, by rozwiać jego obawy, że kontrolowanie granicy przez samych tylko Syryjczyków pozwoli na powrót Hezbollahu. Rosyjskie Ministerstwo Obrony potwierdziło później, że rozmieszczenie nastąpiło w odpowiedzi na bezpośrednią prośbę Izraela. Charakterystyczna pycha Izraela, który to starał się zadekretować, gdzie Hezbollah ma prawo poruszać się w obrębie terytorium Syrii, została w ten sposób przyjęta spokojnie przez Rosję. Rosyjska żandarmeria wojskowa starała się zapewnić, by Hezbollah trzymał się z dala od Izraela, który odmawia sformalizowania własnych granic międzynarodowych i stale dąży do ekspansji.
Rosja przedstawia się w Syrii jako rozjemca i próbuje ukazać swoje przeciwdziałanie Iranowi jako „demilitaryzację” wrogich państw w Syrii, Moskwa niewiele zrobiła w kwestii dalszej jednostronnej agresji Izraela. Kontynuowała jednak politykę „powstrzymywania Iranu”.
Analityk Andrew Korybko zwrócił uwagę w październiku 2018 roku, że wśród finansowanych przez Kreml think tanków zaczyna powstawać konsensus co do tego, że należy ograniczyć wpływy Iranu na armię Syrii. Dalszą obecność Iranu w Syrii (kluczową dla funkcjonowania infrastruktury „ruchu oporu” opisanej szczegółowo w poprzednim artykule) określił jako kolidującą z rosyjską wizją powojennej Syrii. Przykłady zaspokajania przez Rosję żądań izraelskich wobec wojska syryjskiego pojawiły się wystarczająco szybko. Ekspert finansowanej przez państwo Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych, Anton Mardasow, w lipcu 2019 roku opisał sytuację, która doprowadziła do usunięcia 7 lipca ze stanowiska generała Dżamila Hasana, szefa wywiadu sił powietrznych Syrii, jako konflikt interesów. Dokładniej – miesiąc wcześniej odbyło się spotkanie, w którym to pośredniczyła Rosja i któremu przewodniczył generał Hasan, pomiędzy oficerami izraelskimi i syryjskimi. Rosyjscy dowódcy byli obecni na spotkaniu i poparli izraelskie żądania przesunięcia „proirańskich bojówek” dalej od granicy izraelsko-syryjskiej oraz włączenia do armii syryjskiej 5. Korpusu Szturmowego, utworzonego w 2016 roku pod rosyjskim kierownictwem w celu włączenia byłych antyrządowych rebeliantów do syryjskiej armii. Generał Hasan zakończył to spotkanie stwierdzeniem, że to „Iran jest prawdziwym sojusznikiem Syryjczyków”. Właśnie to miało kosztować go stanowisko. Czy Damaszek podjąłby podobną decyzję, gdyby Iran i Rosja były faktycznie sprawdzonymi partnerami?
Rurociąg
Od lat znana jest teoria, że motywem pierwotnej koalicji antyasadowskiej w Syrii było zakłócenie ponadnarodowego projektu energetycznego, który miałby zakłócać ambicje geoekonomiczne potężnych graczy w regionie. Twierdzono, że gazociąg, rzekomo popierany przez Rosję, będzie dostarczał gaz ziemny z Iranu na rynek europejski po przejściu przez Irak i Syrię. Rurociąg ten, jak twierdziła teoria, ściągnął na gniew RWZP, USA i Europy, które chciały rywalizować gazociągiem dostarczającym gaz z Kataru, przez Arabię Saudyjską, Jordanię i Syrię. Iran, Irak i Syria rzeczywiście podpisały w lipcu 2011 roku umowę o budowie rurociągu o wartości 10 miliardów dolarów, a rozmowy w sprawie jej podpisania sięgają podobno 2008 roku. Al-Asad miał wybrać gazociąg irański zamiast katarskiego, który zaproponowano mu w 2009 roku, ponieważ Katar, przy wsparciu Zachodu, starał się konkurować z monopolem Rosji na europejskim rynku gazowym.
Problem polega na tym, że… nie ma dowodów na to, że rurociąg katarski był kiedykolwiek poważnie brany pod uwagę. Przeciw jego realizacji przemawiał szereg przeszkód znacznie poważniejszych, niż te, które mogły wystąpić na odcinku syryjskim. Ponadto Katar nie buduje rurociągów lądowych, opierając się na dużej flocie żeglugowej służącej do transportu gazu w postaci skroplonej (LNG). Praktyka ta wynika z historycznego sprzeciwu jedynego ziemskiego sąsiada Kataru, Arabii Saudyjskiej, wobec rurociągów transportujących gaz z Kataru. W rzeczywistości Arabia Saudyjska ma również historię (przed blokadą Kataru w czerwcu 2017 roku i odebraniem jej statusu członka RWPZ) sprzeciwiania się gazociągom katarskim w ogóle, nawet jeśli były one wykorzystywane do eksportu gazu do innych członków RWPZ, takich jak ZEA i Kuwejt.
Paula Cochrane w artykule z kwietnia 2018 roku zwrócił uwagę, że Katar od dawna jest rynkiem docelowym dla bardzo zaludnionego kontynentu azjatyckiego, a nie dla Europy, i że rurociąg Katar-Syria, który miałby dotrzeć do rynku europejskiego przez Morze Śródziemne, byłby zbyt kosztowny pod względem budowy, konserwacji i opłat tranzytowych, w porównaniu z kontynuacją transportu do Azji.
Rywalem Rosji na rynku gazu jest za to… Iran. To on w przeciwieństwie do Kataru od dawna dąży do niezakłóconego dostępu do Europy w celu eksportu rodzimego gazu. Sankcje stanowią oczywistą przeszkodę w tym zakresie, odstraszając europejskich nabywców i banki pośredniczące od udziału w transakcjach obejmujących zakup irańskiej ropy i gazu oraz uniemożliwiając Iranowi zakup nowoczesnych maszyn w celu pełnego wykorzystania jego zasobów. Faworyzuje to Rosję i jej dominację na rynku europejskim poprzez odsunięcie na bok jednego z jej głównych konkurentów. Sama Rosja uznałaby irański rurociąg za sprzeczny z jej interesami, gdyby tylko jego idea zaczęła się materializować. Jest jeszcze inny kraj, który chciałby sabotować regionalne ambicje energetyczne Iranu. Dla tego kraju możliwość powstania rurociągu łączącego Iran z Morzem Śródziemnym przez Syrię w celu eksportu gazu do Europy jest niczym innym jak czerwoną linią. Chodzi oczywiście o Izrael.
Prawdziwy przeciwnik rurociągu
Ustawa o sankcjach wobec Iranu i Libii (ILSA), opracowana przez Amerykańsko-Izraelską Komisję Spraw Publicznych (AIPAC) w 1995 r. i przyjęta przez Kongres w 1996 r., wymagała od ówczesnego prezydenta Billa Clintona nałożenia sankcji na każdą spółkę inwestującą ponad 20 mln USD w irański przemysł naftowy i gazowy.
W latach 1997 i 1998 kilka firm, od francuskiego Total po rosyjski Gazprom i amerykański Conoco, uzyskało kontrakty na prace poszukiwawcze i odwierty na terytorium Iranu. Clinton ostatecznie poddał się w tym zakresie naciskom ze strony AIPAC. Miało to miejsce także przy wielu innych okazjach, np. w 1995 r., kiedy wydał polecenie anulowania umów Conoco z Iranem na zagospodarowanie morskich pól złóż gazu. Rozwój irańskich pól gazowych z wykorzystaniem kapitału zagranicznego i wiedzy szczegółowej był warunkiem wstępnym do zdobycia zdolności tego kraju do zaspokojenia własnych potrzeb w zakresie gazu i stania się płodnym eksporterem.
W 2001 roku, ILSA zostało przedłużone na pięć lat, ponieważ AIPAC pracował nad swoim lobbingiem roztaczanym nad Kongresem. Według Andrew Killgore’a, byłego amerykańskiego dyplomaty i współtwórcy Washington Report on Middle East Affairs (WRMEA), Exxon Mobil lobbował wówczas prezydenta George’a Busha przeciwko przedłużeniu ILSA, ale nie mógł rywalizować z wpływami AIPAC. Od tego czasu nałożono wiele dodatkowych sankcji na irańską gospodarkę. A kiedy w 2015 roku osiągnięto zorientowany na biznes zachodni konsensus dyplomatyczny w sprawie umowy jądrowej (JCPOA) z Iranem w zamian za złagodzenie sankcji, izraelscy lobbyści obecni na najwyższych stanowiskach administracji w końcu wymanewrowali zerwanie umowy przez Trumpa w 2018 roku.
Stabilny Lewant z proirańskimi rządami nieuchronnie rozpocząłby poważne rozmowy na temat takiego rurociągu, a jego powstanie byłoby dla Iranu przełomem: Teheran nie musiałby już dłużej polegać na żegludze na silnie zmilitaryzowanym szlaku z Zatoki Perskiej do Morza Czerwonego i w górę Kanału Sueskiego do Morza Śródziemnego, aby dotrzeć do Europy. Z tańszym i stabilnie dostarczanym surowcem. Partnerstwo Rosja-Izrael w Syrii przestaje być w tym kontekście niezrozumiałe. Staje się wręcz naturalne.
Pomoc dla Damaszku
Wieloletnia linia kredytowa Iranu i miesięczne dostawy ropy do Damaszku miały szczególnie strategiczne znaczenie ze względu na fakt, że większość syryjskich odwiertów naftowych była okupowana albo przez USA, albo przez wspierane przez nie kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne. Kiedy pod koniec 2018 r. Stany Zjednoczone ponownie wprowadziły sankcje wobec Iranu, irańskie dostawy ropy naftowej do Syrii zaczęły być blokowane, gdy przemieszczały się przez Kanał Sueski, aby wpłynąć do Morza Śródziemnego. Linia kredytowa Iranu dla Syrii również została wstrzymana. Wkrótce Syrię dotknął kryzys paliwowy, powodując poważne niedobory benzyny, gazu i benzyny. Iran dostosował się, wysyłając ropę naftową do Syrii ciężarówkami przez Irak – jest to zdecydowanie droższy środek transportu ropy naftowej – oraz negocjując z Turcją przejście lądowe przez jej terytorium do portów śródziemnomorskich w celu wysyłki do portów syryjskich. Przekierował również statki zablokowane od strony Suezu, aby pokonać znacznie dłuższy dystans, wokół kontynentu afrykańskiego, aby wejść na Morze Śródziemne z cieśniny gibraltarskiej.
Rosja, pomimo obecności w Syrii jeszcze przed erą sankcji koncernów naftowych takich jak Stroytransgaz, a tym samym stałych dostaw rosyjskiej ropy na potrzeby operacji w Syrii, zaniedbała pomoc Damaszkowi w uporaniu się z kaleczącymi niedoborami ropy. Nie z powodu ograniczeń logistycznych. Rosja nie ponosi również żadnych dylematów, jakie Iran ma w odniesieniu do ryzykownej podróży do Syrii, ponieważ rosyjskie dostawy ropy do Syrii płyną łatwo i spokojnie przez Morze Śródziemne po przejściu przez Morze Marmara przez Cieśninę Bosfor z rosyjskich portów Morza Czarnego. Analizując sprawę w artykule z kwietnia 2019 roku, Korybko stwierdził: „Wydaje się niewytłumaczalne, że jeden z czołowych światowych eksporterów ropy naftowej i najbardziej mistrzowskich praktyków zarządzania infrastrukturą surowcową nie podarowałby swoim „sprzymierzeńcom” awaryjnych dostaw paliwa w geście humanitarnym, a przynajmniej nie sprzedałby tego, czego potrzebuje w ramach odroczenia płatności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że od zeszłego roku jest właścicielem całej infrastruktury naftowej i gazowej kraju i regularnie wysyła do niego duże ilości ropy naftowej, aby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie jego spragnionych paliwa sił lotniczych. Co więcej, Rosja sprzedaje nawet gaz swojemu amerykańskiemu przeciwnikowi, pomimo sankcji, jakie jej klient nałożył na ten sojuszniczy kraj, udowadniając, że „potęga dolara” jest tak samo rosyjską mantrą jak amerykańską. Dlaczego nie zrobi tego samego dla swojego syryjskiego „sojusznika” w zamian, nawet jeśli będzie to miało miejsce poprzez „umowę barterową” z Iranem? Najwyraźniej rosyjscy przywódcy celowo wstrzymują się z pomocą swojemu syryjskiemu „sojusznikowi” z powodów, które nie mają nic wspólnego z ekonomią, ale z polityką”.
Niejaką konsternację w Damaszku wywołały również poprawki konstytucyjne, jakie Rosja przygotowała dla Syrii. Projekt konstytucji pomija odniesienia do Syrii jako głównego państwa arabskiego przeciwnego syjonizmowi. To cios tyleż w tożsamość syryjskiej partii Baas, co w całą przedwojenną kulturę społeczno-polityczną Syrii, mocno antyizraelską, a zatem instynktownie proirańską. Ponadto, jak wskazuje Korybko, rosyjski projekt konstytucji zawiera klauzule dotyczące integralności terytorialnej Syrii, w tym wzmiankę o granicach Syrii, wymagającą przeprowadzenia referendum narodowego. Nie ma jednak wzmianki o okupowanych przez Izraelczyków Wzgórzach Golan, ani o mieszkających tam Syryjczykach. Referendum proponowane jest w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie granic, po którego osiągnięciu ma zostać ogłoszona konstytucja. Czy brak wzmianki o Wzgórzach Golan sprawia, że Syria oficjalnie zrzeka się do nich praw? Z pewnością zamiary Iranu i Hezbollahu dotyczące zwrotu Wzgórz Golan byłyby również postrzegane jako naruszenie „dobrych stosunków sąsiedzkich” zawartego w projekcie konstytucji. Czy to nie idealny pretekst, by naciskać na Iran i skłaniać go, by wycofał się z Syrii?
Gdy tylko przewaga Damaszku w wojnie domowej stanie się decydująca – jeśli inne czynniki temu nie przeszkodzą – rywalizacja rosyjsko-irańska może otworzyć nową tragiczną kartę w historii udręczonego kraju.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (srtajk.eu).

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Połajanki histeryczne

Obecne stosunki z Polską są najgorsze od czasu zakończenia II wojny światowej – stwierdził rosyjski ambasador Siergiej Andriejew.
Od jakiegoś czasu Rosjanie zarzucają Polsce współodpowiedzialność za wybuch II Wijny Światowej, antysemityzm oraz brak wdzięczności dla Armii Czerwonej. Co ciekawe, Moskwa uważa, że to układ monachijski, a nie pakt Ribbentrop-Mołotow , był bezpośrednią przyczyną wojny.
Na rosyjskim portalu RBK ukazał się wywiad z ambasadorem Rosji w Polsce Siergiejem Andriejewem.
Dyplomata, mówiąc o sporach o historię z Polską, stwierdził, że oponenci Rosji „uważają, że skoro relacje z Rosją są teraz złe, to należy również jej rolę w historii malować wyłącznie w sposób negatywny”. A wszystko po to, żeby- „osłabić pozycję współczesnej Rosji na arenie międzynarodowej”.
Andrejew podkreślił, że „decydująca rola Związku Radzieckiego w zwycięstwie nad faszyzmem” w II wojnie światowej ma „jak najbardziej bezpośrednie odniesienie do współczesności”.

Cały powojenny system stosunków międzynarodowych, prawa międzynarodowego, oparty na statucie ONZ, został ukształtowany na fundamencie rezultatów II wojny światowej. Związek Radziecki zgodnie z prawem zajął w tym systemie miejsce jednego z głównych państw zwycięzców i Rosja odziedziczyła to miejsce jako państwo będące kontynuatorem ZSRR – oświadczył Andriejew.

Historię, jak wiadomo, piszą zwycięzcy. W II wojnie światowej zwyciężył przede wszystkim Związek Radziecki, a także ci – i tylko ci – którzy wtedy byli po naszej stronie. Jeśli ktoś teraz zalicza siebie do naszych przeciwników w tej wojnie, to będzie wiecznie przegranym, zarówno w realnej historii, jak i w sporach historycznych – stwierdził ambasador, dodając, że -stosunki Rosji i Polski są teraz najgorsze w całym okresie od zakończenia II wojny światowej.
Nasza ambasada w Moskwie skomentowała to oświadczeniem, że „obecnie stosunki są lepsze niż w momencie zakończenia II wojny światowej, bo teraz na terytorium Polski nie ma radzieckich wojsk”.

Imitacyjny autorytaryzm i jego perspektywy

Paradoksem obecnej polityki polskiej jest to, że bardzo intensywnej rusofobii, której podporządkowana jest polska polityka wschodnia, towarzyszy wyraźna tendencja do naśladowania rosyjskiej wersji elekcyjnego autorytaryzmu w polityce wewnętrznej.

Kierunek zmian zachodzących w polskiej polityce od 2015 roku wyraźnie przypominają to, co dzieje się w Rosji od roku 2000, gdy po nieudanej prezydenturze Borysa Jelcyna władze przejął Włodzimierz Putin. Z lat mojej wczesnej młodości pamiętam okres podobnego naśladowania wzorów obcych (wtedy radzieckich) w Polsce po 1948 roku. Wtedy wynikało to z dwóch powodów: zależności Polski od ZSRR i fanatyzmu przedwojennych komunistów, w większości postrzegających system radziecki jako wzór do naśladowania. Wtedy jednak w ramach PZPR przebijał się, acz z trudem, nurt patriotyczny i reformatorski, którego dziełem w 1956 roku było zerwanie ze stalinowską ortodoksją i próba realizowania „polskiej drogi do socjalizmu”.

Podobieństwa obu systemów widoczne są w czterech podstawowych dziedzinach.

Po pierwsze: tak w Rosji, jak i w Polsce dokonuje się proces koncentracji władzy w ręku jednej partii, która zdobywszy władzę w wyniku wyborów systematycznie podporządkowuje sobie nie tylko cały aparat państwowy, ale także środki masowego przekazu (w tym zwłaszcza telewizję publiczną), prokuraturę i sądownictwo. W procesie tym rządzący stawiają przede wszystkim na polityczną dyspozycyjność awansowanych kadr, często kosztem ich zawodowych kompetencji.

Po drugie: w obu państwach prawdziwa władza skupiona jest w ręku jednego człowieka, w stosunku do którego inni dygnitarze państwowi odgrywają jedynie rolę wykonawców. W Rosji jest to o tyle mniej rażące, że przywódca jest wyposażonym w znaczne uprawnienia prezydentem, podczas gdy w Polsce jest jedynie wszechwładnym szefem rządzącej partii.
Po trzecie: w obu państwach rządzący pielęgnują ścisłe związki władzy państwowej z najsilniejszym kościołem i odwołują się do zasad religijnych dla umocnienia swej władzy. W obu także odwołują się do ideologii narodowej i do poczucia rzekomego zagrożenia ze strony zagranicy.
Po czwarte wreszcie: w obu państwach dokonuje się proces wykorzystywania wpływów politycznych dla umacniania pozycji ludzi władzy w sferze gospodarki, czego oczywistą konsekwencja jest proces wytwarzania się nowej warstwy uprzywilejowanej, dla której źródłem bogacenia się jest polityka.

Podobieństwa te nie powinny jednak przesłaniać istotnych różnic, które powodują, że polska wersja „naśladowczego autorytaryzmu” jest znacznie słabsza i mniej ustabilizowana niż jej rosyjski oryginał. Jest tak z kilku powodów.

Pierwszym jest siła tradycji demokratycznej w Polsce, co powoduje, że nastawienia autorytarne, choć ostatnio rosnące w siłę, są bez porównania słabsze niż w Rosji. Jest to konsekwencja historii – zarówno dawniejszej, jak i stosunkowo niedawnej. To w Polsce Ludowej pojawił się masowy ruch demokratycznej opozycji i to w Polsce Ludowej w rządzącej istniał stosunkowo silny prąd reformatorski. Również proces wychodzenia z systemu państwowego socjalizmu był w Polsce znacznie bardziej demokratyczny niż w Rosji, gdyż jego kluczowym momentem były negocjacje „okrągłego stołu”, nie bez powodu uważane w całym świecie za udany przykład „deliberatywnej demokracji”.

Druga różnica polega na tym, że rządzący Federacją Rosyjską Władimir Putin może wykazać się znaczącymi sukcesami w polityce wewnętrznej i zagranicznej, czego nie da się powiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim. Putin objął władzę, gdy gospodarka rosyjska była w stanie daleko posuniętego rozkładu i gdy trwała druga wojna czeczeńska. Zdołał rozwiązać oba te problemy. Jego popularność ogromnie wzrosła po przyłączeniu do Rosji Krymu, o czym świadczą nie tylko badania socjologów (w tym zwłaszcza moskiewskiego centrum socjologii i psychologii polityki kierowanego przez Helenę Szestopal), ale także wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Pięć lat rządów Prawa i Sprawiedliwości żadnymi porównywalnymi efektami nie może się wykazać.

Trzecia różnica wynika z innej sytuacji międzynarodowej obu państw. W Rosji hasło „wstawania z kolan”, dążenie do przeciwstawienia się światowej hegemonii USA i temu kierunkowi integracji europejskiej, który pozostawia Rosję poza jednocząca się Europą, trafiają na podatny grunt, gdy z Rosjanie nie bez powodu postrzegają własne państwo jako mocarstwo światowej, jednego z głównych zwycięzców drugiej wojny światowej. Nie jest winą Jarosława Kaczyńskiego, że w Polsce tak historia, jak i obecny potencjał, czynią politykę „wstawania z kolan” i przeciwstawiania się Unii Europejskiej żałosną karykaturą. Jest natomiast jego winą to, że w dla wewnętrznych (zresztą iluzorycznych) korzyści politycznych zatruwa myślenie Polaków o zewnętrznym świecie.

Czwarta różnica polega na tym, że opozycja w Polsce jest bez porównania silniejsza niż w Rosji. W ostatnich wyborach parlamentarnych padło na nią niemal milion głosów więcej niż na rządzącą Zjednoczoną Prawicę i jedynie podział opozycji (przy obowiązującym systemie d’Hondta) zapewnił kontynuacje rządów PiS. W Rosji nie do pomyślenia jest, by – jak w Polsce – we wszystkich wielkich miastach rządziły partie demokratycznej opozycji.
Piąta wreszcie różnica polega na jakości przywództwa. Putin jest najbardziej popularnym politykiem rosyjskim, Kaczyński należy do najmniej popularnych polityków polskich. Dla trwałości systemu autorytarnego jest to różnica zasadnicza.

Wszystko to powoduje, że wtórny, naśladowczy autorytaryzm polski stoi na niepewnych nogach. Polska nie musi naśladować Rosji, choć powinna dążyć do zbudowania z nią normalnych, wolnych od wrogości stosunków dobrego sąsiedztwa.

„Miłość polsko- ukraińska pod anty ruską banderą

Rok 2020 będzie niezwykle ważny dla naszych ukraińskich sąsiadów. Już 7 lutego 2019 Rada Najwyższa Ukrainy wpisała do Konstytucji zapis o strategicznym dążeniu Ukrainy do członkowstwa w NATO i Unii Europejskiej. Przyjęto go entuzjastycznie jako sygnał do wymarszu ku europejskim, demokracjom parlamentarno- gabinetowym i Atlantyckiej wspólnocie wojskowej. No i pożegnanie z „ruskim mirem” oraz putinowską „Demokracją suwerenną”.
Paryż mrozi
Rok 2020 kiepsko się zaczął dla proeuropejskich, ukraińskich aspiracji. Unię Europejska opuściła Wielka Brytania, tradycyjna orędowniczka rozszerzenia Unii, przede wszystkim przyjęciu sześciu państw bałkańskich. Ale w starej Unii Europejskiej zwyciężyła doktryna francuskiego prezydenta Macrona – „Najpierw pogłębienie, potem rozszerzenie”. Co oznacza, że zanim Unia Europejska nie zreformuje się, to nowych państw przyjmować nie będzie. Przynajmniej szybko nie powinna. Takiej „czarnej polewki” zakosztowała właśnie Macedonia Północna i Albania. Dwa państwa o łącznej liczebności 6,5 miliona obywateli. Bardzo zaawansowane w reformowaniu swego prawa tak, aby pasowało do unijnego. Porównując unio europejskość Macedonii i Albanii z ukraińską, nietrudno zauważyć, że Kijów pozostaje w tyle pro unijnego peletonu. I jeśli nie przeprowadzi reformy samorządowej i agrarnej w tym roku, to zdecydowanie umocni się na ostatniej pozycji.
Obie reformy obiecywał już nowy prezydent Ukrainy w czasie swej zeszłorocznej wizyty w Paryżu. Jednakich realizacja nie jest łatwa. Do tej pory ziemia rolna na Ukrainie jest własnością państwa. Uprawiają ją, zwykle w formie wielkich farm i latyfundiów, prywatni dzierżawcy. Jeśli ziemia ta zostanie sprywatyzowana w formie latyfundiów, to grupa ukraińskich oligarchów umocni się jeszcze bardziej. Jeśli do prywatyzacji dopuszczeni zostaną zagraniczni inwestorzy, co politycy ukraińscy obiecywali, to zagoszczą tam chińscy panowie magnaci oraz amerykańskie, globalne koncerny produkujące żywność na skalę przemysłową. Już teraz lobby rolnicze z Unii Europejskiej obawia się ukraińskiej konkurencji. Jeśli po przyszłej reformie agrarnej ukraińskie rolnictwo zdominują giga latyfundia, to przyszła Ukraina będzie kłopotem dla przyszłej, wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej.
Reforma samorządowa, polegająca na decentralizacji władzy, na pewno przybliży Ukrainę do Unii Europejskiej. Pozwoli sąsiadującym, europejskim regionom jeszcze lepiej współpracować z dotychczasowymi ukraińskimi partnerami. Z drugiej strony taka decentralizacja władzy w regionach może sprzyjać legitymizacji władzy pro rosyjskich separatystów z regionów Donbasu i Ługańska. Tam gdzie państwo ukraińskie już teraz kontroli nie ma, a po takiej reformie tym bardziej kontroli może nie mieć.
Zatem pytanie: Robić reformę rolną aby oddalić się od modelu rolnictwa w Unii Europejskiej i robić reformę samorządową aby przybliżyć Donieck do Rosji?, pozostaje gorzkim i fundamentalnym.
Donbas pas
Równie gorzka jawi się przyszłość kontrolowanego obecnie przez prorosyjskich separatystów terytorium. W czasie Forum dyskutowano o problemach odbudowy regionu Donbasu, zwłaszcza tej 1/3 jego terytorium nadal zajętego przez separatystów. Zgodzono się, że odbudowa dawnego systemu ekonomicznego Donbasu nie ma już sensu. Tradycyjne hutnictwo i węgiel kamienny to technologie przeszłości. Dodatkowo ten separatystyczny region jest teraz systematycznie dewastowany, rozkradziony, dekapitalizowany. Nie ma tam cywilnej gospodarki, jest „dziki kapitalizm wojenny”. Nie ma też wystarczających kadr dla przyszłej, cywilnej gospodarki. I dodatkowo regionowi grozi katastrofa ekologiczna, bo wszelka infrastruktura od lat przestała być modernizowana. Dlatego z roku na rok znaczenie gospodarcze Donbasu będzie spadać, a koszty jego odbudowy będą coraz droższe. Dziś Kijów deklaruje, że odbuduje gospodarczo Donbas, ale już jako inną, nowoczesną strukturę gospodarczą. Trudno w te deklaracje uwierzyć, bo przecież cała Ukraina wymaga systemowego euro remontu. Dlatego Donbas ma szanse stać się kolejnym zacofanym, peryferyjnym regionem podobnym Naddniestrzu czy Abchazji. Niestety bez regionalnych koniaków, bez Morza Czarnego. Za to z wydobywanym tam węglem sprzedawanym w Polsce rządzonej przez PiS.
Bolszewika goń
Elity PiS, obecne na Forum, deklarowały, że ich Partia jest najbardziej pro ukraińską formacją polityczną w IV Rzeczpospolitej. Czyniły to wielokrotnie ustami pani wicemarszałek Małgorzaty Gosiewskiej, pana wicemarszałka Ryszarda Terleckiego oraz innymi, już mniej utytułowanymi. Te deklaracje miłości elit intelektualno- politycznych PiS nie zostały potwierdzone przez odpowiednich rangą polityków ukraińskich.
Bo w tym roku reprezentacja ukraińskiej Rady Najwyższej zbojkotowała zaproszenia do wspólnych aktów miłości podczas Forum. Może dlatego pan marszałek Terlecki wiele gorzkich i twardych słów o swoich ukraińskich partnerach rzekł raczył.
Zebrani na Forum europejscy politycy i eksperci uznali, że stosunki polsko- ukraińskie na poziomie najwyższych władz politycznych są złe. Od pięciu lat nie było przecież wizyty polskiego premiera na Ukrainie. I choć PiS uważa się za partię pro ukraińską, to politycy ukraińscy uważają PiS za formację jawnie anty ukraińską. Cierpliwie czekają, aż PiS straci w Polsce władzę.
A na poziomie samorządów, uczelni i instytucji kulturalnych współpraca jest dobra, czasem znakomita. Podobnie jest ze współpracą gospodarczą. Kiepsko bywa na poziomie dużych przedsiębiorstw, bardzo dobrze jest na szczeblu średniego i małego biznesu.
Najsilniej elity polityczne PiS i Ukrainy łączy wezwanie do walki z Rosją. W tym roku podczas Forum można było usłyszeć krytykę polityki Rosji znacznie częściej niż w latach poprzednich. Elity polityczne rządzące Polską i Ukrainą planują zacieśnienie współpracy wojskowej Ukrainy z NATO, aby przeciwstawić się Rosji. No i wedle zasady „Najpierw członkowstwo w NATO, potem w UE”.
Planują wspólne protesty przeciwko blokowaniu Morza Azowskiego i okupacji Morza Czarnego przez Rosję. Umiędzynarodowienie konfliktu pomiędzy Tatarami i Rosjanami na Krymie. Bojkot ekonomiczny Krymu i portu w Noworosyjsku. Wspólny antyrosyjski front propagandowy w zachodniej Europie. Planują też wielkie, uroczyste wspólne obchody zwycięstwa polsko- ukraińskiego w wojnie 1920 roku z Armią Radziecką.
Tu jednak strona polska wkracza na pole wspólnej polityki historycznej. Pole usiane gęsto, tradycyjnymi minami. Nie wiem, czy uda się stronie polskiej ustąpić wystarczająco dużo pola dla strony ukraińskiej. Sojusznika drugorzędnego, ale też na polu polityki historycznej wielce ambitnego.
Czas po obchodach Bitwy Warszawskiej pokaże, czy pogoń za nieboszczykiem bolszewikiem stanie się mową viagrą dla współczesnej miłości polsko- ukraińskiej?
PS. We wtorek 18 lutego o godzinie 17:00 w lokalu „Kuźnicy” przy Al. Słowackiego 44 (parter) w Krakowie odbędzie się spotkanie z Piotrem Gadzinowskim, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”.. Zapraszamy , zapraszamy!

Turcja przeciw Syrii i Rosji?

W Syrii kolejny zwrot akcji: wygląda na to, że NATO, pod wpływem tureckim i amerykańskim, zdecydowało się bronić jednak Al-Kaidy i innych pronatowskich grup dżihadystów w Idlibie, syryjskiej prowincji wyzwalanej stopniowo przez syryjskie wojsko, wspomagane przez rosyjskie lotnictwo. Syria jest teraz atakowana z południa przez Izrael i z północy przez Turcję.
Syryjczycy przeżyli właśnie kolejny bezprawny atak lotnictwa izraelskiego i rakiet, a przez granicę turecką z Idlibem, na której koczują setki tysięcy cywilnych uchodźców, wjeżdżają czołgi i inny turecki sprzęt wojskowy.
Turecki prezydent w przemówieniu do parlamentarzystów swej partii bardzo jasno określił jako „przyjaciół” dwa główne ugrupowania dżihadystowskie w Idlibie – turkmeńską Narodową Armię Syryjską (tę, która atakowała Rożawę wspólnie z Turkami) i syryjską Al-Kaidę (Hajat Tahrir asz-Szam). Pochwalił się, że ma amerykańskie błogosławieństwo na wojskową operację pomocy tym ugrupowaniom. Problem: oznaczałoby to konflikt z Rosjanami.
Tydzień temu syryjska Al-Kaida dokonała zamachu w Damaszku zabijając czterech rosyjskich oficerów – Erdogan nie mógł o tym nie wiedzieć, co stawia sprawę na ostrzu noża.
Postawił też ultimatum władzom syryjskim: do 28 lutego mają opuścić miejscowości w Idlibie, które wyzwoliły spod okupacji dżihadystów. Tego samego popołudnia kamikadze Al-Kaidy eksplodował z ładunkiem przy sobie w rosyjskim budynku wojskowym (bilans ofiar na razie nieznany).
Działanie Erdogana i NATO ma być odpowiedzią na apele Al-Kaidy o pomoc i jej zarzuty, że została „zdradzona przez Zachód”. Trwająca od wielu miesięcy operacja wyzwolenia Idlibu regularnie postępuje, wojska syryjskie zdołały uwolnić już ok. 45 proc. tego terytorium.
Kraje NATO w zasadzie pogodziły się już ze zbliżającym się zwycięstwem Syryjczyków, lecz Amerykanie poparli Erdogana. Wczoraj rosyjski prezydent Władimir Putin przyjął ambasadorów w Moskwie ostrzegając – „Niestety, ludzkość znowu znalazła się bardzo blisko niebezpiecznej linii”. Zbrojny konflikt NATO-Rosja byłby katastrofą nie tylko dla regionu.