Prezydentka Estonii w Moskwie

Politykę wszystkich mocarstw określa ich położenie geograficzne.
Napoleon BONAPARTE

18 kwietnia w Moskwie została otwarta po gruntownym remoncie ambasada Estonii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwa fakty związane z tą datą. Otóż wyremontowana i będąca „jak nowa” ambasada tego nadbałtyckiego kraju i jednocześnie poradzieckiej republiki mieścić się będzie w historycznym budynku ambasady estońskiej, jaką otwarto w roku 1921, zaraz po powstaniu pierwszego w historii państwa estońskiego. Dla tego malutkiego narodu – zdominowanego przez wieki a to przez Szwedów, a to przez Rosję – takie symbole mają ogromne znaczenie tożsamościowe. Choć często graniczy to z przesadą i infantylizmem.
Drugim elementem, ważniejszym i mającym określony, dyplomatyczny i polityczny ciężar gatunkowy, jaki będzie miał wtedy miejsce w stolicy Rosji, jest wizyta prezydentki Estonii Kerstin Kaljuaid oraz jej spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Ten fakt z kolei jest o tyle symbolicznym , iż ostatnie spotkanie przywódców obu krajów miało miejsce w 2011 r., kiedy to ówczesny prezydent Tooma Ilves spotkał się z Putinem w Petersburgu.
Zaszłości
Stosunki Estonii i Rosji – zresztą jak ze wszystkimi republikami nadbałtyckimi – są napięte i nie wolne od wzajemnych uszczypliwości czy nawet wrogości. Z jednej strony we wszystkich tych krajach chodzi o prawa mniejszości mówiącej językiem rosyjskim i często przyznającej się do kultury rosyjskiej i do tzw. „ruskiego mira” (pozostałość po ZSRR), a z drugiej są to zaszłości i konsekwencje historii: w czasach ZSRR tzw. Pribałtyka wchodziła w skład Związku Radzieckiego. W przypadku Estonii chodzi jeszcze także o terytorialny spór. Nieuregulowaną kwestią we wzajemnych stosunkach pozostaje sprawa traktatu granicznego podpisanego po wielu latach negocjacji w 2014 r. Traktat ten, który wyznacza także wschodnią granicę UE i NATO, dotychczas nie został ratyfikowany. Jedną z przyczyn był zapis w preambule, w której jest odwołanie do pokoju w Tartu z 1920 r., na mocy którego proklamowana w 1918 r. Republika Estońska miała większe terytorium. W ostatnim czasie ze strony rosyjskiej płynął również przekaz, że traktat nie będzie przyjęty „tak długo, jak Estonia nie zmieni swojego zachowania w stosunku do Rosji”. Jeszcze w grudniu 2018 r. rosyjski ambasador w Tallinie Aleksandr Pietrow mówił o obecnych stosunkach estońsko-rosyjskich (analogicznie jak o relacjach ze wszystkimi krajami UE, a przede wszystkim z członkami NATO, i Rosji), iż „nie należą do najlepszych”.
Zamieszanie wokół otwarcia ambasady estońskiej w Moskwie i chęć dokonania tego aktu przez Kaljuaid zaowocowało wymianą not z rosyjskim MSZ-tem, gdyż pobyt prezydentki Estonii w Moskwie i niespotkanie się z gospodarzem Kremla w dyplomatycznym wymiarze miałby wymiar sporego faux pas. Koniec końcem ze strony Estonii nadeszła prośba o spotkanie z Putinem, co Kreml ustami rzecznika prezydenta Rosji w marcu oficjalnie ogłosił.
Razem czy osobno
Decyzja Kaljuaid spotyka się z różnymi opiniami i ocenami, zwłaszcza w poradzieckich państwach bałtyckich: Litwie i Łotwie. Prezydentka Estonii co prawda zapowiedziała, iż w czasie wizyty na Kremlu poruszy sprawy konfliktów Rosji z Ukrainą i Gruzją (które są wynikiem ingerencji Moskwy w wewnętrzne sprawy Tbilisi i Kijowa) ale zastrzeżenia oraz krytyka ze strony poradzieckich sąsiadów Tallina pokazują, iż Estonia wybrała kurs na indywidualną – a nie wspólną – próbę uregulowania stosunków z Rosją.
Najlepiej ten klimat zdystansowania i lekko zawoalowanej krytyki działań Estonii oddają wypowiedzi litewskich polityków w debacie przed eurowyborami i wyborami prezydenckimi na Litwie planowanymi na maj br. Zarówno premier Saulius Skvernilis jak opozycyjni politycy (Ingrid Simonyte i Gintas Nauseda) podczas jednej z debat poddawali pod wątpliwość ewentualne efekty tej wizyty. Simonyte w ogóle mówi, iż nie widzi – jako kandydatka na urząd prezydenta Litwy – tematów o których Wilno (i poradzieckie republiki nadbałtyckie) mogłyby rozmawiać z Rosją.
Obecna prezydentka Estonii jeszcze nie tak dawno mówiła, iż sama obecność języka rosyjskiego w Estonii w takiej skali jak to ma aktualnie miejsce jest zagrożeniem dla bytu i kultury estońskiej. Dziś jak widać – i słychać z medialnych przekazów – wyraźnie osłabiła swój sąd w tej mierze nie podnosząc go w jakikolwiek sposób w rozmowach na Kremlu.
Kerstin Kaljuaid, prezydentka Estonii od 2016 roku, dwukrotnie żonata i matka czwórki dzieci, ekonomistka i dziennikarka (prowadziła w latach 2002-04 popularny program publicystyczny w Kuku Raadio), przedstawicielka Estonii w Europejskim Trybunale Obrachunkowym (2004-2016), uważana jest za klasyczną liberałkę (wcześniej nawet jako neo-liberałkę). Rozmowy z osobami, które znały ją z czasów pracy w Luksemburgu dają obraz osoby raczej skrytej, introwertycznej, Mało emocjonalnej. Zwracano mi też uwagę, że z biegiem lat można było u niej obserwować ewolucję poglądów w stronę zachodnio-europejskiej socjaldemokracji.
Kraj w kłopotach
Estonia przeżywa kłopoty gospodarcze, demograficzne, społeczne mimo efektywnych opinii tzw. niezależnych ekspertów „od wszystkiego” na jej temat. Kraj funkcjonuje głównie w oparciu o dotacje z Brukseli, rolnictwo – będące siłą w czasach radzieckich – praktycznie zostało spacyfikowane przez żywność z Zachodu. Podobnie ma się sprawa z przemysłem, zwłaszcza spożywczym (ale ten problem dotyczył wszystkich krajów dawnego RWPG które znalazły się w UE). W Estonii zwłaszcza to problemy związane z rybołówstwem i przetwórstwem z tym związanym: w czasach radzieckich ta republika produkowała znakomite wyroby rybne w wielkich ilościach. Dziś estońscy rybacy przegrali z kretesem konkurencję z zachodnimi kolegami na rynku unijnym. Poza tym Estonię tak jak i inne kraje tzw. Pribałtki dotyka potężna emigracja zarobkowa uszczuplająca populację kraju (tym samym rośnie procentowy udział rosyjskojęzycznej ludności – w Estonii to ok. 28 procent: Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini). Po wybudowaniu przez Rosję portu w Ust-Łudze, najnowocześniejszego i największego pod względem przeładunków portu na Bałtyku (koszty przekroczyły 2,5 mld dolarów), będącego także końcem ropociągu BTS-2 Tallin (ale i inne poradzieckie porty nadbałtyckie) doznał potężnego uszczerbku z racji spadku przeładunków. Uszczupla to poważnie budżety tych krajów. Transport kolejowy z Azji to głównie kontenery wiezione przez Syberię i europejską część Rosji skierowany został aktualnie do Ust-Ługi. Kłopoty budżetów krajów nadbałtyckich wiążą się też z kontr-sankcjami jakie Rosja nakłada w ramach retorsji na kraje Unii Europejskiej. Transport towarów z Rosji przez Łotwę i Estonię niemalże zamarł.
I jak słusznie sądzili eksperci nie tylko w Moskwie o tych właśnie problemach chciała (i rozmawiała – lakoniczny komunikat z rozmów na Kremlu tego nie potwierdza) Kerstin Kaljuaid rozmawiać z Władimirem Putinem. Poza tym – jak sądzą inni komentatorzy – jest to sondowanie możliwości nowego otwarcia w kierunku normalizacji stosunków z Rosją przez kraje spoza tzw. „starej Unii” (zwłaszcza te które były w orbicie wpływów Związku Radzieckiego do chwili jego rozwiązania).
Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, Francji i Włoch które na tym polu „jedno mówią a drugie robią”. O tym najlepiej świadczy, iż w dn. 18 kwietnia Władimir Putin przyjął na Kremlu kilkudziesięciu przedstawicieli największych firm i korporacji francuskich z Totalem, Renault i Credit Agricole na czele zainteresowanych inwestycjami w Rosji. Estonii przyświecać mogą więc głównie wspomniane sprawy gospodarcze i społeczeno-kulturowe. Polityka, mimo różnic w interesach i interpretacji różnorakich zjawisk opiera się na dialogu i dyplomacji. Nie na dąsach, pobrzękiwaniach szabelką, polityce historycznej w „polskim wydaniu” (nie tylko pisowskim) itp. infantylnych zachowaniach.
Wypada z wielkim zainteresowaniem śledzić przebieg i efekty wizyty Prezydentki Estonii w Moskwie. Może to zapowiadać odwilż w relacjach Wschodu i Zachodu Europy.

 

Wojenna histeria

Wydawało się, że po numerze, jaki odwalił niemiecki dziennikarz, anonsujący fałszywie wybuch wojny z Rosją, a potem tłumaczący się, że to żart, już nic nie powinno nas zaskakiwać. A jednak…

Niemiecki żurnalista zechciał swoje kłamstwa umieścić w Estonii. I tam właśnie Wielka Brytania wysłała dwa bataliony (21 i 23) złożone z rezerwistów wojsk specjalnych. Ich zadaniem jest śledzenie dyslokacji wojsk rosyjskich a także analizowanie ruchów przeciwnika, którym Zachód mianował Rosję. Bataliony, złożone z są z cywilów różnych zawodów, ale przechodzą szkolenie bardzo podobne do szkolenia profesjonalnych żołnierzy SAS.
Celem stacjonowania wspomnianych jednostek ma być, w przypadku ataku Rosji na kraje bałtyckie, pozostanie na tyłach przeciwnika i dostarczanie stamtąd informacji o wojskowym znaczeniu. Rezerwiści mieliby realizować podobne zadania, jak regularne jednostki SAS.
Oczekiwanie przez dowództwo brytyjskie, że agresja rosyjska zacznie się akurat od ataku na Estonię, zostały już dawno wyśmiane przez profesjonalistów, ale widać przywiązanie do idei niedalekiego ataku Rosji akurat na tym kierunku jest wciąż żywe. Uzupełnianie wojsk NATO kolejnymi formacjami, szczególnie wojskami specjalnymi wskazują, że w Wielkiej Brytanii bardzo potrzebują wzmocnienia wojennej histerii nie tylko wśród zwykłych mieszkańców, ale też wśród zawodowych wojskowych.

Rosja – wciąż bez zmian?

Dokładnie rok temu rosyjski internet zapełnił się domniemaniami, kiedy Władimir Putin zdymisjonuje premiera Dmitrija Miedwiediewa. Od dawna przez opinię publiczną ci dwa politycy postrzegani są jako reprezentanci oddzielnych może nie obozów, a koncepcji politycznych. Słusznie lub nie Putin, poza tym, że jest niekwestionowanym przywódcą narodu, zgodnie z jego wielowiekową tradycją niemal poza krytyką, widziany jest jako ten, który troszczy się o prostego człowieka. Nie ma znaczenia, czy to prawda – to jest jego obraz w oczach zwykłych ludzi.

Miedwiediew zaś jest symbolem oligarchicznego kapitału, korzeniami tkwiącym w nienawistnych dla Rosjan latach jelcynowskiej smuty, kiedy Rosja zdychała w oczach, rozpadało się nie tylko państwo, ale też więzi społeczne i rodzinne. Naprawdę, Rosjanie wiele dadzą, by tamta epoka nie wróciła już nigdy.
Problem polega na tym, że nawet jeśli osobiste poglądy Miedwiediewa nie są znane, to jego wizerunek opiekuna, a raczej sługi wielkiego oligarchicznego kapitału niewiele odbiega od prawdy. Rząd przez niego skonstruowany (poza resortami zawarowanymi dla prezydenta) to rząd neoliberałów, którzy niewiele troszcząc się o wizerunek troskliwych i odpowiedzialnych urzędników przepychają kolejne reformy, od których pęcznieją kieszenie ich wyznawców, a trzeszczą plecy zwykłych obywateli. Niewiele jest przesady w stwierdzeniu, że Miedwiediew i jego kumple są powszechnie znienawidzeni. Kryje ich i wygładza oficjalna propaganda. Ta w sprawach prezentowania neoliberalnych ministrów stacza się na pozycje najgorszych wzorców radzieckiego propagandowego młotka, którym tłucze się po głowach obywateli.
Wspomniane na początku oczekiwanie zmian związane było z aresztem braci Mogamiedowych w marcu zeszłego roku. Obaj oligarchowie nie dość, że dysponowali gigantycznym, niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka w Rosji i Europie majątkiem, to na dodatek umocowani byli w wielu wpływowych strukturach państwowych, co czyniło ich praktycznie nietykalnymi. A jednak ich aresztowano. Opinia społeczna w Rosji wstrzymała oddech ze szczęścia. Ich protektorem w biznesach legalnych i nielegalnych był bowiem ówczesny wicepremier i bliski współpracownik Miedwiediewa – Arkadij Dworkowicz, szara eminencja rosyjskiego biznesu związanego z władzą, prezydent Międzynarodowej Federacji Szachowej, uważany za wszechwładnego i nie do ruszenia. Po rekonstrukcji rządu zarządzonej przez ponownie wybranego na prezydenta Rosji Putina, dla Dworkowicza nie znalazła się żadna funkcja. Następnym krokiem, wywodzili zatem eksperci z różnych stron sceny politycznej, będzie aresztowanie Dworkowicza, a stąd już prosta droga powinna prowadzić do dymisji Miedwiediewa, co z kolei da początek ostatecznej rozprawie dobrego Putina z klanem złych oligarchów i powiązanych z nimi neoliberalnych polityków. Namnożyło się recept, jak należy, czego oczekiwali zwykli Rosjanie, nacjonalizować majątki bogaczy i czy ich wsadzać od razu do więzień, czy też dać im żyć i pracować, ale pod srogą kontrolą państwa.
Nic z tego nie wyszło.
Ja również rok temu przypuszczałem, że to może tak się skończyć, zwracałem bowiem uwagę, że natychmiast po pojawieniu się fali spekulacji w mediach o możliwej dymisji premiera, oficjalne media zaczęły być pełne obrazków i informacji, w których główną role pełnił Dmitrij Miedwiediew. To był jednoznaczny sygnał od środowiska prezydenckiego, że Miedwiediew jest i pozostanie w grze. Pisałem wtedy, że to dobrze świadczy o Putinie, że do końca broni swoich przyjaciół z czasów młodości, ale źle wróży na przyszłość. Niewiele się pomyliłem. Dziś sytuacja się powtarza.
26 marca zatrzymano, a potem aresztowano byłego ministra ds. projektu „Otwarty rząd” Michaiła Abyzowa, biznesmena i działacza politycznego, doradcę prezydenta Federacji Rosyjskiej, w czasie, kiedy stanowisko to zajmował właśnie Miedwiediew. Był potem ministrem w jego rządzie teoretycznie bez teki, a praktycznie nadzorował wspomniany projekt, który miał na celu, najogólniej mówiąc, stworzenie zrębów społeczeństwa obywatelskiego, aktywnego obywatela, cyfryzacji usług państwowych urzędów i ogólnego dostępu do dokumentów państwowych nieobjętych klauzulą tajności (taka forma Biuletynu Informacji Publicznej w Polsce) . Poza tym opiniowano tam projektu ustaw społecznych i dotyczących współpracy biznesu z organizacjami państwowymi.
Abyzow został zatrzymany, aresztowany i postawiono mu zarzuty stworzenia organizacji przestępczej oraz przywłaszczenia sobie państwowych funduszy w wyjątkowo wielkich rozmiarach – 4 miliardy rubli (około 60 milionów złotych), zagrożone karą więzienia do 20 lat. Powody aresztu podano następujące: Abyzow może zagrażać świadkowi oskarżenia, a także ma tak znaczące wpływy w organach ścigania, że może wpływać na śledztwo, jeżeli pozostanie na wolności. Mechanizm przywłaszczania sobie państwowej kasy akurat w tym momencie nie jest aż tak bardzo istotny, ważniejsze są dekoracje.
Abyzow do winy się nie przyznał. Aby go aresztować, sprowadzono go z zagranicy, gdzie na stałe przebywał. W tym celu agenci FSB, jak piszą rosyjskie media, zbudowali całą intrygę, by Abyzow nie mógł odmówić. Plotka głosi, że współpracował w tej sprawie z funkcjonariuszami FSB wspomniany Arkadij Dworkowicz, któremu złożono propozycję nie do odrzucenia.
Sąd wyznaczył kaucję w niesłychanej nawet w Rosji wysokości 1 miliard rubli. Niebotyczna kwota. Okazało się, że za Abyzowa gotowi są poręczyć: właśnie Arkadij Dworkowicz, zastępczyni przewodniczącego „Wnieszekonombanku” odpowiadającego za rozliczenia zagraniczne Rosji Natalia Timakowa, swego czasu wszechwładny szef administracji prezydentów Jelcyna i Putina Aleksandr Wołoszyn, Anatolij Czubajs, ogólnorosyjski symbol czasów jelcynowskiej korupcji i rozkładu i neoliberalnych reform. Swoje oburzenie faktem aresztowania Abyzowa wyraził gromko minister finansów, autor znienawidzonej w Rosji reformy emerytalnej Anton Siluanow. Wszyscy ci ludzie to najbardziej jaskrawi przedstawiciele kręgów związanych z rosyjską neoliberalną oligarchią.
Nie mogło być jaśniejszego sygnału, z kim powiązany jest aresztowany minister. Jedyne, co dziwiło obserwatorów, to tak jawne wystąpienie w jego obronie przez politycznych przyjaciół, kiedy przywłaszczone sumy są tak ogromne, a dowody wydają się nie do obrony. A przecież, mówiono, powinni się schować, albo nawet wyjechać, bo jak Abyzow zacznie mówić…
Ale lęku u neoliberałów nie widać, co może świadczyć o ich przekonaniu, że nic się w Rosji nie zmieni, a oni sami są w dalszym ciągu nietykalni. I bezkarni.
A być może powinni zacząć się choćby trochę niepokoić.
W 2019 rok rosyjskie społeczeństwo weszło w złych nastrojach. Podniesiono w wielu miastach opłaty za mieszkania, transport i usługi. W całej Rosji podniesiono podatek VAT oraz wspomniany wiek emerytalny. Ludzkie niezadowolenie zaczęło być widoczne w sondażach, zarówno państwowych centrach badawczych, jak i w badaniach niezależnych ośrodków takich jak Centrum Lewady. Notowania spadły zauważalnie nawet Putinowi. Prezydent zatem zdecydował się przeciwdziałać. W lutym tego roku w specjalnym orędziu do narodu ogłosił, że „będzie rekomendował” rządowi, by nieco osłabił założenia zarówno reformy emerytalnej, jak i podwyżkę podatku VAT. Do tego dodał szeroko zakrojone programy prospołeczne i prorodzinne, na które Rosja wyda miliardy rubli. Trochę to pomogło, ale chyba niewiele.
Notowania Putina poszły w górę, ale Miedwiediewa ani trochę. Wciąż jest jednym z najbardziej nielubianych i niegodnych zaufania rosyjskich polityków.
A jednak znowu pojawia się państwowej telewizji, znowu zatem jest puszczany sygnał, że nie ma co liczyć na jego upadek, który byłby hasłem do ostatecznej rozprawy z rosyjską oligarchią. Nie w sposób z czasów stalinowskich – raczej nie ma co oczekiwać, że jednej nocy po całym kraju zaczną walić do drzwi bogatych willi trójki żołnierzy ubranych w długie, skórzane płaszcze i uzbrojeni w broń długą. To jednak nie te czasy. To raczej byłoby tworzenie nowej elity, akceptowanej przez Kreml, ale i przez społeczeństwo, przynajmniej przez jego większość: patriotycznej, czyli nie związanej i nie podporządkowanej Zachodowi poprzez liczne więzi ekonomiczne i ulokowane tam bogactwa, zdecydowanej na kontrolę państwową w stosunku do swoich kapitałów i na antykorupcyjny kontrakt społeczny. Takie trzy elementy, jak twierdzą dzisiaj komentatorzy, to podstawa nowych rosyjskich elit. Kto na te warunki nie pójdzie – ryzykuje wiele.
No dobrze, ale skoro narysowano portret idealnego, bo powiązanego i podporządkowanego państwu i społeczeństwu oligarchy, to czemu nie można ich wszystkich zmusić do uznania tych zasad za swoje?
Bo to długi i trudny proces, grożący wieloma wstrząsami, na które nie stać teraz Rosji, mówią jedni. Bo skomplikowana sytuacja międzynarodowa nie sprzyja szybkim i dogłębnym zmianom elit, mówią drudzy. Bo Putin boi się jawnego buntu na pokładzie, mówią trzeci. Trzeba poczekać, mówią wszyscy zgodnym chórem. Ale rzeczywistość może nie chcieć czekać.
Ostatnio pojawiły się badania rosyjskiego Głównego Urzędu Statystycznego (Rosstat) i to niedługo po zmianie dyrektora tej instytucji, co powszechnie zostało odebrano jako wstęp do tego, by publikować dane miłe i strawne dla najwyższych czynników. Okazało się jednak, że to chyba nieprawda. Dane, zaprezentowane przez Rosstat rozdrażniły nawet Kreml.
Niemal 80 proc. rosyjskich rodzin ocenia, że nie zawsze mogą pozwolić sobie na kupno najpotrzebniejszych towarów (14,6 proc ma duże trudności, by związać koniec z końcem). Ponad połowa (53 proc.) jest nieprzygotowana finansowo na nieoczekiwane wydatki w rodzaju choroby, zniszczenia mienia itp. Podobna liczba (49 proc.) nie może sobie pozwolić na tygodniowy urlop każdego roku. Co czwarta rodzina nie jest w stanie udźwignąć finansowo zaproszenia gości na rodzinne uroczystości. Co piąta rodzina nie jest w stanie kupować sobie przez cały rok owoców. Co dziesiąta nie jest w stanie raz na dwa dni zjeść mięso, rybę lub wegetariański ekwiwalent. Mówiąc wprost – nie dojadają. Podobnie (11 proc.) nie może wykupić sobie potrzebnych lekarstw. 35,4 proc. rodzin nie jest w stanie zapewnić swoim członkom dwóch par sezonowego obuwia (na zimę i lato). 1,8 proc rodzin zgłosiło, że nie może pozwolić sobie na nic z rzeczy, o które pytano w badaniu, co oznacza, że są w nędzy.
To jeszcze nie alarm, tym bardziej, że wyniki z tego roku są lepsze niż z poprzedniego. Ale widać w wynikach tego badania potencjał ogromnego niezadowolenia. Nie tylko z powodu swojej sytuacji materialnej, Rosjanie to odporny na biedę naród. Ale przede wszystkim z poczucia nierównomiernego ponoszenia przez wszystkich członków społeczeństwa skutków gorszej sytuacji gospodarczej. Widząc w telewizji czy sieciach społecznościowych celebrytów w kapiących od złota willach lub luksusowych samolotach, gdzie drwią z rzeczy ważnych dla zwykłych ludzi (casus Dworkowicza), w ludziach narasta zimna wściekłość. Jeżeli wyleje się ona w przewidywalną stronę np. na lewo, to dobrze. Jeżeli jednak zamieni się w falę ślepego i agresywnego buntu przeciwko wszystkim, Rosja może tego nie przetrzymać.
Pytanie, czy są siły w Rosji zainteresowane społecznym wybuchem? Owszem, są i to najróżniejsze.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji nie dość, że próbowała skanalizować niezadowolenie zwykłych Rosjan z powodu biedy i podwyższenia wieku emerytalnego, to chciała też ugrać wzrost swojej popularności. To się nie udało. Demonstracje były dość duże, nie tylko w Moskwie, ale też w całej Rosji, lecz nie przełożyło się to na wzrost popularności komunistycznych liderów: Giennadija Ziuganowa czy Pawła Grudinina i samej partii zresztą. A nowych liderów, którzy wnieśli by nowe lewicowe idee – nie widać. Komuniści są drugą partią w rankingu społecznym, ale mają niemal dwa razy mniej głosów niż rządząca i, wydawałoby się, skompromitowana partia Jedna Rosja.
Na niezadowolonych czeka też Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (LDPR) Władimira Żyrinowskiego. Ten krzykliwy na niwie publicznej polityk i jego partia, pełnymi garściami czerpiący z nacjonalistycznej agresywnej narracji cieszy się poparciem około 13 proc. społeczeństwa. I to się nie zmienia.
Pozaparlamentarna opozycja, którą tak masturbują się zachodnie media głównego nurtu, mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie zagospodarować fatalnych nastrojów Rosjan. Przynajmniej nie teraz. Ma marginalne społeczne poparcie i takież zaufanie.
Powstała zatem dziwaczna sytuacja – nastroje społeczne nie napawają optymizmem ani badaczy, ani rządzących w Rosji. A jednak wybuch społecznego niezadowolenia wciąż nie następuje, pozostając w sferze uśpienia. Uważam, że wpływ na to ma, umiejętnie przedstawiana w rosyjskich mediach, sytuacja międzynarodowa i skierowana przeciw Rosji polityka Zachodu. Każda następna fala sankcji, kolejna groźba jakiegokolwiek zachodniego polityka, że Rosję trzeba zatrzymać, powalić czy odepchnąć, wywołuje efekt przeciwny od zamierzonego przez autorów. Rosjanie naprawdę przywiązani są do swojego państwa, razem z jego niesprawiedliwościami i niedostatkami, które oceniają krytycznie, ale nie zrobią z tym nic, dopóki państwo będzie zagrożone.

Jak lata Putin?

Rosjanie okresowo chronią swoje obiekty w tym samolot prezydenta tworząc totalny rozgardiasz amerykańskiej łączności satelitarnej GPS sami posługując się swoją niezakłóconą GLONASS.

Według raportu organizacji non-profit C4ADS rosyjskie agencje wywiadowcze wykorzystują spoofing sygnału GPS w wielu strategicznie ważnych lokalizacjach. „Putin używa fałszowania sygnału GPS na Krymie i w portach w Rosji” – twierdzi C4ADS.
Odwiedzając ważne miejsca, rosyjski prezydent Władimir Putin jest otoczony przez zniekształcone sygnały GPS. C4ADS stwierdził, że wdrożenie takiego fałszowania wymaga użycia potężnych sygnałów radiowych, które „utopią” wiarygodne dane geolokalizacyjne. Raport C4ADS zawiera około 10 tys. różnych zdarzeń, gdy Rosja została przyłapana na emisji fałszowania sygnałów GPS. Większość tych przypadków odnotowano w pobliżu statków. Jednak podobne rzeczy można było znaleźć także na lotniskach iw innych miejscach.
Według analityków Rosja jest pionierem w fałszowaniu GPS. „Rosja była jedną z pierwszych, która wykorzystała techniki fałszowania GPS do ochrony swoich interesów politycznych. W szczególności spoofing został przeprowadzony w celu uwikłania „ogłupienia” dronów – ważne było, aby nie pozwolić im wejść do wrażliwej przestrzeni powietrznej ”– czytamy w raporcie.
Wśród najbardziej jaskrawych przykładów lokalizacji, w których sfałszowano sygnały GPS, eksperci wskazują Krym, Syrię, a także porty i lotniska w Rosji. Jeśli Rosjanie chcą, to nic co jest sterowane i naprowadzane GPS nie działa prawidłowo.

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Kaliningradzka rubież i sępy

– czyli kto kogo prowokuje i czym się to może dla Polski skończyć.

W ostatnich tygodniach jesteśmy świadkami kolejnych odsłon militarnej rozgrywki wokół najbardziej na zachód wysuniętego skrawka Rosji. Okręg Kaliningradzki, niczym samotna wyspa otoczona przez kraje NATO, musi stawić czoła coraz bardziej agresywnym posunięciom członków paktu. Obserwujemy więc pojawienie się nowych rodzajów uzbrojenia, nowe jednostki wojskowe, przesunięcia wojsk NATO w tym żołnierzy USA nad samą granicę z Rosją. Towarzyszą temu intensywne manewry wojsk lądowych i floty, a w ostatnim miesiącu intensywne loty samolotów, w tym amerykańskich bombowców strategicznych B-52, a także potężnych samolotów szpiegowskich oraz WRE (walki radiowo-elektronicznej), które niczym sępy krążyły wokół Okręgu Kaliningradzkiego. Wszystko to jednak pod płaszczykiem hałaśliwej retoryki „powstrzymywania Rosji”, „manifestowania obrony sojuszników przez USA” i opowieści o wielkim zagrożeniu ze strony „państwa Putina”.
Warto prześledzić, co się dzieje naprawdę i jak spirala zbrojeń w regionie zamiast bezpieczeństwo wzmacniać, to osiąga skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Uczciwie trzeba przyznać, Rosjanie ze swej strony nie pozostają bierni i swoimi wojskowymi kontrposunięciami niwelują uzyskiwaną czasowo, niemałym kosztem, regionalną przewagę militarną wojsk USA i krajów NATO, w tym Polski. Powoduje to z kolei „eksplozję” kolejnych pomysłów „nadwiślańskich rusofobicznych jastrzębi”, oczekujących a to nowych baz wojsk USA, a to zakupów nowej broni. Pamiętać należy, że utrzymanie PiS-owskiej wizji tzw. Fortu Trump oraz zakup nowych „zabawek” dla naszej armii z fabryk zbrojeniowych zza oceanu, finansowany będzie z naszej kieszeni, polskich podatników. Nikt się jednak w Polsce tym nie przejmuje, ani sprawujący władzę, ani liberalna opozycja, ani nawet rachityczna dziś polska lewica.
Rządzące aktualnie Polską prawicowe elity nie pojmują, że wyścig zbrojeń jest kontrproduktywny i prowadzi w „ślepą uliczkę”. Potrzeba zaś Rzeczpospolitej dziś polityków z pomysłami niosącymi obniżenie napięcia międzynarodowego. Wizjonerów, ludzi zdolnych do wypracowania procedur deeskalacji na linii NATO-Rosja. Polityków tej miary jak onegdaj minister spraw zagranicznych Adam Rapacki, który na formum ONZ w 1957 r. ogłosił plan denuklearyzacji Europy Środkowej, czy jak szwedzki premier Olof Palme, z jego inicjatywami państw niezaangażowanych, służących obniżeniu napięcia pomiędzy blokiem NATO i USA, a ZSRR i Układem Warszawskim w latach 70. i 80. XX w. Jeszcze w latach 80-tych XX w Polska była inicjatorem ograniczenia zbrojeń i zwiększenia zaufania pomiędzy blokiem NATO a Układem Warszawskim, co zawarte było w memorandum rządu PRL 8 maja 1987 r., tzw. Planie Jaruzelskiego.
Dziś takie inicjatywy płynące z polskich elit – póki co – to marzenie ściętej głowy. Może jednak już czas na głos w tej kwestii polskiej lewicy, gdyż to lewica całego świata zawsze stoi na pozycjach zachowania pokoju i w kontrze do prawicy i liberałów forsujących jak zbrojenia.

Marcowe „przeciąganie liny”, czyli kto i jak daleko kontroluje przestrzeń powietrzną

Obecnie w brytyjskiej bazie RAF Fairford stacjonuje sześć amerykańskich bombowców strategicznych B-52H, należących do 2 Skrzydła Lotnictwa Bombowego USAF. Przybyły one 14 i 15 marca z Barksdale Air Force Base w Luizjanie, między innymi w celu odbycia szeregu ćwiczeń z „wysuniętymi nawigatorami naprowadzania w Polsce i na Litwie”.
Ambasada USA w Warszawie informuje językiem propagandowej nowomowy, że „operowanie „z wysuniętych pozycji” umacnia współdziałanie obronne w ramach NATO, a jednocześnie umożliwia „rozpiętość działań strategiczno-operacyjnych niezbędnych dla odstraszania przeciwnika oraz zapewnienia bezpieczeństwa” sojusznikom i partnerom. „Bombowce B-52 prowadzą szkolenie z NATO-wskimi Joint Terminal Attack Controllers (wysuniętymi nawigatorami naprowadzania lotnictwa), przydzielonymi do wielonarodowej batalionowej grupy bojowej na Litwie oraz ćwiczyły z Grupą Bojową Polska. Na terenie Litwy B-52 dokonywały zrzutu bomb bez materiału wybuchowego oraz doskonaliły elementy bezpośredniego wsparcia lotniczego z udziałem litewskich odrzutowców szkoleniowych L-39 Albatros”.
W rzeczywistości potężne amerykańskie bombowce startowały z bazy Fairford zbliżały się na ok 130 km od bazy Floty Bałtyckiej w Kaliningradzie symulując nalot i zawracały nad Polską, na wysokości Lęborka, z powrotem. W innych przypadkach latały wokół Okręgu Kaliningradzkiego, dokonując bombardowań na poligonach w Estonii czy na Litwie i zbliżając się na 190 km od drugiego miasta Rosji – Sankt Petersburga. Równocześnie z lotami bombowców, np. 20 marca, samolot zwiadu elektronicznego i dowodzenia Boeing E-3 „Sentry” AWACS śledził sytuację nad Kaliningradem latając nad linią Ostrołęką-Łomża, a brytyjski ciężki samolot zwiadu elektronicznego RC-135W, wylatujący z bazy w Middelton w Wielkiej Brytanii, krążył nad Bałtykiem i prowadził misje szpiegowską polegającą na namierzaniu rosyjskich emisji radarowych w Okręgu Kaliningradzkim. W kolejnych dniach w celu identyfikacji nadlatujących bombowców, aby nie włączać określonych radarów, z rosyjskiej bazy w Czkałowsku startowały myśliwce Su-27SM, przechwytując i eskortując amerykańskie bombowce nad wodami międzynarodowymi Bałtyku. Wobec takiego ruchu 25 marca w Polsce na lotnisku w Powidzu pojawiły się amerykańskie myśliwce F-15E Strike Eagle należące do 48 skrzydła myśliwskiego stacjonującego w bazie Lakenheath w Wielkiej Brytanii. Według informacji amerykańskiej ambasady w Warszawie „doskonalą kolektywną gotowość, umacniają relacje z sojusznikami NATO i krajami partnerskimi oraz dowodzą zaangażowania USA na rzecz regionalnego bezpieczeństwa. Ćwiczenia „Rapid Panther” nie mają odniesienia do jakiejkolwiek sytuacji rzeczywistej na świecie”.
Wbrew tym deklaracjom ambasady, mają i to bardzo dużo. Skąd ta nagła aktywność i testowanie możliwości obronnych rosyjskiej OPL w Okręgu Kaliningradzkim?
Otóż 13 stycznia Rosjanie poinformowali, że przystąpili do odtwarzania w bazie Czkałowsk legendarnego 689 Gwardyjskiego Pułku Myśliwskiego im asa radzickiego lotnictwa Aleksandra Pokryszkina. Pułk uzbrojono w myśliwce Su-27SM3, z opcją przezbrojenia w najbliższym czasie na Su-35.
4 marca 2019 r. służby prasowe Zachodniego Okręgu Wojskowego FR poinformowały, że obrona powietrzna w Obwodzie Kaliningradzkim została wzmocniona przez pułk rakiet przeciwlotniczych wyposażony w rakiety dalekiego zasięgu S-400 „Triumf”, który wszedł w skład sił Floty Bałtyckiej.
Pułk wyposażony w systemy S-400 „Triumf” dotarł na stację stałego bazowania w Obwodzie Kaliningradzkim z terenu poligonu Kapustin Jar w Regionie Astrachańskim, gdzie przeprowadzono intensywne szkolenie, w tym z strzelania rakietowe. Rozwinięty przez Rosjan pułk przeciwlotniczy to element ochrony rosyjskich granic powietrznych najbardziej wysunięty na zachód. Pozycje ogniowe i radiolokacyjne jego dywizjonów znajdują się na i w pobliżu Mierzei Wiślanej. Stąd rubież kontroli przestrzeni powietrznej, sięga daleko w głąb terytorium Polski nad Hel, Trójmiasto i w głąb Województw Pomorskiego i Warmińsko-Mazurskiego.
Przezbrojony w systemy S-400, to relatywnie słabszy bo dwudywizjonowy 1545 Pułk Przeciwlotniczy, który wchodzi w skład 44 Dywizji Obrony Przeciwlotniczej Floty Bałtyckiej. Fundamentem siły bojowej 44 dywizji OPL jest bowiem 183 Gwardyjski Mołodeczeński Pułk Rakietowy, dysponujący aż czterema dywizjonami S-400 „Triumf” i dwoma dywizjonami S-300PS „Faworit”.
Tak więc na dziś, przeciwlotnicze zgrupowanie rakietowe 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej w Obwodzie Kaliningradzkim, składa się z sześciu dywizjonów rakietowych sytemu S-400 „Triumf” i dwóch dywizjonów rakietowych wyposażonych w S-300PS. Nie wykluczone, że w rezerwie 1545 pułku, znajdują się nie rozwinięte na pozycjach bojowych rezerwowe S-300PS . Żołnierze tej rosyjskiej jednostki są na nim przeszkoleni, przezbroili się na S-400 „Triumf”, jednak na wypadek wojny, rezerwiści mogą obsadzić zdany na magazyn sprzęt lub stanowi on po prostu rezerwę, na wypadek zniszczenia przez przeciwnika sprzętu etatowego. Osłonę dywizjonom rakiet dalekiego zasięgu zapewniają organiczne poddziały wyposażone w przeciwlotnicze artyleryjsko rakietowe systemy krótkiego zasięgu „Pancyr-S” zdolne do niszczenia rakiet manewrujących, bezpilotowców, a nawet artyleryjskich pocisków rakietowych. W skład 44 Dywizji Obrony Powietrznej Floty Bałtyckiej wchodzi również 81 Pułk Radiotechniczny.
Reasumując, przezbrojenie pułków OPL Floty Bałtyckiej w systemy S-400 „Triumf” w Obwodzie Kaliningradzkim to element budowania przez Federację Rosyjską systemu antydostępowego. Polega on na tym, aby jak najdalej od granic Rosji można było zwalczać ewentualne środki napadu powietrznego potencjalnego przeciwnika, bądź wykrywać i reagować na jego ofensywne ruchy w powietrzu. W tym konkretnym przypadku Rosjanie kontrolują przestrzeń powietrzną i mogą razić cele powietrzne w promieniu do 400 km.
System S-400 „Triumf” pozwala niszczyć tak samoloty, śmigłowce i pociski manewrujące jak i rakiety balistyczne. Instalacja amerykańskiej „Tarczy antyrakietowej” w Rędzikowie pod Słupskiem i wystrzeliwane stamtąd rakiety mogą być zatem skutecznie przez Rosjan niszczone. Ponadto „parasol przeciwlotniczy” osłania własne rosyjskie zgrupowanie wojsk, w tym lotniska i pozycje 152 gwardyjskiej brygady rakietowej wyposażonej w rakiety „Iskander-M”. Celem rakiet owej brygady według specjalistów jest unieszkodliwienie w przypadku wojny z USA, amerykańskiej bazy w Rędzikowie. Tym samym budowana wielkim kosztem baza amerykańska, główny port Polskiej Marynarki Wojennej na Oksywiu, oraz lotniska w Babich Dołach, w Gdańsku, Pruszczu Pomorskim i Malborku, skąd dziś operują portugalskie F-16, znalazły się w polu oddziaływania tak rosyjskiej OPL jak i rakiet operacyjno-taktycznych.
I to właśnie przetestowaniu tego rosyjskiego systemu antydostępowego służy kompleks manewrów i ćwiczeń NATO, w tym lotnictwa strategicznego USA, prowadzonych właśnie teraz, w znacznej części powietrzu nad polskim wybrzeżem Bałtyku i wprost nad Polską
Warto jednak pamiętać natchnionym tym wspólnym z Amerykanami „testowaniem Rosjan” nadwiślańskim strategom, o schłodzeniu rozgrzanej głowy. Marzącym o powtórce „Cudu nad Wisłą” i chwale zwycięstwa nad Pregołą, którzy widzą się już roli zwyciężającego Moskali Józefa Piłsudskiego, warto przestudiować smutny losy prezydenta Gruzji Michaiła Saakaszwilego i operację „Przymuszenie Gruzji do pokoju”.
Cierpliwość rosyjska ma bowiem swoje granice. Prezydent Władimir Putin w jednym z wywiadów przywołał jedno z doświadczeń życiowych wyniesionych z czasów dzieciństwa, jaką dała mu ulica Leningradzka. „Jeśli draka nieizbieżna, bit’ nada pierwym” – „Jeśli awantura jest nieunikniona, bić trzeba jako pierwszy”. Obyśmy w tych amerykańskich manewrach i ćwiczeniach wokół Kaliningradu się nie zagalopowali, a nasze polskie i naszych sojuszników z NATO intencje ćwiczebne nie zostały błędnie zinterpretowane w Moskwie jako atak. Bo jeśli nastąpi rosyjskie prewencyjne „przymuszenie Polski do pokoju”, to w kilka dni zostaniemy cofnięci cywilizacyjnie kilka dekad wstecz.
I wcale nie musi nastąpić to za pomocą broni jądrowej. Zrobią to Rosjanie z chirurgiczną precyzją, najnowocześniejszą, dokładną bronią, której moc pokazali w Syrii. Może zamiast „warczeć” i zaczepiać, z podpuszczenia sojuszniczego zaoceanicznego supermocarstwa, warto z wschodnim sąsiadem zacząć, zapewne bardzo trudny, ale jakże potrzebny dialog. Nikt nas Polaków w tym nie wyręczy.

Trump nie chce Rosji

Prezydent USA Donald Trump oznajmił, że przebywający w Wenezueli rosyjscy żołnierze powinni jak najszybciej opuścić terytorium tego kraju.

A wiceprezydent Mike Pence nazwał przerzucenie grupy radzieckich wojskowych na terytorium Wenezueli „niepożądaną prowokacją”. Wezwał tez Rosję do „zaprzestania wszelkiego poparcia reżimu Maduro” a także zaapelował, by Rosja oficjalnie uznała za nowego przywódcę Wenezueli Juana Guaido.
USA, jak powiedział amerykański przywódca, „są otwarte na wszelkie warianty”, by rosyjscy żołnierze opuścili Wenezuelę.
„Rosja musi odejść” – cytuje słowa Trumpa agencja Reuters.
Kilka dni temu na terytorium Wenezueli wylądowały dwa samoloty, którymi przyleciała do tego kraju ponad 100 osobowa grupa rosyjskich żołnierzy (strona rosyjska używa określenia „specjaliści”) dowodzonymi przez generała Wasilija Tonkoszkurowa oraz 35 ton sprzętu. Ich pobyt jest wynikiem porozumienia między rządem Wenezueli i rządem Rosyjskiej Federacji z maja 2001 roku.
– Nie, to nie jest w żaden sposób ze sobą powiązane [amerykańskie zagrożenie i wizyta Rosjan – przyp. red]. Chodzi o pracę nad kontraktami, podpisanymi na długo przed kryzysem – powiedziało anonimowe źródło w wenezuelskim rządzie agencji RIA Novosti.
Amerykański niepokój związany z wizytą rosyjskich żołnierzy i rozpatrywanie tego jako prowokacji byłby ze wszech miar zrozumiały, gdyby nie fakt, że od dawna Trup nie ukrywa amerykańskiej chęci ingerowania w sprawy Wenezueli. 27 marca Mike Pompeo oznajmił bez cienia zażenowania, że USA mają zamiar przeznaczyć pół miliarda dolarów na zmianę władzy w tym kraju.

Go East!!!

Zbliżenie z Rosją, realizowane przez Prawo i Sprawiedliwość,
otwiera szanse na nowe otwarcie gospodarcze w relacjach
z naszym wielkim wschodnim sąsiadem.

Polskie firmy powinny próbować sił w Rosji! – wzywa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Przekaz jest taki, że mimo chłodnych stosunków politycznych – należy próbować rozwijać relacje gospodarcze, zwłaszcza zaczynając od niedalekiego Kaliningradu.
– Polski biznes w Rosji powinien być elementem polskiego „soft power”, szczególnie w obwodzie królewieckim. Nie zarekomendowałby żadnemu polskiemu przedsiębiorcy, żeby budował tam fabrykę, ale każdy inny rodzaj biznesu, to już tak. Budowanie takich przyczółków jest korzystne dla Polski i konkurencja również jest umiarkowana: stosunkowo łatwo odnieść sukces – stwierdził prezes ZPP, Cezary Kaźmierczak.
Nie jest to wprawdzie zbyt entuzjastyczna rekomendacja, ale od czegoś należy zacząć. Przedsiębiorcy apelują więc do polskich władz o przywrócenie małego ruchu granicznego z Kaliningradem (zawieszonego w 2016 r. w ramach sankcji unijnych). Ich zdaniem ma to znaczenie gospodarcze, bardzo istotne dla rejonów przygranicznych oraz polityczne.
Wydaje się, że nie powinno być z tym problemów, bo Prawo i Sprawiedliwość bierze wyraźny kurs na zbliżenie z Rosją. Antyrosyjska propaganda w rządowych „publicznych” mediach została wyraźnie wyciszona, zamiast tego nasilają się pretensje pod adresem Ukrainy.
Prezes Cezary Kaźmierczak zachwala wcześniejsze prorosyjskie kroki. – Ruch bezgraniczny z Królewcem, to jedna z naszych nielicznych miękkich inicjatyw, która nam się udała – powiedział.

Łatwiej założyć niż zlikwidować

Pod względem aspektów prawnych, zagraniczny podmiot ma trzy podstawowe możliwości prowadzenia działalności w Rosji – jako eksporter, poprzez otwarcie biura handlowego, przedstawicielstwa czy filii, albo zakładając czy przejmując działającą w Rosji firmę. Najpopularniejsze formy prawne to podobnie jak w Polsce – spółka z ograniczoną odpowiedzialnością oraz spółka akcyjna.
Zgodnie z analizami Banku Światowego założenie spółki w Rosji trwa średnio kilkanaście dni, a likwidacja podmiotu gospodarczego zarejestrowanego w tym kraju, zajmuje 6-12 miesięcy.
System podatkowy w Rosji obejmuje standardową stawkę podatku CIT (od dochodów osób prawnych) – 20 proc. Z kolei stawka VAT została podniesiona z dniem 1 stycznia 2019 r. z 18 do 20 proc. (przy czym stawka ulgowa wynosi 10 proc. ).
Podatek majątkowy nie może przekraczać 2.2 proc. wartości księgowej środków trwałych, a składki na ubezpieczenie społeczne – 30 proc. rocznego dochodu pracownika (powyżej określonego poziomu – wartość składki spada do 15,1 proc. dochodu. Podatki PIT, CIT i VAT pobierane są na bazie miesięcznej.
W odniesieniu do prawa pracy warunki zatrudnienia są podobne do polskich – umowy o pracę mogą być zawierane na czas określony (do 5 lat) lub nieokreślony, okres próbny wynosi 3 miesiące (w niektórych przypadkach możliwość wydłużenia do 6 miesięcy), jednak należy zwrócić uwagę, że w Rosji pracodawcę obowiązują znacznie szersze wymagania dokumentacyjne (w języku rosyjskim), wskazane jest więc korzystanie z zewnętrznych usług agencji zatrudnienia, w celu uniknięcia przyszłych problemów.
Rosja jest członkiem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU – Rosja, Białoruś, Kazachstan, Tadżykistan, Armenia i Kirgistan). Od 2012 Rosja należy także do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Ważny partner

Warto zwrócić uwagę na wartości i trendy zagranicznego obrotu gospodarczego Rosji w ostatnich latach. Generalnie obserwuje się ścisłą korelację między eksportem i importem Rosji.
W latach 2008-2009 obserwowano spadki, w okresie 2011-2013 – stagnację, w latach 2014-2016 kolejne spadki, natomiast począwszy od roku 2017 pojawiają się symptomy ożywienia i wzrostu. Te ostatnie są pośrednio związane z utrzymywaniem się wysokiego poziomu cen surowców, eksportowanych przez Rosję, przede wszystkim energetycznych. Powoduje to napływ środków i ożywienie popytu na towary i usługi importowane, zarówno o charakterze inwestycyjnym, jak i konsumpcyjnym. Przewiduje się że ten trend w najbliższych latach nie ulegnie istotnemu osłabieniu czy odwróceniu.
W roku 2017 import towarów i usług do Rosji zamknął się w kwocie 227,5 mld USD, a wskaźnik dla pierwszego półrocza 2018 pokazuje wzrost importu o 13.4% (rok do roku), co wskazuje że import w 2018 r. może oscylować w granicach 250 mld USD.
Polska jest ważnym partnerem handlowym Federacji Rosyjskiej. Według danych za 11 miesięcy poprzedniego roku importowaliśmy rosyjskie towary i surowce o wartości 15 mld dolarów (wzrost
w porównaniu z rokiem poprzednim o 48,2 proc. ), zaś nasz eksport do Rosji osiągnął poziom 4,61 mld dolarów (wzrost o 5,1 proc. ).
Biorąc pod uwagę wielkość gospodarki, polskie obroty handlowe z Rosją są relatywnie wyższe niż obroty handlowe innych znaczących partnerów Rosji, takich jak Niemcy, Francja czy Włochy. Świadczy to o utrzymywaniu się licznych więzi handlowych i kooperacyjnych mimo trudnych relacji politycznych.
Brak zrównoważonego bilansu handlowego z Rosją (znacznie wyższa wartość importu do Polski niż naszego eksportu) może być traktowany jako szansa na przyszły rozwój – pod warunkiem promocji polskich produktów i marek na rynku naszego wschodniego partnera, z czym jak zwykle nie umiemy sobie poradzić.
Rosyjskie firmy – partnerzy handlowi Polski – mają swe siedziby głównie w Moskwie, Rejonie Moskiewskim oraz w Petersburgu i Obwodzie Kaliningradzkim. Szczególnie ten ostatni region, w powiązaniu z aktywną polityką tamtejszych władz oraz otwarciem na nowe perspektywy handlu międzynarodowego, zmierza do przyciągnięcia inwestycji (także polskich) i ożywienia współpracy. Może więc stać się on perspektywicznym obszarem zwiększenia aktywności naszych firm.

Putin gasi pożar

Podczas corocznego wystąpienia prezydenta Rosji przed Zgromadzeniem Narodowym, Władimir Putin po raz kolejny pokazał, jak sprawnym jest politykiem. Nie omijał trudnych tematów, które w ostatnich miesiącach budziły złość Rosjan. Złożył wiele obietnic – jak będzie z ich realizacją?

Prezydent nie mógł nie wiedzieć, że od lata zeszłego roku szybko wzrasta fala społecznego niezadowolenia, spada też poziom poparcia dla niego osobiście ze strony do tej pory dość entuzjastycznie nastawionego do niego społeczeństwa. Zatem główne tezy jego wystąpienie skierowane były przede wszystkim na rozładowanie społecznych frustracji Rosjan. Pierwsze i najważniejsze tematy jego wystąpienia dotyczyły właśnie problemów wewnętrznych: demografii, biedy, medycyny, oświaty i spraw środowiska, czyli dokładnie tego, co wywołuje wściekłość u zwykłych obywateli, odnoszących słuszne wrażenie, że państwo służy przede wszystkim oligarchom, a nie interesuje się losem prostych ludzi.

Putin w powyżej wspomnianych dziedzinach zaproponował znaczące i różnorodne formy pomocy państwa, przede wszystkim finansowej, dla rodzin wielodzietnych, emerytów, dzieci niepełnosprawnych i bezrobotnych. Zwrócił uwagę na fakt, że w ciągu ostatnich lat jego rządów zwiększyła się grupa ludzi biednych, znajdujących się poniżej minimum socjalnego, choć sprawiedliwie dodał, że i tych, którzy są nieco powyżej trudno nazwać bogatymi. Przedstawił plany szeroko zakrojonej pomocy państwa i struktur samorządowych dla wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem. Zaproponował istotne zmiany w opiece medycznej i oświacie, m.in. pokaźne kredyty dla lekarzy i nauczycieli, którzy zechcą osiedlić się we wsiach lub małych ośrodkach miejskich, gdzie baza medyczna i oświatowa kuleje. Zaprezentował determinację w walce o czyste środowisko. Mówiąc o większości projektów, twierdził, że są już na nie przygotowane pieniądze.

Na koniec poświęcił nieco uwagi problemom międzynarodowym. Podkreślił, że wyjście USA z układu INF zagraża pokojowi na świecie. Zapewnił, że Rosja jako pierwsza nie umieści rakiet średniego zasięgu w Europie. Jeśli jednak zrobi to strona przeciwna, to Rosja sięgnie po takie środki obrony, które dosięgną nie tylko terytorium, z którego będą wystrzeliwane pociski, ale i centrów decyzyjnych, z których płynąć będą rozkazy o rozpoczęciu działań. W ten niedwuznaczny sposób Putin zagroził samym USA, że nie uda im się uniknąć ataku odwetowego, nawet jeśli spróbują ograniczyć konflikt do kontynentu europejskiego lub któregokolwiek innego niż amerykański.

Wydaje się, że w swoim wystąpieniu Putin dokonał rzeczy trudnej – obniżył, choćby częściowo, powszechne ciśnienie społecznej frustracji wywołanej rosnącym rozwarstwieniem i neoliberalną reformą emerytalną, jednocześnie dając swoim obywatelom to, co jest dla nich bardzo ważne – poczucie przynależności do państwa będącego potęgą, z którą należy się liczyć. Jeżeli choćby 50 procent jego obietnic zostanie zrealizowanych w bliskim czasie, ekipa Władimira Putina i on sam osobiście ma zapewnione kolejne miesiące spokoju i rosnącego poparcia.

Pamiętać jednak należy, że od choćby najpiękniej wyglądających obietnic prezydenta do ich realizacji w rosyjskiej rzeczywistości, pełnej korupcji i nieprofesjonalizmu urzędników wyższego i średniego szczebla, jest bardzo daleka droga.

Komentarz – W nie swojej sprawie

Polskie media niespecjalnie zainteresowały się zasadniczą częścią wypowiedzi prezydenta Władimira Putina, w której mówił on o polityce społecznej, a jeżeli – to z ironicznym dystansem. Bo z perspektywy zdroworozsądkowej wiedzy naszego kraju, Rosja to nic tylko samodzierżawie, więc o jakim dobrostanie społecznym w Rosji można w ogóle mówić. Może nie dominuje już przekonanie, że jedynym i najlepszym systemem zapewniającym dobrostan społeczny jest neoliberalny turbokapitalizm i działająca za jego pośrednictwem niewidzialna ręka rynku, ale uwierzyć w to, że w Rosji oprycznina skończyła się dawno temu – nie potrafimy. Nie mówiąc o tym, że to, jak Rosja wygląda naprawdę, jak żyją tam ludzie – nie tylko nas nie interesuje, ale nawet tego wiedzieć nie chcemy. Bo może zachwiałoby to naszym, opartym na projekcji własnych kompleksów, wyobrażeniom, że nadal rządzi tam Iwan Groźny albo Józef Stalin, panuje technologiczne zacofanie i pogarda dla człowieka. Fragment, w którym prezydent Putin wypowiedział się o rakietach został natomiast zauważony.
W sumie – nic to dziwnego. Bo słowa rosyjskiego przywódcy, wypowiedziane zresztą w spokojny sposób i bez jakiejś buńczucznej retoryki, są stwierdzeniem zrozumiałej konsekwencji, jaką jest wypowiedzenie traktatu o zakazie pocisków średniego i pośredniego zasięgu i potencjalne rozmieszczenie ich w Europie przez Amerykanów. Jeśli to nastąpi, jest zupełnie oczywiste, że Rosja będzie musiała zrobić to samo. „Dla niektórych klas tych rakiet czas lotu do Moskwy może wynosić 10-12 minut. I to jest dla nas bardzo poważne zagrożenie. W takim wypadku będziemy zmuszeni, chcę to podkreślić, dosłownie zmuszeni do przewidzenia symetrycznych i asymetrycznych działań” – powiedział Putin. A to oznacza, że rakiety będą wycelowane również i w nasz kraj.
Oczywiście – choćby zmiana technologiczna jak zaszła w ciągu ostatnich dekad powoduje, konieczność aktualizowania traktatowych zapisów, jednak rezygnacja z tego instrumentu to otwarcie drogi do kolejnej spirali zbrojeń i to – z racji jego przedmiotu – zbrojeń zagrażających pokojowi w Europie.
Powiedzmy sobie jednak – nie wynika stąd, że wojna zacznie się jutro. A nawet – że w ogóle się zacznie. Smutne jest, że wchodzimy znów w fazę wyścigu zbrojeń. Ewidentne zaś że powrót Rosji na światową scenę w charakterze mocarstwa boli Waszyngton, który przez ostatnie ćwierćwiecze przyzwyczaił się do świata jednobiegunowego. Nawet trudno się temu dziwić. Ale też nie sposób nie zauważyć, że w miarę tracenia pozycji jedynego hegemona na coraz to nowych frontach, reakcje prezydenta Donalda Trumpa – i amerykańskiego lobby przemysłowo-zbrojeniowego – są raczej histeryczne niż racjonalne. A jeszcze smutniejsze jest to, że dając się powodować wpajanej nam ze wszystkich sił rusofobii, dajemy się w tę – nie naszą – rozgrywkę wciągać i manipulować jak małe dzieci. Pamiętam, jak u progu lat 90. ubiegłego stulecia mówiliśmy o pomostowej roli, jak się przed nami otwiera. Po 25 latach z tej perspektywy nic nie zostało. A teraz by był dobry moment na to. Tylko że ta szansa została stracona, a na jej powrót – w obecnym klimacie – nie ma co liczyć.

Grzegorz Waliński

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.