Warto żyć !

Wszelkie znaki na nowogrodzkim niebie wskazują, że tegoroczne lato obrodzi nam nowowybranym prezydentem. Będzie miał on mandat słaby, gromko i ciągle kwestionowany przez jego przeciwników politycznych. Prezydentem „wszystkich Polaków” na pewno nie zostanie.
Jeśli w letnich wyborach w pierwszej turze zwycięży pan prezydent Andrzej Duda, to opóźni on nieuchronną przegraną partii pana prezesa Kaczyńskiego. Bo jeżeli jego pokorne prezydentowanie nie ulegnie zmianie, to aktualny obóz rządzący jakoś dociągnie do parlamentarnych wyborów w 2023 roku.
Jeśli szczęśliwym trafem dojdzie do drugiej tury wyborczej i opozycja przekona swoje elektoraty aby ruszyły się i zagłosowały na kandydaturę anty Dudy, na mniejsze zło, rezygnując w dzień wyborów ze swych estetycznych pryncypiów, wówczas pan prezes Kaczyński będzie miał dodatkowy kłopot.
Będzie musiał użerać się nie tylko z opozycyjnym Senatem RP, ale też wrogim prezydentem RP, brutusowskim Gowinem i niechęcią parlamentarzystów z jego własnego klubu. Kalkulujących swą polityczną przyszłość. Coraz bardziej mniej przewidywalną pod kacyńskim przewodem.
No i kryzysem powirusowym. Powszechnym tym razem. Przede wszystkim kryzysem gospodarczym, który zmieni obowiązujące jeszcze hierarchie wartości i politycznych ważności.
Dotychczasowe wojny historyczno- obyczajowe, tak sprawnie organizowane przez elity PiS i wygrywane przez nie, zostaną wypchnięte na drugi plan przez realne, naprawdę konflikty ekonomiczne.
Walka antagonistycznych interesów różnych klas i warstw społecznych stanie się ważniejsza dla ubożejącego społeczeństwa polskiego niż zalecana przez elity PiS obrona Narodu Polskiego przed zagranicznych „antypolonizmem”, genderem atakującym sielską, polską wieś i agresywną ideologią LGBT przenikającą do każdej gminy.
Elity PiS udowodniły już, że nie potrafią zarządzać państwem w czasach kryzysowych. Kryzysu realnego, a nie wykreowanego przez swych spin doktorów, dla zwiększenia poparcia wyborczego PiS.
Już nie pomogą im kolejne obietnice nowych kiełbas wyborczych, jak choćby proponowane teraz bony wakacyjne.
Tworzona przez nich IV Rzeczpospolita, kalka sanacyjnej II Rzeczpospolitej z ubiegłego wieku, nie przystaje do nowej rzeczywistości. Podobnie jak oparta na kulcie wzrastającej konsumpcji III Rzeczpospolita.
Dlatego alternatywą wobec pisowskiej IV Rzeczpospolitej nie może być powrót do III Rzeczpospolitej. Program „żeby było tak jak było”.
Alternatywą dla pana prezydenta Dudy nie może być powracający z zagranicy premier Donald Tusk. Nawet jeśli potrafi oczarować tak radykalne, lewicowe feministki jak nasza współpracowniczka Katarzyna Kądziela.
Trzecia Rzeczpospolita skończyła się 2015 roku po przegranych przez koalicję PO- PSL wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Choć dla wielu Polaków długo jeszcze będzie utopijną, utraconą Arkadią. Jak Polska Ludowa w III RP, II Rzeczpospolita Polsce Ludowej, cesarsko-królewska monarchia habsburska w II Rzecz[pospolitej.
Teraz każda opozycja powinna zaproponować społeczeństwu polskiemu alternatywę wobec autorytarnej, mafijnej IV Rzeczpospolitej.
A opozycja lewicowa swoją. Nową, demokratyczną i przede wszystkim sprawiedliwą społecznie V Rzeczpospolitą.
Rządy pana prezesa Kaczyńskiego kończą się. Coraz więcej polityków Zjednoczonej Prawicy szuka ucieczki do przodu. Pomysłu na zmianę barw partyjnych, nowych nieskompromitowanych liderów. Aby uciec od odpowiedzialności za błędy prezesa i jego drużyny.
By zyskać nowe, polityczne życie. Stworzyć nowe koalicje centro- prawicowe zdolne odsunąć od rządów generację pana prezesa. Ale zdobytej władzy i wpływów nie oddawać.
Zapewne już przed parlamentarnymi wyborami ujrzymy na prawicy i w centrum nowe polityczne byty. Deklarujące swą niepokalaność grzechem kaczyzmu. Przymierające się do nowych koalicji centro- prawicowych. Już bez pana prezesa, bez grona jego najbliższych współpracowników.
Nadciągającej klęski pana prezesa Kaczyńskiego warto dożyć. Choć nie musi być ona jednoczesnym sukcesem lewicy.
Bo jeśli lewica, a zwłaszcza jej prezydencki kandydat, będą pasywni tego lata, to po następnych wyborach parlamentarnych może stać się marginesem polskiego życia politycznego.
Formacją oscylującą pomiędzy pięcioprocentowym poparciem w wyborach prezydenckich a piętnastoprocentowym w wyborach parlamentarnych.
Opozycją nadal obecną w parlamencie. W mediach głośną, barwną i wyrazistą
Ale w sumie mało skuteczną.
Zatem do roboty Robercie Biedroniu,
do roboty towarzysze z Lewicy.

Mamy Sejm jak z czasów sanacji

Wszystko to, co robi Prawo i Sprawiedliwość, to wzorowanie się na czasach sanacji, na Piłsudskim.
Jarosław Kaczyński nie jest w stanie wykreować żadnej oryginalnej myśli. Również jeżeli chodzi o prawa kobiet chce on przywrócić stan, który był w 20-leciu międzywojennym. Chce przywrócić zakaz aborcji. To, co robi polska prawica, nawiązując do sanacji, robi nie tylko w zakresie praw reprodukcyjnych. Mamy sytuację, która jako całość zaczyna przypominać, niestety, tamte czasy. 
Ostatni wywiad prezesa Kaczyńskiego, w którym mówi o tym, że „opozycja nie dorosła do demokracji”, może sugerować, że może chodzi mu po głowie by rozwiązać parlament, wzorując się na swoich poprzednikach, ansestorach ideowych. Przecież Konstytucję Kwietniową uchwalono pod nieobecność ówczesnej opozycji.
Ale jest iskierka nadziei. To jesteśmy my – Lewica! Dlatego że nie pozwolimy, by błędy opozycji z tamtych czasów, powtórzyły się w XXI w. Nie pozwolimy cofnąć cywilizacji XXI w. do wczesnego XX w. Tadeusz Boy-Żeleński walczył o prawa kobiet, my jesteśmy kontynuatorami jego myśli. Uważamy, że kobieta powinna mieć prawo do decydowania o swoim ciele. Dlatego jest na stole projekt Lewicy, który złożyliśmy, dotyczący nie tylko prawa do przerwania ciąży do 12-tego tygodnia, jeżeli taką wolę wyrazi kobieta. Bez żadnych innych pytań, obostrzeń, chodzenia do psychologa, pytania się „czy na pewno”, bo kobieta nie jest upośledzona, ani nie jest dzieckiem. Ma prawo decydować. Ma też prawo dbać o swoje zdrowie, chodzić do ginekologa, skoro od 15 roku życia można legalnie w naszym kraju uprawiać seks, to powinniśmy również móc dbać o nasze zdrowie seksualne. Dlatego w tym projekcie również jest takie rozwiązanie, żeby nie trzeba było pytać się mamusi, tatusia, wujka, dziadka, czy mogę pójść do ginekologa i sprawdzić czy na pewno wszystko jest w porządku. To jest kolejne rozwiązanie. Następnym rozwiązaniem jest poszerzenie dostępu do badań prenatalnych. W tej chwili taki test, który umożliwia jak najbardziej skuteczne wykrycie wad płodu, jest dla większości kobiet po prostu niedostępny. Chcemy również darmowej antykoncepcji, przywrócenia pigułki dzień po i również przede wszystkim edukacji seksualnej w szkołach, bo dzieci muszą wiedzieć skąd się bierze życie i jak zdrowo prowadzić życie seksualne. Zdrowo z punktu widzenia fizjologicznego i psychicznego. Stąd jest nasz projekt, on jest na stole i nie pozwolimy na wprowadzenie drakońskiego, szaleńczego, kolejny raz przepychanego projektu, który cofnąłby nas w czasy, o których chcielibyśmy zapomnieć!

Nocna „wrzutka” była bezprawna

Jedna z przyjętych nad ranem poprawek klubu Prawa i Sprawiedliwości dotyczy zmiany Kodeksu wyborczego i rozszerza zakres głosowania korespondencyjnego – planuje się dodać do KW art. 53a. Zakłada on, że głosować korespondencyjnie będą mogli wyborcy „podlegający w dniu głosowania obowiązkowej kwarantannie, izolacji lub izolacji w warunkach domowych”, a także ci „którzy najpóźniej w dniu wyborów skończyli 60 lat”.

Poza oczywistą kwestią natury moralnej, że upieranie się przy dacie wyborów prezydenckich na 10 maja 2020 r. jest przedkładaniem interesu partyjnego ponad zdrowie i życie milionów Polaków, istnieją także poważne przesłanki prawne pozwalające stwierdzić, że wybrany w oparciu o tak uchwalone prawo prezydent RP, będzie wybrany nielegalnie, a przez to nieważnie. Ja osobiście w wyborach prezydenckich 10 maja udziału nie wezmę, gdyź byłoby to podanie ręki bezprawiu, czego czynić nie zamierzam.
Dlaczego zmiana Kodeksu Wyborczego (która przejść musi jeszcze przez Senat i uzyskać prezydencki podpis) jest niezgodną z prawem?
1
Po pierwsze nowela ta niezgodna jest z samym regulaminem Sejmu, który w art. 89 ust. 2 stanowi: „Pierwsze czytanie projektu kodeksu lub projektu przepisów wprowadzających kodeks może się odbyć nie wcześniej niż trzydziestego dnia od doręczenia posłom druku projektu.
Pierwsze czytanie projektu zmian kodeksu lub projektu zmian przepisów wprowadzających kodeks może się odbyć nie wcześniej niż czternastego dnia od doręczenia posłom druku projektu”. Te przepisy w oczywisty sposób zostały złamane.
Tu zaś mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której o drugiej w nocy, tuż przed trzecim czytaniem projektu ustawy, zgłoszono poprawkę zmieniającą Kodeks wyborczy. A zmianę dodano do ustawy nijak niezwiązanej ze sprawami wyborczymi, gdyż do przepisów mających służyć polskim przedsiębiorcom zmagającymi się ze skutkami pandemii koronawirusa. W ten sposób uniknięto też jakiejkolwiek debaty w Sejmie, gdyż na temat poprawek złożonych w drugim czytaniu, tuż przed trzecim, nie trzeba przeprowadzać dyskusji.
Tak ważna zmiana nie została w żaden sposób uzasadniona. Złożenie poprawki w drugim czytaniu nie wymaga bowiem uzasadnienia.
Przyjęta zmiana w Kodeksie wyborczym pozbawi praw wyborczych tysiące osób. Przewidziano bowiem, że głosować korespondencyjnie będą mogły osoby poddane procedurze kwarantanny, o ile zgłoszą chęć głosowania na pięć dni przed datą wyborów. Co jednak z tymi, którzy zostaną objęci przymusową kwarantanną na mniej niż pięć dni przed terminem głosowania? Oni nie będą mogli zagłosować. Dalej: co z osobami mieszkającymi poza Polską, którym państwa ich pobytu mogą nie chcieć umożliwić głosowania w polskich wyborach, bo np. będą tam obowiązywały zasady analogiczne do tych aktualnie występujących w Polsce w postaci zakazu przemieszczania się i gromadzenia?
2
Zgodnie z orzecznictwem TK (głównie z roku 2006) prawo wyborcze nie może być zmieniane w ciągu sześciu miesięcy przed wyborami. Chociaż dzisiaj kształt tzw. Trybunału Konstytucyjnego jest – subtelnie mówiąc – daleki od ideału, to przecież wyroki z lat poprzednich, orzeczenia „dawnego” TK, wiążą w całości. Kodeks dobrych obyczajów prawa wyborczego, przyjęty przez Radę Europy, mówi nawet o okresie dwuletnim. Trybunał w szeregu wyroków podkreślał, że zmiany w okresie krótszym niż pół roku przed wyborami są dopuszczalne jedynie wówczas, gdy nie mogłyby mieć wpływu na wynik wyborów. W tym konkretnym przypadku uchwalona nowelizacja jest zaś kluczowa – bo w ogóle umożliwia przeprowadzenie wyborów.
3
Kodeks wyborczy nie powinien być zmieniany za pomocą „wrzutki” do zupełnie innej ustawy. Materia kodeksowa jest na tyle poważna, że nowelizację kodeksów należy uchwalać zawsze odrębnie, a nie przy okazji uchwalania czy nowelizowania innej ustawy.
4
Zgodnie z art. 123 Konstytucji „nie można stosować trybu pilnego zmiany do ustaw, które dotyczą wyboru prezydenta Rzeczpospolitej, Sejmu i Senatu”. Tymczasem nie ulega wątpliwości iż, w nocnym głosowaniu w Sejmie został zastosowany tryb pilny wbrew Konstytucji, przez co uchwalona nowelizacja Kodeku Wyborczego są nieważne. Dokonało się niewątpliwe naruszenie Konstytucji poprzez wprowadzenie trybu pilnego do ustawy, co do której ten tryb pilny nie może być zastosowany.
5
Zmiany w kodeksach wymagają procedury opisanej szczegółowo w osobnym rozdziale Regulaminu Sejmu. Jak wspomniałem wyżej istotne zmiany w Kodeksie Wyborczym można wprowadzać najpóźniej 6 miesięcy przed wyborami. Wybory trwają od ich ogłoszenia, tj. od 5 lutego. Tak więc wybory 10 maja można będzie uznać z mocy prawa za nieważne.
6
Nie jest dopuszczalne przyjeżdżanie do osób kwarantannowanych czy osób po 60 roku życia „z urną”. Takie pomysły należy uznać za niedorzeczne z co najmniej dwóch powodów. Pomijając, że to byłby powrót do praktyk z okresu PRL, stanowiłoby to oczywiste naruszenie norm Kodeksu Wyborczego, a przede wszystkim Konstytucji. To nie tylko naruszenie zasady powszechności, ale też tajności, które Konstytucja gwarantuje. Jak sobie wyobrazić np. tajne głosowanie w mieszkaniu? Czy tak, że przychodzi komisja do tej osoby w kwarantannie i mówi: „Niech pan tutaj zakreśli, a my pójdziemy do kuchni”? Jest to urządzanie z wyborów kpiny i traktowanie ich w sposób absolutnie niepoważny. Ostatnio mówi się, że osoby chcące głosować w domach dostaną pakiet „pocztowy” do wypełnienia. Kodeks wyborczy mówi jednak wyraźnie, że głosowanie odbywa się w lokalu wyborczym. Ten przepis w nocy zmieniono, ale jak wskazałem wyżej, zmieniono go nielegalnie. A zatem de facto i de iure obowiązują unormowania dotychczasowe.
7
Teoretycznie można sobie wyobrazić, że osoby, które nie doprowadziły do przełożenia wyborów, ponoszą odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu albo odpowiedzialność karną z przepisu Kodeksu karnego, który mówi o niedopełnieniu czy przekroczeniu obowiązków (art. 231 kk). Na poszczególnych osobach w państwie ciąży obowiązek zadbania o to. Można też rozważać procesy cywilne poszczególnych osób.
8
Umieszczenie w ustawie antykryzysowej przepisów zmieniających Kodeks wyborczy powoduje, że Senat, w którym przeważa opozycja, został w zasadzie pozbawiony realnej możliwości przyjęcia ustawy bez poprawek. Trudno bowiem przypuszczać, że zaakceptuje on „wrzutkę” umożliwiającą przeprowadzenie w maju wyborów prezydenckich. Oznacza to, że wejście w życie przepisów chroniących choć niektórych przedstawicieli biznesu się odwlecze.
Należy nadto pamiętać, że do poprawnego przeprowadzenia wyborów potrzebnych jest kilkanaście tysięcy osób w komisjach wyborczych. Czy mamy dziś gwarancję, że te osoby się stawią, że nie przedłożą troski o swe zdrowie i życie ponad zasiadanie w komisji wyborczej, co przecież byłoby czymś jak najbardziej naturalnym? Słowem: czy uda się zebrać personalną obsługę wyborów majowych? Już dzisiaj wielu wójtów i prezydentów miast pisze, że ważniejsze jest dla nich życie i zdrowie obywateli, aniżeli przeprowadzenie wyborów. Dlatego też uprzedzają lojalnie, że w ich wsiach czy miastach wybory się nie odbędą
Powyższa (dalece skrótowa) analiza prawna wiedzie do jednej możliwej konkluzji: uchwalone zmiany w Kodeksie Wyborczym są niezgodne z prawem, zaś mające się odbyć w maju wybory prezydenckie będą – o ile faktycznie się odbędą – wyborami nieważnymi. Zrodzi to kolejny, bardzo poważny kryzys w kraju, w czasie szczytu zachorowań na koronawirusa. Specjaliści szacują bowiem, że właśnie z początkiem maja zarówno ilość zachorowań, jak i zgonów w Polsce z powodu epidemii, osiągnie punkt kulminacyjny.
Smutną refleksję nasuwa fakt, że PO poparła całą ustawę o tarczy antykryzysowej wraz z bezprawną nowelizacją Kodeksu Wyborczego.
Na zakończenie jeszcze jedna – ważna w mojej ocenie kwestia – co stałoby się, gdyby Andrzej Duda pozostał jedynym kandydatem wybory prezydenckie 10 maja? Otóż gdyby się okazało, że prezydent Duda nie ma kontrkandydatów, wybory nie mogłyby się odbyć. Nie można wybierać, jeśli nie ma spośród kogo wybierać, a tak jest, jeżeli kandytat byłby tylko jeden. To wynika z artykułu 293 Kodeksu Wyborczego, ale przede wszystkim z zasad zwykłej logiki. Wybierać można jedynie między kimś, a kimś, czymś, a czymś. Taki trik – w wypadku wycofania się wszystkich kandydatów oprócz Andrzeja Dudy – pozwoliłby odwołać wybory, nawet gdyby PiS dalej się upierał, że muszą się odbyć 10 maja.

Akwizytorzy

Mój znajomy miał babcię, która padła ofiarą oszustów. Oszuści nie kryli swoich zamiarów. Przyszli do domu babci ładnie ubrani, ładnie mówili i pachnieli. Używali argumentów, którym trudno było zaprzeczyć. No i ostatecznie – oszukali. Zarobili co swoje, a starszej pani uprzykrzyli jesień życia. Czas. No właśnie kupili sobie trochę czasu. A czas to pieniądz, a pieniądz-to władza.

Starsza pani wpuściła do domu akwizytorów, którzy przekonali ją, że kiedy skomasuje wszystkie rachunki które do tej pory płaci w jeden, to wyjdzie taniej, bo przecież każdy blankiet płacony osobno, to osobna prowizja dla poczty, gazownika, zakładu energetycznego. A jak się tak miesiąc w miesiąc płaci, to przez rok nazbiera się co najmniej na nowy czajnik albo może nawet i odkurzacz, z tych tańszych. Oni za to, na dzień dobry, dadzą babci elektryczny masażer do karku, który można też używać jak rwie lumbago albo do stóp i obniżą jej miesięczne wydatki. Wystarczy podpisać, na dole po prawej stronie, czytelnie. Finał był taki, że starszej pani odcięto prąd i telefon, bo drobny druczek umowy przewidywał płatność na konto nowej firmy, która miała, oczywiście po potrąceniu sobie przydziału, odprowadzać należności do świadczeniodawców, czego nie robiła, tylko rozpłynęła się w marach polskiej gospodarki, jak plan Balcerowicza. Starszej pani został na osłodę chiński masażer do stóp. Nie wiem czy działa, czy już się popsuł.

Do Sejmu polskiego Polacy wpuścili parę lat temu grupę akwizytorów. W miarę wyglądali, dobrze byli ubrani. Jedni gadali o Polsce, o Panu Bogu. Drudzy gadali o tym samym, dodając przy okazji, że tamci pierwsi nic nie wiedzą, i że to oni wiedzą lepiej. Kiedy kraj, kompletnie na to nieprzygotowany, znalazł się na bombie zegarowej, akwizytorzy przygotowali dokumenty i podłożyli je do podpisania Polakom. W dokumentach było napisane, że wobec walki z zarazą pomogą małym i słabym, choć np. kredyt hipoteczny to już prywatna broszka banku i konsumenta, więc nie można się wtrącać bankom do ich spraw. Było tam poza tym mnóstwo zapisów, których normalny człowiek, bez pomocy prawnika albo księgowego, nie pojmie. Na koniec dodano jednak prawdziwy miętowy opłatek: nowelizację kodeksu wyborczego. I jako projekt poselski, niewymagający uprzednich konsultacji, tak jak to jest w przypadku projektów rządowych, położono na biurku pani marszałek, która zarządziła głosowanie. Kiedy zobaczyli to ci drudzy akwizytorzy, oczywiście umiejący czytać i pisać, zaczęli pomstować na pierwszych, że to zamach na demokrację, w czym akurat mieli sto procent racji. Majstrowanie przy kodeksie wyborczym, na miesiąc przed oficjalnym terminem elekcji prezydenta, to po prostu kryminał. Nie ma to nic wspólnego z poszanowaniem prawa, a przeczy przy okazji idei wolnych wyborów, bo jakie one wolne, kiedy robi się wszystko, żeby się odbyły, kiedy naród, w ponad 60 procentach, jest przeciw. Bo się najzwyczajniej o siebie boi. Akwizytorzy, jak widać, o naród się nie boją. Jedyne o co się boją to to, że sami stracą, tzn. nie zarobią Bo jak wybory się przełoży, wypłaci w kwietniu trzynaste emerytury, to kto o nich będzie pamiętał w październiku czy listopadzie. Nie dlatego przyznaje się emerytom trzynastki, bo się ich tak bardzo kocha, tylko dlatego, żeby ich przekupić. Gdybym był rządem i prezydentem, których sensem istnienia jest rządzenia dla rządzenia, też bym tak robił.

Tak czy inaczej, w środku nocy, przy szwankującym systemie do głosowania, władza akwizytorska głosuje, ręka w rękę, za tym, żeby pakiet tarczy pomocowej skierować do prac w Senacie, choć od razu widać, że to po prostu cyniczna gra, obliczona na przepchnięcie kolanem elekcji w pierwotnym terminie. Czemu więc opozycyjni akwizytorzy też za tym głosują? Ponieważ cały czas liczą, że nastąpi druga tura. A w niej wszystko jest możliwe. Jedni i drudzy grają wyłącznie na siebie. Co robi człowiek, kiedy widzi, że podsuwa mu się do podpisu kwit, w którym oprócz zapisów potrzebnych i takich, które popiera, znajdują się również takie, których tam w ogóle nie powinno być. Normalny człowiek, nie akwizytor, nie koniunkturalista ani wariat, mówi, że nie podpisze dokumentu, dopóki zapisy umowy, które są od czapy, z niego nie znikną. Czasami trwa to dość długo. Ostatnią umowę na płytę dla „Darmozjadów” negocjowałem ponad 2 miesiące.

Akwizytorzy jednak nie negocjują. Oni bez najmniejszego skrępowania wchodzą do człowieka na kwadrat i dają do podpisu lewą umowę, w której felerności mają pełne rozeznanie. Robią to cynicznie i bez mrugnięcia okiem, przytakując przy tym porozumiewawczo, że dzisiaj tak właśnie trzeba. Że w obliczu pandemii i kryzysu nie ma innego wyjścia. Pogłębiając przy okazji kryzysy do granic depresji. A w depresję niedługo przyjdzie ludziom popaść. Bez dwóch zdań. Wtedy dopiero będzie w Polsce dół…

Najlepszy oręż – mówić prawdę

Sejmowa konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”.

Z pewnym opóźnieniem, wywołanym trudnościami stwarzanymi po stronie kierownictwa Sejmu (opóźniano wpuszczanie do gmachu gości konferencji, piętrzono przeszkody formalne, a sporo osób nie zostało wpuszczonych), rozpoczęła się sobotnia konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej.
Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”, zorganizowana przez Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd”. Celem konferencji było zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż przedstawiana przez prawicę posługującą się głównie Instytutem Pamięci Narodowej, w tym ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych. Konferencja była lewicowym głosem w odpowiedzi na kolejną edycję Dnia Żołnierzy Wyklętych przypadającą na 1 marca.
Wśród zabierających głos, ogólny zarys przestępczych sposobów działania „wyklętych” przedstawił prof. Julian Kwiek. Problematykę morderstw dokonywanych przez „wyklętych” na Żydach i innych mniejszościach narodowych zarysował prof. Andrzej Rykała. M.in. o gloryfikowaniu zbrodniczej działalności „wyklętych” mówił prof. August Grabski.
M.in. kwestię politycznych uwarunkowań kultu wyklętych i wnioski wynikające z tego dla lewicy zaprezentował prof. Maciej Gdula. Głos zabrali też przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, potomkowie żołnierzy AK z okolic Podhala i Nowego Targu.
Opowiedzieli oni o szykanach, jakie spotkały ich ze strony tamtejszej prawicy i IPN wskutek przyjęcia przez nich krytycznej postawy w stosunku do Józefa Kurasia „Ognia” i upowszechniania przez nich wiedzy o jego zbrodniach, m.in. na kobietach i dzieciach, a także na Żydach.
Z interesującymi uwagami poszerzającymi horyzont problematyki konferencji, wzbogacającymi ją o istotne wątki, wystąpili dziennikarze i publicyści tygodnika „Przegląd” – Paweł Dybicz i Robert Walenciak.
Redaktor Dybicz zaproponował, by w przyszłości Lewica, jeśli dojdzie do władzy, zastąpiła Dzień Żołnierzy Wyklętych Dniem Pamięci Ofiar Wojny Domowej w Polsce. Obaj zaakcentowali przede wszystkim konieczność odważnego mówienia prawdy, jako najlepszą odpowiedź na politycznie motywowaną prawicową mitologizację „wyklętych”, konieczność przyjęcia zasady niekrycia się z poglądami.
W dyskusji głos zabrali m.in. Paulina Piechna-Więckiewicz, która opowiedziała m.in. o indywidualnym doświadczeniu warszawskiej radnej lewicy w kwestii pomijania przez prawicę problemu ofiar „wyklętych”, a posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podjęła problem konieczności budowania konkurencyjnej narracji historycznej w stosunku do prawicowej.
Samokrytycznie wspomniano też o błędzie SLD, jakim było głosowanie w 2011 roku jej posłów za uchwaleniem Dnia Żołnierzy Wyklętych, a prof. August Grabski zaproponował przedstawienie przez lewicę jej własnych historycznych wzorców osobowych w odpowiedzi na krzewienie kultu postaci z kręgu „wyklętych” i politycznej prawicy.
Prof. Nina Kraśko, socjolog, stwierdziła, że należy zlikwidować IPN i że w ostatecznym rezultacie pion historyczny tej instytucji okazał się bardziej szkodliwy niż pion śledczy. To nie wszystkie głosy, jakie padły na tej konferencji, na koniec której szef Klubu Parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski obiecał wsparcie w przyszłości dla kolejnych podobnych konferencji i zapowiedział publikację zawierającą materiał ze spotkania na temat „Rozdroży państwowej polityki historycznej”.
Na konferencji był obecny także wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.

PiS ciągle pokazuje nam faka

Wyprostowany środkowy palec Joanny Lichockiej, wbrew pobożnym życzeniom niektórych komentatorów, nie odbierze Andrzejowi Dudzie kolejnych pięciu lat pod żyrandolem. Co nie znaczy, że nie jest dla PiS problemem.

Gest posłanki, według wyliczeń speców od komunikacji, dotarł do ponad 20 mln obywateli. Nowy skandal podbijający internet był ostatnim, czego partia Kaczyńskiego potrzebowała przed inauguracją kampanii prezydenckiej. Czwartkowy incydent stał się już częścią kultury mediów społecznościowych. Pod okiem drapią się teraz wszyscy – od Czarzastego w telewizji, przez lekarzy z poznańskiego szpitala i rodziców dzieci umierających na raka, po zawodniczki drużyn sportowych. A tymczasem strategia PiS zakładała, że nastanie cisza na łączach, po której z mównicy miał zabrzmieć Andrzej Duda.

Za mało na Dudę

Natychmiastowego spadku notowań urzędującego prezydenta jednak nie będzie, notowań samej partii, tolerującej tego rodzaju „występy” – pewnie też. Nawet żenujące tłumaczenia posłanki Lichockiej, która niby przeprosiła i od razu zastrzegła, że nie ma sobie niczego do zarzucenia, nie przekonają wyborców, by porzucili Dudę. Póki co palec posłanki nie stał się jeszcze symbolem polityki obozu władzy, a jedynie kolejnym dowodem na zapaść polskiej psychiatrii, której skutki, jak się okazuje, odczuwają również parlamentarzyści. Determinanty postaw wyborczych kształtują się w inny sposób. Ten fak musi się w umysłach wyborców napełnić odpowiednią treścią, tak aby zwykły człowiek odczuł, że to jemu posłanka każe się pierdolić.

Opozycja słusznie mówi, że 2 mld złotych przydałoby się bardziej chorym na nowotwory, niż pracownikom rządowego aparatu propagandy. Pewnie tego samego zdania jest większość społeczeństwa, może nawet większość elektoratu PiS. Ucieszyliby się również pacjenci. W końcu lepiej nie umrzeć na raka, niż obejrzeć nowy spektakl czy serial w telewizji Kurskiego.
Cieszy, że po takie argumenty sięga nawet Platforma Obywatelska, za której rządów podjęto decyzję o komercjalizacji szpitali, czego skutkiem jest oszczędzanie na wszystkim, ze zdrowiem pacjentów włącznie. W nawrócenie liberałów nie wierzę, ale przyjemnie jest obserwować, jak uznają moc języka politycznego wprowadzonego do Sejmu przez Lewicę.

Szansa dla Lewicy

Oby Lewicy udało się wykorzystać gest Lichockiej do zwrócenia uwagi na postulaty będące kluczowymi punktami jej oferty. Na tym może zbijać poparcie. Kiedy o konieczności zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia mówi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, brzmi to o wiele wiarygodniej, niż gdyby słowa takie padły z ust Grzegorza Schetyny czy Bartosza Arłukowicza. Lewica powinna dalej naparzać w PiS i liberałów dokładnie tak, jak to robi przy okazji najsłynniejszego faka w historii polskiej polityki – obnażać hipokryzję prawicy, pokazywać własne postulaty, stawiać się w roli siły, która troszczy się o społeczeństwo, a swoje słowa traktuje poważnie.

Okazji ku temu jest znacznie więcej. PiS pokazuje nam bowiem faka codziennie.

Fak dla pracowników…

Robi to premier Mateusz Morawiecki obwieszczając radośnie z mównicy nastanie zrównoważonego budżetu. Z pewnością docenią to niedawni pracodawcy szefa rządu z sektora finansowego. Może nawet podbiją Polsce rating. W nieco gorszych nastrojach będą pielęgniarki harujące po kilkanaście godzin na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Chciałyby trochę odetchnąć, ale nie mogą, brakuje rąk do pracy. Ich profesja umiera, kolejne zdolne i świetnie wykształcone pracownice, zniechęcone żenującym poziomem płac i brakiem perspektyw, decydują się na wyjazd do Skandynawii. PiS ma im do zaoferowania jedynie tego faka na drogę.
Mimo dobrej koniunktury rośnie liczba osób zatrudnianych na umowach śmieciowych. Pracuje na nich grubo ponad milion Polaków. Rozkwit przeżywa także samozatrudnienie. Niby „dobra zmiana” trwa już od czterech lat z hakiem, a jednak patologie rynku pracy wyglądają jak za starych platformerskich czasów. Tym, którzy liczyli na zmiany, PiS pokazuje dziś faka.

… i dla seniorów

Zrównoważony budżet odczują również najbiedniejsi emeryci, dla których zabrakło środków na podwyższenie emerytury minimalnej do wysokości 1600 zł. Proponowała to Lewica, jednak PiS miał inne priorytety. W 2020 roku w Polsce takie świadczenie wynosi, po stuzłotowej podwyżce zaledwie 1200 zł. Kiedy więc emeryt po raz kolejny stanie przed wyborem: jedzenie czy leki, rząd polski pokaże mu soczystego faka. Może nawet dołączy opozycja liberalna, którą gest Lichockiej tak oburzył.

Rząd pogardy

Środkowy palec widzą również uczniowie wracający do domów wieczorami z przepełnionych szkół, ich nauczyciele, których marzenia o godnych płacach i normalnych warunkach pracy zostały brutalnie złamane razem z ubiegłorocznym strajkiem.

Byli pracownicy służb mundurowych, którym PiS bezprawnie zdegradował emerytury do głodowego poziomu, tuż przed popełnieniem samobójstwa, widzą właśnie to – serdecznego faka ze strony zideologizowanego państwa.
A są jeszcze miliony innych – górnicy, mamieni bezwstydnie przez Morawieckiego, pracownicy socjalni korzystający z pomocy socjalnej, ludzie umierający na raka płuc od smogu, piesi miażdżeni na niebezpiecznych przejściach, uczestnicy marszów równości bici przez napędzane rządowym przekazem bojówki, pokazujące im faka zupełnie dosłownie.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości, które miały przywrócić Polakom godność, okazały się festiwalem pogardy, wyzysku i arogancji. W pełni zasługują na to, by ich symbolem stał się fak Joanny Lichockiej.

Flaczki tygodnia

Wybory na „Miss PiS” w kategoriach „Chamstwo” i „Głupota” zdecydowanie wygrała pani poseł Joanna Lichocka.
Wygranej w kategorii „chamstwo” nie trzeba tu uzasadniać, ani dokumentować. Chamstwo pani poseł Lichockiej każdy mógł w ostatnich dniach zobaczyć.

Ale to jej bezwstydne chamstwo przykryło inną, znacznie bardziej dyskwalifikującą panią posłankę cechę. Jej niski poziom intelektualny, zwany powszechnie głupotą.
Pani poseł Joanna Lichocka trafiła do polityki z dziennikarstwa. Zadebiutowała w 1991 roku na łamach „Tygodnika Solidarność”, wtedy jego redaktorem naczelnym był Jarosław Kaczyński. Potem pracowała i współpracowała z „Życiem Warszawy”, Teleexpressem, Polsatem, „Życiem”, „Ozonem”, „Dziennikiem”, „Rzeczpospolitą”, „Newsweekiem”, TVP, a w „Przyjaciółce” była zastępca redaktora naczelnego. Wszędzie nie przepracowała dłużej niż trzy lata. Obecnie, już jako poseł PiS, publikuje w narodowo- katolickiej prasie: „Gazecie Polskiej”, „Gazecie Polskiej Codziennej” i w „Do Rzeczy”.
W 2010 roku, była jedną z prowadzących w TVP debaty prezydenckie między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim. Wówczas Rada Etyki Mediów uznała, że w trakcie jednej z tych debat była stronnicza. Na rzecz swego byłego i obecnego szefa.
Zrealizowała też filmy poświęconych Lechowi Kaczyńskiemu. Za dwa z nich – „Pogarda” i „Prezydent” – otrzymała Główną Nagrodę Wolności Słowa przyznawaną przez prawicowe Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

Kiedy Joanna Lichocka była dziennikarką uchodziła za osobę bardzo sprawną zawodowo, choć czasami zbytnio eksponującą swoje sympatie polityczne. Czasem też impulsywną, konfliktową.
Kiedy została zawodowym posłem jej konfliktowość, impulsywność i twardość ideową uległy wzmocnieniu. Stała się walczącym ramieniem pana prezesa Kaczyńskiego. Niestety członkowstwo w klubie parlamentarnym PiS radykalnie obniżyło jej poziom intelektualny. Nie pierwsza to osoba, która zwyczajnie zgłupiała obcując z panem prezesem Kaczyńskim.

Po 2015 roku, kiedy po raz pierwszy została wybrana do Sejmu RP, pani poseł Lichocka wielokrotnie obiecywała, że ona i jej koledzy z PiS stworzą nowy, stabilny system finansowania mediów publicznych. Bo obecny system abonamentu radiowo- telewizyjnego jest archaiczny i niesprawny.
Minęło pięć lat i nic. Ani ona, ani liczni parlamentarzyści z PiS mieniący się specjalistami od mediów nie potrafili napisać jednego sensownego projektu ustawy uzdrawiającej finanse mediów publicznych. Nie potrafili nawet wykorzystać dobrych rozwiązań przygotowanych kiedyś przez ekspertów SLD, dostępnych w Sejmie.
Doprowadzili za to do wyjątkowo patologicznej sytuacji w mediach publicznych. TVP SA kierowana przez pana prezesa Jacka Kurskiego stała się synonimem kłamstw i najbardziej prymitywnej prorządowej, pro prezydenckiej i pro PiSowskiej propagandy. Zaprzeczeniem idei mediów publicznych. Łamaniem ustawy o radiofonii i telewizji z 1993 roku. Dodatkowo TVP SA stała się wielce kosztowną instytucją pożerającą większość kwot zebranych z abonamentu radiowo-telewizyjnego. Bo za kłamliwą propagandę pan prezes Kurski każe sobie coraz więcej płacić.

Niestety obecny, niezmieniony system abonamentu radiowo- telewizyjnego łączy finansowanie patologicznej TVP info z kulturotwórczą TVP Kultura, z Polskim Radiem, radiową „Trójką”, Radiowym Studiem Piosenki, teatrem i orkiestrą polskiego radia. Niestety zniesmaczeni chamską propagandą pana prezesa Kurskiego widzowie nie chcą płacić abonamentu radiowo- telewizyjnego. Traci na tym radiowa „Trójka”, radiowa orkiestra, studio piosenki, TVP „Kultura”, TVP „Historia”. Nie traci pan prezes Kurski, bo ostatnio większość sejmowa PiS przegłosowała mu dotację prawie dwóch miliardów złotych na dalsze plugawienie Polaków przez jego TVP.
Opozycja proponowała by te dwa miliardy przekazać na wsparcie polskiej onkologii. Większość PiS wybrała wspieranie finansowe pana prezesa Kurskiego, czyli medialnego raka.

Za plugawienie Polski i Polaków pan prezes Kurski dostaje kilkadziesiąt tysięcy złotych comiesięcznej pensji.
Pani poseł Lichocka w roku 2019 za bezproduktywną pracę w Radzie Mediów Narodowych dostała niemal 53 tysiące złotych. Jako poseł otrzymała uposażenie ponad 122 tysięcy zł oraz dietę poselską ponad 30 tysięcy złotych. Z tytułu praw autorskich, czyli za publikacje, dostała jeszcze 35,5 tysiące złotych, a na wynajmie mieszkań zarobiła dodatkowo 76,5 tysięcy złotych. Dochodu z wynajmu mieszkań nie odliczyła od uposażenia poselskiego. W sumie w ciągu roku zarobiła prawie 317 tysięcy złotych. W latach 2001- 2005, kiedy rządziło SLD taki dochód trzeba było odliczać od poselskiego uposażenia. Teraz już nie. Na dzień dzisiejszy sama wartość posiadanych przez panią posłankę nieruchomości, mieszkań i działek, przekracza 4,3 miliona złotych.

Panią poseł- milionerkę Joannę Lichocką stać na prywatną opiekę zdrowotną. Może uznać, że lepiej przeznaczyć dwa miliardy złotych z budżetu państwa na maszynę propagandową pana prezesa Kurskiego niż na wsparcie polskiej onkologii. Krytykującej ją opozycji może pokazać znanego z kibolskiej kultury „fucka”. Swym aroganckim, pogardliwym dla polskich obywateli zachowaniem ma szansę zastąpić miejsce po pani posłance Krystynie Pawłowicz.
Za swoje chamskie zachowanie pani poseł – milionerka nie otrzyma żadnej dotkliwej kary. Ani materialnej, ani honorowej. Zgromadziła już majątek pozwalający jej na dalsze dostanie życie. Za obrażanie opozycji, czyli Polków gorszego sorta, czeka ją zapewne nagroda od pana prezesa Kaczyńskiego. Skoro pani posłanka Pawłowicz trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, to pani posłanka Lichocka zostanie przynajmniej członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. No i przewodniczącą Rady Etyki Mediów.

Pan prezes Kaczyński ogłosił, że wielkim atutem pana prezydenta Dudy jest jego 25-letnie pożycie z tą samą żoną. Rzeczywiście patrząc na stan pożyć małżeńskich w elitach PiS, te 25 lat bez rozwodu to niecodzienna rzadkość.

PS. ZAPRASZAMY we wtorek 18 lutego na spotkanie w krakowskiej Kuźnicy z redaktorem Piotrem Gadzinowskim. Startujemy o godzinie 17.00, Aleja Słowackiego 44.

Karykatura parlamentaryzmu

PiS niszczy demokrację parlamentarną. Obrady Sejmu stają się karykaturą merytorycznej dyskusji i sprowadzają się do błyskawicznego przyklepywania PiS-owskich ustaw z pomięciem głosu opozycji, nie mówiąc o opinii ludzi świata nauki czy przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Tak też wyglądało ostatnie posiedzenie Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Temat posiedzenia był bardzo ważny, a mianowicie wprowadzenie tzw. trzynastej emerytury i wskazanie źródła jej finansowania. Senat wniósł istotne poprawki do projektu rządowego, wskazując na nieścisłości w ustawie i dyskusyjne źródła finansowania świadczenia. Rząd postanowił bowiem zabrać pieniądze z funduszu solidarnościowego, który był przeznaczony dla osób z niepełnosprawnościami. Wydaje się, że lepszym i uczciwszym rozwiązaniem byłoby przyznanie dodatkowych środków z budżetu lub Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Sam pomysł trzynastej emerytury może zresztą budzić poważne wątpliwości. Jest to bowiem jednorazowy prezent dla wybranej grupy wyborców, który ma być wypłacony tuż przed wyborami prezydentami. Nie chodzi więc o trwałą poprawę losu seniorów, tylko zdobycie poklasku przed wyborami. Z perspektywy funkcjonowania systemu emerytalnego, znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby podniesienie świadczeń emerytalnych o 100 zł miesięcznie lub, zgodnie z pomysłem Lewicy, ustanowienie minimalnej emerytury na poziomie 1600 zł. Zarazem zgłoszenie pomysłu trzynastej emerytury było świetną okazją, aby Komisja wypracowała całościowe, przemyślane rozwiązania, które pozwoliłyby trwale poprawić los seniorów. Przykładowo opieka senioralna w Polsce znajduje się w opłakanym stanie, a służba zdrowia jest pogrążona w coraz większym kryzysie.
Wszystkie te wątki powinny być poruszone i mogłyby być poruszone, gdyby nie to, że przewodnicząca Komisji, Urszula Rusecka z Prawa i Sprawiedliwości zablokowała jakąkolwiek możliwość dyskusji. Tuż po rozpoczęciu obrad zarządziła głosowanie nad poprawkami Senatu. Jak można się domyśleć, wszystkie zostały odrzucone. Ani opozycja, ani zebrani na sali przedstawiciele związków zawodowych i organizacji pozarządowych nie dostali prawa głosu. Posłowie, którzy wyrażali oburzenie takim trybem procesowania, byli uciszani, a Rusecka zarzucała im, że przeszkadzają w prowadzeniu obrad. Krótka dyskusja została dopiero dopuszczona tuż po odrzuceniu wszystkich poprawek. Innymi słowy, była ona bezprzedmiotowa. Gdy posłowie opozycji zaczęli wtedy mówić o uniemożliwieniu rzeczowej wymiany zdań, przewodnicząca z PiS-u szybko przeszła do kolejnego punktu obrad.
Taki tryb procedowania spraw kluczowych dla milionów Polek i Polaków podważa sens demokracji parlamentarnej. Ludzie głosują w wyborach na określonych kandydatów, bo liczą, że ci w ich imieniu będą walczyć o wdrożenie konkretnych rozwiązań, że będą nagłaśniać konkretne postulaty, przekonywać do swoich racji przedstawicieli innych partii. Ponadto komisje sejmowe zostały powołane po to, aby dbać o dobrą jakość prawa, doprecyzowywać niejasne zapisy, dbać o spójność i konstytucyjność przepisów, włączać do tworzenia ustaw partnerów społecznych. Gdy na obradach nie ma żadnych dyskusji, a kolejne ustawy są przegłosowywane w błyskawicznym tempie bez żadnych konsultacji, istnienie komisji traci sens. Po co mają one funkcjonować, skoro rząd kluczowe rozwiązania przegłosowuje w 15 minut bez wysłuchania nikogo? Niestety ten tryb prowadzenia dyskusji ma miejsce też na obradach plenarnych Sejmu. Posłowie opozycji mają mało czasu na przedstawienie swoich racji, ważne tematy są poruszane w środku nocy, głosowania są zarządzane pospiesznie i bez konsultacji. W ten sposób nawet jeżeli z rzadka rząd ma dobre intencje, to i tak tworzy złe prawo.

Więcej posad dla kolegów

Ministerstwo Środowiska zostanie podzielone. Pomysł nie podoba się Lewicy, która zarzuca PiSowi piętrzenie kosztów, za które zapłacą podatnicy oraz tworzenie posad dla partyjnych kolesi.

Z obecnego resortu środowiska zostaną wyodrębnione dwa nowe ministerstwa.

Za jedno będzie odpowiadał młody wilk z Solidarnej Polski – Michał Woś. 28-letni protegowany Zbigniewa Ziobry będzie kontrolować obszar ochrony przyrody, lasy, geologię i koncesje geologiczne, natomiast cały obszar związany z klimatem przypadnie Michałowi Kurtyce.

Zatrzeć złe wrażenie

PiS tworząc ministerstwo klimatu próbuje przykryć bardzo złe wrażenie, jakie stwarza, blokując na kolejnych szczytach Unii Europejskich uchwalanie stanowisk wzywających państwa do działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych, co jest koniecznością, biorąc pod uwagę postanowienia porozumienia paryskiego – jeśli chcemy uniknąć katastrofy, temperatura globalna nie może wzrosnąć do 2030 roku o więcej niż 1,5 st C. PiS nie tylko torpeduje takie odezwy, ale również robi wszystko, by uzyskać jak najlepsze warunki utrzymania produkcji energii opartej na wysokiej emisji CO2.

Dwa ministerstwa – dwie fuchy

Podczas dyskusji w Sejmie głos w tej sprawie zabrał Maciej Konieczny z Lewicy Razem, który zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki próbuje uniknąć odpowiedzialności za tworzenie kolejnego ministerstwa, o czym świadczy fakt, że projekt podziału resortu został zgłoszony jako wniosek poselski, nie rządowy.

– Ten projekt to wiele nowych atrakcyjnych posad dla kolegów – ministerialnych, wiceministerialnych, posad w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dwa dodatkowe ministerstwa to dwie dodatkowe posady dla dwóch kolegów. Jak zadbać o dobrą rotację, to zmieści się i sześciu. Do tego dojdą jeszcze jakieś sute odprawy – wskazywał parlamentarzysta Lewicy.

Konieczny tłumaczył również, w jaki sposób buduje to stosunek korupcyjny pomiędzy PiS, a tymi, którzy pozostają z nim w stosunku zależności. – Koledzy odwdzięczą się, wpłacając na partię, wpłacając na zaprzyjaźnione fundacje, dobrzy koledzy to się odwdzięczą – mówił poseł.

– Parafrazując klasyka: dobrze się żyje panie i panowie z PiSu, dobrze się żyje, szkoda, że głównie wam – ironizował. – Emerytom żałowaliście 1600 zł na minimalną emeryturę, ręka w rękę z liberałami z Platformy głosując przeciwko projektowi Lewicy. Czy wy jeszcze pamiętacie swoje obietnice o tym, że skończycie z salonem? Bo dziś brzmią one jak ponury żart – skwitował Maciej Konieczny.