Więcej posad dla kolegów

Ministerstwo Środowiska zostanie podzielone. Pomysł nie podoba się Lewicy, która zarzuca PiSowi piętrzenie kosztów, za które zapłacą podatnicy oraz tworzenie posad dla partyjnych kolesi.

Z obecnego resortu środowiska zostaną wyodrębnione dwa nowe ministerstwa.

Za jedno będzie odpowiadał młody wilk z Solidarnej Polski – Michał Woś. 28-letni protegowany Zbigniewa Ziobry będzie kontrolować obszar ochrony przyrody, lasy, geologię i koncesje geologiczne, natomiast cały obszar związany z klimatem przypadnie Michałowi Kurtyce.

Zatrzeć złe wrażenie

PiS tworząc ministerstwo klimatu próbuje przykryć bardzo złe wrażenie, jakie stwarza, blokując na kolejnych szczytach Unii Europejskich uchwalanie stanowisk wzywających państwa do działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych, co jest koniecznością, biorąc pod uwagę postanowienia porozumienia paryskiego – jeśli chcemy uniknąć katastrofy, temperatura globalna nie może wzrosnąć do 2030 roku o więcej niż 1,5 st C. PiS nie tylko torpeduje takie odezwy, ale również robi wszystko, by uzyskać jak najlepsze warunki utrzymania produkcji energii opartej na wysokiej emisji CO2.

Dwa ministerstwa – dwie fuchy

Podczas dyskusji w Sejmie głos w tej sprawie zabrał Maciej Konieczny z Lewicy Razem, który zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki próbuje uniknąć odpowiedzialności za tworzenie kolejnego ministerstwa, o czym świadczy fakt, że projekt podziału resortu został zgłoszony jako wniosek poselski, nie rządowy.

– Ten projekt to wiele nowych atrakcyjnych posad dla kolegów – ministerialnych, wiceministerialnych, posad w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dwa dodatkowe ministerstwa to dwie dodatkowe posady dla dwóch kolegów. Jak zadbać o dobrą rotację, to zmieści się i sześciu. Do tego dojdą jeszcze jakieś sute odprawy – wskazywał parlamentarzysta Lewicy.

Konieczny tłumaczył również, w jaki sposób buduje to stosunek korupcyjny pomiędzy PiS, a tymi, którzy pozostają z nim w stosunku zależności. – Koledzy odwdzięczą się, wpłacając na partię, wpłacając na zaprzyjaźnione fundacje, dobrzy koledzy to się odwdzięczą – mówił poseł.

– Parafrazując klasyka: dobrze się żyje panie i panowie z PiSu, dobrze się żyje, szkoda, że głównie wam – ironizował. – Emerytom żałowaliście 1600 zł na minimalną emeryturę, ręka w rękę z liberałami z Platformy głosując przeciwko projektowi Lewicy. Czy wy jeszcze pamiętacie swoje obietnice o tym, że skończycie z salonem? Bo dziś brzmią one jak ponury żart – skwitował Maciej Konieczny.

Porządek panuje w Sejmie

W sprawie emerytur Lewica zgłosiła projekt prospołeczny, wspierający słabszych – prawica z pogardą go podeptała.

Czy odwołanie Magdaleny Biejat z funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny może oburzać? Tak, w tym samym stopniu co inne przejawy deptania przez PiS obyczajów i dobrych praktyk parlamentaryzmu, te wszystkie „musimy powtórzyć, bo przegramy” czy głosowania w Sali Kolumnowej. Czy dziwi? Absolutnie nie. Już prędzej dziwić może fakt, że rządząca prawica w ogóle poszła na taki eksperyment, jak oddanie socjaldemokratce kierowania komisją, w której właśnie socjaldemokraci, jeśli poważnie traktują swój program, mają wielkie pole do popisu.

Powiedzmy sobie zresztą uczciwie: nawet gdyby Kaczyński nie znalazł się tej sprawie pod presją katolickich fundamentalistów i gdyby Biejat pozostała na stanowisku, i tak czekałyby ją raczej niezliczone momenty frustracji niż wielkie sukcesy. PiS-owska większość w komisji, mogąca w dodatku liczyć na wsparcie pojedynczych reprezentantów Konfederacji i Kukiz15, wiedziałaby dobrze, kiedy podnosić ręce. Mieliśmy tego próbkę w poprzedniej kadencji, w tej i innych komisjach sejmowych, gdy tylko opozycja usiłowała zgłaszać swoje pomysły czy poprawki. W tej, jak widać, będzie tak samo.

Prawica znów jest prawicą

Dzięki pojawieniu się Lewicy w Sejmie zaistniała jednak subtelna, ale potencjalnie brzemienna w skutkach różnica. Przeciwko sobie nie stoją już tylko dwa skłócone bardziej personalnie i estetycznie niż programowo stronnictwa. I wystarczy, by socjaldemokraci potraktowali swoje socjaldemokratyczne idee z minimalną powagą, by spadały maski.
Tak stało się w komisji polityki społecznej w głosowaniu dotyczącym lewicowego projektu podniesienia emerytury minimalnej. Ustawa gwarantująca wszystkim emerytom minimalne świadczenie 1600 zł, a także podnosząca minimalną rentę, przepadła dzięki zgodnym głosom PiS i PO. Nie została skierowana do dalszych prac, nie próbowano nawet udawać, że uważa się ją za interesującą propozycję, by jeszcze przez chwilę poudawać troskę nawet nie o biednych, co absolutnie najbiedniejszych seniorów. Po prostu została wyrzucona do kosza. Także dlatego, że nie podobała się Lewiatanowi, wyjątkowo trafnie nazwanej konfederacji pracodawców. Taki zarzut pod jej adresem sformułowała posłanka PiS, ale przecież równie dobrze mogłaby to powiedzieć jej koleżanka z Platformy.

Arytmetyka jest bezwzględna

Zapewne nie będziemy parlamentarnej Lewicy zawdzięczać prawdziwych zmian na lepsze w tej kadencji. Arytmetyka sejmowa jest bezlitosna, cynizm, a w niektórych przypadkach fanatyzm Zjednoczonej Prawicy – bezgraniczny. Ciągle działa też machina propagandowa w postaci karykatury mediów publicznych. Oni prędzej rozpętają nową awanturę wymierzoną w nieistniejącego wroga niż spojrzą łaskawie na nieswoje projekty, choćby najlepsze i najbardziej potrzebne. Szybciej zaserwują nam całe tygodnie historycznych i symbolicznych wzmożeń, niż zajmą się tematami podsuwanymi przez lewą stronę. Własny potencjał prospołecznych, niezmiennie paternalistycznych gestów już wyczerpali.

PO wraca do korzeni

Tak samo pojawienie się w sejmie Lewicy doprowadziło do błyskawicznego wyparowania ostatnich pozorów „otwartości” i „wielonurtowości” w KO. Jeszcze nie tak dawno liberalne media chwaliły koalicję za skonstruowanie jakiegoś „lewego skrzydła” z Barbarą Nowacką, sugerowały, że właśnie wielogłos zostanie doceniony przez anty-PiS. Inna sprawa, że owe „lewe skrzydo” miało w najlepszym razie obstawiać tematy nazywane przez niechętnych „obyczajówką”, przez lewicę – kwestiami praw człowieka. Dziś to przeszłość. Żadnych praw kobiet ani tolerancji nie będzie, głos tej partii można sprowadzić do twardego anty-PiS-u czy słów Bartłomieja Sienkiewicza w TOK FM: „Platforma powinna być antysocjalistyczna. Mamy wrócić do tego z czego wyrośliśmy, głosić przewagę wolnego rynku nad wszystkimi innymi rozwiązaniami, socjalizm w każdym wydaniu jest dla Polski zgubny. Mamy być twardymi liberałami w kraju, w którym zagrażają socjaliści, a czy są oni z prawicy czy z lewicy, to nie ma znaczenia”.

Czy lewica wykorzysta szansę?

I to może być realna zasługa socjaldemokratycznej mniejszości w Sejmie: przywrócenie pojęciom właściwego miejsca. Sprawienie, że prawica pokaże swoją prawdziwą zamordystyczno-nieludzką twarz, czy raczej gębę pełną frazesów o nieomylnym wolnym rynku. A lewica – twarz tej siły, która broni ludzi przed jego ślepą niesprawiedliwością i przemocą. Tak już było w ostatnich dniach. Jeszcze zapanował w Sejmie pisowski porządek, ale jeśli socjaldemokratom uda się uporządkować pojęcia w głowach wyborców – zostanie zrobiony krok o znaczeniu nie do przecenienia.

Lewica po odwołaniu Biejat zapewniała, że nie przerwie walki o sprawiedliwość społeczną, że debata o emeryturach nie była ostatnią, w której nie zawiodła. Trzymamy za słowo.

PiS pozbył się posłanki Biejat

Magdalena Biejat z Lewicy jeszcze kilka dni temu celnie punktowała zaniedbania rządu na polu walki z ubóstwem i wspierania seniorów. 16 stycznia posłowie PiS odwołali ją ze stanowiska przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny.

Stanowisko to Biejat otrzymała wcześniej zgodnie z parlamentarnym obyczajem, który nakazuje zostawić kierowanie częścią komisji w rękach opozycji.

O tym, czy PiS zdecyduje się naruszyć obyczaj i złamać wcześniejsze ustalenia z innymi klubami, spekulowano jeszcze przed Nowym Rokiem. Dla części parlamentarzystów katolicko-narodowej prawicy nie do przyjęcia były przekonania Magdaleny Biejat, która – chociaż sama ma niemal idealną tradycyjną rodzinę – mówi otwarcie o potrzebie zalegalizowania związków partnerskich i o prawie do przerywania ciąży.
W ostatnich dniach działaczka Lewicy Razem dostarczyła kolejnych argumentów „na niekorzyść”. W debacie nad emeryturami i sytuacją polskich seniorów celnie i stanowczo wskazała zaniedbania rządu na tym polu, mówiąc na sali plenarnej o rosnącej skali ubóstwa wśród najstarszych Polek i Polaków. Wykazała, że rozwiązania wdrożone na ich rzecz przez PiS są zaledwie ruchami pozorowanymi.

Żenujące uzasadnienie

Głosowanie nad odwołaniem Biejat odbyło się 16 stycznia rano. Jako bardziej odpowiednią kandydatkę na przewodniczącą parlamentarzyści PiS wskazali dotychczasową wiceprzewodniczącą komisji Urszulę Rusecką, której sylwetkę prezentowaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”. To katolicka fundamentalistka, która uzasadniała w Sejmie potrzebę bezwzględnego zakazu aborcji cytatami z matki Teresy.
Podając uzasadnienie wniosku o odwołanie przewodniczącej PiS nie miał jednak dość odwagi, by jasno powiedzieć, o co chodzi. Zamiast tego sprawozdawczyni Teresa Wargocka zarzucała lewicowej posłance brak doświadczenia w parlamencie i wynikającą z tego nieumiejętność organizowania prac komisji. „Przez miesiąc od dnia powołania nie podjęła obowiązków przewodniczącej komisji”, „wykazała się brakiem umiejętności brakiem pracy zespołowej” – mówiła.

– Spośród wszystkich 18 komisji, kierowanych przez PiS, tylko dwie komisje spotykały się częściej niż komisja polityki społecznej. A aż 10 komisji kierowanych przez PiS spotkało się mniej niż pięć razy, czyli dwa razy mniej niż komisja rodziny, która spotkała się dziesięć razy – ripostował jej przewodniczący klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Warto przypomnieć, że również w poprzedniej kadencji Sejmu niektórymi komisjami kierowały debiutantki. Nikt ich z tego powodu nie odwołał… no ale przecież nie były to działaczki lewicowe.

Bo Lewiatan był przeciw

Jeszcze bardziej kuriozalne były inne „argumenty” przywołane przez PiS. Posłanka Wargocka zarzuciła Biejat, że jej poglądy w kwestii modelu rodziny „nie są podzielane przez większość społeczeństwa”. Zupełnie jakby miało to cokolwiek do rzeczy – posłanka otrzymała kierownictwo w komisji na mocy międzyklubowych ustaleń, w momencie ich zawierania wszyscy, łącznie z PiS, świetnie wiedzieli, jakie postulaty w sprawach praw kobiet i równości małżeńskiej zapisano w programie Lewicy.

Najbardziej absurdalnie, a poniekąd strasznie zabrzmiały jednak jej uwagi w sprawie projektu ustawy o emeryturach minimalnych, złożonego przez Lewicę, a wczoraj odrzuconego właśnie na komisji polityki społecznej dzięki zgodnym głosom PiS i PO. Otóż na niekorzyść Biejat miało świadczyć to, że miał on negatywną opinię Konfederacji Przedsiębiorców i Pracodawców Lewiatan. Tak, taki argument naprawdę padł z ust reprezentantów „prospołecznej” partii.

W dodatku – skandal! – Biejat zarządziła pracę nad projektem w sprawie emerytur po 50 dniach od jego złożenia w Sejmie. W ocenie posłów PiS był to „zbyt szybki” termin.

Wynik głosowania był w zasadzie przesądzony. 19 głosów za odwołaniem, 12 – przeciw. Teraz przewodniczącą komisji będzie, zgodnie z wolą rządzącej partii, Rusecka.

Tępe i prymitywne działanie

Przebieg porannego posiedzenia w komisji podsumował celnie Włodzimierz Czarzasty.

– Wy myślicie „i tak was przegłosujemy”. To tępe i prymitywne działanie i pokazywanie siły. Będziemy przegrywali głosowania, ale będziemy wszędzie o waszych siłowych rozwiązaniach informowali dzień i noc. Mam dosyć tego, że jeśli ze strony Lewicy jest kompromis, uśmiech, to z drugiej strony, partii rządzącej, jest prymitywna siła – skomentował wicemarszałek Sejmu i przewodniczący SLD.

Lewica mimo wszystko zamierza nadal zgłaszać w Sejmie socjaldemokratyczne projekty ustaw i krytykować z takich pozycji PiS-owskie udawane państwo dobrobytu. – PiS boi się Lewicy, boi się Biejat, bo wie, że walczymy o sprawiedliwość społeczną. Lewica się PiSu nie boi. Walczymy dalej – zadeklarowała na Twitterze Marcelina Zawisza.

Tempo korporacyjne

W moim fachu muzykanta, kiedy akuratnie pracujemy nad nowym materiałem, jest kilka systemów pracy twórczej. Zazwyczaj wybieramy mix dwóch albo trzech. Rzadko kiedy decydujemy się oddać głos tylko w ręce jednego.

Można na próbę przynieść całe, skończone dzieło; rozpisane w nutach, z podziałem na części, zwrotki refreny, solówki, bridże. Piosenkarz musi jedynie dopisać tekst, bo to jego działka i później wszystko ładnie wyśpiewać. Ten system pracy występuje rzadko, aczkolwiek ma swoich wyznawców. Bez wątpienia usprawnia cały proces i najszybciej pozwala pokazać jego efekt. Drugi system, którego ja jestem zwolennikiem, polega na przyniesieniu na próbę fragmentu utworu, pomysłu, dla różnych instrumentów; na tyle obłego, że dopuszczalne są weń modyfikacje, jednak wokół ogólnie nakreślonej formy. Innymi słowy: należy pilnować, aby w procesie tworzenia z psa nie wyszła wydra. Ten sposób, moim zdaniem, jest najbardziej wydajny; wymaga od każdego z muzyków zaangażowania, jednocześnie pozwalając na eksploracje swoich własnych pokładów abstrakcji w myśleniu i komponowaniu. Jest też trzeci sposób-najmniej pożyteczny i opłacalny. Polega na siedzeniu całego hordesu razem w sali prób i dumaniu nad jednym motywem gitary albo basu, który akuratnie komuś przyszedł do głowy. Ten sposób ma również spore grono zwolenników, choć ja się do nich nie zaliczam. Częstokroć bywa tak, że po całym dniu, z pomysłu, nawet najgenialniejszego, nie pozostaje nic, bo autor nie miał w głowie kawałka w całości; nie usłyszał wewnątrz siebie, jak mają grać poszczególne sekcje, jak ma to, choćby ogólnie, wybrzmieć. Siedzi się więc wtedy, marnuje czas na jałowe próby znalezienia brakujących elementów składowych, które jak na złość, pochowały się do mysich dziur. Najgorzej jest zawsze po obiedzie. Ok. 15-16, kiedy wracamy do salki, siadamy do instrumentów,  organizm, zajęty trawieniem posiłku, ma tylko chęć na sen, a nie na granie i kreatywne myślenie.

W nocy, z 19 na 20 grudnia, sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka obradowała nad ustawą dyscyplinującą autorstwa PiS. Prace komisji rozpoczęły się o 19, a zakończyły o 5:15 rano. Przypomnijmy, że w tym czasie rozstrzygał się w sali prac komisji, kształt polskiego wymiaru sprawiedliwości. Z sobie znanych powodów, większość pisowska zapragnęła, aby nad czymś, co winno być dla ustroju państwa rzeczą rudymentarną ze wszech miar, pracować w tzw. tempie korporacyjnym; bez przerw na posiłki, po nocy, nie bacząc na to, że kiedy człowiek jest przepracowany, nie może dostatecznie skupić się nad tym, co robi, przez co jego praca, nieważne, czy to muzyka, cieśli, prawnika, czy posła, traci na wartości, ponieważ jest wykonywana pod ogromną presją i przez człowieka, który powinien wtedy spać, jeśli akurat nie ma na nocną zmianę. Sejm winien stanowić prawo dobre. A większości sejmowej powinno zależeć na tym, żeby ustawy które produkuje, były najwyższej jakości. Jaką więc jakość może mieć ustawa, tak ważna dla polskiego sądownictwa i w konsekwencji, polskiego państwa, jeśli kilkaset poprawek przegłosowuje się weń w jedną noc. Jakiej jakości prawo możemy mieć, jeśli posłowie w komisji sprawiedliwości, są dla PiS-u „białkowym interfejsem” służącym do podnoszenia rąk, kiedy sędzia Piotrowicz im każe.

Siłą Mariana Krzaklewskiego było podobno to, że potrafił bardzo długo siedzieć na zebraniach związku, a kiedy wszyscy byli już zmęczeni po całodniowych obradach, Marian wstępował na mównicę i przechodził do ofensywy. Zasypywał zebranych lawiną wolnych wniosków, nad którymi wszczynał dyskusję. Aby dać sobie święty spokój od Mariana i jego pomysłów, reszta kworum przegłosowywała to, co chciał Marian, byleby tylko wyjść na powietrze albo płożyć się spać. I tym sposobem znalazł się Marian tam gdzie chciał. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiem za to na pewno, że teraz już muszę skończyć, bo zbliża się pora obiadu…

Witajcie na wojnie

Wojna to kontynuacja polityki innymi środkami. Carl von Clausewitz nie odkrył tej prawidłowości, a jedynie zgrabnie ubrał ją w słowa. Prezes Kaczyński Clausewitza odkrył już dawno temu, a stosuje się do tej zasady już od 1989 roku, z różnym skutkiem, najlepszym od 2015 r.

Pora chyba, żeby z Clausewitzem zapoznali się posłowie i posłanki opozycji. Wygląda na to, że z uchwalania ustaw nocami w Sali kolumnowej Sejmu nie wyciągnęli żadnych wniosków. Ani z wyjazdów wakacyjnych w czasie, gdy Sejm może obradować, czyli stale. Kadencja jest nowa, duża część posłów i posłanek też, ale wszystkie stare problemy pozostały. Wojna ma chwile wytchnienia ale nie ma przerw. Zwłaszcza gdy przeciwnik przestrzega reguł gry tylko wtedy, gdy uznaje to za użyteczne.

To bardzo frustrująca sytuacja. Obie strony ponoszą straty, ale frustracja zawsze będzie większa po stronie opozycji. Nawet małe zwycięstwa niczego nie zmienią, a każda porażka, zawiniona lub nie, będzie bardzo bolesna. Demonstracje nie zmienią władzy. Większym problemem dla PiS wydaje się być prezes NIK, zamieniający swój urząd w oblężoną twierdzę. Choć prędzej czy później PiS zmusi któregoś prokuratora do wystawienia nakazu i wyprowadzenia go w kajdankach.

Wojna będzie toczyć się dalej, opozycja będzie ponosić kolejne porażki, a czasem nic nie znaczące sukcesiki. Z jednej strony posłowie powinni stawiać opór, z drugiej walczyć o przekonanie opinii publicznej, że wiedzą, jak lepiej można rozwiązywać problemy. Bo z jednej strony mówi się: Sejm uchwalił, Rząd rządzi, Trybunał wydał wyrok. Z drugiej, nie dostrzega się absurdalności sytuacji, która ani z demokracją ani realizacją dobra wspólnego nie ma nic wspólnego. Dobrze jest wtedy, gdy jest dobrze dla PiS.

Anarchistka Emma Goldman stwierdziła, że gdyby wybory mogły coś zmienić zostałyby zakazane. Podobnego zdania jest Jarosław Kaczyński, z tym że rozciągnął tę zasadę na wszystkie możliwe głosowania. Tylko dlatego, że Senat tak naprawdę nie jest szczególnie ważny, uznał swoją porażkę w wyborach do Senatu. To zresztą rodzi pytanie: czy Senat jest nam w ogóle potrzebny.
Prezydent, na razie, jest, szczególnie Kaczyńskiemu. Dlatego wybory prezydenckie są takie ważne. Kandydat PiS musi zwyciężyć, aby jego ugrupowania nie rozdziałaby kruki, wrony i wróble. Kandydatka PO ma odnieść moralne zwycięstwo, czyli przegrać w drugiej turze. Kandydat Hołownia ma napisać jeszcze nowszy testament oraz autobiografię – pierwszy po bogu. Bo biografię boga już napisał.

Kandydat PSL walczy o życie. Swoje i swojego ugrupowania. Najwięcej do wygrania ma, niewyraźnie majaczący się we mgle, kandydat(ka) Lewicy. Ma rozwijać elektorat i promować zasady na jakich będzie się opierał odbudowa państwa z ruin. Nową umowę społeczną, której nigdy po roku 1989 nie zawarto ze społeczeństwem. I oczywiście należy wprowadzić sprawiedliwe podatki i wypowiedzieć konkordat. Tak nam dopomóżcie Wyborcy aktualni i przyszli.

Kościół – niewiarygodny mediator

Trwa ostry spór o zmiany w systemie sprawiedliwości. Dla PiS-u środowisko sędziów to układ, który trzeba szybko rozbić, dla opozycji pospiesznie procedowana ustawa dyscyplinująca środowisko sędziowskie to krok ku dyktaturze.

Po raz kolejny okazuje się jednak, że niezależnie od temperatury sporu politycznego istnieje granica konfliktu, po przekroczeniu której władza i duża część opozycji mówią jednym głosem. Tą granicą jest głos Kościoła katolickiego.

Ponad podziałami

Choć PiS prowadzi brutalną i bezpardonową nagonkę na sędziów, w dniu, w którym wprowadzano tzw. ustawę kagańcową, czołowi politycy Platformy Obywatelskiej, z kandydatką na prezydenta Małgorzatą Kidawą-Błońską i marszałkiem senatu Tomaszem Grodzkim na czele, postanowili pojednać się z obozem rządzącym i u boku kardynała Kazimierza Nycza podzielić opłatkiem z politykami PiS. Innymi słowy może PiS wprowadza dyktaturę i niszczy wymiar sprawiedliwości, ale gdy wysoki hierarcha kościelny przychodzi do Sejmu, wszelkie antagonizmy mają zniknąć i rozpłynąć się w ponadnarodowej zgodzie pod parasolem Kościoła.

Warto przy okazji przypomnieć, że kardynałowi Nyczowi zarzuca się, że ukrywał księży pedofilów i tuszował ich zbrodnie. Czy to przeszkadza władzy albo opozycji? Wręcz przeciwnie! Nycz był honorowym gościem parlamentarzystów różnych opcji i nikt nawet nie myślał, aby zgłosić wątpliwości, nie mówiąc już o wyproszeniu go z Sejmu.

Opłatek to jedynie świąteczny rytuał. Okazuje się jednak, że pojawiły się pomysły, aby Kościół był… mediatorem w sporze dotyczącym zmian w systemie sądowniczym. „Myślę, że do takiego wspólnego rozmawiania zawsze powinniśmy być gotowi, ja także” – tak prymas Polski, arcybiskup Wojciech Polak odpowiedział na pytanie, czy przedstawiciel polskiego Kościoła może włączyć się w spór dotyczący sądów w roli mediatora. Zapytany o stanowisko w tej sprawie szef warszawskich struktur Platformy Obywatelskiej, Marcin Kierwiński odpowiedział, że jest to idea godna rozważenia. Pozytywnie podeszli do niego też politycy PiS. Postulat, aby Kościół mediował przy kluczowych konfliktach społecznych, wraca jak bumerang. Pojawił się on między innymi przy okazji strajku nauczycieli i przychylnie odniósł się do niego nawet kojarzony z lewicą Sławomir Broniarz.

Kościół skompromitowany

Trudno zrozumieć, jak można dzisiaj rozważać mediację ze strony tak niewiarygodnej i skompromitowanej instytucji jak Kościół katolicki. W dniu, w którym arcybiskup Polak zaoferował uczestnictwo w rozmowach między rządem i opozycją, Watykańska Kongregacja Nauki Wiary przyznała, że w tym roku nastąpił masowy napływ doniesień przypadków pedofilii wśród duchowieństwa,także w Polsce. W ostatnich miesiącach wyszło na jaw mnóstwo nadużyć i przestępstw ze strony księży. Już ponad pół roku temu film braci Sekielskich ujawnił bulwersujące przypadki ukrywania przestępców seksualnych przez najwyższych urzędników kościelnych. Od tamtego czasu skala ujawnionych patologii radykalnie wzrosła. Jednocześnie coraz więcej wiemy o nadużyciach finansowych Kościoła, bezzasadnych przywilejach, traktowaniu przez polskie państwo księży jako obywateli lepszego sortu. Zarazem czołowi propagandziści kleru tacy jak Tadeusz Rydzyk czy Marek Jędraszewski regularnie używają mowy nienawiści, szczując i plując na feministki czy LGBT. Pomysł, aby ludzie z tego środowiska mieli mediować w tak ważnej sprawie jak przyszłość polskiego sądownictwa, jest kompromitujący. Tak dla władzy, jak i opozycji.

Zamiast włączać hierarchów kościelnych do dyskusji o przyszłości wymiaru sprawiedliwości, warto zastanowić się, dlaczego księża wciąż są bezkarni i nie odpowiadają za swoje podłe czyny.

Zabiorą niepełnosprawnym, dadzą emerytom

Sejm zdecydował: Solidarnościowy Fundusz Wsparcia Osób Niepełnosprawnych będzie już „tylko” Funduszem Solidarnościowym. Gromadzone w nim środki będzie można przeznaczyć na wypłacanie i obsługę „trzynastek” dla emerytów. Niebezpiecznej, precedensowej decyzji nie powstrzymała opozycyjna większość w Senacie.

Senat usiłował zablokować takie rozszerzenie zastosowania funduszu, ale w Sejmie jego poprawka została 20 grudnia odrzucona. Ustawa trafi do prezydenta w takiej postaci, jakiej chciał PiS.
Fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych miał być dowodem na to, jak Prawo i Sprawiedliwość przejmuje się losem osób niepełnosprawnych i zamierza umożliwić im coś więcej niż nędzną egzystencję. Został utworzony po proteście rodziców niepełnosprawnych w Sejmie. Finansowany jest ze składki stanowiącej 0,15 proc. podstawy składki na Fundusz Pracy. Od przyszłego roku dojdą jeszcze wpływy z tzw. daniny solidarnościowej – czteroprocentowego podatku od nadwyżki dochodów powyżej miliona złotych rocznie. Wobec niechęci PiS-u do poważnej progresji podatkowej te właśnie pieniądze mają teraz wystarczyć i dla niepełnosprawnych, i na regularną wypłatę trzynastych emerytur.

Przed głosowaniem doszło do dramatycznej konfrontacji między Iwoną Hartwich, niegdyś liderką protestu rodziców osób niepełnosprawnych, a obecnie posłanką KO, a ministrem rodziny, pracy i polityki społecznej Marleną Maląg. – Wczoraj jeszcze państwo dzieliliście się opłatkiem, dziś pozbawiacie osoby z niepełnosprawnościami szansy na odrobinę lepszego życia. Bo czym miał być fundusz solidarnościowy, to ja doskonale wiem, ale państwo również wiedzą, z czego wynikał. Powstał wyłącznie w celu pomocy osobom z niepełnosprawnościami. To była wasza odpowiedź na nasz protest – mówiła Hartwich.

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości i Zjednoczonej Prawicy pokazał, że tworzy szeroką koalicję na rzecz wsparcia osób niepełnosprawnych – odpowiedziała w typowym stylu Maląg. Przekonywała następnie, że PiS przekazał na rzecz niepełnosprawnych o 10 mld złotych więcej, niż poprzednicy.

– Pomysł, żeby z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych finansować 13 emeryturę to właśnie cała prawda o „socjalnej” i „opiekuńczej” twarzy Prawa i Sprawiedliwości! Za ich wyborcze obietnice bez pokrycia zapłacą nie miliarderzy i korporacje, ale NIEPEŁNOSPRAWNI! – komentowała w listopadzie posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Również Piotr Szumlewicz, przewodniczący centrali Związkowa Alternatywa nie ma wątpliwości, że działania PiS są niesprawiedliwe i nieetyczne.

– Rząd sprawi przedwyborczy prezent relatywnie ubogiej grupie z środków przeznaczonych pierwotnie dla grupy jeszcze biedniejszej. Władza nie ma żadnej całościowej wizji świadczeń społecznych, a jedynie dosypuje pieniądze na wybranych obszarach, aby czasowo powstrzymać niezadowolenie społeczne lub zmobilizować swój elektorat do udziału w wyborach. Trzynasta emerytura to wzorcowy przykład świadczenia, które nie rozwiązuje żadnego problemu i nie poprawia trwale sytuacji emerytów. Zamiast wprowadzić trwały mechanizm waloryzacji emerytur, władza przeleje jednorazowo gotówkę seniorom tuż przed wyborami prezydenckimi – zauważa związkowiec. Szumlewicz przypomina również, że hojność PiS na polu wydatków socjalnych to mit.
– Z danych Eurostatu wynika, że Polska wciąż wydaje na politykę społeczną mniej niż wynosi średnia unijna, a wydatki w 2017 r. spadły w porównaniu z 2016 r. PiS nie dokonał więc żadnego przewrotu w polityce społecznej, a wręcz na wielu jej obszarach nastąpił regres – podsumowuje.

Nadchodzi rok tłusty

Lewica wykonała swoje najważniejsze zadanie – wróciła do parlamentu.

Co więcej, została trzecią siłą w parlamencie. Jej polityczna ranga radykalnie wzrosła ku zdumieniu licznych polityków i komentatorów pamiętających niedawne chude lata politycznie zmarginalizowanej lewicy.
Okazało się też, że lewicowi wyborcy oczekują od swych parlamentarzystów aby od razu zachowywali się jak polityczna ekstraklasa. By jednocząca się Lewica została profesjonalną, poważna opozycją.
To początkowo udało się jej osiągnąć. Sprzyjał temu głód parlamentarnej lewicowości silnie już odczuwalny nawet w komercyjnych mediach. Dlatego kiedy reprezentacja lewicy, bardzo zróżnicowana i odmłodzona, znów pojawiła się w parlamencie, to odczuła od razu falę medialnej sympatii. Oszałamiającą zapewne.
Warto przypomnieć, że tylko dziesięcioro z 51 parlamentarzystów z sejmowo- senackiego Klubu Lewicy ma wcześniejsze doświadczenia parlamentarne. Reszta to debiutanci. Niektórzy mają doświadczenia samorządowe, wielu innych uprawiało politykę jako aktywiści partyjni, ruchów miejskich, organizacji pozarządowych.
Ale wtedy uprawiali ją na własny rachunek, lub konto należące do partii albo organizacji pozarządowej. Teraz zostali stypendystami wyborców. Sługami narodu. A w naszym kraju łaska, poparcie, miłość elektoratu na przysłowiowym pstrym koniku jeździ.

Słudzy narodu

Niestety nie każdy publicysta, aktywista, działacz partyjny, artysta czy sportowiec rozumie, że kiedy zostaje polskim parlamentarzystą to traci swą wolność. Wolność wypowiedzi, ekspresji poglądów, ubioru i stylu życia nawet.
Nie wie, że traci prawo do prywatności. Do nieskrępowanego życia rodzinnego. Do niezakłóconego wypoczynku. I do ośmiogodzinnego dnia pracy przede wszystkim.
Polski parlamentarzysta jest nie tylko wytwórcą prawa. Kontrolerem władzy wykonawczej oraz pracownikiem działu „Dyplomacja parlamentarna”.
W polskiej tradycji parlamentarzysta jest jak ksiądz. Powinien być do dyspozycji swych wyborców- parafian 26 godzin na dobę. Powinien zawsze być gotowy do poselskiej posługi. Niezależnie czy jest chory, ma chore dzieci, albo małżonka/ małżonkę w psychodole.
Polski parlamentarzysta zawsze musi być zdrowy, pogodny i uśmiechnięty. Zawsze gotowy, jak radziecki pionier.
Bo musi pocieszać strapionych, nawiedzać chorych, wzmacniać wątpiących, żegnać dobrym słowem, niczym wiatykiem, właśnie odchodzących.
Zawsze musi odbierać telefony, albo przynajmniej oddzwaniać od razu. Regularnie odpisywać na listy i emaile. Być tam gdzie go zaproszono. I zjawić się też nieproszonym. Bo nic tak w Polsce nie uświetnia imprezy jak obecność parlamentarzysty.
Każde już dziecko w Polsce wie, że mamy w naszym kraju demokrację parlamentarną, ale o silnym zabarwieniu mediokratycznym.
To media w Polsce decydują o wizerunku parlamentarzystów. Wielu parlamentarzystów z mediów powstało i niejednego z nich potem media w proch polityczny potrafią obrócić.
Wielu z parlamentarzystów szybko zostaje politycznymi celebrytami. Gwiazdorami masowej wyobraźni.
Na początku jest im niezwykle słodko. Ta skokowo narastająca rozpoznawalność. Te propozycje wspólnych słodkich fotek od napotykanych, nieznajomych przechodniów. Wiara, że można z mediami zagrać. Robić z nimi „ustawki”, czyli sprzedawać fragmenty swego prywatnego życia.
Niestety doświadczenia uczą, że z mediami komercyjnymi jest jak z kasynem. Zysk z wspólnej gry zwykle zostaje w kasynie.
Dodatkowo polscy wyborcy są niesłychanymi hipokrytami. W ankietach deklarują swe poparcie dla politycznej i ideowej wierności, a potem głosują na polityków koniunkturalnie zmieniających partyjne barwy. Ciągle narzekają, że klasa polityczna kłamie. Ale kiedy polski polityk niepopularną prawdę publicznie powie, to pieją w Internecie i innych mediach z oburzenia.

Naród hipokrytów

Tak było kiedy Jerzy Urban przypomniał, że obce sankcje są najmniej dotkliwe dla rządzących, bo „Rząd zawsze się sam wyżywi”. Podobny los spotkał posła Stefana Niesiołowskiego, kiedy powątpiewał w medialną informację, że w 2004 roku w Polsce stale głoduje 800 tysięcy dzieci. Bo on jeszcze pamiętał co oznacza prawdziwy, masowy głód, a nie niedożywienie. Zaznał takiej zbiorowej hipokryzji premier Cimoszewicz przypominający o konieczności ubezpieczania się na wypadek katastrof. A ostatnio narzekający na panującą drożyznę w Warszawie poseł Kulasek.
Dlatego pamiętajcie drodzy parlamentarzyści! Czas waszych spontanicznych, a zwłaszcza prawdziwych waszych wypowiedzi już minął. Teraz musicie mówić przede wszystkim te prawdy, które wasi wyborcy chcą usłyszeć.
Podobnego hejtu doświadczył poseł Maciej Gdula, kiedy spóźnił się na sejmowe głosowanie. Kiedy racjonalnie tłumaczył, że w praktyce jego absencja nie miała znaczenia, bo większość PiS- owska może każde, niekorzystne dla siebie głosowanie szybko powtórzyć. Zmienić na swą korzyść.
To prawda. Ale Sejm i Senat, nie tylko są wytwórniami ustaw i uchwał, czy instytucjami kontrolnymi. Są też teatrami politycznymi.
Grającymi dramaty, komedie nierzadko, ze zwykle znanymi publice zakończeniami. Z rozpisanymi rolami. Sztuki, gdzie większość w końcowym akcie wygra, a opozycja przegra. Gdzie liczy się jednak nie tylko wygrana. Czasem ważniejszy jest styl wygranej i wola walki przegranych.
W tej kadencji PiS posiada niewielką większość w Sejmie, a opozycja w Senacie. Dlatego kolejne burzliwe, prokaczyńskie projekty ustaw będą procedowane w Sejmie szybko.
Za to w Senacie będą przez cały regulaminowy miesiąc roztrząsane, analizowane, debatowane, poprawiane. Odrzucane nawet. Bo Senat ma cały miesiąc na rozpatrzenie, czyli skompromitowanie złej ustawy. Która i tak potem trafi do Sejmu i tam zostanie przyjęta. Ale już jako ustawa publicznie skrytykowana. Kolejny przykład nieprawości elit PiS.
Dlatego w przypadku ustawy represjonującej aktywnych politycznie sędziów liderzy PiS tak bardzo śpieszyli się z jej uchwaleniem. Zbliżały się święta. Wiedzieli, że Senat może się nią zająć dopiero 8 stycznia. I w tym przypadku nie będzie miał miesiąca na publiczną, kompromitującą ustawę debatę, tylko niecałe dwa tygodnie. Dlatego odłożenie sejmowej debaty, nawet o jeden dzień, miało jednak znacznie.
Byłem posłem Sejmu RP przez trzy kadencje. Nie znam parlamentarzysty, który nie popełniłby błędu. Oprócz grona totalnych nierobów, których nazwisk nikt już nie pamięta.
Wiem też, że takie błędy można naprawić tylko intensywną, efektywna parlamentarną pracą. Nie usprawiedliwieniami, nawet tymi najbardziej rzewnie brzmiącymi.

Poseł nie ma powodów do narzekań

Mam nadzieję, że przez rozpoczynającą się kadencję uda mi się przekonać wyborców, że Marcin Kulasek to nie „poseł od 9 tysięcy”, ale dobry parlamentarzysta z Olsztyna
– mówi Marcin Kulasek w rozmowie z olsztyńską „Gazetą Wyborczą”.

Jest pan debiutantem, a już bardzo rozpoznawalnym. Spodziewał się pan, ze poseł może tak szybko i łatwo stać się gwiazdą mediów?

W Sejmie zasiadam po raz pierwszy, ale w życiu publicznym jestem obecny od wielu lat: w regionie jako radny sejmiku, w kraju – jako sekretarz generalny SLD. Mam nadzieję, że choć w części moja rozpoznawalność wynika z tego, co robiłem do tej pory jako radny i polityk SLD, a nie z wypowiedzi, która trafiła na pierwsze strony gazet. Mam też nadzieję, że przez rozpoczynającą się kadencję uda mi się przekonać wyborców, że Marcin Kulasek to nie „ten poseł od 9 tysięcy”, ale dobry parlamentarzysta z Olsztyna.

Więc jak to było z wypowiedzią? Ale powiedział pan te słowa, czy nie? A może źle się wyraził? TVP będzie to wypominała miesiącami…

Media będą pewnie długo przywoływać tę wypowiedź. Takie ich prawo. Moje słowa zostały wyrwane z kontekstu i przedstawione jako narzekanie na niskie wynagrodzenie. A to nie jest prawda, bo powodów do narzekań jako posłowie po prostu nie mamy. W przyszłości będę na pewno autoryzował wszystkie wypowiedzi i bardziej dbał o to, by były precyzyjne.

Czyli powiedział pan, że…

Brakuje mi aneksu kuchennego w pokoju w hotelu sejmowym, ponieważ chciałbym sobie ugotować obiad. A gdybym chciał codziennie jeść śniadanie, obiad i kolację w restauracjach w Warszawie, to by mi nie starczyło uposażenia poselskiego.

To jak to w końcu jest – można się w Warszawie utrzymać za 9 tys. zł? Jednak mówiąc, że za 9 tys. trudno się stołować na mieście chyba pan przesadził… Przywodzi to na myśl wspomnienie o tzw. „lewicy kawiorowej”.

9 tys. miesięcznie to bardzo dużo. Wiem, ile zarabia moja żona w urzędzie. Poselskie zarobki to trzy razy tyle. Dla nas naprawdę dużo. Jedzenie na mieście to trochę luksus. Wolałbym go uniknąć. Większość z nas gotuje w domu, myślę, że fajnie byłoby, gdybym mógł sobie zrobić obiad w hotelu sejmowym. To nie jest narzekanie. A tym, co powiedziałem, chciałem zwrócić uwagę, że ta sama pensja w Warszawie to nie ta sama pensja w Olsztynie. W stolicy wszystko jest droższe, a przecież mieszka tu mnóstwo ludzi, którzy zarabiają mało. Ja ze swojego wynagrodzenia mogę tu się swobodnie utrzymać, ale emeryt czy rencista albo pracownik budżetówki może już mieć z tym problem.

A tak poważniej. Obecne uposażenie posłów uważa pan za odpowiednie? Ludzie jednak nie chcą, żeby posłowie zarabiali więcej. Poza tym macie przywileje: kilometrówki, darmowe przejazdy i przeloty…

Sejm zapewnia posłom dobre, godne warunki sprawowania mandatu. Uposażenie poselskie i dieta są wysokie. Dają możliwość swobodnego utrzymania się – zarówno w Warszawie, jak i poza nią. Jako posłowie dużo jeździmy po Polsce: do okręgu wyborczego, do Warszawy, na spotkania w różnych częściach Polski. Darmowe przejazdy i przeloty bardzo w tym pomagają. Wspierają nas też biura poselskie i pracownicy, których możemy w nich zatrudnić. Posłowie nie mają powodów do narzekań.

Może jednak w tym co pan mówi jest doza populizmu. Są poważne głosy, że po obniżkach wprowadzonych przez PiS poselskie uposażenie jest stosunkowo niskie. Efektem może być to, że posłowie są bardziej podatni na korupcję, lobbing, a i ludzie z kwalifikacjami zwyczajnie omijają politykę.

Nie ma tu populizmu. Jeśli spojrzymy na stosunek uposażenia poselskiego do średniego wynagrodzenia, to okazuje się, że nasze uposażenie jest gdzieś w środku europejskiej stawki. Jest w porządku. Przy polskiej specyfice tworzenia prawa, gdzie bez poparcia rządu uchwalenie ustawy jest w zasadzie niemożliwe, nie rodzi to ryzyk korupcyjnych. Tych raczej szukałbym u urzędników, którzy za niezbyt wygórowane pensje przygotowują projekty ustaw i rozporządzeń w ministerstwach. Każdy z posłów zresztą ma wybór: jeśli ktoś uważa, że może zarobić więcej, ma prawo być posłem niezawodowym. Wtedy jest wprawdzie mniej czasu na pracę w okręgu czy w komisjach, ale można zarobić dowolne pieniądze na rynku.