Skrobanie PiS

Kiedy tylko parlament zorganizuje się, opozycja zacznie skrobać rządzącą większość. Systematycznie i dotkliwie, bo tym razem z obu stron.

Kreująca się na najbardziej antysystemową formację polityczną Konfederacja zacznie skrobać rządzącą PiS z prawej strony.

Testować zgodność głoszonych przez elity PiS ideowych deklaracji z ich parlamentarnymi czynami. Będzie podsuwać PiS – owskim marszałkom projekty ustaw wprowadzających w życie głoszoną przez elity PiS kontrrewolucję narodowo-katolicką. Kontrrewolucję tym razem bezkompromisową.

Zatem jeśli postulujemy zakaz aborcji, to wprowadzamy z życie zakaz absolutnie pełen, bez żadnych jego wyjątków.

Jeśli ogłaszamy krucjatę przeciwko „ideologii LGBT” albo islamskim migrantom, to nie może ona się kończyć na efekciarskich debatach w mediach. Oznaczać ma całkowite wykluczenie ideowych wrogów prawicy z wszelkiego życia publicznego.

Dodatkowo Konfederaci mają szansę zostania efekciarskimi reprezentantami ideologii ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego. Stale atakującymi PiSowskie pomysły wprzęgania instytucji państwa w działalność gospodarczą, kreowania nowoczesnego przemysłu przez agencje rządowe.

Jednocześnie obecna znów w parlamencie lewica zacznie skrobać politycznie PiS od lewej, socjalnej strony.

Skoro PiS tyle pomocy państwa wyborcom naobiecywał, skoro prominenci PiS przysięgali publicznie, że pieniądze na „socjal” dla wszystkich obywateli w budżecie państwa są i nadal będą, to niech teraz nadejdzie ten obiecany przez nich „dzień wypłaty”.

I zaraz to co pan prezes Kaczyński w czasie kampanii wyborczej naobiecywał, lewica zapisze w formie projektów ustaw. Przekaże je marszałkom PiS, aby poddali je pod sejmowe debaty i głosowania.

W szranki z konfederatami o miano najbardziej ideowych Polaków-katolików staną zapewne ludowcy/kukizowcy. Oni też chętnie udowodnią miałkość ideową rządzącego PiS i swój narodowy i katolicki pryncypializm.

Najtrudniej będzie odnaleźć się ideowo w tym froncie skrobiącym PiS parlamentarzystom z PO. Ale coraz dłuższa ich opozycyjna kwarantanna będzie sprzyjać odzyskiwaniu przez nich wiarygodności.

Skrobanie polityczne PiS byłoby nieskuteczne gdyby nie opanowany przez opozycję Senat. To prawda, że Senat nie może odrzucić ustaw forsowanych przez sejmową większość. Ale może przez przynajmniej miesiąc wnikliwie i publicznie debatować o ich treściach skutkach. Zwłaszcza szkodliwych skutkach. I trudno będzie takie wyciszyć senackie debaty grupie trzymającej władzę.

Senat ma też inicjatywę ustawodawczą. To sprawia, że powszechna w poprzedniej kadencji Sejmu i Senatu praktyka przetrzymywania w marszałkowskich szafach, przysłowiowych „zamrażarkach”, opozycyjnych projektów ustaw nie uda się w tej kadencji.

Senat będzie nie tylko surowym recenzentem sejmowych projektów, ale też aktywnym miejscem pracy politycznej. Tworzącym rozwiązania alternatywne wobec projektów PiS. Tak aktywny, opozycyjny Senat będzie przyprawiał wielki ból konstytucyjnej głowie państwa polskiego. Panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Przemawiając podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu RP pan prezydent Duda rozpoczął swą kampanię wyborczą. Zaprezentował się jak „Prezydent Wszystkich Polaków”. Istny gołąbek politycznego pokoju. Przewidując, że tylko w takim kostiumie politycznym może dalej powalczyć o drugą kadencję.

Jednak w trójkącie: kaczystowski Sejm RP, opozycyjny, demokratyczny Senat RP i prezydent RP, nie ma miejsca na takiego neutralnego prezydenta.

Dlatego pan prezydent Duda będzie musiał wspierać kaczystowski Sejm RP, wchodzić w konflikt z „demokratycznym” Senatem RP. To przyhamuje nieco opozycyjną działalność Senatu, ale też zmniejszy szanse pana prezydenta na jego reelekcję.

Chyba, że pan prezydent wreszcie zbuntuje się przeciwko swemu panu prezesowi.

Wszelkie znaki na ziemi wskazują, że czeka nasz kraj spowolnienie gospodarcze. Już w wielu jego regionach, w samorządach brakuje pieniędzy na bieżącą działalność i jednoczesne wypełnianie obietnic wyborczych. Tych publicznie obiecanych „piątek”, „szóstek”, „jarkowych”.

Wielce licznych, bo elity PiS pragnąc parlamentarnej większości, licytowały je. I złożyły ich stanowczo za wiele. Pragnąc aby ich partia zagospodarowała nie tylko posiadaną już ideową prawicę, ale przede wszystkim, też liczne, pragmatyczne centrum polskiej sceny politycznej.

Systematyczne skrobanie PiS, z tej prawej strony, i z tej lewej strony, sprawić może, że zwolenników partii pana prezesa Kaczyńskiego zacznie stopniowo ubywać. Zwłaszcza kiedy sejmowa większość PiS będzie zmuszona odrzucać podsyłane jej przez opozycję ustawy zawierające PiS – owskie obietnice wyborcze. W imię ocalenia jak najmniejszego deficytu budżetowego.

Walcząc z opozycyjną sforą lewacko – narodowo – patriotyczno – konfederacką, pan prezes Kaczyński nieraz zatęskni za poprzednią kadencją Sejmu i Senatu. Kiedy przed sobą miał tylko demokratyczno – liberalną opozycję z PO, która łatwo mógł tłuc narodowo – katolicką, medialną pałką.

Czarne dni dopiero przed nim. Jeśli zjednoczona opozycja wygra przyszłoroczne, wiosenne wybory prezydenckie, jednocząc się wzorem senackim, to wówczas pan prezes Kaczyński może rzeczywiście poczuć się wyskrobywanym.

Szpitale nie obchodzą posłów

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości podczas pierwszego posiedzenia Sejmu nie mieli ochoty słuchać o sprawach dla nich przykrych.

Kiedy na mównicy pojawiła się posłanka KO Katarzyna Skowrońska aby zreferować temat zamykanych szpitali powiatowych, deputowani PiS gremialnie opuścili salę obrad. Nie zawiodła natomiast Lewica.

Trwa dramat pacjentów w mniejszych miastach. Zamykane są kolejne placówki. Zamykane były oddziały w szpitalach w Wodzisławiu Śląskim, Opolu, Bielsko-Białej, Sanoku, Zakopanem, Cieszynie, Mrągowie czy Głubczycach. W niebezpieczeństwie znaleźli się najmłodsi mieszkańcy Barlinka – oddział dziecięcy został zawieszony do końca roku. Powodem są niedobory kadrowe. Lista deficytowych profesji jest długa: chirurdzy, interniści, anestezjolodzy czy pediatrzy.

Wczoraj, tuż po tym jak deputowani wybrali składy osobowe komisji stałych i sekretarzy Sejmu, głos zabrała posłanka Koalicji Obywatelskiej, Katarzyna Skowrońska, omawiając problem degrengolady służby zdrowia na przykładzie szpitali. Posłów PiS jej przemówienie nie interesowało, niemal wszyscy zrobili sobie czas wolny, ignorując zupełnie referat na temat zjawiska, do którego walnie przyczyniły się rządy ich ugrupowania.

Na sali pozostali natomiast członkowie i członkinie klubu Lewicy. Nowa przewodnicząca sejmowej komisji polityki społecznej, Magdalena Biejat podkreśliła, że to „z szacunku dla koleżanki, dla wyborców, do własnej pracy”.

– Wczoraj wszyscy, od prawa do lewa, zarzekali się, że ten Sejm będzie inny. Że będą pracować sumiennie i konstruktywnie. Mam nadzieję, że ta scena to dowód na to, że stare nawyki trudno jest wykorzenić, a nie na to, że wczorajsze obietnice kompletnie nic nie znaczyły – zaznaczyła posłanka Lewicy.

Macierewicz w szczytowej formie

Wyznaczenie przez prezydenta Dudę (choć zapewne stał za tym prezes PiS) Antoniego Macierewicza na Marszałka-Seniora Sejmu IX kadencji było sprytnym, a nawet nieco przewrotnym zabiegiem.

PAD, który de facto już prowadzi swą kampanię wyborczą, potrzebuje do zwycięstwa poparcia szerszego elektoratu aniżeli tylko prawicowy. Stąd na tle takiego polityka,jak były szef MON-radykalnego w swych poglądach, zwolennika szeregu teorii spiskowych itd. Andrzej Duda zaprezentował się w Sejmie jako „baranek” i zwolennik zasypywania głębokich podziałów politycznych. Niejeden mógł zapomnieć,iż firmował on ustawy jawnie naruszające Konstytucję RP, zwłaszcza dotyczące tzw. reformowania wymiaru sprawiedliwości. Naruszały one także standardy Rady Europy i Unii Europejskiej,co wkrótce ma potwierdzić luksemburski Trybunał Sprawiedliwości.

Macierewicz natomiast mnie NIE zawiódł.

Krótki wątek osobisty. Poznałem go przed wielu laty na seminariach dotyczących Ameryki Łacińskiej w Instytucie Historii PAN (na warszawskim Rynku Starego Miasta),na seminariach wybitnego historyka prof. Tadeusza Łepkowskiego (ojca znanej scenarzystki telewizyjnej). Pan Antoni, który miał już za sobą piękną kartę działalności w KOR-ze, zajmował się głównie Indianami z regionu andyjskiego ,zwłaszcza Keczua (stąd uczył się też ich języka). Nie znam szczegółów,ale bodaj uniemożliwiono mu otwarcie przewodu doktorskiego i (chyba) wyjazd na stypendium zagraniczne, co nie było oczywiście właściwie.

Po latach spotkaliśmy się w I kadencji demokratycznie wybranego Sejmu (1991-93), gdzie jako minister spraw wewnętrznych realizował kontrowersyjną i przygotowaną na łapu capu (m.in. z pomocą Janusza Korwina-Mikke) pierwszą uchwałę ws. tzw. dekomunizacji. Jej ofiarą stali się m.in. Lech Wałęsa i szef ówczesnej formacji Macierewicza (Akcji Katolickiej) ówczesny Marszałek Wiesław Chrzanowski.

Jako Marszałek-Senior Sejmu wytoczył najcięższe armaty.

Nie zachował się tak godnie, jak np. pełniący tę samą funkcję przed laty Aleksander Małachowski (broniący m.in. Józefa Oleksego niesłusznie pomawianego o szpiegostwo), czy przed czterema laty Kornel Morawiecki, były szef Solidarności Walczącej – spokojnie przedstawiający swe wątpliwości prawne. Macierewicz, który nie powitał ani jedynego dwukadencyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ani Rzecznika Praw Obywatelskich walił niemal na ślepo.

Zaatakował nade wszystko formułę Okrągłego Stołu, obrady którego (luty-kwiecień 1989r.),toczone między władzą i opozycją,przy udziale obserwatorów ze strony Kościoła, były ewenementem w skali nie tylko europejskiej oraz wkrótce potem (czerwiec tegoż roku) doprowadziły do częściowo wolnych wyborów. W mniemaniu byłego szefa MON (który nota bene rozwalił wojskowe służby specjalne,nie potrafił porządnie zreformować polskiej armii i tworzył kolejne kuriozalne spiskowe teorie zamachowe mające wyjaśnić katastrofę smoleńską) w Polsce nadal działa aktywnie agentura (sowiecka?) w administracji państwowej i w innych strukturach.

Główne zadanie Sejmu miałoby polegać na „zerwaniu z dziedzictwem komunistycznym”, na walce z gender i neomarksizmem?!

Szczególnie haniebne były słowa Macierewicza odnoszące się do gen. Jaruzelskiego i Wojska Polskiego. Ogłoszenie stanu wojennego (w ówcześnie obowiązującej konstytucji nie istniała kategoria „stan wyjątkowy”) było bowiem „mniejszym złem” – to pojęcie ukuł 500 lat temu Niccolo Machiavelli – niż np. dramatyczne skutki wkroczenia do naszego kraju jednostek Układu Warszawskiego. Wojsko Polskie przecież by wtedy walczyło (inaczej aniżeli było to na Węgrzech czy w Czechosłowacji), zaś liczba ofiar byłaby ogromna. Jaruzelski wziął na siebie wielką odpowiedzialność, przy czym szereg razy przepraszał za tę decyzję.Określanie zaś polskiej armii z tamtego czasu jako części radzieckich sił okupacyjnych,a jej dowódców jako „grupy przestępczej” nie zasługuje nawet na polemikę.

Antoni Macierewicz powoływał się też na Konstytucję RP, choć PiS wielokrotnie ją łamał i jeszcze częściej falandyzował.

Przywoływał m.in. jej art. 18,popełniając przy tym dość często spotykany błąd. Otóż, na co wiele razy zwracała uwagę prof. Łętowska, zawarte w nim sformułowanie, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze.
Przesadne są opinie, iż poseł Macierewicz swym wystąpieniem obniżył szanse obecnego prezydenta na reelekcję. Raz jeszcze widać tylko,iż ten polityk przez pół wieku działalności publicznej nie zmienił ani na jotę swych skrajnie prawicowych, często kuriozalnych, poglądów.

Lewica powróciła do parlamentu

Cześć i chwała autorom sukcesu.

Przez ostatnie cztery lata namiastką lewicowości w polskim parlamencie była niewielka grupa startujących z list Platformy Obywatelskiej posłów i senatorów o umiarkowanie lewicowych bądź centrolewicowych przekonaniach politycznych. W niedawno przeprowadzonych wyborach do Sejmu formacja lewicowa zdobyła 49 mandatów poselskich, uzyskując 12,56 proc. głosów – o prawie 1,5 punktu procentowego więcej od zsumowanego wyniku obu list lewicowych z 2015 roku, pomimo tego, że Zieloni oraz część ugrupowań i działaczy środowiska lewicowego przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej. Do Senatu lewica powróciła właściwie po czternastoletniej przerwie. Jedynym wyjątkiem był na przestrzeni niespełna roku Władysław Mańkut, który w 2006 roku wygrał wybory uzupełniające, pokonując przy kilkuprocentowej frekwencji wszystkich pozostałych kandydatów. Mamy dwóch senatorów – co szczególnie istotne, będących częścią koalicji większościowej w izbie wyższej. Prawu i Sprawiedliwości nie pomogła nawet determinacja oczekiwania na śmierć Kornela Morawieckiego. Gdyby Morawiecki zmarł o kilka godzin później (a może nawet o kilkadziesiąt minut później), PiS nie zdążyłby zarejestrować kolejnego kandydata w okręgu wyborczym nr 59, senatorem zostałaby osoba zgłoszona przez Polskie Stronnictwo Ludowe lub osoba zgłoszona przez Kukiz’15.
Słowa uznania należą się Włodzimierzowi Czarzastemu i jego współpracownikom. Po wystawieniu w wyborach prezydenckich tak fatalnego kandydata jak Magdalena Ogórek, bezpośrednio po zakończeniu się kampanii wyborczej, w znacznej części badań sondażowych notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej kształtowały się na poziomie 2 – 3 proc., w najkorzystniejszych sondażach oscylowały wokół pięcioprocentowego progu wyborczego. Pierwszy raz w dziejach III RP, mającej swe korzenie w okresie PRL-u lewicy groziło zejście ze sceny politycznej. Nowe władze SLD doprowadziły do systematycznego wzrostu poparcia partii, w pewnym momencie osiągającego w sondażach średnią wartość rzędu 7 – 8 proc., dopiero po powstaniu Koalicji Obywatelskiej część lewicowego elektoratu postanowiła wspomóc silniejszego przeciwnika rządzącego ugrupowania i wspomniana średnia wartość obniżyła się do 6 – 7 proc.
Słowa uznania należą się Robertowi Biedroniowi i jego współpracownikom. Utworzenie lewicowo-liberalnej partii Wiosna zmobilizowało część nieuczestniczących wcześniej w głosowaniach wyborców oraz pozwoliło na przejęcie pewnej grupy osób z elektoratu KO. Z różnych powodów nie wyglądało to najlepiej na początku – nowa partia często budowała swoje struktury terenowe nakłaniając do zmiany barw lokalnych aktywistów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosna przejęła oczywiście również część eseldowskiego elektoratu, obniżając średnie notowania sondażowe SLD poniżej progu wyborczego (4 – 5 proc.), czego konsekwencją podczas wyborów byłby wynik grubo poniżej możliwości formacji lewicowej, wskutek rozdzielenia się głosów wyborczych pomiędzy różne lewicowe listy. Później jednak notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęły się poprawiać, a utworzenie koalicji Lewica całkowicie zdezaktualizowało wspomniane wyżej zagrożenia.
Słowa uznania należą się kolektywnemu kierownictwu Lewicy Razem. We władzach tej partii zaczął od pewnego momentu narastać zdroworozsądkowy pragmatyzm. Lewica Razem uzmysłowiła sobie ostatecznie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie jest w stanie funkcjonować na polskiej scenie politycznej jako samodzielna siła. Uzmysłowiła sobie również, iż atakowanie najsilniejszego ugrupowania lewicowego w naszym kraju (niezależnie od słuszności krytyki niektórych posunięć SLD w przeszłości) nie było najlepszym pomysłem na budowanie własnej popularności, a największym i wspólnym przeciwnikiem jest prawica. Myślę, że wpływ na zmianę podejścia władz Lewicy Razem, partii powszechnie znanej z ideowości jej działaczy, mogła mieć stopniowo nasilająca się współpraca różnych organizacji lewicowych podczas skierowanych przeciwko obecnemu obozowi władzy akcji politycznych, co zapewne pozwoliło członkom Lewicy Razem na nabranie przekonania o autentycznej lewicowości zdecydowanej większości członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Szkoda tylko, iż na listach wyborczych do Sejmu nie znaleźli się niektórzy popularni politycy związani z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Interpretacja tego faktu wydaje się oczywista. W zdecydowanej większości okręgów Lewica miała realne szanse uzyskania 1 – 2 mandatów. Rozdzielenie się głosów wyborców SLD na kilku znanych kandydatów zmniejszyłoby ilość posłów reprezentujących tę partię. Zasadniczo jednak najistotniejszy powinien być wynik listy. W okręgu wyborczym Siedlce do kolejnego mandatu poselskiego zabrakło nam 0,18 punktu procentowego (posłem zostałaby Dorota Olko zamiast Macieja Górskiego z PiS), w okręgu wyborczym Warszawa I zabrakło 0,13 punktu procentowego (Anna Tarczyńska zamiast Małgorzaty Gosiewskiej z PiS), w okręgu wyborczym Gdańsk zabrakło 0,30 (0,23 przy założeniu przejęcia części elektoratu Koalicji Obywatelskiej) punktu procentowego (Jolanta Banach zamiast Jerzego Borowczaka z KO). Z drugiej strony, trudno oczekiwać od władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadprzyrodzonego daru przewidywania, na których listach warto było umieścić dodatkowo osobę formatu na przykład profesora Tadeusza Iwińskiego.
Gdyby w 2015 roku Zjednoczona Lewica nie zarejestrowała się jako koalicja, podwyższając sobie próg wyborczy do ośmiu procent, miałaby 29 posłów, w tym 23 związanych z SLD. Jedenaście spośród tych dwudziestu trzech osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Lewicy (Sekuła-Szmajdzińska, Dyduch, Gawkowski, Wontor, Senyszyn, Czarzasty, Szejna, Tomaszewski, Ajchler, Kretkowska, Wieczorek), dwie inne przed kilkoma miesiącami zostały europarlamentarzystami Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Miller, Balt). Pięć kolejnych spośród wspomnianych dwudziestu dziewięciu osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Koalicji Obywatelskiej (Tracz, Haidar, Joński, Nowacka, Piekarska).
Obecny elektorat Lewicy nie jest w całości lewicowy, częściowo jest lewicowo-liberalny. Wśród wyborców poniżej 30. roku życia obserwujemy olbrzymią nadreprezentację głosujących na koalicję lewicową, w kolejnych przedziałach wiekowych odsetek głosujących na to ugrupowanie systematycznie się obniża. Partie lewicowe tradycyjnie miały największe poparcie w miastach od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, poparcie dla koalicji lewicowej rośnie w miarę zwiększania się populacji miejsc zamieszkania wyborców, osiągając najwyższe wartości w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców. Lewica uzyskała poparcie poniżej średniej ogólnokrajowej w tak zazwyczaj lewicowych okręgach wyborczych jak Wałbrzych i Elbląg. Odsetek robotników głosujących na koalicję lewicową był prawie dwukrotnie niższy od średniej ogólnokrajowej.
Pod względem odsetka wyborców głosujących na zwycięskie ugrupowanie, Prawo i Sprawiedliwość ustanawiało rekordy III RP w wyborach do sejmików, do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, w tych ostatnich uzyskując 43,59 proc. głosów, o sześć punktów procentowych więcej, niż w roku 2015. Sytuacja PiS-u w Sejmie nie wygląda jednak tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Nie ma już rezerwuaru pod postacią wybranych z list Kukiza’15 czterdziestu dwóch posłów, których część można było zawsze pozyskać w celu poszerzenia sejmowej większości. Ponieważ tym razem lewica i skrajna prawica przekroczyły próg wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów, dokładnie tyle, co poprzednio. To oczywiście większość bezwzględna, ale wynikająca w dużym stopniu ze specyfiki systemu przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie. Przy zastosowaniu wielu innych systemów antypisowska opozycja uzyskałaby bezwzględną lub względną większość. Wystawiająca, z przyczyn taktycznych, trzy listy opozycja antypisowska zdobyła w sumie 48,51 proc. głosów, o prawie pięć punktów procentowych więcej od PiS-u. Większości sejmowe w III RP miały z reguły poparcie poniżej 50 procent głosujących, niekiedy nawet poniżej 40 procent, ale nigdy partie tworzące większość sejmową nie przegrywały pod tym względem ze współpracującą ze sobą podczas wyborów częścią opozycji. Zdecydowanie lepiej, niż przed czterema laty, wypadło w dodatku Porozumienie, partia Jarosława Gowina, którą reprezentować będzie 18 posłów. Nie twierdzę, rzecz jasna, że poniższa koalicja mogłaby powstać, ale jeśli zsumujemy mandaty poselskie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej, Mniejszości Niemieckiej i Porozumienia, otrzymamy wartość 232 – większość bezwzględną. Kaczyński i Gowin na pewno też już to obliczyli.

Dzień pierwszy

Nowy Sejm RP rozpoczął swą pracę. Jego pierwsze posiedzenie pokazało, że będzie to Sejm rozgadany, ideologiczny i wielce rozpolitykowany. I pełen też cynicznych, wystudiowanych deklaracji.

A także Sejm nieustających celebracji politycznych i permanentnych kampanii wyborczych. Nieprzypadkowo inaugurację Sejmu zręcznie wykorzystał pan prezydent Andrzej Duda do rozpoczęcia swej kampanii wyborczej.Zaprezentował się jako prezydent wszystkich Polaków. Polityk multi kulturalny. Sługa całego narodu. Obrońca Konstytucji III Rzeczpospolitej. Gołąbek pokoju.
I pewnie gdybyśmy nie znali jego wcześniejszej czteroletniej działalności, przysłowiowej już służalczości wobec pana prezesa, to zapewne uleglibyśmy urokowi jego przemiłych słów. Wzięli go za szczerego, zdeklarowanego demokratę.Lewaka czasami nawet.
Jeśli publiczne deklaracje pana prezydenta Dudy można potraktować jako błyszczący awers polityki obozu kaczystowskiego, lep na niezdecydowanych wyborców, to pan marszałek senior Antoni Macierewicz pokazał rewers kaczyzmu. Jego mroczną stronę.
Tu mieliśmy jednoznaczny przekaz skierowany do pancernego elektoratu PiS. Wierzącego nadal w zamach smoleński, przekonanego o konieczności dokończenia rozprawy z „ciemną spuścizną komunizmu”.
Czy wzywając do rozprawy z „ciemną stroną komunizmu” pan marszałek senior myślał wtedy o panu prokuratorze stanu wojennego, byłym pośle PiS Stanisławie Piotrowiczu, proponowanym przez pana prezesa Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego?
Tego się pewnie nie dowiemy. Dlatego przysłuchując się obradom tego Sejmu pamiętajmy zawsze o krytycznym odbiorze prezentowanych tam słowotoków.
Zbyt często polscy parlamentarzyści ulegają komercyjnym mediom i wskakują w kapcie politycznych celerytów. Mówią pod przewidywane, wysondażowane gusta wyborców, prześcigają się w schlebianiu nam. Słowami, niczym lukrem, przykrywają swe działania.
Lewica wracała do parlamentu przekonując, że „inna polityka jest możliwa”.
Na razie uniknęła błędu podziału na klub i separatystyczne koło poselskie. Sprawnie wybrała władze Klubu Parlamentarnego odzwierciedlające jego różnorodność partyjną i pokoleniową. Korzysta z zainteresowania i przychylności wszystkich mediów.
„Trybuna” będzie obserwować i wspierać naszych, lewicowych przedstawicieli w Sejmie, Senacie i Parlamencie Europejskim też.
Chcemy rzetelnie prezentować ich pracę. Rzetelnie, czyli solidnie, lecz nie bezkrytycznie.
Oczekujemy, iż lewicowi parlamentarzyści dowiodą, że nowa, lewicowa polityka będzie możliwa w tym parlamencie. I komercyjnym otoczeniu medialny.
Wierzymy, że lewica wróciła do parlamentu tym razem już na stałe.
By zmienić rzeczywistość tej ziemi.

Pokonać PiS programem Lewicy

Nawet ci lewicowcy, którzy nie utożsamiają się z żadną z trzech partii z koalicji Lewicy, muszą przyznać, że sytuacja, w której w parlamencie brakuje choćby tej umiarkowanej lewicy i najbardziej podstawowych elementów dyskursu lewicowego, jest szkodliwa. Taka sytuacja utrwala nieznośną, toksyczną dominację prawicy która promieniuje na wszystkie dziedziny życia w kraju. Potrzebujemy w parlamencie lewicy jak świeżego powietrza. Gratulujemy nowym posłankom i posłom lewicy, ale śpieszymy przypomnieć, że obecnie przed lewicą stoją zadania znacznie trudniejsze niż zdobycie miejsc w parlamencie.

Piotr Szumlewicz w swoim bardzo trafnie zatytułowanym artykule „Jak odbić PiS-owi klasę robotniczą?” zwraca uwagę na szalenie niebezpieczne zjawisko. Otóż z badań przeprowadzonych przez pracownię IBRIS wynika, że spośród wszystkich partii jakie weszły do parlamentu, Lewicy przypadł najmniejszy odsetek głosów robotników – 6,9 proc. Jest to nie tylko mniej niż w przypadku PiS-u – 57,9% ale także mniej niż w przypadku neoliberalnej Koalicji Obywatelskiej – 16,7%, wiejskiego PSL – 9,9% a nawet otwarcie antypracowniczej, korwinowskiej Konfederacji – 7,4%! Dane te obrazują historyczny kryzys polskiej lewicy w znacznie większym stopniu niż pozostawanie poza parlamentem przez cztery lata czy niezbyt wysoki wynik w ostatnich wyborach. Jeśli lewicy nie uda się przedostać do świadomości klasy robotniczej jako formacja robotnicza, to w dłuższej perspektywie czeka ją polityczna śmierć.

Wynik wyborów parlamentarnych w 2015 roku, cztery lata rządów PiS, doświadczenie parlamentu w którym brakowało partii choćby z nazwy lewicowej, potem ważne reformy socjalne PiS-u i ostatnio masowy zwrot warstw ludowych ku prawicy, postawiły polską lewicę w bardzo trudnej sytuacji. PiS-owi skutecznie udało się zastąpić lewicę w kwestiach społecznych i gospodarczych i przejąć tradycyjny elektorat lewicy, który wcześniej został zlekceważony i oszukany przez inne partie. W 2015 roku partia Kaczyńskiego była jedyną spośród głównych partii, która w kampanii podnosiła problem nędzy, niesprawiedliwości społecznej, wyzysku, patologii na rynku pracy, arogancji banków i korporacji i tego wszystkiego co sprawia, że dla wielu Polaków hasło „Polska w ruinie” było odzwierciedleniem ich osobistych doświadczeń.

Prawo i Sprawiedliwość swój sukces wyborczy zawdzięcza nie tylko religijnym fanatykom, tak zwanym „moherom” i „prawicowym oszołomom” z „sekty smoleńskiej”. PiS wygrywa dzięki nagromadzonej frustracji tysięcy Polaków, którzy nie odczuwają dobrodziejstw sukcesu gospodarczego Polski ostatnich trzydziestu lat. I choć wiemy, że w dużym stopniu był to element kampanii wyborczej, to musimy zauważyć, że po wyborach dotrzymali słowa w najważniejszych kwestiach: cofnęli haniebną ustawę PO wydłużającą wiek emerytalny i wprowadzili system zasiłków, który ułatwił milionom Polaków codzienne życie. PiS trwale zapisał się w świadomości klasy robotniczej jako ta partia, która – nawet jeśli też kradnie i oszukuje – to przynajmniej pamięta o najbiedniejszych. I co najważniejsze, jako partia, która spełnia swoje socjalne obietnice.

Opozycja, której główną twarzą jest Platforma Obywatelska, postrzegana jest wśród mniej zamożnych Polaków jako ta siła, która chce cofnąć te ważne reformy. Wizerunek ten utrwalają chętnie media publiczne, wulgarnie upartyjnione przez PiS. Ale także sami politycy PO wzmacniają to wrażenie swoimi wypowiedziami. Do tego swoją rolę odgrywa tu sympatyzująca z PO społeczność internetowa, która w swojej twórczości satyrycznej nierzadko przedstawia wszystkich wyborców PiS jako roszczeniowych, rozpitych i leniwych dzieciorobów. Problem właśnie w tym, że elity polityczne RP od trzydziestu lat w taki właśnie sposób mówią o mniej zamożnych. Głosy oddane na PiS były protestem przeciwko takiemu traktowaniu ludzi – zarówno w 2015 roku jak i teraz.
PiS potrafi mówić o ludziach pracy, o mniej zamożnych i gorzej wykształconych z szacunkiem a nie z pogardą i to zostało dostrzeżone. Te warstwy traktują PiS jako „swoją” partię, partię najbliższą im samym. Od dziesięcioleci na całym świecie taka rola przypadała partiom lewicy. Ale już nie w dzisiejszej Polsce. W Polsce klasa robotnicza, czyli większość społeczeństwa, przestała potrzebować lewicy – bo ma PiS.

Co gorsza, polska klasa robotnicza nie widzi różnicy między PO a lewicą. Lewica (zarówno przez małe jak i duże „L”) w świadomości ludowej funkcjonuje dziś jako jedna z frakcji związanych z PO. Często słowo „lewica” jest po prostu określeniem na PO i jej satelity, na zamożnych hipsterów z Warszawy i tych, którzy organizują parady gejów ale nie interesują się życiem prostych ludzi z prowincji. Lewica nie oznacza już tej siły, która reprezentuje warstwy społecznie wykluczone.

Na Lewicę w ostatnich wyborach głosowali ludzie, którzy są zwolennikami swobód obyczajowych i obrony praw mniejszości. Oczywiście to bardzo dobrze, że lewica jest szermierzem praw gejów i lesbijek. Wybitna polska socjalistka Róża Luksemburg pisała, że obowiązkiem socjaldemokraty jest bronić Żydów. Nie ma wątpliwości, że we współczesnej Polsce tymi „Żydami” są mniejszości seksualne, imigranci i uchodźcy. Wszystkie polskie partie poza lewicą albo ich zwalczają, albo traktują instrumentalnie przed wyborami. To bardzo ważne, by lewica nadal broniła wszystkich prześladowanych, poniżanych, atakowanych za preferencje seksualne, kolor skóry, płeć czy wyznanie. Lewica nigdy nie może porzucić obowiązku bycia trybunem ludowym i przewodzenia oporowi wobec wszelkiej opresji i dyskryminacji.

Ale zadanie to będzie łatwiejsze gdy uda nam się przekonać masy robotnicze do tej samej postawy. Tak samo jak partii Kaczyńskiego udało się zaszczepić wśród swoich wyborców niechęć do LGBT, uchodźców, imigrantów, muzułmanów, Ukraińców, feministek a nawet Żydów mających czelność przypominać o polskich pogromach antysemickich. Większość Polaków prawdopodobnie nie ma nic przeciwko gejom i imigrantom i nawet ich nigdy w życiu nie widzieli. Ale bez oporu przyjęli te fobie gdy zostały wyartykułowane przez „ich własną” partię. Gdyby kilkanaście lat temu rządząca lewica dała ludziom te same reformy, które ostatnio dał PiS, to dzisiaj nie mielibyśmy w polityce tej szowinistycznej, autorytarnej, nacjonalistycznej i antydemokratycznej patologii jaką prawica przywlekła w pakiecie z ważnymi reformami socjalnymi. I lewica nadal by się cieszyła poparciem swoich naturalnych wyborców.

Dla lewicy odzyskanie masowego zaufania i zdobycie poparcia robotników nie będzie teraz łatwe. Publiczne media robią co mogą by przedstawić lewicę jako tę siłę, która zajmuje się wyłącznie aborcją i paradami równości. Kandydaci Lewicy, szczególnie ci z Razem, wielokrotnie podnosili przed wyborami kwestie praw pracowniczych, umów śmieciowych, niskich płac i od dawna zajmują się tymi sprawami, na przykład uczestnicząc w protestach nauczycieli, pielęgniarek, pracowników służby zdrowia. Pisowskie media nigdy o tym nie wspominają, bo wolą kreować obraz lewicy, która lekceważy te problemy. Dopóki media publiczne są pod ich kontrolą, nie należy oczekiwać, że to się zmieni. Lewica jest potencjalnie jedyną siłą, która ma szansę odebrać PiS-owi poparcie robotników i tym samym odebrać władzę. Pod warunkiem, że głośno, jasno i odważnie wyartykułuje swój socjalny program. Miejmy nadzieję, że pomoże w tym trybuna sejmowa.
Nowo wybrani posłowie Lewicy zapowiadają, że jedną z pierwszych propozycji ustaw jakie przedstawią parlamentowi, będzie ustawa o związkach partnerskich. Należy stwierdzić, że ten wybór jest niefortunny. Oczywiście, jako lewica, jesteśmy głównymi orędownikami prawnego uregulowania statusu par jednopłciowych a konkretnie przyznania tym parom takich samych praw jakie mają pary heteroseksualne. Ale przy obecnym układzie sił w parlamencie, powodzenie przegłosowania takiej ustawy jest bardzo wątpliwe. Projekt natychmiast przepadnie w pisowskiej rutynie głosowania według klubowej dyscypliny. Wysunięcie takiej propozycji jako jednej z pierwszych pomoże natomiast pisowskiej machinie propagandowej w utrwalaniu obrazu lewicy jako siły zajmującej się wyłącznie kwestiami obyczajowymi. A nam chodzi przecież o odzyskanie klasy robotniczej.

Dużo lepszym rozwiązaniem może być przedstawienie i nagłośnienie pakietu postępowych reform socjalnych, w tym podniesienia płacy minimalnej, rozszerzenia zasiłków, rozszerzenia praw pracowniczych, skrócenia tygodniowego czasu pracy, zwiększenia nakładów na służbę zdrowia, itp. Tego typu projekt będzie bezpośrednim ciosem w rządową propagandę o tym, że tylko PiS dba o klasę robotniczą. Co więcej, będzie im dużo trudniej zlekceważyć i odrzucić taki projekt, bo dotyczy on bezpośrednio najszerszych grup elektoratu PiS. Nie znaczy to, że kwestię związków partnerskich należy porzucać. Chodzi jedynie o kolejność przedstawienia tych projektów.

Swój kryzys lewica przeżywa nie tylko w Polsce. Podobnie jest w innych krajach i także tam lewica musi się mierzyć z tym problemem. Ostatnio związane jest to z masowym wzrostem znaczenia ruchów i partii populistycznych. W wielu krajach popularnością cieszą się partie, które wabią socjalnymi postulatami a jednocześnie straszą imigrantami, uchodźcami lub zagranicznym centrum rzekomo kontrolującym ich kraj. Dla przykładu w Wielkiej Brytanii bieżącą politykę zdominował chaos związany z brexitem.

Kwestia wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej podzieliła cały kraj, w tym partie polityczne, na różne, sztuczne stronnictwa polityczne. Tradycyjny i wyraźny podział istniejący między klasą robotniczą a burżuazją (nazywaną w Wielkiej Brytanii „middle class”), którego najważniejszym odbiciem w życiu politycznym był podział na Partię Pracy i Partię Konserwatywną, w ostatnich latach się zatarł a znaczenia nabrał nowy podział: między zwolennikami „wyjścia” i „pozostania”. A do tego, w ramach tych obozów wytworzyły się dodatkowe frakcje. Doprowadziło to do historycznego kryzysu dwie główne partie brytyjskiej polityki.

Konserwatyści, którzy czuli się na tyle zagrożeni przez partię Ukip, że zgodzili się na referendum brexitowe, teraz na tyle obawiają się nowej partii Nigela Farage’a (Brexit Party), że nowe kierownictwo Konserwatystów w całości przeszło na pozycje prawicowego populizmu i twardego brexitu, a doły partyjne zdają się podzielać ten kierunek.

W przypadku Partii Pracy problem ten jest jeszcze bardziej toksyczny i niszczący. Za brexitem głosowały najważniejsze robotnicze centra kraju, tradycyjnie oddane Partii Pracy. Mowa tu między innymi o północy Anglii i walijskim okręgu post-górniczym Valleys w pobliżu Cardiff. Ludzie ci oczekują, że Partia Pracy ich nie oszuka i uszanuje wynik referendum. Z drugiej strony, większość członkiń i członków partii a także zwolennicy z Londynu i południowej Anglii, są przeciwko brexitowi, widzą w nim przejaw narastającego rasizmu i demagogii nacjonalistów i oczekują, że partia stanowczo opowie się przeciwko temu „brexitowemu szaleństwu”. Problem w tym, że jeśli partia się jasno opowie po jednej stronie, utraci poparcie tej drugiej. Na to czekają i liczą z jednej strony populiści z Brexit Party a z drugiej strony, stuprocentowo, otwarcie anty-brexitowi Liberalni Demokraci.

Na szczęście rozumie to kierownictwo Partii Pracy, które na pierwszym miejscu stawia program w interesie klasy robotniczej, wkraczając na ten teren, na którym ani Konserwatyści ani nacjonaliści Farage’a nie mogą się czuć pewnie. Innymi słowy, pokonują prawicę klasowym programem lewicowym, który jest najlepszym klinem jaki można podłożyć pod koła prawicowo-populistycznej lokomotywy, której udało się w ostatnim czasie zjednać miliony robotników nacjonalistycznymi i rasistowskimi fake newsami.

Partia Pracy, zamiast się angażować w dyskusje nad brexitem, stawiać tę sprawę na pierwszym miejscu i potencjalnie brnąć w wyniszczające wewnętrzne kłótnie na tym polu, wysuwa program, który musi przypaść do gustu wszystkim robotnikom, program biegnący w poprzek nowego, sztucznego podziału na brexitowców i zwolenników pozostania.

Rozpoczętą właśnie kampanię wyborczą, Partia Pracy przywitała programem jak z najlepszych lat swojej historii: podniesienie krajowej płacy minimalnej do przyzwoitego poziomu, renacjonalizację brytyjskich kolei, zniesienie opłat za studia i zwiększenie poziomu stypendiów, likwidację prowadzonej przez Konserwatystów anty-reformy systemu zasiłków socjalnych, zwiększenie nakładów na budownictwo socjalne i na służbę zdrowia, uszczelnienie systemu podatkowego i powstrzymanie procederu unikania płacenia podatków przez korporacje czy wreszcie wynegocjowanie takiej umowy brexitowej, na której nie stracą ci „na dole”. Są to takie postulaty na temat których na co dzień pewni siebie Farage i Johnson wolą milczeć ale jednocześnie są to kwestie uznawane przez klasę robotniczą za ważniejsze nawet niż brexit. To jedyny grunt na jakim Partia Pracy może trwale pokonać prawicę. Innymi słowy, Partia Pracy wierzy, że lewica ma szansę na przetrwanie tylko dzięki pozostawaniu na pozycjach lewicowych. Polska lewica powinna przyjąć tę samą wizję, bo jedyny grunt na jakim polska lewica może pokonać PiS to grunt socjalny.

Odbudowa lewicy w Polsce jest oczywiście bardzo trudnym zadaniem. Trudności te mają wiele przyczyn – od historycznej kompromitacji słowa lewica na salonach władzy III RP, poprzez duże wpływy Kościoła w Polsce i popularność reakcyjnych ideologii burżuazyjnych, po sytuację międzynarodową, która w pewnym sensie sprzyja prawicowym demagogom. Z całą pewnością jednak główna energia lewicy skierowana powinna być na odzyskanie poparcia ludzi, którzy w nadziei na reformy socjalne głosowali na PiS.

Trwale odbudować Lewicę można nie tylko z trybuny sejmowej lecz przede wszystkim w toku zaangażowania w codzienne walki pracownicze i społeczne. Lewica powinna stać w pierwszym szeregu walk o poprawę warunków pracy, wyższe płace, poprawę systemu opieki społecznej i oczywiście podczas działań w obronie dyskryminowanych. Prawdziwa polityka jest w zakładach pracy, w zakładowych komisjach związkowych, w stowarzyszeniach walczących o prawa lokatorów, w grupach ekologicznych, feministycznych czy antyrasistowskich.

Na szczęście część działaczek i działaczy, którzy właśnie weszli do Sejmu z list Lewicy ma na tym polu doświadczenie. Jest więc nadzieja, że mandaty poselskie będą dla nich sposobem na rozszerzenie tej polityki i nadanie jej rozgłosu. Gdy mówimy o pokonaniu PiS-u, mamy na myśli znacznie więcej niż pokonanie tej partii w wyborach. Chodzi o trwałe, historyczne zdobycie serc mas ludowych dla idei lewicowych. Lewica może tego dokonać wyłącznie za pomocą programu lewicowego.

WK-K Ważny tunajt

Piszą w prasie, że dziś. tj. w niedzielę, w Wierzchosławicach, odbędzie się uroczyste posiedzenie Rady Naczelnej PSL. Mniej więcej rok temu, w siedzibie Superstacji, którą Zygmunt Solorz rozpędził na cztery wiatry, siedziałem na kanapie obok Władysława Kosiniak-Kamysza. Czekał akurat na rozmowę z red. Michalik. Ani po mnie, ani po niej nie ma w Superstacji śladu, a Władysław Kosiniak-Kamysz wciąż jest.

Pamiętam, że przeglądałem wtedy gazetę. Na pierwszej stronie była informacja o tym, że prezydent zaprasza do Pałacu Namiestnikowskiego polityków na narady. Chyba na temat, pożal się boże referendum, które miał zamiar rozpisać na 11 listopada. Zapytałem szefa ludowców, czy On i jego ludzie też są zaproszeni do Pałacu. Nic na ten temat nie wiedział i nie wybierał się. Zamierzał jechać w tym czasie do Wierzchosławic. Gadaliśmy też chwilę o piłce i o sporcie. Pamiętam, że mowa była o krakowskich drużynach, Wisły i Cracovii. Władysław Kosiniak-Kamysz zaskoczył mnie wówczas pozytywnie swoją aktualną wiedzą w temacie. Niestety, nie zdążyliśmy pogadać dłużej, bo chwilę później w obroty wzięła go red. Michalik. Pamiętam, że to była bardzo nieprzyjemna dla ucha rozmowa. Red. Michalik chciała wycisnąć na siłę z Kosiniak-Kamysza deklaracje o ludowców programowej antypisowości, potępieniu zmian w sądownictwie etc. ale robiła to z wdziękiem młockarni. Biedny chłopina jednak nie wstał od stołu i grzecznie parował ciosy. No właśnie, pomyślałem sobie wtedy, to jest taki grzeczny chłopak. Ułożony, trzymający się prosto. Czasem, aż za bardzo, jakby połknął bambusowy kij. A jesteśmy w końcu w jednym wieku. Dobrze wychowany i gładki, że na prezydenta aż za porządny. Zjedzą go w tym Pałacu te wszystkie harpie. Ale z drugiej strony, pomyślałem, może właśnie o to chodzi. Ja wolę kogoś bardziej czupurnego, ale naród lubuje się, przynajmniej w warstwie wizualno-poznawczej, w chłopiętach-patrz obecny prezydent. Być może właśnie z tego powodu Władysław Kosiniak-Kamysz ma rzeczywiście spore szanse na to, żeby z Andrzejem Dudą wygrać, bo obydwaj tacy podobni. O pomyłkę nie trudno.
Politycznie, z Kosiniak-Kamyszem też mam kłopot. Bo choć, jak sam podkreśla, od obecnego prezydenta różni go wiele, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednakowoż różnic między obydwoma panami byłoby mniej, niż może im samym się wydawać. Władysław Kosiniak-Kamysz jawi się jako polityk, na którego patrzy się jak przez fotograficzną kliszę. Obraz jest mocno nieostry i rozmyty. Jego ostatnie wybory trochę tę obłość ociosują; mało kto przypuszczał, że w wyborach PSL osiągnie tak dobry wynik. Do tego małżeństwo z rozsądku z Kukizem, które dało więcej korzyści Kosiniakowi niż Kukizowi; uwiarygodniło od nowa PSL w miastach, co znowu nie było takie trudne, kiedy startuje się z poziomu minus pięćset.
Coraz głośniej też można usłyszeć na mieście, że w wyścigu do dużego Pałacu wsparcia Kosiniak-Kamyszowi udzielić zdecyduje się dam Donald Tusk. I, moim zdaniem, jest to bardziej niż prawdopodobne. Tusk nie zaangażuje się w sprawy, w których nie ma pewności, że wygra, czemu się wcale nie dziwię. Też tak mam niestety, że widmo porażki paraliżuje mnie w blokach. Wolę wtedy stanąć obok, niż zmierzyć się ze swoimi demonami. Jest to sprawa dla terapeuty. Podobno dobry fachowiec potrafi sobie z tym poradzić.
Biorąc pod uwagę te wszystkie zmienne: podobieństwo mentalne i fizyczne do PAD, szeroki lej programowy, w którym może się zmieścić wiele dobrego i złego, poparcie opozycji na czele z Tuskiem, rację może mieć Bogdan Zdrojewski, który stwierdził niedawno, że z prezydentem Dudą można będzie w tych wyborach wygrać. Jeśli Tusk nie zdecyduje się na start, Kosiniak-Kamysz wydaje się jedynym możliwym, który byłby w stanie tego dokonać.
Jarek Ważny

Selfie w Sejmie

W różnych, zazwyczaj udostępnianymi w sieciach społecznościowych, wypowiedziach, można wyczuć rozdrażnienie części elektoratu lewicy parlamentarnej.

Ludzie zaczynają sarkać na selfiki swoich wybrańców w Sejmie z bardziej lub mniej (zazwyczaj mniej) mądrymi komentarzami, wścieka ich zajmowanie się przez posłów samymi sobą. Co ważniejsze, krytycznie odnoszą się do najnowszych pomysłów inicjatyw legislacyjnych: że zaczynają od tych nie najbardziej, w mniemaniu krytyków, ważnych. Oczekują, no, może nie rewolucyjnej, ale konkretnie lewicowej retoryki i takiegoż sposobu spoglądania na świat. Niedawno Jerzy Urban, dość dosadnie, czyli w swoim stylu, zrecenzował pierwsze przejawy aktywności lewicowych wybrańców.
„W TVN24 wpierw pokazano Kaczyńskiego zwycięzcę, który się martwił, że za mało ugrał. Później zaś skaczącą z radości Lewicę, jedyną formację, która dokonała publicznej demaskacji swoich dążeń. Nie martwiła się o los kraju (…) Przywódcy śmiali się, skakali i ściskali miłośnie bo ich cel został osiągnięty – wejdą do Sejmu, pokażą się w telewizjach, będą gadać i zachwycać się sobą. Dowiedziałem się, idiota o co naprawdę chodzi lewicy – o siebie” – napisał Urban w felietonie w tygodniku NIE.
Można wydziwiać na Urbana, podnosić, że jego lewicowość już dawno ma neoliberalny odcień, a sam on materialnie i mentalnie należy do liberalnego nurtu polskiego życia politycznego. Pewnie prawda, poza drobiazgiem, że jego mózg i polityczny instynkt wciąż działają bez pudła, zatem obserwacji i wniosków starego dziennikarza nie radziłbym lekceważyć.
Doświadczony poseł kilku kadencji, gdy zapytałem o jego ocenę powyższych zjawisk, wykazał daleko idącą wyrozumiałość. Uważa on, że to bardzo ludzkie, że nowo wybrani posłowie chcą się pokazać znajomym, wywalić symbolicznie język swoim wrogom, pochwalić się cioci i wujkowi, którzy do tej pory na każdej Wigilii podkpiwali z nieudacznika, co to polityką się zajmuje i „co z tego ma”, a teraz dzwonią i mówią, że widzieli w telewizji. W parlamencie personel mówi „dzień dobry panie pośle” pomaga w najprostszych sprawach, ułatwia życie… Trzeba to przeżyć, uważa poseł, dać im czas, by ochłonęli, a woda sodowa, co strzeliła do głów, miała czas opaść. Kiedy powstaną parlamentarne struktury, kiedy trzeba będzie wziąć się do roboty, często żmudnej i niewidocznej, wtedy zobaczymy ile są naprawdę warci.
Oba stanowiska – Urbana i doświadczonego posła – są w gruncie rzeczy próbą odpowiedzi na fundamentalne pytanie: z czego są zrobieni posłowie lewicy? Z gówna czy z metalu?
Czy w parlamencie rozmienią się na drobne intryżki i polityczne geszefciki, doraźne sojusze i reakcje na pojawiające się aktualne problemy, czy też, jak słusznie poddaje Jerzy Urban, będzie im chodzić o coś więcej? Stary świat zdycha, a odpowiedzi na podstawowe pytania powstałe po jego rozpadzie nikt z obecnych polityków nie udziela. Może dlatego, że nie są organicznie zdolni do postrzegania rzeczywistości dalej niż na jedną kadencję do przodu, a może po prostu są ograniczeni w ogóle. Akurat od polityków lewicy powinniśmy oczekiwać i żądać, by szukali najważniejszych odpowiedzi. Przygotowywali scenariusze i możliwe wyjścia z różnych sytuacji. Patrzyli daleko, byli odpowiedzialni i mądrzy.
Jeżeli to nadmierne wymagania, to idźcie do diabła.

 

Do roboty!

Wiem jak to jest debiutować w Sejmie RP. Już samo wnętrze jego gmachu, znane do tej pory jedynie z telewizji, może nastrajać metafizycznie.
To przecież „Sanktuarium demokracji”, jak mawiały moje katolickie, prawicowe koleżanki.
Koleżanki z „zakładu pracy chronionej”, jak mawiali moi zgryźliwi, lewicowi koledzy.
Lewica wróciła do parlamentu. Dzięki mozolnej, systematycznej pracy jej aktywistów politycznych i dzięki lewicowych Wyborców.
Wróciła, bo potrafiła się zjednoczyć. To zjednoczenie zostało „nagrodzone” przez Wyborców. To oni ufundowali 51 czteroletnich stypendiów politycznych dla swoich wybrańców.
Sejm i Senat jeszcze nie zebrały się. Ale pierwsze dwa tygodnie powyborcze były okresem intensywnych działań politycznych. Na scenie politycznej zaistniały wszystkie przyszłe parlamentarne ugrupowania.
Poza lewicą.
Bo przyszli parlamentarzyści lewicy nadal nie zdecydowali czy będą zjednoczeni w przyszłym parlamencie, czy będą tam podzieleni.
Dlatego też nie mogą jeszcze przemówić w imieniu lewicy. Czy będą mogli?
Dwie, a może i trzy lewice, w Sejmie to najlepszy sposób na polityczne samo zmarginalizowanie się. To dobry początek na jedno kadencyjną przygodę parlamentarną.
To także lekceważenia lewicowych Wyborców.
Warto przypomnieć nowo wybranym, że dostali te swoje stypendia polityczne, bo głosowali na nich zjednoczeni, lewicowi Wyborcy.
Każdy z nich dostał głosy elektoratu SLD, Wiosny i Partii Razem. Za to, że zdecydowali się być razem.
Wiem jak to jest debiutować w Sejmie RP. Już samo wnętrze jego gmachu, znane do tej pory jedynie z telewizji, może nastrajać metafizycznie.
Ale czas biegnie i wasi Wyborcy oczekują waszej aktywności politycznej i parlamentarnej.
Redakcja „Trybuny” i inne lewicowe media deklarują pomoc lewicowym parlamentarzystom.
Będziemy was wspierać, ale też krytykować, jeśli na to zasłużycie.
Zatem bierzmy się do roboty!

Krajobraz po bitwie

Przeżyliśmy kampanię wyborczą i znacznie spokojniej, chociaż w ukrywanym emocjonalnym napięciu, same wybory. Pamięć mam słabą, ale długą. I – szczerze mówiąc – nie pamiętam rezultatu wyborów parlamentarnych, który formalnie może być uznawany za sukces rządzącego ugrupowania, ale jednocześnie grozić mu poważnymi kłopotami.

Po tych wyborach tylko trzy ugrupowania mogą powiedzieć, że naprawdę osiągnęły zakładane cele. Lewica – bo umiała zawiesić niepotrzebne spory i po czteroletniej przerwie wróciła do Parlamentu, z reprezentacją znacznie większą, niż wróżyli malkontenci.

Naprawdę wygrani

Konfederacja, której poglądów i programów lokujących się zbyt blisko narodowo – socjalistycznych idei, nie pochwala większość społeczeństwa, ale popiera jednak na tyle znacząca liczba obywateli, że też weszli do Sejmu z godziwą reprezentacją. I połączone siły Polskiego Stronnictwa Ludowego i grupy Kukiz15, które długo miały bardzo niekorzystne wyniki badań sondażowych, ale przez połączenie sił i umiejętną końcówkę kampanii odwróciły tą tendencję. Liczyłem wprawdzie, że PSL nie da się tak dalece odepchnąć od wsi i uzyska jeszcze lepszy wynik, ale najważniejsze, że utrzymali się w Parlamencie.

Optymiści

Dwa największe ugrupowania, jakie od wielu lat kształtują polityczne oblicze kraju, – czyli Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska z Nowoczesną, robią wrażenie zadowolonych, „ale się nie cieszą”. Zwolennicy Platformy liczyli na znacznie większy wynik. Część uważa, że popełniono liczne błędy w kampanii wyborczej i że była ona mało aktywna. Pociesza ich niewielka, ale politycznie znacząca przewaga ugrupowań opozycyjnych uzyskana w Senacie. Liczą na to, że przewaga ta pozwoli na lepsze przygotowywanie aktów prawnych decydujących o życiu obywateli i gospodarce. Zakładają też, że zahamuje pęd rządu i jego zaplecza politycznego do dalszego omijania konstytucji, prób przejmowania nadzoru nad innymi organami władzy i kontroli działań administracji.
Formalny zwycięzca, – czyli Prawo i Sprawiedliwość – obudziło się po wyborach z uśmiechem i okrzykami radości, ale jednocześnie z przysłowiową „ręką w nocniku”. W tym starodawnym naczyniu znalazły się bowiem co najmniej trzy utrudnienia błogiego życia domorosłego autokraty.

Zawartość nocnika

Pierwsze – że partia i jej koalicjanci nie mają wspomnianej większości w Senacie i tym samym nie będą mogli go traktować wyłącznie, jako maszynki do głosowania.
Drugie – że nagle urosły w siłę koalicyjne ugrupowania prowadzone przez dwóch sprawdzonych i wiernych członków rządu, – czyli Panów Ziobrę i Gowina. Mają teraz po 17 – 18 posłów, czyli każdy z nich może decydować o utrzymywaniu większości przez rządzące ugrupowanie. I mogą mieć większe ambicje i oczekiwania.
I trzecie – że, jak wspomniałem, weszły do Sejmu dwa bardziej radykalne i ostre w działaniach ugrupowania – Lewica i Konfederacja. Są skrajnie odmienne w poglądach, ale dla rządzących mogą być równie kłopotliwe. Lewica dysponuje zaprawionym w bojach zapleczem specjalistycznym, zwłaszcza w sferze gospodarczej. Wśród jej posłanek i posłów jest kilka osób o wyjątkowych zdolnościach krasomówczych i perswazyjnych. W zespole poselskim Konfederacji jest jej niezastąpiony szef, czyli pan Korwin Mike, którego smacznych wypowiedzi oczekuje krąg moich znajomych, – ale są tez nowi w polityce, wybitnie inteligentni i aktywni młodzi ludzie – chyba trudni do pokonania w słownych pojedynkach z działaczami PiS, robiącymi niemal zawsze wrażenie centralnie sterowanych.

I co dalej?

Czytelnik, który dotrwał do tego miejsca tekstu może powiedzieć: autor nieco uporządkował fakty, jednak to wszystko już wiemy. I wszyscy o tym piszą. Ale co dalej?
Kiedyś już deklarowałem, że wprawdzie nie jestem wróżbitą, ale mam skłonności do fantazjowania. Ulegając tym skłonnościom sądzę, że przez pewien czas będziemy świadkami kurczowych prób utrzymania przez PIS przewagi w Senacie. Powiedzieli już otwarcie, że „przecież zawsze mogą być jakieś transfery”. Starsi pamiętają też nagrania rozmów w pokoju hotelowym uroczej posłanki Renaty Beger, z którą zamiast rozmawiać o „kurwikach w oczach”, usiłowano Ją przekonać, aby zmieniła poglądy polityczne i przynależność partyjną.
Pewność siebie charakterystyczna dla działaczy PIS powoduje, że myślą i mówią o transferach tylko w jedną stronę – czyli do nich. Ale to jest droga dwukierunkowa. Nic nie będzie tak proste jak dawniej, bo dzisiaj mogą się znaleźć także członkowie ich „zjednoczonych” ugrupowań, którzy tracą wiarę w słuszność sposobów realizacji programów i mogą wiedzieć swoją przyszłość w obecnej opozycji. Ale w krótkim czasie po wyborach każdy transfer oznacza dla wędrowca „utratę twarzy” nie tylko w swoim okręgu, ale w całym kraju. Opina publiczna traktuje to wtedy jak zdradę i nie wybacza. Sądzę więc, że istotne zmiany nie nastąpią i opozycja, wspomagana przez większość senatorów niezależnych, utrzyma zdobytą przewagę.
Mimo to jednak problemy, jakie rząd może mieć z nowym Senatem nie będą – moim zdaniem – tak duże, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. Owszem, senatorowie będą „normalnie”, czyli bardziej wnikliwie i dłużej, analizować otrzymywane projekty ustaw, ale nie będzie to oznaczało paraliżu władzy. Bardziej przykre dla rządzących może być to, że istnienie faktycznie, a nie tylko formalnie, niezależnego Senatu, osłabia poważnie utrwaloną w ostatnich latach nadzieję na wprowadzenie „dyskretnej” autokracji. I „twardy elektorat” PiS może się czuć zawiedziony.

Hamulce „rewolucji”

Po kilku tygodniach praca parlamentu wróci pozornie do normy. Dlaczego pozornie? Bo właśnie wtedy zacznie być widoczna krytyczna aktywność Lewicy i Konfederacji. PiS jest zapewne przygotowany na kłopoty z Lewicą i będzie wspomagał wszelkie działania zmierzające do jej ponownego rozbicia. Jestem przekonany, że rozsądek przywódców Lewicy i doświadczenie z wyborów, na to nie pozwolą. Jako wyborca uważam, że dla zamanifestowania jedności powinni tworzyć jeden klub.
Mam natomiast wrażenie, że PiS uważa Konfederację za naturalnego sprzymierzeńca, uwielbiającego werbalny patriotyzm, nienawidzącego LGBT, uległego wobec Kościoła i wspierającego projekty całkowitego zakazu aborcji. Nie jestem takim optymistą. Konfederacja w Sejmie może się okazać zaskakująco racjonalna, nie wpierać koncepcji rządów „silnej ręki”. Możemy być świadkami, że na sali sejmowej PiS będzie nadal „siłą większości” przegłosowywać niesłuszne ustawy, ale w świetle toczonych dyskusji będzie to robiło większe, niż dotychczas, wrażenie zabijania deskami wejścia do stacji „demokracja”.
I co jeszcze? Sądzę, że PiS złagodnieje w słowach i czynach. Rewolucyjne wprowadzanie „dobrych zmian” ulegnie pewnemu zahamowaniu. Zamaskowane, ale czające się za progiem zagrożenie zmiany frontu przez któregoś z koalicjantów, narastająca irytacja UE związana z naruszaniem praworządności, dekoncentracja uwagi spowodowania przygotowaniami do wyborów prezydenckich, nie będą sprzyjać utrzymaniu twardego kursu. Nie wspominając już o tym, że niezależne od nas spowolnienie europejskiej gospodarki, problemy z brexitem, kłopoty z Turcją, będą na nas także wpływały negatywnie, podobnie zresztą, jak na naszych sąsiadów. Ale rząd PiS będzie w trudniejszej sytuacji. Konfrontacja ogromu podjętych w kampanii wyborczej obietnic finansowych, z prawdopodobnym zmniejszeniem wpływów, stworzy nowe, trudne do rozwiązania problemy.