Księga Wyjścia (27)

Ballada całkiem polityczna

Pomysł z napisaniem i wydaniem drugiego tomu książki „Z dna” tak mnie zaabsorbował, że przestałem obserwować scenę polityczną. A jak się okazuje wiele się tam dzieje i nie sposób całkiem się od niej odciąć. Od hejtu wojennego między Ministerstwem Sprawiedliwości, a sędziami, kuriozalnego pomysłu obecnej władzy, by obradować w starym składzie już po wyborach, do niewyjaśnionych samobójstw osób, które „coś” wiedziały. No i ten tajemniczy „Pegasus”, który jednocześnie jest i go nie ma. Ale robi swoje, co może wyjść już przy kolejnym posiedzeniu sejmu.
O marszałku Kuchcińskim nikt już nie pamięta. Afera przykrywa aferę i na końcu zostanie tylko „konflikt sędziowski”, który w narracji władzy toczą ze sobą „sędziowskie kasty” te dobre i te złe, ale nie dotyczy to już szarego Nowaka. Miałem napisać szarego Kowalskiego – ale znowu skojarzyło mi się z Marianem. Sprawy te śmierdzą bardziej niż słynne warszawskie szambo, które wybiło i przez jakiś czas zasilało Wisłę od Warszawy po Gdańsk. Mój niepokój wzrósł i zacząłem rozważać różne scenariusze. Czy na pewno PiS wygra wybory? Jako słuchacz międzyludzkich dyskusji prowadzonych w komunikacji publicznej, zaczynam tę pewność tracić. O ile ich dawni zwolennicy podkreślają, że partia ta dotrzymuje słowa, bo dostali 500 plus, to okazało się, że podwyżki zjadły ten dodatek z naddatkiem.
O innych obietnicach nikt nie pamięta, a zapytany przez dziennikarzy o program „mieszkanie plus” premier Morawiecki zachował się trochę jak Adaś Miauczyński z filmu „Nic śmiesznego”. Powiedział, że mieszkania są, ale dopiero kilka miesięcy później odwrócił kartkę i przeczytał, że owszem, ale dopiero na deskach kreślarskich. O innych obietnicach wspominał nie będę, bo przyznam, że podobnie jak większość społeczeństwa, też już ich wszystkich nie pamiętam, wiem natomiast z podsłuchanych w autobusach rozmów, że obiecane przez prezesa podwyżki już tak nie działają na ludzi, jak wcześniej działało 500 plus. Wygrana jest więc wielce prawdopodobna, ale jednak już nie taka pewna. W razie gdyby PiS nie zdobyło większości, czy nie wyciągnie jakiegoś noża z rękawa? Nie piszę „karty”, bo tu już chyba nie skończy się na dżentelmeńskim brydżu, w którym pewne oszustwa są dopuszczalne, ale wiedząc co im grozi w przypadku przegranej – raczej władzy nie oddadzą. Będą się więc bronić rękami, nogami i Wojskami Obrony Terytorialnej. Wspominałem już wcześniej, że przełom 1989 roku tylko dlatego był bezkrwawy, ponieważ odchodząca ekipa miała gwarancję bezkarności. Pod adresem obecnej władzy poleciało tyle gróźb – od Trybunału Stanu, do zwykłych zawiadomień i wniosków prokuratorskich, że nikt przy zdrowych zmysłach i mający tak dużo za uszami – ot tak władzy nie odda. Walka idzie o własną skórę, i to dosłownie. O to czy ta skóra będzie nadal chodzić w garniturze, czy w więziennych pasiakach. Pasiaki to oczywiście przenośnia, w więzieniu chodzi się we własnych, cywilnych ubraniach, poza skazanymi specjalnej opieki i tymi najgroźniejszymi. jedynie oni mają pomarańczowe wdzianka. A że politycy zostaliby zaklasyfikowani jako osadzeni specjalnej troski – ze względu na ich bezpieczeństwo – to więzienia zapełniłyby się pomarańczowymi ludzikami.
W demokratycznym państwie rozliczenie władzy byłoby realne i nawet pożądane, ale u nas zbyt daleko to wszystko zabrnęło, by dobrowolnie oddali rządy. Dlatego nie ignorowałbym tego powyborczego posiedzenia Sejmu. Może przekupią kilku posłów, by zdobyć większość konstytucyjną, może unieważnią wybory? A może użyją danych uzyskanych za pomocą „Pegasusa”, by nie wydawać kasy tylko szantażem skłonić kilku posłów do głosowania zgodnego z zaleceniami prezesa? Przecież po coś ten system inwigilacyjny jest, mam na myśli wspomnianego „Pegasusa”, niech się więc przyda. Czarny scenariusz, który opisałem kilka felietonów wcześniej sugerując, że w razie przegranej PiSu grozi nam wojna domowa, wcale nie jest taki utopijny. Oczywiście jeśli wygrają to posiedzenie będzie o niczym, Krystyna Pawłowicz na pożegnanie zwyzywa kogo tylko się da, bo podobno odchodzi z polityki – gdyby był paragraf za chamstwo nikt nie miałby wątpliwości kogo najpierw postawić przed sądem. Potem już bez większych zmian władza spokojna o najbliższe cztery lata, głośno odetchnie i zrobi sobie wakacje. Rewolucji nie będzie. Poza marszami i ewentualnie bezkrwawymi zamieszkami, nic specjalnego się nie wydarzy. Klasa średnia ma zbyt dużo do stracenia, by skrzyknąć się i fizycznie podnieść rękę na władzę, a klasa najbiedniejsza wie, że i tak zbyt wiele się u nich nie zmieni. Zorganizowaną siłą nikt ich więc obalać nie będzie, ale może być tak, że to oni użyją zorganizowanej siły by władzy nie oddać. Tak czy inaczej wybór mamy taki, albo kolejne cztery lata rządów PiS, albo w najlepszym razie bardzo krwawe zamieszki.
Klasa średnia dopiero gdy straci cały dobytek, to wyjdzie na ulicę. Dopóki cokolwiek posiada, to najwyżej będzie kibicować i zachęcać do walki tych z niższych klas społecznych, czyli najuboższych. Zawsze przecież tak było, oprócz Rabacji Chłopskiej. Będą zagrzewać do boju i się wymądrzać głównie w mediach społecznościowych i kilku opozycyjnych mediach, o roszczeniowcach, którzy po raz kolejny dali się przekupić, zamachu stanu itp. Świetnym przykładem standardów demokracji jest problem z jakim zderzył się pewien polski eurodeputowany Janusz Wojciechowski. Facet niby z PiSu, wcześniej z PSL, ale tak naprawdę nikt nie ma wątpliwości co do tego, że uczciwym jest. Nikt, poza Unią Europejską, która dopatrzyła się nieprawidłowości w rozliczeniach wyjazdów służbowych, aha Wojciechowski był wcześniej szefem NIKu. Według samego zainteresowanego chodzi o rozbieżności w numerach tablic rejestracyjnych i pojemności silników samochodów, którymi jeździł, czyli w zasadzie nic takiego i nie ma się o co czepiać. Według polskich standardów nie ma o co, to tylko pierdoły, jednak zachodnie demokracje mają już nieco inny sposób patrzenia i oceny uczciwości osób zajmujących wysokie, publiczne stanowiska. Zwłaszcza tych, którzy sprawują władzę. Człowiek uchodzący za jednego z najuczciwszych w kraju, w zderzeniu z zachodnimi zwyczajami jest jednym z dwojga podejrzanych o nadużycia. Oprócz Wojciechowskiego jeszcze francuska europosłanka ma jakieś podobne kłopoty. Miałem nie pisać już o polityce, ale się nie da. Można nie słuchać radia, nie oglądać telewizora, a i tak znajdzie drogę by wedrzeć się do naszych świadomości. Choćby poprzez głośne rozmowy współpasażerów, kurtuazyjną wymianę zdań z sąsiadami czy też spotkanym znajomym. O fejsbuku już nie wspominając.
Wszyscy tym żyją, musiałbym wyjechać na dwa miesiące w Bieszczady, zamieszkać w szałasie i zrobić odpowiednie zaopatrzenie, by nie chodzić do sklepu. Wtedy jest to możliwe. Ale na pytanie, czy polityka w obecnej konfiguracji warta jest takich emocji? Zdecydowanie nie i jeśli mógłbym sobie na to pozwolić to skorzystałbym z opcji szałasu w Bieszczadach. Bułgarzy mówią, że Polak to taki Ruski, który udaje Francuza. Ktoś chyba zapożyczył te słowa, bo wywołało to lekką, medialną burzę. Według mnie, Polak to ani Ruski, jeśli za oligarchę robi marszałek sejmu latając za państwowe pieniądze i kilku europosłów, ani Francuz gdzie najdrobniejsza afera w kręgach władzy skutkuje lawiną dymisji. Jacy oligarchowie, taka Rosja i jakie standardy, taka Europa Zachodnia.

Przerwa w pracy

Z wielkim zadziwieniem przyjąłem decyzję marszałek Witek o tym, aby bieżące posiedzenie Sejmu przerwać i dokończyć je…po wyborach. To tak, jakby nauczyciel pod koniec roku postanowił zakończyć lekcję przed czasem i wrócić do niej po wakacjach. W tej samej klasie, mimo że część uczniów nie zdała, a na ich miejsce doszli nowi. I to wszystko wyłącznie dla ich dobra.

Marszałek Elżbieta Witek argumentuje swoją decyzję o skróceniu posiedzenia Sejmu prośbami. Jakimi? Licznymi. I to nie tylko od swoich kolegów z prawa, ale też od tych z bardziej lewego prawa, czyli od PO. Prośby te uzasadniane były ponoć krótką kampanią wyborczą. Miesiąc, który pozostał do nowych wyborów, to podług słów marszałek Witek, bardzo mało, żeby skutecznie pracować w Sejmie i jednocześnie móc spotykać się z elektoratem. W związku z tym zarządza się posłom przymusowy płatny urlop, aby mogli skupić się tylko na kampanii, a pracę dla kraju skończą po wyborach. Z jednej strony to zrozumiałe: wiadomo przecież, że jak się człowiek nadmiernie czymś przejmuje i stresuje, to nie ma siły na to, żeby mógł się skupić na robocie. Pracuje wtedy mniej wydajnie, robi po łebkach, bo cały czas ciąży mu niezałatwiona sprawa, która wysysa z niego siły i życiodajny tlen. Dobrze więc robi pani marszałek, że wychodzi naprzeciw tym ludzkim ułomnościom. Większość posłów bieżącej kadencji zamierza bowiem startować również w najbliższych wyborach, więc jej decyzja powinna być każdemu na rękę. Z drugiej strony, wiadomo jednak, że jak się przerywa pracę, to po przerwie, nawet krótkiej, ciężko się wraca do starych obowiązków. Dajmy na to ja; kiedy gram z kolegami całodniową próbę, a w okolicach obiadu ściśnie głód, wiem, że po obiedzie nic wartościowego już nie wymyślę. Koledzy zresztą też. Tak mamy; jak się robotę przerwie, to się człek rozleniwi i potem tylko symuluje, że coś robi, a tak naprawdę myśli, kiedy będzie można pójść do domu. Złośliwi parlamentarzyści, oczywiście, głównie ci z opozycji, twierdzą, że PiS robi taki zwishenruf po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od ważnych dla kraju spraw tuż przed wyborami i powrócić do nich po wyborach, w starym składzie, żeby nie strzelać sobie w stopę kolejną kontrowersją. Może oczywiście tak być, choć o taki makiawelizm posłów PiS bym nie podejrzewał. Ot, zwyczajnie, zasiedziałe w Sejmie towarzystwo, które w większości potrafi tylko siedzieć w Izbie i brać za to pieniądze, boi się, że jak się nie przyłoży do kampanii i nie powtyka w kieszenie ludu odpowiedniej liczby ulotek, może się w przyszłym parlamencie już nie znaleźć. Trzeba będzie wtedy wziąć się za uczciwą robotę, a jak wiadomo powszechnie, do luksusu człowiek przywyka szybciej niż od niego odwyka. Idzie więc o to, że brać pieniądze za nic, a w tym czasie pracować przy swojej własnej kampanii. Wyborczej, buraczanej, wszystko jedno jakiej. Swojej.
Dyrektor zakładu zatrudnia w państwowej firmie sprzątaczkę, która w godzinach pracy sprząta u niego w domu. Robotnicy z państwowego przedsiębiorstwa za państwowe pieniądze stawiają płot na prywatnej posesji kierownika odcinka. Komuna mentalna w czystej postaci. Choć nie tylko, bo za kapitalizmu, zwłaszcza u nas, podobne praktyki również się spotyka. Czym zatem różnią się te dwie sytuacje przytoczone powyżej, od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj w Sejmie? Kompletnie niczym. Na państwowym folwarku zarządca, za zgodą pana, daje chłopstwu wolniznę na czas sianokosów na swoich morgach, ale po żniwach chłopstwo ma wrócić na pole dziedzica i uporządkować ściernisko, które po sobie zostawiło. Na miły Bóg, jak w cywilizowanym państwie, w środku Europy, władza może się aż tak szarogęsić? Okazuje się jednak, że można, i zrób Pan nam coś. Opozycja, tu akurat słusznie, atakuje rząd i wzywa do kontynuowania pracy. Robi to nie tyle z troski o Państwo, co z bojaźni o swój własny byt, bo im więcej PiS-u w kampanii w terenie kosztem czasu w Sejmie, tym mniej ich. Niby czas dla każdego jest taki sam, ale nie każdy może ściągnąć do siebie do gminy czy powiatu premiera czy ministra, żeby na jego tle pokazać się tłuszczy, jakiż to z niego dobry gospodarz i wymarzony kandydat, w przeciwieństwie do tamtego gołodupca, który tylko obiecuje gruszki na wierzbie. Poza tym, niech opozycja dzisiejsza nie zapomina, jak ongiś marszałek Borusewicz rozpuścił do domu senatorów przed końcem posiedzenia, bo nie było nad czym procedować. I wtedy dobrze było?
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Łączenie kropek Ważny tunajt

Nie wierzę w przypadki. Rzadko też daję wiarę szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zwłaszcza w polityce. Może właśnie dlatego staram się wszędzie szukać drugiego dna i zadawać niewygodne pytania. Najczęściej samemu sobie. Niektórzy nazywają ten stan umiłowaniem dla spiskowej teorii dziejów. Czasami jednak kropki zostawione między A i Z są na tyle dorodne i wyraźne, że naiwnością byłoby wierzyć, że znalazły się tam przypadkiem.

W czasie kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, czy marszałek Kuchciński wciąż jest marszałkiem. Na 12 w południe przewidziana jest konferencja naczelnika Kaczyńskiego, na której może poświęcić Kuchcińskiego przed wyborami, choć jak wieszczy kolega Nizinkiewicz z „Rzepy”, nie zrobi tego w imię lojalności i oddania, z jakim marszałek w latach ciężkiej próby mu służył, ale ja w to nie do końca wierzę. W tę lojalność właśnie. Mam wrażenie, że jest sporo spraw, o których prezes wie, a marszałek, było nie było, druga osoba w państwie, nie do końca mu mówi.
2 sierpnia wiesza się w celi na Białołęce Dawid „Cygan” Kostecki, bokser, rodem z Rzeszowa, skazany m.in. za kradzieże, rozboje i sutenerstwo. Karę więzienia denat odbywa do tego czasu w Rzeszowie, ale na czas procesu o pobicie z lat 2007-2008, w którym miał być świadkiem, zostaje przewieziony do Warszawy. Nie jest żadną tajemnicą, że Dawid Kostecki ma ogromną wiedzę na temat tzw. „afery podkarpackiej”, w której to główne role odgrywają ukraińscy bracia R. oraz politycy i duchowni, filmowani rzekomo przez nich i ich ludzi w czasie schadzek z prostytutkami na terenie Podkarpacia. Dawid Kostecki działa w konkurencji do braci R. Nie przepadają za sobą. Pewnego dnia „Cygan” trafia do szpitala i wychodzi śmierci spod kosy. Media podają, że była to nieudana próba samobójcza, ale ślady wskazują na ciężkie pobicie. Pobić się samemu na śmierć? Wypadek z drugiego sierpnia prokuratura kwalifikuje jako udaną już próbę samobójczą. Dawid Kostecki wiesza się w celi na sznurze z prześcieradła. Zadzierzga sobie pętlę na szyi leżąc jednocześnie w łóżku i nie wychodząc spod koca, czym nie wybudza ze snu współosadzonych. Od 2 sierpnia próbuję to sobie wyobrazić; jak można się powiesić w łóżku w pozycji horyzontalnej. Dawid Kostecki jest już trzecią ofiarą „podkarpackiej afery”. W inetrnecie krąży, a może już nie, odtajnione albo shakowane przez internautów przesłuchanie rzeszowskiego agenta CBA, który o „aferze podkarpackiej” powiadomił m.in. Zbigniew Ziobrę, przed posłami z komisji ds. służb. Wiarygodność zeznań to oczywiście inna sprawa, niemniej, w trakcie swobodnej wypowiedzi świadek zeznaje, że taśmy matki z nagrań ze schadzek w agenturach i hotelach rzeszowskich są nie wiadomo gdzie, natomiast kopie wywieziono na Ukrainę i znajdują się najpewniej w rękach ichniejszych służb. Państwo teoretyczne? Potrzeba Wam jeszcze więcej kropek?
Marszałek Sejmu lata za państwowe wożąc rodzinę. Temat dobry jak na wakacje, ale czy na tyle mocny, żeby właśnie za tą przewinę utracić marszałka ze stolca? Borusewicz też latał, jednakowoż nikt go z Senatu nie pogonił. Może i jestem wariatem albo naiwniakiem, a może to wszystko mi się śni, ale jak dla mnie za dużo w tym wszystkim punktów stycznych. Na Podkarpaciu politycy i bonzowie korzystają z usług pań od ukraińskich kolegów-są na to taśmy, którymi ci mają szantażować korzystających. To, jak na moje oko, dość prawdopodobne. Słyszy się tu i ówdzie, że wśród klientów agencji trafiają się grube ryby lokalnej prawicy. Tym bardziej mnie to nie dziwi. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch ważnych świadków, a trzeci, najbardziej znany, popełnia w celi samobójstwo. Tu już, moi zdaniem, za dużo jest znaków zapytania i półcieni, zza których wyłania się dość parszywy i brutalny obraz teoretycznego kraju. W mediach pojawia się jedna duża publikacja, potem trop się urywa. Być może rzeczywiście jest tak, że cała „podkarpacka afera” to mitomański wymysł niespełnionego i niedocenionego człowieka. Ale kiedy na raz poczynają ginąć ludzie, którzy mogliby coś o niej powiedzieć przed sądem, zaczyna się robić niebezpiecznie. I to właśnie tu media wolne, jeśli jeszcze takowe w kraju są, powinny węszyć i chodzić za tematem. Nawet jeśli nic nie znajdą. Choć wcale się nie dziwię dziennikarzom że węszyć nie chcą, jeśli potrafią łączyć kropki, nawet tak łopatologicznie jak ja przed chwilą…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Lex inwestor

… czyli wąchaj i płacz.

W ekspresowym tempie Sejm przyjął szkodliwe przepisy o inwestycjach uciążliwych dla środowiska i mieszkańców. Okazuje się, że nie tylko rząd nie zamierza zamykać ferm futrzarskich, jak obiecywał trzy lata temu, ale już niedługo mieszkańcy mający domy w bezpośrednim sąsiedztwie takich i podobnych inwestycji, nie będą mieć nic do powiedzenia przy ich planowaniu.
Nowe przepisy mają jedno bardzo „cwane” założenie: właściciel działki zlokalizowanej w odległości powyżej 100 metrów od granicy terenu, na którym planowana jest budowa, nie może być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
Jeżeli inwestor stwierdzi, że „centrum” smrodu np. kurników na kurzej fermie, będzie znajdować się po środku wielkiej działki, to można będzie uznać, że magiczny limit 100 metrów został spełniony – a zatem mieszkańcy nie będą mogli być stroną w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej.
100-metrowy bufor oddziaływania to absurd. Zasięg uciążliwości takich inwestycji z punktu widzenia sąsiadów jest zwykle dziesięć razy większy.
Protesty trwają m.in. w sołectwie Wilczyn-Kamieniczne obok Białej Podlaskiej – tam mieszkańcy protestują przeciwko budowie kurników dla około 560 kurcząt. Podobnie w Żywcu, gdzie powstać ma spalarnia odpadów.
Nowe przepisy prawdopodobnie skutecznie zakneblują protestujących.
Szczęście mieli mieszkańcy Ustrzyk Dolnych, gdzie po olbrzymich protestach prywatna firma wycofała się z projektu budowy fabryki węgla drzewnego.
– Przecież nie można zakładać, że na setnym metrze kończy się uciążliwość każdej instalacji, że w odległości 101 metrów woda staje się czysta, a odór znika – powiedział mediom Marcin Stoczkiewicz, prezes Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Jak widać PiS słucha głosu suwerena tylko wtedy, kiedy można sie spodziewać, że ów będzie życzliwy. O przypadkach zamiany wiejskiej sielanki w śmierdzące piekło dzięki nowej ustawie z pewnością jeszcze usłyszymy.

Dwiesta z państwowego

Koledzy z grupy Kult opowiadali mi, że onegdaj, kiedy dopiero zaczynali być w światku muzycznym rozpoznawalni, zaprosił ich na koncert do bydgoskiego Myślęcinka miejscowy impresario, co z kolei zaowocowało pewną ciekawą historyjką, która jak ulał pasuje mi do pewnej innej zabawnej historyjki z tu i teraz.

Impresario, nazwijmy go Pan Janusz, ponieważ człowiek może jeszcze nawet żyje, zafundował moim kolegom w latach schyłkowej komuny warunki iście estradowe, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Zakwaterowano ich w najlepszym na owe czasy w Bydgoszczy hotelu „Brda”, w którym zdarza nam się nocować i dziś. Zapewniono im ciepły posiłek, zwrot za podróż a nawet niewielkie, ale jednak, honorarium. Nad wszystkim czuwał i wszystkiego doglądał Pan Janusz. Podczas występu grupy, siedział sobie na „melexie”, palił papieroska i popijał niemieckie piwo z puszki, ruszając do taktu nóżką. Miał do tego oczywiście wąsy, był gruby i nosił ciemne okulary oraz przerzedzone włosy spięte w kitkę. Kiedy koncert się skończył i zespół chciał się rozliczyć z organizatorem, pan Janusz podjechał „melexem” do kapeli, wyciągnął z kieszeni pęgę z pieniędzmi, przeliczył, wydał umówioną kwotę, po czym to co zostało schował sobie do drugiej kieszeni, mówiąc: „Z państwowego to i dwiesta warto”, a następnie serdecznie się uśmiechnął.
Marszałek Sejmu Kuchciński, zabierał na pokład samolotu służbowego zupełnie prywatnych członków rodziny, którzy z nim latali z Rzeszowa albo do Rzeszowa, bo marszałek akuratnie stamtąd. Naturalnie, nie płacił za nich, bo to przecież za państwowe, znaczy za niczyje. Nie dość że nie zarabia na stanowisku najmniej, to oczywiście nie będzie ze swoich pieniędzy finansował fanaberii swoich bliskich, bo i po co. Z państwowego to i dwiesta warto, jak mawiał klasyk. Oczywiście, jak większość polskich polityków, marszałek Kuchciński nie uczy się na błędach oraz posiada silny imposybilizm wewnętrzny, który nie pozwała mu na przyznanie się do błędu. Bo wszak nie on pierwszy i najpewniej niestety, nie ostatni, tnie na państwowym jak golarz Filip. A za Platformy Borusewicz nie latał psa wyprowadzać do domu na Wybrzeżu? Każdy z nich po jednych pieniądzach. Państwowych, ma się rozumieć. Gdyby marszałek Kuchciński, jakimś cudem umiał antycypować skutki tego, co się wydarzy przy okazji wpadki wizerunkowej z lataniem za państwowe, na oczach kamer przeprosiłby za nadużycie i pokazał kwitek z poczty, z potwierdzaniem przelewu na umówioną kwotę którą wylatali na państwowym pokładzie jego prywatni bliscy. I po sprawie. Jest oczywiście tak, jak mówią koledzy z PiS-u i z Kancelarii Sejmu; czy lecę ja sam, czy lecę z żoną czy z synem, czy z marszałkiem województwa albo dziennikarzami, to samolot i tak leci, pali tyle samo paliwa i tyle samo kosztuje jego eksploatacja, ale oczywiście, macie Państwo rację, nie jest w porządku, żeby swoje prywatne sprawy załatwiać przy okazji służbowych obowiązków, choć, umówmy się, zawsze się u nas tak robiło i nikt sobie nie krzywdował, ale fakt, jeśli chcemy coś zmieniać na lepsze, dać dobrą zmianę, winniśmy zacząć od samych siebie, więc ja, Marszałek Sejmu, przepraszam, oddaję po cenie komercyjnej za bilety i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. W cywilizowanym państwie, w którym rządzą i się opozycjonują rozsądni i rzeczowi politycy zapewne by tak było. U nas jednak, w ustroju na pograniczu zachodniej demokracji i bantustanu, nadal, czy to postkomunę czy styropianową opozycję od siedmiu boleści, obwiązują zasady barwnie nakreślone przez Pana Janusza.
Oczywiście, opozycja dziś krzyczy jaki to z Marszałka darmozjad, ale sama też nie jest lepsza. To, że chce przed wyborami zbić na każdej wpadce rządu kapitał jest wszak czymś oczywistym i zupełnie normalnym; gdybym był opozycją, też bym tak robił. Mnie bardziej jednak martwi to, że polski polityk, en masse, w swoich poczynaniach nie zakłada horyzontu dłuższego niż dzień, dwa. Jak atakują, znaczy trzeba przejść do kontrataku, najbardziej trywialnymi i łopatologicznymi metodami. Zarzucacie mi marnotrawstwo? Taaak? A kto przehulał kapitał narodowy? Kto sprzedał Niemcom stocznie? Kto kamienice Żydom chce oddawać? Przy tych waszych geszeftach, te moje latanie to jest bzyk komara. I takim cepem ładują się po łbach, jedni z drugimi, a ja na to wszystko patrzę, i czuję, jakby ktoś mi dał w mordę. Jedni i drudzy traktują mnie jak wsiowego głupka, który rozdziawia gębę i gapi się, jak się psy na łańcuchach żrą pod budą. Założę się, że macie Państwo podobnie. Ale ja tak łatwo ogolić się nie dam!
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Jeszcze nowszy patriotyzm

Bardzo dawno temu, – bo w 2013 roku – popełniłem artykulik pt. „Nowy patriotyzm”.

Skarżyłem się w nim na zmiany, jakie w okresie mego życia zachodziły w pojmowaniu słowa „patriotyzm”, stopniowo zastępującego określenie walki i pracy dla Ojczyzny, krzykliwym samochwalstwem niektórych polityków i przypisywaniem sobie monopolu na definiowanie cech patriotyzmu. Zwracałem uwagę na to, że w czasie wojny było najprościej – każdy, kto walczył o wyzwolenie kraju był uważany za patriotę, bez względu na to, jakie miał polityczne poglądy. Ale nie nadużywano tego określenia i nigdy nie słyszałem, aby ktoś mówił „ja jestem patriotą, a ten X czy Y nie jest”.
Także po wojnie, mimo kilkuletnich sporów o to, czy głównym celem patriotycznym jest odbudowa kraju, czy walka z narzuconym ustrojem, na ogół szanowano odmienne poglądy nawet wtedy, kiedy za nie karano. Potem to się uspokoiło i przez wiele lat, także w państwie, którego zdaniem obecnego premiera w ogóle nie było, relatywnie rzadko używane określenie było rozumiane, jako równoznaczne z obywatelska postawą. Mówiąc prościej – uczciwą pracą dla siebie i kraju, pomaganiem innym w chwilach potrzeby, staraniem sie o rozwijanie jak najlepszego obrazu Polski za granicą. Dopiero w ostatnich latach te cechy patriotyzmu zaczęły być wzbogacane o odżywający, kawiarniany antysemityzm, bezsensowną i szkodliwą społecznie i ekonomicznie rusofobię i dzielenie Polaków na „prawdziwych patriotów” i tych „nierozumnych, drugiego sortu” obywateli, którzy oczywiście nie są patriotami.

Propaganda

Naiwnie myślałem, że na tym już koniec. Miałem nadzieję, że zmądrzejemy, stopniowo opadną emocje walki politycznej, przestaniemy traktować patriotyzm jak kij do okładania przeciwników. Sądziłem, że takie zachowanie nawet „nie przystoi” ludziom uważających się za patriotów, a zarazem piewców przemyślanej, patriotycznej polityki kulturalnej.
Myliłem się. Po kilku latach względnego uspokojenia, po wyborach w 2015 roku werbalny hurrapatriotyzm odżył, zmodyfikował kierunki i osiąga niepojące rozmiary.
Każde społeczeństwo jest wrażliwe na uporczywą propagandę. W miarę zmian technicznych zachodzących w nośnikach informacji dożyliśmy epoki, w której główną – a dla wielu środowisk jedyną – maczugą propagandową jest telewizja. Ma tą przewagę nad starymi nośnikami, że nie tylko informuje, ale pokazuje przykłady i wpływa nie tylko na świadomość, ale i podświadomość odbiorcy. Pół biedy, jeśli, jak w większości krajów, a w Polsce w dużych aglomeracjach, obywatel ma możliwość oglądania kilku konkurencyjnych programów, o różnym zabarwieniu politycznym. Ale – jak w Polsce na wsi i w wielu małych miastach – nie ma takiej możliwości, to wówczas stopniowo przyjmuje poglądy uzyskiwane z przekazywanych przez jedną stację telewizyjną informacji, jako swoje i jedynie słuszne.
Tak się teraz dzieje. Polska telewizja publiczna w okresie panowania obecnej władzy jest przesycona nie tylko odpowiednio selekcjonowanymi i preparowanymi informacjami, ale także werbalnym patriotyzmem, ukierunkowanym zgodnie z upodobaniem władz i odpowiednio do tych upodobań „ufryzowanym” historycznie. Te „prawdy objawione” kształtujące obecnie poglądy obywatela, który chce być uznawany za patriotę, można streścić w kilku punktach.

Podstawowe poglądy prawdziwego patrioty

Po pierwsze – w czasie wojny tylko ci, którzy byli „na zachodzie” lub związanym z nim podziemiu walczyli o wolną Polskę. Ci ze wschodu, albo z jakiś ludowo – chłopskich oddziałów partyzanckich, przesiąkli komunizmem i właściwie walczyli o hegemonię Rosji (wtedy ZSRR). Nie byli więc polskim patriotami.
Po drugie – w czasie wojny to właściwie tylko my ratowaliśmy Żydów przed hitlerowską zagładą. Ci, którzy ze strachu donosili na Żydów, a tym bardziej „szmalcownicy”, robiący to za pieniądze, to tylko smutne wyjątki. Widocznie pechowo w okolicach Sobiboru było ich wyjątkowo dużo, jeśli z 400 więźniów, którzy uciekli z obozu, prawie 100 „miejscowa ludność” wydała Niemcom.
Po trzecie – po wojnie i w długim okresie PRLu, patriotą był tylko ten, kto czynnie walczył z państwem opanowanym przez „komunę”. Reszta „psychicznych słabeuszy” pogodziła się z rolą niewolników. Wprawdzie kończyli szkoły średnie, studiowali, pracowali, odbudowywali i rozbudowywali – ale robili to bez entuzjazmu, a nawet ze wstrętem.
Po czwarte – obywatele często nie zdają sobie z tego sprawy, ale ciągle jesteśmy zagrożeni przez „postkomunę”. Prawdziwy Polak – patriota powinien ją ujawniać i z nią walczyć. Bo zakażenie komunizmem jest nieuleczalne. Jak ktoś gdzieś należał, albo coś podpisał – nie jest godzien działać w naszym społeczeństwie. Chyba, że szczerze się nawrócił i aktywnie wspiera nową, patriotyczna władzę.
Po piąte – polski patriota powinien być wierzącym i praktykującym katolikiem. Jeśli tego nie deklaruje – to trzeba go czujnie obserwować, bo może mieć ukryte związki z takimi podłościami jak LGBT, seksualizacją młodzieży, albo – o zgrozo – ze zwolennikami legalizacji ograniczonej aborcji, na życzenie zainteresowanej kobiety.
Po szóste – prawdziwy Polak wie, że prawie wszyscy w Europie chcą się na nas w jakiś sposób „zamachnąć”. Bezkrwawo, ale boleśnie robią to nieudacznicy z „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Unii Europejskiej. Ale są też tacy, którzy powodują katastrofy naszych samolotów – zwłaszcza prezydenckiego samolotu w rejonie Smoleńska. Patriota wie, że nasze samoloty, prowadzone przez najlepszych na świecie pilotów, co to potrafią latać nawet ”na drzwiach od stodoły …” nigdy same się nie rozbijają – więc to musiał być zamach.
Wreszcie po siódme – jesteśmy stale zagrożeni kolejną wojną. Nie wymieniamy, kto ją może wywołać, ale przecież wiadomo, kto zawsze na nas czyhał i kto robi kuku zaprzyjaźnionej Ukrainie. Musimy więc kupować coraz droższą broń od bogatych mocarstw, rozwijać siły wewnętrzne, szkolić się „od dziecka” w obronie naszych państwa i „wartości”.

Granice bezpieczeństwa

Ten zestaw aktualnych wymogów upoważniających siebie lub kogoś do bycia prawdziwym, polskim patriotą XXI wieku powinien każdemu pozwolić na samokrytykę i ocenę swojej pozycji. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że taka autoanaliza jest wprawdzie męcząca, ale można ją jakoś strawić. I nadal miałem nadzieję, że powoli z tego wyrośniemy.
Moja nadzieja uległa jednak wyraźnemu nadwątleniu po kolejnych konwencjach i dyskusyjnych spotkaniach organizowanych przez rządzącą obecnie partię. Dostrzegłem bowiem, że niemal w każdej pryncypialnej lub buńczucznej wypowiedzi najwyższych notabli, ukrywa się jeszcze jedna, nowa i naprawdę niebezpieczna cecha prawdziwego patriotyzmu. Jest to wmawianie suwerenowi, że patriotą jest tylko ten, kto popiera władzę, zgadza się z jej poglądami i planami, będzie jej „pomagał a nie przeszkadzał”. Jeśli tego nie robi – to zdradza swój kraj i jest spadkobiercą Targowicy.
To mnie przestraszyło. Nieodległa historia Europy zna takie poglądy, Starsze pokolenia widziały sterowany, monopolistyczny patriotyzm w niektórych krajach i wiedzą, jak to się kończyło. A zaczynało się niemal zawsze tak samo – od omijania podstawowych zasad życia obywateli, kwestionowania uprawnień sądów i zastępowania ich „decyzjami ludu” lub jego idoli, gnębienia przeciwników, najpierw zgodnie z prawem, a potem wbrew prawu. Przy utrwalaniu takiego poglądu łatwo jest więc przekroczyć granice społecznego bezpieczeństwa, świadomie lub bezwiednie dojść do autokratyzmu, łatwo przechodzącego w totalitaryzm.
Podsycanie hurrapatriotycznego nastroju społeczeństwa też ma swoje tradycje. Więcej defilad, więcej pokazów odtwarzających bohaterskie czyny przodków, więcej zabaw młodzieży z imitacją broni albo z prawdziwą bronią. Manifestacje i marsze patriotyczne wspierające władzę. Wprawdzie w ich organizacji nie udaje dorównać nocom w Norymberdze i współczesnym uroczystościom w Korei Północnej, bo w słowiańskim kraju trudno zebrać tylu zdyscyplinowanych uczestników – ale starać się można.
Trudno przewidzieć, jakie będą następstwa nowego modelu polskiego hurrapatriotyzmu. Może się wypalić i nie spowodować większych szkód w mentalności młodzieży i średniego pokolenia. Ale może też pogłębić i utrwalić podziały społeczeństwa i doprowadzić do otwartej. lub skrywanej izolacji Polski, wśród europejskich państw o demokratycznych tradycjach. Sygnały tej izolacji są w Parlamencie Europejskim już wyraźnie widoczne.

Do pracy, towarzysze!

Widać Koalicja Obywatelska pogodziła się z wygraną PiS w październikowych wyborach parlamentarnych. Zamiast tworzenia szerokiej koalicji anty PiSowskiej, która miała szansę odsunąć PiS od władzy, wybrała ona strategię tworzenia własnego, przyszłego, zapewne opozycyjnego klubu parlamentarnego.
Na pewno na wybór takiej decyzji wpłynęła postawa PSL. Ludowcy jako pierwsi pogodzili się z kolejną wygraną PiS. I zaczęli pozycjonować się jako ewentualny, przyszły koalicjant partii pana prezesa Kaczyńskiego.
Mają już ludowcy tradycje współpracy z nim. W 1989 roku to Jarosław Kaczyński rozbił sejmową koalicję PZPR- ZSL- SD, co umożliwiło powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.
Strategię tworzenia Koalicji Obywatelskiej ale bez lewicy propagandziści KO tłumacza wolą swych członków. „Dołów partyjnych”, czyli regionalnych działaczy.
Oni mieli licznie i usilnie protestować przeciwko koalicji z lewicą. Zwłaszcza z SLD. Oni mieli protestować przeciwko wspólnym listom z takimi działaczami SLD jak Joanna Senyszyn, Marek Dyduch czy Jerzy Jaskiernia.
Przez ostatnie lata słyszałem z ust liderów obecnej Koalicji Obywatelskiej, że dalsze rządy PiS to kres polskiej demokracji parlamentarno- gabinetowej. Koniec „państwa prawa”. Ustanowienie w Polsce dyktatury podobnej do istniejącej już na Węgrzech.
A teraz okazuje się, że obywatele z Koalicji Obywatelskiej wolą likwidację „państwa prawa”, wolą „Budapeszt w Warszawie” od współpracy z SLD i innymi partiami lewicowymi.
Chociaż SLD jest ugrupowaniem proeuropejskim, jest ugrupowaniem które nigdy nie psuło demokratycznego systemu.
Okazuje się jednak, że aktyw Koalicji Obywatelskiej woli Antoniego Macierewicza, Beatę Mazurek i Ryszarda Terleckiego od Joanny Senyszyn, Marka Dyducha i Jerzego Jaskierni.
Cóż mamy wolny kraj. Oni mają wolny wybór.
Tak to liderzy KO i PSL nie pozostawili liderom lewicy wyboru.
Teraz liderzy lewicy muszą stworzyć jedną, maksymalnie pojemną lewicową listę wyborczą.
Będzie to możliwe, jeśli liczni liderzy licznych, niestety niekiedy nielicznych, ugrupowań nie pohamują swoich ambicji na rzecz wspólnego interesu lewicy polskiej. Czyli powrotu lewicy do parlamentu.
Lewica polska musi być obecna w polskim Sejmie i Senacie, bo bez niej Sejm i Senat są nieme.
Zatem wszyscy lewicowcy w Polsce łączcie się !
Mamy swoje, podobne programy.
Mamy aktywistów kompetentnych do pracy w Sejmie i Senacie.
Zapomnijmy o dawnych sporach i urazach!
Stwórzmy jedną lewicową listę!
Dość hamletyzowania, dość mazgajenia!
Do pracy, towarzysze!

Do roboty!

Pruscy nauczyciele uważali, że nic tak dobrze nie robi na pobudzenie mądrości uczniów, jak masaż dolnych partii ciała.Z a pomocą rózg.

Czytając niektóre wypowiedzi liderów licznych partii lewicowych i lewico-podobnych, a zwłaszcza komentatorów uważających się za reprezentantów „lewicowego sumienia” obywateli naszego kraju, nietrudno zauważyć, że może zabrakło im pruskiego masażu. Widać, że za mało dopiekły im narodowo-katolickie rządy.
Znowu dają się oni uwieść ocieplonemu na czas kampanii wyborczej, pro społecznemu wizerunkowi nadzwyczajnej kasty rządzącej z PiS.
Wierzą naiwnie, że ich lewicowa chatka z kraja, zatem może przyszły walec narodowo-katolickiej kontrrewolucji ją ominie.
Nie łudźcie się. Jeśli po jesiennych wyborach parlamentarnych PiS zyska konstytucyjną większość, to przyśpieszy budowę narodowo-katolickiej IV RP. I wtedy jeńców brać nie będzie.
Powtarzam po raz kolejny i pewnie nie raz będę musiał to powtarzać na łamach „Trybuny”.
Podstawowym obowiązkiem SLD i innych formacji lewicowych jest powrót do polskiego parlamentu.
Bez głosu lewicy przyszły Sejm i Senat będą nieme. Ślepe na prawdziwe, ważne społeczne problemy.
SLD i inne formacje lewicowe muszą też zaprezentować program nowej, Piątej Rzeczpospolitej. Wyrosłej z demokratycznych tradycji III Rzeczpospolitej i społecznej wrażliwości na potrzeby warstw najuboższych dostrzeżone przez IV Rzeczpospolitą.
Ta V Rzeczpospolita powinna być demokratyczna i prosocjalna. Oferować przysłowiową wędkę tym, którzy potrzebują państwowego wsparcia dla rozwinięcia swej działalności zawodowej. I przysłowiową rybę tym, którzy z przeróżnych powodów nie odnajdą się w biznesie.
Wszystkim też powinna zapewnić poczucie własnej godności. Innej, niż ta oferowana obecnie przez elity PiS. Oparta na bezkrytycznym umiłowaniu narodu polskiego i niechęci do narodów innych.
Aby przyszły Sejm RP nie był niemy, SLD i informacje lewicowe muszą stanąć do wyborów razem innymi, prodemokratycznymi partiami.
Przypomnę, że SLD to sojusz lewicowców demokratycznych. I ta prodemokratyczność SLD daje tej partii wystarczającą legitymację do koalicji z innymi, pro demokratycznymi formacjami.
Patrząc przez pryzmat przyszłego wyniku wyborczego najkorzystniejsza dla SLD byłaby odnowiona Koalicja Europejska. I dla takiej prodemokratycznej centro-lewicowej Koalicji udział w niej SLD też byłby wielce korzystny.
Taka szeroka Koalicja byłaby również w interesie obywateli naszego kraju.
Nie wiem, czy taka Koalicja powstanie, bo zaślepienie ideologiczne liderów PSL może szansę na nią skutecznie zaprzepaścić.
SLD może wystartować też w koalicji partii i formacji lewicowych. Ta będzie miała spore szansę jeśli wystartuje w formule komitetu wyborczego, formule z pięcioprocentowym progiem wyborczym.
Cztery lata temu SLD dała się wmanewrować w koalicję z progiem wyborczym ośmioprocentowym i nie przekroczyła go.
Bo rzesza koalicjantów Sojuszu więcej gadała na posiedzeniach sztabów wyborczych niż pracowała w terenie. Rzadko rozmawiała z potencjalnymi Wyborcami.
Niestety, na polskiej lewicy roi się obecnie od samozwańczych przywódców. Marszałków i generałów „prawdziwej lewicy”.
Jednak kiedy potrzeba ludzi do pracy w czasie kampanii wyborczej, to często ci marszałkowie i generałowie zostają swych kwaterach głównych. Obserwowałem wszystkie kampanie wyborcze w ciągu ostatnich 30 lat. Kandydowałem w wielu wyborach. Doświadczyłem nie raz nieróbstwa i niekompetencji wielu liderów lewicowych i lewicopodobnych formacji mieniących się „Marszałami” i „Generałami”.
Ale nie czas teraz na wczorajsze żale i mazgajstwa. SLD musi wrócić do polskiego parlamentu, aby głos lewicy był słyszany i poważany.
Zatem do roboty towarzysze.
Nikt za nas tych wyborów nie wygra.

Głos lewicy

Gdzie czerwony sztandar?

Nie tylko Wincenty Elsner ma dość „czekania w przedpokoju Schetyny”. Ma go dosyć również Łukasz Moll:

Lewica pozwoliła, żeby gość, który zakłamuje tradycję ruchu ludowego i robi z PSL konserwatywną, kościółkową partię „wiejskiego mieszczaństwa”, gotową odgrywać rolę partnera kompradorskich neoliberałów (współczesny odpowiednik szlachty), a przez mainsteam jest lubiany, bo dobrze wygląda w garniturze, a zamiast onuców nosi nawet markowe buty, decydował o tym, gdzie jest miejsce lewicy na scenie politycznej, z kim powinna startować i w jakim celu. Ma ona zająć miejsce, które Panu Kosiniakowi-Kamyszowi pokazały badania, bo tak łatwiej będzie zrealizować cel nadrzędny, a właściwie jedyny dla niego i Schetyny: odsunąć PiS od władzy, bez żadnej wizji czy programu. „Do konta, lewaki, i róbcie Waszą koalicję, a my zrobimy swoją” – nakazuje Kosiniak-Kamysz. A w kolejnym zdaniu stanowczo oświadcza, że takie ekstremizmy jak prawa LGBT i krytyka kościoła to nie z nim. Z PO i Nowoczesną nie przejdą zaś takie komunistyczne rozwiązania jak socjal dla tych, którym pracować się nie chce i wstrzymywanie zawsze niedokończonej prywatyzacji. Rząd opozycyjny ma być demokratyczny i praworządny, tak jak demokratyczne i praworządne były wszystkie rządy nie-pisowskie po 1989 roku: ma być to demokracja bez zapewnienia społeczeństwu warunków realnego udziału w życiu publicznym i w dochodzie narodowym i praworządność bez równych praw i gwarancji wolności obywatelskich. O żadnej korekcie mowy nie ma. Niżej już upaść lewica naprawdę nie może. Taką bezpodmiotową, uległą „strategią” zabieracie jakiekolwiek widoki na prowadzenie lewicowej polityki w tym kraju na lata. Lewica jeszcze bardziej będzie postrzegana, zwłaszcza przez ludzi młodych jako smród pałętający się po liberalnych gaciach, jako przystawka establishmentu. Tym bardziej szkodliwe, że wcześniej była ta gadka o autentyczności, „Czerwony sztandar”, kaszkiety i gazetki z Daszyńskim. Teraz tradycja ta – zupełnie tak samo jak ruch ludowy przez Kosiniaka-Kamysza – wpisana zostaje gładko jako lewe skrzydło Frontu Ocalenia Narodowego robionego przez Schetynę.

Piesi kontra kierowcy

Remigiusz Okraska o sytuacji na polskich drogach:
Gdyby w Polsce szanowało się przepisy i prawo, a przede wszystkim ludzkie życie i zdrowie, takie coś wywołałoby polityczne, ustawodawcze i wszelkie inne trzęsienie ziemi: „Tylko jeden na dziesięciu kierowców nie przekracza dozwolonej prędkości w rejonie przejść dla pieszych. Mitem są piesi zapatrzeni w smartfony i piszący SMS-y. Ministerstwo Infrastruktury ujawniło wreszcie ukrywany od kilku miesięcy przed opinią publiczną zatrważający raport. […] Pomiary terenowe prędkości pojazdów wykazały, że w obszarach o dopuszczalnej prędkości 50 km/h, czyli w obszarach zlokalizowanych w miastach i małych miejscowościach, ok. 85 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwoloną prędkość, a poza obszarami zabudowanymi o dopuszczalnej prędkości 70 km/h, aż 90 proc. zbadanych kierowców przekracza dozwolony limit prędkości – czytamy w dokumencie. […] Ciekawe natomiast są wnioski dotyczące zachowań pieszych. Przeczą one powtarzanym od lat stereotypom o „zapatrzonych w smartfony i piszących wiadomości”. Okazało się, że z telefonami w rękach chodzi jedynie 5 procent pieszych. A tylko jeden procent cokolwiek w tym czasie pisze. – Nie stwierdzono znacznych problemów związanych z nieprawidłowymi zachowaniami pieszych. Co prawda 7 proc. zbadanych pieszych przekraczało jezdnię na czerwonym świetle, ale takie zachowanie w większości przypadków wystąpiło przy bardzo niesprzyjających warunkach dla pieszych, np. przy długim czasie oczekiwania na zielone światło przy jednoczesnym braku pojazdów. Nieznaczna grupa pieszych rozmawiała przez telefony komórkowe (5 proc.), pisała wiadomości tekstowe (1 proc.) czy słuchała muzyki (1 proc.). Przechodzenie w miejscach niedozwolonych (8 proc.) występowało przede wszystkim na ulicach osiedlowych o małych natężeniach ruchu pojazdów – głosi raport”. Teraz, gdy mamy fachowe badania w ręku, lobby piratów drogowych i potencjalnych morderców nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Wciąż pozostaje jednak pytanie, ile jeszcze osób musi zginąć, ile odnieść ciężkie i trwałe obrażenia, ile dzieci trzeba osierocić, ilu członków rodzin stracić, i tak dalej, żeby to zorganizowane antyludzkie szaleństwo zacząć na serio i bez szukania wymówek ograniczać i zmniejszyć do możliwego minimum tak, jak zrobiły to inne kraje. Te szanujące życie na serio. Te nie wahające się go bronić nie moralizowaniem, lecz zakazem, mandatem, radiowozem, progiem zwalniającym, surowym egzekwowaniem przepisów.