Plan dla Palestyny bez Palestyny

Biały Dom ujawnił w końcu pierwszą część „New Dealu” – długo zapowiadanego planu pokojowego dla Palestyny. Jared Kushner – doradca prezydenta Trumpa ds. Bliskiego Wschodu przedstawi jego szczegóły na specjalnej konferencji w Bahrajnie, bez udziału Palestyńczyków.

Większość Palestyny zajmuje dziś kolonialne państwo Izrael, ono też zbrojnie okupuje lub blokuje resztę jej terytorium. W mediach nazywa to się zwykle „konfliktem izraelsko-palestyńskim”. Jared Kushner, zięć prezydenta Stanów Zjednoczonych, młody, bogaty, religijny żyd, jak i jego żona Ivanka Trump, pracuje nad jego bezstronnym rozwiązaniem od kiedy został doradcą prezydenta. „Nowe, wielkie rozdanie” ma polegać na polityczno-gospodarczym planie, który opracował ze swym współpracownikiem, również doradcą Trumpa, Jasonem Greenblattem. Wczoraj ujawniono zręby jego części ekonomicznej, polityczna ma być gotowa dopiero w listopadzie.
Celem części gospodarczej ma być zebranie 50 miliardów dolarów w ciągu 10 lat tak, by podwoić palestyński PKB. Biały Dom reklamuje ten pomysł: „Plan ten reprezentuje najambitniejszy i najbardziej kompletny wysiłek międzynarodowy na rzecz narodu palestyńskiego”, który „może fundamentalnie zmienić Zachodni Brzeg Jordanu i Gazę i otworzyć nowy rozdział w palestyńskiej historii, rozdział zaznaczony nie konfliktem i stratami, lecz wolnością i godnością”. Inicjatywa ma stworzyć zatrudnienie dla miliona ludzi – precyzował komunikat. Z tym, że pieniędzmi nie będą zarządzać Palestyńczycy a specjalny bank pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, co ma „zapobiec korupcji”.
Palestyńczycy na ogół nie wierzą w bezstronność Jareda Kushnera, gdyż jest to bliski przyjaciel rodziny premiera Izraela Netanjahu. Kushner poparł „dar polityczny” Trumpa w postaci uznania Jerozolimy za izraelską własność i stolicę. Według przecieków na temat politycznej część „New Dealu”, jego nowatorskość ma polegać na faktycznym, szczerym pożegnaniu z ideą niepodległego państwa palestyńskiego w Palestynie, która „obciążała poprzednie plany pokojowe”.
Jutro Kushner otworzy więc w stolicy Bahrajnu Manamie konferencję „Od pokoju po dobrobyt”, na którą zaprosił przedstawicieli ministerstw finansów arabskich dyktatur z Zatoki. Czy jego plan zyska ich zrozumienie i pieniądze? Możliwe, bo nie będą narażać się imperium, ale i tak wszyscy czekają na polityczną część planu, odroczoną już drugi raz ze względu na wybory w Izraelu.
Tymczasem Autonomia Palestyńska (AP) z Zachodniego Brzegu odpowiedziała Kushnerowi, że USA powinny raczej zająć się nielegalnym zaborem ziem palestyńskich przez uzbrojonych Izraelczyków, a te obietnice to próba korupcji. „Kiedyś nęcono nas hasłem „ziemia za pokój”, teraz mamy „dobrobyt za pokój” – z niechęcią pisała o planie AP. Plan odrzucił też Hamas rządzący w zamkniętej Strefie Gazy: „Oni chcą sprawę palestyńską zamienić z politycznej na ekonomiczną” – mówił jeden z przywódców organizacji Ismail Haniyeh, choć plan Kushnera przewiduje wyremontowanie jedynej elektrowni w Gazie. W Strefie od lat brakuje prądu.

Lato będzie gorące

O wyjątkowo trudnej sytuacji Autonomii Palestyńskiej, jedności Palestyńczyków na okupowanych ziemiach i milczeniu społeczności międzynarodowej Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawiają z Rijadem al-Malikim, ministrem spraw zagranicznych Palestyńskiej Władzy Narodowej – rządu Autonomii Palestyńskiej.

Premier Palestyńskiej Władzy Narodowej, czyli rządu Autonomii Palestyńskiej, powiedział, że nadchodzące lato będzie gorące – i to na wielu poziomach. Jak to rozumieć? Czy w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się prawdziwych wstrząsów na Bliskim Wschodzie?
To „gorące lato” ma wiele znaczeń. Po pierwsze – gospodarka. Izrael znacząco zredukował kwoty z podatków, jakie przekazuje co miesiąc do dyspozycji Autonomii Palestyńskiej. Jako że odmówiliśmy w takiej sytuacji przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy z Tel Awiwu, musieliśmy zapożyczyć się w lokalnych bankach i czasowo obciąć wypłaty pracowników budżetówki o 50 proc. Za dwa, trzy miesiące skończy się również limit pożyczek bankowych. To będzie dla nas poważny problem.
Po drugie – polityka. Stany Zjednoczone zapowiadają, że wkrótce poznamy szczegóły „układu stulecia”, ich pomysłu na rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Spodziewamy się, że USA będzie nadal naciskać na Palestyńczyków, by zrezygnowali z walki o swoje państwo. Musimy wypracować strategię, jak na te naciski odpowiedzieć. Nie jest wykluczone, że ta konfrontacja osiągnie „gorący” poziom.
Jest też nasz wewnętrzny problem. Ciągle nie ma porozumienia między rządem na Zachodnim Brzegu a Hamasem, który rządzi w Strefie Gazy. My czyniliśmy starania, by się z nimi dogadać, by mógł powstać palestyński Rząd Jedności Narodowej. Hamas najwyraźniej nie jest tym zainteresowany. Tymczasem jesteśmy w okresie, gdy Izrael nie ma stałego rządu, tylko tymczasowy. Premier Netanjahu sądzi, że w takim czasie może sobie pozwolić absolutnie na wszystko – i nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności.
Liczycie się z tym, że spełni swoje groźby o przyłączeniu części Zachodniego Brzegu do państwa Izrael?
Nie tylko z tym. Żeby pozyskać koalicjantów ze skrajnej prawicy, a także odebrać im elektorat, Netanjahu przydałaby się wojna. Z kim? Widzę dwie możliwości – Hezbollah w Libanie i Hamas w Gazie.

Wojna z Hezbollahem byłaby jednak bardzo ryzykowna. I kosztowna.
Zgadzam się. Ich potencjał jest w zasadzie równy izraelskiemu. Mają broń, wyposażenie wysokiej jakości. Hamas jest zdecydowanie słabszy. Więc gdyby Netanjahu naprawdę poszedł na wojnę, to z Hamasem. Z myślą o przejmowaniu ultraprawicowych wyborców może zabić część przywódców Hamasu, dokonać nowych zniszczeń infrastruktury w Gazie. Musimy mieć przygotowaną odpowiedź na taki scenariusz.

A odpowiedź na „układ stulecia”? Co zrobicie, jeśli Jared Kushner w końcu ogłosi swój plan w całości i okaże się, że nie ma tam państwa palestyńskiego ani teraz, ani w bliskiej przyszłości? Można się tego spodziewać na podstawie jego komentarzy w mediach…
Kushner mówi o swoim planie pokojowym od dwóch i pół roku. Od dwóch, trzech miesięcy zapowiada, że wkrótce go ujawni – i nie ujawnia. Mogą być dwa powodu takiego stanu rzeczy. Być może w ogóle nie ma żadnego planu. Albo plan powstał, ale nie otrzymał poparcia ze strony tych państw, na które Kushner liczył.
Jestem przekonany, że Waszyngton starał się o poparcie dla swojej koncepcji w krajach arabskich, głównie w Arabii Saudyjskiej, ale okazało się, że tam wcale nie palą się do udzielania takiego wsparcia. Więc Kushner może sobie opowiadać dziennikarzom, co chce, ale to są tylko jego prywatne pomysły.

Nie macie złych przeczuć, słysząc, jak Kushner mówi, że „ma nadzieję, że kiedyś Palestyńczycy nauczą się rządzić”? To prawie jak powiedzenie wprost: USA nie pozwoli na powstanie niepodległej Palestyny.
My to odczytujemy inaczej. Po pierwsze, kim jest ten człowiek, żeby nas oceniać? Na jakiej podstawie decyduje, czy Palestyńczycy umieją rządzić, czy nie? On nie ma pojęcia o historii, o geografii, demografii, o polityce. To, że ktoś był przedsiębiorcą w branży nieruchomości, nie znaczy, że nadaje się do rozwiązywania konfliktów międzynarodowych!
To, co mówi Kushner, to wyraz jego antypalestyńskich uprzedzeń. Nie waham się powiedzieć: jego wypowiedzi to czysty rasizm! On mówi o nas jak o podludziach. Taki człowiek powinien stanąć przed sądem, a nie być przyjmowanym przez światowych przywódców. Jared Kushner jest szkodliwy dla swojego własnego kraju. Ale równocześnie uważam, że ten człowiek, tak jak nagle się pojawił, tak w którymś momencie nagle zniknie.

Być może tak będzie. Ale na razie, sam pan o tym opowiadał, sytuacja Palestyny jest coraz gorsza. Co się stanie, jeśli jej mieszkańcy zostaną całkowicie postawieni pod ścianą? Bez perspektywy poprawy swojej sytuacji na drodze dyplomatycznej, wobec coraz bardziej agresywnej polityki Izraela?
To prawda, że w palestyńskim społeczeństwie czuje się frustrację. Ale z drugiej strony nie jest tak, by ludzie chcieli buntować się przeciwko rządowi. Oni świetnie wiedzą, kto doprowadził do obecnej sytuacji, kto naprawdę ich zawiódł. Będą obwiniać za swoje położenie Izrael, Amerykę, milczącą społeczność międzynarodową, resztę świata arabskiego – ale nie palestyńskich przywódców.
Podam prosty przykład. Kiedy Izrael przestał przekazywać nam dotychczasowe sumy z podatków i musieliśmy zapożyczyć się, żeby zapłacić urzędnikom połowę wynagrodzeń, nikt nie protestował. Ludzie wiedzą, że to nie Mahmud Abbas chce wpędzić ich z nędzę. Oczywiście, są rozczarowani, w końcu taki stan rzeczy trwa już cztery miesiące i nie wiemy, czy nie okaże się, że będą konieczne jeszcze głębsze cięcia. Ale Palestyńczycy są na tyle dojrzałym społeczeństwem, by rozumieć, że atak na swoich przywódców w tym wypadku nie pomoże w walce z prawdziwym wrogiem.

Niemniej bez wsparcia zewnętrznego Autonomię Palestyńską czekają naprawdę trudne czasy. Gdzie widzicie potencjalnych sojuszników? Liczycie na świat arabski?
W kwietniu ubiegłego roku w Az-Zahran w Arabii Saudyjskiej odbył się szczyt Ligi Państw Arabskich. Gospodarz, król Salman, który jest dziś faktycznym przywódcą świata arabskiego, wystąpił na nim i powiedział: to jest szczyt w Jerozolimie, nie w Az-Zahran. Oznajmił też, że to, co odrzucają Palestyńczycy, odrzuca również on, a to, co oni akceptują, on przyjmuje. Dla nas to było jednoznaczne przesłanie. Tym bardziej, że król Salman w podobnym duchu wypowiadał się podczas szczytu UE-Liga Państw Arabskich w lutym tego roku. I nie tylko on – wszyscy arabscy przywódcy byli jednomyślni w sprawie Palestyny. To był jednoznaczny komunikat pod adresem Europy.
Tak samo było podczas nadzwyczajnego szczytu Ligi Państw Arabskich w Mekce kilkanaście dni temu. Wszystkie państwa arabskie poparły tam rezolucję w sprawie palestyńskiej. Mogę więc powiedzieć z pewnością: mamy ich wsparcie. Ich stanowisko się nie zmieniło.

Ale czy te gesty naprawdę mają znaczenie? Światu zachodniemu bardzo łatwo przychodzi ich ignorowanie. Skoro Palestyna ma takie poparcie, dlaczego nic nie zmienia się tam na lepsze?
Nie mamy armii, żeby wypowiedzieć wojnę tym, którzy codziennie nas krzywdzą. Musimy bazować na naszej wytrwałości, gotowości do stawiania oporu, miłości, jaką żywimy do naszej ziemi. Tego nam nikt nie odbierze.
Tak, nie możemy równać się ani ze Stanami Zjednoczonymi, ani z Izraelem. Ale jest nas 6,8 mln – 1,8 mln w Izraelu i 5 mln w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu. Rząd Izraela może robić, co chce, ale ci ludzie nigdzie stamtąd nie wyjadą. Mogą nas zamykać, szykanować, odcinać nam prąd i wodę, ale my zostaniemy. Nie powtórzymy już roku 1948, kiedy ludzie uciekali ze swoich domów, ani roku 1967, kiedy część Palestyńczyków wyjechała.
Ich, izraelskich Żydów, też jest dokładnie 6,8 mln. Wnioski z tego są dość jasne. Nasza słabość może być też naszą siłą.

Polska pomoc rozwojowa w Palestynie

Ambasada Państwa Palestyny

serdecznie zaprasza na panel pt.

„Polska pomoc rozwojowa w Palestynie”

zorganizowany w ramach
Międzynarodowych Targów Humanitarnych Expo 11-13 czerwca.

Panel odbędzie się 12 czerwca g. 12.30-13.30
w Ptak Expo, Nadarzyn k/Warszawy, Al. Katowicka 62

Podczas panelu poświęconego polskiej pomocy rozwojowej w Palestynie będzie można dowiedzieć się w jaki sposób Polska od prawie 15 lat wspiera społeczeństwo palestyńskie.
Polska Pomoc przyczynia się do rozwoju palestyńskiego szkolnictwa, wspiera kobiecą przedsiębiorczość, a także wzrost zatrudnienia kobiet i młodych ludzi współpracując z ponad 40 instytucjami z Palestyny i zagranicznymi.
Polska przeznacza coraz większe środki finansowe w ramach współpracy rozwojowej, rozszerza jej zasięg i grono odbiorców, będąc w czołówce najefektywniejszych krajów współpracujących z Palestyńczykami. W 2010r środki polskiej pomocy wyniosły PLN 1,8 mln, zaś w 2019r. to ok PLN 6mln, co stanowi 3-krotny wzrost.
Wysiłki Fundacji PCPM, która jest największą polską organizacją działającą w Palestynie, finansowane z funduszy polskiej pomocy, widoczne są m.in. w rolnictwie i rozwoju spółdzielni rolniczych, a już niedługo również w palestyńskiej opiece zdrowia.

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Rocznica Powrotu

Mimo rzęsistego deszczu, dziesiątki tysięcy mieszkańców zamkniętej Strefy Gazy wzięły udział w rocznicowej manifestacji pod granicą z Izraelem, który rozlokował tam tysiące żołnierzy, dziesiątki snajperów, drony, czołgi i artylerię. Izraelczycy zabili co najmniej cztery osoby i ranili kilkaset.

Palestyńczycy z Gazy od roku manifestują przeciw blokadzie swej enklawy trwającej już ponad 10 lat i na rzecz prawa powrotu na swoją ziemię, z której zostali wygnani w wyniku Nakby – żydowskiej czystki etnicznej z 1948 r. W ciągu tego roku izraelskie wojsko zabiło blisko 270 osób, w tym kobiety i dzieci, i raniło kilkadziesiąt tysięcy. Tysiące ludzi zostało okaleczonych do końca życia.
Wczoraj większość manifestantów pozostawała poza zasięgiem snajperów, jednak małe grupki młodzieży podchodziły do bariery granicznej na odległość kilkudziesięciu metrów, by próbować rzucać kamieniami w izraelskich strzelców i zaraz się wycofać. Izraelczykom udało się jednak zastrzelić na miejscu trzech siedemnastolatków i jednego dwudziestolatka nie ponosząc żadnych strat.
Po manifestacji czołgi i artyleria otworzyły ogień w kierunku środkowej części enklawy i na wschód od miasta Gaza. Według izraelskiego wojska, była to riposta na pięć palestyńskich „rakiet” własnej roboty wystrzelonych w kierunku Izraela, z których żadna nie zdołała doń dolecieć.
ONZ i międzynarodowe organizacje praw człowieka oskarżają kolonialne państwo żydowskie o nieproporcjonalne użycie siły i zbrodnie wojenne w Strefie Gazy, podczas gdy Izrael twierdzi, że broni jedynie swej granicy.

Trump dalej miesza

To kolejna, po uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, decyzja amerykańskiego prezydenta, która podnosi temperaturę sporu na Bliskim Wschodzie. Trump uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, które ONZ niezmiennie od 1967 roku uważa za terytoria okupowane.

Wzrastającą temperaturę mierzyć będą kolejne ofiary po stronie krajów arabskich, ale też po stronie izraelskiej, która ma wszelkie szanse stać się obiektem wzmożonych ataków zarówno ze strony organizacji palestyńskich walczących z okupacją, jak i zwykłych aktów terroru i agresji.
Uznanie wzgórz Golan za terytoria okupowane to nie tylko pusty gest społeczności międzynarodowej, bo termin ten oznacza prawa ludności okupowanej i obowiązki strony okupującej. Reguluje to Konwencja Haska IV z 1907 roku.
Wzgórza Golan zostały zajęte przez Izrael po wojnie 1967 roku. W 1981 roku izraelski parlament, Kneset, uznał wbrew prawu międzynarodowemu, że terytorium to będzie wcielone do państwa Izrael. Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie uznała tej decyzji. Sekretarz generalny ONZ Antonioo Guterres potwierdził, że z punktu widzenia Narodów Zjednoczonych status terytorium zagarniętego przez Izrael się nie zmienił. Jego rzacznik Stéphane Duarric oświadczył, że polityka ONZ w sprawie Wzgórz Golan jest wyrażona w odnośnych rezolucjach Rady Bezpieczeństwa i ta polityka również się nie zmieniła.
Decyzja amerykańskiego przywódcy wzburzyła niemal cały świat. Niemal, gdyż np. dzisiejsza decyzja Rumunii o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oznacza, że państwa wasalne wobec USA, pospieszą śladem swojego suwerena najszybciej jak potrafią.
Słowa Trumpa po podpisaniu w obecności premiera Izraela dokumentu „to powinno mieć miejsce dziesiątki lat temu” oznaczają, że USA całkowicie instrumentalnie traktują normy prawa międzynarodowego, uznają tylko prawo siły i nie mają zamiaru przestrzegać jakichkolwiek ustaleń społeczności międzynarodowej.
Bardzo krytycznie skomentował decyzję amerykańskiego prezydenta minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który we wcześniejszej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Mikiem Pompeo ostrzegał przed poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego, jakie wyniknie z uznania Wzgórz Golan za część Izraela – złożenie przez prezydenta Trumpa podpisu pod dokumentem nie było bowiem niespodzianką, gdyż zapowiedział to wcześniej na Twitterze. Decyzję potępiła również Liga Państw Arabskich oraz Turcja.
Większość państw członkowskich Unii Europejskiej nie uznaje decyzji Trumpa. ale poza Rumunią jeszcze Węgry, Czechy i Rumunia zaprotestowały przeciwko jej skrytykowaniu przez szefową europejskiej dyplomacji Federicę Mogherini.
Ciekawe, jak zareaguje Polska?

Lewica palestyńska

Jeszcze w latach 80. XX wieku nurt islamistyczny miał w palestyńskim ruchu narodowym marginalne znaczenie. Prym wiodły organizacje sekularne i lewicowe jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i jego pochodne, bądź choćby  centrolewicowe jak Al-Fatah Jasira Arafata. Co stało się z palestyńską lewicą i dlaczego ustąpiła ona miejsca ludowym tworom konserwatywnym i radykalnie muzułmańskim?

Palestyna jako jedno z najbardziej zapalnych miejsc na mapie Azji pozostaje nie bez znaczenia w geopolitycznej rywalizacji światowych mocarstw. Zasobny w ropę i gaz Bliski Wschód w przeszłości był miejscem walki o kolonialne i neokolonialne wpływy państw Starego Kontynentu oraz polem bitwy w konflikcie pomiędzy NATO a Układem Warszawskim. W XXI wieku w świecie arabskim krzyżują się wpływy supermocarstw (Stany Zjednoczone, Federacja Rosyjska i ChRL), jak i potęg regionalnych (Arabia Saudyjska i Iran).
Sytuacja w Palestynie i Izraelu w znacznym stopniu determinuje politykę państw ościennych. Wystarczy zwrócić uwagę na zależność pomiędzy sytuacją na Terytoriach Okupowanych a działaniami Hezbollahu i baasowskiej Syrii skierowanymi w izraelskie wpływy na zasobnych w źródła wody Wzgórzach Golan i na farmach Shebaa. W tej skomplikowanej układance palestyńska lewica jest jednym z wielu pionków nierzadko sterowanych przez siły zewnętrze i wykorzystywanych do realizowania ich strategicznych interesów.
Na palestyńską lewicę składa się szereg ugrupowań i partii politycznych czerpiących z palestyńskiego nacjonalizmu świeckiego, panarabizmu lub marksizmu. Łączy je jedynie świeckie podejście do miejsca religii w państwie oraz marzenie o niepodległości. W niniejszym tekście skupie się na przybliżeniu działalności wyłącznie organizacji militarnych lub posiadających frakcje o takim charakterze.
Pierwsze organizacje fedainów czerpały z naseryzmu i panarabizmu. Jedną z takich grup był osławiony Arabski Ruch Narodowy założony w latach 50. przez dwójkę prawosławnych chrześcijan, Georgesa Habasza i Wadi Haddada. Ruch jako jeden z pierwszych sięgnął po broń i zaczął formować oddziały paramilitarne. W 1967 roku Arabski Ruch Narodowy połączył się z mniejszymi jednostkami i utworzył Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Bezpośrednią przyczyną sformowania LFWP była porażka sił arabskich w wojnie sześciodniowej, a co za tym idzie ostateczne fiasko idei panarabizmu i upadek autorytetu egipskiego prezydenta, Gamala Abdela Nasera.
Habasz i Haddad zdecydowali, że nowa organizacja musi być niezależna i „spalestynizowana”. Liderzy LFWP zerwali powiązania z Egipcjanami i narzucili organizacji doktrynę marksizmu-leninizmu. Ważnymi dla Ludowego Frontu wartościami były również republikanizm, antyimperializm, antykapitalizm i sekularyzm. Skrajnie pojmowany republikanizm zakładał, że wszelkie monarchie Bliskiego Wschodu skłonne są do kolaboracji z „syjonistami”. Ludowy Front otwarcie głosił potrzebę likwidacji monarchii i zastąpienie ich prawdziwymi rządami ludu. Antymonarchizm był jedną z przyczyn krwawej wojny stoczonej przez LFWP z rządem Jordanii w latach 1970-71 (tzw. Czarny Wrzesień).
Marksiści z LFWP byli pierwszym ugrupowaniem fedainów, które sięgnęło po terroryzm międzynarodowy jako metodę walki z „syjonizmem” i „zachodnim imperializmem”. Antykapitalizm pchnął w objęcia Habasza licznych przedstawicieli skrajnej lewicy z całego świata. Ekstremiści z ruchów takich jak Japońska Czerwona Armia, RAF i ASALA odwiedzali jordańskie oraz libańskie obozy fedainów, gdzie przechodzili terrorystyczno-partyzanckie szkolenia. Najsłynniejszym zagranicznym ochotnikiem, czy jak kto woli najemnikiem LFWP był Wenezuelczyk „Carlos-Szakal”.
Kryzys Ludowego Frontu nastąpił w trakcie pierwszej intifady. Pozostające na wygnaniu kierownictwo LFWP nie było w stanie koordynować walk powstańczych, nad którymi ster objęli fundamentaliści z Islamskiego Ruchu Oporu (Hamas) i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu. Wielu dotychczasowych marksistów wstąpiło do muzułmańskich ruchów ludowych. Kryzys w LFWP jeszcze bardziej pogłębiła ideologiczna pustka, jaka nastąpiła wraz z rozpadem bloku wschodniego i śmiercią Związku Radzieckiego. Ludowy Front, aby zachować, chociaż ułamek dawnego poparcia skierował się w kierunku Islamskiej Republiki Iranu. Od wczesnych lat 90. nominalni marksiści uczestniczą w konferencjach organizowanych pod auspicjami Teheranu i Damaszku oraz pozostają w zażyłych stosunkach z Hamasem i szyicką Partią Boga.
Priorytetem Ludowego Frontu po dziś dzień jest całkowite unicestwienie Państwa Izrael i utworzenie w jego miejscu socjalistycznej Palestyny. W wyborach do parlamentu Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku lista wystawiona przez LFWP zdobyła 4,25% głosów. Ludowy Front dysponuje własnymi bojówkami, Brygadami Męczennika Abu Alego Mustafy, których członkowie brali udział w intifadzie Al-Aksa oraz w wojnach w Gazie w latach 2008-09, 2012 i 2014.
Z rozłamów w LFWP jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne grupy różnorodnej lewicy. Największymi i najtrwalszymi okazały się Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny, Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo oraz Front Wyzwolenia Palestyny.
Demokratyczny Front powstał jako lewackie odgałęzienie LFWP. Jego założycielem jest chrześcijanin Najjif Hawatima, który do dzisiaj pozostaje przywódcą organizacji. DFWP ideologicznie wywodzi się z komunizmu, a ściślej z nietypowego mariażu maoizmu i trockizmu. Tak oryginalna doktryna grupy wskazywać mogłaby na jej antysowietyzm. Było jednak zgoła inaczej; Demokratyczny Front uchodził za głównego stronnika Związku Sowieckiego w Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Pierwotnie Hawatima zakładał prowadzenie długotrwałej, partyzanckiej „wojny ludowej” przeciwko „reżimowi syjonistycznemu” aż do czasu jego całkowitej likwidacji i utworzenia niepodległej „ludowo-demokratycznej” Palestyny. Już w połowie lat 70. dowódcy Demokratycznego Frontu zmienili strategię i nawiązali relacje z przedstawicielami komunistycznej lewicy izraelskiej. Kontakty pomiędzy DFWP a Izraelczykami były pionierskie i stworzyły podstawy do całkowitego przeorientowania strategii palestyńskiej formacji. Demokratyczny Front uznał prawo Izraela do samostanowienia oraz poparł rozwiązanie dwupaństwowe konfliktu, co w późniejszych latach zostało podchwycone przez główny nurt OWP.
DFWP obronił swoją świeckość kosztem marginalizacji. W XXI wieku zwolennikami Hawatima są niemal wyłącznie chrześcijanie z Zachodniego Brzegu Jordanu. W 2006 roku politycy DFWP wystartowali do wyborów w AP w koalicji z komunistami, zdobywając zaledwie 2,72% głosów. W 2008 roku liczebność formacji szacowano na zaledwie stu członków, co czyniło ją jedną z najmniejszych organizacji ruchu oporu na Terytoriach Okupowanych. W 2014 roku Demokratyczny Front przypomniał o sobie przy okazji operacji „Ochronny Brzeg”, w której trakcie fedaini podporządkowanej mu Narodowej Brygady Oporu wystrzelili na obszar Izraela ponad sto rakiet typu Kassam i Grad.
Silniejszy od DFWP jest Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo Ahmada Dżibrila. Ta rezydująca w Syrii i Libanie organizacja liczyła w 2008 roku około pół tysiąca członków. Przez lata zimnej wojny zajmowała ona lewicowo-nacjonalistyczne pozycje. Po upadku bloku wschodniego coraz bardziej sprzyja Iranowi i Hezbollahowi, a nawet przyjęła część programu charakterystycznego dla religijnych fundamentalistów. Grupa Dżibrila domaga się likwidacji Izraela oraz budowy niepodległej i islamskiej Palestyny, w której obowiązującym prawem byłby szariat. W przypadku współczesnego Głównego Dowództwa ciężko jest mówić o jakiejkolwiek lewicowości, niemniej jednak wspominam o ugrupowaniu ze względu na historyczne konotacje. Warto nadmienić, że siepacze Dżibrila czynnie uczestniczyli w rozbijaniu antyasadowskiej rewolucji.
Główne Dowództwo nie uczestniczy w polityce Autonomii Palestyńskiej. Z jednej strony ugrupowanie podkreśla, że jest stricte militarne, z drugiej zaś jest ono bojkotowane przez resztę ugrupowań palestyńskich za swoje przewinienia z czasów wojny libańskiej (udział w walkach przeciw OWP).
Ostatnim liczącym się stronnictwem wywodzącym się z ruchu marksistowskiego jest Front Wyzwolenia Palestyny. Organizacja powstała w latach 70., a jej twórcą był ex-członek Głównego Dowództwa, Abu Abbas. Ugrupowanie jest palestyńskim „planktonem politycznym”, niemniej jednak źródła amerykańskie informują o jego rzekomych powiązaniach z dyktaturą w Teheranie. Liczba członków organizacji szacowana jest na 300-400. Przez lata FWP zaliczany był do grona przyjaciół Al-Fatahu. W XXI wieku kierownictwo zmarginalizowanego Frontu zaostrzyło nacjonalistyczny kierunek (przynajmniej w deklaracjach); grupa domaga się faktycznego zepchnięcia Izraela do Morza Śródziemnego.
Najmniej znaczą na lewicy palestyńskiej ugrupowania panarabskie. Największymi grupami o tym profilu są As-Saika i Arabski Front Wyzwolenia. Pierwsza z wymienionych organizacji została założona z inicjatywy syryjskiego odłamu Baas, drugą natomiast utworzyli baasiści iraccy. Obie organizacje podporządkowane były obcym państwom i optowały za „arabizacją” sprawy palestyńskiej. Jeszcze w latach 70. inspirowane z Syrii i Iraku ruchy utrzymywały własne ruchy partyzanckie. Obecnie nie posiadają poparcia społecznego, a ich znaczenie jest wyłącznie symboliczne.
Pozbawione struktur w Palestynie organizacje panarabskie działają przede wszystkim w obozach uchodźczych na południu Libanu. Według szacunków As-Saika liczy około 300 członków, Arabski Front Wyzwolenia natomiast około pół tysiąca. Ruch panarabski jest nieprzejednany w swoim podejściu do Państwa Izrael, jest za to w stanie zrezygnować z suwerenności Palestyny na rzecz hipotetycznej federacji państw arabskich. Kto wie, skoro baasiści przetrwali upadek reżimu Saddama Husajna i wojnę domową w Syrii, to może mają jeszcze zadanie do wykonania w Palestynie?
Największym i najsilniejszym ruchem palestyńskim jest Al-Fatah. Kwestią sporną jest to, czy ugrupowanie prezydenta Mahmuda Abbasa dalej można nazywać lewicą. Część badaczy wyodrębnia świecki nacjonalizm w wydaniu Al-Fatahu i nie zalicza go do szerokiego grona lewicy palestyńskiej. Podporządkowane Abbasowi służby Autonomii Palestyńskiej zwalczają zresztą ruchy postępowe, traktując je jako potencjalne zagrożenie dla stabilności Zachodniego Brzegu. Współczesny Al-Fatah jest typową aideologiczną partią władzy, która nie słabnie tylko i wyłącznie ze względu na strach części Palestyńczyków przed Hamasem. Al-Fatah oprócz oficjalnych służb Autonomii Palestyńskiej dysponuje własnymi bojówkami, w tym Brygadami Męczenników Al-Aksa oraz Tanzimem.
Blisko Al-Fatahu znajduje się Palestyński Ludowy Front Walki, który notabene był dawniej częścią partii Arafata. Formacji bliżej jest do umiarkowanego świeckiego nacjonalizmu aniżeli nacjonalizmu lewicowego. Ludowy Front Walki z reguły popiera działania OWP i Autonomii Palestyńskiej, zachowując przy tym pozory własnej samodzielności. Partia startowała w wyborach parlamentarnych w AP w 1996 i 2006 roku, zdobywając odpowiednio 0,76% i 0,72% głosów. Z Al-Fatahu wywodzi się również Fatah – Powstanie dowodzony przez Abu Musę. Powstańczy Fatah założony został w latach 80. z inicjatywy syryjskiego wywiadu i zasłynął uczestnictwem w bratobójczych walkach pomiędzy Palestyńczykami, do których doszło w trakcie wojny libańskiej. Od porozumień z Oslo formacja Abu Musy jest czarną owcą palestyńskiego ruchu oporu, a kontakty z nią utrzymują jedynie islamiści i część radykalnej lewicy.
Perspektywy na rozwój większości wspomnianych organizacji są znikome. Lewica palestyńska jest podzielona, brakuje jej spójnego programu i celów. Część ugrupowań dąży do całkowitej likwidacji Izraela, kolejne oferują wariant dwupaństwowy, a jeszcze inne marzą o wspólnym państwie Żydów i Palestyńczyków. Brak spójnej wizji i struktur zepchnął lewicę na ubocze palestyńskiej polityki, w której i tak pełni ona już rolę „planktonu politycznego” (z wyjątkiem Al-Fatahu rzecz jasna).
Wpływ na obecną sytuację mają błędy strategiczne lewicy popełniane w ubiegłych dekadach, ale również czynniki zewnętrzne. Lewica nie potrafiła odnaleźć należytego miejsca w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, dając pole do popisu islamistom z Hamasu i PID.
Ugrupowania postępowe zdziesiątkowane zostały nadto przez nadmierne angażowanie się w konflikty, w tym wojnę domową w Jordanii, wojnę libańską, aż w końcu bratobójczą wojnę toczoną w latach 70. i 80. przez poszczególne frakcje palestyńskie. Przywódcy OWP nie zauważyli w porę narastającej islamizacji Terytoriów Okupowanych i nie potrafili zahamować tego procesu, który związany był przede wszystkim z odrodzeniem wartości islamu na całym Bliskim Wschodzie. Nie bez znaczenia pozostała miałkość i oportunizm Al-Fatahu. Organizacja nie potrafiła doprowadzić do końca rozmów pokojowych z Izraelem, co w oczach wielu Arabów z klas ludowych uczyniło ją formacją kolaborancką i nazbyt ugodową.
Całkowite wymarcie lewicy palestyńskiej może być kwestią najbliższych lat. Palestyna bez sił świeckich stanie się jeszcze bardziej narażona na ataki islamofobów, a co za tym idzie, na proces pokojowy przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

Wybory bez Palestyńczyków

Izraelska komisja wyborcza unieważniła wszystkie kandydatury palestyńskiego sojuszu wyborczego Raam-Balad pozbawiając je udziału w wyborach. To pierwsze takie posunięcie, od kiedy izraelski reżim apartheidu ogłosił się państwem wyłącznie żydowskim. Jednocześnie dopuścił do wyborów szefa rasistowskiej partii nacjonalistycznej Siła Żydowska, występującej w sojuszu wyborczym z rządzącym Likudem premiera Benjamina Netanjahu.

Izraelscy Palestyńczycy, którzy pozostali w części Palestyny podbitej przez żydowskich kolonizatorów, mimo Nakby z 1948 r., stanowią dziś prawie 18 proc. izraelskiej populacji i zwykle mieli kilku posłów w Knesecie. Na wybory przewidziane na 9 kwietnia wystawili dwa sojusze wyborcze, z czego jeden – Raam-Balad – został dziś w całości wyeliminowany przez komisję wyborczą, gdyż „kontestują charakter żydowski państwa“ i „popierają terroryzm“ (tak Izrael nazywa zbrojny ruch oporu przeciw zbrojnej okupacji).
O dyskwalifikację Raam-Balad zwróciła się do komisji rządząca partia Likud (skrajna prawica). Premier Netanjahu natychmiast wyraził satysfakcję ogłaszając, że „te partie nie mają miejsca w Knesecie“. Jednocześnie komisja zatwierdziła listę Siły Żydowskiej, sojusznika Netanjahu. Siła Żydowska składa się z uczniów amerykańskiego rabina Meira Kahane, którego ekstremistyczne ugrupowanie nawet w USA uznano za „terrorystyczne“ i „skrajnie rasistowskie“. Kahane domagał się zabicia wszystkich gojów mieszkających w Izraelu lub ich „transferu“ za granicę.
Komisja pozwoliła na udział w wyborach szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben-Ariego, mimo oskarżeń o nawoływanie do pogromów na ludności arabskiej i „skrajny rasizm“, które wysunął prokurator generalny, przeciwny jego kandydaturze. Jednocześnie komisja zdyskwalifikowała żydowskiego kandydata z drugiej lewicowej palestyńskiej listy Hadasz-Taal Ofera Cassifa, gdyż jest podejrzany o porównywanie reżimu izraelskiego do nazistów. Cassif był jedynym Żydem na liście, co bardzo nie podobało się zwolennikom izraelskiego apartheidu, którzy nie zgadzają się, by Żydzi mieszali się z Palestyńczykami. Wszyscy wyeliminowani podejmą próbę dochodzenia swoich praw przed izraelskim
Sądem Najwyższym.

Z rozmysłem strzelano do dzieci

Niezależna komisja śledcza utworzona przez ONZ do zbadania okoliczności rozpędzania przez Izrael demonstracji w ramach Wielkiego Marszu Powrotu nie ma wątpliwości: doszło do pogwałcenia międzynarodowego prawa humanitarnego, a winni powinni zostać osądzeni.

Komisja przesłuchała 325 osób, które były świadkami palestyńskich manifestacji lub w nich uczestniczyły, nierzadko same odnosząc rany. Doszła do wniosków, które dla większości państw świata byłyby druzgocące. Dla Izraela bynajmniej – „jedyna bliskowschodnia demokracja” odrzuciła już ustalenia zespołu działającego przy ONZ, a niektórzy politycy z Tel Awiwu oskarżyli międzynarodową organizację o wspieranie terrorystów.
Co tymczasem ustaliła komisja? W ciągu serii protestów 6106 demonstrantów odniosło rany wskutek użycia ostrej amunicji, zaś dalsze 3098 osób zostało ugodzonych gumowymi kulami lub kanistrami z gazem łzawiącym. Zginęło 183 mężczyzn, kobiet i dzieci – tych ostatnich dokładnie 35. – Mogło dojść do zbrodni wojennej – to jeden z wniosków komisji.
– Stwierdzamy, że z rozmysłem strzelano do dzieci, z rozmysłem strzelano do osób niepełnosprawnych, z rozmysłem strzelano do dziennikarzy – wyliczała wczoraj na konferencji prasowej w Genewie Sara Hossein, członkini komisji. Podczas protestów postrzelonych zostało 39 dziennikarzy, wyraźnie oznakowanych jako przedstawiciele mediów. Dwóch zmarło.
Członkowie komisji zaznaczyli, że część manifestantów rzucała w żołnierzy kamieniami i butelkami, były też przypadki użycia materiałów wybuchowych – jednak większość demonstrantów nie zachowywała się w ten sposób, a jedynie niosła flagi, śpiewała i grała palestyńskie pieśni, recytowała poezję. Komisja uznała, iż część winy za tragiczny przebieg wydarzeń ponosi Hamas, który instrumentalnie wykorzystuje desperację mieszkańców Strefy Gazy, pozostających w fatalnej sytuacji bytowej.
Przewodniczący zespołu Santiago Canto wzywał Izrael do przeprowadzenia śledztw w sprawie osób, które otwierały ogień do manifestantów i wypłacenia odszkodowań rannym oraz rodzinom zabitych. Tak się jednak z całą pewnością nie stanie. Rząd Netanjahu, który wcześniej nie dopuścił komisji do obejrzenia miejsc, gdzie miały miejsce demonstracje, w dalszym ciągu twierdzi, że jedynie się bronił.
– Raport oparty jest o sfałszowane dane, bez podjęcia próby sprawdzenia faktów. Wyłącznym celem raportu jest uderzenie w jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie i sparaliżowanie prawa Izraela do samoobrony przed śmiercionośną organizacją terrorystyczną – oznajmił kierujący izraelską dyplomacją Israel Katz.