Lewica palestyńska

Jeszcze w latach 80. XX wieku nurt islamistyczny miał w palestyńskim ruchu narodowym marginalne znaczenie. Prym wiodły organizacje sekularne i lewicowe jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i jego pochodne, bądź choćby  centrolewicowe jak Al-Fatah Jasira Arafata. Co stało się z palestyńską lewicą i dlaczego ustąpiła ona miejsca ludowym tworom konserwatywnym i radykalnie muzułmańskim?

Palestyna jako jedno z najbardziej zapalnych miejsc na mapie Azji pozostaje nie bez znaczenia w geopolitycznej rywalizacji światowych mocarstw. Zasobny w ropę i gaz Bliski Wschód w przeszłości był miejscem walki o kolonialne i neokolonialne wpływy państw Starego Kontynentu oraz polem bitwy w konflikcie pomiędzy NATO a Układem Warszawskim. W XXI wieku w świecie arabskim krzyżują się wpływy supermocarstw (Stany Zjednoczone, Federacja Rosyjska i ChRL), jak i potęg regionalnych (Arabia Saudyjska i Iran).
Sytuacja w Palestynie i Izraelu w znacznym stopniu determinuje politykę państw ościennych. Wystarczy zwrócić uwagę na zależność pomiędzy sytuacją na Terytoriach Okupowanych a działaniami Hezbollahu i baasowskiej Syrii skierowanymi w izraelskie wpływy na zasobnych w źródła wody Wzgórzach Golan i na farmach Shebaa. W tej skomplikowanej układance palestyńska lewica jest jednym z wielu pionków nierzadko sterowanych przez siły zewnętrze i wykorzystywanych do realizowania ich strategicznych interesów.
Na palestyńską lewicę składa się szereg ugrupowań i partii politycznych czerpiących z palestyńskiego nacjonalizmu świeckiego, panarabizmu lub marksizmu. Łączy je jedynie świeckie podejście do miejsca religii w państwie oraz marzenie o niepodległości. W niniejszym tekście skupie się na przybliżeniu działalności wyłącznie organizacji militarnych lub posiadających frakcje o takim charakterze.
Pierwsze organizacje fedainów czerpały z naseryzmu i panarabizmu. Jedną z takich grup był osławiony Arabski Ruch Narodowy założony w latach 50. przez dwójkę prawosławnych chrześcijan, Georgesa Habasza i Wadi Haddada. Ruch jako jeden z pierwszych sięgnął po broń i zaczął formować oddziały paramilitarne. W 1967 roku Arabski Ruch Narodowy połączył się z mniejszymi jednostkami i utworzył Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Bezpośrednią przyczyną sformowania LFWP była porażka sił arabskich w wojnie sześciodniowej, a co za tym idzie ostateczne fiasko idei panarabizmu i upadek autorytetu egipskiego prezydenta, Gamala Abdela Nasera.
Habasz i Haddad zdecydowali, że nowa organizacja musi być niezależna i „spalestynizowana”. Liderzy LFWP zerwali powiązania z Egipcjanami i narzucili organizacji doktrynę marksizmu-leninizmu. Ważnymi dla Ludowego Frontu wartościami były również republikanizm, antyimperializm, antykapitalizm i sekularyzm. Skrajnie pojmowany republikanizm zakładał, że wszelkie monarchie Bliskiego Wschodu skłonne są do kolaboracji z „syjonistami”. Ludowy Front otwarcie głosił potrzebę likwidacji monarchii i zastąpienie ich prawdziwymi rządami ludu. Antymonarchizm był jedną z przyczyn krwawej wojny stoczonej przez LFWP z rządem Jordanii w latach 1970-71 (tzw. Czarny Wrzesień).
Marksiści z LFWP byli pierwszym ugrupowaniem fedainów, które sięgnęło po terroryzm międzynarodowy jako metodę walki z „syjonizmem” i „zachodnim imperializmem”. Antykapitalizm pchnął w objęcia Habasza licznych przedstawicieli skrajnej lewicy z całego świata. Ekstremiści z ruchów takich jak Japońska Czerwona Armia, RAF i ASALA odwiedzali jordańskie oraz libańskie obozy fedainów, gdzie przechodzili terrorystyczno-partyzanckie szkolenia. Najsłynniejszym zagranicznym ochotnikiem, czy jak kto woli najemnikiem LFWP był Wenezuelczyk „Carlos-Szakal”.
Kryzys Ludowego Frontu nastąpił w trakcie pierwszej intifady. Pozostające na wygnaniu kierownictwo LFWP nie było w stanie koordynować walk powstańczych, nad którymi ster objęli fundamentaliści z Islamskiego Ruchu Oporu (Hamas) i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu. Wielu dotychczasowych marksistów wstąpiło do muzułmańskich ruchów ludowych. Kryzys w LFWP jeszcze bardziej pogłębiła ideologiczna pustka, jaka nastąpiła wraz z rozpadem bloku wschodniego i śmiercią Związku Radzieckiego. Ludowy Front, aby zachować, chociaż ułamek dawnego poparcia skierował się w kierunku Islamskiej Republiki Iranu. Od wczesnych lat 90. nominalni marksiści uczestniczą w konferencjach organizowanych pod auspicjami Teheranu i Damaszku oraz pozostają w zażyłych stosunkach z Hamasem i szyicką Partią Boga.
Priorytetem Ludowego Frontu po dziś dzień jest całkowite unicestwienie Państwa Izrael i utworzenie w jego miejscu socjalistycznej Palestyny. W wyborach do parlamentu Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku lista wystawiona przez LFWP zdobyła 4,25% głosów. Ludowy Front dysponuje własnymi bojówkami, Brygadami Męczennika Abu Alego Mustafy, których członkowie brali udział w intifadzie Al-Aksa oraz w wojnach w Gazie w latach 2008-09, 2012 i 2014.
Z rozłamów w LFWP jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne grupy różnorodnej lewicy. Największymi i najtrwalszymi okazały się Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny, Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo oraz Front Wyzwolenia Palestyny.
Demokratyczny Front powstał jako lewackie odgałęzienie LFWP. Jego założycielem jest chrześcijanin Najjif Hawatima, który do dzisiaj pozostaje przywódcą organizacji. DFWP ideologicznie wywodzi się z komunizmu, a ściślej z nietypowego mariażu maoizmu i trockizmu. Tak oryginalna doktryna grupy wskazywać mogłaby na jej antysowietyzm. Było jednak zgoła inaczej; Demokratyczny Front uchodził za głównego stronnika Związku Sowieckiego w Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Pierwotnie Hawatima zakładał prowadzenie długotrwałej, partyzanckiej „wojny ludowej” przeciwko „reżimowi syjonistycznemu” aż do czasu jego całkowitej likwidacji i utworzenia niepodległej „ludowo-demokratycznej” Palestyny. Już w połowie lat 70. dowódcy Demokratycznego Frontu zmienili strategię i nawiązali relacje z przedstawicielami komunistycznej lewicy izraelskiej. Kontakty pomiędzy DFWP a Izraelczykami były pionierskie i stworzyły podstawy do całkowitego przeorientowania strategii palestyńskiej formacji. Demokratyczny Front uznał prawo Izraela do samostanowienia oraz poparł rozwiązanie dwupaństwowe konfliktu, co w późniejszych latach zostało podchwycone przez główny nurt OWP.
DFWP obronił swoją świeckość kosztem marginalizacji. W XXI wieku zwolennikami Hawatima są niemal wyłącznie chrześcijanie z Zachodniego Brzegu Jordanu. W 2006 roku politycy DFWP wystartowali do wyborów w AP w koalicji z komunistami, zdobywając zaledwie 2,72% głosów. W 2008 roku liczebność formacji szacowano na zaledwie stu członków, co czyniło ją jedną z najmniejszych organizacji ruchu oporu na Terytoriach Okupowanych. W 2014 roku Demokratyczny Front przypomniał o sobie przy okazji operacji „Ochronny Brzeg”, w której trakcie fedaini podporządkowanej mu Narodowej Brygady Oporu wystrzelili na obszar Izraela ponad sto rakiet typu Kassam i Grad.
Silniejszy od DFWP jest Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – Główne Dowództwo Ahmada Dżibrila. Ta rezydująca w Syrii i Libanie organizacja liczyła w 2008 roku około pół tysiąca członków. Przez lata zimnej wojny zajmowała ona lewicowo-nacjonalistyczne pozycje. Po upadku bloku wschodniego coraz bardziej sprzyja Iranowi i Hezbollahowi, a nawet przyjęła część programu charakterystycznego dla religijnych fundamentalistów. Grupa Dżibrila domaga się likwidacji Izraela oraz budowy niepodległej i islamskiej Palestyny, w której obowiązującym prawem byłby szariat. W przypadku współczesnego Głównego Dowództwa ciężko jest mówić o jakiejkolwiek lewicowości, niemniej jednak wspominam o ugrupowaniu ze względu na historyczne konotacje. Warto nadmienić, że siepacze Dżibrila czynnie uczestniczyli w rozbijaniu antyasadowskiej rewolucji.
Główne Dowództwo nie uczestniczy w polityce Autonomii Palestyńskiej. Z jednej strony ugrupowanie podkreśla, że jest stricte militarne, z drugiej zaś jest ono bojkotowane przez resztę ugrupowań palestyńskich za swoje przewinienia z czasów wojny libańskiej (udział w walkach przeciw OWP).
Ostatnim liczącym się stronnictwem wywodzącym się z ruchu marksistowskiego jest Front Wyzwolenia Palestyny. Organizacja powstała w latach 70., a jej twórcą był ex-członek Głównego Dowództwa, Abu Abbas. Ugrupowanie jest palestyńskim „planktonem politycznym”, niemniej jednak źródła amerykańskie informują o jego rzekomych powiązaniach z dyktaturą w Teheranie. Liczba członków organizacji szacowana jest na 300-400. Przez lata FWP zaliczany był do grona przyjaciół Al-Fatahu. W XXI wieku kierownictwo zmarginalizowanego Frontu zaostrzyło nacjonalistyczny kierunek (przynajmniej w deklaracjach); grupa domaga się faktycznego zepchnięcia Izraela do Morza Śródziemnego.
Najmniej znaczą na lewicy palestyńskiej ugrupowania panarabskie. Największymi grupami o tym profilu są As-Saika i Arabski Front Wyzwolenia. Pierwsza z wymienionych organizacji została założona z inicjatywy syryjskiego odłamu Baas, drugą natomiast utworzyli baasiści iraccy. Obie organizacje podporządkowane były obcym państwom i optowały za „arabizacją” sprawy palestyńskiej. Jeszcze w latach 70. inspirowane z Syrii i Iraku ruchy utrzymywały własne ruchy partyzanckie. Obecnie nie posiadają poparcia społecznego, a ich znaczenie jest wyłącznie symboliczne.
Pozbawione struktur w Palestynie organizacje panarabskie działają przede wszystkim w obozach uchodźczych na południu Libanu. Według szacunków As-Saika liczy około 300 członków, Arabski Front Wyzwolenia natomiast około pół tysiąca. Ruch panarabski jest nieprzejednany w swoim podejściu do Państwa Izrael, jest za to w stanie zrezygnować z suwerenności Palestyny na rzecz hipotetycznej federacji państw arabskich. Kto wie, skoro baasiści przetrwali upadek reżimu Saddama Husajna i wojnę domową w Syrii, to może mają jeszcze zadanie do wykonania w Palestynie?
Największym i najsilniejszym ruchem palestyńskim jest Al-Fatah. Kwestią sporną jest to, czy ugrupowanie prezydenta Mahmuda Abbasa dalej można nazywać lewicą. Część badaczy wyodrębnia świecki nacjonalizm w wydaniu Al-Fatahu i nie zalicza go do szerokiego grona lewicy palestyńskiej. Podporządkowane Abbasowi służby Autonomii Palestyńskiej zwalczają zresztą ruchy postępowe, traktując je jako potencjalne zagrożenie dla stabilności Zachodniego Brzegu. Współczesny Al-Fatah jest typową aideologiczną partią władzy, która nie słabnie tylko i wyłącznie ze względu na strach części Palestyńczyków przed Hamasem. Al-Fatah oprócz oficjalnych służb Autonomii Palestyńskiej dysponuje własnymi bojówkami, w tym Brygadami Męczenników Al-Aksa oraz Tanzimem.
Blisko Al-Fatahu znajduje się Palestyński Ludowy Front Walki, który notabene był dawniej częścią partii Arafata. Formacji bliżej jest do umiarkowanego świeckiego nacjonalizmu aniżeli nacjonalizmu lewicowego. Ludowy Front Walki z reguły popiera działania OWP i Autonomii Palestyńskiej, zachowując przy tym pozory własnej samodzielności. Partia startowała w wyborach parlamentarnych w AP w 1996 i 2006 roku, zdobywając odpowiednio 0,76% i 0,72% głosów. Z Al-Fatahu wywodzi się również Fatah – Powstanie dowodzony przez Abu Musę. Powstańczy Fatah założony został w latach 80. z inicjatywy syryjskiego wywiadu i zasłynął uczestnictwem w bratobójczych walkach pomiędzy Palestyńczykami, do których doszło w trakcie wojny libańskiej. Od porozumień z Oslo formacja Abu Musy jest czarną owcą palestyńskiego ruchu oporu, a kontakty z nią utrzymują jedynie islamiści i część radykalnej lewicy.
Perspektywy na rozwój większości wspomnianych organizacji są znikome. Lewica palestyńska jest podzielona, brakuje jej spójnego programu i celów. Część ugrupowań dąży do całkowitej likwidacji Izraela, kolejne oferują wariant dwupaństwowy, a jeszcze inne marzą o wspólnym państwie Żydów i Palestyńczyków. Brak spójnej wizji i struktur zepchnął lewicę na ubocze palestyńskiej polityki, w której i tak pełni ona już rolę „planktonu politycznego” (z wyjątkiem Al-Fatahu rzecz jasna).
Wpływ na obecną sytuację mają błędy strategiczne lewicy popełniane w ubiegłych dekadach, ale również czynniki zewnętrzne. Lewica nie potrafiła odnaleźć należytego miejsca w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, dając pole do popisu islamistom z Hamasu i PID.
Ugrupowania postępowe zdziesiątkowane zostały nadto przez nadmierne angażowanie się w konflikty, w tym wojnę domową w Jordanii, wojnę libańską, aż w końcu bratobójczą wojnę toczoną w latach 70. i 80. przez poszczególne frakcje palestyńskie. Przywódcy OWP nie zauważyli w porę narastającej islamizacji Terytoriów Okupowanych i nie potrafili zahamować tego procesu, który związany był przede wszystkim z odrodzeniem wartości islamu na całym Bliskim Wschodzie. Nie bez znaczenia pozostała miałkość i oportunizm Al-Fatahu. Organizacja nie potrafiła doprowadzić do końca rozmów pokojowych z Izraelem, co w oczach wielu Arabów z klas ludowych uczyniło ją formacją kolaborancką i nazbyt ugodową.
Całkowite wymarcie lewicy palestyńskiej może być kwestią najbliższych lat. Palestyna bez sił świeckich stanie się jeszcze bardziej narażona na ataki islamofobów, a co za tym idzie, na proces pokojowy przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

Wybory bez Palestyńczyków

Izraelska komisja wyborcza unieważniła wszystkie kandydatury palestyńskiego sojuszu wyborczego Raam-Balad pozbawiając je udziału w wyborach. To pierwsze takie posunięcie, od kiedy izraelski reżim apartheidu ogłosił się państwem wyłącznie żydowskim. Jednocześnie dopuścił do wyborów szefa rasistowskiej partii nacjonalistycznej Siła Żydowska, występującej w sojuszu wyborczym z rządzącym Likudem premiera Benjamina Netanjahu.

Izraelscy Palestyńczycy, którzy pozostali w części Palestyny podbitej przez żydowskich kolonizatorów, mimo Nakby z 1948 r., stanowią dziś prawie 18 proc. izraelskiej populacji i zwykle mieli kilku posłów w Knesecie. Na wybory przewidziane na 9 kwietnia wystawili dwa sojusze wyborcze, z czego jeden – Raam-Balad – został dziś w całości wyeliminowany przez komisję wyborczą, gdyż „kontestują charakter żydowski państwa“ i „popierają terroryzm“ (tak Izrael nazywa zbrojny ruch oporu przeciw zbrojnej okupacji).
O dyskwalifikację Raam-Balad zwróciła się do komisji rządząca partia Likud (skrajna prawica). Premier Netanjahu natychmiast wyraził satysfakcję ogłaszając, że „te partie nie mają miejsca w Knesecie“. Jednocześnie komisja zatwierdziła listę Siły Żydowskiej, sojusznika Netanjahu. Siła Żydowska składa się z uczniów amerykańskiego rabina Meira Kahane, którego ekstremistyczne ugrupowanie nawet w USA uznano za „terrorystyczne“ i „skrajnie rasistowskie“. Kahane domagał się zabicia wszystkich gojów mieszkających w Izraelu lub ich „transferu“ za granicę.
Komisja pozwoliła na udział w wyborach szefa Żydowskiej Siły Michaela Ben-Ariego, mimo oskarżeń o nawoływanie do pogromów na ludności arabskiej i „skrajny rasizm“, które wysunął prokurator generalny, przeciwny jego kandydaturze. Jednocześnie komisja zdyskwalifikowała żydowskiego kandydata z drugiej lewicowej palestyńskiej listy Hadasz-Taal Ofera Cassifa, gdyż jest podejrzany o porównywanie reżimu izraelskiego do nazistów. Cassif był jedynym Żydem na liście, co bardzo nie podobało się zwolennikom izraelskiego apartheidu, którzy nie zgadzają się, by Żydzi mieszali się z Palestyńczykami. Wszyscy wyeliminowani podejmą próbę dochodzenia swoich praw przed izraelskim
Sądem Najwyższym.

Z rozmysłem strzelano do dzieci

Niezależna komisja śledcza utworzona przez ONZ do zbadania okoliczności rozpędzania przez Izrael demonstracji w ramach Wielkiego Marszu Powrotu nie ma wątpliwości: doszło do pogwałcenia międzynarodowego prawa humanitarnego, a winni powinni zostać osądzeni.

Komisja przesłuchała 325 osób, które były świadkami palestyńskich manifestacji lub w nich uczestniczyły, nierzadko same odnosząc rany. Doszła do wniosków, które dla większości państw świata byłyby druzgocące. Dla Izraela bynajmniej – „jedyna bliskowschodnia demokracja” odrzuciła już ustalenia zespołu działającego przy ONZ, a niektórzy politycy z Tel Awiwu oskarżyli międzynarodową organizację o wspieranie terrorystów.
Co tymczasem ustaliła komisja? W ciągu serii protestów 6106 demonstrantów odniosło rany wskutek użycia ostrej amunicji, zaś dalsze 3098 osób zostało ugodzonych gumowymi kulami lub kanistrami z gazem łzawiącym. Zginęło 183 mężczyzn, kobiet i dzieci – tych ostatnich dokładnie 35. – Mogło dojść do zbrodni wojennej – to jeden z wniosków komisji.
– Stwierdzamy, że z rozmysłem strzelano do dzieci, z rozmysłem strzelano do osób niepełnosprawnych, z rozmysłem strzelano do dziennikarzy – wyliczała wczoraj na konferencji prasowej w Genewie Sara Hossein, członkini komisji. Podczas protestów postrzelonych zostało 39 dziennikarzy, wyraźnie oznakowanych jako przedstawiciele mediów. Dwóch zmarło.
Członkowie komisji zaznaczyli, że część manifestantów rzucała w żołnierzy kamieniami i butelkami, były też przypadki użycia materiałów wybuchowych – jednak większość demonstrantów nie zachowywała się w ten sposób, a jedynie niosła flagi, śpiewała i grała palestyńskie pieśni, recytowała poezję. Komisja uznała, iż część winy za tragiczny przebieg wydarzeń ponosi Hamas, który instrumentalnie wykorzystuje desperację mieszkańców Strefy Gazy, pozostających w fatalnej sytuacji bytowej.
Przewodniczący zespołu Santiago Canto wzywał Izrael do przeprowadzenia śledztw w sprawie osób, które otwierały ogień do manifestantów i wypłacenia odszkodowań rannym oraz rodzinom zabitych. Tak się jednak z całą pewnością nie stanie. Rząd Netanjahu, który wcześniej nie dopuścił komisji do obejrzenia miejsc, gdzie miały miejsce demonstracje, w dalszym ciągu twierdzi, że jedynie się bronił.
– Raport oparty jest o sfałszowane dane, bez podjęcia próby sprawdzenia faktów. Wyłącznym celem raportu jest uderzenie w jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie i sparaliżowanie prawa Izraela do samoobrony przed śmiercionośną organizacją terrorystyczną – oznajmił kierujący izraelską dyplomacją Israel Katz.

Palestyńskie kino

Kino palestyńskie od zawsze skupiało się wokół życia Palestyńczyków, ich miłości, marzeń i pragnień. Po 1967r. głównym tematem była walka narodowowyzwoleńcza, okupacja izraelska i marzenia o wolnej ojczyźnie. Palestyńscy filmowcy nie zapominają o kobietach i ich kluczowej roli w społeczeństwie.

To w Palestynie powstał film Sędzia (2017), o Dr Kholoud Al Faqih, pierwszej na Bliskim Wschodzie, kobiecie sprawującej urząd sędzi w sądzie religijnym, inny film („Speed sisters” (2015) pokazuje, pierwszą na Bliskim Wschodzie, żeńską drużynę ścigającą się w wyścigach samochodowych. Z kolei film 3000 nocy (2015) nakręcony przez kobietę o kobiecie, która niesłusznie osadzona w więzieniu, musiała zmierzyć się nie tylko z nieufnością osadzonych Palestynek, wrogością Izraelek, ale i władzami więzienia, a przede wszystkim samotnym macierzyństwem w nieludzkich warunkach.

Kino palestyńskie jest różnorodne, ale dosyć młode. Pierwszy zachowany film pochodzi z 1935 r., jest to krótko-metrażowy film dokumentalny o wyprawie króla Su’uda Ben Abdel Aziza do Palestyny i jego podróży między Jerozolimą a Jaffą, autorstwa Ibrahima Sarhana. W 1934r. powstało Narodowy Instytut Palestyński, który miał zajmować się produkcją filmów, jednak rozwój kinematografii stał się ofiarą wydarzeń roku 1948 – Nakba (tłum. katastrofa), tj. czystek etnicznych i przesiedleń ponad 750 000 Palestyńczyków. W latach 1948-1967, czyli między Nakbą a wojną sześciodniową rozwój palestyńskiego przemysłu filmowego został zahamowany.

Dopiero po 1968r. Powstawały filmy na temat izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, produkowane na uchodźctwie, głównie w Libanie i Jordanii przez Organizację Wyzwolenia Palestyny.

Lata 70. i 80. XX w. to czas wzmożonej cenzury palestyńskich artystów, którzy byli prześladowani, ośrodki kultury i kina w Palestynie – zamykane przez władze izraelskie chcące zahamować rozwój kultury i umacniającą się tożsamość narodową.

Ostatnie trzy dekady przyniosły wielu utalentowanych artystów, którzy stworzyli wiele niesztampowych filmów i zdobyli liczne nagrody na międzynarodowych festiwalach filmowych. Poczynając od nagrodzonych na Weneckim Festiwalu Filmowym Kronik znikania (1996) w reżyserii Elia Suleimana, który przez zlepek skeczy stara się przekazać poczucie niepokoju i palestyńskiej bezpaństwowości, poprzez nominowanego do oskara filmu Przystanek raj (2005) w reżyserii Hany’ego Abu Assada, który ukazuje wewnętrzne zmagania chłopców wybranych przez organizację terrorystyczną na zamachowców oraz innych filmów tego uznanego reżysera (Omar (2013), Idol z ulicy (2015), Wesele Rany (2002)). Przez liczne filmy dokumentalne takie jak Jenin, Jenin (2002) opowiadający o operacji izraelskiego wojska o nazwie tarcza obronna w kwietniu 2002r. w obozie dla uchodźców w Jenin, których skutkiem były zbrodnie wojenne popełnione przez izraelskie wojsko (doniesienia mówią o 500 zamordowanych Palestyńczykach). Inny film dokumentalny, 5 rozbitych kamer (2011) mówi o oporze przeciw okupacji bez przemocy, przy użyciu kamery, a w zasadzie pięciu kamer, gdyż każda poprzednia jest niszczona przez izraelskie wojsko (inne filmy dokumentalne: Sędzia (2017), Speed sisters (2015) i Latawce (2014) film o biciu rekordu Guinnesa w liczbie puszczanych latawców przez dzieci w Strefie Gazy).

Kończąc na nietypowych filmach jak Polowanie na duchy (2017) Raed’a Andoni, który mierzy się z traumą po byciu przetrzymywanym w areszcie izraelskim odtwarzając warunki tam panujące razem z innymi, którzy tego doświadczyli, czy też 18 poszukiwanych, (2014) film animowany o tym jak 18 krów może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa oraz Boska interwencja (2002), która jest surrealistyczną czarną komedią odpowiadającą o życiu Palestyńczyka mieszkającego w Nazarecie i jego dziewczyny mieszkającej kilka check pointów dalej – w Ramallah.

Palestyńskie kino przyciąga różnorodnością tematów i zatrzymuje widza ich głębią, a historie w nim opowiedziane są niejednoznaczne, poruszają umysł i duszę.

Bez dogmatu po raz trzeci Recenzja

Krzysztof Lubczyński recenzuje najnowsze wydanie niezależnego, lewicowego magazynu intelektualnego.

 

Trzeci tegoroczny numer kwartalnika „Bez dogmatu” wydawanego przez wydawnictwo „Książka i Prasa” (KiP) wpisuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, co zaznacza już na wstępie Piotr Szumlewicz w tekście „Kabaret na stulecie niepodległości”, w dziesięciu fleszach pokazujący pakiet śmieszności towarzyszący obchodom tego wydarzenia. Anna Małyszko zajęła się w obszernym tekście „Szkołą niepodległą”, czyli głównie ideologicznymi deformacjami, jakim podlega polska szkoła współczesna, w szczególności szkoła czasów PiS. Komplementarnie do tego tematu Anna Dzierzgowska zajęła się nauczaniem historii czyli polityką historyczną realizowaną na umysłach uczniów („O nauczaniu w Polsce historii. Czyja historia? Komu służy?”). Dzierzgowska zwraca w szczególności uwagę m.in. na manipulację poznawczą polegającą na wskazywaniu fałszywych więzi rodowodowych między teraźniejszością a wieloma bytami z przeszłości i wpisywaniem postaci z przeszłości historycznej w znaczenia, z którymi nie miały, bo i nie mogły mieć nic wspólnego. O dominacji „Narodowych ramot” czyli obecnej recepcji zamierzchłych tradycji historycznych oraz o recydywie kopalnego nacjonalizmu napisał Tomasz Jativa, a o „Wyklętych komunistkach” – Róży Luksemburg, Wandy Wasilewskiej i Zofii Dębińskiej – Agnieszka Mrozik. Przeskok do tematyki stricte współczesnością inspirowanej rozpoczynają „Myśli nowoczesnego konsumenta” Julii Golachowskiej, poświęcone etnocentryzmowi konsumenckiemu, jako jednemu z przejawów modnego dziś w Polsce kultu patriotyzmu. Do tej szeroko rozumianej tematyki konsumenckiej dopisuje się Piotr Rymarczyk opowiadaniem „Nowe ciało dresiarza”. W „Wymazywaniu H.” Michał Kozłowski podejmuje temat tabu, jakim ruchy prawicowe starają się, poprzez sprzeciw wobec argumentacji „ad hitlerum”, obezwładnić krytykę ze strony ideowych przeciwników. Norman Tabor przypomina postać obalonego i zamordowanego 45 lat temu lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i zwraca uwagę, że jego oprawca, Augusto Pinochet, tylko w Polsce zamiast jako zbrodniarz traktowany jest jako bohater. Michał Kozłowski pochylił się nad popadnięciem polskiej lewicy propalestyńskiej w antysemickie stereotypy („Izrael, Krzysztof Godlewski i my”). Natomiast m.in. Stanisław Różycki („Ustawa 2.0”), Sebastian Słowiński („Trzeba bronić uniwersytetu”) i dwoje innych autorów zajęli się sytuacją wyższego szkolnictwa w obliczu tzw. ustawy Gowina. „Historia jednego strajku”, to relacja Wandy Wasilewskiej ze słynnego strajku ZNP w 1937 roku, strajku który współorganizowała. Krzysztof Lubczyński ukazał „Nieodparty urok władzy ludowej” w zwierciadle dwóch politycznych powieści Janusza Rolickiego akcją usytuowanych w PRL. Numer kończy niewielkie (choć jak na publikację w nieobszernym piśmie periodycznym całkiem obszerne) studium Dariusza Łukasiewicza „Rodzina robotnicza w kapitalizmie industrialnym. Przykład niemiecki”. A w drugim tytule „KiP” czyli listopadowym numerze miesięcznika „Le Monde diplomatique” m.in. Louis Pinto o „Rozpieszczonych dzieciach supermarketu” czyli o metamorfozach społeczeństwa konsumpcji, Renaud Lambert pyta „Czy Brazylia jest faszystowska?”, oczywiście Brazylia po objęciu władzy przez populistę Jaira Bolsanaro, a także Michela Hussona „Kryzys gospodarczy i nieporządki światowe” czyli ekonomiczny bilans dekady 2008-2018 oraz wiele innych tekstów.

 

„Bez dogmatu”, nr III/2018

Wykidajło z Kiszyniowa

Gdy w połowie listopada 60-letni minister obrony Izraela Awigdor Lieberman nieoczekiwanie podał się do dymisji, na palestyńskich terytoriach okupowanych wybuchła radość: w końcu to ten człowiek rozkazał zabijać mieszkańców Strefy Gazy, którzy manifestowali pod granicą, co skończyło się setkami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych. Była to jednak radość krótkotrwała, bo przecież nawet jeśli Lieberman wycofał się teraz, to w żadnym wypadku nie oznacza końca jego kariery politycznej, ani zmiany polityki terroru prowadzonej przez rząd izraelski. Jego nieprzejednany, agresywny rasizm cieszy się w Izraelu powszechnym poparciem.

 

„Zawsze wzbudzałem kontrowersje, bo proponuję nowatorskie idee” – wyjaśniał, kiedy w marcu 2015 r. pytano go o przemówienie na mityngu wyborczym w Hercliji pod Tel-Awiwem, kiedy przekonywał, że izraelskim Palestyńczykom (tej resztce, która pozostała w proklamowanym Izraelu po Nakbie, czystce etnicznej z 1948 r.) należy „obcinać głowy siekierą”, jeśli są nielojalni wobec państwa żydowskiego. Lieberman sugerował zresztą skazywać na śmierć wszystkich gojów, którzy krytykują politykę rządu. Jego wyborcy byli jak zwykle zachwyceni „nowatorskim pomysłem” i Lieberman odniósł kolejne zwycięstwo. Od 2000 r. już pięć razy podawał się do dymisji lub bywał odsuwany, gdy jego propozycje nie były wdrażane, ale zawsze dzięki poparciu narodu szybko wypływał na powierzchnię: zbyt wielu Izraelczyków wyznania żydowskiego widzi w nim uosobienie chwalebnej przyszłości Izraela.

Tym razem odszedł z rządu i wycofał swą partię Nasz Dom Izrael z koalicji rządowej z dwóch przyczyn: premier Netanjahu odmówił natychmiastowej, nowej kampanii masowych bombardowań Strefy Gazy i – co Liebermana jeszcze bardziej oburzyło – zgodził się wpuścić do zablokowanej od ponad 10 lat enklawy opłacone przez Katar paliwo dla tamtejszej elektrowni, co tymczasowo wydłużyło dostęp Palestyńczyków do elektryczności z (maksymalnie) czterech do dziewięciu godzin na dobę. Te, według niego, „karygodne” posunięcia rządu Netanjahu to co prawda stara strategia -od czasów działań premiera Szarona w 2004 r.: dać chwilę oddechu Gazie, by lepiej, poprzez nasiloną żydowską kolonizację i represje przeciw tubylcom, zlikwidować ideę państwa palestyńskiego na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Ale Lieberman wie, za co kochają go rodacy. Mierzy wysoko.

 

Rzęsiste oklaski

Przez pierwsze 20 lat swego życia Lieberman był obywatelem Związku Radzieckiego, rosyjskojęzycznym Żydem z Kiszyniowa, stolicy Mołdawskiej SRR. Jego ojciec Lew, do 1940 r. obywatel rumuński, należał do ekstremistycznej organizacji syjonistycznej Betar, co syn uznał jednak za „mięczakowatość”. Po emigracji do Izraela, gdy został wykidajłą w telawiwskim nocnym klubie, wstąpił do terrorystycznej organizacji Kach amerykańskiego rabina Meira Kahane. W Izraelu stała się ona partią polityczną, głoszącą konieczność „transferu” wszystkich gojów (przede wszystkim Palestyńczyków) z Izraela i ziem przezeń okupowanych do sąsiednich państw arabskich. Kach nie wykluczała, a nawet promowała również drogę ludobójstwa, by osiągnąć „czystość narodową” Izraela, wzorem biblijnej księgi Jozuego, lecz kiedy zaczęła urządzać pogromy i masakry na własną rękę, została zakazana. Wtedy Lieberman przeszedł do legalnego, skrajnie prawicowego Likudu, by związać się z innym Amerykaninem – Benjaminem Netanjahu.

Metodyczna kolonizacja i terror na ziemiach okupowanych za czasów pierwszego premierostwa Netanjahu wydały się Liebermanowi zbyt powolne (wręcz „babskie”). On nie przestał domagać się „transferu”, wielkiego wygnania Palestyńczyków z ich kraju, które miałoby być dokończeniem Nakby i zapewnić niepodzielną supremację Żydów w Palestynie. W proteście porzucił więc Likud i w 1999 r. założył własne ugrupowanie, które z początku reprezentowało żydowskich emigrantów z Rosji, którzy, przyzwyczajeni do stalinowskich deportacji całych narodów, bez problemu poparli jego poglądy. W tym samym roku dostał się więc do Knesetu, by powrócić jednak do alternatywnej idei ludobójstwa, co wkrótce zapewniło mu znaczne poparcie i trwałe miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze w 2009 r. głośno domagał się zrzucenia izraelskiej bomby atomowej na Strefę Gazy, a to nieodmiennie zapewniało mu rzęsiste oklaski i wyrazy uwielbienia na mityngach. Pomimo pewnej „kontrowersyjności” tego ostatecznego rozwiązania, na co nieśmiało zwracała uwagę prasa światowa.

 

Bojownik o sprawiedliwość

W miesiąc po tej ostatniej deklaracji Awigdor Lieberman został szefem izraelskiej dyplomacji w drugim rządzie Netanjahu. By więc nie wypominano mu „kontrowersyjnych” wypowiedzi, głosił jedynie konwencjonalne wyniszczenie Palestyńczyków, a Mahmuda Abbasa, szefa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu, który przeciw temu protestował, nazwał „terrorystą dyplomatycznym”. To od razu uciszyło i tak już cichutką krytykę zachodnią. Wiedział, że państwo Izrael cieszy się „bezwarunkowym” poparciem imperium amerykańskiego. Gdy zgłosił nowatorski pomysł, by wszystkich więźniów palestyńskich „utopić w Morzu Martwym” („zamiast ich utrzymywać”), nikt mu w zagranicznych kancelariach uwagi nie zwracał. W Izraelu ludowy nacisk na Netanjahu stał się tak mocny, że dwa i pół roku temu Lieberman zdobył w jego rządzie wymarzone stanowisko – ministra obrony.

Tu starał się naprawdę zrealizować. Jego kolejny pomysł – rozstrzelanie kilku posłów palestyńskich, którzy są w izraelskim parlamencie, nie został co prawda wykonany („Czyżbyśmy byli społeczeństwem mięczaków?” – pytał zawiedziony), ale za to mógł gorąco bronić „swoich” żołnierzy, kiedy zabijali Palestyńczyków, gdzie się da. Był na przykład oburzony, że dzielny żołnierz Elor Azaria, który zastrzelił na ulicy bezbronnego tubylca (co zostało „niestety” sfilmowane), musiał przesiedzieć w więzieniu ponad osiem miesięcy, czyli tyle samo co Palestynka Ahed Tamimi za wymierzenie policzka izraelskiemu oficerowi. Wydało mu się to krzycząco niesprawiedliwe. Poparł ministra edukacji Naftali Bennetta, który domagał się dożywocia dla palestyńskiej nastolatki i zwrócił się do prezydenta o ułaskawienie Azarii.

 

Walka ze stresem

Jego marzenie o wielkiej masakrze w Strefie Gazy zaczęło się spełniać w marcu tego roku, gdy Palestyńczycy, poruszeni przeniesieniem amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, postanowili przypomnieć światu swoje marzenie o powrocie uchodźców do miast i wsi swego kraju. Lieberman pytany przez zagranicznych dziennikarzy, dlaczego każe strzelać do manifestujących mężczyzn, kobiet i dzieci, do karetek pogotowia i dziennikarzy, dlaczego izraelscy snajperzy używają międzynarodowo zakazanych pocisków typu dum-dum, czym łatwiej zabić lub trwale okaleczyć, wyjaśnił, że „nie ma niewinnych” w Strefie, że wszyscy (chociaż bez broni), należą do „wojskowego ramienia Hamasu”, partii rządzącej w Gazie.

Bardziej wiarygodne wyjaśnienie dostarczył, gdy na portalach społecznościowych ukazało się wideo „jego” żołnierzy zabawiających się głośno w celowanie do Palestyńczyków również wtedy, gdy nie ma manifestacji: tych przechodzących lub stojących gdzieś na horyzoncie. Na wideo słychać żołnierską radość z zabicia jednego z nich. „Snajperowi należy się medal, ale ten z kamerą zasługuje na degradację” – oświadczył Lieberman powtarzając, że „mamy najbardziej moralną armię na świecie, ale na froncie żołnierze są zestresowani. Trzeba zrozumieć, że mają ochotę wyładować stres, to normalne”. Sam Lieberman walczył ze stresem, wydając rutynowe rozkazy bombardowań lotniczych Strefy w oczekiwaniu na „wielką ofensywę”, która została w tym miesiącu zawieszona, powodując jego frustrację i dymisję.

 

Pomoc sojusznikom

We wrześniu amerykański magazyn Foreign Policy ujawnił, że ministerstwo Liebermana zbroiło i opłacało 12 różnych terrorystycznych ugrupowań antyrządowych operujących w Syrii. Izrael dokładał każdemu dżihadyście 75 dolarów do miesięcznej pensji wypłacanej przez Arabię Saudyjską. Oczywiście działo się to za pełną wiedzą Stanów Zjednoczonych. O ile jednak w Syrii Izraelczycy dostarczali „rebeliantom” broń amerykańską, na Ukrainie zbroją i sprzedają licencje na produkcję izraelskiej broni, szczególnie dla neonazistowskiego, oskarżonego o liczne zbrodnie pułku „Azow”. Przyczyna była dość prosta: w zeszłym roku amerykański Kongres odmówił dalszego finansowania „Azowa” ze względu na głoszony przezeń nazizm, więc administracja Trumpa zwróciła się do Izraela, który bez problemu zgodził się wykonać czarną robotę za nią. To we we współpracy obu krajów reguła, tak samo było np. w czasie znanej afery „contras” w Nikaragui.
Podczas gdy „obrońcy białej rasy” z „Azowa” kręcili wideo instruktażowe np. o izraelskich karabinach specjalnych Tavor (na Ukrainie nazywają się Fort), Lieberman w rozmowach z premierem Ukrainy Hrojsmanem załatwił znaczne rozszerzenie „współpracy wojskowej” między obu krajami. Niektórzy mogą się zdziwić, że Izrael zbroi ludzi, którzy by wyrazić nienawiść do prezydenta Rosji nazywają go „Żydem”, lecz dla realizacji interesów politycznych, szczególnie popierania skrajnej prawicy w Europie, Izrael nie zważa na kwestię antysemityzmu.

 

Między faszyzmem a nazizmem

Według izraelskiego historyka prof. Zeeva Sternhella, znanego specjalisty od europejskiego faszyzmu, Awigdor Lieberman, którego porównuje do Benito Mussoliniego, jest „najbardziej niebezpiecznym politykiem w historii Izraela”. Z kolei zdaniem prof. Noama Chomsky’ego to jeden z przedstawicieli izraelskiego „judeo-nazizmu”, który zaczyna rządzić polityką państwa żydowskiego. Inni zwracają uwagę, że od dawna są w niej obecni ludzie gorsi od Liebermana, który jednak odszedł od syjonizmu religijnego na rzecz świeckiego.
Przykładem może być religijny ekstremista i skrajny rasista-nacjonalista Naftali Bennett, minister edukacji, który zaraz po rezygnacji Liebermana zażądał dla siebie ministerstwa obrony. Jego marzenia są biblijne, o Wielkim Izraelu („po Eufrat”), więc na razie, ze względów dyplomatycznych, tej teki nie dostał. Premier Netanjahu może się cieszyć, że w porównaniu z takimi „jastrzębiami”, może uchodzić wręcz za „gołębia”. Zażegnał kryzys rządowy wywołany dymisją Liebermana, ominął niepewność wcześniejszych wyborów, ale do kiedy? W którą stronę ewoluuje izraelski, kolonialny reżim apartheidu? Niestety, coraz więcej obserwatorów nie wróży niczego dobrego.

Sen o Powrocie, walka o przetrwanie Palestyna

Obóz dla uchodźców Dżalazun, siedem kilometrów na południe od Ramallah, to jedna czwarta kilometra kwadratowego i piętnaście tysięcy mieszkańców. Obóz Aida na przedmieściach Betlejem: jedna dziesiąta kilometra, pięć i pół tysiąca ludzi. Za ich bramami – całe najnowsze dzieje Palestyny w pigułce: tragedia sprzed 70 lat, opór, ofiary, marzenia i próby normalnego życia, które w tych warunkach samo w sobie jest dalszym ciągiem oporu.

 

Przy przyjeździe do Dżalazun potoczne skojarzenia z pojęciem „obóz dla uchodźców” zawodzą. Żadnych namiotów, pośpiesznie wytyczonych alejek i prowizorycznych baraków. Tak było siedemdziesiąt lat temu, gdy na Zachodnim Brzegu, wtedy jordańskim, pośpiesznie lokowano palestyńskich wygnańców, ofiary Nakby, Katastrofy.
Spodziewali się, że wrócą i to w krótkim czasie. Nie wrócili. Zamiast namiotów wyrosły domy, obóz przybrał wygląd ubogiego miasteczka, jakich tysiące na Bliskim Wschodzie: ciasno poustawiane domy, obowiązkowo z beczkami wody na dachu, wąskie ulice, bezładnie zaparkowane samochody, plątanina elektrycznych kabli, meczet z minaretem wzbijającym się w idealnie błękitne niebo. Są też punkt pomocy medycznej i szkoły dla dziewczynek i chłopców. Na ich siedzibach – tablice informacyjne agencji UNRWA, Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Pierwszy sygnał, że w zwyczajnym mieście jednak nie jesteśmy.
Kolejny, jeszcze dobitniejszy, dają sami mieszkańcy, jeśli tylko ktoś ich zapyta: skąd jesteś? Nie odpowiadają, że stąd, z Dżalazun, choćby tutaj się urodzili i nigdy nie mieszkali nigdzie indziej. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej, opracowując dane statystyczne, spisało 36 różnych deklaracji. Jestem z Innaby, w dystrykcie Ramli. Nasza rodzina pochodzi z wioski al-Muzajri’a, też z tamtych okolic. Jesteśmy z Aj-Chajrijji, z regionu Jaffy, północ. My z Ad-Dawajimy, na zachód od Hebronu. Najwięcej rodzin wskazuje dwa miejsca – Al-Ludd i nieodległą od niego Bajt Nabalę.

 

Wypędźcie ich

Ar-Ramla i Al-Ludd, łącznie liczące 50-70 tys. arabskich mieszkańców, według rezolucji ONZ z listopada 1947 r., miały znaleźć się w granicach państwa palestyńskiego. Jednak podczas wojny izraelsko-arabskiej, w lipcu 1948 r. zostały zajęte przez wojsko izraelskie. Jordański Legion Arabski, który miał bronić tego obszaru, stawił jedynie nieznaczący opór.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach Icchak Rabin, późniejszy premier i pokojowy noblista, a w 1948 r. oficer i zastępca dowódcy operacji ataku na al-Ludd i ar-Ramlę, 12 lipca o losie Palestyńczyków z dwóch miast zdecydował osobiście Dawid Ben Gurion. Na pytanie, co zrobić z arabskimi mieszkańcami zdobytych miast, pierwszy premier Izraela machnął tylko ręką, co Rabin zrozumiał jako: wypędźcie ich. Taki też rozkaz podpisał tego samego dnia.
W 35-stopniowym upale, bez wody i żywności mieszkańcy al-Ludd musieli przejść najpierw siedem kilometrów do Bajt Nabali, zajmowanej przez izraelskie wojska już od kwietnia, potem kolejne dziesięć do Barfilijji. Po drodze porzucali resztki dobytku, które wcześniej ze sobą zabrali (większość i tak musieli zostawić na miejscu). Mienie innych rabowali po drodze izraelscy żołnierze. Ilu uchodźców zmarło po drodze z wyczerpania? Izraelski historyk Benny Morris twierdzi, że była to „mała grupa, może kilkadziesiąt osób”. Autor palestyński, Arif al-Arif, że życie straciło 350 osób starszych, kobiet i dzieci. Dopiero po trzech dniach żołnierze Legionu Arabskiego przewieźli ocalałych na Zachodni Brzeg. W cieniu strasznych wspomnień wyrosły kolejne pokolenia, które nigdy nie miały szansy przeżyć choć dnia w ziemi przodków, ale mówią o sobie: jesteśmy stamtąd.
Na bramie prowadzącej do Aidy wisi ogromny klucz, symbol Powrotu. Wiele rodzin ciągle przechowuje, jak relikwie, klucze do domów, które musieli wtedy porzucić.

 

Walka o przetrwanie

Wiceprzewodniczący samorządu mieszkańców Dżalazun, kiedy pytam, gdzie miejscowi znajdują pracę i czy nie rozważają wyprowadzki z obozu za (trochę) lepszym życiem, odpowiada tylko na pierwszą część pytania. Tak, o pracę bardzo trudno. Bezrobocie wśród mieszkańców to blisko 60 proc., wśród kobiet – jeszcze więcej. W końcu ile miejsc pracy może być na jednej czwartej kilometra? Około dwóch tysięcy osób ma zatrudnienie w Ramallah i w sąsiednim Al-Bira. Wyjeżdżają i wracają z nadzieją, że droga do obozu nie będzie akurat zamknięta przez żołnierzy z izraelskiego posterunku w Beit El. Co, jeśli jest? Pozostaje jechać naokoło, przez wioskę Surda, nadkładając dwa razy drogi. A jeśli właśnie wtedy, gdy Izraelczycy zamykają przejazd, ktoś z mieszkańców obozu potrzebuje szybko pilnie pomocy medycznej, bardziej skomplikowanej, niż ta podstawowa udzielana na miejscu, i spieszy się do szpitala w Ramallah? W zasadzie może się… pomodlić. I niewiele więcej.
Ale opuścić obozy? To by przecież oznaczało rezygnację ze statusu uchodźcy i prawa do powrotu, zapisanego w prawie międzynarodowym. Pogodzenie się z tym, że pewnych faktów się już nie odwróci. Nie, większość mieszkańców nawet nie bierze tego pod uwagę.
A przecież bezrobocie to tylko pierwszy z listy problemów. Następny – przeludnienie. Gdy obóz powstawał, był przeznaczony dla dwóch-trzech tysięcy osób. Rodziły się dzieci, liczba mieszkańców rosła, ale wydzielone terytorium dla uchodźców – nie. Dalej: przychodnię i działanie szkół dla chłopców i dziewczynek opłaca UNRWA. Wieść o tym, że Donald Trump obciął jej finansowanie, wywołała w samorządzie mieszkańców Dżalazun autentyczną trwogę. Gdyby nie amerykańskie wpłaty na fundusz, w 2014 r. nie udałoby się rozbudować szkoły dla dziewczynek o 31 nowych sal, otworzyć sali komputerowej, boiska. Rozbudowa była konieczna, bo szkołę budowano dla kilkudziesięciu uczennic, a dzisiaj uczęszcza do niej tysiąc najmłodszych mieszkanek. Co będzie dalej?
W Aidzie w 1948 r. znalazło schronienie 1125 wygnańców, dziś mieszka tu pięć i pół tysiąca uchodźców. Bezrobocie? „Tylko” 43 proc. Byłoby może mniej, gdyby nie to, że obóz przylega do Muru Separacyjnego, dojazd do niego jest regularnie zamykany. Stałej przychodni nie ma, UNRWA opłaca jedynie regularne przyjazdy lekarza. Niemalże stałe są natomiast problemy z dostawami wody. Działają dwie szkoły, dzięki zagranicznym dobroczyńcom powstało centrum kulturalne Ar-Rowwad, gdzie najmłodsi mieszkańcy mogą chociaż trochę cieszyć się dzieciństwem: mają świetlicę, kolorową bibliotekę, salę komputerową, chodzą na warsztaty fotografii, teatru, tańca. W 2009 r. występowali przed papieżem Benedyktem XVI. Zwierzchnik Kościoła katolickiego w czasie tamtej pielgrzymki wyraził żal, że uchodźcy żyją w tak niepewnych i trudnych warunkach.

 

Ekspansja

Izraelski posterunek po drugiej stronie drogi z Ramallah, niemalże naprzeciwko Dżalazun, powstał w 1970 r., trzy lata po wojnie sześciodniowej, w której Jordania straciła Zachodni Brzeg. Przy niewielkiej bazie zamieszkało siedemnaście rodzin. Dziś osiedle Beit El ma sześć i pół tysiąca mieszkańców, wielokrotnie było powiększane. Izraelska organizacja Pokój Teraz, opowiadająca się za rozwiązaniem dwupaństwowym i wycofaniem osadników z terytoriów okupowanych, szacuje, że 96,5 proc. zajmowanego przez Beit El terenu to ziemie siłą odebrane palestyńskim właścicielom. Aida też sąsiaduje z osiedlami: wystarczy wejść na dach jednego z domów i widać rozłożone na wzgórzach Har Homa i Gilo.
Osadnicy nie dają nam spokoju – słyszymy w Dżalazun. – Przychodzą do obozu nad ranem, potrafią wejść do domu, grozić bronią, wrzucić granat hukowy. Straszą dzieci, niszczą samochody mieszkańców obozu.
W Aidzie eksperci z Centrum Praw Człowieka przy Uniwersytecie Kalifornijskim przeprowadzili badania terenowe, by zweryfikować doniesienia o nieustannym nękaniu. Byli świadkami używania gazu łzawiącego przeciwko przypadkowym, nieuzbrojonym mieszkańcom. Niezależnie od nich Pierre Krähenbühl z UNRWA alarmował: żadna populacja na świecie nie jest tak narażona na działanie takich środków w takim natężeniu, jak mieszkańcy obozu w sąsiedztwie Betlejem.
Osadnicy odpowiadają na łamach izraelskiej prasy: nic podobnego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie, to palestyńscy sąsiedzi z obozu są agresywni, rzucają w nas kamieniami, palą opony. Właśnie dlatego, wyłącznie dla obrony, przekonują, w 2017 r. Beit El zostało otoczone murem i jest ściśle chronione. Żeby nie dochodziło do zamieszek, oni chcą przecież spokojnie żyć. Na czyjej ziemi, jakim kosztem? Do tej kwestii osadnicy już się nie odnoszą.
Dla ruchu osadniczego Beit El, ze względu na swoje położenie w kluczowej strefie Zachodniego Brzegu, ma szczególne symboliczne znaczenie. Jest jak forpoczta, przednia straż w dziele kolonizacji „ziemi darowanej przez Boga Izraelowi”. Większość mieszkańców osiedla głosuje w wyborach na skrajną prawicę i nie zawodzi się – w 2017 r. premier Netanjahu osobiście wyraził zgodę na powiększenie osiedla o kolejne 300 domów. Beit El swojego czasu wspierał też finansowo obecny ambasador USA w Izraelu David Friedman.

 

Tułaczka, zniszczenie, przemoc

W Dżalazun wiedzą, że w związku z powyższym osadnicy są w zasadzie bezkarni. Tak samo, jak bezkarni są ci, którzy zniszczyli wioski i miasta, które oni podają jako miejsce pochodzenia. Tych miejsc tak naprawdę już nie ma. Zostały tylko na historycznych mapach Palestyny sprzed 70 lat i w bazach danych tworzonych przez historyków i wolontariuszy.
Nie ma Bajt Nabali, zajętej przez oddziały żydowskiej Hagany w maju 1948 r. i zniszczonej we wrześniu tego samego roku. Zburzono meczet, po domach zostały fundamenty. Dziś na miejscu arabskiej wsi są osady żydowskie.
Po Al-Chajrijji pozostało kilka opuszczonych domów, opisał je jeszcze w 1992 r. palestyński badacz Walid Chalidi. Dziś to puste pola i wysypisko śmieci, częściowo rekultywowane.
Zniknęła Innaba, wioska z 417 domami, własną szkołą, meczetem, otoczona przez pola uprawne. Od 1952 r. kultywują je, już w ramach moszawu Kefar Szemu’el, Żydzi przybyli z Rumunii.
W Ad-Dawajimie w październiku 1948 r. jeden z batalionów 8 brygady wojska izraelskiego zamordował co najmniej 80 osób. Inni uciekli, ratując życie.
W Al-Ludd na miejscu arabskich mieszkańców osiedlili się Żydzi z Północnej Afryki i ze Związku Radzieckiego. Miasto ma teraz hebrajską nazwę Lod i motto z Księgi Jeremiasza, które brzmi jak cyniczny żart: „I wrócą synowie do swoich siedzib”.
Kiedy pamięć o dawnych upokorzeniach łączy się z doświadczeniem dzisiejszych, codziennych, wtedy faktycznie w pobliżu posterunku przy Beit El i przed bramą Aidy do zamieszek dochodzi. Mieszkańcy, zwłaszcza ludzie młodzi, wiedzą, na co się narażają, paląc opony pod nosem osadników lub rzucając kamieniem w żołnierza. Codziennie, chodząc wąskimi ulicami obozu, mijają bojowe graffiti i rozklejone na ścianach portrety takich jak oni, niektóre z datą śmierci, inne z emblematami palestyńskich organizacji walczących z okupacją. Jedni się ze zdjęć uśmiechają, patrzą spokojnie w oczy przechodniów, innych uwieczniono z flagami, gdy walczyli. Zanim zginęli.
Żyjący wiedzą, że nic ich w tym życiu nie czeka, oprócz egzystencji pod okupacją, w przeludnionym obozie. Gniew pokonuje instynkt samozachowawczy. Skoro i tak można zostać postrzelonym, zranionym, nawet zabitym, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – czy nie warto zaryzykować, by chociaż na chwilę przełamać bezradność?
W centrum Dżalazun wznosi się pomnik przywódców Organizacji Wyzwolenia Palestyny – Jasira Arafata, Abu Ijada, Abu Dżihada. Na murach obozu, na przemian z tęsknymi malowidłami przedstawiającymi Jerozolimę i Kopułę na Skale, pojawiają się kolejne postacie męczenników.
W centrum Ar-Rowwad kierują się filozofią „pięknego oporu” – przełamywania okupacyjnej rzeczywistości przez sztukę, kultywowanie tradycji, odkrywanie talentów, zachęcanie kobiet do aktywności społecznej. Uprawianie sportu czy robienie zdjęć staje się samo w sobie aktem sprzeciwu. Pokazaniem, że okupacja nie odebrała chęci do życia, nie załamała.

 

Zanim wybuchnie pożar

Palestyńscy przywódcy z Ramallah mówią o pokojowym oporze. O zachęcaniu do przyjeżdżania do Palestyny, ujmowaniu gościnnością, pokazywaniu tutejszej kultury, przełamywaniu stereotypów. Politycy i działacze podkreślają: chcemy pokoju, więc idziemy na ustępstwa, jesteśmy za rozwiązaniem dwupaństwowym, opartym o granice sprzed wojny sześciodniowej. Chcemy międzynarodowej mediacji, wielostronnej konferencji pokojowej, skoro już wiadomo, że USA nie jest neutralnym rozjemcą.
Może i brzmi to rozsądnie, dyplomatycznie, mądrze. Ale w oczy palestyńskiej młodzieży rzuca się co innego: że po drugiej stronie nie ma woli ustąpienia choćby na krok, za to jest naga siła. Budowanie murów, burzenie domów, zabór ziemi, zamknięte drogi, posterunki wojskowe. Rozwiązanie dwupaństwowe staje się nieokreślonym majakiem, a gniew i rozpacz są tutaj i teraz, w obozach dla uchodźców coraz silniejsze… W Aidzie – z każdym spojrzeniem na mur oddzielający Autonomię Palestyńską, który mija się po drodze do obozu i widzi z dachów domów. W Dżalazun – z każdym dniem, kiedy droga do Ramallah była zamknięta i przejechanie siedmiu kilometrów znowu zajęło blisko godzinę. Wszędzie w Palestynie – z każdym wspomnieniem nieistniejących domów, wyciętych drzew oliwkowych, wiosek zrównanych z ziemią.
Jeśli nic się nie zmieni – wybuch musi nastąpić.

 

Korzystałam z prac Ilana Pappe „Czystki etniczne w Palestynie” (Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017), Benny’ego Morrisa „The Birth of the Palestinian Refugee Problem, 1947–1949″ (Cambridge University Press, Cambridge 1987) oraz z bazy danych Palestine Remembered.

900 dzieci w areszcie

Wzmaga się przemoc izraelskich okupantów w stosunku do nieletnich Palestyńczyków. W tym roku aresztowano ich już ponad 900. Ponad 200 nadal jest pozbawionych wolności.

 

Stowarzyszenie Więźniów Palestyńskich (Palestinian Prisoner Society – PPS) przedstawiło we wtorek dane świadczące o tym, że od początku 2018 r. do końca października państwo Izrael aresztowało 908 palestyńskich dzieci. 270 spośród nich nadal jest przetrzymywanych w aresztach w miejscowościach Megiddo i Ofer. Ponadto nieokreślona liczba nieletnich osób przebywa zamknięta w policyjnych miejscach odosobnienia na terenie Jerozolimy.

Stowarzyszenie zwraca uwagę, że izraelskie siły okupacyjne często dokonują aresztowań dzieci w środku nocy, albo nad ranem, po wdarciu się do ich domów. W miejscu przetrzymywania poddawane są torturom, najczęściej biciu, w celu wymuszenia zeznań. Znaczna część z nich przebywa w więzieniach nie tylko bez możliwości kontynuowania edukacji, ale pozbawiane są też kontaktu z rodzinami, a nawet opieki medycznej – również w przypadku osób przewlekle chorych. Znany jest przypadek 17-letniego Hasana at-Tamimi, który podczas uwięzienia w izraelskim areszcie w tym roku stracił wzrok na skutek celowego zaniedbania jego zdrowia.

Zdaniem PPS po 2015 r. nastąpiła wyraźna zmiana w polityce izraelskich okupantów wobec małoletnich Palestyńczyków. Wielokrotnie nowelizowano prawo tak, by wojsku, policji i sądom umożliwić pozbawianie dzieci wolności na dłuższe okresy, łącznie z możliwością stosowania kary dożywotniego więzienia za rzucenie kamieniem w kierunku izraelskiego żołnierza lub osadnika.

Ambasada potępia

Poniżej zamieszczamy tekst komunikatu Ambasady Palestyny w Warszawie w sprawie izraelskiego ataku w Strefie Gazy.

 

Elitarna jednostka izraelska wieczorem, w ub. niedzielę (11 listopada) zakradła się na terytorium dystryktu Khan Younis w Strefie Gazy. Grupa używała samochodu marki Volkswagen z palestyńskim numerem rejestracyjnym. Miała za zadanie uprowadzić obywateli Palestyny pełniących funkcje w strukturach Hamasu oraz monitorować sprzęt i sieci komunikacyjne organizacji palestyńskich.

Samochód, którego korzystali Izraelczycy posiadał rozbudowane wyposażenie techniczne, któe było w stanie wykrywać tunele, sprzęt telekomunikacyjny i monitorować połączenia. Misja została wykryta przed jej wykonaniem. Nastąpiła wzajemna wymiana ognia, w wyniku której zabitych zostało siedmiu Palestyńczyków i dowódca izraelskiej grupy.

Następnie nastąpiła interwencja izraelskich samolotów i helikoptera, które miały na celu uratować grupę przed aresztowaniem i zniszczyć samochód używany przez jednostkę, a ją samą doprowadzić do płotu granicznego.

Potępiamy tę izraelską misję, która doprowadziła do kolejnej eskalacji konfliktu i wzywamy społeczność międzynarodową do wdrożenia międzynarodowych rezolucji i wypełnienia swoich obowiązków, by zapewnić ochronę palestyńskiej ludności cywilnej i zakończyć zbrodnie okupacyjne przeciwko naszemu narodowi.

Potępiamy milczenie przed tymi zbrodniami i próbę odwrócenia faktów.

Apartheid w Izraelu

Premier Izraela daje zielone światło dla procedowania ustawy, która ma ułatwić orzekanie kary śmierci wobec Palestyńczyków oskarżanych o terroryzm. Chodzi o przypadki zabójstwa obywateli narodowości żydowskiej. Nikt tymczasem nie mówi o tym, żeby Izraelczycy mordujący Palestyńczyków z pobudek politycznych i religijnych przestali otrzymywać wyłącznie symboliczne wyroki. Tak pogłębia się apartheid w państwie Izrael.

 

Po ostatnim spotkaniu z przedstawicielami koalicji rządzącej Benjamin Netanjahu wyraził opinię, że obiekcje ze strony armii i służby bezpieczeństwa Szin Bet nie powinny stać na przeszkodzie, by Knesset podjął decydujące głosowanie w sprawie kontrowersyjnej ustawy o karze śmierci.

Kara śmierci w Izraelu formalnie obowiązuje, ale w 1954 r. praktycznie zawieszono jej stosowanie, wyjątek robiąc wyłącznie dla Adolfa Eichmanna w 1962 r. Rosną jednak naciski polityczne, by przywrócić jej stosowanie w ramach “walki z terroryzmem”. Głównym promotorem ustawy, która ma temu służyć jest minister obrony Avigdor Lieberman, który znajduje się ostatnio w ogniu krytyki prowadzonej z prawicowych pozycji przez ministra edukacji Naftalego Benneta. Liberman, który zdaniem Benneta jest zbyt wyrozumiały dla Palestyńczyków, jako dla terrorystów, już rok temu uznał wspomnianą ustawę za kluczową dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.

– Nie możemy pozwolić na to, żeby terroryści, którzy popełnili morderstwo, siedzieli spokojnie w więzieniach i korzystali z dobrych warunków, a w przyszłości mogli zostać zwolnieni – mówił Lieberman w 2017 r. Niedawno wyrażał obawę, że przedłużanie wdrożenia ustawy przez główną partię koalicyjną Likud, oznacza niechęć do “rozprawienia się z terrorem”.

Sprawa dotyczy postępowania wobec osób, które dopuszczają się zabójstw o charakterze uznawanym za terrorystyczny, czyli w praktyce wobec Palestyńczyków dopuszczających się zabójstw Żydów na terytoriach okupowanych. Teoretycznie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, możliwe jest orzekanie w stosunku do nich kary śmierci przez sądy wojskowe, lecz konieczna jest do tego jednomyślna decyzja trzech sędziów trybunału. Proponowana ustawa ma złagodzić ten warunek. Zgodnie z jej zapisami wyrok kary śmierci mógłby w takich przypadkach zapaść stosunkiem głosów 2-1.

Palestyńczycy zabijający Żydów są obecnie sądzeni przez sądy wojskowe, ponieważ do takich zabójstw dochodzi głównie na terenach Zachodniego Brzegu, nielegalnie okupowanych przez izraelskie wojsko. Żydzi zabijający Palestyńczyków – najczęściej członkowie ekstremistycznych grup syjonistycznych wywodzący się ze środowisk osadników, sądzeni są przez sądy cywilne, które nie mogą orzekać kary śmierci, i otrzymują symboliczne wyroki. Jest tak w przypadku osadnika, który w 2015 r. podpalił dom palestyńskiej rodziny, a w pożarze spaliło się żywcem małe dziecko. Oskarżony został ostatecznie skierowany do aresztu domowego. Żołnierz, który zastrzelił bezbronnego Palestyńczyka dostał wyrok dziewięciu miesięcy.

Obrońcy praw człowieka w Izraelu i za granicą protestują przeciwko rzeczonej ustawie. Argumentują, że chociaż nie określa ona jasno żadnej grupy, przeciwko której ma być stosowana, jasne jest że jest wymierzona przeciwko Palestyńczykom i stanowi część tendencji pogłębiania w Izraelu polityki apartheidu, czyli nierównego traktowania Żydów i Arabów. Normalizację nierówności prawnej gwarantuje tzw. ustawa o państwie żydowskim przyjęta przez Knesset w czerwcu. Nowe prawo o karze śmierci było wstępnie głosowane przez parlament w styczniu i przeszło do dalszego procedowania niewielką większością głosów.