Bez dogmatu po raz trzeci Recenzja

Krzysztof Lubczyński recenzuje najnowsze wydanie niezależnego, lewicowego magazynu intelektualnego.

 

Trzeci tegoroczny numer kwartalnika „Bez dogmatu” wydawanego przez wydawnictwo „Książka i Prasa” (KiP) wpisuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, co zaznacza już na wstępie Piotr Szumlewicz w tekście „Kabaret na stulecie niepodległości”, w dziesięciu fleszach pokazujący pakiet śmieszności towarzyszący obchodom tego wydarzenia. Anna Małyszko zajęła się w obszernym tekście „Szkołą niepodległą”, czyli głównie ideologicznymi deformacjami, jakim podlega polska szkoła współczesna, w szczególności szkoła czasów PiS. Komplementarnie do tego tematu Anna Dzierzgowska zajęła się nauczaniem historii czyli polityką historyczną realizowaną na umysłach uczniów („O nauczaniu w Polsce historii. Czyja historia? Komu służy?”). Dzierzgowska zwraca w szczególności uwagę m.in. na manipulację poznawczą polegającą na wskazywaniu fałszywych więzi rodowodowych między teraźniejszością a wieloma bytami z przeszłości i wpisywaniem postaci z przeszłości historycznej w znaczenia, z którymi nie miały, bo i nie mogły mieć nic wspólnego. O dominacji „Narodowych ramot” czyli obecnej recepcji zamierzchłych tradycji historycznych oraz o recydywie kopalnego nacjonalizmu napisał Tomasz Jativa, a o „Wyklętych komunistkach” – Róży Luksemburg, Wandy Wasilewskiej i Zofii Dębińskiej – Agnieszka Mrozik. Przeskok do tematyki stricte współczesnością inspirowanej rozpoczynają „Myśli nowoczesnego konsumenta” Julii Golachowskiej, poświęcone etnocentryzmowi konsumenckiemu, jako jednemu z przejawów modnego dziś w Polsce kultu patriotyzmu. Do tej szeroko rozumianej tematyki konsumenckiej dopisuje się Piotr Rymarczyk opowiadaniem „Nowe ciało dresiarza”. W „Wymazywaniu H.” Michał Kozłowski podejmuje temat tabu, jakim ruchy prawicowe starają się, poprzez sprzeciw wobec argumentacji „ad hitlerum”, obezwładnić krytykę ze strony ideowych przeciwników. Norman Tabor przypomina postać obalonego i zamordowanego 45 lat temu lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i zwraca uwagę, że jego oprawca, Augusto Pinochet, tylko w Polsce zamiast jako zbrodniarz traktowany jest jako bohater. Michał Kozłowski pochylił się nad popadnięciem polskiej lewicy propalestyńskiej w antysemickie stereotypy („Izrael, Krzysztof Godlewski i my”). Natomiast m.in. Stanisław Różycki („Ustawa 2.0”), Sebastian Słowiński („Trzeba bronić uniwersytetu”) i dwoje innych autorów zajęli się sytuacją wyższego szkolnictwa w obliczu tzw. ustawy Gowina. „Historia jednego strajku”, to relacja Wandy Wasilewskiej ze słynnego strajku ZNP w 1937 roku, strajku który współorganizowała. Krzysztof Lubczyński ukazał „Nieodparty urok władzy ludowej” w zwierciadle dwóch politycznych powieści Janusza Rolickiego akcją usytuowanych w PRL. Numer kończy niewielkie (choć jak na publikację w nieobszernym piśmie periodycznym całkiem obszerne) studium Dariusza Łukasiewicza „Rodzina robotnicza w kapitalizmie industrialnym. Przykład niemiecki”. A w drugim tytule „KiP” czyli listopadowym numerze miesięcznika „Le Monde diplomatique” m.in. Louis Pinto o „Rozpieszczonych dzieciach supermarketu” czyli o metamorfozach społeczeństwa konsumpcji, Renaud Lambert pyta „Czy Brazylia jest faszystowska?”, oczywiście Brazylia po objęciu władzy przez populistę Jaira Bolsanaro, a także Michela Hussona „Kryzys gospodarczy i nieporządki światowe” czyli ekonomiczny bilans dekady 2008-2018 oraz wiele innych tekstów.

 

„Bez dogmatu”, nr III/2018

Wykidajło z Kiszyniowa

Gdy w połowie listopada 60-letni minister obrony Izraela Awigdor Lieberman nieoczekiwanie podał się do dymisji, na palestyńskich terytoriach okupowanych wybuchła radość: w końcu to ten człowiek rozkazał zabijać mieszkańców Strefy Gazy, którzy manifestowali pod granicą, co skończyło się setkami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych. Była to jednak radość krótkotrwała, bo przecież nawet jeśli Lieberman wycofał się teraz, to w żadnym wypadku nie oznacza końca jego kariery politycznej, ani zmiany polityki terroru prowadzonej przez rząd izraelski. Jego nieprzejednany, agresywny rasizm cieszy się w Izraelu powszechnym poparciem.

 

„Zawsze wzbudzałem kontrowersje, bo proponuję nowatorskie idee” – wyjaśniał, kiedy w marcu 2015 r. pytano go o przemówienie na mityngu wyborczym w Hercliji pod Tel-Awiwem, kiedy przekonywał, że izraelskim Palestyńczykom (tej resztce, która pozostała w proklamowanym Izraelu po Nakbie, czystce etnicznej z 1948 r.) należy „obcinać głowy siekierą”, jeśli są nielojalni wobec państwa żydowskiego. Lieberman sugerował zresztą skazywać na śmierć wszystkich gojów, którzy krytykują politykę rządu. Jego wyborcy byli jak zwykle zachwyceni „nowatorskim pomysłem” i Lieberman odniósł kolejne zwycięstwo. Od 2000 r. już pięć razy podawał się do dymisji lub bywał odsuwany, gdy jego propozycje nie były wdrażane, ale zawsze dzięki poparciu narodu szybko wypływał na powierzchnię: zbyt wielu Izraelczyków wyznania żydowskiego widzi w nim uosobienie chwalebnej przyszłości Izraela.

Tym razem odszedł z rządu i wycofał swą partię Nasz Dom Izrael z koalicji rządowej z dwóch przyczyn: premier Netanjahu odmówił natychmiastowej, nowej kampanii masowych bombardowań Strefy Gazy i – co Liebermana jeszcze bardziej oburzyło – zgodził się wpuścić do zablokowanej od ponad 10 lat enklawy opłacone przez Katar paliwo dla tamtejszej elektrowni, co tymczasowo wydłużyło dostęp Palestyńczyków do elektryczności z (maksymalnie) czterech do dziewięciu godzin na dobę. Te, według niego, „karygodne” posunięcia rządu Netanjahu to co prawda stara strategia -od czasów działań premiera Szarona w 2004 r.: dać chwilę oddechu Gazie, by lepiej, poprzez nasiloną żydowską kolonizację i represje przeciw tubylcom, zlikwidować ideę państwa palestyńskiego na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Ale Lieberman wie, za co kochają go rodacy. Mierzy wysoko.

 

Rzęsiste oklaski

Przez pierwsze 20 lat swego życia Lieberman był obywatelem Związku Radzieckiego, rosyjskojęzycznym Żydem z Kiszyniowa, stolicy Mołdawskiej SRR. Jego ojciec Lew, do 1940 r. obywatel rumuński, należał do ekstremistycznej organizacji syjonistycznej Betar, co syn uznał jednak za „mięczakowatość”. Po emigracji do Izraela, gdy został wykidajłą w telawiwskim nocnym klubie, wstąpił do terrorystycznej organizacji Kach amerykańskiego rabina Meira Kahane. W Izraelu stała się ona partią polityczną, głoszącą konieczność „transferu” wszystkich gojów (przede wszystkim Palestyńczyków) z Izraela i ziem przezeń okupowanych do sąsiednich państw arabskich. Kach nie wykluczała, a nawet promowała również drogę ludobójstwa, by osiągnąć „czystość narodową” Izraela, wzorem biblijnej księgi Jozuego, lecz kiedy zaczęła urządzać pogromy i masakry na własną rękę, została zakazana. Wtedy Lieberman przeszedł do legalnego, skrajnie prawicowego Likudu, by związać się z innym Amerykaninem – Benjaminem Netanjahu.

Metodyczna kolonizacja i terror na ziemiach okupowanych za czasów pierwszego premierostwa Netanjahu wydały się Liebermanowi zbyt powolne (wręcz „babskie”). On nie przestał domagać się „transferu”, wielkiego wygnania Palestyńczyków z ich kraju, które miałoby być dokończeniem Nakby i zapewnić niepodzielną supremację Żydów w Palestynie. W proteście porzucił więc Likud i w 1999 r. założył własne ugrupowanie, które z początku reprezentowało żydowskich emigrantów z Rosji, którzy, przyzwyczajeni do stalinowskich deportacji całych narodów, bez problemu poparli jego poglądy. W tym samym roku dostał się więc do Knesetu, by powrócić jednak do alternatywnej idei ludobójstwa, co wkrótce zapewniło mu znaczne poparcie i trwałe miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze w 2009 r. głośno domagał się zrzucenia izraelskiej bomby atomowej na Strefę Gazy, a to nieodmiennie zapewniało mu rzęsiste oklaski i wyrazy uwielbienia na mityngach. Pomimo pewnej „kontrowersyjności” tego ostatecznego rozwiązania, na co nieśmiało zwracała uwagę prasa światowa.

 

Bojownik o sprawiedliwość

W miesiąc po tej ostatniej deklaracji Awigdor Lieberman został szefem izraelskiej dyplomacji w drugim rządzie Netanjahu. By więc nie wypominano mu „kontrowersyjnych” wypowiedzi, głosił jedynie konwencjonalne wyniszczenie Palestyńczyków, a Mahmuda Abbasa, szefa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu, który przeciw temu protestował, nazwał „terrorystą dyplomatycznym”. To od razu uciszyło i tak już cichutką krytykę zachodnią. Wiedział, że państwo Izrael cieszy się „bezwarunkowym” poparciem imperium amerykańskiego. Gdy zgłosił nowatorski pomysł, by wszystkich więźniów palestyńskich „utopić w Morzu Martwym” („zamiast ich utrzymywać”), nikt mu w zagranicznych kancelariach uwagi nie zwracał. W Izraelu ludowy nacisk na Netanjahu stał się tak mocny, że dwa i pół roku temu Lieberman zdobył w jego rządzie wymarzone stanowisko – ministra obrony.

Tu starał się naprawdę zrealizować. Jego kolejny pomysł – rozstrzelanie kilku posłów palestyńskich, którzy są w izraelskim parlamencie, nie został co prawda wykonany („Czyżbyśmy byli społeczeństwem mięczaków?” – pytał zawiedziony), ale za to mógł gorąco bronić „swoich” żołnierzy, kiedy zabijali Palestyńczyków, gdzie się da. Był na przykład oburzony, że dzielny żołnierz Elor Azaria, który zastrzelił na ulicy bezbronnego tubylca (co zostało „niestety” sfilmowane), musiał przesiedzieć w więzieniu ponad osiem miesięcy, czyli tyle samo co Palestynka Ahed Tamimi za wymierzenie policzka izraelskiemu oficerowi. Wydało mu się to krzycząco niesprawiedliwe. Poparł ministra edukacji Naftali Bennetta, który domagał się dożywocia dla palestyńskiej nastolatki i zwrócił się do prezydenta o ułaskawienie Azarii.

 

Walka ze stresem

Jego marzenie o wielkiej masakrze w Strefie Gazy zaczęło się spełniać w marcu tego roku, gdy Palestyńczycy, poruszeni przeniesieniem amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, postanowili przypomnieć światu swoje marzenie o powrocie uchodźców do miast i wsi swego kraju. Lieberman pytany przez zagranicznych dziennikarzy, dlaczego każe strzelać do manifestujących mężczyzn, kobiet i dzieci, do karetek pogotowia i dziennikarzy, dlaczego izraelscy snajperzy używają międzynarodowo zakazanych pocisków typu dum-dum, czym łatwiej zabić lub trwale okaleczyć, wyjaśnił, że „nie ma niewinnych” w Strefie, że wszyscy (chociaż bez broni), należą do „wojskowego ramienia Hamasu”, partii rządzącej w Gazie.

Bardziej wiarygodne wyjaśnienie dostarczył, gdy na portalach społecznościowych ukazało się wideo „jego” żołnierzy zabawiających się głośno w celowanie do Palestyńczyków również wtedy, gdy nie ma manifestacji: tych przechodzących lub stojących gdzieś na horyzoncie. Na wideo słychać żołnierską radość z zabicia jednego z nich. „Snajperowi należy się medal, ale ten z kamerą zasługuje na degradację” – oświadczył Lieberman powtarzając, że „mamy najbardziej moralną armię na świecie, ale na froncie żołnierze są zestresowani. Trzeba zrozumieć, że mają ochotę wyładować stres, to normalne”. Sam Lieberman walczył ze stresem, wydając rutynowe rozkazy bombardowań lotniczych Strefy w oczekiwaniu na „wielką ofensywę”, która została w tym miesiącu zawieszona, powodując jego frustrację i dymisję.

 

Pomoc sojusznikom

We wrześniu amerykański magazyn Foreign Policy ujawnił, że ministerstwo Liebermana zbroiło i opłacało 12 różnych terrorystycznych ugrupowań antyrządowych operujących w Syrii. Izrael dokładał każdemu dżihadyście 75 dolarów do miesięcznej pensji wypłacanej przez Arabię Saudyjską. Oczywiście działo się to za pełną wiedzą Stanów Zjednoczonych. O ile jednak w Syrii Izraelczycy dostarczali „rebeliantom” broń amerykańską, na Ukrainie zbroją i sprzedają licencje na produkcję izraelskiej broni, szczególnie dla neonazistowskiego, oskarżonego o liczne zbrodnie pułku „Azow”. Przyczyna była dość prosta: w zeszłym roku amerykański Kongres odmówił dalszego finansowania „Azowa” ze względu na głoszony przezeń nazizm, więc administracja Trumpa zwróciła się do Izraela, który bez problemu zgodził się wykonać czarną robotę za nią. To we we współpracy obu krajów reguła, tak samo było np. w czasie znanej afery „contras” w Nikaragui.
Podczas gdy „obrońcy białej rasy” z „Azowa” kręcili wideo instruktażowe np. o izraelskich karabinach specjalnych Tavor (na Ukrainie nazywają się Fort), Lieberman w rozmowach z premierem Ukrainy Hrojsmanem załatwił znaczne rozszerzenie „współpracy wojskowej” między obu krajami. Niektórzy mogą się zdziwić, że Izrael zbroi ludzi, którzy by wyrazić nienawiść do prezydenta Rosji nazywają go „Żydem”, lecz dla realizacji interesów politycznych, szczególnie popierania skrajnej prawicy w Europie, Izrael nie zważa na kwestię antysemityzmu.

 

Między faszyzmem a nazizmem

Według izraelskiego historyka prof. Zeeva Sternhella, znanego specjalisty od europejskiego faszyzmu, Awigdor Lieberman, którego porównuje do Benito Mussoliniego, jest „najbardziej niebezpiecznym politykiem w historii Izraela”. Z kolei zdaniem prof. Noama Chomsky’ego to jeden z przedstawicieli izraelskiego „judeo-nazizmu”, który zaczyna rządzić polityką państwa żydowskiego. Inni zwracają uwagę, że od dawna są w niej obecni ludzie gorsi od Liebermana, który jednak odszedł od syjonizmu religijnego na rzecz świeckiego.
Przykładem może być religijny ekstremista i skrajny rasista-nacjonalista Naftali Bennett, minister edukacji, który zaraz po rezygnacji Liebermana zażądał dla siebie ministerstwa obrony. Jego marzenia są biblijne, o Wielkim Izraelu („po Eufrat”), więc na razie, ze względów dyplomatycznych, tej teki nie dostał. Premier Netanjahu może się cieszyć, że w porównaniu z takimi „jastrzębiami”, może uchodzić wręcz za „gołębia”. Zażegnał kryzys rządowy wywołany dymisją Liebermana, ominął niepewność wcześniejszych wyborów, ale do kiedy? W którą stronę ewoluuje izraelski, kolonialny reżim apartheidu? Niestety, coraz więcej obserwatorów nie wróży niczego dobrego.

Sen o Powrocie, walka o przetrwanie Palestyna

Obóz dla uchodźców Dżalazun, siedem kilometrów na południe od Ramallah, to jedna czwarta kilometra kwadratowego i piętnaście tysięcy mieszkańców. Obóz Aida na przedmieściach Betlejem: jedna dziesiąta kilometra, pięć i pół tysiąca ludzi. Za ich bramami – całe najnowsze dzieje Palestyny w pigułce: tragedia sprzed 70 lat, opór, ofiary, marzenia i próby normalnego życia, które w tych warunkach samo w sobie jest dalszym ciągiem oporu.

 

Przy przyjeździe do Dżalazun potoczne skojarzenia z pojęciem „obóz dla uchodźców” zawodzą. Żadnych namiotów, pośpiesznie wytyczonych alejek i prowizorycznych baraków. Tak było siedemdziesiąt lat temu, gdy na Zachodnim Brzegu, wtedy jordańskim, pośpiesznie lokowano palestyńskich wygnańców, ofiary Nakby, Katastrofy.
Spodziewali się, że wrócą i to w krótkim czasie. Nie wrócili. Zamiast namiotów wyrosły domy, obóz przybrał wygląd ubogiego miasteczka, jakich tysiące na Bliskim Wschodzie: ciasno poustawiane domy, obowiązkowo z beczkami wody na dachu, wąskie ulice, bezładnie zaparkowane samochody, plątanina elektrycznych kabli, meczet z minaretem wzbijającym się w idealnie błękitne niebo. Są też punkt pomocy medycznej i szkoły dla dziewczynek i chłopców. Na ich siedzibach – tablice informacyjne agencji UNRWA, Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Pierwszy sygnał, że w zwyczajnym mieście jednak nie jesteśmy.
Kolejny, jeszcze dobitniejszy, dają sami mieszkańcy, jeśli tylko ktoś ich zapyta: skąd jesteś? Nie odpowiadają, że stąd, z Dżalazun, choćby tutaj się urodzili i nigdy nie mieszkali nigdzie indziej. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej, opracowując dane statystyczne, spisało 36 różnych deklaracji. Jestem z Innaby, w dystrykcie Ramli. Nasza rodzina pochodzi z wioski al-Muzajri’a, też z tamtych okolic. Jesteśmy z Aj-Chajrijji, z regionu Jaffy, północ. My z Ad-Dawajimy, na zachód od Hebronu. Najwięcej rodzin wskazuje dwa miejsca – Al-Ludd i nieodległą od niego Bajt Nabalę.

 

Wypędźcie ich

Ar-Ramla i Al-Ludd, łącznie liczące 50-70 tys. arabskich mieszkańców, według rezolucji ONZ z listopada 1947 r., miały znaleźć się w granicach państwa palestyńskiego. Jednak podczas wojny izraelsko-arabskiej, w lipcu 1948 r. zostały zajęte przez wojsko izraelskie. Jordański Legion Arabski, który miał bronić tego obszaru, stawił jedynie nieznaczący opór.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach Icchak Rabin, późniejszy premier i pokojowy noblista, a w 1948 r. oficer i zastępca dowódcy operacji ataku na al-Ludd i ar-Ramlę, 12 lipca o losie Palestyńczyków z dwóch miast zdecydował osobiście Dawid Ben Gurion. Na pytanie, co zrobić z arabskimi mieszkańcami zdobytych miast, pierwszy premier Izraela machnął tylko ręką, co Rabin zrozumiał jako: wypędźcie ich. Taki też rozkaz podpisał tego samego dnia.
W 35-stopniowym upale, bez wody i żywności mieszkańcy al-Ludd musieli przejść najpierw siedem kilometrów do Bajt Nabali, zajmowanej przez izraelskie wojska już od kwietnia, potem kolejne dziesięć do Barfilijji. Po drodze porzucali resztki dobytku, które wcześniej ze sobą zabrali (większość i tak musieli zostawić na miejscu). Mienie innych rabowali po drodze izraelscy żołnierze. Ilu uchodźców zmarło po drodze z wyczerpania? Izraelski historyk Benny Morris twierdzi, że była to „mała grupa, może kilkadziesiąt osób”. Autor palestyński, Arif al-Arif, że życie straciło 350 osób starszych, kobiet i dzieci. Dopiero po trzech dniach żołnierze Legionu Arabskiego przewieźli ocalałych na Zachodni Brzeg. W cieniu strasznych wspomnień wyrosły kolejne pokolenia, które nigdy nie miały szansy przeżyć choć dnia w ziemi przodków, ale mówią o sobie: jesteśmy stamtąd.
Na bramie prowadzącej do Aidy wisi ogromny klucz, symbol Powrotu. Wiele rodzin ciągle przechowuje, jak relikwie, klucze do domów, które musieli wtedy porzucić.

 

Walka o przetrwanie

Wiceprzewodniczący samorządu mieszkańców Dżalazun, kiedy pytam, gdzie miejscowi znajdują pracę i czy nie rozważają wyprowadzki z obozu za (trochę) lepszym życiem, odpowiada tylko na pierwszą część pytania. Tak, o pracę bardzo trudno. Bezrobocie wśród mieszkańców to blisko 60 proc., wśród kobiet – jeszcze więcej. W końcu ile miejsc pracy może być na jednej czwartej kilometra? Około dwóch tysięcy osób ma zatrudnienie w Ramallah i w sąsiednim Al-Bira. Wyjeżdżają i wracają z nadzieją, że droga do obozu nie będzie akurat zamknięta przez żołnierzy z izraelskiego posterunku w Beit El. Co, jeśli jest? Pozostaje jechać naokoło, przez wioskę Surda, nadkładając dwa razy drogi. A jeśli właśnie wtedy, gdy Izraelczycy zamykają przejazd, ktoś z mieszkańców obozu potrzebuje szybko pilnie pomocy medycznej, bardziej skomplikowanej, niż ta podstawowa udzielana na miejscu, i spieszy się do szpitala w Ramallah? W zasadzie może się… pomodlić. I niewiele więcej.
Ale opuścić obozy? To by przecież oznaczało rezygnację ze statusu uchodźcy i prawa do powrotu, zapisanego w prawie międzynarodowym. Pogodzenie się z tym, że pewnych faktów się już nie odwróci. Nie, większość mieszkańców nawet nie bierze tego pod uwagę.
A przecież bezrobocie to tylko pierwszy z listy problemów. Następny – przeludnienie. Gdy obóz powstawał, był przeznaczony dla dwóch-trzech tysięcy osób. Rodziły się dzieci, liczba mieszkańców rosła, ale wydzielone terytorium dla uchodźców – nie. Dalej: przychodnię i działanie szkół dla chłopców i dziewczynek opłaca UNRWA. Wieść o tym, że Donald Trump obciął jej finansowanie, wywołała w samorządzie mieszkańców Dżalazun autentyczną trwogę. Gdyby nie amerykańskie wpłaty na fundusz, w 2014 r. nie udałoby się rozbudować szkoły dla dziewczynek o 31 nowych sal, otworzyć sali komputerowej, boiska. Rozbudowa była konieczna, bo szkołę budowano dla kilkudziesięciu uczennic, a dzisiaj uczęszcza do niej tysiąc najmłodszych mieszkanek. Co będzie dalej?
W Aidzie w 1948 r. znalazło schronienie 1125 wygnańców, dziś mieszka tu pięć i pół tysiąca uchodźców. Bezrobocie? „Tylko” 43 proc. Byłoby może mniej, gdyby nie to, że obóz przylega do Muru Separacyjnego, dojazd do niego jest regularnie zamykany. Stałej przychodni nie ma, UNRWA opłaca jedynie regularne przyjazdy lekarza. Niemalże stałe są natomiast problemy z dostawami wody. Działają dwie szkoły, dzięki zagranicznym dobroczyńcom powstało centrum kulturalne Ar-Rowwad, gdzie najmłodsi mieszkańcy mogą chociaż trochę cieszyć się dzieciństwem: mają świetlicę, kolorową bibliotekę, salę komputerową, chodzą na warsztaty fotografii, teatru, tańca. W 2009 r. występowali przed papieżem Benedyktem XVI. Zwierzchnik Kościoła katolickiego w czasie tamtej pielgrzymki wyraził żal, że uchodźcy żyją w tak niepewnych i trudnych warunkach.

 

Ekspansja

Izraelski posterunek po drugiej stronie drogi z Ramallah, niemalże naprzeciwko Dżalazun, powstał w 1970 r., trzy lata po wojnie sześciodniowej, w której Jordania straciła Zachodni Brzeg. Przy niewielkiej bazie zamieszkało siedemnaście rodzin. Dziś osiedle Beit El ma sześć i pół tysiąca mieszkańców, wielokrotnie było powiększane. Izraelska organizacja Pokój Teraz, opowiadająca się za rozwiązaniem dwupaństwowym i wycofaniem osadników z terytoriów okupowanych, szacuje, że 96,5 proc. zajmowanego przez Beit El terenu to ziemie siłą odebrane palestyńskim właścicielom. Aida też sąsiaduje z osiedlami: wystarczy wejść na dach jednego z domów i widać rozłożone na wzgórzach Har Homa i Gilo.
Osadnicy nie dają nam spokoju – słyszymy w Dżalazun. – Przychodzą do obozu nad ranem, potrafią wejść do domu, grozić bronią, wrzucić granat hukowy. Straszą dzieci, niszczą samochody mieszkańców obozu.
W Aidzie eksperci z Centrum Praw Człowieka przy Uniwersytecie Kalifornijskim przeprowadzili badania terenowe, by zweryfikować doniesienia o nieustannym nękaniu. Byli świadkami używania gazu łzawiącego przeciwko przypadkowym, nieuzbrojonym mieszkańcom. Niezależnie od nich Pierre Krähenbühl z UNRWA alarmował: żadna populacja na świecie nie jest tak narażona na działanie takich środków w takim natężeniu, jak mieszkańcy obozu w sąsiedztwie Betlejem.
Osadnicy odpowiadają na łamach izraelskiej prasy: nic podobnego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie, to palestyńscy sąsiedzi z obozu są agresywni, rzucają w nas kamieniami, palą opony. Właśnie dlatego, wyłącznie dla obrony, przekonują, w 2017 r. Beit El zostało otoczone murem i jest ściśle chronione. Żeby nie dochodziło do zamieszek, oni chcą przecież spokojnie żyć. Na czyjej ziemi, jakim kosztem? Do tej kwestii osadnicy już się nie odnoszą.
Dla ruchu osadniczego Beit El, ze względu na swoje położenie w kluczowej strefie Zachodniego Brzegu, ma szczególne symboliczne znaczenie. Jest jak forpoczta, przednia straż w dziele kolonizacji „ziemi darowanej przez Boga Izraelowi”. Większość mieszkańców osiedla głosuje w wyborach na skrajną prawicę i nie zawodzi się – w 2017 r. premier Netanjahu osobiście wyraził zgodę na powiększenie osiedla o kolejne 300 domów. Beit El swojego czasu wspierał też finansowo obecny ambasador USA w Izraelu David Friedman.

 

Tułaczka, zniszczenie, przemoc

W Dżalazun wiedzą, że w związku z powyższym osadnicy są w zasadzie bezkarni. Tak samo, jak bezkarni są ci, którzy zniszczyli wioski i miasta, które oni podają jako miejsce pochodzenia. Tych miejsc tak naprawdę już nie ma. Zostały tylko na historycznych mapach Palestyny sprzed 70 lat i w bazach danych tworzonych przez historyków i wolontariuszy.
Nie ma Bajt Nabali, zajętej przez oddziały żydowskiej Hagany w maju 1948 r. i zniszczonej we wrześniu tego samego roku. Zburzono meczet, po domach zostały fundamenty. Dziś na miejscu arabskiej wsi są osady żydowskie.
Po Al-Chajrijji pozostało kilka opuszczonych domów, opisał je jeszcze w 1992 r. palestyński badacz Walid Chalidi. Dziś to puste pola i wysypisko śmieci, częściowo rekultywowane.
Zniknęła Innaba, wioska z 417 domami, własną szkołą, meczetem, otoczona przez pola uprawne. Od 1952 r. kultywują je, już w ramach moszawu Kefar Szemu’el, Żydzi przybyli z Rumunii.
W Ad-Dawajimie w październiku 1948 r. jeden z batalionów 8 brygady wojska izraelskiego zamordował co najmniej 80 osób. Inni uciekli, ratując życie.
W Al-Ludd na miejscu arabskich mieszkańców osiedlili się Żydzi z Północnej Afryki i ze Związku Radzieckiego. Miasto ma teraz hebrajską nazwę Lod i motto z Księgi Jeremiasza, które brzmi jak cyniczny żart: „I wrócą synowie do swoich siedzib”.
Kiedy pamięć o dawnych upokorzeniach łączy się z doświadczeniem dzisiejszych, codziennych, wtedy faktycznie w pobliżu posterunku przy Beit El i przed bramą Aidy do zamieszek dochodzi. Mieszkańcy, zwłaszcza ludzie młodzi, wiedzą, na co się narażają, paląc opony pod nosem osadników lub rzucając kamieniem w żołnierza. Codziennie, chodząc wąskimi ulicami obozu, mijają bojowe graffiti i rozklejone na ścianach portrety takich jak oni, niektóre z datą śmierci, inne z emblematami palestyńskich organizacji walczących z okupacją. Jedni się ze zdjęć uśmiechają, patrzą spokojnie w oczy przechodniów, innych uwieczniono z flagami, gdy walczyli. Zanim zginęli.
Żyjący wiedzą, że nic ich w tym życiu nie czeka, oprócz egzystencji pod okupacją, w przeludnionym obozie. Gniew pokonuje instynkt samozachowawczy. Skoro i tak można zostać postrzelonym, zranionym, nawet zabitym, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – czy nie warto zaryzykować, by chociaż na chwilę przełamać bezradność?
W centrum Dżalazun wznosi się pomnik przywódców Organizacji Wyzwolenia Palestyny – Jasira Arafata, Abu Ijada, Abu Dżihada. Na murach obozu, na przemian z tęsknymi malowidłami przedstawiającymi Jerozolimę i Kopułę na Skale, pojawiają się kolejne postacie męczenników.
W centrum Ar-Rowwad kierują się filozofią „pięknego oporu” – przełamywania okupacyjnej rzeczywistości przez sztukę, kultywowanie tradycji, odkrywanie talentów, zachęcanie kobiet do aktywności społecznej. Uprawianie sportu czy robienie zdjęć staje się samo w sobie aktem sprzeciwu. Pokazaniem, że okupacja nie odebrała chęci do życia, nie załamała.

 

Zanim wybuchnie pożar

Palestyńscy przywódcy z Ramallah mówią o pokojowym oporze. O zachęcaniu do przyjeżdżania do Palestyny, ujmowaniu gościnnością, pokazywaniu tutejszej kultury, przełamywaniu stereotypów. Politycy i działacze podkreślają: chcemy pokoju, więc idziemy na ustępstwa, jesteśmy za rozwiązaniem dwupaństwowym, opartym o granice sprzed wojny sześciodniowej. Chcemy międzynarodowej mediacji, wielostronnej konferencji pokojowej, skoro już wiadomo, że USA nie jest neutralnym rozjemcą.
Może i brzmi to rozsądnie, dyplomatycznie, mądrze. Ale w oczy palestyńskiej młodzieży rzuca się co innego: że po drugiej stronie nie ma woli ustąpienia choćby na krok, za to jest naga siła. Budowanie murów, burzenie domów, zabór ziemi, zamknięte drogi, posterunki wojskowe. Rozwiązanie dwupaństwowe staje się nieokreślonym majakiem, a gniew i rozpacz są tutaj i teraz, w obozach dla uchodźców coraz silniejsze… W Aidzie – z każdym spojrzeniem na mur oddzielający Autonomię Palestyńską, który mija się po drodze do obozu i widzi z dachów domów. W Dżalazun – z każdym dniem, kiedy droga do Ramallah była zamknięta i przejechanie siedmiu kilometrów znowu zajęło blisko godzinę. Wszędzie w Palestynie – z każdym wspomnieniem nieistniejących domów, wyciętych drzew oliwkowych, wiosek zrównanych z ziemią.
Jeśli nic się nie zmieni – wybuch musi nastąpić.

 

Korzystałam z prac Ilana Pappe „Czystki etniczne w Palestynie” (Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017), Benny’ego Morrisa „The Birth of the Palestinian Refugee Problem, 1947–1949″ (Cambridge University Press, Cambridge 1987) oraz z bazy danych Palestine Remembered.

900 dzieci w areszcie

Wzmaga się przemoc izraelskich okupantów w stosunku do nieletnich Palestyńczyków. W tym roku aresztowano ich już ponad 900. Ponad 200 nadal jest pozbawionych wolności.

 

Stowarzyszenie Więźniów Palestyńskich (Palestinian Prisoner Society – PPS) przedstawiło we wtorek dane świadczące o tym, że od początku 2018 r. do końca października państwo Izrael aresztowało 908 palestyńskich dzieci. 270 spośród nich nadal jest przetrzymywanych w aresztach w miejscowościach Megiddo i Ofer. Ponadto nieokreślona liczba nieletnich osób przebywa zamknięta w policyjnych miejscach odosobnienia na terenie Jerozolimy.

Stowarzyszenie zwraca uwagę, że izraelskie siły okupacyjne często dokonują aresztowań dzieci w środku nocy, albo nad ranem, po wdarciu się do ich domów. W miejscu przetrzymywania poddawane są torturom, najczęściej biciu, w celu wymuszenia zeznań. Znaczna część z nich przebywa w więzieniach nie tylko bez możliwości kontynuowania edukacji, ale pozbawiane są też kontaktu z rodzinami, a nawet opieki medycznej – również w przypadku osób przewlekle chorych. Znany jest przypadek 17-letniego Hasana at-Tamimi, który podczas uwięzienia w izraelskim areszcie w tym roku stracił wzrok na skutek celowego zaniedbania jego zdrowia.

Zdaniem PPS po 2015 r. nastąpiła wyraźna zmiana w polityce izraelskich okupantów wobec małoletnich Palestyńczyków. Wielokrotnie nowelizowano prawo tak, by wojsku, policji i sądom umożliwić pozbawianie dzieci wolności na dłuższe okresy, łącznie z możliwością stosowania kary dożywotniego więzienia za rzucenie kamieniem w kierunku izraelskiego żołnierza lub osadnika.

Ambasada potępia

Poniżej zamieszczamy tekst komunikatu Ambasady Palestyny w Warszawie w sprawie izraelskiego ataku w Strefie Gazy.

 

Elitarna jednostka izraelska wieczorem, w ub. niedzielę (11 listopada) zakradła się na terytorium dystryktu Khan Younis w Strefie Gazy. Grupa używała samochodu marki Volkswagen z palestyńskim numerem rejestracyjnym. Miała za zadanie uprowadzić obywateli Palestyny pełniących funkcje w strukturach Hamasu oraz monitorować sprzęt i sieci komunikacyjne organizacji palestyńskich.

Samochód, którego korzystali Izraelczycy posiadał rozbudowane wyposażenie techniczne, któe było w stanie wykrywać tunele, sprzęt telekomunikacyjny i monitorować połączenia. Misja została wykryta przed jej wykonaniem. Nastąpiła wzajemna wymiana ognia, w wyniku której zabitych zostało siedmiu Palestyńczyków i dowódca izraelskiej grupy.

Następnie nastąpiła interwencja izraelskich samolotów i helikoptera, które miały na celu uratować grupę przed aresztowaniem i zniszczyć samochód używany przez jednostkę, a ją samą doprowadzić do płotu granicznego.

Potępiamy tę izraelską misję, która doprowadziła do kolejnej eskalacji konfliktu i wzywamy społeczność międzynarodową do wdrożenia międzynarodowych rezolucji i wypełnienia swoich obowiązków, by zapewnić ochronę palestyńskiej ludności cywilnej i zakończyć zbrodnie okupacyjne przeciwko naszemu narodowi.

Potępiamy milczenie przed tymi zbrodniami i próbę odwrócenia faktów.

Apartheid w Izraelu

Premier Izraela daje zielone światło dla procedowania ustawy, która ma ułatwić orzekanie kary śmierci wobec Palestyńczyków oskarżanych o terroryzm. Chodzi o przypadki zabójstwa obywateli narodowości żydowskiej. Nikt tymczasem nie mówi o tym, żeby Izraelczycy mordujący Palestyńczyków z pobudek politycznych i religijnych przestali otrzymywać wyłącznie symboliczne wyroki. Tak pogłębia się apartheid w państwie Izrael.

 

Po ostatnim spotkaniu z przedstawicielami koalicji rządzącej Benjamin Netanjahu wyraził opinię, że obiekcje ze strony armii i służby bezpieczeństwa Szin Bet nie powinny stać na przeszkodzie, by Knesset podjął decydujące głosowanie w sprawie kontrowersyjnej ustawy o karze śmierci.

Kara śmierci w Izraelu formalnie obowiązuje, ale w 1954 r. praktycznie zawieszono jej stosowanie, wyjątek robiąc wyłącznie dla Adolfa Eichmanna w 1962 r. Rosną jednak naciski polityczne, by przywrócić jej stosowanie w ramach “walki z terroryzmem”. Głównym promotorem ustawy, która ma temu służyć jest minister obrony Avigdor Lieberman, który znajduje się ostatnio w ogniu krytyki prowadzonej z prawicowych pozycji przez ministra edukacji Naftalego Benneta. Liberman, który zdaniem Benneta jest zbyt wyrozumiały dla Palestyńczyków, jako dla terrorystów, już rok temu uznał wspomnianą ustawę za kluczową dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.

– Nie możemy pozwolić na to, żeby terroryści, którzy popełnili morderstwo, siedzieli spokojnie w więzieniach i korzystali z dobrych warunków, a w przyszłości mogli zostać zwolnieni – mówił Lieberman w 2017 r. Niedawno wyrażał obawę, że przedłużanie wdrożenia ustawy przez główną partię koalicyjną Likud, oznacza niechęć do “rozprawienia się z terrorem”.

Sprawa dotyczy postępowania wobec osób, które dopuszczają się zabójstw o charakterze uznawanym za terrorystyczny, czyli w praktyce wobec Palestyńczyków dopuszczających się zabójstw Żydów na terytoriach okupowanych. Teoretycznie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, możliwe jest orzekanie w stosunku do nich kary śmierci przez sądy wojskowe, lecz konieczna jest do tego jednomyślna decyzja trzech sędziów trybunału. Proponowana ustawa ma złagodzić ten warunek. Zgodnie z jej zapisami wyrok kary śmierci mógłby w takich przypadkach zapaść stosunkiem głosów 2-1.

Palestyńczycy zabijający Żydów są obecnie sądzeni przez sądy wojskowe, ponieważ do takich zabójstw dochodzi głównie na terenach Zachodniego Brzegu, nielegalnie okupowanych przez izraelskie wojsko. Żydzi zabijający Palestyńczyków – najczęściej członkowie ekstremistycznych grup syjonistycznych wywodzący się ze środowisk osadników, sądzeni są przez sądy cywilne, które nie mogą orzekać kary śmierci, i otrzymują symboliczne wyroki. Jest tak w przypadku osadnika, który w 2015 r. podpalił dom palestyńskiej rodziny, a w pożarze spaliło się żywcem małe dziecko. Oskarżony został ostatecznie skierowany do aresztu domowego. Żołnierz, który zastrzelił bezbronnego Palestyńczyka dostał wyrok dziewięciu miesięcy.

Obrońcy praw człowieka w Izraelu i za granicą protestują przeciwko rzeczonej ustawie. Argumentują, że chociaż nie określa ona jasno żadnej grupy, przeciwko której ma być stosowana, jasne jest że jest wymierzona przeciwko Palestyńczykom i stanowi część tendencji pogłębiania w Izraelu polityki apartheidu, czyli nierównego traktowania Żydów i Arabów. Normalizację nierówności prawnej gwarantuje tzw. ustawa o państwie żydowskim przyjęta przez Knesset w czerwcu. Nowe prawo o karze śmierci było wstępnie głosowane przez parlament w styczniu i przeszło do dalszego procedowania niewielką większością głosów.

Jest okupacja – jest opór. Spotkanie z rodziną Ahed Tamimi

Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej pod jarzmem wojskowej przemocy. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.

 

Znaleźć się na Zachodnim Brzegu, jechać do Nabi Salih na rozmowę z Ahed Tamimi i po drodze dowiedzieć się, że jednak jej nie będzie… Cóż, lepiej milczeć przez resztę drogi, nie patrzeć sobie w oczy – każdy komentarz wydaje się zbędny i pogarsza tylko nasze położenie. Miała wrócić z Turcji poprzedniego dnia – nie wróciła. Co się stało? Nie wiadomo dokładnie, coś ją zatrzymało, wróci za tydzień, kiedy nas już tu nie będzie. Ahed od niedawna podróżuje po Europie jako ambasadorka sprawy palestyńskiej. Ma do tego pełne prawo. Nie ma sensu jej rozliczać. Pech to pech – nie ma powodu z nim dyskutować.
Trudno. Przecież nie zawrócimy. Po mniej więcej godzinie jazdy autem z Ramallah docieramy do celu. Gdyby nie wijący się wzdłuż dróg Mur, podróż trwałaby jakieś dwadzieścia minut. Oficjalnie wybudowany dla „ochrony” nielegalnych izraelskich osiedli – a faktycznie by podzielić palestyńskie terytoria – wywołuje w przyjezdnych wrażenie, że Palestyna jest większa niż w rzeczywistości. Konieczność objeżdżania wszystkiego dookoła może często umykać nam, gościom na tej pustynnej ziemi. Tutejszym nie umyka. Nawet jeżeli do niej przywykli i przeszła w monotonię codzienności, gniewnie wdziera się do świadomości za każdym razem, kiedy okazuje się, że okupant zablokował drogę, na której nie ma prawa stać. Krew człowieka zalewa i klnie: by dojechać dokądkolwiek, trzeba improwizować, kręcić bocznymi, ledwo istniejącymi drogami, ryzykując utratę podwozia.
Mijamy posterunek wojskowy, znajdujący się tu bez wątpienia ze względu na bliskość izraelskiego osiedla Halamish, w cieniu którego od lat żyją mieszkańcy Nabi Salih, skazani na regularne „wizyty” sił okupacyjnych, które czasem kończyły się śmiertelnie. Plan nieustannej ekspansji Izraela w głąb terytoriów palestyńskich poprzez rozbudowę nielegalnych osiedli jest głównym źródłem militarnej presji wywieranej na mieszkańców takich miejscowości jak Nabi Salih. Na wzgórzach okalających miasteczko majaczą domy osadników. Od ich strony na głowy Palestyńczyków kamienie mogą lecieć bez problemu – w drugą stronę już nie mogą, bo to „terroryzm”. Serca krzepi tablica z wizerunkiem jasnowłosej Ahed Tamimi, który upewnia nas, że jesteśmy na miejscu.
Nastolatka, która zadziwiła świat, wymierzając policzek izraelskiemu żołnierzowi w obronie rodziny, za co spędziła ponad pół roku w więzieniu, jest dumą tej okolicy i całej Palestyny. Nie ma jednak statusu gwiazdy ani świętej. Jej los, to los całej palestyńskiej młodzieży dorastającej w warunkach okupacji. Mogą zostać aresztowani za podniesienie ręki na Izraelczyka, albo zwyczajnie za to, że krzywo na niego spojrzeli. Tu nikt już nie pyta o powody. Wiedzą, że ich jedyną „winą” jest fakt zamieszkiwania ziemi, której chce Izrael. Czynny sprzeciw rzadko jest w ich odczuciu bohaterstwem – jest codziennością, sposobem na zachowanie w życiu minimum godności. Symbolem tego oporu, rozpoznawalnym na świecie, stała się właśnie Ahed. Dziś ucieleśnia ich wszystkich.
To tutaj. Przez zwieńczoną łukiem furtkę wchodzi się do ogrodu, gdzie oprócz trójki ciekawskich dzieciaków witają nas dwie kobiety. Jedną z nich gdzieś już widzieliśmy… Tak, to oczywiście matka Ahed, Nariman Tamimi, tak jak na wszystkich zdjęciach i materiałach wideo owinięta w nieodłączną czarną chustę. Bardzo skromna, delikatnie uśmiechnięta, jakby nieśmiała. Trudno wyobrazić sobie taką osobę skutą kajdankami, prowadzoną do celi. A jednak to ona towarzyszyła córce w więzieniu. Zaprasza nas do wnętrza. Wchodzimy do parterowego domku z piaskowca typowego dla całego regionu.
Rozmowę zaczynamy od przyjęcia do wiadomości, że Ahed została w Turcji, bo otrzymała zaproszenie na spotkanie z prezydentem Erdoganem. No, dzięki, Ahed – wystawieni do wiatru dla Erdogana… Na szczęście nie mamy czasu, by skupiać się na dramatach polskiej lewicy zdradzonej o świcie.
Siedzimy z rodziną w przestronnym pokoju dziennym. Wyposażenie już widać wiekowe, wszystko jednak bardzo schludnie utrzymane. Dwaj chłopacy szybko przestają przejmować się gośćmi i zaczynają „rypać” w jakieś gry na swoich komórkach.
Nariman wyjaśnia, jak doszło do głośnego uwięzienia jej i córki na początku roku. To była jedna z rutynowych interwencji izraelskiego wojska. Żołnierze mogą wtargnąć do palestyńskich domów w każdej chwili. Nieraz wrzucają też granaty gazowe. Obok znajduje się dom jej kuzynów, gdzie tak się ostatnio stało i dzieciaki się mało nie podusiły. Ahed znała te sytuacje od dziecka. Kiedy miała 11 lat takie granaty wpadły do ich domu, jeden z nich złamał jej rękę. Nariman twierdzi, że tu żadne dziecko nie czuje się bezpiecznie, dlatego dorośli uczą je, że jedynym wyjściem jest stawianie oporu okupantom. Tak się też zachowała Ahed: broniła swojego kuzyna.
Stało się to, kiedy żołnierze weszli jak zwykle, a dzieci pobiegły zobaczyć, co się dzieje. Wkroczenie, choć jest normą, zawsze budzi gwałtowną reakcję mieszkańców – wszyscy rzucają się, by przeciwstawić się intruzom, nawet jeżeli wiedzą, że jest to tylko akt rozpaczy. Izraelczycy nie mają zwykle oporów przed strzelaniem ostrą amunicją pod pozorem „obrony”, kiedy więc żołnierz wystrzelił do jej kuzyna, Ahed, która znajdowała się obok, wymierzyła mu siarczysty policzek. Broniła krewnego i swojego domu, tłumaczy Nariman. Więzy rodzinne są dla Arabów święte.
W pełni rozumie zachowanie córki. Wszyscy w Nabi Salih je rozumieją. W pobliżu znajduje się izraelskie osiedle, a to oznacza codzienne zagrożenie. Stawianie oporu jest jedynym wyjściem, inaczej już by ich nie było na tej ziemi. Brak oporu oznaczałby niejako przyznanie, że nie ma okupacji. Życie w kłamstwie, z podkulonymi ogonami byłoby dla tych ludzi hańbą. Cała, bardzo rozległa rodzina – właściwie klan – Tamimi, znana jest od zawsze z bojowej postawy względem Izraelczyków. Wielu z nich – zarówno mężczyźni jak i kobiety – przebywało w więzieniach. Tak jak kuzynka Nariman, która siedzi z nami w salonie, paląc jednego papierosa za drugim.
Walka nie omija dzieci. W europejskim kręgu kulturowym sposobienie dzieci do walki spotyka się często z potępieniem. Mieszkańcy Nabi Salih utrzymują tymczasem, że nie mają wyjścia. Terror izraelskiego wojska jest codziennością, jak wschód i zachód słońca – dzieci muszą nauczyć się z nim sobie radzić, by społeczność przetrwała i zachowała tożsamość. Jedyną alternatywą jest zgoda na wyrzucenie ich z własnego domu. Dzieci o tym wiedzą.
Jest z nami mała bratanica Nariman – jej ojciec zmarł pięć lat temu. Jest też jedenastoletni Mohammad, kuzyn Ahed, jeden z chłopaków grających na smartfonach. Dwa lata temu został postrzelony. Tak, wojsko strzela do dziewięcioletnich dzieci. Pytamy chłopaka o tę sytuację. Grzecznie odkłada komórkę i spokojnie tłumaczy: wojsko strzelało, wszyscy się rozpierzchli, on uciekał jako ostatni i oberwał. To tyle. Tak tu się żyje.
Jak było w więzieniu? Przebywały początkowo osobno, dopiero po szesnastu dniach umieszczono je razem. Codziennie były przesłuchiwane dla samego wywarcia nacisku psychicznego. Ahed została przemaglowana w stopniu stawiającym ja na skraju wytrzymałości psychicznej.
Dla więźniarek politycznych najgorszy jest moment, kiedy zabierają ich do sądu o dwunastej lub pierwszej w nocy. Jadą klimatyzowanym wozem policyjnym i kiedy jest zimno, włączany jest nawiew zimnego powietrza, a kiedy jest gorąco, powiedzmy latem, to leci gorące. Potem jest sprawa w sądzie między 9 a 18, a przez cały czas są w kajdankach. Po rozprawie wracają do więzienia tym samym „klimatyzowanym” pojazdem, do celi trafiają znów o dwunastej – pierwszej w nocy. Ten dzień jest najgorszy.
Przebywają w jednym więzieniu z izraelskimi kryminalistami. Kiedy ci widzą, że idzie dziewczyna, to ściągają spodnie, obnażają się, robią upokarzające gesty, wykrzykują obelgi. Podczas transportu do sądu jest kontrola, gdzie kobiety muszą się rozebrać do naga, a to jest pomieszczenie, gdzie w każdym momencie może wejść jakiś żołnierz, mężczyzna. Po powrocie z sądu jest to samo. A przecież to bez sensu, ona nigdzie nie wychodzi, nic nie może wnieść, ani wynieść, przewożą ją tylko z więzienia do sądu i z powrotem.
Czy przebywając w zamknięciu zdawały sobie sprawę, że ich zyskały rozgłos za granicą? Trochę. Pewne sygnały do nich docierały, jednak dopiero po opuszczeniu więzienia doświadczyły pełnej skali zainteresowania mediów. Ahed stała się osobą publiczną i zaczęła wyjeżdżać za granicę. Władze Izraela nie chciały się początkowo na to zgodzić, jednak nacisk społeczny– również zagraniczny – zrobił swoje.
Trudno powiedzieć, czym spośród całej palestyńskiej młodzieży, zamykanej za to, że chcą u siebie żyć jak u siebie, akurat Ahed zasłużyła sobie na taki rozgłos. Matka uważa – i trudno się z nią nie zgodzić – że musi to mieć po części związek z jej wyglądem, niezwykłym jak na Arabkę. Czy to możliwe, by świat oburzył się sprawą izraelskiej przemocy, dopiero kiedy jej ofiarą padnie blondynka? Czy odbiorcy BBC i CNN bardziej są wtedy skłonni do empatii, bo widzą w niej swoje odbicie? Nariman twierdzi jednak, że największe znaczenie miał kontekst międzynarodowy: oto arabska dziewczyna policzkuje nie tylko pojedynczego żołnierza – wymierza cios całemu Izraelowi, który czuje się bezkarny dzięki pełnemu i bezwarunkowemu poparciu Donalda Trumpa. Biblijny mit Dawida i Goliata tym razem, paradoksalnie, przemówił przeciwko Izraelczykom.
Nariman Tamimi nie wie, jak odpowiedzieć na pytanie, czy doświadczenie z Ahed zmieniło ją samą. Nieszczególnie wydaje się też być przekonana, że ostatnie miesiące odmieniły jej córkę. Sugeruje wręcz, że spotkał ją los, na który konsekwentnie pracowała od małego. Ona i jej rodzina, dla której opór przeciw okupacji zawsze był składnikiem tożsamości. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy media zwróciły uwagę na Ahed. Po raz pierwszy miało to miejsce kilka lat wcześniej, kiedy jedna z kamer uchwyciła ją – wtedy jeszcze dziecko – jak zamachuje się pięścią na uzbrojonego po zęby żołnierza. Obecna sytuacja to zwieńczenie tamtej. Ahed od dawna żyła wyobrażeniem o swojej dorosłości jako pełnym oddaniu sprawie jej narodu. Mówiła rodzicom, że chce studiować prawo i w ten sposób służyć Palestynie. I właśnie tak się pewnie stanie – najpierw musi tylko skończyć szkołę średnią.
Ostatni temat: polityka. Ahed jest dziś symbolem Palestyny rozumianej niepodzielnie, zarówno w oczach Palestyńczyków jak i zagranicy. Jednak nawet kraj pod okupacją ma swoje wewnętrzne życie polityczne nacechowane podziałami. Dziewczyna nie dostała oficjalnej oferty od żadnej partii i z tego, co mówi jej matka, do żadnej nie chce wstępować. Cała jej rodzina była przez lata silnie związana z Fatah, założoną przez Jasera Arafata, dzisiejszą partią rządzącą w Autonomii. Ahed jednak się od niej dystansuje. Dostrzega złożoność polityki, nieprzejrzystość zamiarów tworzących ją aktorów i chyba niespecjalnie im ufa. Wie, że wolna Palestyna jako ziemia, ludzie i idea, jest ponad to wszystko. Wydaje się też rozumieć, że zbyt mało jest doświadczona, by rozeznać się we wszystkich układach – że musi się jeszcze wiele nauczyć. Podczas podróży po Europie trudno było jej zrozumieć polityczną natarczywość wielu dziennikarzy. Czy naprawdę ją, siedemnastolatkę, chcą traktować jako wytrawną dyplomatkę? Pytali ją przykładowo, czemu spotyka się z prezydentem Erdoganem, skoro ten morduje Kurdów? Ahed nie ma nic przeciwko Kurdom, wie tylko, że Erdogan głośno opowiada się za Palestyńczykami. Dlatego się z nim widziała.
Czas upływa. Kończymy. Żegnają nas wylewnie. Serdeczni ludzie, ci Tamini. Prosimy, by pozdrowili od nas Ahed. Czeka na nas reszta Palestyny.
Podróżowanie po drogach i bezdrożach tego kraju z arabskim kierowcą to zdecydowanie inne doświadczenie niż wycieczka po tych terenach z izraelskim przewodnikiem. „Dejr Jasin. Zaraz tutaj była ta masakra Palestyńczyków w 1948 r.”. „O, z tego osiedla pochodzi ten, który kazał Palestyńczykowi wypić benzynę, a potem go podpalili”. Doświadczenia pokoleń Tamimich w Nabi Salih nie wydają się tu nikomu niczym szczególnym, raczej potwierdzeniem wspólnoty losów. Dla osób, którym nikt na co dzień nie grozi bronią maszynową, które przyjeżdżają z kraju, gdzie nie napotyka się co chwila w pełni uzbrojonych patroli wojskowych, dość niezwykłym przeżyciem jest ciągłe obcowanie z osobami, z których prawie każda siedziała w izraelskich więzieniach lub ma w rodzinie kogoś zabitego przez okupacyjne wojsko.
Cały świat zna obrazki ze Strefy Gazy – to dobrze, bo właśnie dzieją się tam rzeczy potworne. Opresja na Zachodnim Brzegu ma inny charakter. Polega na codziennym zatruwaniu życia Palestyńczyków „drobiazgami”, takimi jak uniemożliwianie przemieszczania się czy bezprawna konfiskata przez Izrael kolejnych źródeł wody pitnej w pustynnym przecież kraju. Arabscy mieszkańcy Jerozolimy są dyskryminowani przez specjalnie wymierzone przeciwko nim przepisy praktycznie uniemożliwiające im wznoszenie nowych budynków. Polska dziennikarka Ala Quandil twierdzi, że w Gazie młodzież, chociaż cierpi nieustanne braki materialne i stopniowy zanik wszelkich usług publicznych, w tym medycznych, wewnątrz strefy czuje się jednak swobodnie, podczas gdy w Jerozolimie i w dużej części Zachodniego Brzegu, w miastach takich jak Hebron, każde wyjście na ulicę, do szkoły czy do sklepu, naraża ją na wojskową i policyjną przemoc – na zatrzymanie, bicie, tortury, a nawet śmierć. Wyroki więzienia i zabójstwa, mające pozornie postać szeregu pojedynczych przypadków, sumują się w doświadczenie kształtujące tożsamość narodu.
Na tego rodzaju ucisk narażone są szczególnie społeczności żyjące przy Murze oddzielającym ziemie zajęte już nielegalnie przez Izrael od tych, które dopiero zamierza zająć drogą powolnego nękania ludności cywilnej. Wyjątkowo odczuwalne jest to w obozach uchodźców z okresu Nakby. Ze względów politycznych państwu Izrael bardzo zależy na przekonaniu świata do poglądu, że Palestyńczyków, którzy mają status uchodźców jest kilkadziesiąt tysięcy, a nie kilka milionów. Dlatego obozy funkcjonujące pod egidą UNRWA znajdują się pod bardzo silną presją Izraelczyków mającą na celu wypchnięcie stamtąd ludzi żyjących w nich od pokoleń. Woleliby, żeby miejsca te stały się oficjalnie częścią Autonomii Palestyńskiej, bo oznaczałoby to rezygnację z „prawa do powrotu” oo miejscowości, z których ich rodzice zostali przemocą wygnani w ramach czystki etnicznej towarzyszącej powstaniu Państwa Izrael w 1948 r. Ta sytuacja powoduje, że prawie codziennie obozy te są nachodzone przez wojsko, a ludzie zastraszani, by ich życie w tych miejscach uczynić nie do zniesienia. Jednak kolejne pokolenia nie zamierzają obozów opuszczać, zachowując prawo do powrotu.
Odwiedziliśmy dwa takie obozy: Dżalazun pod Ramallah i Aidę pod Betlejem, tuż przy słynnej części muru. Warunki materialne, w jakich żyją ich mieszkańcy są trudne, choć znośne w porównaniu do sytuacji uchodźców palestyńskich np. w Libanie, ponieważ tutaj mogą liczyć na pomoc ze strony władz Autonomii. Jednak ich życie upływa w ciągłej obawie o doczekanie kolejnego dnia w spokoju. Relacje mieszkańców nie pozostawiają wątpliwości: prawie każdej nocy nad ranem, uzbrojone wojsko wkracza do wybranych domów siejąc terror, zabierając młodych, czasem wręcz dzieci, gdy tylko próbują stawiać opór.
Wszyscy Palestyńczycy żyjący w cieniu Muru dzielą ze sobą ten sam los naznaczony okupacyjną przemocą, niezależnie od konkretnego miejsca i jego oficjalnego statusu terytorialnego: sytuacja w obozach i w Nabi Salih jest podobna. Jest jednak coś jeszcze. Życie w obozach jest też odbiciem filozofii oporu głoszonej przez rodzinę Tamimich. Mieszkańcy Aidy i Dżalazun to ci, którzy kiedyś ulegli, których opór złamano – przemocą wygnano ich z ziemi przodków. Myśleli, że znaleźli schronienie na przyjaznym miejscu. Dziś, po kilkudziesięciu latach, znów miażdżeni są przez walec izraelskiej przemocy, powoli choć nieubłaganie sunący się wgłąb ich terytorium. Już teraz okupant przeznaczył im skrawki i peryferie. Co jeśli w przyszłości również ich zabraknie? Czy w tej sytuacji rezygnacja z walki jest w ogóle możliwa?

Światło w Gazie

Wraz ze zbliżaniem się zimy do zamkniętej od ponad 10 lat Strefy Gazy wraca stopniowo elektryczność.

 

Do tej pory nie było jej wcale lub maksymalnie przez cztery godziny na dobę. Teraz mieszkańcy mogą cieszyć się elektrycznym światłem od dziewięciu do nawet jedenastu godzin. To wynik długich, oenzetowskich negocjacji: Izrael zgodził się w końcu na dostarczenie do miejscowej elektrowni paliwa opłaconego przez Katar.

To jedna z bardzo rzadkich dobrych wiadomości z palestyńskiej enklawy poddanej blokadzie lądowej, morskiej i powietrznej przez Izrael niezadowolony, że w 2006 r. demokratyczne wybory w Strefie wygrała partia Hamas, nieprzyjaźnie nastawiona do żydowskich okupantów Palestyny. W ciągu minionego dziesięciolecia Izrael trzykrotnie prowadził wojnę przeciw Strefie i rutynowo, wiele razy na rok ją bombarduje.

Dwa miliony palestyńskich mieszkańców odciętych od świata jest zdanych na jedyną pozostałą elektrownię, zazwyczaj pozbawioną paliwa. Dostawy katarskiej ropy rozpoczęte 25 października sprawiły wielką radość dzieciom, gdyż wznowiono produkcję dawno nie widzianych lodów, a w zasadzie wszystkim mieszkańcom. Teraz przedsiębiorstwa mogą pracować dłużej, a światło wróciło do domów i na ulice.

Stało się to możliwe dzięki negocjacjom przedstawicieli Strefy z Izraelem za pośrednictwem Egiptu i ONZ. W miniony piątek, w czasie cotygodniowych manifestacji pod granicą z Izraelem, pierwszy raz od ich początku, tj. od marca tego roku, izraelscy snajperzy nie strzelali do tłumu i nie było żadnych ofiar. Negocjacje trwają. Ich celem jest osiągnięcie dłuższego rozejmu. Mimo nacisków ONZ, Izrael nie jest jednak skłonny znieść blokady paraliżującej życie Gazy.

Elektrownia jest dziś w stanie dostarczać ok. 200 megawatów energii elektrycznej. Potrzeba ok. 500, by zapewnić prąd na stałe, ale to, co już jest, stanowi wielką ulgę dla infrastruktury Gazy. Gdy nadejdą zimowe chłody, światło zapewne znów nie będzie dystrybuowane dłużej niż kilka godzin, gdyż część energii pójdzie na ogrzewanie.

Odroczenie

Premier Izraela Benjamin Netanjahu oznajmił, że planowane wyburzenie beduińskiej wioski na Zachodnim Brzegu zostanie przesunięte w czasie – ale nie odwołane. Międzynarodowy rozgłos wokół sprawy dał pewien efekt.

 

Jeszcze dzień wcześniej grupa 200-300 Palestyńczyków i solidarnych z nimi zagranicznych aktywistów, przebywających w namiocie protestacyjnym w Chan al-Ahmar, każdego dnia spodziewała się najgorszego. Buldożery już kilkakrotnie wjeżdżały na teren wsi, niszcząc pojedyncze domy, a żołnierze i policja dokonywali zatrzymań blokujących. W piątek izraelscy żołnierze rozpylili gaz pieprzowy na grupę protestujących, którzy skandowali hasła o wolnej Palestynie.

W poniedziałek jednak premier Izraela oznajmił, że zniszczenie Chan al-Ahmar zostanie na krótko odłożone – w żadnym jednak wypadku nie odwołane. Netanjahu stwierdził, że zburzenie wsi nakazuje wyrok sądu. Dodał też, że „taka jest nasza polityka”, co jest określeniem zasadnym. Rządząca Izraelem prawica widzi bowiem rozbiórkę jako część większego planu połączenia istniejących już (w świetle prawa międzynarodowego nielegalnych) osiedli Ma’ale Adumim i Kfar Adumim pasem nowych osiedli, co w efekcie podzieli Zachodni Brzeg Jordanu na dwie części. Według władz Autonomii Palestyńskiej czyni to martwą literą całą koncepcję państwa palestyńskiego na tym terytorium, wbrew międzynarodowym ustaleniom.

Właśnie z uwagi na strategiczny rozmach całej koncepcji i jej znaczenie dla polityki Izraela trudno się spodziewać, by plan zburzenia osady został całkowicie zarzucony. Netanjahu chce raczej przeciągnąć sprawę, by przestała budzić oburzenie za granicą.

Oficjalnie Chan al-Ahmar ma zniknąć, bo mieszkańcy nie mieli zezwoleń na budowę swoich domów (w wielu przypadkach raczej baraków czy szałasow). Palestyńczycy argumentują, że w roku powstania osady, czyli na początku lat 50., tereny te nie były nawet w granicach Izraela (należały do Jordanii), więc trudno mówić o pytaniu rządu w Tel Awiwie o zgodę.

Ofiary na granicy

Od początku „Wielkiego Marszu Powrotu”, który Palestyńczycy rozpoczęli 30 marca, w starciach z izraelskim wojskiem śmierć poniosło już 150 osób. Zaledwie w ubiegły piątek, 28 września, podczas przygranicznych demonstracji zginęło siedem osób, zaś ponad dwieście zostało rannych. „To zbrodnia wojenna” – ocenia ONZ.

 

„Zabitych siedmiu demonstrantów oraz dwieście osób rannych w miniony piątek w Gazie pokazuje, że izraelskie siły bezpieczeństwa zupełnie lekceważą międzynarodową krytykę, która na nie spadła za użycie broni palnej przeciwko palestyńskim demonstrantom” – powiedział specjalny wysłannik ONZ Michael Lynk. Podkreślił zarazem, że ofiary „nie stwarzały widocznego zagrożenia” dla izraelskiego wojska.

Wśród zabitych 28 września znalazła się dwójka chłopców w wieku 11 i 14 lat. Podobnie jak pozostali, przyszli oni nad granicę z Izraelem, aby zaprotestować przeciwko pogarszającym się warunkom życia w okupowanych terytoriach. Izraelska blokada, a także niepewna sytuacja polityczna w samej Palestynie, doprowadziły do gwałtownego wzrostu bezrobocia, które obecnie zbliżyło się do 44 proc. W rezultacie, podstawowym źródłem utrzymania dla ponad dwóch trzecich populacji Strefy Gazy jest pomoc humanitarna. Z kolei malejące wsparcie międzynarodowe, zwłaszcza zaś cofnięcie funduszy przez administrację Donalda Trumpa, sprawiło, że tysiące urzędników od miesięcy nie otrzymuje wynagrodzenia.

Podczas piątkowej demonstracji po raz kolejny upamiętniono także 70. rocznicę Nakby, czyli „wielkiej katastrofy”, jak Palestyńczycy określają wypędzenie 300 tys. rodaków w 1948 r. Masowe i brutalne wysiedlenia dotychczasowych mieszkańców dały początek powstaniu niepodległego Izraela. Zaledwie rok po tych wydarzeniach ONZ szacowała liczbę palestyńskich uchodźców na ponad 700 tys. Zgodnie z prawem międzynarodowym, status uchodźcy jest dziedziczony.

Przygraniczne protesty, które odbywają się od końca marca, są brutalnie tłumione przez siły izraelskie. Ostrożne szacunki mówią o 150 zabitych. Wśród ofiar znalazły się dzieci, a także dziennikarze. Tymczasem, mimo ponawianych apeli międzynarodowych, rząd Benjamina Netanyahu nie zamierza wycofywać się ze swojej bezkompromisowej polityki. Objawia się ona nie tylko w strzelaniu do demonstrantów, lecz także w kontynuowaniu rozbudowy osiedli, które prawo międzynarodowe uznaje za nielegalne.

Zdaniem specjalnego wysłannika ONZ, niektóre działania wojsk izraelskich ocierają się o zbrodnie wojenne. W swoim wystąpieniu 2 października, Lynk stwierdził m.in., że „międzynarodowe prawa człowieka zawierają jasne zasady, co do użycia broni przez służby bezpieczeństwa. Użycie broni przeciwko demonstrantom jest całkowicie zabronione, z wyjątkiem bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. (…) Zabijanie lub ranienie demonstrantów – gdy warunki tego nie usprawiedliwiają – zwłaszcza w kontekście okupacji, może zostać uznane za świadome zabijanie, które jest zarówno poważnym pogwałceniem konwencji genewskich, jak i zbrodnią wojenną”.

Zdaniem ONZ, sytuacja w Gazie i na Zachodnim Brzegu staje się coraz bardziej napięta. Brutalność izraelskich wojsk, a także pogłębiająca się bieda prowadzą do radykalizacji mieszkańców okupowanych terytoriów. W poniedziałek, 1 października, UNRWA – Agenda ONZ dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie – musiała wycofać ze Strefy Gazy swoich pracowników. Bezpośrednim powodem takiej decyzji była „seria niepokojących incydentów, których bezpośrednio doświadczył nasz personel”, a które rozpoczęły się po ogłoszeniu decyzji o ograniczeniu środków pomocowych.

Jak podkreślają przedstawiciele ONZ, decyzja o wycofaniu pracowników UNRWA ma charakter tymczasowy. Nadzieja na poprawę sytuacji i powrót do normalnej pracy pojawiła się wraz z informacją o zasileniu funduszy agendy dodatkowymi 118 milionami dolarów. Suma ta jednak nie jest w stanie załatać dziury budżetowej, która powstała po wstrzymaniu 300 milionów dolarów przeznaczonych na pomoc dla Palestyńczyków przez amerykańską administrację.

Zdaniem części obserwatorów, z tygodnia na tydzień rośnie niebezpieczeństwo wybuchu nowej intifady. Za każdym razem zbrojne powstanie przeciwko Izraelowi prowadziło do pogorszenia sytuacji Palestyńczyków. Trudno oczekiwać, aby tym razem było inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że brak zdecydowanej reakcji społeczności międzynarodowej na brutalne zachowanie izraelskich sił porządkowych niechybnie doprowadzi do eskalacji konfliktu po obu stronach. Wówczas na pokojowe rozwiązania może być już za późno.