Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

My nie jesteśmy obojętni – i Wy nie bądźcie obojętni

Podpisaliśmy porozumienia z Oslo w celu osiągnięcia sprawiedliwego pokoju i ustanowienia Państwa Palestyńskiego w granicach z 4 czerwca 1967 r. Jednak gdy negocjacje dobiegają końca, strona izraelska je odrzuca – pisze JE P. Mahmoud Khalifa, Ambasador Państwa Palestyny w Warszawie.

Agresja na naród palestyński trwa od ponad stu lat, a przez prawie 75 lat trwa agresja izraelska, podczas której spędziliśmy około 25 lat na dialogu, aby osiągnąć pokojowe rozwiązanie, które zatrzymałoby rozlew krwi i dałoby wolność, godność i dobrobyt. W tym czasie wiele decyzji wydala Liga Narodów i Rada Bezpieczeństwa ONZ, a jedynymi decyzjami, które nie zostały wdrożone, są decyzje dotyczące Palestyny i Narodu Palestyńskiego. Są potwierdzane na każdej sesji po dziś dzień.

Dotarliśmy w tym okresie do podpisania porozumień z Oslo w celu osiągnięcia sprawiedliwego pokoju i ustanowienia Państwa Palestyńskiego w granicach z 4 czerwca 1967 r. Jednak im szybciej negocjacje dobiegają końca, strona izraelska je odrzuca.

Ostatnie 27 lat doprowadziły Naród Palestyński i Izraelski do stanu bezpieczeństwa, stabilności i rozwoju, ale po zakończeniu kadencji Premiera Icchaka Rabina Izrael nie był poważnie zainteresowany ostatecznym rozwiązaniem.

Strona palestyńska potwierdza pełną gotowość do negocjacji z udziałem Organizacji Narodów Zjednoczonych i Unii Europejskiej jako mediatorami lub tez szeregu innych państw, które mają rozpocząć negocjacje na podstawie decyzji międzynarodowych i umów dwustronnych, zgodnie z ustalonym harmonogramem czasowym i tematycznym, a nie negocjacjami dla samych negocjacji, które nie mają końca, jak powiedział były premier lcchak Szamir i inni przywódcy lzraela.

Nie można polegać na propozycjach Trumpa, ponieważ od początku kadencji wykazywał swoje poparcie i stronniczość wobec Izraela.
Uważamy. że administracja Trumpa stara się obchodzić międzynarodową legitymację i osłabiać rolę Organizacji Narodów Zjednoczonych i Rady Bezpieczenstwa ONZ, a Trump i jego administracja starają się umniejszyć jej rolę, stąd też świat jest zobowiązany do jednoznacznej ochrony swoich wartości zawartych m.in. w Karcie Narodów Zjednoczonych.

Niebezpieczeństwo w amerykańskim planie polega na tym, ze administracja USA dąży do zastąpienia systemu międzynarodowego prawem dżungli, w którym silniejszy wygrywa, a słabszy ginie.
Podczas konferencji prasowej zobaczyliśmy spektakl teatralny, w którym uczestniczyli Prezydent Trump, Premier Netanjahu, i pracownicy Białego Domu. Prezydent USA przemawiał na konferencji prasowej na temat ogólników, a Netanjahu szczegółowo omawiał tzw. plan stulecia.

Wyjaśniło to ponad wszelką wątpliwość, kto stworzył ten plan, jako że zarówno D. Trump, jak i B. Netanjahu grają w wewnętrzną grę wyborczą.
Należy pamiętać, ile decyzji Prezydent USA wydał w celu poparcia Izraela, kosztem Palestyńczyków, wbrew systemowi międzynarodowemu i światu, w tym: przeniesienie Ambasady USA do Jerozolimy, zaprzestanie wsparcia UNRWA, inne dotyczące uchodźców, osadnictwa. W związku z tym plan nie obejmuje już tego, co powinno zostać uzgodnione w drodze bezpośrednich negocjacji.

Strona palestyńska wielokrotnie deklarowała chęć kontynuowania negocjacji w oparciu o mediację międzynarodową oraz rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Strona palestyńska i kraje arabskie przedstawiły propozycje trwałego rozwiązania, które strona izraelska odrzuciła.

Wszystkie propozycje omawiane przez strony palestyńską i izraelską, były za każdym razem odrzucane przez stronę izraelską, poczynając od propozycji b. Premiera Icchaka Rabina do porozumień Taba z b. Premierem Ehudem Barakiem i b. Premierem Ehudem Olmertem.

Są umowy dwustronne i rezolucje międzynarodowe. Wzywamy do ich poszanowania oraz nieokłamywania opinii publicznej, ani na świecie, ani w Polsce. mówiąc, ze strona palestyńska odmówila pokoju lub że Palestyńczycy uzyskaliby państwo podobne do „mrowiska”. Istnieje różnica między przedstawieniem propozycji projektów mających na celu kontynuację konfliktu i upadek ofiar po obu stronach, a przedstawieniem rozwiązań, które zasieją nadzieję oraz będą wspierać rozwój.
Administracja USA jeszcze nie zrozumiała, że rozwiązanie polityczne musi opierać się na poszanowaniu praw Palestyńczyków oraz na stabilnym, bezpiecznym i suwerennym państwie w granicach z 4 czerwca 1967 r.
Dobrobyt przynosi wolne, suwerenne i demokratyczne państwo dla swojego narodu, zaś pozbawienie tożsamości i praw dla obiecanego dobrobytu gospodarczego jest kłamstwem.

Wzywam tych, którzy mówią o pozytywach amerykańskich propozycji, aby je wyjaśnić. Zbadaliśmy je i nie znaleźliśmy nic poza groźbami i obietnicami, jednocześnie oferując stronie izraelskiej więcej, niż przewidują jej aspiracje, zaś to wszystko kosztem krwi i przyszłości Palestyńczyków.

Wreszcie,
Z natury jestem optymistą i nie tracę nadziei, tyle ze wiele wydarzeń międzynarodowych i upadek roli systemu międzynarodowego motywują mnie do powiedzenia, ze jesteśmy bliscy miażdżącej ,,trzeciej wojny światowej”. Wiele jej przejawów istnieje i widzimy je, jednak wiele krajów na świecie stawia swoje własne interesy ponad wszystko, myśląc, że jest daleka od niebezpieczeństwa, które głośno puka do drzwi.
To właśnie doprowadziło do wybuchu drugiej wojny światowej, a my przeżyliśmy wiele jej tragedii, więc nie bądźcie obojętni.
Nie bądźcie obojętni.

Polityka historyczna a Palestyńczycy

„Polityka historyczna” – samo to określenie brzmi podejrzanie, bo zakłada, że pewne elementy historii należy – ze względów bieżącej polityki państwa – wydobyć lub zatuszować. Historia z tego punktu widzenia nie jest nauką, lecz rodzajem zasobu argumentów medialno-politycznych, z którego można czerpać do woli, oczywiście wybiórczo. Zasada wybiórczości leży w samej istocie konceptu polityki historycznej. Ale weźmy cudzy przykład, który może wydawać się się niemal szlachetny.

W czasie swej kampanii prezydenckiej Emmanuel Macron, dziś już prezydent Francji, pojechał do Algieru, stolicy dawnej francuskiej kolonii, by pokazać, że niezbyt dobre stosunki między oboma krajami można naprawić, właśnie poprzez zręczne użycie polityki historycznej. Zadeklarował tam, że „kolonizacja była zbrodnią przeciw ludzkości”, bo chciał przed wyborami wypaść jako progresista. Naturalnie chodziło mu o kolonizację w starym stylu, takim, w jakim uprawiały go europejskie mocarstwa jeszcze w drugiej połowie ubiegłego wieku.
Nie szło więc o neokolonializm, który Europejczycy, w tym Francuzi pod władzą Macrona, bądź Amerykanie, rozgrywają do dzisiaj. Ale słowa Macrona zrobiły wrażenie, nawet jeśli niektórzy się na nie krzywili: oto przyszły prezydent wyznaje grzechy swego kraju, otwarcie przyznaje, że Afrykanie mogą mieć rację w tym względzie. Miało to być oko do francuskiej lewicy, która aż tak daleko nigdy nie poszła i której można w ten sposób zaimponować – „głosujcie na mnie, bo jestem prawie jak wy – „progresistą”. Poza tym był pewien, że to nic nie kosztuje.
Ale kiedy wczoraj wracał z Izraela, gdzie przy okazji światowego szczytu wokół wyzwolenia Auschwitz i antysemityzmu nasłuchał się dużo o Holokauście, wszczął rozmowę w samolocie z kilkoma dziennikarzami, by nieoczekiwanie wrócić do tematu kolonializmu i szczególnie Algierii. Jego zdaniem, nowa polityka historyczna wobec tego kraju mogłaby zakończyć „konflikt pamięci” i podał przykład prezydenta Chiraca, który w 1995 r. przeprosił ogół Żydów za udział Francuzów w deportacji do obozów Zagłady żydowskich obywateli m.in. Polski i Niemiec, którzy jako „nielegalni imigranci” schronili się we Francji na początku II wojny światowej.
Macron porównał przy okazji wojnę w Algierii (1954 – 1962) do Holokaustu. Tym razem uznano, że „obscenicznie” przebił wszystko i wszystkich. Według opozycji, obraził mianowicie żołnierzy francuskich, którzy walczyli w północnej Afryce porównując ich do hitlerowskich katów, no i Izraelczyków, którzy bardzo nie lubią, gdy Holokaust traci swą historyczno-polityczną wyjątkowość poprzez porównanie z innymi krwawymi wydarzeniami. Inni zaczęli krzyczeć, że takie wypowiedzi będą miały konsekwencje prawne, że Francja, która wypłaciła już wszystkie możliwe odszkodowania Żydom, będzie musiała płacić Algierczykom.
Najbardziej interesujące w wypowiedziach Macrona było jednak stwierdzenie, że „tylko historycy zajmują się takimi tematami”, choć powinni posługiwać się nimi również politycy. Przecież francuski prezydent wracał właśnie z Izraela, kraju kolonialnego. Skoro „kolonializm to zbrodnia przeciw ludzkości” powinien był przecież wytknąć Izraelczykom ich zbrodniczą politykę, kolonializm w zupełnie starym stylu. Oczywiście milczał, jak wszyscy, którzy się tam zebrali: nikt słowem nie wspomniał o losie Palestyńczyków. Dlaczego?
Bo są oni równie wyjątkowi jak państwo Izrael, tylko na odwrót. Palestyna została skolonizowana i pozostaje krwawo okupowana, ale polityka historyczna zdecydowała, że Nakba się nie liczy, jak i sami Palestyńczycy. Jeśli wziąć np. ostatnie dwudziestolecie, Palestyńczycy złożyli w tym czasie 679 skarg na Izrael o zbrodnie kolonialne w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ile z nich zostało rozpatrzonych? Zero, mimo poparcia Zgromadzenia Ogólnego. Palestyńczycy są wyjątkowi w tym sensie, że są jedynym narodem na naszej planecie, który nie może liczyć na żadną ochronę. Światowa polityka historyczna i polityka tout court po prostu ich nie widzi.

Izraelski Wietnam w Syrii

O obecnym izraelskim ministrze obrony Naftalim Bennetcie Polska usłyszała w czasie awantury o pisowską ustawę „pamięciową”, którą musiała po cichu odwołać, gdyż w Izraelu zrozumiano ją jako oburzający zakaz krytykowania Polaków za ich domniemaną rolę w hitlerowskim Holokauście.

Bennett nie był wówczas ministrem obrony, tylko edukacji, ale już wtedy stosunki zagraniczne traktował jak wojnę: rzucał symbolicznymi granatami gróźb i robił wybuchowe miny tak niechętne naszemu skołowanemu krajowi, że lepiej o nich zapomnieć. Dziś nikt już o nim w Polsce nie mówi, było-minęło, a tymczasem on mówi bez przerwy, tyle, że na tematy bardziej światowe.
Uśmiechnięty Bennett to jeden z przywódców młodej, ultranacjonalistycznej skrajnej prawicy religijnej, zawsze w politycznej parze z byłą minister sprawiedliwości w rządzie Natanjahu Ayelet Shaked z Żydowskiego Domu, tą, która w tegorocznych wyborach najdosłowniej reklamowała się „faszyzmem”. Naturalnie oboje wielu bardziej pasują do nazizmu niż faszyzmu, ale to tylko marginalny niuans: Bennett zyskał sławę i popularność innym oświadczeniem (z lipca 2013 r.): „Zabiłem wielu Arabów i nie mam z tym żadnego problemu.” To ono, tak szczere, wyniosło go na polityczne wyżyny, więc naturalnie kontynuował w tym guście. Np. groził Libanowi, że „odeśle go do średniowiecza”. Innych krajów, nawet niegraniczących z Izraelem, też nie oszczędzał.
U nas raczej nie, ale na Bliskim Wschodzie wszyscy nadstawili uszu, kiedy w ostatnim Maariv (drugi największy dziennik izraelski) z hukiem powrócił do tego stylu. Zapowiedział mianowicie, że jego kraj „zrobi Wietnam z Syrii”, przeciw obecności Irańczyków, że użyje „wszelkich środków”, żeby ich usunąć z tego kraju. Minister obrony Bennett ma na myśli oddziały irańskie, bez porównania mniejsze od syryjskiego wojska, czy Rosjan, które pomagają tam walczyć z dżihadystami z Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), gnieżdżącymi się teraz w północnej prowincji Idlib. Izraelczycy uważają po prostu, że Irańczycy nie lubią ich bardziej niż wszyscy napadnięci przez Izrael sąsiedzi i nawet okupowani Palestyńczycy.
Naturalnie minister Bennett nie powiedział jak ten przyszły „Wietnam” będzie konkretnie wyglądał. Ale Syria od dawna go w zasadzie przypomina, więc pierwsze komentarze były rodzajem zdziwienia dystrybucją ról. No bo tak: Amerykanami w Syrii nie byliby Amerykanie, którzy są sojusznikami Izraela w Syrii, lecz Irańczycy, a rolę zwycięskich Wietnamczyków grałby… kto? Jakieś tajne oddziały izraelskie, w stożkowatych kapeluszach non-la, skradające się w syryjskiej dżungli? Nie, bo tam jest głównie pustynia oraz armia syryjska – można w nią walić najwyżej z góry. Czyli kto? Nie mogą być to prawdziwi Amerykanie, gdyż są zainteresowani już tylko syryjską ropą, a poza tym i tak dużą dają, politycznie nie wypada. Czyli? No tak, ci, co od początku robią rodzaj generalnego wietnamu-kołomyi-tragedii w Syrii, czyli dżihadyści.
Izrael od początku syryjskiej wojny – tak samo jak dyktatury z naftowe z Zatoki oraz USA, Francja i Wielka Brytania z NATO – popierał aktywnie syryjską Al-Kaidę, a za jej pośrednictwem PI. Po prostu to oni mieli osiągnąć cel wojny, zmianę rządu w Syrii na saudyjsko-podobny, bardzo religijny a jednocześnie całkiem oddany i posłuszny. Ten cel, wymyślony przez Amerykanów i Brytyjczyków, był dla Izraela o wiele bardziej obojętny, niż się na ogół przyjmuje: już samo utrzymanie chaosu w Syrii jest dobre dla państwa żydowskiego, zdaniem jego przywódców, gdyż to trwale osłabia potencjalnego wroga. Pamiętajmy, że część Syrii Izrael zwyczajnie okupuje. W syryjskim scenariuszu Bennetta Syryjczycy więc nie istnieją.
Podsumujmy: minister Bennett dał rolę przegranych w Wietnamie Amerykanów Irańczykom, którzy najchętniej pomogliby Syryjczykom przegnać z Syrii dżihadystów, Amerykanów i Izraelczyków, a na Wietnamczyków wyznaczył starych, dobrych, międzynarodowych dżihadystów z Al-Kaidy, którzy podobnie jak PI, nic złego Izraelowi nie czynią, a teraz dostaną najwyżej skośnych oczu, gdy przyjdzie im walczyć z wrogami Izraela. Znowu więc pójdą broń i pieniądze na chaos i wojnę w Syrii, z wsparciem lotniczym w pakiecie.
Wyjaśnijmy, że chodzi o projekt, który pewnie wejdzie w życie. Rząd Netanjahu, którego prokuratura oskarża o poważne przestępstwa (ale nie zbrodnie wojenne) gra o przetrwanie, chce uniknąć trzecich wyborów w ciągu roku. Netanjahu, by zdobyć rządzącą koalicję, obiecał właśnie, że przeprowadzi aneksję części palestyńskich ziem okupowanych i będzie musiał to zrobić, bo dzięki temu jako premier z immunitetem nie pójdzie do więzienia, będzie dalej rządził. To są ostatnie jego karty, a do nich należą groźby Bennetta. Ta wielka gra o wolność Netanjahu toczy się kosztem innych wolności i życia innych ludzi, ale czyż sytuacja pojedynczych polityków tak samo nie wpływała na przedłużanie koszmarnej wojny w Wietnamie? Pomylona wizja Bennetta może się zrealizować.

Na Zachodnim Brzegu

Sześć tysięcy nowych domów dla osadników i 700 nowych budynków, w których będą mogli zamieszkać Palestyńczycy – to najnowsze oficjalne plany Izraela dotyczące Zachodniego Brzegu. Informację o tym podano w przededniu przyjazdu do Tel Awiwu Jareda Kushnera, który ma omawiać z premierem Netanjahu szczegóły swojego „planu stulecia” w kwestii bliskowschodniej.

Sześć tysięcy nowych domów dla żydowskich osadników albo zacznie powstawać dopiero teraz, albo istnieje już od dawna, tyle że do tej pory formalnie pozostawały nielegalnie. Tak czy inaczej, rozbiórka takim obiektom nie grozi, w odróżnieniu od tych, w których żyją Palestyńczycy. Wszystkie domy zlokalizowane będą w strefie C, czyli w tych częściach Zachodniego Brzegu, gdzie w myśl porozumień z Oslo Izrael sprawuje pełną kontrolę.
Zapowiedź kolejnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu jest jednoznacznym sygnałem przed przyjazdem amerykańskiego wysłannika i zięcia Donalda Trumpa do Tel Awiwu. Izrael nie zamierza godzić się na państwo palestyńskie w regionie, gdzie miało ono powstać według koncepcji zawartej w porozumieniach z Oslo. Zgadzając się na symboliczną liczbę domów dla ludności arabskiej pozoruje, dla mniej zorientowanych, że poszukuje kompromisowego rozwiązania i uwzględnia interesy wszystkich stron.
O tym, że ciągle nieznany w szczegółach „plan stulecia” nie będzie żadnym kompromisem, świadczy jednak już samo oświadczenie Kushnera, że nie będzie w nim mowy o państwach palestyńskim i izraelskim, gdyż, jak stwierdził Amerykanin, termin „rozwiązanie dwupaństwowe” każda strona rozumie inaczej. Stany Zjednoczone dawały również do zrozumienia, że zgodzą się na utrzymanie niektórych osiedli (dziś wszystkie są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego), a Palestyńczycy dopiero w przyszłości „nauczą się rządzić”.
Obecnie w osiedlach na Zachodnim Brzegu żyje 600 tys. osadników. Pozostanie osiedli na miejscu jest w zasadzie kwestią konsensusu w izraelskiej klasie politycznej. W środę lider centroprawicowego bloku Biało-Niebieskich, który w ostatnich wyborach parlamentarnych zajął drugie miejsce, również zabrał głos w sprawie osadników i przyszłego porozumienia pokojowego: oznajmił, że Dolina Jordanu musi w każdych okolicznościach pozostać pod kontrolą Izraela, a mieszkańcom osiedli należy się plan rozwoju infrastruktury i rolnictwa. Palestyńczykom Gantz łaskawie obiecał, że „będą mogli pozostać w dolinie”.

Plan dla Palestyny bez Palestyny

Biały Dom ujawnił w końcu pierwszą część „New Dealu” – długo zapowiadanego planu pokojowego dla Palestyny. Jared Kushner – doradca prezydenta Trumpa ds. Bliskiego Wschodu przedstawi jego szczegóły na specjalnej konferencji w Bahrajnie, bez udziału Palestyńczyków.

Większość Palestyny zajmuje dziś kolonialne państwo Izrael, ono też zbrojnie okupuje lub blokuje resztę jej terytorium. W mediach nazywa to się zwykle „konfliktem izraelsko-palestyńskim”. Jared Kushner, zięć prezydenta Stanów Zjednoczonych, młody, bogaty, religijny żyd, jak i jego żona Ivanka Trump, pracuje nad jego bezstronnym rozwiązaniem od kiedy został doradcą prezydenta. „Nowe, wielkie rozdanie” ma polegać na polityczno-gospodarczym planie, który opracował ze swym współpracownikiem, również doradcą Trumpa, Jasonem Greenblattem. Wczoraj ujawniono zręby jego części ekonomicznej, polityczna ma być gotowa dopiero w listopadzie.
Celem części gospodarczej ma być zebranie 50 miliardów dolarów w ciągu 10 lat tak, by podwoić palestyński PKB. Biały Dom reklamuje ten pomysł: „Plan ten reprezentuje najambitniejszy i najbardziej kompletny wysiłek międzynarodowy na rzecz narodu palestyńskiego”, który „może fundamentalnie zmienić Zachodni Brzeg Jordanu i Gazę i otworzyć nowy rozdział w palestyńskiej historii, rozdział zaznaczony nie konfliktem i stratami, lecz wolnością i godnością”. Inicjatywa ma stworzyć zatrudnienie dla miliona ludzi – precyzował komunikat. Z tym, że pieniędzmi nie będą zarządzać Palestyńczycy a specjalny bank pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, co ma „zapobiec korupcji”.
Palestyńczycy na ogół nie wierzą w bezstronność Jareda Kushnera, gdyż jest to bliski przyjaciel rodziny premiera Izraela Netanjahu. Kushner poparł „dar polityczny” Trumpa w postaci uznania Jerozolimy za izraelską własność i stolicę. Według przecieków na temat politycznej część „New Dealu”, jego nowatorskość ma polegać na faktycznym, szczerym pożegnaniu z ideą niepodległego państwa palestyńskiego w Palestynie, która „obciążała poprzednie plany pokojowe”.
Jutro Kushner otworzy więc w stolicy Bahrajnu Manamie konferencję „Od pokoju po dobrobyt”, na którą zaprosił przedstawicieli ministerstw finansów arabskich dyktatur z Zatoki. Czy jego plan zyska ich zrozumienie i pieniądze? Możliwe, bo nie będą narażać się imperium, ale i tak wszyscy czekają na polityczną część planu, odroczoną już drugi raz ze względu na wybory w Izraelu.
Tymczasem Autonomia Palestyńska (AP) z Zachodniego Brzegu odpowiedziała Kushnerowi, że USA powinny raczej zająć się nielegalnym zaborem ziem palestyńskich przez uzbrojonych Izraelczyków, a te obietnice to próba korupcji. „Kiedyś nęcono nas hasłem „ziemia za pokój”, teraz mamy „dobrobyt za pokój” – z niechęcią pisała o planie AP. Plan odrzucił też Hamas rządzący w zamkniętej Strefie Gazy: „Oni chcą sprawę palestyńską zamienić z politycznej na ekonomiczną” – mówił jeden z przywódców organizacji Ismail Haniyeh, choć plan Kushnera przewiduje wyremontowanie jedynej elektrowni w Gazie. W Strefie od lat brakuje prądu.

Lato będzie gorące

O wyjątkowo trudnej sytuacji Autonomii Palestyńskiej, jedności Palestyńczyków na okupowanych ziemiach i milczeniu społeczności międzynarodowej Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawiają z Rijadem al-Malikim, ministrem spraw zagranicznych Palestyńskiej Władzy Narodowej – rządu Autonomii Palestyńskiej.

Premier Palestyńskiej Władzy Narodowej, czyli rządu Autonomii Palestyńskiej, powiedział, że nadchodzące lato będzie gorące – i to na wielu poziomach. Jak to rozumieć? Czy w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się prawdziwych wstrząsów na Bliskim Wschodzie?
To „gorące lato” ma wiele znaczeń. Po pierwsze – gospodarka. Izrael znacząco zredukował kwoty z podatków, jakie przekazuje co miesiąc do dyspozycji Autonomii Palestyńskiej. Jako że odmówiliśmy w takiej sytuacji przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy z Tel Awiwu, musieliśmy zapożyczyć się w lokalnych bankach i czasowo obciąć wypłaty pracowników budżetówki o 50 proc. Za dwa, trzy miesiące skończy się również limit pożyczek bankowych. To będzie dla nas poważny problem.
Po drugie – polityka. Stany Zjednoczone zapowiadają, że wkrótce poznamy szczegóły „układu stulecia”, ich pomysłu na rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Spodziewamy się, że USA będzie nadal naciskać na Palestyńczyków, by zrezygnowali z walki o swoje państwo. Musimy wypracować strategię, jak na te naciski odpowiedzieć. Nie jest wykluczone, że ta konfrontacja osiągnie „gorący” poziom.
Jest też nasz wewnętrzny problem. Ciągle nie ma porozumienia między rządem na Zachodnim Brzegu a Hamasem, który rządzi w Strefie Gazy. My czyniliśmy starania, by się z nimi dogadać, by mógł powstać palestyński Rząd Jedności Narodowej. Hamas najwyraźniej nie jest tym zainteresowany. Tymczasem jesteśmy w okresie, gdy Izrael nie ma stałego rządu, tylko tymczasowy. Premier Netanjahu sądzi, że w takim czasie może sobie pozwolić absolutnie na wszystko – i nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności.
Liczycie się z tym, że spełni swoje groźby o przyłączeniu części Zachodniego Brzegu do państwa Izrael?
Nie tylko z tym. Żeby pozyskać koalicjantów ze skrajnej prawicy, a także odebrać im elektorat, Netanjahu przydałaby się wojna. Z kim? Widzę dwie możliwości – Hezbollah w Libanie i Hamas w Gazie.

Wojna z Hezbollahem byłaby jednak bardzo ryzykowna. I kosztowna.
Zgadzam się. Ich potencjał jest w zasadzie równy izraelskiemu. Mają broń, wyposażenie wysokiej jakości. Hamas jest zdecydowanie słabszy. Więc gdyby Netanjahu naprawdę poszedł na wojnę, to z Hamasem. Z myślą o przejmowaniu ultraprawicowych wyborców może zabić część przywódców Hamasu, dokonać nowych zniszczeń infrastruktury w Gazie. Musimy mieć przygotowaną odpowiedź na taki scenariusz.

A odpowiedź na „układ stulecia”? Co zrobicie, jeśli Jared Kushner w końcu ogłosi swój plan w całości i okaże się, że nie ma tam państwa palestyńskiego ani teraz, ani w bliskiej przyszłości? Można się tego spodziewać na podstawie jego komentarzy w mediach…
Kushner mówi o swoim planie pokojowym od dwóch i pół roku. Od dwóch, trzech miesięcy zapowiada, że wkrótce go ujawni – i nie ujawnia. Mogą być dwa powodu takiego stanu rzeczy. Być może w ogóle nie ma żadnego planu. Albo plan powstał, ale nie otrzymał poparcia ze strony tych państw, na które Kushner liczył.
Jestem przekonany, że Waszyngton starał się o poparcie dla swojej koncepcji w krajach arabskich, głównie w Arabii Saudyjskiej, ale okazało się, że tam wcale nie palą się do udzielania takiego wsparcia. Więc Kushner może sobie opowiadać dziennikarzom, co chce, ale to są tylko jego prywatne pomysły.

Nie macie złych przeczuć, słysząc, jak Kushner mówi, że „ma nadzieję, że kiedyś Palestyńczycy nauczą się rządzić”? To prawie jak powiedzenie wprost: USA nie pozwoli na powstanie niepodległej Palestyny.
My to odczytujemy inaczej. Po pierwsze, kim jest ten człowiek, żeby nas oceniać? Na jakiej podstawie decyduje, czy Palestyńczycy umieją rządzić, czy nie? On nie ma pojęcia o historii, o geografii, demografii, o polityce. To, że ktoś był przedsiębiorcą w branży nieruchomości, nie znaczy, że nadaje się do rozwiązywania konfliktów międzynarodowych!
To, co mówi Kushner, to wyraz jego antypalestyńskich uprzedzeń. Nie waham się powiedzieć: jego wypowiedzi to czysty rasizm! On mówi o nas jak o podludziach. Taki człowiek powinien stanąć przed sądem, a nie być przyjmowanym przez światowych przywódców. Jared Kushner jest szkodliwy dla swojego własnego kraju. Ale równocześnie uważam, że ten człowiek, tak jak nagle się pojawił, tak w którymś momencie nagle zniknie.

Być może tak będzie. Ale na razie, sam pan o tym opowiadał, sytuacja Palestyny jest coraz gorsza. Co się stanie, jeśli jej mieszkańcy zostaną całkowicie postawieni pod ścianą? Bez perspektywy poprawy swojej sytuacji na drodze dyplomatycznej, wobec coraz bardziej agresywnej polityki Izraela?
To prawda, że w palestyńskim społeczeństwie czuje się frustrację. Ale z drugiej strony nie jest tak, by ludzie chcieli buntować się przeciwko rządowi. Oni świetnie wiedzą, kto doprowadził do obecnej sytuacji, kto naprawdę ich zawiódł. Będą obwiniać za swoje położenie Izrael, Amerykę, milczącą społeczność międzynarodową, resztę świata arabskiego – ale nie palestyńskich przywódców.
Podam prosty przykład. Kiedy Izrael przestał przekazywać nam dotychczasowe sumy z podatków i musieliśmy zapożyczyć się, żeby zapłacić urzędnikom połowę wynagrodzeń, nikt nie protestował. Ludzie wiedzą, że to nie Mahmud Abbas chce wpędzić ich z nędzę. Oczywiście, są rozczarowani, w końcu taki stan rzeczy trwa już cztery miesiące i nie wiemy, czy nie okaże się, że będą konieczne jeszcze głębsze cięcia. Ale Palestyńczycy są na tyle dojrzałym społeczeństwem, by rozumieć, że atak na swoich przywódców w tym wypadku nie pomoże w walce z prawdziwym wrogiem.

Niemniej bez wsparcia zewnętrznego Autonomię Palestyńską czekają naprawdę trudne czasy. Gdzie widzicie potencjalnych sojuszników? Liczycie na świat arabski?
W kwietniu ubiegłego roku w Az-Zahran w Arabii Saudyjskiej odbył się szczyt Ligi Państw Arabskich. Gospodarz, król Salman, który jest dziś faktycznym przywódcą świata arabskiego, wystąpił na nim i powiedział: to jest szczyt w Jerozolimie, nie w Az-Zahran. Oznajmił też, że to, co odrzucają Palestyńczycy, odrzuca również on, a to, co oni akceptują, on przyjmuje. Dla nas to było jednoznaczne przesłanie. Tym bardziej, że król Salman w podobnym duchu wypowiadał się podczas szczytu UE-Liga Państw Arabskich w lutym tego roku. I nie tylko on – wszyscy arabscy przywódcy byli jednomyślni w sprawie Palestyny. To był jednoznaczny komunikat pod adresem Europy.
Tak samo było podczas nadzwyczajnego szczytu Ligi Państw Arabskich w Mekce kilkanaście dni temu. Wszystkie państwa arabskie poparły tam rezolucję w sprawie palestyńskiej. Mogę więc powiedzieć z pewnością: mamy ich wsparcie. Ich stanowisko się nie zmieniło.

Ale czy te gesty naprawdę mają znaczenie? Światu zachodniemu bardzo łatwo przychodzi ich ignorowanie. Skoro Palestyna ma takie poparcie, dlaczego nic nie zmienia się tam na lepsze?
Nie mamy armii, żeby wypowiedzieć wojnę tym, którzy codziennie nas krzywdzą. Musimy bazować na naszej wytrwałości, gotowości do stawiania oporu, miłości, jaką żywimy do naszej ziemi. Tego nam nikt nie odbierze.
Tak, nie możemy równać się ani ze Stanami Zjednoczonymi, ani z Izraelem. Ale jest nas 6,8 mln – 1,8 mln w Izraelu i 5 mln w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu. Rząd Izraela może robić, co chce, ale ci ludzie nigdzie stamtąd nie wyjadą. Mogą nas zamykać, szykanować, odcinać nam prąd i wodę, ale my zostaniemy. Nie powtórzymy już roku 1948, kiedy ludzie uciekali ze swoich domów, ani roku 1967, kiedy część Palestyńczyków wyjechała.
Ich, izraelskich Żydów, też jest dokładnie 6,8 mln. Wnioski z tego są dość jasne. Nasza słabość może być też naszą siłą.

Polska pomoc rozwojowa w Palestynie

Ambasada Państwa Palestyny

serdecznie zaprasza na panel pt.

„Polska pomoc rozwojowa w Palestynie”

zorganizowany w ramach
Międzynarodowych Targów Humanitarnych Expo 11-13 czerwca.

Panel odbędzie się 12 czerwca g. 12.30-13.30
w Ptak Expo, Nadarzyn k/Warszawy, Al. Katowicka 62

Podczas panelu poświęconego polskiej pomocy rozwojowej w Palestynie będzie można dowiedzieć się w jaki sposób Polska od prawie 15 lat wspiera społeczeństwo palestyńskie.
Polska Pomoc przyczynia się do rozwoju palestyńskiego szkolnictwa, wspiera kobiecą przedsiębiorczość, a także wzrost zatrudnienia kobiet i młodych ludzi współpracując z ponad 40 instytucjami z Palestyny i zagranicznymi.
Polska przeznacza coraz większe środki finansowe w ramach współpracy rozwojowej, rozszerza jej zasięg i grono odbiorców, będąc w czołówce najefektywniejszych krajów współpracujących z Palestyńczykami. W 2010r środki polskiej pomocy wyniosły PLN 1,8 mln, zaś w 2019r. to ok PLN 6mln, co stanowi 3-krotny wzrost.
Wysiłki Fundacji PCPM, która jest największą polską organizacją działającą w Palestynie, finansowane z funduszy polskiej pomocy, widoczne są m.in. w rolnictwie i rozwoju spółdzielni rolniczych, a już niedługo również w palestyńskiej opiece zdrowia.

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.