Inny kapitalizm jest możliwy, ale postkapitalizm – konieczny

Od logiki zysku do arytmetyki potrzeb na miarę limitów przyrody w telemeledemokracji widzialna polityka przeniosła się do studia telewizyjnego. Tutaj politycy drugiego szeregu oraz wspierające ich drużyny dziennikarskiego komentariatu walczą na słowa, miny, pozy, rzadko argumenty.

Tematy przynosi bieżąca gra polityczna między rządzącymi a opozycją. Ta zaś toczy się wokół drożejącego koszyka zakupów, rosnącego długu publicznego, upartyjniania państwa, zagrożeń ze strony Rosji, zmian w obsadzie głównych ról przedstawienia. Poza zasięgiem kamery telewizyjnej znajdują się filary, na których wznosi się scena polityczna. To neoliberalny, globalny, marnotrawny i niemoralny kapitalizm. Samoczynnie wytwarza piramidę bogactwa i władzy dla coraz węższego grona posiadaczy aktywów – „inwestorów”. W efekcie los ludzkości spoczywa w rękach psychotycznych łowców rent w rodzaju Jeffa Bezosa czy Elona Muska. Ich pasje i fobie, a nie publiczna debata i decyzja, przesądzają o zakresie prywatności, o pracy dla wszystkich bądź bezrobociu, o jakości życia ludzi i ich relacji z przyrodą. I to w sercu przewodniej siły ludzkości. Nie słabnie „przedziwna wiara w to, że działania najbardziej pazernych ludzi, motywowane najbardziej ordynarnymi pobudkami, przyniosą korzyści całemu społeczeństwu”. Tak J.M. Keynes określił proroczo kapitalizm.

System kapitalistyczny odwirowuje nadwyżkę na konta właścicieli, udziałowców, menedżerów wielkich korporacji przemysłowych, handlowych, technologicznych, finansowych. Reszcie pozostają resztki. System ten powstawał w ciągu XIX wieku. Była to „wielka transformacja” opisana w przez antropologa Karla Polanyi`ego. Wyróżnikiem nowego typu społeczeństwa stał się skokowy wzrost produktywności pracy, z czasem głównie dzięki naukopochodnej technice. Jego niezmienne cechy to: renta z kapitału, konkurencja między kapitałami, innowacyjność technik produkcji, eksploatacja siły roboczej i związany z nią konflikt klasowy między pracą a kapitałem oraz rosnąca eksploatacja biosfery. W wymianie rynkowej chodzi zawsze o zysk w obiegu pieniężno-towarowym: pieniądz=>towar=>więcej pieniądza. Zmienia się natomiast ład produkcyjny, czyli pola akumulacji kapitału, technika i technologia, regulacja stosunków pracy i sfery publicznej, międzynarodowy podział pracy. Obecnie to zglobalizowany kapitalizm oligopolistyczno-finansowy. Teraz mami nas tzw. „zieloną” transformacją gospodarki, czyli kolejną falą innowacji, by obrót kapitału móc wzmóc.

W wyniku wielkiej transformacji społeczeństwo stało się dodatkiem do gospodarki poddanej logice zysku. Fikcja samoregulującego się rynku stała się podstawową zasadą organizującą życie społeczne. Np. w USA konstytucja całkowicie wyjmuje sferę gospodarczą spod swojej jurysdykcji. Ten brak realnej kontroli społecznej nad gospodarką pozostawia właścicielowi kapitału swobodę pogoni za zyskiem. Może on przerabiać dostępne zasoby na „zbiorowisko” towarów. Bożkiem staje się wzrost gospodarczy. W jego nieskończoność wierzą faktorzy biznesu – ekonomiści. Niestety, pomijają oni w swoich rachunkach rzadkość jako wyczerpywanie się nieodnawialnych zasobów. Kult wzrostu uzasadnia też inny mit założycielski ekonomistów. Głosi on, że celem życia jest rosnąca konsumpcja (osobiste bogacenie się, maksymalizacja użyteczności). Na dodatek, wspierają swoje widzi mi się aksjomatem o nieograniczonych potrzebach ludzi. Droga do szczęścia prowadzi wówczas przez zaspokajanie nowych potrzeb, które kształtuje „uśmiechnięte ścierwo”, czyli reklama. W efekcie, jak zauważył filozof Jean Baudrillard, „są tylko takie potrzeby jakich potrzebuje System”. Dlatego System utrwala odpowiednio spreparowaną osobowość „człowieka sukcesu”. To m.in.: przedsiębiorczość, strategie życiowe z kluczową rolą kariery, edukacji, czasu wolnego, symbolicznej konsumpcji. Tym nastawieniom miała sprzyjać nowoczesna osobowość, z jej niezależnością od autorytetów, wiarą w skuteczność nauki, otwartość na nowe doświadczenia, wysokie aspiracje edukacyjne i indywidualizm. Jednak system łamie najsilniejsze charaktery – obywatel przekształcił się w zajadłego konsumenta, potwierdzającego swoją pozycję społeczną konsumpcją darów Rynkowego Pana.

Skoro „wykorzenione” rynki ziemi, pracy i pieniądza powodują kryzys planetarny, produkują masy depresyjnych konformistów, tworzą jałową popkulturę – czas historyczny rynkowego społeczeństwa dobiega końca. Instrukcja jego genezy podpowiada, co należy zrobić, by zainicjować proces głębokiej rekonfiguracji – aż do jakiejś formy postkapitalizmu. Coraz więcej ludzi oburza marnotrawstwo zasobów (zbrojenia, nachalna reklama, skracanie cyklu życia produktów). System ten umożliwia przejmowanie bogactwa, wytwarzanego dzięki dorobkowi pokoleń wynalazców, pracowników, opiekuńczej pracy kobiet. Kilkudziesięciu krezusów posiada więcej bogactwa społecznego niż połowa ludzkości. 3 mld jej przedstawicieli musi zaspokajać życiowe potrzeby za mniej niż dwa dolary dziennie. Można się zastawiać, czy sprawiedliwy jest system, pozwalający jednym naśladować imć Twardowskiego za kilkadziesiąt milionów dolarów, kiedy co 5 sekund umiera na świecie z głodu jedno dziecko. Według szwajcarskiego socjologa Jeana Zieglera, „fakt, że każdego roku głód i niedożywienie zabijają miliony istot ludzkich – na planecie obfitującej w zasoby – pozostaje największym skandalem naszych czasów”.

Co zastanawia, nową drogę wyznacza prezydent Joe Biden. Powraca do praktyk Nowego Ładu prezydenta Roosevelta. Znów wracają kwestie bezpieczeństwa socjalnego, tworzenia miejsc pracy, godziwej płacy, globalnego podatku od korporacji, zniesienia patentów do szczepionek przeciwko COVID-19. To lewica, a nie nadwiślańscy liberałowie spod znaku D. Tuska, R. Trzaskowskiego czy Sz. Hołowni mogą pójść jego śladem.
Technika i energia. Nowy sposób produkcji przyniósł nową jakość. To możliwość swobodnego operowania dwoma czynnikami: techniką i pracą. Przedsiębiorca, operując w miarę swobodnie kapitałem, pracą i surowcami mógł zastąpić drewno węglem, mógł zmienić organizację produkcji, np. pracę dorosłych mężczyzn zastąpić pracą kobiet czy młodocianych. W obecnej dobie zatrudnia imigrantów i wykorzystuje tanią siłę roboczą imigrantów, Azjatów, neoEuropejczyków. Użycie maszyn pozwoliło zastąpić specjalistów – rzemieślników niewykwalifikowanymi robotnikami. Byli oni wydajniejsi, pracując pod wspólnym dachem. Tu docieramy do źródła oszałamiającego sukcesu nowego sposobu produkcji. To wręcz magiczna moc akumulacji i postępu technicznego. W tych gałęziach, w których cena jednostkowa była odwrotnie proporcjonalna do ilości produktów, popyt zachęcał do nowatorskich inwestycji mogących zmniejszyć koszty – przy zachowaniu płac, i utrzymaniu zysków. Dzięki temu przedsiębiorca stawał się głównym beneficjentem postępu technicznego, redukcja kosztów powiększała jego zyski. Postęp techniczny w dalszym rozwoju nowej gospodarki, sprzężony został z nauką jako dziedziną kultury. Innowacje płynące z tego źródła pozwalały na użycie maszyn wykorzystujących niezwierzęce źródła energii, na zastąpienie materiałów naturalnych syntetycznymi. Dlatego rewolucja naukowa z XVII wieku odegrała decydującą rolę. Z wynalazków inspirowanych odkryciami nowożytnego przyrodoznawstwa powstający przemysł skorzystał dopiero na szerszą skalę w ciągu dziewiętnastego wieku. Były to takie innowacje, jak wytop stali z żelaza (Anglia), silnik spalinowy, wielka chemia (Niemcy), i w końcu energia do wszystkiego – elektryczność (Stany Zjednoczone). W efekcie, według obliczeń S. Albinowskiego, każdego współczesnego umysłowo-fizycznego pracownika nowoczesnego przemysłu, wspiera na stanowisku pracy średnio aż 130 „energetycznych niewolników”. Nadchodząca era automatyzacji i robotyki może wyeliminować potrzebę pracy niewykwalifikowanej. Dlatego wymaga publicznej debaty zakres innowacji produktowych, które pozostają w luźnym związku z ułatwianiem życia czy eliminowaniem trudu pracy. Np. po co komu, poza ewentualnie niepełnosprawnymi, drony dostarczające towar bezpośrednio do domu, samochody autonomiczne czy podróże na Księżyc? Tu powinna decydować hierarchia potrzeb: zachowanie ekosystemu, likwidacja biedy na globalnym Południu, stabilizacja populacji ludzkiej. A więc preferencje z punktu widzenia racjonalności planetarnej i ogólnospołecznej, a nie widzimisię kapitalisty, któremu chory system umożliwia przechwytywanie nadwyżki wypracowanej przez niedopłaconych pracowników czy odkryć sektora badawczego, finansowanego ze środków publicznych. Proceder ten opisała Mariana Mazzucato na przykładzie gadżetów Apple`a. Dlatego wspólnota życia i pracy powinna mieć udział w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki nakładom publicznym na naukę, a także dzięki wykorzystywaniu jej wielopokoleniowego dorobku materialnego i duchowego. Znów wraca kwestia podatków jako podstawowego mechanizmu udziału wspólnoty w prywatnych majątkach swoich członków. By znieść możliwość lukratywnego przekształcania odkryć nauki w patenty, wystarczy je zastąpić wysokimi honorariami dla wynalazców. Staną się one wtedy powszechnie dostępnymi dobrami gratisowymi, własnością ogólnoludzką. Dostępne zasoby finansowe powinny być skierowanie na rozwiązanie problemu zaopatrzenia cywilizacji w niskoemisyjną energię. Ten warunek spełni dopiero energia pochodząca z syntezy jądrowej – energetyka fuzyjna. Żadna korporacja prywatna nie podoła temu zadaniu, skoro prototypowy reaktor termonuklearny, budowany koło Marsylii w ramach programu ITER, już kosztował bogate kraje 10 mld euro. A to dopiero początek eksperymentu. Tak więc na kolejną prometejską technologię, opłacalną ekonomicznie, przyjdzie ludzkości czekać do początku kolejnego wieku. Zatem nie „zielona” maska rewolucji cyfrowo-energetycznej, lecz strategia regulowanego postwzrostu może podtrzymać dalszą przygodę homo sapiens na tej jedynej dostępnej gatunkowi planecie.

Biurokracja państwowa

Niewidzialna ręka rynku ma dobrze widzialną pięść. Państwo minimum jest mitem nadwiślańskich liberałów. W rzeczywistości równolegle z nowymi funkcjami rozrastał się aparat biurokratyczny, a także na niespotykaną wcześniej skalę rozszerzył się zakres jego kontroli nad gospodarką. Do nowych zadań należało wspieranie rodzimych przedsiębiorców w konfrontacji z zagraniczną konkurencją. Wszystkie państwa stosowały protekcjonizm w ochronie raczkujących gałęzi produkcji, szczególnie w relacjach metropolii z koloniami rozwinął się free-trade imperialism. Zadania te wymagały dużego wsparcia „nocnego stróża”, ten zaś w alfabecie Morsa kolonializmu, tj. hukiem salw kanonierek, sławił nie tylko zalety wolnego handlu.

Pionierzy nowego systemu zawarli „pamiętny sojusz” z państwem. Sprowadził się on w praktyce do tego, że rząd angielski zamiast zaciągać pożyczki oprocentowane na 8-14%, przyznawał monopole w zamian za pożyczki o niskiej stopie procentowej. Odtąd państwo miało być finansowane z podatków oraz pożyczek zaciąganych u klas posiadających. Już pod koniec XVIII wieku 75% rocznych przychodów państwa, uzyskiwanych z podatków, ceł i opłat, trafiało do 17 tysięcy posiadaczy obligacji. Tak powstała jednorodna klasa poligarchów – raz pełniących funkcje w biznesie, drugi – w rządzie lub odwrotnie (obecnie M. Morawiecki, D. Trump, L. Summers). Wysługują się oni biurokratami i ekspertami, których nikt poza nimi nie kontroluje. To oni stworzyli Międzynarodówkę Davos. Państwo znalazło się na uwięzi niewidzialnego parlamentu inwestorów, zmuszone do pożyczek na rynkach finansowych. Dlatego tak ważne jest zniesienie jarzma, które nałożyli ordoliberałowie na banki centralne i politykę gospodarczą. Polscy wprowadzili nawet do konstytucji normy dla deficytu budżetowego, długu publicznego i sposobu jego finansowania. Jak ważne jest zniesienie tego jarzma, okazało się przy wychodzeniu z pandemicznego kryzysu. Bez swobody w kreowaniu długu publicznego to zadanie byłby wręcz niemożliwe. Sojusz korporacyjnego globalizatora i jego wyspecjalizowanej świty, top menagementu i biurokracji, stanowi konstrukcję nośną aktualnej wersji Systemu. Dlatego strategia odwrotna to poddanie państwa wszechstronnej kontroli społecznej – m.in. rozwój samorządności, możliwość odwoływania reprezentantów, panele obywatelskie. Najważniejszym zadaniem jest zastąpienie potęgi pieniądza siłą głosu w przewodniej demokracji amerykańskiej. Bo to państwo amerykańskie stworzyło obecny ład. Wzorem mogą być obywatele Chile, którzy tworzą nową konstytucję po wyborze w referendum 155 osobowej konstytuanty. Poprzednią drogę do demokratycznego socjalizmu zagrodził zamach Pinocheta, w wyniku którego kraj stał się pierwszym poligonem neoliberalizmu. Nowy szlak wytycza także Boliwia z koncepcją wielonarodowej republiki, włączającej też ludy tubylcze i kontrolującej własne bogactwa naturalne. Do rozważenia jest też chiński model relacji między państwem a sektorem prywatnym. CHRL to wciąż jedyny kraj, w którym państwo nie poddaje się władzy korporacji.

Siła robocza

Do dyspozycji pionierów nowej gospodarki były ogromne rezerwy siły roboczej. Ustawa fabryczna z 1802 proklamowała wolność kupców i producentów. Mogli oni swobodnie ustalać ceny, by zwiększać do maksimum zyski. Obowiązywała żelazna dyscyplina pracy. Za przestępstwo niszczenia maszyn groziła kara śmierci. Jak pisze Polanyi, państwo ancien regime stawało bezwzględnie za kapitalistą, przeciw robotnikowi. Obecnie neoliberalne reformy usunęły związkową przeciwwagę wobec kapitału. Pojawił się prekariat. Mimo wzrostu produktywności pracy, udział płac w PKB spada. Od lat górne 10% w Europie Zachodniej przejmuje 37% całego dochodu narodowego, w Chinach 41%, w USA i Kanadzie 47%, w Indiach i Brazylii ponad 55% na Bliskim Wschodzie i RPA aż 61%. Tzw. „klasa ludowa”, czyli dolne 20% społeczeństwa musi się zadowolić w Europie Zachodniej 20%, w USA 17%, na Bliskim Wschodzie mniej niż 10%. Co ważniejsze, do dolnych 50% pracujących trafiło przeciętnie tylko 12% całego wzrostu dochodów (World Inequality Report 2018). Zadania na tym polu są oczywiste: odbudowa układów zbiorowych, nawet współzarządzanie firmą, skracanie czasu pracy, zakończenie dumpingu socjalnego między krajami. Lewica nie powinna się godzić na ochłapy dochodu podstawowego. Praca człowieka stanowi podstawę biospołecznej egzystencji. W perspektywie długookresowej tylko praca uzbrojona w technikę oraz siły i dary natury są czynnikami produkcji w gospodarce (J. Robinson).

Pieniądz i kredyt

Kapitalizm to też system pieniężny, to według J. Schumpetera „gospodarka produkcji monetarnej”. Jej zadaniem jest kreacja pieniądza kredytowego, finanse ściśle splatają się z masową produkcją i konsumpcją, także państwa. Stąd dwie względnie autonomiczne części tej gospodarki: część monetarna i materialna, które są wzajemnie powiązane. „Innowacja technologiczna może być dynamiczna jedynie wtedy, gdy zostanie podjęte ryzyko finansowania jej przez bliżej nieokreślony czas. To właśnie ta ryzykowna perspektywa czasowa, bazująca na założeniu, że długi zostaną spłacone, obdarza kapitalizm dynamizmem i kruchością, łączącymi się z nim nierozerwalnie.” (G. Inham) W tym miejscu pojawia się najsłabsze ogniwo systemu: kreowanie dodatkowego popytu, sekurytyzacja, „gra na zwyżkę”, śrubowanie cen akcji na giełdzie (boom giełdowy). Rosną najpierw rozmiary kapitału pożyczkowego, później – trudności ze spłatą zobowiązań, czyli odsetek od zaciągniętych pożyczek. Pojawia się kolejny kryzys. Wyjście z kryzysu wymaga zmiany sposobu regulacji i nowych pól akumulacji kapitału. Państwo jest zawsze częścią rozwiązania jak podczas globalnego kryzysu 2007/8.

W kapitalizmie zawsze chodzi o „płynność” tzn. stopniowe przekształcanie wszelkich aktywów w pieniądz, następnie z powrotem w aktywa itd. A aktywami finansowymi są wszystkie materialne środki i zasoby produkcyjne – włącznie z samym przedsiębiorstwem. Co gorsza, nawet zdrowie, wykształcenie, zasoby naturalne, choć wszystkie one mają inną naturę. Dlatego potrzymanie życia społeczeństwa, nie może się wiązać z formami reprodukcji kapitału. I dlatego konieczna jest korekta obecnego systemu: likwidacja rajów podatkowych, regulacja sektora bankowego, ograniczenia lewarowania inwestycji w papiery wartościowe, powrót do rozdziału bankowości inwestycyjnej i komercyjnej, powierzenie ratingu instytucjom publicznym, i przede wszystkim podniesienie podatku od dochodów rentierskich i podatku korporacyjnego– to konieczne korekty obecnego systemu.

Pułapka Meadowsa

Wzrost gospodarczy, na który skazany jest kapitalizm prowadzi do coraz większej presji na środowisko. Wzrost podaży żywności dzięki agrotechnice i maszynizacji pracy rolnika, spadek śmiertelności niemowląt w następstwie postępów medycyny – wszystko to sprawiło, że liczba ludzi na Ziemi skokowo powiększyła się, i osiągnęła po prawie 200 latach obecny poziom. Jednak wzrastająca co kilkanaście lat o miliard populacja ludzka znalazła się w nowej pułapce. Od nazwiska współautora raportu z roku 1972, który zwrócił uwagę opinii publicznej na środowiskowe limity wzrostu, można ją nazwać pułapką Meadowsa. Gargantuiczna gospodarka odciska swój ślad na wszystkich składnikach biosfery – atmosferze, hydrosferze i biosferze, redukuje też bioróżnorodność. Słowem, nową barierą stała się pojemność ekosystemu, zachowanie jego równowagi. Żyjemy zatem nie w antropocenie, tylko w kapitałocenie. Dlatego to kapitalizm jest problemem globalnym numer 1. Co ważne, wyjście z pułapki Meadowsa wymaga współdziałania wszystkich społeczeństw dla określenia brzegowych warunków wykorzystywania darów przyrody. Państwo i planowanie, wyrzucone na śmietnik historii przez neoliberałów, Konfederatów, technoproroków z Doliny Krzemowej – wraca kuchennymi drzwiami. Na nowo muszą być określone m.in. warunki pracy (czas, płaca), i przede wszystkim warunki korzystania z węglowodorów, minerałów, wody. Człowiek nie uczynił sobie Ziemi poddanej. Uzależnił się tylko w inny sposób od przyrody – jej klimatu, zasobów ziemi ornej i surowców, lasów wilgotnych, rezerw słodkiej wody. Wciąż jest jej dzieckiem. Zemsta natury przybiera postać chorób cywilizacyjnych, niedożywienia i biedy w krajach III Świata, zaburzeń klimatycznych, pustynnienia, wzrostu cen energii…i pandemii jak obecna COVID-19. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Stopniowemu demontażowi mechanizmów rynkowego społeczeństwa sprzyja kryzys planetarny. Mogą mu towarzyszyć wojny klimatyczne, żywnościowe, surowcowe. Sprawiedliwe podatki, likwidacja rajów podatkowych, recykling metali, przedłużenie żywotności produktów, strategia de-wzrostu to cios w samo serce kapitalizmu jaki znamy. Zamiast tego demokratycznie uzgadnianie rodzaju i wolumenu dóbr, troska o dostępność pracy nie tylko dla konstruktorów, programistów i konserwatorów robotów. Dlatego lewica musi wykorzystywać tanią ekologicznie energię intelektualną, by odczarować realny kapitalizm w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Wiele trzeba programowego i organizacyjnego wysiłku, by ciałem stały się słowa „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Milczenie owiec

Jak kapitalizm zamyka usta polskim naukowcom

Powołanie uniwersytetu Collegium Intermarium przez organizację Ordo Iuris odbywa się bez większych protestów polskiego środowiska akademickiego i przy wsparciu Ministerstwa. Z czego wynika brak postaw obywatelskich we współczesnej akademii i jaką rolę odgrywa w tym procesie współczesny kapitalizm?

Niemożliwe staje się rzeczywistością

Jak twierdzi w swoim wykładzie Odpowiedzialność i studia Max Horkheimer, ludzie wykształceni – w tym naukowcy – nigdy nie byli bardziej odporni od ludzi niewykształconych na totalitarne i populistyczne szaleństwa. Wiele niemieckich i włoskich uniwersytetów nie zajęło jednoznacznego stanowiska wobec faszyzmu, nie mówiąc o współpracy naukowców z partią – wielu jej członków posiadało przecież tytuły akademickie. Milczały również polskie uniwersytety od lat 20. XX wieku, kiedy pod wpływem narodowej ideologii endecji stawały się miejscem rozwoju antysemityzmu i gett ławkowych. W polskim uniwersytecie swoje mowy wygłosili Joseph Goebbels i Hans Frank, a przemoc wobec polskich Żydów – pomimo sporadycznych protestów – odbywała się przy aktywnym wsparciu utytułowanych polskich pracowników uczelni, jak i wybitnych studentów. Niektórzy z opresorów, o czym przypomina amerykański historyk John Connelly w książce Captive University zrobili po wojnie świetlane kariery akademickie. 

Osiąganie sukcesów kosztem grup dyskryminowanych nie było chyba bardziej widoczne w Polsce niż w roku 1968. Antysemicki pogrom państwowy zorganizowany w marcu przez Moczara i Gomułkę pozwolił wielu na zajęcie uniwersyteckich miejsc opuszczonych przez polskich Żydów. Jak zauważa Izabela Wagner w niedawno wydanej biografii Zygmunta Baumana, „dla tych, którzy pozostali, wyjazdy pomarcowe były wielką szansą na przyśpieszenie czy w ogóle na rozwój kariery, a w środowisku akademickim ten mechanizm był bardzo widoczny. Dla niektórych niemożliwe stało się rzeczywistością” (s. 600). 

Oportunizm i karierowiczostwo stały się w wielu miejscach polskiej akademii normą po 89. roku, a zwłaszcza w XXI wieku. Za sprawą nowego zarządzania publicznego mającego stanowić remedium na brak merytokracji i odtrutkę na uczelniany feudalizm, naukowcy mają konkurować o zasoby finansowe z grantów czy punkty z publikacji. Efekt jest jednak odwrotny od zamierzonego: nierówności pomiędzy garstką beneficjentów, a resztą marzącą o sukcesie powiększają się. Nic dziwnego: jak pokazują przykłady uniwersytetów anglosaskich kapitalizm umacnia władzę dysponentów pożądanych zasobów i lojalność prekariatu, który o te zasoby konkuruje. Kto nie ma środków lub nie chce brać udziału w grze, ten staje się zbytecznym chwastem: usuwa się go w celu stworzenia doskonałego ogrodu, w którym nie ma miejsca na zaangażowanie w służbę demokracji.

Funkcjonariusze akademiccy

Pomijając konserwatywny populizm Collegium Intermarium (walka z komunistyczną cenzurą, wyzwolenie zakneblowanych piewców wartości katolickich i obrońców życia), głównym celem nowej instytucji ma być wyścig o jak najlepsze miejsce w światowych rankingach uczelnianych (zob. Otwieramy uczelnię). Ten ostatni element świetnie wpisuje się w konsumencką zachciankę dążenia do międzynarodowej doskonałości. W ślad za proponowanymi w XXI wieku reformami (od ministry Kudryckiej aż po ministra Gowina), polski uniwersytet ma stać się przecież istotnym punktem węzłowym globalnego kapitalizmu – naukowcy mają brać udział w światowym wyścigu o przedsiębiorczość, innowacyjność i doskonałość, słowem: walczyć o swoją konkurencyjną pozycję na międzynarodowym rynku szkolnictwa wyższego. Zapraszanie ludzi biznesu do uniwersytetów, osłabianie uczelnianej kolegialności czy wzmacnianie wykluczającego współzawodnictwa to niektóre z symptomów tego procesu. Co więcej, w uczelni doskonałej ewentualna reakcja na ideologiczne, ale opłacalne przedsięwzięcia, może utrudnić realizację kariery. 

Dlatego, jak zauważył Bill Readings w swojej znanej książce „Uniwersytet w ruinie”, uniwersytet podążający ścieżką doskonałości to wieża z kości słoniowej ukierunkowana na zaspokajanie swoich interesów, a nie na służenie społeczeństwu. Naukowcy, którzy muszą wciąż od nowa dowodzić swojej użyteczności, konkurować i nieustannie potwierdzać swoją wartość w rankingach czy ocenach okresowych stają się niezdolni do angażowania się w służbę demokracji. Jak wyjaśnia Horkheimer, ‘anonimowy aparat społeczny nie potrzebuje myślącego człowieka, lecz funkcjonariusza’, którego interesuje kariera, a nie angażowanie się w opór przeciwko populistycznym tendencjom. Funkcjonariusz głosi wzniosłe hasła o służeniu innym przez edukację i badania, ale de facto ma nadzieję, że inicjatywę za działanie na rzecz dobra wspólnego przejmą inni: dzięki temu wygra z nimi rywalizację o kolejne publikacje, granty czy posady. 

Funkcjonariusze akademiccy ujawnili się między innymi w czasach nagonki na wspomnianego Zygmunta Baumana. Jak pamiętamy, ataki organizowały Obóz Radykalno-Narodowy i Młodzież Wszechpolska, identyfikujące się z antysemityzmem endecji, która aranżowała wspomniane wcześniej getta ławkowe w uniwersytetach. W ślad za agresją poszły decyzje ze strony kilku polskich uniwersytetów o nieprzyznaniu Baumanowi doktoratu honoris causa – główną rolę decydentów, jak zauważa Wagner, odegrali ponownie ci, których kariery akademickie przyspieszyły dzięki wydarzeniom marcowym. Zakochany w swojej ojczyźnie i najbardziej znany na świecie polski humanista po raz kolejny stał się ofiarą nie tylko narodowej zaściankowości, ale i akademickiej doskonałości.

Ciągłe dążenie do doskonałości

Uniwersytet, nie tylko ten w Polsce, pełen jest takich funkcjonariuszy: ‘pochłoniętych majsterkowaniem chłopców, którzy uważają się za dorosłych’, jakby powiedział Horkheimer. Gorzej, że niskie poczucie wartości wynikające z konieczności potwierdzania swoich osiągnięć (niezależnie czy są to osiągnięcia w nauce, czy folwarczne walki o władzę na uczelni – zazwyczaj występują one razem) niektórzy leczą zachowaniami opresyjnymi wobec słabszych (zob. Akademia Przemocy). Oprawcy gwarantujący dążenie do doskonałości zwalniani są jednak z moralnej odpowiedzialności za swoje nieetyczne czyny: trudno się uczelni pozbyć kogoś, kto zapewnia jej napływ finansowego kapitału. Konkurencja na uczelni doskonałości jest o wiele ważniejsza niż moralna przyzwoitość. 

W konsekwencji mało kogo interesuje otwarty sprzeciw wobec ministra wspierającego strefy wolne od LGBT, popierającego odbieranie podstawowych praw kobietom, wprowadzającego religijne upolitycznienie programów kształcenia w szkołach czy przeciwko otwarciu nacjonalistycznej szkoły wyższej. Ministerstwo dobrze wie co robi przekształcając polskie środowisko akademickie w grupę wyizolowanych, konkurujących ze sobą o niewielkie zasoby i łatwo kontrolowalnych karierowiczów. Dostarcza w ten sposób alibi dla braku zaangażowania w obronę wolności obywatelskich, uspokajając sumienia obietnicą kariery – szczególnie tych, którzy podążają lojalnie za dysponentami środków.

Polska akademia nie jest jednak odosobniona w swojej roli przechodnia wobec działań zagrażających demokracji – usypiający moralność kapitalizm to atrakcyjny kochanek nie tylko dla polskiego katolickiego nacjonalizmu, ale i szwedzkiej społecznej demokracji czy brytyjskiego konserwatywnego liberalizmu. Plany faszyzującej partii Szwedzkich Demokratów (nazwa prawidłowa) dotyczące ograniczenia finansowania gender studies również nie spotykają się z większym oporem w Szwecji, nie mówiąc o grupowych zwolnieniach krytycznych badaczy zarządzania w brytyjskim Uniwersytecie w Leicester. Ten ostatni przykład polscy naukowcy szczególnie powinni wziąć sobie do serca: w ramach uniwersyteckiego programu cięć kadrowych „Shaping for Excellence” (sic!) zwolnienia mają objąć top of the top światowej nauki (np. Gibsona Burrella, jednego z najczęściej cytowanych na świecie profesorów teorii organizacji), z ogromną liczbą cytowań, publikacji w najlepszych pismach czy grantów (zob. What is going on at the University of Leicester). Nawet najbardziej doskonali badacze przestają być w końcu użyteczni, gdy zagrażają korporacyjnym interesom uczelnianych menedżerów.  

Zmiana przychodzi od nas

Uniwersytet nie jest jednak bezsilny, wręcz przeciwnie: jest jedną z nielicznych instytucji, która nadal może spełniać misję demokratyzacji życia społecznego. Istnieje wiele przestrzeni mikro-oporu na polskich uczelniach, jak i pracuje tam wielu naukowców oraz studentów kochających naukę, a nie rywalizację czy populistyczne demagogie. Największy po 1989 roku protest studentów przeciwko utracie wolności akademickiej planowanej w tzw. Konstytucji dla Nauki w 2018 roku, choć nie spotkał się z masowym poparciem polskich naukowców ani władz uczelni, dał nadzieję na odzyskanie uniwersytetu. Dlatego trudno nie zgodzić się z Readingsem, że ani zewnętrzne decyzje reform, ani organizacje działające poza uniwersytetem, ani decyzje wewnątrz-instytucjonalne same nie spowodują realnych i długotrwałych zmian w uczelniach. Prawdziwa zmiana przychodzi z trudnego miejsca – tego, w którym właśnie jesteśmy. 

Autor jest filozofem, socjologiem, doktorem nauk o zarządzaniu, wykładowcą Jönköping International Business School. Bada organizacyjne uwarunkowania kapitalizmu w szkolnictwie wyższym.

Socjalizm, nie protezy kapitalizmu

Znaczna część lewicy nie rozumie, że zwyczajnie nie jest wiarygodna da mas pracujących, kiedy obiecuje naprawę i robienie protez kapitalizmowi. Nie rozumie, że w oczach większości nie jest odpowiednia do zarządzania systemem kapitalistycznym…

Po prostu większość wychowana do myślenia kapitalistycznego woli kapitalizm bez megawysokich podatków i zabijania rynku, i jakichś socjalnych protez. Oni chcą zaszaleć na giełdzie szans i mieć możliwość, choćby 1 na miliard, że będą Muskiem albo Bezosem. Dlatego wybierają kapitalizm. Dlatego nie chcą lewicowych korekt. Nie wierzą też w lewicowe recepty, bo kapitalizm to coś innego.

Lewica, która przychodzi i mówi, że zrobi też kapitalizm ale uczyni go znośnym trafią kulą w płot. Ludzie chcą kapitalizmu żeby nie był znośny dla wszystkich, ale za to żeby dla wybrańców był zajebisty. Ta wielka ułomność, niezdolność lewicy do wygrania w walce na projekty kapitalizmu, sprawia, że w taki sposób nigdy nie przejmie ona realnej władzy. Bo nawet, jak jakimś cudem przejmie władzę nad jakimś jednym krajem, to jej upór żeby naprawiać kapitalizm skończy się wywieszeniem białej flagi i katastrofą, jak np. w Grecji. To wszystko bierze się oczywiście wprost z rezygnacji walki o socjalizm i prób bycia fajniejszym kapitalizmem.

Pobudka: lewicowy kapitalizm nie wygra i nie ma żadnych szans, wyborcy nie wierzą też (słusznie) w robiące dobre kapitalizmy lewicę. Wolą prawdziwych ekspertów z tej działki. A lewica stanie się dla nich znacznie bardziej wiarygodna jak zacznie mówić, że chce zerwania z kapitałem i ma jakiś własny projekt niż, jak mówi, że wierzy iż wystarczy uczynić kapitalizm zielonym, tęczowym, mniej drapieżnym, czy ciut mniej mordującym biednych…

Rafał Woś i zwyczajny faszyzm

Jest to zawsze skrajnie niepokojące, kiedy walka o wyższe płace zamienia się w walkę z innymi pracownikami. Tą drogą idzie – już od dawna prawicujący – Rafał Woś, którego wizja poprawy bytu polskich pracowników każe walczyć mu z migracją zarobkową, jako podstawowym czynnikiem stojącym za niskimi płacami w polskiej gospodarce.

Polityce tej przyklasnęli już działacze Konfederacji i wszyscy, którzy za brakiem internacjonalizmu skrywają nacjonalizm, lub po prostu rasizm oraz poglądy faszystowskie. Tylko od nas zależy to, czy tego rodzaju polityka pójdzie w świat, czy też zostanie odpowiednio szybko powstrzymana.

Zacznijmy od tego, co najważniejsze: prawo do migracji zarobkowej jest prawem pracownika.

I jego obrona jest też elementarną częścią międzynarodowej solidarności ludzi pracy. Dlaczego??? Dlatego, że globalny kapitalizm żeruje na taniej pracy, a także na świadomie generowanych przez siebie nierównościach, na wojnach i katastrofach. Działa też i przenosi się zawsze tam, gdzie może wyzyskać jak najwięcej i jak najszybciej. Jedną z nielicznych form obrony dla osób pracujących jest możliwość ucieczki poza swoje najbliższe otoczenie i emigracja zarobkowa. To często jedyna możliwość, aby walczyć o poprawę swojej sytuacji. W przypadku imperialistycznych wojen i konfliktów, które niszczą całe regiony, emigracja (uchodźstwo) jest też dla wielu jedyną szansą na biologiczne przetrwanie.

Dochodzimy tu do pierwszej fundamentalnej kwestii – solidarna obrona swobody przepływu pracowników jest często jedyną dostępną formą zadośćuczynienia za podejmowane przez Zachód praktyki kolonialne i imperialistyczne. Takie praktyki oczywiście nie istnieją ani dla Rafała Wosia, ani tym bardziej dla wspierających go skrajnych prawicowców i nacjonalistów. W ich infantylnej, faszyzującej wizji świata bogactwo Zachodu i Europy pochodzą wyłącznie z ciężkiej i uczciwej pracy mieszkańców Zachodu i Europejczyków. To wizja Zachodu żyjącego w próżni i zachodniej gospodarki istniejącej bez związku z tanimi surowcami z importu, bez związku z niewolniczą pracą gdzieś w Afryce, a już na pewno bez związku z tym, że na świecie z biedy i głodu umierają miliony ludzi. Tuż za granicą czekają nie poszkodowani i pokrzywdzeni, lecz niszczycielscy roszczeniowcy, którzy podróżują dla rozrywki. Głównym celem uczynili zaś sobie zabawę w psucie poziomu życia europejskiego proletariusza. Jeszcze jeden kroczek i mamy podludzi…

Dla faszyzmu taka jest rzeczywistość. Zamknięcie granic, aby lokalni (nasi) pracownicy mieli nieco wyższe płace, jest więc całkowicie akceptowalne, bo przecież tamci są złodziejami i burzycielami porządku społecznego, wielkiej kapitalistycznej harmonii naszej planety! W tej estetyce Rafał Woś szydzi z „ukraińskiej sprzątaczki i bengalskiego kuriera” i „altruistycznego pomagania biednym ludziom”. Zamiast tej „hipokryzji” radzi on nam postępowe przejście ku nowemu systemowi murów i grodzeń!

Ignoruje przy tym kompletnie wszystkie niewygodne fakty. Obywatelki i obywatele Ukrainy są masowo obecni w Polsce dlatego, że to m.in. Polska zaangażowała się w międzynarodową walkę polityczną i skutecznie doprowadziła do dewastacji gospodarczej ich kraju. Polska jest wprost odpowiedzialna za to, że kraj ten trafił pod prywatyzacyjny młotek. Eksportowaliśmy tam nawet Leszka Balcerowicza. I działo się to za zgodą praktycznie całych politycznych elit naszego narodu. W podobny sposób Polska wspierała też destabilizowanie Bliskiego Wschodu i jest też pośrednim beneficjentem szerokich praktyk imperialistycznych i kolonialnych, które bynajmniej nie przeszły wcale do historii. W alternatywnej, faszystowskiej rzeczywistości, to wszystko nie ma oczywiście miejsca. „Kolorowi” żyją tam po to, aby dręczyć cywilizowanych, okradać ich z ich pracy oraz pasożytować na cudzych zdobyczach technologicznych, czy też kraść np. prawa patentowe. Pogarda i znieczulica na los innych to elementarz każdego faszystowskiego słownika.

Ci, których pracę w Polsce Rafał Woś przedstawia w charakterze źródła zła u siebie mieli po prostu gorzej. I w głównej mierze jest to pokłosiem działalności zachodniego kapitału. Dlatego też ludzie ci podróżują i szukają dla siebie lepszych (jakichkolwiek) szans… To wielkie odkrycie – że są ludzie pracy, którzy mają gorzej od mieszkańców Polski – kompletnie wymyka się wszelkim nacjonalistom. I to od zawsze. Nie mają więc oni najmniejszego problemu z tym, aby przedstawiać uchodźców w charakterze szarańczy, roznosicieli chorób i pasożytów (jak uczynił to Jarosław Kaczyński), czy wrogów „patriotycznej” klasy pracującej nasłanych przez „światowy spisek”. Ten ostatni może (w stylu Wosia) być spiskiem rodzimej „klasy średniej”, która żeruje na „klasie pracującej”. Albo też może być spiskiem obcej (w innym wariancie – żydowskiej) burżuazji, która (oczywiście w odróżnieniu do rodzimej) świadomie pastwi się właśnie np. nad Polkami i Polakami.

Taka nacjonalistyczna, spiskowa teoria dziejów jest wyjątkowo groźna. Po pierwsze – jest w stanie usprawiedliwić praktycznie każdą, nawet najbardziej obrzydliwą zbrodnię popełnianą gdzieś na zewnątrz… Jeśli tylko przynosi to korzyści naszej klasie pracującej. Po drugie – jest kompletnie ślepa na problemy tych, którzy nie załapali się do krajów uprzywilejowanego, centralnego kapitalizmu. To prosta droga do zgody na stawianie murów, popieranie zatapiania statków z uchodźcami, budowanie nieludzkich obozów, czy strzelanie do uchodźców klimatycznych. W skrócie: wygodna przepustka do zgody na ludobójstwo. Wszystko to stanie się przecież w imię „dobra naszej klasy pracującej”. Internacjonalizm, perspektywa ludzkości, lewicowa etyka i moralność… Automatycznie idą do kosza, a zamiast nich pojawia się interes „naszego robotnika” przeciw wszystkim Innym.

Oczywiście, że na krótką metę można w ten sposób (eliminując zagraniczne szeregi armii pracy) polepszyć sytuację przetargową polskiego pracownika. Tak samo można też było zabić miliony Żydów i kraść ich majątki, a nawet guziki na użytek III Rzeszy i „naszych” (czyt. III Rzeszy) robotników. Ktoś wcześniej wpadł już na te genialny pomysły! Obiektywnie mogą one oczywiście polepszy

sytuację własnościową i położenie przetargowe pracownika na rynku pracy… Problem w tym, że i jedno, i drugie jest zwyczajną zbrodnią.

A przecież jeśli Rafał Woś i jego zwolennicy chcą walczyć o „moratorium migracyjne”, to mogą to robić bez jednoczesnej walki o budowanie murów i bez skazywania na skrajny wyzysk i śmierć. Zamiast walczyć o zamykanie granic i o ograniczenie przepływu pracowników do europejskiej ziemi obiecanej – wystarczy walczyć o światowy pokój i o podnoszenie poziomu życia i wysokości płac w naszym otoczeniu. Wystarczy walczyć o międzynarodowy socjalizm. Wystarczy walczyć o niekolonialną politykę zagraniczną Polski. Wystarczy walczyć o poprawę sytuacji gospodarczej na Ukrainie… Jeśli Syria, Libia, Ukraina, Białoruś itd. będą miały stabilną sytuację polityczną i będą oferowały godne warunki zatrudnienia, to masowa emigracja zarobkowa ustanie. Nie będzie też miała tak wielkiego gospodarczego znaczenia, bo poziom życia i szans w różnych państwach będzie podobny. I dlatego socjaliści walczą w imieniu międzynarodowego ruchu robotniczego i o międzynarodową solidarność ludzi pracy.

W kontrze do tego znajduje się stanowisko nacjonalistów i faszystów. Ich pragnienie można opisać prosto: zamknijmy granice, korzystajmy z przywilejów płynących z działalności globalnego kapitału i nie ponośmy konsekwencji związanych z jego destrukcyjnymi właściwościami. To swoista ewolucja „nacjonalizmu gospodarczego”, przed którym przestrzegał już Oskar Lange. Chodzi tu o system, który jest zdegenerowaną formą kapitalizmu – do władzy dochodzi w nim nacjonalistyczna część burżuazji i zmierza ona do odcięcia państwa od wpływów kapitału globalnego. Obecnie to coś jeszcze innego: to nacjonalizm gospodarczy, który pragnie pozostawać w orbicie korzyści płynących zarówno z kapitału lokalnego, jak i globalnego, lecz z radykalnym usunięciem uczestnictwa wszystkich nierodzimych członków klasy pracującej. To czysty internacjonalizm kapitałów i brutalny nacjonalizm pracowników.

I tu – na wielkie szczęście – działają siły kapitalistyczne, które uniemożliwiają realizację tego typu polityki. Taka kapitalistyczna autarkia nie jest możliwa, bo nie opłaca się światowemu kapitałowi. Ten i tak ucieknie tam, gdzie będzie taniej. I zrobi to nawet jeśli granice dla siły roboczej zostaną zamknięte. Wtedy zrobi to szczególnie szybciej, ponieważ w skostniałym kraju drogiej siły roboczej jego zyski spadną. Gdyby doszło do takiej sytuacji, to jedynym wyjściem dla gospodarczych nacjonalistów pokroju Wosia byłoby albo ponowne otworzenie granic (aby cena siły roboczej spadła i by kapitał powrócił), albo osunięcie się w totalny faszyzm i budowa znacjonalizowanego, odciętego kraju narodowego socjalizmu.

Oczywiście w prawdziwym świecie znajdujemy się gdzieś pomiędzy. Kraje Zachodu już teraz limitują i skrajnie wręcz ograniczają napływ imigrantów. Robią to wyjątkowo chętnie. Jednocześnie niespecjalnie przejmują się sposobami działań swych rodzimych kapitalistów i nie mają zamiaru ograniczać wyzysku, który pozostaje dziełem zachodniego kapitału. Niskie płace w placówkach zachodnich korporacji np. w Bangladeszu, czy w Indiach w ogóle nie są przedmiotem jakiejkolwiek dyskusji, chociaż to one właśnie powodują, że kapitałowi wciąż opłaca się krąży

po świecie, a ludzie, którzy nie chcą przymierać głodem przez imperialistyczne stawki są zmuszeni do szukania sobie lepszego miejsca i do emigracji. Dla faszystów losy pracowników spoza własnego kraju są całkowicie obojętne…

Tymczasem bez rozwiązania tego rodzaju sprzeczności i bez rozwiązania kapitalistycznych źródeł globalnych nierówności nie da się walczyć o sprawiedliwe płace. Ucieczka w wąskie ramy państwa narodowego zawsze skończy się fatalnie. A w najlepszym scenariuszu będzie po prostu wycinkową, zbrodniczą walką o dobrobyt nielicznych przeciwko sprawiedliwości dla ogółu. Lewicowość na pewno nie polega natomiast na marzeniu o byciu kolejną Szwajcarią. Na byciu enklawą kapitalistycznego dobrobytu, wyspą arystokratów pośród morza biedoty i trupów. Na tym – i to dokładnie – polega kapitalistyczny imperializm, który my w Polsce poznaliśmy zresztą wyjątkowo dobrze, gdyż przeszliśmy dokładnie te same fazy kolonialnej dewastacji, masowych prywatyzacji i przymusowych, wielomilionowych emigracji za chlebem. Ignorowanie tych doświadczeń i zastępowanie ich obrzydliwym egoizmem przeciwko Innym jest ignorowaniem dekad historii i walk polskiej klasy pracującej.

Obecna polityka Rafała Wosia to rezultat i jednocześnie najlepszy przykład tego, jak kończy się polityka skoncentrowana wyłącznie na losie wybiórczo i narodowo traktowanej klasy pracującej. „Socjalizm” (czy raczej polityka prosocjalna) uprawiana z myślą o tylko jednym państwie zawsze i w sposób nieuchronny osuwa się w socjalizm narodowy. Lewica walczy zaś o zdatną do życia Ziemię i o godną pracę dla wszystkich. Nie o przywileje kilkuprocentowej arystokracji pracy w kontrze do losów wszystkich innych, których faszyści przedstawiają w roli kradnących pracę zombie niegodnych współczucia. Budowanie murów i zasieków, przy akceptacji tego, co robi i jak funkcjonuje zachodni kapitał poza granicami uprzywilejowanych przystani, to zbrodnia na globalnej klasie pracującej. I dodajmy jeszcze – na globalnej większości pracowników.

Prawdziwym wyzwaniem dla obecnej lewicy jest natomiast walka o stabilizację sytuacji politycznej i gospodarczej, poczynając od naszego bezpośredniego sąsiedztwa. Jeśli walki o „wolność” kończą się w momencie, kiedy na miejscu pojawia się prozachodni rząd i kompletnie omijają kwestie gospodarcze, to nic dziwnego, że „wolność” szybko przemienia się w prywatyzację, oligarchizację i kończy się wielomilionowymi emigracjami za chlebem. Polska musi skończyć z byciem użytecznym idiotą dla elit europejskiego kapitalizmu, które realizując własną politykę zagraniczną napuszczają na siebie kolejne odłamy klasy pracującej. Co dzieje się przy asyście użytecznych rzeczników tej ideologii.

Jeśli słyszymy, że walczą o „wolność”… To pytajmy zawsze o jaką, dla kogo, co będzie z własnością, co stanie się z pracownikami, jaki będzie poziom płac i czy znowu poleci tam Balcerowicz.

Więcej rynku? Jeszcze czego!

Utarło się w Polsce przeświadczenie elit, mediów i całego mainstreamu, że państwo jest miejscem komfortu dla najbogatszych i elit, a zdecydowana większość ma się męczyć w wyścigu szczurów i nie oczekiwać gwarancji nawet jakichkolwiek podstawowych dóbr.

Nie mamy prawa oczekiwać, że państwo potraktuje poważnie naszą potrzebę posiadania mieszkania, pożywienia, czy czystego powietrza (UWAGA: STRASZNY KOMUNIS). Przez dekady maksymalnej, neoliberalnej propagandy weszło to ludziom tak do krwi, że często nawet biedni oburzają się na to, że ktoś proponuje by mieszkanie miał każdy, a praca była krótsza i po prostu znośna.

To jest największa potworność, bo systemowo usprawiedliwione jest zaszczuwanie ludzi pracy brakiem elementarnego bezpieczeństwa. A potem te same elity, które są wściekłe, że posiadanie dziecka uprawnia do jakiegokolwiek wsparcia od państwa, dumają nad rosnącymi wskaźnikami chorób psychicznych, czy niską jakością polskiej demokracji i słabym poziomem czytelnictwa.

Bo płaca poniżej minimalnej i groszowa renta, czy emerytura to żadna przemoc – to zachęta!!!

No to teraz kilka słów prawdy. Gospodarka nie jest od zaszczuwania. System nie ma działać na zasadzie bata i grozić śmiercią na mrozie bez dachu nad głową. Pieniądz jest tam, gdzie go umieścimy i gdzie dokonamy redystrybucji. Ludzkość potrafi też pracować bez groźby deklasacji i upadku na samo dno. Istnienie szajki miliarderów obok umierających z głodu jest barbarzyńskim zwyrodnieniem takim samym, jak eugenika, wojna i faszyzm. Ludzkość stać na komfort, zasługuje na komfort. A proludzki system społeczny i gospodarczy nie jest od wrzucania nędzy, bezdomności i śmierci, jako rynkowych opcji do stymulowania zysku najbogatszych.

I o to walczymy w socjalizmie. Odrynkowienie podstawowych dóbr! Teraz!
Kapitalizm nie widzi problemu.

Jesteś biedny? To nie jesz… I nigdy nie pytaj o milionerów, czy też o „klasę średnią” z pięciocyfrowymi zarobkami… Twoje cierpienie jest im potrzebne. Tak samo upodlenie.

Krajobraz po burzy

Burza polityczna wreszcie rozlała się poza szklankę i zajęła – no, chyba niemal wannę, a przynajmniej wiadro. O co cały ten rwetes? O pryncypia, czyli oczywiście o pieniądze.

Zanim jednak przejdę do pryncypiów, kilka słów wstępu. Polityczne autodefinicje od dawna nie niosą żadnych informacji i tak naprawdę mają zacierać realne różnice. Co powiedzą przyjeżdżającemu z zagranicy studentowi nauk politycznych nazwy polskich partii? Co z nich wywnioskuje? Tyle tylko, że Lewica jest na lewo od Zjednoczonej Prawicy, będącej od niej na prawo. Platforma Obywatelska – czy to forum NGO-sów? Polska 2050 – stowarzyszenie futurystów? Koalicja Polska – ugrupowanie mniejszości / większości narodowej? Prawo i Sprawiedliwość – ruch promujący przestrzeganie konstytucji? Solidarna Polska – socjaliści czy chadeccy solidaryści społeczni? Konfederacja – ruch samorządów popierających decentralizację? Wiem, że nic nie wiem, ale przecież nie każdy Polak musi być filozofem.

Efektem pośrednim (trudno powiedzieć, czy akurat zamierzonym, choć niewykluczone, że jedynym) ogłoszenia Polskiego Ładu wydaje się polityzacja debaty publicznej, a przynajmniej aktualnej jej namiastki.

Czytając publicystykę „Krytyki Politycznej”, „Przeglądu” lub Klubu Jagiellońskiego czy nawet portali ekonomicznych, można – często po raz pierwszy od wielu lat – dostrzec próby racjonalnej argumentacji opartej na rzeczywistych danych ekonomicznym i podatkowych. Co prawda, traktowanie Polskiego Ładu całkiem na poważnie, jako realnych propozycji zmian, to zdecydowana przesada, ale w dyskusjach pojawiają się już ukształtowane postawy, lęki, aspiracje, rozczarowania, a czasem nawet argumenty.

Zaczynamy więc znowu mówić o tym, ile kto zarabia, kto powinien płacić podatki i jakie, no i czy w ogóle należy je płacić. Niestety, jednym z nieszczęść, jakie dotknęły Polskę, było wyodrębnienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Teraz każdy widzi, ile wydaje miesięcznie na zdrowie (niekoniecznie własne), a prawie nikt nie chce zobaczyć, jak finansuje się opiekę zdrowotną. Samotna matka, pracownik naukowy, napisała na Facebooku, że ewentualna zmiana sposobu odliczania składki zdrowotnej pozbawi ją środków na wizytę u kardiologa – oczywiście, wizytę płatną. Nie dostrzega, że przez niesprawiedliwy system finansowania opieki zdrowotnej oraz ewidentne błędy w zarządzaniu, będące również skutkiem szukania pseudooszczędności, regularne wizyty u kardiologów i w ogóle lekarzy specjalistów są poza zasięgiem tysięcy ludzi regularnie opłacających składki – ludzi, których albo nie stać na prywatną wizytę u specjalisty, albo do takiego specjalisty nie mają dostępu. W rankingu miejsc najlepszych do życia w Polsce od dawna dominują Kraków i Warszawa, także dlatego, że jednym z kryteriów oceny jest dostępność usług medycznych, zarówno tych gwarantowanych przez NFZ, jak i tych pełnopłatnych. W Krakowie, Warszawie i jeszcze paru polskich miastach można bezpłatnie skorzystać z usług, które gdzie indziej w Polsce nie są dostępne nawet za pieniądze.

Dyskusje o klasie średniej i jej braku oraz o samej potrzebie jej istnienia okazały się niezbyt produktywne. Mało kto dostrzega, że klasa średnia (w sensie właścicieli i zarządzających średnimi firmami) ląduje u nas albo w cieniutkiej grupie o najwyższych dochodach, albo w grupie średnio, czyli raczej mało, zarabiających, zwłaszcza jeśli uwzględnić nasze aspiracje. Bo aspiracje mamy duże.

Ważnym elementem debaty stają się właśnie aspiracje. Z dyskusji nad nowym ładem wyziera wypychana skrzętnie ze świadomości prawda, że jesteśmy krajem biednym, w którym żyją ludzie z aspiracjami. Ludzie ci porównują się do mieszkańców krajów znacznie bogatszych, którzy zajmują tam analogiczną pozycję społeczną, i za każdym razem odkrywają, że żyje im się gorzej. Rozumiem, że jest to frustrujące. Frustrujące jest pewnie i to, że wpływu na powstanie tej różnicy niemal nie mieliśmy. Jednak jeszcze bardziej powinno nas frustrować to, że ten nasz minimalny wpływ wykorzystaliśmy jako społeczeństwo tak, by różnica się powiększyła. Oczywiście odpowiedzialność społeczna jest zróżnicowana, zależy od pozycji w społecznej hierarchii władzy i od realnego oddziaływania na decyzje polityczne.

A przecież to dzięki politykom jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Nasz system gospodarczy został tak uformowany, by dostarczać tanią i nieźle wykształconą siłę roboczą zachodnim koncernom w kraju i za granicą. Co prawda, mam wrażenie, że z tym wykształceniem jest sukcesywnie coraz gorzej. Aspiracje mamy dzięki telewizji i internetowi.

Uwierzyliśmy dosyć łatwo i bezrefleksyjnie, że sukcesy zawdzięczamy wyłącznie własnej pracy (choć również rodzinie) i że ich owoce należą się wyłącznie jednostkom, które na osiągnięcia zapracowały. A rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Wszystkie bogate kraje zawdzięczają bogactwo równomiernemu w miarę rozwojowi i w miarę równemu podziałowi korzyści z bogactwa. Wyjątek stanowią postkolonialna Brytania i neokolonialne USA. Polska nie ma kolonii, a jest krajem nierówności. I niestety współczynnik Giniego nie jest dla naszego kraju miarodajny, bo wyznacza się go na podstanie badań ankietowych, a który Polak powie w ankiecie prawdę o swoich dochodach?

Lepiej jednak rozmawiać o konkretach niż o aspiracjach. Rozmowa o podatkach może doprowadzić do rozmowy o wspólnocie, o obowiązkach państwa i obowiązkach wobec państwa, czyli o obowiązkach wobec społeczeństwa, a zatem wobec siebie nawzajem.

Niestety, nie ma prostej recepty. Na pewno nie ma jej w Polskim Ładzie. Po pierwsze, wszystkie procesy naprawcze trwają długo lub bardzo długo. Po drugie, żeby coś naprawić, trzeba znaleźć przyczyny usterki i określić możliwe rozwiązania. Powinna też powstać długoterminowa strategia rozwoju. Poprzedni rządzący nie chcieli się nią zajmować, a obecni, nawet gdyby chcieli, nie potrafią, bo jest to po prostu poza horyzontem ich kompetencji i możliwości. I oni jednak odejdą w końcu na śmietnik historii. Lepiej więc mieć przygotowane recepty na leki i terapie.

A na razie żyjemy z dnia na dzień. Byle do jutra. Do pojutrza. Do najbliższego poniedziałku.

Po za tym uważam, że Konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.

Marks miał rację! I co dalej?

Koszmarne deja vu – z takim uczuciem coraz częściej oddaję do publikacji wiadomości ze świata. Proces 108 działaczy Ludowej Partii Demokratycznej w Turcji przypomina niegdysiejsze zbiorowe procesy socjalistów, a jeszcze wcześniej – bojowników z caratem (i z kapitalizmem równocześnie).

Porównywanie wyzysku w Amazonie do pracy w XIX-wiecznej fabryce narzuca się nie tylko mnie, ale nawet niektórym dziennikarzom dalekim od lewicy. Historia ruchu robotniczego materializuje się także gdzie indziej: siłowe rozpędzanie demonstrantów i strzelanie do nich tak, by zrobić krzywdę, widzieliśmy w ostatnich latach nawet na ulicach „wzorowo demokratycznej” Francji.
Strzela się zresztą już wszędzie: ostatnio w Kolumbii, wcześniej w Chile czy na Bliskim Wschodzie. A gdy demonstranci zostaną rozproszeni, elity rządzą, tak, jak rządziły do tej pory. Znowu deja vu: są ci, którzy mają rządzić, ci, którzy mają wieść wygodne życie i ci, którzy mają na to pracować.
Wypadła parę dni temu rocznica urodzin człowieka, który ten mechanizm opisał. Lewicowcy wszystkich krajów wspominają dziś Karola Marksa, z satysfakcją dodając: miał rację.
Wyłożył, czym jest wartość dodatkowa i wyzysk, otworzył nam oczy na podział klasowy i jego konsekwencje. Wyjaśnił, dlaczego kapitalizm, póki istnieje, będzie przechodził cyklicznie kryzysy, których ciężar rządzący będą za każdym razem spychać na ludzi pracy.
Zasugerował nam – co prawda oględnie – wizję innego społeczeństwa. Zasugerował, nie obiecał: wbrew temu, co implikują mu liberalni krytycy, nie przesądził, że socjalizm powstać musi.
Powinien, jeśli nie chcemy wyniszczyć siebie i planety, ale przecież nikt nam nie zabroni dokonać samozagłady. (Pesymista dodałby: mamy ku temu wręcz inklinacje).
Najwięcej wniosków z Marksa wyciągają dziś jego wrogowie. Rządzący – nie tylko polscy – wyspecjalizowali się wręcz w przekierowywaniu społecznych debat i napięć z dala od kwestii klasowych. Kapitalizm naszych czasów, ten z Amazonem i monopolem Facebooka (o monopolach Marks też pisał!), jak nigdy maskuje swoją obrzydliwą twarz. Woli sprzedawać opowieść o wytrwałości i wczesnym wstawaniu, zamiast, jak 150 lat temu, walić prosto z mostu: życie robotnika jest nic nie warte.
Umie być tęczowy, otwarty, mówić o wolności i wyrażaniu samego siebie, sprzedając przy okazje rozmaite gadżety. Umie transferować najbardziej odrażający wyzysk, najbardziej prymitywną akumulację do krajów trzeciego (czwartego, piątego…) świata, żeby na bogatej Północy zachować przez większość czasu trochę ładniejszą twarz.
Żeby łudzić ludzi: nie jest tak źle, jeśli tylko będę ciężej pracował, może nawet być dobrze. (Oczywiście kiedy zaczyna być źle i ludzie się buntują, ładniejsza twarz znika – znowu patrz Francja i żółte kamizelki).
Pisanie, że Marks miał rację, nic nam nie da. Osiągnięcia socjalne ludzi, którzy jako pierwsze pokolenia inspirowali się jego myślą, właśnie są demontowane. W różnym tempie, ale jednak. Lepiej nie będzie, żaden kryzys nie sprawi, że rządzący przejrzą na oczy i zrewidują działanie systemu.
Ten, który przeżywamy obecnie, też nie: Europejski Fundusz Odbudowy i jego polska wersja są pakietami rozwiązań liberalnych, kapitalistycznych, a nie propozycjami, jak budować lepszy świat dla wszystkich. Poza Europą w czasie kryzysu również wygrywa filozofia: niech biedni zapłacą! (Albo umrą z głodu).
Stawiajmy pytania Marksowi, o Marksa. Jak możemy przemówić antykapitalistycznym językiem do rozproszonych pracowników, którzy od niczego nie są dalsi, niż od świadomości klasowej w dawnym rozumieniu?
Którzy, wyalienowani i wyizolowani, nie mają wręcz obiektywnych warunków, by tę świadomość zdobyć?
Jak pomagać zrozumieć – sobie i innym – gdzie leży najgłębsze źródło nierówności, dyskryminacji, nakręcania nagonek na tle narodowym czy tożsamościowym?
Jak pójść krok dalej, poza masowe, ale niezorganizowane demonstracje, które wykrzykują swoje najsłuszniejsze postulaty i bolączki, po tym, rozpędzane lub ignorowane, rozchodzą się, zostawiając ludzi z bólem, frustracją i nierozwiązanymi, ale przecież prawdziwymi problemami?
Czy wielkie partie, które niegdyś wygrywały rewolucje i przełomowe reformy, mogą jeszcze zaistnieć?
Czy mamy w ogóle szanse – jako pracująca większość – wygrać, skoro tyle już przegraliśmy?
Poszukujmy odpowiedzi, spierajmy się, dyskutujmy i walczmy, jeśli Marks i jego obietnica coś dla nas znaczą. Bez tego wstawianie zdjęć brodatego filozofa na Instagrama czy na koszulkę nie ma większego sensu.
Chyba że dla kapitalistów – bo ruch wygenerowany przez nasze posty i te koszulki to też towar, na którym można zarobić.

Księga Wyjścia (76)

Ballada o papierowych statkach nad Bosforem.

Gdy czytacie ten felieton prawdopodobnie jestem już w Stambule, być może nawet robię papierowe statki nad Bosforem, czyli między Europą i Azją. O ile oczywiście badania Covid PCR wyjdą ujemnie i wpuszczą mnie do samolotu – piszę z wyprzedzeniem, więc może być tak, że nigdzie nie polecę. Pierwotnie miałem inny plan podróży, ale okoliczności się zmieniły i w ostatniej chwili wybór padł na tę trasę.
Ze Stambułu lecę dalej, ale to będę relacjonował już w kolejnych felietonach. Trochę rozejrzę się po Turcji – o ile wpuszczą. W końcu oskarżyłem publicznie rząd o wspieranie Azerbejdżanu podczas wojny w Republikce Arcachu czyli Górskiego Karabachu, co zirytowało Azerską panią ambasador, no i Kurdowie, ale chwilowo o tym pomilczę. Przynajmniej do wyjazdu z Turcji. Zawsze nurtowało mnie dlaczego funkcjonują dwie nazwy tego miasta Stambuł i Istambuł i która jest prawidłowa – w końcu się dowiedziałem. Stambuł to europejska wersja muzułmańskiej nazwy Istambuł.
Chętnie pojechałbym też do Karsu – miasto z książki Orhana Pamuka – „Śnieg”. Niestety, nie wystarczy na to czasu.
Jeśli doleciałem i stoję na brzegu cieśniny Bosfor, to pewnie zastanawiam się, kiedy zaczniemy wielką wędrówkę ludów, czyli masową emigrację z Europy w poszukiwaniu pracy i spokojnego życia. Czy będzie to Azja, a potem Afryka? Nie wiem, wiem natomiast, że Europa się wali, a Plac Niebiańskiego Spokoju i pałac w Zakazanym Mieście przetrwały wszystkie trzęsienia ziemi.
Niemożliwe? Pomijając Chiny, gdzie życie jest znacznie wygodniejsze niż w państwach UE, również Wietnam zaczyna rozkwitać, przypominam sobie Armenię, którą odwiedziłem w grudniu ubiegłego roku. Kraj ten wydał mi się idealny do życia. A z pewnością ludzie bardziej przyjaźni i miasta bardzo czyste. Ciągle szukam dla siebie miejsca, ale miejsce do życia to nie tylko dach nad głową, lecz przede wszystkim ludzie wśród których żyjemy.
W Polsce jest jak jest i lepiej nie będzie, w Hiszpanii zamieszki, protesty w Czechach, Grecja pewnie też niebawem wybuchnie o Francji nie ma co gadać. Już kiedyś zastanawiałem się, czy „cywilizacja zachodu” osiągnęła moment krytyczny i zaczyna się zwyczajnie walić, zjadać swój ogon. Doraźne kroplówki nie utrzymają zbyt długo tego trupa przy życiu. American Dream to już zamierzchłe czasy, o których pamięta jedynie Schwarzenegger, teraz mocarstwo to jedynie pręży muskuły prowadząc wieczne wojny kosztem swoich obywateli. Próbowałem policzyć wszystkie konflikty, w których USA bierze udział i wciąż się gubię.
Sporo czasu zajęło ludziom zorientowanie się, że tak zwana „zachodnia demokracja” to jedna wielka lipa. Zawsze wygrywają pieniądze, partie wspierane przez największe grupy kapitałowe z nieograniczonym zapleczem finansowym, a jeśli przypadkiem uda się wejść do struktur władzy ustawodawczej jakiejkolwiek innej opcji, natychmiast zostaje wchłonięta przez neoliberalny system – oczywiście system ten da im jakieś pieniądze. Ergo – demokracji – takiej, jaką nam wpajano – nie ma i nigdy nie było. Już w starożytnej Grecji – kolebce mitycznego boga – ustrój ten dotyczył jedynie uprzywilejowanych warstw społecznych, głosować mogli jedynie obywatele, a żeby być obywatelem, nie wystarczyło pochodzenie. Teraz jest podobnie, nie wystarczy obywatelstwo, potrzebne jest zaplecze kapitałowe. Teoretycznie kandydować i głosować mogą wszyscy, którzy posiadają PESEL i nie są pozbawieni praw publicznych, ale tak naprawdę koszty kampanii przekraczają możliwości nawet ludzi zamożnych. Polityk, to produkt i tak jak produkt zostaje nam sprzedawany. A w społeczeństwie konsumpcyjnym kupujemy sobie opcje polityczne głosowaniem. Chociaż tak naprawdę to nie my ich, lecz oni nas już kupili. My jedynie kartami wyborczymi składamy swoje lenno.
Jeśli w wyniku jakiegoś błędu wejdzie niezaplanowane ugrupowanie, to zwykle jest to niewielka grupa i zostaje szybko wchłonięta przez większych „przyjaciół” – przykładów nie muszę podawać.
Trochę lepsza demokracja byłaby wtedy, gdyby zlikwidować system D’honta, wprowadzić alfabetyczne listy, kampanie równe dla wszystkich ugrupowań. Czyli żadnego finansowania z zewnątrz. Jednakowy czas antenowy dla każdego i państwowe studia do produkcji spotów wyborczych. Wszelkie inne metody promocji powinny być zabronione. Zakaz publikowania jakichkolwiek sondaży – to głównie one mają wpływ na wyniki, no i oczywiście likwidacja tego idiotycznego pięcioprocentowego progu. Wiem, jest wygodny dla rządzących, ale właśnie dlatego dostają pieniądze i władzę, żeby trochę popracować. Zamiast dogadywać się z jednym czy dwoma ugrupowaniami, niech rozmawiają z każdym posłem. Dlaczego społeczeństwo ma ułatwiać im pracę. Nie mam na myśli JOW-ów. Okręgi wyborcze mogłyby zostać takie same, ale już bez list partyjnych. Karty wyborcze alfabetyczne, a przynależność partyjna obok nazwiska kandydata.
Tak na marginesie, lewica już w latach dziewięćdziesiątych obiecywała rozwiązać senat. Kandydaci SLD ubiegający się o mandat do wyższej izby parlamentu twierdzili, że startują żeby od środka rozwiązać tę instytucję. Te obietnice dotychczas nie zostały spełnione – jak większość. Owszem, teraz Senat blokuje w jakiś sposób PiS, lecz przy innym systemie wyborczym partia ta nie miałaby szansy zdobycia monopolu na władzę.
Azja rozkwita, a Europa usycha. W akcie rozpaczy i nie widząc alternatywy ludzie zaczęli masowo popierać wszelkie organizacje nacjonalistyczne. W wielu krajach już dorwali się do władzy, stąd te brutalnie pacyfikowane protesty. Protesty, które jeszcze niczego nie zmieniły.
Jeśli zaczną dbać o czystość narodową i grzebać w swoich rodowodach i drzewach genealogicznych, to w końcu dojdzie do absurdu i sami siebie powyrzucają. Już starożytni Rzymianie odkryli, że nie ma cesarza bez kropli krwi niewolnika i niewolnika, bez kropli krwi cesarza. Czyżby nadchodziła, przewidziana przez Einsteina kolejna fala nazizmu? Który według niego pojawi się w zupełnie innej, skrojonej na miarę czasów i przyjaznej formie, by w efekcie doprowadzić do kolejnej zagłady?
Pewnie właśnie tak będę kombinował nad Bosforem. Mogę się mylić, nie jestem analitykiem, widząc jednak co dzieje się na tak zwanym „Zachodzie”, wnioski są, takie jakie są. I kolejny statek z papieru popłynął w stronę Azji.

Zegarek Lewandowskiego

Robert Lewandowski NIE ZARABIA SAM na swoje luksusowe zegarki – to kompletna fikcja i klasistowska propaganda.

Robert Lewandowski zarabia tak dużo, ponieważ w taki sposób zorganizowany jest sportowy przemysł. Robert Lewandowski nie wykopał pieniędzy z powietrza. Jest po prostu udziałowcem* w biznesie, który karmi się pieniędzmi zwykłych widzów i to głównie po prostu zwykłych pracowników. „Jego” środki pochodzą od klubu, który sponsorowany jest przez udziałowców, finansowany z przemysłu reklamowego i przez wielkie koncerny. Te pieniądze otrzymał od klubu za DOSTARCZENIE klubowi/firmom piłkarskim magnesu na widzów, aby skutecznie na nich zarabiać. To właśnie widzowie, zwyczajni zjadacze Lay’sów i pijacze Heinekena finansują życie Roberta Lewandowskiego. Iluzja, że jego pieniądze to „stoliczku nakryj się” bierze się stąd, że w kapitalizmie tradycyjnie całkowicie wyklucza się aktywną i podmiotową rolę sprawczą konsumentów i pracowników. Wg panującej propagandy pieniądze pojawiają się, jak królik z kapelusza i są wyłączną zasługą właściciela. To kłamstwo. Więc tak samo, jak możecie mieć coś do powiedzenia nt. UEFA, albo firm sprzedających i wciskających chemiczne i rakotwórcze żarcie, tak samo możecie otwarcie krytykować zarobki „Roberta”. Bo sami mu je wręczacie, jesteście zbiorowymi wytwórcami jego fortuny. Nie muszę chyba dodawać, jak sprawa wygląda w przypadku zegarka wręczonego od prezydenta RP…

Pojawiają się głosy, że Robert Lewandowski robi nam wręcz przysługę partycypując w luksusowej konsumpcji. Bo albo w ten sposób pieniądze do nas „wracają”, albo wydając je „nakręca” w ten sposób gospodarkę. Są to wielkie kłamstwa. Po pierwsze – nakręcona jest luksusowa, marnotrawcza konsumpcja zarezerwowana dla elit kapitalizmu i zaklęta w zamknięty krąg. Te środki krążą więc pomiędzy milionerami, ultrabogatymi firmami i pracownikami, którzy przymusowo biorą w tym udział i wcale nie są głównymi beneficjentami tego procederu. Po drugie „nakręcona” w ten sposób gospodarka jest nakręcona na zachcianki, a nie na prospołeczne tory… Nie żyjemy w świecie nieskończonych zasobów.

3) Luksusowa konsumpcja NIE JEST POTRZEBĄ, LECZ KAPRYSEM – tu dochodzimy do kluczowej sfery. Wiele osób uważa, że jeśli ktoś otrzymał w tym systemie pieniądze, to albo jest już zbawiony i ma usprawiedliwienie na wszystko, co zrobi z tymi pieniędzmi… Albo jeszcze inni uważają, że to są „normalne potrzeby” tylko da „bogatych ludzi”. Otóż w tym systemie wymordowano ponad połowę dzikiej przyrody Ziemi, miliony głodują i cierpią na brak wody, a niedofinansowane systemy zdrowotne taśmowo produkują trupy (w tym w Polsce, teraz). Działają tu też obywatele słynący z przekrętów na parówach. Powoływanie się na zdrowy charakter systemu to samobój. Nie jest to też wcale potrzeba – potrzebą określamy to, co konieczne człowiekowi do sprawnego funkcjonowania. I nie jest nią posiadanie zegarka, któego wartość zabezpieczyć potrzeby wielu innych ludzi. Potrzeby, jak np. potrzebę posiadania dachu nad głową, czy dostęp do ciepłego posiłku. To kaprysy, zachcianki… Które angażują sobą i zawłaszczają społeczne siły produkcji.

Luksusowa konsumpcja JEST GŁĘBOKO TOKSYCZNA – produkcja tego typu towarów zżera koszmarne ilości surowców (srebra, złota, kamieni szlachetnych, skóry…) i podporządkowuje życie tysięcy ludzi milionerom, którzy pragną mieć świecącą zabawkę. To niszczenie planety i środowiska naturalnego, to zawłaszczanie materiałów na egoistyczne zbytki, a także promowanie w społeczeństwie egocentrycznych i zwyczajnie klasistowskich praktyk (z maczyzmem w tle). Miliony (głównie) chłopców dorastają potem w przeświadczeniu, że posiadanie luksusów powinno być celem ich całego życia i nada mu sens. Większość oczywiście nie będzie nigdy miała takich zegarków, więc skończy z depresją i obniżonym poczuciem własnej wartości. A mniejszość, która dorwie się do tego Graala jeszcze bardziej przyczyni się do utrwalenia marnotrawstwa i podziałów.
I skąd w ogóle pomysł, że jeśli ktoś dobrze poradził sobie w tym toksycznym systemie i zagarnął miliony, to znaczy, że jest najlepszą osobą do wydawania tak gigantycznych środków??? Czy przekazalibyście losy Ziemi w ręce Obajtka? No a czemu nie??? Przecież zdaniem rynku, elit i rynkowych mechanizmów poradził sobie w życiu lepiej od 99 proc.obywateli tego kraju! Musi geniusz.

Społeczeństwo tresowane

Najgorsze jest to, że polskie społeczeństwo jest tak wytrenowane przez kapitalizm, że nawet dziesiątki tysięcy ofiar pandemii z winy rządu nie skłonią do buntu, czy większego oporu. Ba, nie drgnie rządowi zaufanie i poparcie!

Bo władza jest rozmyta i nie istnieje. Przy tej samej sytuacji w PRL-u już byłaby rewolucja i płonęłyby komitety. Przypomnę, że wtedy duża część zamieszek zaczynała się od np. dość drobnych podwyżek kiełbasy. Teraz można powiedzieć publicznie będąc politykiem z obozu władzy, że trzeba będzie poświęcić chorych na raka… i gówno.

Alienacja, brak świadomości klasowej, totalna hegemonia kapitału… Jest na to wiele określeń, ale nie ulega wątpliwości, że współchore jest też niewolnicze społeczeństwo. Jest to kraj w którym spokojnie można umrzeć i nie wiedzieć nawet z czyjej winy nie doczekało się lekarza, narzekając na socjalizm i głosując na PiS za wstawanie z kolan.