Przeoczony konflikt klasowy

Rolnicze protesty pod kierunkiem AgroUnii, zanim ta przeobraziła się w partię Prawda, nie zostały docenione tak jakby na to zasługiwały.

Środowiska lewicowe raczej były zdystansowane, rzadko kiedy wyrażały poparcie rolniczym wystąpieniom. Niekiedy wręcz wrogo się do nich odnosiły, wyłapując jakieś mało poprawne skróty myślowe uczestników manifestacji. Pojawiały się nawet oskarżenia o faszyzm, antysemityzm itd. A przecież mamy tu do czynienia z doniosłym procesem socjologicznym, którego żaden szanujący się marksista nie powinien zignorować: konflikt klasowy. Konflikt między chłopstwem o różnej zamożności a wielką burżuazją.
Polskim rolnikom dyktuje się niskie ceny skupu ich produktów żywnościowych, sprzedawanych po proporcjonalnie niskich cenach w dużych, międzynarodowych marketach. Rolnicy są zmuszeni sprzedawać produkty swojej pracy międzynarodowym korporacjom m.in. z racji embarga między Polską a Rosją. Działalność ekonomiczna międzynarodowej burżuazji przyczynia się tym samym do ruiny ekonomicznej chłopstwa.
Więcej uwagi protestom rolniczym poświęciły rożne środowiska „narodowe”. Te nie-PIS-owskie, często nawet wyraziły dla nich poparcie. W tych wystąpieniach dostrzegły ochronę interesu narodowego. Tak też lider AgroUnii, obecnie Prawdy, Michał Kołodziejczak widzi etos rolnictwa: „Jesteśmy ostatnią ostoją polskości”.
Oswald Spengler, popularny na początku XX wieku niemiecki historiozof z kręgu „konserwatywnej rewolucji” widział w chłopstwie główną ostoję tradycji. Aktywność chłopstwa miała niekiedy charakter reakcyjny, co pokazało m. in. powstanie w Wandei w okresie Rewolucji Francuskiej. Jest to klasa często bardzo konserwatywna, religijna, ekonomicznie bliska drobnomieszczaństwu i chwiejna.
Obok tego mamy jednak dużo bogatszą historię antyfeudalnych zrywów chłopskich. Karol Marks zaliczał chłopstwo do „klas średnich”, które uważał za reakcyjne jeśli „usiłują obrócić wstecz koło historii”, zaś postępowe jeśli popierają punkt widzenia proletariatu. Sojusz z chłopstwem był w takich krajach jak Rosja, Chiny czy Polska koniecznym warunkiem zwycięstwa socjalizmu. Należy o tym pamiętać nawet jeśli współcześni rolnicy, w tym ruch społeczny AgroUnia, miewa fizjokratyczne, wolnorynkowe słabości.
AgroUnia, jako jedna z niewielu organizacji poruszyła problem bezpieczeństwa żywnościowego, który powinien zająć priorytetowe miejsce w czasach triumfu globalnego kapitalizmu i wszechwładzy korporacji, także w związku z podpisaniem umowy o „wolnym handlu” – CETA. AgroUnia mimo fizjokratycznych słabości opowiada się za protekcjonistyczną polityką: ochroną polskiego rolnictwa i jego produktów. Tylko protekcjonistyczna polityka chroni rodzime rolnictwo i jest warunkiem przetrwania rolnictwa krajowego. I nie chodzi tu o jakieś opiewanie nacjonalizmu gospodarczego. Chodzi o jakość żywności, o zdrową żywność i unikanie zbędnego kapitalistycznego pośrednictwa. Po co też kupować z innych krajów, to co można wyprodukować lokalnie.
Globalny, kapitalistyczny rynek szkodzi lokalnemu rolnictwu, szczególnie w czasach triumfu neoliberalizmu, kiedy to w siłę urosły takie korporacje, jak Monsanto, czy PepsiCo. Najbardziej drastyczne niszczenie rdzennego rolnictwa przypada na lata 90, od kiedy takie umowy o wolnym handlu z USA, jak NAFTA, przyczyniają się szczególnie do zubożenia meksykańskiego chłopstwa.
Post-thatcherowsko-reaganowski neoliberalizm, a właściwie sprowadzenie roli państwa do tuczenia prywatnych monopoli kapitalistycznych, przyczynił się do poważnego zaburzenia ochrony bezpieczeństwa żywnościowego. Uzależniono rolników zarówno Indii czy USA od międzynarodowych korporacji. O szkodach, jakie przyniosły umowy o wolnym handlu mówił nie kto inny, jak Donald Trump, przed objęciem prezydentury. Oczywiście, krytyka wolnego rynku uprawiana przez Donalda Trumpa nie wyszła poza narodowy egoizm. Jednak fakt, że umowy o wolnym handlu mające na celu globalną dominację Stanów Zjednoczonych przyczyniły się do zubożenia Amerykanów warto podkreślać. Zaszkodziło to znacznie amerykańskim farmerom. Zyskały głównie wielkie korporacje.
Producenci żywności zmuszeni są sprzedawać swoje produkty żywnościowe po niskich cenach w wielkich sieciach handlowych. Zdecydowanie drastyczniejszą formą zależności jest jednak zależność od korporacji Monsanto, która kontroluje około 90% upraw GMO. Korporacja ta w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do niszczenia tradycyjnego rolnictwa. Osoby które zakupiły i zasiały nasiona tej firmy chcąc dalej uprawiać rolę są od tej firmy uzależnione. Ziemia nie zaakceptuje innego gatunku nasion. Ten proces powoduje nieodwracalne zmiany w ekosystemie, w tym ginięcie gatunków. Wchodzi w to sprawa patentów, co prowadzi do monopolu na żywność, szczególnie niebezpiecznego i dla chłopów, i dla konsumentów.
Niezależnie co sądzimy o produkcji żywności genetycznie modyfikowanej, każda osoba o lewicowych poglądach powinna zdawać sobie sprawę z zagrożeń jakie mogą płynąć ze strony takich korporacji, jak Monsanto i monopolizacji żywności przez te korporacje. Zysk ma wówczas pierwszeństwo nad bezpieczeństwem żywnościowym. Technologia być może odpowiednia w warunkach uspołecznionej gospodarki w warunkach kapitalistycznych będzie mijać się ze swym społecznym przeznaczeniem. Porównajmy chociażby zastosowanie biotechnologii na Kubie, a w Stanach Zjednoczonych.
Po raz kolejny wrócę do fragmentu „Manifestu Komunistycznego” o klasach średnich: „Stany średnie: drobny przemysłowiec, drobny kupiec, rzemieślnik, chłop – wszystkie one zwalczają burżuazję po to, by uchronić od zagłady swoje istnienie, jako stanów średnich. Są one zatem nie rewolucyjne, lecz konserwatywne. Więcej nawet, są reakcyjne, usiłują obrócić wstecz koło historii. O ile są rewolucyjne, to tylko w obliczu oczekującego je przejścia do szeregów proletariatu, to bronią nie swych obecnych, lecz przyszłych interesów, to porzucą własny punkt widzenia, aby przyjąć punkt widzenia proletariatu”. W tym wypadku nie mamy do czynienia z jakimiś postępowymi zmianami, których dokonuje wielka burżuazja, a „reakcyjne chłopstwo” się im przeciwstawia. Wielka kosmopolityczna burżuazja niszczy wspólnoty lokalne i narodowe, a także bioróżnorodność.
Fryderyk Engels podkreślał, że trzeba utrzymać Ziemię w takim stanie by zostawić ją potomnym. Globalnym korporacjom kierowanym żądzą zysku obca jest taka długofalowa perspektywa. W niszczeniu barier narodowych też nie ma niczego postępowego. Niszczenie państw narodowych ma na celu zwiększenie władzy korporacji. Globalne koncerny dążą zaś do swego rodzaju nowego, globalnego systemu kastowego. W porównaniu do klasycznego społeczeństwa kastowego korporacje tworzą pewne iluzje postępowości i egalitaryzmu.
Lewica zrobiła duży błąd, że w niedostateczny sposób zajęła się problemem, który podjęła AgroUnia. Zbyt zraziła się „konserwatywną” aurą obecną wśród rolniku. Jeśli jednak bezpieczeństwo żywnościowe nie jest ważne, to co jest? Alterglobalizm, który w kręgach lewicowych zajmował wiodące miejsce w latach 90 i na początku XX wieku, chyba zatracił na popularności. Alterglobalistyczna narracja przenika do prawicy. Ta jednak jest wyjątkowo niekonsekwentna w krytyce globalnego kapitalizmu i zwykle ma charakter drobnomieszczańsko-narodowych resentymentów. Te resentymenty stoczyć się mogą do żałosnych form solidaryzmu narodowego.
Rozwiązania, które proponowała AgroUnia tj. znakowanie żywności barwami krajów z których one pochodzą to nawet jeśli słuszny postulat, to niewystarczający. Bardziej doniosły jest postulat współpracy gospodarczej z Rosją. Nie mamy więc do czynienia z ciasnym nacjonalizmem gospodarczym, ale afirmacją interesu narodowego nastawionego na kalkulację ekonomiczną. To swego rodzaju realpolitik afirmujące wolną wymianę handlową tyle, że bardziej w duchu protekcjonistycznej polityki Colberta. Jest to postulat postępowy o tyle, że sprzeciwia się całkowicie irracjonalnej, prowojennej polityce Prawa i Sprawiedliwości, jak i zresztą poprzednich ekip rządzących. Dodatkowo wypowiedzi Kołodziejczaka przeciwne obecności wojsk amerykańskich w Polsce podkreślają niemałą świadomość polityczną tego środowiska. Zniesienie embarga rosyjskiego to żaden socjalizm, ale zdroworozsądkowe podejście w obecnej sytuacji politycznej też w jakiś sposób łamie monopol korporacji międzynarodowych.
Lewica mogłaby zaproponować rolnikom adekwatne rozwiązania. Do takich należą autentyczna spółdzielczość rolnicza i konsumencka. Działają w Polsce różne kooperatywy współpracujące z rodzimymi rolnikami, ich zasięg jest jednak zbyt mały. Tylko szeroko zakrojona współpraca może uratować rodzime rolnictwo. Ciągle problemem będą wielkie supermarkety i ich dyktat. W tej sytuacji nie wystarczy jakieś opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych, co jeszcze przed wyborami postulowało PIS. Za opodatkowaniem korporacji opowiada się także socjaldemokracja. Jednak dopiero ich uspołecznienie rozwiązałoby problem. Tu potrzebny jest „sojusz robotniczo-chłopski”, sojusz rolników, konsumentów i pracowników.
Obawiam się jednak, że środowisko AgroUnii po powstaniu partii Prawda może zatracić swój organiczny, klasowy charakter na rzecz wyścigu parlamentarnego, w którym interes klasy liczy się mniej niż elektorat. Może w społeczeństwie tak rozpolitykowanym na modłę parlamentarną to jedyny sposób zwrócenia uwagi na ważne problemy… Już pewne postulaty pokazują jak niektóre aspiracje ekonomiczne chłopstwa nie są adekwatne w szerszym kontekście. Takim drobnowłaścicielskim skrzywieniem jest chociażby likwidacja podatku dochodowego. Postulat może słuszny, ale dla zubożałego rolnika. To jednak jeszcze nie powód by obrazić się na środowisko Kołodziejczaka i Prawdę.
Ważnym zadaniem ugrupowań lewicowych ugrupowań jest zaproponowanie programu dla polskiej wsi, chociażby po to by ta nie dryfowała w kierunku sił prawicowych. Środowisko AgroUnii mogłoby pójść bardziej na lewo gdyby się nim bardziej zainteresowano. Oczywiście bez popadania w ślepą chłopomanię: stanąć po stronie rolnictwa biorąc pod uwagi problemy ekologiczne i zaproponować jego uspołecznioną formę.

Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.

Przywrócić blask PPS

Z nowym przewodniczącym Rady Naczelnej PPS Wociechem Koniecznym rozmawia Przemysław Prekiel.

W połowie marca zmieniły się władze PPS. To tylko zmiana pokoleniowa?
W rzeczywistości zmiana władz to dłuższy proces. Od Kongresu poprzez pierwsze posiedzenie Rady Naczelnej, ukonstytuowanie się władz, rejestrację w sądzie… Na pewno dokonała się zmiana pokoleniowa, chociaż istotniejsza pewnie jest zmiana mentalna. Wiek nie jest tak istotny, ważne jest podejście do polityki, do postrzegania siebie jako jej części. Polskiej Partii Socjalistycznej potrzeba wyjścia do ludzi, większej aktywności, uczestnictwa w codziennym życiu politycznym m.in. w wyborach. Do tego potrzeba działaczy chcących się zaangażować, poświęcić czas, co w dzisiejszym świecie, jeśli nie jest się zawodowym politykiem jest coraz trudniejsze. Krótko mówiąc – mniej mówienia, pisania, więcej pracy. Nie oznacza to odrzucenia dotychczasowego dorobku Partii, ludzi którzy pracowali aby przetrwała i kontynuowała swoją misję. Ale teraz musimy wszyscy ruszyć do przodu, rozwijać się, rozbudowywać struktury, pozyskiwać nowych członków i sympatyków. Podstawy, dorobek, tradycje mamy doskonałe, najlepsze nie tylko na lewicy. To, plus nowa energia w działaniu, nowe otwarcie na różne środowiska, powinno skutkować sukcesem.
Komu jest dziś potrzebna PPS?
Niewątpliwie żyjemy dzisiaj szybko, chcemy prostego, jasnego przekazu. Szybkiej identyfikacji. Polska Partia Socjalistyczna musi się do tego dostosować. Mamy wiele partii, organizacji lewicowych. Każda dba o swoją tożsamość, chce się uwiarygodnić programem, wykreować liderów, dotrzeć ze swoją nazwą i ideałami do jak największej części społeczeństwa. My części tej pracy nie musimy wykonywać, chciałbym, aby nasz program był dla ludzi lewicy, bo to im jesteśmy potrzebni, intuicyjny. Wszyscy bowiem wywodzimy się z jednego kamienia, z tego kamienia na Placu Grzybowskim.
Polska lewica potrzebuje partii, która nie zawiedzie, będzie nie tylko sercem, ale również rozumem i całym ciałem po lewej stronie. Wiadomo, polityka wymaga kompromisów, czasem jest grą kompromisów. Ale istnieją granice, których my nigdy nie przekroczymy – bo po prostu nie możemy, bo jesteśmy to winni całym pokoleniom tych, którzy byli przed nami jak i dzisiejszym zwolennikom lewicy.
Kapitalizm w Polsce wymaga korekty czy rewolucji?
Rewolucja to wielkie, może nawet niebezpieczne słowo. Żyjemy tu i teraz, mamy takie a nie inne problemy. Czas wielkich rewolucji przeminął. Dokonują się inne rewolucje – informatyczna, technologiczna, przemiany wewnątrz społeczeństw, zmiany podejścia do roli jednostek w społeczeństwie.
Naszą rolą jest ciągle dbanie o człowieka, o wartości humanistyczne, etyczne, aby uczynić ten zmieniający się świat lepszym, przyjaznym, pełnym wolności i sprawiedliwości społecznej. Nie dokonamy tego drogą rewolucji, bo musielibyśmy ich wywołać kilka, albo nawet kilkanaście. Kapitalizm też się zmienia, chociaż nie na lepsze. W Polsce musimy teraz dbać o to, by nie utracić tego, co udało się wywalczyć – wolności, demokracji, praworządności, udziału w wielkiej europejskiej rodzinie narodów.
Mamy wiele do zrobienia, musimy być czujni na co dzień, zanim zdążymy przygotować rewolucje, świat nas przegoni i pojawią się już nowe cele
czy zagrożenia.
Jednocześnie przyznam, że nie wierzę w samoistną czy dobrowolną korektę kapitalizmu. Musimy więc ciągle wywierać presję, w innym razie wyjdą demony o których istnieniu mogliśmy już zapomnieć. A nic nie jest dane raz na zawsze.
Towarzysz Przewodniczący jest lekarzem i dyrektorem jednego z częstochowskich szpitali. Służba zdrowia będzie oczkiem w głowie dla PPS?
Dla mnie na pewno. Dla PPS będzie jednym z ważnych punktów programu. Ochrona zdrowia powinna być na sztandarach lewicy, jest to sfera bliska ludziom, zarówno pacjentom jak i pracownikom. Z punktu widzenia politycznego jest też dla nas dobrym polem do działania. Osobiście dziwię się dość małemu zaangażowaniu różnych partii lewicowych w rozwiązywaniu problemów w tym zakresie, czy choćby temu, że nie przedstawiamy społeczeństwu jasnego programu poprawy jakości ochrony zdrowia w Polsce. Jest to dziedzina zaniedbana przez wszystkie rządy, obecnie ze złymi perspektywami.
Trzeba się zmierzyć z tym problemem, pomysły prawicy są śmieszne lub żadne, czasem groźne – jak na przykład zamiary liberałów chcących wszystko sprywatyzować i w ten sposób zrzucić odpowiedzialność państwa za zdrowie Polaków. Gdy lewica przedstawi spójny, realny plan naprawy ochrony zdrowia i zacznie go skutecznie wprowadzać w życie dostanie premię od społeczeństwa.
Mówiłem o tym na Kongresie Lewicy ponad dwa lata temu i odniosłem wrażenie, że nie jest to temat ,,nośny”, albo że nikt nie wierzy, że można tutaj odnieść sukces. A można, choć to wymaga ogromnej pracy, konsekwencji i pieniędzy.
Jesteście otwarci na współpracę z SLD i Razem? Pytam, bowiem PPS nie startuje w wyborach do PE. Dziwna decyzja.
Musimy w tym miejscu wrócić do pierwszego pytania… Poprzednie władze PPS nie podjęły decyzji co do udziału w wyborach do Europarlamentu. Wynikało to również z przyczyn, nazwijmy to, obiektywnych – przesunięcia daty Kongresu, więc naszych wewnętrznych spraw organizacyjnych. W kwietniu Rada Naczelna PPS podjęła decyzję o wsparciu kandydatów do Parlamentu Europejskiego startujących z list Lewicy Razem i tych kandydatów, którzy zostali zarekomendowani przez SLD na listę Koalicji Europejskiej. Po prostu będziemy wspierać tych, którzy prezentują socjalistyczną wrażliwość i jesteśmy przekonani o ich trwałych, lewicowych przekonaniach.
W poszczególnych województwach wygląda to różnie, ja jestem z Częstochowy, w Województwie Śląskim wspieramy Marka Balta, krajowego wiceprzewodniczącego SLD. Myślimy o jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu, mamy zamiar czynnie w nich uczestniczyć, przygotowujemy się do tego.
Możemy współpracować ze wszystkimi, z którymi znajdziemy wspólnotę programową. Mamy nadzieję, że tym razem powstanie jedna, lewicowa lista do Sejmu co będzie czytelnym sygnałem dla wyborców i pozwoli na zaistnienie tak potrzebnej lewicy w parlamencie. Osobną sprawą są wybory do Senatu. Ze względu na specyfikę okręgów jednomandatowych można tutaj pomyśleć o szerszej, prodemokratycznej koalicji.
Jak towarzysz chce przywrócić blask PPS? O tej partii słyszymy głównie w kontekście historycznym.
To prawda. Nasza historia jest piękna. Czerpiemy z niej, jak już wcześniej wspomniałem wszyscy się z niej wywodzimy. Czasem również powoduje nieporozumienia, zwłaszcza w kontaktach z młodszym pokoleniem – przykładowo słowo ,,towarzysz”, wywodzące się z ponad stuletniej tradycji, towarzyszami byli Daszyński, Piłsudski, Limanowski, Pużak, dziś brzmi anachronicznie, nawet dla niektórych dziwnie. To jednak właśnie nasza tożsamość, z której nie możemy i nie chcemy rezygnować.
W Europie działają partie o tradycjach jeszcze dłuższych niż nasza, do dziś zachowują swoje historyczne nazwy, np SPD obchodziła w 2013 roku 150 rocznicę powstania… A sposób na przywrócenie blasku to praca, rozbudowa struktur i lewicowa wiarygodność. Tutaj koła
nie wymyślimy.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.

Nie opuszczajmy gościńca

Nie ma już czegoś takiego jak „jedność narodowa”, „społeczna”, „moralno-polityczna”.
Jest pustoszejący gościniec, z którego wędrowcy pośpiesznie rozchodzą się drogami we wszystkie strony świata.
Ale nie do końca…
Gdy zwolennicy i przeciwnicy – wyliczę – WOŚP-u, PiS-u i POKO, ks. Jankowskiego i 500+, Izraela i obecności armii amerykańskiej, która właśnie zajmuje miejsce radzieckiej… etc,– przez pomyłkę lub roztargnienie zejdą z zapalnych tematów i zaczną rozprawiać o… kotach, pieskach, jeżach, dzikach, świnkach, żurawiach i żubrach, natychmiast ulatuje z nich wszelka złość.
I stają się tymi, którymi zapewne większość z nas jest: Trochę pogubionymi, ale dobrymi i życzliwymi w gruncie rzeczy ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie w ładnym kraju między Bałtykiem a Tatrami.
Może zatem powinniśmy zamieszkać w zwierzęcych rezerwatach?
Albo – na początek – w jakimś ZOO?

Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy.

Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.
Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej, a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy. Wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako powielanie słów wypowiadanych przez katolicko-narodową prawicę. Padnie też argument ostateczny: „ to granie do jednej bramki z Putinem”.
Czy zawsze tak było?
Albo nie, albo może ja coś źle pamiętam. Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, a także w początkach naszego członkostwa, większość polskiej lewicy była za , ale stosunek do tej instytucji nie miał charakteru religijnej czci. Unia miała wady, istniały w niej tendencje niepokojące, zdarzało się, że twierdzono, że po prostu powstała jako wehikuł neoliberałów. Pamiętam, że czytywałem wtedy w lewicowych mediach o referendach we Francji i Holandii, przegranych przez neoliberałów próbujących upchnąć ludowi swoje unijne traktaty. Pamiętam, jak w młodym lewicowym gronie reagowano na frazę „traktat lizboński” – to były „brzydkie słowa”.
Może coś źle pamiętam, bo późno się poważnie i krytycznie zainteresowałem polityką (miałem 24 lata w momencie referendum o polskim członkostwie w Unii; polski system edukacji na wszystkich poziomach robił w tamtych czasach wszystko, by nasze pokolenie trzymało się od polityki jak najdalej, lub zadowalało się garścią farmazonów). Ale pamiętam to jakoś tak, że do Unii chcieliśmy wstąpić, bo widzieliśmy w niej lepsze rozwiązanie niż niewstąpienie, w warunkach, kiedy reguły gry na kontynencie, w naszym geograficznym sąsiedztwie, i tak były kształtowane przez tę organizację – przynajmniej mielibyśmy udział w tym kształtowaniu. W warunkach, kiedy po terapii szokowej lat 90. XX wieku i związanej z nią likwidacji polskiego przemysłu (niczym innym nie zastąpionego) połowa mojego pokolenia nie mogła właściwie liczyć na żadną pracę we własnym kraju. Nieważne, ile byśmy nie zrobili dyplomów, ile języków byśmy się nie nauczyli. Skoro już od dawna jeździliśmy na Zachód „na saksy”, to przynajmniej nie pracowalibyśmy tam już na czarno. Czasem myśleliśmy, że może to i prawda, że UE wymyślili neoliberałowie, co nie znaczy, że – jak już przekonali do niej innych – będą mieli całkowity wpływ na jej dalszą ewolucję, na jej przyszły kształt. W każdym razie – chyba że rzeczywiście moja pamięć, albo moje doświadczenie są jakieś nietypowe – pozwalano na myślenie, zadawanie pytań, kwestionowanie. Unia Europejska nie była na lewicy Świętym Świętych, Rajem na Ziemi, zbawieniem teraz, tylko jakąś odpowiedzią na wyzwania.
Unia albo…
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Dziś, kilka lat po brutalnym, pokazowym ekonomicznym zarżnięciu Grecji, warunki narzucane przez Unię Europejską pod płaszczykiem moralizatorskiego dyskursu o odpowiedzialnych finansach stopniowo duszą gospodarkę prawie całego kontynentu, z wyjątkiem żerujących na nim Niemiec. Stało się już jasne, że neoliberałowie urządzili Unię Europejską całkowicie po swojej myśli i tak kompletnie, że niewykluczone, że nie da się jej już zreformować – ale na większej części polskiej lewicy takie refleksje są niemal zakazane. Opozycje są plebiscytowe, proste jak konstrukcja cepa. Unia albo PiS. Unia albo rasizm. Unia albo faszyzm. Unia albo katolicko-narodowa ksenofobia. Oraz, last but not least, Unia albo Putin. Skoro PiS gra na melanżu nastrojów, miksując po trochu różne obsesje, to dla zbyt wielu na lewicy (zbyt często kopiujących kalki narzucone jej przez liberałów) znaczy, że właściwą odpowiedzią jest samo tylko odwrócenie znaków. Powiesz złe słowo o Unii Europejskiej, jesteś z prawicy.
Tymczasem prawica udziela co prawda złych odpowiedzi, ale swój rezonans zawdzięczają one być może temu, że rozpoznaje w eterze przynajmniej niektóre dobre pytania.
Z punktu widzenia kogoś, kto od ponad dekady nie mieszka w Polsce, ten otaczający UE na polskiej lewicy zakaz myślenia to dla mnie przedziwny fenomen. Współczesna lewicowa refleksja i literatura w Europie pełna jest krytyki Unii Europejskiej, czasem domagającej się gruntownej reformy tej instytucji, a czasem tak dokumentnej, że prowadzącej do konkluzji, iż organizacji tej po prostu nie da się już zreformować w nic lepszego, można ją tylko zastąpić czymś innym. Costas Lapavitsas, Stathis Kouvelakis, Richard Seymour, Alex Callinicos, Tariq Ali, Wolfgang Streeck, Frédéric Lordon, Michael Roberts, Janis Warufakis, Adam Tooze – to tylko niektórzy intelektualiści i autorzy poddający Unię Europejską gruntownej krytyce z różnych lewicowych pozycji. W różnym stopniu, ale na porządku dziennym, krytyka realnego kształtu Unii Europejskiej jest obecna na lewicy na lewo od starych partii socjaldemokratycznych w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Francji.
Tymczasem w Polsce: „zostajemy!” – i tyle
Jeśli obecna dynamika na linii (prawicowa) akcja – (lewicowa) reakcja się utrzyma, to nie zdziwi mnie w ogóle, gdy polska lewica podłączy się do neoliberałów i będzie z nimi ramię w ramię walczyć o wstąpienie Polski do strefy euro. Mimo tego, że przyjęcie euro dla gospodarki o takiej strukturze jak polska byłoby zbiorowym samobójstwem na raty. Ale to nie jedyny poziom, na którym myślenie o Europie jako o cudownym schronieniu i mechanizmie obrony przed tendencjami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi jest niebezpiecznym bujaniem w obłokach, politycznym syndromem Alicji w Krainie Czarów. Najwyższy czas, żebyśmy na lewicy zadawali sobie przynajmniej pytanie, czy inwestując nasze internacjonalistyczne marzenia w Unię Europejską, nie zostaliśmy po prostu wykiwani przez neoliberałów, nie zostaliśmy ich pożytecznymi idiotami.
Dziś, słaba i zmarginalizowana, słabością tą i marginalizacją zmęczona i zdemoralizowana, pod ciągłą presją prawicowej polityki i narzucanego przez prawicę kształtu debaty, polska lewica, z braku sił i środków, nie daje rady rozwinąć i dobrze przedstawić własnej, niezależnej odpowiedzi na problemy i wyzwania. Czasem pozostaje jej tylko reaktywne odbijanie prawicowych piłeczek, często z ogromną szkodą dla jakości debaty. Kiedy premier Duda rzucił tą swoją Unią Europejską jako „wspólnotą wyobrażoną”, ilu komentatorów na lewicy zwróciło w ogóle uwagę, skąd pochodzi ta kategoria i co za nią stoi? Zamiast tego większość pozwoliła się Dudzie skutecznie strollować i śladem popularnego na Facebooku poety w muszce, odpowiadała: „no jak wyobrażona, skoro są dotacje, przelewy przychodzą, tyle a tyle?”.
Zmęczona lewica, która samodzielnie nie daje rady stawić czoła rasistowskiej, katolicko-narodowej prawicy, trzyma się Europy jako większej, ustabilizowanej już siły, która przynajmniej ma czym taką rasistowską, katolicko-narodową prawicę poskromić, odeprzeć, zatrzymać. Jest jedyną realną, gotową, już zastaną siłą antyrasistowską – albo przynajmniej nie-rasistowską, zawsze coś. Dlatego polska lewica uważa, że powinna Unii Europejskiej bronić, zamiast ją krytykować.
Kraina Czarów? Nie, wylęgarnia potworów
Takie rozumowanie, nawet w swojej umiarkowanej postaci (jako tymczasowa taktyka, sposób na przetrwanie, dopóki nie mamy nic lepszego) projektuje na Unię Europejską idealne właściwości, które coraz trudniej stwierdzić w jej strukturach i funkcjonowaniu empirycznie. Mistyfikuje też w niebezpieczny sposób prawdziwą relację, jaka zachodzi między eksplodującymi w różnych częściach Europy tendencjami skrajnie prawicowymi (poszczególnymi rasistowskimi nacjonalizmami czy narodowymi rasizmami) a Unią Europejską. Unia nie tylko nie stanowi dla poszczególnych narodowych rasizmów zapory, ona stanowi ich wylęgarnię.
Realna ekonomiczna i polityczna postać, jaką UE przyjęła, nie tylko nie zniwelowała różnic w ekonomicznym rozwoju pomiędzy poszczególnymi państwami i wewnątrz tych państw, nie tylko nie zneutralizowała napięć między nimi – ona te różnice i napięcia napędza i eskaluje. Na każdą narodową próbę odejścia od neoliberalnych i monetarnych dogmatów, odpowiada: „nie ma mowy!” Jeden kraj (Grecję) obróciła już w niemiecką kolonię dłużną i pokazuje ją palcem każdemu rządowi, który jeszcze chciałby się wychylić. Rosnące w tych warunkach frustracje, niemożliwe z powodu europejskiego neoliberalnego kaftana do rozwiązania w konstruktywnej polityce społecznej i gospodarczej, rozdymają prawe ekstremum spektrum politycznego. Tym bardziej i tym łatwiej, że neoliberalne „skrajne centrum” w szacownych liberalnych europejskich demokracjach właśnie w rasistowskich kategoriach prezentowały przyczyny zapaści Europy Południowej. Miała ona nastąpić rzekomo w rezultacie „wrodzonych” cech tych śródziemnomorskich obiboków.
Ale prawdopodobnie jest nawet jeszcze gorzej. Nie tylko są te poszczególne, rozproszone rasizmy produktami ubocznymi ograniczonego przez neoliberalne ramy Unii Europejskiej pola manewru polityki w poszczególnych krajach (bezwzględne pierwszeństwo dyscypliny budżetowej i monetarnej przed odpowiadaniem na problemy i potrzeby społeczne). Być może całe to napięcie – UE versus poszczególne rasizmy narodowe – jest już tak naprawdę po prostu rywalizacją konkurujących rasizmów, walką różnych projektów rasistowskich: rasizmów narodowych i „większego” rasizmu europejskiego.
Unia Europejska nie tylko nic od dawna nie robi w odpowiedzi na najbardziej rasistowskie ekscesy poszczególnych państw – takie jak szczucie rządów Włoch, Austrii i Wielkiej Brytanii na uchodźców, brytyjskie deportacje własnych obywateli o ciemnym kolorze skóry do krajów, w których od dzieciństwa (albo nigdy) nie byli, włoskie i francuskie zakazy pomagania ludziom uciekającym przed wojnami, za które przynajmniej część odpowiedzialności (jak w przypadku Libii i Syrii) ponoszą przynajmniej niektóre państwa europejskie (zwłaszcza Francja i Wielka Brytania).
Unia Europejska nie tylko się w takich sprawach nie zająkuje nawet fałszywym oburzeniem. Unia Europejska sama, na swoim instytucjonalnym poziomie, robi to samo, co poszczególne państwa. Ściga się z nimi, w niektórych obszarach je wyprzedza o całe lata, wręcz wytycza im szlaki, rozwijając swoją dystopijną superagencję do ochrony fos wokół Twierdzy Europa, Frontex. Budując mury i zasieki na najbardziej krytycznych Europy limesach. Przyglądając się bezczynnie, jak tysiące uciekających przed śmiercią ludzi „niewłaściwego” koloru skóry znajduje ją w wodach Morza Śródziemnego, a czasem nawet trochę ich tam jeszcze ukradkiem spychając. Dobijając targów z Erdoganem w Turcji i zbójcami w upadłym państwie Libii, żeby oni tych nieszczęśników zatrzymywali przemocą u siebie, co by jaśnie pani Europa sama nie musiała sobie umorusać rękawiczek. I kto wie, jakie jeszcze w zaciszach gabinetów wykuwając polityki, żeby „chronić Europę” przed „zalewem” jej ofiar.
Europejski autorytaryzm
Część lewicy dostrzega to wszystko, ale i tak upiera się, że liberalne formalne filary Unii Europejskiej postawione w lepszych znacznie czasach są w jej grunt wbite wystarczająco mocno, żeby mimo wszystko stanowiły znaczącą ochronę przed dalszymi postępami autorytaryzmu charakterystycznymi dla czasów tak złych jak nasze. Niektórzy wciąż wierzą w aksjologiczne pochodzenie „wspólnot europejskich”, to znaczy za dobrą monetę przyjmują opowieści, że Europę jednoczyły podzielane wartości (moralne, etyczne, polityczne, itd.). Jest to jednak dość naiwne wierzenie, dzisiaj na domiar złego po prostu niebezpieczne.
Unia nie wykonuje żadnych ruchów przeciwko postępującej od lat koncentracji autorytarnych instrumentów władzy przez Pałac Elizejski w Paryżu (permanentny stan wyjątkowy, prawie faszystowski impet policyjnej reakcji na protesty żółtych kamizelek, z zabijaniem protestujących włącznie). Unia od ponad roku nie znajduje energii, by zdobyć się na choćby słowa potępienia dla hiszpańskich reakcji na głos ludu w Katalonii (cykliczne pałowanie protestujących, bezprawne przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych).
Unia ma gdzieś postępy autorytaryzmu w Europie, bo sama staje się organizmem coraz bardziej autorytarnym, który taką swoją naturę zademonstrował szczególnie wyraźnie w stosunku do Grecji, ukaranej za to, że lud śmiał mieć inne zdanie niż neoliberalni eurokraci w Brukseli i bankierzy we Frankfurcie i Berlinie. Unia rozwija swoje siłowe agencje, jak wspomniany Frontex. Być może niebawem zobaczymy wspólne siły zbrojne, których użycie będzie zapewne tak samo poza kontrolą demokratyczną jak procedury Komisji Europejskiej, jak stosunek Unii Europejskiej do referendów o jej neoliberalnych traktatach. Ani się wtedy obejrzymy, a polscy, czescy czy bułgarscy szeregowcy obudzą się w Afryce, z misją obrony neokolonialnych interesów Francji, bez demokratycznej debaty. Wygląda też na to, że UE po prostu przyjęła do wiadomości, że należące do jej kluczowych liberalnych wartości swoboda ruchu i otwarte granice pomiędzy państwami członkowskimi, zostały na fali antyuchodźczej histerii de facto zawieszone.
Wartości czy akumulacja kapitału?
Dlaczego? Jest to banalnie proste. Wbrew fantazjom apologetów, Unia Europejska nie powstała z pobudek aksjologicznych, ale jako przestrzeń ekonomiczna, rama dla nowego etapu akumulacji kapitału, przestrzeń dla ekspansji wielkiego kapitału już ponad – czy transnarodowego i umożliwiająca „utransnarodowienie” poszczególnych najsilniejszych europejskich kapitałów narodowych w warunkach globalnej konkurencji.
Owszem, procesy integracji europejskiej i poszerzania UE stawiały jako warunek pakiet liberalnych standardów prawnych i politycznych. Ale po pierwsze idealistyczne wartości były długo lepszym środkiem propagandowym, sposobem na uwiedzenie całych społeczeństw, niż gdyby najbogatsi mieli po prostu się przyznać, że chcą zarabiać jeszcze więcej. Po drugie wynikało z tego, że państwa, które stanowiły rdzeń wspólnot europejskich, były wówczas liberalnymi demokracjami, chciały więc ekspansji w warunkach w miarę podobnego środowiska prawnego i politycznego, żeby wiadomo było czego się wszędzie spodziewać. W ówczesnych lepszych czasach kapitalistom i (neo)liberałom pospołu liberalny pakiet norm i wartości wydawał się najlepszym środowiskiem dla dalszej, potencjalnie „nieograniczonej” akumulacji kapitału. Kiedy czasy dla kapitalizmu są dobre, liberałom zawsze wydaje się, że tym razem to już potrwa wiecznie, choć w realnym kapitalizmie nigdy wiecznie nie trwa.
Dobre czasy już się skończyły, w kapitalizm uderzył największy kryzys w jego historii, w Europie wyrządzając większe szkody niż gdziekolwiek indziej w tzw. świecie rozwiniętym. Pakiet liberalnych norm i wartości – tam, gdzie dotyczy osobistych i politycznych wolności, ochrony przed dyskryminacją i arbitralną przemocą ze względu na nasze cechy przyrodzone lub społeczno-polityczne identyfikacje – stanowi teraz dla dalszej akumulacji kapitału przeszkodę raczej niż podporę. W warunkach kryzysu zawsze okazuje się, że jedynymi „prawami człowieka”, jakie naprawdę zawsze się w liberalizmie liczą i wygrywają ewentualne spięcia, są prawa wyprowadzone z własności i prawa do tej własności pomnażania. Wszystkie inne, w razie potrzeby, mogą zostać w dogodnym momencie zawieszone. Dlatego właśnie Unia przygląda się dziś biernie, a czasem po cichu uczestniczy, w autorytarnej transformacji kontynentu.
Kto jest czyim pożytecznym idiotą?
Oczywiście, Unia Europejska oferuje nam od czasu do czasu coś dobrego, zwłaszcza w dziedzinie naszej ochrony jako konsumentów, bo z czegoś musi wyprowadzać swoją legitymizację. Ale i to raczej dla niepoznaki, po to, żebyśmy odwracali uwagę od demontażu naszych praw jako pracowników, jako potencjalnie potrzebujących kiedyś materialnego wsparcia, jako imigrantów, jako uchodźców, jako podmiotów posiadających różne opinie polityczne i pragnienie ich wyrażania w przestrzeni publicznej, itd.
Kiedy Unia decyduje się ustami którejś ze swoich instytucji zabrać głos w sprawie autorytarnych ataków na demokrację, to udaje jej się to wyłącznie w stosunku do swoich słabszych, młodszych stażem, „niedojrzałych” członków na Europy „Dzikim Wschodzie”, co jest samo w sobie manifestacją przenikającego dziś UE rasizmu.
Ogromna część polskiej lewicy traktuje dzisiaj każdego, kto krytykuje Unię Europejską, jako pożytecznego idiotę prawicy – albo Putina. A co, jeśli jest zupełnie odwrotnie: to taka lewica dała się wkręcić w rywalizację mniejszych rasizmów z większym i stała się zgrają pożytecznych idiotów tego większego?

Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Ten model napędza nierówności Wywiad

O tym dlaczego kapitalizm szkodzi, o potrzebie nowego paradygmatu i o pewnej bezradności liberalnego intelektualisty wobec wyzwań współczesności, Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z prof. Janem Zielonką, politologiem, profesorem Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie.

 

Powiedział Pan swego czasu, że trzeba „wymyślić kapitalizm na nowo”. W filmie „Operacja Samum” jeden z bohaterów mówi o drugim, że ratuje świat, podczas gdy on go tylko wyklepuje. Nie wydaje się Panu, że i Pan też tylko wyklepuje świat? Już nic nie będzie poza kapitalizmem?

Ani demokracja, ani kapitalizm nie przestaną istnieć, tylko one muszą się dostosować do rzeczywistości. Ale demokracja i kapitalizm za nią nie nadążają, zwłaszcza demokracja, która wymaga interwencji publicznej.

 

A kapitalizm?

Kapitalizm się jej wymknął. Uciekł, po prostu.

 

Mówi Pan o neoliberalizmie… Jest odpowiedzialny za ta zepsutą rzeczywistość?

Tak, o neoliberalizmie i jego odpowiedzialności. Przecież to nie jest tak, że Chińczycy kazali nam wszystko prywatyzować. Sami to robiliśmy. A jak ktoś tego nie robił, to był nazywany zacofańcem. To się musi zmienić, ale nie ze względu na zmiany technologiczne, ale ze względu na oczekiwania społeczne. Bo jeżeli ten model kapitalizmu napędza tak potworne nierówności społeczne, to muszą być tego konsekwencje.

 

To musimy się na coś zdecydować: czy zwracamy uwagę na stosunki społeczne, czy też na stosunki ekonomiczne. Ludzie mają poczucie pozbawiania ich podmiotowości, kapitalizm staje się ponadpaństwowy. Jak Pan sądzi, w którą stronę powinny iść zmiany społeczne?

Ja się zgadzam z Panem w tym, że kapitalizm jest ponadpaństwowy, ale nie zgadzam się, że można zmiany ekonomiczne oddzielić od społecznych. Dam Panu przykład: przyjechałem do Polski, by opiekować się chorym ojcem, który jest w szpitalu. I zauważyłem jedną rzecz: jak to jest możliwe, że wchodzę do każdego banku i tam jest klimatyzacja, a w żadnym szpitalu tej klimatyzacji nie ma? I dostawałem odpowiedź, że bank jest prywatny, a szpital publiczny. Co to za argument?! Ale to pokazuje ważną sprawę: związek spraw społecznych z ekonomicznymi. I że w tym systemie demokracja funkcjonuje z kapitalizmem w sposób całkowicie ułomny. Przecież musimy mówić o pojęciu interesu publicznego. Czy w interesie publicznym jest, żeby ludzie umierali z powodu upałów w szpitalach?

 

Ale jednak rynki uciekły spod kontroli państwa.

Jeśli część rynków uciekła spod kontroli państwa, to ja się pytam: gdzie jest i była władza publiczna, gdy traciła wpływ na rynki? Wiele osób na lewicy, jak na przykład z kręgów Corbyna, odpowiada dziś, że tak, musimy odzyskać kontrolę państwa nad gospodarką.

 

A da się?

Otóż to – nie da się. Jasne, w polityce nigdy nie ma działania według zasady „wszystko albo nic”. Ale moim zdaniem, takie hasła są sprzeczne z kierunkami rozwoju technologii i procesów społecznych. Jeżeli transakcje są ponadnarodowe, to trzeba stworzyć autorytet ponadnarodowy, który powinien nad tym zapanować.

 

Na razie mamy Unię Europejską.

Tak. Ale trzeba pamiętać, że ten jedyny autorytet ponadnarodowy się rozwala.

 

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w jej polu widzenia nie było polityki społecznej. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro szefem Unii jest symbol rajów podatkowych, a szefem jej parlamentu – najbliższy współpracownik Berlusconiego.

 

Co zatem robić?

Trzeba zmienić paradygmat. Trzeba kogoś, kto byłby odpowiednikiem Adama Smitha czy Karola Marksa XXI wieku. Kto całościowo ująłby problemy własnościowo-społeczne. Ale tego kogoś nie mamy. Z różnych powodów zresztą, z których jednym z najważniejszych jest ten, że zabiera to czas. Nawet jak ludzie mają dobry pomysł, to nie wiemy, jak on się sprawdzi w praktyce. Uważam, że rzeczy trzeba sprawdzać na zasadzie prób i błędów. To wymaga czasu właśnie. Po drugie, nawet jak się wyjdzie z nowym pomysłem czy paradygmatem, to trzeba go przetłumaczyć na język zrozumiały dla obywateli i o nim z negocjować. To jest też długi proces. Na przykład ja mam pomysł, jak zreformować Europę. Tylko co z tego? Musiałbym to przełożyć na język, przekonać elektorat. To zajmie co najmniej dekadę.

 

Nieoptymistycznie Pan brzmi. A ludzie chcą zmian już, natychmiast.

Neoliberalizm zdefiniował podstawowe punkty – co jest mądre, co głupie, co potrzebne, co nie. To jest ideologia. Oni tak zdefiniowali normalność, że wszyscy ci, którzy mieli inne pomysły, byli od razu uwalani. Nawet wśród intelektualistów duszono najmniejszą choćby dyskusję.

 

Myśli Pan, że to zaszkodziło Europie?

Mówię o tym, żeby pokazać, że to wszystko nie jest kwestią przywództwa politycznego, nawet nie jest kwestią mobilizacji społecznej. Bo jeżeli chcemy maszerować na ulicy z przywódcą, który nas gdzieś prowadzi, to ja chcę wiedzieć, gdzie i po co. Mamy kryzys paradygmatu. Nie ma sensu biec na barykady, skoro nie znamy celu tego biegu. Ludzie na Zachodzie tego nie rozumieją.

 

Liberalizm się nie sprawdził?

Nie sprawdził się albo został zaprzedany. A nowe elity wiedzą czego nie chcą, ale jednocześnie wizji całościowej nie mają.

 

Nie wiedzą, czego chcą?

Ależ nie, wiedzą. Chcą powrotu państw narodowych. I ja nawet jestem za. Liberalizm zaniedbał tożsamość. Ale szybko się przekonają, że to państwo dziś bardzo mało może. Że to nie jest państwo XVII i XIX wieku. Trzeba pomyśleć, co ono dzisiaj może. Przyzwyczailiśmy się, że państwo dzisiaj nie kontroluje transakcji finansowych. Ale obrona narodowa, o tak, to powinno kontrolować państwo. Tylko pytanie, jakie państwo? Chłopcy w mundurkach, pod flagą, na granicy? Jak się jest w NATO, to obrona narodowa jest inna niż na Donbasie, gdzie jest konflikt etniczny. Obrona NATO jest obroną przed atakiem jądrowym, broń jest w kosmosie i w przestrzeni cybernetycznej. Do tego trzeba komputera, a nie patriotycznego chłopca z karabinkiem i siedzącego pod flagą. Nie chcę powiedzieć, że te tradycyjne metody są całkiem do niczego. Chodzi mi tylko o to, że jak pan Błaszczak da hasło do wymarszu, to większość po prostu wyjedzie, ucieknie. Ci sami, którzy są przeciw uchodźcom – jutro sami będą uchodźcami. To jest wszystko bardziej skomplikowane, niż zwolennicy państwa narodowego próbują nam wmówić. Większość państw narodowych nie potrafi sama niczego zrobić.

 

Demonstruje Pan pewną bezradność. Trudno coś powiedzieć na pewno – mówi Pan. A ludzie chcą jednak jasnego przekazu. O, tutaj idziemy, to jest kierunek.

Nie mam ambicji być nowym Marksem. Ale widzę, że pewne rzeczy zostały zrobione źle. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić, to powiedzieć, co zostało zrobione źle.

 

Nazwać to…

Na przykład weźmy liberalizm. On nie mówi tylko o wolności, liberalizm jest też o równości. I jest oczywiste, że w ostatnich latach wolność była promowana, a równość zaniedbywana. Nie muszę mieć paradygmatu marksistowskiej wojny klas, by doprowadzić do tego, by brak równowagi został zmieniony. W tym celu należy wprowadzać pewne rozwiązania polityczne. Na przykład płaca minimalna, podatek od dziedziczenia. To nie może być czekanie na Godota, pewne rzeczy można już wprowadzać. Najpierw jednak musimy uznać, że nierówności poszły za daleko. PKB w Polsce od 1989 roku wzrosło o 25 proc. I to jest fakt. Ale jak on został podzielony? Wiemy, jak bardzo niesprawiedliwie, bo Polska jest liderem w Europie, jeśli chodzi o liczbę prekariuszy. A w Polsce ludzie z PO nie chcą się do tego przyznać. Może dlatego, że jeżeli się do tego przyznają, to będą musieli wziąć za to odpowiedzialność.

 

A chętnych na to nie ma.

My nawet nie jesteśmy na tym etapie, by jednoznacznie nazwać błędy neoliberalizmu, a co dopiero pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy na nich zarobili. Nie jest więc tak, że neoliberalizm już kona.

 

Jeśli nie nazwiemy błędów, to nie wyciągniemy z nich wniosków, a jeśli nie wyciągniemy wniosków, to trudno mówić o jakichś zmianach.

Dokładnie. Widać więc, że to nie jest kwestia zmiany na nowe. Trzeba najpierw zrozumieć, kto jakie popełnił błędy. Ludzie przez trzy dekady głosowali na liberałów. I wreszcie powiedzieli „dość”.

 

Droga do zmian wydaje się otwarta.

Dobre pomysły nie wystarczą, bo ci, którzy są przy kasie i przy władzy, nie palą się do zmian. Nowe, antyliberalne rządy stosują metody oczywiście niedemokratyczne i niemądre. Ale powstaje pytanie: a jakie inne? Wiemy, dlaczego stworzyliśmy system, w którym ci, którzy wygrywają wybory, nie mogą robić wszystkiego co chcą. Demokracja nie jest dyktaturą większości. Mniejszość musi mieć jakieś prawa, kiedy przegrywa. To elementarne pojęcia. Po drugie ta większość nie reprezentuje całego społeczeństwa. Tylko w krajach niedemokratycznych przywódca dostaje 99 proc głosów. Z drugiej strony wiemy, że parlamenty nie są najbardziej efektywne.

 

A dlaczego?

Dlatego, że po wyborach partie przestają być związane ze swoją bazą wyborczą. Kiedyś tak może było, ale teraz partie nie reprezentują żadnych określonych grup społecznych, tylko jakichś amorficznych wyborców. Zabezpieczeniem słabości demokracji jest trójpodział władzy, gwarantujący, by wzajemnie się one kontrolowały. To działało. Ale nagle okazało się, że duża część decyzji jest podejmowana przez organy nie pochodzące z wyborów: banki centralne, Komisję Europejską, Trybunały Konstytucyjne. Tu spowodowało przegięcie, które zachwiało całym demokratycznym systemem liberalnym. Najlepszym przykładem było wyproszenie premiera Grecji z obrad Grupy Europejskiej, a kiedy protestował, to powiedziano, że Grupa jest organem nieformalnym i jej członkowie mogą robić, co im się podoba. A przecież oni decydowali o suwerenności całego państwa! Jasne, największym problemem nie była Troika, ale to, że rynki wyszły spod kontroli demokracji. Wszędzie, nie tylko w Grecji. Doszliśmy do sytuacji, w której żadne państwo nie pozwoli sobie na politykę, która będzie przeciwstawiać się rynkom. Ostatnim politykiem, który próbował to zrobić, był Mitterand i został przez rynki zmiażdżony.

 

A nie próbowano jakoś połączyć rynków z demokracją?

Tak, Tony Blair próbował to robić i mnie się to wtedy podobało. Dziś widzę, że to była błędna idea. Podczas kryzysu 2008 roku podjęto trzy kluczowe decyzje. Pierwsza, że międzynarodowe banki mają zostać zasilone państwowymi, nie unijnymi pieniędzmi. Druga, że banki trzeba ratować kosztem innych dziedzin, a trzecia, że za ratowanie banków płacili podatnicy. U podstaw tych decyzji leżał strach, że jeśli banki upadną, to zawali się cały system.

 

I na czym polegał błąd?

Na tym, że podejmowały te decyzje rządy, a nie parlamenty. Na tym, że nawet nie próbowano rozmawiać o tym z wyborcą.

 

Neoliberalny kierunek rozwoju tkwi korzeniami w USA. Czy nie uważa Pan, że podporządkowanie się Stanowym Zjednoczonym szkodzi Europie?

Nie zgadzam się. Związki z USA są różne dla różnych państw. Integracja Europy byłaby niemożliwa bez Ameryki, a Amerykanie zawsze byli zwolennikami zjednoczonej Europy. Owszem, zaczęło się to zmieniać po zimnej wojnie, szczególnie za czasów Busha, który wciągnął nas w wojny, które są teraz dla Europy źródłem problemów. Nie widzę tego jednak w tak czarno-białych kolorach. Nie jest niczym złym, że Ameryka jest silna. Siłą można robić dobre rzeczy i nie mam poczucia, że USA są źródłem zła. Prawdą jest jednak, że Ameryka w ostatnich latach niewiele zrobiła dobrego.

 

Skoro wiemy, że Unia Europejska zaczyna buksować, to jakie mamy recepty na jej uzdrowienie?

Chodzi przede wszystkim o logikę integracji. Tak jak mówiłem – najpierw trzeba zrozumieć, co poszło źle. Integracja oparta na państwach narodowych prowadzi do tego, że albo państwa popełnią zbiorowe harakiri i przekażą swoje kompetencje państwu europejskiemu, albo będą musiały integracje zarzucić. Dziś wiemy, że obie te koncepcje są nierealne. Z jednej strony nie ma szansy na państwo europejskie, a z drugiej dezintegracja Europy niesie mnóstwo zagrożeń. Brexit nam to pokazał. Trzeba rozbić logikę dotychczasowej integracji. Elity państw narodowych nie pójdą na ścisłą integrację, bo stracą swoją dominującą rolę i staną się elitami zaledwie lokalnymi. Proponowałem, by w procesach decyzyjnych będą brali udział aktorzy społeczni: miasta, NGO-sy, podmioty gospodarcze. To wszystko jest kwestią dyskusji. A na to trzeba czasu, którego nie mamy.

 

Ciekawe, że w naszej rozmowie nie ma żadnej lewicy. Nie ma dla niej miejsce, skoro już nie ma nic innego jak tylko kapitalizm? Ma być biernym aktorem, czy jednak poszukiwać nowych propozycji dla ludzi?

Uważam, że na kryzysie liberalizmu najwięcej straciła lewica. Centrolewica w dużym stopniu współrządziła w czasach neoliberalizmu i na niej spoczywa odpowiedzialność za korupcję i rozwarstwienie. Upadek ZSRR skompromitował radykalną lewicę. W momencie, kiedy siły antyliberalne zaczęły rosnąć w siłę, to prawica w sposób naturalny przejęła ich antyliberalne hasła: między innymi anityimigranckie i akceptujące nierówności społeczne. Prawica potrafiła wejść do łóżka z populistami. Lewicy bardzo trudno zrobić to, co prawicy idzie łatwo – trudno się jednoczy. Dzisiaj jest wyborczy popyt na hasła lewicowe, ale partie prawicowe łatwo je przejmują. Lewica musi odbudować kadrę, postawić na nowych ludzi. Ale o tych trudno, bo starzy nie chcą odchodzić.