Klęska wolnego rynku

Globalny kryzys spowodowany COVID-19, który dotknął gospodarki wszystkich państw, obalił podstawowy mit zwolenników liberalnej szkoły ekonomii o niezawodności samoregulującego się rynku.

Należy podkreślić, że państwo może i musi prowadzić szeroką politykę fiskalną, nawet kosztem deficytu w celu pobudzania popytu zagregowanego (przesuwania go w prawo), aby utrzymywać okrężny obieg gospodarki w trakcie kryzysu i łatwiejszego wychodzenia z niego. Pobudzanie popytu agregatowego zgodnie z klasyczną szkołą keynesowską musi polegać na zwiększaniu wydatków publicznych, obniżce stóp procentowych, tworzeniu miejsc pracy w celu zmniejszania stopy bezrobocia i zwiększaniu emisji obligacji skarbowych.

Czym właściwie jest deficyt?

Należy najpierw odkłamać bzdurę, której liberalne rządy trzymają się od lat – utrzymywanie budżetu bez deficytu.

Po pierwsze, szkoła Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory, MMT), która zyskuje na popularności dzięki takim ekonomistkom jak Stephanie Kelton i Pavlina R. Tcherneva, mówi jasno, że deficyt nie jest problemem a ze zrównoważonego budżetu państwo nie stworzy nowych miejsc pracy (wzrost bezrobocia jest pogłębianiem problemu lepkości cen, które polegają na opóźnionym dostosowaniu się cen do sił popytu i podaży), nie zapewni bezpieczeństwa socjalno-finansowego i nie pobudzi zagregowanego popytu, gdy nie podejmie się zwiększania wydatków publicznych, które są kluczowe dla wzrostu PKB. Po drugie, żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego. Czasy pieniądza opartego o kruszec są za nami i powrót takiego pieniądza zabiłby efektywność gospodarczą, ale także doprowadziłyby do deflacji, zjawiska drogich kredytów, zwiększonych kosztów eksportu i spadku produkcji (spadek cen powoduje spadek produkcji).

Pieniądz fiducjarny, jak sama nazwa wskazuje, w swojej istocie jest oparty o zaufanie. Państwo ma monopol na pieniądz i nie ma prawa wykręcać się brakiem środków na finansowanie konkretnych operacji gospodarczych. Dług publiczny i dług prywatny to całkowicie dwie inne kwestie; gospodarka państwa nie działa jak firma, państwo ma moc fiskalną, jakiej przedsiębiorstwa nie mają. Deficyty dostarczają pieniądz do gospodarki – złotówka za złotówkę, dlatego nie mogą „okradać” sektora prywatnego. Jednak szkoła MMT nie proponuje nieograniczonego deficytu, nie chodzi o ciągłe bilansowanie budżetu i wprowadzanie gospodarki w marazm, a o pobudzanie jej efektywności przy polityce pełnego zatrudnienia przy stabilności cen. Trend deficytów przy pełnym zatrudnieniu jest malejący nawet w przypadku szerokiej polityki fiskalnej. Dlaczego? Sektor prywatny zawsze korzystnie reaguje w przypadku niskiej stopy bezrobocia oraz pojawia się delewarowanie; rosną wydatki i inwestycje, o których wcześniej wspomniałem, są korzystne przy polityce pobudzania zagregowanego popytu, dla wyższych wpływów z podatków a co za tym idzie wyższego PKB. Konkluzja jest oczywista: polityka sztucznego tworzenia stabilnego budżetu jest zabójcza dla potencjału gospodarki.

Co ze strefą Euro?

Z punktu widzenia socjaldemokraty i zwolennika suwerennej polityki monetarnej, euro w Polsce jest projektem na tyle długookresowym i egzogenicznym (ma bardziej aspekt polityczny niż ekonomiczny), że nie warto na tę chwilę brać go pod uwagę. W przypadku zmiany waluty na euro Bank Centralny Polski zostaje ograniczony, co w efekcie musi przyczynić się do osłabienia polityki monetarnej Polski. Bank Centralny Polski nie może w takiej sytuacji szybko reagować np. na fluktuację, nie może samodzielnie ustalić konkretnych stóp procentowych dla danej fazy koniunkturalnej kraju, a także konsekwencją jest osłabienie polityki fiskalnej. Z technicznego punktu widzenia kraj, który emituje i kontroluje własną walutę, nie może zbankrutować. Państwo w przypadku posiadania suwerennej waluty może prowadzić odpowiednie wydatki publiczne w sposób elastyczny. Polski Bank Centralny w czasie kryzysu (i nie tylko, ale w fazie kryzysu powinien mieć obowiązek) wykupuje obligacje skarbu państwa, mimo teoretycznego zakazu monetyzacji długu. Z praktycznego punktu widzenia Banki Centralne zakupują dług państwa w sposób pośredni – odkupując od banków komercyjnych. Powodem tego jest formalny zakaz zakupu długu państwa przez Bank Centralny w sposób bezpośredni. Najlepszym przykładem takiej praktyki jest Japonia. W skrócie rząd uzyskuje środki przez ich kreację w Banku Centralnym w sposób pośredni – z pomocą banków komercyjnych na zasadzie rynkowej. W przypadku braku suwerennej polityki monetarnej Bank Centralny traci kontrolę nad funkcjonującą walutą.

Dlaczego obniżamy stopy procentowe?

Skoro była mowa o stopach procentowych, warto zastanowić się, dlaczego Banki Centralne mają obowiązek obniżania stóp procentowych na czas kryzysu.

Stopa procentrowa jest ceną pieniądza, która warunkuje cenę, jaką banki sprzedają pieniądze na kredyt oraz po jakiej cenie oddaje się je w depozyt bankom. Celem odpowiedzialnej polityki monetarnej i zadaniem Banku Centralnego powinno być zapewnienie stabilności polskiej waluty. Skupmy się jednak nad obecnym (specyficznym) kryzysem i dlaczego w odpowiedzi poprawnym jest ustalanie niskich stóp procentowych (aktualna główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc.). Kapitał portfelowy, czyli kapitał krótkoterminowy jest lokowany w rządowych papierach wartościowych, w celu zwiększenia ich ceny obniża się stopy procentowe, aby banki wykupywały je po wyższych i atrakcyjniejszych dla państwa cenach. W celu prowadzenia ekspansywnej polityki monetarnej (która jest kluczowa przy zjawisku stagflacji, czyli zjawiska wzrostu cen i spadku produkcji) udostępnia się kapitał coraz większej ilości osób, co za tym idzie – zwiększa się podaż pieniądza. W takim przypadku Bank Centralny tworzy atrakcyjne warunki kredytowe, tak żeby zachęcały ludzi do ich zaciągania – obniżka stóp procentowych.

Oczywiście nie jest to korzystne dla banków komercyjnych, ale te sobie poradzą (a jeśli nie, to… Volenti non fit iniuria), stawką jest ujarzmienie kryzysu i zapewnienie dobrobytu ludziom; ułatwienie zakupu mieszkania i mniejszych kosztów z tytułu kredytu. W przypadku liberalnego systemu gospodarczego oczywiście deweloperzy będą zwiększać ceny nieruchomości (co wynika ze zwiększonego popytu na zakup nieruchomości), dlatego niezbędna jest interwencja państwa w celu kontroli i regulowania cen. Oczywiści stopy procentowe nie mogą być stale utrzymywane na jednym, niskim poziomie, można je lekko podwyższać w czasie koniunktury w celu zapobiegnięcia zjawiska pękniętej bańki spekulacyjnej, lecz nie może ona być na tyle podwyższona, by pobudzony zagregowany popyt drastycznie malał. Inflacja jest całkowicie zrozumiałą konsekwencją takiej polityki, ale problem inflacji spowodowanej zwiększoną podażą pieniądza i niskimi stopami procentowymi rozwiązuje się progresją podatkową, która wypompowuje pieniądze z rynku, powodując efektywniejsze ulokowanie kapitału, a także zwiększa krańcową skłonność do konsumpcji. Większa stawka podatkowa dla zamożnej jednostki powoduje większy dochód rozporządzalny, czego następstwem jest zwiększona konsumpcja. Progresja podatkowa daje szersze możliwości fiskalne państwa, które pomogą mniej zamożnym pobudzić zagregowany popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zwiększyć efektywność gospodarki danego państwa.

Zatrzymać faszyzm

Teraz już naprawdę nie musicie straszyć, że polska prawica wyhoduje faszyzm i nacjonalizm. On już został wyhodowany.

Dzieci przez całe lata uczono, że komunizm i państwo oraz podatki to kradzież, a święty jest tylko rynek; ludźmi i twórcami wszelkiego dobra są tylko przedsiębiorcy i każdy musi marzyć by nim zostać, bo reszta to przegrywy czyli bezrobotne roszczeniowce.. Do tego, tłumaczono, Polska być może tylko katolicka. W pakiecie dochodzi jeszcze JP2, wyklęcizm, a jak jest źle, to cała wina na pewno jest po stronie komuny. Mimo to, obywatelu, świętuj jej upadek bo wolność = kapitalizm…

Po 15 latach macie owoce!

A że jest źle i biednie i nie każdy został właścicielem firmy i ma swój dworek z kolumnami to kto może być temu winny? Jak to? No komuna i wrogowie Tradycji! Więc trzeba walczyć o więcej kapitalizmu w kapitalizmie i niszczyć państwo!… Ups, czyżby wyszło mi właśnie pełne streszczenie programu Konfederacji i Bosaka?

Wiem, że tak jest, bo to moje pokolenie i jak ktoś nie miał lewicowych tradycji obok siebie, to szedł na prawo, bo tak podpowiadał, a czasem wręcz rozkazywał system, w który wpakowano miliardy złotych i tysiące etatów. I oto macie, demokraci, oto cała wielka tajemnica Konfederacji i Bosaka. Made by PO, PiS, TVN, TOK FM, IPN, Wyborcza.

Dziś za późno już, by piętnować brunatne poglądy. One już przestały dziwić, oburzać czy wywoływać zdziwienie. Straszenie Bosakiem i Konfederacją już też powoli nie ma sensu, bo nie ma odbiorców. Prawie co dziesiąty aktywny wyborca ją popiera,

PiS jest bardzo bliskie tym poglądom,

a PO w dużej części pozostaje zafascynowana tą ideologią, bo skrycie marzy by być tak samo wolnorynkowa, jak Korwin-Mikke grożący maczetą socjalistom. Poziom faszyzacji i prawicowości dyskursu w Polsce jest taki, że ewidentnie można zdobywać tutaj poparcie i elektorat obnosząc się ze swoją homofobią i byciem obrzydliwym ksenofobem. Ba, można nawet z dumą pokazywać wynik testu poglądów politycznych, w którym najbliższym wynikiem jest faszyzm. I zyskiwać poklask.

Z kolei przerażająco niskie poparcie dla kandydata z zaszczuwanej pod publiczkę mniejszości świadczy bardzo źle także o samym elektoracie. Polska to nie jest jakaś Syria opanowana przez islamistów, żeby usprawiedliwiać głos na Dudę/Bosaka jakąś groźbą szybkiej śmierci, to na mapach naszej planety naprawdę kraj względnie zamożny i bezpieczny.

Odpowiedź na to wszystko może być tylko jedna: zwarcie naszych lewicowych szyków. A poparcie dla Rafała Trzaskowskiego w II turze… Jeśli w ogóle to tylko w zamian za BARDZO konkretne i DUŻE obietnice.

Potępiajcie system, nie jego ofiary

Polska obrodziła w samozwańczych moralizatorów i ekspertów, tym razem na temat Stanów Zjednoczonych. Bo jak przedstawia się w naszych mediach i internetowych komentarzach dramatyczny doprawdy zryw, który objął amerykańskie miasta? Doniesienia o brutalności policji kontruje się memami ukazującymi sceny kradzieży wielkopowierzchniowych sklepów celem wykpienia powagi sytuacji.

Treści, które starały się wskazać na źródła takiego przebiegu manifestacji – tak jak przejmujące przemówienie czarnej aktywistki Tamiki Mallory – spotkały się natomiast z zarzutami o “polityczne usprawiedliwianie rabunków”, “uzasadnianie grabieży”, podszytymi fałszywą troską komentarzami o “szkodzeniu szczytnej sprawie”. Cóż, im silniejsza potrzeba dorzucenia swoich trzech groszy do internetowej wrzawy, by poczuć się przenikliwym komentatorem, tym mniej zrozumienia procesów społecznych oraz klasowych, których wydarzenia towarzyszące buntowi w Stanach Zjednoczonych są jedynie nieuchronnym efektem końcowym.
Kapitalistyczno-konsumpcyjne społeczeństwo, w którym żyjemy, od kołyski wmawia nam, że godność i wartość społeczna mierzona jest materialnymi produktami: elektronicznymi gadżetami, metkami, logami, usługami. Wszechobecne reklamy – niosące ładunek ideologiczny – każą aspirować do posiadania coraz większej liczby rzeczy oraz wymieniać je co sezon. Do śmierci mamy być konsumentami, w których zostaliśmy przekształceni z obywateli. Kupujemy poczucie bezpieczeństwa, stabilną przyszłość, wolność od strachu. W dużej mierze mają to poczucie zapewnić produkty, których – choć ich realna wartość społeczna często jest nikła – to dają poczucie zażegnania dyskomfortu funkcjonowania w konsumpcyjnym społeczeństwie. Jeśli masz starego ajfona, to jest to oznaka, że jesteś biedniejszy i gorszy od tego, co ma najnowszego – masz się z tego powodu wstydzić. Jeśli masz najnowszego – świetnie sobie radzisz w życiu, należysz do klasy tych, którym się powodzi, choćby w rzeczywistości było zgoła inaczej. Jednocześnie ten sam kapitalistyczny system całe rzesze ludzi spycha w nędzę i skutecznie w niej utrzymuje. Oni nigdy nie nabędą tych najmodniejszych dóbr, pozostaną skazani na podróbki i poczucie dyskomfortu.
Dostrzegając ten kontekst, który w USA jest jeszcze bardziej wyrazisty niż w Europie, możemy zrozumieć, czemu w trakcie gwałtownych niepokojów społecznych są tacy, którzy korzystają z okazji i kierują się w ogólnym chaosie w stronę markowych sklepów. Wynosząc rzeczy dla siebie w ich odczuciu odzyskują jakieś poczucie godności, społeczną pozycję. Bo wielu z nich pewnie czuje, że zamieszki się skończą, rasistowska przemoc policyjna i ekonomiczna będzie trwać w najlepsze, wciąż będą pracować za najniższą stawkę pozbawieni praw pracowniczych oraz tkwić w nędzy getta, ale za to będą chodzić w najnowszych najkach, rozmawiać przez entą generację ajfona, wrzucać z niego zdjęcia na instagramie, grać na najnowszym plejstejszyn siedząc na bezrobociu albo spędzając czas po pracy za grosze. Choćby przez chwilę nie będą “gorsi od innych”. To jest ta okrutna rzeczywistość, której autorzy moralizatorskich komentarzy nie chcą zauważyć. Widzą drzewa, ale nie widzą lasu.
Jeśli więc naprawdę uważacie, że szlachetny protest został „skalany” i przez to mniej zasługuje na wasze poparcie, skierujcie ostrze swojej krytyki w kapitalistyczny i konsumpcyjny system, który skutecznie niszczy to, co wspólnotowe, zamieniając człowieka w konsumenta napędzającego popyt i podaż. Jako ludzie lewicy zaangażowani w organizacje społeczne, polityczne i związkowe staramy się zmienić tę okrutną rzeczywistość degradującą człowieka. Jesteśmy za politycznym organizowaniem świadomego swoich interesów społeczeństwa i klasy pracującej, która będzie miała poczucie godności dzięki społecznej sprawczości – nie poprzez realizowanie się w roli trybika-konsumenta w rynkowej, prekaryjnej machinie. Jednak służby w Stanach Zjednoczonych od samego początku za cel stawiały sobie niedopuszczenie do politycznej i społecznej samoorganizacji. Rozbijano związki zawodowe, stowarzyszenia i organizacje czarnoskórych. Dziś doskonale już wiemy, jak z premedytacją i chirurgiczną dokładnością służby niszczyły Czarne Pantery i inne organizacje, jak mordowano i kryminalizowano działaczy politycznych, jak fabrykowano zarzuty, jak finansowano handel narkotykami w czarnych dzielnicach biedy, by zdezorganizować działalność polityczną.
Dziś widzimy efekty tego przemocowego pozbawienia ludzi możliwości politycznego wychowania i sprawstwa – mamy do czynienia z rewoltami, które nie mają praktycznie żadnej formy politycznego przywództwa, mającego zdolność wpływać na dynamikę protestów. Takie są owoce działań finansowych i politycznych elit USA, które od zarania dziejów dążą do politycznej dezorganizacji społeczeństwa, które zdolne byłoby zmieniać otaczającą je rzeczywistość i reguły gry. To oni doprowadzili do tego, co teraz widzimy. Do tego, że część demonstrujących zajmuje się ślepym niszczeniem i grabieniem – też. Nie wolno przy tym zapominać, że dyskusja o stosunku do przemocy odbywa się od samego początku powstania masowych ruchów emancypacyjnych czarnych Amerykanów. I to nie tylko teoria. Warto przejrzeć uważnie filmy z amerykańskich demonstracji, by zobaczyć bunt we wszystkich jego odcieniach: gdy jedni rabują, inni próbują ich powstrzymywać przed rzuceniem kamieniem w witryny sklepu. Demolują sklepy i czarni, i biali, czasem czarni upominają białych rabusiów. Są jeszcze i prowokatorzy… Dyskusja o przemocy towarzyszącej wybuchom społecznym nie jest zamknięta.
I jeszcze jeden kontekst: w Stanach Zjednoczonych (i w każdym wielokulturowym społeczeństwie) kwestia rasizmu jest także kwestią klasową – dobitnie widzimy to w czasie epidemii, że to właśnie czarni Amerykanie oraz Latynosi są głównymi ofiarami wirusa Covid-19 oraz obecnego kryzysu ekonomicznego. Brak dostępu do powszechnej służby zdrowia, prekaryjne zatrudnienie, złe warunki mieszkaniowe, brak dostępu do porządnej edukacji i przeludnienie dzielnic ludowych zbierają swoje żniwo. Szansa, że osoba biała zarazi się wirusem, jest kilkunastokrotnie mniejsza, podobnie jak to, że odczuje ona skutki kryzysu. Radykalny skok bezrobocia spycha konkretne grupy społeczne w jeszcze większą nędzę. Tą grupą, która obecnie masowo traci pracę, są m.in. właśnie czarni Amerykanie z klas ludowych. Tymczasem Stany Zjednoczone są “wolnorynkowym rajem”, w którym socjalne zabezpieczenia praktycznie nie istnieją. Człowiek jest tam w pełni “kowalem własnego losu”, jednak pozbawiony narzędzi do jego “wykuwania” radzi sobie jak może, byle utrzymać na powierzchni siebie i swoją rodzinę. Choćby grabiąc, choćby potem sprzedając skradzione towary.
Przy okazji grabieże obnażają nam właśnie to, co skrzętnie ukrywamy jako społeczeństwo i czego staramy się do siebie nie dopuścić – że żyjemy w rzeczywistości, w której pożądanie produktów stało się dzikim instynktem. Można być pewnym, że wielu autorów moralizatorskich komentarzy wyznaje te same konsumpcyjne pragnienia (nikt od nich nie jest zupełnie wolny), tak samo odczuwa poczucie niższości z powodu nieposiadania tych czy innych dóbr albo boi się, że kiedyś przestanie nadążać za oczekiwaniami społeczeństwa. W imię samorealizacji i zachowania prywatnego komfortu są w stanie przemilczeć niesprawiedliwości społeczne i ekonomiczne. Do tego dochodzi jeszcze wiara w “amerykański sen”: skutecznie wszak wpojono nam przekonanie, że jeśli tylko się postarać, to zostaniemy dostatnio żyjącymi przedsiębiorcami. Na takim tle faktycznie łatwiej bardziej przejmować się tym, że zdesperowani ludzie podpalili komuś biznes, niż systemową, wielowiekową przemocą.
Jeśli więc nie będąc częścią masowego buntu antyrasistowskiego oburzasz się na grabieże i akty wandalizmu obecne na marginesie rewolty w USA, ale akceptujesz systemowe uwarunkowania, które do nich doprowadzają i milczysz, gdy dzieją się wokół nas – nie tylko w USA – społeczne i ekonomiczne niesprawiedliwości, to zamilknij i tym razem. Na koniec dedykuję autorom tych nic niewnoszących komentarzy, fragment wiersza Juliana Tuwima pt. “Straszni mieszczanie” z nadzieją, że zaczną dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe:

[…]
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.
[…]
I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.
Potem się modlą: „od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.

Bez żadnego planu

Niezależnie od tego, czy wierzycie w model szwedzki, czy nowozelandzki lub dowolny inny… To chyba wszyscy możecie już przyznać, że coś takiego jak polski model wychodzenia z pandemii po prostu nie istnieje!

U nas nie ma żadnego planu, żadnej naukowej prognozy, żadnych aktualizowanych ekspertyz. My po prostu mamy ministra zdrowia, który twierdzi, że wzrosty to spłaszczanie i znosimy obostrzenia, kiedy ilość zachorowań rośnie. Nie ma żadnej strategii, to wielki popis antyoświeceniowej, irracjonalnej wolnej amerykanki… Tyle, że Donald Trump przynajmniej wprost lekceważy zagrożenie, a polski rząd udaje odpowiedzialność. Z pięknymi słowami na ustach zapewnia, że wszystko jest w porządku i jednocześnie otwiera przedszkola w czasie wzrostu liczby zachorowań… Nie jest w stanie przeprowadzić testów wśród nauczycieli, czy nawet pracowników ochrony zdrowia.

To nie jest już nawet kwestia tej lub innej drogi. To kwestia tego, że PiS nie potrafi zarządzić żadnego spójnego planu i trzymać się go dłużej niż tydzień, a zamiast podejścia naukowego króluje podejście „ja i moi kumple jakoś sobie z tym poradzimy”. No chyba nie. Równocześnie triumfują neoliberalizm i libertarianizm – w tym, jak PiS stosuje obecnie korwinowską zasadę minimalizacji państwa w odniesieniu do problemu koronawirusa.
Nie państwo, nie wspólna narodowa strategia i szeroki plan oparty na naukowych prognozach i ekspertyzach. Nie wspólnota i solidarny wysiłek by pokonać pandemię… Zamiast tego ogłoszono, że o środkach nadzwyczajnych będą decydować samorządy.

Bardzo to ładne, pozornie megademokratyczne i oddolne… Ale co to oznacza w praktyce? Ano w praktyce oznacza to tyle, że biedniejsze samorządy będą musiały się otworzyć wcześniej. Biedniejsze samorządy nie będą testowały swoich nauczycieli. Biedniejsze uczelnie będą musiały szybko się otworzyć, biedniejsi po prostu zachorują itd. Totalny kapitalistyczny („samorządowy”) darwinizm z nieobecnym państwem, które umywa rączki i rządem który udaje, że za nic nie odpowiada. Waszego miasta nie stać na testy? Cóż, minister powie, że najwyraźniej nie było potrzeby ich przeprowadzić.

Słabość państwa minimum

Jak trwoga to do państwa – nasuwa się na myśl, gdy obserwujemy europejskie tendencje wzrostu poparcia dla ugrupowań rządzących. Jest to pozornie dziwne tym bardziej, że o ile taki wzrost jest dość oczywisty i zrozumiały w przypadku gabinetów, które podjęły stanowcze i skuteczne działania, tyczy się to również tych, których kroki mające na celu zapobieganie rozrostowi pandemii pozostawiają wiele do życzenia.

W tę tendencję wpisuje się np. poparcie dla rządu Borisa Johnsona, który sam omalże nie padł ofiarą wirusa. Pomimo tego, słupki sondażowe wystrzeliły w górę w niemal każdym europejskim państwie. Skąd taki obrót spraw?

Pandemia obnażyła słabości kapitalizmu, jaki znamy – pokazała, że państwo minimalne nie ma prawa zdać egzaminu nigdzie poza utopijną, libertariańską wizją świata.

Państwo jest potrzebne

Zobaczyliśmy nawet więcej – że to silne państwo jako jedyne jest w stanie zapewnić swoim mieszkańcom nie tylko godne warunki bytowe, ale i bezpieczeństwo. Choć fakt powszechności systemu ubezpieczeń zdrowotnych i bezpłatnych ubezpieczeń zdrowotnych, jakie nam przysługują, wydaje się być oczywisty, inaczej sytuacja ma się za Atlantykiem – bowiem kilkadziesiąt milionów Amerykanów i Amerykanek nie ma ubezpieczenia, a co za tym idzie – w przypadku uszczerbku na zdrowiu muszą się liczyć z horrendalnie wysokimi kosztami leczenia. Najgorsze jest to, że to problem tych, którzy na własnej skórze odczuwają „American Dream”. Poparcie nawet tracą zatem ci, którzy boją się odważnych działań, jak Donald Trump, a zyskują je ci, którzy bez zawahania podejmują konieczne decyzje.

Potrzebujemy liderów

Specyfiką nas, jako ludzi, jest dodatkowo to, że w obliczu kryzysu jednoczymy się przy władzy. Znowu można postawić pytanie – dlaczego? Odpowiedź może się wydawać oczywista, ale wielu stara się jakby wypierać przed jej zaakceptowaniem – bo tylko zjednoczeni jesteśmy w stanie stawić czoła trudnym wyzwaniom; tylko wspólnie możemy przezwyciężyć pandemię, kryzysy gospodarcze i klęski żywiołowe. Pojęcie „społeczeństwa jako zbioru jednostek” staje się nagle jakby nieaktualne, fałszywe – i dostrzegamy jak wiele nas, ludzi, ze sobą łączy i jaki wpływ mają na siebie osoby, które nie muszą wcale osobiście się znać. Władza reprezentuje Naród i wykonuje jego wolę – a przynajmniej w teorii powinno tak być. Nic więc dziwnego, że ludzie wspierają ją w działaniach, jakie mogą poprawić ich sytuację.

Państwo dobrobytu

Czas porzucić mrzonki, jakimi – ze szczególnie zresztą wzmożoną w ostatnim czasie aktywnością – mamią nas liberałowie; zacząć za to budowę modelu państwa prawdziwie opiekuńczego, a zatem takiego, które nie będzie tworzyć „Stref wolnych od ideologii LGBT”, za to zapewni każdemu dach nad głową, bezpłatną ochronę zdrowia, edukację i godne warunki pracy, a przy okazji nie będzie posłusznie klękać przed wielkim kapitałem. Bez gruntownych reform ustrojowych nie będziemy w stanie przeciwstawić się ani kryzysowi gospodarczemu, jaki nieubłaganie się zbliża, ani kolejnej pandemii – a kto wie, kiedy taka nastąpi.

Kapitalizm wyłazi z czarnej dziury

Tytuł artykułu jest parafrazą tytułu rozmowy z Profesorem Tadeuszem Klementowiczem opublikowanej w „Przeglądzie” Nr 11/2020 „Kapitalizm w czarnej dziurze. Świat jako obóz pracy”.

W pełni podzielam poglądy profesora, że „Polska tkwi na peryferiach światowego kapitalizmu”. W tym kontekście chcę zwrócić uwagę na zjawiska jakie zachodzą aktualnie w Polsce w dobie pandemii.
Początkowe nastoje solidaryzmu społecznego będące cechą ustroju sprawiedliwości społecznej , szybko ustąpiły nastrojom wzajemnej izolacji i rywalizacji, które są immanentną cechą klasycznego kapitalizmu .
Na początku Newsem dnia były akcje pomocy dla ludzi, którzy nie radzili sobie z problemami jakie stwarzał stan wymuszonej izolacji, czy to na skutek wieku, niesprawności czy kwarantanny. Powszechne były akcje bezinteresownej pomocy dla placówek i personelu służby zdrowia. Bardzo udane były zbiórki pieniężne na wyposażenie szpitali i pomoc osobom które nie zachorowały na Covid-19, ale na skutek epidemii znalazły się w trudnej sytuacji zdrowotnej lub materialnej. Nie brakowało wolontariuszy, szyto masowo maseczki, których brakowało na rynku. Przykłady można mnożyć.

Widmo zagrożenia zdrowotnego, umiejętnie, acz nadmiernie podsycane przez władze spowodowało, że ludzie zaczęli bać się jedni drugich, relacje społeczne zanikają, rośnie poczucie konieczności myślenia przede wszystkim o sobie i obojętność na potrzeby innych. Newsem dnia jest teraz agresja wobec pracowników służby zdrowia, osób odbywających kwarantannę, Azjatów itp. Nie bez wpływu jest wytworzona przez PiS przed kilku laty agresja wobec migrantów, którzy mieli jakoby roznosić choroby. Widmo recesji i wywołanego nią ubóstwa, w połączeniu z nastrojami izolacji i rywalizacji wywołuje pragnienie utrzymania własnego stanu posiadania bez liczenia się z kosztami dla innych.

Silnie zaznacza się typowa dla dzikiego kapitalizmu „walka klas”, czyli rywalizacja pomiędzy przedsiębiorcami i pracownikami. W większości krajów stworzono jednolite programy pomocy dla gospodarki, uwzględniające interesy zarówno przedsiębiorców, jak i pracowników. W Polsce, rząd PiS tworzył kolejne „ Tarcze ochronne” dedykowane dla określonych grup społecznych, wyraźnie je wydzielając i wywołując poczucie rywalizacji. Generalnie w całym tym dziurawym systemie znikoma jest pomoc dla pracowników i ich ochrona.

Przeciwnie, stworzono zapisy ułatwiające zwolnienia z pracy, zmniejszające prawa pracowników i ich ochronę, zmniejszono prawa związków zawodowych itp. Co gorsze przyjęte rozwiązania mają obowiązywać nawet po ustąpieniu stanu epidemii i powrotu gospodarki do stanu normalnego funkcjonowania. Priorytetem stał się interes pracodawców, którzy coraz głośniej domagają się pomocy gospodarczej, organizują protesty i nacisk medialny. Głos pracowników jest niesłyszalny.

Nie jest prawdą wygłaszane przez wielu polityków twierdzenie, że to przedsiębiorcy są źródłem naszych sukcesów gospodarczych w ostatnich latach. Zysk powstaje z pracy. To wydajna praca jest źródłem dobrobytu. Sukcesy gospodarcze wynikają z dobrze zorganizowanej pracy, a zadowolenie pracowników, na równi z organizacją, czyni tą pracę wydajną.
W debacie wyborczej w TVP dziewięciu spośród dziesięciu kandydatów deklarowało pomoc pracodawcom. Jedynie Robert Biedroń zajął się pracownikami, deklarując zlikwidowanie umów śmieciowych, nie wspominając jednak ani słowem o niekorzystnych rozwiązaniach dla pracowników w Tarczy Antykryzysowej. Spodziewałem się więcej po kandydacie Lewicy.

Programy socjalne PiS nie dotyczyły pracowników, lecz wybranych grup społecznych, bez związku z ich pracą i przydatnością w procesie tworzenia dochodu narodowego. W Tarczy Antykryzysowej zajęto się grupą samozatrudnionych, którzy są formalnie przedsiębiorcami. Medialnie utwierdza się ich w tym przekonaniu, bez uświadamiania, że tak naprawdę stanowią grupę pariasów wśród przedsiębiorców. Jest to celowe działanie dla wyizolowania ich z klasy pracowniczej, do której faktycznie należą.
Pracownicy, obudźcie się. Zacznijcie walczyć o swoje prawa. Gdzie są Związki Zawodowe? Dlaczego nie słychać ich tak jak związków pracodawców?

Kapitalizm nie jest prawem fizyki

Kryzys związany z pandemią Covid-19 ujawnił wszystkie patologiczne cechy systemu kapitalistycznego. Nasilił się wyzysk ludzi pracy oraz atak na ich prawa ze strony kapitału.

Podczas pandemii wielu pracowników utraciło pracę i źródło zarobków. Ogromna większość z nich nie ma prawa do zasiłków dla bezrobotnych. Służąca kapitałowi władza nie zaoferowała im nic poza pustymi obietnicami. Nie wprowadzono nawet połowicznych, reformistycznych rozwiązań takich jak minimalny dochód gwarantowany.

Nisko opłacani pracownicy nie mogą sobie pozwolić na zastosowanie się do zaleceń pozostania w domach podczas pandemii, ponieważ grozi im bezrobocie. W pracy spotyka ich obecnie jeszcze większy wyzysk. Są pozbawieni podstawowych środków ochrony, a normy bezpieczeństwa nie są zachowywane, jako zmniejszające zysk kapitalistów.

Kolejne projekty tzw. tarczy antykryzysowej są przygotowywane pod dyktando kapitału.

Służą głównie jego interesom, umożliwiając jeszcze większy wyzysk pracowników, na przykład poprzez wydłużanie godzin pracy. W niektórych branżach mogą być równoznaczne ze skoszarowaniem pracujących w miejscu zatrudnienia. Kapitaliści nalegają również aby tarcza umożliwiła im łatwiejsze zwalnianie pracowników oraz ograniczanie ich pensji. Pomimo uprawnień, jakie dała im tarcza kapitaliści nie musieli zagwarantować utrzymania zatrudnienia na dotychczasowym poziomie.
Prywatyzacja usług publicznych oraz niszczenie tych, które pozostały w gestii państwa, przyczyniły się do pogorszenia jakości publicznej służby zdrowia. Właśnie ona, a nie placówki prywatne, jest w stanie walczyć z epidemią. Pracownicy publicznej służby zdrowia, wbrew publicznym zapewnieniom ze strony władzy, że są bohaterami, pozostają nisko opłacani i przepracowani. Brakuje testów oraz środków zabezpieczenia dla personelu medycznego narażającego życie w walce z epidemią.

Podczas pandemii nie zmienił się imperialistyczny i militarystyczny charakter kapitalizmu. Polskie władze nie wycofały się z wspierania agresywnej, imperialistycznej polityki Stanów Zjednoczonych i NATO. Nadal popierają ingerencję w wewnętrzne sprawy innych krajów oraz politykę militarnego zastraszania. Pomimo braków budżetowych polski rząd podjął decyzję o zakupie amerykańskich pocisków przeciwpancernych oraz innego sprzętu wojskowego. Wydatki zbrojeniowe pozostają na wysokim poziomie 2 proc. PKB, wyższym niż fundusze zagwarantowane na służbę zdrowia czy edukację. Taki stan służy nie społeczeństwu, lecz wielkim ponadnarodowym koncernom zbrojeniowym.

Obecny kryzys nie jest spowodowany jedynie pandemią Covid-19. Jest to kryzys całego systemu kapitalistycznego. W jego obliczu kapitał zrobi wszystko aby bronić swej uprzywilejowanej pozycji, a także zdobyć nowe możliwości wyzyskiwania społeczeństwa. Dlatego konieczna jest mobilizacja, wspieranie związków zawodowych oraz włączenie się jak najszerszych grup społecznych w protesty pracownicze. Walka nie tylko w obronie praw już zdobytych, lecz również o wywalczenie nowych. Kapitalizm nie jest niezmiennym prawem fizyki, może być zmieniony i zastąpiony systemem gwarantującym społeczną sprawiedliwość oraz przezwyciężenie klasowych sprzeczności – socjalizmem.

Pierwszomajowo i historycznie

Wspomnienia i współczesne odniesienia do historii obchodów 1 maja. Oraz trochę doznań osobistych i refleksji.

Obchody majowe, zwłaszcza w Europie, ale nie tylko, były przed laty potężnymi manifestacjami o większe prawa, poprawę życia i warunków pracy milionów robotników, świata pracy. Domagano się zmiany oblicza kapitalizmu, jego bardziej ludzkiej twarzy. A w przestrzeni publicznej funkcjonował pogląd podziału ówczesnego świata na dwa obozy – obóz imperializmu i wojny oraz obóz socjalizmu i pokoju. Kapitalizm był stopniowo zmuszany do zmiany swojej dotychczasowej istoty i charakteru z drapieżnego, wilczego na bardziej sprawiedliwy, do dzielenia się zyskami z tymi, którzy je tworzyli. Stopniowo zmieniał swój system ekonomiczno-społeczny. Pracujący domagali się opiekuńczej funkcji państwa.
Kapitał był więc zmuszany do większej wrażliwości na potrzeby pracowników będąc pod wielkim naciskiem, w tym manifestacji i protestów. Walnie przyczyniła się do tego ogromna popularność światowego socjalizmu. Przecież dziś w wielu państwach władzę sprawują lub współtworzą rządy koalicyjne, socjaliści.
Od „chleba i pracy”…
A teraz trochę o historii manifestacji majowych na świecie, ale szczególnie w Polsce, w II RP oraz po wojnie, w Polsce Ludowej i współczesnym ich charakterze.
W moim dość długim życiu było sporo obchodów pierwszomajowych, w których uczestniczyłem jako uczeń, a później jako dorosły, na różnych stanowiskach służbowych. Byłem jednym z maszerujących w kolumnie pochodów, ale też stałem na trybunie jako jeden z wielu pozdrawiających idących w pochodach przedstawicieli wszystkich niemal środowisk naszego społeczeństwa. Przez te dziesiątki lat miały one różny charakter, hasła polityczne i oprawę propagandową. Warunkowane to było sytuacją społeczno-polityczną w kraju oraz tym, jaka partia czy partie były włodarzami Polski.
Jakże różniły się one w czasach Polski Ludowej od tych organizowanych w II RP. Manifestanci wówczas żądali chleba i pracy. To były główne hasła i oczekiwania znacznej części bezrobotnych, robotników i inteligencji. Były też w naszej historii obchody majowe, w których strzelała policja granatowa i rozpędzała tłumy manifestantów kolbami karabinów. Ówczesny minister spraw wewnętrznych nawet podpisał regulamin, jak policjanci mają kolbami atakować robotników, by nie uszkodzić karabinów. Tego wstydliwego faktu historycznego w ogóle się nie wspomina. Bo poprawność polityczna tego wymaga. Wśród uczestników obchodów pierwszomajowych byli nie tylko ranni, lecz także ofiary śmiertelne. Jako dziewięciolatek pamiętam rozmowy w rodzinie i wśród sąsiadów z ulicy Lipowej Sokołowa Podlaskiego. Wiodła ona od Węgrowskiej aż do dworca kolejowego, a mieszkali tam prawie sami robotnicy i kilku rolników, m.in. rodziny Ukasiewiczów i Ławeckich oraz parę rodzin pracujących w różnych urzędach miasta. Ja uczestniczyłem w obchodach majowych w czasach, w których praca i chleb już były, lecz nie zawsze pod dostatkiem, więc czasami kiszki marsza grały. Oj, grały za lepszym chlebem i różnymi jadalnymi dodatkami. Nie zawsze i nie we wszystkich latach mojego życia on dobrze smakował. Na szczęście jest to już daleka przeszłość.
…po „oficjałki”
Były to czasy i okresy różne, obfitujące w ważne narodowe wydarzenia, które się kładły niekiedy cieniem, a nawet dramatem na ówczesnej rzeczywistości. Miały one przecież przeróżne barwy naszego systemu ustrojowego. Przeżywaliśmy od 1956 roku stalinizm. Później przyszła odwilż oraz czas zrywania, odrzucania jego ideologii i zaklęć programowych.
Był też jakże ważny etap Władysława Gomułki. To w naszej historii okres wybijania się na samodzielność, etap polskiej drogi rozwoju i istotnej zmiany naszego życia. Zmiany w relacjach ze Związkiem Radzieckim. Polacy dokonali wówczas ważnych przeobrażeń demokratycznych, eksponując bardziej interesy narodowe we wspólnocie socjalistycznej. Wielu polityków zostało wówczas postawionych przed sądami za ich zbrodnicze czyny i działalność represyjną. Byli sądzeni w procesach politycznych i karani za czyny, których nie popełnili. Po Gomułce była dekada Edwarda Gierka. Do dziś toczy się spór o jej ocenę. Wielu Polaków pozytywnie ocenia okres sprawowania władzy przez tego polityka z rodowodem robotnika i inżyniera. Był to bardzo znaczący okres naszego rozwoju gospodarczego oraz zbliżania się do zachodniej cywilizacji. Powstał nowoczesny przemysł. Polska otworzyła się szeroko na świat zachodni. Pojawiły się nie tylko korzystne relacje z państwami zachodniej Europy, lecz i świata. Nastąpił znaczny rozwój współpracy z krajami kapitalistycznymi, a nie tylko członkami RWPG.
Dekada Gierka i jego osobiste kontakty z wieloma politykami świata znacząco przyczyniły się do wzrostu gospodarczego naszego kraju. Także życia oraz warunków bytowych naszych obywateli.
Ale mieliśmy również stan wojenny, który podzielił nas na dwie części. Na tych, którzy bronili Polski Ludowej i tych, którzy dążyli do jej zburzenia, do zmiany istniejącego ustroju.
Wówczas to nasze społeczeństwo zostało po prostu przeorane. Groziła nam wojna polsko-polska oraz strumienie krwi Polaków. Mimo upływu lat znaczny procent nas, Polaków, uważa, że odważna decyzja Wojciecha Jaruzelskiego uchroniła rodaków od samozagłady i niepotrzebnego przelewu znów polskiej krwi. Rzeczywistej wojny Polaków z Polakami, przy zbrojnym udziale sąsiadów, ich interwencji w nasze narodowe sprawy. Są przecież historyczne dowody i fakty, które potwierdzają, że mogłoby zaistnieć to najgorsze, gdyby nie wola męża stanu generała Wojciecha Jaruzelskiego.
To, co wyżej napisałem, jest moim wstępem do rozważań na temat pierwszomajowego święta. Przecież nie można na powyższy temat pisać w oderwaniu od ówczesnej sytuacji, która warunkowała charakter przebiegu tego święta. Chcę opowiedzieć nie o historii obchodów 1 Maja w ogóle, nie o historii manifestacji ludzi pracy, lecz o tych obchodach, w których uczestniczyłem.
Bez robotników
W moim rodzinnym mieście w czasach II RP takich obchodów nie organizowano. Nie pamiętam większych zgromadzeń. Dlaczego? W tym mieście, w którym się urodziłem i mieszkałem do dwudziestego roku życia, nie było większych zakładów pracy. Była jedna cukrownia i tartak oraz dworzec kolejowy (teraz go nie ma) i rozlewnia octu. I to wszystko. Były rodzinne warsztaty rzemieślników, ale nie zatrudniano w nich pracowników, a w niektórych zatrudniano jedną osobę, ucząc zawodu, za co rodzice musieli płacić. Takie były czasy jeszcze po II wojnie światowej. Kilka lat po wojnie nowa władza zakazała pobierania opłat za naukę zawodu. Komunistów w tym czternastotysięcznym mieście było pięciu. Wszystkich znałem, pamiętam nazwiska. Był to zamiatacz ulic, szewc, piekarz, pracownik cukrowni i pracownik miejskiego samorządu. Nie wykazywali oni większej aktywności społecznej. Toteż nie było komu organizować pochodów pierwszomajowych.
Rok trudny
Pierwsze obchody pierwszomajowe, w których uczestniczyłem zorganizowano w moim mieście w 1949 roku. Był to trudny rok. Walki z niezłomnymi, którzy atakowali z zaskoczenia, ukrywając się w lasach lub melinach wiejskich. Był to dla niektórych czas dramatyczny. Ginęli Polacy, którzy odbudowywali swoje miejsca pracy, chłopi zajmujący ziemię obszarników. Jednego dnia pochowano 17 spośród tych, którzy bronili władzy ludowej. Było to na rynku przy pomniku księdza Brzóski, powstańca z 1864 roku powieszonego przez zaborców carskich. Nieco później kilkunastu poległo pod Borowem. Zamach na sekretarza KP PPR. I jeszcze inne dramatyczne wydarzenia, które nas, sokołowiaków, podzieliły, zwaśniły. Ginęli ci z lasu.
Władze powiatowe na terror odpowiadały tym samym. Walczono o kształt przyszłej Polski, o to, jaka ona miała być. Tak samo było w gminach naszego powiatu, w Kosowie Lackim, Sterdyniu i innych miasteczkach i wsiach powiatu. I w takiej scenerii walk bratobójczych odbył się pierwszy pochód pierwszomajowy. Trybuna była wybudowana na ulicy Węgrowskiej obok budynku, który był siedzibą KP PPR. Jak na miasto powiatowe, to było trochę uczestników tej manifestacji. Byli to przeważnie pracownicy różnych urzędów administracji miejskiej i kolejarze oraz młodzież szkół.
Po upływie czterech lat od wojny powstały bowiem szkoły średnie i zawodowa, handlowe liceum oraz zasadnicza szkoła metalowa. Z naszym uczestnictwem w tych obchodach było trochę kłopotów i sporo krytyki władz miasta. Większość naszych uczniów i uczennic to mieszkańcy pobliskich wsi, dzieci małorolnych chłopów. Dlatego w niedziele i inne święta młodzież ta wyjeżdżała do rodzin. Musiała przecież zaopatrzyć się w czystą bieliznę i żywność. Czasem przywozili nawet smaczny chleb wypiekany przez ich rodziny we własnych domowych piecach. Jadłem taki chleb wypiekany przez ojca mojego kolegi szkolnego Zbyszka Getnera, mieszkającego w tym samym domu co ja. Jego ojciec miał wiatrak, który mielił rolnikom zboże na mąkę.
W tych obchodach święta majowego nie uczestniczyłem w kolumnie szkolnej, ale szliśmy w pochodzie z moim kolegą szkolnym Jankiem Aniołkiem, który był wiceprzewodniczącym zarządu szkolnego ZMP, a ja przewodniczącym. No i oczywiście, posypały się gromy z inspektoratu szkolnego KP PPR na pana profesora chemii i fizyki, wspaniałego wychowawcy i przyjaciela młodzieży, wielce szanowanego przez uczniów dyrektora szkoły.
Już się pieśń na usta rwie
Zarząd szkolny ZMP jak mógł, tak bronił dyrektora, który rozumiał potrzeby młodzieży, tak skrzywdzonej przez lata okrutnej niemieckiej okupacji. Na nasze wnioski załatwiał fundusze na zapomogi dla uczniów najbardziej potrzebujących pomocy materialnej. Mnie jako przewodniczącemu Zarządu Szkolnego ZMP też trochę się dostało. Przewodniczący powiatowy ZMP powiedział wówczas, że jaki dyrektor, taki i przewodniczący ZMP. Odburknąłem koledze przewodniczącemu, mówiąc, że może mnie wymieni na innego, skoro się nie podobam.
– Kiedy chcecie przeprowadzić wybory nowego przewodniczącego? – pytałem. – No, kolego Zdzisławie, nie tak prędko, coście w gorącej wodzie kąpani – odpowiadał. – Jak źle pracuję, mogę zrezygnować z tej społecznej funkcji. Ja nie jestem na etacie, jak wy – odparłem. Spojrzał na mnie łagodnym wzrokiem i powiedział: No dobrze, koniec z tym problemem, na drugi rok będzie lepiej. Nie wiem, co będzie w przyszłym roku. To moje postawienie się wpłynęło na poprawę moich relacji z powiatową władzą młodzieżowej organizacji.
W godzinach popołudniowych odbył się festyn na miejskim stadionie przy ulicy Lipowej, parę domów za domem, w którym mieszkałem. Grała orkiestra strażacka, ja grałem też na dość dużym instrumencie, czyli basie. Były ciepłe kiełbaski, a nawet coś mocniejszego. Bawiono się wesoło, ale pijanych osób nie widziałem, chociaż w wielu domach w tym czasie produkowano bimber z mąki żytniej. Nie znałem jego smaku, bo nigdy w czasach młodości nie sięgałem po kieliszek trunku. Był wtedy modny kwas chlebowy, który robiono z suszonego chleba.
Kolejny mój udział w pochodzie pierwszomajowym miał miejsce w 1953 roku. Przydzielono nas do różnych zakładów pracy jako symbol jedności wojska z ludem i klasą robotniczą. Organizatorzy wręczali nam szturmówki i transparenty, na których były m.in. hasła: „WP z ludem”, „Partia z narodem, naród z partią”. Był las szturmówek i transparentów.
Po zakończeniu pochodu składaliśmy je w jedno miejsce. Była to góra płótna i drzewa. Czy je wykorzystywano wielokrotnie, nie wiem. Ten mój udział w majowej manifestacji trwał cztery godziny. Później usprawniono organizację pochodów. Kolumny poszczególnych dzielnic przychodziły na różne godziny. Za kończącą pochód daną dzielnicą wkraczała kolejna.
Już nie męczono ludzi godzinami oczekiwań na swoją kolej przemarszu przed trybuną. Pamiętam jednak, że prowadziliśmy rozmowy między wieloma osobami różnych zawodów. Zawiązywały się nawet przyjaźnie. Wiele kontrowersji wzbudzała wówczas tzw. nomenklatura przy wyznaczaniu na różne stanowiska w zakładach pracy.
Centralizacja i jej skutki
Na ogół decydowała Egzekutywa KW PZPR, a nie dyrektor instytucji lub przedsiębiorstwa, który najlepiej znał kompetencje swoich pracowników. Mówiłem im, że w wojsku decyzje personalne podejmują przełożeni. Np. dowódcą pułku nie mógł być oficer, który nie miał odpowiedniego stażu na stanowisku dowódcy batalionu. Rozmawialiśmy więc o różnych tematach. Manifestacje były wielotysięczne, całe sztaby pracowały nad ich przygotowaniem.
Przez kilka lat uczestniczyłem w obchodach centralnych w Warszawie, pracując w stolicy. Pamiętam ich przebieg i masowy, bardzo liczny udział mieszkańców. To były tłumy, jakże liczne kolumny maszerujące przed trybuną. W czołówce pochodu szedł m.in. gen. Wojciech Jaruzelski w otoczeniu znanych osób, w tym m.in. prof. Zbigniewa Religi, późniejszego ministra zdrowia. Kilku członków PAN oraz twórców kultury. Pamiętam szczególnie te pochody, które były organizowane w końcówce lat Polski Ludowej, kiedy I sekretarzem KC PZPR był Stanisław Kania. Maszerowałem w kolumnie pracowników jednej z instytucji centralnych. Nastroje manifestantów były już inne. Pojawiały się obawy, rozterki i widmo zagrożeń społecznych. Było mniej uśmiechów i radości. Myślano o najgorszym, o sporach i jakże głębokich podziałach społeczeństwa. Już była wielka „Solidarność”.
Agresywne wypowiedzi i zachowania jej przywódców oraz politycznych doradców. Ujawniły się roszczeniowe postawy, żądania ekonomiczne, które rujnowały naszą gospodarkę. Ciągłe strajki i spadek produkcji. To skutkowało brakiem wielu podstawowych produktów, a szczególnie żywności i środków czystości. W sklepach były puste półki, kolejki z kartkami na mięso i inne produkty żywnościowe.
Wracałem z kolegami z pochodu w 1981 roku w kierunku ulicy Królewskiej, gdy z placu Zamkowego wyszła już kolumna, za nią następne. Skandowano nazwisko: Wałęsa, Wałęsa. Był to już inny pochód zdominowany przez przeciwników istniejącej władzy. Szliśmy chodnikiem w mundurach WP. Nie zwrócono na nas uwagi. Tłum był bardzo krzykliwy, ich słowa przerażały nas.
W pewnym momencie trzy młode osoby wyszły z kolumny i zapraszały nas, byśmy do nich dołączyli. Powiedzieliśmy, że czekają na nas rodziny z obiadem. Wypowiedziały do nas parę nagannych słów. Pamiętam je do dzisiaj, ale nie będę ich przytaczał. Przechodziliśmy blisko Uniwersytetu Warszawskiego, do bramy zbliżała się grupa studentów. Powiedzieli kilka przykrych słów: Co, już zabrali wam samochody, teraz będziecie pieszo chodzić, a nie jeździć wołgami. Nie odpowiedzieliśmy na te zaczepki. Było nam oczywiście smutno. Idąc, rozmawialiśmy o sytuacji w kraju, o szaleństwie opozycji solidarnościowej…
Powiedziałem kilka słów, że na siłę nie można żądać, by akceptowali nasze zaklęcia ideologiczne, których skuteczności nie potwierdziła praktyka społeczna. Powiedziałem to ot, tak sobie, bez większego przemyślenia. No i moje słowa zostały przekazane do strażników naszej poprawności politycznej.
Były tego skutki za parę miesięcy, nie otrzymałem akceptacji dopuszczenia do tajemnicy przygotowań stanu wojennego. Moi koledzy, a nawet ci, którzy w określonym zakresie podlegali mi służbowo, informowali, że idą na jakąś naradę, nie mówiąc nic o jej tematyce i celu. Nie pytałem ich, bo się domyślałem, że w krytycznej sytuacji, kiedy nie dogadamy się z „Solidarnością” i zechcą wyprowadzić miliony ludzi na ulice, może być podjęta decyzja o stanie wojennym, by uniknąć najgorszego, czyli walk ulicznych, które spowodują obcą zbrojną interwencję.
Byliśmy pewni, że władze radzieckie nie zostawią, jak to mówiono, w biedzie bratniej Polski. A było przecież i hasło wypowiadane przez osoby o skrajnych poglądach, że socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości. Mówiły to osoby antyreformatorskie, które nie godziły się na radykalne reformy ustrojowe. Pamiętam ich wypowiedzi na kilku spotkaniach środowiskowych, w moim środowisku także.
Znowu w kapitalizmie
Po przemianach ustrojowych, już w III RP, lewica zmieniła dotychczasową formułę obchodów 1 Maja. Uległa zmianie ich organizacja, a także hasła, program żądań. Już nie ma hasła: „Żądamy chleba i pracy”. Jest praca i jest chleb, nawet w niektórych rodzinach w nadmiarze, co widać w naszych śmietnikach przed domami. Takie żądania były w II RP, a manifestantów gromiła polska policja. Organizujemy teraz wiece i festyny.
Organizuje je lewica, OPZZ i ZNP (w tym roku ich nie będzie). Gromadzą sporo ludzi, i nie tylko tych o zdecydowanych przekonaniach lewicowych, lecz także tych, którzy deklarują się jako niezależni od żadnej ideologii czy partii politycznych. Są ani lewicowi, ani prawicowi.
A przecież takie przekonania wyraża znaczna część naszego społeczeństwa. Potwierdza to znaczny procent tych, którzy nie biorą udziału w żadnych wyborach. Gdy jeszcze miałem sprawne nogi, chętnie uczestniczyłem w tych już innych obchodach pierwszomajowych, organizowanych m.in. we Wrocławiu w parku przed Halą Stulecia. Gromadziły one ludzi nie tylko lewicy, lecz i innych.
Chyba już wystarczy tych wspomnień o obchodach 1 Maja. Ograniczyłem celowo warstwę faktograficzną na rzecz osobistych doznań i refleksji w podjętym temacie. Jest ona bardzo ważna, lecz chyba istotne są także nasze osobiste spojrzenia na tak istotny problem o dużym znaczeniu społecznym, już bardzo historycznym.
Nie wszyscy mają świadomość, że system kapitalizmu ulegał pozytywnym przemianom. Zdobycze socjalne to wynik zdecydowanej walki klasy robotniczej. Wiele rządów realizuje opiekuńczą funkcję państwa. Wszystkie niemal zdobycze ludzi pracy wprowadzono pod ogromną presją protestów milionów ludzi. Kapitalizm to nie dobry wujek. Te pozytywne zmiany wprowadzono pod presją wystąpień nie tylko podczas manifestacji majowych.

Fakt istnienia tzw. światowego obozu socjalizmu, jak głoszono (takie pojęcie było w obiegu światowym), był jakże istotnym czynnikiem zmuszającym kapitalizm do respektowania praw pracowniczych milionów zatrudnionych, zmieniając relacje między pracodawcami i pracownikami. Stopniowo torował sobie drogę do sprawiedliwości społecznej i uczłowieczenia. Dziś tego nie zauważają nie tylko rządzący i politycy, lecz również ci, którzy utrzymują się z pracy rąk i umysłu; ci, którzy nie prowadzą własnych firm czy warsztatów pracy. To przecież system socjalistyczny, jego moralna presja, szerokie uprawnienia robotników miały tę moc, dlatego też stwarzał zagrożenie dla systemów kapitału i władzy.
Redefinicja ról
Wprowadzając zmiany, rozszerzając uprawnienia świata pracy, miano na uwadze zmniejszenie atrakcyjności socjalizmu akceptowanego przez miliony na całym świecie. Opiekuńcza funkcja państwa nad słabszymi stała się realnym programem wielu rządów, zwłaszcza w Europie, i nie tylko w Europie. Tak jest też w Polsce. Partia konserwatywna, dążąc do sprawowania władzy przez kilka kadencji, sięga do kasy narodowej i rozdaje tym, którzy mniej zarabiają i są w gorszych warunkach. Jest to niemal powszechne. Zacierają się też różnice programowe i cele działalności między lewicą a prawicą.
To widać bardzo wyraziście, jest to gra polityczna prowadzona przy użyciu wszystkich podatników. Kiedyś takie działania nazywano wyborczą kiełbasą. Rozbudowano system opieki socjalnej, wdrożono szeroką osłonę najsłabszych, mniej zarabiających, jak nigdy w naszych dziejach. Ogłasza się tzw. piątkę Kaczyńskiego jako jego osobiste dobrodziejstwo, jak gdyby był on właścicielem potężnego banku i rozdawał swoje pieniądze biednym. A on każe rozdawać pieniądze nie swoje, tylko należące do wszystkich Polaków, nie pytając ich, czy się na to zgadzają. A 500 plus i inne nagłaśnia się jako dobrodziejstwo partii rządzącej. Jakie dobrodziejstwo, skoro zabiera się jednym, a rozdaje innym.
Ale w ten sposób upowszechnia się legendy o rzekomych darowiznach Kaczyńskiego oraz jego trosce o najuboższe warstwy społeczne. Tworzy się mit wspaniałego człowieka, który troszczy się o tych, którzy żyją w trudnych warunkach. Trzeba więc dać im te trzynastki. Jakie to trzynastki? Ale kiedy lewica mówi o minimalnej płacy i likwidacji podatku od emerytur, to ich propozycje trafiają do tzw. zamrażarki sejmowej. Nie zawsze ci, którzy te rzekome dobrodziejstwa otrzymują, zdają sobie sprawę z ich celu i istoty. Większość z tych dobrodziejstw wprowadza się przed kolejnymi wyborami.
Bez człowieczej pokory
Władze robią to nie z troski humanitarnej o tych, którzy żyją biednie i mniej zarabiają, lecz tylko z uwagi na cele polityczne, by wciąż rządzić. Inni tego nie robili, bo byli leniwi, tylko teraz partia Kaczyńskiego to wszystko robi, bo umie to robić. Ani trochę człowieczej pokory. Jakie to antymoralne mącenie w głowach milionów Polaków. Poprzednicy nie dawali, a my dajemy ludziom, bo wiemy, jak te pieniądze przekładać z jednej kieszeni do drugiej.
Nie mówią o galopujących podwyżkach cen i opłat w różnych urzędach. A jak się manipuluje cenami, podnosząc je w trudnej sytuacji epidemii. Płyn do higieny rąk kosztował 4,50 zł, a teraz już 15,00 złotych. A ceny niektórych gatunków mięsa podskoczyły nawet z 17 do 30 złotych (w Warszawie). To dobrze, że władze zagroziły ostatnio, iż ci nieuczciwi sprzedawcy będą ukarani finansowo. To są te nasze cienie nadziei, które się pojawiają w trudnych sytuacjach.
Jest to właśnie spuścizna po tym drapieżnym kapitalizmie. Jest to zjawisko nieludzkie. Tak, to prawda, że ten dawniejszy kapitalizm ulegał systematycznie korzystnym zmianom i ten proces wciąż trwa. Nie z własnej jednak nieprzymuszonej woli. Są tego określone przyczyny, to wynik potężnego, światowego ruchu robotniczego. Unia Europejska dość mocno określiła zasady prawa i demokracji, tworząc system dużych kar finansowych dla rządów, które podejmują decyzje niezgodne z prawem unijnym. Grożono i Polsce, że mogą być zmniejszone dotacje na realizację niektórych planowych inwestycji współfinansowanych przez UE.
Nasz rząd musiał już wielokrotnie tłumaczyć się przed komisarzami unijnymi za decyzje podejmowane z naruszeniem prawa. W tych wszystkich zmianach oblicza kapitalizmu, w jego częściowym uczłowieczeniu i większej wrażliwości społecznej ma swój udział system socjalistyczny. Ale nade wszystko potężny ruch klasy pracującej, masowe protesty ogromnych rzesz ludzi pracy.
Głos milionów
Tych, którzy wychodzili na ulice i manifestowali 1 maja, czyli w święto ludzi pracy. Rozlegał się potężny głos milionów żądających poprawy warunków życia oraz sprawiedliwego podziału tego, co tworzyły ich ręce i umysły.
Musieli walczyć przez lata i wydzierać bogaczom część wypracowanych zysków. Są jeszcze i inne aspekty tego problemu, które warto i należy przypomnieć dzisiejszym pokoleniom ludzi pracy, ale nade wszystko działaczom lewicy, jakże innej, nowej klasie liderów i działaczy. Wciąż nie ma jedności lewicy, jest ona rozbita, a jej liderzy często kierują się swoimi osobistymi celami, nie godząc się na połączenie sił. Hasła: „Silni jednością”, „Lewica razem” są wciąż aktualne. Nie ma jedności całej polskiej lewicy, a szkoda.
To ma negatywne skutki i silne oddziaływanie na świadomość społeczną i jej notowania, o czym świadczy liczba jej posłów w obecnym sejmie i brak w sejmie poprzedniej kadencji. Lewica to sama sobie zafundowała. A przecież w ubiegłych kadencjach miała w organach ustawodawczych większość, co jej dawało legitymację prawną do sprawowania władzy.
I jeszcze inne refleksje zrodziły się w mojej głowie. Pokolenie, które się kurczy i odchodzi ze świata żywych, pamięta i przekazuje swoje doświadczenia współczesnym, młodym pokoleniom. Czy robi to skutecznie, nie mnie to oceniać. Osąd tego, co piszę, wydadzą inni.
Świadomość swojego miejsca
Warto chyba w tych ogólnych rozmyślaniach przypomnieć, że historia majowych obchodów w Polsce jest bardzo bogata i w niektórych latach naszej państwowości zabarwiona była także dramatyzmem. Pierwszym i kolejnym obchodom orędowała przede wszystkim PPS, komuniści także brali udział, a już po wojnie PPR i PZPR. Socjaliści natomiast wyprowadzali na ulice tysiące robotników.
Mieli popularnych działaczy, liderów, jak np. Ignacy Daszyński i wielu innych. To oni w latach II RP przewodzili lewicy, walcząc z dyktaturą i sanacyjnym obozem. To oni walnie przyczynili się do dużej popularności święta 1 Maja w walce z kapitalizmem o prawa robotników, o poprawę życia rodzin robotniczych. Te obchody miały znaczący wpływ na aktywność i zachowania tych, którzy żyli z pracy rąk. Kształtowały ich świadomość swojego miejsca w systemie pracy. W obchodach uczestniczyły miliony robotników na całym niemal świecie rozwiniętego kapitalizmu. Na ulice wychodziły często całe ich rodziny, idąc ulicami dużych miast z czerwonymi sztandarami.
Moja wnuczka, mająca dziś czterdzieści lat, miała dwa lata, gdy pierwszy raz była na pochodzie pierwszomajowym niesiona przez matkę. W rodzinnych zbiorach zachowało się zdjęcie z pierwszej strony „Gazety Robotniczej” (taką miał nazwę ówczesny organ prasowy wojewódzkiej PZPR). Otrzymała bukiet kwiatów od jednego z panów stojących na trybunie, przed którą przechodził pochód. 1 Maja to znacząca tradycja naszej historii. Do dziś wspomina się go jako szczególne i wielkie święto pracujących Polaków. Roześmiane twarze, nieraz także spory. Stojąc, czekali aż ruszy dana dzielnica. We Wrocławiu rozmawiano wtedy o różnych sprawach. Prezentowano zróżnicowane poglądy o naszej ówczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Byliśmy jednak bardzo życzliwi wobec siebie.
W tych naszych pochodach prezentowaliśmy nasze postawy i zachowania prospołeczne. Były one dobrą okazją do zaprezentowania, co się produkuje tu we Wrocławiu. Tak było w pochodach niemal w całej Polsce. Prezentowały się nowoczesne duże zakłady wybudowane w Polsce Ludowej: Polar, Elwro, Fadroma, Hutmen.
Dziesiątki innych nowoczesnych zakładów znanych na rynkach niemal całego świata. Już ich nie ma, już nie są polskie. Ekipa pseudoekonomistów na czele z Balcerowiczem sprzedała je niemal za grosze.
Ruiny i zarośla
Dokonano po prostu niebywałego mordu na polskiej gospodarce wykupionej przez obcy kapitał, by nie zawadzała swoją konkurencją na rynkach zagranicznych. Przecież wrocławskie komputery sprzedawano już w wielu krajach Zachodu, a nawet świata.
Dziś po tych zakładach zostały ruiny i zarośla. Może Polacy doczekają się, że pan Balcerowicz i jego doradcy staną przed Trybunałem Stanu i poniosą chociaż moralną odpowiedzialność za swoją działalność, jakże szkodliwą dla Polski. Skutki jego decyzji do dzisiaj są odczuwalne w naszym dalszym rozwoju gospodarczym. Np. Polifarb produkuje różne farby i rozsyła na rynki świata, ale właścicielami są Amerykanie, a nie Polacy.
No cóż, mieli przyzwolenie na taką antypolską politykę ze strony ówczesnej „Solidarności”. Dziś to bardzo wstydliwy temat dla wielu działaczy tego związku zawodowego. Ale trzeba nadmienić, że i obecnie „Solidarność” wspiera tzw. dobrą zmianę. W zlikwidowanych zakładach Elwro i Hutmenie pracowali przez wiele lat moi bliscy kuzyni, inżynier elektronik i inżynier hutnik. Na różnych spotkaniach wielokrotnie mówili o tym mordzie na ich zakładach. Gdy słuchałem ich relacji, to czułem, że w kieszeni otwiera mi się ostre narzędzie.
Bo przecież tego rozboju na polskiej gospodarce, już nowoczesnej, mającej maszyny najnowszej generacji do produkcji, dokonał ekonomista, który karierę naukową zaczął w Instytucie Marksizmu-Leninizmu. Takich to Polska miała ideologów, którzy działali na jej szkodę. Byli to ludzie bez wrażliwości wobec świata pracy.
Likwidując np. PGR-y, nie interesowali się losem 500 tysięcy robotników, tak jak to zrobili nasi sąsiedzi Czesi. W miejsce państwowych gospodarstw rolnych utworzyli spółki pracownicze. Nikt nie został bez pracy. A my Polacy? No właśnie. Teraz niektórzy z tych, którzy też wspierali te zbójeckie reformy, ronią łzy z powodu zniszczenia polskiego przemysłu.
Z autopsji wiem i pamiętam, że wielu, bardzo wielu z tych, którzy 1 Maja maszerowali w tych pochodach, czynili to z własnej i nieprzymuszonej woli. To działacze „Solidarności” pracujący w zakładach wrocławskich. Kilku rozpoznałem na zdjęciach. Mam je w moich zbiorach. Nie będę ich wymieniał z nazwisk, mimo że je znam.
Dzisiaj zachowują się bardzo poprawnie politycznie. Masowy i powszechny był udział w pochodach twórców kultury. Po przemianach ustrojowych w 1989 roku wielu z nich zmieniło się, krytykując niemal wszystko. Nie tylko świętowanie majowe, lecz i politykę kulturalną w Polsce Ludowej. A przecież wielu z nich korzystało całą garścią z kasy państwowej. Byli wyróżniani różnymi nagrodami. Mam też zdjęcia ze spotkań generała Jaruzelskiego z twórcami i działaczami kultury, w tym na poligonach wojskowych. Nawet znane mi są fakty, że pominięci w zaproszeniach na spotkanie z nim dzwonili do organizatorów, pytając, dlaczego o nich zapomniano.
Majowa księga pamięci
Powiadomiony generał polecił ich zaprosić. Władza i rzeczywistość społeczno-polityczna spowodowała zmianę postaw i zachowań. No cóż, człowiecza natura może się zmieniać, doskonalić się zgodnie z powiedzeniem, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Można i tak. Ale czy warto aż do bólu burzyć swój honor, godność i człowieczeństwo?
Obchody święta pierwszomajowego to ważna karta, powiedziałbym nawet księga pamięci naszej historii. Walki klasy robotniczej o swoje prawa i godne życie. Walki o sprawiedliwość społeczną. By ci, którzy żyli w warunkach dobrobytu, dzielili się z milionami ludzi wegetującymi w skrajnej nędzy, głodzie i bezrobociu. W czasach zaborów, niewoli i upokorzenia prowadzili też nierówną walkę o niepodległość Polski.
To właśnie ludzie pracy walnie przyczynili się do odzyskania po 126 latach niepodległości, do odrodzenia państwa polskiego, które zaborcy wykreślili z mapy Europy. Wybiliśmy się na niepodległość między innymi dzięki tym, którzy żyli w skrajnych warunkach, prześladowani i zsyłani na Sybir, skazywani na lata więzienia w carskich kazamatach. A we wrześniu 1939 roku polscy robotnicy, chłopi i inteligenci stanęli do walki przeciwko niemieckim agresorom.
Bronili też Polski przed zalewem bolszewickim. Takim symbolem postawy patriotycznej w 1939 roku były bataliony robotnicze obrony Warszawy. I właśnie wówczas ponownie mocno zabiły serca robotników w obronie zagrożonej ojczyzny.
Działacze, którzy odbywali długoletnie kary więzienia, wychodząc nie wracali do rodzin, lecz zgłaszali się do oddziałów Wojska Polskiego, wyrażając gotowość podjęcia walki z niemieckimi napastnikami. Wielu z nich poległo, mimo że mogli się ukrywać przed wkraczającym wrogiem. Tak traktowali swój patriotyczny obowiązek, choć nie smakował im polski chleb, bo go po prostu nie było. Nasz narodowy poeta Władysław Broniewski w wierszu „Bagnet na broń” jakże pięknie ukazał ducha walki narodu polskiego, dla którego nie było pracy i chleba w ojczyźnie.
Ówczesna Polska nie troszczyła się o miliony głodnych obywateli, oni jednak bronili tej Polski, czasami oddając za nią życie. Rządy sanacji brutalnie zwalczały wystąpienia robotników żądających pracy i chleba. Dziś niewielu historyków, pisarzy i poetów podejmuje te piękne karty polskiego patriotyzmu w swojej twórczości i publicystyce. A jest to przecież historia milionów ludzi pracy, robotników. Napisali oni swoimi czynami wielką księgę pamięci narodowej.
Nowa rzeczywistość
Chcę jeszcze dodać, że te spotkania majowe zbliżały do siebie ludzi, powodowały powstawanie trwałych relacji międzyludzkich, rodziły się przyjaźnie na długie lata. Pamięć o tych majowych dniach chyba nie zginie, bo tak nas ukształtowała natura rodu człowieczego.
Pierwszy Maja w wymiarze krajowym i światowym był potężnym ruchem społecznym, który przecież wywarł ogromny moralny wpływ na doskonalenie systemów rządzenia ludźmi. Wielkie systemy społeczne, polityczne, wojskowe, obozy, w tym imperializmu i wojny, musiały odejść, ulec likwidacji. Powstała nowa rzeczywistość z bardziej ludzką twarzą.
Współczesna Polska i cały niemal świat zmieniły swoje oblicza. Powstały systemy społeczno-polityczne służące ludziom o jakże odmiennych barwach, w których prawa robotnicze są wpisane w istotę ich funkcjonowania. Musiało jednak minąć wiele dekad, by się to stało, by nasza rzeczywistość była przejrzysta i by było w niej godne miejsce dla wszystkich.
Daleko nam jeszcze do doskonałości, ale jest lepiej. Stało się to za sprawą woli narodów, w tym naszego narodu.

Czy mogło pójść inaczej?

W roku 1989 stanęliśmy w obliczu możliwości zmiany systemu politycznego, a w ślad za tym gospodarczego. Ograniczenia ideologiczne minionego okresu przestały mieć znaczenie.

Mieliśmy w Polsce dorobek merytoryczny umożliwiający wprowadzenie racjonalnych rozwiązań gospodarczych. Pozwalał on zmienić gospodarkę socjalistyczną na kapitalistyczną, typu społecznej gospodarki rynkowej. Wystarczyło ten dorobek oczyścić z ograniczeń ideologicznych i wprowadzić w życie. Było to tym łatwiejsze, bo współautorem tworzenia tego dorobku był również Leszek Balcerowicz.
W 1989 r. rozpoczyna obrady okrągły stół, który kończy się podpisaniem porozumienia 5.04.1989 r. Następuje zmiana ustroju i rozpoczyna się transformacja. Po okrągłym stole zrealizowano hasło „Wasz Prezydent nasz Premier”. L. Balcerowiczowi powierzono przeprowadzenie transformacji. Dla wzmocnienia jego wpływu na decyzje gospodarcze, powierza mu się stanowiska wicepremiera i Ministra Finansów, a ponadto jeszcze Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów.
Przystępując do transformacji, już na wstępie odstępuje od dotychczasowego dorobku opracowanych propozycji reform. Staje się realizatorem propozycji reform pochodzących z zewnątrz i finansowanych przez obce fundacje (staże Balcerowicza) i fundację Sorosa (propozycje J. Sachsa i D. Liptona), przy poparciu rodzimych elit.
Przyjęto skrajnie liberalny model gospodarki rynkowej. Co ciekawe, wbrew wcześniejszym założeniom. Bowiem przy okrągłym stole panowało przekonanie, że modelem realizowanym będzie model społecznej gospodarki rynkowej. Wyrazem tego była zapowiedź premiera Mazowieckiego w w expose w dn. 12 września 1989 r.: że misją formowanego przez niego rządu jest właśnie społeczna gospodarka rynkowa. Jednocześnie, propaganda zakłamywała, że nie było innych rozwiązań ani „trzeciej drogi”.
Powierzenie L. Balcerowiczowi przeprowadzenia transformacji gospodarczej było powszechnym zaskoczeniem. Przecież wśród reformatorów było wiele świetnych nazwisk, którzy nadawali ton w przygotowaniu reform. Weźmy choćby skład personalny Komisji Reformy Gospodarczej oraz wykaz „Uczestników prac nad propozycjami” reformy. Wśród nich był też Waldemar Kuczyński, który miał rozeznanie, a w końcu rekomendował premierowi T. Mazowieckiemu L. Balcerowicza. Od lat 60-tych premier Mazowiecki jako szef Klubu Inteligencji Katolickiej miał u boku prof. Stefana Kurowskiego (znanego opozycjonistę), który już w latach 80-tych wysuwał postulat prywatyzacji. Przewidywał upadek socjalizmu, szanse na zmianę ustroju i wprowadzanie nowego systemu – jak go nazwał, kapitalizmu rynkowego. Postulował wielopodmiotowość form własności.
Moja praca zawodowa dała mi okazję do zetknięcia się w praktyce z rzekomym mechanizmem gospodarki rynkowej wprowadzonej w wyniku transformacji.
Na początku lat 90-tych, po odejściu z firmy znanego później biznesmena A. Gudzowatego (gdzie byłem jego zastępcą) trafiłem do pracy w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, do Zespołu ds. Prywatyzacji. Byłem przewodniczącym tego zespołu. Zespół ten zajmował się prywatyzacją central handlu zagranicznego. MWGzZ sprawowało nadzór nad tymi centralami (z racji większościowego pakietu udziałów). Tu zetknąłem się pośrednio z L. Balcerowiczem (już wicepremierem i Ministrem Finansów) i jego doradcami z tego okresu.
Procedura prywatyzacji central handlu zagranicznego była taka, że ów zespół opiniował i przyjmował projekty prywatyzacyjne, (wszelkie dokumenty; wyceny, tzw. raporty prywatyzacyjne itd) i przedkładał do akceptacji ministrowi WGzZ, a ten z kolei Ministrowi Przekształceń Własnościowych. W skład tego zespołu wchodzili również doradcy Ministra Finansów, wówczas Balcerowicza.
Tymi doradcami Balcerowicza nie byli obywatele polscy, lecz tzw. zagraniczni eksperci, których sprowadził głównie z USA (zapewne poznawał ich będąc tam na stypendiach). Byli to przeważnie polskojęzyczni synowie polskich emigrantów. W owym zespole był doradca o nazwisku Święcicki. Ów członek zespołu pilnował „prawidłowości” prywatyzacji ze strony Ministerstwa Finansów. Był też przedstawiciel Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, który z kolei miał pilnować zgodności przedkładanej dokumentacji z przepisami: m.in. metody wyceny, kompletności dokumentów Zespół ten nie mógł przekazać dalej dokumentacji do podpisu Ministrowi WGzZ bez zgody owego doradcy Święcickiego z Ministerstwa Finansów.
Zespół dokonywał oceny dokumentacji prywatyzacyjnej, tj. analizy ekonomiczno-finansowej i prawnej danej centrali oraz oczywiście wyceny. To wszystko było opracowywane przez tzw. firmy konsultingowe, głównie zagraniczne. Ów doradca uznawał firmy obce za wiarygodne, bo według niego posiadały merytoryczne kompetencje do opracowania analiz i wycen central handlu zagraniznego, mimo iż nie znały ich specyfiki (takich CHZ nie było na zachodzie). Odnosił się zaś sceptycznie do materiałów opracowanych przez firmy polskie.
Jak wiadomo, takich obcych firm wylądowało w Warszawie bez liku. (tzw. „Brygady Marriotta” od nazwy hotelu, w którym mieszkali na koszt strony polskiej). Firmy te brały niewyobrażalne, jak na nasze stosunki rynkowe, wynagrodzenia za te opracowania. Trzeba było walczyć o to, by opracowania polskich firm były łaskawie przez owych doradców honorowane.
To pokazuje jakie mechanizmy „rynkowe” tu działały. Działała widzialna ręka rynku, bo polskie firmy na tym rynku usług konsultingowych, w drodze konkurencji nie mogły zdobyć zlecenia, mimo znacznie niższych cen i lepszej jakości opracowań. Podmiotem działającym na tym rynku było państwo, bo ono decydowało i płaciło wykonawcom. . Należy dodać, że te „renomowane” firmy nie mając rozeznania i nie znając specyfiki naszych podmiotów gospodarczych, wynajmowały polskich specjalistów (Polacy byli „murzynami” w tych firmach).
Jako przewodniczący Zespołu Prywatyzacji wywołałem incydent z dwoma takimi „renomowanymi” firmami: Coopers and Lybrand i Baltic Accountans and Consultants. Obnażyłem ich słabość merytoryczną – podważyłem wycenę Elektrimu i centrali Dal. Wycenę tej ostatniej zdołałem przeforsować do poprawki. Wywołało to oburzenie: jak niekompetentny urzędnik śmie odrzucać i kwestionować opracowania renomowanych firm.
Szef oddziału Coopers and Lybrand na Polskę niejaki Anthony Reczek z Londynu groził mi sądem: że zaskarży za zniesławienie firmy. Kiedy mu pokazałem ewidentne błędy w wycenie Elektrimu, odstąpił od tego zamiaru (obawiał się że ta ocena ujrzy światło dzienne w sądzie i obnaży merytoryczne niekompetencje obcych firm konsultingowych). Natomiast firma BAC i centrala Dal długo spierały się ze mną, aż do chwili gdy przestałem pracować w zespole.
Będąc w tym zespole byłem świadkiem rozdrapywania przez nomenklaturę Navimoru, Budimexu i innych central. Poznałem, jaką „technologią” się to robi. Napisałem notatkę na ten temat dla wiceministra nadzorującego prywatyzację central handlu zagranicznego. Obnażyłem, w jaki sposób doszło do tego, że do prywatyzacji Navimoru została tylko „czapka” (pracownicy) bez majątku i kontraktów. Majątek z kontraktami przeszedł do kilkunastu spółek z przewagą kapitału osób fizycznych. Przedstawiciel MWGzZ przez „pomyłkę” i „niezrozumienie” zagłosował na Zgromadzeniu Wspólników (oczywiście bez żadnych konsekwencji) za takim rozgrabieniem.
Navimor został państwowy, z udziałami MWGzZ, ale bez aktywów (majątku i kontroktów). Formalnie była to prywatyzacja CHZ Navimor, faktycznie sprywatyzowano sam szyld bez majątku. Już przed formalną prywatyzacją Navimor był sprywatyzowany, jego majątek i aktywa (kontrakty) znalazły się w prywatnych rękach miejscowej nomenklatury (częściowo starej – i tej nowej powstałej po 1989 r. ).
Prezes Budimex’u zastosował inną technologię przejęcia w prywatne ręce tej firmy – którą dokładnie poznałem, ponieważ zawiązki zawodowe zorientowały się w procederze i przychodziły do mnie do ministerstwa ze skargami i prośbą o interwencję.
Prezes sprywatyzował i zrobił na „szaro” związki zawodowe zupełnie legalnie. Technologia polegała na tym, że prezes likwidował oddziały, czynił je samodzielnymi, co związkom odpowiadało bo pozbywały się uciążliwej centrali, były samorządne i samodzielne. Z oddziałów tworzył spółki-córki. W „córkach” udziałowcami były wybrane osoby fizyczne (oczywiście nie spółki pracownicze) i „matka” – centrala Budimexu. Później Budimex w całości został sprzedany (sprywatyzowany) z korzyścią dla udziałowców, tych osób fizycznych, hiszpańskiej firmie Ferroval, wraz z „córkami”, gdzie udziały miały osoby fizyczne i państwową centralą. Ferroval budowała Okęcie Terminal II, której to budowie towarzyszył wielki skandal opisywany w mediach.
Następnym miejscem mojej pracy było PHZ Cenzin (handel bronią), gdzie pełniłem funkcję członka zarządu ds. ekonomiczno-finansowych w latach 1991-1993. Tam znowu zderzyłem się z działaniem rynku powstałym w wyniku transformacji. Mechanizmy te odkryłem dzięki krytykowanemu tzw. Raportowi Macierewicza z weryfikacji Wojskowych Służb Iinformacyjnych (kiedyś dostępny w internecie, wydany w formie powielonej. Aneks do tego raportu do dziś nie został ujawniony).
Raport ten umożliwił zrozumienie tego co działo się wokół PHZ Cenzin. Wtedy właśnie tworzyła się struktura tzw. mafii paliwowej. Miało to związek z Cenzinem, ponieważ Cenzin tracąc rynek ZSRR handlu bronią, poszukiwał pod presją właściciela (MWGzZ) innej intratnej działalności. Mniejszościowymi udziałowcami były zakłady zbrojeniowe. Intratną działalnością był zaś handel paliwami. Stąd Cenzin ubiegał się o koncesję na obrót paliwami. Koncesję wydawało właśnie MWGzZ, które z racji większościowego udziału sprawowało nadzór nad Cenzinem. MWzGZ nie udzielił jednk swojej firmie owej koncesji!. Wówczas otrzymali ją inni, właśnie spółki z mafii paliwowej. Gdyby nie raport Macierewicza do dziś nie mógłbym zrozumieć, dlaczego wówczas Cenzin nie otrzymał koncesji.
Natomiast zarząd Cenzinu został natychmiast odwołany i oskarżony o działanie na szkodę spółki, ponieważ już zaangażował się w pozyskanie terminala paliwowego licząc, że taką koncesję otrzyma. Nowy zarząd objęli przedstawiciele służb spejalnych. Prezes – nawet pod zmienionym nazwiskiem.
Kolejnym zderzeniem jakie miałem z „mechanizmami rynkowymi” wprowadzonymi przez L Balcerowicza, były doświadczenia jako biegłego sądowego w sprawach gospodarczych. Dowiedziałem się o realnych mechanizmach mafijnych w gospodarce, jak również o działaniach sadów. Doświadczenia stąd wynikające pokazują ogrom patologii rynkowych i ich mechanizmy (opisałem to w publikacjach z kolejnych Konferencji Biegłych Sądowych z zakresu ekonomii, finansów, organizacji i zarządzania, w raportach z lat 2003-2005 wydawanych przez Stowarzyszenie Rzeczoznawców Ekonomicznych). Przedstawiam tam mechanizmy kapitalizmu oligarchicznego jako źródło patologii w życiu gospodarczym oraz powiązania struktur państwa z ludźmi biznesu (czytaj nomenklaturą) i ze światem przestępczym.

Solidaryzm w czasach pandemii

Globalnej pandemii polegającej na rozprzestrzenianiu się koronawirusa (covid-19) towarzyszy festiwal dobroczynności i kapitalistycznego solidaryzmu społecznego. Świat po tej epidemii mógłby się gruntownie zmienić, jednak ta właśnie dobroczynność i ten solidaryzm społeczny, wykorzystując swój potencjał ekonomiczny i ideologiczny, odsuwa od tych gruntownych zmian.

Wśród polityków i pretendujących do tego miana panuje licytacja na drobnomieszczański populizm – każdemu kolejnemu zależy tylko jeszcze bardziej na pomocy dla przedsiębiorców. Rzadziej ktoś upomina się o pracowników. Tę samą troskę o przedsiębiorców wyrażają dziennikarze prywatnych mediów głównego nurtu. To wszak przedsiębiorcy są główną solą tej ziemi i naszym wspólnym dobrem. Pomimo rozprzestrzenienia się groźnego wirusa troska o służbę zdrowia, naukę i sama walka o zażegnanie epidemii jest sprawą jakby mniej istotną. Zyski liczą się bardziej niż zdrowie i życie ludzi. Ta liberalna narracja urozmaicona jest jednak w solidarystyczny dodatek moralny i promocję społeczeństwa obywatelskiego.
W mediach ukazują się hufce szwaczek i szwaczy za darmo szyjących maseczki ochronne, grono wolontariuszy robiących zakupy dla starszych ludzi i różne inne formy solidarności. Ten wdowi grosz bez wątpienia zasługuje na uznanie, co jednak wynika z takiego przesłania? Że to Ty masz pomagać?

Jak mawiał klasyk neoliberalizmu, Ronald Reagan: „Nie możemy pomóc każdemu, ale każdy może pomóc komuś”. Idąc dalej za neoliberalnym systemem wartości, najbardziej może pomóc ten co najwięcej posiada. Pomogła już Dominika Kulczyk, Fundacja TVN i Fundacja Polsat… ale po obejrzeniu specjalnego spotu reklamowego… Któż się nie zachwyca pomagającym w tych trudnych czasach, gdy musimy być razem?

Atmosfera dobroczynności zakrywa kolejne bankructwo systemu w którym żyjemy. Polska skomercjalizowana opieka zdrowotna jest niedofinansowana – częściowo państwowa, częściowo prywatna – i nie jest przygotowana na epidemię koronowirusa. „Nakaz” izolacji i akcja informacyjna „zostań w domu” ma być znieczuleniem i zastępstwem za te niedobory. Społeczeństwo obywatelskie na te niedobory proponuje działalność Jurka Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakupującej respiratory i inne niezbędne sprzęty szpitalne. Ten sam Jerzy Owsiak kilka lat temu postulował całkowitą prywatyzację służby zdrowia, podając USA jako doskonały przykład tego rozwiązania.

A to właśnie w USA umiera najwięcej osób zarażonych koronowirusem. Szpitale pomagają tylko tym, którzy za to zapłacą. Ta rynkowa logika koliduje z efektywnym zwalczaniem wirusa. Wracając do słów Ronalda Reagana – „Nie możemy pomóc każdemu”. Jak kogoś nie stać na leczenie… można zrobić zbiórkę… „ale każdy może pomóc komuś”, pod warunkiem, że ma z czego. W ostateczności najwznioślejsze napady liberalnego altruizmu jednak nie wystarczą.

Jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w dobie koronawirusa? Słabnie, ponieważ jego darczyńcy z klasy średniej bankrutują. Mniej wpływowe fundacje toną we frustracji i proszą o wsparcie. Trzeci sektor to jednak rozwinięcie stosunków rynkowych: pomóc można, ale nie trzeba. Media przedstawiają sytuację jako swego rodzaju renesans społeczeństwa obywatelskiego. Eksplozja dobroczynności „zastępuje” więc sprawną, państwową służbę zdrowia i dobrze opłacaną pracę szwaczek.

W tym samym czasie socjalistyczna Kuba wysyła swoich lekarzy do umierających kapitalistycznych państw. Kubańska służba zdrowia jest w pełni państwowa. Jest to rzeczywista „służba zdrowia” – służba dla ludzkości, nauka podporządkowana interesom ludzkości, moralny obowiązek, a nie „pomóż fundacji, a poczujesz się lepiej”.

Spektakl dobroczynności w warunkach izolacji nie dostrzega się też innych bolączek. Propaganda „#zostańwdomu” i wesołe śpiewanie przez Skype’a nie uwzględnia… bezdomnych. Gdzie mają zostać bezdomni? Czy będą dostawać mandaty? Czy epidemia koronawirusa prowokuje do zmiany polityki mieszkaniowej? Czy jedynym plusem epidemii będzie spadek ceny mieszkań?

Pandemia to kolejna klęska kapitalizmu. Jednych zmusiła do zawieszenia działalności, drugich skłoniła do spekulacyjnej sprzedaży maseczek ochronnych. Wolny rynek okazuje się w takich chwilach bezsilny i bezduszny, nie jest też w stanie zapewnić zwalnianym pracownikom źródła utrzymania. Kapitalizm będzie się jednak bronić. Jego przyszłość zależy bowiem od państwowego interwencjonizmu.

Po Wielkim Kryzysie w 1929 roku państwa zachodnie postanowiły ratować kapitalistyczne gospodarki, uwzględniając potrzeby socjalne społeczeństwa, przyjmując model keynesowski. W czasach neoliberalizmu zaprzestano te potrzeby uwzględniać. Po kryzysie ekonomicznym w latach 2007-2009 państwa kapitalistyczne, w tych szczególnie USA, ratowały najbogatszych, głównie bankierów, kosztem reszty społeczeństwa, która płaciła za krach systemu finansowego. Interwencjonizm państwowy miał stanowczo klasowy charakter. Obecnie podobna sytuacja ma miejsce w Polsce za rządów PIS w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

PIS w porównaniu do liberalnej opozycji podkreśla, że należy pomóc przedsiębiorcom i pracownikom. Propaganda PIS jest konsekwentnie solidarystyczna klasowo. W praktyce PiS opowiada się jednak za takim samym neoliberalizmem jak PO, w tym za uelastycznieniem kodeksu pracy. Pracownicy i najubożsi będą ponosić koszty tego kryzysu. Czy się na to zgodzą?

Obecna epidemia pompuje nastroje solidarystyczne. Interes przedsiębiorców utożsamia z interesem ogółu. Czy pracownicy dadzą się spacyfikować przez te nastroje? Póki co, pacyfikują powszechna izolacja i kolejne „zakazy”. W tym czasie rząd forsuje najbardziej bezczelne pomysły: wybory prezydenckie w okresie epidemii, najbardziej antypracownicze rozwiązania, a Kaja Godek odgrzewa antyaborcyjnego kotleta…

W dobie nakazanej izolacji możliwości protestu są utrudnione, a rząd, kapitaliści i neoliberałowie, nie przebierają w bezczelności. Nie kwestionuję sensowności pozostania w domu w okresie pandemii – choć te zakazy są chwilami bezsensowne (jak na przykład zakaz wychodzenia do lasu). Pominę też to, że księża, myśliwi czy wojska NATO działają na innych zasadach. Ciągle wielu pracowników musi chodzić do pracy i to nie tylko sprzedawcy w supermarketach czy pracownicy szpitali. Pracują często ponad siły, narażając się na zakażenie, po to by nawet media głównego nurtu uznały ich za „bohaterów”. Przed pandemią takimi bohaterami nie byli.

Osoby, które łudziły się, że kryzys zdrowotny przyczyni się do automatycznego upadku kapitalizmu są bardzo naiwne. Straci klasa średnia, ale nie zabezpieczona na wieki oligarchia finansowa. Kapitalizm mógłby upaść i w tych warunkach, potrzebna jest jednak rewolucyjna organizacja. Póki co jedynie Kuba ratuje honor socjalizmu.

Tymczasem przekaz medialny ciągle uzależniony jest od kapitalistycznych mecenasów. Media nawet nie zdecydowały się na promocję zdrowej żywności, choć Polska Akademia Nauk zalecają na czas epidemii unikanie produktów mięsnych i mlecznych. Programy śniadaniowe nic sobie z tego nie robią. Ciągle pojawiają się reklamy mięsa, produktów mlecznych czy śmieciowego jedzenia, osłabiające odporność. Media nie podważają potęgi przemysłu mięsnego i mlecznego. W polskich szpitalach bardzo trudno też o dietę roślinną, która najlepiej uodparnia na wirusa.

Kryzys epidemiczny wymaga skoordynowanych działań i rzeczywistej solidarności. W chwili obecnej tej powszechnej solidarności brakuje – wbrew temu co pokazują media. Solidarystyczny medialny przekaz oraz reklamy większych fundacji uzależnionych od wielkiego kapitału zamydlają rzeczywisty stan rzeczy i podtrzymują bajeczkę o społeczeństwie obywatelskim mogącym działać w kapitalistycznych stosunkach rynkowych. Panika miesza się z powierzchowną dobroczynnością.