Księga Wyjścia (76)

Ballada o papierowych statkach nad Bosforem.

Gdy czytacie ten felieton prawdopodobnie jestem już w Stambule, być może nawet robię papierowe statki nad Bosforem, czyli między Europą i Azją. O ile oczywiście badania Covid PCR wyjdą ujemnie i wpuszczą mnie do samolotu – piszę z wyprzedzeniem, więc może być tak, że nigdzie nie polecę. Pierwotnie miałem inny plan podróży, ale okoliczności się zmieniły i w ostatniej chwili wybór padł na tę trasę.
Ze Stambułu lecę dalej, ale to będę relacjonował już w kolejnych felietonach. Trochę rozejrzę się po Turcji – o ile wpuszczą. W końcu oskarżyłem publicznie rząd o wspieranie Azerbejdżanu podczas wojny w Republikce Arcachu czyli Górskiego Karabachu, co zirytowało Azerską panią ambasador, no i Kurdowie, ale chwilowo o tym pomilczę. Przynajmniej do wyjazdu z Turcji. Zawsze nurtowało mnie dlaczego funkcjonują dwie nazwy tego miasta Stambuł i Istambuł i która jest prawidłowa – w końcu się dowiedziałem. Stambuł to europejska wersja muzułmańskiej nazwy Istambuł.
Chętnie pojechałbym też do Karsu – miasto z książki Orhana Pamuka – „Śnieg”. Niestety, nie wystarczy na to czasu.
Jeśli doleciałem i stoję na brzegu cieśniny Bosfor, to pewnie zastanawiam się, kiedy zaczniemy wielką wędrówkę ludów, czyli masową emigrację z Europy w poszukiwaniu pracy i spokojnego życia. Czy będzie to Azja, a potem Afryka? Nie wiem, wiem natomiast, że Europa się wali, a Plac Niebiańskiego Spokoju i pałac w Zakazanym Mieście przetrwały wszystkie trzęsienia ziemi.
Niemożliwe? Pomijając Chiny, gdzie życie jest znacznie wygodniejsze niż w państwach UE, również Wietnam zaczyna rozkwitać, przypominam sobie Armenię, którą odwiedziłem w grudniu ubiegłego roku. Kraj ten wydał mi się idealny do życia. A z pewnością ludzie bardziej przyjaźni i miasta bardzo czyste. Ciągle szukam dla siebie miejsca, ale miejsce do życia to nie tylko dach nad głową, lecz przede wszystkim ludzie wśród których żyjemy.
W Polsce jest jak jest i lepiej nie będzie, w Hiszpanii zamieszki, protesty w Czechach, Grecja pewnie też niebawem wybuchnie o Francji nie ma co gadać. Już kiedyś zastanawiałem się, czy „cywilizacja zachodu” osiągnęła moment krytyczny i zaczyna się zwyczajnie walić, zjadać swój ogon. Doraźne kroplówki nie utrzymają zbyt długo tego trupa przy życiu. American Dream to już zamierzchłe czasy, o których pamięta jedynie Schwarzenegger, teraz mocarstwo to jedynie pręży muskuły prowadząc wieczne wojny kosztem swoich obywateli. Próbowałem policzyć wszystkie konflikty, w których USA bierze udział i wciąż się gubię.
Sporo czasu zajęło ludziom zorientowanie się, że tak zwana „zachodnia demokracja” to jedna wielka lipa. Zawsze wygrywają pieniądze, partie wspierane przez największe grupy kapitałowe z nieograniczonym zapleczem finansowym, a jeśli przypadkiem uda się wejść do struktur władzy ustawodawczej jakiejkolwiek innej opcji, natychmiast zostaje wchłonięta przez neoliberalny system – oczywiście system ten da im jakieś pieniądze. Ergo – demokracji – takiej, jaką nam wpajano – nie ma i nigdy nie było. Już w starożytnej Grecji – kolebce mitycznego boga – ustrój ten dotyczył jedynie uprzywilejowanych warstw społecznych, głosować mogli jedynie obywatele, a żeby być obywatelem, nie wystarczyło pochodzenie. Teraz jest podobnie, nie wystarczy obywatelstwo, potrzebne jest zaplecze kapitałowe. Teoretycznie kandydować i głosować mogą wszyscy, którzy posiadają PESEL i nie są pozbawieni praw publicznych, ale tak naprawdę koszty kampanii przekraczają możliwości nawet ludzi zamożnych. Polityk, to produkt i tak jak produkt zostaje nam sprzedawany. A w społeczeństwie konsumpcyjnym kupujemy sobie opcje polityczne głosowaniem. Chociaż tak naprawdę to nie my ich, lecz oni nas już kupili. My jedynie kartami wyborczymi składamy swoje lenno.
Jeśli w wyniku jakiegoś błędu wejdzie niezaplanowane ugrupowanie, to zwykle jest to niewielka grupa i zostaje szybko wchłonięta przez większych „przyjaciół” – przykładów nie muszę podawać.
Trochę lepsza demokracja byłaby wtedy, gdyby zlikwidować system D’honta, wprowadzić alfabetyczne listy, kampanie równe dla wszystkich ugrupowań. Czyli żadnego finansowania z zewnątrz. Jednakowy czas antenowy dla każdego i państwowe studia do produkcji spotów wyborczych. Wszelkie inne metody promocji powinny być zabronione. Zakaz publikowania jakichkolwiek sondaży – to głównie one mają wpływ na wyniki, no i oczywiście likwidacja tego idiotycznego pięcioprocentowego progu. Wiem, jest wygodny dla rządzących, ale właśnie dlatego dostają pieniądze i władzę, żeby trochę popracować. Zamiast dogadywać się z jednym czy dwoma ugrupowaniami, niech rozmawiają z każdym posłem. Dlaczego społeczeństwo ma ułatwiać im pracę. Nie mam na myśli JOW-ów. Okręgi wyborcze mogłyby zostać takie same, ale już bez list partyjnych. Karty wyborcze alfabetyczne, a przynależność partyjna obok nazwiska kandydata.
Tak na marginesie, lewica już w latach dziewięćdziesiątych obiecywała rozwiązać senat. Kandydaci SLD ubiegający się o mandat do wyższej izby parlamentu twierdzili, że startują żeby od środka rozwiązać tę instytucję. Te obietnice dotychczas nie zostały spełnione – jak większość. Owszem, teraz Senat blokuje w jakiś sposób PiS, lecz przy innym systemie wyborczym partia ta nie miałaby szansy zdobycia monopolu na władzę.
Azja rozkwita, a Europa usycha. W akcie rozpaczy i nie widząc alternatywy ludzie zaczęli masowo popierać wszelkie organizacje nacjonalistyczne. W wielu krajach już dorwali się do władzy, stąd te brutalnie pacyfikowane protesty. Protesty, które jeszcze niczego nie zmieniły.
Jeśli zaczną dbać o czystość narodową i grzebać w swoich rodowodach i drzewach genealogicznych, to w końcu dojdzie do absurdu i sami siebie powyrzucają. Już starożytni Rzymianie odkryli, że nie ma cesarza bez kropli krwi niewolnika i niewolnika, bez kropli krwi cesarza. Czyżby nadchodziła, przewidziana przez Einsteina kolejna fala nazizmu? Który według niego pojawi się w zupełnie innej, skrojonej na miarę czasów i przyjaznej formie, by w efekcie doprowadzić do kolejnej zagłady?
Pewnie właśnie tak będę kombinował nad Bosforem. Mogę się mylić, nie jestem analitykiem, widząc jednak co dzieje się na tak zwanym „Zachodzie”, wnioski są, takie jakie są. I kolejny statek z papieru popłynął w stronę Azji.

Zegarek Lewandowskiego

Robert Lewandowski NIE ZARABIA SAM na swoje luksusowe zegarki – to kompletna fikcja i klasistowska propaganda.

Robert Lewandowski zarabia tak dużo, ponieważ w taki sposób zorganizowany jest sportowy przemysł. Robert Lewandowski nie wykopał pieniędzy z powietrza. Jest po prostu udziałowcem* w biznesie, który karmi się pieniędzmi zwykłych widzów i to głównie po prostu zwykłych pracowników. „Jego” środki pochodzą od klubu, który sponsorowany jest przez udziałowców, finansowany z przemysłu reklamowego i przez wielkie koncerny. Te pieniądze otrzymał od klubu za DOSTARCZENIE klubowi/firmom piłkarskim magnesu na widzów, aby skutecznie na nich zarabiać. To właśnie widzowie, zwyczajni zjadacze Lay’sów i pijacze Heinekena finansują życie Roberta Lewandowskiego. Iluzja, że jego pieniądze to „stoliczku nakryj się” bierze się stąd, że w kapitalizmie tradycyjnie całkowicie wyklucza się aktywną i podmiotową rolę sprawczą konsumentów i pracowników. Wg panującej propagandy pieniądze pojawiają się, jak królik z kapelusza i są wyłączną zasługą właściciela. To kłamstwo. Więc tak samo, jak możecie mieć coś do powiedzenia nt. UEFA, albo firm sprzedających i wciskających chemiczne i rakotwórcze żarcie, tak samo możecie otwarcie krytykować zarobki „Roberta”. Bo sami mu je wręczacie, jesteście zbiorowymi wytwórcami jego fortuny. Nie muszę chyba dodawać, jak sprawa wygląda w przypadku zegarka wręczonego od prezydenta RP…

Pojawiają się głosy, że Robert Lewandowski robi nam wręcz przysługę partycypując w luksusowej konsumpcji. Bo albo w ten sposób pieniądze do nas „wracają”, albo wydając je „nakręca” w ten sposób gospodarkę. Są to wielkie kłamstwa. Po pierwsze – nakręcona jest luksusowa, marnotrawcza konsumpcja zarezerwowana dla elit kapitalizmu i zaklęta w zamknięty krąg. Te środki krążą więc pomiędzy milionerami, ultrabogatymi firmami i pracownikami, którzy przymusowo biorą w tym udział i wcale nie są głównymi beneficjentami tego procederu. Po drugie „nakręcona” w ten sposób gospodarka jest nakręcona na zachcianki, a nie na prospołeczne tory… Nie żyjemy w świecie nieskończonych zasobów.

3) Luksusowa konsumpcja NIE JEST POTRZEBĄ, LECZ KAPRYSEM – tu dochodzimy do kluczowej sfery. Wiele osób uważa, że jeśli ktoś otrzymał w tym systemie pieniądze, to albo jest już zbawiony i ma usprawiedliwienie na wszystko, co zrobi z tymi pieniędzmi… Albo jeszcze inni uważają, że to są „normalne potrzeby” tylko da „bogatych ludzi”. Otóż w tym systemie wymordowano ponad połowę dzikiej przyrody Ziemi, miliony głodują i cierpią na brak wody, a niedofinansowane systemy zdrowotne taśmowo produkują trupy (w tym w Polsce, teraz). Działają tu też obywatele słynący z przekrętów na parówach. Powoływanie się na zdrowy charakter systemu to samobój. Nie jest to też wcale potrzeba – potrzebą określamy to, co konieczne człowiekowi do sprawnego funkcjonowania. I nie jest nią posiadanie zegarka, któego wartość zabezpieczyć potrzeby wielu innych ludzi. Potrzeby, jak np. potrzebę posiadania dachu nad głową, czy dostęp do ciepłego posiłku. To kaprysy, zachcianki… Które angażują sobą i zawłaszczają społeczne siły produkcji.

Luksusowa konsumpcja JEST GŁĘBOKO TOKSYCZNA – produkcja tego typu towarów zżera koszmarne ilości surowców (srebra, złota, kamieni szlachetnych, skóry…) i podporządkowuje życie tysięcy ludzi milionerom, którzy pragną mieć świecącą zabawkę. To niszczenie planety i środowiska naturalnego, to zawłaszczanie materiałów na egoistyczne zbytki, a także promowanie w społeczeństwie egocentrycznych i zwyczajnie klasistowskich praktyk (z maczyzmem w tle). Miliony (głównie) chłopców dorastają potem w przeświadczeniu, że posiadanie luksusów powinno być celem ich całego życia i nada mu sens. Większość oczywiście nie będzie nigdy miała takich zegarków, więc skończy z depresją i obniżonym poczuciem własnej wartości. A mniejszość, która dorwie się do tego Graala jeszcze bardziej przyczyni się do utrwalenia marnotrawstwa i podziałów.
I skąd w ogóle pomysł, że jeśli ktoś dobrze poradził sobie w tym toksycznym systemie i zagarnął miliony, to znaczy, że jest najlepszą osobą do wydawania tak gigantycznych środków??? Czy przekazalibyście losy Ziemi w ręce Obajtka? No a czemu nie??? Przecież zdaniem rynku, elit i rynkowych mechanizmów poradził sobie w życiu lepiej od 99 proc.obywateli tego kraju! Musi geniusz.

Społeczeństwo tresowane

Najgorsze jest to, że polskie społeczeństwo jest tak wytrenowane przez kapitalizm, że nawet dziesiątki tysięcy ofiar pandemii z winy rządu nie skłonią do buntu, czy większego oporu. Ba, nie drgnie rządowi zaufanie i poparcie!

Bo władza jest rozmyta i nie istnieje. Przy tej samej sytuacji w PRL-u już byłaby rewolucja i płonęłyby komitety. Przypomnę, że wtedy duża część zamieszek zaczynała się od np. dość drobnych podwyżek kiełbasy. Teraz można powiedzieć publicznie będąc politykiem z obozu władzy, że trzeba będzie poświęcić chorych na raka… i gówno.

Alienacja, brak świadomości klasowej, totalna hegemonia kapitału… Jest na to wiele określeń, ale nie ulega wątpliwości, że współchore jest też niewolnicze społeczeństwo. Jest to kraj w którym spokojnie można umrzeć i nie wiedzieć nawet z czyjej winy nie doczekało się lekarza, narzekając na socjalizm i głosując na PiS za wstawanie z kolan.

Brzydkie słowo na k.

Zimna wojna z liberałami wciąż trwa

Liberałowie zbierają owoce wyczynowego wariantu kapitalizmu, który współtworzyli od końca lat 70. ubiegłego wieku. Marsz do królestwa wolności dla kapitału rozpoczął prezydent R. Nixon w r. 1971. Zniósł wymianę dolarów na złoto. Spuścił ze smyczy kapitał finansowy, który i tak jest zawsze sztabem głównym systemu. W krótkim czasie powstał kapitalizm bez granic narodowych, bez granic dla eksploatacji przyrody, pracy i życia ludzkiego. Skumulowane skutki tych zmian tworzą podglebie dla ruchów protestu, które podtrzymują status quo. Opatruje się je ogólną nazwą populizmu. Rodzina to rozrośnięta: od soft-nacjonalizmów, tradycjonalistyczno-religijnej prawicy do nostalgików reakcyjnej prawicy, która tworzy różne odcienie postfaszyzmu. Także ruchy lewicowe kontestujące neoliberalny kapitalizm wpadają w ten wielki wór wrogów demokracji i rozsądku. Miało być pięknie jak nigdy dzięki wolnemu rynkowi, a skończyło się paradą rozczarowanych kontestatorów. Jednak ich protest nie sięga ekonomicznych źródeł. Z prawej strony ogranicza się tylko do podważania liberalnej demokracji i jej kosmopolityzmu, z lewej zaś do postulatów poszerzania autonomii jednostki w sprawach rasy, płci, praw reprodukcyjnych. Na scenie politycznej to wojny kulturowe, a co jest za kulisami?

Łatwiej wskazać „ciapatego” i wyładować na nim gniew klasowy, łatwiej też współczuć opozycji zmagającej się z autokratą gdzieś na świecie. Trudniej zrozumieć, jak funkcjonuje wirówka kapitału, w której znalazła się i przyroda, i klasy pracownicze. O tym czwarta władza milczy. Wykonajmy to zadanie za nią.

Scena polityczna wznosi się na fundamencie wyczynowego kapitalizmu, czyli sposobu produkcji, który jest oparty na własności prywatnej środków gospodarowania i konkurencji o zyski. Jego logika produkcji podporządkowana jest rencie z posiadanych aktywów, teraz głównie finansowych. To ekonomiści katedralni i bankowi, klasy menedżerskie, elita rządząca na przełomie lat 70/80 przeszli na służbę rentowności kapitału, porzucili kompromis powojenny między kapitałem a pracą. Organizacje międzynarodowe, zwłaszcza MFW, Bank Światowy, później WTO, kierowane z tylnego siedzenia przez departament Skarbu USA – wdrożyły model kapitalizmu bez granic: państwowych, społecznych i ekologicznych, z dostępem do taniej pracy montażowej w Azji, potem w Europie Centralnej. Potocznie zwie się go globalizacją. Ważnym ogniwem tej jakościowej zmiany były reformy Deng Xiaopinga w Chinach po 1978 r. Pojawiła się zdyscyplinowana i tania siła robocza, najpierw dostępna dla chińskiej diaspory z Hongkongu, Tajwanu i Singapuru. Pojawiły się nowe pola akumulacji kapitału: prywatyzacja przedsiębiorstw sektora publicznego, komercjalizacja usług publicznych, obniżenie kosztów pracy w rezultacie jej uelastycznienia. Do tego doszły reformy sytemu podatkowego, możliwość optymalizacji podatkowej i ukrywania nadwyżki w rajach podatkowych. Wall Street stała się miejscem cudownej przemiany nadwyżki światowej na produkty finansowe, co Yanis Varoufakis nazwał Globalnym Minotaurem. To okoliczności historyczno-społeczne leżą u podstaw ogromnej władzy korporacji finansowych nad państwami za pomocą mechanizmu długu publicznego. Do tego dochodzi kontrola nad myślą akademicką, szczególnie pompowanie nagrodami (tzw. ekonomicznym noblem) głównych twórców doktryny neoliberalnej (M. Friedman, F. von Hayeka), a także nad mediami. Tu królują bankowi ekonomiści i przedstawiciele probiznesowych think tanków.

Teoretyczne państwo. System obiegu kapitału na całej planecie osłabił klasy pracownicze. Po pierwsze, na bocznicy znalazło się państwo. By przyciągnąć, a później zatrzymać inwestorów – otworzyło rynki wewnętrzne. Korporacje, grożąc ucieczką kapitału portfelowego i inwestycji, wymusiły równanie w dół w zakresie podatków, obciążeń socjalnych, transferu zysków. Stopy podatkowe od dochodów indywidualnych spadły z około 60-70% do 40-50% między 1979 a 2000 r. Kodeksową ochronę pracy zastąpiła prekarność, czasowe zatrudnienie, biedapłace, eksploatacja pracy w strefach specjalnych, montowniach, paczkowniach, sektorze usług personalnych. Tu dochody są niższe i niepewne. W rezultacie brak obecnie arbitra, który by kształtował warunki brzegowe dla wykorzystania kapitału, pracy i zasobów przyrody na zasadzie zdrowego kompromisu.

Wielkie korporacje. Po drugie, wyrosły udzielne księstwa w demokratycznym pejzażu. To wielkie korporacje przemysłowe, zbrojeniowe, z sektora surowcowego i finansowego – wszystkie o rozproszonym kapitale właścicielskim, praktycznie zarządzane przez menedżerów, którzy nie ponoszą odpowiedzialności majątkowej za swoje decyzje. Działają oni praktycznie dla pomnożenia wartości giełdowej firmy. W razie błędnych decyzji straty są uspołeczniane jak w okresie kryzysu finansowego 2007/8 czy wcześniejszej bańki internetowej. Dominuje tu perspektywa krótkookresowa. W tym celu menedżerowie obniżają koszty, głównie pracy. Skutkiem tej strategii biznesowej jest obniżenie globalnego popytu – spadają dochody płacowe w firmach, w konsekwencji w krajach. Pojawia się kuszenie konsumentów kredytami, by spieniężyć masę towarową, której wciąż przybywa. Rozwinął się silnie obciążający przyrodę konsumpcjonizm na dopalaczach kredytu konsumpcyjnego i mieszkaniowego. Do utraty suwerenności przez konsumenta przyczyniły się reklamy, wzmocnione efektem demonstracji celebrytów i influenserów w mediach społecznościowych.

Twierdzą wolnej przedsiębiorczości wielkich korporacji stała się Dolina Krzemowa w USA. Do wielkiej mocy Jeffa Bezosa i kolegów przyczyniło się tolerowanie optymalizacji podatkowej oraz możliwość emigracji zysków do rajów podatkowych. Np. w 2015 roku 40% zysków firm międzynarodowych powędrowała do rajów podatkowych (za NBER Working Paper No 24701).
Źródłem ich władzy jest kontrola patentów i kapitał finansowy własny i pożyczany. Tworzą firmy-wydmuszki, bez własnych fabryk. Zastępuję je okrążające glob łańcuchy produkcji, ich ogniwami są podwykonawcy i poddostawcy z całego świata. Mogą łatwo zmieniać ofertę produktową, technologię. Kto inny ponosi bowiem stałe koszty utrzymania majątku produkcyjnego. Jak bezradny wobec ich mocy jest polityk świadczy dawkowanie szczepionek przez Big Farmę. Nikt z „zatroskanych” w UE nawet nie śmie, z wyjątkiem Adriana Zandberga, upomnieć się o hierarchię potrzeb: czy opanowanie epidemii czy niezagrożone profity rentierów zwanych „inwestorami”.

Giełdyzacja gospodarki. Proceder ucieczki przed opodatkowaniem odpowiada za powstanie ogromnej nadwyżki wirtualnego kapitału. Krąży on wokół globu, grożąc zniszczeniami warunków życia jak cyklony. Dzienne transakcje na Wall Street dawno już przekraczyły 6 mld dolarów. To kapitalizm kasyna. Płonne okazały się nadzieje, jakie zwolennicy hipotezy wydajności rynków finansowych spod znaku Miltona Friedmana, pokładali w nowym kapitalizmie finansowym. Miał on być ukoronowaniem gospodarki rynkowej. „ Rewolucja derywatów” miała skutecznie zabezpieczać ryzyko kontraktami terminowymi „futures”. Ale to one w czasie kryzysu finansowego 2007/8 stały się toksycznymi aktywami. Słowem, powstała gospodarka oparta na długu i spekulacjach produktami finansowymi, czyli formą pieniądza niezależną od rynku dóbr oraz obiegu gotówki. Dlatego według znawcy „gospodarki finansowej” Hymana Minsky`ego, „rynki finansowe nie zarządzają ryzykiem, lecz je stwarzają”. Najlepszym sprawdzianem zawodności tak pojętego efektywnego rynku finansowego był spektakularny upadek funduszu dwóch laureatów tzw. ekonomicznego nobla za równanie różniczkowe Blacka-Scholesa (wzorowane na dyfuzji w mechanice) – Long Term Capital Management. Miraż wydajnego długoterminowego inwestowania na rynkach finansowych skończył się jedną z największych akcji ratunkowych, bez której by się ulotniły oszczędności pokoleń. Dlatego w sektorze finansowym pełno zombi-banków. Stał się on w istocie piramidą finansową. Królują tu keynesowskie zwierzęce instynkty: „emocje, lęk, chciwość, owczy pęd” (R. Shiller), a nie wspomniany wzór Blacka-Scholesa i algorytmy wykorzystujące komputery. To kapitalizm dla kilkuset milionów posiadaczy akcji, a więc około 5% populacji świata, którzy liczą na 15% stopę zwrotu z inwestycji na giełdzie. Według obliczeń Thomasa Piketty`ego, na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20% całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli pięćdziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90% całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości. Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80% globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa według szacunków Branco Milanovića, znanego badacza światowych nierówności. W ten sposób powstała klasa globalnych rentierów. Ich historyczna egzystencja zależy od kapitału pieniężnego krążącego w światowej gospodarce, a bezpośrednio od kontroli rynku finansowego i rent, które on przynosi. Ich zyski nie pochodzą z mitycznej przedsiębiorczości – są to po prostu zyski kapitałowe od udziałów w firmie, odsetki, dywidendy, procenty, renty od nieruchomości. Dlatego Władysław Szymański, od lat badający globalny kapitalizm, nazwał obecną funkcję giełdy „keynesizmem giełdowym”, gdyż o tempie wzrostu cen decyduje obecnie koniunktura giełdowa – tempo wzrostu podaży pieniądza, „finanse finansują teraz finanse”, jak określił angielski ekonomista Jan Toporowski.

Tak więc władza przesunęła się do prezesów wielkich korporacji, i ich drużyn: specjalistów zarządzania, marketingu, reklamy, usług doradczych, prawniczych. To oni są suflerami i klientelą polityczną prawicy zarówno narodowo-tradycjonalnej i konserwatywno-liberalnej, w Polsce POPiSu. Obóz Zjednoczonej Prawicy rekonstruuje system władzy, na wzór sanacyjnego reżimu, skoncentrowanego wokół państwa. Ideologicznie eksploatuje zaś tradycje endecko-klerykalne. Jednak poza pieniężnymi łapówkami dla gorzej sytuowanych, nie narusza istoty systemu, nawet go wzmacnia po wprowadzeniu PPK. PO i jej wariant marketingowy, jakim jest Polska 2050, stanowią reprezentację polityczną 15-17% beneficjentów neoliberalnej transformacji. Pozostają im tylko wyzwalanie energii „obywatelskiej”. Jak tu bowiem tworzyć program, kiedy go się już zrealizowało, że tak powiem, z kretesem.

Zachodnich globalizatorów zaskoczyło państwo chińskie. Nie respektowało bezmyślnie jak nadwiślańscy liberałowie reguł płynących z Waszyngtonu. Nowocześni mandaryni z KPCH wykorzystali otwarcie granic narodowych dla handlu i inwestycji, ale ani nie wpuścili kapitału portfelowego Zachodu, ani nie utracili zwierzchniej władzy na prywatną przedsiębiorczością. Przeciwnie – stosują przemyślaną i skuteczną strategię proeksportową: utrzymują konkurencyjność cenową, m.in. skupują dochody dolarowe eksportujący firm, by nie podnosić kursu dolara w kraju; oddzielają dzięki temu zakupy dolarowe od krajowej podaży pieniądza. Za zaoszczędzone dolary kupują obligacje rządu amerykańskiego. Ta strategia proeksportowa stała się jednakowoż czynnikiem niestabilności w całej gospodarce światowej. Nadwyżka obrotów w handlu w jednym krajom musi bowiem odpowiadać deficytom innych. Dotyczy to zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Żyją one na kredyt, mają nierównowagi handlowe i płatniczą. Tarczą ochronną jest dolar jako pieniądz światowy. Państwo amerykańskie broni ładu światowego, by nie osłabła wolna przedsiębiorczości i liberalna demokracja, ograniczona do uprawnień wolnościowych. Politycy z Waszyngtonu kontrolują większość lądów, oceanów, przestworzy dzięki sile militarnej, a także dzięki swojej popkulturowej „broni masowego rażenia”, wedle trafnego określenia Andrzeja Szahaja. Presja bieżących problemów, jak obecnie pandemia, zadłużenie, mała konkurencyjność narodowych firm przesłaniają politykom główne wyzwanie: zastąpienie partykularyzmów narodowych perspektywą planetarną. To analogiczna droga jaką w drugiej połowie XIX w. pokonywały mozaikowe dotąd społeczeństwa postfeudalne – świadomość zawodowa, klasowa, regionalna, narodowa musi być wzbogacona o komponent integracji na płaszczyźnie przeciwdziałania kryzysowi planetarnemu. Bez przezwyciężenia nacjonalizmów, z jego ksenofobią, uwielbieniem zmistyfikowanej tradycji, a także likwidacji dysproporcji rozwojowych miedzy regionami – nie będzie to możliwe.
Protest społeczny młodych. Skutki wyczynowego kapitalizmu najsilniej uderzają w młode pokolenie. To następstwo zniesienia kodeksowej ochrony pracy, pogorszenia systemów socjalnych i emerytalnych, a także osłabienia wsparcia ze strony państwa np. kredytami mieszkaniowymi czy tanimi mieszkaniami na wynajem. Mechanizm rynkowy rozciągnięty na cały glob prowadził do stopniowego wyrównywania ceny siły roboczej na niskim poziomie. W końcu sprawdziło się tzw. spiżowe prawo płac Davida Ricardo: w warunkach konkurencji i przy niegraniczonej podaży siły roboczej płace spadają do poziomu nieznacznie przekraczającego minimum egzystencji w sytuacji, gdy na świecie jest ponad miliard bezrobotnych, a rezerwowa armia pracy może wynosić 2,4 mld. Doszło do dużej polaryzacji sytuacji bytowej: na górze samoloty, jachty, piękne dzielnice, wielkopańskie rezydencje, na dole: prekariat, przedłużona młodość w rodzinnym gnieździe lub w stłoczonych mieszkaniach pod wynajem w dużych miastach, na globalnym Południu zaś getta biedy otaczające metropolie. Następstwa wszędzie są takie same: słabnie wspólnota, gdyż słabnie poczucie wspólnoty interesów, postępuje dezintegracja, nasilają się tendencje ksenofobiczne, rośnie posłuch dla domorosłych zbawców „biednych ludzi”. Dlatego lewica nie może, jak liberałowie, głosić pochwały merytokracji – „pracy, zaradności, odpowiedzialności” (konfederat S. Mentzen). Oni bowiem powiększają majątki, korzystając z pracy innych. Korzystają też z kilkusetletniego dorobku wspólnoty pracy i życia, której są członkami. Inni czerpią apanaże jako drużynnicy zagranicznych firm w roli zarządców ich filii, specjalistów wszelakich usług. Lewicy pozostaje poszukiwanie kompromisowej równowagi między szansami rozwoju dla bardziej utalentowanych a tymi, którzy pozostają w tyle. Ich perspektywa oglądu rzeczywistości społecznej też musi być reprezentowana, by mogła współtworzyć kompromisową formułę. Zwycięzca nie może brać wszystkiego. Ważny jest głos w tej debacie jednego ze zwycięzców w „grze rynkowej” Warrena Buffeta. Przytomnie zauważył, że gdyby urodził się w Bangladeszu, mógłby zostać najwyżej lokalnym kacykiem, a nie amerykańskim przewodnikiem stada inwestorów.

Kryzys planetarny. Dostatek materialny, dłuższe przeciętne życie w krajach rozwiniętego kapitalizmu nie mogą przesłonić faktu, że ludzkość zawdzięcza to tzw. prometejskim technologiom: spalaniu węglowodorów, elektryczności, ostatnio technologii cyfrowej. Mają one jednak swoje koszty środowiskowe zarówno w krajach bogatych, jak i na globalnym Południu. Tutaj to głód, deficyt wody pitnej, niski poziom opieki społecznej, edukacji młodego pokolenia, przeludnienie, brak pracy. Według Global Footprint Network, ludzkość już w latach 80. przekroczyła limity przyrodnicze. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Wniosek jest prosty: zysk nie może dalej kształtować przyszłości cywilizacji. Gospodarka stanowi przecież tylko środek do celów ogólnospołecznych, a społeczeństwo nie może być dodatkiem do gospodarki, jak nauczał Karl Polanyi i wielu antropologów ekonomicznych (Ch. Hann, K. Hart, G. Rist).
W czyjej służbie pozostają politycy i depresyjni konformiści w korporacyjnych Mordorach? Czy się nad tym zastanawiają? Już dawno temu angielski krytyczny liberał John Gray zauważył, że istnieje konflikt między gwarantowaną przez państwo narodowe demokracją a rynkiem bez granic. A to wskutek polaryzacji dochodów i majątków, a także faktu, że decydujący głos w sprawie zakresu prywatności, posługiwania się biotechnologiami, sztuczną inteligencją należy do technoproroków z Doliny Krzemowej. Parlamenty mają coraz mniej do powiedzenia, np. w sytuacji, kiedy pod wpływem doktryny neoliberalnej i w trosce o rentierów wpisano do konstytucji reguły dotyczące wielkości deficytu budżetowego i długu publicznego. To nie liberałowie, tylko lewica może obronić kapitalizm przed nim samym. Podróże na Marsa mogą okazać się zbyteczne – nieziemski krajobraz możemy mieć niedługo za oknem.

Problem z korwinistami

… jest taki, że są to agenci systemu, którzy uważają, że praktycznie wszystkie rozstrzygnięcia, jakie w nim zapadają są rezultatem wymiernych, racjonalnych i sprawiedliwych procesów.

W kapitalizmie natomiast racjonalne jest np.: umieranie milionów z głodu, dziedziczenie miliardowych fortun czyniących z właścicieli nadludzi, bycie ofiarą zmowy monopolistów i korporacji, zmarnowanie życia na bardzo niskopłatnej pracy z powodu braku alternatyw, bycie zakładnikiem spekulantów giełdowych, którzy bawią się życiem zwyklaków itd. Żeby w tych warunkach uznawać zarobki i pozycje społeczne za rezultat uczciwych warunków, to trzeba być albo amoralnym, albo w pełni świadomym rzecznikiem tych, którzy na obecnym bagnie korzystają i ciągną z niego korzyści majątkowe. Większość ludzi ciężkiej pracy to ludzie biedni i wyzyskiwani. Podpowiem też – bycie bogatym w świecie, który pędzi ku katastrofie klimatycznej i skazuje miliony na wyzysk, głód i brak przyszłości niekoniecznie zasługuje na szacunek.

Jednostka zawsze przegra z systemowym monopolem i układem sił rynkowych. Dlatego potrzebne jest samorządne państwo i opieka ponad bezdusznymi mechanizmami rynkowej zagłady, a nie promowanie kłamliwej i realnie arystokratycznej ideologii głoszącej, że każde bogactwo jest sprawiedliwe i całkowicie zasłużone.

Zielona kontrrewolucja

Jesteśmy coraz bogatsi w odpady… O czym milczą technoprorocy z Doliny Krzemowej i rodzimy piewca elektromobilności na rządowej posadzie?

Kenneth Boulding, wrażliwy społecznie i ekologiczne amerykański ekonomista, zauważył, że wiarę w nieskończony wzrost gospodarczy w skończonym świecie mogą podzielać tylko idioci albo inni jego koledzy, tj. ekonomiści. Musimy do tego grona dodać polityków, bo przedsiębiorcy z natury tryskają optymizmem.

Niedługo zabraknie palców u rąk, żeby zliczyć kolejne rewolucje przemysłowe czekające mieszkańca tej jedynej, przynajmniej na razie, dostępnej do życia planety. Trzeba się śpieszyć, bo wampiryczny energetycznie przemysł, z nienasyconym apetytem na minerały, zwłaszcza ziem rzadkich, niedługo wyprodukuje nam drugi księżyc. Chyba nie o takiej wartości dodanej myślą piewcy „zielonej” rewolucji. Obecnie znajdujemy się według zapewnień premiera Morawieckiego w fazie rewolucji energetyczno-cyfrowej. Rozgości się ona w Polsce jeszcze bardziej dzięki kolejnej inwestycji w fabrykę akumulatorów litowo-jonowych firmy Northvolt, założonej przez byłego menedżera Tesli. Inwestorami są, a jakże, Goldman Sachs, Volkswagen, ale też założyciel Spotify – Daniel Ek. Już nie okręty marynarki wojennej będą powstawać w Gdańsku, lecz kolejny dar przedsiębiorczości innych.

Jednak technoprorocy z Doliny Krzemowej i ich polski admirator tworzą kolejny rozdział mitologii kapitalizmu. Ich pieśń o cyfrowej rewolucji angażującej miliardowe inwestycje, zaostrzającej apetyt na nowe gadżety nagłaśnia tuba propagandowa biznesowych portali internetowych, komentariat bankowych ekonomistów i rzesze technofili. Powstają pompatyczne hymny na cześć „ery cyfrowej”, sztucznej inteligencji, społeczeństwa o „zerowych kosztach krańcowych”. Człowiek odrywa się od materii i lewituje: handel elektroniczny, e-administracja, chmury do przechowywania danych, telepraca. W nieodległej przyszłości erę posiadana dóbr zastąpi era dostępu do nich. Współczesny Jeremiasz nazywa się Rifkin. Niestety, niełatwo oddzielić marketingowe plewy od faktycznych osiągnięć przyrodoznawstwa i postępu naukowo-technicznego.
Kapitalizm pod społecznym nadzorem. Kapitalistyczna gospodarka rynkowa wkracza na kolejne rozdroże, tym razem związane z nadchodzącym kryzysem planetarnym. Kapitalizm znalazł się w fazie łagodnej agonii, przynajmniej jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego. Spadnie ono z 3% do 1%. Ten niesympatyczny fakt pomijają jego wielbiciele z wszystkich prawicowych partii, wśród których pełno nadwiślańskich liberałów.

Kapitalizm od początku gnębią trzy plagi. Dotąd radził sobie dzięki ucieczce do przodu za sprawą tzw. prometejskich technologii: silnikowi parowemu (węgiel), silnikowi spalinowemu (ropa), elektryczności i technologii cyfrowej. Jednak jej produktywność stopniowo spada, np. według badacza efektywności inwestycji Robert Gordona spadła w USA do 0,5%.

Pierwszą barierę Michał Kalecki nazwał „tragedią inwestycji”. Po prostu kapitalista, by obrót kapitału móc wzmóc musi ciągle inwestować. Ale ile centralnych portów lotniczych można wybudować, ile produktów inżynierii finansowej wykreować? Dlatego kapitalizm potrzebuje fali innowacji, które pociągną za sobą rozległą i długotrwałą przebudowę aparatu wytwórczego, najlepiej trwającą parę dekad (tzw. fale Kondratjewa). Właśnie to obiecuje „zielona rewolucja”: turbiny wiatrowe, panele fotowoltaiczne, baterie elektryczne, samochody elektryczne, supermocne magnesy. Innowacja polega tu na efektywności metali ziem rzadkich – materiałów o szczególnych właściwościach magnetycznych, katalitycznych i optycznych. Dzięki tym właściwościom przyczyniają się do większej wydajności energetycznej. Domieszka tych metali emituje pole magnetyczne, które pozwala wyprodukować znacznie więcej energii niż podobna ilość węgla czy ropy. Wszystko dzięki, wydawać się może, konwergencji „zielonych” technologii i informatyki. Na dodatek, czysta energia ma płynąć wydajnymi „inteligentnymi” sieciami przesyłowymi. Będą one sterowanie urządzeniami za pomocą technologii cyfrowych, także nafaszerowanych tymi metalami. Nie może zatem dziwić, że największymi rewolucjonistami są teraz tytani kapitału. To oni, dzięki optymalizacji podatkowej i ukrywaniu dochodów w rajach podatkowych, a także własności patentów – szukają ucieczki do przodu w inwestycje. Teraz to biotechnologie, sztuczna inteligencja, robotyka. Ich zbójeckie prawo chcieć mnożyć posiadany kapitał, ale nasze zbójeckie prawo to wiedzieć, w jakim społeczeństwie obudzą się ci, którzy mają do zaoferowania tylko różnie wykwalifikowaną siłę roboczą. I jeśli w nowym „zielonym” kapitalizmie będzie coraz trudniej o dobre życie, w zgodzie z przyrodą i innymi, to trzeba kontrolować rozwój wypadków. Trzeba więc wzmocnić państwo, mimo jego przyrodzonej słabości. Jego załogę bowiem trudno poddać nadzorowi; ulega ona wpływom grup interesu, lgnących do wspólnej kasy jak pszczoły do miodu. Na razie to korporacje wykorzystują państwo, osłabione i podatkowo, i zapożyczone u „inwestorów”, którzy szachują je ucieczką portfelowego kapitału, gdyby nie usłuchało wyroków „rynku”. Sprawne państwo potrzebne jest po to, by wypracować rozwiązania respektujące racjonalność ogólnospołeczną i planetarną, racjonalność, która by uwzględniała interesy zarówno przyrody, jak i klas pracowniczych. Społeczeństwo nie jest i nie może być spółką nastawioną na zysk nielicznych – których pasją jest bogactwo materialne i władza nawet kosztem przyrody, pracy i życia innych ludzi.

Druga bariera, która każe wątpić w globalny kapitalizm to sprzeczność między mikroekonomicznymi celami korporacji (tj. marżą zysku) a błędem złożenia tego modelu biznesu, tj. sumarycznym efektem popytowym. Korporacja oszczędza na kosztach produkcji, najpierw zatrudnieniu i płacach. Konsekwencją jest spadek popytu globalnego, w następstwie stagnacja, bo dla kogo produkować, jeśli nie ma klienta. BDP w obecnie dyskutowanej postaci może być zaledwie plastrem na chorobę bezrobocia strukturalnego i prekarności.

Bolesna prawda o „zielonej” rewolucji. I trzeci problem to wadliwe rozumienie rzadkości przez klasyczną i neoklasyczną ekonomię. W tym wypadku chodzi o środowiskowe szkody, które pociąga za sobą eksploatacja minerałów ziem rzadkich, bo to one są nowym źródłem produktywności. To 17 pierwiastków, np. skan, lantan, cer, samar, europ, które są potrzebne do kompozytów jak sól do chleba. W samych komponentach używanych w elektronice (płytki obwodów drukowanych, diody, LED-y) znajduje się 19 % metali rzadkich, w tym 23 % kobaltu. Są one wykorzystywane w przemyśle zbrojeniowym, np. w inteligentnych bombach, noktowizorach, sonarach. Każdy mieszkaniec planety zużywa rocznie tylko 20 gramów metali ziem rzadkich. Aż 95% pochodzi z Chin, w których znajduje się 10 tys. kopalń na czele z gigantem Boang, gdzie odbywa się 75% światowej produkcji tych metali.

Dekonstrukcji mitu „zielonej” rewolucji, której napędową siłą są metale ziem rzadkich dokonał Guillaume Pitron w książce „Wojna o metale rzadkie” (Wydawnictwo Kogut, W-wa 2020). Autor ukazuje w niej głęboko skrywane oblicze transformacji energetycznej i cyfrowej. Podaje za różnymi analizami i raportami dane, które powinni znać wszyscy technofile, a zwłaszcza czciciele Rynkowego Pana z Konfederacji. Rewolucja brunatnieje, kiedy zmierzymy koszt ekologiczny całego cyklu życiowego wytworów zielonych technologii: wodę zużywaną przez przemysł wydobywczy, dwutlenek węgla emitowany przez transport, magazynowanie, a także zużycie energii podczas recyklingu. Np. produkcja jednego panelu fotowoltaicznego powoduje emisję ponad 70 kg dwutlenku węgla, w rezultacie tylko daje to 2,7 mld ton węgla wyrzuconych do atmosfery (tyle co 600 tys. samochodów). Samochód elektryczny też jest czarnym charakterem w tej opowieści. Co prawda, pupil premiera Morawieckiego emituje ¾ tego, co samochód na paliwo ciekłe. To jego plus dodatni. Ma jednak wielki plus ujemny z ekologicznego punktu widzenia: to koszty wydobycia metali ziem rzadkich, energia do ładowania baterii, i na koniec kosztowny energetycznie recykling baterii. Z kolei oczyszczenie każdej tony ziem rzadkich wymaga co najmniej 200 metrów sześciennych wody nasyconej kwasami i metalami ciężkimi. Co gorsza, omawiane metale nie poddają się recyklingowi, bo są wbudowane w kompozyty, tylko 18 z 60 metali poddaje się recyklingowi. Dlatego powstaje rocznie 2 mld ton e-śmieci, z czego odzyskuje się tylko 50 mln ton. By wyprodukować komputer trzeba „przemielić” 1,8 tony surowców: 1500 litrów wody, 240 kg paliw kopalnych, 22 kg chemikaliów oraz 5300 KWh energii, a jak dotąd tylko około 20% pochodzi ze źródeł odnawialnych.

Biorąc te fakty pod uwagę francuski analityk orzeka, że „ rzekomy szczęśliwy marsz ku dematerializacji jest więc tylko grubym oszustwem, bo w rzeczywistości coraz bardziej znacząco fizycznie wpływa na nasz świat”. Np. rozwój turbin wiatrowych będzie potrzebował do 2050 r 3,2 mld ton stali, 310 mln ton aluminium i 40 ton miedzi. Sam sektor technologii informatycznych i komunikacyjnych wytwarza o 50% więcej gazów cieplarnianych niż transport lotniczy. Prześladowcą planety jest sektor informatyczno-komunikacyjny. Tworzą go przecież sieć satelitów, rakiety, które je wynoszą, plątanina kabli, miliony terminali cyfrowych, serwerów, miliardy tabletów, smartfonów, energia do ładowania baterii. Według szacunków zużywa on 10% światowej energii elektrycznej. Tylko 20 % pochodzi ze źródeł odnawialnych, dlatego popyt na ropę ma rosnąć do 2035 r. o 2,4% rocznie. W 2015 sprzedano 300 mln komputerów osobistych, 200 mln tabletów, ¾ mieszkańców planety ma telefon komórkowy. Tylko na same e-maile, których co godzinę wysyła się 10 mld, zużywa się 50 gigawatów energii. Tyle prądu produkuje w tym czasie 15 elektrowni jądrowych.

Czysty Zachód –brudne globalne Południe. Zgodnie z biznesplanem Banku Światowego (tzw. Summers Memo z 1991 r.), sporządzonym w zenicie neoliberalnej globalizacji, Zachód miał zachować patenty, sektor naukowy, „piękne dzielnice”, luksusowe śródmieścia – wolne od smogu silników spalinowych. Odtąd hałdy odpadów miały wyemigrować do krajów Afryki „o niewielkiej liczbie ludności, zdecydowanie słabo zanieczyszczonych” jak Demokratyczna Republika Konga, Nigeria, Ghana, Angola, RPA. To tu „galernicy globalizacji” wykonują mozolną, szkodliwą dla zdrowia pracę, w tym również dzieci, na dodatek, narażoną na radioaktywność. Menedżerami „polnymi” bywają zazwyczaj panowie wojny.

Niespodziankę sprawiły neoliberalnym globalizatorom Chiny. Stają się one głównym producentem paneli słonecznych, baterii, supermagnesów, samochodów elektrycznych. Chiny kontrolują bowiem teraz kluczowy minerał, zastępujący stopniowo węglowodory, tym samym kontrolują przemysł ery rewolucji energetycznej i cyfrowej. Znów pojawiają się informacje o łamaniu praw człowieka w Sinkiangu, i znów może się okazać, jak dotąd w historii surowców, że „metale i pokój rzadko idą w parze”, pisze Pitron. W tej sytuacji geopolitycznej poszukiwanie cennych minerałów doprowadzi do komercjalizacji gigantycznych obszarów planety: Arktyki, eksploatacji zasobów z dna oceanów, a nawet planetoid, gdzie mogą znajdować się platynowce.

Wybitny ekonomista środowiska, Herman Daly wyśmiał model funkcjonalny, zbudowany na wierze w potęgę nauki i technologii. Łącznie miałyby one rozwiązać problem wyczerpywania się zasobów. W myśl tego modelu wzrost cen surowców będzie stymulował rozwój nowych technologii, które obniżą koszty wydobycia. W konsekwencji w miarę eksploatowania rud niższej jakości, zwykle występujących bardziej obficie, ceny spadną, a produkcja wzrośnie. To tzw. model piramidy wydobycia. Po pierwsze, sama technologia ma też swoje koszty finansowe i energetyczne. Po drugie, wzrost kosztów wydobycia paliw kopalnych określa wszystkie pozostałe sprzężone ze sobą czynniki. Pierwszy dostrzegł ten paradoks u progu industrializacji neoklasyczny ekonomista William S. Jevons: splot tańszej energii, mniej kosztownych surowców i obniżka kosztów pracy prowadzą ostatecznie do spadku ceny produktu. Efektem tego „postępu” jest wzrost konsumpcji danego dobra czy usługi. W rezultacie według obliczeń Vaclava Smila, wybitnego kanadyjskiego uczonego czeskiego pochodzenia, średnia krajowa konsumpcja na osobę wkładów w wytwarzanie wzrosła co najmniej czterokrotnie w ciągu XX w. Te wkłady to m. in. beton w domach, metale i tworzywa w maszynach, aluminium i plastiki w samolotach, metale ciężkie, lit w elektronice, w magnesach czy w akumulatorach. Słowem, bity nie wyparły atomów.

Zadania Lewicy. Lewica powinna demaskować tricki kapitału i pracujących na ich rzecz polityków, w tym biurokracji unijnej, a także bankowych ekonomistów. Zadania bieżące to „prześwietlanie” łańcuchów dostaw i produkcji darów rewolucji energetyczno-cyfrowej. Czy wydobycie surowców nie ma charakteru rabunkowego, czy nie niszczy lokalnych społeczności, czy płaca jest sprawiedliwa, zarówno podczas wydobycia minerałów, jak i w produkcji magnesów czy elektroniki (płace zatrudnionych przy produkcji iPhone`a wynoszą zaledwie 1 procent jego całkowitego kosztu). Tym się zajmuje Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Wiele takich analiz ukazuje się w dodatku do polskiej edycji Le Monde diplomatique, który redaguje Przemysław Wielgosz. Praktyczny postulat to wymaganie od korporacji, by przy publicznych przetargach udokumentowały (np. dzięki audytowi), że respektują prawa pracownicze, a także obowiązek płacenia podatków. Ale na dalszą metę zmiany wymusi kryzys ekologiczny. Chodzi o stopniowe zastępowanie minerałów rzadkich pospolitymi, powtórne wykorzystanie użytych minerałów w kolejnych produktach, a także o zmianę stylu konsumpcji na zrównoważoną ekologicznie. Będzie to strategia de-wzrostu. Zamiast zysku koncentracja na wartości użytkowej towaru, preferencja dla obiegu energii i minerałów, nie zaś kapitału. Ale takie zmiany to cios w samo serce kapitalizmu, który ma nieustanny problem z upłynnieniem ogromnej masy towarów.

Żyjemy wciąż w epoce hiperrewolucji przemysłowej, tyle że w formie wyczynowego kapitalizmu. W nieodległej przyszłości pojawią się komputery kwantowe, a w następnym wieku synteza jądrowa. Dopiero ona zapewni zeroemisyjną energię. Wystarczy teraz, by aparat wytwórczy, który powstawał dzięki przyrodoznawstwu, wynalazcom, przemysłowcom, pracownikom, „domowym” kobietom był inaczej zarządzany. Przede wszystkim zgodnie z preferencjami ustalanymi demokratycznie. Wówczas gospodarka będzie podporządkowana arytmetyce potrzeb społeczeństwa, a nie rentierskim zyskom, jak obecnie przy produkcji szczepionek przeciw pandemii COVID-19. To byłby powrót państwa, planowania i to w skali ogólnoludzkiej wspólnoty. Wtedy gospodarka będzie w stanie zapewnić wszystkim umiarkowanie dobre życie: dostatnie materialnie, ale także dające każdemu szanse możliwie pełnego wykorzystania fizycznych i intelektualnych uzdolnień.

Socjalizm, a sprawa odsunięcia PiS-u od władzy.

Niedawno został opublikowany Manifest Socjalistycznej Platformy Programowej (SPP). Znajduje się w nim, nawiązujące do wielkich wyzwań społecznych, klimatycznych, zdrowotnych obecnej epoki i przyszłości, następujące stwierdzenie: „…W tym krytycznym dla ludzkości momencie lewica zaprezentować powinna swoją wizję świata, społeczeństwa i państwa. Uważamy, że jedyną racjonalną drogą, która da szansę na stawieniea czoła wyzwaniom jest zwrócenie się ku socjalizmowi – idei towarzyszącej człowiekowi od stuleci…”

Innymi słowy, Socjalistyczna Platforma Programowa proponuje społeczeństwu, ale zarazem i Nowej Lewicy… zwrócenie się ku socjalizmowi.

Z kolei przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty wypowiada się o możliwej koalicji z PO i PSL (i zapewne z partią Hołowni – PL50), aby odsunąć PiS od władzy. Może ktoś zapytać, czy dla kuszącej perspektywy odsunięcia PiS-u, możliwej w wyniku zawiązania antypisowskiej koalicji z formacjami jednak wybitnie „antysocjalistycznymi”, proponowany socjalizm SPP, nie będzie przeszkodą?

Myślę, iż długofalowa strategia lewicy nie powinna się uginać pod ciężarem taktycznych, choć bardzo ważnych wyzwań średniookresowych. Wiemy, jakie znaczenie dla Polski ma odsunięcie PiS-u, ale też wielu z nas wie, na jak kruchej gałęzi, jako ludzkość siedzimy za sprawą kapitalizmu. Oraz, że i w tej kwestii również jest konieczna zmiana, na której przeprowadzenie wcale dużo czasu już nie pozostało. Trzeba odsunąć PiS, czego warunkiem jest jakaś powyborcza koalicja, ale trzeba też zacząć rozważać kwestię socjalizmu, którego ewentualni koalicjanci nie akceptują. A wyjście musi się tutaj znaleźć. Szkodliwe byłoby pójście partii i kierownictwa, tylko drogą „pragmatyzmu”. W rozstrzyganiu tego dylematu trzeba się kierować zasadą swoistej równowagi pomiędzy taktyką i praktyką, a wartościami i celami ideowymi. Tym bardziej, iż jednym z warunków powodzenia Nowej Lewicy jest dobitne uwidocznienie społeczeństwu przez formację, jej lewicowej wyrazistości ideowej. Oznaką takiej wyrazistości, może się stać postulowany w Manifeście SPP – socjalizm.

Lewica, aby się wyrwać z klinczu PiS-PO (PL50), odbudować i „wybić” się na grubo powyżej 10 proc., musi – obok działań, które już realizuje – opracować odpowiadający obecnym i nadchodzącym wyzwaniom i uwarunkowaniom program, oraz „wymyślić” i zastosować formy i sposoby, przy których pomocy dotrze do obywateli, i przekona ich do swoich zamiarów.

Od tego, jak dalece treści takiego programu będą odpowiadać na owe wyzwania, oraz odzwierciedlać dążenia i nadzieje społeczne, a także od skuteczności form i metod propagujących program, zależeć będzie miejsce lewicy w ciągu najbliższych, ale i wielu dalszych lat.

Mówiąc wprost: będzie zależeć, czy lewica stanie się przystawką formacji KO-PL50 (lub jakiejś innej, o której nie mamy jeszcze pojęcia), czy też stanie się więcej niż dziś znaczącą siłą polskiej sceny politycznej, a także ważnym uczestnikiem powyborczej koalicji antypisowskiej. Albo… coraz bardziej marginalizowanym ugrupowaniem opozycyjnym?

Tę ostatnią kwestię (dalszej opozycyjności lewicy, tym razem obok PiS-u) niech rozważą przeciwnicy koligacji z innymi partiami antypisowskimi (też nie jestem entuzjastą takich koligacji), i przedstawią alternatywę. Nie pomogą, bowiem tu żadne nasze zaklęcia głoszone na temat liberałów spod znaku PO i Hołowni.

Taka koalicja powyborcza (nie zaś żadna wspólna lista), to oczywiście sprawa do rozważenia, ale jeszcze nie na dziś. Wszakże, zdecydowanie „na dziś”, a nawet „na wczoraj” jest kwestia, co i jak już teraz robić, by nie stać się przystawką, a przeciwnie liderem opozycji. Mrzonki? Nie dowiesz się, jak nie spróbujesz. Oczywiście na rzecz takiego celu konieczna jest praca, ale i odpowiedzialność.

W tym kontekście warto się zastanowić, czy proponowany w Manifeście SPP socjalizm może pomóc lewicy – i dlatego warto go głosić i dalej nad nim pracować – czy raczej będzie dla niej przeszkodą?

Określenie „socjalizm” było przez ponad trzydzieści lat zohydzane na wszelkie możliwe sposoby. Dlatego ludzie mają w tej sprawie wątpliwości wynikające z głoszonych na ten temat kłamstw, ale i z różnych rzeczywistych, negatywnych i pozytywnych doświadczeń, oraz własnych i teoretycznych przemyśleń. Nie lekceważąc tych wątpliwości, trzeba wszakże zapytać: czy lewica, dla realizacji wyżej wskazanego celu – a więc konieczności znaczącego przekroczenia obecnego poparcia (10 proc.), i osiągnięcie np. 20 proc. w 2023 roku – może sobie pozwolić na zaniechanie jakiegokolwiek działania, które pozwoliłoby przybliżyć ten cel? Czy zatem „wystarczy robić to samo, co robi prawica, i zaniechać tego socjalizmu? Albo, robić dalej to, co do tej pory sami robiliśmy, tylko więcej i lepiej – i to już da te 20 procent? Oczywiście nie wystarczy, i nie da.

Wydaje się, iż zaczynają to rozumieć niektórzy liderzy. Ostatnio Robert Biedroń stwierdził: „Uważam, że powinniśmy przedstawić plan V RP…”. Myślę, iż jest to wprawdzie tylko hasło, ale i równocześnie pewien sygnał i zaproszenie do debaty o potrzebie poważniejszych przeobrażeń, a zatem także i o tych treściach, które zawiera Manifest SPP.

Dlaczego jednak formacja miałaby realizować jakiś socjalizm, skoro jakiekolwiek odwołania się do niego, lub wręcz samo wypowiedzenie tego słowa ściąga gromy kolejnych oskarżeń na głowę lewicy?

Czy, zatem musi być socjalizm, i warto, a nawet trzeba bronić tej tezy?

Oczywiście Manifest SPP określa tylko jego główne kierunki. To jest pewna propozycja dla lewicy, wymagająca prac i dyskusji, lecz która powinna zostać zaakcentowana w perspektywicznym programie: „Tak, w perspektywie Nowa Lewica widzi socjalizm”.

Dlaczego? Bo jest konieczność dużego zwrotu w polityce, bo nie może już być kapitalizm, bo musi być „niekapitalizm”. Bo celem działalności gospodarczej – jako jej bezwarunkowy wymóg – stać się musi „…zaspokajanie potrzeb człowieka oraz ochrona i odbudowa środowiska naturalnego, a nie zysk właściciela środków produkcji i surowców…” (z Manifestu SPP).

Do tej pory zasada zysku powodowała nierówności, niesprawiedliwość, wyzysk, biedę jednych i bogactwo innych. Wszakże, jeszcze nigdy nie było tak źle, jak jest dziś. Została oto przekroczona granica wytrzymałości ekologicznej planety i wytrzymałości społecznej ludzkości. Praktycznie niczym nieograniczane dążenie do zysku (korporacji, banków itp.) powodują, iż Ziemia, jej mieszkańcy, przyroda i człowiek znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

„Jego oznakami, są w XXI wieku, zjawiska i procesy dewastacji środowiska społecznego (człowieka) i dewastacji środowiska naturalnego (przyrody). A, jakąś, być może osobliwą ich kumulacją, oraz demonstracją, których głębszych (strukturalnych, społecznych) źródeł jeszcze nie znamy jest covid-19.

Winę za ten stan rzeczy ponosi decydująca o kształcie oraz treści naszej cywilizacji formacja społeczno-ekonomiczna – kapitalizm, a szczególnie jej neoliberalna odmiana i charakteryzujące ją wyznaczniki. Takie, jak: uświęcenie pojęcia i praktyki wzrostu gospodarczego/PKB, bez względu na koszty społeczne i straty w środowisku naturalnym i zdrowotnym; militaryzm (i jego skutki: wojny, ludobójstwo), jako źródło zysku i akumulacji kapitału; zysk i bogactwo, jako najważniejsze wskaźniki sukcesu osobistego; indywidualizm, jako główna forma postawy/działalności człowieka; konsumpcjonizm (konsumpcja materialna, jako jedyny cel oraz sens życia, pracy i wysiłku).

Te, jak i, jeszcze inne problemy kapitalizmu powodują konieczność jego istotnej zmiany lub wymiany.

Dziś nie jest, na przykład niezbędna maksymalizacja PKB, wystarczy go dzielić tak, aby powstające z jego wzrostu dobro służyło całemu społeczeństwu. Tymczasem jednak, w roku 2018 – jak informuje organizacja Oxfam (międzynarodowa organizacja humanitarna) – 82% całkowitego wzrostu majątku trafiło w ręce 1 % ludzi, podczas gdy najbiedniejsza, dolna połowa społeczeństwa nie odnotowała żadnego wzrostu. W tym samym roku majątek grupy „miliarderów” wzrósł o 762 mld USD. Jest to suma wystarczająca na siedmiokrotne zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na świecie. A z najnowszego raportu Oxfam (2020) wynika, że 2153 najzamożniejsze osoby skumulowały w swoich rękach więcej bogactw niż ma do dyspozycji 4,6 mld ludzi stanowiących 60 proc. populacji. Dziś można by uzyskać olbrzymie środki na: cele społeczne, likwidację biedy i głodu; na naprawę środowiska, powstrzymanie ocieplania klimatu, stepowienia gleb, zapewnienie wody pitnej w wielu punktach globu itd., gdyby zahamowano bezsensowną, antyhumanistyczną produkcję narzędzi służących zabijaniu ludzi.

Produkcja dóbr/usług powinna zostać zracjonalizowana według zobiektywizowanych potrzeb społeczeństw, a nie według dyktatu producentów, nakręcających dla sprzedaży i zysku potrzeby sztuczne. PKB (lub parametr, który go zastąpi) powinien być tworzony w oparciu o technologie ekologiczne, nanotechnologie, źródła energii odnawialnej. Znacząco rosnąca część surowców nieenergetycznych powinna pochodzić z odzysku. Musi nastąpić rewolucja w dziedzinach transportu, zjazd ciężkiego taboru towarowego z dróg, miast, autostrad, olbrzymie ograniczenie komunikacji samochodowej, osobowej, i zastępowanie jej ekologiczną komunikacją zbiorową (w tym kolejową) w miastach i poza nimi.
Niezwykłym wyzwaniem stały się nierówności. Rozwikłanie ich węzła wymaga zastosowania różnych działań i metod, na różnych obszarach. Warunkiem ich wcielenia jest zawarcie w programie lewicy: planu przebudowy stosunków i struktury społecznej. Bez tego tematu i zdobycia do niego ludzi lewica musi się liczyć z tym, że w kolejnych wyborach nie uzyska wyniku, pozwalającego jej wpływać znacząco na działanie państwa i byt społeczeństwa.

Skąd taka teza? Stąd, iż uporanie się z nierównościami – i problemami, które pośrednio i bezpośrednio wywołują: degradację przyrody, susze, powodzie itp. – jest koniecznością obiektywną, ale dostrzeganą już, również przez coraz szersze kręgi społeczne.

Ale i stąd, iż usuwanie nierówności drogą przebudowy relacji i struktury społecznej, zatem usuwania nierówności strukturalnych – zadania, którego nie podejmie żadna prawica/ centroprawica – jest jedną ze spraw, w której (na opanowanej przez PO-PiS scenie politycznej) lewica może pokazać ustrojową inność, wyraźne odróżnienie od centroprawicy/PO-PiS i pozostałych aktorów tej sceny.

Owa inność jest ważna dla walki o poparcie społeczne, w kontekście frekwencji wyborczej. W latach 1989-2015., w wyborach do parlamentu nie uczestniczyło średnio 50 % ludzi (61,74 % w 2019 r., to wyjątek). Skala absencji winna pobudzić lewicę do zadumy: „Jak to jest, iż opcja, która ma kreować humanizm, równość, społeczeństwo obywatelskie – nie ma oferty dla połowy populacji?” Dążąc, więc do wzrostu poparcia, trzeba szukać zwolenników również wśród niegłosujących. Jest to naturalna baza lewicy. W wyborach roku 2019, baza ta stanowiła 12 milionów osób. Zdobycie tylko, co piątej z nich – to podwojenie obecnego wyniku…”

Są to wyzwania i uwarunkowania, które nie sposób pominąć w lewicowej refleksji, programowaniu oraz działaniu.

P.S. Końcowe frazy tekstu – od akapitu: „Jego oznakami, są w XXI wieku…; do akapitu: …to podwojenie obecnego wyniku…” – są fragmentami książki: Jan Janiszewski „Socjalizm w XXI wieku: Praca u podstaw i praca od podstaw. V RP – Socjalistyczna?”; Copyright by Jan Janiszewski; ISBN 978-83-958881-0-6; Wydawnictwo i Drukarnia MOLOH WROCŁAW.

Szczepionek będzie brakować!

Dlaczego produkcja szczepionek na koronawirusa idzie tak powoli? Dlaczego mogąc produkować niezliczone suplementy diety i specyfiki, których skuteczność jest wątpliwa, nie możemy szybko i sprawnie rozpocząć masowej produkcji szczepionek? Dlaczego korporacje farmaceutyczne mogą jednostronnie i bez szczególnych obaw informować wielkie państwa, że „od dziś” szczepionek będzie mniej?

Dlaczego rolą Unii Europejskiej w całym tym procesie jest głównie negocjowanie kontraktów z korporacjami, a nie pełna odpowiedzialność za produkcję i dystrybucję ratujących życie leków? I dlaczego nic nie zapowiada, by proces szczepienia miał przebiegać sprawnie?
Odpowiedź znajdziemy w sercu religii, która zdominowała współczesny świat: religii zysku.
Sposoby, którymi obecne korporacje farmaceutyczne próbują powiększyć swoje możliwości produkcyjne, są w pełni właściwe dla epoki kapitalistycznej a nawet wczesnokapitalistycznej. Podnajmowanie pojedynczych zakładów produkcyjnych w roli podwykonawców, zazdrosne ukrywanie własnych patentów i działanie w skali mikro – wszystko to szybko zbierze swoje żniwo. Ludzie umierają i będą umierać, ponieważ oddaliśmy produkcję szczepionki w ręce tych, którzy żyją i osiągają zyski dzięki gospodarce kapitalistycznych niedoborów. Bo niedobory w dostawach lekarstw nie są w globalnym kapitalizmie niczym nowym. Ludzie wciąż umierają na choroby, które można wyleczyć lub powstrzymać. W 2019 roku na AIDS zmarło blisko 600 tysięcy osób. Gruźlica – wyeliminowana w Polsce dzięki wysiłkowi Polski Ludowej – zabija na świecie rocznie 1,5 miliona osób. A jest jeszcze gorzej – z powodu braku dostępu do czystej wody i żywności umiera rocznie na świecie kilkanaście milionów ludzi. Czy więc śmierć dodatkowych milionów z powodu kapitalistycznego zacofania oraz powiązanego z tym braku systemowych zdolności do produkowania oraz dostarczenia szczepionek na czas wciąż jeszcze wydaje się niemożliwa?
Różni autorzy i badacze zwracali w przeszłości uwagę, dlaczego w systemie kapitalistycznym nie opłaca się skuteczne zwalczanie chorób zakaźnych. Po pierwsze: wielkie firmy farmaceutyczne niespecjalnie zarabiają na środkach, które po krótkiej terapii całkowicie leczą pacjenta. Wiele z leków, a w tym szczepionki, jest też dość tanich i zajmowanie nimi całej linii produkcyjnych zwyczajnie się nie opłaca. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w posiadaniu jednej fabryki i możemy wybrać, czy będziemy produkować w niej szczepionki warte kilkadziesiąt złotych za dawkę, czy też inne lekarstwa, które sprzedamy za tysiące? Która – złożona z prywatnych inwestorów – rada nadzorcza wybierze produkcję mniej opłacalnych substancji? Innymi słowy – która rada nadzorcza postawi na produkcję leków dla biednych?
Współczesny system kapitalistyczny nie posiada żadnej zbiorowej tożsamości, którą próbowali nadać mu klasycy liberalizmu i neoliberalizmu, doszukujący się logiki i ogólnej mądrości w walce egoistów na giełdowych rynkach. Dlatego system ten może jednocześnie cierpieć z uwagi na kryzys i załamanie się globalnej konsumpcji oraz blokować możliwości skutecznego i szybkiego szczepienia całej populacji. Chociaż szczepienie – taką przynajmniej nadzieję ma wielu epidemiologów – właśnie mogłoby kryzys zakończyć…
Łańcuchy dostaw wszystkich produktów w kapitalizmie są wytwarzane przez popyt konsumentów, a jeszcze bardziej przez podaż tego, co prywatne firmy uznają za opłacalne. Oddawanie zdrowia, edukacji, wyżywienia, czy kultury w tryby takich mechanizmów to zgoda na to, by cele i wartości społeczne cenzurowali i edytowali inwestorzy. Ludzie, których często jedyną zasługą jest to, że posiadają kapitał i mogą wpływać poprzez to na życie innych.
Pozostają też bariery dotyczące samej specyfiki kapitalistycznej produkcji. Łatwo wyjaśnić można to na przykładzie tego, jak NIE działają współczesne szkoły zawodowe. W czasach Polski Ludowej kształcenie zawodowe wiązało się z bezpośrednim zapewnianiem pracowników dla publicznych fabryk i zakładów. Technika budowy okrętów dostarczały pracowników do stoczni, cukiernicze szkoły zawodowe kierowały swych absolwentów do cukierni. Obecnie wiele szkół zawodowych i techników nie może nawet wysłać swoich uczniów na praktyki i staże. Dlaczego? Ponieważ prywatne firmy obawiają się, że uczniowie wykradną ich patenty, na przykład przepisy na firmowe ciastka. Ze szkołami tymi nie są też powiązane żadne publiczne zakłady (które skutecznie zabito), a dla wszystkich prywatnych firm przyjęcie niedoświadczonego pracownika wiąże się z kosztowną koniecznością przyuczenia go do konkretnego zawodu. Tu też dochodzi do konkurencji i walk rynkowych, które odbijają się na życiu zawodowym ludzi. Firmy walczą ze sobą i do pracy wolą zawsze przyjąć kogoś ze zdobytym wcześniej doświadczeniem, aby inwestować w nowego pracownika jak najmniej czasu i środków.
Podobne zjawiska występują też przy okazji organizowania kapitalistycznej produkcji szczepionek. Koncerny farmaceutyczne żyjące z patentów i praw autorskich nigdy swobodnie nie wymienią się swoimi pracownikami. Nie ujawnią przed sobą żadnych firmowych „sekretów”, bo mogłoby to wiązać się z ryzykiem utraty zysków. Problemem będzie nawet wzajemne prezentowanie maszyn, taśm produkcyjnych, budynków, czy dostęp do baz danych. Jeszcze gorzej, jeśli fabryki jakiejś korporacji okażą się zbyt małe do produkcji niezbędnych do szczepionek substancji. Wtedy pozostanie ryzykowne i długotrwałe kupowanie na chciwym rynku całych nowych zakładów produkcyjnych albo kłopotliwa konieczność dogadywania się z konkurencją, przed którą trzeba będzie wszystko ukrywać. I nawet jeśli to wszystko da się w końcu zrobić, to wyobraźmy sobie ile wysiłku i czasu może to wszystko pochłonąć.
Te szkodliwe zjawiska – które w socjalizmie, a nawet w wąsko rozumianej sferze publicznej nie istnieją – są dla kapitalizmu podstawowym, gigantycznym hamulcem w rozwiązywaniu wszystkich społecznych problemów. Przychodzi tu także do głowy myśl niepokojąca: a co by się stało, gdyby ludzkość doświadczyła epidemii o wiele bardziej niebezpiecznej i śmiertelnej? Przecież specjaliści sytuacji takiej bynajmniej nie wykluczają, wręcz przeciwnie. Wymagałaby ona natychmiastowej organizacji i reakcji w skali globalnej. Niestety, nic nie wskazuje, że system współczesny poradziłby sobie z takim zagrożeniem. Patrząc z perspektywy niepewnej przyszłości marnujemy po prostu szansę „przećwiczenia” odpowiedniego postępowania.
A zatem jak proces produkcji szczepionek mógłby wyglądać w systemie socjalistycznym lub odpowiedzialnie socjaldemokratycznym?
Po pierwsze państwa i ich grupy, na przykład Unia Europejska, same zarządzałyby produkcją szczepionek lub – w wersji „lżejszej” – skupowałyby prawa do szczepionek już na wczesnym etapie badań laboratoryjnych. W czasie, kiedy wciąż dopracowywano by szczepionki, te same państwa organizowałyby już cały łańcuch produkcji i w tym celu, płacąc odszkodowania lub wynajmując po prostu inne firmy o zbliżonych zdolnościach produkcyjnych, przejmowałyby zakłady produkcyjne. Następnie urządzenia i sami pracownicy szybko i sprawnie zostaliby oddelegowani do pracy nad produkcją szczepionek. Pracowaliby tam, gdzie w danym momencie zaistniałaby największa społeczna potrzeba wzmożenia mocy produkcyjnych – a nie tam, gdzie dana firma przewiduje dla siebie największy zysk. Ostatnim krokiem byłoby systematyczne wprowadzanie szczepionek do obrotu, zgodnie z publicznie przedstawionym planem oraz z publiczną odpowiedzialnością i na odpowiednio szeroką skalę.
Zamiast wojny patentowej i rywalizacji o kontrakty między korporacjami farmaceutycznymi istniałby przejrzysty publiczny plan, który zakładałby dostarczenie zróżnicowanych szczepionek w określonych odstępach czasu, także dla biedniejszych i wykluczonych ekonomicznie. Nie istniałaby też możliwość jednostronnego ogłoszenia przez jakąkolwiek korporację, że „oto nagle dostawy szczepionek spadną o 40 proc., bo załatwiamy sobie większe hale, albo bo po prostu tak sobie życzymy i nie zadawajcie pytań”. Nie byłoby też rywalizacji pomiędzy państwami i sytuacji, w której niektóre z nich załatwiają sobie dodatkowe dostawy szczepionek z obejściem jakiejkolwiek międzynarodowej współpracy i solidarności. Dowody na to, że nieprywatna produkcja szczepionek może być bardziej wydajna są zresztą na naszych oczach: licząca 11 milionów mieszkańców Kuba już zapowiedziała, że zaszczepi w tym roku całą swą populację, a jeszcze dodatkowo wyeksportuje do państw zaprzyjaźnionych 100 milionów dawek.
Wszystko to brzmi może dla części czytelników „niemodnie”. Dla niektórych problemem może być w tym projekcie kwestia przejmowania własności lub rola państwa. Projekt nie odbiega jednak od rzeczywistości zbyt daleko: oto prywatne koncerny otrzymały od państw i ich organizacji olbrzymie dotacje na badania nad szczepionkami i ich produkcję – od Stanów Zjednoczonych po Europę. Państwa, czyli przede wszystkim skromni podatnicy zafundowali zatem koncernom ich zyski. Państwa także, z uwagi na „niedokończony” proces weryfikacji skutków szczepień w znacznej mierze wzięły na siebie odpowiedzialność za niepożądane konsekwencje szczepień. Jest to „umowa” dla koncernów zaiste doskonała, nie można wyobrazić sobie lepszej. Umowy te wskazują także, czyje to w istocie interesy są realizowane.
Moment, w którym obecnie żyjemy to czas, kiedy rozrost sił wytwórczych i mocy produkcyjnych jak najbardziej umożliwia nam już globalną, zintegrowaną produkcję leków i szczepionek oraz dostarczanie ich według potrzeb. Na podobnej zasadzie od dawna dysponujemy już narzędziami niezbędnymi do eliminacji głodu i pragnienia na całej Ziemi. To wszystko się nie dzieje, ponieważ kryterium naczelnym globalnego systemu gospodarczego pozostaje prywatny zysk, wsparty jeszcze dodatkowo pełną zazdrości wojną konkurujących ze sobą i zwalczających się monopoli, koncernów, funduszy, itd. To zjawiska, które nasi potomkowie (zakładając oczywiście, że przeżyją katastrofę klimatyczną, a może i epidemiologiczną) będą uznawali za przejaw ciemnego irracjonalizmu, nierozumu, i miejmy nadzieję, że ich opis znajdą wyłącznie w rozdziałach o mrocznej i wstydliwej przeszłości gatunku ludzkiego.
Jest w tym wszystkim jednak również pewien akcent optymistyczny, przewidziany zresztą przez Różę Luksemburg i innych klasyków myśli marksistowskiej. Wiemy i widzimy doskonale, że obecna epoka to epoka systemu, który wyczerpał już swe zdolności do efektywnego oraz elementarnie humanitarnego zarządzania posiadanymi przez ludzkość zasobami – pracownikami, maszynami, technologiami, surowcami… Ale zasoby te przecież już istnieją i czekają tylko na to, by odpowiednio nimi zarządzać, rozwiązując przy tym palące – dosłownie – ludzkość problemy.
Globalne możliwości produkcyjne, globalne siły wytwórcze duszą się pod naporem małostkowych, prywatnych interesów. Samo to, że zaczynamy masowo to dostrzegać dowodzi jednak, że na horyzoncie jest już system, który przedłoży ludzkie życie ponad zysk i ponad korporacyjne prawa własności czy kapitalistyczne ograniczenia. I system ten z pewnością nie będzie czekał z dostawami szczepionek do chwili, kiedy inwestorzy zbiorą swój łup lub kiedy rynek uzgodni już ze sobą, że czasem warto jednak wyjść poza wąskie ograniczenia skłóconych, prywatnych przedsiębiorstw.

O pandemicznym Armagedonie i nie tylko

Ostatni zeszłoroczny numer „Le Monde diplomatique” (nr 6/listopad/grudzień 2020) jest tyleż szczególnie interesujący, co szczególnie pesymistyczny w wymowie pomieszczonych tekstów.

Otwiera go tematyczny blok „pandemiczny” „Globalny kapitalizm w Wielkiej Kwarantannie” Gilberta Achara czy Roberta Boyer. Achar skoncentrował się na Trzecim w Świecie zwracając uwagę, że kwarantanna i lockdown najbardziej pustoszą właśnie tę strefę globu i tak przecież od zawsze najciężej doświadczaną. Jedna z najważniejszych konkluzji tekstu Boyera, autora kluczowego tekstu tego numeru ( „Jedna pandemia, dwie przyszłości. Co nas czeka po kryzysie”) brzmi: „Prawie rok po wybuchu pandemii Covid-19 pojawiło się na widnokręgu rozwiązanie medyczne. Podjęte w celu przeciwdziałania kroki spowodowały natomiast potrójny kryzys – ekonomiczny, polityczny i obywatelski. Wiadomo już, że umocnieniu uległy dwie potężne tendencje: triumfalna ekspansja gałęzi cyfrowych i nawrót do państwa jako zwrotniczego kapitalizmu. Wbrew pozorom te tendencje są komplementarne(…)”. Warto zacytować z tego tekstu także inne, wiele dające do myślenia zdania: „Decyzja wielu rządów o przedkładaniu obrony życia ludzkiego nad dążenie do „normalności” gospodarczej odwraca tradycyjną hierarchię zaprowadzoną przez poprzednie programy liberalizacyjne, które osłabiły systemy opieki zdrowotnej. Ta nieoczekiwana zmiana powoduje szereg dostosowań, które wstrząsają całymi społeczeństwami: panikę na giełdzie, załamanie cen ropy naftowej, zawieszenia spłat rat pożyczek, zmniejszenie konsumpcji, zmienność kursu walutowego, porzucenie ortodoksji budżetowej itp.”. Wiele do myślenia, także w kontekście tego co obserwujemy w Polsce, daje i takie zdanie, o „politycznej i administracyjnej decyzji o zaprzestaniu wszelkiej działalności, która nie jest konieczna do walki z pandemią i do życia codziennego?”. W oczywisty sposób nabiera tu wymowy fakt szczególnej bezwzględności rządów ( w tym w Polsce) w stosunku do branż gastronomicznej, turystycznej, transportowej, rozrywkowej, które są blokowanę z największą determinacją. Boyer przewiduje też nieodwracalność zmian, jakie się już dokonały: „Covid-19 (…) zmienił już szereg zachowań i praktyk: w strukturze konsumpcji dostrzeżono ryzyko relacji twarzą w twarz, pracę zdigitalizowano (…) międzynarodowa ruchliwość ludzi uległa trwałym utrudnieniom (…)”. Kolejną konsekwencją pandemii/kwarantanny będzie jednocześnie inwazja ponadnarodowego kapitalizmu i antagonistyczny wobec niego wzrost kapitalizmów narodowych i państwowych: „Na polu ideologicznym rządy określane jako „populistyczne” zyskują na popularności, ponieważ pochodzące z innych krajów zagrożenie wirusem usprawiedliwia kontrolę granic, obronę suwerenności narodowej i wzmocnienie państwa w sferze gospodarczej”. Jaki będzie tego skutek? Boyer widzi to tak: „Kapitalizm państwowy nie rości sobie pretensji do konkurowania z kapitalizmem ponadnarodowym, lecz po prostu dąży do zapewnienia suwerenności ekonomicznej, nawet jeśli osiąga się ją kosztem stopy życiowej”. Czy nie koresponduje to ze zjawiskami, które już obserwujemy choćby w Polsce? To tylko niektóre wątki z tekstu Boyera, fundamentalnego, ale zarazem bardzo pesymistycznego, ponurego w przewidywaniach i konkluzjach. Bardzo gorąco polecam staranne przestudiowanie go.
Poza tematami „covidowymi”, także teksty o sytuacji w USA po wyborach. Napisany jeszcze przed wydarzeniami na Kapitolu artykuł Serge Halimi („Gorzkie zwycięstwo demokratów”) okazał się imponująco proroczy. Autor cytuje komentatora „Washington Post”, który pisząc o Trumpie stwierdził, że „należy przestać bać się analogii między początkiem dyktatury nazistowskiej a totalitarnymi zakusami prezydenta USA”. „Ameryko, za chwilę u nas zostanie podpalony Reichstag. Możemy temu zapobiec. Nie pozwólmy spalić naszej demokracji” – pisał ów komentator. No i kilka tygodni później doszło do „amerykańskiego Reichstagu” czyli do zajść na Kapitolu! Inna bardzo ważna konkluzja tego tekstu jest taka, że prezydentura Joe Bidena nie przeżyje „miodowego miesiąca” i stanie od razu przed niebywale trudnym zadaniem politycznym i ekonomicznym. („Biden miał odnieść triumfalne zwycięstwo, a udało mu się wygrać z trudem”). Poza tym w numerze pakiet innych interesujących tekstów. Między innymi, jak zwykle bardzo interesujące rozważania edytorialowe Przemysława Wielgosza („Ty przegrywasz, ja nie wygrywam”), w którym bardzo ciekawie łączy on wątki i prognozy globalne, amerykańskie i polskie, zastanawiając się na ile możliwa jest klęska prawicy i w Polsce i w USA, a także jakie ona ewentualne skutki może wywołać. Wśród wielu godnych odnotowania zdań z tego tekstu warto zacytować choćby jedno: „Upadek rządów prawicy jest tym boleśniejszy, że odbywa się przy akompaniamencie masowych protestów społecznych. Rebelie Black Lives Matter i Strajku Kobiet pokazują jasno, że prawica traci tam, gdzie czuła się najpewniej, czyli na polu wojny kulturowej. Przez lata skutecznie pacyfikowała gniew klas ludowych (…) Służyły temu kolejne kampanie nienawiści wobec wrogów takich jako uchodźcy, strajkujący nauczyciele, czy mniejszość LGBT plus (…). Teraz mechanizm właśnie się zaciął”. Poza tym – Jacques Bouveresse o prekursorach walki o prawa zwierząt, Austriaku Karlu Krausie (1874-1936) i Róży Luksemburg („Co to znaczy traktować zwierzęta po ludzku”), Franck Poupeau o rewolucyjnych koncepcjach w ekologizmie („Co naprawdę może kryć się w drzewie”). „Niektórzy uważają, że istoty żywe, które nie są ludźmi, to „aktorzy” w pełnym tego słowa znaczeniu” – tak brzmi jedno ze zdań tekstu o koncepcjach nowego miejsca dla świata przyrody względem człowieka. Paweł Wodziński pokazuje („Jeszcze więcej tego samego”) jak pandemia niszczy kulturę w Polsce. W bloku teksów historycznych – Anna Dobrowolska o prostytucji w PRL, Adam Leszczyński o początkach klasy robotniczej w Polsce, Andrzej Friszke o buncie fornali w 1919 roku. A na koniec numeru Evelyne Pieller, która zastanawia się dlaczego „troska, życzliwość, odpowiedzialność robią dziś karierę („O życzliwości podejrzliwie”).

Uwielbiam, gdy polscy przedsiębiorcy…

… żądają od państwa zerowych podatków plus wiecznego podtrzymywania ich działalności.

To nic innego, jak pozostałość po czasach folwarczno-szlacheckich. Szlachta musiała istnieć, więc muszą istnieć też firmy, które żyją z taniej siły roboczej i istnieją tylko dlatego, że w Polsce władza trzyma je w inkubatorach. W Polsce utarło się myślenie, że firmy-włości są świętością i że jeśli nie są w stanie na siebie zarobić, to należy prędzej zlikwidować podatki, niż stymulować powstawanie firm innego typu.

Przez to w ogromnej mierze to polska drobna własność stała się totalnym hamulcowym polskiego kapitalizmu, rozwoju i ma tutaj podatki na cypryjskim poziomie, które od lat podtrzymują ją w wegetacji… Bo taki mamy klimat i nie możemy przecież narzucić progresji CIT, czy choćby skutecznych kontroli Inspekcji Pracy. Jaśniepaństwa się nie kontroluje… Ale do czasu, bo pandemia okazała się zbyt silna i nawet przy 9 proc. CIT (!!!) nie wszystkie firmy przetrwają. Teraz w wyniku oddolnej rewolty wchodzi kolejne prawo: prawo małych firm do narażania życia i zdrowia ludzi. Stoją ponad państwem, ponad bezpieczeństwem zdrowotnym, ponad wszystkimi.
Robi się z państwa kieszeń bez dna dla firm, do tego państwo jest wręcz ośmieszane przez tych, którzy otwierają się by za wszelką cenę przywrócić swe prywatne zyski. To skandal i rezultat dekad zaniedbań + neoliberalnego osłabiania państwa i stawiania go w roli frajera, którego należy oszukać, by szybko się wzbogacić. Tak wychowano całe pokolenie.
Lewica musi mieć natomiast plan wsparcia dla absolutnie wszystkich ludzi. Ale niekoniecznie wiąże się to z szlachecką samowolką i byciem studnią bez dna dla prywaty, która – powiedzmy to wreszcie głośno – w kryzysie praktycznie w ogóle się nie sprawdza.

Wszystko, co osłabia państwo jest szkodliwe dla wszystkich. I to prywatne jest najmniej stabilne i bezpieczne. A 95 proc. pracujących nie jest winne podtrzymywać biznesy 5 proc..

Odpowiedzialność dotyczy ludzi, nie firm.