Inkowie na wojennej ścieżce z neoliberalizmem

Dziesiątki tysięcy ludzi demonstrujących na ulicach, wielu zabitych i rannych. Trzech prezydentów w ciągu tygodnia, pogłębiający się polityczny chaos i coraz głośniej brzmiące hasło ,,zmiana Konstytucji!” – to obraz Peru w ostatnich tygodniach. Jak doszło do tego, że kolejny naród Ameryki Łacińskiej wypowiedział wojnę neoliberalizmowi i niepodzielnie rządzącej krajem oligarchii?

Aby dobrze zrozumieć obecne wydarzenia w tym andyjskim kraju, konieczne jest cofnięcie się do roku 2016. Odbyły się wtedy w Peru wybory, jak co 5 lat wyłaniające jednocześnie zarówno prezydenta, jak i parlament. Do drugiej tury wyborów prezydenckich przeszli ekonomista MFW i Banku Światowego Pedro Pablo Kuczynski oraz Keiko Fujimori, córka Alberto Fujimoriego, prezydenta z lat 1990 – 2000, jednego z pionierów dzikiego neoliberalizmu w Ameryce łacińskiej, skazanego później na 25 lat więzienia za mordy na opozycjonistach, korupcję i bezprawne rządy autorytarne. Bardzo małą różnicą (ok. 30 tys. głosów) wygrał wybory Kuczynski, z wynikiem 50,12 proc. Jego ugrupowanie przegrało jednak z kretesem równorzędne wybory parlamentarne, uzyskując jedynie 18 mandatów w 130 – osobowym Kongresie Republiki Peru. Samodzielną większość w izbie (73 mandaty) zdobyła za to partia Fuerza Popular jego oponentki Keiko Fujimori. Temperatura sporu już wtedy była bardzo wysoka i z góry było wiadome, że deputowani tej i innych wrogich prezydentowi partii będą rzucać Kuczynskiemu kłody pod nogi i zrobią wszystko, by pozbyć się go z urzędu.
Pierwszą próbę usunięcia podjęto w grudniu 2017 roku, kiedy zaczęły wychodzić na jaw pierwsze kulisy tzw. afery Odebrecht (od nazwy brazylijskiego konglomeratu budowlanego, który przez wiele lat korumpował wielu przywódców i czołowych polityków z Ameryki Łacińskiej). Wtedy Kuczynskiemu udało się jeszcze uciec spod topora (co ciekawe, dzięki głosom deputowanych od Keiko Fujimori, których ceną było wątpliwe legalnie ułaskawienie jej ojca). Mniej szczęścia miał w marcu kolejnego roku, kiedy na zarzucaną mu korupcję pojawiły się twarde dowody – w obliczu utraty poparcia nawet części posłów z własnej partii, złożył rezygnację.
Zgodnie z konstytucją, urząd objął (i miał pełnić do czasu kolejnych wyborów) dotychczasowy wiceprezydent Martín Vizcarra, współpracownik Kuczynskiego. Jak nietrudno się domyślić, jemu też parlament przy każdej możliwej okazji utrudniał pracę. Peruwiańczycy mieli z czasem coraz bardziej dość paraliżujących państwo ciągłych napięć na linii pałac prezydencki – Kongres, dlatego decyzja Vizcarry z listopada 2019 roku o rozwiązaniu parlamentu i ogłoszeniu na styczeń nowych wyborów spotkała się z powszechną aprobatą. Masowe demonstracje, wyrażające poparcie dla prezydenta i dezaprobatę dla parlamentu, wymusiły na tym drugim jeszcze jedno, kluczowe dla dalszego rozwoju spraw ustępstwo. Kongres uchwalił, że odtąd nie można będzie sprawować mandatu parlamentarzysty dwie kadencje z rzędu. Co warte zaznaczenia, mający być wybrany w styczniu nowy parlament uznano za uzupełniający jeszcze tej kadencji (miał obradować do czasu właściwych generalnych wyborów w 2021 roku), jednak ustępującym deputowanym zakazano ubiegania się o miejsce także w nim. Natomiast zakaz udziału w wyborach w 2021 roku z góry obejmował rzecz jasna także parlamentarzystów, którzy mieli być wyłonieni w styczniu (jako obradujących w obecnej kadencji).
Przy okazji tematu wyborów warto przyjrzeć się bliżej scenie politycznej andyjskiej republiki. Należy ona do najbardziej niestabilnych w regionie. Przy okazji każdych wyborów pojawia się wiele ugrupowań – efemeryd, potrafiących zdobyć dużą ilość mandatów, ale niezdolnych, by przetrwać dłużej niż jedną – dwie kadencje. Względnie stałą (co nie znaczy dominującą) pozycję mają trzy partie: wspomniana już silnie prawicowa i skrajnie wolnorynkowa Fuerza Popular Keiko Fujimori, Acción Popular, konserwatywno–liberalne ugrupowanie centroprawicowe oraz APRA (Amerykański Rewolucyjny Sojusz Ludowy), jedna z najstarszych partii w kraju, kiedyś lewicowa i będąca częścią międzynarodowego ruchu, dziś jednak zdecydowanie centrowa. Peruwiańska lewica, dzisiaj reprezentowana głównie przez koalicję małych partii socjalistycznych i komunistycznych Frente Amplio oraz (częściowo) przez centrolewicową partię miejskiej inteligencji Partido Morado, od lat miała problem ze zdobyciem szerokiego poparcia społecznego. Składały się na to dwa czynniki. Wśród części Peruwiańczyków wszelkie lewicowe hasła wywoływały negatywne skojarzenia z terrorem Świetlistego Szlaku – skrajnie lewicową organizacją, która przez ponad 20 lat (1980 – 2002) toczyła krwawą wojnę domową z rządem Peru.
Drugim, ważniejszym powodem, jest koncentracja zdecydowanej większości mediów w rękach przedstawicieli wielkiego biznesu. Gospodarka Peru charakteryzuje się dominacją bardzo dużych prywatnych koncernów, produkujących głównie na eksport. Ich właścicielom (związanym z amerykańską oligarchią) oczywiście nie po drodze ze wszelkimi prospołecznymi reformami. Dlatego właśnie, za pomocą mediów do nich należących, szczególnie od czasu latynoamerykańskiego ,,różowego przypływu” starali się oni za wszelką cenę torpedować wszystkie lewicowe inicjatywy. Robili wszystko, by nie dopuścić do tego, by Peru poszło choćby śladem sąsiedniej Boliwii, rządzonej przez Ruch na rzecz Socjalizmu Evo Moralesa. W tym celu prywatne media jak mantrę powtarzają np. klasyczny już straszak w postaci ,,losu Wenezueli” czy propagandowe kalki w stylu ,,lewicowiec=terrorysta”.
Wybory w styczniu tego roku znacząco zmieniły skład partyjny parlamentu, nie zmieniając jednak jego profilu ideowego (pozostał zdominowany przez ugrupowania prawicowe). Wielką klęskę w wyborach poniosła mająca dotychczas większość Fuerza Popular Fujimori (zdobyła jedynie 7 proc. głosów i straciła 58 mandatów) której Peruwiańczycy mieli za złe, że przez cztery lata zajmowała się jedynie walką z prezydentami i paraliżowaniem władz centralnych. O skali rozdrobnienia politycznego niech świadczy to, że do Kongresu weszło dziewięć partii, a zwycięska Acción Popular zdobyła tylko niewiele ponad… 10 proc. głosów i wprowadziła 25 deputowanych. Początki obrad nowego parlamentu zbiegły się w czasie z wybuchem pandemii koronawirusa, która zebrała w Peru przerażające żniwo. Zmarło już prawie 40 tys. osób, a bezrobocie sięgnęło 50 proc. Obraz rozpaczy pogłębia to, że w Peru ponad 60 proc. pracowników było zatrudnionych na czarno, co czyni jakiekolwiek system praw pracowniczych czy ubezpieczeń społecznych najwyżej pobożnym życzeniem.
Szacuje się, że na skutek pandemii już aż dwa i pół miliona Peruwiańczyków ponownie spadło poniżej progu ubóstwa (który i tak przed epidemią sięgał w tym kraju ok. 20 proc.). Ciężko nawet mówić o niewydolności służby zdrowia, bo w wielu miejscach jej po prostu nie ma. Ogromna część społeczeństwa została więc porzucona przez władze na pastwę losu i pozostawiona bez opieki medycznej oraz środków do życia. Na skutek tego pokłady społecznego gniewu zaczęły szybko rosnąć.
Winą za tę ogromną narodową tragedię nowy parlament zaczął coraz głośniej obarczać prezydenta. Nie można powiedzieć, że niesłusznie – Vizcarra wzorem poprzedników w czasie urzędowania nie zrobił praktycznie nic, by jakkolwiek rozbudować system ochrony zdrowia, ucywilizować rynek pracy czy poprawić sytuację biedniejszej części społeczeństwa. Dodatkowo podjęte przez niego działania przeciwko pandemii koronawirusa były bardzo chaotyczne i niekonsekwentne, często zamiast pomagać jedynie pogarszały sytuację. W parlamencie jednak nikt jeszcze wtedy głośno nie podnosił postulatu impeachmentu prezydenta.
Tu dochodzimy do sedna sprawy i prawdziwych kulis kryzysu na szczytach władzy. Wraz z nadchodzącą jesienią zbliżał się czas, kiedy prezydent miał ogłosić dokładną datę przyszłorocznych wyborów generalnych (wstępnie planowanych na kwiecień 2021). Jednak większości parlamentarzystów, którym przez niecały rok spodobało się bycie u władzy, średnio widziało się jej oddawanie już w tym terminie, szczególnie ze świadomością, że zgodnie ze wspomnianą przeze mnie wyżej uchwałą poprzedniego parlamentu, nie będą mogli wziąć udziału w kolejnych wyborach. Zaczęli więc oni namawiać prezydenta, by pod pretekstem zagrożenia pandemicznego przedłużył o rok kadencje swoją i Kongresu. Vizcarra nie chciał się na to zgodzić i w październiku zapowiedział wybory na 11 kwietnia. Decyzja ta połączyła rozdrobnioną parlamentarną prawicę przeciwko głowie państwa. Swoją zawziętością i zajadłością ataków na czoło tej nieformalnej koalicji antyprezydenckiej wysunęła się zdecydowanie jedna partia – Unión Por el Perú, której od początku najbardziej zależało na przedłużeniu obecnej kadencji, miała bowiem w tym swój szczególny interes. UPP to ugrupowanie skrajnie prawicowe (w praktyce faszystowskie) odwołujące się do ideologii indiańskiego etnicznego nacjonalizmu, rasizmu i militaryzmu, od kilku lat zdobywające sobie coraz szersze poparcie wśród rdzennych mieszkańców Peru. W obecnym parlamencie jest już czwartą siłą, a pogardzająca stale się sytuacja społeczno–gospodarcza jest dla niej doskonałym paliwem. Partia ta ma jednak jeden problem – jej rzeczywisty lider i główny ideolog Antauro Humala od 2005 roku odsiaduje wyrok 19 lat pozbawienia wolności za zbrojny atak na komisariat w andyjskim miasteczku Apurimac, podczas którego zginęło czterech policjantów. Humala, były wojskowy, od dawna deklaruje chęć zawalczenia o prezydenturę, jednak najszybciej o warunkowe zwolnienie może starać się dopiero w 2022 roku. Dlatego (jak się okazało) to właśnie deputowani z UPP byli pomysłodawcami planu przesunięcia o rok terminu wyborów i najbardziej go forsowali, innych prawicowych parlamentarzystów z łatwością przekonując wizją przedłużenia ich obecności ,,przy władzy”.
Kiedy jednak ten pomysł nie wypalił ze względu na opór prezydenta, postanowili oni sięgnąć po ,,plan B” – pozbyć się Vizcarry i zastąpić go kimś, kto w podzięce za ich poparcie w wyborze ułaskawi ich lidera. To właśnie na wniosek parlamentarzystów z Unión Por el Perú została rozpoczęta procedura impeachmentu i oni organizacyjnie przewodzili całej akcji. W tym celu posłużono się oskarżeniami o korupcję, jakie pojawiły się wobec prezydenta. Dotyczyły one czasu, kiedy był gubernatorem regionu Moquegua.
Zarzuty wydają się co prawda wiarygodne, jednak parlamentarzystów, chcących po prostu pozbyć się Vizcarry, niespecjalnie interesowały nie tylko wyniki jakiegokolwiek śledztwa, ale nawet jego wszczęcie. Zgodnie z konstytucją, prezydenta można zaś odwołać za „moralną niezdolność do pełnienia urzędu”. Vizcarra, widząc zbliżający się atak parlamentu, spróbował ratować się zapytaniem skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten doprecyzował, co to dokładnie znaczy. Na niewiele się to zdało – TK zgodził się odpowiedzieć ,,po kilku tygodniach”, a impeachment przeprowadzono po kilku dniach, 9 listopada. Za złożeniem z urzędu głosowało 105 deputowanych, w tym prawie wszyscy prawicowi. Szybkość obalenia prezydenta, bardzo swobodna w tym celu interpretacja konstytucji oraz aktywny udział w tym dowódców wojskowych wyraźnie miały znamiona zamachu stanu.
Oliwy do ognia dolał też wybór przez parlament jego następcy, dotychczasowego przewodniczącego Kongresu Manuela Merino. Ten mierny i bezbarwny polityk z Acción Popular znany był m. in. z nieludzkiego wyzysku pracowników, jaki praktykował w swoich przedsiębiorstwach w północnym Peru. W oczach polityków z Unión Por el Perú był jednak idealnym kandydatem na okresowego figuranta, którego głównym zadaniem (w ich planach) miało być uwolnienie Antauro Humali przed kwietniowymi wyborami.
Przebiegli stratedzy z UPP nie przewidzieli tylko jednego – gniewu ludu. Niedługo po tym, jak 10 listopada Merino został zaprzysiężony na prezydenta, tysiące Peruwiańczyków wyszło na ulice. Nie tyle z poparcia dla Vizcarry, ale by zaprotestować przeciwko bezprawnym zakulisowym intrygom skrajnej prawicy. Szczególnie licznie uczestniczyła w demonstracjach młodzież, mająca dość niepodzielnych rządów prawicowej gerontokracji i ich układów na szczytach władzy. Merino miał nadzieję, że za pomocą bezwzględnych działań policji stłumi protesty w zarodku, ale bardzo się przeliczył. Brutalne pacyfikacje służb z rozkazu prezydenta, w których zginęły co najmniej trzy osoby, a setki zostały ranne, tylko rozogniły sytuację. Wielka fala protestów i zamieszek przetoczyła się przez cały kraj. Demonstrowały setki tysięcy ludzi. Lud Peru otwarcie wyraził swój sprzeciw wobec sytuacji, w której garstka oligarchów uzurpuje władzę i pławi się w luksusach, gdy w tym samym czasie miliony zwykłych ludzie są pozbawione dostępu do podstawowej opieki medycznej, a nawet głodują. Po 5 dniach urzędowania, od Merino odwrócili się nawet popierający go deputowani Kongresu i ministrowie jego gabinetu. To zmusiło go do rezygnacji i ustąpienia z urzędu. Przerażeni zasięgiem protestów i skalą społecznego gniewu prawicowi deputowani zwrócili się z prośbą o wskazanie kandydata na tymczasowego prezydenta do tej mniejszości w Kongresie, która głosowała przeciwko obaleniu Vizcarry.
Początkowo wysunięto kandydaturę Rocío Silvy, deputowanej z lewicowej koalicji Frente Amplio, prawica nie zgodziła się jednak na jej wybór. Poparcie większości uzyskał dopiero centrysta Francisco Sagasti, lider ugrupowania Partido Morado i 17 listopada objął urząd prezydenta. Obejmując urząd przeprosił w imieniu władz za brutalność policji podczas demonstracji oraz obiecał jak podjęcie szybkich i zdecydowanych kroków w walce z pandemią, bezrobociem i głodem. Kredyt zaufania od dużej części społeczeństwa Sagasti zdobył doborem ministrów do swojego gabinetu. Zasiądzie w nim m. in.: Violeta Bermúdez, prawniczka i znana na całym kontynencie działaczka na rzecz praw kobiet, ciesząca się popularnością wśród młodych czy Nuria Esparch, która jako pierwsza kobieta w historii Peru będzie ministrem obrony. Niestety sprawy gospodarcze pozostaną w rękach liberałów – ministrem finansów został mianowany znany z wolnorynkowych poglądów profesor Waldo Mendoza. Czas pokaże, czy nowy gabinet poradzi sobie z bardzo napiętą sytuacją w kraju.
Podczas protestów, obok zwykłych haseł antyrządowych, coraz głośniej wybrzmiewało wezwanie do zmiany konstytucji. Obecna, uchwalona w 1993 roku (za autorytarnych rządów Alberto Fujimoriego) jest jednym z filarów władzy politycznej i biznesowej oligarchii oraz służy głównie ochronie ich interesów. Neoliberalna do szpiku kości, nie gwarantuje zwykłym Peruwiańczykom prawie żadnych praw socjalnych i pracowniczych, zaś ogólnikowość jej przepisów w części dotyczącej władzy w państwie pozwala każdorazowo rządzącej ekipie interpretować ją w sposób praktycznie dowolny. Różne partie lewicowe od wielu lat głosiły konieczność zmiany konstytucji, jednak dopiero przy okazji tych protestów postulat ten zdobył szeroki rozgłos społeczny.
Czy Peru ma szansę pójść śladem sąsiedniego Chile i obrać kurs na pozbycie się skansenu biznesowo–wojskowej dyktatury, jakim jest obecna konstytucja? Droga do tego jeszcze daleka, jednak widać nadzieję na zmiany. Według obecnych sondaży, partie lewicowe i centrowe (najgłośniej mówiące o nowej ustawie zasadniczej) mogą w nadchodzących wyborach zdobyć nawet ponad 1/3 głosów, co byłoby najlepszym wynikiem od wielu lat i dało im silny mandat do działania na rzecz zmian. Zmian, które może w końcu ulżyłyby tak ciężko doświadczonemu przez neoliberalizm ludowi peruwiańskiemu.

Kiedy wyjdziemy z kryzysu?

Tezy wystąpienia na webinarium w Akademii Leona Koźmińskiego
Gdy pada pytanie o to, kiedy i jak wyjdziemy z kryzysu, najczęściej myśli nań odpowiadających biegną w stronę przezwyciężania recesji. W takim ujęciu odpowiedź jest w miarę prosta: w 2021 roku. Ogólnie i przeciętnie, ponieważ także w następnych kwartałach będą firmy, sektory i gospodarki narodowe (nieliczne), w których wartość produkcji i świadczonych usług będzie spadała – ale ogólnie gospodarka światowa wróci na ścieżkę reprodukcji rozszerzonej.
Problem w tym, że od wskaźników średnich występują ogromne odchylenia, z wszystkim tego konsekwencjami dla zatrudnienia i bezrobocia, dla nierówności dochodowych, inwestycji oraz stanu finansów publicznych.
Nie można utożsamiać kryzysu z recesją – i na odwrót. Może mieć miejsce płytka, krótkotrwała recesja, która nie jest kryzysem; częściej zdarza się, że on nas ogarnia, choć nie odnotowujemy recesji (przykład: Polska w latach 2009-11).
Teraz, wskutek nakładania się licznych negatywnych megatrendów oraz słabości strukturalnych i instytucjonalnych, mamy do czynienia z systemowym kryzysem współczesnego kapitalizmu. Ulega mu zarówno kapitalizm neoliberalny, jak i państwowy, a w miarę obronną ręką wychodzi jedynie społeczna gospodarka rynkowa i chinizm.
Ten współczesny kryzys, w nawiązaniu do Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933, nazywam Jeszcze Większym Kryzysem (JWK). Jego fundamentalne cechy aksjologiczne, strukturalne, instytucjonalne i polityczne wymagają innowacyjnej teorii ekonomicznej, na której opierać musi się zorientowana na przyszłość, poPKB-owska strategia potrójnie zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczo-ekologicznego. Naprzeciw temu imperatywowi wychodzi nowy pragmatyzm.
Tak jak pandemii covid-19 nie da się przezwyciężyć szczepionką na grypę, tak wytrącenia z równowagi i dynamiki powodowanej JWK nie da się pokonać instrumentami tradycyjnej polityki gospodarczej. O ile przeto wychodzenie z recesji nastąpi w miarę szybko, gdy tylko pokonane zostaną trudności po stronie popytowej i zakłócenia po stronie podaży, o tyle z Jeszcze Większego Kryzysu wychodzić będziemy przez całą następną dekadę.
Obecny kryzys nastąpiłby nawet, gdyby nie dotknął nas szok związany z pandemią covid-19, jego przyczyny bowiem są zdecydowanie głębsze, systemowe. W szczególności chodzi tu o:
1) nieusunięcie źródeł poprzedniego kryzysu finansowego z lat 2008-2009;
2) nadal znaczne wpływy neoliberalnej doktryny;
3) falę populizmu;
4) degradację środowiska naturalnego;
5) wzrost nierówności dochodowych i majątkowych;
6) nierównowagę demograficzną.
Nawarstwiające się pokłady problemów powodują, że do stosunków gospodarczych wkradła się ogromna, niespotykana w pokojowych czasach doza nie tylko niepewności, lecz wręcz nerwowości. Jedno i drugie wzmacniane jeszcze jest przez nieudolną politykę.
Sytuacja ta prowadzi do zaostrzania się sporów i sprzeczności, które przebiegają na płaszczyznach:
a) sektor prywatny versus publiczny;
b) polityka państwa vs. spontaniczność rynku;
c) regulacja prawna vs. mechaniczna autonomiczność;
d) troska o poczucie bezpieczeństwa vs. priorytet dla materialnej zasobności;
e) mieć więcej vs. czuć się lepiej;
f) wolność i swoboda vs. kontrola i nadzór.
Konflikty te istniały od wielu lat, ale współcześnie dają o sobie znać ze szczególnym natężeniem.

Polak, katolik, obywatel-suweren. Ile pracownika w pracowniku?

Toczy się dyskusja, jak podnieść wciąż mizerną pozycję lewicy na polskiej scenie politycznej. Słusznie różni jej uczestnicy wskazują na brak realnego programu i kadr z doświadczeniem w kierowaniu państwem (przez co nie stanowią realnej alternatywy), brak inicjatyw obywatelskich, które by wiązały lewicę z oddolnymi ruchami społecznymi, koncentrację na mniejszościach i tożsamościach kosztem postulatów socjalnych biednych i poniżanych, brak symbiozy ze związkami zawodowymi.
Ale jest jeszcze inna perspektywa, bardziej podstawowa.

Dlaczego mimo nierównej dystrybucji dochodów, kosztów psychicznych pracy i życia, kumulacji bogactwa i władzy na jednym biegunie – panujący system kapitalistyczny uchodzi za prawomocny? Skąd się bierze bezmyślne zadowolenie klas pracowniczych z niskich podatków, z deklaratywnej równości szans? To ogromny zawód, jakiego doznał za swojego życia Marks. Jedyna fala rewolucyjna, którą mógł zaobserwować to rewolucje 1848 roku. Był też świadkiem przerażenia elity angielskiej „skokiem w ciemność”, jakim było danie robotnikowi karty wyborczej. Dalsze doświadczenia ruchów kontestujących nowoczesne stosunki wyzysku i panowania ujawniły w aparacie analitycznym Marksa brak ważnego ogniwa. Nie docenił bowiem znaczenia potocznej świadomość klas ludowych i ich rozsądkowej racjonalność, tj. mądrości, które pozwalają i pracownikowi, i jego rodzinie kosztować chleba powszedniego, słowem, mądrości, które dyktują potrzeby podtrzymania egzystencji dzięki udanej sprzedaży specyficznego towaru, jakim jest siła robocza. Powstające za życia Marksa nauki społeczne ujawniły bolesną prawdę: jest istotna różnica między obrazem rzeczywistości społecznej, którego dostarcza poznanie teoretyczne a żywiołowy, zdroworozsądkowy jego obraz. Na gruncie świadomości potocznej nie można zrozumieć głębokich mechanizmów życia społecznego. Np. ludzie żyjący w społeczeństwach agrarnych nie rozumieli jego prawidłowości opisanej przez prawo ludności Malthusa. Nie wiedzieli, że poprawa koniunktury gospodarczej ostatecznie zmniejszy wydajność pracy czyniąc ją nieopłacalną.

Jak zatem dusza pracownika polskiego łączy się z ciałem społeczeństwa, w którym istnieje wyzysk pracy i hierarchiczne panowanie władców pieniądza, menedżerów, personelu zarządzającego w prywatnych i publicznych firmach, w administracji?

„Kto nie pracuje, ten nie je”. Pierwszy mechanizm jest prosty. To dla posiadacza jedynie siły roboczej, ergodynamis, przymus ekonomiczny, przymus podtrzymania egzystencji, zresztą podobne brzemię ciąży na przedsiębiorcy – zawsze może trafić na kogoś, kto jeszcze szybciej ukradnie pierwszy milion. To prawdziwa smycz, która więzi najmocniej w Systemie. Albowiem, jak podkreśla Terry Eagleton, „dopóki system społeczny wciąż zapewnia obywatelom niewielkie korzyści, ich pragnienie, by zadowolić się tym, co mają, zamiast dokonywać karkołomnego skoku w przyszłość, nie jest rzeczą pozbawioną sensu”. Dopiero gospodarcze skutki wojen, wielkich kryzysów usuwają grunt spod nóg. To na tym gruncie kształtuje się jego robociarski rozsadek. W ogólnym ujęciu strategię życiową pracownika najemnego charakteryzuje kalkulacja: T =>P =>T`, czyli sprzedaż towaru jakim jest siła robocza po cenie zapewniającej zaspokojenie potrzeb bytowych rodziny, trwałość dochodów i ewentualny awans zawodowy. W tym akcie przejawia się najsilniej poczucie podmiotowości. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, branżach, w których popyt na pracę i dochody płacowe mogą rosnąć, a także znajomości rynku konsumpcyjnego – o tym, gdzie i kiedy można jak najtaniej kupić potrzebne dobra, o promocjach i okazjach. W ich strategiach ruchliwości społecznej liczy się awans od pracowników fizycznych czy montażowych do stanowiska brygadzisty, majstra czy technika. Bardziej zatem liczy się zachowanie stabilności klasowej, niż awans do klasy średniej czy założenie własnej firmy.

Z całego spektrum wiedzy potocznej selekcjonowane i wzmacniane są zatem te informacje, które mogą polepszyć dochody. Dlatego niczym gąbka świadomość jednostkowa chłonie informacje o szansach lepszych warunków pracy. Z powodu konkurencji o pracę jest podatna na rozliczne uprzedzenia, zwłaszcza wobec konkurentów spoza wspólnoty narodowej, na imigrantów, przybyszy z kolorowego świata. Życie codzienne dzieli się na czas znojnej, monotonnej pracy i czas relaksu w „królestwie wolności” po uciążliwej pracy wśród kolegów, w rodzinie, w grupach sąsiedzkich, przed „ołtarzem telewizora”, jak celnie ujął Jan Kurowicki. Poza teatrum życia codziennego dzieją się sprawy ważne i mało ważne. O pierwszych informują media, zwłaszcza tabloidy (dzieciobójstwa, wypadki drogowe, nowe związki i rozwody celebrytów), o drugich przynudzają jajogłowi w programach publicystycznych czy wywiadach. Poziom refleksji, wykraczającej poza świadomość potoczną, wydaje się dziwactwem, niepotrzebnym komplikowaniem spraw (jaki Putin jest – każdy wie). To zatem egzotyczny świat debaty publicznej, gry politycznej, mowy trawy. Brak zainteresowania „wielkimi tematami”, brak własnej opinii w omawianych sprawach rodzi tendencję do wycofania, a zresztą „biedni nie głosują” – jak powiedział jeden z działaczy SLD. Spośród organów państwa to organy porządkowe i zajmujące się opieką społeczną budzą respekt i zainteresowanie.

Dominacja wiedzy potocznej stanowi barierę uniemożliwiającą narracjom teoretycznym, by realnie wpłynąć na percepcję interesu klasowego i solidarności w jego realizacji.

Do braku potrzeby wspólnej walki o układy branżowe, o tworzenie przeciwwagi dla zarządzających w interesie właścicieli kapitału przyczynia się dodatkowo rozproszenie w małych zakładach, strefach specjalnych. W epoce masowych partii i wielkich fabryk było inaczej. Klasy pracownicze miały swój etos, kolektywne doświadczenia strajków i protestów, odrębną kulturę społeczną i tożsamość. Wspólny wróg budził emocje z nienawiścią włącznie. Co w tej sytuacji może zrobić znajdujący się w społecznej próżni prekariusz? Dopiero na tym tle widać trwały uszczerbek, jaki solidarnemu działaniu pracujących przyniosły zmiany w ustawodawstwie pracy, zwiększające jej „elastyczność”. Obecnie podkreśla się w powstawaniu więzi społecznej wśród klas pracowniczych rolę miasta, jego przestrzeni, miejskich ruchów, a nie tylko fabryki (H. Lefebvre, D. Harvey).

Drugi mechanizm to hegemonia kulturowa, którą nauki społeczne przeorały głęboko, począwszy od refleksji Antonia Gramsciego. Rzadko bowiem rządzący muszą się uciekać do „pancernych” formacji policyjnych – jak obecnie podczas protestu kobiet. Efektywniejsza socjotechnicznie i tańsza ekonomicznie jest przemoc symboliczna. Ta bowiem jest najskuteczniejszą formą sprawowania władzy nad klasami podporządkowanymi, gdyż wydaje się ona bezobjawowa. Ten świat tak ma, że osoby i grupy społeczne posiadające majątki i kompetencje po prostu są lepsze. Narzędzia przemocy symbolicznej to szkoła, ambona, akademie. Wbijają one niczym gwoździe w deskę szeroko rozumiane ideologie (idee, wartości, nawyki, a nawet memy) narodowe, religijne, klasowe. Te zaś kształtują potoczne obrazy klas, instytucji, historycznych wydarzeń i ich bohaterów. Moc społeczna potocznych wyobrażeń zasadza się na tym, że są one częścią „naturalnego” ładu, bezosobowej potęgi rynku. Takim też bóstwem-fetyszem jest pieniądz jako uosobienie materialnych pragnień, których zaspokojenie przynosi szczęście. Obecnie w obiegu medialnym jako datum przyjmowana jest aksjologia eklektycznego liberalizmu. Według Andrzeja Walickiego tworzy go rozpowszechniony w dyskursie naukowym, mediach i potocznym myśleniu zestaw następujących przekonań: 1) własność prywatna oraz wolny rynek są święte, 2) retoryka uszczuplonych praw człowieka (cywilnych i politycznych, a nie społeczno-ekonomicznych), 3) wiara w uniwersalną zbawienność politycznej demokracji (sprzeciw wobec autokratyzmów). Dlatego bez pomocy krytycznych intelektualistów trudno samemu wyjść ze schematów, w które wikłają pracownika ideologiczne aparaty państwa i popkultury.

Do tego dochodzi mantra powtarzana bez końca w mediach: „błogosławieni, co tworzą miejsca pracy”. Jej oczywistą oczywistość przypominają codziennie ekonomiczni celebryci, szkolne lekcje o przedsiębiorczości, nie wspominając o lobbystach i samych zainteresowanych. Przekonują one o braku podziałów klasowych, o zaniku podziału na lewicę i prawicę, o złotym cielcu wzrostu gospodarczego. Charakterystyczna jest tu wypowiedź rzecznika interesów polskiego biznesu Marka Goliszewskiego: „Wyszedłem z założenia, że aby się dzielić, trzeba mieć czym. Dochody są kreowane w olbrzymim stopniu przez polskich przedsiębiorców, tworzących miejsca pracy, pensje i płacących podatki na utrzymanie naszego państwa” (Przegląd, 24-30 XI 2014). Nadaje to działalności gospodarczej nastawionej na maksymalny zwrot z kapitału walor misji narodowej. Misja ta jest związana z oszczędnościami, które poczynili i z ponoszonym ryzykiem inwestycyjnym. Misja ta usprawiedliwia ich wysokie dochody i fortuny, a zarazem upoważnia do „naturalnego” postulatu zmniejszania podatku dla jej lepszego wykonania. Dzięki tej misji powstają miejsca pracy, z tego dochody płacowe, czyli wszyscy mają się w końcu lepiej. Zespoleni wspólnym losem przedsiębiorcy i pracownicy muszą przyznać, że zyski właściciela (lub udziałowców) przynoszą korzyści wszystkim, także w postaci bogatszej oferty dóbr czy usług. A zatem „interesy biznesu są interesami całego społeczeństwa”.

Faktem jest, że miejsca pracy powstają wskutek prywatnych inwestycji. Fakt ten sprawia wrażenie zgodnego ze zdrowym rozsądkiem, skoro źródło utrzymania pracowników najemnych bierze początek w działaniach ludzi bogatych decydujących się założyć firmy. Ale poza horyzontem potoczności pozostaje pytanie, czy nie jest tak, że zyskami i cudzą pracą głównie jedni się bogacą. Czy płaca odpowiada jej produktywności, czy jest bieda-płacą; czy z całego wypracowanego zysku powstają miejsca pracy, a jeśli tak, to może w Nowej Kaledonii (czwarty obszar polskich inwestycji zagranicznych), a może powstaje praca dla księgowego czy prawnika w Luksemburgu? Czy powstają tylko miejsca pracy, a co z efektami zewnętrznymi, z przyśpieszonym zużyciem surowców, z wydatkami na nieproduktywną reklamę, z zyskami od kontroli zwiększającymi tylko niezakumulowaną nadwyżkę, która trafia ostatecznie do kasyna spekulacji giełdowej.

I ty zostaniesz Bezosem

Trzecim mechanizmem (czy socjotechniką) naturalizacji kapitalizmu jest nachalna popularyzacja indywidualistycznej strategii sukcesu materialnego. Na niej nadbudowuje się koncepcja życia jako użycia, szczęścia osiąganego dzięki konsumpcji, często tylko symbolicznej. Strategia ta zaleca przedsiębiorczość i kreatywność jako busolę w życiu, nie zaś współdziałanie zbiorowe, jak np. w Skandynawii czy cywilizacji postkonfucjańskiej. Wszyscy, którzy dedykują swoje kwalifikacje i osobowość pracodawcy, zwłaszcza zachodniej korporacji, mogą dołączyć do mitycznej klasy średniej. W ten sposób powstała ogromna rzesza użytecznych dla systemu idiotów, zwłaszcza wśród młodego pokolenia – będąc ofiarami systemu, akceptują jego wartości i reguły gry. Ich idolem stał się bard wolnej przedsiębiorczości „małego misia” – gwiazda społecznościowych mediów Konfederat Sławomir Mentzen.

alfabecie beneficjenta Systemu młodzi asymilują artykuły wiary, wiary w Świętego Ducha Rynku:
– „podatki to złodziejstwo”, zwiększą się podatki, znikną miejsca pracy. Cóż to, że jedni będą mogli sobie kupić dodatkowy los na loterii, a drudzy mogą dostać się do raju podatkowego. Przy czym podatki w Polsce należą do najniższych w Europie i są korzystne dla przedsiębiorców, zwłaszcza samozatrudnieni menedżerowie, którzy odprowadzają liniowy 19% podatek dochodowy;
-bieda zacznie zanikać, kiedy bogactwo „ludzi sukcesu” zacznie obficiej skapywać na społeczne doły, dlatego stawki podatkowe powinny być niskie dla wszystkich. To dodatkowo zwiększa równość w życiu społecznym. W przeciwnym przypadku czeka cię los Koreańczyka z północy;
-antyetatyzm: nie jest winien System, tylko biurokraci („darmozjady i złodzieje”, „rozbudowana banda urzędników”).
Lewicę pogrążył też zmasowany antykomunizm zwycięskiego solidarnościowego obozu. Tym zacieklejszy, że realny socjalizm pogrążyła jego ekonomiczna nieefektywność, a nie odwaga myśli czy czynu opozycji. PRL zamiast kolejnej fazy modernizacji polskiego społeczeństwa stał się historyczną czarną dziurą. Jedno skojarzenie ma teraz młody odbiorca: socjalizm to półki z octem i katownie na Rakowieckiej, gdzie mordowano najlepszych patriotów – wyklętych. A gdzie się podziały miliony uwięzionych w II RP na wyżywieniowych działkach? Przeszły one do pracy w fabryce i do miast. Do propagandowej roboty włączył się też narodowy kościół. Przełomem okazała rewolucja 1904/05. Wówczas endecja jeszcze silniej połączyła polskość z katolicyzmem, robotnik stał się najpierw Polakiem, później katolikiem a dopiero na końcu pracownikiem. W ten sposób związek z kościołem podgolonych łbów, umoszczonych w konwikcie jezuickim, odnowiły nowe podmioty dziejowe.

Dlatego z wielkim trudem przebija się świadomość interesu klasowego pracownika. Ta świadomość zderza się czołowo z bezklasową ideologią narodu jako wielkiej rodziny, a także z bezklasową ideologią kapitału. W tym celu musiałby być zakwestionowane artykuły potocznej wiary w społeczną etykę biznesu. Relacja pracodawca – pracobiorca to nadal główna kategoria opisu stosunków klasowych w firmie. Z jednej strony znajdują się pracodawcy, kadry i specjaliści, z drugiej zaś – pracownicy i samozatrudnieni. To szeroka zbiorowość, do której należą pracownicy umysłowi wykonujący zrutynizowaną pracę powiązaną z działaniami kadry specjalistycznej i menedżerskiej oraz pracownicy na niższych stanowiskach dozoru technicznego i kontroli prowadzonych prac fizycznych. I wreszcie pracujący na stanowiskach bezpośrednio produkcyjnych.

Dlatego zadaniem lewicy i wspierającego ją zaplecza jest odświeżanie wypartych prawd:
-zakład pracy jest obszarem rywalizacji sprzecznych interesów o podział nadwyżki ekonomicznej między kapitał i pracę. Podział ten zależy od siły przetargowej, zwłaszcza organizacyjnej, tak teraz uszczuplonej przez rząd i samorządy, które elastycznym modelem stosunku pracy, moszczą drogę do inwestycji zagranicznemu kapitałowi;
-społeczeństwo obywatelskie tworzą grupy o odrębnych interesach, i „inwestor”, i konsument, i rentier i prekariusz, i bywalec Monte Carlo i bezdomny, a różnice między nimi wyznacza podział bogactwa społecznego i władzy;
-narracje klasowe leżą w interesie ludzi pracy, gdyż pozwalają im przeciwstawić się twierdzeniom elity, że realizacja jej interesów przynosi równe korzyści wszystkim, nawet bezrobotnemu, bo jego zasiłek pochodzi od podatników, wśród których są przecież też pracodawcy.
Dlatego wszyscy dyskutanci wołają o własne zaplecze medialne i eksperckie lewicy. Cieszy na razie tylko jakość informacji i publicystyki w Trybunie (P. Gadzinowski, Krzysztof Lubczyński i in.) w Przeglądzie (J. Domański, B. Łagowski, A. Romanowski, A. Szahaj, R. Walenciak, J. Widacki, wcześniej L. Stomma), w Le Monde diplomatique (P. Wielgosz, S. Zgliczyński) czy w Nie (A. Wołk-Łaniewska). Czekamy na „nowe drogi”.

Pandemonium

Nie wiem czy gorsze jest to, że pandemia w Polsce zamieniła się w pandemonium, czy to, że większości społeczeństwa wydaje się to nie interesować i nikt nie wyciąga wniosków. Wygląda na to, że dekady orania dzikim kapitalizmem po twarzach znieczuliły ludzi na śmierć przez dysfunkcyjne państwo i system.

Politycy kupili sobie immunitet na umieranie obywateli. Jak widać mieli w tym swój cel żeby najpierw przyzwyczaić do bezrobocia, potem do coraz większych nierówności, potem do śmierci setek bezdomnych na mrozie, potem do śmierci w kolejkach do lekarza… A teraz do umierania na brak lekarzy i finansowania armii oraz zbrojeń zamiast szpitali i leczenia. Ta znieczulica i brak reakcji jest tym złem, które udało im się skutecznie w nas zainstalować. I taka właśnie niewolnicza bierność prowadzi często do najgorszych tragedii…

Mamy dziś więcej zgonów od Indii, które mają też wyraźnie niższą od Polski śmiertelność w przeliczeniu na liczbę osób zakażonych. Tak, tych Indii z 1 353 mln mieszkańców… Jesteśmy już oficjalnie Trzecim Światem w dziedzinie systemu ochrony zdrowia, poziomu administracyjnego i sprawności państwa.

To naprawdę wielki sukces Balcerowicza, neoliberałów wszelkiej maści i oczywiście obecnego rządu. Chociaż… Co ja wygaduję! Przecież lada moment uratuje nas prywatny sektor i wolny rynek plus WOŚP! Prawda?!

Ani społeczeństwo obywatelskie, ani naród.

Cel lewicy to wspólnota pracy i dobrego życia dla wszystkich

W szkole, w mediach, w potocznej świadomości dominują dwie narracje. Tworzą one swoiste ciemne okulary do oglądu otaczającej rzeczywistości. Jedna liberałów o cudach wolnego rynku, przedsiębiorczości i wolności, którą przyniósł kapitalizm po upadku realnego socjalizmu. Druga – prawicy o narodzie jako wielkiej rodzinie, najwyżej podzielonej na parafie i diecezje. W jednej jednostka jest przedsiębiorcą samego siebie, walczy z innymi o pozycje do zdobycia, w drugiej – ludzi łączy spreparowana przeszłość, język, religia. Ale za to wszyscy jej członkowie są równi w swoich obowiązkach i zadaniach wobec kościoła, państwa, wodza, na dodatek mogą liczyć na lepsze życie w niebiańskim mieszkaniu,… i udział w rocznicowych akademiach. Obie narracje są ideologiami, służą bowiem maskowaniu przyczyn i następstw sytuacji życiowej ludzi, którą określa ich miejsce w społecznym podziale pracy i własności. Obywatele są równi, ale tylko na płaszczyźnie prawa, bo obywatel nie ma społecznego adresu. Jeśli go poznamy, to jedni obywatele okażą się operatorami kapitału produkcyjnego czy finansowego, inni będą pracującymi na ich rzecz dobrze opłacanymi specjalistami. Ogromna większość wykonuje pracę na podrzędnych stanowiskach w budżetówce, w polskich bieda-firmach, w usługach dla biznesu, w strefach specjalnych. Podobnie jest z członkami dumnego narodu niezłomnych inaczej. Na patriotę po manifestacji 11 listopada czeka patron w warsztacie samochodowym, na patriotkę zaś, bywa, szefowa w studio kosmetycznym, gdzie będzie się oddawać filozofii fryzur (taki szyld widziałem przed rokiem w Kołobrzegu). Liberalna i tradycjonalna, narodowo-katolicka narracje przemilczają ten problem. Różnice interesów ekonomicznych między kapitalistą-przedsiębiorcą a pracownikiem pierwsi kodują w języku wolności gospodarczej (i ty możesz być przedsiębiorcą, albo bizneswomen, daliśmy ci szansę, ale nie skorzystałeś), politycznej, w mniejszym stopniu obyczajowej. Tu człowiek staje się jednostkowym przedsiębiorstwem, ostatecznie depresyjnym konformistą w korporacyjnym boksie. Drudzy zacierają jak mogą społeczno-ekonomiczne konflikty w języku różnic religijno-etnicznych ludzi. Oferują przynależność do wspólnoty wielkiej rodziny Polek i Polaków, gdzie wszyscy mogą być patriotami, co zresztą niewiele kosztuje.

Świadomość społeczna klas pracowniczych rozpięta jest obecnie między tymi przesłonami. Słabo przeświecają przez nie realia społeczno-ekonomiczne rynkowego społeczeństwa. Tymczasem wspólnota życia i pracy nad Wisłą to byłoby nowe jakościowo społeczeństwo. By być jej członkiem trzeba przyczyniać się do powiększania jej zasobów materialnych i symbolicznych: własną pracą, organizacją pracy innych, powiększaniem dóbr kultury. Społeczeństwo to organizm pracy zbiorowej, a więc gospodarka jest podstawą jego trwania i rozwoju. To w niej powstają najważniejsze więzy wskutek wzajemnego uzależniania się ludzi, np. kapitalista frunie na cudzych skrzydłach. Dlatego warunki pracy, i płacy powinny być w centrum uwagi lewicy. Wspólnota tworzy konieczne warunki prawne i instytucjonalne, by jednostki mogły zaspokajać swoje rozliczne potrzeby; pozwala jednostce lub grupom zachowywać tożsamość etniczną, rasową, płciową, seksualną. Jej członkiem zatem może być rozwożący pizzę Nepalczyk czy nasz sąsiad z Bliskiego Wschodu oferujący najlepszy kebab na ulicy. Taka wspólnota kontynuuje dziedzictwo materialne i kulturowe poprzednich pokoleń, obecne zaś zespala repartycyjny system zabezpieczenia emerytalnego, korzystanie z publicznych usług zdrowotnych, edukacyjnych, transportowych, oczywiście finansowanych z progresywnych podatków każdego, kto korzysta z dorobku minionych i obecnych pokoleń: osiągnięć nauki, sytemu kredytowego, bezpiecznych granic, porządku na ulicach czy nieopłaconej pracy reprodukcyjnej kobiet. Wspólnoty takie, zdaniem Cycerona, są zespolone „przez uznanie tego samego prawa, i przez pożytek, wypływający ze wspólnego bytowania”. Instrumentem takiej wspólnoty jest państwo, które reprezentuje racjonalność ogólnospołeczną, dlatego duże znaczenia ma jego demokratyczny charakter. Takie wspólnoty już istnieją. Modelową stworzyli podzieleni etnicznie, językowo, religijnie Szwajcarzy. Bliscy tego modelu są Skandynawowie. Natomiast wielbieni przez polską prawicę Amerykanie tworzą w nowych realiach historycznych westernową rzeczywistość: każdy ma broń, coraz więcej ludzi bez stabilnej pracy, obrońcy prawa sami osądzają i likwidują zakłócających ład i porządek, głos decydujący mają notable, już nie posiadacze stad bydła, tylko pakietów akcji, a także zarządcy banków i funduszy inwestycyjnych.

Problemem lewicy jest to, że uległa przemocy symbolicznej PO-PiSowego obozu: wstydzi się PRL, wstydzi się słów kapitalizm i wyzysk, uczy się savoir-vivre w debacie publicznej od beneficjentów systemu, czeka na recenzje swoich inicjatyw w Gazecie Wyborczej. Tymczasem tylko głoszenie z otwartą przyłbicą własnej diagnozy współczesnego kapitalizmu i wyprowadzenie wniosków praktycznych z tej diagnozy – może zbudować narrację przekonującą więcej niż margines wyborców. Krytyka półgębkiem prowadzi do tego, że katolicyzm-light w połączeniu z krytyką systemu partyjnego może odebrać lewicy nawet ten bezpieczny margines politycznej egzystencji, nie mówiąc o dalej idących przekształceniach polskiego skansenu kulturowego sprzężonego z peryferyjnym kapitalizmem.

Na jakim świecie żyjemy. Narracja lewicy o wspólnocie życia i pracy w Polsce, UE i w skali planetarnej powinna wychodzić od rozpoznania tendencji rozwojowych współczesnego, oligopolityczno-finansowego kapitalizmu. To słowo jest kluczowe w języku lewicy. Informuje bowiem o podstawowej charakterystyce panującego Systemu. Jest nią logika akumulacji kapitału, jego pomnażania kosztem przyrody, pracy ludzkiej, w konsekwencji jakości życia ogromnej większości Ziemian. Np. w 2010 r. koszty pracy chińskich montażystów i Phona stanowiły tylko 1,8% ostatecznej ceny sprzedaży w USA. Inspiracje teoretyczne dla analiz współczesnego oligopolistyczno-finansowego kapitalizmu zwolennik lewicy znajduje w dorobku radykalnych ekonomistów politycznych: w dziełach M. Kaleckiego, P. Sweezy`ego, S. Amina, J. B. Fostera, J. Tittenbruna czy J. Toporowskiego. Marks nie przestał być wielkim analitykiem mechanizmów funkcjonowania kapitalistycznej gospodarki. Najlepszą rekomendację wystawił mu nie kto inny, tylko przyjaciel Systemu wybitny ekonomista Joseph Schumpeter. Wspomniani badacze ukazują następstwa oligopolizacji gospodarki i rolę sektora finansowego. Tłumaczą, dlaczego jest ona poddana konieczności szukania coraz nowych pól akumulacji kapitału, a zarazem dlaczego zawsze ma kłopoty ze zbyciem wytworzonej masy towarowej, stąd nieodłączny konsumpcjonizm, i ….bariera ekologiczna, czyli kolejny tym razem strukturalny kryzys.

Gospodarkę kapitalistyczną zawsze trzeba odróżniać od rewolucji przemysłowej. Ta polegała na wzbogaceniu aparatu wytwórczego w paliwa kopalne i maszyny, które zwiększyły produktywność pracy ludzkiej, tym samym wielkość rozporządzalnych dóbr i usług materialnych. Wzrosła nie tylko jakość życia: jego wydłużenie, bezpieczna starość, zmniejszenie wysiłku fizycznego pracy, przyniosło też jednostce wiele swobód, stopniowo malał uścisk gorsetu tradycji. Jednak kapitalizm, który się dynamicznie rozwijał dzięki postępowi naukowo-technicznemu, stopniowo dochodzi do granic ekologicznych i surowcowych swojej historycznej prosperity. Jak przewidywał Schumpeter na początku lat 40., pogrąży go własny sukces i gargantuiczna masa produktów, którą ciągle musi wytwarzać. Kapitalizm znajduje się w fazie interregnum. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych (z 3% do prognozowanego 1%). Zmienią się mechanizmy funkcjonowania tej gospodarki (przebudowa energetyki i transportu, nacisk na recykling minerałów, zmiana rynku pracy wraz z zastosowaniami robotyki i sztucznej inteligencji, kres koncepcji życia jaku użycia, tj. konsumpcjonizmu). Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego uspołeczniania. Władcy aplikacji z Doliny Krzemowej poszukują nowych pól akumulacji (biomedycyna, cyfryzacja służby zdrowia, wszechstronne wykorzystanie robotów i sztucznej inteligencji jako kolejnych źródeł ekstrakcji kapitału). Ale konieczność zachowania równowagi globalnego ekosystemu pozwoli jedynie na „dobrobyt bez wzrostu”. Nowa forma kapitalizmu (postkapitalizmu) nie będzie poddana logice zysku, lecz arytmetyce potrzeb społecznych, a także imperatywowi zachowania równowagi globalnego ekosystemu.

Obecnie kapitalizm egzystuje w trzech głównych wariantach: 1) amerykańskiego anarchokapitalizmu, otaczanego w Polsce kultem, 2) skandynawskiego społeczeństwa troski, i 3) kapitalizmu z chińsko-singapurską specyfiką. Lewica najpierw powinna się zdecydować, w jakim modelu kapitalizmu/postkapitalizmu chce tworzyć warunki dobrego życia dla wszystkich, a nie tylko dla ekonomicznej elity.

Narracja lewicy. Lewica musi odnosić się w swojej narracji do dwóch podstawowych problemów współczesnej cywilizacji w formie globalnego kapitalizmu: kryzysu ekologicznego i nierówności społecznych, w tym także do dysproporcji rozwojowych między regionami świata. W 2019 r. 1 proc. najbogatszych, według raportu „Global Wealth”, rozporządzał 44 proc. aktywów finansowych krążących po świecie, po 1,2 mln euro dla przeciętnego „inwestora”. Dodatkowa trudność polega na tym, że ich rozwiązywanie wymaga współdziałania w skali globalnej, europejskiej i krajowej. Niestety, polska chata nie jest już z kraja, o czym zapomina rządzący Polską obóz prawicy.

1) Na poziomie krajowym sojusz lewicy z obozem liberalnym może być tylko taktyczny. Lewica reprezentuje bowiem interesy ludzi pracy najemnej, bez względu na to, czy wykonywanej rękami czy głową. Zadania dla lewicy na najbliższe lata sprowadzają się do przeprowadzenia kolejnej (już piątej) polskiej modernizacji, budowy V RP – wspólnoty dobrego życia i pracy dla wszystkich. Wymaga to przezwyciężenia semiperyferyjnego statusu polskiej gospodarki i tradycjonalizmu kulturowego replikowanego przez szkołę, pospolite ruszenie prawicowych naganiaczy i utrwalaczy, wzmacniane echem kazań. W ten sposób lewica by kontynuowała rozpoczęty po koniec XIX wieku proces modernizacji polskiego społeczeństwa. Postsolidarnościowy obraz PRL jako ubeckich katowni i półek z octem w sklepach jest fałszem historycznym. Lewica powinna ukazywać Polskę Ludową jako kolejny etap w modernizacji polskiego społeczeństwa. To nie II RP, lecz PRL zbudowała podstawowy kompleks przemysłowy w warunkach braku zasilania kapitałowego z zagranicy. Łatwo wówczas ukazać regres kulturowy obozu prawicy, a zarazem połowiczność neoliberalnej transformacji. W jej wyniku Ursus stał się Factory, lecz głównym walorem przyciągającym do Polski filie zagranicznych korporacji, oprócz dużego rynku zbytu towarów, jest tania praca montażowa. W Polsce powstało też europejskie centrum usług biznesowych, wykorzystujące tańszą niż na Zachodzie pracę absolwentów uczelni wyższych (Warszawa, Kraków, Wrocław). Nie jest to bynajmniej Dolina Krzemowa, lecz Mordor, w którym pryska czar „radosnego dziamborzenia” Konfederatów o wolnej przedsiębiorczości. Polskiej lewicy jest najbliżej do zharmonizowanego społeczeństwa troski, które łączy efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym obywateli i zrównoważonym środowiskiem. Przez Bałtyk, nie przez atlantyckie mgły, powinna lewica prowadzić Polki i Polaków. Niemniej jednak podnoszenie pozycji polskich firm w łańcuchach wartości tworzonych przez niemieckie korporacje z wykorzystaniem polskiej siły roboczej i poddostawców jest w interesie zarówno pracodawców, jak i świata pracy. Jest to realna droga reindustrializacji polskiej gospodarki wobec braku narodowych globalnych firm. Zamiast reparacji wojennych rekompensata w postaci ścisłych związków kooperacyjnych obu gospodarek, systemów edukacji i szkolnictwa wyższego. Dlatego cenna jest orientacja polskiej lewicy na współpracę z różnymi nurtami lewicy niemieckiej (SPD, Die Linke, Partia Zielonych). Także podnoszenie płacy minimalnej przyczynia się do wzrostu innowacyjności gospodarki.

Zdobycie na początek uwagi klas pracowniczych wymaga odniesienia się do kolejnych wyzwań, które przynosi ewoluujący kapitalizm. To przede wszystkim dwa problemy i postulaty. Pierwszy to postulat skracania czasu pracy („pracujmy mniej!”). Jest on zgodny z dwuwiekowymi dążeniami świata pracy. Bezwzględny dochód podstawowy tylko by utrwalał panowanie nad warunkami życia masy bezrobotnych. Wielkość dochodu zależy wówczas od dysponentów funduszy publicznych. Równie ważnym i trudnym problemem do rozwiązania jest odczarowanie liberalnego populizmu w kwestii podatków dochodowych i majątkowych. Lewica powinna objaśniać klasom pracowniczym wpływ podatków bezpośrednich i akcyzy na poziom życia utrzymujących się z pracy, a także absurdy związane z 19% podatkiem od dochodów „samozatrudnionych” menedżerów. Wpływy z podatków dochodowych są wynoszą w Polsce zaledwie 5,3% przy średniej OECD 8,3 proc. Podatki CIT stanowią tylko 2% PKB, przy średniej OECD ponad 4 %. Języczkiem u wagi w sojuszach politycznych stają się pracujący na podrzędnych stanowiskach w sektorze budżetowym. Klasy pracownicze budżetówki są żywotnie zainteresowane przebudową systemu podatkowego i sektora usług publicznych, w tym systemu ochrony zdrowia, edukacji i transportu publicznego.

Przeciwnikiem klasowym są tylko zagraniczni i polscy globalizatorzy oraz obsługujące ich interesy klasy specjalistów, tworzące kompradorskie elity finansowe. To to pole powinni zagospodarowywać stratedzy i intelektualiści lewicy. W tym celu lewica powinna mieć własne zaplecze eksperckie, wydawnicze na poziomie akademickim, by chociaż osłabiać neoliberalną hegemonię mediów i systemu edukacyjnego. Żale na pochód neomarksizmu przez instytucje jest wytworem chorej wyobraźni obrońców okopów Św. Trójcy. By docierać z nowymi hasłami, lewicowe partie polityczne powinny przewodzić różnym formacjom progresywnym: związkom zawodowym, organizacjom pozarządowym, ruchom kobiecym, lokalnym animatorom ochrony środowiska, ludziom kultury, środowisku nauczycielskiemu i stowarzyszeniom szeregowych pracowników budżetówki; powinny też stopniowo przekształcać debatę publiczną i sferę kulturowo-symboliczną prowadząc polemiki zarówno z liberałami, jak i narodową prawicą. W tym celu polska lewica powinna umiejętnie i harmonijnie łączyć postulaty społeczno-ekonomiczne z postulatami wolnościowymi, skoro 20-30% polskiego społeczeństwa, według filozofa religii Zbigniewa Mikołejko, to mentalne podziemie, które się nie wychyla ku XXI w. Tym bardziej nie powinna kapitulować w sferze obyczajowo-kulturowej, oczywiście dzięki właściwemu rozłożeniu akcentów i pokazaniu współzależności tych sfer. Lewica pozostawia religię obywatelowi, której instytucje powinien sam finansować, jeśli chce.

2) Natomiast na poziomie UE lewica powinna popierać inicjatywy demokratyzacji kontroli nad neoliberalną Komisją Europejską. Mechanizmy funkcjonowania UE stworzyli niemieccy ordoliberałowie. Oczkiem w głowie jest jak dotąd podnoszenie konkurencyjności gospodarek, praktycznie tylko obieg kapitałów, towarów i pracowników oraz współpraca państw, głównie w tym zakresie. Brakuje wymiaru socjalnego: ochrony bezpieczeństwa pracy i płacy, choć obecnie KE rozważa wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej. Główne postulaty to: polityka fiskalna i inwestycyjna na poziomie całej UE (postulat diem.25), co w wyniku pandemii staje się powoli faktem. Dalej, nadanie Unii republikańskiego charakteru (sojusze ideologiczno-polityczne w całej przestrzeni europejskiej, bezpośrednie wybory organów władzy UE); współdziałanie dla likwidacji offshoringu, rajów podatkowych, zamiast tego globalne podatki od korporacji zgodnie z postulatami Thomasa Pikkety`ego. Lewica powinna też hamować militaryzm USA i dążyć do stopniowego usamodzielniania się Europy pod względem bezpieczeństwa. Dla gospodarki europejskiej wyzwanie płynie z Azji Południowo-Wschodniej. Dlatego powróci do łask idea tworzenia wraz z Rosją euroatlantyckiej przestrzeni gospodarczej (od Lizbony do Władywostoku), też w związku z problemem zaopatrzenia w surowce i w celu zrównoważenia przewagi kapitałowej i technologicznej Chin.

3). Na poziomie globalnym pierwszym zadaniem jest przekonanie klas pracowniczych i ogółu społeczeństwa, że wyczynowy kapitalizm oparty na wzroście gospodarczym zbliża się do bariery ekologicznej. Wymaga przebudowy, polegającej na globalnym kształtowaniu brzegowych warunków dla biznesu (recykling, podatek węglowy), np. na wzór japońskiego doświadczenia z lat powojennych, kiedy ministerstwo handlu (MITI) sterowało za pomocą środków ekonomicznych (subwencji, umarzania kredytów, wspierania eksportu) przebudową struktury gałęziowej gospodarki. Taki program i zdecydowane działania w tym kierunku pozwoli zdobyć uwagę i głosy młodego pokolenia, co udało się niemieckim Zielonym.

W wariancie optymistycznym niekompletna ekonomiczna globalizacja będzie musiała być uzupełniona o nowy mechanizm regulacyjny (na początek np. G- 20). Zastąpi on global governance wielostronnych organizacji jednostronnych poddanych interesom korporacji, a sterowanych z tylnego siedzenia przez państwo amerykańskie, asekurowane ostatecznie przez pływające fortece i samoloty F-16. Natomiast na Globalnym Południu zadania dadzą się sprowadzić do ograniczenia przyrostu naturalnego, z czym bezpośrednio wiąże się awans materialny i kulturowy kobiet. By to było możliwe, musi dojść do urealnienia cen żywności przez zniesienie jej dotowania na bogatej północy, a także umorzenia lichwiarskich długów, itd.

Klucz do zmiany obecnej formuły funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej znajduje się w Białym Domu. To stąd kolejni amerykańscy prezydenci deregulowali światową gospodarkę, demontując osiągnięcia welfare state. To stąd amerykańskie korporacje, państwo i bankowi ekonomiści działają w interesie rentierów całego świata (właścicieli kapitału pieniężnego, udziałowców, prezesów banków i funduszy inwestycyjnych, klasy menedżerskiej, pracujących na rzecz korporacji specjalistów: polityków, prawników, doradców, speców od reklamy itp.). Dzierżą oni władzę zwierzchnią nad systemem światowym, regułami jego funkcjonowania. Polityka lewicy względem Stanów Zjednoczonych, ich modelu biznesu, polityki podatkowej, roli dolara jako rezerwowej waluty i militaryzmu powinna być krytyczna. Lewica powinna zmierzać do tworzenia wielostronnych, lub co najmniej trójstronnych, formuł, w których harmonizowane są interesy Europejczyków (głównie zachowanie jakości życia i środowiska), z potrzebami rozwojowymi Chin, Rosji i USA. Przeciwnikami klasowymi są tu obecnie władcy aplikacji z Doliny Krzemowej i w pewnym stopniu chiński BATX. To bowiem do nich, a nie państw czy obywateli, należy decyzja o zakresie prywatności jednostki, modyfikacji DNA, likwidacji przez roboty i aplikacje stabilnych miejsc pracy. Lewica powinna zatem współdziałać z tymi siłami (państwami, ruchami społeczno-politycznymi), które opowiadają się za harmonijnym społeczeństwem i światem bez wojen, by doprowadzić przynajmniej do osłabienia neoliberalnego modelu kapitalizmu.

Nieświęte prawo własności

Dziś będę miał niewiele roboty z pisaniem komentarza, gdyż większa jego część będzie składać się z cytatu. I zagadki: kto to napisał?

„Świat istnieje dla wszystkich, ponieważ my wszyscy, istoty ludzkie, rodzimy się na tej ziemi z taką samą godnością. Różnic koloru, religii, zdolności, miejsca pochodzenia, miejsca zamieszkania oraz wiele innych nie można przedkładać lub wykorzystywać do uzasadnienia przywilejów dla niektórych, kosztem praw wszystkich. Dlatego też jako wspólnota jesteśmy zobowiązani do zapewnienia, aby każdy człowiek żył godnie i miał odpowiednie szanse pełnego rozwoju. (…)
Zasada wspólnego używania dóbr stworzonych przez wszystkich jest „pierwszą zasadą całego porządku społecznoetycznego” i jest to prawo naturalne, pierwotne i pierwszorzędne. (…) Prawo do własności prywatnej może być uznane jedynie za wtórne prawo naturalne i wywodzi się z zasady powszechnego przeznaczenia dóbr stworzonych, co ma bardzo konkretne konsekwencje, które muszą znaleźć odzwierciedlenie w funkcjonowaniu społeczeństwa. Często jednak zdarza się, że prawa wtórne stawiane są ponad prawa priorytetowe i pierwotne, co sprawia, że nie mają one żadnego praktycznego znaczenia”.
To fragment ostatniej encykliki papieża Franciszka „Fratelli Tutti” (o braterstwie i przyjaźni społecznej) z tak mocnym wskazaniem podrzędności statusu własności prywatnej.
Dyżurnych nieprzyjaciół Pana Boga od razu uprzedzam: mam własne zdanie dotyczące roli Kościoła we wspólnocie, udziału w budowaniu niesprawiedliwych społeczeństw i niegodziwości jego funkcjonariuszy. Mam też własne zdanie dotyczące ludzkiej potrzeby wiary. Zróbcie więc 100 przysiadów i dajcie sobie na wstrzymanie.
Z zazdrością jednak konstatuję, że taką właśnie pełną wad i poddawaną słusznej krytyce strukturę stać na podjęcie w najważniejszym dokumencie najważniejszego jej funkcjonariusza próby zmierzenia się z najważniejszymi problemami dygocącego w agonii kapitalistycznego świata. Bowiem kwestia własności i sprawiedliwości społecznej jest obecnie fundamentalna w konstruowaniu obrazu przyszłości, jeśli mamy ocaleć jako gatunek. Zazdrość bierze się stąd, że lewica w moim kraju na razie pęta się w działaniach ważnych, potrzebnych, a jednak obok głównego nurtu stojących przed ludźmi wyzwań. Nie słyszę nic od nikogo o własności, sprawiedliwości, kształcie społeczeństwa. A mamy przecież instytuty, nawet dość zacne, think tanki, spośród których być może dałoby się znaleźć ze dwa, które nie koncentrują się tylko na liczeniu i dzieleniu grantów. Nic nie wiem, jaka jest wizja lewicy na najbliższe 30-50 lat. Czego ona chce?
Zamiast tego mam przedstawiciela jednej z najbardziej zasłużonych partii lewicowych, który bez cienia wstydu mówi, że jest za kapitalizmem i gospodarka rynkową, mam ważne, potrzebne, ale jednak obok, protesty skupiające się na kwestiach tożsamościowych i nieprzekonujące stękania, że chcemy być jak Skandynawia, nie rozumiejąc ani jej historii, ani konstruktu społecznego i mentalności.
Ten lęk przed zmierzeniem się z kardynalnymi zagadnieniami doprowadzi lewicę do samozagłady.

Kulawe dziecko Balcerowicza

Z Markiem Borowskim – senatorem, byłym ministrem finansów, Marszałkiem Sejmu Stefan Płonicki rozmawia o tym, na czym Borowski naprawdę dobrze się zna – o gospodarce.

Na początku był Wilczek?

Marek Mieczysław Wilczek był prekursorem. I chwała mu za to. Jednak prawdziwy rynek zaczął się od uwolnienia przez Rakowskiego cen. Ceny żywności pogalopowały robiąc problemy ludziom, a z drugiej rozpętała się inflacja. Rosnące ceny oznaczały podwyżki płac. Podwyżki płac nakręcały ceny. Dodajmy do tego rewolucyjny nastrój w Solidarności i innych związkach zawodowych i zrobi nam się inflacja na poziomie 600 procent rocznie.

W takich okolicznościach przyrody pojawia się Balcerowicz.

Wszedł do gry we wrześniu 1989 r. Nawiasem mówiąc w tym samym czasie ja zostaję wiceministrem rynku wewnętrznego w rządzie Mazowieckiego. I z tej racji znalazłem się w szerokim zespole szykującym cały pakiet tzw. reform Balcerowicza. Wiele do gadania nie miałem, ale byłem przy tym. No i już na wejściu zderzyliśmy się z inflacją. A przy okazji z długiem zagranicznym, który nagle zaczął być wymagalny. Zachodni wierzyciele zamiast rzucić się nam w ramiona z wdzięczności za obalenie systemu, bacznie przyglądali się naszej sytuacji ekonomicznej i kręcili nosami domagając się spłat.

Budowa kapitalizmu w kraju bez kapitału, konkurencyjnych firm i w państwowej gospodarce planowej wymagała geniusza, albo wręcz przeciwnie.

Propozycje objęcia ministerstwa finansów początkowo były kierowane do kilku ekonomistów solidarnościowych. Zresztą wielu z nich do dziś wiesza psy na tamtym okresie. Tyle, że żaden nie chciał się tego zadania podjąć. Wydaje mi się, że Balcerowiczowi brakło wtedy wyobraźni. Gdyby ją miał, to na pewno ministrem finansów nie zechciałby zostać. Zresztą po jego planie było widać, że absolutnie nie doszacował problemów. Zakładał, że wzrost bezrobocia i duszenie inflacji potrwa pół roku. Ba, bezrobocie miało osiągnąć góra 500 tys osób. Okazało się, że trwało to wszystko prawie dwa i pół roku.

Ruszyła walka z inflacją. Na początek zakręcenie kurka z podwyżkami, czyli wprowadzenie popiwku – podatku uniemożliwiającego firmom podwyżki płac. Potem trzeba było stworzyć krajowym firmom, z których niemal wszystkie miały pozycję monopolisty, konkurencję. Zagraniczną konkurencję. Ale żeby to zrobić należało urealnić kurs dolara i zamrozić go. A poza tym – z małymi wyjątkami – zniesiono cła importowe i limity hamujące wwóz towarów do Polski. Kolejnym elementem inflacjogennym, z którym trzeba było coś zrobić były stopy procentowe kredytów. Gdyby były niskie, to przedsiębiorstwa brałyby pożyczki bez opamiętania i inflacja by rosła. Na szczęście dla Balcerowicza o niezależności banku centralnego nie było wówczas mowy. NBP-em de facto zarządzał minister finansów i to on ustalał wysokości stóp.

Byliście totalnie zafiksowani na walkę z inflacją. Nikt nie widział, że ofiarą tej batalii staje się gospodarka?

600-procentowa inflacja uniemożliwiała funkcjonowanie i ludzi, i firm. I zduszenie jej – choć niektóre metody były rzeczywiście zbyt radykalne – dla nikogo z nas nie podlegało dyskusji. Ale przy tej okazji narodziły się też problemy finansowe. Firmy, które miały kłopoty płaciły coraz mniej podatków. Budżet momentami świecił pustkami, a Balcerowicz pilnował, by deficytu nie pokrywać drukując pusty pieniądz na pokrycie dziury w wydatkach państwa. No i metodą na uzdrowienie budżetu stało się cięcie kosztów. Oczywiście na początek cięciom podlegały dotacje na wydatki socjalne dla firm i PGR-ów.

Skórka była warta wyprawki?

I tak, i nie. Gdy popatrzymy z dzisiejszego punktu widzenia, ba, nawet gdy po paru latach porównywaliśmy ekonomiki Polski, Czech, Słowacji i Węgier, to było widać, że nasze tempo wzrostu było najwyższe. Z drugiej jednak strony koszty społeczne mogły być nieco niższe. Głosów, proponujących większe zniuansowanie drastycznej polityki antyinflacyjnej na ogół jednak – z obawy przed jej rozwodnieniem – nie słuchano. Tymczasem, gdyby np. cięcia dotacji socjalnych do PGR-ów następowały wolniej, to gospodarstwa rolne dostałyby czas na restrukturyzacje i doczekałyby koniunktury. A tak to poplajtowały, a skutki odczuwamy do dziś.

Z przemysłem też się nikt nie pieścił.

„Popiwek” potrwał dwa lata. Czasami hamował rozwój firm, czasami znajdowano sposoby na obejście go, ale swoje zrobił i sam w sobie zakładom przemysłowym za bardzo nie zaszkodził. Zupełnie inaczej niż otwarcie gospodarki na import i to w sytuacji złotego, który dzięki arbitralnemu kursowi dolara był dużo silniejszy niż w rzeczywistości. Konkurencji z tanim importem, polski przemysł nie mógł wygrać. Balcerowicz przewidywał, że sztywny kurs złotego będzie trwał pół roku. Okazało się, że inflacja spada wolniej niż zakładano, więc kurs wymiany utrzymywano przez półtora roku.

Zmienił to dopiero Bielecki. Facet, który w przeciwieństwie do Balcerowicza był zaetykietowany jako liberał.

Sądzę, że tak naprawdę Bielecki nigdy nie był liberałem. Jedną z jego pierwszych decyzji było wprowadzenie ceł i kontyngentów w kilku sektorach. Zorientował się, że jeśli tego nie zrobi, to szlag trafi setki przedsiębiorstw. Podniósł kurs i złoty przestał być tak strasznie mocny. Można zatem powiedzieć, że odszedł od doktrynalnego trendu, który obowiązywał wcześniej. Trendu, który uniemożliwiał jakąkolwiek racjonalną ingerencję w gospodarkę.

A zabójczy dla gospodarki koszt kredytu inwestycyjnego? I to nie tego zaciąganego po roku 1990, ale tego zaciąganego wcześniej?

Jeśli ktoś miał do spłacenia stary kredyt inwestycyjny, za który od 1 stycznia 1990 r. nagle musiał płacić odsetki w wysokości 300 proc. to chyba jasne, że przed bankructwem mógł go uratować tylko cud. Pamiętam, że proponowałem wtedy bardziej elastyczne podejście do tych wcześniejszych kredytów. Rozmawialiśmy też o pozostawieniu części ceł, które dawałyby przedsiębiorstwom szanse konkurowania, ale poza dyskusje, przed Bieleckim, to nigdy nie wyszło. Moim zdaniem wynikało to ze strachu Balcerowicza przed naciskami. Bał się, że gdy pójdzie na rękę jednej grupie i nawet zrobi coś racjonalnego, to zaraz przyjdzie inna grupa i też będzie czegoś żądała. Na wszelki wypadek wolał być impregnowany na wszystko i odrzucać postulaty bez wnikania w ich celowość.

Bezrobocie też przekroczyło zakładane pół miliona.

I narastało lawinowo. Wtedy Kuroń wymyślił, że obok pomocy socjalnej trzeba wprowadzić rozwiązanie systemowe i zdjąć trochę osób z rynku pracy. Tak narodziła się idea wcześniejszych emerytur. Dzięki temu zamiast 2 milionów bezrobotnych, w krótkim czasie pojawiły się 2 miliony emerytów. Wszystko fajnie, tylko, że stworzyło to takie obciążenie ZUS, które odbija się czkawką do dziś. Zamiast dożywotnich emerytur trzeba było dawać czasowe zasiłki, z których po powrocie koniunktury łatwo byłoby się wycofać.

W roku 1993 wyborcy dają władzę lewicy.

I trzeba uczciwie przyznać, że czyśćcowy proces zrealizowany przez Balcerowicza zaczął dawać efekty. Załapaliśmy się na koniunkturę. Inflacja spadała, PKB rósł. Mimo że byłem ministrem finansów ledwie parę miesięcy mogłem podnieść najniższe emerytury i wprowadzić ulgi inwestycyjne, a nawet zainicjowałem fundusz gwarancyjny dla małych przedsiębiorstw. Kołodko to wszystko kontynuował, udało mu się załatwić sprawę długu zagranicznego i wszystko zaczęło się kręcić w dobrym tempie i kierunku. Wyczuł to kapitał zagraniczny i zaczął wchodzić do nas z naprawdę dużymi inwestycjami.

Przychodzi powódź 1997 roku, a wraz z nią cztery reformy Buzka i reaktywacja Balcerowicza.

Balcerowicz zajął się głównie organizowaniem zaplecza finansowego dla reform. Ze szczególnym uwzględnieniem OFE. Przy okazji udało mu się przewalczyć coś, co było istotą reformy emerytalnej, czyli system zdefiniowanej składki. Dla budżetu to rozwiązanie jest genialne. Za kilkanaście lat gdy ludzie będą korzystać z tych emerytur wyjdzie im, że dobrze wcale nie jest. W sumie Balcerowiczowi udaje się to wszystko posklejać, aż tu w latach 1999- 2000 wybucha potężny kryzys na nowojorskiej giełdzie nowych technologii. Zaczęły błyskawicznie rosnąć ceny ropy i żywności. Rada Polityki Pieniężnej zareagowała histerycznie i doktrynalnie, i podniosła stopy z 15 do 21,5 procent. Zdusiło to gospodarkę i spowodowało klęskę Buzka w następnych wyborach. Budżet przestał się domykać, a na dodatek Solidarność zaczęła wysuwać żądania ustaw rozdających pieniądze. Pojawił się Bauc, który zapowiedział, że jak te ustawy przejdą, to zrobi się gigantyczna dziura budżetowa. Ustawy nie przeszły. A „dziura Bauca” służyła Leszkowi Millerowi jako straszak, alibi i nawet powód do dumy ze zwalczenia czegoś, czego nie było.

Buzek odchodzi z hukiem, a do władzy wracacie wy.

Ministrem finansów zostaje Belka. Opodatkowuje dochody kapitałowe, co głupie nie było, a z drugiej strony zabiera dotacje barom mlecznym i obcina ulgi na bilety dla uczniów i studentów – co powszechnie oceniono jako godzenie w wartości lewicowe. Zabiera biednym. Pilnuje jednak finansów kraju i nie pozwala na rozdawnictwo pieniędzy, więc Miller zastępuje go Kołodką. Kołodko jest człowiekiem wybitnym, tyle, że nie daj Boże z nim pracować. Po paru miesiącach Kołodki już nie ma, ale pojawia się Jerzy Hausner i to w roli wicepremiera nadzorującego finanse i gospodarkę. Hausner proponuje swój plan cięć kosztów, a nade wszystko wydatków socjalnych.

Ale o OFE nawet się nie zająknął.

I to jest wielka wina ówczesnego rządu. Choć trzeba przyznać, że wówczas jeszcze wpłaty budżetowe do ZUS korygujące transfery do OFE nie były aż tak wielkie. Poza tym mieliśmy znaczące wpływy z prywatyzacji, a wartości giełdowe spółek państwowych dzięki pieniądzom z OFE lądującym na giełdzie pięły się niemal pionowo. Nikt jednak nie przyjrzał się skali zysków osiąganych przez OFE. Nie zrobił tego rząd lewicowy, nie dotknął tematu Kaczyński i porządek z tym zrobił dopiero liberał Tusk. I dobrze, że zrobił, bo gdy w komisji konstytucyjnej zapisywaliśmy próg zadłużenia na poziomie 60 proc. (a w 1997 r. było 40) to wydawało się nam, że osiągnięcie takiego długu jest niemożliwe. Dzięki OFE zbliżyliśmy się do niego w dziesięć lat.

W planie Hausnera padło hasło podniesienia wieku emerytalnego.

Padło i padło w głosowaniu. Choć z dzisiejszego punktu widzenia wyszło na jego. Zakładał, że wiek ten zacznie wzrastać od 2015 roku. Tusk nawet to przyspieszył. Błędem Hausnera było natomiast zapisanie, ile budżet zaoszczędzi na weryfikacji rent. Wyszło na to, że o tym czy ktoś jest, czy nie jest zdolny do pracy miała decydować ekonomia, a nie stan zdrowia. W sumie jednak Hausner wykonał większość z tego co zapowiadał i pod koniec kadencji nadeszła koniunktura.

Tym razem załapał się na nią rząd PiS-u.

Zmarnowali swój czas na głupawe rozdawanie pieniędzy. PiS chlubi się nie wiedzieć czemu, że jego rząd uratował kraj przed kryzysem, bo obniżył podatki dla najbogatszych, ściął składkę rentową i dał ulgi na dzieci. Tymczasem to, co zrobili, jest nie do odkręcenia. A przecież jeżeli trafili na dobrą koniunkturę to zamiast rozdawać pieniądze wystarczyło obniżyć deficyt budżetowy. Dzięki temu, gdyby przyszła dekoniunktura byłoby z czego finansować stymulację gospodarczą w czasach kryzysu. Dokładnie tak postąpiła Merkelowa, która dawała państwowe środki na tworzenie nowych miejsc pracy, a nawet na dopłaty dla nowo zakupionych samochodów. Nie związała sobie rąk zobowiązaniami socjalnymi i miała pole manewru do rozgrywania kryzysu.

Po dwóch latach prezes przekombinowuje politycznie i dostaliśmy premiera Tuska.

Który na wejściu natyka się na ścianę w postaci kryzysu. Trzeba jednak przyznać i jemu i Rostowskiemu, że poczynali sobie w tych realiach całkiem udatnie. A najśmieszniejsze jest to, że Tusk nie zrealizował nic z tego co zapowiadał w programie wyborczym z 2007 roku. Programie absolutnie neoliberalnym, który zakładał prywatyzowanie wszystkiego co się da, od służby zdrowia po edukację. Po dojściu do władzy błyskawicznie orientuje się, że ten program nie ma sensu, a na dodatek miał koalicjanta o nazwie PSL, który na choćby tylko wymienienie słowa „liberalny” dostawał wysypki. Znalazła się chęć na podwyżkę składki rentowej. Okazało się, że OFE nie są świętą krową, więc najpierw obniżono im dochody, a potem praktycznie zlikwidowano.

No i ostatnie 5 lat…

Te, jakie są każdy widzi.

Jutro nie będzie futra

Walka o Polskę wolną od futer trwa od lat, ale jeszcze nigdy dotąd nie byliśmy tak blisko uchwalenia zakazu, jak dzisiaj. To wspaniały moment dla wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu, oraz – naturalnie – dla samych zwierząt, które nie będą już w przyciasnych klatkach pędzić smutnego żywota, zakończonego nieuchronnie okrutną śmiercią.

Norki, lisy, jenoty i inne zwierzęta futerkowe, nie będą już w Polsce zabijane przez porażenie prądem i obdzierane ze skóry (często jeszcze żywe). Nie będą spędzać życia w przyciasnych klatkach, nie mogąc realizować swoich potrzeb gatunkowych; nie będą się z nerwów okaleczać siebie oraz innych zwierząt. Czy to nie dobra wiadomość?

Ale po tym, jak o 1:00 w nocy z czwartku na piątek Sejm przyjął z poprawkami nowelizację do ustawy o ochronie praw zwierząt, czyli słynną już Piątkę dla zwierząt, emocje szybko opadły. Przynajmniej te pozytywne – bo negatywne, sądząc po wypowiedziach polityków Konfederacji czy PSL oraz przedstawicieli przemysłu futrzarskiego, nadal buzują.

Dziwi jednak postawa tej empatycznej części społeczeństwa, która – teoretycznie – powinna być zadowolona, że ustawa wnosząca kilka konkretnych, wyczekiwanych zmian dla zwierząt, ma realne szanse wejść już niebawem w życie. Z każdej strony bowiem dobiegają głosy krytyki i okazuje się, że właściwie każdy ma pomysł na to, jak należało te zmiany wprowadzić lepiej.

Część oburza się, że ustawa nie rozwiązuje wszystkich problemów dotyczących dobrostanu zwierząt – i oczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Nowelizacja nie reguluje kompleksowo wszystkich kwestii, które należy uporządkować, żeby móc uznać, że w pełni chronimy w Polsce zwierzęta.

Ustawa wprowadza więc zakaz handlu zwierząt na futra – ale ten zakaz nie obejmie królików. Ubój rytualny nie został całkowicie zakazany – a jedynie ograniczony na potrzeby krajowych związków wyznaniowych. Psy nie będą mogły być trzymane na łańcuchach, ale wciąż będą mogły być tymczasowo uwiązane – przez maksymalnie 12 godzin, na uwięzi o długości co najmniej 6 m. Zakazano za to całkowicie używania metalowych obroży, w tym kolczatek. Skończy się również wykorzystywanie zwierząt w cyrku.
Mamy więc progres, choć nie jest idealnie.

Sporo osób oburza się przyjęciem ustawy „ciemną nocą”, wskazując, że to nie pierwsza sytuacja, gdy PiS forsuje w ten sposób swoje rozwiązania prawne. Tylko, że w tej sytuacji wynikało to raczej z porządku obrad. Niektórzy podważają konstytucyjność ustawy, twierdząc, że narusza konstytucyjną wolność prowadzenia działalności gospodarczej. Czy można jednak uznać za realizację tej wolności sytuację, w której rzeczony biznes opiera się na obdzieraniu zwierząt ze skóry?

Rozsądek podpowiada, że należy się jednak kierować zasadami etyki a nie dzikiego kapitalizmu. Bo tym właśnie jest działalność ferm futrzarskich – uosobieniem kapitalizmu, w którym bzdurna zachcianka uprzywilejowanych, majętnych jednostek jest stawiana wyżej niż potrzeby mniej zamożnych.

Futro w dzisiejszych czasach nie jest już potrzebne w celu innym, niż zaimponowanie otoczeniu stanem portfela i brakiem empatii. Fermy natomiast stanowią miejsce kaźni zwierząt, fatalne miejsce pracy i źródło odorów oraz zanieczyszczeń gleby, powietrza i wód powierzchniowych w okolicy.

Wreszcie, argument koronny – ustawa wprawdzie niezła, ale szkoda że z inicjatywy PiS. Z tym, doprawdy, ciężko dyskutować – i pewnie narażę się na krytykę, ale przyznam, że ważniejsza od autora projektu jest dla mnie realna poprawa losu zwierząt. A ta nowelizacja ma szansę zrobić sporo dobrego.

Obrzydza mnie każda forma eksploatacji zwierząt, zwłaszcza, że w obecnych czasach stanowi z reguły niepotrzebną fanaberię, a nie realną potrzebę. Nie jestem osobą religijną, więc zabijanie ze szczególnym okrucieństwem zwierząt jako realizacja prawa do realizacji wolności wyznania również mnie nie przekonuje. Drażnią mnie ludzie bezmyślnie traktujący zwierzęta domowe jak zabawki, których termin przydatności trwa tak długo, jak są estetyczne, młode, zdrowe i wesołe. Uważam również, że wszystkie hodowle przemysłowe – nie tylko fermy futrzarskie – powinny odejść do lamusa, bo na wszystkich jednakowo źle traktuje się zwierzęta.
Czy nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt w obecnym kształcie mnie całkowicie satysfakcjonuje? Oczywiście, że nie.

Ale byłabym ignorantką, gdybym nie dostrzegła, jak kolosalny krok w historii praw zwierząt w Polsce stanowi ta nowela.

Musimy pamiętać, że prawo stanowi pewne odbicie nastrojów panujących w społeczeństwie. I jeżeli przyjmiemy, że posłowie i posłanki w miarę proporcjonalnie reprezentują swoich wyborców i wyborczynie, to oznacza, że jednak potężna większość społeczeństwa zaczyna rozumieć, że zwierzęta są czującymi istotami, którym należy się nasza opieka i szacunek. I że ich dobro powinno stać wyżej niż nieetyczny biznes futrzarzy, zarabiających na ich cierpieniu.

Jak szacuje organizacja Humane Society International, na świecie co roku zabijanych jest ok. 100 milionów zwierząt futerkowych.

Te kilka milionów, co roku zabijanych dotąd w Polsce (według różnych danych jest to od 4-8 mln), nie zmieni może wiele – ale jest to jednak zmiana na lepsze. A za nią, wierzę, przyjdą kolejne.

O demokratyczny socjalizm w Polsce

Przed II wojną światową w Polsce był kapitalizm. Władze były częściowo demokratyczne, a częściowo autorytarne, po przewrocie Piłsudskiego. Organizacje lewicowe dążyły do socjalizmu, sposobami opisanymi w dokumentach historycznych.

Określenie kapitalizm stosuję dla ustroju, w którym kierownictwa organizacji gospodarczych są sprawowane lub powoływane przez właścicieli i zarządzają autorytarnie w ich interesie, w celu maksymalizacji zysku, który przywłaszczają sobie właściciele i władza.

Określenie socjalizm stosuję dla ustroju, w którym władza i kierownictwa organizacji są powoływane i działają demokratycznie, za zgodą i pod kontrolą przedstawicieli grup społecznych zainteresowanych działaniami organizacji oraz zarządzają w interesie społecznym, szukając kompromisu między często sprzecznymi interesami tych grup społecznych i organizują ich twórczą współpracę. Nie preferują i nie deprecjonują żadnej grupy społecznej. Zyski organizacji są przeznaczane na doskonalenie i rozwój organizacji, zgodnie z potrzebami społecznymi, a pozostała część zysku jest kompromisowo dzielona między pracowników, właścicieli i władze.
Po wojnie mieliśmy autorytarną władzę jednej partii lewicowej, wprowadzoną terrorem, kierowanym przez Stalina, która ukształtowała państwową gospodarkę planową i nakazową, wzorowaną na Związku Radzieckim. Specyfiką polską były, w większości prywatne i spółdzielcze, rolnictwo, rzemiosło i drobny handel. Ustrój ten obecnie jest nazywany nieadekwatnie komunizmem. Można go trafniej nazwać spolszczonym, totalitarnym ustrojem stalinowskim. Organizacjami gospodarczymi zarządzały autorytarnie kierownictwa powołane przez władzę, za zgodą partii rządzącej.

W tym okresie zorganizowano: państwo polskie w nowych granicach, przesiedlenie obywateli polskich z utraconych terenów wschodnich, reformę rolną i upaństwowienie przemysłu oraz likwidację analfabetyzmu. Realizowano własnymi siłami, według planów, bez zadłużania kraju, kosztem ograniczania konsumpcji: zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, odbudowę zniszczeń wojennych, rozwój przemysłu, górnictwa, komunikacji, gospodarki morskiej, budownictwa mieszkaniowego i urbanizacji, ochrony zdrowia, szczególnie pracowników i dzieci oraz powszechnego szkolnictwa, nauki i kultury. Celem tych działań był preferowany rozwój społeczno gospodarczy oraz powszechne, umiarkowane zaspokajanie potrzeb społecznych.

Po 1956 roku nastąpiła poważna zmiana ustroju na autorytarny socjalizm. Pozostała lewicowa władza autorytarna, ale radykalnie złagodzona i uniezależniona od wpływu Związku Radzieckiego, na tyle, na ile pozwalały warunki geopolityczne. Pozostała gospodarka planowana centralnie oraz szczątkowa gospodarka rynkowa w sektorze prywatnym. Ustrój w Polsce Ludowej po 1958 roku nazywany był demokracją ludową – nie komunizmem.

Autorytarne zarządzanie organizacjami gospodarczymi przekształcono na państwowo społeczne, demokratyczne. Powołano samorządy pracownicze uprawnione: do wyrażania zgody na powoływane przez władzę kierownictwo organizacji oraz do akceptowania planów działania organizacji i regulaminów pracy i premiowania pracowników. Pracownicy uzyskali prawo do udziału w zysku przedsiębiorstwa, a samorząd pracowników prawo do dyspozycji tą częścią zysku, na budownictwo mieszkaniowe, działalność socjalną i fundusz nagród, zwany 13 pensją. Związek Zawodowy został uprawniony do powoływania Społecznych Inspektorów Pracy. Zakłady pracy prowadziły, w interesie pracowników, ochronę zdrowia oraz działania: socjalno bytowe, kulturalne, sportowe i wypoczynkowe dla pracowników i ich rodzin. Takie organizacje gospodarcze można nazwać socjalistycznymi.

Przykładem polskiego doświadczenia demokratycznego zarządzania organizacją od 1957 roku, może być opis działania społeczno gospodarczego w latach 1940-1989 przedsiębiorstwa polskiego, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu w prywatnej willi do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce, na poziomie dorównującym najbardziej rozwiniętym krajom. Przedsiębiorstwo to można nazwać przedsiębiorstwem socjalistycznym. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.Opis jest dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, wpisując do wyszukiwarki autora: Władysław Bujwid albo pod adresem: http://bcpw.bg.pw.edu.pl/dlibra/docmetadata?id=2542

W socjalistycznych przedsiębiorstwach powstał ruch społeczny Solidarność, zwalczający autorytarną władzę jednej partii oraz zależność od Związku Radzieckiego, protestami i strajkami rujnującymi gospodarkę i stosunki z sąsiednimi krajami. Hasłem było: Socjalizm tak, wypaczenia nie! Do Solidarności dołączyły środowiska intelektualne, szczególnie przeciwne cenzurze i represjonowaniu opozycji. Wymuszone przez Solidarność podwyżki płac, przy osłabianej gospodarce, doprowadziły do pustych półek w sklepach i rozwoju spekulacji, nie legalnego wolnego rynku. Stan wojenny przerwał działanie Solidarności, ale w 1989 roku, władza i Solidarność porozumiały się przy „okrągłym stole”. Władzę przejęła Solidarność. Po 1989 r. ustrój w Polsce został przekształcony na demokratyczny kapitalizm. Demokratyczną władzę bez planowania i kapitalizm z gospodarką rynkową. Wprowadzenie kapitalizmu nie było zgodne z intencjami Solidarności i porozumieniem przy „okrągłym stole”.
Po 2015 roku PIS przekształcił ustrój na autorytarny kapitalizm. Autorytarną władzę jednej partii, bez planowania i kapitalizm z gospodarką rynkową. Stosuje szeroko preferowanie i dyskryminację wybranych grup społecznych oraz działania niezgodne z Konstytucją i umowami z Unią Europejską.

Obecnie jest czas na wprowadzenie w Polsce demokratycznego socjalizmu. Demokratycznej władzy, planowania działań organizacji państwowych i samorządowych oraz społecznej gospodarki rynkowej, w celu coraz lepszego zaspokajania potrzeb społecznych. Można wykorzystać dotychczasowe, dobre doświadczenia z planowaniem, demokratycznym zarządzaniem organizacjami i wolnym rynkiem oraz z Nauką, a eliminować złe doświadczenia z autorytarnym zarządzaniem przez partie rządzące i właścicieli oraz preferowanie i dyskryminację wybranych grup społecznych, a także, działania niezgodne z prawem.
Lewica może zobowiązać się do takiego działania na najbliższym Kongresie Lewicy, planowanym w jesieni br., o czym pisałem w moim poprzednim liście z dnia 2020-08-01, na temat: Demokratyczny socjalizm i Kongres Lewicy.

Głównym elementem Uchwał Kongresu powinna być Polityka Lewicy, komunikatywna, przekonywująca i krótka, możliwa do zapamiętania przez każdego członka organizacji lewicowych i każdego wyborcę. Każdy działacz lewicowy wypowiadający się publicznie, powinien umieć przedstawić Politykę Lewicy, w sposób komunikatywny i przekonywujący, tak, żeby utrwalać ją w świadomości społecznej i uzasadnić jej zgodność z powszechnymi potrzebami społecznymi.

Oto główne tezy programowe:

Lewica będzie dążyć do przemiany niesprawiedliwego, autorytarnego kapitalizmu, na sprawiedliwy, demokratyczny socjalizm, a w tym: demokratyczną władzę, społeczną gospodarkę rynkową i planowanie działań organizacji państwowych i samorządowych, które zapewnią godne życie wszystkich obywateli polskich i coraz lepsze zaspokajanie ich powszechnych potrzeb:

Wolność od wszelkich dyskryminacji, wyzysku, bezrobocia, nędzy i bezdomności.

Sprawiedliwy, powszechny dostęp do: godnej i bezpiecznej pracy, mieszkania, nauki, opieki zdrowotnej, wymiaru sprawiedliwości, kultury i wypoczynku oraz świadczeń społecznych dla ludzi niezdolnych do pracy.
System, który zapewni, że w każdym obszarze i na każdym szczeblu kierować działaniami będą ludzie o możliwie najwyższych kwalifikacjach, etyce i zaangażowaniu, w coraz lepsze zaspokajanie potrzeb społecznych, na powierzonym obszarze działania. To kierownicy kierują działaniami pracowników, którzy wykonują i doskonalą wyroby i usługi, służące do coraz lepszego zaspokajania bardzo różnorodnych potrzeb ludzi.

Polityka lewicy będzie busolą każdego działacza lewicowego i każdej organizacji lewicowej, która wskaże im kierunek na oceanie różnorodności ich działań społecznych i planów. Wspólna polityka organizacji lewicowych, powszechnie znana i akceptowana przez nie, daje szanse ich skutecznego współdziałania, w celu jej realizacji. Każda organizacja lewicowa będzie mogła określić własne cele i plany działania, oparte o wspólną politykę.
Projekt Uchwał Kongresu, w tym Polityki Lewicy, powinien być przedmiotem szerokiej debaty na forum internetowym, w kręgach lewicowych, pracowniczych i naukowych, zmierzającej do sformułowania i uzgodnienia treści Uchwał Kongresu, przed rozpoczęciem Kongresu.
Projekt Uchwał Kongresu określających politykę i formy współpracy organizacji lewicowych oraz co i kto powinien robić, w celu realizacji Uchwał Kongresu, opisałem na str. 38, w opracowaniu pod tytułem: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego, szeroko udostępnionym w kręgach kierownictw Lewicy, ZZ i Nauki od 2016 roku, a 2 wydanie od 2018 roku. Adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to zawiera także wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – projekt społecznej gospodarki rynkowej oraz działania Lewicy potrzebne do jej wprowadzenia w Polsce.

Pozdrawiam i życzę sukcesów.

Klęska wolnego rynku

Globalny kryzys spowodowany COVID-19, który dotknął gospodarki wszystkich państw, obalił podstawowy mit zwolenników liberalnej szkoły ekonomii o niezawodności samoregulującego się rynku.

Należy podkreślić, że państwo może i musi prowadzić szeroką politykę fiskalną, nawet kosztem deficytu w celu pobudzania popytu zagregowanego (przesuwania go w prawo), aby utrzymywać okrężny obieg gospodarki w trakcie kryzysu i łatwiejszego wychodzenia z niego. Pobudzanie popytu agregatowego zgodnie z klasyczną szkołą keynesowską musi polegać na zwiększaniu wydatków publicznych, obniżce stóp procentowych, tworzeniu miejsc pracy w celu zmniejszania stopy bezrobocia i zwiększaniu emisji obligacji skarbowych.

Czym właściwie jest deficyt?

Należy najpierw odkłamać bzdurę, której liberalne rządy trzymają się od lat – utrzymywanie budżetu bez deficytu.

Po pierwsze, szkoła Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory, MMT), która zyskuje na popularności dzięki takim ekonomistkom jak Stephanie Kelton i Pavlina R. Tcherneva, mówi jasno, że deficyt nie jest problemem a ze zrównoważonego budżetu państwo nie stworzy nowych miejsc pracy (wzrost bezrobocia jest pogłębianiem problemu lepkości cen, które polegają na opóźnionym dostosowaniu się cen do sił popytu i podaży), nie zapewni bezpieczeństwa socjalno-finansowego i nie pobudzi zagregowanego popytu, gdy nie podejmie się zwiększania wydatków publicznych, które są kluczowe dla wzrostu PKB. Po drugie, żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego. Czasy pieniądza opartego o kruszec są za nami i powrót takiego pieniądza zabiłby efektywność gospodarczą, ale także doprowadziłyby do deflacji, zjawiska drogich kredytów, zwiększonych kosztów eksportu i spadku produkcji (spadek cen powoduje spadek produkcji).

Pieniądz fiducjarny, jak sama nazwa wskazuje, w swojej istocie jest oparty o zaufanie. Państwo ma monopol na pieniądz i nie ma prawa wykręcać się brakiem środków na finansowanie konkretnych operacji gospodarczych. Dług publiczny i dług prywatny to całkowicie dwie inne kwestie; gospodarka państwa nie działa jak firma, państwo ma moc fiskalną, jakiej przedsiębiorstwa nie mają. Deficyty dostarczają pieniądz do gospodarki – złotówka za złotówkę, dlatego nie mogą „okradać” sektora prywatnego. Jednak szkoła MMT nie proponuje nieograniczonego deficytu, nie chodzi o ciągłe bilansowanie budżetu i wprowadzanie gospodarki w marazm, a o pobudzanie jej efektywności przy polityce pełnego zatrudnienia przy stabilności cen. Trend deficytów przy pełnym zatrudnieniu jest malejący nawet w przypadku szerokiej polityki fiskalnej. Dlaczego? Sektor prywatny zawsze korzystnie reaguje w przypadku niskiej stopy bezrobocia oraz pojawia się delewarowanie; rosną wydatki i inwestycje, o których wcześniej wspomniałem, są korzystne przy polityce pobudzania zagregowanego popytu, dla wyższych wpływów z podatków a co za tym idzie wyższego PKB. Konkluzja jest oczywista: polityka sztucznego tworzenia stabilnego budżetu jest zabójcza dla potencjału gospodarki.

Co ze strefą Euro?

Z punktu widzenia socjaldemokraty i zwolennika suwerennej polityki monetarnej, euro w Polsce jest projektem na tyle długookresowym i egzogenicznym (ma bardziej aspekt polityczny niż ekonomiczny), że nie warto na tę chwilę brać go pod uwagę. W przypadku zmiany waluty na euro Bank Centralny Polski zostaje ograniczony, co w efekcie musi przyczynić się do osłabienia polityki monetarnej Polski. Bank Centralny Polski nie może w takiej sytuacji szybko reagować np. na fluktuację, nie może samodzielnie ustalić konkretnych stóp procentowych dla danej fazy koniunkturalnej kraju, a także konsekwencją jest osłabienie polityki fiskalnej. Z technicznego punktu widzenia kraj, który emituje i kontroluje własną walutę, nie może zbankrutować. Państwo w przypadku posiadania suwerennej waluty może prowadzić odpowiednie wydatki publiczne w sposób elastyczny. Polski Bank Centralny w czasie kryzysu (i nie tylko, ale w fazie kryzysu powinien mieć obowiązek) wykupuje obligacje skarbu państwa, mimo teoretycznego zakazu monetyzacji długu. Z praktycznego punktu widzenia Banki Centralne zakupują dług państwa w sposób pośredni – odkupując od banków komercyjnych. Powodem tego jest formalny zakaz zakupu długu państwa przez Bank Centralny w sposób bezpośredni. Najlepszym przykładem takiej praktyki jest Japonia. W skrócie rząd uzyskuje środki przez ich kreację w Banku Centralnym w sposób pośredni – z pomocą banków komercyjnych na zasadzie rynkowej. W przypadku braku suwerennej polityki monetarnej Bank Centralny traci kontrolę nad funkcjonującą walutą.

Dlaczego obniżamy stopy procentowe?

Skoro była mowa o stopach procentowych, warto zastanowić się, dlaczego Banki Centralne mają obowiązek obniżania stóp procentowych na czas kryzysu.

Stopa procentrowa jest ceną pieniądza, która warunkuje cenę, jaką banki sprzedają pieniądze na kredyt oraz po jakiej cenie oddaje się je w depozyt bankom. Celem odpowiedzialnej polityki monetarnej i zadaniem Banku Centralnego powinno być zapewnienie stabilności polskiej waluty. Skupmy się jednak nad obecnym (specyficznym) kryzysem i dlaczego w odpowiedzi poprawnym jest ustalanie niskich stóp procentowych (aktualna główna stopa procentowa wynosi 0,1 proc.). Kapitał portfelowy, czyli kapitał krótkoterminowy jest lokowany w rządowych papierach wartościowych, w celu zwiększenia ich ceny obniża się stopy procentowe, aby banki wykupywały je po wyższych i atrakcyjniejszych dla państwa cenach. W celu prowadzenia ekspansywnej polityki monetarnej (która jest kluczowa przy zjawisku stagflacji, czyli zjawiska wzrostu cen i spadku produkcji) udostępnia się kapitał coraz większej ilości osób, co za tym idzie – zwiększa się podaż pieniądza. W takim przypadku Bank Centralny tworzy atrakcyjne warunki kredytowe, tak żeby zachęcały ludzi do ich zaciągania – obniżka stóp procentowych.

Oczywiście nie jest to korzystne dla banków komercyjnych, ale te sobie poradzą (a jeśli nie, to… Volenti non fit iniuria), stawką jest ujarzmienie kryzysu i zapewnienie dobrobytu ludziom; ułatwienie zakupu mieszkania i mniejszych kosztów z tytułu kredytu. W przypadku liberalnego systemu gospodarczego oczywiście deweloperzy będą zwiększać ceny nieruchomości (co wynika ze zwiększonego popytu na zakup nieruchomości), dlatego niezbędna jest interwencja państwa w celu kontroli i regulowania cen. Oczywiści stopy procentowe nie mogą być stale utrzymywane na jednym, niskim poziomie, można je lekko podwyższać w czasie koniunktury w celu zapobiegnięcia zjawiska pękniętej bańki spekulacyjnej, lecz nie może ona być na tyle podwyższona, by pobudzony zagregowany popyt drastycznie malał. Inflacja jest całkowicie zrozumiałą konsekwencją takiej polityki, ale problem inflacji spowodowanej zwiększoną podażą pieniądza i niskimi stopami procentowymi rozwiązuje się progresją podatkową, która wypompowuje pieniądze z rynku, powodując efektywniejsze ulokowanie kapitału, a także zwiększa krańcową skłonność do konsumpcji. Większa stawka podatkowa dla zamożnej jednostki powoduje większy dochód rozporządzalny, czego następstwem jest zwiększona konsumpcja. Progresja podatkowa daje szersze możliwości fiskalne państwa, które pomogą mniej zamożnym pobudzić zagregowany popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zwiększyć efektywność gospodarki danego państwa.