Kapitał wieje, kędy chce

Karol Marks w „Manifeście komunistycznym” napisał: „Współczesna władza państwowa jest jedynie komitetem, zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej”. Globalizujący się świat po upadku systemu zwanego „komunistycznym ukazuje w pełni prawdziwość przytoczonej myśli.

Niczym nie kontrolowany przepływ kapitału, informacji, idei, ludzi, towarów, ponadgraniczny wymiar przestępczości zorganizowanej na niespotykaną wcześniej skalę, rosnąca dyspersja i polaryzacja biedy i bogactwa – to są wszystko elementy deprecjacji władzy państwowej, o której mówi filozof z Trewiru.

Zygmunt Bauman zwrócił z kolei uwagę na fakt, iż dawny, znany wszystkim paradygmat demokracji, gdzie „wielu obserwowało nielicznych”, został zastąpiony sytuacją, kiedy „nieliczni obserwują wielu”. To jest nie tylko nadzór, to nie tylko wizja Wielkiego Brata Orwella. Demokracja, „władza ludu sprawowana przez lud dla ludu” jak stwierdził w mowie getysburskiej Abraham Lincoln jest dziś – wbrew pozorom zwycięstwa, wbrew niekwestionowanym paradygmatom i wbrew opowieściom mediów trzymanych na krótkiej smyczy przez kapitał – bardziej wątła niż kiedykolwiek.
Wybory stały się show, igrzyskami ku uciesze gawiedzi.

Gdzie jest walka na programy, gdzie starcia pomysłów, gdzie konfrontacja rozwiązań i sądów, o osobowościach nie mówiąc? Wszystkie partie czy stronnictwa w zasadzie w płaszczyźnie ekonomiczno-gospodarczej mówią to samo. Zapowiedzi przedwyborcze po wygranych wyborach sprowadzają się do kosmetyki zmian. Bo nic nie można zmienić: tak mówią zalecenia omnipotentnych doradców, oceny firm ratingowych, do tego sprowadzają się opinie jakichś międzynarodowych struktur o niejasnym charakterze i pozbawionych jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, o demokratycznej legitymizacji nawet nie mówiąc. Nie ma alternatywy! – grzmią analitycy, konsultanci, eksperci, wszyscy na łańcuchu megakapitału. Jeden to sektor, przy-kapitałowy, żyjący z tych opinii, rad, audytów, udzielanych zaleceń, pomocy i zestawień. W tym amorficznym gremium zapadają decyzje stanowiące o bycie milionów, ba – miliardów, ludzi na Ziemi.

Państwo, a właściwie – władza demokratycznie wybrana przez obywateli każdego współcześnie istniejącego państwa, stała się autentycznym nocnym stróżem. Pilnuje przy tym tylko swobody przepływu kapitału i swobody mnożenia zysków. Dowody – Francja Macrona, Chile Piñery, Ekwador Moreno, Ukraina Zełeńskiego… i wiele innych państw, które wobec buntu mas ludowych protestujących przeciwko ograniczaniu ich praw, zdobyczy, spadku jakości życia stają po stronie hiper-kapitału światowego. Jak stwierdził onegdaj kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, nie ma podziału na ekonomię kapitalistyczną i socjalistyczną (czy socjaldemokratyczną). Jest tylko na dobrą i złą. Dobra to taka, która przerzuca skutki swoich nietrafionych i ryzykownych posunięć na barki obywateli.

Nie na darmo niemieccy zwolennicy lewicy, kraju o jednej z największych gospodarek i najprężniejszego potentata ekonomicznego współczesnego świata, nazwali Schroedera „Genosse der Bosse” (towarzysz bossów = bossów biznesu).

Na przełomie światów, antycznego i średniowiecznego, żyjący wówczas Augustyn Aureliusz, późniejszy święty Kościoła katolickiego, doktor wspólnoty chrześcijańskiej, miał rzec iż „Duch Święty wieje kędy chce”. Była to sentencja opisująca niezbadanie i nie ogarnięcie ludzkim rozumem i wolą działań jednego z podmiotów Trójcy Świętej. Dziś takim transcendentnym i niepojętym pojęciem pozostaje jedynie kapitał. Zmitologizowany, sfetyszyzowany, gruntownie antydemokratyczny. Czy da się jeszcze założyć mu kaganiec? A może było to możliwe tylko wtedy, gdy zagrożenie „widmem komunizmu” było realne, bo rakiety Armii Czerwonej rzucały znad Łaby wyraźny cień na Zachód, a podczas defilad na pl. Czerwonym w Moskwie w 9 maja grzmiało głośne „urrraaaa”?

Zawalczyć o Ziemię

10 lat. Wystarczyło aby zniszczyć Ziemię. Czy tyle samo wystarczy aby ją ocalić?

Ziemia to nasz Świat. Nie mamy innego, a ewentualne plany życia na innych planetach póki co możemy odstawić na dalsze czasy. Przez brak dostępu do Słońca i konieczność przetransportowania ogromnych pokładów energii na inną planetę, życie poza Ziemią po prostu nie będzie wykonalne jeszcze bardzo długo. Gdzie będą wobec tego żyli nasi potomkowie, jeżeli na Ziemi przestanie wystarczać potrzebnych im zasobów?
Podczas ostatnich 10 lat ludzkość, a więc również każdy z nas, przyczyniła się do ogromnych strat na Ziemi. Strat liczonych przez liczbę susz, powodzi, pożarów, tornad. Zjawiska, które jeszcze kilka lat temu były rzadkością, teraz występują wielokrotnie w ciągu jednego tylko miesiąca. Wprowadzają niepokój i ogromne straty w ludziach. Tego nie da się już nie zauważyć. Globalne ocieplenie jest już faktem. Teraz jest więc moment, aby powziąć konkretne decyzje.
Filozofia życia tu i teraz i doraźne działania nie sprzyjają jednak podejmowaniu odważnych, zakrojonych na szeroką skalę, długoterminowych projektów, które obejmowałyby międzysektorową proekologiczną współpracę. Za akceptacją każdego projektu stoi bowiem człowiek, który jeżeli nie jest świadomy przyszłości i konsekwencji swoich działań, może podjąć decyzję korzystną jedynie dla swojej strefy komfortu czy dla swojego politycznego interesu. Oznaczać to może nic innego, jak skuteczne zablokowanie pomysłu, który mógłby przyczynić się do uratowania Ziemi. Wszechobecna mimo wielkiego postępu biurokracja i krótkowzroczność polityków wydają się być więc największymi wrogami przełomowych przedsięwzięć.
Aby nie tylko minimalizować skutki globalnego ocieplenia, ale pomóc Ziemi w odnowieniu swojego potencjału nie wystarczy jedynie skupiać się na obniżaniu emisji gazów i przestać produkować plastik. Aby bowiem cofnięcie skutków ocieplenia i uporządkowanie planety było możliwe, należy sięgnąć do pokładów intelektualnych tych, którzy przyczynili się do jej postępującej zagłady.
Człowiek już teraz jest w posiadaniu technologii, którą może wykorzystać w tym celu. Jednak potrzebna jest do tego odwaga i determinacja nie kilku szalonych, jak określili by ich niektórzy, naukowców, ale całej rzeszy ludzi, którzy swoim doświadczeniem i wpływami doprowadziliby do zaistnienia takich rozwiązań, które rzeczywiście zakończą trwanie tego olbrzymiego jak Ziemia problemu. Ci odważni posiadający przełomowe pomysły wciąż są jednak niemile widziani w środowiskach, gdzie słowa takie jak „zmiana” oznacza coś kompletnie odmiennego.
Jeden z takich odważnych projektów, w który ma zostać zaangażowana sztuczna inteligencja i najnowsza technologia został zaprezentowany na konferencji Amazona pod nazwą „Footprint Coalition”.
Przedsięwzięcie ma potrwać 10 lat, a jego efektem ma być całkowite oczyszczenie Ziemi i cofnięcie efektu cieplarnianego. Jego inicjatorem jest Robert Downey Jr, od lat obecny w czołówce najlepiej zarabiających aktorów świata. Nie powinno dziwić więc, że człowiek taki jak on ma prawo być przekonanym, że niemożliwe nie istnieje. Jednak o ile jednak w showbiznesie mógł spełnić najśmielsze marzenia, to właśnie największych trudności nie upatruje w braku wiary w skuteczność przedsięwzięcia, ale, jak mówi, właśnie w biurokracji, niechęci do dzielenia się własnością intelektualną i trudnościach we współpracy międzyrządowej. Istotą problemu nie jest więc fakt, że projekt może nie zostać zrealizowany z przyczyn chociażby logistycznych. Problemem na jaki chcę zwrócić uwagę jest to, że to wciąż człowiek i jego mentalne ograniczenia tak bardzo zagrażają uratowaniu jego samego. Działania porządkujące i oczyszczające Ziemię przy takiej skali zniszczenia to już nie tylko indywidualne czynności jednostek. To konieczność współpracy ludzi, którzy wspólnie muszą podjąć decyzje ważne nie tylko dla nich samych. To otwarcie się na tych, którzy przeciwstawiając się średniowiecznym praktykom, żyją myślą przyszłości i postępu.
Projekt Downeya ma ruszyć wiosną 2020 roku. Na ten moment nie wiemy nic oprócz tego, że jeden człowiek zamierza poświęcić kolejne lata swojego życia, aby zawalczyć o Ziemię, na której sam nie spędzi już wyjątkowo dużo czasu. Projekt może nie ruszyć, jeżeli spotka na swojej drodze ludzi, którzy poza swoim politycznym interesem nie wiele już potrafią dostrzec.

Księga Wyjścia (25)

Ballada o wilkach i bananach

Faszyzm, od łacińskich fasces czyli „rózgi”. Kult państwa, terror, nacjonalizm, militaryzm, imperializm, totalitaryzm, antykomunizm, korporacjonizm no i oczywiście antyliberalizm. W teorii akademickiej zaliczany jest również jako antykapitalizm, lecz w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. To podczas hitlerowskiego faszyzmu rozkwitły firmy i koncerny takie jak choćby Hugo Boss, projektant i autor mundurów SS, czy koncern farmaceutyczny Bayer słynący współcześnie z dobrej na kaca aspiryny, dorobił się na produkcji śmiercionośnego „cyklonu B”. Gdyby nie ten Hugo Boss, Bayer i samo określenie – faszyzm – pomyślałbym, że rozmawiamy o USA.
Komunizm, z łacińskiego „wspólny”. Ideologia, której celem jest utworzenie społeczeństwa wolnego od ucisku i wyzysku społecznego. Powstały w XIX wieku w dwóch wariantach. Anarchistycznym i marksistowskim, opartym na manifeście komunistycznym z 1848 roku. Obie te ideologie są w Polsce zakazane, nie wolno ani publicznie ich głosić, ani prezentować symboli.
Fakt, że kilka reżimów powołało się na ideologię komunistyczną nie świadczy o tym, że jest ona zbrodnicza. Franco i Pinochet powoływali się również na chrześcijaństwo, obronę wartości, lecz jak dotąd nikt nie zakazał religii katolickiej. Wciąż bez problemu znajdziemy w internecie zdjęcia Wojtyły przyjmującego Pinocheta, mało tego, odwiedzającego Chile, a ich miny zdradzają wzajemną sympatię i zażyłość.
Jak to wygląda w innych, znacznie bardziej oświeconych państwach? Całkiem legalnie funkcjonuje Komunistyczna Partia Norwegii, wydaje nawet własną gazetę pt. „Friheten” czyli wolność, zwróćcie uwagę na zdjęcie Marksa w lewym górnym rogu. Oprócz niej istnieje socjaldemokratyczna gazeta o zdumiewającym dla Polaka tytule – „Klassekampen”, co dosłownie znaczy walka klas.
Dawno temu w na południowym kontynencie Ameryki działała firma o nazwie United Fruit Company. Założona jeszcze w XIX wieku, funkcjonowała do roku 1970. Jej struktura wyglądała w następujący sposób. Stanowiska kierownicze obejmowali biali Amerykanie, absolwenci dobrych uczelni, stanowiska nadzorców – dawni plantatorzy z południa, a siłą roboczą byli miejscowi mieszkańcy i czarnoskórzy obywatele USA. United Fruit Company używała praktyk kolonialnych, a warunki w jakich pracowali robotnicy porównywalne były z tymi na plantacjach bawełny sprzed wojny secesyjnej. Wypłatę dostawali w bonach, które mogli realizować jedynie w sklepach należących do firmy.
Wykreowana moda na te owoce spowodowała nieprawdopodobne zyski. A że nie płacili podatków, wędrowały wprost do kieszeni właściciela. Pierwotnie był to budowniczy kolei Minor Keith, który po krachu giełdowym zorientował się, że w miejscu gdzie przerwał budowę torów wyrosły owoce.
Tak to wyglądało w skrócie. Firma miała pewne turbulencje finansowe, ale sprzedała część udziałów i nadal była właścicielem większości ziem Ameryki Południowej. Gdy w Gwatemali prezydentem został wychowany wśród Indian Austriak, pułkownik Jacobo Arbenz Guzmán, postanowił przyhamować zapędy korporacji i z powrotem znacjonalizował tereny, które w najróżniejszy sposób przejęło przedsiębiorstwo. Poza niewielkimi enklawami cała Gwatemala ( i nie tylko Gwatemala) należała do United Fruit Company.
Guzmán nie był rabusiem, nie znacjonalizował siłą, pozostawiając właścicieli bez grosza i ziemi. Wywłaszczył ich grunty wypłacając im należne odszkodowanie, czyli zapłacił za ich wartość, tu też ich nie oszukał. Przy wycenie oparł się na zestawieniach samych firm i zgodnie z ich własnymi zeznaniami, składanymi w ubiegłych latach wypłacił im dokładnie co do peso. Nie podobało się to ani właścicielom, którzy zaniżali wartość księgową, ani Stanom Zjednoczonym. United Fruid Company praktycznie nie płaciło podatków, żeby jeszcze zaniżyć to nic, fałszowali księgi, w których wykazywali tak niewielkie dochody, a w związku z tym wartość gruntów stanowiła nic i Guzmán, gdyby chciał, mógłby przejąć je bezpłatnie, na nawet zażądać od właścicieli by mu jeszcze dopłacili, to pomimo tego wypłacił im zgodnie z przedstawionymi wcześniej zestawieniami. Firma poczuła się wydymana i poprosiła USA o pomoc. Jankesi szybko pojawili się na miejscu, obalili Guzmána, jego miejsce zajęła junta wojskowa, a kraj pogrążył się w pięćdziesięcioletniej wojnie domowej.
W tamtym okresie cała Ameryka Południowa i Środkowa były czymś w rodzaju przedłużenia USA – wciąż tak jest. Różnica polega jedynie na tym, że to co jest zabronione na północnym kontynencie, tam jest zgodnie z prawem praktykowane. Pracodawcy mogli więc karać śmiercią niewydajnych pracowników, z czego korzystała również kompania bananowa. To właśnie od UFC wzięła się nazwa republika bananowa.
Kompania nie płaciła podatków w większości krajów, w których prowadziła interesy, a każdy sprzeciw pacyfikowali amerykańscy żołnierze. Najgłośniejsza była chyba bananowa masakra. 6 grudnia 1928 roku, w Kolumbii, gdzie rząd USA zagroził kolumbijskimi rządowi zbrojną interwencją marynarki za niewywiązywanie się z ochrony interesów bananowej firmy. Czyli za to, że chcieli podatek. W tym czasie trwał też strajk pracowniczy, gdzie domagano się poprawy warunków pracy. Jednak wkurzenie Amerykanów doprowadziło do jego pacyfikacji, w której zginęło do dwóch tysięcy ludzi. Niektóre rządowe źródła podają, że zabito „jedynie” 47 osób.
Firma zmieniła już nazwę, ale zarówno Hugo Boss, Bayer czy UFC, niczym specjalnie się nie różnią. Wszystkie dorobiły się na ludzkiej krwi, wyzysku i liczonych w setkach tysięcy, zabitych. Przykład wymienionych firm doskonale obrazuje związek kapitalizmu z faszyzmem. Kapitalizmu opartego na terrorze, niewolnictwie i masowej zagładzie. Komunizm nie ma takich związków, nawet nie miał okazji mieć, bo tak naprawdę jeszcze żaden kraj nie wprowadził tego systemu. Norwedzy to rozumieją. W Polsce niestety nie. A gdy sięgniecie po banana, to jeśli nie zraziła Was masakra w Kolumbii, to wyobraźcie sobie ładownie statków, którymi przewożone są do Polski. Zielone, niedojrzałe owoce czekają na rozładunek pod grubą warstwą paskudnych robaków, które przebijają skórę swoimi cienkimi kończynami.
Dotychczas sądziłem, że światy równoległe dotyczą jedynie fizyki kwantowej. Ostatnio jednak zjawisko to zaobserwowałem na fejsbuku. Często, gdy prowadzę jakąś rozmowę i różnię się z interlokutorem, to mimo, że go nie obrażam, gdy wyczerpie wszystkie swoje argumenty, usuwa mnie z grona znajomych. Czy przypadkiem nie tworzy to grup ludzi tak samo myślących, żyjących w realu obok nas, ale jakby w zupełnie innym świecie. Ergo – światy równoległe istnieją, jednak zupełnie inaczej wyobrażali je sobie fizycy.
Nie potrafię podać liczby, ale gdy napisałem krytyczny post o Margaret Thatcher, to całkiem sporo osób zwolniło miejsce na moim profilu. Post w zasadzie nie dotyczył samej premier Wielkiej Brytanii, a Charlesa Chaplina, który zakończywszy karierę w Hollywood jeździł do Anglii, by opowiadać o amerykańskiej nędzy, włóczęgach i biedzie ponieważ na Wyspach zjawisko to było zupełnie obce. Ludzie słuchali
i nie wierzyli.
Chaplin zmarł w 1977 roku, dwa lata później do władzy doszła Margaret Thatcher i pojawili się pierwsi nędzarze, od tamtej pory wzrost jest lawinowy. Zwolennikom „Żelaznej Damy” nie dało się tego wytłumaczyć. Pół biedy, gdyby jedynie nie przyjmowali do wiadomości, ale od razu usuwają z grona znajomych, blokują rzucając wcześniej niewybredne określenia.
Tak naprawdę najgorsze, co mogło spotkać świat w XX wieku, oprócz wojen światowych to duet Thatcher – Regan. To oni zepsuli świat. I już nie da się go naprawić. Ale jednak spróbowałem. Zadzwoniła do mnie pani z Amnesty International, podczas rozmowy przekonywała bym wstąpił w ich szeregi i wspólnie świat naprawimy. Ucieszyłem się, bo wspomniana organizacja kojarzy mi się z dobrem i wyraziłem chęć wstąpienia, czyli zasilenia sobą ich grupy. Pani przez telefon powiedziała, ze przyjedzie do mnie kurier i dostanę wszystkie dokumenty, ale muszę również podpisać jakieś kwity zwrotne, podkreśliła też i to dwukrotnie, bym podpisał się w ten sam sposób, jaki złożyłem jako wzór w banku, ponieważ oni już sobie będą sami pobierać składki z mojego konta.
Zdziwiłem się tym, jak to w ogóle możliwe, żeby ot tak ktoś mógł sobie pobierać kasę z konta, specjalnie się tym nie przejąłem, bo konto jest zwykle puste – a dzięki działalności w AI trochę naprawię ludzkości szkód narobionych przez firmy bananowe. Przeglądając internet trafiłem na artykuły dotyczące tej zacnej organizacji, po ich przeczytaniu napisałem kilka maili, bo nie mogłem uwierzyć w treść „oszczerstw” jakie pojawiły się o nich w przestrzeni publicznej. A ponieważ informacje przeczytałem nie na jakiś lipnych portalach, lecz elektronicznych wydaniach w miarę rzetelnych gazet, mój niepokój wzrósł. Mobbing, malwersacje i cała paleta złych praktyk stosowanych wobec podwładnych i powierzonych im pieniędzy.
Zaniepokojony tym, że ktoś psuje dobre imię tak dobrej instytucji naprawdę mną poruszył i jak już wspomniałem postanowiłem u źródła dowiedzieć się szczegółów. Napisałem kilka maili na adresy widniejące na ich oficjalnej stronie. Każdy zaczynając słowami, że żyjemy w czasach fejk niusów, pomówień i niesprawdzonych informacji, dlatego proszę o wyjaśnienie stawianych przez prasę takich i takich zarzutów. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, a do pani, która mnie przekonywała bym się do nich przyłączył, nie mogłem się dodzwonić. Przez kilka dni zbywałem kuriera, ponieważ naprawdę w jakiś sposób chciałem pomóc tej organizacji. W końcu nie doczekawszy się żadnej reakcji, przestałem zbywać kuriera, tylko powiedziałem mu, by już sobie mną głowy nie zawracał, nic nie podpisałem i w ten właśnie sposób nie zostałem członkiem organizacji, która dostąpiła zaszczytu i została odznaczona nagrodą Nobla.
Nawet najbardziej szlachetna idea, najbardziej kryształowa organizacja, gdy tylko zacznie zakładać struktury w Polsce, to zawsze dojedzie do nepotyzmu, mobbingu i defraudacji. Tak więc nie zostałem członkiem Amnesty International, a smutny wniosek o psuciu najładniejszych projektów wsparłem wizualizacją „zastodołowej” toalety. Chociaż i tu moglibyśmy się postarać i jeśli mamy być kiblem ideałów, to przynajmniej niech w nim będzie czysto.
Ciekawe jak jest WWF, które za pomocą najbardziej popularnych aktorów namawia by wpłacać na ratowanie różnych, zagrożonych gatunków zwierząt. Głównie egzotycznych, chociaż fajnie byłoby gdyby krajowy oddział zrobił coś, by polubić na przykład wilki. Uprawiany od wieków czarny PR, swoje zrobił, a przecież nie są groźniejsze od niedźwiedzi.
Chyba się rozpędziłem, na dzisiaj wystarczy. Do przeczytania
za tydzień.

Przeoczony konflikt klasowy

Rolnicze protesty pod kierunkiem AgroUnii, zanim ta przeobraziła się w partię Prawda, nie zostały docenione tak jakby na to zasługiwały.

Środowiska lewicowe raczej były zdystansowane, rzadko kiedy wyrażały poparcie rolniczym wystąpieniom. Niekiedy wręcz wrogo się do nich odnosiły, wyłapując jakieś mało poprawne skróty myślowe uczestników manifestacji. Pojawiały się nawet oskarżenia o faszyzm, antysemityzm itd. A przecież mamy tu do czynienia z doniosłym procesem socjologicznym, którego żaden szanujący się marksista nie powinien zignorować: konflikt klasowy. Konflikt między chłopstwem o różnej zamożności a wielką burżuazją.
Polskim rolnikom dyktuje się niskie ceny skupu ich produktów żywnościowych, sprzedawanych po proporcjonalnie niskich cenach w dużych, międzynarodowych marketach. Rolnicy są zmuszeni sprzedawać produkty swojej pracy międzynarodowym korporacjom m.in. z racji embarga między Polską a Rosją. Działalność ekonomiczna międzynarodowej burżuazji przyczynia się tym samym do ruiny ekonomicznej chłopstwa.
Więcej uwagi protestom rolniczym poświęciły rożne środowiska „narodowe”. Te nie-PIS-owskie, często nawet wyraziły dla nich poparcie. W tych wystąpieniach dostrzegły ochronę interesu narodowego. Tak też lider AgroUnii, obecnie Prawdy, Michał Kołodziejczak widzi etos rolnictwa: „Jesteśmy ostatnią ostoją polskości”.
Oswald Spengler, popularny na początku XX wieku niemiecki historiozof z kręgu „konserwatywnej rewolucji” widział w chłopstwie główną ostoję tradycji. Aktywność chłopstwa miała niekiedy charakter reakcyjny, co pokazało m. in. powstanie w Wandei w okresie Rewolucji Francuskiej. Jest to klasa często bardzo konserwatywna, religijna, ekonomicznie bliska drobnomieszczaństwu i chwiejna.
Obok tego mamy jednak dużo bogatszą historię antyfeudalnych zrywów chłopskich. Karol Marks zaliczał chłopstwo do „klas średnich”, które uważał za reakcyjne jeśli „usiłują obrócić wstecz koło historii”, zaś postępowe jeśli popierają punkt widzenia proletariatu. Sojusz z chłopstwem był w takich krajach jak Rosja, Chiny czy Polska koniecznym warunkiem zwycięstwa socjalizmu. Należy o tym pamiętać nawet jeśli współcześni rolnicy, w tym ruch społeczny AgroUnia, miewa fizjokratyczne, wolnorynkowe słabości.
AgroUnia, jako jedna z niewielu organizacji poruszyła problem bezpieczeństwa żywnościowego, który powinien zająć priorytetowe miejsce w czasach triumfu globalnego kapitalizmu i wszechwładzy korporacji, także w związku z podpisaniem umowy o „wolnym handlu” – CETA. AgroUnia mimo fizjokratycznych słabości opowiada się za protekcjonistyczną polityką: ochroną polskiego rolnictwa i jego produktów. Tylko protekcjonistyczna polityka chroni rodzime rolnictwo i jest warunkiem przetrwania rolnictwa krajowego. I nie chodzi tu o jakieś opiewanie nacjonalizmu gospodarczego. Chodzi o jakość żywności, o zdrową żywność i unikanie zbędnego kapitalistycznego pośrednictwa. Po co też kupować z innych krajów, to co można wyprodukować lokalnie.
Globalny, kapitalistyczny rynek szkodzi lokalnemu rolnictwu, szczególnie w czasach triumfu neoliberalizmu, kiedy to w siłę urosły takie korporacje, jak Monsanto, czy PepsiCo. Najbardziej drastyczne niszczenie rdzennego rolnictwa przypada na lata 90, od kiedy takie umowy o wolnym handlu z USA, jak NAFTA, przyczyniają się szczególnie do zubożenia meksykańskiego chłopstwa.
Post-thatcherowsko-reaganowski neoliberalizm, a właściwie sprowadzenie roli państwa do tuczenia prywatnych monopoli kapitalistycznych, przyczynił się do poważnego zaburzenia ochrony bezpieczeństwa żywnościowego. Uzależniono rolników zarówno Indii czy USA od międzynarodowych korporacji. O szkodach, jakie przyniosły umowy o wolnym handlu mówił nie kto inny, jak Donald Trump, przed objęciem prezydentury. Oczywiście, krytyka wolnego rynku uprawiana przez Donalda Trumpa nie wyszła poza narodowy egoizm. Jednak fakt, że umowy o wolnym handlu mające na celu globalną dominację Stanów Zjednoczonych przyczyniły się do zubożenia Amerykanów warto podkreślać. Zaszkodziło to znacznie amerykańskim farmerom. Zyskały głównie wielkie korporacje.
Producenci żywności zmuszeni są sprzedawać swoje produkty żywnościowe po niskich cenach w wielkich sieciach handlowych. Zdecydowanie drastyczniejszą formą zależności jest jednak zależność od korporacji Monsanto, która kontroluje około 90% upraw GMO. Korporacja ta w bardzo dużym stopniu przyczyniła się do niszczenia tradycyjnego rolnictwa. Osoby które zakupiły i zasiały nasiona tej firmy chcąc dalej uprawiać rolę są od tej firmy uzależnione. Ziemia nie zaakceptuje innego gatunku nasion. Ten proces powoduje nieodwracalne zmiany w ekosystemie, w tym ginięcie gatunków. Wchodzi w to sprawa patentów, co prowadzi do monopolu na żywność, szczególnie niebezpiecznego i dla chłopów, i dla konsumentów.
Niezależnie co sądzimy o produkcji żywności genetycznie modyfikowanej, każda osoba o lewicowych poglądach powinna zdawać sobie sprawę z zagrożeń jakie mogą płynąć ze strony takich korporacji, jak Monsanto i monopolizacji żywności przez te korporacje. Zysk ma wówczas pierwszeństwo nad bezpieczeństwem żywnościowym. Technologia być może odpowiednia w warunkach uspołecznionej gospodarki w warunkach kapitalistycznych będzie mijać się ze swym społecznym przeznaczeniem. Porównajmy chociażby zastosowanie biotechnologii na Kubie, a w Stanach Zjednoczonych.
Po raz kolejny wrócę do fragmentu „Manifestu Komunistycznego” o klasach średnich: „Stany średnie: drobny przemysłowiec, drobny kupiec, rzemieślnik, chłop – wszystkie one zwalczają burżuazję po to, by uchronić od zagłady swoje istnienie, jako stanów średnich. Są one zatem nie rewolucyjne, lecz konserwatywne. Więcej nawet, są reakcyjne, usiłują obrócić wstecz koło historii. O ile są rewolucyjne, to tylko w obliczu oczekującego je przejścia do szeregów proletariatu, to bronią nie swych obecnych, lecz przyszłych interesów, to porzucą własny punkt widzenia, aby przyjąć punkt widzenia proletariatu”. W tym wypadku nie mamy do czynienia z jakimiś postępowymi zmianami, których dokonuje wielka burżuazja, a „reakcyjne chłopstwo” się im przeciwstawia. Wielka kosmopolityczna burżuazja niszczy wspólnoty lokalne i narodowe, a także bioróżnorodność.
Fryderyk Engels podkreślał, że trzeba utrzymać Ziemię w takim stanie by zostawić ją potomnym. Globalnym korporacjom kierowanym żądzą zysku obca jest taka długofalowa perspektywa. W niszczeniu barier narodowych też nie ma niczego postępowego. Niszczenie państw narodowych ma na celu zwiększenie władzy korporacji. Globalne koncerny dążą zaś do swego rodzaju nowego, globalnego systemu kastowego. W porównaniu do klasycznego społeczeństwa kastowego korporacje tworzą pewne iluzje postępowości i egalitaryzmu.
Lewica zrobiła duży błąd, że w niedostateczny sposób zajęła się problemem, który podjęła AgroUnia. Zbyt zraziła się „konserwatywną” aurą obecną wśród rolniku. Jeśli jednak bezpieczeństwo żywnościowe nie jest ważne, to co jest? Alterglobalizm, który w kręgach lewicowych zajmował wiodące miejsce w latach 90 i na początku XX wieku, chyba zatracił na popularności. Alterglobalistyczna narracja przenika do prawicy. Ta jednak jest wyjątkowo niekonsekwentna w krytyce globalnego kapitalizmu i zwykle ma charakter drobnomieszczańsko-narodowych resentymentów. Te resentymenty stoczyć się mogą do żałosnych form solidaryzmu narodowego.
Rozwiązania, które proponowała AgroUnia tj. znakowanie żywności barwami krajów z których one pochodzą to nawet jeśli słuszny postulat, to niewystarczający. Bardziej doniosły jest postulat współpracy gospodarczej z Rosją. Nie mamy więc do czynienia z ciasnym nacjonalizmem gospodarczym, ale afirmacją interesu narodowego nastawionego na kalkulację ekonomiczną. To swego rodzaju realpolitik afirmujące wolną wymianę handlową tyle, że bardziej w duchu protekcjonistycznej polityki Colberta. Jest to postulat postępowy o tyle, że sprzeciwia się całkowicie irracjonalnej, prowojennej polityce Prawa i Sprawiedliwości, jak i zresztą poprzednich ekip rządzących. Dodatkowo wypowiedzi Kołodziejczaka przeciwne obecności wojsk amerykańskich w Polsce podkreślają niemałą świadomość polityczną tego środowiska. Zniesienie embarga rosyjskiego to żaden socjalizm, ale zdroworozsądkowe podejście w obecnej sytuacji politycznej też w jakiś sposób łamie monopol korporacji międzynarodowych.
Lewica mogłaby zaproponować rolnikom adekwatne rozwiązania. Do takich należą autentyczna spółdzielczość rolnicza i konsumencka. Działają w Polsce różne kooperatywy współpracujące z rodzimymi rolnikami, ich zasięg jest jednak zbyt mały. Tylko szeroko zakrojona współpraca może uratować rodzime rolnictwo. Ciągle problemem będą wielkie supermarkety i ich dyktat. W tej sytuacji nie wystarczy jakieś opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych, co jeszcze przed wyborami postulowało PIS. Za opodatkowaniem korporacji opowiada się także socjaldemokracja. Jednak dopiero ich uspołecznienie rozwiązałoby problem. Tu potrzebny jest „sojusz robotniczo-chłopski”, sojusz rolników, konsumentów i pracowników.
Obawiam się jednak, że środowisko AgroUnii po powstaniu partii Prawda może zatracić swój organiczny, klasowy charakter na rzecz wyścigu parlamentarnego, w którym interes klasy liczy się mniej niż elektorat. Może w społeczeństwie tak rozpolitykowanym na modłę parlamentarną to jedyny sposób zwrócenia uwagi na ważne problemy… Już pewne postulaty pokazują jak niektóre aspiracje ekonomiczne chłopstwa nie są adekwatne w szerszym kontekście. Takim drobnowłaścicielskim skrzywieniem jest chociażby likwidacja podatku dochodowego. Postulat może słuszny, ale dla zubożałego rolnika. To jednak jeszcze nie powód by obrazić się na środowisko Kołodziejczaka i Prawdę.
Ważnym zadaniem ugrupowań lewicowych ugrupowań jest zaproponowanie programu dla polskiej wsi, chociażby po to by ta nie dryfowała w kierunku sił prawicowych. Środowisko AgroUnii mogłoby pójść bardziej na lewo gdyby się nim bardziej zainteresowano. Oczywiście bez popadania w ślepą chłopomanię: stanąć po stronie rolnictwa biorąc pod uwagi problemy ekologiczne i zaproponować jego uspołecznioną formę.

Ropa i krew

Pod koniec maja minęła 52. rocznica ogłoszenia niepodległości przez jeden z regionów Nigerii.

Wojna, która wtedy wybuchła, wprawiała świat w osłupienie swoją brutalnością – może tylko w dawnym belgijskim Kongo postkolonialne konflikty tuż po uzyskaniu niepodległości miały tak krwawy i bezwzględny wymiar. Dziś mało kto o tym pamięta, chociaż sytuacja w najludniejszym kraju Czarnego Lądu zmieniła się od tego czasu tylko na gorsze. Ropa naftowa i żyjące z niej megakorporacje niezmiennie niszczą życie setek milionów ludzi.
Delta Nigru to region o powierzchni 70 tys. kilometrów kwadratowych (na sam obszar ujścia rzeki przypada 25 tys.), zamieszkiwany przez około 20 mln ludzi. To przede wszystkim ludy Ibo i Ijaw, ale nie tylko – łącznie mieszkańcy delty Nigru należą do 40 grup etnicznych i posługują się ponad setką języków i dialektów.

Region Biafry

Nie do nich jednak delta należy. Ten region jest miejscem wydobycia największych ilości ropy naftowej na kontynencie afrykańskim. 2,5 milionów baryłek ropy dziennie, 75 proc. eksportowych dochodów państwa nigeryjskiego. Platformy wiertnicze kompanii naftowych: amerykańskich (Shell, Chevron, Exxon Mobil), francuskich (Total), włoskich (Agip) i brytyjskich (BP) zlokalizowane na terenie delty i na wodach Zatoki Gwinejskiej pilnie strzegą swych tajemnic. Korporacje zatrudniają prywatne agencje ochrony, broniąc dostępu do jakichkolwiek informacji w sprawie tego, co, ile i w jaki sposób pozyskują. Także przed „suwerennym” rządem nigeryjskim.
Krajobraz delty Nigru to pejzaż bez mała apokaliptyczny. Zalewowe szuwary i namorzynowe lasy stoją nad Nigrem najzwyczajniej w resztkach wydobywanej ropy i odpadach jej przeróbki. Łatwość pozyskania surowca, który zalega płytko, powoduje, iż można go eksploatować metodami chałupniczymi, przy pomocy prymitywnych pomp i szybików. Tylko takie zajęcie pozostało miejscowej ludności, by utrzymać się przy życiu. „Nafciarze” pracują, stojąc po kolana w wodzie, w oparach pozyskiwanej i przerabianej ropy – przez co żyją średnio od 35 do 40 lat. Kiedyś byli rybakami – teraz o połowach nie ma mowy, rybach łowionych w Zatoce stężenie szkodliwych środków kilkaset razy przekracza dopuszczalne normy. Stężenie w wodzie rakotwórczego benzenu 900 razy przekracza normy. Skażone są też wody gruntowe (do pięciu metrów w głąb ziemi wciąż można trafić na ropę) i gleby, na których nic nie da się uprawiać.
Dochodzi do tego gaz ziemny, który w przeważającej ilości jest tu natychmiast spalany i dostaje się do atmosfery z prędkością 50 mln metrów sześciennych dziennie. Nie ma jak go pozyskać i przerobić na miejscu, nikomu się to nie opłaca – brak więc infrastruktury oraz gazociągów. To 40 proc. zużycia gazu ziemnego w całej Afryce, największe źródło emisji gazu cieplarnianego na świecie. Dopiero od niedawna koncerny zachodnie – Total i Agip – inwestują w wydobycie gazu i jego skroplenie (LPG) w terminalu w porcie Brass nad Zatoką Gwinejską.
Złoża węglowodorów odkryto w delcie w latach 50., gdy Nigeria była jeszcze kolonią Londynu. Znalezisko, zamiast stać się błogosławieństwem, okazało się największym nieszczęściem kraju.

Miliardowa petrokorupcja

Nigeria, najludniejszy kraj Afryki (dziś ok. 200 mln ludzi) to tygiel ras, języków, wyznań religijnych i kultur; jako państwo – struktura sztuczna stworzona przez Brytyjczyków w epoce kolonializmu. Napięcia i konflikty od zawsze przebiegały tu przede wszystkim na tle różnic religijnych, które jednak kryją stratyfikację klasową i kulturowe tożsamości poszczególnych grup. Z grubsza można podzielić je na muzułmańską północ i chrześcijańsko-animistyczne południe kraju. Gdy jednak w grę wchodziły milionowe zyski, tożsamościowe różnice nagle okazywały się jakby mniej istotne.
Dochody ze sprzedaży ropy naftowej poraziły świeże nigeryjskie elity polityczne wirusem kolosalnych pieniędzy i megakorupcji. Kolejne „niepodległe” rządy, cywilne i wojskowe, zajmowały się głównie plądrowaniem petrodolarów z państwowego skarbca. Szacuje się, że nigeryjskie elity ukradły w ten sposób ponad 500 mld dolarów. Postępowali tak wszyscy – i ci wywodzący się się z muzułmańskiej północy kraju, i ci z Jorubów, z południowego zachodu Nigerii.
W latach 60. wojskowi sprzedali naftowe pola zagranicznym koncernom, a te, korumpując nigeryjskich ministrów i urzędników, prowadziły rabunkową gospodarkę, nie przejmując się krzywdą mieszkańców delty ani skażeniem środowiska naturalnego. Dzisiejszy przerażający stan delty to efekt tamtych działań. Rządy wojskowych nie mogły nie budzić wśród mieszkańców wściekłości i poczucia krzywdy. Ludy z delty Nigru i południa kraju słusznie uznały, że są okradane. Czy wręcz – eksterminowane na raty.

Wojna absolutna

30 maja 1967 r. południowo-wschodni region Nigerii, w skład którego wchodził obszar delty Nigru, ogłosił niepodległość jako Biafra. Nowe państwo formalnie zostało uznane tylko przez kilka krajów na świecie: Gabon, Wybrzeże Kości Słoniowej, Tanzanię, Zambię. Izrael, Francja, RPA, Portugalia i Watykan oficjalnie nie uznały Biafry, ale po kryjomu udzielały mu w różny sposób i z różnych pobudek wsparcia.
Rząd Nigerii nie pogodził się z utratą obszarów, które przynosiły mu takie zyski. Odpowiedzią na deklarację niepodległości Biafry była próba jej pacyfikacji – tak zaczęła się trzyletnia wojna, którą z pełną świadomością można nazywać ludobójczą. Pochłonęła ponad milion ofiar, nie tylko w wyniku walk, ale przede wszystkim z racji szerzących się chorób oraz klęski głodu. Walczące strony kierowały się przy tym i motywacjami politycznymi, i starymi resentymentami plemiennymi i religijnymi. Na terenach walk odchodziło do masowych rzezi, tortur, a nawet aktów kanibalizmu – szalejący głód łączył się ze starymi wierzeniami, w myśl których tylko pożarcie ciała przeciwnika pozwala go naprawdę pokonać.
Brytyjczycy dostarczali – oczywiście po kryjomu, bo wszyscy zapewniali publicznie o swej neutralności i apelowali o pokój – broń rządowi nigeryjskiemu w Lagos. Biafrańczyczy mogli liczyć na wsparcie Francji, która pozwalała secesjonistom na werbunek najemników na swym terytorium. Pomagał też Izrael. Tymi kanałami dostarczano zarówno broń, jak inne środki potrzebne do funkcjonowania państwa, gdyż rząd nigeryjski prowadził blokadę wybrzeży zbuntowanego regionu. Zdemobilizowanych kanonierek i łodzi motorowych dostarczali Amerykanie, teoretycznie neutralni, faktycznie wspierający Brytyjczyków.
Rebelia Biafry została brutalnie stłumiona. W 1970 r. upadła stolica tego państwa, wrócił „porządek”. Ale petrodolarowe bogactwo nadal było śmiertelną chorobą dla nigeryjskiej gospodarki i państwa. Łatwy zarobek sprawił, że Nigeria, jeden z najbogatszych krajów Afryki, zarzuciła pozostałe gałęzie gospodarki, stając się surowcową monokulturą i zakładniczką ropy naftowej. Ropę sprzedawano (i czyni się tak nadal) w świat, nawet nie próbując jej przetwarzać. Do dziś Nigeria, pozostając jednym z największych na świecie wydobywców ropy naftowej jednocześnie sprowadza benzynę z zagranicy benzynę. Jej największymi dostarczycielami są… Total, BP i Shell.

Piraci, fanatycy, desperaci

Od połowy lat 90. znów pojawili się w różnych miejscach Nigerii partyzanci walczący z władzą centralną w Abudży (w 1991 roku przeniesiono tu, do centrum kraju, stolicę z niezwykle przeludnionego, położonego na wybrzeżu Lagos). Ich ideologiczno-doktrynalne manifesty są przykryciem zasadniczego problemu rozrywającego od chwili uzyskania niepodległości ten kraj. Cały czas chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o niesłychanie nierównomierny sposób podziału dochodów uzyskiwanych przez Nigerię z eksportu ropy naftowej oraz niebotyczną nawet jak na warunki Afryki korupcję establishmentu politycznego, jaką podtrzymują naftowe koncerny. Właśnie te zasadnicze problemy nieustannie napędzają nowych bojowników tak dla Boko Haram, czyli nigeryjskich dżihadystów, tak dla separatystycznego Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (MEND).
Walka z tym drugim w 1995 r. przerodziła się w nową wojnę domową – stało się tak po tym, gdy nigeryjskie władze wojskowe skazały na śmierć i powiesiły jednego z politycznych przywódców delty, poetę, autochtona Kenule Saro-Wiwę. Partyzanci zaczęli wysadzać instalacje naftowe, dziurawić rurociągi, kradli pompowaną nimi ropę, porywali dla okupu cudzoziemskich nafciarzy. Tym razem władze odpowiedziały inaczej niż na secesję Biafry. Nowa taktyka polegała na skłócaniu ugrupowań powstańczych i podburzaniu ich przeciwko sobie, co dało efekt: zamiast jednego ruchu wyzwoleńczego powstało kilkanaście zwalczających się nawzajem partyzantek, a także zupełnie już bezideowe, kompletnie zdemoralizowane bandy piratów. Ci z jednej strony kradli ropę, a z drugiej – uprowadzali zakładników i całe statki handlowe dla okupu, gdyż był to niezwykle łatwy dochód przy ogólnym rozprzężeniu struktur państwowych. Z czasem zaczęło zdarzać się też tak, że piratów wynajmowali przedstawiciele nigeryjskich władz i dowódcy rządowego wojska, by dorabiać się na kradzionej ropie. W XXI wieku wojna w delcie i piraci grasujący na jej wodach, jak również w Zatoce Gwinejskiej, stali się prawdziwą plagą, która sprawiła, że zyski z ropy naftowej Nigerii spadły o jedną czwartą. Od atlantyckich wybrzeży Afryki niebezpieczniejsze były tylko jej wybrzeża wschodnie – na wodach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego królowali również piraci, tyle że z Somalii.
Rebelia w delcie przygasła w chwili dojścia do władzy pierwszego człowieka stamtąd – Goodlucka Jonathana, pochodzącego z ludu Ijaw. Objął władzę w 2010 r. jako wiceprezydent, zastępując zmarłego na urzędzie szefa państwa. Zdołał przekonać rebeliantów z delty do złożenia broni, za co zgodził się płacić im tzw. pokojową rentę. Obiecał też sprawiedliwiej dzielić zyski z ropy. Jednak te obietnice pozostały, jak zawsze w Nigerii, na papierze a sytuacja ekologiczna, polityczna, społeczna w regionie nie poprawiła się wcale. Puste obietnice składał nie tylko prezydent – koncern naftowy Shell zadeklarował, że oczyści terytoria delty, na których przed laty wydobywał ropę. Nigdy tego nie uczynił.
Ruch separatystów z delty udało się po części spacyfikować. Pozostali dżihadyści z Boko Haram, dokonujący co jakiś czas spektakularnych ataków, w których giną setki ludzi. I ten fakt przebija się do mediów, nie ogólny kontekst nigeryjskiej tragedii. Tymczasem ci islamscy fundamentaliści wyrastają nie z literalnie rozumianej nauki Mahometa, a z typowo lokalnych uwarunkowań. Nie byłoby ich, gdyby nie bieda, korupcja urzędników, degradacja środowiska naturalnego i działalność zachodnich koncernów rolnych. Północne tereny Nigerii, gdzie Boko Haram jest najsilniejsze, od zawsze były obszarami hodowli i pasterstwa ludów Hausa, Fulbe i Kanuri, a wielkoprzemysłowa produkcja rolna i działalność wielkich korporacji zakłóciły skutecznie tradycyjną strukturę społeczną i miejscowe formy gospodarowania.

Zbrodnia bez kary

Historia Nigerii, Biafry i delty Nigru to ponury przykład problemów trapiących współczesną Afrykę. W 2018 r. to Nigeria, nie RPA, szczyciła się największą – gospodarką na Czarnym Lądzie, ale równocześnie przez cały czas swojej prawie 60-letniej niepodległości boryka się z tymi samymi problemami. Wobec neokolonialnej struktury gospodarki i neoliberalnych form własności nie jest w stanie choćby rzucić wyzwania biedzie, korupcji, dramatycznym nierównościom. A skoro nie jest w stanie rozwiązać problemów fundamentalnych, to nieustannie będą targać nią konflikty religijne, plemienne, kulturowe, ataki partyzantów z nieznanych nikomu środowisk, porwania, zamachy bombowe. Przeciętny Nigeryjczyk (wg raportu HDI) dożywa średnio 52 lat, gdy jego sąsiad z Ghany – 64. Na służbę zdrowia rząd Nigerii przeznacza zaledwie 1,7 proc. środków z budżetu państwa.
Dlaczego w obecnym systemie nigdy się to nie zmieni? Bo głównym odbiorcą nigeryjskiej ropy, kupującym aż 40 proc. całego wydobywanego surowca, są Stany Zjednoczone. Nigeria to piąty w kolejności dostawca ropy na ich rynek, zapewniający spełnienie ponad 10 proc. zapotrzebowania USA na ten surowiec. Nigeria posiada sześć terminali załadunku ropy, z czego Shell posiada dwa, natomiast Mobil, Chevron, Texaco i Agip po jednym. Shell jest ponadto w posiadaniu magazynów Bonny Terminal i Forcados Terminal, w których można pomieścić ponad 13 mln baryłek.
W „nigeryjskim kotle” Amerykanie, tak kochający demokrację i prawa człowieka, wyparli dawnych brytyjskich kolonizatorów. Dzięki neokolonialnemu uzależnieniu, w jakie zakuli władze w Abudży, mogliby – gdyby chcieli i byłoby to w ich interesie – poprawić los Nigeryjczyków choćby w minimalnym stopniu. Zapewnić choćby to, żeby spójność terytorialna tego afrykańskiego olbrzyma na glinianych nogach nie była aż tak zagrożona i by nie wybuchła kolejna wojna na wzór biafrańskiej. Ale nie zależy im nawet na tym. Życie Nigeryjczyków nie ma żadnej wartości.

Przywrócić blask PPS

Z nowym przewodniczącym Rady Naczelnej PPS Wociechem Koniecznym rozmawia Przemysław Prekiel.

W połowie marca zmieniły się władze PPS. To tylko zmiana pokoleniowa?
W rzeczywistości zmiana władz to dłuższy proces. Od Kongresu poprzez pierwsze posiedzenie Rady Naczelnej, ukonstytuowanie się władz, rejestrację w sądzie… Na pewno dokonała się zmiana pokoleniowa, chociaż istotniejsza pewnie jest zmiana mentalna. Wiek nie jest tak istotny, ważne jest podejście do polityki, do postrzegania siebie jako jej części. Polskiej Partii Socjalistycznej potrzeba wyjścia do ludzi, większej aktywności, uczestnictwa w codziennym życiu politycznym m.in. w wyborach. Do tego potrzeba działaczy chcących się zaangażować, poświęcić czas, co w dzisiejszym świecie, jeśli nie jest się zawodowym politykiem jest coraz trudniejsze. Krótko mówiąc – mniej mówienia, pisania, więcej pracy. Nie oznacza to odrzucenia dotychczasowego dorobku Partii, ludzi którzy pracowali aby przetrwała i kontynuowała swoją misję. Ale teraz musimy wszyscy ruszyć do przodu, rozwijać się, rozbudowywać struktury, pozyskiwać nowych członków i sympatyków. Podstawy, dorobek, tradycje mamy doskonałe, najlepsze nie tylko na lewicy. To, plus nowa energia w działaniu, nowe otwarcie na różne środowiska, powinno skutkować sukcesem.
Komu jest dziś potrzebna PPS?
Niewątpliwie żyjemy dzisiaj szybko, chcemy prostego, jasnego przekazu. Szybkiej identyfikacji. Polska Partia Socjalistyczna musi się do tego dostosować. Mamy wiele partii, organizacji lewicowych. Każda dba o swoją tożsamość, chce się uwiarygodnić programem, wykreować liderów, dotrzeć ze swoją nazwą i ideałami do jak największej części społeczeństwa. My części tej pracy nie musimy wykonywać, chciałbym, aby nasz program był dla ludzi lewicy, bo to im jesteśmy potrzebni, intuicyjny. Wszyscy bowiem wywodzimy się z jednego kamienia, z tego kamienia na Placu Grzybowskim.
Polska lewica potrzebuje partii, która nie zawiedzie, będzie nie tylko sercem, ale również rozumem i całym ciałem po lewej stronie. Wiadomo, polityka wymaga kompromisów, czasem jest grą kompromisów. Ale istnieją granice, których my nigdy nie przekroczymy – bo po prostu nie możemy, bo jesteśmy to winni całym pokoleniom tych, którzy byli przed nami jak i dzisiejszym zwolennikom lewicy.
Kapitalizm w Polsce wymaga korekty czy rewolucji?
Rewolucja to wielkie, może nawet niebezpieczne słowo. Żyjemy tu i teraz, mamy takie a nie inne problemy. Czas wielkich rewolucji przeminął. Dokonują się inne rewolucje – informatyczna, technologiczna, przemiany wewnątrz społeczeństw, zmiany podejścia do roli jednostek w społeczeństwie.
Naszą rolą jest ciągle dbanie o człowieka, o wartości humanistyczne, etyczne, aby uczynić ten zmieniający się świat lepszym, przyjaznym, pełnym wolności i sprawiedliwości społecznej. Nie dokonamy tego drogą rewolucji, bo musielibyśmy ich wywołać kilka, albo nawet kilkanaście. Kapitalizm też się zmienia, chociaż nie na lepsze. W Polsce musimy teraz dbać o to, by nie utracić tego, co udało się wywalczyć – wolności, demokracji, praworządności, udziału w wielkiej europejskiej rodzinie narodów.
Mamy wiele do zrobienia, musimy być czujni na co dzień, zanim zdążymy przygotować rewolucje, świat nas przegoni i pojawią się już nowe cele
czy zagrożenia.
Jednocześnie przyznam, że nie wierzę w samoistną czy dobrowolną korektę kapitalizmu. Musimy więc ciągle wywierać presję, w innym razie wyjdą demony o których istnieniu mogliśmy już zapomnieć. A nic nie jest dane raz na zawsze.
Towarzysz Przewodniczący jest lekarzem i dyrektorem jednego z częstochowskich szpitali. Służba zdrowia będzie oczkiem w głowie dla PPS?
Dla mnie na pewno. Dla PPS będzie jednym z ważnych punktów programu. Ochrona zdrowia powinna być na sztandarach lewicy, jest to sfera bliska ludziom, zarówno pacjentom jak i pracownikom. Z punktu widzenia politycznego jest też dla nas dobrym polem do działania. Osobiście dziwię się dość małemu zaangażowaniu różnych partii lewicowych w rozwiązywaniu problemów w tym zakresie, czy choćby temu, że nie przedstawiamy społeczeństwu jasnego programu poprawy jakości ochrony zdrowia w Polsce. Jest to dziedzina zaniedbana przez wszystkie rządy, obecnie ze złymi perspektywami.
Trzeba się zmierzyć z tym problemem, pomysły prawicy są śmieszne lub żadne, czasem groźne – jak na przykład zamiary liberałów chcących wszystko sprywatyzować i w ten sposób zrzucić odpowiedzialność państwa za zdrowie Polaków. Gdy lewica przedstawi spójny, realny plan naprawy ochrony zdrowia i zacznie go skutecznie wprowadzać w życie dostanie premię od społeczeństwa.
Mówiłem o tym na Kongresie Lewicy ponad dwa lata temu i odniosłem wrażenie, że nie jest to temat ,,nośny”, albo że nikt nie wierzy, że można tutaj odnieść sukces. A można, choć to wymaga ogromnej pracy, konsekwencji i pieniędzy.
Jesteście otwarci na współpracę z SLD i Razem? Pytam, bowiem PPS nie startuje w wyborach do PE. Dziwna decyzja.
Musimy w tym miejscu wrócić do pierwszego pytania… Poprzednie władze PPS nie podjęły decyzji co do udziału w wyborach do Europarlamentu. Wynikało to również z przyczyn, nazwijmy to, obiektywnych – przesunięcia daty Kongresu, więc naszych wewnętrznych spraw organizacyjnych. W kwietniu Rada Naczelna PPS podjęła decyzję o wsparciu kandydatów do Parlamentu Europejskiego startujących z list Lewicy Razem i tych kandydatów, którzy zostali zarekomendowani przez SLD na listę Koalicji Europejskiej. Po prostu będziemy wspierać tych, którzy prezentują socjalistyczną wrażliwość i jesteśmy przekonani o ich trwałych, lewicowych przekonaniach.
W poszczególnych województwach wygląda to różnie, ja jestem z Częstochowy, w Województwie Śląskim wspieramy Marka Balta, krajowego wiceprzewodniczącego SLD. Myślimy o jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu, mamy zamiar czynnie w nich uczestniczyć, przygotowujemy się do tego.
Możemy współpracować ze wszystkimi, z którymi znajdziemy wspólnotę programową. Mamy nadzieję, że tym razem powstanie jedna, lewicowa lista do Sejmu co będzie czytelnym sygnałem dla wyborców i pozwoli na zaistnienie tak potrzebnej lewicy w parlamencie. Osobną sprawą są wybory do Senatu. Ze względu na specyfikę okręgów jednomandatowych można tutaj pomyśleć o szerszej, prodemokratycznej koalicji.
Jak towarzysz chce przywrócić blask PPS? O tej partii słyszymy głównie w kontekście historycznym.
To prawda. Nasza historia jest piękna. Czerpiemy z niej, jak już wcześniej wspomniałem wszyscy się z niej wywodzimy. Czasem również powoduje nieporozumienia, zwłaszcza w kontaktach z młodszym pokoleniem – przykładowo słowo ,,towarzysz”, wywodzące się z ponad stuletniej tradycji, towarzyszami byli Daszyński, Piłsudski, Limanowski, Pużak, dziś brzmi anachronicznie, nawet dla niektórych dziwnie. To jednak właśnie nasza tożsamość, z której nie możemy i nie chcemy rezygnować.
W Europie działają partie o tradycjach jeszcze dłuższych niż nasza, do dziś zachowują swoje historyczne nazwy, np SPD obchodziła w 2013 roku 150 rocznicę powstania… A sposób na przywrócenie blasku to praca, rozbudowa struktur i lewicowa wiarygodność. Tutaj koła
nie wymyślimy.

Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.

Nie opuszczajmy gościńca

Nie ma już czegoś takiego jak „jedność narodowa”, „społeczna”, „moralno-polityczna”.
Jest pustoszejący gościniec, z którego wędrowcy pośpiesznie rozchodzą się drogami we wszystkie strony świata.
Ale nie do końca…
Gdy zwolennicy i przeciwnicy – wyliczę – WOŚP-u, PiS-u i POKO, ks. Jankowskiego i 500+, Izraela i obecności armii amerykańskiej, która właśnie zajmuje miejsce radzieckiej… etc,– przez pomyłkę lub roztargnienie zejdą z zapalnych tematów i zaczną rozprawiać o… kotach, pieskach, jeżach, dzikach, świnkach, żurawiach i żubrach, natychmiast ulatuje z nich wszelka złość.
I stają się tymi, którymi zapewne większość z nas jest: Trochę pogubionymi, ale dobrymi i życzliwymi w gruncie rzeczy ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie w ładnym kraju między Bałtykiem a Tatrami.
Może zatem powinniśmy zamieszkać w zwierzęcych rezerwatach?
Albo – na początek – w jakimś ZOO?