Czy Europa jest roztrzaskanym lustrem?

Biblia prawicowca

Opasłe dzieło Wojciecha Roszkowskiego „Roztrzaskane lustro” może z powodzeniem służyć jako ideowa biblia tym wszystkim, których przeraża ewolucja Europy, zachodzące w niej procesy cywilizacyjne, które autor (nie on jeden) określa jako upadek.
To część dyskursu współczesnej prawicy, zarówno tej nacjonalistycznej i populistycznej, jak i konserwatywnej. Radykalna laicyzacja, marginalizacja religii chrześcijańskiej, w tym w szczególności katolicyzmu, rozkład obyczajów, dekompozycja instytucji rodziny, emancypacja mniejszości seksualnych, przedefiniowanie wielu tradycyjnych pojęć, w tym pojęcia „prawdy”, radykalne eksperymenty w kulturze – wszystko to i wiele innych zjawisk opisał w swoim obszernym dziele Roszkowski. Po wstępnym zdefiniowaniu tradycji europejskiej autor – podobnie skądinąd jak inni autorzy jego ideowej proweniencji – wskazuje wydarzenia, które były pierwszym ciosem zadanym owej tradycji – Oświecenie i Wielka Rewolucja Francuska, aczkolwiek poprzedziły je jeszcze średniowieczne podziały chrześcijaństwa.
Swoją historię rozbijania europejskiego lustra opisał Roszkowski poprzez zwięzłe syntezy poszczególnych trapiących Europę jego zdaniem plag. To utopie komunistyczne, marksizm, ewolucjonizm nihilizm, irracjonalizm, eugenika postmodernizm, nazizm, komunizm, liberalizm, feminizm, miękki rozkład, dechrystianizacja relatywizm, pornografia, aborcja, seksualizacja, antykoncepcja czy szeroko rozumiany postęp. Uważny czytelnik prasy prawicowej i katolickiej nie znajdzie tu innego obrazu i innych diagnoz niż te, które od lat znajduje na ich łamach. Roszkowski jedynie wyposażył je w bogaty aparat erudycyjny i uporządkował.
Niewątpliwie, stan dzisiejszej cywilizacji europejskiej uzasadnia liczne obawy o jej przyszły kształt i los. W pierwszym rzędzie groźna jest islamizacja, która w wielu krajach europejskich przybrała zastraszającą skalę i zasadnie budzi lęki o los praw i wolności właściwych Europie, w tym lewicowo-liberalnych. W takich krajach jak Francja proces ten jest bardzo zaawansowany i Francuzi coraz mniej czują się w swoim kraju u siebie, poddawani presji przez agresywnie antydemokratyczną kulturę islamistyczną Pesymistyczne przewidywania budzi też intelektualny indyferentyzm szerokich kręgów społecznych, to co można uznać za „masowe zgłupienie”. Jednakże wątpliwe wydaje się, co czyni choćby Roszkowski w swojej pracy, przypisywanie, po pierwsze, winy za ten stan rzeczy przewrotowi oświeceniowemu, po drugie retrotopiczne podejście do przeszłości przedoświeceniowej, jej idealizacja.
Gdyby Europa przedoświeceniowa była tak szczęśliwa, to nie doszłoby do Rewolucji i innych rewolt społecznych, które wstrząsały Europą w XIX wieku. Poza tym, skłonność do animowania tego, co zwykło nazywać się postępem, wydaje się być immanentną cechą natury ludzkiej i wiara, że świat bez postępu trwałby w jakiejś szczęśliwości jest przejawem myślenia ahistorycznego i pozbawionego sensu. Rzecz jasna, nie wszystkie owoce postępu służą człowiekowi, ale trudno wyobrazić sobie ludzkość tkwiącą przez stulecia w bezruchu. Mieć o to pretensje, to jakby mieć pretensje do dorosłego, „grzesznego” człowieka, że wyrósł ze stanu dziecięcej „niewinności”.
Roszkowski winą za „całe zło” obarcza także, śladem konserwatywnych myślicieli Scrutona i Johnsona, intelektualistów, jako sprawców zasiania ziaren zamętu. Owi inkryminowani „intelektualiści” niejednokrotnie się mylili w swoich diagnozach i wskazaniach, ale mieć do nich pretensje, to mieć pretensje do gatunku homo sapiens, że posiada władzę myślenia i stara się z niego korzystać.
Roszkowski zdaje się też słabo zauważać, że tak lubiana przez niego religia chrześcijańska była przez stulecia, obok pewnych walorów kulturotwórczych, źródłem straszliwej opresji w stosunku do milionów ludzi. Za rzeczywiście niedobry dziś stan cywilizacji europejskiej odpowiadają więc zarówno nosiciele postępu, jak i jego wrogowie.
Roszkowski, choć szanse na uratowanie Europy upatruje w odrodzeniu tradycyjnych form i wartości, nie jest dużym optymistą. Najwyraźniej nie jest optymistą także w stosunku do Polski. W ostatnim akapicie zakończenia wskazuje na Węgry Orbán jako na jedyny europejski kraj zachowujący wierność „tradycyjnym wartościom” i to przy poparciu miażdżącej większości społeczeństwa. Ale Węgry to mały kraj o nikłym potencjale kulturowego promieniowania.
Rządzonej przez PiS Polski Roszkowski nie wymienia. I chyba ma rację. W wielomilionowej Polsce, kraju o bogatych tradycjach wolnościowych i irredentystycznych rozpętuje się właśnie w tempie jednostajnie przyspieszonym wojna kulturowa, która sprawi, że mimo marzeń wielu ludzi prawicy konserwatywnej, nacjonalistycznej i katolickiej, Polska nie doszlusuje do Węgier w roli wspornika nowej kontrreformacji.
Przy tych zastrzeżeniach do wymowy ideowej dzieła Wojciecha Roszkowskiego jest ono cennym rezerwuarem wiedzy o przemianach kulturowych i cywilizacyjnych w Europie na przestrzeni minionych
dwóch stuleci.

Wojciech Roszkowski – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”, wyd. Biały Kruk, Kraków 2019, str.558, ISBN 978-83-7553-260-9.

Polska i świat

Nie mam wątpliwości, że Europa wkroczyła w fazę nowego Świętego Przymierza chroniącego możnych przed demokratycznymi artykulacjami. Spójrzmy tylko na to, co się dzieje:
We Francji policja tydzień w tydzień brutalnie leje manifestujących, zakazuje się demonstracji, wyprowadza się wojsko na ulice – wszystko po to, by ochronić reformy korzystne dla bogaczy i niekorzystne dla większości społeczeństwa – a odpowiedzialny za to prezydent uchodzi za symbol europejskości,
W Wielkiej Brytanii premier jest głucha nie tylko na opinię publiczną, ale i na głosy Parlamentu, mającego być tejże opinii publicznej wyrazem – przedkłada ponad interes powszechny dobro własnej, fatalnie podzielonej partii i koalicji, a także własną, coraz bardziej zagrożoną posadę,
W Hiszpanii doszło do gorszącej kryminalizacji aspiracji Katalończyków do samostanowienia – z demonstracjami władze w Madrycie obeszły się bezwzględnie, a działaczom niepodległościowym postawiono zarzuty,
Niemcy ponownie weszły w samozwańczego centrum Europy, które lansuje wizję integracji, zgodnie z którą to co jest dobre dla niemieckiego kapitału, ma być dobre dla ludów Europy,
Włosi są na populistycznej wojnie ze zdesperowanymi uchodźcami, którym w bestialski sposób utrudniają przekraczanie Morza Śródziemnego,
Na Wschodzie Rosja na powrót stała się żandarmem, który poszerza swoją strefę wpływów, a Turcja robi za sojusznika Europy w powstrzymywaniu przepływów ludności i w walce z islamistami, odpłacając sobie przyzwoleniem Europy na dziesiątkowanie Kurdów,
A Polacy nie są już barometrem rewolucji w Europie, jakim byli w XIX wieku.
I w tych przerażających warunkach zamiast nowej Wiosny Ludów, dostajemy z lewej strony jakieś pastelowe, infantylne Wiosny i projekty dla kosmopolitycznych wykształciuchów…

Wielki Francuz z Cognac

Marzeniom i europejskiemu entuzjazmowi Waldemara Kuczyńskiego, wieloletniego polskiego emigranta we Francji, w latach 1989-1990 jednemu z ministrów gospodarczych w pionierskim rządzie Tadeusza Mazowieckiego zawdzięczamy polską edycję dzieła, które ukazało się w momencie bardzo odpowiednim, w momencie dramatycznego kryzysu wspólnoty europejskiej. W słowie od tłumacza Kuczyński wspomina, jak w roku 1984, gdy mieszkał w podparyskim Sartrouville, odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego. Opublikował wtedy w „Le Monde” artykuł, w którym napisał o swoim, polskim marzeniu o chwili, gdy „razem będziemy wybierać parlament całej Europy”. Marzenie to wydawało się wtedy nierealne, a jednak się spełniło i dlatego właśnie tak dziś boli i kryzys europejskiej wspólnoty i – z polskiego punktu widzenia – to, jak rząd PiS dewastuje polską pozycję w Unii Europejskiej. Kilka lat temu Kuczyński postanowił przetłumaczyć „Wspomnienia” Jeana Monnet (1888-1979), owego – jak go nazwał Aleksander Hall – „Francuza do szpiku kości”, a nawet „karykatury Francuza”, który był jednym z ojców założycieli europejskiej wspólnoty, którą to ideę rozwijał w sobie od lat trzydziestych jako działacz gospodarczy, by w roku 1950 być jednym z ważnych współtwórców koncepcji Wspólnoty Węgla i Stali, zwanej też Planem Schumanna, zalążka Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej i przyszłej Unii Europejskiej, także współtwórcą Rady Europy i orędownikiem idei armii europejskiej, której wtedy sprzeciwił się jego własny kraj. Fascynujące wspomnienia Monneta zaczynają się od dzieciństwa w Cognac (jego ojciec był drobnym negocjantem koniaku) poprzez epokę międzywojenną, okres II wojny światowej aż po czasy powojennej Europy i V Republiki Francuskiej. W swoich monumentalnych wspomnieniach Monnet prowadzi nas przez meandry polityki francuskiej i europejskiej, uchyla nam drzwi salonów i gabinetów politycznych, poznaje bliżej z wybitnymi osobistościami politycznymi tamtych czasów. Wspaniała, fascynująca panorama dziejów XX-wiecznej Europy pokazana oczyma jej znakomitego protagonisty.

Jean Monnet – „Wspomnienia”, przełożył i przypisami opatrzył Waldemar Kuczyński, wyd. Poltext, Warszawa 2015, str. 622, ISBN 978-83-7561-570-8.

Kontrreformacja trwa nadal

Popatrzmy na obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”: Batory siedzi zblazowany, choć z nagą szablą i spod półprzymkniętych powiek przygląda się upokorzonym Ruskim. Z lewej – hetman wielki koronny Jan Zamojski, a z prawej – legat papieski Antonio Possevino (oczywiście, nie tylko o Inflanty chodzi,
ale i o jedynie słuszną wiarę rzymską).

Podobnie ma się rzecz z malowidłem Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nad Polakami – na obłoku w białej szacie i niebieskim płaszczu – Maryja Dziewica. No i oczywiście na czele ks. Ignacy Skorupka z krzyżem w dłoni, piętnujący bolszewików, nie symbolami polskości (jak przystałoby na obronę niepodległości kraju), lecz jednoznacznym atrybutem Kościoła rzymskiego. Tak więc skojarzenia są jasne i czytelne: po jednej stronie azjatycka, prawosławna, pisząca cyrylicą dzicz o komunistycznej proweniencji, z nami natomiast (jak zawsze) – siły niebieskie, Kościół (ks. Skorupka jest symbolem stanu duchownego), siły wzniosłe, absolutnie dobre i intencjonalnie czyste. Chodzi o walkę dobra ze złem, a dobrem tu jest oczywiście katolicyzm rzymski w trydenckiej wersji.
A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść
aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może.
A dostawszy tego moglibyśmy też potężnością i bogactwem
i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać.
Paweł PALCZOWSKI (1609)
Na polską myśl i charakter narodowy, na miejscową kulturę, na jej irracjonalizm, na mentalność i pojmowanie świata nie Reformacja i Oświecenie (oraz to co w ich wyniku nastąpiło) wywarły głównie wpływ (jak na Zachodzie), ale zwycięstwo Kontrreformacji. Wyznaczyła ona ramy naszej kultury w każdym aspekcie, przede wszystkim – religijne, jurydyczne, polityczne i społeczne. Wraz z wyborem Zygmunta III Wazy (1587) na króla, stajemy się egzemplifikacją idei kontrreformacyjnych, wyznaczających (poprzez króla i rządzące elity wraz z istniejącą strukturą społeczną i mentalnością szlachty polskiej) centralne miejsce w imperializmie katolickim, w jego parciu na Wschód i jego re-katolicyzacji. Na ów trend nałożył się polsko-katolicko-oligarchiczny (czyli magnacko-szlachecki) kolonializm, obecny przede wszystkim na ziemiach współczesnej Ukrainy środkowej i wschodniej oraz Białorusi i Litwy. Polska ekspansja na Wschód miała wówczas wymiar zarówno ekonomiczny, polityczny jak i religijny (niebywale wzmocniony właśnie ideologią kontrreformacyjną, co musiało owocować oprócz antynomii ekonomicznych i społecznych także konfliktami na tle religijno-kulturowym). Degrengolada I RP, rozbiory, 123 lata braku niepodległości, a przez to kształtowanie się nowoczesnego narodu (i jego atrybutów) w cieniu kontrreformacyjnego Kościoła rzymskiego po dziś wyciskają piętno na tzw. charakterze narodowym Polek i Polaków. I to bez względu na proweniencję społeczną, polityczną, kulturową, wykształcenie etc.
Dziś egzemplifikuje to się tym, co dla nadwiślańskich elit ma być zasadniczą ideą niesioną na Wschód w postaci tzw. kanonów cywilizacji Zachodu, których my mamy być głównym i jedynie-prawdziwym przedstawicielem: demokracja, wolność, prawa człowieka, indywidualizm, neoliberalizm oraz takaż wersja przedsiębiorczości (oczywiście w imieniu korporacji zachodnich, najlepiej – amerykańskich), tzw. wartości chrześcijańskich – de facto; katolickich.
Ta nachalna promocja naszego, polskiego rozumienia pojęć demokracji i wolności obywatelskich, (cech, będących w świecie uważanym za cywilizowany efektem Reformacji i Oświecenia, których polskie społeczeństwo nie doświadczyło, a na drobnej części naszych elit, które ledwo ich liznęły, nie zostawiło głębszego śladu) jest tyle megalomańska, co szkodliwa z punktu widzenia pragmatyki czy strategii politycznej. Prof. Andrzej de Lazari stwierdza: „…Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować. Przestańmy ich nauczać i pouczać”. Ten passus rozciągnąć można swobodnie z Rosjan na mieszkańców całego Wschodu Europy.
Jeśli w sposób bezwarunkowy uznajemy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka (na dodatek we współczesnej wersji neoliberalnej) – służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość – i jako przepełnieni neoficką megalomanią nuworysze (ciągłe podkreślanie po 1989 roku tzw. powrotu do Europy czyli kompleks niższości wobec Zachodu) ponowoczesny wymiar Kontrreformacji w naszym nadwiślańskim wydaniu staje się faktem. Wzmacniają go obecne w nas od zawsze megalomania, paternalizm (zwłaszcza wobec INNEGO, stojącego niżej cywilizacyjnie i kulturowo według nas, a pochodzącego ze Wschodu), mitomania, katolicki mesjanizm i połączona z nim tromtadracja oraz napuszenie. Gdy do tego dodać jeszcze dziwaczne połączenie antykomunizmu, rusofobii, kontrreformacyjnej megalomanii i wspomnianego paternalizmu, z jednoczesnym pańskim stylem bycia katolickich elit na dalekich Kresach I RP (emanacja mentalności tzw. ziemiaństwa i czci dla kultury dworku) łatwo pojąć jak i czemu na zasadzie sprzężenia zwrotnego oraz procesów społeczno-kulturowych nastąpiło kompletne pomieszanie i wymieszanie antynomicznych zdawałoby się pojęć: z jednej strony wszyscy poczuli się sukcesorami tradycji pańskiej, szlacheckiej, nosicielami idei złotej wolności i liberum veto (wystarczy posłuchać każdego przesiedleńca z Kresów – każdy przed 1939 r. był posesjonatem, panem, utracił w wyniku Jałty niesłychane dobra i własności, choć cywilizacyjna zapaść, bieda i ubóstwo tamtych terenów były przysłowiowe), a z drugiej – znaczna część inteligencji będącej niejako sukcesorem klasy Panów Braci Herbowych zakaziła się tą chłopską, folwarczną niechęcią do INNOŚCI, do mądrości, do nietradycyjnych i nieszablonowych sposobów myślenia. Konserwatyzmem, tradycyjnością, uśpieniem rozumu i leniwością umysłu. Typowymi produktami polskiej Kontrreformacji.
Kontrreformacja trwa ciągle w polskich umysłach, świadomości, decyzjach politycznych, spojrzeniu na otaczający świat i ludzi. Od przeszło 300 lat. Zawirowania – najszerzej pojęte – z jakimi mamy do czynienia na Wschodzie Europy oraz postawa wobec nich polskich elit świadczą o tym najlepiej. Bo zdjęliśmy co prawda żupany, odpięliśmy karabele, zrzuciliśmy z grzbietów kontusze, ale mentalność i umysły pozostały w nas post-sarmackie czyli kontrreformacyjne, kolonialne, folwarczne i paternalistyczno-pańskie.

Całość tekstu poświęconego tym (i nie tylko) zagadnieniom znaleźć można w artykule mego autorstwa pt. „Wszyscyśmy z kontrreformacji”,www.sprawynauki.edu.pl nr 2 / 187 / 2014.

Pod presją

W minioną sobotę Krajowa Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej zadecydowała
o przystąpieniu partii do budowania Koalicji Europejskiej.

Wszystko wskazuje na to, że w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego naprzeciwko zjednoczonej prawicy stanie zjednoczona opozycja wystawiająca jedną listę proeuropejskich polityków. Pierwszy raz w historii III RP. Destrukcyjne rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do powstania wspólnej reprezentacji tak różnych partii opozycyjnych jak Platforma Obywatelska, Nowoczesna, PSL i SLD.
Nerwowe reakcje prawicy świadczą o tym, że Koalicja Europejska stanowi problem dla PiS-u. Telewizja Kurskiego już trzy dni po deklaracji SLD o współuczestnictwie we wspólnym bloku opozycyjnym sięgnęła do swoich przepastnych archiwów. W Wiadomościach TVP cytowano wypowiedzi Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza – potencjalnych kandydatów lewicy. Nie, nie te z okresu, kiedy składali podpisy pod dokumentami akcesyjnymi Polski do Unii Europejskiej. Cofnięto się niemal 40 lat wstecz – do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. By przestraszyć wyborców zamierzających głosować na Koalicję Europejską, że „komuna wraca”.
No właśnie, co sądzą wyborcy o wspólnym starcie partii opozycyjnych?

Polacy o zjednoczeniu

W połowie stycznia CBOS przeprowadził badanie opinii społecznej dotyczące wspólnego startu partii opozycyjnych do Parlamentu Europejskiego. Obszerny komunikat „Polacy o zjednoczeniu opozycji” – podsumowujący przeprowadzony sondaż – ukazał się tydzień temu.
Wyborcy są podzieleni. Niemal pół na pół. Ponad dwie piąte Polaków (41 proc.) twierdzi, że w tegorocznych wyborach partie opozycyjne powinny utworzyć wspólny blok wyborczy. Przeciwnego zdania jest nieco mniej (36 proc.). A niespełna jedna czwarta wyborców (23 proc.) nie ma w tej sprawie wyrobionego zdania.
Diametralnie inny wynik otrzymujemy po bliższym przyjrzeniu się kto jest „za”, a kto „przeciw”. Wśród sympatyków PiS-u zaledwie 21 proc. popiera pomysł wspólnej listy opozycji, a niemal trzy razy więcej uważa, że opozycja powinna pozostać rozdrobniona. To wyjaśnia, dlaczego media prawicowe już wystartowały z kampanią mającą na celu zdyskredytowanie polityków lewicy, którzy mają być kandydatami Koalicji Europejskiej.
Ale najważniejsza jest ten wynik sondażu. Wśród wyborców stawiających sobie za cel odsunięcie PiS-u od władzy aż 76 proc. popiera ideę stworzenia komitetu wyborczego, skupiającego większość ugrupowań i sił opozycji. Przeciwnego zdania jest zaledwie 17 proc. przedstawicieli „antyPiS-u”.

Lewica za

Wyborcy lewicowi są zdecydowanymi zwolennikami budowania wspólnego bloku partii opozycyjnych. Za wspólną listą opowiada się 64 proc. – przeciw jest 21 proc. Identyczny wynik osiągnięto w gronie wyborców Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Oprócz PiS-u, przeciwni wspólnemu startowi opozycji są wyborcy Kukiz`15. To oczywiste, polaryzacja na dwa obozy, eurosceptyczny PiS i proeuropejską Koalicję Europejską, będzie oznaczała dla Pawła Kukiza koniec jego kariery politycznej. Zwłaszcza że Kukizowi intensywnie podbiera wyborców Wiosna Roberta Biedronia.
Biedroń też zapowiedział samodzielny start do Parlamentu Europejskiego. I ma problem. W połowie stycznia, gdy przeprowadzano sondaż, partii Wiosna jeszcze nie było. Ale ankieterzy CBOS-u zapytali o ewentualną obecność tej formacji w Koalicji Europejskiej. Okazało się, że aż dwie trzecie respondentów popierających zjednoczenie opozycji (66 proc.) życzyłoby sobie, aby partia Biedronia przystąpiła do Koalicji Europejskiej. Wśród sympatyków PiS-u jest na odwrót: tylko jedna trzecia popiera przystąpienie Wiosny do wspólnej koalicji. Sondaż CBOS-u stanowi więc kolejny dowód, komu jest na rękę samodzielny start partii Biedronia.

Wyborczy Excel

Jeśli w arkuszu Excela wstawimy znak plus, sumowane wartości dodają się. W polityce i elektoracie tak to nie działa. Boleśnie przekonali się o tym ci, którzy doprowadzili do utworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Suma elektoratów SLD i Twojego Ruchu Janusza Palikota miała zapewnić kilkunastoprocentowy wynik w wyborach do Sejmu. Ale niemała część z tych sztucznie połączonych elektoratów nie zagłosowała na Zjednoczoną Lewicę. Jedni – bo był tam Palikot. Inni – bo był tam Miller.
Badanie sondażowe CBOS-u dało pozytywną odpowiedź na pytanie, czy w Koalicji Europejskiej można liczyć na sumowanie się elektoratów poszczególnych partii wchodzących w jej skład. Wśród wyborców opozycji jest consensus, że trzon Koalicji Europejskiej powinny stanowić 4 partie: PSL, PO, Nowoczesna i SLD.
Wśród wyborców poszczególnych partii Koalicji Europejskiej też panuje generalna akceptacja co do obecności w niej pozostałych partii. I tak, wyborcy PO i Nowoczesnej aż w 81 proc. akceptują wspólny start z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. I wzajemnie: elektorat SLD w podobnym procencie zgadza się na obecność w koalicji z Platformą Obywatelską i Nowoczesną.
Ciekawostką są wyniki dotyczące wyborców Polskiego Stronnictwa Ludowego. Elektorat PSL niemal jednomyślnie (94 proc.) popiera plany wspólnego startu. To powinno ostatecznie przekonać kierownictwo tej partii, które dołączenia do Koalicji Europejskiej obawia się najbardziej.

W poszukiwaniu lidera

Szef ludowców może być szczególnie zadowolony z sondażu CBOS-u. Z wynikiem 24 proc. zdecydowanie wygrał ranking na lidera wśród respondentów popierających Koalicję Obywatelską . Drugie miejsce (15 proc.) zajął… Robert Biedroń.
Moim zdaniem, mój dawny kolega sejmowy popełnia życiowy błąd. Wygląda na to, że cała antypisowska opozycja dostrzegła w nim jednego z głównych kandydatów na lidera. Tymczasem Biedroń zdecydował się na bycie szefem „sezonowego” ugrupowania. Wzorem Palikota, Petru i Kukiza. I de facto na pomoc Kaczyńskiemu w wygraniu tegorocznych wyborów. Szkoda.
W przeciwieństwie do Kosiniaka-Kamysza, Grzegorz Schetyna ma kłopot. Kieruje największą partią opozycyjną. Ale jedynie co dwunasty wyborca „antyPiS-u” (8 proc.) widzi w nim swojego lidera. Na domiar złego o jeden punkt procentowy pokonał go… Paweł Kukiz. Wysoki wynik Kukiza jako potencjalnego lidera antypisowskiej opozycji – to oczywisty absurd. Ale powinien uzmysłowić nam, jaki kłopot ma opozycja z wyłonieniem wyrazistych liderów. Można pozazdrościć prawicy, która z większym lub mniejszym entuzjazmem, ale zawsze wskaże na Kaczyńskiego.
Zaskakujący wynik dał casting na lidera wewnątrz elektoratu PO i Nowoczesnej. Wygrał Władysław Kosiniak-Kamysz z wynikiem 23 proc. Drugi był Robert Biedroń (17 proc.). A Grzegorz Schetyna dopiero trzeci (13 proc.). To wyjaśnia, dlaczego po wejściu do gry Biedronia, Platforma Obywatelska traci w sondażach najwięcej.

Zdolność koalicyjna

W skład Koalicji Europejskiej wejdą partie znajdujące się w bardzo odległych miejscach polskiej sceny politycznej. Ot chociażby liberalna i konserwatywna Platforma Obywatelska i lewicowy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dlatego w badaniu CBOS-u sporo miejsca poświęcono ocenie respondentów co do możliwości współpracy tak różnych sił politycznych. Między innymi wyliczono syntetyczny wskaźnik mający za zadanie określenie zdolności do koalicji wyborczej poszczególnych ugrupowań opozycyjnych.
Zdaniem CBOS-u największą zdolność koalicyjną ma schodząca właśnie ze sceny politycznej Nowoczesna. Ale na drugiej pozycji uplasował się Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ranking koalicyjności zamyka partia Razem – i to akurat nie jest zaskoczeniem. Również Wiosna Roberta Biedronia zajęła odległe miejsce.

Będzie, nie będzie

Przepytawszy respondentów co do ich zdania na temat wspólnego startu opozycji, ankieterzy CBOS-u zadali na końcu kluczowe pytanie. Czy Polacy wierzą, że opozycja będzie w stanie stworzyć jeden wspólny blok wyborczy? I tu zaskoczenie…
Lewica zalicza się do najbardziej sceptycznego elektoratu. Dwie trzecie wyborców SLD chciałoby stworzenia wspólnej listy Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ale jednocześnie na pytanie o realność powstania takiej listy, tylko jedna trzecia (33 proc.) odpowiedziała pozytywnie. Powiedzieli więc jasno: chcemy. Ale nie wierzymy, że to możliwe. To z pewnością konsekwencja skłócenia i wieloletniego rozdrobnienia partii opozycyjnych. Zauważalnego szczególnie po lewej stronie sceny politycznej.
Wygląda na to, że uda się przekonać niedowiarków. Że nie mają racji. I mimo wszelkich różnic, będziemy w stanie stworzyć wspólną listę w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Pod presją

Podczas ubiegłotygodniowej Konwencji SLD któryś z dyskutantów niechętnych Koalicji Europejskiej zarzucił kierownictwu partii działanie „pod presją”. Pod presją PO. Pod presją apelu premierów. Pod presją Schetyny. Odpowiedziałem. Tak – znaleźliśmy się pod presją. Ale pod presją naszych wyborców!
Wyniki sondażu CBOS-u są jednoznaczne. Przytłaczająca część wyborców opozycji antypisowskiej życzy sobie powstania szerokiej koalicji. Która w niedalekiej przyszłości położy kres rządom PiS-u. Podobnie sądzi większość wyborców o poglądach lewicowych, w tym również wyborców SLD.
Dlatego decyzja Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie mogła być inna. Czarzasty ma jeden głos. Zarząd partii – trzydzieści parę. Konwencja SLD – sto kilkadziesiąt. A w każdych wyborach najważniejsi są nasi wyborcy. Bo tylko oni dysponują wystarczającą liczbą głosów. By zadecydować o zwycięstwie opozycji nad PiS-em.

Dinozaury,

wybory do PE i polski hydraulik.

Listy kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego pod wieloma względami zasługują na krytykę,ale wymaga ona wyważenia i argumentów merytorycznych. Dlatego słowa lidera „Wiosny” o” leśnych dziadkach na płatnych wczasach” i dinozaurach (ostatnio na przywoływaniu tych ogromnych gadów poważnie potknęła się już b.premier Kopacz) powszechnie uznano za niesmaczne, a nawet za swoistą dyskryminację osób starszych.
A przecież – na szczęście – ludzie dziś żyją długo.W starożytnym Rzymie jeśli ktoś przekroczył 40-tkę uchodził za matuzalema, a obecnie np. w Japonii czy Skandynawii długość życia powyżej 80 lat jest standardem. Celnie zareagował na to Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, przypominając karierę Konrada Adenauera (był kanclerzem Niemiec do 87 roku życia). A te przykłady można mnożyć. Przecież dziś najważniejsi politycy w USA są po 70-ce – choćby Donald Trump, Nancy Pelosi, Bernie Sanders, czy Hillary Clinton.
W kampaniach wyborczych niełatwo o wpadki i nobody is perfect, ale warto też starać się dbać o precyzję. Otóż w tym samym wystąpieniu w Lublinie Robert Biedroń – mający przecież doświadczenie międzynarodowe,m.in, w polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy – opacznie przedstawił mityczną postać „polskiego hydraulika” („le plombier polonais”). Nie był on bynajmniej propagowany przez nasze władze jako symbol fachowca, który zrobi karierę w Unii Europejskiej, lecz używały go siły eurosceptyczne i przeciwne rozszerzeniu UE jako rodzaj straszaka przed napływem osób z nowych państw członkowskich, mogących jakoby odebrać pracę miejscowym.
Rząd w Warszawie zareagował na to zręcznie,choć z pewnym opóźnieniem. Przystojny aktor na plakacie z kompletem narzędzi mówił: „Je reste en Pologne (…)” („zostaję w Polsce, przyjeżdżajcie do nas”). Ponieważ apogeum dyskusji na ten temat zbiegło się z burzliwą debatą nad projektem tzw. Konstytucji dla Europy, której projekt zaproponowano jesienią 2004 r., to trudno ocenić, czy miało to jakiś wpływ na przegrane referenda w tej sprawie we Francji i Holandii w 2005 r. Po nich wspomniany projekt upadł, a szkoda.
Wspominam o tym jako o ciekawostce, dziś –jak widać – trochę zapomnianej. Ale w dobrej intencji, gdyż trzeba umieć różnić się pięknie, zwłaszcza na lewicy.

Osobno a nie razem

Wśród politycznych elit trwają ożywione dysputy na temat tworzenia szerokiej koalicji mającej na celu odsunięcie PiS od władzy.

Utworzenie takiej koalicji niewątpliwie leży w interesie Platformy Obywatelskiej co umocniłoby jej rolę najważniejszego gracza w szeregach opozycji. Szeroka koalicja to także szansa dla ratującej się przed upadkiem Nowoczesnej oraz być może niektórych polityków z kręgu marginalnego koalicjanta uosabianego przez Barbarę Nowacką. Wątpliwa natomiast jest sensowność przystępowania do koalicji przez PSL i SLD. Jedynym argumentem na rzecz włączenia się w projekt PO jest obawa przed nieosiągnięciem progu wyborczego. Na którego progu oba te ugrupowania balansują. Jednak PSL już niejednokrotnie tak balansowało, również poniżej progu, a jednak zawsze wprowadzało swoich ludzi do Sejmu. SLD natomiast najwyraźniej boi się powtórki z ostatnich wyborów skutkujących brakiem parlamentarnej reprezentacji.
Pojawia się jednak pytanie, czy taki koalicyjny wariant jest korzystny dla lewicy. Start w ramach szerokiego opozycyjnego frontu mógłby wprawdzie dać poselskie mandaty kilku czołowym politykom SLD jednak już nie przedstawicielom struktur sojuszniczych. Chyba nie po to utworzono blok SLD Lewica Razem aby przyklejać się do prawicowej Platformy. Ponadto ewentualny start lewicy do spółki z blokiem prawicowo-chadecko-liberalnym mógłby dla lewicowych wyborców być na tyle niezrozumiały, że mógłby niemałą ich część odstręczyć od udziału w wybory. Pozostałej zaś części lewicowego elektoratu przypadłaby natomiast rola napędzania głosów liberałom i chadekom. Robiliby zatem za jeleni, które są wprawdzie pożytecznymi zwierzętami jednak niekoniecznie na okoliczność wyborów.
Niektórzy politycy lewicy dali sobie narzucić lansowaną przez Koalicję Obywatelską, jak to się ostatnio modnie mówi, narrację traktującą na równi wybory europejskie i krajowe. O ile w przypadku wyborów do Sejmu w ewentualnej szerokiej koalicji anty-PiS można by się od biedy doszukiwać jakiegoś racjonalnego uzasadnienia o tyle koncepcja wspólnej listy w eurowyborach jest pozbawiona sensu. Między oby tymi głosowaniami zachodzi bowiem istotna różnica. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie chodzi o uwalenie PiS, ponieważ ugrupowanie to nie jest w stanie zdominować Europarlamentu nawet gdyby w Polsce zdobyło 100 procent głosów, a to który z bloków będzie miał więcej europosłów ma znaczenie wyłącznie prestiżowe. Start do spółki z PO dla Nowoczesnej a zwłaszcza dla Barbary Nowackiej może być czymś w rodzaju gwarancji załapania się do Europarlamentu. Jednak już nie dla lewicowych koalicjantów SLD, których szanse na umieszczenie na biorących miejscach listy wielkiej koalicji są raczej minimalne. Można by co prawda wspólny start do Europarlamentu potraktować jak sprawdzian przed wyborami sejmowymi. Jednak efekty takiego sprawdzianu będą zerowe. Fakt ewentualnego załapania się kilku polityków lewicy na europejskie mandaty nie będzie oznaczał żadnej wskazówki co do strategii w wyborach do Sejmu. Co najwyżej może świadczyć o tym, że zachowawcza postawa zapewnia mandaty kilku preferowanym osobom. Przy czym nie jest powiedziane, że liczba lewicowych posłów z łaski PO byłaby większa niż w przypadku przekroczenia przez lewicę progu wyborczego. Natomiast samodzielny start dawałby możliwość rozeznania co do społecznego poparcia a zatem szans w ważniejszych niż europejskie wyborach do Sejmu co z kolei pozwoliłoby na opracowanie strategii działania na okoliczność wyborów parlamentarnych. Start ze wspólnej antypisowskiej listy możliwość taką wyklucza.
Do tej pory PiS narzucało tematy publicznej dyskusji powodując reakcję ze strony opozycji. Jednak przed wyborami europejskimi Platforma przejęła inicjatywę proponując dychotomiczny podział na tych, którzy chcą wyjść z Unii i tych, którzy chcieliby w niej pozostać. PiS zareagowało tak jak powinno odkurzając szmatę w postaci flagi UE oraz ogłaszając, że w życiu Unii nie opuści, gdyż Polska jest sercem Europy. Dzięki temu przeciętnego wyborcę nie wnikającego w autentyczność i prawdomówność deklaracji PiS postawiono przed dylematem osiołka: który żłób wybrać, ten z owsem czy ten, gdzie jest siano.
Na podobny podział dała się również złapać znacząca część lewicy przyłączając się do koalicyjnego chóru powtarzając, iż PiS chce Polskę wyprowadzić z Unii. Takie podejście nie wydaje się być do końca przemyślane. Wprawdzie Kaczyńskiemu i jego ekipie nie w smak jest unijne korygowanie antykonstytucyjnych decyzji, to jednak prawdopodobnie dostrzegają to, że z tej antypolskiej Unii płyną do nas jakieś pieniądze a współfinansowane przez UE inwestycje przyczyniają się do lepszego wizerunku tzw. dobrej zmiany. Biorąc pod uwagę pisowską retorykę a także kontakty z podobnie rozumującym siłami w Europie można dojść do wniosku, że PiS i jego zagraniczni sprzymierzeńcy bynajmniej nie chcą opuszczać Unii, lecz starają się kształtować ją na swoją modłę – chrześcijańską, ksenofobiczną i antyimigracyjną.
Tymczasem aby się na tle tego koalicyjnego chóru wyróżnić a także by zainteresować wyborców samymi wyborami lewica powinna promować bardziej oryginalne i zgodne z lewicowymi wartościami hasła niż lakoniczny slogan „Europa”. I nie udawać, że Unia Europejska jest wzorem doskonałości nie wymagającym reformowania oddając pole do mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki nacjonalistycznej prawicy. Wielu polityków i to nie tylko z antyunijnej prawicy dostrzega konieczność reformowania UE, lecz nie w kierunku chrystianizacji i nacjonalistycznej ksenofobii. Lewica powinna optować za bardziej demokratyczną i socjalną Unią, za Unią z bardziej ludzką twarzą. Powinna proponować ograniczenie uprawnień i kompetencji niewybieralnej brukselskiej administracji na rzecz zwiększenia decyzyjnej roli parlamentu Europejskiego, co pozwoli wyborcom zrozumieć, że eurogłosowanie ma jakiś sens.
Również w przypadku wyborów parlamentarnych nie wystarczy powtarzanie koalicyjnego hasła „Konstytucja”, które może być nośne i zrozumiałe głównie w kręgach liberalno-intelektualnych, które jednak nie stanowią większości wyborców. Lewicy natomiast powinno zależeć na pozyskaniu tych wszystkich, który nie tylko nie korzystają lecz wręcz tracą na polityce tzw. dobrej zmiany. A jak wiadomo jest ich nie mało. Rezygnując z samodzielnego startu w wyborach lewica pozbawia się dużej części swojej programowej tożsamości godząc się na rolę przystawki do posiadającej władcze ambicje Platformy Obywatelskiej. Argumentem na rzecz szerokiej opozycyjnej koalicji jest odebranie PiS-owi władzy. Cel ten można jednak również osiągnąć i wówczas, gdy ugrupowania opozycyjne osiągną w sumie taki wynik, który pozbawiłby PiS sejmowej większości. Dodatkowo taką szansę stwarza Wiosna Roberta Biedronia przyczyniając się, jak na razie, do utraty przez PiS sondażowych punktów procentowych. Dopiero po wyborach przyjdzie czas na wybór odpowiedniej taktyki w zależności od tego jaką ilość mandatów zdobędzie PiS wraz z przybudówkami. Jeżeli nie uzyska bezwzględnej większości, to znając talenty koalicyjne tej formacji można by oczekiwać utworzenia przez nią rządu mniejszościowego, którego pomysły mogłaby blokować opozycyjna większość bez wchodzenia w zinstytucjonalizowane alianse – tym bardziej przed wyborami. Są tego przykłady na świecie, wystarczy sobie poczytać i wyciągnąć wnioski.
Można wprawdzie w najnowszej historii znaleźć przykłady głosowania negatywnego, które dzięki mobilizacji całego spektrum politycznego uniemożliwiło zwycięstwo skrajnej prawicy. Były to jednak głosowania zero-jedynkowe na zasadzie alternatywy rozłącznej: albo-albo. Chodziło tu o prosty wybór między konkretnymi politykami, którym zjednoczona koalicja była w stanie uniemożliwić wygranie wyborów. Tak było we Francji w 2002 r., kiedy to Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym na jego prawicowego kontrkandydata Jacquesa Chiraca zagłosowała zgrzytając zębami francuska lewica. Drugi przykład mniejszego kalibru to ostatnie wybory wojewody w słowackiej Bańskiej Bystrzycy. Aby usunąć ze stołka dotychczasowego włodarza, przywódcę neofaszystowskiego ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja Mariana Kotlebę wszystkie pozostałe liczące się siły polityczne porozumiały się co do wystawienia w wyborach jednego kontrkandydata nie powiązanego z żadną partią. Taka mobilizacja miała sens i przyniosła zamierzony efekt. Kotleba przegrał wybory a jego następcą został bezpartyjny przedsiębiorca Ján Lunter. Jednak przedwyborcza sytuacja w Polsce jest bardziej skomplikowana co powinno wymagać bardziej wnikliwej analizy niż posługiwanie się prostymi, lecz pozbawionymi głębszej treści hasłami typu „Europa” i „Konstytucja”.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Eurowirówka

Bez echa i głębszej refleksji przemknęła przez polskie media informacja, że oto państwa, członkowie Unii Europejskiej, zgodziły się na ostatnim szczycie swoich przywódców, na utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Zupełnie niezasłużenie, gdyż jest to jedna z najważniejszych decyzji politycznych Unii Europejskiej ostatnich dwóch dekad.

 

Wspólny budżet strefy euro jest niewątpliwie istotnym krokiem w kierunku dalszej integracji Starego Kontynentu. Wspólne wartości jako spoiwo UE okazały się nazbyt mało odporne na ataki mniej lub bardziej zakamuflowanych eurosceptyków, dlatego wiodące gospodarczo i polityczne państwa, zdecydowane kontynuować proces integracji, postanowiły uzupełnić to spoiwo szczególnie mocno wiążącym składnikiem – pieniądzem. Jeden budżet, a dalej jeden system podatkowy, i kto wie, jeden system ubezpieczeń społecznych – to może być nie tylko dla gospodarki bardzo sexy. Z doniesień z grudniowego szczytu przywódców państw Wspólnoty wynika, że przyjęto wersję „miękką” wprowadzania wspólnego dla strefy euro budżetu. Ministrowie finansów zostali zobowiązani do przyspieszenia prac nad budżetowym instrumentarium, tak, aby euro-budżet mógł stać się częścią wieloletniego planowania finansowego UE. Państwa członkowskie, które nie przyjęły europejskiej waluty będą współuczestniczyć w tworzeniu tego instrumentarium – prawdopodobnie na zasadach wypracowanych już dla uczestnictwa ministrów finansów tych państwa w spotkaniach ich kolegów ze strefy euro – prawdopodobnie z podobną, mocno ograniczoną, siłą decyzyjną.

Odrębnego budżetu strefy euro nie tworzy się dla „odfajkowania” na liście zadań do wykonania. Ten budżet ma swoje ważne zadania gospodarcze, polityczne i społeczne. Dlatego warto przyglądać się jego tworzeniu i ewolucji. Sprawa pierwsza: parlament. W klasycznej formule demokracji jednym z głównych zadań parlamentu jest właśnie zatwierdzanie budżetu i rozpatrywanie sprawozdania z jego wykonania. Ponieważ, przynajmniej w początkowej fazie, wspólny budżet ma być częścią wieloletnich ram finansowych UE, to Parlament Europejski będzie prawdopodobnie zatwierdzał jego projekt i udzielał absolutorium z jego realizacji. Ale czy można takie, sztuczne bądź co bądź z punktu widzenia podatnika strefy euro rozwiązanie uznać za trwałe? Jaka będzie sprawcza rola krajów spoza Eurolandu w tworzeniu jego budżetu? Kolejne pytanie: na jakiej podstawie udzielane będzie absolutorium? Innymi słowy kto będzie zewnętrznym, niezależnym audytorem wykonania tego budżetu, prezentującym parlamentowi swoją opinię? Europejski Trybunał Obrachunkowy? Jeżeli tak, to będzie on musiał przejść istotną modernizację wewnętrzną co najmniej powołując w swojej strukturze odrębną izbę dla realizacji tego celu.

Podstawowe jednak pytanie to to, jak wyodrębnienie budżetu krajów Euro wpłynie na sytuację w Europie. Niewątpliwie dotychczasowy Eurolandu zyska nowe, mocne polityczne znaczenie, wytworzy się jakiś nowy ośrodek polityczny, którego decyzje finansowe i gospodarcze przekładać się będą na politykę i stosunki społeczne w całej Unii. Nie wykluczone, że długofalowym efektem tego rozstrzygnięcia będzie przeniesienie centrum decyzyjnego poza Parlament Europejski i Radę. Parlament Europejski przekształcać się będzie w Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy Bis, a więc w strukturę o cechach dużego klubu dyskusyjnego. Euroland natomiast przyspieszy z reformami ekonomicznymi na swoim obszarze a pozostałe państwa, niczym w wirówce, przesuwane będą na coraz odleglejsze od tego centrum rejony, Europa dwóch prędkości stanie się faktem.

Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Zapowiedź realizacji projektu wspólnego budżetu strefy euro na porządku dziennym stawia w Polsce pytanie: co z naszym członkostwem w tej strefie? Straciliśmy dużo czasu odwlekając decyzję w tej sprawie ad calendas graecas. Dalej odwlekać nie można. Póki co tylko Robert Biedroń ogłosił, że opowiada się za jak najszybszym przyjęciem Euro w Polsce. A pozostałe partie? Żadna ze startujących partii, a tym bardziej zapowiadana proeuropejska, antypisowska koalicja, nie ucieknie przed jasną, jednoznaczną, wiarygodną odpowiedzią na to pytanie. I im wcześniej się to stanie – tym lepiej.

 

Tekst ukazał się na blogu Jacka Uczkiewicza „Wołania na puszczy”.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.