Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Inicjatywy PPS, remanenty My, socjaliści

Uroczystości rocznicowe, w których również brała udział cała lewica, w tym bardzo aktywnie PPS, skłaniają do kilku refleksji. Tak się bowiem składa, że udział w procesie odzyskiwania niepodległości, szczególnie PPS i socjalistów, był od momentu powstania partii w 1892 roku ogromny i przez całe pokolenia niedoceniany.

 

Wiązało się to z endecką narracją historyczną, która do 1939 roku miała dominujący wpływ na myślenie Polaków. Odgrywała ona ogromną rolę również po wojnie, bowiem pierwiastek endecki był jednym z ważnych komponentów Polski Ludowej. Objawienie się go w ostatnich latach w polityce III RP nie jest niczym nowym. Nowym elementem jest tolerancja i uleganie władz państwowych i części opinii publicznej na argumenty polityczne i społeczne nowej endecji, co może świadczyć o słabości lub związkach ideowo-politycznych z tym nurtem.
Polska, jako kraj, naród i organizm państwowy powinna przeciwstawić się, i przynajmniej zrównoważyć wpływy endeckie, historia bowiem pokazuje, że prowadzić one mogą na manowce cywilizacji europejskiej, doświadczonej szczególnie w XX wieku ich skutkami.
Polacy, jeśli chcą przetrwać jako naród rządzony mądrze, w formule demokracji czerpiącej z tradycji greckiej i łacińskiej, powinni przeciwstawić się aktywnie endecji i jej wpływom. Powinni budować i wspomagać te nurty ideowe i polityczne, które mają na sztandarach wolność jednostki, sprawiedliwość społeczną, pokój i tolerancję.
Polska Partia Socjalistyczna z okazji 100-lecia niepodległości Polski wystąpiła z szeregiem inicjatyw o charakterze politycznym i prawnym, które mieściły się w logice obchodów tego, największego w XXI wieku wydarzenia. Trzeba przypomnieć, że PPS w marcu 2018 roku wystąpiła do prezydenta RP z inicjatywą ogłoszenia na 100-lecie niepodległości powszechnej amnestii. Ostatnia amnestia w Polsce była w 1989 roku. Ogłosił ją gen. Wojciech Jaruzelski jako ówczesny prezydent. Trzeba zauważyć, że prawicowe władze III RP od początku prowadzą restrykcyjną politykę karną, która nie przyczynia się do spadku przestępczości, a warunki odbywania kary są w Polsce najgorsze w Europie. Kilkanaście tysięcy skazanych czeka w kolejce do więzień. Więzienia, poza kilkoma pozytywnymi przypadkami, nie wychowują. W opinii publicznej przeważa wizerunek więzień w Polsce, jako szkół przestępczości. Media dodatkowo nakręcają tę atmosferę organizując festiwal kronik kryminalnych, które nie odstręczają przestępców od łamania prawa. To wszystko wymaga radykalnych zmian w polskim systemie prawnym i systemie sprawiedliwości.
Wzorem dla współczesnych systemów karnych, szczególnie w Europie jest tzw. sprawiedliwość niekarząca. Chodzi o wychowanie obywatela świadomego, akceptującego dobro człowieka a nie wartości wypływające z obłędnej konkurencji i walki o znalezienie się na szczycie za wszelką cenę, kosztem innych. Doktryna neoliberalna nie sprawdziła się współcześnie, co widać po 30 latach jej uprawiania. Ale w Polsce nadal jest na szczycie, szczególnie aktualnie rządząca ekipa uznaje ją za właściwy kierunek rozwoju również w sferze wychowania i polityki społecznej.
Partia, mimo upływu wielu miesięcy, do dziś od prezydenta odpowiedzi się nie doczekała.
Drugą ważną inicjatywą, którą podjęła PPS wspólnie z innymi ugrupowaniami lewicy, była idea budowy pomnika jednego z przywódców PPSD i PPS, premiera Rządu Ludowego, marszałka Sejmu w II RP – Ignacego Daszyńskiego. Daszyński, mimo, że jest jedną z czołowych postaci zasłużonych dla niepodległości Polski, swojego pomnika nie miał. Był pomijany, zarówno w okresie przed II wojną światową, jak i później – stanowił powiem zagrożenie dla endeckich mitów o zasługach dla niepodległości i antydemokratycznej polityki władz państwa do 1939 roku, jak i po wojnie.
Pomnik Ignacego Daszyńskiego stanął i został odsłonięty przy Trakcie Królewskim w Warszawie w dniu 11 listopada 2018 roku. Do sukcesu tego przyznaje się dziś wiele osób z różnych środowisk lewicy i prawicy. Faktem jest jednak, że to determinacja ludzi PPS i niezrzeszonych w PPS socjalistów pozwoliła na wzniesienie tego pomnika dopiero po 100 latach od zaistnienia czynów i działań składających się na niepodległość Rzeczypospolitej.
Trzecim elementem wkładu PPS w 100-lecie niepodległości jest trwająca od wielu lat działalność polityczna i edukacyjna, której celem jest opowiedzenie prawdy o wydarzeniach i ludziach ruchu socjalistycznego, którzy od 1892 roku pod sztandarem PPS walczyli o wolność narodową i społeczną Polski i Polaków. W ostatnim czasie składają się na to dwie rozległe kampanie – w roku 2017 z okazji obchodów 125-lecia Polskiej Partii Socjalistycznej i w roku 2018 z okazji 100-lecia niepodległości Polski.
Biorąc pod uwagę te doświadczenia, wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego, powinny jeszcze bardziej zadbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica niepodległościowa powinna podjąć wysiłek napisania swojej historii, takiej jaka ona była. Nie mamy czego się wstydzić. Trzeba odebrać prawicy naszych bohaterów; 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Nie znają Żydów ani Romów

Międzynarodowy Centralny Instytut ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium przeprowadził badanie „Uprzedzenia, rasizm, ekstremizm”, w ramach którego przeprowadzono wywiady z uczniami w wieku od 6 do 13 lat w całych Niemczech. Przebadano prawie 1000 dzieci. Wyniki nie napawają optymizmem.

 

Młodzi Niemcy coraz mniej wiedzą o Żydach i Romach. Mają pojęcie na temat kultury muzułmańskiej, jednak młodsze dzieci nie mają pojęcia o dwóch pozostałych. Tylko 18 procent 8 – i 9-latków wie, że Żydzi byli prześladowani podczas drugiej wojny światowej. Wśród starszych dzieci ta wiedza jest większa (94 procent 12 – i 13-latków słyszała o Holokauście).
Połowa ze wszystkich 840 przebadanych dzieci nie miała nigdy styczności z Romami, nie wie, co to słowo oznacza. Co więcej, często nie wiedzą tego również rodzice, którzy nie mają wykształcenia wyższego.

– Wnioski z badania są kontrowersyjne – powiedziała Maya Götz, dyrektorka Międzynarodowego Centralnego Instytutu ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium, cytowana przez „RP”. – Szkoła podstawowa jest uważana za decydującą fazę rozwoju, jeśli chodzi o uprzedzenia. Im więcej uprzedzeń narosło do końca dzieciństwa, tym bardziej uprzedzenia stają się uporczywe. Są to

sygnały, że istnieje pilna potrzeba przekazania większej wiedzy na temat tego, co się stało.

W ubiegłym roku w Dreźnie 15-letnia uczennica dostała nagrodę Komitetu Wspierającego Pomnik Holokaustu w Berlinie za odwagę cywilną, ponieważ ujawniła, że w jej szkole panuje moda na hitlerowskie pozdrowienie. Niemieckie dzieciaki używają nazistowskich symboli w formie zabawy, ponieważ wiedza o obozach koncentracyjnych i ogromie krzywd wyrządzonych przez Adolfa Hitlera przekazywana jest zbyt późno.

Świadomość młodych ludzi w Europie na temat drugiej wojny światowej spada. W 2011 roku Platforma Europejskiej Pamięci i Sumienia (unijna inicjatywa 20 państw, mająca zachowywać pamięć o totalitaryzmach) przeprowadziła kompleksowe badania, z których wynikało, że większość młodych Szwedów nie rozumie słowa „gułag”, a 1 na 20 brytyjskich nastolatków uważa, ze Auschwitz to park rozrywki.

Europejczycy nie wierzą w złowrogą Rosję

Amerykanie również. Wyniki badania przeprowadzonego przez Francuski Instytut Opinii Publicznej (IFOP) na ponad tysiącosobowych próbach we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA. pokazują, że antyrosyjski ton w mediach nie wywołuje zaufania u odbiorców.

 

Pytanych poproszono o ocenę obiektywizmu publikacji dotyczących Rosji w ich krajach. 43 proc. Amerykanów odpowiedziało, że nie wierzą w tej sprawie własnym mediom, w Wielkiej Brytanii wartość ta sięgnęła 47 proc., we Francji 53 proc., a w Niemczech co drugi ich mieszkaniec nie wierzy w wiarygodność swoich mediów opisujących Rosję. W podziałach na grupy według wykształcenia wygląda to jeszcze ciekawiej. 59 proc. Francuzów z wyższym wykształceniem nie wierzy swoim mediom, opisującym Rosję, podobnie jak 72 proc. wyborców partii prawicowych.

Większa rezerwa panuje wśród Francuzów młodszych niż 35 lat – liczba sceptyków osiąga 58 proc. (51 proc. wśród starszych) W Niemczech 64 proc. sympatyków prawicy nie wierzy własnym mediom w tej sprawie i 54 proc. wyborców lewicowych.

W USA biali Amerykanie (45 proc.) nie dowierzają własnym mediom relacjonujących tematykę rosyjską bardziej niż Afroamerykanie (35 proc.). Nie wierzą w obiektywizm mediów częściej wyborcy republikańscy niż demokratyczni i protestanci częściej niż katolicy.

Jeśli zważyć, że silna antyrosyjska propaganda była zawsze obecna w przestrzeni medialnej zachodu, a od 2014 roku jej siła zwiększyła się wielokrotnie, to tak wysoki poziom sceptycyzmu wobec wiarygodności zachodnich mediów jest zastanawiający. Czy wynika to z pewnego zmęczenia opinii publicznej rusofobią, czy też należy złożyć to na karb silnego przeciwstawiania się i równie mocnego wpływu propagandy rosyjskiej skierowanej do odbiorcy zachodniego? Ostatnio rosyjska stacja RT wyszła na prowadzenie na świecie wśród najczęściej oglądanych mediów w Internecie (7 miliardów odsłon), co może być pewnym wytłumaczeniem wyników badania IFOP.

Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.

Wspólnie przeciw imperializmowi

Lewicowi ustawodawcy z Europy i Ameryki Łacińskiej, biorący udział w Eurolat, czyli Euro-Latynoamerykańskim Zgromadzeniu Parlamentarnym, wydali wspólne oświadczenie potępiające obecne próby imperialistycznych interwencji oraz antyspołeczną politykę w krajach Ameryki Środkowej i Południowej.

 

W dniach 17-20 września obradowało w Wiedniu Euro-Latynoamerykańskie Zgromadzenie Parlamentarne. Jest to inicjatywa mająca budować w globalnej polityce most porozumienia między Ameryką Południową a Europą poprzez dialog i konfrontację różnych punktów widzenia. W zgromadzeniu wzięli udział politycy obu kontynentów reprezentujący wszystkie opcje polityczne. Lewicowi ustawodawcy wydali wspólne oświadczenie dotyczące obecnej sytuacji politycznej świata. W rezolucji złożonej z 25 punktów dominuje ton potępienia dla zachodniego imperializmu, globalnego wyzysku i rasizmu. Szczególny nacisk położono na bieżące wydarzenia w wielu krajach Ameryki Łacińskiej.

Potępiono „sądowe, polityczne i medialne represje w stosunku do wielu postępowych przywódców oraz próby kryminalizacji ich działalności. Dotyczą one m.in naszych partnerów Lula da Silvy, Rafaela Correi i Cristiny Kirchner, a na celu mają uniemożliwienie im startu w wyborach prezydenckich”.

Wyrażono sprzeciw wobec ataków politycznych i ekonomicznych wymierzonych w Wenezuelę, podejmowanych przez rząd i media USA oraz posłusznych im polityków latynoamerykańskich. Lewica Eurolatu uznała je za próby podważenia suwerenności narodu Wenezueli. Potępiono próby wykorzystania problemu emigracji Wenezuelczyków do krajów ościennych jako pretekst do forsowania planu interwencji militarnej przeciwko Caracas. Odrzucono politykę sankcji gospodarczych jednostronnie narzucanych Wenezueli przez Stany Zjednoczone i ich regionalnych oraz europejskich sojuszników. Uznano je za sposób pogłębiania wewnętrznego kryzysu polityczno-gospodarczego trawiącego kraj rządzony przez Nicolasa Maduro. Z potępnieniem spotkały się również „krzywdzące i nieodpowiedzialne słowa Luisa Almagro, sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich, nawołującego do interwencji militarnej. Opowiadamy się na pokojem na terytorium Ameryki Łacińskiej” – podkreślili eurolatynoamerykańscy lewicowcy.

W uchwale zaprotestowano też przeciwko przemocy politycznej w Kolumbii stosowanej przez rząd nowego prawicowego prezydenta. Chodzi o represje wobec ruchów protestu i opozycyjnych polityków, którzy padają nawet ofiarami morderstw politycznych.

Odniesiono się również do relacji między FARC a rządem Kolumbii. „Wzywamy państwo kolumbijskie do respektowania dotychczasowych postanowień oraz gratulujemy FARC oddania sprawie pokoju i dochowaniu warunków obowiązującego układu.”

Wyrażono głębokie zaniepokojenie narastającym kryzysem politycznym w Brazylii, zwłaszcza zaś bezprawnym przetrzymywaniem w więzieniu Luli da Silvy i uniemożliwieniem mu w ten sposób wzięcia udziału w nadchodzących wyborach prezydenckich. W uchwale czytamy: „Wyrażamy solidarność z ludem Brazylii, który mierzy z się głębokim kryzysem demokracji i atakami na brazylijską konstytucję, które mają miejsce od czasu obalenia prezydent Dilmy Rousseff”.

Potępiono ponadto oportunizm prezydenta Ekwadoru Lenina Moreno, który zdaniem autorów oświadczenia stał się stronnikiem kapitału i odpowiedzialny jest za represje wobec przeciwnych mu urzędników, naukowców i dziennikarzy. Sprzeciwiono się próbie imperialistycznego zamachu stanu w Nikaragui i nieprawidłowościom wyborczym w Hondurasie. Wezwano Stany Zjednoczone do zniesienia blokady Kuby, a NATO do zaprzestania zbrojenia Europy przeciwko Rosji. Z protestem spotkała się również coraz bardziej antyimigrancka polityka UE jako całości i poszczególnych jej krajów członkowskich, a z potępieniem – proces powszedniejących w Europie nacjonalizmów i ksenofobii.

Europejscy politycy podpisani pod rezolucją to przede wszystkim deputowani Parlamentu Europejskiego zrzeszeni we frakcji Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica.

Imigracja nie zatopiła Szwecji

Wbrew wcześniejszym obawom niedzielne wybory parlamentarne w Szwecji nie przyniosły zwycięstwa skrajnej prawicy. Trudno jednak mówić o powodach do zadowolenia. Z wynikiem zbliżonym do 18 proc., neofaszystowscy Szwedzcy Demokraci utrzymali mocną trzecią pozycję. Taki, a nie inny wynik powinien zachęcić lewicę do odważniejszego kształtowania polityki imigracyjnej.

 

Szwecja dobrze sobie poradziła z kryzysem ekonomicznym, który w 2008 r. zatrząsł całym światem. Co prawda, nie obyło się bez drobnych perturbacji, nie zdarzyło się jednak nic, co by mogło zagrozić stabilności gospodarczej państwa. Obecnie stopa bezrobocia spadła poniżej 6 proc., osiągając tym samym najniższy poziom od dziesięciu lat. Od dłuższego też czasu Szwecja notuje stały wzrost gospodarczy. Inaczej zatem niż u większości państw o rozbudowanym systemie świadczeń socjalnych, w tym przypadku udało się zapobiec drastycznym cięciom. W różnorodnych rankingach najlepszych miejsc do życia Szwecja nieprzerwanie zajmuje czołowe miejsca. Miarą pozycji tego skandynawskiego państwa jest fakt, że nawet w USA jego rozwiązania w opiece zdrowotnej czy systemie emerytalnym zdobywają coraz więcej zwolenników wśród tamtejszych czołowych polityków.

Co zatem sprawiło, że niedzielna wygrana socjaldemokratów została przyjęta jako cudowna ucieczka spod topora? Przecież mówimy o państwie, gdzie lewica sprawowała rządy niemal nieprzerwanie przez ponad pół wieku, z łatwością przekraczając pułap 30 proc. nawet wówczas, kiedy to prawica przejmowała rządy. Odpowiedź jest prosta: imigracja. Według badań opinii publicznej przeprowadzonych w przededniu kampanii wyborczej, to właśnie sprawa imigracji i imigrantów została uznana przez Szwedów za priorytet dla nowego rządu. Dla porównania, zaledwie 3 proc. za najważniejsze do rozwiązania uważało problemy na rynku pracy.

Szwecja należy do tych państw, które – podobnie jak Niemcy – najszerzej otworzyły swoje granice przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu w 2015 r. Według oficjalnych danych, w kulminacyjnym punkcie tzw. kryzysu uchodźczego w Europie, wnioski o azyl złożyło w Szwecji niemal 163 tys. osób. Szybko prasa zaczęła donosić o niewydolnym systemie, o obcokrajowcach koczujących na ulicach, o drenowaniu publicznej kasy… Po początkowym optymizmie nie było ani śladu. W rozmowie z Katarzyną Tubylewicz, opublikowanej w książce „Moraliści”, ceniony dziennikarz Claes Arvidsson, przyznał, że „konieczne jest zapewnienie wydolności systemu przyjmowania uchodźców. W Szwecji jest bezwarunkowo mnóstwo dobrej woli i dobrych intencji. Jednocześnie po wielkiej fali migracyjnej Szwecja znajduje się w sytuacji, w której trzeba coś zmienić, żeby to działało”.

„Byliśmy naiwni” – to z kolei słowa premiera Stefana Löfvena, który w ten sposób podsumował politykę imigracyjną swojego rządu z 2015 r. Reagując na wzmagające się niezadowolenie społeczne, koalicja socjaldemokratów i Zielonych zaostrzyła prawo imigracyjne. W rezultacie, w 2016 r. szwedzką granicę przekroczyło ok. 30 tys. uchodźców, a rok później jeszcze mniej. Zapowiedzi dalszych restrykcji zapewne odegrały kluczową rolę w wygraniu przez lewicę niedzielnych wyborów.

Błędem byłoby jednak obwiniać wyłącznie uchodźców za rosnącą niechęć Szwedów do obcokrajowców. Jeśli ponad 200 tys. przybyszów z Bliskiego Wschodu wywołało obawy o integralność państwa, to co dopiero powiedzieć o tysiącach imigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, w tym także z Polski, którzy przyjechali do Szwecji po 2004 r.? Rok przed rozszerzeniem Unii Europejskiej, imigracja do Szwecji zamykała się poniżej 64 tys. Natomiast w 2006 r. zbliżyła się już do 96 tys., zaś trzy lata później przekroczyła poziom stu tysięcy. W 2016 r., a więc w roku, kiedy zezwolono na przyjazd mniej niż 30 tys. uchodźców, Szwecja przyjęła ponad 163 tys. imigrantów ekonomicznych. Ogólną liczbę imigrantów z Europy Południowej i Wschodniej szacuje się obecnie na ok. 400 tys., w tym ponad 90 tys. Polaków.

Od 2004 r. populacja Szwecji z 9 mln wzrosła do 10 mln. Oznacza to przyrost o ponad 10 proc. w ciągu zaledwie 14 lat! W najnowszej historii podobne tempo osiągnęły jedynie Stany Zjednoczone na początku XX w., kiedy każdego roku do portu w Nowym Jorku przybywało niemal milion imigrantów. To, co jeszcze łączy oba te kraje, to nacisk na integrację przybyszów. USA udało się uniknąć większych napięć etnicznych i ekonomicznych głównie dzięki wprzęgnięciu rzesz imigrantów do przemysłu. Chociaż w wielu przypadkach oznaczało to dosłownie niewolniczą pracę, to pozwoliło zespolić nowo przybyłych z amerykańskim systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. W tym samym czasie rozpoczęto szeroko zakrojone akcje „amerykanizacji”, czyli nauki języka, historii i kultury Stanów Zjednoczonych. Znowu, często akcje te sprowadzały się do brutalnego przecinania więzów łączących imigrantów z ich ojczyzną. Zarazem jednak oferowały perspektywy awansu i równoprawnego uczestnictwa w życiu społecznym.

Sądząc po zapowiedziach, w podobnym kierunku zmierza obecnie Szwecja pod rządami socjaldemokratów i Zielonych. Już zapowiedziano zmianę prawa, aby uchodźcy jak najszybciej mogli podjąć pracę – nawet poniżej minimalnej płacy. Ponadto, coraz głośniej mówi się o potrzebie aktywnego uczestnictwa państwowych instytucji w życiu społeczności imigranckich. Innymi słowy, Szwecja nie będzie przymykała oczu na przykład na łamanie praw kobiet i dzieci nawet w imię poszanowania odmiennej kultury. Jeśli szwedzkiej lewicy uda się włączyć nowo przybyłych nie tylko w rynek pracy, ale przede wszystkim w życie społeczne i polityczne państwa, przywróci optymizm społeczeństwu, a skrajną prawicę pozbawi jej głównego oręża. W skali Europy udowodni zaś, że zohydzony multikulturalizm całkiem dobrze się sprawdza.

Co z tej szwedzkiej nauki płynie dla polskiej lewicy? Przede wszystkim to, że zamiast nieśmiało protestować przeciwko nacjonalistycznej i rasistowskiej postawie prawicy, trzeba samemu aktywnie włączyć się w kształtowanie rodzimej polityki imigracyjnej. A ta w zasadzie nie istnieje. Z jednej bowiem strony rząd PiS-u odmawia przyjęcia nawet jednego uchodźcy, łechcąc ksenofobiczne nastroje swojego twardego elektoratu. Z drugiej rozdaje zezwolenia na pracę dla setek tysięcy imigrantów zza wschodniej granicy, z zamiarem pozbycia się ich przy gorszej koniunkturze. Chociaż więc PiS tak chętnie krytykuje politykę imigracyjną Niemiec czy Francji, powiela dokładnie ich błędy sprzed kilkudziesięciu lat.

Imigracja wymaga od państwa aktywnej polityki. Podczas gdy skrajna prawica daje upust swoim rasistowskim fobiom zamykając granice i budując mury, zaś umiarkowana prawica patrzy na obcokrajowców przez pryzmat popytu i podaży, do lewicy należy wypracowanie kompleksowego podejścia, uwzględniającego oczekiwania nie tylko państwa przyjmującego, ale i samych imigrantów. Musi przy tym pamiętać, że nie da się tego osiągnąć bez zagwarantowania równych praw, bez względu na pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie. Im szybciej lewica aktywnie zaangażuje się w kształtowanie polityki imigracyjnej, tym lepiej nie tylko dla niej samej, ale przede wszystkim lepiej dla całego państwa.

W szwajcarskim zegarku

Czy pieniądze są wystarczającym wyjaśnieniem przyczyn, dla których w środku burzliwej Europy mogło uchować się i nadal uchowuje coś takiego jak Szwajcaria?

 

Kraj bez hałaśliwych polityków, bez wielkiej własnej – poza wyjątkami – kultury artystycznej i intelektualnej, kraj bez głośnych geniuszy, pobrzękujący dzwoneczkami na szyjach słodkich, brązowych krówek (te stanowczo dominują) pasących się na malowniczych, zielonych wzgórzach.

 

Tam…

Na lotnisku w Bazylei, od usłyszanej zza pleców Polki mieszkającej w Szwajcarii, która wylatywała na wakacje do rodziny w Polsce, do Radomia konkretnie, usłyszałem, że „w Szwajcarii wszystkie miejsca są piękne, a w Polsce tylko niektóre”. Ujutny kraj, czyściutki jak holenderska gospodyni, miasto Luzern (Lucerna) słodziutke jak miód i jak liczne tu sklepy z czekoladą. Chociaż już słynne miasto bankierów, Zürich, przywitało mnie zaśmieconym butelkami i innymi opakowaniami placykiem wokół pomnika jakiegoś szwajcarskiego herosa, w samym centrum. Zdarza się.

 

Sama słodycz

Jednak nie dla krówek-słodziaków z dzwoneczkami u szyj, jak z czekolady „Milka” (z alpejskiego mleka) tu przybyłem, choć jest to tutaj poetyka wszechobecna. W takim Muzeum Czekolady w Caille, historię tej słodyczy opowiada w słuchawce do wypożyczenia, słodkim głosikiem (także po polsku) taka właśnie krówka. Opowiada jak jej mleczko posłużyło do produkcji czekolady. Brzuchem mojego puszystego, chwilowego sąsiada przy zwiedzaniu targały, gdy słuchał tej opowieści, wstrząsy i konwulsje śmiechu. Mnie się to udzieliło, bo przypomniało mi się Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym też można dostać konwulsji, tyle że z najzupełniej przeciwnego powodu. Podobnie rozkoszny jest nastrój w pokazowej serowarni Gruyère. Co kraj, to muzealny obyczaj. Najzabawniejszy był, pokazany w formie teatrzyku kukiełkowego, najkrótszy kurs historii świata (coś między jedną a dwiema minutami), włącznie ze zburzeniem Bastylii, historii oczywiście ściśle spojonej z historią sera Gruyère. Dla Szwajcarów historia świata, to historia sera, dla Polaków – to historia ich niedocenionego tysiącletniego męczeństwa i ich niezachwianej wiary w niebo, co najmniej równie szczęśliwe jak Szwajcaria. Każdy, na inny sposób, potrafi, jeśli chce, zrobić ze swojego kraju pępek świata. Oni z sera i czekolady, my z męczeństwa.

 

U Lenina, Tella, Jana Jakuba i u innych w odwiedzinach

Po słodziutkiej Luzernie, Zűrich wydał mi się nieco szarawy i szorstki, mniej ujutny. Sławna Banhofstrasse po kalwińsku surowa. Tu nie prezentuje się bogactwa na obciachową modłę „nowych ruskich” czy części celebrytów polskich. Tu bankierzy przemykają niezauważeni i nie odróżniają się od woźnych trybunału. 1100 (słownie: tysiąca stu) fontann nie da się zwiedzić, ale za to idę pod kamienicę przy Spiegelgasse bodaj 12 (jest tablica), w której przez rok (1915-1916) mieszkał Włodzimierz Iljicz Lenin. Aleksander Sołżenicyn napisał niewielką opowieść polityczną „Lenin w Zürichu”. Pokazał w niej Lenina jako polityka piekielnie inteligentnego, przebiegłego, energicznego, bezwzględnego, trochę samotnika i odludka, ale za to poważnego, wybitnego taktyka, zwłaszcza na komicznym tle szwajcarskich socjaldemokratów, dobrze odżywionych, jowialnych i hałaśliwie trawiących czas w piwiarniach. Lenin wolał filiżankę kawy i lekturę szwajcarskich oraz niemieckich gazet na tarasie kawiarni. Wyglądał jak miejscowy mieszczuch w paltocie i meloniku. Obok „kamienicy Lenina”, inna kamienica, z tablicą upamiętniającą Georga Büchnera, romantycznego poetę i dramaturga, a i biologa jednocześnie, który tu napisał wielki dramat polityczny „Śmierć Dantona” i który jest pochowany na jednym z pobliskich wzgórz. Ciekawe sąsiedztwo. Obok, na wystawie sklepiku z tzw. „niepotrzebnymi rzeczami” kryształowe popiersie Lenina pomalowane na jaskrawe kolory. Popkultura wszystko wchłania i przemiela na swoją modłę. Kilkadziesiąt metrów stąd, przy tej samej Spiegelgasse, po przeciwnej stronie uliczki, słynna „Cafe Voltaire”, gdzie narodził się futuryzm. Po drodze z miasta bankierów do Belinzony różne cudowności, kościoły, barokowa biblioteka w opactwie St Gallen ze spoglądającymi na odwiedzających mumiami egipskimi. No i wzburzone Wodospady Renu. Gdzieś w tej okolicy zbrodniarz, profesor Moriarty zrzucił w przepaść Sherlocka Holmesa, ale w odpowiedzi na naleganie czytelników, Arthur Conan Doyle go wskrzesił. Hotelik pod Zűrichem w jakiejś wioseczce u podnóża gór. Otoczenie jakby, wypisz wymaluj, wzięte z opowiadania „Kraksa” Friedricha Dürrenmatta. Szeregi domków wiejskich z obejściami zalatującymi nawozem naturalnym, słoma, drewutnie, narzędzia rolnicze., na uliczce ani żywego ducha. Na końcu wioski kościół z wieżą, zamknięty na cztery spusty, jak stara stodoła. Mogę się poczuć jak bohater opowiadania, Alfredo Traps poszukujący we wsi noclegu. Potrzeba tylko gościnnej, sutej kolacji u emerytowanych: Sędziego, Prokuratora, Adwokata i Kata. Oskarżą, pobronią, osądzą i powieszą. Przypomina mi się też wybitna tragifarsa Maxa Frischa (drugi obok Dürrenmatta wielki dramaturg szwajcarski), „Biedermann i podpalacze”, której akcja rozgrywa się – jakby, umownie, bez użycia nazwy – w Zürichu, prorocza prefiguracja czasów terroryzmu. Oba te teksty doczekały się w tym samym 1965 roku dwóch kapitalnych realizacji w Teatrze Telewizji, pierwsza w reżyserii Konrada Swinarskiego, druga – Erwina Axera. Obie w doborowych obsadach. Lepiej by to „Kura” puścił w swojej TVP, zamiast produkować badziewiaste przedstawienia z aktorami „dobrej zmiany”. Dwie noce i dwa dni w Asconie, nieopodal Locarno. To nie jest włoskojęzyczna Szwajcaria, to po prostu Italia w każdym calu, tyle że jakby trochę spokojniejsza, dużo czystsza i z minimum imigrantów. Bulwar wzdłuż jeziora Maggiore przypomina trochę Niceę. W eleganckim Locarno przychodzi mi na pamięć dziecięca lektura „tygrysa” pod tytułem „Kulisy Locarno”, o tajemnym porozumieniu z 1925 roku, które okazało się proroczą chmurą nad losem Polski. Widoki z pociągu „Glacier Express” przypominają mi „Tartarena w Alpach” Alfonsa Daudet, jedną z ksiąg „Tartarena z Taraskonu”, choć szczytów Jungfrau, Rigi-Kulm i Mont Blanc stąd nie widać. Nie tak daleko stąd jest Gstaad, gdzie we własnym domu, w domowym areszcie został w 2009 roku zamknięty Roman Polański. W Szwajcarii mieszka też od dziesięcioleci Alain Delon, kolekcjoner zegarków szwajcarskich, który kilka lat temu pozbył się tej kolekcji. Muzea zegarków nie otwierają tam swoich podwojów jak czekoladziarnie i serowarnie. Może trudniej byłoby zorganizować dla mas zwiedzających sprzedaż wiązaną. Czekoladę czy serek każdy kupi, ale kosztowny zegarek, tak na poczekaniu? Natomiast reklamy firm „Patek” (założyciel imieniem Filip był polskim imigrantem po powstaniu listopadowym), „Omega” czy „Tissot” wszechobecne. Berno, administracyjna stolica państwa, nazywane kiedyś „miastem szpiegów”, centrum wywiadowcze Europy jak kiedyś Berlin Zachodni, nie wiem czy to jeszcze aktualne, jest najmniej efektownym z dużych miast szwajcarskich, trochę nijakim w stylu. Pamiętam o tym, że mieszkał tu ciekawy eseista, Jerzy Stempowski (1893-1969), „Hostowiec”, „nieśpieszny przechodzień”, powinowaty Marii Dąbrowskiej, autor słynnych „Esejów dla Kassandry” i „Od Berdyczowa do Rzymu”. W 1931 roku opublikował pamflet na Piłsudskiego, „Pan Jowialski i jego spadkobiercy”. Nocleg na przedmieściach francuskiej, alzackiej Miluzy, tym razem nie w żadnym ze stylowych hotelików, lecz w hotelu robotniczym, z chybotliwą windą i brudnawym pokojem. Ta część miasta, w promieniu kilometra od hotelu totalnie rozkopana w celach remontowych. Za to, jak na ironię, widok sprzed hoteliku – jak na landszafcie: odległy szczyt Mont Blanc i rogal księżyca na firmamencie.

 

Bohater, który nie istniał

Co ciekawe, to we francuskiej Miluzie, a nie w Szwajcarii natykam się na figurę Wilhelma Tella, mitologicznego (nie wiadomo czy istniał) bohatera narodowego Szwajcarii, umiejscowioną na jakiejś kamieniczce. Tell miał wspólnego z Polakami – tyle że dużo późniejszymi – wroga, Austriaka, habsburskiego ciemiężyciela, który nakazał mu trafić strzałą w jabłko postawione na głowie syna. Doskonały łucznik Tell (doskonały tak, jak doskonały był nasz pan Michał Wołodyjowski w robieniu szabelką) dokonał tego, a przestrzelone jabłko nawet nie spadło, ale i tak nacierpiał się prześladowań ze strony austriackiego starosty Gesslera. Najpiękniej ujął tę historię Friedrich Schiller w dramacie „Wilhelm Tell”. Szczęśliwy kraj ta Szwajcaria. Jej najodważniejszy i właściwie jedyny bohater, prawdopodobnie w ogóle nie istniał, a Szwajcaria trwa już około 900 lat w bogactwie i spokoju. My w Polsce samych prawdziwych bohaterów, którzy oddali życie za ojczyznę mamy więcej niż owoców i warzyw w lata klęski urodzaju. Co najmniej 20 tysięcy w samej Warszawie w samym tylko sierpniu 1944. Kudy Szwajcarom do nas. Na koniec będzie jeszcze barani skok w głąb Alzacji, do Colmar.

 

Pedagogiczny kraj Jana Jakuba

Natomiast Genewa nad Jeziorem Genewskim to też miasto bankierów (stąd pochodził Jacques Necker, ojciec madame de Staël, który miał uratować finanse Francji Ludwika XVI, ale nie udało mu się i nie zapobiegł rewolucji 14 Lipca 1789), ale i Jean Jacquesa Rousseau, którego pomnik, jako z niechęcią odwróconego plecami do miasta, tu stoi, dość skryty pod drzewami. O Szwajcarii napisał on sporo w swojej słynnej „Nowej Heloizie” i wspominał w „Wyznaniach”. Jego „Umowa społeczna” i pedagogiczny traktat „Emil” w połączeniu z postacią sławnego pedagoga Pestalozziego (pomnik w Bazylei) przypominają, że Szwajcaria to bardzo pedagogiczny kraj. Jest tu w nastroju coś belferskiego. Nawet najważniejsza powieść XIX-wiecznej literatury szwajcarskiej, „Zielony Henryk” Gotfryda Kellera, będącego w tym kraju, z grubsza biorąc, odpowiednikiem Bolesława Prusa, określana bywa jako „bildungsroman”, powieść o formowaniu, powieść pedagogiczna.

 

Frankenstein, Charlie i Polak co potrafił

W pobliskim Vevey pomniczek ( w skali 1:1) Charliego Chaplina, który tu zmarł (1977) i którego trumnę po śmierci wykradł dla okupu pewien Polak z Bułgarem pospołu. Polak potrafi. Jak widać Bułgar też. Na dziedzińcu eleganckiego hotelu, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz, jego pomnik. Twórca Trylogii spogląda na pobliskie stoliki restauracyjne jak jedzą zamożni turyści. Na bulwarze pomnik (?) monstrum doktora Frankensteina, bo postać tę Mary Shelley wymyśliła właśnie tu i też tu napisała słynną powieść. Bardziej to jednak pomnik postaci zagranej w przedwojennych horrorach („Frankenstein” i „Powrót Frankensteina”) przez Borysa Karloffa. Niedaleko stąd miejsce, gdzie był pożar, który „Deep Purple” uwiecznili w słynnym utworze „Smoke on the water”. Niestety nie udało się zahaczyć ani o miasteczko Bourdy nad Jeziorem Genewskim, w którym urodził się Jean Paul Marat, ani o Neuchatel nad jeziorem o tej samej nazwie, gdzie Balzac spotkał się po raz pierwszy z panią Hańską. Z kolei specjalnością Bazylei nie są ani sery, ani czekolada, ani banki, lecz kultura i sztuka. W powieści „Dzwony Bazylei” Louis Aragon opisał scenę, w której wódz francuskich socjalistów Jean Jaurés przemawia w 1912 roku w tutejszej katedrze i to za aprobatą miejscowego biskupa. „Kiedyś to były inkse casy” – jak mówił pewien gazda do gazdy. Kolekcja obrazów tutejszym Kunstmuseum imponująca (największa w świecie kolekcja Holbeinów), ale daleko jej do bogactwa Luwru, British Museum w Londynie, galerii rzymskich i florenckich czy Nowego Jorku. Zadziwia mnie tylko jakby bardzo nonszalancka ochrona zbiorów. A może to tylko pozór?

 

.., i z powrotem

Wiele widziałem, dużo więcej niż tu opisałem, ale wróciłem ze Szwajcarii i nadal jest ona jednym z trzech krajów Europy (obok Norwegii i Danii), z którego nie znam ani jednego nazwiska polityka, ani z przeszłości ani z teraźniejszości. Potrafiłbym nawet wymienić nazwiska kilku polityków z położonej na zachodnim krańcu Europy Portugalii, a także ze Szwecji. Ze Szwajcarii – nie. Szczęśliwy, nudny kraj. Nie to, co Ojczyzna nasza, Polska. A poza tym podobno jeśli można się wylegitymować kontem wysokości miliona euro/dolarów można tam otrzymać rezydenturę. Pewien Duńczyk zapytany po powrocie z Polski o wrażenia, miał powiedzieć, że czuje się, jakby wrócił do zacisznego biura ze zwariowanego placu zabaw dzieci cierpiących na ADHD. Ja podobnie, tylko z przeciwnym kierunkiem.

Przez serca do żołądków

Dawno nie słyszeliśmy tak zgodnych opinii wyrażanych przez prominentnych polityków Zachodu i Chin. Tak było podczas spotkania prezydenta Xi Jinpinga z przewodniczącym Rady Europejskiej – Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, dyrektorem generalnym UNESCO Audrey Azoulay i Jim Young Kimem – prezesem Banku Światowego.

 

„Obecnie możemy obserwować odradzającą się tendencję do izolacji oraz unilateralizmu”, – powiedziała dyrektor generalna UNESCO, Audrey Azoulay. „Międzynarodowa społeczność powinna odznaczać się otwartością, powinna także wspierać multilateralizm oraz popierać dialog, co jest ważnym elementem globalnego zarządzania” – dodała Azoulay.

Jim Yong Kim podziękował Chinom za długotrwałe wspieranie Banku Światowego, zwłaszcza programu zwiększenia kapitału banku i reform tej instytucji. Skrytykował tendencje protekcjonistyczne obecne dzisiaj w polityce prezydenta USA Donalda Trumpa.

A przewodniczący Donald Tusk kolejny raz jeszcze przypomniał, że sprzeciwianie się unilateralizmowi, protekcjonalizmowi oraz utrudnianiu handlu jest wolą dzisiejszego świata. Jego głos zgodny był z deklaracjami przywódców licznych państw, zwłaszcza Japonii i Kanady.

Okazuje się, że amerykański hegemonizm handlowy zjednoczył przeciwko prezydentowi Trumpowi wszystkich światowych liderów gospodarczych i liczne instytucje symbolizujące liberalny Zachód. Być może protekcjonistyczna polityka administracji Trumpa przyniesie gospodarce amerykańskiej korzyści, ale mogą okazać się krótkoterminowe.

Jej negatywnym dla gospodarki USA efektem będą nowe, globalne koalicje gospodarcze oparte na zasadzie „win-win”, czyli każdy partner odnosi w nich interesujące go zyski. Czasem niewysokie, ale sprzyjające innym korzyściom. Koalicje omijające USA.

Kosztem ubocznym wojen celnych prezydenta Trumpa z Chinami, Unią Europejską i wieloma innymi partnerami może być też pogorszony wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Widoczna już niechęć wielu światowych instytucji do współpracy z administracją Trumpa może przenieść się na inne amerykańskie instytucje, co pogorszy globalną pozycję USA.

„Ludzkie serca są największą siłą polityczną”, powiedział kiedyś prezydent Xi. Co przypomniał podczas spotkania prezes Kim. Proponując aby współpraca globalnych liderów opierała się na fundamencie „serca”, czyli takich wartości jak wolny handel multilateralizm i stały dialog przy zachowaniu regionalnych specyfik i odrębności.

Taka współpraca i wzajemny szacunek stworzą podstawy do wielu zysków dla wszystkich partnerów. Każdy kompromis gospodarczy lepszy jest od wojny.

 

Przy pisaniu tego artykułu autorka korzystała z publikacji „People’s Daily” – „Rénmín Rìbào”.