Europa zmieni klimat, albo zginie

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że za kilka dni przedstawi plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w Europie.

To ważny komunikat, ale już wiadomo, że trudno będzie o zgodę wszystkich 28 państw, ponieważ jeszcze kilka z nich, wśród których jest Polska, opierają swą gospodarkę na węglu, a bez jednomyślnej zgody planu nie uda się wdrożyć w życie.
Plan, o którym wspomina Ursula von der Leyen, zostanie przedstawiony na najbliższym szczycie klimatycznym w Madrycie.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej na spotkaniu z dziennikarzami stwierdziła, że sytuacja z klimatem od dawna jest już naukowo udowodniona, czasu więc jest coraz mniej, a sytuacja jest pilna. W połowie tego roku Polska wraz z Czechami, Węgrami i Estonia zablokowała zapisy w dotyczące zmniejszenia emisji gazów, teraz jednak von der Leyen ma nadzieje, że uda się tę grupę państw przekonać do poparcia planów ratowania klimatu w Europie.
Problemem dla Polski będzie z pewnością fakt, że w przypadku jednogłośnego przyjęcia klimatycznego planu UE, w Polsce, na Śląsku prace straci, jak się szacuje około 40 tysięcy ludzi. Komisja Europejska obiecuje, że da pieniądze dla tych regionów, które bezrobocie
dotknie najsilniej.
„Będziemy musieli pokazać, że ta transformacja będzie sprawiedliwa dla ludzi oraz włączająca. To musi być nasz cel, dlatego pracujemy nad mechanizmem sprawiedliwej transformacji, aby znaleźć równowagę. Tak, będzie musiała nastąpić zmiana. Musimy wdrożyć odpowiednie kroki teraz, wiedząc, że minie całe pokolenie, nim ta zmiana się dokona” – mówiła Ursula von der Leyen Masowa utrata pracy przez tak pokaźną grupę polskich pracowników z pewnością będzie silnym argumentem w rękach rządu PiS, by przeciwstawić się planom Komisji Europejskiej pod hasłami obrony suwerenności i polskiego
rynku pracy.
Faktem jest jednak, że zablokowanie tego planu obecnie oznacza, że Polska i inne kraje sprzeciwiające się klimatycznym propozycjom Europy będą współwinne katastrofie klimatycznej, która dotknie przecież całą planetę.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

Zmiana w działaniu

Zmiany klimatyczne stają się coraz bardziej widoczne i dokuczliwe. W miejscowości Verargues w Oksytanii padł absolutny rekord upału – 46 stopni Celsjusza.

Temperaturę tę odnotowano wczoraj (22 lipca). Jednak wcale nie jest to najgorętszy punkt w Europie tego lata. Anomalia z Verargues uplasowała Francję na szóstym miejscu.
Prym wiedzie Grecja, gdzie w lipcu termometry pokazały 48 stopni. Na tym swoistym podium klimatycznej zmiany stanęły też Portugalia i Hiszpania. W tym sezonie zanotowano tam, odpowiednio: 47,7 stopnia i 47,3. Do pierwszej piątki zakwalifikowały się też Włochy gdzie padł rekord 47 stopni Celsjusza oraz Bośnia i Hercegowina z „wynikiem” 46,2 stopnia.
We Francji przedłużające się upały i wywołane nimi susze mają fatalne skutki dla rolnictwa, zwłaszcza dla uprawy winorośli. To z kolei przekłada się na cały przemysł winiarski. Francja jest drugim po Włoszech największym globalnym producentem wina. Szacuje się spadki rzędu nawet 15 proc. Zwłaszcza, że zanim nastała susza uprawy niszczyły nadzwyczaj częste gradobicia i przymrozki tej wiosny.
Sytuacja jest szczególnie groźna w zachodniej części Francji, w słynnym winiarskim regionie Bordeaux. Czerwcowe i lipcowe fale upałów doprowadziły do masowych uschnięć. Stosunkowo najmniej ucierpiały winnice w Szampanii.
W niektórych regionach władze zaleciły ludziom oszczędne gospodarowanie wodą.

Radocha

Elity z prowincjonalnych kraików mają uciechę, że Europa pokazała prowincjonalnej Polce gdzie jej miejsce.

Nie ma nic bardziej prowincjonalnego, zakompleksionego i wiernopoddańczego wobec Zachodu niż taka reakcja. Oczywiście, strona opozycyjna nie ma obowiązku wspierać Szydło – to byłby bezrefleksyjny, niski nacjonalizm. Ale fiksowanie się na tym, że „hurra, Szydło ograna!”, kiedy ograne zostają peryferie to bezrefleksyjny, niski i frajerski okcydentalizm. Opozycja nie potrafi grać kartą europejskości, bo czerpie dziwną rozkosz z tego, gdy Zachód uczy nas bycia cywilizowanymi, wprowadza sankcje, pisze o nas negatywne komentarze, nie daje nam stanowisk i pieniędzy, żeby nas ukarać.
T en sadomasochizm jest szkodliwy, bo odtwarza kuratelę centrum nad peryferiami. Ale dla elit kompradorskich korzystny i wygodny, bo z obsługiwaniu bata europejskości wynoszą dla siebie partykularne korzyści.
Swoją drogą, z dwojga złego wolę jako komisarza polityczkę, która wprowadziła jako premier 500+ niż byłą wicepremier, która jest zdania, że „za 6 tysięcy złotych to pracuje tylko idiota albo złodziej”. Tym bardziej, że ta pierwsza kandydowała na nie tak istotną funkcję komisarza w Parlamencie Europejskim, a ta druga wylądowała w Komisji Europejskiej.

Przed wyborem przewodniczącego KE

18 lipca Rada ds. Ogólnych, w której zasiadają ministrowie spraw europejskich UE, ponownie zajmie się stanem praworządności w Polsce, w związku z rozpoczętą procedurą artykułu 7 traktatu o UE. Daje on Unii możliwość dyscyplinowania i karania państw, które praworządność naruszają.

Sprawa była przez ostatnie miesiące nieco odłożona na bok ze względu na pewną niechęć ze strony Rumunii (sprawującej prezydencję w Unii) do podejmowania tego tematu w trakcie tak gorącego politycznie okresu, jakim były wybory do PE. Kampania jest już jednak za nami, a prezydencję sprawować będzie teraz Finlandia, która praworządność w krajach Unii ma zamiar traktować priorytetowo.
Także kandydatka na funkcję przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, podczas spotkań z poszczególnymi grupami politycznymi Parlamentu Europejskiego, zdążyła już publicznie zapewnić – i to wielokrotnie – że, jeśli zostanie wybrana, praworządność będzie traktowała z najwyższą powagą i bardziej stanowczo niż poprzednia KE. Opowiedziała się wręcz za stworzeniem klarownego, jednakowego dla wszystkich mechanizmu, pomagającego strzec praworządności w państwach Unii, gdyż żadne z nich nie jest pod tym względem idealne. Mało tego –zapowiedziała, że „nie będzie unikała politycznej odpowiedzialności za działania w tym obszarze, zasłaniając się oczekiwaniem na decyzje unijnego Trybunału”.
I jeszcze jedno – jej pierwszym zastępcą, będzie Franz Timmermans, który nadal będzie monitorował przestrzeganie praworządności w krajach Unii.
Jak zatem, w świetle zapowiedzi o rychłym powrocie sprawy praworządności w Polsce na wokandę instytucji europejskich oraz w obliczu tak jednoznacznych deklaracji ze strony kandydatki na przewodniczącą KE, wygląda sytuacja Polski? Wydaje się otóż, że rząd polski, popierając panią von der Leyen, spełnił swoją powinność i – jakby to przykro dla nas nie brzmiało – nie jest już niezbędny. Blokując kandydaturę nielubianego w polskich kręgach rządowych Franza Timmermansa, pomógł przełamać dotychczasowy zwyczaj wyboru przewodniczącego KE spośród spitzenkandydatów wskazanych przez Parlament Europejski i otworzył tym samym bramki na autostradzie, którą pani von der Leyen może dojechać do Brukseli jako nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej. To jeszcze wymaga sporo starań, ale ona swą podróż już rozpoczęła.
Żeby dojechać do celu, czyli zostać następczynią Jean-Claude’a Junckera, musi uzyskać większość głosów unijnych parlamentarzystów. Jest oczywiste, że nie będzie ich szukać pośród eurosceptyków, tylko pośród ugrupowań jednoznacznie opowiadających się za podstawowymi wartościami, na których zbudowany jest europejski gmach.
Ugrupowanie Europejskich Konserwatystów Reformowanych, do którego należą posłowie PiS, jest szóstym pod względem wielkości i dysponuje 60 głosami. Nie tam więc pani von der Leyen będzie wypatrywała poparcia, tylko wśród posłów EPL (gdzie zasiadają posłowie PO i PSL), S&D (gdzie jesteśmy my – członkowie SLD), liberałów i Zielonych, czyli tam, gdzie może znaleźć grubo ponad 400 głosów. Wszyscy wymienieni zdecydowanie opowiadają się bowiem za Unią Europejską praworządną, demokratyczną i coraz bardziej zintegrowaną. Postulat wzmocnienia praworządności i stworzenia mechanizmu, który pozwoli efektywnie kontrolować jej przestrzeganie, zgłaszany przez panią von der Leyen, jest więc poniekąd ich (naszym) postulatem.
W świetle tego wydaje się, że rząd Mateusza Morawieckiego nie docenił, jak silnie zakorzeniona jest w społeczeństwach Unii Europejskiej idea praworządności rzeczywistej, a nie deklarowanej.
Dlatego, mimo, że wśród największych ugrupowań, o których głosy zabiega, nie wszyscy są z jej kandydatury zadowoleni, gdyż mieli własne (EPL – Manfreda Webera, S&D – Fransa Timmermansa), to należy się spodziewać, że przywiązanie do jednej z fundamentalnych wartości UE zwycięży i pani Ursula von der Leyen dostanie potrzebne jej poparcie.

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Dzień po

Głosowanie do Parlamentu Europejskiego (PE), ze względu na jego stosunkowo niewielkie znaczenie merytoryczne, jest często traktowane jako rodzaj wielkiego sondażu, odbijającego życie polityczne w poszczególnych krajach Unii. Staje się też obrazem tendencji politycznych w skali kontynentu. Pierwsza wiadomość: choć niemal wszystkie narody słyszały o „zmienianiu Unii”, w PE będą dominować ugrupowania na ogół liberalne, które akceptują taką Unię, jaka jest. Przyjrzyjmy się jak głosowania wyglądały w różnych państwach Europy.

Wiele emocji w czasie minionej kampanii budził często podkreślany wątek postępu prawicowych ugrupowań wyraźnie euro-krytycznych. Owszem, prawica narodowa i skrajna prawica poszerzyły swój stan posiadania, lecz pozostają zupełnie niegroźne dla status quo, jeśli chodzi o PE. Będą miały ponad 170 (na 751) miejsc, do tego ok. 30 takich europosłów, którzy zostali wybrani przez Brytyjczyków i tak wkrótce odpadnie, jeśli Brexit dojdzie do skutku.
W Zjednoczonym Królestwie bezapelacyjnie wygrała Partia Brexit Nigela Farage’a zgarniając jedną trzecią głosów. Torysi (konserwatyści), którzy mieli Brexit wprowadzić w życie (i co im się dotąd nie udało) ponieśli druzgocącą klęskę – wprowadzą najwyżej trzech deputowanych do PE. Lewicową Partię Pracy wyprzedzili Liberalni Demokraci (ponad 20 proc. głosów!), a lewicowcy Zielonych.
Wzrost prawicy narodowej
Największą uwagę przyciągały jednak Włochy i Francja, gdzie wygrały ugrupowania „populistyczno-narodowe”. Liga Matteo Salviniego odniosła prawdziwy triumf – ponad 34 proc. głosów, podczas gdy Ruch Pięciu Gwiazd – partner Ligi w rządzie – zdobył dopiero trzecie miejsce. Koalicjantów przedzielili socjal-liberałowie z Partii Demokratycznej, z dość niespodziewanie wysokim wynikiem prawie 23 proc.
We Francji szeroko komentowane zwycięstwo ugrupowania Marine Le Pen (23,3 proc.) nad prezydencką prawicą neoliberalną nie było duże (mniej niż jeden proc.), jednak symbolicznie bardzo ważne dla polityki krajowej. Prawdziwą nowością jest tu niezwykły postęp Zielonych (trzecie miejsce) i spektakularnie słabe wyniki tradycyjnej prawicy liberalnej i lewicy (Nieuległej Francji).
Poza tym, partie kwalifikowane często jako skrajna prawica odnotowały postępy w wielu krajach. Zdobyły ponad 10 proc. głosów w Niemczech, Szwecji, Austrii, Danii, Belgii, Estonii i Finlandii. Zazwyczaj partie te kwestionują politykę imigracyjną swoich rządów. Jest to zresztą temat wyborczy nr 1 niemal wszystkich ugrupowań tego rodzaju.
Słabość lewicy
W Niemczech wygrały partie związane z rządem (CSU/CDU), lecz konserwatyści odnieśli słabe zwycięstwo (28,6 proc.). Podobnie ich koalicjanci z socjaldemokratycznej SPD odnotowali spadek: zajęli trzecie miejsce. Przedzielili ich Zieloni, którzy dosłownie podwoili swój wynik sprzed pięciu lat (ponad 20 proc.). Lewica z Die Linke dostała się do PE dosłownie rzutem na taśmę – zdobywając ledwo ponad 5 proc. głosów. Została wyprzedzona przez ksenofobiczną Alternatywę dla Niemiec, na którą głosowało dwa razy więcej wyborców.
W Austrii rządzącą do niedawna koalicję konserwatystów i pop-narodowców przedzielili socjaldemokraci, którzy wspięli się na drugie miejsce z bardzo przyzwoitym wynikiem ponad 23 proc. Partia Ludowa kanclerza Kurza zdobyła jeszcze lepszy wynik ponad 34 proc. głosów, ale jego rząd przestał istnieć, gdyż lokalny parlament przegłosował dziś wobec niego wotum nieufności. W Holandii wygrali (nieoczekiwanie, ale i dość niepewnie) socjal-liberałowie, a w Belgii wraz z wyborami do PE odbywały się wybory do krajowego parlamentu, w których triumfowali flamandzcy narodowcy: to samo stało się w wyborach do PE. Jeśli tak dalej pójdzie, Belgia się rozpadnie.
W Hiszpanii i Portugalii wygrali socjal-liberałowie, podczas gdy w innym południowym kraju – Grecji – triumfowała liberalna prawica (Nowa Demokracja), z ponad jedną trzecią głosów. Rządząca Syriza (socjaldemokraci) uzbierała prawie 24 proc. Z Grecji dostanie się jednak do PE co najmniej dwóch komunistów. Jeśli chodzi o wyspy południowe: na Cyprze wygrali konserwatyści, a na Malcie socjaldemokraci.
Ogółem na Zachodzie trzeba odnotować, oprócz wyraźnego wzrostu popularności partii o obliczu nacjonalistycznym, postępy partii ekologicznych: w „jądrze Unii” – Francji i Niemczech Zieloni zdobyli trzecie i drugie miejsce, świetnie wypadli w Belgii i Finlandii, dobrze w Hiszpanii i Szwecji. Lecz tendencją (jeszcze) wygrywającą pozostają różnej maści liberałowie.
Monopol prawicy na wschodzie
Nad Europą na wschód od Łaby zawisł za to triumf euroatlantyckiej prawicy. Niekiedy nie bez specyficznych dla naszego regionu przypraw: przaśności, ludycznego rasizmu i ksenofobii, taniego konserwatyzmu i demonstracji własnych kompleksów. Niestety, to wszystko pieczętowane jest klęską lewicy. I lewica nowoczesna, i ta bardziej klasyczna wypadły niezwykle słabo, choć w niektórych państwach, paradoksalnie, nawet obiektywnie kiepski wynik jest przyczynkiem optymistycznym i zachęca do dalszych działań.
Jednym z takich krajów jest Bułgaria. Tam Bojko Borisow, nieusuwalny niemal (tylko przez ambasadę amerykańską) premier tego kraju, były ochroniarz Żiwkowa i gangster z pokaźnym dorobkiem, spodziewanie wygrał. On i jego partia – a propos kompleksów – Obywatele na Rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB), jak podkreślają komentatorzy, rozgromiła opozycyjną Bułgarską Partią Socjalistyczną (BSP), taki ekwiwalent polskiego SLD, tylko z o wiele bogatszą i piękniejszą tradycją.
Różnica wprawdzie wynosi sześć punktów procentowych, ale naga statystyka dać może jedynie powierzchowne wrażenie.
– Ten wynik jest oczywistą katastrofą dla Bułgarskiej Partii Socjalistycznej. Od lat już GERB i BSP idą od wyborów do wyborów łeb w łeb. Na obie partie głosuje zostaw ich fanatycznych wyznawców; jest w tym coś plemiennego. Niestety, formuła ta powoli zaczyna się wyczerpywać, a wszystko co jest udawaną polityką w ostatecznym rozrachunku obraca się przeciw lewicy, nawet tak nieautentycznej jak BSP. Dość powiedzieć, że jest to partia, która wprowadziła w Bułgarii podatek liniowy. Niemniej i tak oni przegrywają. A to mimo gigantycznych korupcyjnych skandali i fali protestów – komentuje specjalnie dla Portalu Strajk Kalin Pyrwanow, znany bułgarski dziennikarz i lewicowy aktywista.
– “Socjaliści”, cudzysłów nieprzypadkowy – dodaje Pyrwanow – pogrążyli się w wewnątrzpartyjnych sporach. Biurokratyczno-oligarchiczne kliki chwyciły się za gardła i zajmują się sobą nawzajem. Na BSP głosują wymierający coraz szybciej nostalgików po republice ludowej. Bardzo powszechny w Bułgarii sentyment, na którym można by demagogicznie wygrać wybory totalnie przy takim umocowaniu jak to BSP. My tymczasem wyłoniliśmy niezależną kandydatkę, Wanię Grigorową. Uzyskała 10 tys. głosów prowadząc najbardziej minimalistycznymi środkami kampanię w całym kraju z pomocą bardzo niewielkiego sztabem. Ci ludzie, którzy oddali na nią głos, to “nasi” ludzie, teraz czas na konsolidację i poszerzanie kręgu sympatyków oraz przygotowania dalszych politycznych działań. Spodziewaliśmy się tyle – choć mieliśmy nadzieję na więcej – i nasze oczekiwania okazały się realne. To dobry punkt startowy dla nowej lewicy w Bułgarii. Stara już odchodzi w totalny niebyt. Ta partia, mam na myśli BSP, nie przyciągnie już nikogo nowego, choćby nawet zaproponowała jakieś rzeczywiście lewicowe postulaty, bo zniszczyła swój wizerunek totalnie. Starzy fanatycy głosują na nią siłą inercji – ocenia Pyrwanow.
W Grecji zaś klęska lewicy w wyborach europarlamentarnych, podobnie jak w Polsce, przełoży się z pewnością na architekturę krajowej sceny politycznej. Alexis Tsipras zapowiada podanie rządu do dymisji po tym, jak prawicowa Nowa Demokracja uzyskała przewagę nad stronnictwem rządowym na poziomie 10 punktów procentowych.
Kurs na NATO
Wybory do Parlamentu Europejskiego w Grecji były tylko kropką nad i nieudolnych rządów Tsiprasa, który tuż po tym jak sześć lat temu wygrał zapowiedzią wojny przeciwko polityce cięć i dyktatowi europejskiej i światowej finansjery, skapitulował już po pierwszych negocjacjach. Skutkiem tego wprowadzono pakiety “reform”, które sprowadziły Grecję na drogę cywilizacyjnej katastrofy. Po wdrożeniu kilku “pakietów ratunkowych” rękami Tsiprasa i kierowanej przez niego SYRIZY, podpisano także wyjątkowo niepopularne w Grecji porozumienie ws. zmiany oficjalnej nazwy najmniejsze postjugosłowiańskiej republiki na Macedonia Północna.
Eurowybory utrwaliły więc euroatlantycki kurs także w Atenach.
Prawica nabrała wiatru w żagle także w Rumunii, kraju z niemal identyczną do polskiej proamerykańską i prozachodnią szajbą. Lewica traci dramatycznie, Narodowa Partia Liberalna otrzymuje 26,95 proc. głosów. Rządząca Partia Socjaldemokratyczna otrzymuje 23,44 proc. Jest to dramatyczna klęska, spadek poparcia o ponad 20 punktów procentowych w stosunku do wyniku wyborów parlamentarnych w 2016 r. Inna grupa opozycyjna – Unia 2020 (stronnictwo byłego komisarza UE i głównego technokraty Daciana Ciolosa) uzyskało 20,08 proc. Europarlamentarzystów doczekała się także partia Victora Ponty Pro România, która otrzymała 6,74 proc. Demokratyczną Unię Węgrów w Rumunii (6,62 proc) i partię byłego prezydenta Traiana Basescu (Ruch Ludowy) wsparło 5,42 proc. wyborców. Ku pełnej radości prawicowych wyborców dziś, dzień po wyborach, przywódca Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea został skutecznie skazany na 3,5 roku więzienia. Oznacza to koniec jego kariery politycznej.
– To nie były wybory, tylko polowanie na czarownice. Wiedźmą był Dragnea. Osobiście nie mam do niego jakichś bardzo ciepłych uczuć, ale warto zdawać sobie sprawę z kontekstu. Socjaldemokraci stracili bardzo dużo, pomimo że udało im się zorganizować podwyżki dla lekarzy i nauczycieli. Jednak w Rumunii magicznym słowem jest “korupcja”. Dragnea był zaangażowany w różne korupcyjne schematy, a partia, gdy sformułowano wobec niego oskarżenia, próbowała dokonać takich zmian w systemie prawnym, aby za takie zarzuty jakie wobec niego wysunięto, nie można było zostać skutecznie ukaranym. W ten sposób powstał pretekst do kolejnej antykorupcyjnej histerii, którą prawica znakomicie wykorzystała, a wielu, zwłaszcza młodych ludzi z pretensjami do europejskości i nowoczesności to “kupiło”. Po prostu wytworzono tu taką kulturę polityczną, która każe ludziom wnioskować, że jeśli pozbędziemy się korupcji, to kraj nagle zakwitnie i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To skutecznie odwraca uwagę od rozwiązań, które nasza prawica proponuje, a są one na poziomie troglodycko-neoliberalnym. Kult własności prywatnej i prywatyzacji jak powtórka z obłędu lat 90. I ta walka dobra ze złem… To nie jest polityka, albo przynajmniej nie jest to polityka poważna – konstatuje w rozmowie z nami rumuńska lewicowa dziennikarka i akademiczka Maria Cernat.
Neoliberalizm i straszenie
Na Słowacji także doszło do zmian, tyle że nieco mniej oczywistych. Wygrała koalicja Postępowej Słowacji i liberalnej, prawicowej Razem. Uzyskała 20 proc. głosów. Na drugim miejscu uplasował się lider sondaży – socjaldemokratyczny SMER z wynikiem 15,8 proc. Na podium mamy też niestety neofaszystów z LSNS.
– Tak, to jest zwrot na prawo, taki w, rzekłbym, zachodnim stylu – komentuje dla Portalu Strajk Tim Horvath, słowacki aktywista i komentator.
– Zwyciężyła koalicja typu: ekologia, prawa człowieka i w ogóle nowoczesność, Europa, ale jeśli chodzi o gospodarkę to dopuszczalna jest wyłącznie doktryna neoliberalna. Jeżeli chodzi o porażkę SMER-u, to sytuacja jest złożona. Po pierwsze mamy do czynienia z oczywistym zmęczeniem społeczeństwa tą partią i postacią Roberta Fico. Niemniej, przełomowym wydarzeniem było zabójstwo dziennikarza, do którego doszło już ponad rok temu. Media nieprzychylne Fico i duża część establishmentu rozpętała wówczas histeryczną nagonkę na tego człowieka i okazała się ona dość skuteczna, choć rząd nie był zamieszany w to zabójstwo. Nie ma na to żadnych dowodów. Jednocześnie Fico, by przypodobać się ludowi, podjął ryzykowny flirt antyimigrancki i tym samym wpuścił do przestrzeni publicznej demony, które wyeksploatowali skutecznie prawicowi ekstremiści z LSNS. Jeśli zdecydujesz się karmić ludzi strachem, to szykujesz zwycięstwo temu, który postraszy skuteczniej od ciebie, a ludzka wyobraźnia jest bogata. Sytuacja rysuje się bardzo słabo – konstatuje Horvath.
A Węgry? Tam zwyciężył od lat niezwyciężony Victor Orban. Pytamy o opinię lewicowego działacza Lacko Solymara.
– Co mam wam powiedzieć? Straszenie uchodźcami i Unią Europejską wciąż się sprawdza i działa znakomicie. Poza tym kraj albo się rozpada albo, to co się nie rozpadło, przechodzi pod kuratelę biznesowego lub politycznego otoczenia Orbana, który wciąż traktowany jest jako mąż opatrznościowy, bez którego niechybnie zginą Węgrzy, Węgierki i świat. To jest jak słaby trip po LSD. Nie chcę tego dłużej komentować, bo od samego mówienia o tym robi mi się ciężko na duszy i na fizjologii. W Polsce macie chyba podobnie, więc na pewno mnie dobrze rozumiecie, prawda? – pyta retorycznie Solymar.

Zawsze słucham ludzi

Z Małgorzatą Sekuła-Szmajdzińską rozmawia Wincenty Elsner.

Pamiętasz ten dzień? Pierwszego maja 2004 roku. Jak go zapamiętałaś?
Szczerze? Ja nigdy nie kłamię. Samego dnia nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam tego momentu, o którym mielibyśmy powiedzieć, że taka jestem szczęśliwa, że wchodzimy do Unii Europejskiej. Może dlatego, że już od 1989 roku byłam święcie przekonana, że ten moment nadejdzie. Nie wiedziałam oczywiście, kiedy to nastąpi. Ale jestem dumna, że to stało się, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej rządził. Ba, przecież wtedy mój mąż był Ministrem Obrony Narodowej. Podpisanie Traktatu Akcesyjnego było wynikiem ciężkiej pracy wszystkich ministrów rządu Leszka Millera. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę. Jurek też.

A teraz premier Morawiecki twierdzi, że to on wprowadzał Polskę do Unii…
Ech, szkoda słów. To jest takie zacieranie historii, pisanie na nowo. Ale ludzie pamiętają. Ludzie też pamiętają, że w czasie rządów SLD i w czasie, kiedy Jurek był szefem MON-u, podjęto decyzję o zakupie samolotów F-16. Tylko kiedy w 2016 roku była 10. rocznica obecności F-16 na polskim niebie, to słowa nikt nie powiedział o ówczesnych osobach o tym decydujących. Choćby o Januszu Zemke, który był przewodniczącym komisji przetargowej. Nie mówiąc o moim Jurku, który zginął w katastrofie smoleńskiej. A kiedy była ta 10. rocznica, wiele mówiono o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Pomników nie oczekuję, ale o Jurku nie powiedziano ani słowa. Powiem Ci, że… nie zdarza mi się płakać przed telewizorem. Popłakałam się.
To jest bardzo smutne, że rządzący tak instrumentalnie traktują naszą historię. Dzisiaj jest tak, że wszystko, co im jest niewygodne, wycierają gumeczką. I do widzenia.

Mamy bardzo ważny rok. Jest szansa, że za parę miesięcy powiemy do widzenia wszystkim tym, którzy od czterech lat demolują polską demokrację i fałszują historię. Teraz jednak naszym celem jest Bruksela. Kiedy pierwszy raz byłaś w Brukseli?
Do Amsterdamu i Brukseli pierwszy raz pojechałam jako studentka. Razem z koleżanką pracowałyśmy w Kreuth, w Alpach Bawarskich. Potem postanowiłyśmy pojechać autostopem do krajów Beneluxu. To były czasy, kiedy potrzebny był paszport, wizy – okres pobytu za granicą trzeba było wykorzystać.
Szczególnie utkwił mi w pamięci powrót z Brukseli. Wracałam też autostopem, sama, bo koleżanka została dłużej za granicą. Bałam się podróżować nocą. Jedną noc spędziłam na kanapie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. I rano ruszyłam dalej – do Wrocławia.

Pewnie jeszcze nieraz przyjdzie Ci zdrzemnąć się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Gdy nie będzie bezpośredniego lotu z Polski do Brukseli lub Strassburga. A samoloty mają to do siebie, że się spóźniają. Tyle że zamiast plecaka będziesz miała walizkę pełną dokumentów. Nie boisz się wszechobecnej unijnej biurokracji?
Tak, biurokracja jest problemem. Słyszałam ostatnio, że organizacje pożytku publicznego mają problemy z tą okropną biurokracją w Brukseli – gdy korzystają ze środków unijnych. Niestety, w wielu przypadkach jest ona konieczna, chodzi przecież o wydawanie pieniędzy publicznych. Ale myślę, że trzeba usiąść w takim gronie, które o wielu rzeczach decyduje i powiedzieć: no zaraz, nie przesadzajmy. Niech to ma jakiś życiowy, realny wymiar, który będzie miał sens. Znajdźmy jakiś środek. Jest temat. Na pewno trzeba się tym zająć.
Ja zawsze wychodzę z założenia, że trzeba się spotykać z ludźmi i rozmawiać o ich codziennych sprawach oraz problemach. No i oczywiście słuchać też ekspertów, którzy są fachowcami. To jest dla mnie doświadczenie z okresu, kiedy byłam posłanką.

No właśnie. W Sejmie pracowałaś w bardzo ważnych i trudnych komisjach. Twoja działalność parlamentarna została oceniona bardzo wysoko. W rankingu tygodnika „Polityka” trzykrotnie znalazłaś się w dziesiątce najlepszych parlamentarzystów VII kadencji. Jak wyobrażasz sobie pracę w Parlamencie Europejskim? W Sejmie na początku pytano nas, w jakich komisjach chcemy pracować. Co odpowiesz, gdy takie pytanie padnie w Brukseli?
Odpowiedź wcale nie jest łatwa. Może wynika z faktu, że różnymi rzeczami się interesuję. Bo oczywiście to najprostsze: prawniczka, była w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka i w Komisji Kodyfikacyjnej – to pewnie do podobnych komisji powinna trafić w Parlamencie Europejskim. Być może… Być może do tej dotyczącej praw człowieka.
Gdy jednak myślę o sprawach będących wyzwaniami dzisiejszej Unii, na przykład o wielkim marnotrawstwie żywności w sytej Europie. O tym, co powinno stać się standardem, o zamkniętym obiegu gospodarczym, czyli o recyklingu. To są tematy niesamowicie ważne i interesujące. Ja sobie to wszystko przemyślę. Też nie można tak się zachowywać… Jeszcze mnie tam nie ma, a już sobie wybrałam. Trochę skromności, drogi Kolego.

Wobec tego wracamy do Polski. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startują w ramach Koalicji Europejskiej. Wraz z polityczkami i politykami PO, PSL, Nowoczesnej i Zielonych. Jak się odnajdujesz w tak różnorodnym towarzystwie?
Tak naprawdę każdy musi robić swoje. My właściwie spotykamy się w tym gronie tylko na konferencjach prasowych. Jest mi oczywiście bardzo miło, gdy słyszę jak koledzy i koleżanki z innych partii wyrażają się o mnie w ciepłych słowach. Ale to wynika z tego, że znają mnie z czasów wspólnej pracy parlamentarnej. Jest jednak rzeczą oczywistą, że każdy walczy o swoje.
Ta kampania ma właściwie dwa oblicza. Jedno to jest to, co my robimy wspólnie – głównie te konferencje. A pozostała robota – ta najważniejsza i najtrudniejsza – to docieranie do swojego elektoratu, bądź elektoratu niezdecydowanego. Albo elektoratu, który jest teoretycznie w naszym zasięgu. Ale trzeba go do siebie przekonać. To jest naprawdę bardzo dużo pracy, nieporównywalnie więcej niż w wyborach parlamentarnych, gdzie ma się kilkanaście powiatów. A tu są dwa województwa: cały Dolny Śląsk i Opolszczyzna. Dlatego chciałabym podziękować kolegom i koleżankom, którzy mnie bardzo wspierają i wszystko to organizują. Efekt końcowy będzie zależny od tego, do ilu osób uda nam się dotrzeć.
Powiem tak: wykonujemy co trzeba. To, co do nas należy. Śmiejemy się z sondaży, bo ciągle coś innego pokazują. Prawdziwy sondaż będzie 26 maja.

Co będzie miało decydujący wpływ na wynik tego „prawdziwego sondażu” 26 maja?
Zapewne wiele czynników. Powiem o jednym. Byłam przerażona, a właściwie nie przerażona, a zasmucona, gdy dowiedziałam się, że są gminy, gdzie w wyborach europejskich chodzi głosować 11 procent wyborców. Błagam – niech to się zmieni! Świadomość wielu naszych obywatelek i obywateli musi ulec zmianie. Jak się komuś wydaje, że ta Europa, ta Bruksela jest tak daleko… Nie – jest na wyciągnięcie ręki. I masa rzeczy związanych z rozwojem naszego kraju tam się zaczyna. Nasza pozycja i stabilizacja, przyszłość całej Europy. To jest ogromnie ważna rzecz. Więc proszę Państwa wszystkich, żebyście głosowali. A te 11 procent niech to będą tylko bajki z przeszłości.

Ostatnie pytanie. Wiemy, jaka była Europa kiedyś. Widzimy, jaka jest dzisiaj. Nie pytam Cię o Twoje marzenia w perspektywie miesiąca. Bo każdy, kto startuje w wyborach, marzy by je wygrać. Ale powiedz, jak powinna wyglądać Europa i Polska za piętnaście lat – gdy będziemy świętowali trzydziestolecie przystąpienia do Unii Europejskiej?
To jest jedno z najważniejszych zadań. Żeby standard życia w Polsce systematycznie się podnosił. Żebyśmy mogli stopniowo dorównywać tym, którzy dzisiaj są w lepszej od nas sytuacji. Żeby nasze dzieci i wnuki miały większy komfort życia we wspólnej Europie.

A szczególne zadania dla lewicy…
No to są właśnie zadania dla lewicy. Podniesienie poziomu życia – wyższe płace, szczególnie w mniej zamożnych krajach Unii – o tym lewica mówi przed wyborami europejskimi. Na przykład, jaka powinna być minimalna płaca i emerytura we wszystkich państwach Unii. To powinno być zrobione na poziomie unijnym i powinniśmy do tego dążyć. Będzie to prowadziło do wyrównania szans pracowników, w tym również ludzi młodych, w różnych krajach. By nie musieli wyjeżdżać „za chlebem” za granicę. Nigdy nie twierdziłam, że wszyscy musimy być milionerami. Ale najważniejszym jest, aby każdego stać było na godne, dostatnie i spokojne życie.

A euro…
No właśnie. Jak to jest z tą walutą euro? Wchodziliśmy w gronie 10 państw do Unii Europejskiej, a obecnie w siedmiu z nich jest już euro. Nie ma tylko u nas, nie ma na Węgrzech i nie ma w Czechach. To jest kolejny super ważny temat do dyskutowania. Przecież to jest procedura, której nie da się załatwić w 3 lata. To jest temat do dyskusji z ekspertami – ale ona musi się toczyć, bo już od dawna takiej debaty właściwie nie ma.
Wiem, że nie poruszyliśmy wielu tematów. Ale tak jak powiedziałaś, przede wszystkim mamy pracę do wykonania. Byśmy za dwa tygodnie mogli powiedzieć, że Dolny Śląsk, Opolszczyzna i Sojusz Lewicy Demokratycznej mają swoją reprezentantkę w Parlamencie Europejskim.
Proszę o Wasz Głos. Lista numer 3 Koalicji Europejskiej. Miejsce 3. Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Serdecznie pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny”.

Najważniejsza debata nowoczesnej Europy

Debata „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” przyciągnęła uwagę nie tylko składem dyskutantów, ale i tym co jedni z najbardziej doświadczonych polityków w Europie mają do powiedzenia na temat przyszłości Unii Europejskiej.

– Jesteśmy w jednym z najważniejszych punktów kampanii. Wczoraj komentowane były słowa Donalda Tuska, ale on tylko zadawał pytania, ale na nie nie odpowiedział. Dzisiaj zrobią to Włodzimierz Cimoszewicz, Frans Timmermans oraz Aleksander Kwaśniewski – mówił Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD rozpoczynając debatę. – Musimy nie tylko stawiać pytania o wyzwania przyszłości UE i Europy, o zmiany klimatyczne, o wykluczenie cyfrowe – zwłaszcza osób starszych – o zwiększającą się robotyzację, ale i znajdywać rozwiązania – ocenił Czarzasty. – Europejska i Polska socjaldemokracja umie to zrobić i dlatego właśnie to będzie najważniejsza debata tej kampanii, bo biorą w niej udział poważni politycy. Szczególnie dziękuję za udział naszemu kandydatowi na szefa Komisji Europejskiej Fransowi Timmermansowi – podkreślił lider Sojuszu.

Okiem prezydenta

– Co jest alternatywą dla naszej Europy? Nie jest to Europa, które może polegać na cofnięciu się do Europy narodów. Alternatywą dla tej Europy jest dezintegracja Europy, jej koniec, powrót do nacjonalizmów, egoizmów, konfliktów, które Europę w XX wieku skutecznie rujnowały – powiedział podczas debaty były prezydent Aleksander Kwaśniewski, który jako pierwszy zabrał głos w dyskusji. – Nie można pozwolić, by wyborcy zostali zwiedzeni nowymi szatami przez rządzących – dodał Kwaśniewski. – Europejskie flagi zostały wyciągnięte z piwnic, nie powinniśmy wierzyć w tę przemianę PiS, to jest PR-owy trick – kontynuował były prezydent.
– Straciliśmy w Polsce umiejętność działania ponad podziałami. Nastąpiła polaryzacja i dotyczy ona również spraw europejskich – ocenił prezydent dwóch kadencji i wskazał, iż to czołowe instytucje Unii Europejskiej muszą w bardziej przystępny sposób komunikować się z Europejkami i Europejczykami i „w sposób jasny i przystępny tłumaczyć i komunikować swoje decyzje”. – Nie ma sprzeczności między patriotyzmem a europejskością. Dylemat ten staje się miniony w XXI wieku. Żyjemy w innym świecie. Dzisiaj prawdziwy polski patriota to ten, który walczy o obecność Polski w Europie – powiedział Aleksander Kwaśniewski.

Jak zmieniać Unię

W debacie „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” jako drugi głos zabrał były premier i minister spraw zagranicznych RP, który opowiedział się za dalszą integracją krajów tworzących Unię Europejską. – Konkretne elementy polityki, które musimy wprowadzić w UE: wspólna polityka zagraniczna – zwłaszcza wobec Rosji i państw Afryki – wspólna polityka obronna; wspólna polityka socjalna oraz wspólny program onkologiczny.
Włodzimierz Cimoszewicz wskazywał, iż musi powrócić zrozumienie dla idei solidarności europejskiej w wymiarze gospodarczym. – Kraje bogatsze muszą zrozumieć, że zmniejszanie napięć społecznych i płacowych w krajach mniej zamożnych leży także w ich interesie. W całym świecie odbywają się procesy społeczne, które zwiększają frustracje. O jednym z nich wiemy, to natężające się różnice dochodów – ocenił były premier.

Wezwanie z Brukseli

Frans Timmermans zwrócił się do Polek i Polaków z pozytywnym przesłaniem: „Mój ojciec nie jest teraz w najlepszym stanie, zapomina o bardzo wielu rzeczach i osobach, ale nie zapomina polskich żołnierzy, którzy byli w jego domu, gdy był dzieckiem. Musiałem powiedzieć o tych odważnych ludziach, dlatego, że większość z nich nigdy nie była świadkami wolnej Polski, a Polska w UE jest dzisiaj nagrodą dla ludzi, którzy wyzwalali ogromne tereny Europy. Dlatego Polska zawsze będzie musiała być wiodącym krajem Europy Nie ma nikogo, kto zatrzymywałby Polskę w Europie. Jedynymi na tej drodze mogą być sami Polacy. Jestem pewien, że prawie 100 proc. Polaków, bez względu na sympatie polityczne, chce, by Polska pełniła wiodącą rolę w Europie”.
Kandydat europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej podkreślił, iż wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej oraz walka z unikaniem płacenia podatków przez korporacje będą priorytetami lewicy w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. – Esencją naszego ruchu politycznego – socjaldemokracji – jest redystrybucja: dochodów, władzy, bogactw naturalnych, prestiżu. Sprawiedliwy podział dóbr to istota lewicowości.
– Wielkie korporacje unikają w Europie podatków! To niedopuszczalne! Potrzebujemy europejskiej umowy: każdy, kto uzyskuje w Europie dochody, musi także w Europie płacić podatki! Musimy także ustalić minimalny podatek dla przedsiębiorstw w całej UE – podkreślił Timmermans. – Zdarza się, że te same firmy płacą za tę samą pracę mniej w jednym kraju UE, a więcej w innym, uzasadniają to niższymi kosztami życia. Ale ten argument już nie jest prawdziwy! Płace w Polsce są za niskie. Potrzebujemy europejskiej płacy minimalnej! – oświadczył. – Musimy zapewnić godziwe warunki pracy i płacy w krajach Europy Środkowej, mieszkańcy tych krajów nie mogą być zmuszani, by wyjeżdżać w poszukiwania większych zarobków do innych krajów UE, muszą godnie zarabiać u siebie! – kontynuował. – Musimy skończyć z zatrudnianiem ludzi za 3 euro za godzinę – dodał.
Jednym z narzędzi do uzyskanie tego celu, które wskazał pierwszy zastępca szefa KE jest wzmocnienie układów zbiorowych oraz związków zawodowych. Należy wesprzeć pracowników w trakcie 4. rewolucji przemysłowej, inaczej będzie presja na niskie płace – podkreślił Timmermans.
Debatę „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” poprowadziła Anna Skrzypek z think-tanku FEPS.

***

Zapowiedź, że będzie to najważniejsza debata obecnej kampanii wyborczej, spełniło się. Pokazała, że jedynie lewica dysponuje perspektywą nie tylko polską, ale europejską. Prezydent Aleksander Kwaśniewski zauważył, że nadchodzące wybory nie będą jak każde dotychczasowe. Faktycznie – zdecydują nie tylko o tym, jakie nazwiska będą reprezentowały Polskę w Parlamencie Europejskim, czy co ta czy inna opcja Polsce „załatwi”, ale o tym, w jakiej Europie się znajdziemy. Tym razem bowiem gra toczy się o bardzo wysoką stawkę – o sam przyszły kształt Unii Europejskiej, wręcz o jej „być albo nie być”. Podkreślali to dobitnie także pozostali paneliści. Włodzimierz Cimoszewicz przywołał przykłady innych organizacji międzynarodowych – m.in. ONZ, OBWE, Rady Europy – które na pewnym etapie swojej działalności stworzyły nowe jakości, zmieniły świat, ale nie były w stanie podjąć wyzwań w zmienionych okolicznościach, weszły w fazę uwiądu. Taka groźba rysuje się teraz również i przed Unią Europejską, a siły działające na rzecz jej dezintegracji czają się nie tylko w Polsce i związane są nie tylko z jedną opcją polityczną. W tym kontekście sprowadzanie wagi wyborów 26 czerwca tylko do doraźnych wyborczych obietnic jest po prostu nieodpowiedzialne.
Tak też należy odczytać apel Fransa Timmermansa, który zawarł w swojej końcowej wypowiedzi. Przypomniał Europę sprzed lat trzydziestu, podzieloną murem, Europę sprzed lat piętnastu, gdy doszło do największego w jej dziejach jej rozszerzenia, w ramach którego Polska stała się jaj państwem członkowskim, i Europę dzisiejszą, stojącą przed nowymi zupełnie zagrożeniami, które musi pokonać. I postawił pytanie: „W jakiej Europie chcielibyśmy się znaleźć za kolejne piętnaście lat?” O tym bowiem w tych wyborach zdecydujemy.
Grzegorz Waliński