Osobno a nie razem

Wśród politycznych elit trwają ożywione dysputy na temat tworzenia szerokiej koalicji mającej na celu odsunięcie PiS od władzy.

Utworzenie takiej koalicji niewątpliwie leży w interesie Platformy Obywatelskiej co umocniłoby jej rolę najważniejszego gracza w szeregach opozycji. Szeroka koalicja to także szansa dla ratującej się przed upadkiem Nowoczesnej oraz być może niektórych polityków z kręgu marginalnego koalicjanta uosabianego przez Barbarę Nowacką. Wątpliwa natomiast jest sensowność przystępowania do koalicji przez PSL i SLD. Jedynym argumentem na rzecz włączenia się w projekt PO jest obawa przed nieosiągnięciem progu wyborczego. Na którego progu oba te ugrupowania balansują. Jednak PSL już niejednokrotnie tak balansowało, również poniżej progu, a jednak zawsze wprowadzało swoich ludzi do Sejmu. SLD natomiast najwyraźniej boi się powtórki z ostatnich wyborów skutkujących brakiem parlamentarnej reprezentacji.
Pojawia się jednak pytanie, czy taki koalicyjny wariant jest korzystny dla lewicy. Start w ramach szerokiego opozycyjnego frontu mógłby wprawdzie dać poselskie mandaty kilku czołowym politykom SLD jednak już nie przedstawicielom struktur sojuszniczych. Chyba nie po to utworzono blok SLD Lewica Razem aby przyklejać się do prawicowej Platformy. Ponadto ewentualny start lewicy do spółki z blokiem prawicowo-chadecko-liberalnym mógłby dla lewicowych wyborców być na tyle niezrozumiały, że mógłby niemałą ich część odstręczyć od udziału w wybory. Pozostałej zaś części lewicowego elektoratu przypadłaby natomiast rola napędzania głosów liberałom i chadekom. Robiliby zatem za jeleni, które są wprawdzie pożytecznymi zwierzętami jednak niekoniecznie na okoliczność wyborów.
Niektórzy politycy lewicy dali sobie narzucić lansowaną przez Koalicję Obywatelską, jak to się ostatnio modnie mówi, narrację traktującą na równi wybory europejskie i krajowe. O ile w przypadku wyborów do Sejmu w ewentualnej szerokiej koalicji anty-PiS można by się od biedy doszukiwać jakiegoś racjonalnego uzasadnienia o tyle koncepcja wspólnej listy w eurowyborach jest pozbawiona sensu. Między oby tymi głosowaniami zachodzi bowiem istotna różnica. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie chodzi o uwalenie PiS, ponieważ ugrupowanie to nie jest w stanie zdominować Europarlamentu nawet gdyby w Polsce zdobyło 100 procent głosów, a to który z bloków będzie miał więcej europosłów ma znaczenie wyłącznie prestiżowe. Start do spółki z PO dla Nowoczesnej a zwłaszcza dla Barbary Nowackiej może być czymś w rodzaju gwarancji załapania się do Europarlamentu. Jednak już nie dla lewicowych koalicjantów SLD, których szanse na umieszczenie na biorących miejscach listy wielkiej koalicji są raczej minimalne. Można by co prawda wspólny start do Europarlamentu potraktować jak sprawdzian przed wyborami sejmowymi. Jednak efekty takiego sprawdzianu będą zerowe. Fakt ewentualnego załapania się kilku polityków lewicy na europejskie mandaty nie będzie oznaczał żadnej wskazówki co do strategii w wyborach do Sejmu. Co najwyżej może świadczyć o tym, że zachowawcza postawa zapewnia mandaty kilku preferowanym osobom. Przy czym nie jest powiedziane, że liczba lewicowych posłów z łaski PO byłaby większa niż w przypadku przekroczenia przez lewicę progu wyborczego. Natomiast samodzielny start dawałby możliwość rozeznania co do społecznego poparcia a zatem szans w ważniejszych niż europejskie wyborach do Sejmu co z kolei pozwoliłoby na opracowanie strategii działania na okoliczność wyborów parlamentarnych. Start ze wspólnej antypisowskiej listy możliwość taką wyklucza.
Do tej pory PiS narzucało tematy publicznej dyskusji powodując reakcję ze strony opozycji. Jednak przed wyborami europejskimi Platforma przejęła inicjatywę proponując dychotomiczny podział na tych, którzy chcą wyjść z Unii i tych, którzy chcieliby w niej pozostać. PiS zareagowało tak jak powinno odkurzając szmatę w postaci flagi UE oraz ogłaszając, że w życiu Unii nie opuści, gdyż Polska jest sercem Europy. Dzięki temu przeciętnego wyborcę nie wnikającego w autentyczność i prawdomówność deklaracji PiS postawiono przed dylematem osiołka: który żłób wybrać, ten z owsem czy ten, gdzie jest siano.
Na podobny podział dała się również złapać znacząca część lewicy przyłączając się do koalicyjnego chóru powtarzając, iż PiS chce Polskę wyprowadzić z Unii. Takie podejście nie wydaje się być do końca przemyślane. Wprawdzie Kaczyńskiemu i jego ekipie nie w smak jest unijne korygowanie antykonstytucyjnych decyzji, to jednak prawdopodobnie dostrzegają to, że z tej antypolskiej Unii płyną do nas jakieś pieniądze a współfinansowane przez UE inwestycje przyczyniają się do lepszego wizerunku tzw. dobrej zmiany. Biorąc pod uwagę pisowską retorykę a także kontakty z podobnie rozumującym siłami w Europie można dojść do wniosku, że PiS i jego zagraniczni sprzymierzeńcy bynajmniej nie chcą opuszczać Unii, lecz starają się kształtować ją na swoją modłę – chrześcijańską, ksenofobiczną i antyimigracyjną.
Tymczasem aby się na tle tego koalicyjnego chóru wyróżnić a także by zainteresować wyborców samymi wyborami lewica powinna promować bardziej oryginalne i zgodne z lewicowymi wartościami hasła niż lakoniczny slogan „Europa”. I nie udawać, że Unia Europejska jest wzorem doskonałości nie wymagającym reformowania oddając pole do mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki nacjonalistycznej prawicy. Wielu polityków i to nie tylko z antyunijnej prawicy dostrzega konieczność reformowania UE, lecz nie w kierunku chrystianizacji i nacjonalistycznej ksenofobii. Lewica powinna optować za bardziej demokratyczną i socjalną Unią, za Unią z bardziej ludzką twarzą. Powinna proponować ograniczenie uprawnień i kompetencji niewybieralnej brukselskiej administracji na rzecz zwiększenia decyzyjnej roli parlamentu Europejskiego, co pozwoli wyborcom zrozumieć, że eurogłosowanie ma jakiś sens.
Również w przypadku wyborów parlamentarnych nie wystarczy powtarzanie koalicyjnego hasła „Konstytucja”, które może być nośne i zrozumiałe głównie w kręgach liberalno-intelektualnych, które jednak nie stanowią większości wyborców. Lewicy natomiast powinno zależeć na pozyskaniu tych wszystkich, który nie tylko nie korzystają lecz wręcz tracą na polityce tzw. dobrej zmiany. A jak wiadomo jest ich nie mało. Rezygnując z samodzielnego startu w wyborach lewica pozbawia się dużej części swojej programowej tożsamości godząc się na rolę przystawki do posiadającej władcze ambicje Platformy Obywatelskiej. Argumentem na rzecz szerokiej opozycyjnej koalicji jest odebranie PiS-owi władzy. Cel ten można jednak również osiągnąć i wówczas, gdy ugrupowania opozycyjne osiągną w sumie taki wynik, który pozbawiłby PiS sejmowej większości. Dodatkowo taką szansę stwarza Wiosna Roberta Biedronia przyczyniając się, jak na razie, do utraty przez PiS sondażowych punktów procentowych. Dopiero po wyborach przyjdzie czas na wybór odpowiedniej taktyki w zależności od tego jaką ilość mandatów zdobędzie PiS wraz z przybudówkami. Jeżeli nie uzyska bezwzględnej większości, to znając talenty koalicyjne tej formacji można by oczekiwać utworzenia przez nią rządu mniejszościowego, którego pomysły mogłaby blokować opozycyjna większość bez wchodzenia w zinstytucjonalizowane alianse – tym bardziej przed wyborami. Są tego przykłady na świecie, wystarczy sobie poczytać i wyciągnąć wnioski.
Można wprawdzie w najnowszej historii znaleźć przykłady głosowania negatywnego, które dzięki mobilizacji całego spektrum politycznego uniemożliwiło zwycięstwo skrajnej prawicy. Były to jednak głosowania zero-jedynkowe na zasadzie alternatywy rozłącznej: albo-albo. Chodziło tu o prosty wybór między konkretnymi politykami, którym zjednoczona koalicja była w stanie uniemożliwić wygranie wyborów. Tak było we Francji w 2002 r., kiedy to Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym na jego prawicowego kontrkandydata Jacquesa Chiraca zagłosowała zgrzytając zębami francuska lewica. Drugi przykład mniejszego kalibru to ostatnie wybory wojewody w słowackiej Bańskiej Bystrzycy. Aby usunąć ze stołka dotychczasowego włodarza, przywódcę neofaszystowskiego ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja Mariana Kotlebę wszystkie pozostałe liczące się siły polityczne porozumiały się co do wystawienia w wyborach jednego kontrkandydata nie powiązanego z żadną partią. Taka mobilizacja miała sens i przyniosła zamierzony efekt. Kotleba przegrał wybory a jego następcą został bezpartyjny przedsiębiorca Ján Lunter. Jednak przedwyborcza sytuacja w Polsce jest bardziej skomplikowana co powinno wymagać bardziej wnikliwej analizy niż posługiwanie się prostymi, lecz pozbawionymi głębszej treści hasłami typu „Europa” i „Konstytucja”.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz – w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen – w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny, świadomi, że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli – kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii, RFN, Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS). Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich była dla polityków francuskich nie do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach, przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw – to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on – w trudnej sytuacji bojowej – podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN. „Przecież sojusznika nie można dyskryminować” – twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem – jego zdaniem – RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni – Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt – promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było – „Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury. Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji. Antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka – zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony – nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne.
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Eurowirówka

Bez echa i głębszej refleksji przemknęła przez polskie media informacja, że oto państwa, członkowie Unii Europejskiej, zgodziły się na ostatnim szczycie swoich przywódców, na utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Zupełnie niezasłużenie, gdyż jest to jedna z najważniejszych decyzji politycznych Unii Europejskiej ostatnich dwóch dekad.

 

Wspólny budżet strefy euro jest niewątpliwie istotnym krokiem w kierunku dalszej integracji Starego Kontynentu. Wspólne wartości jako spoiwo UE okazały się nazbyt mało odporne na ataki mniej lub bardziej zakamuflowanych eurosceptyków, dlatego wiodące gospodarczo i polityczne państwa, zdecydowane kontynuować proces integracji, postanowiły uzupełnić to spoiwo szczególnie mocno wiążącym składnikiem – pieniądzem. Jeden budżet, a dalej jeden system podatkowy, i kto wie, jeden system ubezpieczeń społecznych – to może być nie tylko dla gospodarki bardzo sexy. Z doniesień z grudniowego szczytu przywódców państw Wspólnoty wynika, że przyjęto wersję „miękką” wprowadzania wspólnego dla strefy euro budżetu. Ministrowie finansów zostali zobowiązani do przyspieszenia prac nad budżetowym instrumentarium, tak, aby euro-budżet mógł stać się częścią wieloletniego planowania finansowego UE. Państwa członkowskie, które nie przyjęły europejskiej waluty będą współuczestniczyć w tworzeniu tego instrumentarium – prawdopodobnie na zasadach wypracowanych już dla uczestnictwa ministrów finansów tych państwa w spotkaniach ich kolegów ze strefy euro – prawdopodobnie z podobną, mocno ograniczoną, siłą decyzyjną.

Odrębnego budżetu strefy euro nie tworzy się dla „odfajkowania” na liście zadań do wykonania. Ten budżet ma swoje ważne zadania gospodarcze, polityczne i społeczne. Dlatego warto przyglądać się jego tworzeniu i ewolucji. Sprawa pierwsza: parlament. W klasycznej formule demokracji jednym z głównych zadań parlamentu jest właśnie zatwierdzanie budżetu i rozpatrywanie sprawozdania z jego wykonania. Ponieważ, przynajmniej w początkowej fazie, wspólny budżet ma być częścią wieloletnich ram finansowych UE, to Parlament Europejski będzie prawdopodobnie zatwierdzał jego projekt i udzielał absolutorium z jego realizacji. Ale czy można takie, sztuczne bądź co bądź z punktu widzenia podatnika strefy euro rozwiązanie uznać za trwałe? Jaka będzie sprawcza rola krajów spoza Eurolandu w tworzeniu jego budżetu? Kolejne pytanie: na jakiej podstawie udzielane będzie absolutorium? Innymi słowy kto będzie zewnętrznym, niezależnym audytorem wykonania tego budżetu, prezentującym parlamentowi swoją opinię? Europejski Trybunał Obrachunkowy? Jeżeli tak, to będzie on musiał przejść istotną modernizację wewnętrzną co najmniej powołując w swojej strukturze odrębną izbę dla realizacji tego celu.

Podstawowe jednak pytanie to to, jak wyodrębnienie budżetu krajów Euro wpłynie na sytuację w Europie. Niewątpliwie dotychczasowy Eurolandu zyska nowe, mocne polityczne znaczenie, wytworzy się jakiś nowy ośrodek polityczny, którego decyzje finansowe i gospodarcze przekładać się będą na politykę i stosunki społeczne w całej Unii. Nie wykluczone, że długofalowym efektem tego rozstrzygnięcia będzie przeniesienie centrum decyzyjnego poza Parlament Europejski i Radę. Parlament Europejski przekształcać się będzie w Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy Bis, a więc w strukturę o cechach dużego klubu dyskusyjnego. Euroland natomiast przyspieszy z reformami ekonomicznymi na swoim obszarze a pozostałe państwa, niczym w wirówce, przesuwane będą na coraz odleglejsze od tego centrum rejony, Europa dwóch prędkości stanie się faktem.

Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Zapowiedź realizacji projektu wspólnego budżetu strefy euro na porządku dziennym stawia w Polsce pytanie: co z naszym członkostwem w tej strefie? Straciliśmy dużo czasu odwlekając decyzję w tej sprawie ad calendas graecas. Dalej odwlekać nie można. Póki co tylko Robert Biedroń ogłosił, że opowiada się za jak najszybszym przyjęciem Euro w Polsce. A pozostałe partie? Żadna ze startujących partii, a tym bardziej zapowiadana proeuropejska, antypisowska koalicja, nie ucieknie przed jasną, jednoznaczną, wiarygodną odpowiedzią na to pytanie. I im wcześniej się to stanie – tym lepiej.

 

Tekst ukazał się na blogu Jacka Uczkiewicza „Wołania na puszczy”.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Kochaj albo rzuć

Bezprecedensowe ogólnopartyjne referendum, przeprowadzone wśród członkiń i członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ma pokazać jak rządzi się partią demokratyczną w czasach zarazy.

 

Kiedy panuje zaraza potrzebna jest miłość. Miłość, która pojedna tych, co do tej pory nie za bardzo się kochali, albo kochać w ogóle nie chcieli. W obecnej sytuacji wyjścia są dwa: kochaj albo rzuć!
Do kochania potrzebny jest koalicjant. Kto ma nim być wypowiedzą się członkinie i członkowie SLD w ogólnopartyjnym referendum. 15 grudnia Rada Krajowa SLD ma podjąć decyzję o zwołaniu referendum dotyczącego form współpracy przed wyborami do Sejmu. Działacze i działaczki wypowiedzą się czy w wyborach do parlamentu polskiego pójdziemy sami czy w koalicji. Jeżeli w koalicji, to w jakiej? Warianty są trzy: SLD idzie do wyborów samemu, w koalicyjnym bloku lewicowym lub w szerokim bloku zwanym „konstytucyjnym”, który ma być w kontrze do tego antykonstytucyjnego. Podobne koalicje samorządowe pokazały, że w jedności jest jednak siła. Przykładem jest chociażby Łódź. Samodzielny start SLD-Lewica Razem do sejmiku wojewódzkiego zakończył się totalną klęską. SLD nie zdobyło żadnego mandatu, a Koalicja Obywatelska nie osiągnęła większości i w łódzkim sejmiku obecnie rządzi PiS. W wyborach do Rady Miejskiej SLD poszło w szerokiej koalicji w Komitecie Wyborczym Wyborców Hanny Zdanowskiej i dzięki temu w łódzkiej Radzie Miejskiej ma siedmioosobowy klub radnych. Ponieważ interes wspólny stał się nadrzędny, można dziś cieszyć się obecnością Sojuszu w łódzkiej radzie. Wybory samorządowe pokazały również, że bez SLD i PSL nie da się rządzić w sejmikach.
To, że chce się angażować oddolnie ludzi w partii, aby podejmowali tak istotne decyzje dla swojej formacji, jest ważne i szlachetne. Referendum ma więc dać mandat szefowi partii do podjęcia rozmów koalicyjnych z wybranymi podmiotami. W przypadku sukcesu wyborczego świętować będą wszyscy, porażka zazwyczaj jest sierotą, chociaż w tym przypadku winę poniosą Ci, którzy opowiedzieli się w referendum za danym wariantem. Z uwagi na to, że referendum będzie tajne, wątpliwe, aby sprawcy sami się ujawnili. Jednym skreśleniem członkowie zadecydują o dalszych losach partii. Każdy głos będzie miał ogromne znaczenie. Misją szefa partii jest wprowadzenie SLD do Sejmu i stworzenie bloku. Jaką drogą się to odbędzie mają zadecydować członkinie i członkowie formacji. Włodzimierz Czarzasty pragnie, aby „ludzie zapamiętali, że SLD wypadło z Sejmu przez własną głupotę i wróciło przez własną mądrość”.
Należy zaznaczyć, że samo referendum nie rozwiąże rożnych kwestii, które zaczną się pojawiać niebawem. Pierwsza to taka: Kto z ramienia SLD będzie prowadził rozmowy koalicyjne? (jeżeli członkinie i członkowie partii zdecydują, że zawiązujemy szeroką koalicje). To pytanie jest bardzo istotne w kontekście warunków, na jakich takie porozumienie zostanie zawarte. Każda formacja przystępująca do rozmów powinna być pomiotem, a nie przedmiotem. Pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące zasad podpisania porozumienia. W wyborach do Sejmu mamy 41 okręgów, a do Senatu mamy 100 okręgów jednomandatowych. Ile miejsc na listach dostaną poszczególni koalicjanci i jakie to będą miejsca – to bardzo istotne kwestie, które trzeba będzie wynegocjować. Pamiętajmy, że to ludzie są największą wartości. W polskim parlamencie przyda się więcej osób mądrych, szlachetnych, uczciwych i odpowiedzialnych, dla których największą wartością będzie dobro obywateli i obywatelek, a nie profity uzyskane dzięki rządzeniu.
Nie zapominajmy, że najważniejszym celem będzie jednak dla wszystkich partnerów koalicyjnych odsunięcie sił antydemokratycznych i antyeuropejskich od władzy. Wspólnym mianownikiem będzie więc Europa i Konstytucja. Nie ulega wątpliwości, że aby odsunąć PiS od władzy, przy obecnym systemie wyborczym, trzeba się zjednoczyć.
Dlatego tak ważne jest stworzenie zespołu wewnątrz partyjnych struktur, który poprowadzi rozmowy o przyszłości startu. Kwestia zachowania parytetu w zespole udowodni naszym partnerom, że Sojusz jest rzeczywiście partią demokratyczną i szanuje równość płci.
Wiele kobiet w strukturach partii wciąż mierzy się z problemem „szklanego sufitu” (niewidocznych przeszkód stojących na drodze awansu politycznego kobiet) czy „lepkiej podłogi” (przypisywania kobiet do funkcji i zadań mniej prestiżowych i gorzej ocenianych). Część dotyka również „efekt Matyldy” (ignorowanie czy pomijanie wkładu kobiet w działalność struktur partyjnych, pomijanie ich świetnych wyników w wyborach samorządowych, spychanie na listach wyborczych na dalsze miejsca oraz przypisywanie mężczyznom dokonań działaczek).
Budowanie sojuszy musi najpierw odbyć się więc w wewnętrznych partyjnych strukturach. Wymaga to rewizji własnych zachowań w stosunku do działaczek i działaczy. Ludzie w partii powinni poczuć się ważnym jej ogniwem, nie tylko w momencie zwoływania wewnątrzpartyjnego referendum, ale także w codziennym życiu partyjnych zmagań. Trzeba się szanować, bo wybory samorządowe pokazały, że bez zaangażowania członkiń i członków partii w kampanie wyborcze nie da się zdobyć mandatów.

Inicjatywy PPS, remanenty My, socjaliści

Uroczystości rocznicowe, w których również brała udział cała lewica, w tym bardzo aktywnie PPS, skłaniają do kilku refleksji. Tak się bowiem składa, że udział w procesie odzyskiwania niepodległości, szczególnie PPS i socjalistów, był od momentu powstania partii w 1892 roku ogromny i przez całe pokolenia niedoceniany.

 

Wiązało się to z endecką narracją historyczną, która do 1939 roku miała dominujący wpływ na myślenie Polaków. Odgrywała ona ogromną rolę również po wojnie, bowiem pierwiastek endecki był jednym z ważnych komponentów Polski Ludowej. Objawienie się go w ostatnich latach w polityce III RP nie jest niczym nowym. Nowym elementem jest tolerancja i uleganie władz państwowych i części opinii publicznej na argumenty polityczne i społeczne nowej endecji, co może świadczyć o słabości lub związkach ideowo-politycznych z tym nurtem.
Polska, jako kraj, naród i organizm państwowy powinna przeciwstawić się, i przynajmniej zrównoważyć wpływy endeckie, historia bowiem pokazuje, że prowadzić one mogą na manowce cywilizacji europejskiej, doświadczonej szczególnie w XX wieku ich skutkami.
Polacy, jeśli chcą przetrwać jako naród rządzony mądrze, w formule demokracji czerpiącej z tradycji greckiej i łacińskiej, powinni przeciwstawić się aktywnie endecji i jej wpływom. Powinni budować i wspomagać te nurty ideowe i polityczne, które mają na sztandarach wolność jednostki, sprawiedliwość społeczną, pokój i tolerancję.
Polska Partia Socjalistyczna z okazji 100-lecia niepodległości Polski wystąpiła z szeregiem inicjatyw o charakterze politycznym i prawnym, które mieściły się w logice obchodów tego, największego w XXI wieku wydarzenia. Trzeba przypomnieć, że PPS w marcu 2018 roku wystąpiła do prezydenta RP z inicjatywą ogłoszenia na 100-lecie niepodległości powszechnej amnestii. Ostatnia amnestia w Polsce była w 1989 roku. Ogłosił ją gen. Wojciech Jaruzelski jako ówczesny prezydent. Trzeba zauważyć, że prawicowe władze III RP od początku prowadzą restrykcyjną politykę karną, która nie przyczynia się do spadku przestępczości, a warunki odbywania kary są w Polsce najgorsze w Europie. Kilkanaście tysięcy skazanych czeka w kolejce do więzień. Więzienia, poza kilkoma pozytywnymi przypadkami, nie wychowują. W opinii publicznej przeważa wizerunek więzień w Polsce, jako szkół przestępczości. Media dodatkowo nakręcają tę atmosferę organizując festiwal kronik kryminalnych, które nie odstręczają przestępców od łamania prawa. To wszystko wymaga radykalnych zmian w polskim systemie prawnym i systemie sprawiedliwości.
Wzorem dla współczesnych systemów karnych, szczególnie w Europie jest tzw. sprawiedliwość niekarząca. Chodzi o wychowanie obywatela świadomego, akceptującego dobro człowieka a nie wartości wypływające z obłędnej konkurencji i walki o znalezienie się na szczycie za wszelką cenę, kosztem innych. Doktryna neoliberalna nie sprawdziła się współcześnie, co widać po 30 latach jej uprawiania. Ale w Polsce nadal jest na szczycie, szczególnie aktualnie rządząca ekipa uznaje ją za właściwy kierunek rozwoju również w sferze wychowania i polityki społecznej.
Partia, mimo upływu wielu miesięcy, do dziś od prezydenta odpowiedzi się nie doczekała.
Drugą ważną inicjatywą, którą podjęła PPS wspólnie z innymi ugrupowaniami lewicy, była idea budowy pomnika jednego z przywódców PPSD i PPS, premiera Rządu Ludowego, marszałka Sejmu w II RP – Ignacego Daszyńskiego. Daszyński, mimo, że jest jedną z czołowych postaci zasłużonych dla niepodległości Polski, swojego pomnika nie miał. Był pomijany, zarówno w okresie przed II wojną światową, jak i później – stanowił powiem zagrożenie dla endeckich mitów o zasługach dla niepodległości i antydemokratycznej polityki władz państwa do 1939 roku, jak i po wojnie.
Pomnik Ignacego Daszyńskiego stanął i został odsłonięty przy Trakcie Królewskim w Warszawie w dniu 11 listopada 2018 roku. Do sukcesu tego przyznaje się dziś wiele osób z różnych środowisk lewicy i prawicy. Faktem jest jednak, że to determinacja ludzi PPS i niezrzeszonych w PPS socjalistów pozwoliła na wzniesienie tego pomnika dopiero po 100 latach od zaistnienia czynów i działań składających się na niepodległość Rzeczypospolitej.
Trzecim elementem wkładu PPS w 100-lecie niepodległości jest trwająca od wielu lat działalność polityczna i edukacyjna, której celem jest opowiedzenie prawdy o wydarzeniach i ludziach ruchu socjalistycznego, którzy od 1892 roku pod sztandarem PPS walczyli o wolność narodową i społeczną Polski i Polaków. W ostatnim czasie składają się na to dwie rozległe kampanie – w roku 2017 z okazji obchodów 125-lecia Polskiej Partii Socjalistycznej i w roku 2018 z okazji 100-lecia niepodległości Polski.
Biorąc pod uwagę te doświadczenia, wydaje się, że PPS, ale również inne ugrupowania lewicy, które mieszczą się w nurcie ideowym socjalizmu niepodległościowego, demokratycznego, powinny jeszcze bardziej zadbać o swój wizerunek i pamięć historyczną. Zauważam np. niedopuszczalne zjawisko wykorzystywania przez polską prawicę i środowiska narodowe wizerunku wielu działaczy socjalistycznych m.in. Józefa Piłsudskiego do firmowania swojej działalności.
Polska lewica niepodległościowa powinna podjąć wysiłek napisania swojej historii, takiej jaka ona była. Nie mamy czego się wstydzić. Trzeba odebrać prawicy naszych bohaterów; 100-lecie odzyskania niepodległości wydaje się tutaj dobrym momentem.

Nie znają Żydów ani Romów

Międzynarodowy Centralny Instytut ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium przeprowadził badanie „Uprzedzenia, rasizm, ekstremizm”, w ramach którego przeprowadzono wywiady z uczniami w wieku od 6 do 13 lat w całych Niemczech. Przebadano prawie 1000 dzieci. Wyniki nie napawają optymizmem.

 

Młodzi Niemcy coraz mniej wiedzą o Żydach i Romach. Mają pojęcie na temat kultury muzułmańskiej, jednak młodsze dzieci nie mają pojęcia o dwóch pozostałych. Tylko 18 procent 8 – i 9-latków wie, że Żydzi byli prześladowani podczas drugiej wojny światowej. Wśród starszych dzieci ta wiedza jest większa (94 procent 12 – i 13-latków słyszała o Holokauście).
Połowa ze wszystkich 840 przebadanych dzieci nie miała nigdy styczności z Romami, nie wie, co to słowo oznacza. Co więcej, często nie wiedzą tego również rodzice, którzy nie mają wykształcenia wyższego.

– Wnioski z badania są kontrowersyjne – powiedziała Maya Götz, dyrektorka Międzynarodowego Centralnego Instytutu ds. Młodzieży i Telewizji Edukacyjnej w Monachium, cytowana przez „RP”. – Szkoła podstawowa jest uważana za decydującą fazę rozwoju, jeśli chodzi o uprzedzenia. Im więcej uprzedzeń narosło do końca dzieciństwa, tym bardziej uprzedzenia stają się uporczywe. Są to

sygnały, że istnieje pilna potrzeba przekazania większej wiedzy na temat tego, co się stało.

W ubiegłym roku w Dreźnie 15-letnia uczennica dostała nagrodę Komitetu Wspierającego Pomnik Holokaustu w Berlinie za odwagę cywilną, ponieważ ujawniła, że w jej szkole panuje moda na hitlerowskie pozdrowienie. Niemieckie dzieciaki używają nazistowskich symboli w formie zabawy, ponieważ wiedza o obozach koncentracyjnych i ogromie krzywd wyrządzonych przez Adolfa Hitlera przekazywana jest zbyt późno.

Świadomość młodych ludzi w Europie na temat drugiej wojny światowej spada. W 2011 roku Platforma Europejskiej Pamięci i Sumienia (unijna inicjatywa 20 państw, mająca zachowywać pamięć o totalitaryzmach) przeprowadziła kompleksowe badania, z których wynikało, że większość młodych Szwedów nie rozumie słowa „gułag”, a 1 na 20 brytyjskich nastolatków uważa, ze Auschwitz to park rozrywki.

Europejczycy nie wierzą w złowrogą Rosję

Amerykanie również. Wyniki badania przeprowadzonego przez Francuski Instytut Opinii Publicznej (IFOP) na ponad tysiącosobowych próbach we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA. pokazują, że antyrosyjski ton w mediach nie wywołuje zaufania u odbiorców.

 

Pytanych poproszono o ocenę obiektywizmu publikacji dotyczących Rosji w ich krajach. 43 proc. Amerykanów odpowiedziało, że nie wierzą w tej sprawie własnym mediom, w Wielkiej Brytanii wartość ta sięgnęła 47 proc., we Francji 53 proc., a w Niemczech co drugi ich mieszkaniec nie wierzy w wiarygodność swoich mediów opisujących Rosję. W podziałach na grupy według wykształcenia wygląda to jeszcze ciekawiej. 59 proc. Francuzów z wyższym wykształceniem nie wierzy swoim mediom, opisującym Rosję, podobnie jak 72 proc. wyborców partii prawicowych.

Większa rezerwa panuje wśród Francuzów młodszych niż 35 lat – liczba sceptyków osiąga 58 proc. (51 proc. wśród starszych) W Niemczech 64 proc. sympatyków prawicy nie wierzy własnym mediom w tej sprawie i 54 proc. wyborców lewicowych.

W USA biali Amerykanie (45 proc.) nie dowierzają własnym mediom relacjonujących tematykę rosyjską bardziej niż Afroamerykanie (35 proc.). Nie wierzą w obiektywizm mediów częściej wyborcy republikańscy niż demokratyczni i protestanci częściej niż katolicy.

Jeśli zważyć, że silna antyrosyjska propaganda była zawsze obecna w przestrzeni medialnej zachodu, a od 2014 roku jej siła zwiększyła się wielokrotnie, to tak wysoki poziom sceptycyzmu wobec wiarygodności zachodnich mediów jest zastanawiający. Czy wynika to z pewnego zmęczenia opinii publicznej rusofobią, czy też należy złożyć to na karb silnego przeciwstawiania się i równie mocnego wpływu propagandy rosyjskiej skierowanej do odbiorcy zachodniego? Ostatnio rosyjska stacja RT wyszła na prowadzenie na świecie wśród najczęściej oglądanych mediów w Internecie (7 miliardów odsłon), co może być pewnym wytłumaczeniem wyników badania IFOP.

Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.

Wspólnie przeciw imperializmowi

Lewicowi ustawodawcy z Europy i Ameryki Łacińskiej, biorący udział w Eurolat, czyli Euro-Latynoamerykańskim Zgromadzeniu Parlamentarnym, wydali wspólne oświadczenie potępiające obecne próby imperialistycznych interwencji oraz antyspołeczną politykę w krajach Ameryki Środkowej i Południowej.

 

W dniach 17-20 września obradowało w Wiedniu Euro-Latynoamerykańskie Zgromadzenie Parlamentarne. Jest to inicjatywa mająca budować w globalnej polityce most porozumienia między Ameryką Południową a Europą poprzez dialog i konfrontację różnych punktów widzenia. W zgromadzeniu wzięli udział politycy obu kontynentów reprezentujący wszystkie opcje polityczne. Lewicowi ustawodawcy wydali wspólne oświadczenie dotyczące obecnej sytuacji politycznej świata. W rezolucji złożonej z 25 punktów dominuje ton potępienia dla zachodniego imperializmu, globalnego wyzysku i rasizmu. Szczególny nacisk położono na bieżące wydarzenia w wielu krajach Ameryki Łacińskiej.

Potępiono „sądowe, polityczne i medialne represje w stosunku do wielu postępowych przywódców oraz próby kryminalizacji ich działalności. Dotyczą one m.in naszych partnerów Lula da Silvy, Rafaela Correi i Cristiny Kirchner, a na celu mają uniemożliwienie im startu w wyborach prezydenckich”.

Wyrażono sprzeciw wobec ataków politycznych i ekonomicznych wymierzonych w Wenezuelę, podejmowanych przez rząd i media USA oraz posłusznych im polityków latynoamerykańskich. Lewica Eurolatu uznała je za próby podważenia suwerenności narodu Wenezueli. Potępiono próby wykorzystania problemu emigracji Wenezuelczyków do krajów ościennych jako pretekst do forsowania planu interwencji militarnej przeciwko Caracas. Odrzucono politykę sankcji gospodarczych jednostronnie narzucanych Wenezueli przez Stany Zjednoczone i ich regionalnych oraz europejskich sojuszników. Uznano je za sposób pogłębiania wewnętrznego kryzysu polityczno-gospodarczego trawiącego kraj rządzony przez Nicolasa Maduro. Z potępnieniem spotkały się również „krzywdzące i nieodpowiedzialne słowa Luisa Almagro, sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich, nawołującego do interwencji militarnej. Opowiadamy się na pokojem na terytorium Ameryki Łacińskiej” – podkreślili eurolatynoamerykańscy lewicowcy.

W uchwale zaprotestowano też przeciwko przemocy politycznej w Kolumbii stosowanej przez rząd nowego prawicowego prezydenta. Chodzi o represje wobec ruchów protestu i opozycyjnych polityków, którzy padają nawet ofiarami morderstw politycznych.

Odniesiono się również do relacji między FARC a rządem Kolumbii. „Wzywamy państwo kolumbijskie do respektowania dotychczasowych postanowień oraz gratulujemy FARC oddania sprawie pokoju i dochowaniu warunków obowiązującego układu.”

Wyrażono głębokie zaniepokojenie narastającym kryzysem politycznym w Brazylii, zwłaszcza zaś bezprawnym przetrzymywaniem w więzieniu Luli da Silvy i uniemożliwieniem mu w ten sposób wzięcia udziału w nadchodzących wyborach prezydenckich. W uchwale czytamy: „Wyrażamy solidarność z ludem Brazylii, który mierzy z się głębokim kryzysem demokracji i atakami na brazylijską konstytucję, które mają miejsce od czasu obalenia prezydent Dilmy Rousseff”.

Potępiono ponadto oportunizm prezydenta Ekwadoru Lenina Moreno, który zdaniem autorów oświadczenia stał się stronnikiem kapitału i odpowiedzialny jest za represje wobec przeciwnych mu urzędników, naukowców i dziennikarzy. Sprzeciwiono się próbie imperialistycznego zamachu stanu w Nikaragui i nieprawidłowościom wyborczym w Hondurasie. Wezwano Stany Zjednoczone do zniesienia blokady Kuby, a NATO do zaprzestania zbrojenia Europy przeciwko Rosji. Z protestem spotkała się również coraz bardziej antyimigrancka polityka UE jako całości i poszczególnych jej krajów członkowskich, a z potępieniem – proces powszedniejących w Europie nacjonalizmów i ksenofobii.

Europejscy politycy podpisani pod rezolucją to przede wszystkim deputowani Parlamentu Europejskiego zrzeszeni we frakcji Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica.