Europejczycy już nie wierzą w USA

Na kryzys zaufania Europejczyków, jak twierdzą badacze, miała wpływ pandemia koronawirusa. Jednak poza wirusem można znaleźć wiele innych czynników, które naruszyły obraz USA jako wiarygodnego i godnego zaufania państwa.

O braku zaufania do Stanów Zjednoczonych pisze „The Guardian”, opierając się na wynikach badani opinii publicznej przeprowadzonych na zamówienie Europejskiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych na przełomie kwietnia i maja tego roku w dziewięciu krajach UE, stanowiących dwie trzecie populacji Unii.
Ponad 60 proc. pytanych stwierdziło, że stracili zaufanie do USA jako do światowego lidera. Jednym z kluczowych czynników tego stanu, jest poczucie osamotnienia wobec pandemii, która zmusiła poszczególne kraje do radzenia sobie samotnie z wyzwaniem. Najwięcej respondentów z negatywnym stosunkiem do USA odnotowano w Danii (71 proc.), Portugalii (70 proc.), Francji (68 proc.), Niemczech (65 proc.), i Hiszpanii (64 proc.).
Analizy ekspertów wskazują, że postawa USA podczas pandemii miała decydujący wpływ na takie właśnie postrzeganie amerykańskiego państwa. Chodzi o kompromitującą walkę z koronawirusem na terenie USA i na obojętność wobec kryzysu, z jakim zetknęli się w Europie amerykańscy sojusznicy.
„The Guardian” powołuje się na wystąpienie kanclerz Angeli Merkel, która niedawno właśnie o tym wspominała: „Zaufanie Europejczyków w stosunku do USA zniknęło. Wielu było wstrząśniętych chaotyczną odpowiedzią Amerykanów na COVID-19, brakiem solidarności z Europejczykami, które pokazali zamykając granice przed członkami Schengen i brakiem ich roli w kierowaniu walką z kryzysem wywołanym przez koronawirusa lub choćby uczestnictwa w rozwiązaniu tego problemu, jeśli nie liczyć słownych przepychanek z WHO”, mówiła niemiecka kanclerz i ta jej wypowiedź dobrze charakteryzuje teraźniejsze postrzeganie USA przez Europejczyków.
„Europejczycy przyjęli do wiadomości fakt, że USA nie są już więcej bezwarunkowym przyjacielem Europy w trudnych czasach”, pisze jedna z ekspertek Susi Dennison.
Ilustracją tego braku wiary niech będzie fakt, że na pytanie, czy spodziewają się amerykańskiej pomocy od Stanów Zjednoczonych w odbudowie gospodarki UE, twierdząca odpowiedziało zaledwie 2 proc. pytanych w Niemczech i 3 proc. we Francji.
Eksperci zwracają też uwagę, że nie jest to dowód na niechęć do Donalda Trumpa i jego administracji. To kryzys zaufania do USA jako całości. Twierdzą też, że jeżeli USA szybko nie zareaguje na ten kryzys zaufania wobec ich kraju, to Europa sama będzie liczyć na siebie podczas rozwiązywania poważnych globalnych problemów takie jak klimat i przyszłe pandemie.
Opisywany sondaż pokazuje dowodnie to, co widać od dłuższego czasu gołym okiem: zmienia się świat, zmienia się rola USA. Kto tego nie dostrzega i nie wyciągnie z tego wniosków we właściwym czasie, ten przegra. Polska jest pierwsza w kolejce.

Nie od razu jedność zbudowano

Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność” – to jeden z najbardziej znanych fragmentów Deklaracji Schumana, ogłoszonej 70 lat temu, 9 maja 1950 roku.
Pięć lat po zakończeniu II Wojny Światowej Europa cały czas żyła w cieniu jej konsekwencji. Robert Schuman uznał, że ścisła współpraca w produkcji kluczowych surowców wojennych, jak węgiel i stal spowoduje, że wojna pomiędzy Francją i Niemcami nie będzie w przyszłości możliwa. Utworzona na bazie Planu Schumana Europejska Wspólnota Węgla i Stali stała się zalążkiem przyszłej Unii Europejskiej.
Robert Schuman miał nadzieję, że tworzone wspólnoty europejskie staną się początkiem ściślejszej integracji. Mówił m.in., że należałoby utworzyć „ponadnarodową federację, w której poszczególne państwa zrezygnowałyby z części własnej suwerenności na rzecz federacji jako całości”. Uważał także, że najpierw trzeba „stworzyć europejskiego ducha, duszę europejską, czyli zrozumienie wagi wewnątrzeuropejskiej solidarności”.
Wielu wspominało, że Robert Schuman jest „święty”. Sam o sobie mówił, skromnie, że jest „człowiekiem pogranicza”. Urodził się w Luksemburgu w 1886 roku, kształcił w Niemczech, kochał i wierzył we Francję, której był ministrem spraw zagranicznych, ministrem finansów i dwukrotnie premierem. Niezwykły polityk, wizjoner, mąż stanu, człowiek dialogu, wreszcie – Ojciec Zjednoczonej Europy.
Model pojednania zwrócony w przyszłość i nastawiony na budowanie wspólnej Europy w który wierzył Robert Schuman był podstawą powstania Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. „Przywrócenie Europy Polsce i Polski Europie będzie długim i skomplikowanym procesem. Aby go doprowadzić do końca, potrzeba wiele społecznego i indywidualnego wysiłku. Wzorując się na symbolicznej postaci Roberta Schumana – człowieka wielkiej wizji i wielkich czynów, myśliciela i męża stanu, działacza gospodarczego i jednego z Ojców Założycieli nowej Europy – chcemy w tym dziele uczestniczyć. Robert Schuman wierzył głęboko, że świat, Europa i wartości ludzkie nie mogą być podzielone i muszą wrócić do wspólnoty. Podzielamy tę wiarę i mamy nadzieję, że Fundacja nazwana jego imieniem przyczyni się do budowania tej wspólnoty.” – powiedział jeden z założycieli Fundacji Schumana, Tadeusz Mazowiecki, 26 marca 1991 roku.

Przypadków chorób zakaźnych nie można ukryć

Kiedy nadejdzie punkt przegięcia europejskiej epidemii? Kiedy Europa może wznowić pracę? Czy Chiny ukrywają przypadki zakaźne? Czy wirus zniknie automatycznie, gdy temperatura wzrośnie? Niedawno chiński lekarz Zhang Wenhong udzielił wywiadu chińskim mediom.

Dr Zhang Wenhong, dyrektor Departamentu Zakażeń Szanghajskiego Szpitala Huashan, zdobył sławę w czasie epidemii koronawirusa, dzięki swojej otwartości oraz wiedzy naukowej. Jako szef oddziału zakaźnego, podjął on decyzję o zebraniu wszystkich lekarzy będących członkami Partii Komunistycznej, którzy brali udział w walce z epidemią na pierwszej linii frontu, w najtrudniejszym czasie. Potem często udzielał wywiadów w mediach, aby odpowiedzieć na wszelkie wątpliwości i wyeliminować plotki.
Odrzucisz rzekome plotki o ukryciu przypadków zakaźnych w Chinach przez zagraniczne media?
Choroby zakaźne mają charakter, a przypadków nie można ukryć. Jeśli jest wiele ukrytych przypadków, wystarczy zapytać, czy Wuhan może odważyć się je otworzyć? Niemożliwe! Eksperci rozumieją te powody, a wciąż jest wiele osób, które mają pozytywne nastawienie do niektórych prac, które wykonujemy w Chinach.
Wirus nie zniknie automatycznie, gdy temperatura wzrośnie.
Ostatnio komunikowałem się z krajami wokół równika, a ich przypadki podwoiły się, więc nie przesądzaj, że temperatura będzie kontrolować wirusa. Ale jeśli temperatura jest wyższa, liczba przypadków spadnie. Włączenie klimatyzatora, gdy jest gorący, nie stanowi problemu, ale należy regularnie otwierać okna w celu wentylacji.
Badania i rozwój nad szczepionkami potrwają najszybciej 1 rok.
Szczepionki należy przetestować pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności. Normalny czas zajmuje 1-2 lata. Zgodnie z obecną praktyką najszybszy czas to 1 rok później. Po opracowaniu szczepionki należy rozważyć, czy szczepienie opiera się na kombinacji czynników, takich jak epidemia w tym czasie, śmiertelność, działanie ochronne szczepionki i czy występują działania niepożądane.
Kiedy nadejdzie punkt przegięcia europejskiej epidemii?
W Europie jest zbyt wielu pacjentów, a stopień starzenia się w Europie jest zbyt wysoki. W rzeczywistości szczyt Wielkiej Brytanii i Francji już osiągnął, ale nie ma podobnego do klifu spadku jak Chiny. Chiny mogą osiągnąć podobny do klifu upadek, ale Europa i Ameryka nie. Odległość społeczna determinuje współczynnik rozprzestrzenia. Jedynym sposobem jest teraz utrzymanie dystansu społecznego. Noszenie maski faktycznie zwiększa dystans społeczny. Dwie osoby w maskach plus odległość 1,5 metra są równoważne z zachowaniem odległości 4 metrów.
Europejczycy są poważnie chorzy w szpitalach i łagodnie w domu. Jak zapobiegać lekkim do ciężkiego?
Niewłaściwe odżywianie jest ważną przyczyną łagodnych do ciężkich chorób. Zgodnie z naszym doświadczeniem, 7-10 dni po zakażeniu to czas, kiedy choroba jest najpoważniejsza. Jeśli na tym etapie możesz pokonać wirusa, możesz przeżyć. W tej chwili musimy zapewnić jedzą jajka, mleko, mięso, zupa rybna, ale także jedzą witaminę C i warzywa. Najważniejsze jest odżywianie, odżywianie, odżywianie!!! Dopóki żywienie jest dobre, większość ludzi może przetrwać chorobę przez 10 dni. Kiedy powinienem iść prosto do szpitala? Metodą autotestu jest noszenie czegoś w dłoni i ciągłe przechodzenie 200 metrów lub wspinanie się z pierwszego piętra na drugie piętro. Jeśli ten ciągły ruch nie zostanie zakończony, trudno jest oddychać i musisz natychmiast spieszyć do szpitala.
Czy będzie kolejna fala wybuchu epidemii?
Po listopadzie staniemy przed ogromnymi wyzwaniami. Myślę, że kolejna fala wybuchu epidemii może nadejść około listopada. W Ameryce Południowej, Afryce i Azji Południowo-Wschodniej zaczęły się wybuchy epidemii, więc zgodnie z obecnym modelem matematycznym niemożliwe jest całkowite usunięcie tego wirusa latem tego roku. Gdy nadeszła zima, wszyscy znów zostali w domu i znów zaczęli się gromadzić. Wtedy, podobnie jak ten wirus, zwiększy się także zdolność do replikacji w zimie. Jednak po zgromadzeniu doświadczeń w poprzednim okresie walki z epidemią, a zwłaszcza szeroko zakrojonej promocji technologii diagnostycznych, uważam, że kolejna fala epidemii jest zasadniczo znacznie niższa niż pierwsza fala. Ale kraje z niewystarczającymi zasobami medycznymi, takie jak Afryka i Ameryka Południowa, mogą mieć trudności z spędzeniem następnej zimy.
Jak opóźnić i wyeliminować drugi wybuch epidemii?
Kontrola światowej epidemii nie zależy od dwóch krajów, Stanów Zjednoczonych i Chin, ani od Europy, ale od tego, czy kraje na świecie, które są najmniej zdolne do opanowania epidemii, czy są dobrze kontrolowane.
Jaka jest tajemnica sukcesu Chin w kontrolowaniu epidemii?
Chiny przeprowadziły wiele testów, które rozpoczęliśmy 20 stycznia. Jest to test nasycony. Oznacza to, że dopóki znajdzie się pacjenta, wszyscy pacjenci są testowani za darmo. Dam ci tyle testów, ile chcesz. To jest test nasycony. Myślę, że ten jest naszym sekretem kontrolowania epidemii. Po drugie, przeprowadziliśmy szczegółowe śledzenie i potwierdziliśmy sprawę, bez względu na to, z iloma osobami się skontaktowałeś, nawet jeśli skontaktowałeś się z 1000 osób, znajdziemy te 1000 osób.
Dlaczego występują różnice w świadomości i środkach zapobiegania i kontroli epidemii w poszczególnych krajach?
W Korei Południowej, Singapurze i Japonii wystąpiły epidemie SARS, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi są bardziej wyczulone na wirusy, a ich czujność jest zupełnie inna niż w Stanach Zjednoczonych. Zarówno SARS, czy zespół Bliskiego Wschodu układu oddechowego (MERS), wydaje się, że nie ma to nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi. Innym jest to, że bardziej dopuszczalne jest noszenie masek w tych krajach. Chociaż wydaje się, że Singapur nie nosi maski, jego test robi bardzo dobrze.
Zapobieganie zagranicznym przypadkom i ich kontrola powinny zostać znormalizowane
Chiny są krajem o najściślejszym zarządzaniu importem zagranicznym, z wykrywaniem lądowań i jednolitą izolacją. Każdy nasz etap jest lepszy w porównaniu z innymi krajami, ale nie wyobrażaj sobie, że możesz wykryć 100 proc. importowanych przypadków jednocześnie. Zasadniczo jest to robić w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Teraz jest to kontrola lotnictwa. Jeśli lotnictwo zostanie otwarte, a liczba pasażerów wzrośnie w przyszłości, kolejnym wyzwaniem, które musimy pokonać, jest sposób wykrywania i zarządzania nim.
Jak myślisz, kiedy Europa może wznowić pracę?
Kiedykolwiek Stany Zjednoczone idą do pracy, kiedy Europa idzie do pracy. Ponieważ sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest poważniejsza niż w Europie. Nawet jeśli wrócą do pracy, tak długo, jak młodzi ludzie pójdą do pracy, osoby starsze pozostaną w domu. Najbardziej kłopotliwą rzeczą w Europie jest to, że gdy świeci słońce, ludzie zbierają się na placu, aby rozmawiać, jeść i pić, co jest zbyt niebezpieczne.
Udziel porad pracownikom biurowym w celu wznowienia produkcji.
Chcę podkreślić, że musimy zmierzyć się z normalizacją wirusów. Świat jest teraz na to gotowy. Wirus nie może zniknąć od razu i może z nami współistnieć przez długi czas. W codziennej pracy w twojej jednostce mogą znajdować się osoby bezobjawowo zarażone. Jedyne, co należy zrobić, to utrzymać skuteczny dystans społeczny. Sugeruję, że tak długo, jak jesteś w pracy, powinieneś nosić maskę. Nie zbieraj się na obiad, albo zapakuj go z powrotem, aby jeść sam, lub jedz go pokolejnie.
Wznowienie szkoły musi być bezpieczne i uporządkowane, przypomina rodzicom uczniów.
Teraz sytuację epidemiczną w Chinach można zasadniczo kontrolować, co zapewnia dobre warunki powrotu do szkoły. Zakażenie dziecka nie zależy od samego dziecka, ale od rodziców. Najbardziej przerażające jest to, że nasi rodzice są zarażeni, infekcja przenoszona jest na dzieci, a dzieci na innych kolegów z klasy. Nie sądzę więc, aby wysyłanie dziecka do szkoły było w porządku. Rodzice muszą najpierw się chronić. Tylko wtedy, gdy całe nasze społeczeństwo jest w zdrowym systemie życia, dzieci mogą wrócić do szkoły tak szybko, jak to możliwe.
Wakacje najlepiej oprzeć na turystyce na świeżym powietrzu.
Wszyscy mają nadzieję, że wakacje będą żywe, ale martwią się również, że tłum spowoduje rozprzestrzenienie się epidemii. Najlepszą aktywnością są głównie podróże na świeżym powietrzu, noszenie masek, gdy jest wiele osób. Miejsca o największym ryzyku w miejscach turystycznych to jedzenie. Możesz przynieść własne jedzenie i zjeść je w pokoju hotelowym. Podczas wycieczki musisz wypracować dobre nawyki żywieniowe.

Budujmy mosty, a nie mury

Polskie elity polityczne w ostatnim tysiącleciu uprawiały politykę budowania murów na Wiśle i powstrzymywania marszu żywiołu wschodniego na zachód, a żywiołu zachodniego na wschód. Owocowało to wielkimi tragediami dla naszego narodu i okresami przerw w ciągłości historycznej państwa.

Mimo że myśl polityczna suwerenności i niezależności polskiej przetrwała, m.in. dzięki mądrości i odwadze twórców PPS, to widać dziś w okresie narastającej globalizacji, że wyczerpały się możliwości dalszego uprawiania polityki powstrzymywania. Jest ona już dziś powodem poważnych nieporozumień i konfliktów na linii Wschód – Zachód. Ważne, że problem ten nie dotyczy wyłącznie Polski, ale rzutuje na naszą przyszłość, stabilność i strategie rozwoju.

Społeczeństwo pyta dziś o możliwość planowania przyszłości, gwarancje życia w pokoju i przetrwania biologicznego w związku z zaostrzającą się sytuacją międzynarodową. Tym bardziej, że jest karmione m.in. przez rządowe media wizją nieuchronnej konfrontacji wojennej i konieczności poświęcenia się w imię nie swoich interesów. W sytuacji, jaka powstała w ostatnich latach, również z udziałem naszych elit politycznych, Polska wskazana została jako państwo frontowe, choć żaden z naszych sąsiadów ani ze wschodu, ani z zachodu nie formułuje wobec nas roszczeń terytorialnych. Pełną akceptacją cieszy się nasza wschodnia granica przebiegająca wzdłuż linii Curzona wytyczonej po I wojnie światowej. Społeczeństwo nie otrzymuje od rządzących poważnych uzasadnień i odpowiedzi na pojawiające się wątpliwości i pytania.

Słabnąca pozycja Polski

Manipulowanie Polską i regionem należy do stałych elementów gry interesów najpotężniejszych sił na świecie. Nasiliło się to szczególnie mocno po roku 1990, upadku ZSRR, zmianie ustroju społeczno-gospodarczego przez kraje naszego regionu, wejściu do Unii Europejskiej i niektórych krajów do NATO. Nie wszyscy, w tym Polska, poradzili sobie z upadkiem rodzimego przemysłu, budową własnego potencjału gospodarczego politycznego i wojskowego. Miało i ma to wpływ na modele współpracy w ramach szerszych sojuszy i role, jakie można w nich odegrać.
Polska nie wykorzystała dobrze czasu transformacji na zbudowanie mocnej pozycji na arenie europejskiej i światowej. Dawno już przestaliśmy uchodzić za lidera demokracji i postępu. Zły pod tym względem jest okres ostatnich lat. Polska podporządkowała się wytycznym Konsensusu Waszyngtońskiego, licząc na to, że lojalność i brak walki o własne interesy, nawet wśród tzw. przyjaciół, zaowocuje pozytywnie. Tak się nie stało. Dziś nasz kraj stoi przed poważnym problemem przewartościowania i odnowy swoich koncepcji rozwoju, dotychczasowe utarte drogi mogą nas bowiem prowadzić na manowce. Nie do wszystkich jednak to jeszcze dociera.

Dość obcych wojen

Nastaje czas i potrzeba „budowania mostów” i maksymalnie możliwego ograniczenia uczestnictwa naszego kraju w polityce globalnej konfrontacji. Jest to jedyny wniosek, jaki nasuwa się po przeanalizowaniu procesów politycznych z udziałem Polski na linii Wschód – Zachód. Potwierdzeniem tego jest zaostrzająca się sytuacja na Bliskim Wschodzie. Od 20 lat jesteśmy wciągani w nie swoje wojny, chociaż polską racją stanu jest pokój. Kilkadziesiąt lat temu prof. Zbigniew Brzeziński przestrzegał, że Polska ma wspólne, ale nie tożsame interesy z USA i może być wyłącznie partnerem dla Zachodu, jeśli stanie się pośrednikiem na linii Wschód-Zachód. Trzeba poważnie pochylić się nad tą opinią.

Czy stać Polskę na to, aby zerwać z praktykami realizowanymi pod dyktando konserwatystów amerykańskich? Dzięki odpowiedzi na to pytanie dowiemy się, czy deklarowana powszechnie wolność i samodzielność uzyskana po roku 1990 skutkuje swobodą w podejmowaniu przez Polskę decyzji strategicznych dotyczących losu narodu i państwa. Wiele przykładów z naszych relacji ze światem w ostatnim 30-leciu nie potwierdza tej tezy, stanowiącej podstawę aktu założycielskiego III RP. Odnosi się wrażenie, że suwerenność Polski jest ograniczona nie tylko traktatami sojuszniczymi w ramach powiązań międzynarodowych, ale także konformizmem i brakiem intelektualnej swobody i odwagi polskich elit w projektowaniu wizji rozwojowych, zarówno w skali kraju, jak też regionu i świata.

Złoty wiek po latach koszmaru

Bez względu na to, jak jest rzeczywiście, polska myśl polityczna powinna wybiegać w przyszłość i skupić się na odpowiedzi na pytanie, jak trwale i skutecznie połączyć interesy Wschodu i Zachodu w Europie i wykorzystać to do własnych celów, a nie utrwalać swoją pozycję jako stronnika jednej lub drugiej grupy interesów, co miało miejsce w XX wieku, ale również wcześniej i skutkowało zawsze konfrontacją polityczną lub wojną.

Po polskiej ziemi maszerowały obce wojska z zachodu na wschód i z powrotem, niszcząc przy okazji wszystko. Nikt do końca nie policzył strat w tkance narodowej i materialnej Polski poniesionych wskutek kolejnych konfliktów. Szczególnie tragiczny jest bilans naszych strat w wyniku dwóch wojen światowych i upowszechnienia masowych środków zagłady. Dziś technologie militarne poszły znacznie dalej i trudno sobie wyobrazić konfrontację zbrojną na gęsto zaludnionych obszarach Europy Środkowej. Coraz mniej ludzi w Polsce pamięta okres wojny i okupacji niemieckiej oraz trud odbudowy kraju. Dziś wojna dla młodzieży jest kolejną grą na monitorze komputera, a nie realnym przeżyciem.

Nie ulega wątpliwości, że okres po roku 1945 zapisze się w historii Polski jako „złoty wiek”. Mimo wielu perturbacji po roku 1990, cechował Polskę w ciągu ostatnich 75. lat stabilny układ graniczny, poprawne stosunki z sąsiadami, rewolucja społeczna i stały wzrost ekonomiczny i rozwój kulturalny nienotowane w innych okresach historycznych. Nienotowaną w historii naszego regionu wartością był pokój, który pozwalał na stabilizację. Przynajmniej dwa pokolenia nie zaznały pożogi wojennej, co było ewenementem w naszym obszarze geograficznym od blisko tysiąca lat.
W ramach planowej germanizacji, rusyfikacji i sowietyzacji byliśmy przesuwani z zachodu na wschód i z powrotem. Naród polski miał mały wpływ na wybór swojego terytorium, decydowali o tym najeźdźcy, a w ostatnie fazie II wojny światowej – Wielka Trójka w Jałcie. Naród nie miał szans na powiedzenie nie, kiedy w ramach „zimnej wojny” nałożony mieliśmy na nasze terytorium amerykański parasol atomowy, czy gdy po roku 2000 zawisła nad nami groźba Iskanderów z Kaliningradu i nie tylko.

Jesteśmy sami?

Dziś ta sytuacja zmieniła się, ale można domniemywać, że na gorsze. Relacje międzynarodowe i sytuacja Polski przypominają układy z końca lat 30. XX wieku. Polska jest osłabiona i skłócona na własne życzenie z sąsiadami zarówno ze wschodu, jak i z zachodu. Nie daje realnych gwarancji bezpieczeństwa nasz udział w NATO i sojusz z USA, tym bardziej, że kosztuje to coraz więcej i wpływa na poziom realizacji innych zobowiązań budżetowych państwa. Świadczy o tym trwałe ubieganie się Polski o gwarancje zgodne z art. 5 Traktatu. Już dziś widać, że fiasko poniosła dotychczasowa polityka PiS zmierzająca do uzyskania takich gwarancji. Politykę tę zdominował klientelizm i uległość, a nie twarda walka o nasze narodowe interesy. Odnosi się wrażenie, że politykę prowadzą kupcy, a nie mężowie stanu.

Czas nagli, aby dokonać zmian polskiej polityki bezpieczeństwa. Trwałym jej elementem powinno być przyjęcie narodowego konsensusu, że za żadną cenę, nie wolno dopuścić do sytuacji, aby ziemia polska była polem bitwy. Potrzebne w związku z tym jest nowe spojrzenie na nasze sojusze, przyjaźnie i nieprzyjaźnie pod kątem gwarancji na realizację naszych narodowych interesów. Potrzebna jest zmiana polityki wewnętrznej i oparcie jej na zasadach demokratycznych, z poszanowaniem głosu opozycji. Razem, jako cały naród możemy więcej.

Lewico, buduj mosty

Idea „budowy mostów” wymaga poszukiwania w najbliższym europejskim otoczeniu przyjaciół i partnerów, a nie wrogów. Powinna dominować w założeniach naszej polityki zagranicznej idea współpracy, nie da się bowiem zbudować pokojowej przestrzeni bez partnerstwa z Niemcami i Rosją w Europie, a z USA i Chinami na forum globalnym. Wielką rolę do odegrania ma tutaj lewica parlamentarna i pozaparlamentarna.

Nie można nie zauważać takich zjawisk, jak upadek amerykańskiej globalizacji z jednym centrum nad Potomakiem i podległymi peryferiami. Amerykanie z trudem znoszą swą malejącą rolę „globalnego szeryfa” działającego w oparciu o petrodolara. Globalny kryzys ekonomiczny w 2007 roku zakończył w praktyce erę dominacji neoliberalizmu. Powstaje nowy układ wielobiegunowy, który utrwala swoje istnienie i tworzy nowe modele rozwoju przystające do postępującej rewolucji technologicznej. Nowe doświadczenia wymuszają dziś konieczność zrównoważenia w skali globalnej przychodów z pracy i z kapitału. Stan obecny pogłębia rozwarstwienie społeczne i tworzy coraz większą bazę protestu w skali globalnej. Istotną sprawą staje się współczesne rozumienie idei sprawiedliwości społecznej. Jak zatem powinien wyglądać i organizować się świat w następnych latach? Na pewno alternatywą dla pokoju i współpracy nie jest wojna.

Europa zmieni klimat, albo zginie

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że za kilka dni przedstawi plan osiągnięcia neutralności klimatycznej w Europie.

To ważny komunikat, ale już wiadomo, że trudno będzie o zgodę wszystkich 28 państw, ponieważ jeszcze kilka z nich, wśród których jest Polska, opierają swą gospodarkę na węglu, a bez jednomyślnej zgody planu nie uda się wdrożyć w życie.
Plan, o którym wspomina Ursula von der Leyen, zostanie przedstawiony na najbliższym szczycie klimatycznym w Madrycie.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej na spotkaniu z dziennikarzami stwierdziła, że sytuacja z klimatem od dawna jest już naukowo udowodniona, czasu więc jest coraz mniej, a sytuacja jest pilna. W połowie tego roku Polska wraz z Czechami, Węgrami i Estonia zablokowała zapisy w dotyczące zmniejszenia emisji gazów, teraz jednak von der Leyen ma nadzieje, że uda się tę grupę państw przekonać do poparcia planów ratowania klimatu w Europie.
Problemem dla Polski będzie z pewnością fakt, że w przypadku jednogłośnego przyjęcia klimatycznego planu UE, w Polsce, na Śląsku prace straci, jak się szacuje około 40 tysięcy ludzi. Komisja Europejska obiecuje, że da pieniądze dla tych regionów, które bezrobocie
dotknie najsilniej.
„Będziemy musieli pokazać, że ta transformacja będzie sprawiedliwa dla ludzi oraz włączająca. To musi być nasz cel, dlatego pracujemy nad mechanizmem sprawiedliwej transformacji, aby znaleźć równowagę. Tak, będzie musiała nastąpić zmiana. Musimy wdrożyć odpowiednie kroki teraz, wiedząc, że minie całe pokolenie, nim ta zmiana się dokona” – mówiła Ursula von der Leyen Masowa utrata pracy przez tak pokaźną grupę polskich pracowników z pewnością będzie silnym argumentem w rękach rządu PiS, by przeciwstawić się planom Komisji Europejskiej pod hasłami obrony suwerenności i polskiego
rynku pracy.
Faktem jest jednak, że zablokowanie tego planu obecnie oznacza, że Polska i inne kraje sprzeciwiające się klimatycznym propozycjom Europy będą współwinne katastrofie klimatycznej, która dotknie przecież całą planetę.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Czas na nowe otwarcie z Rosją?

Grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski.

Stosunek do Rosji na Starym Kontynencie się zmienia. Jednak nie jest to powrót do przeszłości. Nie mamy do czynienia ani z naiwną wiarą w poprawę postępowania Kremla, ani też z próbą rozgraniczenia stref wpływów na modłę jałtańską. Zmiana podejścia do Rosji to konsekwencja fundamentalnych przeobrażeń dokonujących się zarówno na poziomie globalnym, jak i w naszym bezpośrednim otoczeniu. Powstaje „nowy świat” i dla wielu w Europie konflikt z Kremlem wydaje się mieć coraz mniejszy sens, co więcej Moskwa widziana jest bardziej jako część rozwiązania, a nie problemu. Polska nie może dłużej lekceważyć tej sytuacji. Jest to bowiem kluczowy element nowych uwarunkowań bezpieczeństwa, w których przyjdzie nam funkcjonować w nadchodzących latach.
Dwa tygodnie przed głosowaniem w Radzie Europy, na odbywającym się w Petersburgu Forum Ekonomicznym, niemiecki minister gospodarki podpisał porozumienie, które zakłada zwiększanie eksportu niemieckich technologii do Rosji. Choć dokument formalnie nie musi prowadzić do łamania sankcji, to de facto podważa on ducha unijnej polityki ekonomicznych restrykcji.
Zbliżenie z Moskwą widoczne jest także w drugiej kluczowej europejskiej stolicy. W czerwcu 2019 roku we Francji gościł Dmitrij Miedwiediew. Celem wizyty miało być – jak określili to gospodarze – „nadanie nowego impulsu relacjom dwustronnym”. W trakcie rozmów premier Edouard Philippe stwierdził: „sankcje nie są na zawsze; mogą zostać odwołane w każdej chwili”. Konsultacje premierów poprzedzały spotkanie Macron–Putin, które odbyło się w połowie sierpnia w rezydencji francuskiego prezydenta w Prowansji. Takie ulokowanie wizyty świadczy o woli podkreślenia znaczenia bliskich personalnych relacji między rosyjską i francuską głową państwa.
Nowe podejście do Rosji nie dotyczy zresztą tylko Unii, ale widoczne jest także na poziomie Sojuszu Transatlantyckiego. Najbardziej spektakularnym przykładem jest tu bezprecedensowa decyzja Turcji, będącej drugą co do wielkości siłą militarną NATO, o zakupie rosyjskiego systemu rakietowego S-400. Niepokojące sygnały płyną także od naszego głównego sojusznika USA. Na sierpniowym szczycie G7 Donald Trump zaproponował ponowne dołączenie do wielkiej siódemki Rosji, którą wyrzucono z tego formatu po aneksji Krymu.
Polityka Moskwy wobec krajów postradzieckich, ale także wobec UE i NATO, jest dzisiaj jednym z bardziej przewidywalnych elementów międzynarodowej układanki. Mimo to Rosja jest coraz częściej postrzegana jako wystarczająco satysfakcjonujący partner, ewentualnie jako mniejsze zło. Konflikt z Kremlem coraz częściej widziany jest jako, być może, jedyny front, który Europa mogłaby dzisiaj zamknąć, nie ponosząc przy tym zbyt dużych kosztów. Taka zmiana podejścia do naszego największego wschodniego sąsiada wynika z głębokich przekształceń regionalnego i globalnego kontekstu.
Relacje międzynarodowe znowu wkraczają w fazę dwubiegunowej konkurencji, ale tym razem oś konfliktu nie przebiega między imperium rosyjskim a Zachodem, ale Chinami a USA. Oznacza to, że nasz główny sojusznik militarny – Stany Zjednoczone – jest uwikłany w bardzo absorbujące wielopoziomowe zwarcie (o przewagi technologiczne, warunki handlu, wpływy polityczne i dominację militarną), rozgrywające się daleko od Polski i Europy Wschodniej. Z perspektywy tego konfliktu problemy naszego regionu, nawet takie jak agresja zbrojna Kremla na Ukrainę, mają dla Waszyngtonu charakter drugorzędny.
W konflikcie chińsko-amerykańskim Rosja gra wprawdzie nie kluczową, ale istotną rolę. Na dzisiaj Moskwa akceptuje pozycję „młodszej siostry” Chin. Pogłębiające się uzależnienie ekonomiczne i technologiczne od Pekinu czy narastająca konkurencja w Azji Środkowej budzą na Kremlu coraz większe zaniepokojenie. Z kolei Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Trumpa już kilkukrotnie pokazały, że są gotowe na radykalne zwroty polityki, nie zważając na koszty, jakie niesie to dla innych państw, w tym dla europejskich sojuszników. Nie można więc wykluczyć, że w przyszłości może dojść do jakiegoś niekorzystnego z naszej perspektywy układu z Moskwą, u podłoża którego będą leżały amerykańskie kalkulacje związane z Pekinem. Bezpośrednie koszty takiej sytuacji może ponieść Ukraina, co oczywiście ma znaczenie dla Polski.
Wobec reorientacji priorytetów USA coraz większego znaczenia w regionalnej „układance” bezpieczeństwa nabiera polityka Unii. Jednak Europa ugina się pod ciężarem mnożących się problemów. Do „tradycyjnych” frontów w otoczeniu UE, takich jak: Afryka Północna, Bliski Wschód i oczywiście Rosja, doszły dwa nowe: Chiny i USA. Napięcia z Chinami mają głównie wymiar ekonomiczny, choć coraz częściej mówi się także o wyzwaniach bezpieczeństwa, związanych z ekspansją ekonomiczną, a także z penetracją cyfrową oraz agenturalną. Konflikt z Waszyngtonem jest bardziej wielowymiarowy. Poza gospodarką dotyczy takich fundamentalnych kwestii, jak podważanie jedności Unii (Trump jednoznacznie opowiada się za Brexitem bez umowy) czy groźnej dla bezpieczeństwa Europy eskalacji konfliktów na Bliskim Wschodzie (np. wskutek zerwania przez USA wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem).
Ze względu na głębokie powiązania europejsko-amerykańskie nieprzewidywalna polityka Stanów Zjednoczonych jest dla wielu krajów zachodnioeuropejskich dużo bardziej dotkliwa niż „wykroczenia”, których dopuszcza się Rosja. Przy czym za narastającym konfliktem z Waszyngtonem idą emocje społeczne. Według badań zrealizowanych w 2018 roku dla Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 49% Francuzów i Niemców wskazało USA jako główne zagrożenie dla własnego kraju. W przypadku Rosji było to odpowiednio 40% i 30%1. W niektórych zachodnich społeczeństwach ewidentnie włącza się logika: im większy mamy problem ze Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej warto szukać rozwiązań we współpracy z Rosją.
Na to wszystko nakładają się konflikty w samej Unii. Wspólnota uległa fragmentaryzacji jak nigdy dotąd, przy czym podziały przebiegają zarówno na poziomie międzypaństwowym, jak i wewnątrz poszczególnych krajów członkowskich. W efekcie uwaga polityków skierowana jest przede wszystkim na sytuację we własnych państwach, a dopiero w dalszej kolejności na poszukiwanie rozwiązań na poziomie unijnym. Słabnie też wola i zdolność do wspólnego działania wobec państw trzecich.
Wreszcie, koroduje wewnątrzunijna solidarność. Jednym z najbardziej widocznych objawów jest odnawiający się podział na „starą” i „nową” Europę. Ta ostatnia postrzegana jest coraz częściej jako niedojrzała do integracji, bo kontestuje wspólnotowe zasady, a przez niektóre rządy traktowana jest wręcz jako obciążenie, które należy „wypchnąć” na peryferia Unii. Dramatycznym pokazem tej tendencji jest nowe rozdanie personalne w UE, w którym Europie Środkowo-Wschodniej nie przypadło żadne z pięciu głównych stanowisk. „Nowa” Unia dostała też tylko jedno przewodnictwo komisji w Parlamencie Europejskim, gdy w poprzedniej kadencji miała ich osiem. To pokazuje dramatyczną słabość naszego regionu, ale także brak woli „starej Europy”, aby dbać o zintegrowanie wschodniej i zachodniej
części Wspólnoty.
Przede wszystkim grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydowali o rozwiązaniach ekonomicznych i w wymiarze bezpieczeństwa ponad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski i – szerzej – całego regionu.
„Nowe” podejście do naszego wschodniego sąsiada ma w Europie swoich zdeklarowanych przeciwników. Nie jest też tak, że w Niemczech czy we Francji wszystko zostało zdecydowane. Mamy do czynienia z procesem, który można współkształtować. Wymaga to sprawnych działań mobilizacyjnych i perswazyjnych. Jednak przekaz dotyczący polityki wobec Rosji już nie może być budowany wyłącznie na powielaniu starego. Krytykowanie wszelkich możliwych form współpracy nikogo dzisiaj nie przekona.
Nie wystarczy mówić, czego robić nie wolno, trzeba też formułować pozytywne propozycje. Przestrzeń na te ostatnie wydaje się dotyczyć przede wszystkim współpracy na poziomie społecznym. Argumentacji o konieczności utrzymania reżimu sankcyjnego mogłaby więc towarzyszyć propozycja powrotu do rozmowy UE–Moskwa o ruchu bezwizowym.
Ważnym elementem polityki bezpieczeństwa są też nasze relacje w regionie, zwłaszcza z Kijowem. Po politycznym trzęsieniu ziemi, jakie dokonało się na Ukrainie w wyniku wyborów prezydenckich, Polska musi zintensyfikować kontakty na najwyższym szczeblu z naszym głównym partnerem na wschodzie. Obecność prezydenta Zełenskiego na uroczystościach z okazji 80. rocznicy wybuchu wojny to krok w dobrym kierunku. Potrzebna jest jednak wizyta dwustronna. To bardzo niepokojące, że Polska pozostaje tu w tyle za Niemcami i Francją, dla których Ukraina jest partnerem trzeciorzędnym, a tam takie wizyty już się odbyły.
Przede wszystkim jeśli polski rząd chce rzeczywiście prowadzić odpowiedzialną i skuteczną politykę bezpieczeństwa, to musi zadbać o wiarygodność naszego kraju wśród potencjalnych sojuszników w Europie. Oczekiwanie solidarności od innych państw nie może bazować tylko na przekonaniu, że coś „nam się należy”. Kluczowa jest tu wspólnota tożsamości, przekonanie przywódców i społeczeństw krajów członkowskich, że jesteśmy częścią tej samej „rodziny” europejskich liberalnych demokracji.

Zmiana w działaniu

Zmiany klimatyczne stają się coraz bardziej widoczne i dokuczliwe. W miejscowości Verargues w Oksytanii padł absolutny rekord upału – 46 stopni Celsjusza.

Temperaturę tę odnotowano wczoraj (22 lipca). Jednak wcale nie jest to najgorętszy punkt w Europie tego lata. Anomalia z Verargues uplasowała Francję na szóstym miejscu.
Prym wiedzie Grecja, gdzie w lipcu termometry pokazały 48 stopni. Na tym swoistym podium klimatycznej zmiany stanęły też Portugalia i Hiszpania. W tym sezonie zanotowano tam, odpowiednio: 47,7 stopnia i 47,3. Do pierwszej piątki zakwalifikowały się też Włochy gdzie padł rekord 47 stopni Celsjusza oraz Bośnia i Hercegowina z „wynikiem” 46,2 stopnia.
We Francji przedłużające się upały i wywołane nimi susze mają fatalne skutki dla rolnictwa, zwłaszcza dla uprawy winorośli. To z kolei przekłada się na cały przemysł winiarski. Francja jest drugim po Włoszech największym globalnym producentem wina. Szacuje się spadki rzędu nawet 15 proc. Zwłaszcza, że zanim nastała susza uprawy niszczyły nadzwyczaj częste gradobicia i przymrozki tej wiosny.
Sytuacja jest szczególnie groźna w zachodniej części Francji, w słynnym winiarskim regionie Bordeaux. Czerwcowe i lipcowe fale upałów doprowadziły do masowych uschnięć. Stosunkowo najmniej ucierpiały winnice w Szampanii.
W niektórych regionach władze zaleciły ludziom oszczędne gospodarowanie wodą.

Radocha

Elity z prowincjonalnych kraików mają uciechę, że Europa pokazała prowincjonalnej Polce gdzie jej miejsce.

Nie ma nic bardziej prowincjonalnego, zakompleksionego i wiernopoddańczego wobec Zachodu niż taka reakcja. Oczywiście, strona opozycyjna nie ma obowiązku wspierać Szydło – to byłby bezrefleksyjny, niski nacjonalizm. Ale fiksowanie się na tym, że „hurra, Szydło ograna!”, kiedy ograne zostają peryferie to bezrefleksyjny, niski i frajerski okcydentalizm. Opozycja nie potrafi grać kartą europejskości, bo czerpie dziwną rozkosz z tego, gdy Zachód uczy nas bycia cywilizowanymi, wprowadza sankcje, pisze o nas negatywne komentarze, nie daje nam stanowisk i pieniędzy, żeby nas ukarać.
T en sadomasochizm jest szkodliwy, bo odtwarza kuratelę centrum nad peryferiami. Ale dla elit kompradorskich korzystny i wygodny, bo z obsługiwaniu bata europejskości wynoszą dla siebie partykularne korzyści.
Swoją drogą, z dwojga złego wolę jako komisarza polityczkę, która wprowadziła jako premier 500+ niż byłą wicepremier, która jest zdania, że „za 6 tysięcy złotych to pracuje tylko idiota albo złodziej”. Tym bardziej, że ta pierwsza kandydowała na nie tak istotną funkcję komisarza w Parlamencie Europejskim, a ta druga wylądowała w Komisji Europejskiej.

Przed wyborem przewodniczącego KE

18 lipca Rada ds. Ogólnych, w której zasiadają ministrowie spraw europejskich UE, ponownie zajmie się stanem praworządności w Polsce, w związku z rozpoczętą procedurą artykułu 7 traktatu o UE. Daje on Unii możliwość dyscyplinowania i karania państw, które praworządność naruszają.

Sprawa była przez ostatnie miesiące nieco odłożona na bok ze względu na pewną niechęć ze strony Rumunii (sprawującej prezydencję w Unii) do podejmowania tego tematu w trakcie tak gorącego politycznie okresu, jakim były wybory do PE. Kampania jest już jednak za nami, a prezydencję sprawować będzie teraz Finlandia, która praworządność w krajach Unii ma zamiar traktować priorytetowo.
Także kandydatka na funkcję przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, podczas spotkań z poszczególnymi grupami politycznymi Parlamentu Europejskiego, zdążyła już publicznie zapewnić – i to wielokrotnie – że, jeśli zostanie wybrana, praworządność będzie traktowała z najwyższą powagą i bardziej stanowczo niż poprzednia KE. Opowiedziała się wręcz za stworzeniem klarownego, jednakowego dla wszystkich mechanizmu, pomagającego strzec praworządności w państwach Unii, gdyż żadne z nich nie jest pod tym względem idealne. Mało tego –zapowiedziała, że „nie będzie unikała politycznej odpowiedzialności za działania w tym obszarze, zasłaniając się oczekiwaniem na decyzje unijnego Trybunału”.
I jeszcze jedno – jej pierwszym zastępcą, będzie Franz Timmermans, który nadal będzie monitorował przestrzeganie praworządności w krajach Unii.
Jak zatem, w świetle zapowiedzi o rychłym powrocie sprawy praworządności w Polsce na wokandę instytucji europejskich oraz w obliczu tak jednoznacznych deklaracji ze strony kandydatki na przewodniczącą KE, wygląda sytuacja Polski? Wydaje się otóż, że rząd polski, popierając panią von der Leyen, spełnił swoją powinność i – jakby to przykro dla nas nie brzmiało – nie jest już niezbędny. Blokując kandydaturę nielubianego w polskich kręgach rządowych Franza Timmermansa, pomógł przełamać dotychczasowy zwyczaj wyboru przewodniczącego KE spośród spitzenkandydatów wskazanych przez Parlament Europejski i otworzył tym samym bramki na autostradzie, którą pani von der Leyen może dojechać do Brukseli jako nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej. To jeszcze wymaga sporo starań, ale ona swą podróż już rozpoczęła.
Żeby dojechać do celu, czyli zostać następczynią Jean-Claude’a Junckera, musi uzyskać większość głosów unijnych parlamentarzystów. Jest oczywiste, że nie będzie ich szukać pośród eurosceptyków, tylko pośród ugrupowań jednoznacznie opowiadających się za podstawowymi wartościami, na których zbudowany jest europejski gmach.
Ugrupowanie Europejskich Konserwatystów Reformowanych, do którego należą posłowie PiS, jest szóstym pod względem wielkości i dysponuje 60 głosami. Nie tam więc pani von der Leyen będzie wypatrywała poparcia, tylko wśród posłów EPL (gdzie zasiadają posłowie PO i PSL), S&D (gdzie jesteśmy my – członkowie SLD), liberałów i Zielonych, czyli tam, gdzie może znaleźć grubo ponad 400 głosów. Wszyscy wymienieni zdecydowanie opowiadają się bowiem za Unią Europejską praworządną, demokratyczną i coraz bardziej zintegrowaną. Postulat wzmocnienia praworządności i stworzenia mechanizmu, który pozwoli efektywnie kontrolować jej przestrzeganie, zgłaszany przez panią von der Leyen, jest więc poniekąd ich (naszym) postulatem.
W świetle tego wydaje się, że rząd Mateusza Morawieckiego nie docenił, jak silnie zakorzeniona jest w społeczeństwach Unii Europejskiej idea praworządności rzeczywistej, a nie deklarowanej.
Dlatego, mimo, że wśród największych ugrupowań, o których głosy zabiega, nie wszyscy są z jej kandydatury zadowoleni, gdyż mieli własne (EPL – Manfreda Webera, S&D – Fransa Timmermansa), to należy się spodziewać, że przywiązanie do jednej z fundamentalnych wartości UE zwycięży i pani Ursula von der Leyen dostanie potrzebne jej poparcie.