Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Dzień po

Głosowanie do Parlamentu Europejskiego (PE), ze względu na jego stosunkowo niewielkie znaczenie merytoryczne, jest często traktowane jako rodzaj wielkiego sondażu, odbijającego życie polityczne w poszczególnych krajach Unii. Staje się też obrazem tendencji politycznych w skali kontynentu. Pierwsza wiadomość: choć niemal wszystkie narody słyszały o „zmienianiu Unii”, w PE będą dominować ugrupowania na ogół liberalne, które akceptują taką Unię, jaka jest. Przyjrzyjmy się jak głosowania wyglądały w różnych państwach Europy.

Wiele emocji w czasie minionej kampanii budził często podkreślany wątek postępu prawicowych ugrupowań wyraźnie euro-krytycznych. Owszem, prawica narodowa i skrajna prawica poszerzyły swój stan posiadania, lecz pozostają zupełnie niegroźne dla status quo, jeśli chodzi o PE. Będą miały ponad 170 (na 751) miejsc, do tego ok. 30 takich europosłów, którzy zostali wybrani przez Brytyjczyków i tak wkrótce odpadnie, jeśli Brexit dojdzie do skutku.
W Zjednoczonym Królestwie bezapelacyjnie wygrała Partia Brexit Nigela Farage’a zgarniając jedną trzecią głosów. Torysi (konserwatyści), którzy mieli Brexit wprowadzić w życie (i co im się dotąd nie udało) ponieśli druzgocącą klęskę – wprowadzą najwyżej trzech deputowanych do PE. Lewicową Partię Pracy wyprzedzili Liberalni Demokraci (ponad 20 proc. głosów!), a lewicowcy Zielonych.
Wzrost prawicy narodowej
Największą uwagę przyciągały jednak Włochy i Francja, gdzie wygrały ugrupowania „populistyczno-narodowe”. Liga Matteo Salviniego odniosła prawdziwy triumf – ponad 34 proc. głosów, podczas gdy Ruch Pięciu Gwiazd – partner Ligi w rządzie – zdobył dopiero trzecie miejsce. Koalicjantów przedzielili socjal-liberałowie z Partii Demokratycznej, z dość niespodziewanie wysokim wynikiem prawie 23 proc.
We Francji szeroko komentowane zwycięstwo ugrupowania Marine Le Pen (23,3 proc.) nad prezydencką prawicą neoliberalną nie było duże (mniej niż jeden proc.), jednak symbolicznie bardzo ważne dla polityki krajowej. Prawdziwą nowością jest tu niezwykły postęp Zielonych (trzecie miejsce) i spektakularnie słabe wyniki tradycyjnej prawicy liberalnej i lewicy (Nieuległej Francji).
Poza tym, partie kwalifikowane często jako skrajna prawica odnotowały postępy w wielu krajach. Zdobyły ponad 10 proc. głosów w Niemczech, Szwecji, Austrii, Danii, Belgii, Estonii i Finlandii. Zazwyczaj partie te kwestionują politykę imigracyjną swoich rządów. Jest to zresztą temat wyborczy nr 1 niemal wszystkich ugrupowań tego rodzaju.
Słabość lewicy
W Niemczech wygrały partie związane z rządem (CSU/CDU), lecz konserwatyści odnieśli słabe zwycięstwo (28,6 proc.). Podobnie ich koalicjanci z socjaldemokratycznej SPD odnotowali spadek: zajęli trzecie miejsce. Przedzielili ich Zieloni, którzy dosłownie podwoili swój wynik sprzed pięciu lat (ponad 20 proc.). Lewica z Die Linke dostała się do PE dosłownie rzutem na taśmę – zdobywając ledwo ponad 5 proc. głosów. Została wyprzedzona przez ksenofobiczną Alternatywę dla Niemiec, na którą głosowało dwa razy więcej wyborców.
W Austrii rządzącą do niedawna koalicję konserwatystów i pop-narodowców przedzielili socjaldemokraci, którzy wspięli się na drugie miejsce z bardzo przyzwoitym wynikiem ponad 23 proc. Partia Ludowa kanclerza Kurza zdobyła jeszcze lepszy wynik ponad 34 proc. głosów, ale jego rząd przestał istnieć, gdyż lokalny parlament przegłosował dziś wobec niego wotum nieufności. W Holandii wygrali (nieoczekiwanie, ale i dość niepewnie) socjal-liberałowie, a w Belgii wraz z wyborami do PE odbywały się wybory do krajowego parlamentu, w których triumfowali flamandzcy narodowcy: to samo stało się w wyborach do PE. Jeśli tak dalej pójdzie, Belgia się rozpadnie.
W Hiszpanii i Portugalii wygrali socjal-liberałowie, podczas gdy w innym południowym kraju – Grecji – triumfowała liberalna prawica (Nowa Demokracja), z ponad jedną trzecią głosów. Rządząca Syriza (socjaldemokraci) uzbierała prawie 24 proc. Z Grecji dostanie się jednak do PE co najmniej dwóch komunistów. Jeśli chodzi o wyspy południowe: na Cyprze wygrali konserwatyści, a na Malcie socjaldemokraci.
Ogółem na Zachodzie trzeba odnotować, oprócz wyraźnego wzrostu popularności partii o obliczu nacjonalistycznym, postępy partii ekologicznych: w „jądrze Unii” – Francji i Niemczech Zieloni zdobyli trzecie i drugie miejsce, świetnie wypadli w Belgii i Finlandii, dobrze w Hiszpanii i Szwecji. Lecz tendencją (jeszcze) wygrywającą pozostają różnej maści liberałowie.
Monopol prawicy na wschodzie
Nad Europą na wschód od Łaby zawisł za to triumf euroatlantyckiej prawicy. Niekiedy nie bez specyficznych dla naszego regionu przypraw: przaśności, ludycznego rasizmu i ksenofobii, taniego konserwatyzmu i demonstracji własnych kompleksów. Niestety, to wszystko pieczętowane jest klęską lewicy. I lewica nowoczesna, i ta bardziej klasyczna wypadły niezwykle słabo, choć w niektórych państwach, paradoksalnie, nawet obiektywnie kiepski wynik jest przyczynkiem optymistycznym i zachęca do dalszych działań.
Jednym z takich krajów jest Bułgaria. Tam Bojko Borisow, nieusuwalny niemal (tylko przez ambasadę amerykańską) premier tego kraju, były ochroniarz Żiwkowa i gangster z pokaźnym dorobkiem, spodziewanie wygrał. On i jego partia – a propos kompleksów – Obywatele na Rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB), jak podkreślają komentatorzy, rozgromiła opozycyjną Bułgarską Partią Socjalistyczną (BSP), taki ekwiwalent polskiego SLD, tylko z o wiele bogatszą i piękniejszą tradycją.
Różnica wprawdzie wynosi sześć punktów procentowych, ale naga statystyka dać może jedynie powierzchowne wrażenie.
– Ten wynik jest oczywistą katastrofą dla Bułgarskiej Partii Socjalistycznej. Od lat już GERB i BSP idą od wyborów do wyborów łeb w łeb. Na obie partie głosuje zostaw ich fanatycznych wyznawców; jest w tym coś plemiennego. Niestety, formuła ta powoli zaczyna się wyczerpywać, a wszystko co jest udawaną polityką w ostatecznym rozrachunku obraca się przeciw lewicy, nawet tak nieautentycznej jak BSP. Dość powiedzieć, że jest to partia, która wprowadziła w Bułgarii podatek liniowy. Niemniej i tak oni przegrywają. A to mimo gigantycznych korupcyjnych skandali i fali protestów – komentuje specjalnie dla Portalu Strajk Kalin Pyrwanow, znany bułgarski dziennikarz i lewicowy aktywista.
– “Socjaliści”, cudzysłów nieprzypadkowy – dodaje Pyrwanow – pogrążyli się w wewnątrzpartyjnych sporach. Biurokratyczno-oligarchiczne kliki chwyciły się za gardła i zajmują się sobą nawzajem. Na BSP głosują wymierający coraz szybciej nostalgików po republice ludowej. Bardzo powszechny w Bułgarii sentyment, na którym można by demagogicznie wygrać wybory totalnie przy takim umocowaniu jak to BSP. My tymczasem wyłoniliśmy niezależną kandydatkę, Wanię Grigorową. Uzyskała 10 tys. głosów prowadząc najbardziej minimalistycznymi środkami kampanię w całym kraju z pomocą bardzo niewielkiego sztabem. Ci ludzie, którzy oddali na nią głos, to “nasi” ludzie, teraz czas na konsolidację i poszerzanie kręgu sympatyków oraz przygotowania dalszych politycznych działań. Spodziewaliśmy się tyle – choć mieliśmy nadzieję na więcej – i nasze oczekiwania okazały się realne. To dobry punkt startowy dla nowej lewicy w Bułgarii. Stara już odchodzi w totalny niebyt. Ta partia, mam na myśli BSP, nie przyciągnie już nikogo nowego, choćby nawet zaproponowała jakieś rzeczywiście lewicowe postulaty, bo zniszczyła swój wizerunek totalnie. Starzy fanatycy głosują na nią siłą inercji – ocenia Pyrwanow.
W Grecji zaś klęska lewicy w wyborach europarlamentarnych, podobnie jak w Polsce, przełoży się z pewnością na architekturę krajowej sceny politycznej. Alexis Tsipras zapowiada podanie rządu do dymisji po tym, jak prawicowa Nowa Demokracja uzyskała przewagę nad stronnictwem rządowym na poziomie 10 punktów procentowych.
Kurs na NATO
Wybory do Parlamentu Europejskiego w Grecji były tylko kropką nad i nieudolnych rządów Tsiprasa, który tuż po tym jak sześć lat temu wygrał zapowiedzią wojny przeciwko polityce cięć i dyktatowi europejskiej i światowej finansjery, skapitulował już po pierwszych negocjacjach. Skutkiem tego wprowadzono pakiety “reform”, które sprowadziły Grecję na drogę cywilizacyjnej katastrofy. Po wdrożeniu kilku “pakietów ratunkowych” rękami Tsiprasa i kierowanej przez niego SYRIZY, podpisano także wyjątkowo niepopularne w Grecji porozumienie ws. zmiany oficjalnej nazwy najmniejsze postjugosłowiańskiej republiki na Macedonia Północna.
Eurowybory utrwaliły więc euroatlantycki kurs także w Atenach.
Prawica nabrała wiatru w żagle także w Rumunii, kraju z niemal identyczną do polskiej proamerykańską i prozachodnią szajbą. Lewica traci dramatycznie, Narodowa Partia Liberalna otrzymuje 26,95 proc. głosów. Rządząca Partia Socjaldemokratyczna otrzymuje 23,44 proc. Jest to dramatyczna klęska, spadek poparcia o ponad 20 punktów procentowych w stosunku do wyniku wyborów parlamentarnych w 2016 r. Inna grupa opozycyjna – Unia 2020 (stronnictwo byłego komisarza UE i głównego technokraty Daciana Ciolosa) uzyskało 20,08 proc. Europarlamentarzystów doczekała się także partia Victora Ponty Pro România, która otrzymała 6,74 proc. Demokratyczną Unię Węgrów w Rumunii (6,62 proc) i partię byłego prezydenta Traiana Basescu (Ruch Ludowy) wsparło 5,42 proc. wyborców. Ku pełnej radości prawicowych wyborców dziś, dzień po wyborach, przywódca Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea został skutecznie skazany na 3,5 roku więzienia. Oznacza to koniec jego kariery politycznej.
– To nie były wybory, tylko polowanie na czarownice. Wiedźmą był Dragnea. Osobiście nie mam do niego jakichś bardzo ciepłych uczuć, ale warto zdawać sobie sprawę z kontekstu. Socjaldemokraci stracili bardzo dużo, pomimo że udało im się zorganizować podwyżki dla lekarzy i nauczycieli. Jednak w Rumunii magicznym słowem jest “korupcja”. Dragnea był zaangażowany w różne korupcyjne schematy, a partia, gdy sformułowano wobec niego oskarżenia, próbowała dokonać takich zmian w systemie prawnym, aby za takie zarzuty jakie wobec niego wysunięto, nie można było zostać skutecznie ukaranym. W ten sposób powstał pretekst do kolejnej antykorupcyjnej histerii, którą prawica znakomicie wykorzystała, a wielu, zwłaszcza młodych ludzi z pretensjami do europejskości i nowoczesności to “kupiło”. Po prostu wytworzono tu taką kulturę polityczną, która każe ludziom wnioskować, że jeśli pozbędziemy się korupcji, to kraj nagle zakwitnie i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To skutecznie odwraca uwagę od rozwiązań, które nasza prawica proponuje, a są one na poziomie troglodycko-neoliberalnym. Kult własności prywatnej i prywatyzacji jak powtórka z obłędu lat 90. I ta walka dobra ze złem… To nie jest polityka, albo przynajmniej nie jest to polityka poważna – konstatuje w rozmowie z nami rumuńska lewicowa dziennikarka i akademiczka Maria Cernat.
Neoliberalizm i straszenie
Na Słowacji także doszło do zmian, tyle że nieco mniej oczywistych. Wygrała koalicja Postępowej Słowacji i liberalnej, prawicowej Razem. Uzyskała 20 proc. głosów. Na drugim miejscu uplasował się lider sondaży – socjaldemokratyczny SMER z wynikiem 15,8 proc. Na podium mamy też niestety neofaszystów z LSNS.
– Tak, to jest zwrot na prawo, taki w, rzekłbym, zachodnim stylu – komentuje dla Portalu Strajk Tim Horvath, słowacki aktywista i komentator.
– Zwyciężyła koalicja typu: ekologia, prawa człowieka i w ogóle nowoczesność, Europa, ale jeśli chodzi o gospodarkę to dopuszczalna jest wyłącznie doktryna neoliberalna. Jeżeli chodzi o porażkę SMER-u, to sytuacja jest złożona. Po pierwsze mamy do czynienia z oczywistym zmęczeniem społeczeństwa tą partią i postacią Roberta Fico. Niemniej, przełomowym wydarzeniem było zabójstwo dziennikarza, do którego doszło już ponad rok temu. Media nieprzychylne Fico i duża część establishmentu rozpętała wówczas histeryczną nagonkę na tego człowieka i okazała się ona dość skuteczna, choć rząd nie był zamieszany w to zabójstwo. Nie ma na to żadnych dowodów. Jednocześnie Fico, by przypodobać się ludowi, podjął ryzykowny flirt antyimigrancki i tym samym wpuścił do przestrzeni publicznej demony, które wyeksploatowali skutecznie prawicowi ekstremiści z LSNS. Jeśli zdecydujesz się karmić ludzi strachem, to szykujesz zwycięstwo temu, który postraszy skuteczniej od ciebie, a ludzka wyobraźnia jest bogata. Sytuacja rysuje się bardzo słabo – konstatuje Horvath.
A Węgry? Tam zwyciężył od lat niezwyciężony Victor Orban. Pytamy o opinię lewicowego działacza Lacko Solymara.
– Co mam wam powiedzieć? Straszenie uchodźcami i Unią Europejską wciąż się sprawdza i działa znakomicie. Poza tym kraj albo się rozpada albo, to co się nie rozpadło, przechodzi pod kuratelę biznesowego lub politycznego otoczenia Orbana, który wciąż traktowany jest jako mąż opatrznościowy, bez którego niechybnie zginą Węgrzy, Węgierki i świat. To jest jak słaby trip po LSD. Nie chcę tego dłużej komentować, bo od samego mówienia o tym robi mi się ciężko na duszy i na fizjologii. W Polsce macie chyba podobnie, więc na pewno mnie dobrze rozumiecie, prawda? – pyta retorycznie Solymar.

Zawsze słucham ludzi

Z Małgorzatą Sekuła-Szmajdzińską rozmawia Wincenty Elsner.

Pamiętasz ten dzień? Pierwszego maja 2004 roku. Jak go zapamiętałaś?
Szczerze? Ja nigdy nie kłamię. Samego dnia nie pamiętam. To znaczy nie pamiętam tego momentu, o którym mielibyśmy powiedzieć, że taka jestem szczęśliwa, że wchodzimy do Unii Europejskiej. Może dlatego, że już od 1989 roku byłam święcie przekonana, że ten moment nadejdzie. Nie wiedziałam oczywiście, kiedy to nastąpi. Ale jestem dumna, że to stało się, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej rządził. Ba, przecież wtedy mój mąż był Ministrem Obrony Narodowej. Podpisanie Traktatu Akcesyjnego było wynikiem ciężkiej pracy wszystkich ministrów rządu Leszka Millera. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę. Jurek też.

A teraz premier Morawiecki twierdzi, że to on wprowadzał Polskę do Unii…
Ech, szkoda słów. To jest takie zacieranie historii, pisanie na nowo. Ale ludzie pamiętają. Ludzie też pamiętają, że w czasie rządów SLD i w czasie, kiedy Jurek był szefem MON-u, podjęto decyzję o zakupie samolotów F-16. Tylko kiedy w 2016 roku była 10. rocznica obecności F-16 na polskim niebie, to słowa nikt nie powiedział o ówczesnych osobach o tym decydujących. Choćby o Januszu Zemke, który był przewodniczącym komisji przetargowej. Nie mówiąc o moim Jurku, który zginął w katastrofie smoleńskiej. A kiedy była ta 10. rocznica, wiele mówiono o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Pomników nie oczekuję, ale o Jurku nie powiedziano ani słowa. Powiem Ci, że… nie zdarza mi się płakać przed telewizorem. Popłakałam się.
To jest bardzo smutne, że rządzący tak instrumentalnie traktują naszą historię. Dzisiaj jest tak, że wszystko, co im jest niewygodne, wycierają gumeczką. I do widzenia.

Mamy bardzo ważny rok. Jest szansa, że za parę miesięcy powiemy do widzenia wszystkim tym, którzy od czterech lat demolują polską demokrację i fałszują historię. Teraz jednak naszym celem jest Bruksela. Kiedy pierwszy raz byłaś w Brukseli?
Do Amsterdamu i Brukseli pierwszy raz pojechałam jako studentka. Razem z koleżanką pracowałyśmy w Kreuth, w Alpach Bawarskich. Potem postanowiłyśmy pojechać autostopem do krajów Beneluxu. To były czasy, kiedy potrzebny był paszport, wizy – okres pobytu za granicą trzeba było wykorzystać.
Szczególnie utkwił mi w pamięci powrót z Brukseli. Wracałam też autostopem, sama, bo koleżanka została dłużej za granicą. Bałam się podróżować nocą. Jedną noc spędziłam na kanapie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. I rano ruszyłam dalej – do Wrocławia.

Pewnie jeszcze nieraz przyjdzie Ci zdrzemnąć się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Gdy nie będzie bezpośredniego lotu z Polski do Brukseli lub Strassburga. A samoloty mają to do siebie, że się spóźniają. Tyle że zamiast plecaka będziesz miała walizkę pełną dokumentów. Nie boisz się wszechobecnej unijnej biurokracji?
Tak, biurokracja jest problemem. Słyszałam ostatnio, że organizacje pożytku publicznego mają problemy z tą okropną biurokracją w Brukseli – gdy korzystają ze środków unijnych. Niestety, w wielu przypadkach jest ona konieczna, chodzi przecież o wydawanie pieniędzy publicznych. Ale myślę, że trzeba usiąść w takim gronie, które o wielu rzeczach decyduje i powiedzieć: no zaraz, nie przesadzajmy. Niech to ma jakiś życiowy, realny wymiar, który będzie miał sens. Znajdźmy jakiś środek. Jest temat. Na pewno trzeba się tym zająć.
Ja zawsze wychodzę z założenia, że trzeba się spotykać z ludźmi i rozmawiać o ich codziennych sprawach oraz problemach. No i oczywiście słuchać też ekspertów, którzy są fachowcami. To jest dla mnie doświadczenie z okresu, kiedy byłam posłanką.

No właśnie. W Sejmie pracowałaś w bardzo ważnych i trudnych komisjach. Twoja działalność parlamentarna została oceniona bardzo wysoko. W rankingu tygodnika „Polityka” trzykrotnie znalazłaś się w dziesiątce najlepszych parlamentarzystów VII kadencji. Jak wyobrażasz sobie pracę w Parlamencie Europejskim? W Sejmie na początku pytano nas, w jakich komisjach chcemy pracować. Co odpowiesz, gdy takie pytanie padnie w Brukseli?
Odpowiedź wcale nie jest łatwa. Może wynika z faktu, że różnymi rzeczami się interesuję. Bo oczywiście to najprostsze: prawniczka, była w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka i w Komisji Kodyfikacyjnej – to pewnie do podobnych komisji powinna trafić w Parlamencie Europejskim. Być może… Być może do tej dotyczącej praw człowieka.
Gdy jednak myślę o sprawach będących wyzwaniami dzisiejszej Unii, na przykład o wielkim marnotrawstwie żywności w sytej Europie. O tym, co powinno stać się standardem, o zamkniętym obiegu gospodarczym, czyli o recyklingu. To są tematy niesamowicie ważne i interesujące. Ja sobie to wszystko przemyślę. Też nie można tak się zachowywać… Jeszcze mnie tam nie ma, a już sobie wybrałam. Trochę skromności, drogi Kolego.

Wobec tego wracamy do Polski. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startują w ramach Koalicji Europejskiej. Wraz z polityczkami i politykami PO, PSL, Nowoczesnej i Zielonych. Jak się odnajdujesz w tak różnorodnym towarzystwie?
Tak naprawdę każdy musi robić swoje. My właściwie spotykamy się w tym gronie tylko na konferencjach prasowych. Jest mi oczywiście bardzo miło, gdy słyszę jak koledzy i koleżanki z innych partii wyrażają się o mnie w ciepłych słowach. Ale to wynika z tego, że znają mnie z czasów wspólnej pracy parlamentarnej. Jest jednak rzeczą oczywistą, że każdy walczy o swoje.
Ta kampania ma właściwie dwa oblicza. Jedno to jest to, co my robimy wspólnie – głównie te konferencje. A pozostała robota – ta najważniejsza i najtrudniejsza – to docieranie do swojego elektoratu, bądź elektoratu niezdecydowanego. Albo elektoratu, który jest teoretycznie w naszym zasięgu. Ale trzeba go do siebie przekonać. To jest naprawdę bardzo dużo pracy, nieporównywalnie więcej niż w wyborach parlamentarnych, gdzie ma się kilkanaście powiatów. A tu są dwa województwa: cały Dolny Śląsk i Opolszczyzna. Dlatego chciałabym podziękować kolegom i koleżankom, którzy mnie bardzo wspierają i wszystko to organizują. Efekt końcowy będzie zależny od tego, do ilu osób uda nam się dotrzeć.
Powiem tak: wykonujemy co trzeba. To, co do nas należy. Śmiejemy się z sondaży, bo ciągle coś innego pokazują. Prawdziwy sondaż będzie 26 maja.

Co będzie miało decydujący wpływ na wynik tego „prawdziwego sondażu” 26 maja?
Zapewne wiele czynników. Powiem o jednym. Byłam przerażona, a właściwie nie przerażona, a zasmucona, gdy dowiedziałam się, że są gminy, gdzie w wyborach europejskich chodzi głosować 11 procent wyborców. Błagam – niech to się zmieni! Świadomość wielu naszych obywatelek i obywateli musi ulec zmianie. Jak się komuś wydaje, że ta Europa, ta Bruksela jest tak daleko… Nie – jest na wyciągnięcie ręki. I masa rzeczy związanych z rozwojem naszego kraju tam się zaczyna. Nasza pozycja i stabilizacja, przyszłość całej Europy. To jest ogromnie ważna rzecz. Więc proszę Państwa wszystkich, żebyście głosowali. A te 11 procent niech to będą tylko bajki z przeszłości.

Ostatnie pytanie. Wiemy, jaka była Europa kiedyś. Widzimy, jaka jest dzisiaj. Nie pytam Cię o Twoje marzenia w perspektywie miesiąca. Bo każdy, kto startuje w wyborach, marzy by je wygrać. Ale powiedz, jak powinna wyglądać Europa i Polska za piętnaście lat – gdy będziemy świętowali trzydziestolecie przystąpienia do Unii Europejskiej?
To jest jedno z najważniejszych zadań. Żeby standard życia w Polsce systematycznie się podnosił. Żebyśmy mogli stopniowo dorównywać tym, którzy dzisiaj są w lepszej od nas sytuacji. Żeby nasze dzieci i wnuki miały większy komfort życia we wspólnej Europie.

A szczególne zadania dla lewicy…
No to są właśnie zadania dla lewicy. Podniesienie poziomu życia – wyższe płace, szczególnie w mniej zamożnych krajach Unii – o tym lewica mówi przed wyborami europejskimi. Na przykład, jaka powinna być minimalna płaca i emerytura we wszystkich państwach Unii. To powinno być zrobione na poziomie unijnym i powinniśmy do tego dążyć. Będzie to prowadziło do wyrównania szans pracowników, w tym również ludzi młodych, w różnych krajach. By nie musieli wyjeżdżać „za chlebem” za granicę. Nigdy nie twierdziłam, że wszyscy musimy być milionerami. Ale najważniejszym jest, aby każdego stać było na godne, dostatnie i spokojne życie.

A euro…
No właśnie. Jak to jest z tą walutą euro? Wchodziliśmy w gronie 10 państw do Unii Europejskiej, a obecnie w siedmiu z nich jest już euro. Nie ma tylko u nas, nie ma na Węgrzech i nie ma w Czechach. To jest kolejny super ważny temat do dyskutowania. Przecież to jest procedura, której nie da się załatwić w 3 lata. To jest temat do dyskusji z ekspertami – ale ona musi się toczyć, bo już od dawna takiej debaty właściwie nie ma.
Wiem, że nie poruszyliśmy wielu tematów. Ale tak jak powiedziałaś, przede wszystkim mamy pracę do wykonania. Byśmy za dwa tygodnie mogli powiedzieć, że Dolny Śląsk, Opolszczyzna i Sojusz Lewicy Demokratycznej mają swoją reprezentantkę w Parlamencie Europejskim.
Proszę o Wasz Głos. Lista numer 3 Koalicji Europejskiej. Miejsce 3. Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Serdecznie pozdrawiam wszystkie Czytelniczki i Czytelników „Trybuny”.

Najważniejsza debata nowoczesnej Europy

Debata „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” przyciągnęła uwagę nie tylko składem dyskutantów, ale i tym co jedni z najbardziej doświadczonych polityków w Europie mają do powiedzenia na temat przyszłości Unii Europejskiej.

– Jesteśmy w jednym z najważniejszych punktów kampanii. Wczoraj komentowane były słowa Donalda Tuska, ale on tylko zadawał pytania, ale na nie nie odpowiedział. Dzisiaj zrobią to Włodzimierz Cimoszewicz, Frans Timmermans oraz Aleksander Kwaśniewski – mówił Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD rozpoczynając debatę. – Musimy nie tylko stawiać pytania o wyzwania przyszłości UE i Europy, o zmiany klimatyczne, o wykluczenie cyfrowe – zwłaszcza osób starszych – o zwiększającą się robotyzację, ale i znajdywać rozwiązania – ocenił Czarzasty. – Europejska i Polska socjaldemokracja umie to zrobić i dlatego właśnie to będzie najważniejsza debata tej kampanii, bo biorą w niej udział poważni politycy. Szczególnie dziękuję za udział naszemu kandydatowi na szefa Komisji Europejskiej Fransowi Timmermansowi – podkreślił lider Sojuszu.

Okiem prezydenta

– Co jest alternatywą dla naszej Europy? Nie jest to Europa, które może polegać na cofnięciu się do Europy narodów. Alternatywą dla tej Europy jest dezintegracja Europy, jej koniec, powrót do nacjonalizmów, egoizmów, konfliktów, które Europę w XX wieku skutecznie rujnowały – powiedział podczas debaty były prezydent Aleksander Kwaśniewski, który jako pierwszy zabrał głos w dyskusji. – Nie można pozwolić, by wyborcy zostali zwiedzeni nowymi szatami przez rządzących – dodał Kwaśniewski. – Europejskie flagi zostały wyciągnięte z piwnic, nie powinniśmy wierzyć w tę przemianę PiS, to jest PR-owy trick – kontynuował były prezydent.
– Straciliśmy w Polsce umiejętność działania ponad podziałami. Nastąpiła polaryzacja i dotyczy ona również spraw europejskich – ocenił prezydent dwóch kadencji i wskazał, iż to czołowe instytucje Unii Europejskiej muszą w bardziej przystępny sposób komunikować się z Europejkami i Europejczykami i „w sposób jasny i przystępny tłumaczyć i komunikować swoje decyzje”. – Nie ma sprzeczności między patriotyzmem a europejskością. Dylemat ten staje się miniony w XXI wieku. Żyjemy w innym świecie. Dzisiaj prawdziwy polski patriota to ten, który walczy o obecność Polski w Europie – powiedział Aleksander Kwaśniewski.

Jak zmieniać Unię

W debacie „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” jako drugi głos zabrał były premier i minister spraw zagranicznych RP, który opowiedział się za dalszą integracją krajów tworzących Unię Europejską. – Konkretne elementy polityki, które musimy wprowadzić w UE: wspólna polityka zagraniczna – zwłaszcza wobec Rosji i państw Afryki – wspólna polityka obronna; wspólna polityka socjalna oraz wspólny program onkologiczny.
Włodzimierz Cimoszewicz wskazywał, iż musi powrócić zrozumienie dla idei solidarności europejskiej w wymiarze gospodarczym. – Kraje bogatsze muszą zrozumieć, że zmniejszanie napięć społecznych i płacowych w krajach mniej zamożnych leży także w ich interesie. W całym świecie odbywają się procesy społeczne, które zwiększają frustracje. O jednym z nich wiemy, to natężające się różnice dochodów – ocenił były premier.

Wezwanie z Brukseli

Frans Timmermans zwrócił się do Polek i Polaków z pozytywnym przesłaniem: „Mój ojciec nie jest teraz w najlepszym stanie, zapomina o bardzo wielu rzeczach i osobach, ale nie zapomina polskich żołnierzy, którzy byli w jego domu, gdy był dzieckiem. Musiałem powiedzieć o tych odważnych ludziach, dlatego, że większość z nich nigdy nie była świadkami wolnej Polski, a Polska w UE jest dzisiaj nagrodą dla ludzi, którzy wyzwalali ogromne tereny Europy. Dlatego Polska zawsze będzie musiała być wiodącym krajem Europy Nie ma nikogo, kto zatrzymywałby Polskę w Europie. Jedynymi na tej drodze mogą być sami Polacy. Jestem pewien, że prawie 100 proc. Polaków, bez względu na sympatie polityczne, chce, by Polska pełniła wiodącą rolę w Europie”.
Kandydat europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej podkreślił, iż wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej oraz walka z unikaniem płacenia podatków przez korporacje będą priorytetami lewicy w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. – Esencją naszego ruchu politycznego – socjaldemokracji – jest redystrybucja: dochodów, władzy, bogactw naturalnych, prestiżu. Sprawiedliwy podział dóbr to istota lewicowości.
– Wielkie korporacje unikają w Europie podatków! To niedopuszczalne! Potrzebujemy europejskiej umowy: każdy, kto uzyskuje w Europie dochody, musi także w Europie płacić podatki! Musimy także ustalić minimalny podatek dla przedsiębiorstw w całej UE – podkreślił Timmermans. – Zdarza się, że te same firmy płacą za tę samą pracę mniej w jednym kraju UE, a więcej w innym, uzasadniają to niższymi kosztami życia. Ale ten argument już nie jest prawdziwy! Płace w Polsce są za niskie. Potrzebujemy europejskiej płacy minimalnej! – oświadczył. – Musimy zapewnić godziwe warunki pracy i płacy w krajach Europy Środkowej, mieszkańcy tych krajów nie mogą być zmuszani, by wyjeżdżać w poszukiwania większych zarobków do innych krajów UE, muszą godnie zarabiać u siebie! – kontynuował. – Musimy skończyć z zatrudnianiem ludzi za 3 euro za godzinę – dodał.
Jednym z narzędzi do uzyskanie tego celu, które wskazał pierwszy zastępca szefa KE jest wzmocnienie układów zbiorowych oraz związków zawodowych. Należy wesprzeć pracowników w trakcie 4. rewolucji przemysłowej, inaczej będzie presja na niskie płace – podkreślił Timmermans.
Debatę „Timmermans-Cimoszewicz-Kwaśniewski” poprowadziła Anna Skrzypek z think-tanku FEPS.

***

Zapowiedź, że będzie to najważniejsza debata obecnej kampanii wyborczej, spełniło się. Pokazała, że jedynie lewica dysponuje perspektywą nie tylko polską, ale europejską. Prezydent Aleksander Kwaśniewski zauważył, że nadchodzące wybory nie będą jak każde dotychczasowe. Faktycznie – zdecydują nie tylko o tym, jakie nazwiska będą reprezentowały Polskę w Parlamencie Europejskim, czy co ta czy inna opcja Polsce „załatwi”, ale o tym, w jakiej Europie się znajdziemy. Tym razem bowiem gra toczy się o bardzo wysoką stawkę – o sam przyszły kształt Unii Europejskiej, wręcz o jej „być albo nie być”. Podkreślali to dobitnie także pozostali paneliści. Włodzimierz Cimoszewicz przywołał przykłady innych organizacji międzynarodowych – m.in. ONZ, OBWE, Rady Europy – które na pewnym etapie swojej działalności stworzyły nowe jakości, zmieniły świat, ale nie były w stanie podjąć wyzwań w zmienionych okolicznościach, weszły w fazę uwiądu. Taka groźba rysuje się teraz również i przed Unią Europejską, a siły działające na rzecz jej dezintegracji czają się nie tylko w Polsce i związane są nie tylko z jedną opcją polityczną. W tym kontekście sprowadzanie wagi wyborów 26 czerwca tylko do doraźnych wyborczych obietnic jest po prostu nieodpowiedzialne.
Tak też należy odczytać apel Fransa Timmermansa, który zawarł w swojej końcowej wypowiedzi. Przypomniał Europę sprzed lat trzydziestu, podzieloną murem, Europę sprzed lat piętnastu, gdy doszło do największego w jej dziejach jej rozszerzenia, w ramach którego Polska stała się jaj państwem członkowskim, i Europę dzisiejszą, stojącą przed nowymi zupełnie zagrożeniami, które musi pokonać. I postawił pytanie: „W jakiej Europie chcielibyśmy się znaleźć za kolejne piętnaście lat?” O tym bowiem w tych wyborach zdecydujemy.
Grzegorz Waliński

Pierwsza Piętnastka

1. Piętnaście lat minęło nam w Unii Europejskiej. Kiedy do niej wstępowaliśmy nasz PKB stanowił niewiele mniej od połowy średniej unijnej. Po piętnastu latach mamy jej 70 procent. Oczywiście można zauważyć, że po rozszerzeniu się UE na biedniejsze państwa Europy średnia UE musiała też spaść. Ale w tym czasie PKB w Serbii wzrósł jedynie z 32 do 36 procent średniej UE. Z innych pozostających nadal poza Unią, skok z 34 do 46 procent zanotowała Czarnogóra. Sprawił to turystycznego boomu w tym niedużym państwie i faktyczne przejście jego gospodarki na euro. Jak jest na porównywalnej z Polską Ukrainie, każdy widzi.

2. Patrząc globalnie w ciągu ostatnich 15 lat tylko dwóm grupom państw udało się znacząco doganiać grono najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw. Tygrysom gospodarczym z Azji Południowo- Wschodniej i państwom Europy Środkowo-Wschodniej po ich akcesji do UE.

3. Chiny awansowały w tym czasie na pozycję drugiej gospodarki świata i do grona globalnych, politycznych mocarstw. Sprawnie zadomowiły się w gospodarce Unii Europejskiej, bo Unia nie ma jednolitej, wspólnej polityki wobec Chin. Choć od przynajmniej lat dziesięciu ma wiele raportów przestrzegających jej przywódców przed negatywnymi skutkami braku takiej polityki.

4. Unia Europejska ma za to wspólną politykę militarnego bezpieczeństwa z USA i konkurencyjne wobec amerykańskiej gospodarki. Obecny prezydent USA Donald Trump proponuje państwom UE deal. Nadal otwarty parasol militarnego bezpieczeństwa nad Unią, ale za cenę wspierania USA w ich wojnach gospodarczych z Chinami, Iranem, Rosją.
Czy Unia ma zgodzić się na takie sojusz, czy tworzyć własną armię, czy tylko czekać na zmianę prezydenta?

5. Rosja łączy terytorialnie Europę z Azją. Ma powiązaną i niezwykle potrzebną Unii Europejskiej gospodarkę oraz nieprzystający do unijnych standardów system polityczny. No i deficyt przestrzegania praw człowieka.
Ma za to liczną i sprawną armię. Ma też elity polityczne z kompleksem zdegradowanego mocarstwa, chęcią rywalizacji z USA, imperialną mentalnością.
I złością na Unię, która gospodarczo wyłuskuje z rosyjskich wpływów ostatnie z identyfikujących się z kulturą europejska państwa.
Jednocześnie Moskwa nie potrafi zahamować wzrastającej potęgi Chin, które nigdy nie uznały „nierównoprawnych traktatów” narzuconych cesarstwu chińskiemu przez cesarstwo rosyjskie. Czyli zaboru „chińskiej Syberii”.
Czy ekspansja Chin zmusi kiedyś Rosję do ścisłego sojuszu w Unią, nawet za cenę utraty wpływów w Mołdawii, Gruzji, Ukrainie?

6. Europa jest geopolitycznie wysuniętym półwyspem wielkiego kontynentu euroazjatyckiego. Zajmowanym obecnie przez Unię Europejską i państwa kandydujące do niej. Bo Unia Europejska, zwłaszcza jej najbogatsze państwa, nadal postrzegane są jako najlepsze miejsca do życia na świecie.
Jest też Unia Europejska przodującą gospodarką na świecie. I dzięki przynależności do NATO jest też politycznie powiązana z największą na świecie gospodarką amerykańska i globalną kulturą amerykańską. Wyrosłą z kultury europejskiej, ale teraz dominującą, czasem wręcz europejską tłamszącą.

7. Ta globalna dominacja Europy i wyrosłej z niej gospodarki Zachodu, to efekt ostatnich 200 lat. Jeszcze w 1820 roku gospodarka chińska była największą na świecie. Ale to na zachodnie Europy dokonała się rewolucja przemysłowa, której innowacyjne wynalazki mnożono w amerykańskich fabrykach i rozwożono po całym „demokratycznym” świecie. Jako produkty cywilizacji europejskiego Zachodu, potem już cywilizacji amerykańskiej.

8. Wtedy powstał i przez ponad wiek egzystował, obowiązujący jeszcze wśród prowincjonalnych, czyli też polskich, polityków i publicystów dogmat. Zakładający, że tylko zachodnia demokracja parlamentarna + prawa człowieka + liberalna gospodarka rynkowa zapewniają wzrost dobrobytu i cywilizacyjny postęp. W ciągu ostatnich trzydziestu lat Chiny, Republika Korei, Singapur, Wietnam udowodniły, że tak być nie musi.
Przeciwnie obecnie najszybciej rozwijają się gospodarki w państwach naśladujących nie zachodni lecz chiński model państwowo – gospodarczy.

9. Chiny odbudowały swą potęgę gospodarczą na rozbudzanym nacjonalizmie gospodarczym. Zaprzęgając do działalności gospodarczej cały państwowy aparat. Dotując skrycie swoją produkcję, zwłaszcza przeznaczoną na eksport i głosząc jednocześnie konieczność przestrzegania wolności handlu i produkcji. Przedkładając potrzeby rozwijającej się gospodarki nad prawa człowieka.

10. W należącej do Unii Europejskiej Polsce międzynarodowe koncerny wyzyskiwały i wyzyskują polskich pracowników, a polskie rządy obiecywały i obiecują im wzrost płac dopiero po osiągnięciu określonego poziomu rozwoju i wydajności pracy.
W Chinach to chińskie koncerny wyzyskiwały i wyzyskują chińskich pracowników, a chińskie rządzy podwyżki obiecują ich podobnie.
Przez wiele lat zachodnie koncerny inwestowały w Chinach traktując je jako „fabrykę świata”. A ścisłej montownię wymyślanych na Zachodzie produktów.
Tymczasem Chińczycy montując efekty zachodniej cywilizacji nie przestali myśleć o swoich. Bezlitośnie kopiowali cudze, aby potem tworzyć swoje wynalazki. W tym czasie instytucje państwowe, tworzące spółki z zagranicznymi montowniami kumulowały zyski z montażu i handlu, a potem inwestowały je w chińskie, już innowacyjne firmy.

11. Dzisiaj innowacyjna nadal gospodarka Unii Europejskiej nie jest w stanie zbudować telekomunikacyjnej infrastruktury 5G bez technologii chińskiego koncernu Huawei. Ma dylemat: zastój technologiczny czy groźba uzależnienia się od powiązanego z państwem chińskim technologicznego monopolisty?
Wybór opcji chińskiej to też konflikt z aktualnym prezydentem USA Trumpem. Dodatkowy podział wśród państw Unii.

12. Oczywiście gdyby państwa Unii wcześniej dokonały integracji gospodarczej na poziomie firm zajmujących się nowoczesną infrastrukturą telekomunikacyjną to Unia miała by już swojego Huaweia. Ale go nie ma i długo może go nie mieć.

13. Nie może mieć, kiedy przywódcy państw Unii, tacy jak choćby Orban Kaczyński, traktują Unię jak bankomat. Chcą tylko wypłacać z niego otrzymaną od bogatszych kolegów kartą podarunkową. A wspólnego konta nie zasilać.

14. Na wejściu do Unii Europejskiej nie wszyscy Polacy skorzystali. Nie wszyscy też skorzystali jednakowo. Najlepiej opłacało się wielkomiejskiej inteligencji i bogatym polskim chłopom. Dlatego pierwsza piętnastka w Unii powinna sprzyjać myśleniu co poza bankomatem?
Jak Unię reformować aby była konkurencyjną wobec Chin i oddalającej się politycznie USA?
Jak stworzyć gospodarkę innowacyjną, a nie odcinać kupony od technologii z ubiegłego wieku?
Jak rozwiązać kryzys demograficzny w Unii?
Jak zdemokratyzować instytucje polityczne Unii?
Jak utrzymać negocjacyjny styl rządzenia w UE z potrzebą przyśpieszania podejmowania tam decyzji?

15. Niestety polskie elity niewiele mają tu do zaproponowania. Pan prezes Kaczyński postuluje powrót do „Europy Ojczyzn”, bo tak mu ładniej wyborczo brzmi. Zapominając, że nawołuje tym do powrotu Europy wojen między jej państwami. Inni prominenci PiS obiecują powrót do katolickiej wiary i tradycji.
Może z tego będą mieli 40 procent głosów „ciemnego ludu”. Ale z takiej Europy i z tak rozumianej wiary ani Polska, ani Europa swego Huaweia mieć nie będzie. Ani za pięć, ani za kolejne piętnaście lat.

Czy Europa jest roztrzaskanym lustrem?

Biblia prawicowca

Opasłe dzieło Wojciecha Roszkowskiego „Roztrzaskane lustro” może z powodzeniem służyć jako ideowa biblia tym wszystkim, których przeraża ewolucja Europy, zachodzące w niej procesy cywilizacyjne, które autor (nie on jeden) określa jako upadek.
To część dyskursu współczesnej prawicy, zarówno tej nacjonalistycznej i populistycznej, jak i konserwatywnej. Radykalna laicyzacja, marginalizacja religii chrześcijańskiej, w tym w szczególności katolicyzmu, rozkład obyczajów, dekompozycja instytucji rodziny, emancypacja mniejszości seksualnych, przedefiniowanie wielu tradycyjnych pojęć, w tym pojęcia „prawdy”, radykalne eksperymenty w kulturze – wszystko to i wiele innych zjawisk opisał w swoim obszernym dziele Roszkowski. Po wstępnym zdefiniowaniu tradycji europejskiej autor – podobnie skądinąd jak inni autorzy jego ideowej proweniencji – wskazuje wydarzenia, które były pierwszym ciosem zadanym owej tradycji – Oświecenie i Wielka Rewolucja Francuska, aczkolwiek poprzedziły je jeszcze średniowieczne podziały chrześcijaństwa.
Swoją historię rozbijania europejskiego lustra opisał Roszkowski poprzez zwięzłe syntezy poszczególnych trapiących Europę jego zdaniem plag. To utopie komunistyczne, marksizm, ewolucjonizm nihilizm, irracjonalizm, eugenika postmodernizm, nazizm, komunizm, liberalizm, feminizm, miękki rozkład, dechrystianizacja relatywizm, pornografia, aborcja, seksualizacja, antykoncepcja czy szeroko rozumiany postęp. Uważny czytelnik prasy prawicowej i katolickiej nie znajdzie tu innego obrazu i innych diagnoz niż te, które od lat znajduje na ich łamach. Roszkowski jedynie wyposażył je w bogaty aparat erudycyjny i uporządkował.
Niewątpliwie, stan dzisiejszej cywilizacji europejskiej uzasadnia liczne obawy o jej przyszły kształt i los. W pierwszym rzędzie groźna jest islamizacja, która w wielu krajach europejskich przybrała zastraszającą skalę i zasadnie budzi lęki o los praw i wolności właściwych Europie, w tym lewicowo-liberalnych. W takich krajach jak Francja proces ten jest bardzo zaawansowany i Francuzi coraz mniej czują się w swoim kraju u siebie, poddawani presji przez agresywnie antydemokratyczną kulturę islamistyczną Pesymistyczne przewidywania budzi też intelektualny indyferentyzm szerokich kręgów społecznych, to co można uznać za „masowe zgłupienie”. Jednakże wątpliwe wydaje się, co czyni choćby Roszkowski w swojej pracy, przypisywanie, po pierwsze, winy za ten stan rzeczy przewrotowi oświeceniowemu, po drugie retrotopiczne podejście do przeszłości przedoświeceniowej, jej idealizacja.
Gdyby Europa przedoświeceniowa była tak szczęśliwa, to nie doszłoby do Rewolucji i innych rewolt społecznych, które wstrząsały Europą w XIX wieku. Poza tym, skłonność do animowania tego, co zwykło nazywać się postępem, wydaje się być immanentną cechą natury ludzkiej i wiara, że świat bez postępu trwałby w jakiejś szczęśliwości jest przejawem myślenia ahistorycznego i pozbawionego sensu. Rzecz jasna, nie wszystkie owoce postępu służą człowiekowi, ale trudno wyobrazić sobie ludzkość tkwiącą przez stulecia w bezruchu. Mieć o to pretensje, to jakby mieć pretensje do dorosłego, „grzesznego” człowieka, że wyrósł ze stanu dziecięcej „niewinności”.
Roszkowski winą za „całe zło” obarcza także, śladem konserwatywnych myślicieli Scrutona i Johnsona, intelektualistów, jako sprawców zasiania ziaren zamętu. Owi inkryminowani „intelektualiści” niejednokrotnie się mylili w swoich diagnozach i wskazaniach, ale mieć do nich pretensje, to mieć pretensje do gatunku homo sapiens, że posiada władzę myślenia i stara się z niego korzystać.
Roszkowski zdaje się też słabo zauważać, że tak lubiana przez niego religia chrześcijańska była przez stulecia, obok pewnych walorów kulturotwórczych, źródłem straszliwej opresji w stosunku do milionów ludzi. Za rzeczywiście niedobry dziś stan cywilizacji europejskiej odpowiadają więc zarówno nosiciele postępu, jak i jego wrogowie.
Roszkowski, choć szanse na uratowanie Europy upatruje w odrodzeniu tradycyjnych form i wartości, nie jest dużym optymistą. Najwyraźniej nie jest optymistą także w stosunku do Polski. W ostatnim akapicie zakończenia wskazuje na Węgry Orbán jako na jedyny europejski kraj zachowujący wierność „tradycyjnym wartościom” i to przy poparciu miażdżącej większości społeczeństwa. Ale Węgry to mały kraj o nikłym potencjale kulturowego promieniowania.
Rządzonej przez PiS Polski Roszkowski nie wymienia. I chyba ma rację. W wielomilionowej Polsce, kraju o bogatych tradycjach wolnościowych i irredentystycznych rozpętuje się właśnie w tempie jednostajnie przyspieszonym wojna kulturowa, która sprawi, że mimo marzeń wielu ludzi prawicy konserwatywnej, nacjonalistycznej i katolickiej, Polska nie doszlusuje do Węgier w roli wspornika nowej kontrreformacji.
Przy tych zastrzeżeniach do wymowy ideowej dzieła Wojciecha Roszkowskiego jest ono cennym rezerwuarem wiedzy o przemianach kulturowych i cywilizacyjnych w Europie na przestrzeni minionych
dwóch stuleci.

Wojciech Roszkowski – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”, wyd. Biały Kruk, Kraków 2019, str.558, ISBN 978-83-7553-260-9.

Polska i świat

Nie mam wątpliwości, że Europa wkroczyła w fazę nowego Świętego Przymierza chroniącego możnych przed demokratycznymi artykulacjami. Spójrzmy tylko na to, co się dzieje:
We Francji policja tydzień w tydzień brutalnie leje manifestujących, zakazuje się demonstracji, wyprowadza się wojsko na ulice – wszystko po to, by ochronić reformy korzystne dla bogaczy i niekorzystne dla większości społeczeństwa – a odpowiedzialny za to prezydent uchodzi za symbol europejskości,
W Wielkiej Brytanii premier jest głucha nie tylko na opinię publiczną, ale i na głosy Parlamentu, mającego być tejże opinii publicznej wyrazem – przedkłada ponad interes powszechny dobro własnej, fatalnie podzielonej partii i koalicji, a także własną, coraz bardziej zagrożoną posadę,
W Hiszpanii doszło do gorszącej kryminalizacji aspiracji Katalończyków do samostanowienia – z demonstracjami władze w Madrycie obeszły się bezwzględnie, a działaczom niepodległościowym postawiono zarzuty,
Niemcy ponownie weszły w samozwańczego centrum Europy, które lansuje wizję integracji, zgodnie z którą to co jest dobre dla niemieckiego kapitału, ma być dobre dla ludów Europy,
Włosi są na populistycznej wojnie ze zdesperowanymi uchodźcami, którym w bestialski sposób utrudniają przekraczanie Morza Śródziemnego,
Na Wschodzie Rosja na powrót stała się żandarmem, który poszerza swoją strefę wpływów, a Turcja robi za sojusznika Europy w powstrzymywaniu przepływów ludności i w walce z islamistami, odpłacając sobie przyzwoleniem Europy na dziesiątkowanie Kurdów,
A Polacy nie są już barometrem rewolucji w Europie, jakim byli w XIX wieku.
I w tych przerażających warunkach zamiast nowej Wiosny Ludów, dostajemy z lewej strony jakieś pastelowe, infantylne Wiosny i projekty dla kosmopolitycznych wykształciuchów…

Wielki Francuz z Cognac

Marzeniom i europejskiemu entuzjazmowi Waldemara Kuczyńskiego, wieloletniego polskiego emigranta we Francji, w latach 1989-1990 jednemu z ministrów gospodarczych w pionierskim rządzie Tadeusza Mazowieckiego zawdzięczamy polską edycję dzieła, które ukazało się w momencie bardzo odpowiednim, w momencie dramatycznego kryzysu wspólnoty europejskiej. W słowie od tłumacza Kuczyński wspomina, jak w roku 1984, gdy mieszkał w podparyskim Sartrouville, odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego. Opublikował wtedy w „Le Monde” artykuł, w którym napisał o swoim, polskim marzeniu o chwili, gdy „razem będziemy wybierać parlament całej Europy”. Marzenie to wydawało się wtedy nierealne, a jednak się spełniło i dlatego właśnie tak dziś boli i kryzys europejskiej wspólnoty i – z polskiego punktu widzenia – to, jak rząd PiS dewastuje polską pozycję w Unii Europejskiej. Kilka lat temu Kuczyński postanowił przetłumaczyć „Wspomnienia” Jeana Monnet (1888-1979), owego – jak go nazwał Aleksander Hall – „Francuza do szpiku kości”, a nawet „karykatury Francuza”, który był jednym z ojców założycieli europejskiej wspólnoty, którą to ideę rozwijał w sobie od lat trzydziestych jako działacz gospodarczy, by w roku 1950 być jednym z ważnych współtwórców koncepcji Wspólnoty Węgla i Stali, zwanej też Planem Schumanna, zalążka Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej i przyszłej Unii Europejskiej, także współtwórcą Rady Europy i orędownikiem idei armii europejskiej, której wtedy sprzeciwił się jego własny kraj. Fascynujące wspomnienia Monneta zaczynają się od dzieciństwa w Cognac (jego ojciec był drobnym negocjantem koniaku) poprzez epokę międzywojenną, okres II wojny światowej aż po czasy powojennej Europy i V Republiki Francuskiej. W swoich monumentalnych wspomnieniach Monnet prowadzi nas przez meandry polityki francuskiej i europejskiej, uchyla nam drzwi salonów i gabinetów politycznych, poznaje bliżej z wybitnymi osobistościami politycznymi tamtych czasów. Wspaniała, fascynująca panorama dziejów XX-wiecznej Europy pokazana oczyma jej znakomitego protagonisty.

Jean Monnet – „Wspomnienia”, przełożył i przypisami opatrzył Waldemar Kuczyński, wyd. Poltext, Warszawa 2015, str. 622, ISBN 978-83-7561-570-8.

Kontrreformacja trwa nadal

Popatrzmy na obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”: Batory siedzi zblazowany, choć z nagą szablą i spod półprzymkniętych powiek przygląda się upokorzonym Ruskim. Z lewej – hetman wielki koronny Jan Zamojski, a z prawej – legat papieski Antonio Possevino (oczywiście, nie tylko o Inflanty chodzi,
ale i o jedynie słuszną wiarę rzymską).

Podobnie ma się rzecz z malowidłem Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nad Polakami – na obłoku w białej szacie i niebieskim płaszczu – Maryja Dziewica. No i oczywiście na czele ks. Ignacy Skorupka z krzyżem w dłoni, piętnujący bolszewików, nie symbolami polskości (jak przystałoby na obronę niepodległości kraju), lecz jednoznacznym atrybutem Kościoła rzymskiego. Tak więc skojarzenia są jasne i czytelne: po jednej stronie azjatycka, prawosławna, pisząca cyrylicą dzicz o komunistycznej proweniencji, z nami natomiast (jak zawsze) – siły niebieskie, Kościół (ks. Skorupka jest symbolem stanu duchownego), siły wzniosłe, absolutnie dobre i intencjonalnie czyste. Chodzi o walkę dobra ze złem, a dobrem tu jest oczywiście katolicyzm rzymski w trydenckiej wersji.
A nam jak najsnadniej do państwa moskiewskiego przyjść
aniż inszym do tamtych Indów, każdy to baczyć może.
A dostawszy tego moglibyśmy też potężnością i bogactwem
i każdym narodom i królestwom w chrześcijaństwie dorównać.
Paweł PALCZOWSKI (1609)
Na polską myśl i charakter narodowy, na miejscową kulturę, na jej irracjonalizm, na mentalność i pojmowanie świata nie Reformacja i Oświecenie (oraz to co w ich wyniku nastąpiło) wywarły głównie wpływ (jak na Zachodzie), ale zwycięstwo Kontrreformacji. Wyznaczyła ona ramy naszej kultury w każdym aspekcie, przede wszystkim – religijne, jurydyczne, polityczne i społeczne. Wraz z wyborem Zygmunta III Wazy (1587) na króla, stajemy się egzemplifikacją idei kontrreformacyjnych, wyznaczających (poprzez króla i rządzące elity wraz z istniejącą strukturą społeczną i mentalnością szlachty polskiej) centralne miejsce w imperializmie katolickim, w jego parciu na Wschód i jego re-katolicyzacji. Na ów trend nałożył się polsko-katolicko-oligarchiczny (czyli magnacko-szlachecki) kolonializm, obecny przede wszystkim na ziemiach współczesnej Ukrainy środkowej i wschodniej oraz Białorusi i Litwy. Polska ekspansja na Wschód miała wówczas wymiar zarówno ekonomiczny, polityczny jak i religijny (niebywale wzmocniony właśnie ideologią kontrreformacyjną, co musiało owocować oprócz antynomii ekonomicznych i społecznych także konfliktami na tle religijno-kulturowym). Degrengolada I RP, rozbiory, 123 lata braku niepodległości, a przez to kształtowanie się nowoczesnego narodu (i jego atrybutów) w cieniu kontrreformacyjnego Kościoła rzymskiego po dziś wyciskają piętno na tzw. charakterze narodowym Polek i Polaków. I to bez względu na proweniencję społeczną, polityczną, kulturową, wykształcenie etc.
Dziś egzemplifikuje to się tym, co dla nadwiślańskich elit ma być zasadniczą ideą niesioną na Wschód w postaci tzw. kanonów cywilizacji Zachodu, których my mamy być głównym i jedynie-prawdziwym przedstawicielem: demokracja, wolność, prawa człowieka, indywidualizm, neoliberalizm oraz takaż wersja przedsiębiorczości (oczywiście w imieniu korporacji zachodnich, najlepiej – amerykańskich), tzw. wartości chrześcijańskich – de facto; katolickich.
Ta nachalna promocja naszego, polskiego rozumienia pojęć demokracji i wolności obywatelskich, (cech, będących w świecie uważanym za cywilizowany efektem Reformacji i Oświecenia, których polskie społeczeństwo nie doświadczyło, a na drobnej części naszych elit, które ledwo ich liznęły, nie zostawiło głębszego śladu) jest tyle megalomańska, co szkodliwa z punktu widzenia pragmatyki czy strategii politycznej. Prof. Andrzej de Lazari stwierdza: „…Nie jesteśmy dla Rosjan autorytetem i nie mamy im czym zaimponować. Przestańmy ich nauczać i pouczać”. Ten passus rozciągnąć można swobodnie z Rosjan na mieszkańców całego Wschodu Europy.
Jeśli w sposób bezwarunkowy uznajemy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka (na dodatek we współczesnej wersji neoliberalnej) – służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość – i jako przepełnieni neoficką megalomanią nuworysze (ciągłe podkreślanie po 1989 roku tzw. powrotu do Europy czyli kompleks niższości wobec Zachodu) ponowoczesny wymiar Kontrreformacji w naszym nadwiślańskim wydaniu staje się faktem. Wzmacniają go obecne w nas od zawsze megalomania, paternalizm (zwłaszcza wobec INNEGO, stojącego niżej cywilizacyjnie i kulturowo według nas, a pochodzącego ze Wschodu), mitomania, katolicki mesjanizm i połączona z nim tromtadracja oraz napuszenie. Gdy do tego dodać jeszcze dziwaczne połączenie antykomunizmu, rusofobii, kontrreformacyjnej megalomanii i wspomnianego paternalizmu, z jednoczesnym pańskim stylem bycia katolickich elit na dalekich Kresach I RP (emanacja mentalności tzw. ziemiaństwa i czci dla kultury dworku) łatwo pojąć jak i czemu na zasadzie sprzężenia zwrotnego oraz procesów społeczno-kulturowych nastąpiło kompletne pomieszanie i wymieszanie antynomicznych zdawałoby się pojęć: z jednej strony wszyscy poczuli się sukcesorami tradycji pańskiej, szlacheckiej, nosicielami idei złotej wolności i liberum veto (wystarczy posłuchać każdego przesiedleńca z Kresów – każdy przed 1939 r. był posesjonatem, panem, utracił w wyniku Jałty niesłychane dobra i własności, choć cywilizacyjna zapaść, bieda i ubóstwo tamtych terenów były przysłowiowe), a z drugiej – znaczna część inteligencji będącej niejako sukcesorem klasy Panów Braci Herbowych zakaziła się tą chłopską, folwarczną niechęcią do INNOŚCI, do mądrości, do nietradycyjnych i nieszablonowych sposobów myślenia. Konserwatyzmem, tradycyjnością, uśpieniem rozumu i leniwością umysłu. Typowymi produktami polskiej Kontrreformacji.
Kontrreformacja trwa ciągle w polskich umysłach, świadomości, decyzjach politycznych, spojrzeniu na otaczający świat i ludzi. Od przeszło 300 lat. Zawirowania – najszerzej pojęte – z jakimi mamy do czynienia na Wschodzie Europy oraz postawa wobec nich polskich elit świadczą o tym najlepiej. Bo zdjęliśmy co prawda żupany, odpięliśmy karabele, zrzuciliśmy z grzbietów kontusze, ale mentalność i umysły pozostały w nas post-sarmackie czyli kontrreformacyjne, kolonialne, folwarczne i paternalistyczno-pańskie.

Całość tekstu poświęconego tym (i nie tylko) zagadnieniom znaleźć można w artykule mego autorstwa pt. „Wszyscyśmy z kontrreformacji”,www.sprawynauki.edu.pl nr 2 / 187 / 2014.

Pod presją

W minioną sobotę Krajowa Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej zadecydowała
o przystąpieniu partii do budowania Koalicji Europejskiej.

Wszystko wskazuje na to, że w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego naprzeciwko zjednoczonej prawicy stanie zjednoczona opozycja wystawiająca jedną listę proeuropejskich polityków. Pierwszy raz w historii III RP. Destrukcyjne rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do powstania wspólnej reprezentacji tak różnych partii opozycyjnych jak Platforma Obywatelska, Nowoczesna, PSL i SLD.
Nerwowe reakcje prawicy świadczą o tym, że Koalicja Europejska stanowi problem dla PiS-u. Telewizja Kurskiego już trzy dni po deklaracji SLD o współuczestnictwie we wspólnym bloku opozycyjnym sięgnęła do swoich przepastnych archiwów. W Wiadomościach TVP cytowano wypowiedzi Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza – potencjalnych kandydatów lewicy. Nie, nie te z okresu, kiedy składali podpisy pod dokumentami akcesyjnymi Polski do Unii Europejskiej. Cofnięto się niemal 40 lat wstecz – do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. By przestraszyć wyborców zamierzających głosować na Koalicję Europejską, że „komuna wraca”.
No właśnie, co sądzą wyborcy o wspólnym starcie partii opozycyjnych?

Polacy o zjednoczeniu

W połowie stycznia CBOS przeprowadził badanie opinii społecznej dotyczące wspólnego startu partii opozycyjnych do Parlamentu Europejskiego. Obszerny komunikat „Polacy o zjednoczeniu opozycji” – podsumowujący przeprowadzony sondaż – ukazał się tydzień temu.
Wyborcy są podzieleni. Niemal pół na pół. Ponad dwie piąte Polaków (41 proc.) twierdzi, że w tegorocznych wyborach partie opozycyjne powinny utworzyć wspólny blok wyborczy. Przeciwnego zdania jest nieco mniej (36 proc.). A niespełna jedna czwarta wyborców (23 proc.) nie ma w tej sprawie wyrobionego zdania.
Diametralnie inny wynik otrzymujemy po bliższym przyjrzeniu się kto jest „za”, a kto „przeciw”. Wśród sympatyków PiS-u zaledwie 21 proc. popiera pomysł wspólnej listy opozycji, a niemal trzy razy więcej uważa, że opozycja powinna pozostać rozdrobniona. To wyjaśnia, dlaczego media prawicowe już wystartowały z kampanią mającą na celu zdyskredytowanie polityków lewicy, którzy mają być kandydatami Koalicji Europejskiej.
Ale najważniejsza jest ten wynik sondażu. Wśród wyborców stawiających sobie za cel odsunięcie PiS-u od władzy aż 76 proc. popiera ideę stworzenia komitetu wyborczego, skupiającego większość ugrupowań i sił opozycji. Przeciwnego zdania jest zaledwie 17 proc. przedstawicieli „antyPiS-u”.

Lewica za

Wyborcy lewicowi są zdecydowanymi zwolennikami budowania wspólnego bloku partii opozycyjnych. Za wspólną listą opowiada się 64 proc. – przeciw jest 21 proc. Identyczny wynik osiągnięto w gronie wyborców Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Oprócz PiS-u, przeciwni wspólnemu startowi opozycji są wyborcy Kukiz`15. To oczywiste, polaryzacja na dwa obozy, eurosceptyczny PiS i proeuropejską Koalicję Europejską, będzie oznaczała dla Pawła Kukiza koniec jego kariery politycznej. Zwłaszcza że Kukizowi intensywnie podbiera wyborców Wiosna Roberta Biedronia.
Biedroń też zapowiedział samodzielny start do Parlamentu Europejskiego. I ma problem. W połowie stycznia, gdy przeprowadzano sondaż, partii Wiosna jeszcze nie było. Ale ankieterzy CBOS-u zapytali o ewentualną obecność tej formacji w Koalicji Europejskiej. Okazało się, że aż dwie trzecie respondentów popierających zjednoczenie opozycji (66 proc.) życzyłoby sobie, aby partia Biedronia przystąpiła do Koalicji Europejskiej. Wśród sympatyków PiS-u jest na odwrót: tylko jedna trzecia popiera przystąpienie Wiosny do wspólnej koalicji. Sondaż CBOS-u stanowi więc kolejny dowód, komu jest na rękę samodzielny start partii Biedronia.

Wyborczy Excel

Jeśli w arkuszu Excela wstawimy znak plus, sumowane wartości dodają się. W polityce i elektoracie tak to nie działa. Boleśnie przekonali się o tym ci, którzy doprowadzili do utworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Suma elektoratów SLD i Twojego Ruchu Janusza Palikota miała zapewnić kilkunastoprocentowy wynik w wyborach do Sejmu. Ale niemała część z tych sztucznie połączonych elektoratów nie zagłosowała na Zjednoczoną Lewicę. Jedni – bo był tam Palikot. Inni – bo był tam Miller.
Badanie sondażowe CBOS-u dało pozytywną odpowiedź na pytanie, czy w Koalicji Europejskiej można liczyć na sumowanie się elektoratów poszczególnych partii wchodzących w jej skład. Wśród wyborców opozycji jest consensus, że trzon Koalicji Europejskiej powinny stanowić 4 partie: PSL, PO, Nowoczesna i SLD.
Wśród wyborców poszczególnych partii Koalicji Europejskiej też panuje generalna akceptacja co do obecności w niej pozostałych partii. I tak, wyborcy PO i Nowoczesnej aż w 81 proc. akceptują wspólny start z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. I wzajemnie: elektorat SLD w podobnym procencie zgadza się na obecność w koalicji z Platformą Obywatelską i Nowoczesną.
Ciekawostką są wyniki dotyczące wyborców Polskiego Stronnictwa Ludowego. Elektorat PSL niemal jednomyślnie (94 proc.) popiera plany wspólnego startu. To powinno ostatecznie przekonać kierownictwo tej partii, które dołączenia do Koalicji Europejskiej obawia się najbardziej.

W poszukiwaniu lidera

Szef ludowców może być szczególnie zadowolony z sondażu CBOS-u. Z wynikiem 24 proc. zdecydowanie wygrał ranking na lidera wśród respondentów popierających Koalicję Obywatelską . Drugie miejsce (15 proc.) zajął… Robert Biedroń.
Moim zdaniem, mój dawny kolega sejmowy popełnia życiowy błąd. Wygląda na to, że cała antypisowska opozycja dostrzegła w nim jednego z głównych kandydatów na lidera. Tymczasem Biedroń zdecydował się na bycie szefem „sezonowego” ugrupowania. Wzorem Palikota, Petru i Kukiza. I de facto na pomoc Kaczyńskiemu w wygraniu tegorocznych wyborów. Szkoda.
W przeciwieństwie do Kosiniaka-Kamysza, Grzegorz Schetyna ma kłopot. Kieruje największą partią opozycyjną. Ale jedynie co dwunasty wyborca „antyPiS-u” (8 proc.) widzi w nim swojego lidera. Na domiar złego o jeden punkt procentowy pokonał go… Paweł Kukiz. Wysoki wynik Kukiza jako potencjalnego lidera antypisowskiej opozycji – to oczywisty absurd. Ale powinien uzmysłowić nam, jaki kłopot ma opozycja z wyłonieniem wyrazistych liderów. Można pozazdrościć prawicy, która z większym lub mniejszym entuzjazmem, ale zawsze wskaże na Kaczyńskiego.
Zaskakujący wynik dał casting na lidera wewnątrz elektoratu PO i Nowoczesnej. Wygrał Władysław Kosiniak-Kamysz z wynikiem 23 proc. Drugi był Robert Biedroń (17 proc.). A Grzegorz Schetyna dopiero trzeci (13 proc.). To wyjaśnia, dlaczego po wejściu do gry Biedronia, Platforma Obywatelska traci w sondażach najwięcej.

Zdolność koalicyjna

W skład Koalicji Europejskiej wejdą partie znajdujące się w bardzo odległych miejscach polskiej sceny politycznej. Ot chociażby liberalna i konserwatywna Platforma Obywatelska i lewicowy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dlatego w badaniu CBOS-u sporo miejsca poświęcono ocenie respondentów co do możliwości współpracy tak różnych sił politycznych. Między innymi wyliczono syntetyczny wskaźnik mający za zadanie określenie zdolności do koalicji wyborczej poszczególnych ugrupowań opozycyjnych.
Zdaniem CBOS-u największą zdolność koalicyjną ma schodząca właśnie ze sceny politycznej Nowoczesna. Ale na drugiej pozycji uplasował się Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ranking koalicyjności zamyka partia Razem – i to akurat nie jest zaskoczeniem. Również Wiosna Roberta Biedronia zajęła odległe miejsce.

Będzie, nie będzie

Przepytawszy respondentów co do ich zdania na temat wspólnego startu opozycji, ankieterzy CBOS-u zadali na końcu kluczowe pytanie. Czy Polacy wierzą, że opozycja będzie w stanie stworzyć jeden wspólny blok wyborczy? I tu zaskoczenie…
Lewica zalicza się do najbardziej sceptycznego elektoratu. Dwie trzecie wyborców SLD chciałoby stworzenia wspólnej listy Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ale jednocześnie na pytanie o realność powstania takiej listy, tylko jedna trzecia (33 proc.) odpowiedziała pozytywnie. Powiedzieli więc jasno: chcemy. Ale nie wierzymy, że to możliwe. To z pewnością konsekwencja skłócenia i wieloletniego rozdrobnienia partii opozycyjnych. Zauważalnego szczególnie po lewej stronie sceny politycznej.
Wygląda na to, że uda się przekonać niedowiarków. Że nie mają racji. I mimo wszelkich różnic, będziemy w stanie stworzyć wspólną listę w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Pod presją

Podczas ubiegłotygodniowej Konwencji SLD któryś z dyskutantów niechętnych Koalicji Europejskiej zarzucił kierownictwu partii działanie „pod presją”. Pod presją PO. Pod presją apelu premierów. Pod presją Schetyny. Odpowiedziałem. Tak – znaleźliśmy się pod presją. Ale pod presją naszych wyborców!
Wyniki sondażu CBOS-u są jednoznaczne. Przytłaczająca część wyborców opozycji antypisowskiej życzy sobie powstania szerokiej koalicji. Która w niedalekiej przyszłości położy kres rządom PiS-u. Podobnie sądzi większość wyborców o poglądach lewicowych, w tym również wyborców SLD.
Dlatego decyzja Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie mogła być inna. Czarzasty ma jeden głos. Zarząd partii – trzydzieści parę. Konwencja SLD – sto kilkadziesiąt. A w każdych wyborach najważniejsi są nasi wyborcy. Bo tylko oni dysponują wystarczającą liczbą głosów. By zadecydować o zwycięstwie opozycji nad PiS-em.