Mur stanu wyjątkowego

Żeby pozyskać miliardy na budowę muru przeciwko imigrantom z Południa, prezydent USA ogłosił stan wyjątkowy. Izba reprezentantów twierdzi, że to przekroczenie uprawnień i rozpoczyna śledztwo.

Ponieważ prezydent Donald Trump nie był w stanie uzyskać od Kongresu zgody na to, by w ramach tegorocznego budżetu państwo przeznaczyło ponad 5 mld USD na budowę jego słynnego muru na granicy z Meksykiem, wpadł na nowy szalony pomysł. W piątek ogłosił stan wyjątkowy, żeby fundusze na odgrodzenie się od południowego sąsiada “wyciągnąć” od Pentagonu. Zdecydowanie zareagowali Demokraci. Partia twierdzi, że to skandaliczne naruszenie konstytucji i rozpoczęli już proces powołania specjalnej komisji dochodzeniowej w tej sprawie w Kongresie.
Trump poinformował o wprowadzeniu stanu wyjątkowego podczas przemówienia w Ogrodzie Różanym na terenie Białego Domu. Swoją niespodziewaną decyzję uzasadnił tym, że mur musi powstać jak najszybciej, bo Stanom Zjednoczonym grozi zalew przestępczości i narkotyków z Ameryki Południowej. Mówił o “inwazji narkotyków, handlarzy ludźmi, wszelkiego rodzaju przestępców i gangów”. To jego standardowa retoryka, którą stosuje od kiedy tylko zapowiedział konstrukcję muru podczas kampanii prezydenckiej w 2015 r. Ten pomysł stanowi jego flagowy projekt wyborczy, dlatego Trump walczy o niego na wszystkie sposoby.
– Nie kontrolujemy naszej własnej granicy – ostrzegał republikański prezydent – Postanowiliśmy stawić czoła kryzysowi bezpieczeństwa narodowego na naszej południowej granicy i zamierzamy to zrobić. Po prostu musimy – twierdził.
Argumenty Trumpa to jednak strzał kulą w płot. Znawcy tematu przyznają, że narkotyki trafiają do USA z Południa, jednak przede wszystkim przez porty lotnicze i morskie. Mur niczego więc nie zmieni. Prezydent po raz kolejny powtórzył, że miasto El Paso stało się bezpieczniejsze dzięki temu, że już zostało od Meksyku odgrodzone murem. Tymczasem to nieprawda, bo wskaźniki przestępczości utrzymują się tam na niezmienionym poziomie.
Tak czy inaczej, prezydent już podpisał odpowiedni dekret.
Projekt Trumpa od początku był częścią jego radykalnie ksenofobicznej, antyimigranckiej i izolacjonistycznej agendy. Elementem starań o jej wdrożenie była m.in. oburzająca polityka rozdzielania imigranckich rodzin i zamykania dzieci odebranych rodzicom w specjalnych obozach, gdzie niektóre z nich nawet zmarły.
Na stan wyjątkowy zareagowali Demokraci, którzy sami nie mają zupełnie czystego sumienia na tym obszarze, ponieważ elementy takiej polityki pojawiły się już za kadencji prezydenta Obamy. Teraz mówią o łamaniu przez Trumpa konstytucji, bo według nich, w sytuacji gdy żadnego “kryzysu na granicy” faktycznie nie ma, jest to zwykła próba obejścia ich uprawnień w zakresie planowania budżetu.
– Działania prezydenta są jawnym pogwałceniem wyłącznego prawa Kongresu do określania wydatków publicznych, które do konstytucji zostało wpisane przez naszych Ojców Założycieli – oświadczyli Nancy Pelosi i Chuck Schumer, liderzy Demokratów w Kongresie.
Zapowiedzieli, że parlament będzie bronił swoich praw wszelkimi dostępnymi sposobami. Kilka godzin po deklaracji Trumpa Komitet Sprawiedliwości Izby Reprezentantów, która jest kontrolowana przez Demokratów, zapowiedział specjalnej komisji, która ma zbadać legalność decyzji prezydenta. Trump dostał już wezwanie na przesłuchanie.
Mało tego. Prezydent został już pozwany przez kilku właścicieli gruntów w Teksasie, którzy twierdzą, że jego decyzja o dudowie muru narusza ich prawo własności. Złożenie pozwu przeciwko głowie państwa zapowiedzieli też gubernator Kalifornii i prokurator generalny stanu Nowy Jork.
Donald Trump uznał, że to było do przewidzenia: – Spodziewałem się tego, że zostanę pozwany (…) Wygramy w Sądzie Najwyższym – skomentował prezydent.
Pod koniec grudnia walka Trumpa z Kongresem o miliardy na mur doprowadziła do tzw. shutdownu, czyli 35-dniowego paraliżu budżetowego aparatu państwowego, kiedy część ministerstw praktycznie przestała funkcjonować.

Komentarz: Spór o mur

W Polsce nieźle pamięta się spór Rejenta i Cześnika z „Zemsty” Aleksandra Fredry o mur graniczny. W mega skali mamy do czynienia z trochę zbliżonym zjawiskiem obecnie w USA. Prezydent Donald Trump ogłosił 15 lutego stan wyjątkowy w Stanach Zjednoczonych – argumentując tę decyzję niebezpieczną sytuacją nad granicą z Meksykiem (nielegalna migracja, przemyt narkotyków, przestępczość itd.). W istocie rzeczy chodzi o swoiste „obejście” Izby Reprezentantów, w której od pewnego czasu większość mają Demokraci – sprzeciwiający się budowie muru na tej granicy, a w konsekwencji wyasygnowaniu na ten cel 6-8 mld dol. z budżetu (pierwszy wniosek z grudnia/stycznia opiewał na 5,7 mld dol.).
Od szeregu tygodni istniał pat w tej materii, który miał taki skutek,iż doszło do zjawiska określanego jako shutdown, a więc paraliżu części administracji federalnej USA (ok. 800 tys. jej pracowników nie otrzymywało wynagrodzeń). Ów stan utrzymywał się przez 35 dni – najdłużej w historii kraju. Wywołało to negatywne reakcje i tę rundę Trump niewątpliwie przegrał. Nie zgodził się on przy tym na kompromisową propozycję obu izb Kongresu, czyli odblokowania 1,37 mld dol. na zbudowanie 88,5 km „nowych barier fizycznych”. Trochę jak agresywny bokser żądny rewanżu rozpoczął właśnie na całego drugą rundę walki.
Prezydent ma teraz nadzieję nawet na sumę rzędu. 8 mld dol. z budżetu Pentagonu (ten wynosi ok. 700 mld. rocznie) bowiem – jak akcentuje – chodzi w końcu o kwestię bezpieczeństwa państwa.
Granica amerykańsko-meksykańska liczy nieco ponad 3300 km i w dużym stopniu przebiega wzdłuż rzeki Rio Grande. Paradoks polega m.in. na tym, iż na ok. 1/3 jej długości mur (w różnej postaci) już istnieje i nie stanowi dostatecznej ochrony. Nota bene – wbrew temu co twierdził Trump,ogłaszając na trawniku Białego Domu swą decyzję – mówiąc o „inwazji” nielegalnych migrantów, długofalowo mury się NIE sprawdzają. Wystarczy przypomnieć Mur Berliński, mur dzielący dwie części Nikozji na Cyprze, czy ten (w kilku postaciach) między Marokiem a Algierią. De facto nawet Mur Chiński okazał się bezużyteczny. Ponadto, gdyby szczelnie „zapieczętować” granicę USA-Meksyk, to ucierpiałaby gospodarka takich stanów, jak np. Kalifornia czy Nowy Meksyk. I wreszcie, last not least, liczba tych nielegalnych migrantów w ostatnich latach ZMNIEJSZA SIĘ.
Dwukrotnie przekraczałem granicę między tymi dwoma państwami. Pierwszy raz,wiele lat temu,gdy rozpoczynałem swą długą podróż z plecakiem po Ameryce Łacińskiej za zaoszczędzone środki ze stypendium na Harvardzie, z Laredo w Teksasie musiałem dotrzeć do meksykańskiego Nuevo Laredo. Akurat trwał strajk kierowców autobusów, więc PIESZO szedłem jednym z dwóch mostów przez Rio Grande – jako jedyna osoba. Równoległym mostem do USA zdążało sporo osób, a niektórzy z nich widząc białego idącego do Meksyku pukali się w czoło.
Drugim razem, z ramienia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy kierowałem w stolicy meksykańskiego stanu Sonora (graniczy z Arizoną) Hermosillo seminarium nt. sytuacji przygranicznej. Mówiąc najkrócej – przypominała ona trochę XIX-wieczny Dziki Zachód.
Decyzja Trumpa jest ruchem va banque. Mówiąc łagodnie, to amerykańska wersja falandyzacji prawa, stąd nie tylko opozycja Demokratyczna alarmuje o nadużyciu władzy prezydenckiej. Również liczni Republikanie. Senator Marco Rubio z Florydy napisał wprost: „żaden kryzys NIE MOŻE usprawiedliwiać naruszania Konstytucji”. Cała ta sytuacja musi znaleźć rozwiązanie prawne. Trump liczy zapewne na korzystne dla niego stanowisko Sądu Najwyższego, którego segment konserwatywny wzmocnił swoimi nominacjami. Ale przecież pojedynczy sędzia w Stanach Zjednoczonych może zablokować podjętą decyzję.
Moim zdaniem takie a nie inne rozstrzygnięcie owego sporu może okazać się kluczowe przed kampanią prezydencką w USA w roku 2020!
Tadeusz Iwiński

Wenezuelski gambit

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: „Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaidó, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.
Wóz albo przewóz
Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.
Guaidó sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. – Posunęli się za daleko – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego – Niech się stąd zabierają! Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.
Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.
Ponieważ Trump grzmiał, że „wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.
Waszyngton boso, ale w ostrogach
Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaidó – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.
Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chávezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chávez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.
Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaidó na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.
Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chávez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chávezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaidó przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.
Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaidó. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaidó. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.
Im gorzej, tym lepiej
Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaidó – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Cháveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaidó 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.
Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.
Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.
Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.
Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.
Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaidó, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaidó. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaidó stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.
Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaidó, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaidó pozostaje nieznane.
Obronić dziedzictwo Cháveza
Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:
„Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”
Należy dodać do tego rozważane przez Guaidó zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Cháveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.
Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaidó członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.
Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z „kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Zerwane stosunki

Przywódca Stanów Zjednoczonych oficjalnie uznał Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wenezueli, za tymczasowego prezydenta tego kraju. Oświadczył, że Nicolás Maduro to dyktator bez demokratycznego mandatu do pełnienia władzy. Maduro ogłosił, że jest to próba zamachu stanu i zerwał stosunku dyplomatyczne z Waszyngtonem.

Biały Dom wydał w środę oficjalne oświadczenie, w którym uznał 35-letniego Juana Guaidó, przewodniczącego wenezuelskiego Zgromadzenia Narodowego, za “tymczasowego prezydenta Wenezueli”.

11 stycznia, dzień po zaprzysiężeniu Nicolása Maduro na prezydenta kolejnej kadencji, Guaidó, który tak jak całe większość Zgromadzenia opanowanego przez opozycję, nie uznaje wyniku wyborów prezydenkich, ogłosił, że jest gotowy stanąć na czele “rządu tymczasowego”, którego celem będzie przywrócenie w Wenezueli porządku demokratycznego. Działanie ZN zostało zawieszone trzy lata temu przez Sąd Najwyższy w wyniku kryzysu politycznego wokół mandatów trzech opozycyjnych deputowanych. Zachodzi więc polityczny impas: ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. 23 stycznia Guaidó ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta Wenezueli.

Trump, który od dawna kierował groźby w stronę Maduro i wyrażał poparcie dla wenezuelskiej opozycji, w swoim oświadczeniu stwierdził, że deklarację Guaidó uznaje i odtąd to on będzie traktowany jako p.o. głowy państwa. Podkreślił, że ZN jest jedynym demokratycznie wybranym ciałem w Wenezueli.

„W dalszym ciągu będę korzystał z pełni ekonomicznej i dyplomatycznej władzy Stanów Zjednoczonych, by pomóc przywrócić demokrację w Wenezueli” – napisał Donald Trump. Stwierdził, że Maduro nie posiada legitymacji do sprawowania władzy i stanowi zagrożenie dla narodu Wenezueli. W ślad za deklaracją Trumpa poszły kolejne: Guaidó został uznany jako pełnoprawny tymczasowy prezydent przez Brazylię, Argentynę, Kolumbię (wszystkie blisko sprzymierzone z USA), później także inne państwa regionu. Poparcie dla Maduro zadeklarowały natomiast Boliwia i Kuba, także Meksyk nie ma zamiaru uznawać „nowego prezydenta”.

Deklaracja Trumpa jest tylko nadaniem oficjalnemu charakteru wcześniejszej decyzji Białego Domu, którą dzień wcześniej ogłosił wiceprezydent Mike Pence w nagraniu wideo, jakie zamieścił w sieci. Pence zawarł w nim oświadczenie podobne do Trumpa: uznał Guaidó prezydentem i zadeklarował pełne poparcie USA dla wenezuelskiej opozycji, którą określił jako jedyną siłę zdolną “przywrócić demokrację” w kraju.

W środę Caracas było miejscem zapowiedzianych wcześniej masowych demonstracji zwolenników opozycji przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Doszło do starć z policją. Niektóre media donoszą o śmierci kilku osób.

Maduro uznał decyzję Trumpa za poparcie dla puczu i oświadczył, że Wenezuela zrywa stosunki dyplomatyczne z USA. – Posunęli się za daleko! Postanowiłem zerwać wszelkie dyplomatyczne i polityczne relacje z imperialistycznym rządem Stanów Zjednoczonych. Precz! Wszyscy mogą się zabierać! – grzmiał prezydent w przemówieniu z balkonu pałacu prezydenckiego.
Maduro dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na opuszczenie terytorium Wenezueli.

– Nie dla puczu! nie dla interwencjonizmu! Wenezuela chce pokoju – kontynuował Maduro zwracając się do rodaków – Nie ufajcie imperium gringos. Żądają wenezuelskiej ropy, gazu i złota – oto co nimi kieruje! A one należą do suwerennego narodu Wenezueli.

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo wezwał wenezuelskie wojsko do stanięcia po stronie “demokracji” czyli do poparcia Guaidó przeciwko Maduro. Armia wenezuelska ustami ministra obrony Vladimira Padriny ogłosiła jednak, że nie stanie po stronie „prezydenta narzuconego przez obce siły”.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Kurdowie chcą ONZ

Kurdowie zgadzają się na utworzenie strefy bezpieczeństwa w północnej Syrii, ale tylko wtedy, gdy będzie jej strzegł kontyngent wojsk ONZ. Wcześniej zamiar utworzenia takiej strefy deklarowała Turcja, a Stany Zjednoczone popierały takie rozwiązanie – dla Kurdów potencjalnie zabójcze.

Przedstawiciele Syryjskich Sił Demokratycznych, sojuszu, w którym główną rolę odgrywają kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony (YPG), poinformowali dziś, że nie zgodzą się z utworzeniem w północnej Syrii „strefy bezpieczeństwa” pod kontrolą turecką. Terytorium syryjskie – władze w Damaszku oczywiście nie dostały szansy, by ustosunkować się do całego projektu – pod tureckim nadzorem miałoby obejmować pas 32 km od granicy z Turcją. W tym obszarze położonych jest kilka miast o ogromnym znaczeniu dla Kurdów, tyleż strategicznym, co symbolicznym – Tall Abjad, Kamiszlo czy słynne Kobane, bohaterstwo bronione przez Państwem Islamskim. Nic dziwnego, że Kurdowie oświadczyli dziś, że na strefę buforową nie ma ich zgody.

Jakie są alternatywne propozycje? Rosja domaga się, by obszar pogranicza po wycofaniu się Amerykanów był patrolowany przez wojska syryjskie, na co zresztą sami Kurdowie, widząc, że Amerykanie po raz kolejny chcą zostawić ich na pastwę losu, byli gotowi przystać. Obecnie jednak najbardziej pożądanym przez samo SDF i YPG wariantem jest wprowadzenie sił ONZ.
Wkroczenie Turków do syryjskiego Kurdystanu – pod dowolnym pretekstem – oznaczałoby ostateczne zniszczenie projektów demokratycznej, oddolnie zarządzanej Rożawy. Sytuacji nie ułatwia postawa prezydenta USA – Donald Trump w ciągu ostatniego miesiąca najpierw zapowiedział wycofanie się Amerykanów z Syrii, potem stwierdził, że proces ten będzie bardzo powolny, kilka dni temu zagroził Turcji „dewastacją ekonomiczną” w przypadku zaatakowania Kurdów, by następnie odbyć z Erodoganem rozmowę, z której obie strony były bardzo zadowolone…

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Trump pozbawia złudzeń

Największym sukcesem Donalda Trumpa w minionym roku było uprzytomnienie światu, że Stany Zjednoczone to państwo, jak każde inne. które w walce o swoje interesy nie cofnie się przed niczym.

 

W roku 2018 na dobre rozstaliśmy się z mitem Stanów Zjednoczonych jako bezpiecznej przystani dla imigrantów i uchodźców. Rozstanie przyszło o tyle trudniej, że wiele w tym micie było prawdy. Od początku swojej państwowości USA prowadziły dość liberalną politykę imigracyjną, zachęcając śmiałków do przyjazdu i spełnienia swojego „American dream”. Oczywiście amerykańska brama nigdy nie była rozwarta na oścież. Na przestrzeni lat z prawa do osiedlenia się w USA wykluczano kolejne grupy etniczne – począwszy od czarnoskórych i Azjatów, a skończywszy na mieszkańcach Europy Południowej i Wschodniej. Niemniej, na tle pozostałych państw Ameryka jawiła się jako kraj otwarty i przyjazny dla obcokrajowców.

I za taką ją uważano aż do nadejścia Donalda Trumpa. To właśnie wykrzykiwana podczas setek spotkań z wyborcami niechęć do imigrantów i uchodźców, wyzywanie ich od „gwałcicieli i morderców”, a w końcu obietnica budowy muru na granicy z Meksykiem, doprowadziły Trumpa do zaskakującego zwycięstwa w wyścigu o Biały Dom w 2016 r. Nic zatem dziwnego, że nowy prezydent rozpoczął swoją kadencję od zamknięcia amerykańskich granic przed obywatelami sześciu państw muzułmańskich. Chcąc uniknąć oskarżeń o kierowanie się religijnymi przesłankami, na czarną listę wpisano także Korę Północną, Wenezuelę i Czad. Mimo że prezydenckie rozporządzenie spotkało się z oporem ze strony poszczególnych sądów stanowych, Trump uzyskał efekt, na którym zależało mu najbardziej – pokazał Amerykę jako twierdzę, do której dostęp uzyskają tylko nieliczni.

Tak jak rozpoczął swoje rządy, tak też zakończył miniony rok. W grudniu w amerykańskich ośrodkach dla nielegalnych imigrantów zmarła dwójka dzieci – uchodźców z Gwatemali, które wraz z rodzicami szukały w USA schronienia przed głodem i przemocą. Pierwszą z ofiar była siedmioletnia Jakelin Caal, czekająca w El Paso na deportację. Z kolei w wigilię zmarł Felipe Gomez Alonzo, ośmiolatek, przetrzymywany gdzieś przy granicy z Meksykiem. Chociaż zatem winę za śmierć dzieci nie ponoszą wprost amerykańskie władze, to Trump i jego poplecznicy chętnie wykorzystują podobne przypadki do wyartykułowania swoich poglądów. I rzeczywiście. Nie trzeba było długo czekać, aby w serii tweetów prezydent obwinił o śmierć najpierw rodziców zmarłej dwójki, a zaraz potem „żałosnych demokratów”, którzy blokują budowę muru na granicy z Meksykiem.

Nieprzyznanie przez Kongres środków na przygraniczny mur spowodowało tzw. government shutdown, który od 22 grudnia paraliżuje działalność federalnych służb i instytucji. Nie działają urzędy, muzea, ambasady i konsulaty. Ich pracownicy zaś nie otrzymują pensji. To już drugi taki przypadek w 2018 r. Co prawda pierwszy trwał zaledwie trzy dni (20 – 23 stycznia), lecz i tak można było mówić o poważnym kryzysie, biorąc pod uwagę, że przewagę w Kongresie posiadali wówczas republikanie. Obecny paraliż federalnych instytucji przeciąga się, gdyż Izba Reprezentantów znajduje się pod rządami demokratów, a ci w roku poprzedzającym wybory prezydenckie nie mają najmniejszej ochoty na zgniłe kompromisy z Białym Domem. Jeśli jednak ktoś myśli, że cała sytuacja martwi Trumpa, to jest w poważnym błędzie. Dla prezydenta niemoc rządu federalnego to doskonała okazja, aby jeszcze raz zrzucić winę na imigrantów. Wszak cały problem wziął się z potrzeby budowy muru, aby uchronić USA przed rzeszami „zwierząt”, „morderców i gwałcicieli”. Właśnie tak o imigrantach mówi się obecnie w Stanach Zjednoczonych i co najgorsze – na nikim nie robi to już wrażenia.

Drugim mitem, który pożegnaliśmy w 2018 r., jest mit Ameryki jako państwa walczącego o demokrację i wolność na świecie. Z dokładnie takimi hasłami USA zaangażowały się w pierwszą wojnę światową, której stulecie zakończenia hucznie obchodziliśmy w minionym roku. Tak też przedstawiano wszystkie kolejne konflikty, w których brały udział Stany Zjednoczone, począwszy od drugiej wojny światowej, przez Wietnam, a na „wyzwoleniu” Iraku w 2003 r. skończywszy. Miniony rok przyniósł jednak otrzeźwienie. Amerykańskie wsparcie dla brutalnej saudyjskiej interwencji w Jemenie uzmysłowiło wszystkim, że także USA posiadają swoje interesy. I że te interesy Ameryka będzie realizowała za wszelką cenę. Przypomnijmy – według ostrożnych szacunków, od stycznia 2016 r. zginęło w Jemenie co najmniej 56 tys. osób. Wiele z nich to ofiary saudyjskich nalotów i amerykańskich bomb. Wartość kontraktu na dostawy broni, który kilka lat temu Waszyngton podpisał z Rijadem, już przekroczyła 9 mld dolarów, a ostatnio Saudyjczycy ujawnili plany wydania ponad 110 mld na dalsze zbrojenie. Czy można więc dziwić się, że los tysięcy jemeńskich ofiar i rannych mało interesuje amerykańskich decydentów?

Podobną lekcję amerykańskiej real politik odbierają właśnie Kurdowie. Skuszeni obietnicami autonomii, a nawet niepodległości, przez wiele lat wzorowo odgrywali rolę najwierniejszego sojusznika USA w regionie. Także w Syrii Amerykanie mogli liczyć na kurdyjskie wsparcie. Jednak tuż przed świętami Trump ogłosił – niespodziewanie nawet dla niektórych członków swojego gabinetu, w tym i byłego już sekretarza obrony gen. Jamesa Mattisa – natychmiastowe wycofanie wojsk USA z Syrii. W konsekwencji Kurdowie zostali pozostawieni na łasce Turcji. W tej sytuacji nie mieli innego wyjścia niż prosić o protekcję swojego dotychczasowego przeciwnika – prezydenta Baszszara al-Asada. W ten oto sposób „ten bydlak” – jak jeszcze całkiem niedawno mówił o nim Trump – stał się (wspólnie z Rosjanami) gwarantem przeżycia najwierniejszego sojusznika Waszyngtonu.

Porzucenie sojusznika to żadna nowość w amerykańskiej polityce zagranicznej. Taki los spotkał m.in. Wietnam Południowy, którego przedstawicieli nawet nie zaproszono do rokowań z komunistycznym rządem Ho Chi Mina w 1973 r. Wówczas porozumienie USA z Wietnamem Północnym nagrodzono pokojową Nagrodą Nobla, podzieloną między Henriego Kissingera i Le Duc Tho. Stany Zjednoczone opuściły swojego wasala, jednak zdołały zachować twarz i pozycję na arenie międzynarodowej. Tym razem jest inaczej. Tym razem bowiem Amerykanie zostawiają swojego sojusznika na pastwę przeciwników bez żadnego celu i planu. Niczym znudzone dziecko, Trump zabiera swoje zabawki z piaskownicy i nie oglądając się za siebie wraca do domu.

Jeśli Trump bez najmniejszych skrupułów pozostawił Kurdów w regionie o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, to jak w takim razie wierzyć w zapowiedzi budowy „Fortu Trump” w peryferyjnej – dla USA – Polsce? W weekendowym numerze niemieckiego „Spiegla” dobrze poinformowana publicystka Christiane Hoffmann pisze, że w razie potrzeby, obecny gospodarz Białego Domu bez mrugnięcia okiem wycofa amerykańskie wojska z naszego kraju. Zapewne ma rację. Przecież łatwo sobie wyobrazić jak w zbliżającej się kampanii prezydenckiej Trump ponownie uderzy w izolacjonistyczne tony i dla poklasku zarządzi odwrót z „niewdzięcznej” Europy. W polskim rządzie wydają się tego nie dostrzegać, nadal karmiąc się mitem Stanów Zjednoczonych jako światowego strażnika wolności i demokracji. Tymczasem o takiej postawie już ponad pół wieku temu pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, że „przypomina los służącej, która by dla swoich państwa harowała od świtu do nocy, a na pierwszego płaciłaby sobie pensję z własnej książeczki oszczędnościowej”.

Jak każde imperium w historii świata, także Stany Zjednoczone realizują własne interesy. Bez oglądania się na mniejsze państwa – czy to sojuszników, czy przeciwników. „Albo jesteście z nami, albo jesteście przeciwko nam” – te słowa prezydenta George’a W. Busha najlepiej oddają zasady, jakimi kieruje się amerykańska polityka zagraniczna. Od końca drugiej wojny światowej, USA były zaangażowane militarnie w niemal 190 konfliktach, za każdym razem bezwzględnie broniąc własnych celów, często dalekich od wyidealizowanej wizji świata opartej na poszanowaniu praw człowieka. Dzięki obecnej polityce Trumpa prawda ta dociera powoli do dotychczasowych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Pytanie czy i kiedy dotrze także do Warszawy?

Tragiczna historia dwójki dzieci z Gwatemali oraz zaangażowanie USA w Jemenie i Syrii – na pierwszy rzut oka to dwa odrębne tematy. Łączy je jednak sposób, w jaki traktuje je obecna amerykańska administracja. Przewodnie hasło Trumpa, czyli „America First”, oznacza bowiem nie tylko bezwzględną politykę imigracyjną, ale także bezwzględną politykę zagraniczną. Gabinet Trumpa nie zamierza przejmować się śmiercią dzieci w ośrodkach dla nielegalnych imigrantów, tak samo jak nie uroni łzy nad losem Kurdów w Syrii. Polityka międzynarodowa w rozpoczętym właśnie roku jeszcze bardziej niż w poprzednim będzie cierpiała na brak idealizmu, w który mimo wszystko przyjemnie było wierzyć. Jak odnajdzie się Polska w tej pozbawionej złudzeń rzeczywistości?

Płacz nad rozlanym mlekiem

Wielkie larum podniosło się w polskich mediach po rezygnacji gen. Mattisa ze stanowiska sekretarza obrony i decyzjach prezydenta Trumpa o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii.

 

Tuż przed tymi wydarzeniami ukazała się w „Trybunie” obszerna wypowiedź Longina Pastusiaka „Trump = zagrożenie”, której tytuł odpowiada przede wszystkim poczynaniom prezydenta USA w sprawie paryskiego układu klimatycznego.

Pozostałe elementy amerykańskiej polityki autor tak tłumaczy: „Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie, jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych… Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych [po B. Obamie – Z.T.], który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie… Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silną pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił.”

Powyższa argumentacja interesów USA nie pozbawiona jest przecież logiki, ale jej konsekwencje wywołały alarmistyczne teksty w „Gazecie Wyborczej”: „Trump opuszcza Syrię”, „Nawet generał Marines porzuca Biały Dom”, Trump zabiera armię z Afganistanu”.

 

Warto jednak pamiętać,

że obecność już pierwszych pięćdziesięciu amerykańskich żołnierzy na terenie Syrii w 2015 roku budziła sporo kontrowersji, gdyż USA nie posiadały zgody na wysłanie wojsk od syryjskich władz (w odróżnieniu od Rosjan). W kolejnych latach, niewielki stosunkowo amerykański udział w likwidacji ISIS różnił się zasadniczo od zmasowanych NATO-wskich bombardowań Syrii i zwalczania, różnymi sposobami, rządów Baszara Al-Asada. Obecnie Trump odpuścił, mając w tej części świata liczących się sojuszników.

Do podobnej konkluzji zaczyna dochodzić w sprawie Afganistanu po kiepskich doświadczeniach od 2001 roku, nie wspominając już o dawnych radzieckich. Wydaje się, że będzie dążył do resetu z Rosją, co mu dotychczas różnymi sposobami, i z rozlicznych powodów, uniemożliwiano.

 

Natomiast nie jest prawdą,

jak przedstawia Onet klawiaturą Grzegorza Węglarczyka, że „Odejście Mattisa to koszmarnie zła wiadomość dla NATO, a więc i dla Polski… problem Trumpa może się okazać problemem nas wszystkich.” I dalej: „Nadchodzi sztorm. Pozostaje nam mieć nadzieję, że Ameryka nadal w tym sztormie będzie bezpiecznym portem, nie mamy bowiem innego wyboru i innego portu nie widać nigdzie na horyzoncie”.

Jaki sztorm panie Węglarczyk?

Gdzie pan go widzi, skoro nawet ważny generał Włodzimierz Pacek, kreśląc różne scenariusze, nie spodziewa się regularnej wojny, bo Rosja nie ma żadnego interesu, żeby zajmować terytorium Polski. „W dzisiejszej Europie nie ma powodu, żeby bać się wojny, która czyha na nasze życie. Jeżeli dzisiaj mówimy o zagrożeniach wojennych, to jest to raczej Azja, region Morza Południowochińskiego. Ale i Europa nie może być zupełnie spokojna… Krym jest z punktu widzenia interesów rosyjskich kluczowy ze względu na strategiczne miejsce. To coś zupełnie innego.

Polska nie jest z punktu widzenia Rosji takim strategicznym miejscem. Jest nim Białoruś”.

Aby jednak utrzymać się w obowiązującej antyrosyjskiej narracji generał dodaje: „Obawiam się, że gdzieś tam w Rosji chodzi po głowach taki scenariusz wojny zastępczej na terytorium Europy wikłający także Stany Zjednoczone. Myślę, że i Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, bo dzielą swoje wysiłki i swój potencjał i na Europę, i na Azję.”

 

Pewne jest natomiast jedno,

że aktualnie w głowach, nie tylko polskich, polityków i publicystów dokonał się kopernikański przewrót oglądu politycznego świata. Poprzednio obowiązywał zero-jedynkowy, w konsekwencji dobro bądź zło, a więc USA – Rosja, dalej: nieprzerwanie dobry prezydent Stanów Zjednoczonych i zawsze zły Putin. I jeszcze więcej: Ameryka zapewniająca światu bezpieczeństwo i Rosja stanowiąca nieustanne zagrożenie. A obecnie dotychczasowe „albo-albo” zastąpiono krytyczną oceną polityki tak Trumpa, jak i Putina, niosących podobno równie poważne zagrożenia. Longin Pastusiak dodaje: „Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych”.

 

Ta, tak pięknie brzmiąca, kwestia

w nadzwyczaj selektywny sposób była realizowana, oszczędzając przychylnych USA dyktatorów, którym jeden włos z głowy nigdy nie spadł za dziesiątki tysięcy zamordowanych politycznych przeciwników. Służyła także wnoszeniu demokracji do licznych krajów, ale metodami zbrojnymi. Natomiast w stosunku do byłych krajów socjalistycznych i ZSRR – skądinąd odpowiadając prawdzie – spełniała przede wszystkim rolę pokojowego środka walki politycznej. Jeszcze innym hasłem, służącym, w założeniu, obronie demokracji, był słynny „Pax Americana” do którego pragnie powrócić pewna część wpływowych amerykańskich elit, bowiem zapewniał dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Skutkowało to także w konsekwencji oglądem USA jako żandarma świata.

 

Świat jednak się zmienił,

nie ma już ZSRR z jego ideologiczno-imperialną doktryną, jest Rosja zajęta wieloma swoimi problemami i troską o własne bezpieczeństwo, Chiny kreują się na ekonomicznego hegemona świata, a tuż za nimi podążają Indie, Japonia i Brazylia. Wg. rankingu Banku Światowego na dwadzieścia krajów o największym PKB, zaledwie osiem pochodzi z Europy (a tak na marginesie, w czasach PRL nie zajmowaliśmy co prawda propagandowego, dziesiątego miejsca na świecie, a tylko siedemnaste, ale od naszej transformacji wypadliśmy na stałe poza tę grupę). Trump, bez względu co się o nim mówi, to rozumie, i w nowy sposób kreuje politykę zagraniczną, ekonomiczną oraz cele militarne USA. Uważa, trawersując słowa Henry Temple, że „Stany Zjednoczone nie mają wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Stanów Zjednoczonych”.

 

A u nas prawie bez zmian,

bo jak inaczej nazwać spreparowaną przez Onet informację o wywiadzie Lecha Wałęsy dla rosyjskiej państwowej agencji prasowej RIA Nowosti. Przypomina jota w jotę – pogratulować – najgorsze praktyki peerelowskiej propagandy, która uniemożliwiając czytelnikowi zapoznanie się z „nieprawomyślnym tekstem” atakowała go bez umiaru. Tak się stało i teraz, bowiem Onet nie przedstawił ani całego wywiadu, ani też obszerniejszych fragmentów. Z obawy, że Wałęsa powiedział coś, o czym internauci nie powinni wiedzieć, bo im się jeszcze na temat Rosji coś pomiesza w głowach?

Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że chwalił Putina i krytykował sojusz Polski z USA, a to zupełnie wystarczające powody do onetowskiej autocenzury. Ale na tym nie koniec, portal jeszcze i poucza, i ostrzega: „polscy politycy nie tylko mają prawo, ale wręcz powinni udzielać wywiadów rosyjskim mediom. Każde słowo rozsądnej krytyki postępowania rosyjskich władz, które uda się przemycić do Rosjan, jest na wagę złota….Udzielając wywiadów rosyjskim mediom państwowym należy jednak mieć pełną świadomość, że to zawsze pułapka”.

Kontynuuje tę światłą myśl, że o Rosji należy mówić tylko krytycznie, również na Onecie, Sławomir Sierakowski opowiada o Nord Stream 2: „Rura, która ma być położona na dnie Bałtyku jest dokładnie tak zaprojektowana i po to budowana, żeby wyeliminować Polskę i Ukrainę i umożliwić Rosji sprzedaż jeszcze większej ilości gazu do Niemiec i Unii Europejskiej”. Pan Sierakowski nie jest jednak tak młodym człowiekiem, aby nie pamiętał zdwojonych wysiłków władz państwowych III RP, wspieranych przez liczne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, zmierzających do uniemożliwienia Rosjanom położenia drugiej nitki rurociągu „Przyjaźń”, którym surowiec płynąć miał przez Polskę na zachód Europy. Ile się to wtedy wszyscy natrudzili, opowiadając nawet istne bajki o montowanym, wzdłuż rurociągu, światłowodzie będącym szpiegowskim narzędziem, zagrażającym bezpieczeństwu naszego ukochanego kraju. No i sukces został osiągnięty: Rosjanie nakładem wielokrotnie wyższych kosztów obeszli polskie terytorium kładąc Nord Stream na dnie morza, a my obeszliśmy się brakiem zysków za prawo do tranzytu surowca. Nauczeni naszą wyjątkową życzliwością powtarzają ten manewr raz jeszcze. Największy paradoks polega jednak na tym, że jak sam Sierakowski przyznaje, „Merkel popiera ten projekt, bo jest bardzo opłacalny dla niemieckiego biznesu”, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo nam się opłaca sprowadzać gaz zza oceanu. Naszą politykę ekonomiczną wyznacza nienawiść do Rosji, która w tym wypadku przypomina znane powiedzenie, że zrobię mamie na złość i odmrożę sobie uszy.

 

Jednak coś się pomału zmienia,

bo naczelny rusofob „GW” Wacław Radziwinowicz nadzwyczaj rzadko daje głos, a ostatnio był on nawet, w związku z obchodami 100-lecia urodzin Aleksandra Sołżenicyna, pozytywny dla Putina i Miedwiediewa. Ale jeszcze większe wrażenie zrobił skrót z raportu Fundacji Batorego „Polska wobec Rosji. Radykalizm bez polityki” autorstwa Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Tytuł artykułu Kremlowi jak zawsze przywala (do tytułu ma prawo redakcja, a w „GW” jest ono często nadużywane), ale można odnaleźć w nim szereg opinii, propozycji i zaleceń, które stwarzają szansę na pewną zmianę naszej polityki zagranicznej na tym kierunku. Dla wyjaśnienia, nie tylko obecnych rządów PiS, czy byłych PO, ale prawie wszystkich od 1990 roku. Czy tak się stanie, to tylko Bóg raczy wiedzieć.

 

Dla wyjaśnienia

dodać należy, że w polskiej polityce zagranicznej sami to przysłowiowe mleko rozlewamy, później o te czyny obwiniamy innych, a gdy jeszcze kolejni mówią, abyśmy sami posprzątali, to stać nas jedynie na płacz i żebranie o pomoc.

Trump = zagrożenie

Obecny postzimnowojenny świat nie jest idealny ani w pełni stabilny. W porównaniu z przeszłością mniej mamy wojen międzynarodowych. Natomiast dużo jest zbrojnych konfliktów wewnętrznych np. w Afryce.

 

Prezydent Donald Trump już w kampanii wyborczej 2016 r. mówił o swoich zastrzeżeniach do istniejącego układu międzynarodowego. M.in. powiedział, że NATO jest sojuszem „przestarzałym”. Na konwencji Partii Republikańskiej w lipcu 2016 r. opowiedział się za ograniczeniem udziału Stanów Zjednoczonych w globalnych kryzysach i układach handlowych. Rywalka Trumpa w walce o prezydenturę Hillary Clinton zarzucała mu, że jest „zbyt nieobliczalny” by być naczelnym dowódcą i zagraża bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych i świata. Jako prezydent elekt zapowiedział, że zerwie umowy międzynarodowe, które uzna za niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych. Wymienił m.in. umowę paryską o zmianach klimatycznych oraz układ o wolnym handlu w rejonie Pacyfiku (TPP) podpisany w lutym 2016 r. przez 12 państw w tym przez Stany Zjednoczone.

Donald Trump jest unikalną postacią na fotelu prezydenckim w Białym Domu. Objął najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych mając stosunkowo niewielkie doświadczenie w sprawach polityki zagranicznej i ograniczone obycie międzynarodowe. Również jego elektorat wyborczy w większości składał się z ludzi starszych, rejonów wiejskich i małomiasteczkowych, bez wyższych studiów a więc mniej zaineresowanych światem zewnętrznym i globalnymi sprawami.

Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych. Trump jest drugim po Baracku Obamie prezydentem, który zdaje sobie sprawę ze zmniejszającej się roli USA w międzynarodowym układzie sił. Jednym z tych wniosków jest pewne ograniczenie globalnej obecności amerykańskiej w świecie, globalnych ambicji w polityce amerykańskiej.

Donald Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych, który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie. Pierwsze takie próby podjął Barack Obama. Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silna pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił. Zgodnie z głoszonym w kampanii wyborczej hasłem „America First” Trump jest zwolennikiem polityki selektywnego i warunkowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w świecie i skoncentrowania swej uwagi na sprawach wewnętrznych, zgodnie z życzeniem 70% jego elektoratu. Nic więc dziwnego, że pierwszą jego decyzją w sprawach międzynarodowych było podpisanie 23 stycznia 2017 r. dekretu o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z transpacyficznej umowy o wolnym handlu (TPP). Było to świadectwo ekonomicznego nacjonalizmu i protekcjonalizmu. Był to dowód, że retoryka kampanijna Trumpa przekształca się w konkretne decyzje prezydenta, broniące interesów Stanów Zjednoczonych.

Od początku prezydentury Trumpa było oczywiste, że występuje chaos w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej, co innego mówił Trump, co innego głosili zagranicą członkowie jego administracji, a konstytucyjny organ odpowiedzialny za realizację polityki zagranicznej USA czyli Departament Stanu milczał. Kierownictwo Departamentu Stanu nadal było nieskompletowane. Nic więc dziwnego, że zadawano sobie pytania w USA i na świecie: kto jest odpowiedzialny w Waszyngtonie za formułowanie amerykańskiej polityki zagranicznej. Od czasu objęcia prezydentury przez Donalda Trumpa prestiż Stanów Zjednoczonych na świecie obniżył się, a polityka zagraniczna USA jest nadal w pewnym stopniu nieprzewidywalna.

Coraz więcej znaków zapytania pojawiło się odnośnie stanowiska Trumpa wobec nuklearnego wyścigu zbrojeń. Z jednej strony prezydent mówił, że byłoby dobre, gdyby kraj nie posiadał broni atomowej, z drugiej zaś podkreślał, że nie dopuści do sytuacji, w której jakikolwiek kraj wszedłby w posiadanie arsenału nuklearnego większego od amerykańskiego. Nigdy nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym w kwestii potencjału nuklearnego – powiedział. Jako prezydent opowiada się za zwiększeniem potencjału nuklearnego USA.

W wywiadzie dla agencji Reutera, w lutym 2017 r. Trump oświadczył, że chce rozszerzyć arsenał nuklearny USA, by zapewnić, że będzie on największy. My nigdy nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym, nie będziemy w tyle w kwestii potencjału nuklearnego – dodał amerykański prezydent.

Trump ze swym wybujałym ego nie ukrywał, że chce przejść do historii Stanów Zjednoczonych jako prezydent, który osiągnął wiele sukcesów. Jego sprzeczne jednak oświadczenia i liczne niezgodne z prawdą wypowiedzi nie ułatwiały mu drogi do tego celu. Brakuje mu długofalowej wizji. Jest skazany na komentowanie bieżących wydarzeń i do tego zdarza się, że komentarze są sprzeczne ze sobą. Przykładem tego może być niejasna polityka administracji Trumpa wobec konfliktu w Syrii.

Już po kilku miesiącach prezydentury było widoczne, że prezydent Trump nie ma długofalowej wizji polityki zagranicznej. Nie przedstawił swojego poglądu na sprawę pokoju na Bliski Wschodzie, na ustabilizowanie sytuacji w Afganistanie, czy na wojnę domową w Jemenie. Przyrzekł wprawdzie rozprawić się z państwem islamskim ISIS. Nie podjął jednak działań przeciw destabilizującej działalności Boko Haram w Afryce.

Od początku administracji Trumpa w Białym Domu ścierały się dwie odmienne wizje polityki zagranicznej USA. Jedna „America First”, w której liczy się wyłącznie interes USA, często krótkoterminowy i oparty na kalkulacji ekonomicznej a nie geostrategicznej, w której reguły międzynarodowe, wartości i wieloletnie sojusze są postrzegane jako coś przestarzałego, coś co można łatwo zmienić. W której instytucje międzynarodowe nie liczą się prawie wcale, a interesy załatwia się z innymi mocarstwami na zasadzie bilateralnej wymiany.

Druga wizja dużo bardziej tradycyjna, republikańska polityka zagraniczna, zakładająca szczególną rolę Stanów Zjednoczonych w utrzymaniu ładu światowego. Jest ona oparta na systemie sojuszy budowanym przez USA przez ostatnie 70 lat, w którym ważniejsze są podstawowe wartości i reguły współpracy międzynarodowej oraz długofalowy interes strategiczny USA, a nie bieżące korzyści. Jest to polityka, którą w administracji Trumpa najlepiej reprezentuje sekretarz obrony gen. James Mattis”. Ten, bardziej twardy kurs w polityce zagranicznej reprezentuje także wiceprezydent Mike Pence, który 17 kwietnia 2017 r., w czasie wizyty w Korei Płd. powiedział: „Era strategicznej cierpliwości skończyła się.

Którą jednak z tych wizji reprezentuje prezydent Trump trudno byłoby jednoznacznie powiedzieć, ponieważ nie wykazał się on dotąd jakąś spójna koncepcją polityki zagranicznej. Nie ma on doświadczenia w polityce zagranicznej, nie zaprezentował się dotąd jako nawet kandydat na męża stanu w polityce międzynarodowej.

Już w okresie kampanii wyborczej Donald Trump zgłaszał zastrzeżenia do paryskiego układu z grudnia 2015 r. dotyczącego klimatycznego porozumienia, które podpisał jego poprzednik Barack Obama. Uważał, że za tym układem kryją się interesy Chin by osłabić konkurencyjność towarów amerykańskich na rynkach światowych. Kiedy został prezydentem Stanów Zjednoczonych nadal podtrzymywał swe zastrzeżenia i zapowiedział wycofanie USA z tego porozumienia. Do Trumpa wystąpił przewodniczący Komisji Europejskiej Donald Tusk z apelem”: „Nie zmieniaj politycznego klimatu na gorszy”.

1 czerwca 2017 r. Trump w swoim wystąpieniu uznał, że ustalenia paryskie są niekorzystne dla gospodarki amerykańskiej mimo, że 195 państw przystąpiło do tego układu pozwalającego utrzymanie na ziemi temperatury nie wyższej niż 2 stopnie Celsjusza ponad średnią temperaturę sprzed epoki przemysłowej. W ten sposób Stany Zjednoczone obok Nigerii i Syrii stały się trzecim państwem poza paryskim układem klimatycznym. Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą chciały zawrzeć nową „bardziej sprawiedliwą” umowę, ale nie przedstawił szczegółów „Jako ktoś, kto troszczy się o nasze środowisko nie mogę z czystym sumieniem poprzeć porozumienia, które karze Stany Zjednoczone” – powiedział i dodał, że porozumienie paryskie „w mniejszym stopniu dotyczy klimatu a większym stopniu powala innym krajom zyskać przewagę finansową nad Stanami Zjednoczonymi”. Prezydent wstrzymał dotacje dla ONZ-towskiego programu Green Climate Fund, który to fundusz jego zdaniem kosztuje „ Stany Zjednoczone ogromne pieniądze”. Prof. Roman Kuźniar słusznie zauważył że „ekipie Trumpa generalnie brakuje strategicznego, globalnego zmysłu, jakiekolwiek wizji porządku międzynarodowego”.

Trump powiedział, że występując z układu klimatycznego wypełnia swój święty obowiązek „obrony Ameryki i jej obywateli”. Przy tym kłamliwie twierdzi, że wychodząc z międzynarodowego układu, „będziemy mieć najczystsze powietrze. Będziemy mieć najczystszą wodę”.

Opinia międzynarodowa i amerykańska skrytykowała decyzję prezydenta Trumpa. Sondaże wykazały, że 69% Amerykanów popiera paryskie porozumienie klimatyczne. 7 na 10 Amerykanów wyraża opinię, że zmiany klimatyczne są wynikiem działalności człowieka. Przeciw wycofaniu się USA z paryskiego układu był sekretarz stanu Rex Tillerson, córka prezydenta Ivanka, główny ekonomista prezydenta Gary Cohn. Również decyzję Trumpa skrytykował jego poprzednik Barack Obama mówiąc, że porozumienie paryskie „zostawiło bezpieczny świat naszym dzieciom”, Ostro i krytycznie o decyzji amerykańskiego prezydenta wypowiedzieli się przywódcy polityczni wielu państw i obiecali realizować postulaty międzynarodowego porozumienia z Paryża. Prof. Jeffrey Sachs powiedział, że zaniechanie przez Trumpa walki z zmianą klimatu jest „zbrodnią przeciw ludzkości”.

Decyzja Trumpa o wycofaniu się z paryskiego układu klimatycznego przyczyni się do osłabienia międzynarodowej pozycji i prestiżu Stanów Zjednoczonych. Zadaniem komentatorów wzmocni również pozycje Chin jako lidera w walce z globalnym ociepleniem.

Polityka Trumpa przyczyniła się do obniżenia prestiżu Stanów Zjednoczonych w świecie i obniżenia wiarygodności USA, jako sojusznika. W czasie prezydentury Trumpa Ameryka stwarza wrażenie, że kieruje większą uwagę na sprawy wewnętrzne. Świadczy o tym m.in. decyzja o wycofaniu się z paryskiego porozumienia o zmianach klimatycznych z układu tzw. Transpacyficznym Partnerstwie, o wycofaniu się z UNESCO i zmniejszenie składki na rzecz ONZ oraz pomoc gospodarczą dla zagranicy. Zapowiedź Trumpa o przeniesieniu ambasady USA z Tel-Awiwu do Jerozolimy skomplikowała jeszcze bardziej proces pokojowy na Bliskim Wschodzie. Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił w kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

Trump przypisywał sobie sukcesy w walce z ISIS, choć nie tylko Stany Zjednoczone walczyły z ekstremizmem islamskim. Zaszokował kraje Afryki obraźliwymi wypowiedziami na temat Afrykanów. Zmieniał swoja opinie na temat Rosji i Chin od przyjaznej do wrogiej. Opowiadał się za wzrostem budżetu obronnego, modernizacją sił zbrojnych i lansował hasło: „fire and fury”. Tym hasłem groził m.in. Korei Płn. jeżeli nie wstrzyma dalszego rozwoju swego programu rakietowo-nuklearnego.

Mimo, ze Trump jest wyjątkowo egocentryczny, dotąd nie pojawiło się pojęcie „doktryna Trumpa”, „planu Trumpa” czy nawet „Trumpismu”. Trump jest po prostu Trumpem. Wyznaje zasadę, że należy odpowiadać pięknym za nadobne „uderzaj silniej aniżeli uderzono ciebie”, jest jego mottem.

Donald Trump zdaje sobie sprawę, że szczytowy okres wpływów Stanów Zjednoczonych w świecie już minął. Stany Zjednoczone są nadal potężne, ale nie wszechpotężne. Ale w retoryce politycznej nadal posługuje się hasłem „America First” („Ameryka przede wszystkim”) i lansuje pogląd o wszechmocy i wyjątkowości Ameryki. Grozi także np. Korei Północnej o możliwości posłużenia się ogromną siłą niszczącą, którą Stany Zjednoczone dysponują. Narcystyczny Trump, jako prezydent umacnia nacjonalizm i egoizm amerykański nie zdając sobie sprawy, że osłabia to pozycje i autorytet kraju i osobiście jego na arenie międzynarodowej. Tak niskich notowań, zarówno w kraju jak i na świecie, jakie ma prezydent Donald Trump nie miał żaden z jego poprzedników w ciągu ostatnich 100 lat.