American Idiot

A teraz z zupełnie innej beczki…

Green Day nagrali piosenkę o tym, że nie chcą być Amerykanami. Piosenka nie tylko nie traci na aktualności ale wręcz przeciwnie z czasem zyskuje. W moim odczuciu mogłaby nawet zostać nieoficjalnym hymnem USA. Amerykański Shitshow się powiększa a pandemia unaoczniła, być może, ten stan większej części obserwatorów. Albo i nie.

Ameryka jest krajem upadłym tylko Amerykanie nie chcą tego przyjąć do wiadomości. W reakcjach na pandemię Stany są praktycznie bezradne podobnie jak Brazylia, która jest mocarstwem zaledwie urojonym.

Chiny się cieszą, choć na miejscu chińskich przywódców nie przesadzałbym z radością, bo czasy idą niepewne. To znaczy już teraz są niepewne a poziom niepewności będzie się zwiększał.

Imperia upadają długo, choć zapewne szybciej niż kiedyś. A co dopiero imperia urojone. Sny o potędze, powinny w najgorszym razie kończyć się nad ranem…

Problem w tym, że jest wielu chętnych na bycie Amerykanami, nawet upadłymi. Nie zawsze zdają sobie z tego sprawę… ale jednak.

Amerykanizujemy się. Chyba najbardziej w Europie nie licząc Brytyjczyków. A może zresztą ich już przebiliśmy? W ostatnim sondażu European Social Survey (ESS) (przeprowadzany jest raz na dwa lata) większość badanych Brytyjczyków 56,8 proc. do 34,9 proc. opowiedziało by się za pozostaniem w UE. Pewnie już za późno, bo wybrali klauna na premiera a tzw. negocjacje zmierzają w kierunku twardego brexitu. Po pandemii Brytyjczyków czeka kolejna katastrofa a rozpad Zjednoczonego Królestwa wcale nie jest wykluczony.

Na kontynencie sceptyczni są nieco jedynie Włosi i Czesi. Tam poparcie dla jest na poziomie „tylko” 67 i 68 % Polacy, co może dziwić, znajdują się obok Hiszpanii, Irlandii i Belgii w czwórce krajów , w których liczba popierających Unię zbliża się do 90 %.

Być może wyniki wyglądałyby inaczej, przynajmniej w Polsce, gdyby przebadano tylko, tak zwaną, klasę polityczną. To właśnie klasa polityczna wydaje się być jednym z największych problemów wielu krajów, nie tylko Ameryki.

W USA też toczy się kampania wyborcza. Prawybory u Demokratów przerwała pandemia przez co ich kandydatem został ograniczony przedstawiciel klasy panującej, taki demokratyczny George Bush jr. Jego własny ojciec miał go za lekko upośledzonego, a jego doradców za szkodników.

I taki właśnie demokrata szykuje się do walki z Trumpem. O ile w poprzednich wyborach Trump zawdzięczał wiele swoim demokratycznym konkurentom, to w tych wyborach, sam dla siebie będzie największym zagrożeniem.

Niestety, przynajmniej dla Amerykanów, choć nie obojętnie dla reszty świata, kampania zdaje się odgrzewać temat rosyjskich wpływów w Białym Domu. Nie mając wiele do zaoferowania Amerykanom, Biden zajmie się przywracaniem godności i dumy Amerykanom… i w zasadzie nic więcej nie jest w stanie im zaoferować. Z kolei europejscy analitycy uważają że przedłużenie prezydentury Trumpa byłoby korzystniejsze dla Chin, niż prezydentura Bidena. Zakładają, że demokratyczna administracja będzie miała choćby minimalne kompetencje polityczne i sprawcze. Do jesieni jest jeszcze trochę czasu. Można zakładać, że Ameryka nie poradzi sobie w żadnym stopniu z epidemią. To epidemia zakończy więc rządy Trumpa. Przestaniemy nabijać się z Prezydenta i znowu będziemy mogli kpić z Amerykanów.

O ile oczywiście sami nie okażemy się bardziej amerykańscy niż Amerykanie…

Co okaże się już niebawem.

Supermeni

Kandydaci jeżdżą i obiecują. Obiecują wszystko. Nowe szpitale, nowe drogi, lepsze wojska (niekoniecznie nasze), powszechną sprawiedliwość.

Wszystkim ma być lepiej, nawet przeciwnikom politycznym. Ma być nowy ład energetyczny, wyższe emerytury i nowe szkoły. Władza ma należeć do obywateli (to po co władza w ogóle). Polska będzie potęgą. Jak zsumować wszystkie obietnice kandydatów to nasz kraj może przeskoczyć nawet Stany Zjednoczone. Nie wiadomo więc po co jedzie tam nasz prezydent. Jak prezydent Trump zorientuje się czym ma być nasz kraj, to poprosi o pomoc w walce w tamtejszym koronawirusem, a potem o jeszcze inne rzeczy. W mediach obietnice leją się niczym wodospad Niagara, a tymczasem trochę deszczu i kraj spływa powodzią. Rzeczki stają się rwącymi rzekami. Wcześniej była susza i lekarstwem na nią miały być oczka wodne. Teraz oczka przemieniły się w jeziora i stały się one (oczka) zagrożeniem.

Jak zsumować wszystkie obiecane dopłaty, zasiłki, bony, zapomogi i już sam nie wiem co, to nie będziemy musieli pracować. Zaleje nas fala pieniędzy większa od wezbranych po powodzi rzek. Ale na tym nie koniec. Im bliżej finału, tym więcej obietnic. No i do tego te miliardy z UE też trzeba dołożyć. Co to będzie w naszym kraju. Od nadmiaru bogactwa pomiesza się niektórym w głowach. Taki np. minister Szumowski nie będzie musiał zabiegać o rządowe granty dla swojego brata. Powstanie kilkanaście srebrnych wież i to nie tylko w Warszawie.

I tak na koniec. Skoro kandydaci mogą nam dać wszystko, czego tylko zapragniemy, to po co parlament, rząd, samorządy i wszelkie urzędy. Pogonić towarzystwo. Prezydenci wszystko załatwią sami. Gotów jestem zaakceptować 10 prezydentów na raz, którzy dadzą nam wszystko. Dla zwolnionego rządu, posłów i urzędników też dóbr wszelkich nie powinno zabraknąć

Niestety rzeczywistość jest inna. Kandydaci deszczu nie umieją zatrzymać. Pan prezydent udał się na powodziowy sztab kryzysowy. Niestety, jego moc nie zadziałała. Deszcz nadal poda. Przekazał za to mediom o czym na sztabie mówiono. I takie są faktyczne możliwości pana prezydenta. Bycie spikerem i przekaźnikiem woli prezesa to jego funkcja.

Czy inni kandydaci mogą więcej? Pewnie tak, ale deszczu i burz nie zatrzymają. Nawet sama Opatrzność nad tym nie panuje i nie wiem dlaczego karze ulewami tereny, gdzie PiS jest partią szczególnie ukochaną. Co to się porobiło.

Zastanawiam się czy moje przemyślenia są bardziej wydumane od obietnic kandydatów. No chyba nie.

Marianna a’la PiS

Idą, Duda z Trzaskowskim, na zwarcie. I dobrze. Przynajmniej jest jakieś życie na osiedlu. I szansa, że się lokator Pałacu niebawem zmieni. Rację ma jednak Hanna Gronkiewicz-Waltz wieszcząc, że PiS, w razie niekorzystnego wyniku po drugiej turze, łatwo skóry nie sprzeda i zrobi wszystko, żeby wynik podważyć lub wręcz unieważnić. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy ma w ręku wszystkie sądy i trybunały. Tylko głupi by nie skorzystał.

Naprawdę, wydaje się Wam, że PiS pogodzi się z ewentualną porażka i zaakceptuje wyborczy wynik, jeśli będzie nie po ich myśli? Przecież po drugiej turze, przy takim układzie kart, towarzystwo rzuci na szalę wszystkie swoje siły. Poza tym nie od dziś wiadomo, że nieważne kto głosuje, ale kto liczy głosy. Dziwię się więc odrobinę Platformie i reszcie peletonu, od trzeciego miejsca w dół, że nie podnoszą publicznie argumentów, aby przekonać swoich ludzi do baczniejszego patrzenia na ręce pisowskiemu towarzystwu w komisjach. Owszem, to bardzo szlachetne i wzniosłe, że się ma bezgraniczne zaufanie do demokracji i współbrata, który siedzi ramię w ramię przy urnie, ale czasami można się na nadmiernej ufności przejechać, a miła, starsza pani w swetrze, może okazać się bezwzględnym manipulantem. Warto więc kontrolować, nawet kosztem atmosfery, bo gra idzie o wysoką stawkę. To właśnie tłumaczyłbym swoim ludziom w obwodowych komisjach wyborczych, mężom zaufania, żonom donoszącym obiady w przerwach od wydawania kart. PiS i jego ludzie wiedzą i widzą, że pewne jeszcze dwa miesiące temu zwycięstwo Andrzeja Dudy, wymyka się im z rąk. Kampania grzęźnie. Wysyła się więc prezydenta Andrzeja do Ameryki, żeby się wyciskał z Trumpem w Waszyngtonie, wierząc, że jak się pokaże na zdjęciu z amerykańskim prezydentem, to na pewno mu skoczy w sondażach. Bo od lockoutu pandemicznego, Trump nikogo u siebie nie gościł, ale dla Dudy zrobi wyjątek. Takich mamy kumpli. Ciekaw jestem, ile ta randka tak naprawdę kosztowała PiS i Polskę. Bo głosy Polonii amerykańskiej Trump w wyborach na prezydenta USA niebawem i tak by zebrał, bez potrzeby angażowania pana Andrzeja. Jakby mało było Państwu dowodów na to, że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby wynieść na stolec Dudę ponownie, odsyłam do najnowszej propozycji tarczy antykryzysowaej i zapisów nowelizujących słynny artykuł 37a Kk. Przepis dokładnie w tym samym brzmieniu Andrzej Duda odesłał do TK 13 czerwca ub.r. Przepis ów uelastycznia kwestię wymierzania kary więzienia m.in. za pomoc przy usuwaniu ciąży, zniewagę prezydenta, nieumyślny błąd medyczny prowadzący do śmieci pacjenta albo nieumyślne spowodowanie śmierci jako takiej. Środowisko lekarzy bije na alarm. Prawnicy nie pozostawiają na zapisach suchej nitki, krytykując sposób i formę proponowanych zmian. Nie szło przepchnąć przepisu w zeszłym roku, to dopchniemy go w pakiecie tarczowym. Jak nie kijem, to pałką. Widać więc, że PiS nie odpuszcza. Nie zapomina. Jak dojdzie do człowieka na długość ręki, rzuca się do gardła jak pit bull i nie puszcza. Macie jeszcze jakieś wątpliwości, że odpuści walkę po przegranej Dudy? Prędzej zagryzie ten naród, zaszczuje na siebie, ale nie odpuści za nic. Ani o krok. Co do tego, jestem bardziej niż pewien.

Oglądałem w łykend konferencję Rafała Trzaskowskiego w Sorkwitach. Stoją strażacy z OSP, stoi Trzaskowski i jakiś człowiek, najpierw pyta po polsku kandydata na prezydenta, czy może zadać pytanie po francusku, a kiedy kandydat, po francusku, łaskawie się godzi, pytający, po francusku, zadaje pytanie. Kandydat, po francusku, odpowiada. Strażacy stoją i patrzą. Słuchają, co tam mądre państwo ze sobą parlewu. I nic nie kumają. Tak jak ja. Jeśli to była prowokacja, to marna, bo to żadna tajemnica, że Trzaskowski mówi po francusku. Jeśli ustawka, to nad wyraz marna, bo mogli chociaż podstawić kogoś, kto podałby się za dziennikarza z francuskiej redakcji, choć to już nie takie proste. Inna rzecz, że dziennikarze obcojęzyczni, wiedząc, że nie wszyscy ich koledzy po fachu znają po 5 języków, zadają zazwyczaj pytania po angielsku, bo akurat ten język każdy z nich, mores, zna. A polityk aspirujący do funkcji prezydenta kraju powinien. Po co więc człowiek najpierw pyta po polsku, czy może po francusku, skoro zna polski, tego nie wiem. Tzn. wiem. Żeby mógł Rafał Trzaskowski zabłysnąć znajomością. Jeśli był to jednak jakiś prowok przez nikogo nieinstruowany ani nieopłacony, powinien otrzymać odpowiedź, że skoro zna język polski bo się nim posługuje, niech nie struga wariata, że chce się na wsi pod Olsztynem posługiwać francuszczyzną, bo to dopiero nie konweniuje. Chcesz Pan pogadać po francusku, zapraszam na bok po konferencji. I wszystko byłoby zgodnie z protokołem dyplomatycznym. Edward Gierek rozmawiał bez tłumacza z dwoma francuskimi prezydentami, a przed ludem mówił po naszymu, i każdy jeden rozumiał.

Wojna futbolistów z Trumpem

Amerykańska Federacja Piłkarska (US Soccer) zignorowała prezydenta USA Donalda Trumpa i na przekór jego opinii zmieniła protokół regulujący zasady zachowania się podczas hymnu narodowego. Teraz piłkarki i piłkarze nie będą musieli już obowiązkowo stać na baczność i trzymać prawej ręki na sercu. I mogą nawet klęczeć.

Odgrywanie hymnów przed meczami drużyn narodowych to w piłce nożnej uświęcony tradycją sportowy rytuał, który wszędzie jest pieczołowicie kultywowany. Zwyczajowo zawodniczki i zawodnicy w jego trakcie stoją w pozycji „na baczność”. Ten wymóg jest wszędzie obowiązkowy, dowolne są natomiast dodatkowe zachowania, jak trzymanie prawej ręki na sercu, chwytanie się za ramiona, śpiewanie czy ustawianie twarzami w kierunku wywieszonej na stadionie flagi. Kibice na ogół nie są tolerancyjni w kwestii nawet niewielkich odstępstw w tym rytuale, o czym przekonała się w Polsce choćby piosenkarka Edyta Górniak, której nowatorskie wykonanie polskiego hymnu podczas rozegranych w 2002 roku w Korei Południowej i Japonii mistrzostw świata spotkało się nad Wisłą z powszechnym potępieniem.
W Stanach Zjednoczonych podczas sportowych wydarzeń do interpretacji hymnu narodowego obywatele nie przywiązują aż takiej przesadnej wagi, ale lekceważących zachowań podczas jego wykonywania już tak. Tak też odebrano w 2016 roku zachowanie gracza NFL Colina Kaepernicka, który przed ligowym meczem podczas hymnu przyklęknął, a potem zaintrygowanym dziennikarzom wyjaśnił, że to jego sprzeciw przeciwko złemu traktowaniu przez jego kraj kolorowych obywateli. „Gest Kaepernicka” odbił się w USA szerokim echem i znalazł wielu naśladowców, ale władze ligi NFL wszelkie tego typu protesty przeciwko brutalności policji wobec Afroamerykanów skutecznie spacyfikowały.
Trump naciska na Twitterze
Spora w tym „zasługa” Donalda Trumpa, który właśnie objął rządy w Białym Domu i z tej pozycji zaapelował na Twitterze do szefów największej zawodowej ligi futbolu amerykańskiego, żeby zabronili zawodnikom klękanie podczas odgrywania hymnu narodowego. „Czyż nie mają zapisane w kontraktach, że muszą stać na baczność, z ręką na sercu?” – pisał Trump. I domagał się sankcji wobec naśladowców Kaepernicka. „Pierwszy raz na kolanach – wyrzucić z meczu. Drugi raz – zawiesić na cały sezon bez zapłaty” – domagał się prezydent USA, grzmiąc, że takie zachowania to jego zdaniem „zniewagą dla naszego kraju i naszej flagi”.
Futbol amerykański nie bez powodu uznawany jest za oceanem za „sport białych”, ale władze NFL załatwiły wtedy sprawę „w białych rękawiczkach”. Protestujący zawodnicy dostali do wyboru, albo podczas hymnu zostaną w szatni, albo będą na boisku stać jak wszyscy – na baczność, bo każda inna postawa zostanie natychmiast ukarana. To dlatego Kaepernick nie dostał już w lidze nowego kontraktu i musiał zakończyć przedwcześnie karierę w wieku 32 lat. Oficjalnie jednak podawano, że żaden klub nie zdecydował sie na jego zatrudnienie, bo prezentował słabą formę, co akurat było prawdą, ale nie do końca, bowiem nękały go wtedy kontuzje i potrzebował trochę czasu na powrót do dawnej dyspozycji.
Dzisiaj jednak nastroje społeczne w USA są znacznie bardziej radykalne niż cztery lata temu i przez ten kraj przelewa się fala antyrasistowskich protestów wywołanych zabójstwem 46-letniego George’a Floyda przez policjantów podczas zatrzymania. Policjant udusił go przygniatając szyję kolanem do ziemi przez 8 minut i 46 sekund. Nagraniu wideo z tego tragicznego w skutkach zdarzenia trafiło do internetu i wywołało masowe protesty we wszystkich dużych miastach w USA, często przeradzające się w uliczne zamieszki. Klęczący na szyi Floyda funkcjonariusz siłą rzeczy skojarzył się z klęczącym Kaepernickiem i tak wykonany cztery lata temu w zupełnie innych okolicznościach gest tego futbolisty nabrał zupełnie nowego znaczenia, stając się jednym z symboli napędzającego antyrasistowskie protesty ruchu Black Lives Matter (Czarne życie ma znaczenie).
Z wielkich sportowych organizacji jako pierwsza dołączyła się do niego Amerykańska Federacja Piłkarska (US Soccer) ogłaszając, że znosi obowiązek słuchania hymnu „na baczność” i nie będzie karać zawodniczek i zawodników reprezentacji za wykonywanie „gestu Kaepernicka”.
Rapinoe to zmora prezydenta USA
Prezydent Trump rzecz jasna natychmiast zareagował i próbował „zdyscyplinować” piłkarskich działaczy za pośrednictwem Twittera, grożąc im, że przestanie oglądać mecze zespołu narodowego, jeśli zobaczy zawodników klęczących podczas odgrywania hymnu. O kobiecej reprezentacji nawet nie wspomniał, bo ma z nią na pieńku już od lat, głównie za sprawą gwiazdy amerykańskiej drużyny Megan Rapinoe, która od początku jest zawziętą przeciwniczką prezydentury Trampa. Po zdobyciu mistrzostwa świata odmówiła zwyczajowej wizyty w Białym Domu, a gest Kaepernicka skopiowała już w 2017 roku.
Za przykładem US Soccer pójdzie pewnie wiele innych związków sportowych w USA, a także największe ligi zawodowe – koszykówki, baseballa i futbolu amerykańskiego. W NFL pierwsi stosowaną przez władze ligi zasadę apolityczności odrzucili zawodnicy, ale w końcu także właciciele klubów wsparli ideę ruchu Black Lives Matters. A trzeba pamiętać, że National Football League to największa i najbogatsza zawodowa liga na świecie. Ma najwyższe przychody, najwyższą średnią widzów na trybunach, najwyższą na świecie oglądalność telewizyjną. Właściciele klubów NFL należą do finansowej elity Ameryk, a przeciętna wartość klubu NFL to blisko trzy miliardy dolarów. I z każdym rokiem rośnie. Ci ludzie mają więc wiele do stracenia, ale gdy przyszło im wybierać między społeczną akceptacja, a akceptacją Donalda Trumpa, wybrali stronę obywateli. W ich imieniu komisarz ligi Roger Goodell potępił rasizm i systemowe prześladowanie Afroamerykanów w USA. Nic dziwnego, że w mediach, nie tylko amerykańskich, stanowisko NFL wywołało szok. Brytyjski „The Guardian” napisał nawet: „NFL pokazała środowy palec Donaldowi Trumpowi”. W USA media głównego nurtu nie oceniały tego aż tak dosadnie, też jednak pisały, że władze NFL stanęły w opozycji do Trumpa.
Na kontrę prezydenta USA nie trzeba było długo czekać. Jak ma to w zwyczaju, zareagował na Twitterze pisząc: „Teraz będzie OK dla zawodników klęczeć, a nie stać przy hymnie narodowym, i w ten sposób okazywać brak szacunku naszemu krajowi. Nie kupię biletu na mecz NFL, dopóki liga nie wróci do futbolu i przestanie dzielić Amerykanów”. Jeśli w ślady US Soccer i NFL pójdą inni, Trump chyba będzie musiał w ogóle zrezygnować z oglądania sportu.

Rapinoe wali w Trumpa

Słynna amerykańska piłkarka nożna Megan Rapinoe po raz kolejny dała upust swojej niechęć do prezydenta USA Donalda Trumpa. Publicznie nazwała go „białym nacjonalistą w Białym Domu”.

Tych określeń pod adresem prezydenta swojego kraju Rapinoe użyła w wywiadzie dla VICE TV. Nie był to pierwszy w jej wykonaniu tak ostry atak słowny na Donalda Trumpa. Gwiazda kobiecego futbolu, znana także aktywności w obronie praw kobiet oraz walce z dyskryminacją płacową kobiet w futbolu, krytykuje przywódcę USA niemal od początku jego kadencji. 34-letnia piłkarka jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych. Ma na koncie 160 występów drużynie narodowej, z którą dwukrotnie zdobyła mistrzostwo świata, w 2015 roku w Kanadzie i w 2019 roku we Francji, oraz w 2012 roku wywalczył złoty medal olimpijski na igrzyskach w Londynie. Po zdobyciu światowego czempionatu w 2019 roku Rapinoe odrzuciła zaproszenie prezydenta Trumpa do zwyczajowej wizyty w Białym Domu, nazywając go publicznie „seksistą” i „palantem”.
Tym razem w wywiadzie udzielonym stacji VICE TV piłkarka potępiła działania Trumpa podczas pandemii koronawirusa. Skrytykowała zwłaszcza jego stanowisko wobec imigranci, której wstrzymanie na czas zarazy rozważał prezydent USA. „Podsycanie nienawiści doprowadziło tylko do wzrostu rozpaczy, niepokoju i strachu wśród obywateli. To doprowadziło do jeszcze większej nierówności społecznej. Nie ma nic, co mogłoby go bronić. On nawet nie robi dobrze swojemu obozowi politycznemu” – przekonywała Rapinoe.
Co ciekawe, utytułowana sportsmenka przy okazji przyznała, że nie wyklucza, że sama w przyszłości spróbuje swoich sił w polityce. „Od razu jednak zaznaczam, że interesuje mnie tylko walka o najważniejszy urząd, czyli prezydenturę” – stwierdziła piłkarka. I dodała: „Teraz mamy w Białym Domu, tak sądzę, białego nacjonalistę. On robi tyle złego, że skutki tego będziemy jeszcze długo odczuwać, ale to być może stworzy grunt pod sukces takich osób, jak ja, które chcą żyć w zgodzie, tolerancji, miłości i poszanowaniu innych”.

Jednak będą rozmowy?

Północnokoreańska agencja KCNA poinformowała, że 5 października dojdzie do roboczego spotkania delegacji Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i Stanów Zjednoczonych.

Pomimo gestów, listów, a nawet zaskakującego czerwcowego spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa i przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una na 38 równoleżniku, rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego i zniesienia amerykańskich sankcji nałożonych na Pjongjang utknęły w martwym punkcie po zakończonym fiaskiem szczytu w Hanoi w lutym tego roku. Cze teraz pojawi się wreszcie szansa na przełom – okaże się.
Nie powiedziano, gdzie odbędzie się spotkanie, ani jaki będzie ich zakres – agencja przywołała jedynie słowa wiceministra spraw zagranicznych KRLD Choe Son Hui. Sądząc z niedawnych wypowiedzi amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo – Waszyngton także jest gotowy do rozmów.
Zwraca uwagę, że stanowisko strony amerykańskiej zrobiło się nieco bardziej elastyczne po dymisji prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – zdecydowanego zwolennika twardego kursu wobec Pjongjangu, eufemistycznie mówiąc. Sam Bolton – choć nie pełni już funkcji w administracji Trumpa, nadal głosi pogląd, że Korea Północna nie zamierza się rozbroić i że nie należy ani znosić sankcji, ani wchodzić z nią w żadne układy. Dla prezydenta Trumpa przełamanie impasu w rozmowach jest jednak bardzo ważnym zadaniem.

Trump gromi

„Maksymalna presja” – obecna polityka USA wobec Iranu – może być jeszcze bardziej maksymalna – przekonywał przedstawicieli 193 państw naszej planety amerykański prezydent Trump w Nowym Jorku, na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. „Sankcje nie będą zniesione, wprost przeciwnie, zostaną wzmocnione” – wygrażał i wymyślał Iranowi, który był głównym tematem jego przemowy.

Trump kwieciście przedstawiał kraj otoczony amerykańskimi bazami wojskowymi jako bardzo nieposłuszny, ale wygłaszał swe epitety tak monotonnie, że wypadły zaskakująco słabo. Sala bardziej nadstawiła uszu, gdy rozkazywał całemu światu: „Każdy kraj ma obowiązek działać. Żaden odpowiedzialny rząd nie może subwencjonować krwiożerczego Iranu”. Inaczej mówiąc imperialne sankcje spadną na każdy kraj, który zechce handlować z „trędowatym” Iranem.
Spekuluje się trochę na temat ewentualnego spotkania prezydentów USA i Iranu (Hasan Rouhani przemawia jutro), w celu spuszczenia powietrza z napiętej sytuacji, ale to raczej niemożliwe. Prezydent Francji Macron i niemiecka kanclerz Merkel rozmawiali z nimi, ale oddzielnie. Teheran odrzucił sugestie Paryża, Berlina i Londynu jakoby stał za atakami na saudyjskie instalacje naftowe z 14 września. Uznał je za „nieodpowiedzialne”. Poza tym, Trump biczował Chiny i Wenezuelę. Chińczycy przez lata mieli podstępnie pracować bez żadnej reakcji Waszyngtonu, ale te czasy „skończyły się”. Pekin źle odnosi się do protestów w Hongkongu, a Wenezuela, której Ameryka wyznaczyła prezydenta, nie oddała mu władzy. „Cała Ameryka jest za wami” – zapewniał dwuznacznie Wenezuelczyków. Jak dotąd wszystkie amerykańskie próby zorganizowania zamachu stanu w Caracas spełzły na niczym.
Zostało 400 dni do wyborów prezydenckich, więc mówił też do swego elektoratu: jakie sukcesy gospodarcze odnosi i jak dobrze pilnuje granicy, że globalizm, który forsowała kiedyś Ameryka, jest do niczego, i że tylko patriotyzm się liczy. Starał się naśladować telewizyjnych ewangelistów.

Biden na celowniku

Amerykański prezydent zaprzeczył, jakoby kopał dołki pod kandydatem demokratów na prezydenta Joe Bidenem za pomocą obcych służb specjalnych, ale Kongres ma kompromitujące nagranie. Trump podejrzewa, że właśnie Biden będzie jego głównym konkurentem w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, więc szuka nań haków. Brudną robotę zlecił Ukraińcom.

Według Wall Street Journal, na lipcowym nagraniu telefonicznej rozmowy Trumpa z nowym ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim prezydent Ameryki osiem razy powtarzał, by ukraińskie służby skierowały uwagę na syna Bidena. Miały współpracować z adwokatem Trumpa Rudym Giulianim. Drugi syn byłego senatora Hunter Biden pracował dla ukraińskiej grupy gazowej od 2014 r., kiedy nastąpił Majdan. Trump jest pewien, że młodszy Biden wyssał z Ukrainy więcej pieniędzy, niż domagała się administracja.
Kongres jest poruszony, bo Biały Dom rozkazał nie przekazywać Kongresowi formalnej skargi członka amerykańskiego wywiadu na Trumpa, co powinien był zrobić. To ów sygnalista dostarczył w końcu nagranie kongresmenom, podczas gdy inspektor generalny służb wywiadowczych Michael Atkinson, który o wszystkim wiedział, siedział cicho. Trump odpowiedział dziennikarzom, że „nie ma znaczenia” o czym rozmawiał z Zełenskim i że „ktoś powinien pochylić się nad Joe Bidenem”.
Oczywiście najbardziej oburzeni są demokraci. Hillary Clinton, przegrana konkurentka Trumpa w wyborach 2016 r., tłitowała wczoraj: „Prezydent domagał się od zagranicznego rządu pomocy w wygraniu wyborów. Znowu”. W 2016 r. demokraci zarzucali Trumpowi ciemne związki z Rosją, co zatruło miliarderowi pierwsze lata kadencji, zanim został wybielony. Joe Biden gorąco zaprzecza jakoby jego syn był czegokolwiek winny. W czwartek wieczorem Rudy Giuliani musiał potwierdzić prasie autentyczność nagrania. To początek nowych kłopotów Trumpa, przejętego przede wszystkim swą reelekcją.

Może później?

– tak prezydent Donald Trump zareagował na propozycję Pjongjangu, aby wznowić rozmowy na najwyższym szczeblu w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Zauważmy jednak, że odmawiając spotkania, prezydent Trump starał się tę odpowiedź maksymalnie złagodzić, zaraz potem bowiem podkreślił, że „relacje są dobre”, że wierzy, iż północnokoreański przywódca zechce przyjechać także do Stanów Zjednoczonych i że są środki, aby wypracować dalszą drogę.
Na jakim etapie są rozmowy – nie jest do końca jasne. Na początku sierpnia Biały Dom otrzymał list od Kim Dzong Una, wydaje się prawdopodobne, że po nim był jeszcze jeden. Pjongjang daje też sygnały, że zależy mu przynajmniej na wznowieniu konsultacji merytorycznych.
Trump i Kim odbyli dwa formalne spotkania na szczycie, z których pierwsze – w Singapurze – wskazało na pojawienie się szansy na przełom, drugie zaś – w Hanoi – zakończyło się powrotem do usztywnienia stanowisk. Od tego czasu obaj przywódcy spotkali się niespodziewanie po raz trzeci w czerwcu w Strefie Zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku i znów wydało się, że następuje zmiana klimatu, jednak w ciągu lata nie nastąpiły żadne dalsze ruchy. Korea Północna domaga się zniesienia sankcji, jednak Stany Zjednoczone nie palą się do tego kroku. Z drugiej zaś strony nie jest pewne, na ile szczere są deklaracje Kima i jak postępuje w rzeczywistości likwidowanie północnokoreańskiego potencjału jądrowego. Tymczasem zaś Pjongjang powrócił do przeprowadzania prób z rakietami, wprawdzie tylko krótkiego zasięgu.
Odejście amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona, którego stanowisko wobec odwilży między Waszyngtonem a Pjongjangiem było zdecydowanie negatywne, może wprawdzie zaowocować zmianą sytuacji, gdyż Trumpowi zdecydowanie zależy na tym, aby osiągnąć widoczny sukces w relacjach z Koreą Północną. Parcie do spotkania na najwyższym poziomie bez wątpienia byłoby przedwczesne i doprowadzić by co najwyżej do powtórki z Hanoi.

Poparcie dla Netanjahu

Dwa dni przed wyborami parlamentarnymi w Izraelu amerykański prezydent Donald Trump premiera Benjamina Netanjahu i ujawnił dyskusje na temat traktatu obronnego między USA a państwem żydowskim. „To scementuje wyjątkowy sojusz między naszymi krajami” – pisał na Twitterze. W zamian oczekuje poparcia wpływowej, amerykańskiej społeczności żydowskiej przed przyszłorocznymi wyborami w Ameryce.

„Państwo żydowskie nigdy nie miało tak wielkiego przyjaciela w Białym Domu” – odpowiedział Netanjahu. Projekt nazwał „historycznym traktatem obronnym”, lecz izraelska prasa nazywa go jedynie „formalnym”, gdyż oba kraje są już ściśle wojskowo powiązane – dzielą tajne informacje, prowadzą wspólne ćwiczenia i współpracę. USA od dziesięcioleci finansują co roku izraelskie wojsko i wyposażają je w najlepszą broń. Ewentualny traktat zmusiłby jednak imperium amerykańskie do automatycznej interwencji w przypadku ataku na izraelski reżim apartheidu.
Izraelskie media są raczej sceptyczne, gdyż według nich ów formalny traktat nie powstanie zbyt szybko i jest raczej wspólnym posunięciem wyborczym Donalda Trumpa i izraelskiego premiera. Wyborczy konkurent Benjamina Netanjahu gen. Benny Ganz nie ma tak rozległych relacji z amerykańskimi organizacjami żydowskimi jak Netanjahu, więc Trump stawia na tego drugiego w perspektywie przyszłorocznych wyborów w Stanach. Zależy mu na jak najmocniejszym poparciu społeczności żydowskiej i jej wpływów politycznych, szczególnie w mediach, na razie pozostających częściowo wrogich. Trump stawia też w ten sposób na wielomilionową społeczność chrześcijańskich syjonistów, którzy wierzą, że należy pomagać Izraelowi, gdyż to przyśpieszy drugie nadejście Jezusa i koniec obecnego świata.
Wtorkowe wybory w Izraelu są przedterminowe: poprzednie miały miejsce w kwietniu, jednak Netanjahu nie udało się stworzyć koalicji rządzącej z powodu oporu swego byłego ministra obrony Awigdora Liebermana, szefa partii Nasz Dom Izrael, złożonej w znacznej części z rosyjskojęzycznych Żydów. Lieberman dalej nienawidzi Netanjahu, którego uważa za „mięczaka”, a sondaże wskazują na powtórzenie się sytuacji z kwietnia. Znaczy to, że Lieberman może zdecydować, kto będzie rządził, w zależności od tego, czy zechce przyłączyć się do Likudu Netanjahu lub Niebiesko-białych gen. Ganza (oba ugrupowania są skrajnie nacjonalistyczne). Na razie straszy, że jeśli Netanjahu wygra, Izrael stanie się jeszcze bardziej „państwem wyznaniowym i mesjanistycznym”.