Okiem socjalliberała

Związki partnerskie, a konfrontacja światopoglądowa, czy Tusk podważa fundamenty państwa wyznaniowego?.

Gorąca dyskusja na temat prawnej dopuszczalności legalizacji związków partnerskich, która stanowi istotę sporu pomiędzy zwolennikami przemian światopoglądowych i ich przeciwnikami ujawniła z cała mocą stosunek konserwatywnej części społeczeństwa do obowiązującego prawa.

Charakterystyczne głównie dla polityków konserwatywnej prawicy instrumentalne podejście do norm prawnych, intelektualna manipulacja, niechęć do stosowania zasad logiki ( nie tylko prawniczej ) oraz zamiłowanie do redukcjonizmu polegającego na zawężaniu nie tylko praw i swobód obywatelskich lecz także całej przestrzeni wolności jako rzekomo zagrażającej ładowi społecznemu spotykała się dotychczas z wyraźną aprobatą znacznej części społeczeństwa. Jest to dobrze widoczne na przykładzie badań opinii publicznej dotyczących wprowadzenia rozwiązań prawnych umożliwiających zawieranie związków partnerskich. Jak wynika z badania zleconego w 2013 roku przez rozgłośnię radiową TOK FM jedynie 30% ankietowanych skłonnych było zaaprobować dopuszczalność prawnej regulacji związków partnerskich, a celowość takiej regulacji uznawało jedynie 39% badanych – przy czym nie jest wykluczone że spośród tej grupy część respondentów reprezentowała pogląd o konieczności prawnego wyłączenia możliwości zawierania takich związków. Kolejne liczne badania jak np. z czerwca 2017 roku sondaż przeprowadzony przez IPSOS na zlecenie Oko. press po raz pierwszy wykazał ponad 50% poparcie dla dopuszczalności związków partnerskich przy 38% przeciwników, a w roku 2019 odpowiednio 56% zwolenników i 38% przeciwników, co więcej wg. danych Oko. press w sondażu 41% poparcia wyrażono dla dopuszczalności zawierania małżeństw jednopłciowych. Tymczasem wg. danych z grudnia 2018 r. wynikających z badania IBRIS dla Rzeczpospolitej za związkami partnerskimi opowiadało się 36% ankietowanych natomiast przeciw było aż 54,2 %, ponowne badanie z 2019 roku wskazywało na 44% badanych akceptujących legalizacje związków partnerskich i 46 % jej przeciwników. Według CBOS regularnie badającego opinie społeczne dotyczące związków partnerskich w latach 2011-2019 poparcie większościowe dla związków partnerskich dotyczyło związków kobiet i mężczyzn, natomiast dla związków partnerskich jednopłciowych poparcie wynosiło 30% przy większości sprzeciwiającej się takim rozwiązaniom.

Przytoczone wyniki są rezultatem w równej mierze stanu świadomości społecznej jak i aktywnej propagandy homofonii przez władze, Kościół i organizacje nacjonalistyczne, co przy braku rzetelnej informacji co do aspektów prawnych regulacji dotyczącej związków partnerskich w dalszym ciągu nie stwarza warunków do jej wprowadzenia. Jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej jednostronna, a szeroko propagowana opinia urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości ,na którą powoływał kiedyś minister Gowin jak i stanowisko czy opinia Prezesa Sądu Najwyższego ( stanowiąca prywatny pogląd jej autora ) nie znalazły odpowiedniej przeciwwagi w prezentowaniu opinii przeciwnych, które powinny być wówczas przygotowane i upowszechnione przed głosowaniem nad skierowaniem złożonych projektów ustaw do właściwej komisji sejmowej. W opinii na którą wciąż powołują się przeciwnicy sejmowej dyskusji nad regulacją związków partnerskich zawarte były zdumiewające tezy o jakoby wyłącznej dopuszczalności tradycyjnego małżeństwa w postanowieniach Konstytucji RP co oznaczać ma niezgodność wszelkich projektów regulujących związki partnerskie z przepisem art. 18 konstytucji ,wreszcie o niedopuszczalności tworzenia nowego stanu cywilnego tj. związku partnerskiego jako zapewne konkurencyjnego do konstytucyjnego wzorca małżeństwa. Poglądy takie są jednak merytorycznie bezpodstawne, logicznie błędne i interpretacyjnie niedopuszczalne z następujących względów:

Jak to wynika z treści przepisu art. 18 Konstytucji RP pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej pozostaje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo, a więc każdy z wymienionych stanów bez utożsamienia małżeństwa z rodziną, rodziny z macierzyństwem czy rodzicielstwem. Są to zatem pojęcia, które mogą się pokrywać ale nie muszą. Rodzina nie musi opierać się na małżeństwie podobnie jak macierzyństwo czy rodzicielstwo pozostające pod ochroną zarówno w wypadku istnienia związku małżeńskiego jak i jego ustania bądź nieistnienia.( wykładnia językowo-logiczna )

Teza o rzekomej preferencji małżeństwa jest całkowicie bezpodstawna, wywiedziona prawdopodobnie z powyższego przepisu o ochronie i opiece, brak jest jednak jakichkolwiek podstaw do wskazania wobec czego preferencja taka miałaby istnieć , a sama opieka i ochrona nie oznacza preferowania instytucji objętej opieka i ochroną. Projektowane przepisy o związkach partnerskich w żaden sposób nie ingerują w zakres, sposób i środki ochrony przewidziane dla małżeństwa, rodziny i macierzyństwa, a wręcz przeciwnie daje szansę szerszej ochrony godności człowieka zgodnie z art. 30 Konstytucji RP (wykładnia funkcjonalna)

Powołany wyżej przepis art. 30 dotyczący godności człowieka, stanowiącej źródło wolności i jego praw, której poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych nie może być interpretowana zawężająco albowiem sama dopuszczalność przyjęcia możliwości takiej wykładni prowadziłaby do tezy o granicach nienaruszalności i poszanowania godności. Przeciwnie – z powołanego przepisu wynika obowiązek władzy do poszanowania praw i godności tej części społeczeństwa, która domaga się wprowadzenia instytucji związku partnerskiego i uregulowania praw osób w takim związku pozostających.

Poziom dyskusji i sporów dotyczących możliwości wprowadzenia w Polsce związków partnerskich ujawnił i ujawnia stale prawdziwe oblicze konfliktu światopoglądowego i politycznego pomiędzy tradycjonalistami i zwolennikami cywilizacyjnego postępu. Prawdziwe oblicze tego konfliktu to konfrontacja pomiędzy religijną, a świecką wizją Polski i świata, to walka o panowanie nad postawami, uczuciami i myślami Polaków, to próba zduszenia w zarodku próby jakiejkolwiek instytucjonalizacji całkowicie świeckiej formy organizacji podstawowej komórki społecznej.

W tym celu przedstawianie związków partnerskich jako instytucji zagrażającej społeczeństwu spełnić ma rolę straszaka, który skuteczny będzie jedynie wówczas gdy nastawienie większości społeczeństwa wobec jakiejkolwiek odmienności będzie negatywne tak jak to się dzieje obecnie. Związki partnerskie stanowią zagrożenie jedynie dla konserwatywno-wyznaniowej świadomości, dla pozycji kościoła i dla polityków bezpiecznie rozgrywających panujące w społeczeństwie nastroje korzystając z jawnego i wszechstronnego wsparcia kościoła. Niezależnie od zajadłości polskich konserwatystów w obronie istniejącego stanu prawnego zdawać sobie oni musza sprawę, że wprowadzenie regulacji prawnej dotyczącej związków partnerskich jak i in vitro jest w państwie należącym do Unii Europejskiej nieuniknione i pozostaje kwestią czasu, chyba że Polska z takiego członkostwa zrezygnuje, ale to już temat na zupełnie inną publikację.

Zapowiedziana przez Tuska na spotkaniu z młodzieżą Campus Polska deklaracja o priorytetowym potraktowaniu kwestii związków partnerskich w wypadku dojścia do władzy i uchwalenia stosownych zmian w prawie nie spełnia już dzisiaj oczekiwań środowiska LGBT+ bo zgodnie z zasadą równości małżeńskiej ich aspiracje są większe, i słusznie zresztą oczekują legalizacji małżeństw jednopłciowych, na co w dalszym ciągu nie ma przyzwolenia społecznego. Stąd rozczarowanie i krytyka stanowiska prezentowanego przez Tuska i pewnym stopniu także Trzaskowskiego. Nie sądzę jednak by krytyka ta była w pełni zasadna. Obaj politycy są bowiem w trudnej sytuacji i to nie tylko ze względu na stopień poparcia zmian w społeczeństwie. Główny problem polega na systemie całego prawa polskiego układanego na aksjologicznych podstawach katolicyzmu, który obecnie jeszcze stał się ideologia państwa polskiego. Wprowadzenie nawet dopuszczalności zawierania jednopłciowych związków partnerskich, nie mówiąc już o małżeństwie stanowi tak istotny wyłom w stanie prawnym, że jest istotnym znakiem odejścia od religijnej podstawy całego systemu prawa rodzinnego zapowiadającym szerokie otwarcie procesu jego laicyzacji.

Longin Pastusiak – postać niedoceniona

Wśród niewielu narodów świata, poszczególne postacie środowiska naukowego do tego stopnia wysuwają się na czoło, że ich punkt widzenia na dany temat szeroko upowszechnia się i decyduje o powszechnym sposobie patrzenia na daną, ważną kwestię.

W narodzie polskim taką postacią, która wywarła już i wywiera  dalszy, znaczny wpływ na sposób patrzenia szerokich kręgów ludzi na problematykę amerykańską jest prof. dr hab. Longin Pastusiak.

Oczywiście w ciągu wielu lat świadomość w tym zakresie kształtowali też inni naukowcy i specjaliści. Niewątpliwie przemożny wpływ w tym zakresie wywarła książka wybitnego polskiego uczonego prof. dr hab. Józefa Chałasińskiego, poświęcona kulturze amerykańskiej. Było to i jest dzieło monumentalne, które pozwoliło wszystkim zainteresowanym bliżej przyjrzeć się wielu aspektom życia amerykańskiego społeczeństwa, w tym jego kultury, nauki, obyczajów. Była to publikacja o nieprzemijającej wartości i wielkim znaczeniu. Wielu też i wszyscy razem dowiedzieliśmy się o fascynującym narodzie amerykańskim, który znacznie później niż narody Europy Zachodniej wkraczał w świat wielkiego znaczenia, i nabierał w nim na naszych oczach wielkiej rangi i funkcji. Stawał się dominującym ośrodkiem nie tylko rozwiniętych państw świata kapitalistycznego,  ale całego globalnego świata, nie wyłączając z tego krajów o innych ustrojach niż charakterystyczny dla społeczeństwa północnoamerykańskiej ziemi. Były też inne książki, które wstrząsały polską opinią publiczną, jak choćby niewielka książeczka dla mnie bardziej monumentalna niż epokowe dzieło prof. J. Chałasińskiego, autorstwa Jana Strzeleckiego, którą szybko wchłonął polski rynek wydawniczy, na którym zainteresowanie wzrastającym wpływem amerykańskiego kolosa było nie malejące, a wzrastające. Jednakże nawet z tymi wielkimi dziełami, oczywiście wielkimi z punktu widzenia ich walorów naukowo- inspiracyjnych, mogą się mierzyć  publikacje Longina Pastusiaka poświęcone sylwetkom poszczególnych prezydentów zamorskiego mocarstwa. Longin Pastusiak będąc rektorem stworzonej przeze mnie czołowej uczelni, emitującej codziennie w telewizji „ESDUSAT” do 400 tysięcy słuchaczy swoje wykłady i wtedy, gdy zaraz potem stał się marszałkiem Senatu Rzeczpospolitej Polskiej, przez swoją monografię poświęconą czołowych postaciom amerykańskiego życia, wywierał i wywiera szczególnie znaczący wpływ na polskie życie umysłowo- intelektualne i w dużej też mierze na  naukowe. Bo są też te publikacje książkami szczególnego znaczenia. Wynika ono stąd, że w amerykańskim życiu, rola prezydentów jest nieporównywalnie większa nie tylko w stosunku do naszego kraju, ale też w porównaniu do większości krajów Europy i świata, ale też stąd, iż monografie Pastusiaka na te tematy, przynoszą szeroki zakres wiedzy, nie tylko o reprezentowanych prezydentach, ale o całokształcie amerykańskiej rzeczywistości. 

Dla mnie osobiście L. Pastusiak od dziesiątków lat, to nie tylko wybitny uczony i publicysta,  ale zarazem człowiek niezwykle ze mną zaprzyjaźniony i bardzo mi bliski. Gdy więc przed kilkunastoma latami powołałem Wyższą Szkołę Społeczno-  Ekonomiczną, która pierwsza i jedyna jak dotąd w Polsce realizująca kształcenie na odległość w szerokim zakresie tego słowa z wykorzystaniem zarówno telewizji, jak i internetu, powołałem na stanowisko pierwszego rektora tej uczelni wspomnianego mego przyjaciela. Aby nie było jednak żadnej jednostronności w obsadzie kierownictwa WSSE  powołałem jednocześnie na jej prorektorów prof. dr hab. Kazimierza Żygulskiego i prof. dr hab. Andrzeja Tymowskiego, których to trójka mając odmienne doświadczenie życiowe, orientacje naukowe i polityczne, świetnie inspirowała i kierowała uczelnią o ideowej orientacji pluralistycznej i zarazem funkcjonująca  na niezwykle wysokim poziomem naukowym. Jednakże w tym trójkącie rola L. Pastusiaka była szczególna. Był nie tylko rektorem, ale od pierwszych chwil w tym zakresie, był moim przewodnikiem po gościnnej amerykańskiej ziemi. Dzięki niemu nadrabiałem swoją dotychczasową jednostronność, polegającą na tym, iż znałem już wtedy dobrze bezkresne tereny Związku Radzieckiego od Moskwy do Syberii, od Kijowa do Władywostocka, ale byłem prawdziwym ignorantem w zakresie dokładniejszej znajomości amerykańskiego mocarstwa. Szybko mogłem nadrobić jednak i tą słabość albowiem mistrz moich kilku podróży do USA był prawdziwym znawcą tematu i zarazem doskonałym przewodnikiem. Wspólna wyprawa do Północnej Karoliny, której mój przewodnik był profesorem L .Pastusiak , rozpoczęła wspólny objazd wielu amerykańskich stanów, miast i uniwersytetów. Wszystko nie skończyło się na krótkich epizodycznych kontaktach, a przerodziło się w długotrwałą współpracę połączoną z rewizytami amerykańskich przyjaciół ,do naszej ojczyzny  co powodowało, że dzięki tym podróżom nie tylko ja poznałem amerykańską ziemię, jej miasta i uniwersytety, ale studenci kierowanej przeze mnie uczelni, mogli poznać licznych amerykańskich profesorów, którzy rewizytowali moją ówczesną uczelnię i których razem z L. Pastusiakiem wprowadzaliśmy w złożoną ówczesną polską rzeczywistość. Czyniliśmy to przy tym obok wybitnych uczonych z innych krajów takich jak prof. Zoja Aleksiewna Malkowa- dyrektor Instytutu Pedagogiki Ogólnej, a zarazem wiceprezydent Akademii Nauk Pedagogicznych ZSRR,( były pilot myśliwski ZSRR) czy prof. dr hab. Li Jingwen- członek kierownictwa Akademii Nauk Społecznych ChRL, jeden z najbliższych współpracowników i konsultantów Denga Xiaopinga, czy też inni uczeni z licznych  krajów, Europy i świata, w tym prof. Ralph Ganter- dyrektor Instytutu Małego i Średniego Biznesu Uniwersytetu Mannheim. 

Innymi słowy w czasie pracy L. Pastusiaka w mojej uczelni zanim ją w dużej mierze z inicjatywy i pod kierunkiem  Adama Michnika zlikwidowano, staraliśmy się wzbogacić proces edukacyjny, nie tylko wykładami czołowych polskich uczonych tej uczelni, ale też licznymi wykładami uczonych z większości krajów ówczesnego świata, na czele ChRL z szerokim też udziałem ZSRR i USA. Gdy ostatecznie prof. L. Pastusiak przejął funkcję marszałka Senatu, nasze kontakty nie rozluźniły się i gdy na przykład zorganizowałem wielką sesję poświęconą kształceniu na odległość w systemie szkolnictwa wyższego z uwzględnieniem w tej sprawie roli naszej uczelni, L. Pastusiak udostępnił mi do tych obrad  lokal Senatu RP dla zorganizowania i zrealizowania tego wielkiego przedsięwzięcia historycznie w Polsce bezprecedensowego. Ważniejszego tym bardziej, iż na to posiedzenie przybył członek kierownictwa Open University spod Londynu i zastępca ambasadora Wielkiej Brytanii w naszej ojczyźnie. Wspólnie też przezywaliśmy spiski i działanie sił konserwatywnych, które w szerokim sojuszu od „Gazety Wyborczej”, przez „Politykę” i „Gazetę Polską”, odegrały dominującą rolę w likwidacji nowatorskiej uczelni, która była solą w oku wielu ludzi naszej ojczyzny i ważną strukturą w niej funkcjonującą która z punku widzenia ich małostkowych interesów wymagała likwidacji. Jednak warto podkreślić, że przez cały czas walki o wspomnianą uczelnię, L. Pastusiak był po mojej  stronie, aż do udzielenie swego czasu wywiadu w „Trybunie, w której stwierdził, iż było zbrodnią zlikwidowanie tej nowatorskiej placówki, która nie powinna być nikomu solą w oku, zwłaszcza mogącej być ważną w okresie pandemii, która nawiedziła nasz naród w niedługi czas po jej likwidacji. 

Oczywiście nasza braterska i serdeczna przyjaźń nie była wolna od sporów i dyskusji. Nieraz jego lepsza znajomość amerykańskiej rzeczywistości od mojej, nie ułatwiała wspólnej oceny amerykańskich zjawisk, których nie podzielał mój amerykański mistrz. Prof. Longin Pastusiak nie wyobrażał sobie, że człowiek o takiej mentalności, umyśle i nawykach jak Donald Trump może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Natomiast ja uważałem, że jest to nie tylko możliwe, ale całkowicie realne. Nasz spór szybko rozstrzygnęła historia i mój nauczyciel oraz przyjaciel pisząc monografię Donalda Trumpa wiele mnie nauczył nas wszystkich przedstawiając go w pełnych barwach począwszy od okładki tej monografii, aż po ostania stronę tej jednej z jego najciekawszych publikacji. Mogłem natomiast stwierdzić, że było dramatem narodu amerykańskiego, że wybrał sobie takiego prezydenta, ale jeszcze większym to, że głosowało za nim w ostatnich wyborach prawie 50% ogółu tutejszych wyborców. Natomiast w ostatniej naszej publicznej dyskusji poświęconej wizji człowieka wyłaniającej się ze współzawodnictwa ChRL i USA, ( 19 luty 2021 r)miałem okazję usłyszeć niezwykle wnikliwą charakterystykę aktualnego prezydenta USA, z której wynikało, że  jego niepełne przezwyciężenie spuścizny po Trumpie, źle rokuje dla wizji narodu amerykańskiego w nadchodzących dziesięcioleciach.

W pełni popieram ten pogląd mojego przyjaciela i uczestnika dyskusji na ten tematy, zachęcając wszystkich czytelników „Trybuny”, do zakupu jego zapewne nowej  książki o aktualnym prezydencie USA i prześledzenie prezentacji wspomnianego współzawodnictwa nie tylko przez L. Pastusiaka i przeze mnie, ale także przez takie postacie jak prof. dr hab. Jerzy Jaskiernia, prof. dr hab. Maria Szyszkowska, prof. dr hab. Władysław Szymański, prof. dr hab. Wojciech Huebner i wielu innych autorów opublikowane w tym nowym dziele. 

Sport i polityka: Bańka walczy o kasę z USA

Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) nadal nie może dojść do porozumienia z amerykańskich władzami. Szef WADA Witold Bańka w rozmowie z TVP Sport ostro skrytykował zwłaszcza koszykarską NBA i hokejową NHL.

Władze Stanów Zjednoczonych weszły w konflikt z WADA za czasów prezydentury Donalda Trumpa. Kością niezgody stały się ustawiczne pretensje amerykańskiej administracji do WADA za „brak kategorycznych działań wobec systemowego dopingu w Rosji” oraz pomijanie Amerykanów przy obsadzie kierowniczych stanowisk w Światowej Agencji Antydopingowej. Zarzuty te zostały sformułowane w raporcie opracowanym przez Office of National Drug Control Policy, amerykańska instytucję zajmującą się zwalczaniem narkotyków i dopingu (ONDCP). Konfliktu z ekipą Trumpa nie był w stanie zażegnać także nowy przewodniczący WADA, którym od 1 stycznia ubiegłego jest Witold Bańka, były polski minister sportu w rządzie PiS. Stawką w tym sporze była wysokość wkładu Stanów Zjednoczonych do budżetu WADA, a wpłacają one ponad trzy miliony dolarów rocznie, co stanowi siedem procent rocznego budżetu Światowej Agencji Antydopingowej.
Bańka nie miał oporów z zaostrzeniem kursu wobec Rosji i jedną z jego pierwszych decyzji było cofnięcie akredytacji moskiewskiemu laboratorium antydopingowemu. Stawił jednak opór wobec żądania zwiększenia liczby Amerykanów na stanowiskach kierowniczych w WADA. „Argument, że kraje powinny być reprezentowane proporcjonalnie do finansowania, nie ma sensu. Przyznanie miejsc wyłącznie tym, którzy wpłacają do budżetu najwięcej, wykluczyłoby większość narodów z zarządzania agencją” – zakomunikował dodając, że Amerykanie są obecnie obecni w Radzie Fundacji. Ocieplenie relacji zaczęło się po zmianie prezydenta. Bańka spotkał się z przedstawicielami administracji Joe’a Bidena i jak zapewniał w wywiadzie dla TVP Sport, liczy teraz na lepszą współpracę. Ale nie omieszkał skrytykować największe zawodowe ligi w tym kraju, jak NBA czy NHL, że nie są sygnatariuszami Kodeksu Antydopingowego WADA.

Mądry Amerykanin po szkodzie

Znane porzekadło o Polaku mądrym po szkodzie można odnieść również do Amerykanów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji wydarzeń związanych z przejęciem urzędu przez nowego prezydenta USA.

Kiedy Donald Trump wezwał swoich zwolenników do gromadzenia się pod gmachem Kapitolu, to chyba można było przewidzieć, że część z nich będzie usiłowała wedrzeć się do wnętrza budynku i urządzić tam amerykański Majdan. Jednak taka ewentualność wykraczała poza wyobraźnię organizatorów uroczystości w tym oczywiście samego Joe Bidena. Wszak nie byle kto ale były prezydent George W Bush powiedział, że wyniki wyborów mogą być kwestionowane w republikach bananowych ale nie w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone. Tkwiąc w przekonaniu o genetycznym przez Amerykanów umiłowaniu demokracji dla których Kapitol jest świętością osoby odpowiedzialne za zorganizowanie ceremonii oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów nie brały pod uwagę ewentualności szturmu na Kapitol. Gdyby bowiem brały, to obstawiłyby budynek służbami mundurowymi. Wówczas mogłoby dojść jedynie do ulicznych być może gwałtownych starć jednak będący symbolem amerykańskiej demokracji święty Kapitol nie byłby zbezczeszczony.
Natomiast nowa już władza zachowała się jak Amerykanin mądry po szkodzie. Dopiero przed zaprzysiężeniem Bidena ogrodzono Kapitol betonowymi barierami a wokół samego budynku ustawiono liczne rzesze licznych w tym kraju umundurowanych funkcjonariuszy. Gorliwie strzeżono także wnętrze budynku. Usytuowano tam żołnierzy, którym w dodatku nie dano materacy co zmusiło ich do spania na twardej podłodze. Było to zagranie jeszcze bardziej nonsensowne niż postawienie całego Waszyngtonu w stan pogotowia tak jak gdyby służby wywiadowcze dostały cynk o planowanym zamachu terrorystycznym. Umieszczając wojsko na terenie Kapitolu było bowiem o tyle bez sensu, że cała ceremonia zaprzysiężenia miała się odbyć i faktycznie się odbyła przed samym budynkiem. Też bez sensu – twierdzi szewc Fabisiak. Uważa też, że cała ta pompatyczna pokazówka była pokazem siły adresowanym do przeciętnego Amerykanina mając go utwierdzić w przekonaniu o wielkości jego państwa, o skuteczności nawet po niewczasie odpowiednich służb, o tym, że władze są nieulękłe i zdeterminowane w ochronie demokracji przed – jak się wyraził Biden – krajowymi terrorystami.

Tymczasem nie było żadnych sygnałów świadczących o powtórce ataku na Kapitol. Być może w jakimś stopniu wynikało to właśnie z olbrzymiej, a zdaniem szewca Fabisiaka nadmiernej, mobilizacji środków bezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony, inspirator marszu na Kapitol czyli sam Donald Trump nie tylko potępił przemoc, lecz także nawoływał do spokoju i opanowania. W wydanym oświadczeniu co prawda po raz kolejny potwierdził swoją „totalną niezgodę” na oficjalny wynik wyborów, lecz jednocześnie stwierdził, że przekazanie władzy powinno się odbyć w sposób pokojowy, choć sam w tej pokojowej procedurze nie zamierza brać udziału. Cóż z tego, gdyż Trump nie miał możliwości wysłania tego przekazu za pośrednictwem zablokowanego konta na twitterze i puścił to jako wiadomość tekstową na telefony komórkowe osób, które uprzednio zapisywały się na jego wiece. Zresztą sam fakt zablokowania dostępu dla bądź co bądź urzędującego prezydenta i to w dodatku tak znaczącego państwa jest ewenementem w skali światowej. Świadczy on o specyficznym pojmowaniu wolności mediów. Są one bowiem wolne co do podejmowania decyzji o tym kogo można a kogo nie należy dopuścić do głosu. Nie potrzebna jest odgórna cenzura, wystarczy wyczuć co się władzy nawet jeszcze nieformalnej może nie spodobać. Jak widać, potentaci w zakresie elektronicznej informacji nie mogą sobie pozwolić na umieszczanie tekstów niezgodnych z lansowanym odgórnie przekazem propagandowym. Do tej pory to Stany Zjednoczone krytykowały autorytarne rządy za ograniczanie dostępu do internetu. Teraz jednak same ochoczo akceptują ograniczenie swobody wypowiedzi – wnioskuje szewc Fabisiak.

Polityk fejsbukowy, często twitujący

Media społecznościowe stały się istotną częścią naszego życia. Wielu z nas nie wyobraża sobie dnia bez umieszczenia na FB soczystego MEMa, treści porannych i wieczornych przemyśleń lub kilku wulgaryzmów. Opanowaliśmy technikę pisania twitów, co z punktu widzenia przejrzystości przekazu uważam za korzystne. Zamiast wypisywać kilkustronicowy elaborat okraszony wtrętami autobiograficznymi, korzystamy z lapidarności stylu, jednego lub kilku krótkich zdań, wzorem rzymskich polityków.

Zjawisko to zauważyli zawodowi politycy, sprawujący urzędy, liderzy polityczni, ci którzy aspirują do takich stanowisk a także osoby mające ambicję opiniotwórcze.

Zaletą takiego przekazu jest jego bezpośredniość oraz duży zasięg. Z punktu widzenia osoby publicznej ma także zalety mniej ewidentne dla obywatela, ulotność, treść znika w zalewie innych wpisów a także pewną anonimowość.

Przedstawiciele władzy czy też liderzy polityczni mają do dyspozycji wiele form interakcji ze społeczeństwem. Występują publicznie, mogą publikować swoje opinie, czy też uczestniczyć w publicznych debatach. Formy te różnią się od wpisów na FB i podobnych platformach tym, że pozostawiają ślad, można je przywołać i porównywać między sobą. Ich prawdziwość możemy sobie sprawdzać przy pomocy dostępnych nam wiarygodnych źródeł informacji. Polityk spotyka się z realną reakcją społeczeństwa, opartą o wymianę poglądów. W mediach internetowych to przeważnie tylko pewna ilość wpisów, czasem celowo kreowanych „fejków” lub efekt działalności „trolli”. Nie bez znaczenia jest też fakt tworzenia przez popularne komunikatory „bąbli” środowiskowych dających złudne poczucie akceptacji. Takie bąble tworzą firmy jak FB w oparciu o znane tylko sobie algorytmy. Pisałem o tym zjawisku szerzej w artykule (Przyjdzie Facebook i was zje… Dziennik Trybuna 23.09.2019)

Zwolennicy komunikacji opartej o media społecznościowe żyją w pewnej rzeczywistości wirtualnej która daje złudzenie popularności akceptacji i rzeszy czytelników. Odwołajmy się jednak do realu. Hipotetyczny właściciel fanpage zachwyca się kilkunastoma tysiącami „lajków” a to przecież populacja niewielkiej gminy. Dobrze zrealizowany wywiad lub komentarz w którejś z mainstrimowych telewizji to setki tysięcy czasem milion. Nawet dobrze skomponowany tweet to uciecha kilku tysięcy „falowersów”. Niestety wnosi niewiele i znika w wirtualnej otchłani po kilku godzinach. Dla porównania felieton lub artykuł w poczytnym tytule ma znacznie większą wagę i zasięg.

W polskich warunkach kolejnym mitem jest powszechność Internetu wśród społeczeństwa. Duży procent Polaków go nie używa lub używa w ograniczonym stopniu, co widać po problemach wirtualnego nauczania lub rejestracji do szczepień.

Czy więc można prowadzić działalność medialną w oparciu o różne media społecznościowe i nie skończyć ja kilku znanych mi byłych pretendentów do stanowisk. „Miałem dużo lajków tylko głosów wyborczych zabrakło”?
Można, ale skutek może różnić się od naszych oczekiwań. Potrzebne są oczywiście spore pieniądze, bo co prawda komunikatory są bezpłatne, ale budowa sieci społecznej już nie. Musimy opłacić zespoły ciężko pracujących anonimowych ludzików, którzy rozkręcą nasz przekaz i skierują go w pożądaną przez nas stronę.

Przykładem tak realizowanej polityki jest odchodzący Prezydent USA Donald Trump. To właśnie polityka medialna prowadzona w swoisty sposób spowodowała pojawienie się podziałów społecznych, promocję teorii spiskowych a na koniec obnażyła słabość amerykańskiej demokracji. Pikanterii, wydarzeniom w Waszyngtonie dodaje fakt, że jak już Trampowi się „mleko wylało” to wszechpotężna „GAFA” arbitralną decyzją odcięła urzędującemu (jeszcze) prezydentowi dostęp do mediów.

Czy więc szanujący się polityk powinien odrzucić media społecznościowe i zachować omerte czyli szlachetne milczenie?

Na pewno nie. Używajmy jednak tych środków przekazu z dużym rozsądkiem, może z pewną rezerwą. Politycy powinni mieć świadomość, że w środowisku mediów łatwo się ośmieszyć, a że przeważnie są wyprani z poczucia humoru mogą tego nie zauważyć. Jeżeli damy się oczarować to one użyją nas.

Co nas gnębi?

Zrobiło się tak zimno, że członkowie emeryckiej grupy obserwującej nasze życie polityczne i realne, nie chcieli zbierać się, na znanej z gościnności, przyzbie mojej chałupy. Zginając wiec bolący kręgosłup rozpaliłem kominek i przyrządziłem patriotyczną przynętę, w postaci grzanego, staropolskiego miodu. Podziałało i przyszli. Usiedli w maskach i przepisowych odstępach.

Koncentracja zainteresowań

Po krótkiej, wstępnej dyskusji, doszliśmy do wniosku, że żyjemy obecnie w wyjątkowym okresie, w którym zainteresowania ukochanej, pisowskiej władzy, środków masowego przekazu i większości obywateli, koncentrują się na trzech tematach – walce z COVID 19 a zwłaszcza na akcji szczepień, zagrożeń gospodarczych wywołanych tą pandemią i załamaniu pozycji kończącego kadencję prezydenta USA, którego uwielbiała nasza polityczna elita. Bardziej dalekowzroczni i politycznie zaangażowani obywatele interesują się jeszcze najbliższą przyszłością – tym co nastąpi po uspokojeniu pandemii i pożądanej utracie władzy przez zjednoczoną prawicę.

Zebrani przy moim kominku emerytowani analitycy różnią się od reszty społeczeństwa tylko tym, że patrzą na te problemy nieco szerzej, starając się przewidywać i oceniać skutki ich stopniowego rozwiązywania, albo odchodzenia w przeszłość. Popijając więc rozgrzany trójniak skoncentrowaliśmy się także na tych problemach.

Pandemia

Byliśmy zgodni, że realne zahamowanie pandemii koronawirusa jest obecnie możliwe tylko przez masowe szczepienia ludności. W Polsce wszystko ostatnio jest „narodowe”, więc Narodowa Akcja Szczepień Antycovidowych rozpoczęła się w dniu 15 stycznia 2021r z przytupem. Tuptać miała najstarsza grupa obywateli, teoretycznie najbardziej narażona na zakażenie wirusem. Przed moim kominkiem siedzieli wyłącznie obywatele z tej grupy. Na ośmiu obecnych seniorów, dwóch dodzwoniło się do „swoich” ośrodków zdrowia i zapisano ich na konkretny termin szczepień – ale dopiero na początek marca. Mają ponad 90 lat, więc nieśmiało zapytali, dlaczego tak późno, jeśli dodzwonili się 10 minut po formalnym rozpoczęciu zapisów. . Nie było odpowiedzi.

Trzech, reprezentujących 82-letnią młodzież pokonało barierę telefonu 989. Zapisano ich dane i obiecano, że połączy się z nimi możliwie bliska placówka, która ustali termin szczepienia. Jak na razie (przez trzy dni) nikt nie zadzwonił.

Dwóch usiłowało internetowo utworzyć „profil zaufany” przez bank PKO BP, w którym mają konta. Może to wina ich starczej nieudolności, ale się nie udało. Wobec tego pójdą śladem dwóch pierwszych i będą próbowali „załatwić sprawę” w ośrodkach zdrowia upoważnionych do szczepień, gdzie mają lekarzy pierwszego kontaktu. Jeden z obecnych nie zrobił nic. Twierdzi, że utrzymuje we krwi taki poziom alkoholu, jaki jest zabójczy dla każdego wirusa. Wierzy, że nie zachoruje, i że sama jego obecność działa jak odkażacz – więc po co ma się szczepić.

Zebrani sklerotycy uznali, że za organizacyjny przebieg początku „akcji” mogą wystawić rządowi honorową ocenę – 3+. Ale opierając się na oficjalnych komunikatach dotyczących ilości przeprowadzonych szczepień ocenili, że w takim tempie nie zatrzyma się ofensywy wirusa nawet przez trzy lata. A to już może całkiem zrujnować gospodarkę. Za realizację programu szczepień można dać tylko stopień niedostateczny, a więc dwóję.

Gospodarka

Trzech z zebranych ma w najbliższej rodzinie przedsiębiorców. Nie są to potentaci rynku. Jeden ma mały barek w pobliżu stadionu sportowego, w którym pracuje tylko z dwojgiem dzieci w wieku poborowym. Stadion właściwie nie pracuje, a jeśli nawet coś się dzieje, to bez publiczności – a więc potencjalnie najważniejszych jego klientów. Drugi trudni się drobnymi naprawami telefonów i ma wynajęty mikroskopijny kiosk w jednej z galerii handlowych. Trochę ludzi przychodzi do części spożywczej tej galerii, więc jako „usługodawca” siedzi w fotelu i czeka. Czasem ktoś zajrzy. Spadek obrotów obaj wyliczają na 75 -80%. Zysk nie starcza na pokrycie kosztów wynajmu. W końcu trzeci ma udziały i pełni jakąś funkcję w spółce prowadzącej niewielki obiekt „Spa”w województwie kieleckim. Obiekt jest zamknięty i generuje tylko koszty. Żwolniono część pracowników.

Nikt z tej „próbki statysycznej” nie otrzymał żadnego wsparcia z rządowych „tarcz. Próbka nie daje oczywiście pełnego obrazu sytuacji, ale w tym niewielkim zakresie sugeruje ocenę niedostateczną.

Pijąc kolejny kieliszek miodu doszliśmy do wniosku, że zróżnicowane oświadczenia przedstawicieli „władzy” świadczą o zbyt optymistycznym spojrzeniu na najbliższą przyszłość gospodarki. Jest realna groźba masowego wycofywania się z „interesów” i bankructw, rwą się niektóre łańcuchy kooperacyjne, wyraźnie zmniejsza się zaufanie do pieniądza, oszczędzanie w bankach praktycznie straciło sens, zadłużenie kraju niebezpiecznie rośnie. To (i wiele innych czynników) może spowodować w niedalekiej przyszłości bardzo niekorzystne następstwa, a nie ujawniają się geniusze, którzy potrafią ten proces opanować. Grono zebrane przy kominku jeszcze nie potrafi ocenić tej sytuacji, ale jest poważnie zaniepokojone.

Uśmiech prezydentów

Temat „My a prezydent Trump” wcale nie wywołał wesołości. Ktoś może powiedzieć, – przecież nic złego i dla nas istotnego sie nie stało. Przeciwnie – w czasie kadencji tego prezydenta załatwiono kilka ważnych spraw, poczynając od ruchu bezwizowego, a kończąc na wzmocnionej obecności wojsk USA na naszym terytorium. Jednocześnie jednak zachowywaliśmy się jak wasale nie tyle USA, co właśnie tego prezydenta. Za dużo pogłaskiwania.I to nie umknęło uwadze Europy. Pomysł z organizacją i budową „fortu Trump” przejdzie do historii, jako przykład naiwności i nadmiernego, nietrafionego lokowania uczuć w polityce zagranicznej. I trudno za to przyznać pozytywna ocenę. Tym bardziej, że może się to jeszcze, jak czkawka, odbijać nam w przyszłości.

Miód się skończył, zebrani zaczęli się żegnać, i powoli człapać lub jechać do „miejsc stałego postoju”. Nie widać było ich normalnej wesołości. Pandemia jednak nas gnębi i utrudnia pogodne spojrzenie, na błędy obecnej władzy.

Warszawa – Marki, 17.01.2021.

American Idiot

A teraz z zupełnie innej beczki…

Green Day nagrali piosenkę o tym, że nie chcą być Amerykanami. Piosenka nie tylko nie traci na aktualności ale wręcz przeciwnie z czasem zyskuje. W moim odczuciu mogłaby nawet zostać nieoficjalnym hymnem USA. Amerykański Shitshow się powiększa a pandemia unaoczniła, być może, ten stan większej części obserwatorów. Albo i nie.

Ameryka jest krajem upadłym tylko Amerykanie nie chcą tego przyjąć do wiadomości. W reakcjach na pandemię Stany są praktycznie bezradne podobnie jak Brazylia, która jest mocarstwem zaledwie urojonym.

Chiny się cieszą, choć na miejscu chińskich przywódców nie przesadzałbym z radością, bo czasy idą niepewne. To znaczy już teraz są niepewne a poziom niepewności będzie się zwiększał.

Imperia upadają długo, choć zapewne szybciej niż kiedyś. A co dopiero imperia urojone. Sny o potędze, powinny w najgorszym razie kończyć się nad ranem…

Problem w tym, że jest wielu chętnych na bycie Amerykanami, nawet upadłymi. Nie zawsze zdają sobie z tego sprawę… ale jednak.

Amerykanizujemy się. Chyba najbardziej w Europie nie licząc Brytyjczyków. A może zresztą ich już przebiliśmy? W ostatnim sondażu European Social Survey (ESS) (przeprowadzany jest raz na dwa lata) większość badanych Brytyjczyków 56,8 proc. do 34,9 proc. opowiedziało by się za pozostaniem w UE. Pewnie już za późno, bo wybrali klauna na premiera a tzw. negocjacje zmierzają w kierunku twardego brexitu. Po pandemii Brytyjczyków czeka kolejna katastrofa a rozpad Zjednoczonego Królestwa wcale nie jest wykluczony.

Na kontynencie sceptyczni są nieco jedynie Włosi i Czesi. Tam poparcie dla jest na poziomie „tylko” 67 i 68 % Polacy, co może dziwić, znajdują się obok Hiszpanii, Irlandii i Belgii w czwórce krajów , w których liczba popierających Unię zbliża się do 90 %.

Być może wyniki wyglądałyby inaczej, przynajmniej w Polsce, gdyby przebadano tylko, tak zwaną, klasę polityczną. To właśnie klasa polityczna wydaje się być jednym z największych problemów wielu krajów, nie tylko Ameryki.

W USA też toczy się kampania wyborcza. Prawybory u Demokratów przerwała pandemia przez co ich kandydatem został ograniczony przedstawiciel klasy panującej, taki demokratyczny George Bush jr. Jego własny ojciec miał go za lekko upośledzonego, a jego doradców za szkodników.

I taki właśnie demokrata szykuje się do walki z Trumpem. O ile w poprzednich wyborach Trump zawdzięczał wiele swoim demokratycznym konkurentom, to w tych wyborach, sam dla siebie będzie największym zagrożeniem.

Niestety, przynajmniej dla Amerykanów, choć nie obojętnie dla reszty świata, kampania zdaje się odgrzewać temat rosyjskich wpływów w Białym Domu. Nie mając wiele do zaoferowania Amerykanom, Biden zajmie się przywracaniem godności i dumy Amerykanom… i w zasadzie nic więcej nie jest w stanie im zaoferować. Z kolei europejscy analitycy uważają że przedłużenie prezydentury Trumpa byłoby korzystniejsze dla Chin, niż prezydentura Bidena. Zakładają, że demokratyczna administracja będzie miała choćby minimalne kompetencje polityczne i sprawcze. Do jesieni jest jeszcze trochę czasu. Można zakładać, że Ameryka nie poradzi sobie w żadnym stopniu z epidemią. To epidemia zakończy więc rządy Trumpa. Przestaniemy nabijać się z Prezydenta i znowu będziemy mogli kpić z Amerykanów.

O ile oczywiście sami nie okażemy się bardziej amerykańscy niż Amerykanie…

Co okaże się już niebawem.

Supermeni

Kandydaci jeżdżą i obiecują. Obiecują wszystko. Nowe szpitale, nowe drogi, lepsze wojska (niekoniecznie nasze), powszechną sprawiedliwość.

Wszystkim ma być lepiej, nawet przeciwnikom politycznym. Ma być nowy ład energetyczny, wyższe emerytury i nowe szkoły. Władza ma należeć do obywateli (to po co władza w ogóle). Polska będzie potęgą. Jak zsumować wszystkie obietnice kandydatów to nasz kraj może przeskoczyć nawet Stany Zjednoczone. Nie wiadomo więc po co jedzie tam nasz prezydent. Jak prezydent Trump zorientuje się czym ma być nasz kraj, to poprosi o pomoc w walce w tamtejszym koronawirusem, a potem o jeszcze inne rzeczy. W mediach obietnice leją się niczym wodospad Niagara, a tymczasem trochę deszczu i kraj spływa powodzią. Rzeczki stają się rwącymi rzekami. Wcześniej była susza i lekarstwem na nią miały być oczka wodne. Teraz oczka przemieniły się w jeziora i stały się one (oczka) zagrożeniem.

Jak zsumować wszystkie obiecane dopłaty, zasiłki, bony, zapomogi i już sam nie wiem co, to nie będziemy musieli pracować. Zaleje nas fala pieniędzy większa od wezbranych po powodzi rzek. Ale na tym nie koniec. Im bliżej finału, tym więcej obietnic. No i do tego te miliardy z UE też trzeba dołożyć. Co to będzie w naszym kraju. Od nadmiaru bogactwa pomiesza się niektórym w głowach. Taki np. minister Szumowski nie będzie musiał zabiegać o rządowe granty dla swojego brata. Powstanie kilkanaście srebrnych wież i to nie tylko w Warszawie.

I tak na koniec. Skoro kandydaci mogą nam dać wszystko, czego tylko zapragniemy, to po co parlament, rząd, samorządy i wszelkie urzędy. Pogonić towarzystwo. Prezydenci wszystko załatwią sami. Gotów jestem zaakceptować 10 prezydentów na raz, którzy dadzą nam wszystko. Dla zwolnionego rządu, posłów i urzędników też dóbr wszelkich nie powinno zabraknąć

Niestety rzeczywistość jest inna. Kandydaci deszczu nie umieją zatrzymać. Pan prezydent udał się na powodziowy sztab kryzysowy. Niestety, jego moc nie zadziałała. Deszcz nadal poda. Przekazał za to mediom o czym na sztabie mówiono. I takie są faktyczne możliwości pana prezydenta. Bycie spikerem i przekaźnikiem woli prezesa to jego funkcja.

Czy inni kandydaci mogą więcej? Pewnie tak, ale deszczu i burz nie zatrzymają. Nawet sama Opatrzność nad tym nie panuje i nie wiem dlaczego karze ulewami tereny, gdzie PiS jest partią szczególnie ukochaną. Co to się porobiło.

Zastanawiam się czy moje przemyślenia są bardziej wydumane od obietnic kandydatów. No chyba nie.

Marianna a’la PiS

Idą, Duda z Trzaskowskim, na zwarcie. I dobrze. Przynajmniej jest jakieś życie na osiedlu. I szansa, że się lokator Pałacu niebawem zmieni. Rację ma jednak Hanna Gronkiewicz-Waltz wieszcząc, że PiS, w razie niekorzystnego wyniku po drugiej turze, łatwo skóry nie sprzeda i zrobi wszystko, żeby wynik podważyć lub wręcz unieważnić. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy ma w ręku wszystkie sądy i trybunały. Tylko głupi by nie skorzystał.

Naprawdę, wydaje się Wam, że PiS pogodzi się z ewentualną porażka i zaakceptuje wyborczy wynik, jeśli będzie nie po ich myśli? Przecież po drugiej turze, przy takim układzie kart, towarzystwo rzuci na szalę wszystkie swoje siły. Poza tym nie od dziś wiadomo, że nieważne kto głosuje, ale kto liczy głosy. Dziwię się więc odrobinę Platformie i reszcie peletonu, od trzeciego miejsca w dół, że nie podnoszą publicznie argumentów, aby przekonać swoich ludzi do baczniejszego patrzenia na ręce pisowskiemu towarzystwu w komisjach. Owszem, to bardzo szlachetne i wzniosłe, że się ma bezgraniczne zaufanie do demokracji i współbrata, który siedzi ramię w ramię przy urnie, ale czasami można się na nadmiernej ufności przejechać, a miła, starsza pani w swetrze, może okazać się bezwzględnym manipulantem. Warto więc kontrolować, nawet kosztem atmosfery, bo gra idzie o wysoką stawkę. To właśnie tłumaczyłbym swoim ludziom w obwodowych komisjach wyborczych, mężom zaufania, żonom donoszącym obiady w przerwach od wydawania kart. PiS i jego ludzie wiedzą i widzą, że pewne jeszcze dwa miesiące temu zwycięstwo Andrzeja Dudy, wymyka się im z rąk. Kampania grzęźnie. Wysyła się więc prezydenta Andrzeja do Ameryki, żeby się wyciskał z Trumpem w Waszyngtonie, wierząc, że jak się pokaże na zdjęciu z amerykańskim prezydentem, to na pewno mu skoczy w sondażach. Bo od lockoutu pandemicznego, Trump nikogo u siebie nie gościł, ale dla Dudy zrobi wyjątek. Takich mamy kumpli. Ciekaw jestem, ile ta randka tak naprawdę kosztowała PiS i Polskę. Bo głosy Polonii amerykańskiej Trump w wyborach na prezydenta USA niebawem i tak by zebrał, bez potrzeby angażowania pana Andrzeja. Jakby mało było Państwu dowodów na to, że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby wynieść na stolec Dudę ponownie, odsyłam do najnowszej propozycji tarczy antykryzysowaej i zapisów nowelizujących słynny artykuł 37a Kk. Przepis dokładnie w tym samym brzmieniu Andrzej Duda odesłał do TK 13 czerwca ub.r. Przepis ów uelastycznia kwestię wymierzania kary więzienia m.in. za pomoc przy usuwaniu ciąży, zniewagę prezydenta, nieumyślny błąd medyczny prowadzący do śmieci pacjenta albo nieumyślne spowodowanie śmierci jako takiej. Środowisko lekarzy bije na alarm. Prawnicy nie pozostawiają na zapisach suchej nitki, krytykując sposób i formę proponowanych zmian. Nie szło przepchnąć przepisu w zeszłym roku, to dopchniemy go w pakiecie tarczowym. Jak nie kijem, to pałką. Widać więc, że PiS nie odpuszcza. Nie zapomina. Jak dojdzie do człowieka na długość ręki, rzuca się do gardła jak pit bull i nie puszcza. Macie jeszcze jakieś wątpliwości, że odpuści walkę po przegranej Dudy? Prędzej zagryzie ten naród, zaszczuje na siebie, ale nie odpuści za nic. Ani o krok. Co do tego, jestem bardziej niż pewien.

Oglądałem w łykend konferencję Rafała Trzaskowskiego w Sorkwitach. Stoją strażacy z OSP, stoi Trzaskowski i jakiś człowiek, najpierw pyta po polsku kandydata na prezydenta, czy może zadać pytanie po francusku, a kiedy kandydat, po francusku, łaskawie się godzi, pytający, po francusku, zadaje pytanie. Kandydat, po francusku, odpowiada. Strażacy stoją i patrzą. Słuchają, co tam mądre państwo ze sobą parlewu. I nic nie kumają. Tak jak ja. Jeśli to była prowokacja, to marna, bo to żadna tajemnica, że Trzaskowski mówi po francusku. Jeśli ustawka, to nad wyraz marna, bo mogli chociaż podstawić kogoś, kto podałby się za dziennikarza z francuskiej redakcji, choć to już nie takie proste. Inna rzecz, że dziennikarze obcojęzyczni, wiedząc, że nie wszyscy ich koledzy po fachu znają po 5 języków, zadają zazwyczaj pytania po angielsku, bo akurat ten język każdy z nich, mores, zna. A polityk aspirujący do funkcji prezydenta kraju powinien. Po co więc człowiek najpierw pyta po polsku, czy może po francusku, skoro zna polski, tego nie wiem. Tzn. wiem. Żeby mógł Rafał Trzaskowski zabłysnąć znajomością. Jeśli był to jednak jakiś prowok przez nikogo nieinstruowany ani nieopłacony, powinien otrzymać odpowiedź, że skoro zna język polski bo się nim posługuje, niech nie struga wariata, że chce się na wsi pod Olsztynem posługiwać francuszczyzną, bo to dopiero nie konweniuje. Chcesz Pan pogadać po francusku, zapraszam na bok po konferencji. I wszystko byłoby zgodnie z protokołem dyplomatycznym. Edward Gierek rozmawiał bez tłumacza z dwoma francuskimi prezydentami, a przed ludem mówił po naszymu, i każdy jeden rozumiał.

Wojna futbolistów z Trumpem

Amerykańska Federacja Piłkarska (US Soccer) zignorowała prezydenta USA Donalda Trumpa i na przekór jego opinii zmieniła protokół regulujący zasady zachowania się podczas hymnu narodowego. Teraz piłkarki i piłkarze nie będą musieli już obowiązkowo stać na baczność i trzymać prawej ręki na sercu. I mogą nawet klęczeć.

Odgrywanie hymnów przed meczami drużyn narodowych to w piłce nożnej uświęcony tradycją sportowy rytuał, który wszędzie jest pieczołowicie kultywowany. Zwyczajowo zawodniczki i zawodnicy w jego trakcie stoją w pozycji „na baczność”. Ten wymóg jest wszędzie obowiązkowy, dowolne są natomiast dodatkowe zachowania, jak trzymanie prawej ręki na sercu, chwytanie się za ramiona, śpiewanie czy ustawianie twarzami w kierunku wywieszonej na stadionie flagi. Kibice na ogół nie są tolerancyjni w kwestii nawet niewielkich odstępstw w tym rytuale, o czym przekonała się w Polsce choćby piosenkarka Edyta Górniak, której nowatorskie wykonanie polskiego hymnu podczas rozegranych w 2002 roku w Korei Południowej i Japonii mistrzostw świata spotkało się nad Wisłą z powszechnym potępieniem.
W Stanach Zjednoczonych podczas sportowych wydarzeń do interpretacji hymnu narodowego obywatele nie przywiązują aż takiej przesadnej wagi, ale lekceważących zachowań podczas jego wykonywania już tak. Tak też odebrano w 2016 roku zachowanie gracza NFL Colina Kaepernicka, który przed ligowym meczem podczas hymnu przyklęknął, a potem zaintrygowanym dziennikarzom wyjaśnił, że to jego sprzeciw przeciwko złemu traktowaniu przez jego kraj kolorowych obywateli. „Gest Kaepernicka” odbił się w USA szerokim echem i znalazł wielu naśladowców, ale władze ligi NFL wszelkie tego typu protesty przeciwko brutalności policji wobec Afroamerykanów skutecznie spacyfikowały.
Trump naciska na Twitterze
Spora w tym „zasługa” Donalda Trumpa, który właśnie objął rządy w Białym Domu i z tej pozycji zaapelował na Twitterze do szefów największej zawodowej ligi futbolu amerykańskiego, żeby zabronili zawodnikom klękanie podczas odgrywania hymnu narodowego. „Czyż nie mają zapisane w kontraktach, że muszą stać na baczność, z ręką na sercu?” – pisał Trump. I domagał się sankcji wobec naśladowców Kaepernicka. „Pierwszy raz na kolanach – wyrzucić z meczu. Drugi raz – zawiesić na cały sezon bez zapłaty” – domagał się prezydent USA, grzmiąc, że takie zachowania to jego zdaniem „zniewagą dla naszego kraju i naszej flagi”.
Futbol amerykański nie bez powodu uznawany jest za oceanem za „sport białych”, ale władze NFL załatwiły wtedy sprawę „w białych rękawiczkach”. Protestujący zawodnicy dostali do wyboru, albo podczas hymnu zostaną w szatni, albo będą na boisku stać jak wszyscy – na baczność, bo każda inna postawa zostanie natychmiast ukarana. To dlatego Kaepernick nie dostał już w lidze nowego kontraktu i musiał zakończyć przedwcześnie karierę w wieku 32 lat. Oficjalnie jednak podawano, że żaden klub nie zdecydował sie na jego zatrudnienie, bo prezentował słabą formę, co akurat było prawdą, ale nie do końca, bowiem nękały go wtedy kontuzje i potrzebował trochę czasu na powrót do dawnej dyspozycji.
Dzisiaj jednak nastroje społeczne w USA są znacznie bardziej radykalne niż cztery lata temu i przez ten kraj przelewa się fala antyrasistowskich protestów wywołanych zabójstwem 46-letniego George’a Floyda przez policjantów podczas zatrzymania. Policjant udusił go przygniatając szyję kolanem do ziemi przez 8 minut i 46 sekund. Nagraniu wideo z tego tragicznego w skutkach zdarzenia trafiło do internetu i wywołało masowe protesty we wszystkich dużych miastach w USA, często przeradzające się w uliczne zamieszki. Klęczący na szyi Floyda funkcjonariusz siłą rzeczy skojarzył się z klęczącym Kaepernickiem i tak wykonany cztery lata temu w zupełnie innych okolicznościach gest tego futbolisty nabrał zupełnie nowego znaczenia, stając się jednym z symboli napędzającego antyrasistowskie protesty ruchu Black Lives Matter (Czarne życie ma znaczenie).
Z wielkich sportowych organizacji jako pierwsza dołączyła się do niego Amerykańska Federacja Piłkarska (US Soccer) ogłaszając, że znosi obowiązek słuchania hymnu „na baczność” i nie będzie karać zawodniczek i zawodników reprezentacji za wykonywanie „gestu Kaepernicka”.
Rapinoe to zmora prezydenta USA
Prezydent Trump rzecz jasna natychmiast zareagował i próbował „zdyscyplinować” piłkarskich działaczy za pośrednictwem Twittera, grożąc im, że przestanie oglądać mecze zespołu narodowego, jeśli zobaczy zawodników klęczących podczas odgrywania hymnu. O kobiecej reprezentacji nawet nie wspomniał, bo ma z nią na pieńku już od lat, głównie za sprawą gwiazdy amerykańskiej drużyny Megan Rapinoe, która od początku jest zawziętą przeciwniczką prezydentury Trampa. Po zdobyciu mistrzostwa świata odmówiła zwyczajowej wizyty w Białym Domu, a gest Kaepernicka skopiowała już w 2017 roku.
Za przykładem US Soccer pójdzie pewnie wiele innych związków sportowych w USA, a także największe ligi zawodowe – koszykówki, baseballa i futbolu amerykańskiego. W NFL pierwsi stosowaną przez władze ligi zasadę apolityczności odrzucili zawodnicy, ale w końcu także właciciele klubów wsparli ideę ruchu Black Lives Matters. A trzeba pamiętać, że National Football League to największa i najbogatsza zawodowa liga na świecie. Ma najwyższe przychody, najwyższą średnią widzów na trybunach, najwyższą na świecie oglądalność telewizyjną. Właściciele klubów NFL należą do finansowej elity Ameryk, a przeciętna wartość klubu NFL to blisko trzy miliardy dolarów. I z każdym rokiem rośnie. Ci ludzie mają więc wiele do stracenia, ale gdy przyszło im wybierać między społeczną akceptacja, a akceptacją Donalda Trumpa, wybrali stronę obywateli. W ich imieniu komisarz ligi Roger Goodell potępił rasizm i systemowe prześladowanie Afroamerykanów w USA. Nic dziwnego, że w mediach, nie tylko amerykańskich, stanowisko NFL wywołało szok. Brytyjski „The Guardian” napisał nawet: „NFL pokazała środowy palec Donaldowi Trumpowi”. W USA media głównego nurtu nie oceniały tego aż tak dosadnie, też jednak pisały, że władze NFL stanęły w opozycji do Trumpa.
Na kontrę prezydenta USA nie trzeba było długo czekać. Jak ma to w zwyczaju, zareagował na Twitterze pisząc: „Teraz będzie OK dla zawodników klęczeć, a nie stać przy hymnie narodowym, i w ten sposób okazywać brak szacunku naszemu krajowi. Nie kupię biletu na mecz NFL, dopóki liga nie wróci do futbolu i przestanie dzielić Amerykanów”. Jeśli w ślady US Soccer i NFL pójdą inni, Trump chyba będzie musiał w ogóle zrezygnować z oglądania sportu.