Co poszło nie tak?

Mimo fiaska rozmów w Hanoi w sprawie dalszej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, porozumienie nadal jest możliwe. Strona amerykańska zwyczajnie przekonała się, że Kim Dzong Un nie przyjmie dowolnie surowych warunków, jakie mu postawią USA.

Wbrew sugestiom, które padały w większości światowych mediów głównego nurtu, ostatni szczyt w Hanoi między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem nie zakończył się totalną klapą. Jego rezultat, a raczej brak takowego, należy oczywiście uznać za niepowodzenie. Sytuacja nie wygląda jednak tak, jak polskiej opinii publicznej usiłował wmówić żenujący tytuł w „Gazecie Wyborczej”: „Czy to koniec marzeń Trumpa o ucywilizowaniu północnokoreańskiego reżimu?”
Na ocenę wydarzeń miały z pewnością wpływ oczekiwania rozbudzone historycznym spotkaniem w Singapurze w czerwcu 2018 r., gdzie padła zapowiedź pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Spodziewano się nawet oficjalnego podpisania pokoju między USA a KRLD, które nie nastąpiło od czasu zakończenia działań wojennych w 1953 r. Tym razem politycy i dziennikarze rozjechali się w rzeczywiście zupełnie innej atmosferze. Rozmowy zakończyły się przed czasem, a obaj przywódcy opuścili podobno stolicę Wietnamu nie podawszy sobie nawet dłoni. W niczym nie przypominało to idyllicznych obrazków z poprzedniego szczytu.

Do czego doszło w Hanoi?

Można podpowiedzieć, że media amerykańskie – zarówno liberalne, niechętne Trumpowi, jak i The Fox News – odetchnęły z ulgą. Ich przekaz mógł bowiem z powodzeniem trzymać się starych, sprawdzonych torów: Kim zdradził, okazał się niewiarygodny, potwierdził, że Korea Północna jest globalnym zagrożeniem. Trump zatem musi „otrzeźwieć”, nie ustępować ani na krok i wrócić do obrony „wolnego świata” przed potworem z Pjongjangu. Ten spłycony i tendencyjny obraz warto zatem skorygować o fakty, które go komplikują, lecz świadczą jednocześnie o tym, że szansa na normalizację stosunków na Półwyspie Koreańskim jak najbardziej istnieje. Droga do niej jednak nie będzie łatwa ani oczywista.
Po pierwsze i najważniejsze, bezpośrednio po Hanoi obie strony potwierdziły gotowość do dalszych negocjacji – trzeba bowiem pamiętać, że w Singapurze Kim Dzong Un nie wyraził zamiaru jednostronnej rezygnacji z całości programu nuklearnego, tylko wyraził też oczekiwania ustępstw ze strony USA. Prezydent Trump, zanim opuścił stolicę Wietnamu powiedział wyraźnie: „Do następnego razu” i to zaraz po tym, jak w zniekształconej formie zrelacjonował stanowisko strony koreańskiej, próbując winą za brak wyniku obciążyć Kim Dzong Una. Zamiar dalszych rozmów deklaruje sekretarz stanu Mike Pompeo, którego w dużym stopniu należy obarczyć odpowiedzialnością za fiasko w Hanoi. Szans dialogowi nie odmawia nawet John Bolton, doradca Trumpa, który do niedawna regularnie i otwarcie wzywał dosłownie do wojny z Koreą Północną, i który w okresie prezydentury George’a W. Busha przyczynił się do zrujnowania programu porozumienia zapoczątkowanego za Billa Clintona.
Optymistyczny kurs został poza tym utrzymany w oficjalnym oświadczeniu, które padło w północnokoreańskiej telewizji. Narracja, jaką władze wypracowały na użytek polityki wewnętrznej, nieustannie, począwszy od czerwca, stara się zaszczepić Koreańczykom z północy rzeczywistą nadzieję na postęp dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i wizję ostatecznego pojednania z Południem. Już sam ten fakt świadczy o historycznym przełomie i nadziei na jego kontynuację, jaką żywią władze. Sprawy zaszły już tak daleko, że w lecie 2018 r. Kim Dzong Un postanowił odwołać coroczne obchody rocznicy wybuchu wojny koreańskiej, które zawsze obfitowały w antyamerykańskie hasła i rytualne odgrażanie się Stanom Zjednoczonym. O samym przywódcy USA media rządowe zaczęły wyrażać się ze względnym szacunkiem, tytułując go nawet mianem prezydenta, a nie określając go lakonicznie „Trump”, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Oznacza to, że władza zamierza dalej targować się z USA, mając nadzieję na przezwyciężenie politycznej izolacji.
Ostatni szczyt zakończył się bez porozumienia, ponieważ obie strony „przestrzeliły” w swoich żądaniach. Trzeba przy tym koniecznie zauważyć, że Donald Trump minął się z faktami, zwyczajnie koloryzował, kiedy zaraz po przedwczesnym zakończeniu rozmów oświadczył, że Kim chciał od USA „zniesienia wszystkich sankcji”. Nie było tak. Mimo to wersję tę powtórzyli zarówno Pompeo, jak i Bolton. Strona koreańska zareagowała zwołaniem konferencji prasowej w środku nocy, na której minister spraw zagranicznych Ri Jong Ho wyjaśniał, że KRLD liczyła na zniesienie sankcji nałożonych na kraj po 2016 r. właśnie za kontynuację prac nad bronią jądrową. W zamian Kim Dzong Un oferował Trumpowi „trwały i pełny demontaż zakładów produkcji nuklearnej w strefie Jongbjon, łącznie z pozyskiwaniem plutonu i uranu, dokonany przy współpracy techników z obu krajów, w obecności ekspertów z USA”.
Ri podkreślił, że stanowisko Pjongjangu w sprawie sankcji, w tym zakresie jaki został wymieniony, „nigdy nie ulegnie zmianie”, sugerując zapewne, że nie oczekują od Amerykanów żadnej „mniejszej ulgi”. Stwierdził jednocześnie, że „lepsze porozumienie” cały czas jest możliwe, wspominając przy tym, że działania USA „na polu militarnym” mają dla jego rządu nawet większe znaczenie niż kwestia sankcji. To stanowisko konsekwentne w stosunku do ramowej deklaracji podpisanej w Singapurze, gdzie strony zapewniły o „budowaniu nowych relacji między obydwoma krajami” i „działaniach na rzecz utrwalania pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Trump zdecydował się faktycznie na skromne ustępstwa w tym zakresie: najpierw zawiesił, potem znacznie zmniejszył skalę wspólnych ćwiczeń wojsk amerykańskich i południowokoreańskich, które odbywają się rokrocznie u granic Północy. Pjongjang od początku podkreślał, że jest to dla nich sprawa o kluczowym znaczeniu i oczekiwali w tej mierze więcej, czyli zwyczajnie planu wycofania wojsk, biorąc zwłaszcza pod uwagę, że w ramach własnych zobowiązań już wcześniej rozpoczęli wygaszanie Jongbjon, który w ich programie nuklearnym pozostawał najważniejszym kompleksem produkcyjnym .
Donald Trump mówił z kolei, że oczekiwał od Kima czegoś więcej niż zamknięcie Jongbjon. Miał na myśli udzielenie Amerykanom dostępu do wszystkich miejsc wytwarzania materiałów rozszczepialnych służących programowi nuklearnemu na terenie całej KRLD i umożliwienie im pomiaru rzeczywistych zdolności produkcyjnych. W praktyce oznacza to jednorazowe wyłożenie wszystkich kart na stół i położenie się „brzuchem do góry” w kwestii zdolności obronnych. Nic więc dziwnego, że Pjongjang nie jest na to gotowy, mając zwłaszcza na uwadze – jak określił to minister Ri – „obecny poziom zaufania”. Jest to zresztą bardzo drażliwa sprawa, obciążona historycznymi zaszłościami, bo na tle niezgody na to, by delegacje z USA mogły na terenie Korei Płn. szacować dokładnie jej zdolności produkcyjne, zerwany został plan porozumienia na początku lat 90. Wtedy jednak Amerykanie usiłowali ten warunek przeforsować całkowicie jednostronnie i poza pisemnymi ustaleniami – dzisiaj jest to część oficjalnego stanowiska negocjacyjnego.

Droga do klęski

Obie strony chciały za dużo. Dlaczego nie mogło dojść do porozumienia gwarantującego „trochę za trochę”, czyli częściowe ustępstwa po każdej stronie? Można przyjmować wyjaśnienia wizerunkowe: każdy z przywódców chciał w oczach swoich ludzi wyjść na „twardego”, żądając jak najwięcej. Ze strony Kima to zrozumiałe, bo mimo że posiada w swoim kraju pełnię władzy, to zdaje sobie sprawę, że historyczne otwarcie KRLD na świat kapitalistyczny może zachwiać pozycją elit partyjnych i wojskowych, od których w praktyce zależy.
W dniach 28-29 lutego Trump również znajdował się pod dużą presją, ponieważ w tym samym czasie Waszyngtonie przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Nadzoru zeznawał jego były współpracownik Michael Cohen, po którym wszyscy spodziewali się ujawnienia nadużyć obciążających prezydenta. W tej sytuacji Trump nie mógł sobie praktycznie pozwolić na żadne ustępstwa wobec Kima, bo Demokraci i ich media by go „zjedli”. Jeszcze przed szczytem w Singapurze czołowi politycy Demokratów bezpardonowo atakowali go za „dogadywanie się z dyktatorem”. Teraz zatem faktycznie mógł sobie pozwolić tylko na twardą linię i pełen sukces w negocjacjach z Kim Dzong Unem lub odejście od stołu – co też ostatecznie zrobił.
Jednak poważniejsza refleksja nad przyczynami obustronnej porażki w Hanoi zwraca uwagę na fakt, że rozmowy dyplomatyczne niższego szczebla i tak skazały konferencję Kim-Trump na przegraną. Toczące się wcześniej negocjacje przygotowawcze osiągnęły identyczne rezultaty, czyli żadne. Na dodatek ich stanowiska negocjacyjne były identyczne – spotkanie Kima z Trumpem było po prostu ich powtórzeniem. Na co więc liczono? Dlaczego szczyt samych przywódców miałby się zakończyć powodzeniem? Nadzieje na to w pewnym stopniu wyjaśniają słowa Mike’a Pompeo: „Kiedy rozmawia się takimi krajami jak Korea Północna, często tylko najwyżsi rangą przywódcy są w stanie podejmować ważne decyzje”. W przypadku Kim Dzong Una to z pewnością prawda, oczywiście z wymienionym już zastrzeżeniem, że w obecnie zachodzącym procesie, który w dłuższym okresie teoretycznie może zachwiać całym systemem, musi on się liczyć ze swoimi kadrami.
W mniejszym stopniu jest to prawda w odniesieniu do obecnego prezydenta USA. Rzeczywiście, słynie on z autorytarnego stylu i kwestię dialogu z KRLD traktuje najwyraźniej jako punkt honoru, jednak doświadczenie już pokazało, że puszczony na tym polu samopas zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Na szczęście szkody, które narobił wcześniej okazały się odwracalne. Tak czy inaczej, po stronie amerykańskiej sprawa koreańska angażuje zbyt wiele grup interesu, by liczyć na to, że sama wola prezydenta jest rozstrzygająca. Liczy się tu nie tylko głos niesławnego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ważą się również stosunki z Chinami, które od czasu konferencji singapurskiej otwarcie chcą uchodzić za gwaranta porozumienia, czytaj: dają do zrozumienia, że ich interes też ma być wzięty pod uwagę.
Faktycznie więc, jeżeli zespoły robocze reprezentujące punkt widzenia szerszych gremiów odeszły z niczym od stołu negocjacyjnego, to w Hanoi prezydenci mogli tylko wykonywać rytualne gesty i dobrą minę do złej gry. Zawiódł bowiem cały proces dyplomatyczny, który miał miejsce po Singapurze. Oparty był na błędnych przesłankach. Strony myliły po pierwsze wszystkim w kwestii oczekiwań rywala. Przede wszystkim myliły się Stany Zjednoczone, sądząc, że Kim zgodzi się na wszystko w zamian za choćby namiastkę zniesienia sankcji. Tak oczywiście nie jest, bo w kwestiach gospodarczych Pjongjang ma w odwodzie właśnie Chiny i Kim jasno dał to do zrozumienia, kiedy zaraz po szczycie w czerwcu, tak samo jak i teraz, złożył serię wizyt w Pekinie. KRLD kilkukrotnie dawała z kolei do zrozumienia, że liczy na poważne kroki Stanów Zjednoczonych na obszarze demilitaryzacji półwyspu i oficjalnego zakończenia wojny. Od czasu Singapuru Amerykanie wykonali w tej sferze jedynie symboliczne gesty.
Zawiódł też plan oparty na założeniu, że po czerwcowej deklaracji Koreańczycy będą tak uszczęśliwieni faktem, że Trump chce w ogóle z nimi rozmawiać, że biorąc to za dobrą monetę zgodzą się już naó wszystko. Tak oczywiście nie było. Amerykańska grupa ds. KRLD, kontrolowana w dużej mierze przez samego Pompeo, nie osiągnęła w ciągu lata 2018 r. żadnego postępu, bo ciągle tylko chcieli kolejnych kroków Korei na drodze do „pełnej denuklearyzacji” (po tym, jak KRLD już je podjęła) nie dając nic w zamian. Nie chcieli słyszeć o oficjalnym zakończeniu wojny. Skończyło się na tym, że podczas lipcowej wizyty Pompeo w Pjongjangu Kim odmówił spotkania z nim, a wizyta zaplanowana na sierpień w ogóle została odwołana. Strona Trumpa sprawiała wrażenie jakby Kim Dzong Un pozbył się już całego arsenału i programu nuklearnego, oddał wszystkie atuty i był zdany na łaskę Waszyngtonu. A przecież sam fakt przyjaznej postawy premiera Korei Płd. Mun Dze Ina jest mu bardzo na rękę. Z powodu naiwności Amerykanów nad porozumieniem zawisło wtedy widmo kompletnego fiaska. Dała o sobie też pewnie znać arogancja znana z przeszłości, kiedy USA usiłowały Kimom jednostronnie narzucać swoje warunki.
Sytuacja nieco się zmieniła, kiedy rolę specjalnego wysłannika ds. Korei Płn. objął Stephen Biegun. On również starał się uzyskać od Pjongjangu zgodę na dokładne oszacowanie przez Amerykanów produkcji uranu i plutonu, tylko planował dochodzić do tego stopniowo. Najpierw oparł się na warunku ujawnienia rozmieszczenia całej infrastruktury nuklearnej, bo w tej kwestii wywiad USA ma rozbieżne dane. W międzyczasie Amerykanie oferowali wzmożenie wymiany dyplomatycznej, m.in. uruchomienie biur łącznikowych w stolicach obu krajów. Zapadła w końcu decyzja o ograniczeniu manewrów wojskowych na Południu. Biegun okazywał pewność siebie i oświadczył nawet w pewnym momencie, że Kim Dzong Un zgodził się na „pełne wstrzymanie działania zakładów wzbogacania uranu i plutonu”.
Tuż przed szczytem przywódców w Hanoi, zespół negocjacyjny z USA postawił warunek pisemnej gwarancji wstrzymania całej produkcji materiałów rozszczepialnych i demontażu infrastruktury bez godzenia się na złagodzenie sankcji. Brali pod uwagę jedynie pojedyncze wyjątki od sankcji ONZ i wznowienie pomocy humanitarnej przez organizacje pozarządowe. W tej sytuacji strona koreańska „podziękowała” Waszyngtonowi, a konferencja w Wietnamie była tylko spektaklem.

Mądrzy po szkodzie?

Sprawa nie jest jednak stracona, ponieważ obie strony chcą dalszych rozmów. Potwierdza to fakt, że Trump z Kimem porozumieli się jednak w sprawie biur łącznikowych i Pompeo zadeklarował, że współpraca na tej płaszczyźnie będzie się rozwijać. Należy uznać, że Hanoi zamknęło pewien konkretny etap na drodze do porozumienia, podczas którego strony nauczyły się nawzajem czegoś na własnych błędach. Prawdopodobnie porzucą podejście typu „wszystko albo nic” i przyjmą wariant stopniowych ustępstw, których realizacja pozwoli zbudować wzajemne zaufanie. Oczekiwane zmiany, których ukoronowaniem ma być podpisanie oficjalnego porozumienia pokojowego mają zbyt systemowy charakter, by mogły zostać wprowadzone „za jednym razem”.
Amerykanie przekonali się już też, że sankcje nie są dla Pjongjangu końcem świata. Owszem, ten ich zakres, w którym uchylenia ich chciał Kim, obejmuje m.in. handel surowcami, dostawy energii i żywności. To rzeczy o dużym znaczeniu dla koreańskiej gospodarki, która po 2016 r. została prawie całkowicie odcięta od świata. Dlatego podczas negocjacji strona koreańska dobitnie wskazywała, że chodzi o towary najistotniejsze dla zwykłych obywateli. Nie próbowano nawet podnosić kwestii zniesienia embarga np. na handel bronią. Kim Dzong Unowi zależy oczywiście na uchyleniu sankcji, ale dopóki będzie miał furtkę w postaci Chin, Trumpowi nie uda się go w tej sprawie postawić pod ścianą.
Żeby wywiązać się z własnej części deklaracji singapurskiej Amerykanie muszą wreszcie zrozumieć, że stawką jest całkowite odsunięcie groźby wojny na Półwyspie, a oni nie są tam u siebie – w coraz większej mierze myślą tak też Koreańczycy z Południa.
Pakt podpisany w Singapurze mówił też o budowie nowych relacji na bazie tworzenia dobrobytu. Jeżeli USA chcą dowieść rzeczywiście dobrej woli w kwestii przyszłości Półwyspu, będą mogli się wykazać w obliczu faktu, że Korea Płn. cierpi teraz dodatkowo z powodu potwierdzonej przez ONZ klęski nieurodzaju, która znacznie pogorszyła sytuację żywnościową w kraju. Waszyngton może więc poważnie potraktować potrzebę pomocy humanitarnej z prawdziwego zdarzenia – nie „fejkowej”, jak w przypadku Wenezueli, gdzie okazała się czystą prowokacją polityczną. Prawdopodobnie będzie to składnik dalszych rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem.

Skończy się wojna?

Rozpoczyna się drugi już szczyt pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą Północną. Czy przybliży ostateczne zakończenie – po ponad 60 latach – wojny koreańskiej?

Wojna koreańska zakończyła się jedynie rozejmem, formalnie rzecz biorąc zatem nadal trwa. Oczekiwać, że szczyt w Hanoi doprowadzi do jej ostatecznego zakończenia, byłoby to może za dużo, tym bardziej, że nie uczestniczy w nim przedstawiciel Korei Południowej, więc jedna ze stron nie będzie reprezentowana. Niemniej jednak, według doniesień mediów, temat warunków pokojowych ma się podczas rozmów prezydenta Donalda Trumpa i przewodniczącego Kim Dzong Una pojawić.
Choć w różnych okresach ze wzajemnymi stosunkami między obu państwami koreańskimi bywało różnie, jednak działania wojenne nie zostały wznowione, zatem zawarcie pokoju byłoby przede wszystkim gestem symbolicznym, ale jednak niezbędnym dla trwałego unormowania relacji między Pjongjangiem a Seulem, które otwarcie deklarują, że zależy im na budowaniu wspólnej przyszłości.
Trump i Kim mają rozmawiać przede wszystkim o nieodwracalnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, czyli o warunku sine qua non dalszego postępu odwilży na Dalekim Wschodzie. Dla Pjongjangu kluczową rolę odgrywają trzy sprawy. Zasadniczą jest zniesienie przez USA blokady i sankcji przeciwko KRLD. Po drugie, podpisanie porozumienia o przerwaniu wojny, gwarantujące, że KRLD nie padnie znowu ofiarą jakiejkolwiek agresji. Nie mniej istotną jest kwestia gwarancji, że rozbroiwszy swój strategiczny potencjał, Korea Północna nie padnie ofiarą agresji. Trzeci punkt – sprawa wycofania amerykańskich żołnierzy z Korei Południowej (stacjonuje ich tam ok. 20 tys.) – jest przez stronę amerykańską zbywany, jednak bez ustaleń w tej sprawie trudno liczyć na znaczący postęp. Kim doskonale wie, że posiadana przez niego broń jądrowa i środki jej przenoszenia to swego rodzaju „polisa ubezpieczeniowa”, dzięki której może negocjować, a bez której byłby zupełnie bezsilny. Że nie można liczyć na to, że z niej zrezygnuje – jak domagał się tego amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa John Bolton – nie można. Pokazała to północnokoreańska reakcja na jego wypowiedź.
Z punktu widzenia Waszyngtonu rozwiązanie problemu Korei Północnej, obwołanej w swoim czasie jednym z kluczowych krajów „osi zła”, byłoby niewątpliwym sukcesem, ale też wizja zbliżenia między Pjongjangiem i Seulem oraz perspektywa budowy wspólnego koreańsko-chińskiego bloku wcale nie jest mu w smak. A do tego prawdopodobnie by prowadziło tak udzielenie KRLD wiarygodnych gwarancji i wycofanie swoich wojsk. A nawet uzgodnienie warunków pokojowych, bo w tej sytuacji straciłby pozycję gwaranta bezpieczeństwa Korei Północnej i możliwość rozgrywania relacji Seulu z Pjongjangiem w myśl zasady „dziel i rządź”. Z drugiej jednak strony samemu prezydentowi Trumpowi spektakularny sukces w polityce zagranicznej jest potrzebny jak tlen. Nawet jeśli sposób, w jaki prowadzi tę rozgrywkę jest ostro krytykowany przez zwolenników ostrego kursu w samych Stanach Zjednoczonych.

Mur stanu wyjątkowego

Żeby pozyskać miliardy na budowę muru przeciwko imigrantom z Południa, prezydent USA ogłosił stan wyjątkowy. Izba reprezentantów twierdzi, że to przekroczenie uprawnień i rozpoczyna śledztwo.

Ponieważ prezydent Donald Trump nie był w stanie uzyskać od Kongresu zgody na to, by w ramach tegorocznego budżetu państwo przeznaczyło ponad 5 mld USD na budowę jego słynnego muru na granicy z Meksykiem, wpadł na nowy szalony pomysł. W piątek ogłosił stan wyjątkowy, żeby fundusze na odgrodzenie się od południowego sąsiada “wyciągnąć” od Pentagonu. Zdecydowanie zareagowali Demokraci. Partia twierdzi, że to skandaliczne naruszenie konstytucji i rozpoczęli już proces powołania specjalnej komisji dochodzeniowej w tej sprawie w Kongresie.
Trump poinformował o wprowadzeniu stanu wyjątkowego podczas przemówienia w Ogrodzie Różanym na terenie Białego Domu. Swoją niespodziewaną decyzję uzasadnił tym, że mur musi powstać jak najszybciej, bo Stanom Zjednoczonym grozi zalew przestępczości i narkotyków z Ameryki Południowej. Mówił o “inwazji narkotyków, handlarzy ludźmi, wszelkiego rodzaju przestępców i gangów”. To jego standardowa retoryka, którą stosuje od kiedy tylko zapowiedział konstrukcję muru podczas kampanii prezydenckiej w 2015 r. Ten pomysł stanowi jego flagowy projekt wyborczy, dlatego Trump walczy o niego na wszystkie sposoby.
– Nie kontrolujemy naszej własnej granicy – ostrzegał republikański prezydent – Postanowiliśmy stawić czoła kryzysowi bezpieczeństwa narodowego na naszej południowej granicy i zamierzamy to zrobić. Po prostu musimy – twierdził.
Argumenty Trumpa to jednak strzał kulą w płot. Znawcy tematu przyznają, że narkotyki trafiają do USA z Południa, jednak przede wszystkim przez porty lotnicze i morskie. Mur niczego więc nie zmieni. Prezydent po raz kolejny powtórzył, że miasto El Paso stało się bezpieczniejsze dzięki temu, że już zostało od Meksyku odgrodzone murem. Tymczasem to nieprawda, bo wskaźniki przestępczości utrzymują się tam na niezmienionym poziomie.
Tak czy inaczej, prezydent już podpisał odpowiedni dekret.
Projekt Trumpa od początku był częścią jego radykalnie ksenofobicznej, antyimigranckiej i izolacjonistycznej agendy. Elementem starań o jej wdrożenie była m.in. oburzająca polityka rozdzielania imigranckich rodzin i zamykania dzieci odebranych rodzicom w specjalnych obozach, gdzie niektóre z nich nawet zmarły.
Na stan wyjątkowy zareagowali Demokraci, którzy sami nie mają zupełnie czystego sumienia na tym obszarze, ponieważ elementy takiej polityki pojawiły się już za kadencji prezydenta Obamy. Teraz mówią o łamaniu przez Trumpa konstytucji, bo według nich, w sytuacji gdy żadnego “kryzysu na granicy” faktycznie nie ma, jest to zwykła próba obejścia ich uprawnień w zakresie planowania budżetu.
– Działania prezydenta są jawnym pogwałceniem wyłącznego prawa Kongresu do określania wydatków publicznych, które do konstytucji zostało wpisane przez naszych Ojców Założycieli – oświadczyli Nancy Pelosi i Chuck Schumer, liderzy Demokratów w Kongresie.
Zapowiedzieli, że parlament będzie bronił swoich praw wszelkimi dostępnymi sposobami. Kilka godzin po deklaracji Trumpa Komitet Sprawiedliwości Izby Reprezentantów, która jest kontrolowana przez Demokratów, zapowiedział specjalnej komisji, która ma zbadać legalność decyzji prezydenta. Trump dostał już wezwanie na przesłuchanie.
Mało tego. Prezydent został już pozwany przez kilku właścicieli gruntów w Teksasie, którzy twierdzą, że jego decyzja o dudowie muru narusza ich prawo własności. Złożenie pozwu przeciwko głowie państwa zapowiedzieli też gubernator Kalifornii i prokurator generalny stanu Nowy Jork.
Donald Trump uznał, że to było do przewidzenia: – Spodziewałem się tego, że zostanę pozwany (…) Wygramy w Sądzie Najwyższym – skomentował prezydent.
Pod koniec grudnia walka Trumpa z Kongresem o miliardy na mur doprowadziła do tzw. shutdownu, czyli 35-dniowego paraliżu budżetowego aparatu państwowego, kiedy część ministerstw praktycznie przestała funkcjonować.

Komentarz: Spór o mur

W Polsce nieźle pamięta się spór Rejenta i Cześnika z „Zemsty” Aleksandra Fredry o mur graniczny. W mega skali mamy do czynienia z trochę zbliżonym zjawiskiem obecnie w USA. Prezydent Donald Trump ogłosił 15 lutego stan wyjątkowy w Stanach Zjednoczonych – argumentując tę decyzję niebezpieczną sytuacją nad granicą z Meksykiem (nielegalna migracja, przemyt narkotyków, przestępczość itd.). W istocie rzeczy chodzi o swoiste „obejście” Izby Reprezentantów, w której od pewnego czasu większość mają Demokraci – sprzeciwiający się budowie muru na tej granicy, a w konsekwencji wyasygnowaniu na ten cel 6-8 mld dol. z budżetu (pierwszy wniosek z grudnia/stycznia opiewał na 5,7 mld dol.).
Od szeregu tygodni istniał pat w tej materii, który miał taki skutek,iż doszło do zjawiska określanego jako shutdown, a więc paraliżu części administracji federalnej USA (ok. 800 tys. jej pracowników nie otrzymywało wynagrodzeń). Ów stan utrzymywał się przez 35 dni – najdłużej w historii kraju. Wywołało to negatywne reakcje i tę rundę Trump niewątpliwie przegrał. Nie zgodził się on przy tym na kompromisową propozycję obu izb Kongresu, czyli odblokowania 1,37 mld dol. na zbudowanie 88,5 km „nowych barier fizycznych”. Trochę jak agresywny bokser żądny rewanżu rozpoczął właśnie na całego drugą rundę walki.
Prezydent ma teraz nadzieję nawet na sumę rzędu. 8 mld dol. z budżetu Pentagonu (ten wynosi ok. 700 mld. rocznie) bowiem – jak akcentuje – chodzi w końcu o kwestię bezpieczeństwa państwa.
Granica amerykańsko-meksykańska liczy nieco ponad 3300 km i w dużym stopniu przebiega wzdłuż rzeki Rio Grande. Paradoks polega m.in. na tym, iż na ok. 1/3 jej długości mur (w różnej postaci) już istnieje i nie stanowi dostatecznej ochrony. Nota bene – wbrew temu co twierdził Trump,ogłaszając na trawniku Białego Domu swą decyzję – mówiąc o „inwazji” nielegalnych migrantów, długofalowo mury się NIE sprawdzają. Wystarczy przypomnieć Mur Berliński, mur dzielący dwie części Nikozji na Cyprze, czy ten (w kilku postaciach) między Marokiem a Algierią. De facto nawet Mur Chiński okazał się bezużyteczny. Ponadto, gdyby szczelnie „zapieczętować” granicę USA-Meksyk, to ucierpiałaby gospodarka takich stanów, jak np. Kalifornia czy Nowy Meksyk. I wreszcie, last not least, liczba tych nielegalnych migrantów w ostatnich latach ZMNIEJSZA SIĘ.
Dwukrotnie przekraczałem granicę między tymi dwoma państwami. Pierwszy raz,wiele lat temu,gdy rozpoczynałem swą długą podróż z plecakiem po Ameryce Łacińskiej za zaoszczędzone środki ze stypendium na Harvardzie, z Laredo w Teksasie musiałem dotrzeć do meksykańskiego Nuevo Laredo. Akurat trwał strajk kierowców autobusów, więc PIESZO szedłem jednym z dwóch mostów przez Rio Grande – jako jedyna osoba. Równoległym mostem do USA zdążało sporo osób, a niektórzy z nich widząc białego idącego do Meksyku pukali się w czoło.
Drugim razem, z ramienia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy kierowałem w stolicy meksykańskiego stanu Sonora (graniczy z Arizoną) Hermosillo seminarium nt. sytuacji przygranicznej. Mówiąc najkrócej – przypominała ona trochę XIX-wieczny Dziki Zachód.
Decyzja Trumpa jest ruchem va banque. Mówiąc łagodnie, to amerykańska wersja falandyzacji prawa, stąd nie tylko opozycja Demokratyczna alarmuje o nadużyciu władzy prezydenckiej. Również liczni Republikanie. Senator Marco Rubio z Florydy napisał wprost: „żaden kryzys NIE MOŻE usprawiedliwiać naruszania Konstytucji”. Cała ta sytuacja musi znaleźć rozwiązanie prawne. Trump liczy zapewne na korzystne dla niego stanowisko Sądu Najwyższego, którego segment konserwatywny wzmocnił swoimi nominacjami. Ale przecież pojedynczy sędzia w Stanach Zjednoczonych może zablokować podjętą decyzję.
Moim zdaniem takie a nie inne rozstrzygnięcie owego sporu może okazać się kluczowe przed kampanią prezydencką w USA w roku 2020!
Tadeusz Iwiński

Wenezuelski gambit

To miał być wstrząs: błyskawiczny cios polityczny, który zmiecie „dyktatora” Maduro. Jest „kraj w ruinie” i „zniewoleni ludzie”. Jest czarny charakter, który można o wszystko obwinić. Jest młody, szlachetny wybawiciel. Jest wreszcie „przywódca wolnego świata” przybywający z odsieczą. Co poszło nie tak? Po Białym Domu niesie się krzyk frustrata: „Gdzie jest moja Wenezuela?”

Wygląda na to, że koordynowany z Waszyngtonu przewrót w Wenezueli, prowadzony oczywiście pod hasłami “wolności i demokracji”, daleki będzie od blitzkriegu. Dwa dni po tym, jak Donald Trump oficjalnie uznał Juana Guaidó, nikomu wcześniej na świecie nieznanego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego, za tymczasowego prezydenta kraju, pucz wyraźnie stracił impet. Ambitny plan obalenia Nicolasa Maduro bierze w łeb, bo – jak się właśnie okazuje – pozbawiony był planu. Jedynym zapleczem Amerykanów na miejscu jest chaotycznie działająca, niejednorodna prawicowa opozycja, skupiona ad hoc wokół nowego, namaszczonego przez Waszyngton lidera, zdolna jedynie do zwołania kolejnej demonstracji przeciwko “dyktatorowi” Maduro.
Wóz albo przewóz
Po tym, jak wojsko jednoznacznie opowiedziało się po stronie legalnie wybranego prezydenta, Stany Zjednoczone nie mają żadnych innych kart do zagrania oprócz rozwiązania ostatecznego w postaci bezpośredniej interwencji zbrojnej. Bardzo wątpliwe jest, by Trump się na nie zdecydował, bo prawdopodobnie z każdym dniem bardziej będzie do niego docierać świadomość, że jego “marszem na Caracas” kieruje czyste “chciejstwo”. Tym mniej jest to możliwe w sytuacji, gdy armia wiernie trwa przy władzy, Chiny i Rosja bez cienia zawahania poparły Maduro, a Władimir Putin od niedawna wspiera Wenezuelę wojskowo.
Guaidó sam ogłosił, że reprezentuje jedyną demokratyczną instytucję w kraju, stanie zatem na czele „rządu tymczasowego”. Udzielając mu poparcia Amerykanie spodziewali się pewnie, że sprowokuje to władzę do gwałtownych represji i podzieli wojsko, a im da casus belli. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Decydującą próbą sił może się okazać spór o amerykański korpus dyplomatyczny. W odpowiedzi na poparcie próby niekonstytucyjnego przejęcia władzy przez Waszyngton 23 stycznia Maduro zerwał stosunki z USA. – Posunęli się za daleko – oznajmił tłumowi swoich zwolenników zebranemu wokół pałacu prezydenckiego – Niech się stąd zabierają! Dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na spakowanie manatków i opuszczenie jego kraju. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo początkowo odniósł się do tej decyzji lekceważąco. Stanął na stanowisku, że Maduro nie ma prerogatyw pozwalających mu wyrzucać kogokolwiek z kraju, bo nie nie jest pełnoprawnym prezydentem. Próbował zatem oprzeć powodzenie puczu na grze legitymizacją, popisując się w istocie jedynie arogancją, ponieważ wysłał tym samym komunikat: “Będziemy robić w waszym kraju, co chcemy, przecież nie ma kto nam zabronić”. Zagroził, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć “wszelkich środków”, by chronić swoich przedstawicieli. Rzecz w tym, że nie mają realnych środków.
Pompeo sam chyba prędko dostrzegł słabość tego blefu – dzień później Departament Stanu “stanowczo zalecił” jednak swoim ludziom w Caracas opuszczenie kraju. Jeżeli Trump „odpuści” sprawę dyplomatów, będzie to znaczyło, że odpuszcza wszystko. Nie będzie miał jednocześnie żadnego problemu w robieniu dobrej miny do złej gry: kilkukrotnie okazywał się już mistrzem odwracania kota ogonem na Twitterze. Stroszenie piórek jest jak na razie jedyną taktyką użytą przez USA w tej grze, dlatego przegrają – zainteresowane strony potrzebują konkretów. Agencje donoszą o przedstawicielach USA opuszczających już Wenezuelę. Nie dali się ubłagać nawet apelom samego “tymczasowego prezydenta”.
Ponieważ Trump grzmiał, że „wszystkie opcje są na stole”, część publicystów w mediach niechętnych zarówno Maduro, jak i Trumpowi wszczęło alarm, że oto naciąga katastrofa nowej interwencji zbrojnej. Że Irak, Afganistan i Syria nikogo niczego nie nauczyły. To nie tak. Syria zaczęła się od starannie, przez wiele lat wcześniej planowanej wojny hybrydowej. Nic takiego nie miało miejsca w Wenezueli i sytuacja pokazuje, że na razie się nie wydarzy. Atut w postaci realnej możliwości użycia siły przez zbuntowane wojsko jest czynnikiem niezbędnym, by przejęcie władzy nastąpiło – niezależnie od tego, po czyjej stronie leży racja – bo też o żadną rację tu nie chodzi. Chodzi o ropę naftową.
Waszyngton boso, ale w ostrogach
Pobożne życzenie, że armia Maduro przestraszy się oficjalnego oświadczenia Białego Domu uznającego Guaidó – bo chyba nie niego samego, ani kolejnej demonstracji zwołanej 23 stycznia przez opozycję – i przejdzie na stronę Amerykanów, świadczy o postępującym odrealnieniu ekipy Trumpa. “Przywódca Wolnego Świata” straszył Wenezuelę najazdem, odkąd objął urząd i przez chwilę wydawało się, że traktuje sprawę poważnie. New York Times informował jesienią, że amerykańscy oficjele spotkali się z generałami armii wenezuelskiej, oferując im pomoc w ewentualnym przejęciu władzy. Propozycja została jednak odrzucona. Wojskowi wykazali się dobrą intuicją – jeżeli nie ze względów pryncypialnych, to chociażby dlatego, że niedługo potem plan ich niedoszłych partnerów w spisku ujrzał światło dzienne na łamach wiodącego światowego medium. Z takimi amatorami nie wchodzi się w układy. Armia doskonale widzi też, że opozycja nie ma społeczeństwu do zaoferowania nic poza obsesją wyrwania chavizmu z korzeniami – chavizmu, który obecną pozycję zapewnił wielu oficerom. Dlatego odrzuciła również zaloty ze strony przeciwników Maduro w Caracas.
Amerykanie nie będą mieli okazji rozegrać z powodzeniem scenariusza z 2002 r. Zamach stanu zmontowany przez ekipę Busha opierał się jednak na realnym buncie części wojskowych przeciwko Hugo Chávezowi. Miało już wtedy dojść do zaprzysiężenia marionetkowego prezydenta, plan spalił jednak na panewce, kiedy prawie milionowy tłum chavistów wyległ na ulice Caracas bronić swojego przywódcy. Armia się wówczas zreflektowała i zamknęła sprawę. Prezydent Chávez okazał się z kolei nad wyraz łaskawy.
Nicolas Maduro cieszy się zaledwie ułamkiem popularności swojego legendarnego poprzednika. Utracił zaufanie Wenezuelczyków podczas ostatnich kilku lat naznaczonych nieustannym kryzysem, z którego nie próbował znaleźć zdecydowanego wyjścia. Uliczne potencjały jego zwolenników i przeciwników z grubsza się równoważą, jednak i tych okoliczności Waszyngton nie był w stanie wyzyskać.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafi racjonalnie ocenić sytuacji. Niedawno okazało się, że John Bolton prosił we wrześniu Pentagon o ostrzelanie rakietami dalekiego zasięgu terytorium Iranu w odpowiedzi na incydent w Iraku. Ta ekipa zdecydowanie “nie ogarnia”. Trump miał na swoje rozkazy Rexa Tillersona, który był wcześniej szefem Exxon Mobil, korporacyjnego giganta, od lat marzącego o odzyskaniu terenów roponośnych w Wenezueli. Prezydent sprawia jednak wrażenie, jakby z rozmysłem starał się pozbywać wszystkich, którzy mogą pomóc mu zachować jakikolwiek związek z rzeczywistością. Nic dziwnego, że uznał teraz namaszczenie Juana Guaidó na przywódcę “wolnej Wenezueli” za magiczny sposób na zmianę układu sił w Caracas. Ponieważ zmiana nie nastąpiła, trudno wykluczyć, że teraz Bolton każe Pentagonowi zaatakować Wenezuelę, lecz w takiej sytuacji zapewne znów odejdzie z kwitkiem.
Z drugiej strony, obiektywna rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju rządzonym przez Maduro nie daje podstaw do decydującego rozstrzygnięcia na korzyść interwentów. Prawdą jest, że duża część obywateli, również chavistów, ma dosyć Maduro z powodu jego niekompetencji, braku charyzmy i woli politycznej do bezkompromisowego wypchnięcia Rewolucji Boliwariańskiej z letargu, z którym sam Chávez chciał skończyć. Wenezuelczycy, którzy w przeciwieństwie do światowych mediów głównego nurtu pamiętają zarówno życie w materialnym upodleniu przed Chávezem, jak i zamach na niego w 2002 r., nie pozwolą, by ich kraj stoczył się z powrotem na uwłaczającą im pozycję folwarku amerykańskich miliarderów. Dobrze wiedzą, czego Stany chcą od ich kraju – przeważnie są świadomi, że ich terytorium kryje największe złoża ropy na ziemi. Kto wie, być może nachalne promowanie Guaidó przez Waszyngton zaszkodziło jego wizerunkowi w oczach samych Wenezuelczyków.
Teoretycznie pozostaje jeszcze możliwość „interwencji zastępczych” ze strony Kolumbii i Brazylii. Prezydenci obu krajów są wrogo nastawieni do Maduro i podważali prawomocność jego władzy. W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej Jair Bolsonaro zapowiadał wprost, że zrobi wszystko, by „uwolnić” Wenezuelę od Maduro. Po objęciu urzędu zamilkł na ten temat, udzielając jedynie poparcia Guaidó. Rząd Kolumbii zdementował pogłoski, jakoby planował interwencję w Wenezueli, ale było to zanim świat się dowiedział o Juanie Guaidó. Ani Brazylia, ani Kolumbia nie wykonają jednak oficjalnie żadnego kroku bez sygnału z Waszyngtonu. Prezydent Maduro ostrzegał jednocześnie, że na Florydzie za wiedzą Boltona szkolą się kolumbijscy paramilitares, trzeba więc liczyć się próbą rozpętania wojny hybrydowej na terytoriach przygranicznych. Jeśli jednak armia wenezuelska pozostanie wierna prezydentowi, interwencja zbrojna w celu zmiany władzy w Caracas na pełną skalę nie wchodzi w grę.
Im gorzej, tym lepiej
Co jednak z legitymizacją obu stron? Czy Maduro jest rzeczywiście okrutnym dyktatorem, a opozycja skupiona dziś wokół Guaidó – emanacją “Woli Ludu”, jak nawet nazywa się jego partia? Nie. Wenezuelskie standardy demokratyczne są rzeczywiście słabe. Trudno jednak oczekiwać, że po próbie przewrotu w 2002 r. chavizm będzie się bronił wyłącznie środkami czysto demokratycznymi przed ludźmi, którzy wówczas w pełni poparli siłowe usunięcie Cháveza. Trudno bronić się w pełni demokratycznymi środkami przed obłąkańcami, którzy zwolenników Maduro palili już żywcem, przed tymi, którzy z helikoptera obrzucali granatami budynki rządowe. Wściekła przemoc opozycyjnych sił ulicznych jest tak dobrze udokumentowana, że o jej istnieniu zmuszona była była napisać nawet „Gazeta Wyborcza”. W relacji z “triumfalnych” marszy stronników Guaidó 23 stycznia, nie dało się przemilczeć palenia aut na ulicach i dewastacji mienia w Caracas.
Również czołowi politycy opozycyjni nastawieni są wyłącznie konfrontacyjnie: obalenie Maduro dzięki pomocy USA stanowi ich jedyny program dla kraju. Od lat nie zajmują się niczym innym, regularnie kursując jednocześnie do Stanów na spotkania głównie z republikańskimi senatorami otwarcie nawołującymi do obalenia wenezuelskiego przywódcy za wszelką cenę. W USA wśród lobbystów tej sprawy wyróżnia się przede wszystkim senator Marco Rubio, który chyba najczęściej przyjmuje gości z Wenezueli. Zaraz za nim sytuuje się “niezastąpiony” John Bolton, który najchętniej obaliłby wszystko i wszystkich poza granicami USA.
Trudno wyłącznie według standardów demokratycznych traktować partie polityczne, które nigdy nie zająknęły się nawet na temat sankcji, jakimi Stany Zjednoczone duszą i tak ledwo zipiącą gospodarkę Wenezueli. Nigdy też nie próbowały nakreślić chociażby pomysłu na walkę ze spekulacją i wywozem towarów, które rujnują kraj. Polityka, której przyświeca zasada “im gorzej, tym lepiej” w pełni określała sposób działania opozycji, od kiedy wygrała wybory parlamentarne w 2015 r. Wykrwawienie chavizmu przez doprowadzenie kryzysu do skrajności – to ich jedyny plan. Reprezentują najbogatsze rodziny w Wenezueli, więc spokojnie przetrwają zapaść, którą zgotują reszcie. Oni chcą amerykańskich sankcji! Wiedzą, że to działa: nawet kongres USA otrzymał raport, gdzie czarno na białym stwierdzono, że sankcje tylko pogłębiają kryzys w Wenezueli. To ta cyniczna strategia ukształtowała sytuację, w której możliwe jest to, że wszystkie liberalne media bezmyślnie powtarzają śpiewkę Trumpa: Maduro wybrany bezprawnie, Zgromadzenie Narodowe ostoją demokracji.
Obecny impas polityczny wynika z faktu, że ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. Trzy lata temu Zgromadzenie zostało pozbawione uprawnień ustawodawczych przez Sąd Najwyższy, ponieważ opozycja nie godziła się na tymczasowe zawieszenie mandatów trzech deputowanych, którzy zostali w 2015 r. wybrani w okręgach, gdzie doszło do nieprawidłowości wyborczych. Opozycja otrzymała możliwość wprowadzenia na ich miejsce innych posłów ze swoich list, zdecydowała się jednak grać va banque i nie ustępować ani na krok. W efekcie od stycznia 2016 r. działalność ZN pozostaje w zawieszeniu, część prerogatyw ustawodawczych przejął Sąd Najwyższy, a prezydent Maduro w tym czasie starał się oprzeć politycznie na Zgromadzeniu Konstytucyjnym – ciele powołanym w wyborach 2017 r. ZK jest przez mainstream medialny wyśmiewane jako instytucja wyłącznie marionetkowa, chociaż zgodnie z założeniami chavizmu ma ucieleśniać charakterystyczną dla niego szerszą ideę demokracji, wykraczającą poza parlamentaryzm.
Blokada ustawodawstwa zainicjowana przez samą opozycję dała jej następnie pretekst do zaostrzenia konfrontacji politycznej w 2017 r. kiedy podczas starć ulicznych padło blisko 200 ofiar śmiertelnych. W dalszej kolejności przyszedł bojkot wyborów prezydenckich w 2018 r., o których błędnie piszą niektóre polskie media, że kandydaci opozycji nie zostali dopuszczeni do udziału w nich, czy nawet wtrąceni do więzienia. To brednie. Poszło o to, że do startu w wyborach nie został dopuszczony głównie Henrique Capriles – frontman opozycji – bo ciążył na nim wyrok sądowy. To była ostatnia prosta, na której w pełni ujawniły się niszczycielskie intencje opozycji i charakter tej formacji. Jej delegacja prowadziła negocjacje z rządem w sprawie porozumienia wyborczego na neutralnym gruncie, w Republice Dominikany. Osiągnięto nawet warunki porozumienia. Jednak dzień przed podpisaniem go przez obie strony, projekt został odrzucony przez opozycję po interwencji przedstawicieli USA.
Tak rozpoczął się bojkot wyborów, mogący mieć na celu wyłącznie pogłębienie istniejącego kryzysu. Nie mówi się w tym przypadku o bojkocie demokracji – od tej chwili zaczęła obowiązywać narracja o “sfałszowanych wyborach prezydenckich” w Wenezueli. Większość liberalnych demokracji świata faktycznie ich nie uznała. W tych okolicznościach Nicolas Maduro, który praktycznie pozbawiony konkurencji swobodnie wygrał głosowanie 20 maja 2018 r. został zaprzysiężony na kolejną kadencję 10 stycznia 2019 r. Dzień później Juan Guaidó, nowo wybrany przewodniczący pozostającego w zawieszeniu ZN, ogłosił, że Maduro obejmuje urząd bezprawnie. Za to on, jako głowa podstawowego konstytucyjnego organu władzy, zgodnie z ustawą zasadniczą jest gotów stanąć na czele rządu tymczasowego, który “przywróci demokrację” w Wenezueli. Według Agencji Reutera podjął tę decyzję po uprzednim wykonaniu co najmniej dwóch rozmów telefonicznych z wiceprezydentem USA Mikem Pence’em. Niecałe dwa tygodnie później, w dniu wielkiej manifestacji opozycji, Biały Dom ogłosił go prezydentem tymczasowym Wenezueli, obiecując mu jednocześnie pełne wsparcie dyplomatyczne i ekonomiczne. Zaraz potem uznanie popłynęło od wszystkich prawicowych rządów w Ameryce Łacińskiej. Z kolei Hiszpania, Francja i Niemcy postawiły Maduro ultimatum: ogłosi w ciągu tygodnia nowe wybory, albo z poprą Guaidó. W tonie przyjaznym dla uzurpatora wypowiedziała UE ustami Donalda Tuska. Tak Guaidó stał się uosobieniem “wolności i demokracji”.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenia rozgrywały się według scenariusza chilijskiego z okresu rządów Allende: najpierw wojna ekonomiczna, potem interwencja. A raczej miały się tak rozegrać. W interwencji zabrakło jednak konkretu, czyli wenezuelskiej junty. Nie widać na nią szans. Stawka gry pozostaje jednak podobna jak w Chile.
Craig Murray, potępiając cyniczne postępowanie światowych przywódców, trzeźwo zauważył, że “za jego czasów” rządy uznawały prawomocność tych władz państwowych, które faktycznie kontrolowały terytorium swojego kraju – taka była zasada dyplomacji wykazującej minimalne zainteresowanie rzeczywistością. Skąd więc skłonność liderów “wolnego świata” to uznawania tych, którzy zwyczajnie odpowiadają im politycznie? Jasne przecież, że jedynym przywódcą Chin nie ogłoszą nagle prezydenta Tajwanu. Wyszli zwyczajnie z założenia, że imperialistyczny blef Trumpa przysporzy korzyści ich globalnej agendzie liberalnej. A przynajmniej mogli w to wierzyć przez dwa dni, dopóki media nieomal nie zamilkły na temat Juana Guaidó, który dla świata powoli staje się na powrót nikim. Ostatnia wiadomość dotycząca go w dniu 25 stycznia jest dość komiczna i mówi tylko, że obiecał Maduro “amnestię”, jeżeli ten złoży urząd. Telewizja Univision, która o tym doniosła, poinformowała jednocześnie, że miejsce pobytu Guaidó pozostaje nieznane.
Obronić dziedzictwo Cháveza
Czy domniemany “rząd tymczasowy”, który ma podobno powstać, miałby dla Wenezuelczyków jakąkolwiek ofertę poza posłuszeństwem Waszyngtonowi? Tak. Po ogłoszeniu się głową państwa przez Guido, opozycja opracowała ogólne założenia do ustawodawstwa, które miałoby obowiązywać w okresie “przejścia do demokracji”. Jego najważniejszy fragment brzmi:
„Zniesione zostaną centralna kontrola, arbitralne metody wywłaszczenia i tego rodzaju środki (…) W tym celu scentralizowane metody sterowania gospodarką zastąpione zostaną modelem wolnorynkowym na podstawie prawa każdego obywatela Wenezueli do pracy w warunkach gwarantujących prawo własności i wolną przedsiębiorczość (…) Spółki publiczne zostaną poddane restrukturyzacji umożliwiającej efektywne i przejrzyste zarządzanie, m.in. poprzez partnerstwo publiczno-prywatne”
Należy dodać do tego rozważane przez Guaidó zwrócenie się o pomoc w finansowaniu jego „rządu” do MFW, co w sposób oczywisty oznacza gotowość do neoliberalnych reform. Cel jest więc jasny: przywrócenie stosunków społecznych sprzed prezydentury Cháveza, cofnięcie całej postępowej polityki. Koniec marzeń o równości, o życiu w minimum bezpieczeństwa materialnego, o kształceniu dzieci, koniec szans biednych na dostęp do służby zdrowia. Powrót do Wenezueli posiadanej na własność przez wąską elitę najbogatszych.
Wspomniany wcześniej Craig Murray, były brytyjski dyplomata, obecnie ekspert i publicysta sympatyzujący z ruchami postępowymi, jednoznacznie uznający Maduro na stanowisku prezydenta, przypomina, że praktyka chavizmu oparta została na dwóch naczelnych imperatywach: 1) W kraju o największych na świecie zasobach ropy ludzie nie powinni głodować gnieżdżąc się w slumsach, 2) CIA nie powinna rządzić Wenezuelą. Oba te pryncypia są obecnie zagrożone. Tak, prezydent Maduro jest współodpowiedzialny za zaniedbania, które sprowadziły zagrożenie na te filary. Jednocześnie tylko on w Wenezueli nawołuje i zaprasza do dialogu, którego celem jest rozwiązanie dręczącego kraj dziejowego kryzysu politycznego i gospodarczego – zarówno na obszarze krajowym jak i międzynarodowym. Na szczęście za tym podejściem opowiedział się bezwzględnie sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Sytuacja w gronie Narodów Zjednoczonych na pewno nie jest jeszcze rozstrzygnięta, bo Mike Pompeo stara się przekonać do uznania Guaidó członków Rady Bezpieczeństwa. Na szczęście też Stanom Zjednoczonym nie udało się przeforsować rezolucji przeciwko Maduro na forum Organizacji Państw Amerykańskich.
Moc waszyngtońskiego blefu właśnie się wyczerpuje. A moc chavizmu nie wyczerpie się tylko wtedy, gdy cały czas będzie parł naprzód: poza redystrybucyjne półśrodki, poza paternalistyczne szopki z „kochanym prezydentem” w roli pół-bóstwa – za to do pełnej demokracji uczestniczącej, do uwolnienia się od „burżuazji boliwariańskiej”, do nowych stosunków produkcji, do socjalizmu XXI wieku. Droga jeszcze daleka, ale poczyniono już tyle wysiłku, że zawracać na pewno nie warto.

Zerwane stosunki

Przywódca Stanów Zjednoczonych oficjalnie uznał Juana Guaidó, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wenezueli, za tymczasowego prezydenta tego kraju. Oświadczył, że Nicolás Maduro to dyktator bez demokratycznego mandatu do pełnienia władzy. Maduro ogłosił, że jest to próba zamachu stanu i zerwał stosunku dyplomatyczne z Waszyngtonem.

Biały Dom wydał w środę oficjalne oświadczenie, w którym uznał 35-letniego Juana Guaidó, przewodniczącego wenezuelskiego Zgromadzenia Narodowego, za “tymczasowego prezydenta Wenezueli”.

11 stycznia, dzień po zaprzysiężeniu Nicolása Maduro na prezydenta kolejnej kadencji, Guaidó, który tak jak całe większość Zgromadzenia opanowanego przez opozycję, nie uznaje wyniku wyborów prezydenkich, ogłosił, że jest gotowy stanąć na czele “rządu tymczasowego”, którego celem będzie przywrócenie w Wenezueli porządku demokratycznego. Działanie ZN zostało zawieszone trzy lata temu przez Sąd Najwyższy w wyniku kryzysu politycznego wokół mandatów trzech opozycyjnych deputowanych. Zachodzi więc polityczny impas: ZN nie uznaje prezydenta, a prezydent ZN. 23 stycznia Guaidó ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta Wenezueli.

Trump, który od dawna kierował groźby w stronę Maduro i wyrażał poparcie dla wenezuelskiej opozycji, w swoim oświadczeniu stwierdził, że deklarację Guaidó uznaje i odtąd to on będzie traktowany jako p.o. głowy państwa. Podkreślił, że ZN jest jedynym demokratycznie wybranym ciałem w Wenezueli.

„W dalszym ciągu będę korzystał z pełni ekonomicznej i dyplomatycznej władzy Stanów Zjednoczonych, by pomóc przywrócić demokrację w Wenezueli” – napisał Donald Trump. Stwierdził, że Maduro nie posiada legitymacji do sprawowania władzy i stanowi zagrożenie dla narodu Wenezueli. W ślad za deklaracją Trumpa poszły kolejne: Guaidó został uznany jako pełnoprawny tymczasowy prezydent przez Brazylię, Argentynę, Kolumbię (wszystkie blisko sprzymierzone z USA), później także inne państwa regionu. Poparcie dla Maduro zadeklarowały natomiast Boliwia i Kuba, także Meksyk nie ma zamiaru uznawać „nowego prezydenta”.

Deklaracja Trumpa jest tylko nadaniem oficjalnemu charakteru wcześniejszej decyzji Białego Domu, którą dzień wcześniej ogłosił wiceprezydent Mike Pence w nagraniu wideo, jakie zamieścił w sieci. Pence zawarł w nim oświadczenie podobne do Trumpa: uznał Guaidó prezydentem i zadeklarował pełne poparcie USA dla wenezuelskiej opozycji, którą określił jako jedyną siłę zdolną “przywrócić demokrację” w kraju.

W środę Caracas było miejscem zapowiedzianych wcześniej masowych demonstracji zwolenników opozycji przeciwko prezydentowi Nicolásowi Maduro. Doszło do starć z policją. Niektóre media donoszą o śmierci kilku osób.

Maduro uznał decyzję Trumpa za poparcie dla puczu i oświadczył, że Wenezuela zrywa stosunki dyplomatyczne z USA. – Posunęli się za daleko! Postanowiłem zerwać wszelkie dyplomatyczne i polityczne relacje z imperialistycznym rządem Stanów Zjednoczonych. Precz! Wszyscy mogą się zabierać! – grzmiał prezydent w przemówieniu z balkonu pałacu prezydenckiego.
Maduro dał amerykańskim dyplomatom 72 godziny na opuszczenie terytorium Wenezueli.

– Nie dla puczu! nie dla interwencjonizmu! Wenezuela chce pokoju – kontynuował Maduro zwracając się do rodaków – Nie ufajcie imperium gringos. Żądają wenezuelskiej ropy, gazu i złota – oto co nimi kieruje! A one należą do suwerennego narodu Wenezueli.

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo wezwał wenezuelskie wojsko do stanięcia po stronie “demokracji” czyli do poparcia Guaidó przeciwko Maduro. Armia wenezuelska ustami ministra obrony Vladimira Padriny ogłosiła jednak, że nie stanie po stronie „prezydenta narzuconego przez obce siły”.

Kim w Pekinie

Do stolicy Chin przybył przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-Un. Jego wizyta wpisuje się w ciąg działań mających doprowadzić do trwałego odprężenia na Dalekim Wschodzie, zainicjowanych przed rokiem jego noworocznym orędziem. Wskazuje też wyraźnie, że wbrew temu, co może myśleć sobie prezydent USA Donald Trump, nie jest to tylko rozgrywka między Waszyngtonem a Pjongjangiem, ale znaczący – jeśli nie zasadniczy – głos ma jeszcze jeden partner.

Wizyta Kim Dzong Una zaplanowana została na trzy dni – potrwa do 10 stycznia. Do ostatniej chwili była utrzymywana w tajemnicy – oficjalne media poinformowały o niej dopiero gdy południowokoreańska agencja Yonhap zauważyła, że specjalny pociąg przewodniczącego Kima przekroczył granicę w Dandong. Zauważono to dzięki wielkiej koncentracji sił bezpieczeństwa wokół stacji. Kim Dzong Un nie lubi bowiem latać samolotem – preferuje poruszać się swoim specjalnym, zielono-żółtym pociągiem. W ten sam sposób udał się do Pekinu w ubiegłym roku.

Przez pierwsze sześć lat, odkąd przejął władzę w Pjongjangu po swoim ojcu, Kim nie podróżował za granicę w ogóle. W ciągu ubiegłego roku był jednak w Pekinie i spotykał się z prezydentem Xi Jinpingiem trzy razy. Pokazuje to wyraźnie, jak ważnym partnerem są dla niego Chiny. Znamienne też jest, że do kolejnej wizyty dochodzi w czasie, gdy planowane jest drugie spotkanie między przywódcą KRLD i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Domyślać się należy, że ma ona być przede wszystkim sygnałem, że Kim nie jest osamotniony, że Stany Zjednoczone nie mogą starać się go wyizolować i rozgrywać w pojedynkę, lecz cały proces wpisuje się bardzo szeroki kontekst regionalny, gdzie nie tylko Waszyngton ma swoich zależnych od siebie sojuszników. Warto zwrócić zresztą uwagę, że w podobną stronę zmierzają też enuncjacje prezydenta Korei Południowej Mun Dze Ina, który w ubiegłym roku kilkakrotnie roztaczał wizje planu pokojowego i przyszłego rozwoju regionalnego, także w wymiarze budowy rodzaju wspólnoty ekonomicznej, właśnie wymiarze regionalnym.

Noworoczne orędzie przewodniczącego Kim Dzong Una na rok 2018 okazało się sygnałem przełomu. Tegoroczne wpisywało się w proces odprężenia na Półwyspie Koreańskim, ale także zawierało istotne elementy. Przede wszystkim było sygnałem, że Pjongjang nie ma zamiaru podporządkować się amerykańskiemu dyktatowi, powtarzające argumentację, jak pojawiła się po północnokoreańskiej stronie po wypowiedzi doradcy prezydenta USA Johna Boltona, który pozwolił sobie na stawianie ultymatywnych warunków. Również więc i teraz przewodniczący Kim zaznaczył, że gotów jest na denuklearyzację, ale nie może to być rozbrojenie jednostronne, lecz muszą mu towarzyszyć gwarancje ze strony USA i konkretne kroki ze strony Waszyngtonu eliminujące zagrożenie wobec państwa północnokoreańskiego. Oprócz tego Korea Północna oczekuje, że jej zaangażowanie w proces rozbrojenia spowoduje zniesienie sankcji ekonomicznych, te jednak są w dalszym ciągu utrzymywane i strona amerykańska nie sprecyzowała, w którym momencie je zniesie.

Kurdowie chcą ONZ

Kurdowie zgadzają się na utworzenie strefy bezpieczeństwa w północnej Syrii, ale tylko wtedy, gdy będzie jej strzegł kontyngent wojsk ONZ. Wcześniej zamiar utworzenia takiej strefy deklarowała Turcja, a Stany Zjednoczone popierały takie rozwiązanie – dla Kurdów potencjalnie zabójcze.

Przedstawiciele Syryjskich Sił Demokratycznych, sojuszu, w którym główną rolę odgrywają kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony (YPG), poinformowali dziś, że nie zgodzą się z utworzeniem w północnej Syrii „strefy bezpieczeństwa” pod kontrolą turecką. Terytorium syryjskie – władze w Damaszku oczywiście nie dostały szansy, by ustosunkować się do całego projektu – pod tureckim nadzorem miałoby obejmować pas 32 km od granicy z Turcją. W tym obszarze położonych jest kilka miast o ogromnym znaczeniu dla Kurdów, tyleż strategicznym, co symbolicznym – Tall Abjad, Kamiszlo czy słynne Kobane, bohaterstwo bronione przez Państwem Islamskim. Nic dziwnego, że Kurdowie oświadczyli dziś, że na strefę buforową nie ma ich zgody.

Jakie są alternatywne propozycje? Rosja domaga się, by obszar pogranicza po wycofaniu się Amerykanów był patrolowany przez wojska syryjskie, na co zresztą sami Kurdowie, widząc, że Amerykanie po raz kolejny chcą zostawić ich na pastwę losu, byli gotowi przystać. Obecnie jednak najbardziej pożądanym przez samo SDF i YPG wariantem jest wprowadzenie sił ONZ.
Wkroczenie Turków do syryjskiego Kurdystanu – pod dowolnym pretekstem – oznaczałoby ostateczne zniszczenie projektów demokratycznej, oddolnie zarządzanej Rożawy. Sytuacji nie ułatwia postawa prezydenta USA – Donald Trump w ciągu ostatniego miesiąca najpierw zapowiedział wycofanie się Amerykanów z Syrii, potem stwierdził, że proces ten będzie bardzo powolny, kilka dni temu zagroził Turcji „dewastacją ekonomiczną” w przypadku zaatakowania Kurdów, by następnie odbyć z Erodoganem rozmowę, z której obie strony były bardzo zadowolone…

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Trump pozbawia złudzeń

Największym sukcesem Donalda Trumpa w minionym roku było uprzytomnienie światu, że Stany Zjednoczone to państwo, jak każde inne. które w walce o swoje interesy nie cofnie się przed niczym.

 

W roku 2018 na dobre rozstaliśmy się z mitem Stanów Zjednoczonych jako bezpiecznej przystani dla imigrantów i uchodźców. Rozstanie przyszło o tyle trudniej, że wiele w tym micie było prawdy. Od początku swojej państwowości USA prowadziły dość liberalną politykę imigracyjną, zachęcając śmiałków do przyjazdu i spełnienia swojego „American dream”. Oczywiście amerykańska brama nigdy nie była rozwarta na oścież. Na przestrzeni lat z prawa do osiedlenia się w USA wykluczano kolejne grupy etniczne – począwszy od czarnoskórych i Azjatów, a skończywszy na mieszkańcach Europy Południowej i Wschodniej. Niemniej, na tle pozostałych państw Ameryka jawiła się jako kraj otwarty i przyjazny dla obcokrajowców.

I za taką ją uważano aż do nadejścia Donalda Trumpa. To właśnie wykrzykiwana podczas setek spotkań z wyborcami niechęć do imigrantów i uchodźców, wyzywanie ich od „gwałcicieli i morderców”, a w końcu obietnica budowy muru na granicy z Meksykiem, doprowadziły Trumpa do zaskakującego zwycięstwa w wyścigu o Biały Dom w 2016 r. Nic zatem dziwnego, że nowy prezydent rozpoczął swoją kadencję od zamknięcia amerykańskich granic przed obywatelami sześciu państw muzułmańskich. Chcąc uniknąć oskarżeń o kierowanie się religijnymi przesłankami, na czarną listę wpisano także Korę Północną, Wenezuelę i Czad. Mimo że prezydenckie rozporządzenie spotkało się z oporem ze strony poszczególnych sądów stanowych, Trump uzyskał efekt, na którym zależało mu najbardziej – pokazał Amerykę jako twierdzę, do której dostęp uzyskają tylko nieliczni.

Tak jak rozpoczął swoje rządy, tak też zakończył miniony rok. W grudniu w amerykańskich ośrodkach dla nielegalnych imigrantów zmarła dwójka dzieci – uchodźców z Gwatemali, które wraz z rodzicami szukały w USA schronienia przed głodem i przemocą. Pierwszą z ofiar była siedmioletnia Jakelin Caal, czekająca w El Paso na deportację. Z kolei w wigilię zmarł Felipe Gomez Alonzo, ośmiolatek, przetrzymywany gdzieś przy granicy z Meksykiem. Chociaż zatem winę za śmierć dzieci nie ponoszą wprost amerykańskie władze, to Trump i jego poplecznicy chętnie wykorzystują podobne przypadki do wyartykułowania swoich poglądów. I rzeczywiście. Nie trzeba było długo czekać, aby w serii tweetów prezydent obwinił o śmierć najpierw rodziców zmarłej dwójki, a zaraz potem „żałosnych demokratów”, którzy blokują budowę muru na granicy z Meksykiem.

Nieprzyznanie przez Kongres środków na przygraniczny mur spowodowało tzw. government shutdown, który od 22 grudnia paraliżuje działalność federalnych służb i instytucji. Nie działają urzędy, muzea, ambasady i konsulaty. Ich pracownicy zaś nie otrzymują pensji. To już drugi taki przypadek w 2018 r. Co prawda pierwszy trwał zaledwie trzy dni (20 – 23 stycznia), lecz i tak można było mówić o poważnym kryzysie, biorąc pod uwagę, że przewagę w Kongresie posiadali wówczas republikanie. Obecny paraliż federalnych instytucji przeciąga się, gdyż Izba Reprezentantów znajduje się pod rządami demokratów, a ci w roku poprzedzającym wybory prezydenckie nie mają najmniejszej ochoty na zgniłe kompromisy z Białym Domem. Jeśli jednak ktoś myśli, że cała sytuacja martwi Trumpa, to jest w poważnym błędzie. Dla prezydenta niemoc rządu federalnego to doskonała okazja, aby jeszcze raz zrzucić winę na imigrantów. Wszak cały problem wziął się z potrzeby budowy muru, aby uchronić USA przed rzeszami „zwierząt”, „morderców i gwałcicieli”. Właśnie tak o imigrantach mówi się obecnie w Stanach Zjednoczonych i co najgorsze – na nikim nie robi to już wrażenia.

Drugim mitem, który pożegnaliśmy w 2018 r., jest mit Ameryki jako państwa walczącego o demokrację i wolność na świecie. Z dokładnie takimi hasłami USA zaangażowały się w pierwszą wojnę światową, której stulecie zakończenia hucznie obchodziliśmy w minionym roku. Tak też przedstawiano wszystkie kolejne konflikty, w których brały udział Stany Zjednoczone, począwszy od drugiej wojny światowej, przez Wietnam, a na „wyzwoleniu” Iraku w 2003 r. skończywszy. Miniony rok przyniósł jednak otrzeźwienie. Amerykańskie wsparcie dla brutalnej saudyjskiej interwencji w Jemenie uzmysłowiło wszystkim, że także USA posiadają swoje interesy. I że te interesy Ameryka będzie realizowała za wszelką cenę. Przypomnijmy – według ostrożnych szacunków, od stycznia 2016 r. zginęło w Jemenie co najmniej 56 tys. osób. Wiele z nich to ofiary saudyjskich nalotów i amerykańskich bomb. Wartość kontraktu na dostawy broni, który kilka lat temu Waszyngton podpisał z Rijadem, już przekroczyła 9 mld dolarów, a ostatnio Saudyjczycy ujawnili plany wydania ponad 110 mld na dalsze zbrojenie. Czy można więc dziwić się, że los tysięcy jemeńskich ofiar i rannych mało interesuje amerykańskich decydentów?

Podobną lekcję amerykańskiej real politik odbierają właśnie Kurdowie. Skuszeni obietnicami autonomii, a nawet niepodległości, przez wiele lat wzorowo odgrywali rolę najwierniejszego sojusznika USA w regionie. Także w Syrii Amerykanie mogli liczyć na kurdyjskie wsparcie. Jednak tuż przed świętami Trump ogłosił – niespodziewanie nawet dla niektórych członków swojego gabinetu, w tym i byłego już sekretarza obrony gen. Jamesa Mattisa – natychmiastowe wycofanie wojsk USA z Syrii. W konsekwencji Kurdowie zostali pozostawieni na łasce Turcji. W tej sytuacji nie mieli innego wyjścia niż prosić o protekcję swojego dotychczasowego przeciwnika – prezydenta Baszszara al-Asada. W ten oto sposób „ten bydlak” – jak jeszcze całkiem niedawno mówił o nim Trump – stał się (wspólnie z Rosjanami) gwarantem przeżycia najwierniejszego sojusznika Waszyngtonu.

Porzucenie sojusznika to żadna nowość w amerykańskiej polityce zagranicznej. Taki los spotkał m.in. Wietnam Południowy, którego przedstawicieli nawet nie zaproszono do rokowań z komunistycznym rządem Ho Chi Mina w 1973 r. Wówczas porozumienie USA z Wietnamem Północnym nagrodzono pokojową Nagrodą Nobla, podzieloną między Henriego Kissingera i Le Duc Tho. Stany Zjednoczone opuściły swojego wasala, jednak zdołały zachować twarz i pozycję na arenie międzynarodowej. Tym razem jest inaczej. Tym razem bowiem Amerykanie zostawiają swojego sojusznika na pastwę przeciwników bez żadnego celu i planu. Niczym znudzone dziecko, Trump zabiera swoje zabawki z piaskownicy i nie oglądając się za siebie wraca do domu.

Jeśli Trump bez najmniejszych skrupułów pozostawił Kurdów w regionie o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, to jak w takim razie wierzyć w zapowiedzi budowy „Fortu Trump” w peryferyjnej – dla USA – Polsce? W weekendowym numerze niemieckiego „Spiegla” dobrze poinformowana publicystka Christiane Hoffmann pisze, że w razie potrzeby, obecny gospodarz Białego Domu bez mrugnięcia okiem wycofa amerykańskie wojska z naszego kraju. Zapewne ma rację. Przecież łatwo sobie wyobrazić jak w zbliżającej się kampanii prezydenckiej Trump ponownie uderzy w izolacjonistyczne tony i dla poklasku zarządzi odwrót z „niewdzięcznej” Europy. W polskim rządzie wydają się tego nie dostrzegać, nadal karmiąc się mitem Stanów Zjednoczonych jako światowego strażnika wolności i demokracji. Tymczasem o takiej postawie już ponad pół wieku temu pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, że „przypomina los służącej, która by dla swoich państwa harowała od świtu do nocy, a na pierwszego płaciłaby sobie pensję z własnej książeczki oszczędnościowej”.

Jak każde imperium w historii świata, także Stany Zjednoczone realizują własne interesy. Bez oglądania się na mniejsze państwa – czy to sojuszników, czy przeciwników. „Albo jesteście z nami, albo jesteście przeciwko nam” – te słowa prezydenta George’a W. Busha najlepiej oddają zasady, jakimi kieruje się amerykańska polityka zagraniczna. Od końca drugiej wojny światowej, USA były zaangażowane militarnie w niemal 190 konfliktach, za każdym razem bezwzględnie broniąc własnych celów, często dalekich od wyidealizowanej wizji świata opartej na poszanowaniu praw człowieka. Dzięki obecnej polityce Trumpa prawda ta dociera powoli do dotychczasowych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Pytanie czy i kiedy dotrze także do Warszawy?

Tragiczna historia dwójki dzieci z Gwatemali oraz zaangażowanie USA w Jemenie i Syrii – na pierwszy rzut oka to dwa odrębne tematy. Łączy je jednak sposób, w jaki traktuje je obecna amerykańska administracja. Przewodnie hasło Trumpa, czyli „America First”, oznacza bowiem nie tylko bezwzględną politykę imigracyjną, ale także bezwzględną politykę zagraniczną. Gabinet Trumpa nie zamierza przejmować się śmiercią dzieci w ośrodkach dla nielegalnych imigrantów, tak samo jak nie uroni łzy nad losem Kurdów w Syrii. Polityka międzynarodowa w rozpoczętym właśnie roku jeszcze bardziej niż w poprzednim będzie cierpiała na brak idealizmu, w który mimo wszystko przyjemnie było wierzyć. Jak odnajdzie się Polska w tej pozbawionej złudzeń rzeczywistości?