Flaczki tygodnia

Osiemdziesiąt lat temu, dnia pierwszego września roku 1939, dzielni, romantyczni Polacy długo patrzyli w niebo i czekali na nadchodzącą pomoc sojuszników. Nadeszli Niemcy.

Pierwszego września 2019 roku Niemcy też stawili się w komplecie. Ich prezydent i pani kanclerz. Za to Anglicy i Francuzi obniżyli rangę swych delegacji na wieść, że główny bohater uroczystości – prezydent USA Donald Trump – odwołał swą wizytę. I przyleci substytut.

Prezydent Trump od kilku dni sygnalizował swą narastającą niechęć do wizyty w Polsce. Najpierw zrezygnowano z wizytacji bazy wojskowej w Powidzu, potem skrócono jego pobyt do jednego dnia zamiast zapowiadanych dwóch. Na koniec pojawiło się alibi w postaci zagrażającego Florydzie huraganu. Żywiołu, który mógłby zmieść szanse prezydenta Trumpa na reelekcję.

Prymat kampanii wyborczej na polityką zagraniczną to dogmat znakomicie rozumiany przez elity PiS. Przecież obecna ekipa rządząca przez ostatnie cztery lata robiła jedynie nieustającą kampanię wyborczą.

Czemu prezydent Trump odwołał tak oczekiwaną przez pana prezesa Kaczyńskiego i jego ekipę tak długo zapowiadaną wizytę?
Czy naprawdę był to huragan? A może powodem była niechęć do uczestnictwa w kampanii wyborczej PiS? Albo brak jego ulubionego rosyjskiego kolegi na uroczystościach w Warszawie? Narodowcy plotkują, że to krecia robota lobby żydowskiego w Waszyngtonie? A może nagłe zanieczyszczenie Wisły warszawskimi ściekami? Czy nawet brak Grenlandii na sprzedaż w ofercie polskiej?

Krążących po Warszawie „prawdziwych” powodów jest wiele. Te prawdziwe zna amerykański prezydent. Można by go o nie zapytać, ale technicznie jest to trudne do wykonania. Na przełomie sierpnia i września poleciał na swoje pole golfowe w Wirginii, teren nieprzyjazny dla mediów. Nic tak przecież nie ułatwia koordynacji walki z huraganem jak gra w golfa.

W zastępstwie prezydenta Trumpa przyleciał jego substytut Mike Pence. Reprezentant amerykańskiej konserwy i religijnych bigotów. Widać administracja prezydenta Trumpa uznała, że polityk o takich poglądach zaspokoi potrzeby duchowe pana prezydenta Dudy i elit PiS.

Podczas warszawskich uroczystości stosowne przemówienie wygłosił pan prezydent Andrzej Duda. Był to typowy dla niego słowotok. Długi, krzykliwy, pełen typowych dla pana prezydenta banałów. Ale trzy wątki były
tam ciekawe.

Pan prezydent zacytował piosenkę Agnieszki Osieckiej z filmu „Prawo i pięść”. Reżyserii Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Filmu z 1964 roku, z czasów Polski Ludowej. I tak po raz kolejny mamy dowód zakłamania elit PiS. Z jednej strony stale opluwają dorobek Polski Ludowej, z drugiej nie potrafią do zacytowania znaleźć niczego wartościowego stworzonego przez popierany przez nich nurt narodowo – katolicki.

Pan prezydent Duda w swym słowotoku porównał prezydenta Rosji Putina do kanclerza III Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera. Łatwo mu było, bo prezydenta Putina nie zaproszono do Warszawy i nie miał szansy na polemikę.
Tworząc takie porównanie pan prezydent zachował się jak typowy narodowo-katolicki kaczysta. Stworzył zagrażającego zebranym wroga i straszył nim jak tylko potrafił. Zebrani jakoś nie podchwycili tego wątku.

I wreszcie pan prezydent Duda postanowił wykazać się odwagą i wytknąć państwom Zachodu, że nie powstrzymały ekspansji Hitlera. Że dopuściły do rozbioru Czechosłowacji. Nie wspomniał jednak, że w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku uczestniczyła także sanacyjna Polska.
Ot, kolejny przykład zakłamania elit PiS.

Przysłany w zastępstwie do Polski wiceprezydent Mice Pence przemówił jak katolicki ksiądz. Na początku swego kazania wylał rzekę wazeliny podkreślając, że „Ameryka kocha Polskę i Polaków”. Potem dał zebranym wykład powojennej polskiej historii pisanej z amerykańskiej perspektywy. Dlatego skupiał się przede wszystkim na represjach radzieckich i okropnościach bezbożnego komunizmu.
Bo przecież wszystkie zło, cała ta II wojna światowa, wydarzyło się dlatego, że „Człowiek zapomniał boga”. To zacytowany przez amerykańskiego substytuta Aleksander Sołżenicyn. Rosyjski pisarz, nacjonalista i antykomunista.
Aby zadowolić gospodarzy amerykański substytut przypomniał też papieża Jana Pawła II. I ciągnąc swe kazanie powtarzał formułki, że „Człowiek nie może zrozumieć się bez Chrystusa”, że wojenne zbrodnie były efektem braku wiary w niego. To w kraju, gdzie niemieccy katoliccy żołnierze pod hasłem: „Gott mit uns” wymordowali ponad 3 miliony Żydów, tych bez Chrystusa, nie było zbyt taktowne.
Amerykański substytut rozwiązał też problem wolności w Polsce i w Europie. Zadeklarował, że „Tam gdzie jest duch pana, tam jest i wolność”.
I wyjawił przyszłość naszego kraju. Będzie dobrze, bo przecież „bóg pobłogosławi Polskę”. Amerykę czeka jeszcze lepsza przyszłość, bo bóg błogosławi ją stale.

Niestety, amerykański substytut nie ogłosił zniesienia wiz dla Polaków. Nawet kiedy bóg tak im błogosławi.

Najlepsze przemówienie wygłosił w Warszawie prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Bez owijania w bawełnę po raz kolejny przyznał, że to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i zbrodnie wojenne. Po raz kolejny przeprosił za niemieckie zbrodnie i poprosił o wybaczenie.
Ale przy okazji przypomniał jakie wnioski wyciągnęły Niemcy z tej tragicznej historii.
Otóż Niemcy wyrzekły się nacjonalizmu. Wyrzekły się poczucia wywyższania ponad inne narody.
Aby nie dopuścić do kolejnej wojny Niemcy współtworzyły i współtworzą Zjednoczoną Europę. Unię Europejską. I za to dostał największe brawa zebranych.
Czyli robią wszystko to przeciwko czemu elity PiS protestują. Przeciwko czemu głosiły one narodowo-katolicką kontrrewolucję.

Oby teraz bojówki PiS nie napadły na któraś z niemieckich radiostacji.

Jaki prezydent?

Donald Trump, 45-ty prezydent Stanów Zjednoczonych jest unikalną postacią wśród mieszkańców Białego Domu.

Przed objęciem stanowiska prezydenta USA nie zajmował żadnego obieralnego stanowiska. Nie miał doświadczenia politycznego, nie miał za sobą służby wojskowej i nie miał znaczącego obycia międzynarodowego. Miał natomiast ambicje, by zasiąść na fotelu prezydenckim i miał duże pieniądze ok. 10 mld dol. by ten cel urzeczywistnić. Na pokonanym polu zostawił 16 rywali Partii Republikańskiej i w finałowej rozgrywce pokonał kandydatkę Partii Demokratycznej Hillary Clinton mimo, że uzyskał o 2,9 mln głosów mniej od niej.
Co można powiedzieć o prezydencie Trumpie po ponad dwóch latach sprawowania przez niego prezydentury? Jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach. Potrafi kilkakrotnie w ciągu jednego dnia zmienić poglądy na dany temat w zależności z kim rozmawia. Jest podatny na sprzeczne naciski na niego w Białym Domu. Z reguły rację przyznaje ostatniemu rozmówcy. Jest przy tym samochwałą i nie przyznaje się do błędów. A błędów popełnia rekordową ilość. Dziennik stołeczny „Washington Post”, który od początku jego prezydentury notuje błędy i potknięcia faktograficzne Trumpa obliczył, że do sierpnia bieżącego roku prezydent popełnił ponad 11 tysięcy błędów. Charakterologicznie Trump jest narcystyczny, zawsze pewny siebie, słuszności swych poglądów i demonstruje swoje rozdęte ego.
Jest jedynym prezydentem USA, który stanowczo odmawia ujawnienia swego zeznania podatkowego. Opublikował jedynie fragmenty swych dochodów i fragmenty sprawozdań podatkowych mimo, że demokraci, którzy mają większość głosów w Izbie Reprezentantów stanowczo domagają się od prezydenta oraz od władz podatkowych ujawnienia jego pełnego zeznania podatkowego.
Jest chaotyczny w organizacji swojego sztabu w Białym Domu. Trump jest wyjątkowo niestabilny w swojej polityce personalnej. W ciągu ponad dwóch lat swojej prezydentury zwolnił z Białego Domu ponad 20 bliskich współpracowników, w tym najważniejszych i najbliższych doradców z szefem personelu na czele. Z rządu Stanów Zjednoczonych zwolnił wielu ministrów, w tym m.in. sekretarza stanu i sekretarza obrony.
Trump, jako prezydent nie ma dalekosiężnej wizji polityki zagranicznej kraju. Ma napięte stosunki z najważniejszymi sojusznikami europejskimi, m.in. z Niemcami i Francją. Wyraźnie dąży do osłabienia by nie powiedzieć rozbicia Unii Europejskiej. Trump zachęcał Wielką Brytanię do opuszczenia Unii Europejskiej. Wyprowadził Stany Zjednoczone z wielu organizacji międzynarodowych, m.in. z paryskiego porozumienia z 2012 r. o zmianach klimatycznych, z Trans-Pacific Partnership, z UNESCO, z międzynarodowego porozumienia w sprawie Iranu. Trump nie przywiązuje również znaczenia do roli ONZ.
Trump demonstracyjnie podkreśla znaczenie m.in. stosunków z Izraelem i Arabią Saudyjską. Uznał Jerozolimę za stolicę Izraela i przeniósł ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, uznał również prawo Izraela do posiadania syryjskich Wzgórz Golan. Zapowiada wycofanie zgody na sprzedaż Turcji samolotów P-35, jako sankcję za zakup przez Turcję rosyjskich rakiet S-400.
Dziwną i niestabilną politykę Trump prowadzi wobec Rosji. Z jednej strony nakłada sankcje na Rosję jako karę za jej nieprzyjazną politykę wobec Ukrainy, z drugiej zaś strony chwali Putina i podkreśla gotowość do współpracy z Rosją. Kreuje Chiny, jako potencjalnego konkurenta i wroga Stanów Zjednoczonych. Praktycznie wypowiedział Chiną wojnę handlową. Doprowadził do napięcia stosunków sąsiedzkich z Meksykiem i domaga się zbudowania muru na granicy z Meksykiem, oczywiście na koszt Meksyku.
Trump, choć zdaje sobie sprawę, że Stany Zjednoczone nie są już super potęgą w świecie jak w niedawnej przeszłości, to jednak opowiada się za użyciem siły w polityce amerykańskiej nie precyzując gdzie i kiedy. Lansuje hasło „American First”, Ameryka przede wszystkim w świecie.
Nic dziwnego, że Trump ma niską wiarygodność zarówno międzynarodową jak i w samych Stanach Zjednoczonych. Ma wyjątkowo niskie poparcie w Europie. Według sondażu Pew Research przeprowadzonego w 37 krajach, poparcie dla Trumpa po kilku miesiącach sprawowania władzy wynosiło zaledwie 22 procent. Dla porównania podam, że jego poprzednik Barack Obama w końcówce swej prezydentury miał aprobatę na poziomie 64%. Szczególnie niskie poparcie miał Trump w krajach europejskich, np. w Niemczech 11 proc., we Francji 14 proc., w Holandii 17 proc., we Włoszech 28 procent. Stosunkowo wysoką aprobatę Trump miał w Izraelu 56 proc. oraz w Rosji 53 procent. Trumpa musiał zaboleć wynik sondażu przeprowadzonego w 37 krajach, z którego wynikało, że więcej ludzi ma zaufanie do Putina 27 proc. niż do Trumpa
22 procent.
W Stanach Zjednoczonych jego aprobata waha się w granicach 33-50 procent. Większość Amerykanów 51 proc. uważa, że Trump jest rasistą, natomiast 45 proc.,
że nie jest rasistą.
Trump nie ukrywa swych antyimigranckich sentymentów. W dniu 12 sierpnia br. zapowiedział drastyczną redukcję pozwoleń na przyjęcie imigrantów zagranicznych do Stanów Zjednoczonych. Trudniejszy dostęp do USA będą miały osoby o niższych dochodach, niskim wykształceniu oraz osoby, które będą zabiegały o pomoc ekonomiczną.
Trump ma stosunkowo niskie poparcie w społeczeństwie amerykańskim, mimo że sytuacja gospodarcza w USA jest dobra. Trump odziedziczył ją po swoim poprzedniku Baracku Obamie. Tempo wzrostu gospodarki wynosi ok 3 proc., a bezrobocie jest niskie 3,6 procent. Trump liczył, że poprawi swoje notowania obniżając podatki. Ale obniżył podatki głownie bogatym Amerykanom. Dlatego według sondażu Gallupa tylko 40 proc. ankietowanych Amerykanów pozytywnie oceniało obniżkę podatków podczas, gdy większość 49 proc. skrytykowało jego decyzję.
Donald Trump jest tak niestabilny, tak zmienny w swoich poglądach, że ludzie zadają sobie pytania, który Trump jest prawdziwy. Czy ten, który przemawia w Gabinecie Owalnym Białego Domu czy ten, który rozmawia z ludźmi i dziennikarzami, czy wreszcie ten, który rozsyła swoje opinie na Twitterze? W odstępie kilku dni Trump potrafi wygłosić na zbliżony temat trzy różne przemówienia. Jest podatny na różne, często sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jaki i zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Dlatego w swoich wystąpieniach i na Twitterze preferuje krótkie oceny bieżących wydarzeń. Trump ma bowiem trudności w skoncentrowaniu dłuższej uwagi na
jednym temacie.

Donald ante portas

Refleksje w związku z planowaną wizytą Prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej

Wizyta nasuwa pytanie jaką rolę Stany Zjednoczone odgrywają w Polsce i Europie Środkowej. Na podobne postawione pytanie odpowiada profesor Longin Pastusiak w referacie pt. „Czy Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce po ZSRR?”. Referat wygłoszony został na Konferencji z okazji 75 rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jaka odbyła się w Warszawie 20 lipca 2019 roku. W gruncie rzeczy sprawa dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy Środkowej. W materiale z Konferencji czytamy: „Koniec zimnej wojny, rozpad Związku Radzieckiego, dążenia społeczeństw państw Europy Wschodniej, przewaga Zachodu w rywalizacji ze Wschodem, to były główne siły sprawcze, które doprowadziły do zmiany konfiguracji politycznej nie tylko Europy. Polska jest najbardziej wyrazistym przykładem zastąpienia wpływów politycznych Rosji przez wpływy Stanów Zjednoczonych Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce zajmowane przez ostatnie półwiecze przez Związek Radziecki”. W innym miejscu profesor przypomina: ”Stany Zjednoczone z zadowoleniem powitały zarówno wyniki konferencji okrągłego stołu jak i wyniki wyborów parlamentarnych 4 czerwca 1989 roku. Wydarzenia w Polsce oraz w innych krajach Europy Wschodniej spowodowały również zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych wobec regionu.”
Niewątpliwie to Polska utorowała drogę do ogromnych zmian w Europie Środkowej. Oceniając aktualną pozycję Stanów w naszym regionie nie sposób nie wspomnieć o wielu innych wydarzeniach jakie miały miejsce po 1989 roku, a wśród nich o przystąpieniu Polski do NATO, a następnie do Unii Europejskiej. Gdyby nie akces Polski i większości krajów regionu do Unii Europejskiej, można by mówić o całkowitym uzależnieniu Polski od USA. Racją stanu Polski i pozostałych państw regionu od początku zmian politycznych w Europie Środkowej było utrzymanie więzi transatlantyckich między Europą Zachodnią a Stanami Zjednoczonym i Kanadą. Przy czym o tym co dzieje się Europie nie decyduje tylko Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Znaczących aktorów na scenie europejskiej jest wielu, a wśród nich Watykan, Rosja i Chiny.
Jeżeli chodzi o amerykańską politykę wobec Polski i regionu, to kształtowała się ona – co nie jest szczególnie odkrywcze – już przed Trumpem i nie decydowali o niej wyłącznie kolejni prezydenci. Pewne elementy tej polityki są stałe, co nie znaczy, że niezmienne. Funkcjonował niegdyś termin – kompleks wojskowo-przemysłowy, myślę, że i dzisiaj kompleks istnieje i ma wiele do powiedzenia. Ważne miejsce w kształtowaniu zrębów amerykańskiej polityki zagranicznej zajmują też, mniej lub bardziej ważne, ośrodki naukowe. W Polsce znane są bliżej dwie osoby, których dorobek naukowy dotyczy w dużym stopniu Europy Środkowej. Chodzi o Zbigniewa Brzezińskiego i George’a Friedmana. Ten ostatni wieszczy Polsce mocarstwową pozycję w Europie; odbywać się to ma poprzez umacnianie wpływów amerykańskich w naszym regionie, dostępie Polski do najbardziej zaawansowanych amerykańskich technologii, a także poprzez osłabianie Unii Europejskiej, szczególnie Francji Niemiec. Wydaje się, że prezydent Trump realizuje częściowo ten właśnie scenariusz, popierając m.in. Brexit. Zbigniew Brzeziński napisał kiedyś, że Stany Zjednoczone mogą wiele, ale nie wszystko. Politycy amerykańscy powinni przyswoić sobie tę sentencję. Jest dość oczywiste, np. w przypadku Brexitu (któremu przeciwny był prezydent Barack Obama), że Brexit osłabi cały Zachód, a więc i Stany Zjednoczone. Byłoby przy tym swoistym paradoksem gdyby się okazało, że w przypadku Europy będzie odwrotnie i że Brexit wzmocni Francję i Niemcy w Unii i samą Unię. Już teraz odnieść można wrażenie, że Unia oczekuje z niecierpliwością na rozstanie z Wielką Brytanią. Unia Europejska uwolniona od wiecznie rozkapryszonej Wielkiej Brytanii może na Brexicie zyskać. Do zadowolonych z Brexitu, oprócz Stanów i UE dodać można Rosję. Zadowoleni są więc wszyscy, tylko sami Brytyjczycy nie są co do tego zgodni. Bo, jak się już teraz wydaje, Wielka Brytania przysporzy sobie przez Brexit wiele kłopotów. W przeciwieństwie do Friedmana, Zbigniew Brzeziński nie stawiał na rozbicie Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie uważał, że Polska ceniona będzie przez Stany jako wartościowy sojusznik dopiero wówczas, gdy jej stosunki z Niemcami będą doskonałe. Jak dotąd prezydentowi Trumpowi bliżej do Friedmana. Jest wszakże dość istotna różnica. O ile, moim zdaniem, Friedman przywiązuje zbytnią wagę do czynnika militarnego, to prezydent Trump kładzie także duży nacisk na rozwój z Polską i Europą Środkową stosunków gospodarczych. I tę różnicę należy ocenić pozytywnie. Wiele poglądów Friedmana (nie są to zapewne tylko jego poglądy) znajduje od dawna swe odzwierciedlenie w polityce amerykańskiej wobec Europy Środkowej. Jego zdaniem Stany zrobią wszystko, aby nie dopuścić do zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją, co z uwagi na zaszłości i lekcje z historii wydaje się być dla naszego regionu korzystne. Brzeziński dopuszczał natomiast możliwość zbliżenia unijno-rosyjskiego, pod warunkiem amerykańskiej dominacji w euroatlantyckiej wspólnocie. W tym też kontekście, a nie tylko z uwagi na ewentualne zagrożenie rosyjskie, oceniać należy rosnącą powoli, ale stale, amerykańską obecność polityczną i militarną w Polsce, Rumunii i Europie Środkowej. Nie bez znaczenia strategicznego jest także krótka odległość naszego regionu do Bliskiego Wschodu. Należy oczekiwać, że obecność amerykańska w Europie Środkowej będzie coraz bardziej odczuwalna. Stany Zjednoczone wykorzystują tu zarówno możliwości jakie daje rozwijanie bezpośrednich relacji z państwami Europy Środkowej, jak i mechanizmy sojuszu NATO, w którym zajmują czołową i decydującą pozycję. Obecność amerykańska w Polsce i Europie Środkowej ma swoje zalety, ale jednak tylko wtedy, gdy państwa regionu pozostaną lojalnymi i konstruktywnymi członkami Unii Europejskiej. Nie rezygnując z przyjaźni z Ameryką, nasz region powinien wzmacniać swą wewnętrzną integrację, czemu wydają się sprzyjać Stany, przy czym integracja ta (Grupa Wyszehradzka, Trójmorze) nie powinna być skierowana przeciwko Unii, lecz w ramach Unii i dla dobra Unii. W tym też sensie Stany Zjednoczone nie zastąpią w Polsce i Europie Środkowej Związku Radzieckiego, który, z wyłączeniem Jugosławii, Grecji i od pewnego momentu Albanii, miał nad regionem kontrolę całkowitą. W regionie liczy się bowiem obecnie przede wszystkim przynależność do Unii Europejskiej. (Tutaj można przypomnieć zarzuty przeciwników UE, że Bruksela zastąpiła Moskwę). Nie wydaje się przy tym, aby w dalszej perspektywie zależało Stanom na osłabianiu samej Unii, natomiast możliwe są skuteczne wysiłki zmierzające do osłabiania relacji Unia Europejska – Rosja. Wszystko po to, by w pewnym momencie (np. przy osłabieniu Rosji lub zmianie jej kierownictwa na zachodnie, lub wręcz proamerykańskie) zająć miejsce pierwszego partnera Moskwy. W chwili obecnej jednak pierwszym partnerem Rosji są Chiny i właściwie trudno sobie wyobrazić sytuację, w której dla Rosji lepszym sojusznikiem od Chin byłyby Stany, lub nawet Unia Europejska. Przy obecnym swym rozwoju Chiny mogą dać Rosji wszystko czego poskąpi Zachód. Na arenie międzynarodowej Rosja radzi sobie zupełnie dobrze. Tak np. na Bliskim Wschodzie polityka Stanów Zjednoczonych w sposób (chyba?) niezamierzony przybliża Rosję do wymarzonego od dekad celu – włączenia Iranu w orbitę swych wpływów oraz do ciepłych wód Zatoki Perskiej. Iran i Rosja uzgadniają obecnie powstanie na wybrzeżu irańskim dwóch rosyjskich baz, morskiej i lotniczej.
G. Friedman przedstawia dla Stanów Zjednoczonych 100 letnią wizję strategiczną, a Z. Brzeziński wizję do 2025 roku. Friedman nie wyklucza przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej w dalszej perspektywie, ale w roku 2020 spodziewa się początku głębokiego kryzysu w Rosji. Brzeziński natomiast zastanawiał się w jaki sposób przyciągnąć Rosję i Turcję do euroatlantyckiej wspólnoty, po to by zapewnić Zachodowi światowe przywództwo. Jak widać spełnia się niestety wizja Friedmana.
Wracając do naszego regionu, należy jeszcze raz podkreślić, że obecność amerykańska w Europie Środkowej nie zagraża Unii Europejskiej. Są oczywiście pewne różnice, jak np. w sprawie Nord Streamu, ale równocześnie zarówno Unia Europejska, jak Stany Zjednoczone zainteresowane są rozbudową infrastruktury gospodarczej (energetycznej i komunikacyjnej) w Europie Środkowej na linii Północ-Południe. Wiele spraw uzgadnianych jest w ramach NATO. Nie ma większych różnic w polityce wobec Rosji. Przy wszystkich słabościach wspólnoty zachodniej, jej względna jedność jest dla Rosji wystarczającym powodem by rozbijać różnymi sposobami spoistość Unii Europejskiej, bo osłabia to cały Zachód. Rosji trudno jest pogodzić się z rozpadem Związku Radzieckiego, z istnieniem niepodległej Ukrainy i z utratą wpływów na obszarze od Finlandii po Bałkany. Ukraina, powiedzmy, że nawet bez Krymu (i Donbasu?), pozostanie już częścią Zachodu. Dalsza rozgrywka toczyć się może o losy Białorusi, gdzie Zachód nie ma zbyt wiele szans. Dotąd Zachód (Unia i USA) nie potrafił znaleźć odpowiedniego klucza do tego kraju i to prawdopodobnie częściowo z powodu naiwnych podpowiedzi ze strony solidarnościowych polityków i tzw. ekspertów po 1989 roku. Zachód przegrywa batalię o Białoruś przede wszystkim dlatego, że tożsamość białoruska nie jest tam jeszcze w pełni ukształtowana. Większość mieszkańców Białorusi to Rosjanie, a nawet niektórzy Białorusini dali się przekonać, że mówić po białorusku to wstyd. Kłania się tu okrutna historia Białorusi. Prześladowania Białorusinów miały miejsce już za caratu. Podczas I wojny światowej natomiast wojska rosyjskie wycofując się przed ofensywą niemiecką namówiły lub zmusiły setki tysiące Białorusinów, strasząc ich Niemcami, do udania się w głąb Rosji, skąd większość nigdy nie wróciła do swoich domów. Po Rewolucji Październikowej pierwsze lata sprzyjały rozwojowi tożsamości białoruskiej, później nastąpiły stalinowskie prześladowania. Najgorsze jednak dla Białorusinów lata to okres II wojny światowej, kiedy to zginęły miliony Białorusinów. Ginęli m.in. w mundurach polskich, niemieckich i radzieckich. Spotkać się można z ocenami, że w związku z zawieruchą wojenną, straty ludnościowe Białorusi procentowo były największe w porównaniu z innymi narodami. Zginął co czwarty Białorusin, w sumie ponad 2 miliony Dodać to tego trzeba deportacje Białorusinów, Polaków i Żydów z Białorusi w głąb Rosji. Później, po II wojnie, podobnie jak na Litwie, Łotwie i Estonii osiedlali się na Białorusi Rosjanie i tzw. ludność rosyjskojęzyczna.
Państw-aktorów na scenie europejskiej, w tym w Środkowej Europie jest wielu. Często w rozważaniach na temat Europy zapomina się o Watykanie. Wystarczy jednak przypomnieć istotną rolę jaką Stolica Apostolska odegrała w kryzysie bałkańskim, a szczególnie w rozbiciu Jugosławii; nie była to być może rola decydująca, ale jakże ważna! Dyplomacja watykańska jest bardzo sprawna w skali światowej. Na naszym „podwórku” na baczną uwagę zasługuje dialog jaki od dawna trwa między Watykanem, a rosyjskim prawosławiem i władzami rosyjskimi. Rezultaty tego dialogu mogą być bardzo istotne, być może nie dla całej Europy, ale na pewno dla Europy Środkowej, gdzie zarówno tradycje katolickie, jak i prawosławne są bardzo silne. Między katolicyzmem a prawosławiem jest wiele punktów stycznych i podobieństw (np. kult Maryi).
Docenić też należy politykę Chin wobec Unii Europejskiej oraz w Europie Środkowej. Stosunki z Chinami są dla Europy ważne z uwagi na wymianę handlową i współpracę gospodarczą. Uważa się, że realizacja inicjatywy tzw. Pasa i Nowego Jedwabnego Szlaku przyczyni się do dalszego, pomyślnego rozwoju światowego handlu. Z kolei koncepcja „17+1” to mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowej. Innymi słowy, Stany Zjednoczone wzmacniając swą obecność w Europie Środkowej muszą uwzględniać w swej polityce aktywność oraz interesy innych państw. Powinny także wziąć pod uwagę zmieniające się nastroje społeczne; polskie społeczeństwo, podobnie jak społeczeństwa innych krajów środkowoeuropejskich, jest tradycyjnie bardzo przyjaźnie nastawione do Ameryki. Niemniej jednak w dobie Internetu wiedza o świecie jest zdecydowanie większa niż np. 50 lat temu, dlatego profesor Pastusiak słusznie zauważa:”…stopniowo słabnie w świadomości społeczeństwa polskiego zjawisko, które określam mianem mitologii amerykańskiej, a które jest skrzyżowaniem fascynacji Stanami Zjednoczonymi z ignorancją na temat realiów z życia i polityki amerykańskiej”. Trudno się dziwić np. gdy młodzi Polacy krytycznie oceniają powtarzające się przypadki masowych zabójstw w Stanach Zjednoczonych i łatwy dostęp do broni palnej. Kultura rodem z westernów przestaje już bawić. Podobnie przedstawia się sprawa ochrony środowiska. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, rośnie przekonanie o konieczności zdecydowanych kroków na rzecz ochrony środowiska, i tu także się różnimy z Amerykanami. Z drugiej strony Amerykanom nie wszystko (często słusznie) podoba się w Polsce.
Dzięki niezmordowanej i skutecznej pani Ambasador Georgette Mosbacher przyjeżdża do Polski po raz drugi w krótkim czasie Prezydent Donald Trump. Oczekując jego wizyty należy wyrazić nadzieję, że uroczystości związane z rocznicą wybuchu II wojny światowej przypomną zaproszonym gościom okrucieństwa wojny i skłonią do działań, które zapobiegną kolejnej katastrofie.

Zdziwiona Dania

Trump odwołał swoją wizytę w Danii, dokąd miał się udać bezpośrednio po zakończeniu pobytu w Polsce 1 września 2019 r.

Dania jest przede wszystkim zdziwiona, politycy nie bardzo rozumieją, o co mu poszło – bo podobno obraził się, gdy usłyszał, że premier Danii Mette Frederiksen (socjaldemokraci) nie zamierza z nim rozmawiać o ew. sprzedaży Grenlandii, a zwykli ludzie są głównie rozbawieni i nie szczędzą Trumpowi hejtu, jakiego nawet i sędzia Piebiak by się nie powstydził.
Określenia „szalony/szurnięty dziadunio”, co należałoby tłumaczyć na nasze jako coś w rodzaju „stuknięty/zdziwaczały wujcio”, należą do najłagodniejszych. Na wieść o tym, że Trump rozważa odwołanie wizyty w Danii były dwukrotny premier Lars Løkke Rasmussen (liberałowie) powiedział, że wiadomość ta wygląda mu na głupi primaaprilisowy dowcip, „ale przecież 1. kwietnia już minął”. Z ulgą odetchnęła policja, bo mieliby mnóstwo nielubianej przez siebie roboty. W każdym razie nikt tu po Trumpie, który od początku traktowany był przez media jak populista i dziecko specjalnej troski, płakał nie będzie. I jedynie Dansk Industri, stowarzyszenie duńskich przemysłowców daje do zrozumienia, że lepiej Trumpa nie drażnić, bo nie wiadomo co jeszcze
może „wyciąć”.
W załączeniu rysunek z dzisiejszego wydania „POLITIKEN” – jednego z największych, poważnych duńskich dzienników. Tekst w „Politiken”, który zilustrowano załączonym rysunkiem, jest jak najbardziej poważny i stonowany, ale między wierszami jest też nieco drwin, w tym zawoalowane stwierdzenie, że na szczęście Dania (jeden z najzamożniejszych krajów świata) może sobie pozwolić na to, żeby przeczekać tego niezwykłego Amerykanina. Rysunek przedstawia premier Danii Mette Frederiksen i królową Małgorzatę II, którym cham Trump pokazał dudę. Bo i pałac też poczuł się obrażony wybrykiem Trumpa.
Duńczycy – politycy, media i zwykli poddani JKM Małgorzaty II – gorąco kochali Baracka Obamę, ale najbardziej „połechtał” ich Bil Clinton, gdy w roku 1997 w Kopenhadze powiedział Duńczykom, że „gdy Dania przyłącza się w jakimś działaniu do USA, to Ameryka wie, że jest po dobrej stronie mocy”. Była to pierwsza w historii wizyta amerykańskiego prezydenta na Wyspach Duńskich, 80.000 osób zgotowało Clintonowi owację na jednym z centralnych placów Kopenhagi, a wieczorem Clinton w towarzystwie symbolicznej obstawy, udał się do jednego z kopenhaskich klubów, gdzie oczywiście zagrał na saksofonie.

Antyfaszysta to terrorysta

Prezydent Donald Trump rozstawia akcenty zgodnie ze swoim światopoglądem. Bez żadnych podstaw żąda na Twitterze, by amerykańska Antifa została zaliczona do organizacji terrorystycznych.

Trump ogłosił na TT, że administracja prezydenta rozpatruje projekt nowego prawa, by aktywistów, których uważa za lewicowych radykałów, uznać za terrorystów.
„Jest rozpatrywana możliwość, by ogłosić ANTIFA, tych nienormalnych tchórzliwych lewicowych radykałów, którzy biją ludzi po głowach kijami bejsbolowymi (tylko tych, którzy nie mogą im oddać), jako terrorystyczną organizacją na równi z MS-13 [jedna z najbardziej niebezpiecznych band przestępczych w USA – przyp. red.] Policji ułatwi to pracę”, napisał prezydent USA.
Reakcja Trumpa została wywołana wydarzeniami z 30 czerwca, kiedy w Portland doszło do zamieszek. Prawica, reprezentowana przez organizację Proud Boys (Dumni chłopcy) miała zamiar przejść ulicami miasta w sprzeciwie przeciwko obchodzeniu Miesiąca Dumy przez środowiska LGBT. Nieśli ze sobą portrety prezydenta Trumpa i banery ze swoimi hasłami. W wyniku starć kilkanaście osób zostało rannych. Lewicowi demonstranci rzucali „koktajlami wegańskimi” z mleka, choć zdarzały się i takie, w skład których wchodził szybkoschnący cement. W ruch poszły jajka i butelki z wodą, którymi oberwali także niektórzy funkcjonariusze policji. Demonstranci rozpylali gaz łzawiący i grozili tłumowi pałkami czy kijami.
6 lipca podobna akcja miała miejsce w Waszyngtonie, choć do bezpośrednich starć nie doszło, wywrócono jedynie kilka stoisk z prawicowymi gazetami.
Gdyby pomysł Trumpa wszedł w życie, to działanie szeroko rozumianych lewicowych organizacji w USA zostałoby znacznie ograniczone.

Głupota Macrona?

Amerykański prezydent wystąpił w obronie GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) – czołowych amerykańskich koncernów technologii internetowych, które Francja próbuje opodatkować. GAFA i inne amerykańskie giganty stosują ucieczki podatkowe na wielką skalę – w Europie właściwie nie płacą nic. Francja jest pierwszym krajem, który chce to zmienić. Trump już mówi o „wojnie”.

„Tylko my mamy prawo nakładać podatki na amerykańskie przedsiębiorstwa” – kłamał amerykański prezydent, zapowiadając „odpowiedź na głupotę Macrona”. Cło na francuskie wina, sprzedające się w Ameryce bardzo dobrze, zapewne mocno wzrośnie. „Wino amerykańskie jest dużo lepsze niż francuskie” – ogłosił Trump, który nie pije alkoholu.
W tym miesiącu francuski parlament przyjął ostatecznie ustawę o opodatkowaniu francuskiej działalności GAFA. Jest to prawo pionierskie, gdyż do tej pory w Europie te koncerny unikały podatków, wykorzystując strach tubylców przed imperium. Amerykanie uważają, że płacenie podatków zagranicą to „dyskryminacja”. Rzecznik Białego Domu Judd Deere zapowiedział, że „administracja nie pozostanie z założonymi rękami, nie będzie tolerować dyskryminacji przedsiębiorstw amerykańskich”.
Francuski podatek nie będzie liczony od zysku, zazwyczaj konsolidowanego w oficjalnych rajach podatkowych, jak Irlandia, tylko od obrotu (3 proc.) we Francji, dopóki OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) nie skoordynuje wprowadzenia nowych reguł pobierania takich podatków dla wszystkich członków organizacji. Francuski podatek GAFA ma obowiązywać wstecznie, od 1 stycznia bieżącego roku. Zapłacą go firmy, których obroty na świecie wynoszą ponad 750 milionów euro, a we Francji dwadzieścia pięć milionów.
Ekonomiczny doradca Trumpa Larry Kudlow nazwał decyzję Francji „grubym, bardzo grubym błędem”. Ameryka nie jest zadowolona, ale Francuzi na razie nie miękną, zapowiadają wprowadzenie w życie ustawy.

Wojenny budżet

Amerykanie skończyli z wydawaniem setek miliardów na wojsko, teraz będą wydawać biliony. Republikanie i demokraci zgodzili się na przyznanie armii 2,7 bilionów dolarów na dwa lata, tj. 1 35o 000 000 000 dolarów rocznie. To najnowszy, absolutny rekord wydatków wojskowych na świecie. Wielu deputowanych nazywa ten budżet „astronomicznym” lub „obscenicznym”, inni po prostu „wojennym”, ale większość, w tym tzw. progresywna frakcja demokratów, głosowała za.

Tylko 16 demokratów głosowało przeciw (w tym znane posłanki Ilhan Omar i Ayanna Pressley z lewego skrzydła partii). Reszta zaaprobowała umowę z republikanami, co dla lokalnych dysydentów oznacza „niekontrolowany wpływ lobby Pentagonu i przemysłu zbrojeniowego”. Dla części republikańskich deputowanych najnowsze liczby były jeszcze za małe. Z kolei inni przeciwnicy giga-budżetu dla wojska podkreślali, że niebezpiecznie wzrośnie deficyt budżetowy Stanów Zjednoczonych, i tak obciążony potężnymi długami.
Demokraci, którzy głosowali za, wyjaśniali dziennikarzom, że to z powodu wrażliwości społecznej, gdyż przy okazji znacznie wzrośnie cywilny fundusz dla rodzin wojskowych. W kwietniu „progresiści” na swym zjeździe podjęli decyzję o sprzeciwie wobec zwiększania „szalonego” budżetu Pentagonu, lecz w czasie głosowania przeciw były tylko wyjątki.
Prezydent Donald Trump będzie najbardziej uzbrojonym amerykańskim prezydentem w historii. Według niektórych komentatorów, przeważyła perspektywa konfliktu z Iranem, dalszego nacisku na Wenezuelę i inne kraje, nie mówiąc o zapewnieniu „decydującej przewagi” wobec Chin i Rosji.

Ach ci dyplomaci

W sobotę wieczorem brytyjska gazeta Mail on Sunday opublikowała niektóre tajne depesze dyplomatyczne, które w ostatnich latach napływały z brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie. Natychmiast wszczęto śledztwo, które ma wyjaśnić, jak one wypłynęły na plac publiczny. Skandal zrobił się oczywiście międzynarodowy, Amerykanie są bardzo niezadowoleni, sam Trump wręcz wściekły.

Jest to sprawa bardzo kłopotliwa dla rządu brytyjskiego, gdyż obawia się on, że sprawa mocno pogorszy stosunki z jego historycznym sojusznikiem, z którym miał podpisać post-brexitową umowę o wolnym handlu.
65-letni Kim Darroch, ambasador Wielkiej Brytanii w USA, pisał m.in. „Tak naprawdę nie sądzimy, by ta administracja mogła stać się znacząco normalniejsza, mniej dysfunkcyjna, mniej nieprzewidywalna, mniej podzielona, mniej niezręczna i nie nadająca się do dyplomacji.” Częstował też samego prezydenta różnymi epitetami, wśród których „niekompetentny” i „niestabilny” należą do łagodnych.
Na dodatek, według ambasady, korytarzowe walki frakcyjne i chaos w Białym Domu „nie są żadnymi fake newsami”, jak od początku twierdzi Donald Trump. Co do Iranu na przykład, „niespójne” stanowisko Trumpa i jego ekipy może zdaniem Darrocha naprawdę doprowadzić do wojny. Ambasador uważa za „bajkę” uzasadnienie przez prezydenta odwołania nalotów na Iran możliwością zabicia 150 osób. Jest natomiast pewien, że powstrzymują go na razie kalkulacje wyborcze.
Premier Theresa May surowo potępiła „niepatriotyczny” przeciek, o który władze podejrzewają jednego ze swych funkcjonariuszy. Jeremy Hunt, kandydat do zastąpienia May, podkreślał, że „szczere” depesze dyplomatyczne są rządowi niezbędne, ale z tego względu nie mogą być upubliczniane. Nie omieszkał dodać, że chodzi jedynie o „osobiste” opinie ambasadora, których rząd oczywiście nie może z nim dzielić.
Sam Trump dał wyraz swej antypatii do brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie i jej ambasadora, który jego zdaniem „źle służył swemu krajowi”. Czas przeszły wskazuje, że wkrótce zostanie wymieniony przez władze brytyjskie w Londynie. Tak czy inaczej – dalsze urzędowanie ambasadora, którego prezydent państwa przyjmującego zamierza ignorować jest pozbawione sensu.
Prezydent Trump nie ograniczył się jednak do samego zdezawuowania szefa brytyjskiej placówki, ale przeniósł swą złość także na Theresę May, której wypomniał, że nie posłuchała jego rad, jak działać w sprawie Brexitu i wyrażając niekłamaną radość z jej rychłego odejścia. „To dobra wiadomość dla Zjednoczonego Królestwa, że będzie miało niedługo nowego premiera” – napisał na Twitterze. I pewnie ma na swój sposób rację: z następcą May, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie najbardziej „trumpoidalny” polityk Wielkiej Brytanii Boris Johnson, Biały Dom pewnie będzie rozumiał się lepiej. Bo liczyć na to, że Donald Trump zrozumie, że oto znalazł się w sytuacji takiej, jak Horodniczy z „Rewizora” Gogola, nie ma co.
Osobną sprawą pozostaje natomiast sam fakt pojawienia się przecieków, który w tym momencie wydaje się nieprzypadkowy. Bez wątpienia Jeremy Hunt ma w tej sprawie rację, że korespondencja dyplomatyczna musi być rzetelna, ale też warunkiem tej rzetelności jest jej tajność i fakt, że trafi wyłącznie do osób, dla których jest przeznaczona. Jeżeli na łączach pomiędzy jedną z najważniejszych brytyjskich placówek a Foreign Office korespondencja może wyciekać, jest to sygnał złego funkcjonowania służby zagranicznej Jej Królewskiej Mości, bo takie sytuacje nie mają prawa się zdarzać.
Dodać trzeba także, że to już kolejny przypadek, że tajne informacje wyciekają z brytyjskich urzędów. Dwa miesiące temu ze stanowiskiem musiał się pożegnać brytyjski minister obrony Gavin Williamson, obciążony za wydostanie się treści tajnych rozmów na temat chińskiego koncernu Huawei, zaś kilka dni temu na wysypisku śmieci znalezione zostały całe serie dokumentów z laboratorium Porton Down, znanego choćby z ekspertyz w sprawie zamachu na rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córkę.

Incydent w cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz.

Cieśnina jest na to za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem. Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentatorów lewicowych.

„To ogromna nieodpowiedzialność obydwu stron, igranie z ogniem!”

Reakcja ta rozdziela winę po równo i lekceważy nie tylko poważną różnicę sił i usytuowania obydwu stron w tych sił międzynarodowym układzie, ale też podstawowe fakty dotyczące samego wydarzenia.

Iran znajduje się pod presją globalnego mocarstwa, które w kupę gruzu obróciło już dwóch jego bezpośrednich sąsiadów (Afganistan i Irak) oraz prowadzi nieformalną wojnę z dronów na północy trzeciego (Pakistanu). Oprócz tego od lat dowodzi (nieudaną jak dotąd) operacją wymiany reżimu w nieco dalszej, ale związanej z Iranem przyjaźnią z rozsądku Syrii, a także wspiera saudyjskie zbrodnie wojenne na innych przyjaciołach Iranu w Jemenie. Wszystko to, przypomnijmy, Amerykanie robią tysiące kilometrów od swoich granic. Iran tymczasem leży tam, gdzie leży.

W otoczeniu państw pod ciężarem amerykańskiego buta upadłych lub na krawędzi upadku, boi się o własne terytorium. Ma wszelkie prawo bronić swoich granic niezależnie od tego, jaki w Iranie panuje ustrój i czy się komuś podoba, kto w nim rządzi. Takie prawo (a bywa, że i obowiązek) ma każde państwo. Iran reaguje na presję mocarstwa od kilkudziesięciu lat mu wrogiego, odpowiedzialnego za tragiczną destabilizację całego regionu, w którym Iran ma pecha się znajdować.

Po incydencie z japońskimi tankowcami, który mógł być amerykańską prowokacją (Japończycy – właściciele tankowców i rząd – od początku dystansują się od amerykańskiej wersji wydarzeń), Iran nie mógł tak po prostu przyglądać się, jak samoloty amerykańskiej armii wlatują na jego terytorium. Jednak zanim uderzyli, Irańczycy wysłali Amerykanom kilka ostrzeżeń, które zostały zignorowane (celowo, żeby sprowokować eskalację?). Wówczas uderzyli wyłącznie w drona, a nie w towarzyszący mu samolot, na którego pokładzie byli ludzie – Irańczycy chcieli więc uderzyć, pokazać, że potrafią zestrzelić najdroższe amerykańskie zabawki (ok. 200 mln $), jednocześnie nikogo nie zabijając.

Wpisuje się to w pragmatyczną politykę międzynarodową prezydenta Hasana Rouhaniego (mówi się o polityce „strategicznej cierpliwości”), któremu można tylko pozazdrościć zimnej krwi. Pamiętajmy, że Iran dopiero w rok po amerykańskim wycofaniu się z podpisanego przez Obamę wielostronnego porozumienia nuklearnego zaczął pomrukiwać, że również będzie w takim razie zmuszony porzucić realizację jego postanowień. Póki co, wciąż się jednak do nich stosuje, pomimo ciężaru, jakim są dla niego amerykańskie sankcje.

„Takie incydenty to tylko woda na młyn ekstremistów w obydwu krajach – tylko oni tak naprawdę chcą wojny!”

Jest to wariant tej pierwszej reakcji, tyle że zawężony i skonstruowany tak, żeby sprawiał pozory, że bierze pod uwagę złożoność politycznej rzeczywistości w USA i Iranie.

To prawda, że w ustroju politycznym Iranu istnieją równoległe i rywalizujące o wpływy ośrodki i struktury władzy (kler, administracja prezydencka i złożony z konkurujących sił parlament, siły zbrojne podzielone na różne dość od siebie nawzajem niezależne gałęzie), których elity mogą dążyć do rozgrywania różnych napięć, w tym zewnętrznych, w rozgrywkach między sobą. Ale teza, że któryś z tych ośrodków chciałby wojny z USA, pozostaje jednak nadal do udowodnienia.

Iran od ponad dwustu lat nie najechał żadnego państwa, odpowiadał wyłącznie na napaści z zewnątrz. Irańczycy wciąż pamiętają wieloletnią wojnę z Irakiem Saddama Husajna (wojującym za saudyjskie pieniądze, zaangażowane zresztą i tym razem w podżeganie do wojny). Iran jest otoczony wojnami (wywołanymi albo przez Stany Zjednoczone, albo przez ich reżimy klienckie) i już teraz jest nimi przeciążony. Masy uchodźców z Afganistanu i Iraku, siły i środki kierowane nieprzerwanie na wsparcie sojuszników w Syrii, Iraku, Libanie, Jemenie – to wszystko są odczuwalne ciężary, zarówno dla irańskiego społeczeństwa, jak i dla aparatu państwa, zmagającego się przecież do tego wszystkiego z amerykańskimi sankcjami. Nikt w Iranie nie chce jeszcze jednej wojny, na dodatek z tak potężnym wrogiem. Ale Irańczycy są dumnym społeczeństwem i tak jak niegdyś Wietnamczycy, po prostu nie zamierzają paść na kolana. Przyzwyczajeni do płynących z Waszyngtonu pogróżek, są do wojny gotowi (pół miliona mężczyzn pod bronią, ósma armia świata).

W Stanach Zjednoczonych natomiast większość klasy politycznej i cała oligarchia pragną wojny – tej albo innej, albo też tej jako wstępu do innej, (znacznie) większej. Trita Parsi, autor książki o irańskim dealu Obamy, pisał niedawno w lewicowym „The Nation”, że jakie by nie były różnice między oficjalnymi dyskursami Republikanów i Demokratów, cała waszyngtońska klasa polityczna w głębi serca zawsze chciała Iran w jego obecnej (tzn. tej ukształtowanej przez rewolucję islamską Chomeiniego) postaci unicestwić. Świadomość, że tak duże (80-milionowe), rzucające się w oczy państwo, położone tak strategicznie, jeśli chodzi o dostęp do surowców energetycznych (nie tylko jego własnych złóż; jedna trzecia światowego eksportu ropy trafia na rynki przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz), jest otwarcie wrogie modelowi świata podporządkowanemu woli jednego supermocarstwa, pozostaje dla amerykańskich klas panujących nie do wytrzymania.

Parsi przekonuje, że Obama był w tym wszystkim zaburzeniem, wprowadził sprzeczność niemożliwą na dłuższą metę do utrzymania. To dlatego musiał o Iran Deal walczyć nawet z własną partią i dlatego porozumienie przetrwało tak krótko. Wojna z Iranem jest w Waszyngtonie marzeniem nie tylko ekstremistów – bliższą prawdy byłaby teza, że jedynie wyjątki, „ekstremiści” (na warunki amerykańskiego establiszmentu) jej naprawdę, szczerze nie chcą.

W każdym razie do incydentu w Zatoce Omańskiej, tego z japońskimi tankowcami. W Kongresie dało się nagle słyszeć więcej niż dwa na krzyż głosy przeciwko nowej wojnie – jeszcze zanim wybuchła, a to się tam nie zdarza codziennie. Głosy krytyczne wobec eskalacji pojawiły się w całkiem dużych mediach, nawet jeśli nie zdominowały dyskursu, bo telewizja Fox i „Washington Post” jechały po staremu. Czy to wystarczy, żeby utrzymywać, że coś się radykalnie zmieniło od czasu poprzednich, wciąż przecież nie zażegnanych, wojen na Bliskim Wschodzie? W takim razie, dlaczego zaraz po odwołaniu przez Trumpa uderzenia odwetowego za drona w cieśninie Ormuz prasa i telewizja od razu zapełniły się komentarzami, że owszem, wszyscy pragniemy jedynie pokoju, ale wielka szkoda, że Iranowi jednak nie pokazaliśmy, kto tu rządzi?

Parsi jest przekonany, że w stosunku do Republiki Islamskiej, w ostatecznym rozrachunku, różnice między Republikanami a Demokratami, (neo)liberałami a neokonserwatystami, okazują się zawsze kosmetyczne, powierzchowne. Można wierzyć w szczerość kilku głosów, np. Sandersa et consortes. Reszta to karierowicze chwilowo – na potrzeby bieżącej rywalizacji o słupki w sondażach – motywowani głównie pokazowym, koniunkturalnym antytrumpizmem, którzy nie zareagowaliby, gdyby za Iran zabrała się Hillary Clinton.

Nie tyle mają coś aż tak przeciwko wojnie z Iranem jako takiej, co raczej boją się, że tak nieprzytomna administracja po prostu ją spartaczy już na starcie. Boją się nie wojny, tylko zmarnowania okazji do takiej wojny, o jaką chodzi. Boją się wojny „źle zrobionej” – która, na ten przykład, złoży całą światową gospodarkę, gdy odetnie ją od ropy z Zatoki Perskiej. Boją się wojny pozbawionej poparcia „społeczności międzynarodowej”, bo Biały Dom Trumpa najzwyczajniej nie umie w dyplomację i międzynarodowy PR. Do eskalacji napięć z Iranem nie chcą się przyłączyć nawet te stolice, które chętnie wespół z Waszyngtonem rozwalały Libię i Syrię, i w ogóle lubią neokolonialne eskapady (jak Paryż); w aktywnej opozycji wobec irańskiej polityki USA są stolice, które z administracją Trumpa łączy radykalny, irracjonalny konserwatyzm (jak Tokio).

„Amerykanie zrozumieli, że wojna w Iraku była katastrofą (nawet z punktu widzenia ich własnych interesów), dlatego nie chcą powtórki!”

A wojna w Wietnamie nie była katastrofą, także dla Amerykanów? I co, powstrzymała ich klasy panujące przed rozpętaniem kolejnych? Wojny w Libii Amerykanie nie wywołali (z Francuzami) już po wojnie w Iraku? Wojny w Syrii Amerykanie nie wywołali ze swoimi regionalnymi reżimami klienckimi już po wojnie w Iraku?

Amerykanie już od dawna nie importują ropy przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – tamtędy wędruje ona do innych części świata. Interesu rozumianego jako bezpośrednia kontrola nad zasobami, które są im samym bezpośrednio potrzebne (lub „potrzebne”) Amerykanie dawno nie mieli – a jednak wszystko było gotowe, by wojnę z Iranem rozpętać, gdy tylko władzę po Obamie przejmie Hillary Clinton (co prawie do ostatniej chwili, jak doskonale pamiętamy, było przecież „jedynym możliwym” scenariuszem w 2016 roku).

Clinton była jawną zwolenniczką napaści na Iran („wymazałabym go z powierzchni Ziemi”) nawet wtedy, gdy prezydent z jej własnej partii inwestował cały swój polityczny kapitał w negocjacje z Teheranem i dążenie do podpisania długofalowego porozumienia. Po odejściu Obamy jego domyślna następczyni miała na forum ONZ zaprowadzić nad Syrią „strefę zakazu lotów”. To nie są spekulacje, to było w jej programie. Czego oficjalnie tam nie było, ale było oczywiste dla każdego, kto rozumie, jak Amerykanie używają takich międzynarodowych środków jak „strefy zakazu lotów” (patrz: Libia)? Tego, do czego strefa ta miała ostatecznie doprowadzić. Do otwartej inwazji na Syrię pod byle pretekstem, i do eskalacji wojny – pod pozorem, że ich samoloty „naruszyły strefę zakazu lotów”, a na pewno by „naruszyły” – na terytorium Iranu i w kolejne konfrontacje z Rosją.
Teza, że między końcem roku 2016 a dzisiaj coś się znacząco zmieniło w amerykańskich elit rozumieniu dotychczasowych bliskowschodnich wojen – że nastąpił moment jakiegoś „O Jezu! to wszystko katastrofa, zbrodnie i się nie opłaca, gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej!” – również pozostaje do udowodnienia. Jedyna różnica między wtedy a dziś polega na tym, że zamiast zaprawionej w wywoływaniu wojen i wspieraniu zamachów stanu Madamy Clinton, na tronie cesarza świata zasiadł człowiek, którego Biały Dom to dom wariatów i którego jastrzębie nie potrafią nawet dobrze upichcić własnego „incydentu w Zatoce Tonkińskiej”, takiego, w który ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by uwierzył.

Ta część amerykańskiej oligarchii, która trzyma w garści amerykański kompleks zbrojeniowy, ma interes ekonomiczny w kolejnych wojnach nawet wtedy, gdy oznaczają one szkody i straty z punktu widzenia ogólnospołecznego interesu Amerykanów. A do tego ma nieproporcjonalny wpływ na kształtowanie amerykańskiej polityki zewnętrznej, trzymając wielu zawodowych polityków w kieszeni i grając w golfa z właścicielami korporacji medialnych.

Ale interes polityczny bywa bardziej złożony i niejednoznaczny niż najbardziej bezpośredni interes ekonomiczny. Napaść zbrojna może być zbyt kosztowna, jeśli przeliczona na wartość zasobów, do których może otworzyć drogę, ale to nie jedyny rachunek zysków i strat, jaki wchodzi w grę, gdy imperia spuszczają psy wojny. Zwłaszcza imperia, które boją się, że zaraz wstąpią w fazę schyłku lub gwałtownego upadku. Takie imperium może zestawiać koszty wojny z długofalowymi kosztami słabnięcia swojej pozycji, jeśli nie udowodni, że wciąż należy się go bać.

Czasem jednak bywa jeszcze gorzej: wojna jest oligarchom potrzebna dla niej samej. Niesione przez nią zniszczenie samo w sobie jest interesem, o który chodzi, jedyną szansą na utrzymanie stosunków władzy, które stanowią filary imperium. Najpotężniejsza pośród klasy władców późnego kapitalizmu, wielka burżuazja amerykańska zdążyła już ogarnąć, że to, z czym od 2008 roku mamy do czynienia, to nie jest zwykła recesja. To strukturalny kryzys tak głęboki, że porównać go można tylko do tego zapoczątkowanego krachem w 1929. Że zagraża on reprodukcji systemu, któremu zawdzięczają swoją władzę i przywileje. Że pomimo stosowania w różnych częściach globu, przez lokalne elity, „tradycyjnych” recept z różnych podręczników – zaciskanie pasa w Europie, drukowanie ton pieniędzy w USA i Japonii – żadne z rozwiązań nie działa.

Amerykańska burżuazja pamięta, jak wyszła z ostatniego takiego kryzysu. Wbrew popularnej legendzie nie stało się to za sprawą New Dealu Roosevelta. New Deal tylko przeciągał tamten strukturalny kryzys kapitalizmu, doraźnie sprzątał szkody i łatał dziury, ale rozwiązała go dopiero II wojna światowa, niszcząc na całym świecie wystarczającą wartość już nagromadzonego kapitału, by system mógł odzyskać wysokie stopy zysku i rozpocząć nowy cykl akumulacji. Przynajmniej niektórzy z amerykańskich oligarchów muszą przeczuwać, że być może jedynym skutecznym sposobem na zachowanie ich klasowej władzy jest kolejna wojna światowa i gotowi są tym razem sami ją rozpętać. Są na to gotowi, bo obawiają się, że jak nie to, to zmiecie ich rewolucja.

Iran do rozpętania wojny światowej nadaje się jak mało co. Jest większym i ważniejszym w sensie międzynarodowym państwem niż Irak, Libia czy Syria. Ma przyjaciół, w tym kilku potężnych. Leży w węzłowym punkcie wielkiego chińskiego projektu nowych szlaków jedwabnych, a także w regionie, co do którego Rosja przedstawiła własne międzynarodowe ambicje. To daje niepowtarzalną szansę na wciągnięcie w wojnę dwóch innych mocarstw nuklearnych w sposób, który może się dać sprzedać jako ich „ingerencję” (w podobnym stylu, w jaki demonizowana jest rosyjska obecność w Syrii). To mogłoby na stronę USA aktywnie wciągnąć inne państwa NATO. Byłby to doskonały początek wojny światowej.

„Niech ktoś w końcu odbierze temu szaleńcowi władzę!”

To prawda, że Donald Trump jest kompletnym dzbanem, oportunistycznym rasistą i być może seryjnym gwałcicielem, do tego przywódcą bezprecedensowo nieprzewidywalnym. Podejmuje decyzje pod wpływem kaprysu, inby na Twitterze w środku nocy, albo tego, który pensjonariusz jego „Białego Domu Wariatów” ma u niego posłuch akurat w tym tygodniu. Jego działania są tak niespójne i chaotyczne, bo szczerze wyznaje tylko jedną ideologię: „ja, ja, ja”, „me, myself and I”. Cała reszta to próżnia wypełniana tymczasowo treściami zależnymi od tego, w czyim towarzystwie The Donald chwilowo spędza najwięcej czasu. A towarzystwo to zmienia się przecież jak w kalejdoskopie – Biały Dom Trumpa cechuje niebywała rotacja personelu.
To prawda, że te jego cechy w dniu incydentu w cieśninie Ormuz postawiły świat w sytuacji „za pięć trzecia wojna światowa”. Ale co, jeśli jednocześnie to one pozwalają też raz za razem cofnąć zegar i wszystko odwołać? Jeśli to tylko dzięki nim ta wojna wciąż jeszcze nie wybuchła i nadal można jej zapobiegać? Tak jak operacja wymiany reżimu w Wenezueli, nagle odłożona na półkę, bo Trump się znudził tematem?

Mimo tych wszystkich Boltonów i Pompeów, znajduje się w jego orbicie ktoś, kto w ostatniej chwili może do niego podejść i powiedzieć coś w rodzaju: „Donald, czy ciebie już do końca po****ło? Wiesz, co się stanie na rynkach światowych, jak Iran odpowie blokadą cieśniny Ormuz? Wiesz, że drony nie mają załogi, więc nikt nie zginął? Pamiętasz, że nie wygrałbyś wyborów, gdyby nie trzy stany, z których pochodzi najwięcej rekrutów, weteranów i ofiar, gdzie wszyscy są zmęczeni kolejnymi wojnami i liczyli na to, że w przeciwieństwie do Killary ty nowej nie rozpętasz?” A wtedy, tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak podjął był wcześniej decyzję o uderzeniu odwetowym, Trump dzwoni nagle do ambasadora Omanu, prosi go, żeby rząd w Muskacie uprzedził Teheran, co się święci, a następnie odwołuje całą akcję w ostatniej chwili i chwali się tą decyzją publicznie.
W Białym Domu Hillary Clinton w jej otoczeniu nie byłoby ani jednej takiej osoby, bo się z takimi ludźmi nie zadawała. W krótkim okresie, kiedy stała na czele Departamentu Stanu, potrafiła doprowadzić do dwóch wielkich wojen, a zdeterminowana, żeby przymusić Obamę do otwartej amerykańskiej inwazji na Syrię, szmuglowała broń chemiczną z Libii do syryjskich rebeliantów, żeby tamci robili ustawki na rachunek rządu Asada.

Gdyby w Gabinecie Owalnym zasiadała dziś Madame Clinton, zasłony byłyby tam w bez wątpienia lepszym guście, ale wojna w Iranie toczyłaby się już od co najmniej roku, być może właśnie „rozwijana” w postać wojny z Rosją i Chinami. Toczyłaby się w oparciu o bez porównania lepszą propagandę i międzynarodowy PR, z pomocą znacznie lepiej przygotowanych incydentów w zatokach i cieśninach, tak że zachodnia opinia publiczna wierzyłaby w słuszność amerykańskich racji jeszcze przez dziesięć nadchodzących lat. Tak jak do dzisiaj wierzy, że w Syrii z rządem Asada walczą „siły demokratyczne” lub „umiarkowane”; że odpowiedzialność Asada za incydenty z bronią chemiczną jest potwierdzonym obiektywnie faktem; że Białe Hełmy to pozarządowa organizacja humanitarna…

Nie piszę tego „na pocieszenie”, żeby „dodać otuchy” czy samemu z ulgą odetchnąć. Piszę to ze zgrozą. Chodzi mi o to, że najwyższy czas zacząć sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Choć szaleństwo Donalda Trumpa w każdej chwili grozi wybuchem, który doprowadzi do katastrofy, to jednocześnie to samo szaleństwo, dzięki tej samej nieprzewidywalności i kapryśności, które je konstytuują, trzyma nas wciąż na jakąś – niewielką, ale zawsze – odległość od wybuchu kolejnej wielkiej wojny. A co, jeśli jest ostatnią rzeczą, która nas tak jeszcze trzyma? Zauważyliście, że jesteśmy już w trzecim roku prezydentury marchewkowego Kaliguli, i pomimo iż niejednokrotnie balansował on na krawędzi, wciąż jednak nie rozpoczął żadnej nowej wojny (w przeciwieństwie do Obamy, obydwu Bushów czy Reagana na tym etapie prezydentury)? Możliwe, że w końcu jakąś wywoła, nikt z nas nie zna przyszłości – ale równie możliwe, że III wojna światowa zacznie się dopiero wtedy, jak Trump opuści Biały Dom, a na jego miejsce wprowadzi się jakiś Joe Biden czy inna Kamala Harris.

Netanjahu będzie miał pół godziny

„Jeżeli USA napadną na Iran, Izraelowi pozostanie pół godziny istnienia” – w ten sposób wypowiedział się Modżtaba Zolnur, irański parlamentarzysta i szef komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej w Islamskim Zgromadzeniu Konsultatywnym. Słowa te padły w wywiadzie tego polityka dla arabskojęzycznej telewizji w Teheranie al-Alam.

Sytuacja wydaje się zaostrzać w sposób, którego prowojenne koła w USA nie przewidziały. Iran coraz chętniej demonstruje, że jest gotów do konfrontacji zbrojnej ze Stanami Zjednoczonymi. Swoiste oświadczenie, które wygłosił Modżtaba Zonnur jest kolejnym tego dowodem. Zostało ono wygłoszone w chwili bardzo silnych napięć na linii Teheran-Waszyngton, sprowokowanych przez Johna Boltona i Mike’a Pompeo – dwóch zawodowych podpalaczy świata.
Napięte pozostają też stosunki Iranu z Izraelem. Tel Awiw oskarża Republikę Islamską o wspieranie organizacji które uznawane są w Izraelu za terrorystyczne – np. Hamas czy Hezbollah. Teheran zaprzecza i oskarża Izrael o „udział w agresjach wojskowych w całym regionie”.
Poza tym Zolnur w przywołanym wywiadzie podważył też słowa Donalda Trumpa jakoby nakazany nalot na Iran po strąceniu przez Strażników Rewolucji amerykańskiego drona, został odwołany na 10 minut przed uderzeniem. Okreslił to jako „polityczny blef” i wyjaśnił, iż jego zdaniem „gdyby Amerykanie mieli pewność, że atak ten zakończy się powodzeniem z pewnością by go nie odwołali”.
W podobnym duchu okoliczność tę komentował wcześniej minister spraw zagranicznych Iranu. Tłumaczenia prezydenta USA, który twierdził, że odwołał bombardowania ze względu na to, że 150 osób mogłoby ponieść śmierć uznał za „żałosną
hipokryzję”.
– Naprawdę prezydent USA zmartwił się 150 ofiarami? A ile osób Stany Zjednoczone zabiły używając broni nuklearnej? Ile pokoleń przez to cierpi? – cytuje Zarifa irańska agencja prasowa IRIB.