Głupota Macrona?

Amerykański prezydent wystąpił w obronie GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) – czołowych amerykańskich koncernów technologii internetowych, które Francja próbuje opodatkować. GAFA i inne amerykańskie giganty stosują ucieczki podatkowe na wielką skalę – w Europie właściwie nie płacą nic. Francja jest pierwszym krajem, który chce to zmienić. Trump już mówi o „wojnie”.

„Tylko my mamy prawo nakładać podatki na amerykańskie przedsiębiorstwa” – kłamał amerykański prezydent, zapowiadając „odpowiedź na głupotę Macrona”. Cło na francuskie wina, sprzedające się w Ameryce bardzo dobrze, zapewne mocno wzrośnie. „Wino amerykańskie jest dużo lepsze niż francuskie” – ogłosił Trump, który nie pije alkoholu.
W tym miesiącu francuski parlament przyjął ostatecznie ustawę o opodatkowaniu francuskiej działalności GAFA. Jest to prawo pionierskie, gdyż do tej pory w Europie te koncerny unikały podatków, wykorzystując strach tubylców przed imperium. Amerykanie uważają, że płacenie podatków zagranicą to „dyskryminacja”. Rzecznik Białego Domu Judd Deere zapowiedział, że „administracja nie pozostanie z założonymi rękami, nie będzie tolerować dyskryminacji przedsiębiorstw amerykańskich”.
Francuski podatek nie będzie liczony od zysku, zazwyczaj konsolidowanego w oficjalnych rajach podatkowych, jak Irlandia, tylko od obrotu (3 proc.) we Francji, dopóki OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) nie skoordynuje wprowadzenia nowych reguł pobierania takich podatków dla wszystkich członków organizacji. Francuski podatek GAFA ma obowiązywać wstecznie, od 1 stycznia bieżącego roku. Zapłacą go firmy, których obroty na świecie wynoszą ponad 750 milionów euro, a we Francji dwadzieścia pięć milionów.
Ekonomiczny doradca Trumpa Larry Kudlow nazwał decyzję Francji „grubym, bardzo grubym błędem”. Ameryka nie jest zadowolona, ale Francuzi na razie nie miękną, zapowiadają wprowadzenie w życie ustawy.

Wojenny budżet

Amerykanie skończyli z wydawaniem setek miliardów na wojsko, teraz będą wydawać biliony. Republikanie i demokraci zgodzili się na przyznanie armii 2,7 bilionów dolarów na dwa lata, tj. 1 35o 000 000 000 dolarów rocznie. To najnowszy, absolutny rekord wydatków wojskowych na świecie. Wielu deputowanych nazywa ten budżet „astronomicznym” lub „obscenicznym”, inni po prostu „wojennym”, ale większość, w tym tzw. progresywna frakcja demokratów, głosowała za.

Tylko 16 demokratów głosowało przeciw (w tym znane posłanki Ilhan Omar i Ayanna Pressley z lewego skrzydła partii). Reszta zaaprobowała umowę z republikanami, co dla lokalnych dysydentów oznacza „niekontrolowany wpływ lobby Pentagonu i przemysłu zbrojeniowego”. Dla części republikańskich deputowanych najnowsze liczby były jeszcze za małe. Z kolei inni przeciwnicy giga-budżetu dla wojska podkreślali, że niebezpiecznie wzrośnie deficyt budżetowy Stanów Zjednoczonych, i tak obciążony potężnymi długami.
Demokraci, którzy głosowali za, wyjaśniali dziennikarzom, że to z powodu wrażliwości społecznej, gdyż przy okazji znacznie wzrośnie cywilny fundusz dla rodzin wojskowych. W kwietniu „progresiści” na swym zjeździe podjęli decyzję o sprzeciwie wobec zwiększania „szalonego” budżetu Pentagonu, lecz w czasie głosowania przeciw były tylko wyjątki.
Prezydent Donald Trump będzie najbardziej uzbrojonym amerykańskim prezydentem w historii. Według niektórych komentatorów, przeważyła perspektywa konfliktu z Iranem, dalszego nacisku na Wenezuelę i inne kraje, nie mówiąc o zapewnieniu „decydującej przewagi” wobec Chin i Rosji.

Ach ci dyplomaci

W sobotę wieczorem brytyjska gazeta Mail on Sunday opublikowała niektóre tajne depesze dyplomatyczne, które w ostatnich latach napływały z brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie. Natychmiast wszczęto śledztwo, które ma wyjaśnić, jak one wypłynęły na plac publiczny. Skandal zrobił się oczywiście międzynarodowy, Amerykanie są bardzo niezadowoleni, sam Trump wręcz wściekły.

Jest to sprawa bardzo kłopotliwa dla rządu brytyjskiego, gdyż obawia się on, że sprawa mocno pogorszy stosunki z jego historycznym sojusznikiem, z którym miał podpisać post-brexitową umowę o wolnym handlu.
65-letni Kim Darroch, ambasador Wielkiej Brytanii w USA, pisał m.in. „Tak naprawdę nie sądzimy, by ta administracja mogła stać się znacząco normalniejsza, mniej dysfunkcyjna, mniej nieprzewidywalna, mniej podzielona, mniej niezręczna i nie nadająca się do dyplomacji.” Częstował też samego prezydenta różnymi epitetami, wśród których „niekompetentny” i „niestabilny” należą do łagodnych.
Na dodatek, według ambasady, korytarzowe walki frakcyjne i chaos w Białym Domu „nie są żadnymi fake newsami”, jak od początku twierdzi Donald Trump. Co do Iranu na przykład, „niespójne” stanowisko Trumpa i jego ekipy może zdaniem Darrocha naprawdę doprowadzić do wojny. Ambasador uważa za „bajkę” uzasadnienie przez prezydenta odwołania nalotów na Iran możliwością zabicia 150 osób. Jest natomiast pewien, że powstrzymują go na razie kalkulacje wyborcze.
Premier Theresa May surowo potępiła „niepatriotyczny” przeciek, o który władze podejrzewają jednego ze swych funkcjonariuszy. Jeremy Hunt, kandydat do zastąpienia May, podkreślał, że „szczere” depesze dyplomatyczne są rządowi niezbędne, ale z tego względu nie mogą być upubliczniane. Nie omieszkał dodać, że chodzi jedynie o „osobiste” opinie ambasadora, których rząd oczywiście nie może z nim dzielić.
Sam Trump dał wyraz swej antypatii do brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie i jej ambasadora, który jego zdaniem „źle służył swemu krajowi”. Czas przeszły wskazuje, że wkrótce zostanie wymieniony przez władze brytyjskie w Londynie. Tak czy inaczej – dalsze urzędowanie ambasadora, którego prezydent państwa przyjmującego zamierza ignorować jest pozbawione sensu.
Prezydent Trump nie ograniczył się jednak do samego zdezawuowania szefa brytyjskiej placówki, ale przeniósł swą złość także na Theresę May, której wypomniał, że nie posłuchała jego rad, jak działać w sprawie Brexitu i wyrażając niekłamaną radość z jej rychłego odejścia. „To dobra wiadomość dla Zjednoczonego Królestwa, że będzie miało niedługo nowego premiera” – napisał na Twitterze. I pewnie ma na swój sposób rację: z następcą May, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie najbardziej „trumpoidalny” polityk Wielkiej Brytanii Boris Johnson, Biały Dom pewnie będzie rozumiał się lepiej. Bo liczyć na to, że Donald Trump zrozumie, że oto znalazł się w sytuacji takiej, jak Horodniczy z „Rewizora” Gogola, nie ma co.
Osobną sprawą pozostaje natomiast sam fakt pojawienia się przecieków, który w tym momencie wydaje się nieprzypadkowy. Bez wątpienia Jeremy Hunt ma w tej sprawie rację, że korespondencja dyplomatyczna musi być rzetelna, ale też warunkiem tej rzetelności jest jej tajność i fakt, że trafi wyłącznie do osób, dla których jest przeznaczona. Jeżeli na łączach pomiędzy jedną z najważniejszych brytyjskich placówek a Foreign Office korespondencja może wyciekać, jest to sygnał złego funkcjonowania służby zagranicznej Jej Królewskiej Mości, bo takie sytuacje nie mają prawa się zdarzać.
Dodać trzeba także, że to już kolejny przypadek, że tajne informacje wyciekają z brytyjskich urzędów. Dwa miesiące temu ze stanowiskiem musiał się pożegnać brytyjski minister obrony Gavin Williamson, obciążony za wydostanie się treści tajnych rozmów na temat chińskiego koncernu Huawei, zaś kilka dni temu na wysypisku śmieci znalezione zostały całe serie dokumentów z laboratorium Porton Down, znanego choćby z ekspertyz w sprawie zamachu na rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córkę.

Incydent w cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz.

Cieśnina jest na to za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem. Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentatorów lewicowych.

„To ogromna nieodpowiedzialność obydwu stron, igranie z ogniem!”

Reakcja ta rozdziela winę po równo i lekceważy nie tylko poważną różnicę sił i usytuowania obydwu stron w tych sił międzynarodowym układzie, ale też podstawowe fakty dotyczące samego wydarzenia.

Iran znajduje się pod presją globalnego mocarstwa, które w kupę gruzu obróciło już dwóch jego bezpośrednich sąsiadów (Afganistan i Irak) oraz prowadzi nieformalną wojnę z dronów na północy trzeciego (Pakistanu). Oprócz tego od lat dowodzi (nieudaną jak dotąd) operacją wymiany reżimu w nieco dalszej, ale związanej z Iranem przyjaźnią z rozsądku Syrii, a także wspiera saudyjskie zbrodnie wojenne na innych przyjaciołach Iranu w Jemenie. Wszystko to, przypomnijmy, Amerykanie robią tysiące kilometrów od swoich granic. Iran tymczasem leży tam, gdzie leży.

W otoczeniu państw pod ciężarem amerykańskiego buta upadłych lub na krawędzi upadku, boi się o własne terytorium. Ma wszelkie prawo bronić swoich granic niezależnie od tego, jaki w Iranie panuje ustrój i czy się komuś podoba, kto w nim rządzi. Takie prawo (a bywa, że i obowiązek) ma każde państwo. Iran reaguje na presję mocarstwa od kilkudziesięciu lat mu wrogiego, odpowiedzialnego za tragiczną destabilizację całego regionu, w którym Iran ma pecha się znajdować.

Po incydencie z japońskimi tankowcami, który mógł być amerykańską prowokacją (Japończycy – właściciele tankowców i rząd – od początku dystansują się od amerykańskiej wersji wydarzeń), Iran nie mógł tak po prostu przyglądać się, jak samoloty amerykańskiej armii wlatują na jego terytorium. Jednak zanim uderzyli, Irańczycy wysłali Amerykanom kilka ostrzeżeń, które zostały zignorowane (celowo, żeby sprowokować eskalację?). Wówczas uderzyli wyłącznie w drona, a nie w towarzyszący mu samolot, na którego pokładzie byli ludzie – Irańczycy chcieli więc uderzyć, pokazać, że potrafią zestrzelić najdroższe amerykańskie zabawki (ok. 200 mln $), jednocześnie nikogo nie zabijając.

Wpisuje się to w pragmatyczną politykę międzynarodową prezydenta Hasana Rouhaniego (mówi się o polityce „strategicznej cierpliwości”), któremu można tylko pozazdrościć zimnej krwi. Pamiętajmy, że Iran dopiero w rok po amerykańskim wycofaniu się z podpisanego przez Obamę wielostronnego porozumienia nuklearnego zaczął pomrukiwać, że również będzie w takim razie zmuszony porzucić realizację jego postanowień. Póki co, wciąż się jednak do nich stosuje, pomimo ciężaru, jakim są dla niego amerykańskie sankcje.

„Takie incydenty to tylko woda na młyn ekstremistów w obydwu krajach – tylko oni tak naprawdę chcą wojny!”

Jest to wariant tej pierwszej reakcji, tyle że zawężony i skonstruowany tak, żeby sprawiał pozory, że bierze pod uwagę złożoność politycznej rzeczywistości w USA i Iranie.

To prawda, że w ustroju politycznym Iranu istnieją równoległe i rywalizujące o wpływy ośrodki i struktury władzy (kler, administracja prezydencka i złożony z konkurujących sił parlament, siły zbrojne podzielone na różne dość od siebie nawzajem niezależne gałęzie), których elity mogą dążyć do rozgrywania różnych napięć, w tym zewnętrznych, w rozgrywkach między sobą. Ale teza, że któryś z tych ośrodków chciałby wojny z USA, pozostaje jednak nadal do udowodnienia.

Iran od ponad dwustu lat nie najechał żadnego państwa, odpowiadał wyłącznie na napaści z zewnątrz. Irańczycy wciąż pamiętają wieloletnią wojnę z Irakiem Saddama Husajna (wojującym za saudyjskie pieniądze, zaangażowane zresztą i tym razem w podżeganie do wojny). Iran jest otoczony wojnami (wywołanymi albo przez Stany Zjednoczone, albo przez ich reżimy klienckie) i już teraz jest nimi przeciążony. Masy uchodźców z Afganistanu i Iraku, siły i środki kierowane nieprzerwanie na wsparcie sojuszników w Syrii, Iraku, Libanie, Jemenie – to wszystko są odczuwalne ciężary, zarówno dla irańskiego społeczeństwa, jak i dla aparatu państwa, zmagającego się przecież do tego wszystkiego z amerykańskimi sankcjami. Nikt w Iranie nie chce jeszcze jednej wojny, na dodatek z tak potężnym wrogiem. Ale Irańczycy są dumnym społeczeństwem i tak jak niegdyś Wietnamczycy, po prostu nie zamierzają paść na kolana. Przyzwyczajeni do płynących z Waszyngtonu pogróżek, są do wojny gotowi (pół miliona mężczyzn pod bronią, ósma armia świata).

W Stanach Zjednoczonych natomiast większość klasy politycznej i cała oligarchia pragną wojny – tej albo innej, albo też tej jako wstępu do innej, (znacznie) większej. Trita Parsi, autor książki o irańskim dealu Obamy, pisał niedawno w lewicowym „The Nation”, że jakie by nie były różnice między oficjalnymi dyskursami Republikanów i Demokratów, cała waszyngtońska klasa polityczna w głębi serca zawsze chciała Iran w jego obecnej (tzn. tej ukształtowanej przez rewolucję islamską Chomeiniego) postaci unicestwić. Świadomość, że tak duże (80-milionowe), rzucające się w oczy państwo, położone tak strategicznie, jeśli chodzi o dostęp do surowców energetycznych (nie tylko jego własnych złóż; jedna trzecia światowego eksportu ropy trafia na rynki przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz), jest otwarcie wrogie modelowi świata podporządkowanemu woli jednego supermocarstwa, pozostaje dla amerykańskich klas panujących nie do wytrzymania.

Parsi przekonuje, że Obama był w tym wszystkim zaburzeniem, wprowadził sprzeczność niemożliwą na dłuższą metę do utrzymania. To dlatego musiał o Iran Deal walczyć nawet z własną partią i dlatego porozumienie przetrwało tak krótko. Wojna z Iranem jest w Waszyngtonie marzeniem nie tylko ekstremistów – bliższą prawdy byłaby teza, że jedynie wyjątki, „ekstremiści” (na warunki amerykańskiego establiszmentu) jej naprawdę, szczerze nie chcą.

W każdym razie do incydentu w Zatoce Omańskiej, tego z japońskimi tankowcami. W Kongresie dało się nagle słyszeć więcej niż dwa na krzyż głosy przeciwko nowej wojnie – jeszcze zanim wybuchła, a to się tam nie zdarza codziennie. Głosy krytyczne wobec eskalacji pojawiły się w całkiem dużych mediach, nawet jeśli nie zdominowały dyskursu, bo telewizja Fox i „Washington Post” jechały po staremu. Czy to wystarczy, żeby utrzymywać, że coś się radykalnie zmieniło od czasu poprzednich, wciąż przecież nie zażegnanych, wojen na Bliskim Wschodzie? W takim razie, dlaczego zaraz po odwołaniu przez Trumpa uderzenia odwetowego za drona w cieśninie Ormuz prasa i telewizja od razu zapełniły się komentarzami, że owszem, wszyscy pragniemy jedynie pokoju, ale wielka szkoda, że Iranowi jednak nie pokazaliśmy, kto tu rządzi?

Parsi jest przekonany, że w stosunku do Republiki Islamskiej, w ostatecznym rozrachunku, różnice między Republikanami a Demokratami, (neo)liberałami a neokonserwatystami, okazują się zawsze kosmetyczne, powierzchowne. Można wierzyć w szczerość kilku głosów, np. Sandersa et consortes. Reszta to karierowicze chwilowo – na potrzeby bieżącej rywalizacji o słupki w sondażach – motywowani głównie pokazowym, koniunkturalnym antytrumpizmem, którzy nie zareagowaliby, gdyby za Iran zabrała się Hillary Clinton.

Nie tyle mają coś aż tak przeciwko wojnie z Iranem jako takiej, co raczej boją się, że tak nieprzytomna administracja po prostu ją spartaczy już na starcie. Boją się nie wojny, tylko zmarnowania okazji do takiej wojny, o jaką chodzi. Boją się wojny „źle zrobionej” – która, na ten przykład, złoży całą światową gospodarkę, gdy odetnie ją od ropy z Zatoki Perskiej. Boją się wojny pozbawionej poparcia „społeczności międzynarodowej”, bo Biały Dom Trumpa najzwyczajniej nie umie w dyplomację i międzynarodowy PR. Do eskalacji napięć z Iranem nie chcą się przyłączyć nawet te stolice, które chętnie wespół z Waszyngtonem rozwalały Libię i Syrię, i w ogóle lubią neokolonialne eskapady (jak Paryż); w aktywnej opozycji wobec irańskiej polityki USA są stolice, które z administracją Trumpa łączy radykalny, irracjonalny konserwatyzm (jak Tokio).

„Amerykanie zrozumieli, że wojna w Iraku była katastrofą (nawet z punktu widzenia ich własnych interesów), dlatego nie chcą powtórki!”

A wojna w Wietnamie nie była katastrofą, także dla Amerykanów? I co, powstrzymała ich klasy panujące przed rozpętaniem kolejnych? Wojny w Libii Amerykanie nie wywołali (z Francuzami) już po wojnie w Iraku? Wojny w Syrii Amerykanie nie wywołali ze swoimi regionalnymi reżimami klienckimi już po wojnie w Iraku?

Amerykanie już od dawna nie importują ropy przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – tamtędy wędruje ona do innych części świata. Interesu rozumianego jako bezpośrednia kontrola nad zasobami, które są im samym bezpośrednio potrzebne (lub „potrzebne”) Amerykanie dawno nie mieli – a jednak wszystko było gotowe, by wojnę z Iranem rozpętać, gdy tylko władzę po Obamie przejmie Hillary Clinton (co prawie do ostatniej chwili, jak doskonale pamiętamy, było przecież „jedynym możliwym” scenariuszem w 2016 roku).

Clinton była jawną zwolenniczką napaści na Iran („wymazałabym go z powierzchni Ziemi”) nawet wtedy, gdy prezydent z jej własnej partii inwestował cały swój polityczny kapitał w negocjacje z Teheranem i dążenie do podpisania długofalowego porozumienia. Po odejściu Obamy jego domyślna następczyni miała na forum ONZ zaprowadzić nad Syrią „strefę zakazu lotów”. To nie są spekulacje, to było w jej programie. Czego oficjalnie tam nie było, ale było oczywiste dla każdego, kto rozumie, jak Amerykanie używają takich międzynarodowych środków jak „strefy zakazu lotów” (patrz: Libia)? Tego, do czego strefa ta miała ostatecznie doprowadzić. Do otwartej inwazji na Syrię pod byle pretekstem, i do eskalacji wojny – pod pozorem, że ich samoloty „naruszyły strefę zakazu lotów”, a na pewno by „naruszyły” – na terytorium Iranu i w kolejne konfrontacje z Rosją.
Teza, że między końcem roku 2016 a dzisiaj coś się znacząco zmieniło w amerykańskich elit rozumieniu dotychczasowych bliskowschodnich wojen – że nastąpił moment jakiegoś „O Jezu! to wszystko katastrofa, zbrodnie i się nie opłaca, gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej!” – również pozostaje do udowodnienia. Jedyna różnica między wtedy a dziś polega na tym, że zamiast zaprawionej w wywoływaniu wojen i wspieraniu zamachów stanu Madamy Clinton, na tronie cesarza świata zasiadł człowiek, którego Biały Dom to dom wariatów i którego jastrzębie nie potrafią nawet dobrze upichcić własnego „incydentu w Zatoce Tonkińskiej”, takiego, w który ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by uwierzył.

Ta część amerykańskiej oligarchii, która trzyma w garści amerykański kompleks zbrojeniowy, ma interes ekonomiczny w kolejnych wojnach nawet wtedy, gdy oznaczają one szkody i straty z punktu widzenia ogólnospołecznego interesu Amerykanów. A do tego ma nieproporcjonalny wpływ na kształtowanie amerykańskiej polityki zewnętrznej, trzymając wielu zawodowych polityków w kieszeni i grając w golfa z właścicielami korporacji medialnych.

Ale interes polityczny bywa bardziej złożony i niejednoznaczny niż najbardziej bezpośredni interes ekonomiczny. Napaść zbrojna może być zbyt kosztowna, jeśli przeliczona na wartość zasobów, do których może otworzyć drogę, ale to nie jedyny rachunek zysków i strat, jaki wchodzi w grę, gdy imperia spuszczają psy wojny. Zwłaszcza imperia, które boją się, że zaraz wstąpią w fazę schyłku lub gwałtownego upadku. Takie imperium może zestawiać koszty wojny z długofalowymi kosztami słabnięcia swojej pozycji, jeśli nie udowodni, że wciąż należy się go bać.

Czasem jednak bywa jeszcze gorzej: wojna jest oligarchom potrzebna dla niej samej. Niesione przez nią zniszczenie samo w sobie jest interesem, o który chodzi, jedyną szansą na utrzymanie stosunków władzy, które stanowią filary imperium. Najpotężniejsza pośród klasy władców późnego kapitalizmu, wielka burżuazja amerykańska zdążyła już ogarnąć, że to, z czym od 2008 roku mamy do czynienia, to nie jest zwykła recesja. To strukturalny kryzys tak głęboki, że porównać go można tylko do tego zapoczątkowanego krachem w 1929. Że zagraża on reprodukcji systemu, któremu zawdzięczają swoją władzę i przywileje. Że pomimo stosowania w różnych częściach globu, przez lokalne elity, „tradycyjnych” recept z różnych podręczników – zaciskanie pasa w Europie, drukowanie ton pieniędzy w USA i Japonii – żadne z rozwiązań nie działa.

Amerykańska burżuazja pamięta, jak wyszła z ostatniego takiego kryzysu. Wbrew popularnej legendzie nie stało się to za sprawą New Dealu Roosevelta. New Deal tylko przeciągał tamten strukturalny kryzys kapitalizmu, doraźnie sprzątał szkody i łatał dziury, ale rozwiązała go dopiero II wojna światowa, niszcząc na całym świecie wystarczającą wartość już nagromadzonego kapitału, by system mógł odzyskać wysokie stopy zysku i rozpocząć nowy cykl akumulacji. Przynajmniej niektórzy z amerykańskich oligarchów muszą przeczuwać, że być może jedynym skutecznym sposobem na zachowanie ich klasowej władzy jest kolejna wojna światowa i gotowi są tym razem sami ją rozpętać. Są na to gotowi, bo obawiają się, że jak nie to, to zmiecie ich rewolucja.

Iran do rozpętania wojny światowej nadaje się jak mało co. Jest większym i ważniejszym w sensie międzynarodowym państwem niż Irak, Libia czy Syria. Ma przyjaciół, w tym kilku potężnych. Leży w węzłowym punkcie wielkiego chińskiego projektu nowych szlaków jedwabnych, a także w regionie, co do którego Rosja przedstawiła własne międzynarodowe ambicje. To daje niepowtarzalną szansę na wciągnięcie w wojnę dwóch innych mocarstw nuklearnych w sposób, który może się dać sprzedać jako ich „ingerencję” (w podobnym stylu, w jaki demonizowana jest rosyjska obecność w Syrii). To mogłoby na stronę USA aktywnie wciągnąć inne państwa NATO. Byłby to doskonały początek wojny światowej.

„Niech ktoś w końcu odbierze temu szaleńcowi władzę!”

To prawda, że Donald Trump jest kompletnym dzbanem, oportunistycznym rasistą i być może seryjnym gwałcicielem, do tego przywódcą bezprecedensowo nieprzewidywalnym. Podejmuje decyzje pod wpływem kaprysu, inby na Twitterze w środku nocy, albo tego, który pensjonariusz jego „Białego Domu Wariatów” ma u niego posłuch akurat w tym tygodniu. Jego działania są tak niespójne i chaotyczne, bo szczerze wyznaje tylko jedną ideologię: „ja, ja, ja”, „me, myself and I”. Cała reszta to próżnia wypełniana tymczasowo treściami zależnymi od tego, w czyim towarzystwie The Donald chwilowo spędza najwięcej czasu. A towarzystwo to zmienia się przecież jak w kalejdoskopie – Biały Dom Trumpa cechuje niebywała rotacja personelu.
To prawda, że te jego cechy w dniu incydentu w cieśninie Ormuz postawiły świat w sytuacji „za pięć trzecia wojna światowa”. Ale co, jeśli jednocześnie to one pozwalają też raz za razem cofnąć zegar i wszystko odwołać? Jeśli to tylko dzięki nim ta wojna wciąż jeszcze nie wybuchła i nadal można jej zapobiegać? Tak jak operacja wymiany reżimu w Wenezueli, nagle odłożona na półkę, bo Trump się znudził tematem?

Mimo tych wszystkich Boltonów i Pompeów, znajduje się w jego orbicie ktoś, kto w ostatniej chwili może do niego podejść i powiedzieć coś w rodzaju: „Donald, czy ciebie już do końca po****ło? Wiesz, co się stanie na rynkach światowych, jak Iran odpowie blokadą cieśniny Ormuz? Wiesz, że drony nie mają załogi, więc nikt nie zginął? Pamiętasz, że nie wygrałbyś wyborów, gdyby nie trzy stany, z których pochodzi najwięcej rekrutów, weteranów i ofiar, gdzie wszyscy są zmęczeni kolejnymi wojnami i liczyli na to, że w przeciwieństwie do Killary ty nowej nie rozpętasz?” A wtedy, tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak podjął był wcześniej decyzję o uderzeniu odwetowym, Trump dzwoni nagle do ambasadora Omanu, prosi go, żeby rząd w Muskacie uprzedził Teheran, co się święci, a następnie odwołuje całą akcję w ostatniej chwili i chwali się tą decyzją publicznie.
W Białym Domu Hillary Clinton w jej otoczeniu nie byłoby ani jednej takiej osoby, bo się z takimi ludźmi nie zadawała. W krótkim okresie, kiedy stała na czele Departamentu Stanu, potrafiła doprowadzić do dwóch wielkich wojen, a zdeterminowana, żeby przymusić Obamę do otwartej amerykańskiej inwazji na Syrię, szmuglowała broń chemiczną z Libii do syryjskich rebeliantów, żeby tamci robili ustawki na rachunek rządu Asada.

Gdyby w Gabinecie Owalnym zasiadała dziś Madame Clinton, zasłony byłyby tam w bez wątpienia lepszym guście, ale wojna w Iranie toczyłaby się już od co najmniej roku, być może właśnie „rozwijana” w postać wojny z Rosją i Chinami. Toczyłaby się w oparciu o bez porównania lepszą propagandę i międzynarodowy PR, z pomocą znacznie lepiej przygotowanych incydentów w zatokach i cieśninach, tak że zachodnia opinia publiczna wierzyłaby w słuszność amerykańskich racji jeszcze przez dziesięć nadchodzących lat. Tak jak do dzisiaj wierzy, że w Syrii z rządem Asada walczą „siły demokratyczne” lub „umiarkowane”; że odpowiedzialność Asada za incydenty z bronią chemiczną jest potwierdzonym obiektywnie faktem; że Białe Hełmy to pozarządowa organizacja humanitarna…

Nie piszę tego „na pocieszenie”, żeby „dodać otuchy” czy samemu z ulgą odetchnąć. Piszę to ze zgrozą. Chodzi mi o to, że najwyższy czas zacząć sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Choć szaleństwo Donalda Trumpa w każdej chwili grozi wybuchem, który doprowadzi do katastrofy, to jednocześnie to samo szaleństwo, dzięki tej samej nieprzewidywalności i kapryśności, które je konstytuują, trzyma nas wciąż na jakąś – niewielką, ale zawsze – odległość od wybuchu kolejnej wielkiej wojny. A co, jeśli jest ostatnią rzeczą, która nas tak jeszcze trzyma? Zauważyliście, że jesteśmy już w trzecim roku prezydentury marchewkowego Kaliguli, i pomimo iż niejednokrotnie balansował on na krawędzi, wciąż jednak nie rozpoczął żadnej nowej wojny (w przeciwieństwie do Obamy, obydwu Bushów czy Reagana na tym etapie prezydentury)? Możliwe, że w końcu jakąś wywoła, nikt z nas nie zna przyszłości – ale równie możliwe, że III wojna światowa zacznie się dopiero wtedy, jak Trump opuści Biały Dom, a na jego miejsce wprowadzi się jakiś Joe Biden czy inna Kamala Harris.

Netanjahu będzie miał pół godziny

„Jeżeli USA napadną na Iran, Izraelowi pozostanie pół godziny istnienia” – w ten sposób wypowiedział się Modżtaba Zolnur, irański parlamentarzysta i szef komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej w Islamskim Zgromadzeniu Konsultatywnym. Słowa te padły w wywiadzie tego polityka dla arabskojęzycznej telewizji w Teheranie al-Alam.

Sytuacja wydaje się zaostrzać w sposób, którego prowojenne koła w USA nie przewidziały. Iran coraz chętniej demonstruje, że jest gotów do konfrontacji zbrojnej ze Stanami Zjednoczonymi. Swoiste oświadczenie, które wygłosił Modżtaba Zonnur jest kolejnym tego dowodem. Zostało ono wygłoszone w chwili bardzo silnych napięć na linii Teheran-Waszyngton, sprowokowanych przez Johna Boltona i Mike’a Pompeo – dwóch zawodowych podpalaczy świata.
Napięte pozostają też stosunki Iranu z Izraelem. Tel Awiw oskarża Republikę Islamską o wspieranie organizacji które uznawane są w Izraelu za terrorystyczne – np. Hamas czy Hezbollah. Teheran zaprzecza i oskarża Izrael o „udział w agresjach wojskowych w całym regionie”.
Poza tym Zolnur w przywołanym wywiadzie podważył też słowa Donalda Trumpa jakoby nakazany nalot na Iran po strąceniu przez Strażników Rewolucji amerykańskiego drona, został odwołany na 10 minut przed uderzeniem. Okreslił to jako „polityczny blef” i wyjaśnił, iż jego zdaniem „gdyby Amerykanie mieli pewność, że atak ten zakończy się powodzeniem z pewnością by go nie odwołali”.
W podobnym duchu okoliczność tę komentował wcześniej minister spraw zagranicznych Iranu. Tłumaczenia prezydenta USA, który twierdził, że odwołał bombardowania ze względu na to, że 150 osób mogłoby ponieść śmierć uznał za „żałosną
hipokryzję”.
– Naprawdę prezydent USA zmartwił się 150 ofiarami? A ile osób Stany Zjednoczone zabiły używając broni nuklearnej? Ile pokoleń przez to cierpi? – cytuje Zarifa irańska agencja prasowa IRIB.

Twitterowa dyplomacja dla frajerów

Nad tym, czy nieoczekiwane spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem przełamało impas, w którym znalazły się rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, nie ma co jeszcze się zastanawiać. Wiadomo, że obie strony mają swoje powody, aby przynajmniej udawać, że prowadzą rozmowy. A podczas dotychczasowych spotkań (za wyjątkie Hanoi) także dochodziło do manifestacyjnych gestów sygnalizujących przełamanie lodów, które najwyraźniej były obliczone na stworzenie „faktu medialnego” niż rzeczywiście przekaładało się na konkretny postęp. Bo i wątpliwe, ile ze swojego potencjału rakietowo-nuklearnego Pjongjang rzeczywiście rozmontował (czy też choć wydzielił do anihilacji), a i Waszyngton nie poczynił żadnych ruchów, aby znieść sankcje nałożone na Koreę Północną. Na marginesie doniesień o spotkaniu w Panmundżomie pojawiały się wszakże obserwacje innej natury, a zastanawiające. Otóż najwyraźniej wielu komentatorów wzięło na serio informację, że zostało ono zaaranżowane w następstwie tweeta Donalda Trumpa, na który Kim skwapliwie i pozytywnie zareagował. Czyli w dwa dni.
Przypomnijmy sobie pojawiające się choćby przy okazji każdej wizyty amerykańskiego prezydenta (nieważne – Trumpa, Obamy, czy któregokolwiek innego) w Polsce materiały omawiające (zwykle z zachwytem nad wielkością i potęgą Stanów Zjednoczonych i ich szefa) logistykę jego podróży, zabezpieczenia, ochronę itp. I nie jest ważne, czy zachwyca to, czy nie, chodzi o stwierdzenie faktu, że prezydent USA porusza się z takim orszakiem i jest to tak skomplikowane przedsięwzięcie, że uwierzyć w to, że w ciągu dwu dni możliwa była zmiana jego marszruty jest po prostu naiwnością. Nawet jeśli była to nie aż niezaplanowana podróż, ale włączenie dodatkowej wizyty i spotkania do programu podróży właśnie realizowanej. Tym bardziej, że do państwa uznawanego za wrogie. Nie wspominając choćby o takich detalach jak uzgodnienie agendy spotkania na najwyższym szczeblu. Takich rzeczy po prostu nie ma.
Twierdzenie, że spotkanie Trump-Kim w Panmundżomie zainicjował jeden tweet i jest to oznaka zmierzchu tradycyjnej dyplomacji, bo teraz wszystko dzieje się inaczej można włożyć między bajki. Kto chce wierzyć, niech w nie wierzy. Bo sposób „odmrożenia” relacji Waszyngton-Pjongjang i tym samym udrożnienia komunikacji między nimi z całą pewnością był przygotowywany długo, długo przedtem, tylko odbywało się to z wielką dyskrecją. Czemu – to zupełnie zrozumiałe. Po fiasku szczytu w Hanoi jakakolwiek wpadka w sprawach związanych z Koreą Północną byłaby po prostu bardzo kosztowna. Nie tylko wizerunkowo. Zamiast zatem bajać o tym, że teraz dyplomacja przenosi się z niedostępnych gabinetów i strefy szyfrowanej łączności do mediów społecznościowych, należy więc uznać całą tę operację za coś wręcz przeciwnego – za przykład dobrej pracy dyplomacji w jak najbardziej klasycznym rozumieniu: bez niepotrzebnego rozgłosu i przedwcześnie odtrąbianych fanfar. Takiej, która służy swojej istocie – mianowicie temu, żeby ci, którzy mają się spotkać, się spotkali.
Grzegorz Waliński

Wojna wyborcza

„To nie będzie długo trwało” – zapewniał amerykański prezydent Donald Trump w Fox Business, mówiąc o hipotetycznej wojnie przeciw Iranowi. Miliarder nie przewiduje lądowej inwazji, lecz tylko znaczące bombardowania, które powinny rzucić Iran na kolana. To powinno też zadowolić największych sojuszników imperium amerykańskiego w regionie – izraelski reżim apartheidu i saudyjską tyranię, ale przede wszystkim nie zaszkodzić przyszłorocznym wyborom prezydenckim, a może nawet pomóc przyszłej wygranej Trumpa.

Oczywiście nie starczyłoby palców u rąk i nóg, żeby zliczyć historyczne wojny, które miałyby być „krótkie”, a kończyły się jako wieloletnia rzeź, ale w wyborczej kalkulacji Trumpa „krótka wojna” wygląda na idealne wyjście ze sprzeczności rysującej się sytuacji. Można przyjąć, że Trump rzeczywiście nie chce wojować w Iranie, bo to się nie zgadza z jego wyborczymi obietnicami ograniczenia amerykańskiego interwencjonizmu, a poza tym z badań opinii wynika, że Amerykanie mają na razie dość zamorskich wojen. Skoro celem numer 1 Trumpa jest obecnie ponowny wybór na prezydenta, logicznie wojna jest z tego punktu widzenia niepotrzebna.
Ale są i inne argumenty: izraelskie media podkreślają na przykład, że wszyscy amerykańscy prezydenci, którzy rozkazywali napaść na jakiś kraj, byli zawsze wybierani na drugą kadencję, gdyż elektorat tradycyjnie jednoczy się wokół naczelnego dowódcy. Wojna byłaby więc rodzajem wyborczego samograja, zapewniającego przedłużenie władzy. Trump mówiąc o „krótkiej wojnie” postrzega ją jako kompromis między różnymi scenariuszami, jako działanie wypośrodkowane, dzięki któremu wilk będzie niemal syty i owca prawie cała.
Irański paradoks
Dla Amerykanów Bliski Wschód rozciąga się między dwiema teokracjami: Izraelem a Iranem. Napięcie między tym „plusem” a „minusem” determinuje politykę imperium w regionie. W 2003 r. Izrael w pełni poparł amerykańską napaść na Irak, bo to zgodne z izraelską doktryną „wiecznego osłabiania” ewentualnych przeciwników regionalnych. Ogrom nieszczęść, które przyniosła ta wojna, jak i zainstalowanie Al-Kaidy w Iraku, którą USA zawlekły z Afganistanu, przyczyniły się potem do wojny w Syrii. Ta druga wojna również spodobała się w Tel-Awiwie, gdyż syryjski sąsiad, któremu Izrael zabrał część terytorium (Wzgórza Golan) został osłabiony na lata. Wyłonił się jednak pewien problem: w wyniku tych wojen poprawiła się znacznie sytuacja geopolityczna Iranu.
Ten paradoks denerwuje polityków nie tylko w Izraelu, czy Arabii Saudyjskiej: Waszyngton robi, co może, by temu zaradzić. Amerykańska inwazja Iraku sprawiła, że sunnicka mniejszość straciła tam władzę na rzecz szyitów, dla których Iran jest naturalnym partnerem i przyjacielem. Iranowi udało się więc zmienić największego regionalnego wroga w przyjazne państwo, które choć pozostaje pod amerykańskim butem (bazy wojskowe tam pozostały), skorzystało z irańskiej pomocy, by walczyć przeciw sunnitom z Państwa Islamskiego (PI), popieranego początkowo przez Amerykanów, Izrael i Saudów jako siła antyirańska i antysyryjska. W końcu Amerykanie musieli pomóc Iranowi i Irakowi likwidować PI w Iraku, bo organizacja wyrwała się spod kontroli.
Kiedy w marcu irański prezydent Hasan Rouhani odbywał swą pierwszą oficjalną wizytę w Bagdadzie, jego iracki odpowiednik Barham Salih mówił, że Irak „ma szczęście”, że ma tak dobrego sąsiada. To otwiera drogę do Morza Śródziemnego irańskiej ropie i gazowi, bo Syria też jest wdzięczna Irańczykom za pomoc walce z dżihadystami, a w Libanie, gdzie szyicki Hezbollah współpracuje z Irańczykami od dawna, w ogóle nie ma problemu. Oczywiście Iran na razie nie może z tego korzystać, bo infrastruktura w Syrii i Iraku jest zbyt zniszczona przez wojny, a imperium amerykańskie zakazało całemu światu handlować z Iranem, ale te przyjaźnie mogą kiedyś zaowocować. Groźba ze strony Arabii Saudyjskiej znacznie osłabła, bo Saudowie uparli się zgnieść Jemen, który nie ma zamiaru się poddawać, mimo swej tragicznej sytuacji. Krótko mówiąc, Iran ma mniej wrogów i więcej przyjaciół niż kiedyś, a do gróźb ze strony Izraela i USA wszyscy są przyzwyczajeni od lat.
Bomba atomowa
Trump zdradził swe anty-interwencjonistyczne obietnice mianując u swego boku Johna Boltona i Mike’a Pompeo, prących do wojny z Iranem od samego początku. Cóż, te nominacje były najdosłowniej wyborcze, bo zdecydowane pod silnym naciskiem innego miliardera – Sheldona Adelsona, którego nazywa się w Ameryce „twórcą prezydentów”, ze względu na jego niezwykle silną pozycję polityczną. Adelson, szara eminencja i posiadacz kasyn we wschodniej Azji oraz mediów w USA i Izraelu, oddany izraelskiej skrajnej prawicy nacjonalistycznej, zainwestował w Trumpa i dzięki swym stosunkom może mu bardzo pomóc w przyszłorocznej kampanii prezydenckiej. Kiedyś Adelson wpadł na pomysł, by zbombardować Iran bombą atomową, żeby go skutecznie nastraszyć. W wersji Boltona, postaci jak z filmu rysunkowego, to może być bombardowanie „normalne” lub za pomocą „małych” ładunków nuklearnych.
A wszystko to po to, by nie dopuścić, żeby Irańczycy mieli bombę atomową, której, jak twierdzą, nie chcą mieć. Irański program jądrowy miał mieć przeznaczenie cywilne, energetyczne, ale Izrael jest przekonany, że Iran chce zrobić to samo co on, tj. po cichu zaopatrzyć się w broń jądrową. Zabezpieczał przed tym międzynarodowy układ z 2015 r., którego Iran ściśle przestrzegał: rezygnacja z programu atomowego miała mu przynieść zniesienie sankcji. Zwyciężyła jednak koncepcja trójki Adelson-Bolton-Netanjahu: przecież zniesienie sankcji nie zgadza się z doktryną osłabiania. Trump, wpatrzony w swój twardy elektorat chrześcijańskich syjonistów, podarował Izraelowi mnóstwo prezentów politycznych, w tym ubiegłoroczne zerwanie układu z Iranem, by znowu nałożyć sankcje. Wąsaty Bolton przekonywał od lat, podobnie jak Netanjahu, że jedynym sposobem na Iran jest zmiana tam rządu na podległy imperium. Temu mają służyć sankcje i bombardowania. Jest jednak pewien problem.
Pierdzący lew
Ajatollah Ali Chamenei, który stoi na czele irańskiej republiki, przypomniał niedawno, co jego poprzednik Ruhollah Chomeini mówił w czasie kryzysu USA-Iran w latach 80: zachowanie imperium można porównać do lwa ze starej perskiej bajki. Kiedy ten lew staje wobec wroga, czerwieni się i puszcza bąki, by go przestraszyć. Ale w końcu macha ogonem, by szukać jakiegoś mediatora. „Dziś USA zachowują się jak ten lew. Jego czerwienienie się – krzyki i groźby – nas nie wystraszą, a ciągłe sankcje to dla nas tylko pierdzenie lwa.” Nowe, „totalne” sankcje odbiły się jednak na irańskiej gospodarce: dochód narodowy jest na minusie (4 proc.), bezrobocie sięga 11 proc., a ludzie muszą stawić czoło inflacji i brakom na rynku.
Mimo to, problemem dla imperium i Izraela pozostaje irańska doktryna obronna, zbudowana na schemacie wojny asymetrycznej (silnego ze słabszym). Powiedzmy, że Amerykanie w końcu przestaną puszczać bąki i zaatakują Persję – jak kiedyś nazywało się Iran w Europie. Jedyną szybką, pozytywną konsekwencją dla Stanów będzie znaczna podwyżka cen ropy, co uczyni amerykańską produkcję z łupków opłacalną. Ale reszta świata znajdzie się w natychmiastowym kryzysie. Należy przecież spodziewać się, że cieśnina Ormuz, droga tankowców z Zatoki Perskiej, zostanie zamknięta. Interesy amerykańskie na świecie mogą znacznie ucierpieć, a wojna obejmie cały Bliski Wschód. Izrael będzie musiał zaatakować oprócz Syrii Liban, bo Hezbollah z pewnością nie pozostanie bierny, a Palestyńczycy wejdą na drogę kolejnej Intifady.
Koniec hegemonii
Hassan Nasrallah, przywódca Hezbollahu, twierdzi wręcz, że tej wojny wyborczej nie będzie. Jego zdaniem, gdyby Iran był słaby, wojna miałaby miejsce już dawno. A słaby nie jest: mimo wiecznych sankcji, własnymi siłami ciągle przygotowywał się do obrony, a społeczeństwo irańskie nie pozwoli odebrać sobie zdobyczy rewolucji z 1979 r. – niezależności od Ameryki, która doiła kraj na wszystkie sposoby. Po drugie, władze amerykańskie dobrze wiedzą, że wojna nie zatrzyma się w granicach Iranu, co grozi utratą imperialnej hegemonii w regionie, a nawet „końcem Izraela i Saudów”. Po trzecie, ewentualne zwycięstwo Ameryki nad Iranem pozbawi ją możliwości dojenia arabskich dyktatur z Zatoki, które dziś nieustannie kupują amerykańską broń wobec „zagrożenia irańskiego”. Iran co prawda od setek lat na nikogo nie napadł, ale jako straszak jest zbyt opłacalny, by się go pozbawiać.
Iran, po wniesieniu do ONZ skargi na USA w związku z naruszeniem jego granic przez drona, który został czujnie zestrzelony 20 czerwca, wezwał na dywanik przedstawiciela Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA), skąd ten dron wystartował. Wiadomość była prosta: każdy kraj, który pozwala imperium atakować Iran ze swego terytorium, sam zostanie zaatakowany. W Kuwejcie, gdzie jest najwięcej uzbrojonych Amerykanów, niektórzy mieszkańcy już pakują manatki. A dotyczy to właściwie wszystkich wasali amerykańskich z Zatoki, bo bazy wojskowe USA są w każdym. Takie ZEA mogą wydawać miliardy na najemników z Kolumbii i krajów afrykańskich do niszczenia ubogiego Jemenu, ale czy Kolumbijczycy zechcą walczyć przeciw Iranowi, który dysponuje lotnictwem i ma dobrze wyposażoną armię?
Koniec układu
Kraje Unii Europejskiej próbują jeszcze przekonywać Iran, że warto, by przestrzegał obalonego przez Waszyngton układu atomowego, jednak straciły resztki autorytetu podporządkowując się jednostronnym sankcjom amerykańskim. Wbrew ich obietnicom, Iran został pozbawiony możliwości normalnego rozwoju i wymiany ze światem, co było jego celem, kiedy podpisywał ugodę. Za kilka dni, by dowieść, że nie boi się osi Waszyngton-Tel-Awiw-Rijad, podejmie prace nad wznowieniem swego programu atomowego. Amerykanie będą mieli pretekst do ataku, tym bardziej, że Izrael zapewnia, że poradzi sobie z Libanem i Syrią.
Teraz wszystko zależy od kalkulacji wyborczych Trumpa, którego prezydent Rohani nazwał „opóźnionym umysłowo”. Trump jest jednak prawdopodobnie na tyle trzeźwy, że w „krótką wojnę” jako „złoty środek” wyborczy sam nie wierzy. Zdaje się ciągle preferować terror ekonomiczny. Jest rozczarowany obietnicami Boltona i Pompeo na temat szybkiego przejęcia władzy w Wenezueli, wie, że ich plany póki co spalają się na panewce. Jest jak lew w klatce, na razie bombarduje Iran jedynie tweetami, choć właśnie wysłał „niewidzialne” samoloty F-22 Raptor do bazy w Katarze. Ta gestykulacja nie zapowiada niestety nic dobrego. Najbliższa przyszłość pokaże, kto właściwie rządzi w Waszyngtonie, ale ta wiedza nie uchroni świata przed wielkim nieszczęściem, jakim byłby ten konflikt.

Trump przekracza 38 równoleżnik

Prezydent USA i przywódca KRLD spotkali się we wsi Panmundżom w strefie zdemilitaryzowanej na granicy pomiędzy Koreami. Po wzajemnym uścisku dłoni Kim Dzong Un zaprosił Donalda Trumpa na północnokoreańską stronę granicy. Trump odpowiedział na gest.

Przywódcy spotkali wczoraj wczesnym rankiem polskiego czasu, na początku kamery pokazały jedynie wstępną, kurtuazyjną wymianę zdań i podanie rąk. Zaraz potem północnokoreański przywódca zapraszającym gestem wprowadził Trumpa na swoją stronę strefy zdemilitaryzowanej. Nigdy wcześniej żaden amerykański prezydent nie przekroczył tej granicy.
– Dobrze pana znowu widzieć. Nie spodziewałem się, że spotkamy się w tym miejscu – miał powiedzieć Kim Dzong Un, gdy obaj przywódcy uścisnęli sobie dłoń na granicy.
Z kolei po przejściu na północnokoreańską stronę Trump miał ocenić to doświadczenie jako „wspaniałe uczucie” i „bardzo historyczny moment”. Jak donoszą anglojęzyczne media Trump mówił także, iż przekroczenie granicy jest dla niego „wielkim zaszczytem” („stepping across that line was a great honor”, z jakichś powodów w polskich mediach zostało to przetłumaczone jako „jestem dumny z tego, że przekroczyłem tę linię”). Kim Dzong Un z kolei podkreślił, że Trump jest „pierwszym prezydentem USA, który odwiedził nasz kraj” i ocenił to jako przykład „odwagi i determinacji”. Po wypowiedziach dla mediów obaj przywódcy rozpoczęli rozmowy za zamkniętymi drzwiami.
Spotkanie trwało blisko godzinę. Po jego zakończeniu Trump ogłosił wznowienie rozmów między Pjongjangiem i Waszyngtonem o denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. USA i Korea Północna powołają w tym celu specjalne robocze zespoły, które rozpoczną wkrótce (w ciągu dwóch do czterech tygodni) negocjacje ws. konkretnych działań. Trump zastrzegł jednocześnie, że amerykańskie sankcje przeciwko Korei Północnej pozostaną w mocy; w rozmowie z dziennikarzami kilka razy zaznaczył, że tempo negocjacji nie jest dla niego najważniejsze, lecz zależy mu na „wszechstronnej, dobrej umowie” z Koreą Północną.
– Mam nadzieję, że prezydent Trump przejdzie do historii jako prezydent, który doprowadził do pokoju na Półwyspie Koreańskim – skomentował spotkanie Trumpa i Kima prezydent Korei Południowej Mun Dze In.
Warto dodać, że spotkanie to było cokolwiek przełomowe również ze względu na sposób w jaki ta inicjatywa się wyłoniła. Trump zasugerował w minioną sobotę na Twitterze, że mógłby spotkać się z Kimem „po prostu by uścisnąć mu dłoń i powiedzieć hello”. Pjongjang uznał to za „bardzo interesującą propozycję”, ale zaznaczył, że nie otrzymał oficjalnego zaproszenia. Nie było jasne, jaka będzie formuła spotkania, ani o czym Trump będzie rozmawiał z Kimem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania, zakończone względnym sukcesem. Jest to przykład nowej formy dyplomacji, uprawianej niemal pozainstytucjonalnie, poprzez konto prezydenta USA na popularnej platformie społecznościowej.
W Panmundżom Trump i Kim spotkali się po raz trzeci. Wcześniej rozmawiali twarzą w twarz w Singapurze i Hanoi.

USA – Iran. Iskrzy

Prezydent Donald Trump jak przystało na nieprzewidywalnego prezydenta ostatnio grozi Iranowi zarówno dewastacją wojenną jak również życzy Iranowi świetlanej i pełnej prosperity przyszłości. Skąd się wzięło obecne napięcie w stosunkach amerykańsko-irańskich?

14 lipca 2015 r. sześć państw, w tym pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ – USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny – oraz Niemcy zawarły w Wiedniu międzynarodowe porozumienie w sprawie wyrzeczenia się przez Iran prac nad wejściem w posiadanie broni atomowej. Również stroną tego porozumienia jest Unia Europejska. W zamian za rezygnację Iranu z ambicji posiadania broni atomowej zniesione zostały główne sankcje nałożone przez wspólnotę międzynarodową na Iran. Inspektorzy ONZ uzyskali za zgodą rządu irańskiego dostęp do irańskich obiektów wojskowych, by sprawować kontrolę realizacji porozumienia.
Od początku przeciwnikiem tego porozumienia był premier Izraela Benjamin Netanjahu, który czynił bezskuteczne wysiłki, by zapobiec ratyfikowaniu porozumienia. Prawdopodobnie pod naciskiem izraelskiego premiera, również Donald Tramp jeszcze zanim został wybrany na prezydenta USA, wyrażał swój sprzeciw wobec wiedeńskiego porozumienia, a po wyborze na prezydenta 8 maja 2018 r. wycofał Stany Zjednoczone z tego układu. Trump zażądał od pozostałych pięciu państw, aby poszły w ślady Waszyngtonu i anulowały układ z Iranem. Ale żadne z pięciu państw nie uległo naciskom i groźbom amerykańskiego prezydenta. Donald Trump jest przeciwny porozumieniu z Iranem, ale nie ma nic konstruktywnego do zaoferowania Iranowi. Również prezydent Iranu Hassan Rouhani oświadczył, że Iran mimo wycofania się Stanów Zjednoczonych z porozumienia pozostanie jego stroną. Warto przypomnieć, że sekretarz obrony USA w administracji Trumpa gen. James Mattis zeznając przed Senacką Komisją Sił Zbrojnych, 3 października 2017 r. oświadczył, że porozumienie z Iranem leży w narodowym interesie Stanów Zjednoczonych.
W rejonie Zatoki Perskiej i Omańskiej dochodzi do niebezpiecznych incydentów. Kiedy norweskie i japońskie tankowce przewożące ropę zostały zaatakowane rakietami, Amerykanie oskarżyli o te czyn Iran. Władze irańskie stanowczo zaprzeczyły temu i podejrzewały Amerykanów o ten atak.
Do wzrostu napięcia na linii USA – Iran doszło 20 czerwca br., kiedy amerykański szpiegowski samolot bezzałogowy według informacji irańskich RQ-4 Global Hawk został zestrzelony przez wojskową jednostkę irańską. Iran twierdzi, że samolot amerykański naruszył terytorium Iranu, podczas gdy Amerykanie ogłosili, że ich samolot został zaatakowany na wodach międzynarodowych.
Donald Trump zareagował na powyższy incydent nerwowo i niebezpiecznie. Stwierdził, że „Iran popełnił ogromny błąd”. Już wcześniej w maju br. groził, że wojna z Iranem „będzie oficjalnym końcem Iranu”. Teraz wysłał dodatkowo tysiąc żołnierzy na Bliski Wschód, którzy wzmocnili przebywające już tam jednostki amerykańskie. Porywczy i nieprzewidywalny w swym zachowaniu prezydent Trump wydał rozkaz lotnictwu amerykańskiemu i flocie wojennej USA w tym rejonie do ataku na Iran. Samoloty amerykańskie wzbiły się już w powietrze, a okręty wojenne USA wycelowały swe działa na terytorium Iranu.
W Waszyngtonie powstała nerwowa atmosfera. W Białym Domu odbyła się narada z udziałem również polityków demokratycznych i republikańskich. Przewodnicząca Izby Reprezentantów demokratka Nancy Pelosi wezwała do deeskalacji napięcia i działań. Podobne stanowisko zajęli niektórzy republikańscy politycy. Natomiast sekretarz stanu Mike Pompeo i doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, opowiadali się za dalszą eskalacją działań amerykańskich przeciw Iranowi. Widząc tę różnicę zdań wśród najważniejszych polityków amerykańskich prezydent Trump w ostatnie chwili odwołał atak amerykański na Iran i zapowiedział nałożenie dalszych sankcji na Iran począwszy od 24 czerwca. „Sankcje muszą mocno uderzyć w Iran” – powiedział prezydent. Dodał równocześnie, że woli nałożyć na Iran nowe sankcje zamiast militarnego ataku. Nowe sankcje nałożone na Iran objęły czołowych polityków i dowódców wojskowych i ograniczyły międzynarodowe transakcje finansowe Iranu. Przedstawiając sankcje antyirańskiej w Białym Domu Trump powiedział, że „uderzą one mocno” w Iran.
Sekretarz stanu Pompeo przedstawił żądanie przeprowadzenia 12 zmian wewnętrznych w Iranie, jako warunek zaniechania przez Waszyngton wywierania presji na Iran. Teheran oczywiście odmówił spełnienia żądań amerykańskich. Odwołanie ataku na Iran Trump tłumaczył tym, że spowodowałby on nieproporcjonalnie duża liczbę ofiar w stosunku do zestrzelenia bezzałogowego dronu amerykańskiego.
W czasie ostrych ataków Trumpa na Iran, rząd w Teheranie zachowywał się spokojnie. Nie przestraszył się gróźb amerykańskich. Dowódca Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej GEN. Hossein Salami powiedział, że „Iran nie szuka jakiejkolwiek wojny, ale jest gotowy bronić się”.
Trump, jak przystało na nieprzewidywalnego prezydenta kusił Iran perspektywą korzystnej współpracy. „Jeśli Iran chce stać się ponownie bogatym krajem… będę jego najlepszym przyjacielem” – powiedział prezydent.
Administracja Trumpa czuła się niekomfortowo w sytuacji, gdy zapowiadając ostry atak na Iran nagle w ostatniej chwili odwołała agresywne działania. Wiceprezydent USA Mike Pence, chcąc ratować swoją twarz i twarz prezydenta oświadczył 23 czerwca, że działania wojenne przeciw Iranowi zostały odwołane, ponieważ powstały w Waszyngtonie wątpliwości, czy decyzja o zestrzeleniu bezzałogowego dronu amerykańskiego została podjęta przez najwyższe władze irańskie. Również Trump oświadczył, że Iran prawdopodobnie popełnił błąd… zestrzeliwując amerykański samolot.
Trump i jego administracja nie zrezygnowali z wrogiej polityki wobec Iranu, czego dowodem były cyberataki na irański ośrodek szpiegowski i systemy rakietowe. Rzecznik Pentagonu odmówił komentarzy na ten temat. Nie ulega jednak wątpliwości, że agresywna polityka Trumpa wobec Iranu będzie kontynuowana. We wtorek 25 czerwca Trump zagroził Iranowi, że jakikolwiek atak na cokolwiek amerykańskiego spotka się „z potężną odpowiedzią”, a to oznacza – dodał, że pewne obszary Iranu zostaną „zrównane z ziemią”. Prezydent Iranu Hassan Rouhani określił prezydenta Trumpa jako osobę „chorą umysłowo”.
Smutne jest to, że administracja Trumpa oprócz wrogich zachowań wobec Iranu nie ma nic konstruktywnego do zaoferowania temu krajowi. W sytuacji istniejącego obecnie napięcia każdy drobny incydent może doprowadzić do otwartego konfliktu zbrojnego mimo, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zapewnia, że Iran przestrzega umowę jaką zawarł w 2015 r. z sześcioma państwami. Trump chce stworzyć antyirańską koalicję złożoną z państw bliskowschodnich. W tym celu udał się z wizytą do kilku państw tego regionu szef dyplomacji amerykańskiej Mike Pompeo.

Kim jest Donald Trump?

Na to pytanie stara się odpowiedzieć wybitny amerykanista prof. Longin Pastusiak w swojej nowej książce.

„Donald Trump. Pierwszy taki prezydent Stanów Zjednoczonych” to książka półmetkowa. Choćby z tego powodu, że napisana i opublikowana przed końcem prezydenckiej kadencji Donalda Trumpa. Pytanie – czy jedynej, czy pierwszej z dwu. Wiadomo, że na nie, podobnie jak i na wiele innych, teraz profesor nie udzieli odpowiedzi, bo to zadanie dla Pytii, nie dla uczonego. Ale dlatego tym bardziej warto tę książkę przeczytać. Może wtedy prezydent Trump będzie rzadziej nas zaskakiwał.
Profesor Pastusiak potraktował swoją interpretację fenomenu Donalda Trumpa bardzo szczegółowo, a równocześnie bardzo krytycznie. Zebrał ogromny materiał, tak na temat tego, kim Donald Trump był, zanim został prezydentem, ba – zanim otrzymał nominację Partii Republikańskiej, co wówczas wcale nie wydawało się tak oczywiste, bo przecież jego notowania w rankingach wcale nie dawały mu wielkich szans. Jego aspiracje prezydenckie były przecież raczej traktowany raczej niezbyt poważnie, a on sam postrzegany jako postać spoza politycznego establishmentu – a w gruncie rzeczy także i finansowego, bo działalność gospodarcza Trumpa też raczej go sytuowała raczej jako biznesowego celebrytę, a nie działającego w ciszy gabinetu finansistę, Co więcej – jak to autor wielokrotnie zauważa – także i majątek Trumpa, z pozoru oczywisty, przy bliższym przyjrzeniu się wcale taki może się nie wydawać i odpowiedź, czy długi prezydenta nie są czasem większe od posiadanych przez niego aktywów, bo firm, które doprowadzał do upadłości, aby potem negocjować ich warunki było bez liku.
Prof. Pastusiak – choć oczywiście nie ucieka od analizowania osobowości Trumpa i od wyciągania wniosków – nie narzuca natarczywie swoich odpowiedzi ani konkluzji, ale również, opowiadając o kolejnych działaniach prezydenta, pozwala czytelnikowi wyrabiać sobie swoje opinie, zaopatrując go przy tym w obfity materiał. Książka liczy sobie bowiem (bez aneksów) ponad 530 stron samego tekstu dosłownie wypakowanego informacjami, a jej poziom uszczegółowienia jest imponujący. Lektura „Pierwszego takiego prezydenta” wymaga więc od czytelnika pewnego wysiłku. Kompensuje to jednak fakt, iż – jak to jest zwykle w pracach prof. Pastusiaka – napisana jest potoczystym językiem, nie stroniącym od bon motów i ironii, co sprawia, że tę pokaźną pozycję czyta się z prawdziwą przyjemnością.
Prowadzeni przez autora przechodzimy zatem poprzez kampanię wyborczą 2016 r., decyzje i zapowiedzi Trumpa z czasów, gdy był prezydentem-elektem i pierwsze dwa lata jego prezydentury – „akcja” książki zatrzymuje się bowiem na styczniu 2019 roku. Ale nie to jest w tej pracy najważniejsze, bo przecież nie jest to powieść, którą autor czułby się zobowiązany doprowadzić do rozwiązania intrygi, ale analityka polityczna. A historia, zwłaszcza bardzo niedawna, przecież rzadko ma momenty, o których możemy powiedzieć, że były wyraźnymi cezurami. A potem tego rodzaju opinie zwykle przychodzi ex-post rewidować. Z tego powodu zatrzymanie narracji na pewnym etapie nie tylko nie stanowi słabości, ale też – jak już powiedziano na wstępie – pozwala nam lepiej rozumieć i Donalda Trumpa, jego ograniczenia i poglądy i patrzeć na jego obecne działania
poprzez tę wiedzę.
Książka prof. Pastusiaka pozwala też w jednym, wszakże bardzo obszernym tomie, śledzić sprawy, które tymczasem, pod naporem nowych wydarzeń, straciliśmy z pola widzenia, a pamiętanie o nich nie jest bynajmniej nieistotne, gdyż idąc poprzez wypowiedzi takich figur jak Donald Trump, ciągle musimy ścierać się z rozmaitymi niekonsekwencjami. Bo o ile Trump jest może przywiązany do pewnych haseł, które wylansował – choćby „America First”, „Make America great again”, czy kilku sztandarowych projektów, przy których trwa z niezwykłym czasem uporem (jak w sprawie antyimigracyjnego muru na granicy z Meksykiem), ale też przy różnych innych okazjach podejmuje decyzje chimeryczne, jakby nie pamiętał zupełnie (albo nie chciał pamiętać) swoich słów sprzed miesiąca czy dwu. Jeśli nie nawet sprzed dwu dni, jak to było w przypadku zapowiedzi wycofania amerykańskich wojsk z Afganistanu, ale przecież nie tylko wtedy. Nawet w polityce handlowej zupełnie inaczej rozgrywa sprawę Chin, a już Europy – nie aż tak bardzo sztywno.
Może najwięcej uwagi autor poświęca analizowaniu przekazu Donalda Trumpa, tego jak przy swoich niekonsekwencjach i zmianach zdania, poprzez podejmowane przez siebie decyzję doprowadza do rezultatów zupełnie odmiennych od zapowiadanych. Widać to szczególnie w odniesieniu do polityki wewnętrznej – zwłaszcza gospodarczej i społecznej, w której ten rozziew jest szczególnie uderzający, a przy tym są to sprawy dla polskiego czytelnika mniej oczywiste, gdyż siłą rzeczy postrzegamy prezydenta Trumpa przede wszystkim przez jego aktywności w obszarze polityki zagranicznej – Amerykanie zaś wręcz przeciwnie. Autor zatem świetnie prowadzi czytelnika przez czasem bardzo specyficzne dla amerykańskiej polityki problemy, demonstrując jak Trump, zjednawszy sobie w kampanii poparcie Amerykanów średnio i mało zamożnych, jako prezydent dość konsekwentnie podejmuje decyzje, które przynoszą korzyść wyłącznie najbogatszym, tych pierwszych – swój elektorat racząc głównie retoryką.
Przy tej okazji nie sposób nie zrobić wszakże dygresji na temat sposobu komunikowania się z Amerykanami. Bo też ten niekonsekwentny, emanujący buńczucznością styl wypowiedzi Trumpa nie jest kierowany do kongresmenów, polityków, analityków czy dziennikarzy (z którymi niejednokrotnie miał na pieńku), ale dla odbiorcy mniej krytycznego, dla którego większą siłę oddziaływania będzie miał klimat wypowiedzi, odwoływanie się do amerykańskich wartości (co – przypomnijmy – robili i inni prezydenci, bo w Stanach Zjednoczonych takie okrągłe frazesy w większym stopniu niż w Europie są obowiązkowym elementem dyskursu polityków ze społeczeństwem), niż subtelności. Czyli – wbrew pozorom może być tak, że w tym szaleństwie jednak jest jakaś metoda, choć byłaby to metoda mająca swoje korzenie w zarządzaniu chaosem. Przekaz siły i pewności siebie także gra tutaj swoją rolę, choć na ile jest skuteczny? Bo powiedzmy sobie, że aprobata dla prezydentury Trumpa nigdy nie była ani bardzo wysoka, ani stabilna.
Drugą sprawę, którą autor szczegółowo analizuje, jest dobór współpracowników i ich częste zmiany. I tu nie sposób nie zgodzić się z tezą, że będąc osobą narcystyczną, Donald Trump ma wyraźną skłonność do eliminowania ze swojego otoczenia ludzi o skłonności do samodzielnego myślenia, bardziej od siebie kompetentnych. W rezultacie zatem albo są po pewnym czasie dymisjonowani, albo sami odchodzą, nie wytrzymując zapewne sytuacji, w których Biały Dom i administracja mówią sprzeczności. I kiedy trzeba za nie świecić oczami. Z ekipy, która zaczynała wraz z nim urzędowanie nie został prawie nikt. Wyjąwszy chyba tylko zięcia Jareda Kushnera.
Trzeba zaznaczyć jednak, że znaczna część opinii publicznej, zwłaszcza tej związanej z waszyngtońskim establishmentem, Trump ma bardzo złą prasę, dlatego też należy sobie stawiać pytania takie, jak to, czy w wszystko, co możemy przeczytać o nim na przykład w książkach byłego szefa FBI Jamesa Comeya lub Michaela Wolffa – czy jeszcze innych opiniach przywoływanych przez autora – jest do końca prawdą, choć faktycznie, nawet jeśli przerysowany przez wrogów lub byłych współpracowników (co, w gruncie rzeczy, na jedno wychodzi) choć w części jest zgodny z prawdą, jest to obraz wysoce niepokojący.
Najtrudniejszy do prześledzenia – i udzielenia odpowiedzi – jest wątek uzależnienia Trumpa od różnych grup lobbystycznych, o tym nawet jego krytycy, mówią stosunkowo niewiele, co najwyżej skupiając się na sprawie domniemanej rosyjskiej ingerencji w wybory. Tu jednak bardziej by było ciekawe, przyjrzeć się, jak to może wyglądać w samych Stanach Zjednoczonych. Ale to sprawy, wokół których mgła może być najgęstsza. Ale może pewne sytuacje, w których prezydent zmienia zdanie, są nie tylko efektem chwiejności jego nastrojów i opinii, ale też i objawem, że czasem kogoś słucha. Choć – co do tego nie ma wątpliwości – nie przyznałby się do tego. Jaki by jednak Donald Trump chimeryczny i nieobliczalny, trzeba sobie bowiem postawić pytanie, czy to, co różni go od innych prezydentów to faktycznie kwestia esencji, czy tylko stylu. By wspomnieć tylko jego poprzednika – Baracka Obamę – w odróżnieniu od Trumpa mającego świetny odbiór tak w Stanach Zjednoczonych, jak i (pewnie nawet jeszcze bardziej) na świecie. Ile z zapowiedzi (poza „Obamacare”) udało mu się zrealizować? Czy w jego czasach Waszyngton nie prowadził mocarstwowej polityki? Czy nie doprowadził do wojny w Libii, po której ten kraj, obdarzony tak wielkim dobrodziejstwem demokracji, do dziś nie może się pozbierać. Czy nie deportował imigrantów? Czy wycofał żołnierzy z Afganistanu? Czy zlikwidował Guantanamo? Nie zrobił przecież żadnej z tych rzeczy. Nawet jeśli chciał – nie pozwolono mu na to. Więc teraz Trump może jest tylko twarzą tej samej imperialnej, nie liczącej się z nikim i niczym, bezkompromisowej, przypisującej sobie rolę światowego hegemona i policjanta Ameryki, tylko pokazaną bez szminki, pudru i dobrych manier?
Książkę zamyka rozdział poświęcony żonie Donalda Trumpa – Melanii. Postaci mniej kontrowersyjnej i chyba zbyt rzadko przez prezydenta wykorzystywanej do ocieplania jego wizerunku.
Poruszanie się po materiale ułatwia szczegółowe kalendarium prezydentury oraz obszerny indeks.