USA chcą bardziej pognębić Iran

Iran należy do krajów najciężej dotkniętych koronawirusem. Według najnowszych danych, zarażonych jest już ponad 35 tysięcy osób a niemal 2,5 tys. zmarło. Władze w Teheranie apelują o pomoc humanitarną. Jednocześnie Stany Zjednoczone wprowadzają nowe sankcje uderzające bezpośrednio w irańską gospodarkę i utrudniające zakup środków medycznych niezbędnych do walki z wirusem.

Dramatyczna sytuacja zdrowotna skłoniła Iran do wystąpienia po raz pierwszy do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o wsparcie finansowe. Władze w Teheranie wystąpiły do MFW o przyznanie 5 miliardów dolarów, co stanowi 10 proc. środków jakie MFW zamierza przeznaczyć w formie nieoprocentowanych kredytów na zwalczanie koronawirusa w ramach specjalnego funduszu RFI (Rapid Credit Facility). Z podobnym wnioskiem na kwotę 1 miliarda USD zwróciła się do MFW również dotknięta amerykańskimi sankcjami Wenezuela. Jednak ewentualna zgoda Funduszu na pomoc tym krajom może być zablokowana przez Stany Zjednoczone, które w zarządzie MFW mają prawo weta. Udaremnić wypłatę może też międzynarodowa struktura Financial Action Task Force zajmująca się monitorowaniem walki z terroryzmu i praniem brudnych pieniędzy. W lutym umieściła ona Iran na swojej :czarnej liście”. Ponieważ ponad 200 krajów zobowiązało się do przestrzegania jej standardów może to skutkować zablokowaniem przepływu pieniędzy do Iranu.
O zniesienie sankcji wystąpiły nie tylko irańskie władze, lecz także Rosja, Chiny i Pakistan. Chińskie MSZ oświadczyło, że utrzymywanie sankcji będzie hamować wysiłki w walce z pandemią. Jednak już następnego dnia po opublikowaniu tego oświadczenia reakcją ze strony amerykańskiej administracji było wprowadzenie nowych sankcji. Dotknęły one sześć firm chińskich, w tym trzech zlokalizowanych w Hongkongu oraz trzech powiązanych z RPA. Następnie tę listę rozszerzono o pięć firm ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podmioty te zajmowały się zakupem irańskiej ropy naftowej. Restrykcje te oznaczają, że USA zamrożą ich aktywa w bankach a firmy amerykańskie obejmie zakaz utrzymywania z nimi kontaktów biznesowych. Swoje decyzje strona amerykańska tłumaczy jak zawsze w ten sam sposób. Jak się wyraził sekretarz stanu Mike Pompeo, działalność tych firm będzie „dostarczać dochody reżimowi, który może je użyć do finansowania terroryzmu i innych działań destabilizujących” jednak bynajmniej nie na zwalczanie epidemii. Tymczasem, jak twierdzi irański wiceminister zdrowia, amerykańskie restrykcje uniemożliwiają transfer pieniędzy na zakup leków. Mówił też o tym, że Iran zakupił milion masek w Wielkiej Brytanii, które jednak nie mogły zostać dostarczone z powodu sankcji.
Wprowadzenie dodatkowych sankcji przy jednoczesnym utrzymaniu dotychczasowych jest mocno krytykowane Iran. Nazywane są tam antyhumanitarnymi, okrutnymi, nielegalnymi oraz zbrodnią przeciw ludzkości. Teheran stara się też wywierać nacisk na społeczność międzynarodową aby nakłoniła Stany Zjednoczone do ich cofnięcia. Mówił o tym przedstawiciel Iranu w ONZ Madżid Taht Rawanczi. Dyplomata zwrócił też uwagę na to, że sankcje nie tylko narażają na niebezpieczeństwo zdrowie i życie mieszkańców Iranu, lecz także utrudniają możliwości zapobieżenia dalszego rozprzestrzeniania się wirusa na inne kraje. Podobną opinię wyraziła także wysoka komisarz ONZ ds. Michelle Bachelet mówiąc, iż utrudnianie działań medycznych w jednym kraju zwiększa ryzyko dla nas wszystkich, w związku z czym amerykańskie sankcje powinny zostać złagodzone bądź zawieszone. Ponadto irański prezydent Hassan Rowhani zwrócił się z apelem do narodu amerykańskiego o wywarcie nacisku na rząd w celu zniesienia restrykcji.
Stanowisko Iranu znajduje też zrozumienie zagranicą. Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres w rozmowie telefonicznej z irańskim ministrem spraw zagranicznych Dżawadem Zarifem wyraził solidarność z narodem Iranu podkreślając konieczność zniesienia amerykańskich sankcji. Zarif rozmawiał też przez telefon z szefem unijnej dyplomacji Josepem Borrellem, który również przekazał wyrazy solidarności oraz zaznaczył, że znalezienie skutecznego sposobu walki z wirusem wymaga współpracy między państwami. Wypowiedziała się także Światowa Organizacja Zdrowia WHO oświadczając, iż Stany Zjednoczone jeśli nie zniosą sankcji będą ponosić współodpowiedzialność za „ryzyko żniwa śmierci w Iranie”.
Mimo tragicznej sytuacji w Iranie odnotowano duży światowy sukces. IrańskaFars News Agency opublikowała zdjęcie liczącego 101 lat mężczyzny, który po wyleczeniu z koronawirusa opuścił szpital.

Koronawirus i mordercze sankcje

Kto jeszcze pamięta, jak zaczynał się 2020 rok na Bliskim Wschodzie i jak bardzo obawialiśmy się, że zabójstwo Ghasema Solejmaniego zapoczątkuje eskalację przemocy na wielką skalę? Dziś ojczyzna „Generała Cienia” trafia na czołówki mediów niemal wyłącznie w kontekście pandemii. Koronawirus zabił w Iranie, według obliczeń z 23 marca, 1812 osób, i zabija dalej. Nie dokonał tego dzieła zniszczenia sam.

W ciągu każdej godziny w Iranie koronawirusem zaraża się 50 osób, co 10 minut ktoś umiera – to ocena teherańskiego Ministerstwa Zdrowia; według Światowej Organizacji Zdrowia ich wyliczenia i komunikaty i tak mogą być zaniżone. Badacze z Uniwersytetu Technologicznego w Teheranie pokusili się o stworzenie, przy pomocy komputerowego symulatora, scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji. W tym najbardziej optymistycznym szczyt zachorowań miałby przypaść około 25 marca, a liczba ofiar śmiertelnych utrzymać się na poziomie ok. 12 tysięcy. W najgorszym szczyt wypada pod koniec maja, a zgonów może być nawet 3,5 miliona. I właśnie katastroficzny wariant rozwoju wypadków jest bardziej prawdopodobny, bo ten pozytywny, według specjalistów, mógłby zaistnieć dzięki trzem czynnikom: wprowadzeniu rygorystycznej kwarantanny wszędzie tam, gdzie ryzyko zarażenia jest wysokie, pełnemu podporządkowaniu się przez obywateli zaleceniom władz i wystarczającej dostępności leków, zabezpieczeń, preparatów odkażających i sprzętu medycznego. Spełniony nie jest żaden z warunków.
W najwcześniejszych relacjach z dotkniętego chorobą Iranu akcentowano aspekt pierwszy, niedocenienie znaczenia społecznej izolacji, zwłaszcza odmowę odwołania zbiorowych modlitw w meczetach. Faktycznie, to święte miasto szyitów, Ghom ze swoim meczetem Fatimy i innymi otwartymi przez całą dobę świątyniami, stało się epicentrum epidemii. Jak plastycznie opisuje polska iranistka Jagoda Grondecka, w sanktuarium, przy grobie córki ósmego imama
Alego ar-Ridy
„stłoczeni, dosłownie wchodzący jedni na drugich wierni przeciskają się, by choć przez chwilę złapać – a najlepiej pocałować – odgradzające grób kraty. Kobiety często głośno zawodzą i łkają. Według przypowieści każda wylana łza to jedna perła do odbioru u bram raju”. Imamowie opiekujący się świętym miejscem w pierwszych reakcjach z oburzeniem odrzucali możliwość zamknięcia meczetu, jako rażący dowód niewiary; więcej, wprost zachęcali, by przychodzić do niego po uzdrowienie. Dopiero 16 marca władze Republiki Islamskiej zdołały przekonać duchowieństwo, że nie ma innego wyjścia, jak tylko zakazać wstępu do meczetów i zawiesić uroczyste modlitwy piątkowe. Następnego dnia znaleźli się wyznawcy tyleż konserwatywni, co zdezorientowani, którzy dzień po zakazie usiłowali sforsować zamknięte bramy meczetu Fatimy oraz równie znaczącego sanktuarium w Meszhedzie, ale imamowie nie ustąpili. Sprawa stała się za poważna: wśród śmiertelnych ofiar wirusa są wysocy rangą szyiccy duchowni i politycy, w tym parlamentarzyści, zachorowała wiceprezydent
Masume Ebtekar,
przez co w pewnym momencie obawiano się o zdrowie samego prezydenta Hasana Rouhaniego.
Rouhani chory nie jest i regularnie pojawia się w mediach, starając się tyleż uspokajać obywateli, co ratować własną pozycję polityczną; zanim pandemia stała się w Iranie tematem nr 1, jego konserwatywni przeciwnicy wygrali wybory parlamentarne i szykowali się do ostatecznego przeformatowania sceny politycznej pod swoje dyktando. Mieli wszelkie szanse powodzenia, wszak reformistyczna wizja otwarcia na świat i uzdrowienia gospodarki dzięki ożywieniu wymiany handlowej została zamordowana przez administrację Donalda Trumpa, a dwie fale dość desperackich protestów wywołanych pogarszającą się sytuacją gospodarczą stłumiono. Do więzień posłano m.in. lokalnych liderów związków zawodowych. Prezydent stracił wtedy poważnie na wiarygodności, a i teraz trudno go nazwać twarzą rządu sprawnie walczącego ze śmiertelnym zagrożeniem. Na początku epidemii irański minister zdrowia bagatelizował sytuację i zapewniał, że kwarantanny należą do odległej przeszłości. Najwyższy Przywódca Ali Chamenei rzucał teoriami spiskowymi, a sekundował mu dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Hosejn Salami, sugerujący, że wirus to amerykańska broń biologiczna, celowo uruchomiona w Chinach i Iranie. Także późniejsze publiczne wystąpienia władz nie uspokajają społeczeństwa, gdyż pokazują raczej chaos kompetencyjny i zakulisową rywalizację, niż sprawne zarządzanie kryzysowe.
Najwyższy Przywódca
najpierw polecił wojsku przejąć faktyczne dowodzenie w walce z epidemią, realizując przy tym wytyczne Ministerstwa Zdrowia, potem nakazał armii podporządkować się decyzjom rządu. Irański szef sztabu zdążył zadeklarować, że w 10 dni przywróci normalność – pojawiły się „wiarygodne” doniesienia o rychłej kwarantannie czy godzinie policyjnej w Teheranie. Te jednak zdementował prezydent Rouhani, oznajmiając, iż kroki nadzwyczajne może zadekretować tylko utworzona przez niego specjalna grupa. Do tego mer Teheranu Piraz Hanachi przyznał, że wprowadzić i wyegzekwować surowej kwarantanny w całej metropolii zwyczajnie nie jest w stanie.
W ostatecznym rozrachunku w irańskich mediach w marcu po prostu nie podawano informacji o liczbie zgonów czy realnym zasięgu zakażeń w irańskich megalopolis. Kiedy
Masud Mardani,
dyrektor Irańskiego Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi, zasugerował, że w blisko dziewięciomilionowym Teheranie może być nawet 2,5-3,5 mln nosicieli, po kilku dniach musiał publicznie odwołać swoje wnioski, rzekomo z powodu błędów metodologicznych. Główne irańskie oficjalne media raczej tradycyjnie atakują regionalnych rywali, tym razem za zaniżanie epidemicznych statystyk, albo nadają dobre wiadomości, jak ta o 101-letnim pacjencie, który wyszedł z choroby. Efektem całego chaosu kompetencyjnego i informacyjnego jest kompletny brak zaufania społeczeństwa do władz i ich zarządzeń.
Jeśli wierzyć wpisowi na jej własnym Twitterze, wyzdrowiała też wiceprezydentka Masume Ebtekar. Walkę z wirusem wygrał tym samym jeden z żywych symboli rewolucji, której 40. rocznicę świętowano w Teheranie zaledwie kilka miesięcy temu. Ebtekar była wśród studentów, którzy w listopadzie 1979 r. wtargnęli do amerykańskiej ambasady i wzięli jej personel jako zakładników, zdeterminowani powstrzymać imperium przed wtrącaniem się w sprawy Iranu. Ona właśnie, wykształcona w Stanach Zjednoczonych, podawała z ambasady anglojęzyczne komunikaty dla mediów.
Dziś znowu Irańczycy zwracają się do Waszyngtonu z apelami i oskarżeniami, alarmując, że to za sprawą USA ich kraj musi szykować się na drastyczny scenariusz rozwoju epidemii. Irański minister spraw zagranicznych Mohammed Dżawad Zarif wzywa do zdjęcia sankcji, gdy trwa walka z chorobą i śmiercią, i nie przebiera w słowach: – Donald Trump złośliwie zacieśnia amerykańskie nielegalne sankcje w celu wydrenowania Iranu z zasobów niezbędnych do walki z COVID19. Świat nie może pozostać obojętnym, gdy USA dodają do terroryzmu ekonomicznego terroryzm medyczny – napisał na Twitterze. W kolejnym wpisie dodawał: oni dosłownie zabijają niewinnych ludzi!
Nie żaden ekstremista, a
Jeffrey Sachs
18 marca wezwał Waszyngton, by natychmiast uchylił sankcje nałożone na Iran (ale też Wenezuelę czy Kubę), gdyż w obecnej sytuacji są one niczym innym, jak rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i wywoływaniem powszechnego cierpienia. W obliczu epidemii sankcje są, pisze dalej Sachs, nielegalne i niemoralne. – Nie ma wątpliwości, że zdolność Iranu do odpowiedzi na nowy szczep koronawirusa została nadwątlona przez sankcje ekonomiczne nałożone przez administrację Trumpa, a liczba ofiar będzie zapewne znacznie wyższa, niż gdyby sankcji nie było – to z kolei Mark Weisbrot, wicedyrektor socjaldemokratycznego think-tanku Center for Economic and Policy Research. Apel szefa irańskiej dyplomacji oficjalnie popiera ONZ, a według „The Guardian” nawet rząd Wielkiej Brytanii nieoficjalnymi kanałami starał się przekonać Biały Dom do tego, że walka z wirusem to wspólna sprawa, ważniejsza od sankcji, które można na chwilę „rozluźnić”.
Tyle, że administracja Trumpa ma wobec Iranu własne plany: w mijającym tygodniu 12 kolejnych przedsiębiorstw (z Chin, Tajwanu, RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich) zostało objętych sankcjami za robienie biznesu z irańskimi firmami z sektora petrochemicznego. – Polityka maksymalnego nacisku na reżim jest kontynuowana – oznajmił dziennikarzom Brian Hook, amerykański Specjalny Przedstawiciel ds. Iranu. Nic nie zmienia się od grudnia 2019 r., gdy Departament Stanu zapowiedział dalsze zaostrzanie kursu wobec znienawidzonej republiki na Środkowym Wschodzie, a na spotkaniu z prasą 30 grudnia jeden z amerykańskich urzędników z satysfakcją mówił o pogrążaniu się Iranu w recesji i dyplomatycznej izolacji. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś zbędne humanistyczne wątpliwości, Sekretarz Stanu Mike Pompeo i sam Trump rozwiali je podczas konferencji prasowej 20 marca. – Irańscy przywódcy znają odpowiedź na pana pytanie – rzucił prezydent dziennikarzowi, który poruszył kwestię możliwego cofnięcia sankcji. Krótko potem Trump złożył Irańczykom… życzenia z okazji przypadającego właśnie perskiego Nowego Roku, Nouruz. To „bezmyślne podżeganie” – ocenia na łamach „The Guardian” Simon Tisdall. Zaś Mehdi Hasan w The Intercept zastanawia się, czy amerykańskim rządem kierują socjopaci, którym w bezduszności udało się przebić nawet administrację George’a W. Busha: ona wszak w 2003 r. zgodziła się na czasowe ograniczenie sankcji i przysłanie pomocy medycznej, gdy trzęsienie ziemi zabiło 26 tys. ludzi w południowo-wschodnim Iranie. Teraz USA teoretycznie złożyły Iranowi ofertę pomocy humanitarnej (szczegółów nie ujawniono), ale bez cofania sankcji.
Mike Pompeo
sugerował podczas konferencji, że Iran cierpi na własne życzenie, bo przecież sankcje nie obejmują pomocy humanitarnej czy zakupu leków. Tak samo to wiarygodne, jak jego twierdzenia, że Teheran jest jedynym źródłem przemocy i agresywnym państwem na Bliskim Wschodzie. Raport Human Rights Watch z października 2019 r. dowodzi, że prawda jest o wiele okrutniejsza: „szeroko zakrojone restrykcje dotyczące transakcji finansowych, połączone z agresywną retoryką amerykańskich urzędników, dramatycznie ograniczyły zdolności irańskich podmiotów do finansowania importu na cele humanitarne, w tym importu podstawowych leków i sprzętu medycznego. Chociaż rząd USA uwzględnił wyjątki dotyczące takiego importu w systemie sankcji, HRW przekonało się, że te wyjątki nie zdołały przekonać amerykańskich i europejskich firm oraz banków do przełamania obaw przed sankcjami. Nie decydowały się one eksportować czy finansować dóbr humanitarnych objętych wyjątkami. W efekcie Irańczykom odmówiono dostępu do podstawowych leków, ograniczono ich prawo do zdrowia”. Krótko mówiąc: banki wolą blokować wszelkie transakcje z irańskimi podmiotami, a europejscy producenci leków i wyborów medycznych rezygnować ze sprzedaży. Wolą wykazywać się nadgorliwością i mieć pewność, że nie dotkną ich karne sankcje, zamiast zastanawiać się, czy w konkretnym przypadku spełnione byłyby kryteria transakcji humanitarnej. Z podobnych powodów, twierdzi Teheran, utrudnione jest też działanie tzw. Kanał Szwajcarskigo (Swiss Humanitarian Trade Arrangement), uruchomionego w końcu lutego mechanizmu umożliwiającego import leków i towarów humanitarnych do Iranu. Przez sankcje i niechęć banków do współpracy, twierdzi Teheran, nie sposób przekierować na kanał funduszy, które Iran miał zdeponowane za granicą.
Jesienią 2019 r. obrońcy praw człowieka alarmowali, że Iranowi z powodu sankcji brakuje już najważniejszych leków na padaczkę, białaczkę, preparatów używanych w chemioterapii czy specjalistycznych bandaży, bez których nie mogą funkcjonować chorzy na pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB). W opisanym przez HRW przypadku produkująca opatrunki firma z Europy odmówiła ich sprzedaży, gdyż bała się sankcji. Teraz Iranowi brakuje testów na koronawirusa; część jego ofiar widnieje w statystykach jako zmarli na zaburzenia oddychania i inne choroby, bo nie było nawet możliwości przebadania ich pod kątem epidemii. Na początku marca zaczynało brakować masek i strojów ochronnych, lekarze wyrażali obawy o dostępność środków odkażających i wzmacniających odporność preparatów witaminowych. Przed epidemią Iran był w stanie je wytwarzać na określoną skalę, teraz musiałby w krótkim czasie zaimportować dużą ilość tak gotowych produktów, jak i substratów niezbędnych do produkcji środków odkażających. Sankcje taką operację poważnie komplikują.
Prezydent Hasan Rouhani,
który walczy o zachowanie własnej pozycji w obliczu ofensywy konserwatystów, zwrócił się z apelem do amerykańskiego społeczeństwa, by zażądało od swoich przywódców wykazania się humanistyczną postawą, ale sam raczej nie wierzy w powodzenie listu. Jeszcze przed jego publikacją rząd Iranu po raz pierwszy od 60 lat zwrócił się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kredyt o wartości 5 mld dolarów miałby zostać udzielony w ramach specjalnej kwoty wsparcia walki z pandemią w krajach o niskim dochodzie. Tyle, że również tutaj głos decydujący będą mieć Amerykanie, których przedstawiciel może zawetować każdą decyzję o pożyczce wydaną przez IMF. Nawet gdyby jakimś cudem nie zawetował, pozostaje jeszcze kwestia technicznego transferu pożyczki: jak go przeprowadzić, gdy żaden bank nie chce narazić się na kary za transakcje z irańskim Bankiem Centralnym?
Nouruz jest tradycyjnie okazją do spotkań w gronie przyjaciół, urlopów, odwiedzin u rodziny. Tegoroczny nie był inny: ostrzeżenia o zagrożeniach związanych z nieizolowaniem się zostały zignorowane. Według policyjnych danych na irańskie drogi wyjechało 1,2 mln samochodów, niewiele mniejszą niż w ubiegłym roku popularnością cieszyły się wyjazdy nad Morze Kaspijskie. I właśnie pod koniec weekendu, gdy zaczyna się wiosna, władze prowincji Teheran ogłosiły, że wszystkie stołeczne przedsiębiorstwa, oprócz supermarketów i aptek, mają zostać zamknięte do 3 kwietnia. Irańczycy nie zrezygnowali ze święta, bo ci zamożniejsi i tak od dawna dysponują środkami do ochrony siebie i najbliższych, ubożsi najwyraźniej uznali, że nie mają nic do stracenia. Ludzie z klasy pracującej, których jeszcze nie dotknęło bezrobocie, i tak musieli normalnie wykonywać swoje obowiązki. Prywatni pracodawcy nie zamykali biznesów, wiedząc, że duszony sankcjami kraj nie wprowadzi żadnej „tarczy antykryzysowej”, nie weźmie na siebie wynagrodzeń pracowników, nie zawiesi spłacania kredytów czy płacenia rachunków. Tego, co zrobi z gospodarką ograniczenie działalności gospodarczej w stolicy, a w dalszej perspektywie również poza nią, nikt nawet nie podejmuje się głośno prognozować.
Krach irańskiej gospodarki, który wywoła potężny społeczny gniew i zmiecie rząd to marzenie amerykańskiej administracji. Z publikacji niezwykle aktywnego w mediach ministra spraw zagranicznych Mohammeda Dżawada Zarifa przebija świadomość tego faktu i chęć uprzedzenia kompletnego chaosu. W przesłaniu na Nouruz, w którym ponownie wybrzmiały gorzkie słowa pod adresem Waszyngtonu, dyplomata zawarł zaskakująco trzeźwą ocenę systemu, którego jest częścią i twarzą. – Walka z koronawirusem przekonała nas, że musimy odnowić nasze metody rządzenia – napisał. Zasugerował, iż potrzeba mniej kontrolowania wszystkiego i wszystkich, za to więcej organizacji pozarządowych, sprzyjania oddolnej aktywności obywateli. To ostatnie już się dzieje: w Ghom powstały oddolne grupy wolontariuszy i wolontariuszek wspierające osoby starsze i uboższe, biorące na siebie sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni publicznej, upowszechnianie zasad higieny. Zagraniczne media pokazują takie sceny solidarności nieporównywalnie rzadziej, niż fanatyków szturmujących zamknięte meczety czy kolejne na poły obłąkańcze tyrady Najwyższego Przywódcy. Łatwiej podtrzymywać stereotypy o zacofaniu, niż pokazać tych Irańczyków, zwykłych ludzi, którzy – po raz kolejny na przestrzeni ostatnich dekad – nie chcą poddać się przeciwnościom nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Sankcje Trumpa wobec Kuby

Od zwycięstwa rewolucji kubańskiej w 1959 r. rząd Stanów Zjednoczonych izolował Kubę i obłożył ten kraj sankcjami politycznymi i gospodarczymi.

Politykę tę zmienił dopiero prezydent Barak Obama, który w 2014 r. ogłosił „nowy rozdział” w stosunkach amerykańsko – kubańskich i przywrócił stosunki dyplomatyczne USA z Kubą. Niestety obecny prezydent Donald Trump drastycznie ograniczył stosunki z Hawaną i powrócił do polityki izolowania Kuby.
Prezydent Donald Trump jest postacią unikatową na fotelu prezydenckim w Białym Domu z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że objął najwyższy urząd państwie mając bardzo ograniczone obycie międzynarodowe i bez doświadczenia w polityce wewnętrznej USA. Jego głównym hasłem wyborczym było „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Jako prezydent zyskał opinię polityka nieprzewidywalnego i to zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej.
Trump krytykował zarówno politykę wewnętrzną jak i zagraniczną swego poprzednika Baracka Obamy. Już w czasie kampanii wyborczej krytykował politykę Obamy wobec Kuby i zapowiadał jej zmianę „na lepsze porozumienie”. Zarzucał Obamie, że jego polityka wobec Hawany nie przyniosła mieszkańcom wyspy swobód politycznych i zapowiadał, że jeżeli zostanie wybrany prezydentem, zmieni ją. I tak się stało. 16 czerwca 2017 r. Trump podpisał w Miami nowy 6-stronicowy dekret zawierający zasady nowej, bardziej restryktywnej polityki Stanów Zjednoczonych wobec Kuby. Przy tej okazji wygłosił przemówienie, które uszczegółowiło nową politykę Waszyngtonu wobec Kuby. Trump nie anulował wszystkich decyzji swego poprzednika. Podtrzymał m.in. decyzję Obamy z 2014 r. o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, o otwarciu ambasad w Waszyngtonie i w Hawanie, i wielu innych decyzji o kontaktach i współpracy amerykańsko-kubańskiej. „Unieważniam – powiedział Trump – całkowicie jednostronne porozumienie z Kubą. Nie będziemy milczeć na temat komunistycznej opresji”.
Nowe zasady ruchu osobowego nie pozwolą Amerykanom swobodnie planować prywatnych podróży na Kubę. Amerykanie kubańskiego pochodzenia będą nadal mogli podróżować na Kubę i przesyłać pieniądze swym krewnym. Nowa polityka Trumpa wobec Kuby zezwala na podróże zbiorowe Amerykanów, na wymianę akademicką, edukacyjną, na misje religijne i humanitarne. Podróże edukacyjne nie mogą być traktowane jako turystyczne. Biznesmeni amerykańscy nie będą mogli współpracować z firmami kubańskimi związanymi z wojskiem lub wywiadem. „Nie chcemy – powiedział prezydent – aby amerykańskie dolary służyły wojsku, które wykorzystuje i nadużywa obywateli Kuby… Rządowi kubańskiemu mówię – skończcie z opresja dysydentów, zwolnijcie politycznych więźniów. Przestańcie więzić niewinnych ludzi. Otwórzcie się na polityczne i ekonomiczne wolności”. Trump zarzucił rządowi Castro, ze zaopatruje w broń Koreę Północną i przyczynia się do chaosu w Wenezueli.
Prezydent upoważnił sekretarza stanu Rexa Tillersona do stworzenia grupy zadaniowej, której celem będzie rozszerzenie dostępu do Internetu dla mieszkańców Kuby.
Krytycy kubańskiej polityki Trumpa stwierdzili, że oznacza ona powrót do strategii, które okazała się fiaskiem. Twierdzili, że pcha ona Kubę do współpracy z Rosją i Chinami. Demokratyczny senator z Wirginii, Mark Warner powiedział 16 czerwca 2017 r., że „decyzja administracji Trumpa wstrzymania postępu w stosunkach amerykańsko-kubańskich jest złym, sygnałem dla świata na temat przywództwa amerykańskiego”. Również rząd kubański krytycznie ocenił nową politykę amerykańską wobec Kuby i wypomniał Trumpowi, że „nie ma prawa pouczać nas”.
Prezydent Trump w 2017 r. wprowadził nowe sankcje ograniczając stosunki z Kubą jako karę za poparcie Hawany dla wenezuelskiego rządu prezydenta Nicolasa Maduro. Nowe sankcje miały również skłonić rząd Kuby do zmiany polityki w odniesieniu do praw człowieka. W odpowiedzi na te sankcje wiceprezydent Kuby Miguel Diaz-Canel oświadczył: „My Kubańczycy nie poddajemy się”. W kwietniu 2018 r. został on nowym prezydentem Kuby.
W czerwcu 2017 r. Trump opublikował prezydenckie memorandum dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Zawierało ono nowe sankcje nałożone na Kubę. Obejmowały one m.in. transakcje firm amerykańskich z firmami kubańskimi kontrolowanymi przez wojsko. Wprowadzono również ograniczenia w osobowych kontaktach kubańsko-amerykańskich. Departament stanu opublikował listę instytucji kubańskich, z którymi ograniczono lub wręcz zakazano utrzymywanie przez Amerykanów kontaktów. Ograniczenia te obejmowały m.in. dwa kubańskie ministerstwa i 49 podległych instytucji, 104 hotele, dwie agencje turystyczne oraz 41 jednostek podległych resortom obrony i bezpieczeństwa.
W kwietniu i w maju 2019 r. Departament Skarbu USA nałożył sankcje na osiem linii żeglugowych i siedem okrętów, które transportowały ropę naftową z Wenezueli na Kubę. Wenezuela dostarczała jedną trzecią ropy będącej w użyciu na Kubie. 8 kwietnia 2019 r. Departament Skarbu wprowadził ograniczenia na kontakty amerykańskiej ligi baseballowej z Kubańską Federacją Baseballową. Głównym zwolennikiem zaostrzenia sankcji przeciwko Kubie był ówczesny doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Zarzucał on rządowi Kuby popieranie lewicowego rządu w Wenezueli. Twierdził on, że Kuba wysłała do Wenezueli 20-25 tysięcy żołnierzy i groził Kubie nałożeniem pełnego i całkowitego embarga, i nałożeniem „na najwyższym poziomie sankcji” jako karę za poparcie dla rządu w Wenezueli.
25 października 2019 r. rząd prezydenta Trumpa zakazał lotów handlowych przedsiębiorstwom amerykańskim do 9 miast kubańskich z wyjątkiem Hawany. Zakaz ten wszedł w życie 10 grudnia 2019 r. Sekretarz Departamentu Stanu Mike Pompeo oświadczył, że jest to karą dla rządu Kuby za „represje wobec ludności Kuby za poparcie Nicolasa Maduro w Wenezueli”.
116. Kongres Stanów Zjednoczonych wyasygnował w roku finansowym 2019 (FY2019) 20 mln dol. na propagowanie demokracji na Kubie i 29,1 mln dol. na działalność programu radiowego skierowanego do społeczeństwa kubańskiego.
Ostre sankcje nałożone na Kubę przez administracje Trumpa nie spotkały się z powszechnym poparciem w Stanach Zjednoczonych. Przeciwnicy tych sankcji wskazywali, że wpychają one Kubę w ramiona Rosji i Chin. Ponadto twierdzili, że sankcje amerykańskie sprzyjać będą masowej ucieczce Kubańczyków na Florydę i nie sprzyjają demokratyzacji kubańskiego systemu politycznego.

Energetyczne gry

Gaz przetaczany pod powierzchnią Bałtyku i tankowce pływające przez Cieśninę Ormuz, choć geograficznie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. I obie podejrzanie interesują Wuja Sama.

Komisja spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt ustawy nakładającej sankcje na przedsiębiorstwa biorące udział w budowie gazociągu Nord Stream 2. projekt autorstwa senatorów Teda Cruza i Jeanne Shaheen poparli zarówno demokraci jak republikanie. Za jego przyjęciem głosowało 20 członków komisji, przeciw padły dwa głosy.
Jeśli wejdzie w życie ustawa zabroni wjazdu do USA wszelkim osobom mającym związek ze „sprzedażą, dzierżawą, udostępnianiem lub pomocą w udostępnianiu statków” do układania rosyjskich gazociągów morskich na głębokości 30 metrów i więcej, a także zamrożenie ich aktywów, znajdujących się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Takie sformułowanie oznacza, że zapisy ustawy będą mogły się stosować również do budowy innych gazociągów, na przykład między Rosją a Turcją.
Projekt powiela modelowe rozwiązania chętnie stosowane przez USA wobec firm i osób wziętych na celownik, opierające się na założeniu, że prawodawstwo amerykańskie może się rozciągać na wszystkich, którzy robią coś, co Ameryce się nie podoba. A nawet ingerować w sprawy, które Stanów Zjednoczonych nie dotyczą, nie dzieją się na ich terytorium i penalizować działania innych niż amerykańskie podmioty w nich uczestniczących. Już sam tytuł ustawy „Ustawy o ochronie bezpieczeństwa energetycznego Europy” brzmi ciekawie, bo – jakkolwiek sprawa budowy gazociągu Nord Stream 2 w Unii Europejskiej budzi kontrowersje i jest niechętnie traktowana przez szereg państw (m.in. Polskę), obrona „bezpieczeństwa energetycznego” kontynentu położonego po drugiej stronie Atlantyku w stosunku do USA jest obroną nieproszoną. Inna tylko sprawa, że tytuł mówiący wprost, że chodzi o obronę amerykańskich interesów przed konkurencją w postaci możliwości zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Zachodniej Europy (przepustowość Nord Stream 2 ma wynieść miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) wobec ambicji zastąpienia ich droższym skroplonym gazem amerykańskim. A zatem – jest to czysta hipokryzja i obrona nie Europy, a własnych interesów ekonomicznych.
Należy spodziewać się, że ustawa – choć musi być jeszcze przyjęta przez obie izby Kongresu i ewentualnie „sklejona” z projektem przygotowywanym przez Izbę Reprezentantów oraz podpisana przez prezydenta – wejdzie w życie. Pytanie, czy na tyle szybko, żeby faktycznie mogła zablokować budowę Nord Stream 2, bo według szefa austriackiego koncernu naftowo-gazowego OMV Rainera Seele układanie rurociągu zostało już zakończone w 70 proc. Oznacza, że pierwszy gaz może popłynąć jeszcze w tym roku.
Tymczasem sankcji doczekał się irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif. Amerykański Departament Skarbu ogłosił w tym samym komunikacie wszakże przedłużenie zgody na działanie zagranicznych firm biorących udział w irańskim cywilnym programie nuklearnym. Te sprzeczne sygnały tłumaczy, że dzięki temu jest wgląd w jego funkcjonowanie.
Z kolei amerykańskie projekty zablokowania Iranu poprzez zorganizowanie wspólnej misji wojskowej w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowego handlu ropą naftową, zorganizowanej pod hasłem „obrony bezpieczeństwa żeglugi” poza Wielką Brytanią nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem. Zdecydowanie negatywnie wypowiedział się o niej wicekanclerz i minister finansów RFN Olaf Scholz. Słowa Scholza należy uznać za wiążącą decyzję, gdyż zastępuje on faktycznie Angelę Merkel podczas urlopu. W publicznej telewizji ZDF powiedział on, iż ewentualny udział Niemiec w sporze między Iranem i Stanami Zjednoczonymi mógłby doprowadzić do dalszej eskalacji konfliktu, a sytuacja w regionie jest już i tak nadzwyczaj napięta.
Inicjatywa powołania wspólnych sił morskich operujących w tym rejonie pojawiła się po incydentach z udziałem jednostek irańskich oraz po zatrzymaniu przez Iran brytyjskiego tankowca Stena Impero pod zarzutem dokonania wykroczeń.

Sankcje bez umiaru

Wydawało się, że Stany Zjednoczone nałożyły na Iran już wszystkie możliwe sankcje gospodarcze, ale coś się jeszcze znalazło: były dyrektor z Goldman Sachs, dziś szef departamentu skarbu Steven Mnuchin poinformował, że miliardy dolarów zagranicznych aktywów irańskich zostaną „zamrożone”, a na przywódcę duchowego Iranu ajatollaha Chemenei i szefa irańskiej dyplomacji Mohammada Zarifa spadną jeszcze sankcje osobiste. Irańczycy pukają się w głowę.

Do swoich aktywów zagranicznych i tak mają już odcięty dostęp, a sankcje przeciw osobistościom irańskim określają jako „jałowe”. Ciekawe, że imperium postanowiło też ukarać Mohammada Zarifa, architekta zerwanego przez USA międzynarodowego układu atomowego z Iranem, dzięki któremu wyrzekał się on broni atomowej. Zarif jest ceniony na Zachodzie jako otwarty i solidny rozmówca, rzecznik pokoju międzynarodowego. Jego dyskwalifikacja odcina Amerykanom drogi kanałów dyplomatycznych do rozmów z Teheranem.
„Zarif staje się właśnie irańskim Mandelą” – pisał na Twitterze Hessamodin Aszna, doradca prezydenta Rohaniego – „Mandela walczył przeciw apartheidowi w Afryce Południowej, a Zarif przeciw międzynarodowemu apartheidowi. Zwycięstwo jest bliskie”. Irańczycy uważają jednostronne sankcje amerykańskie za „terroryzm gospodarczy”. Podobnie jak Wenezuela, Iran został naznaczony jako trędowaty: na każdego, kto zechce z nim handlować spadnie ciężka amerykańska kara.
Podczas gdy posłowie w Teheranie życzyli śmierci Ameryce, USA prowadziły atak informatyczny na Iran. Miał on zastąpić odwołane przez Trumpa bombardowania, ale władze irańskie twierdzą, że go nie poczuły. Zarif zauważył tylko, że „wojska amerykańskie nie mają nic do roboty w Zatoce Perskiej” przyznając niejako rację prezydentowi Trumpowi, który sugerował, że inni mogliby pilnować strategicznej cieśniny Ormuz. Napięcie między obu krajami wzrosło szczególnie po zestrzeleniu drona USA nad Iranem.

Trump ukarze nieposłusznych

Koniec z wyjątkowym traktowaniem niektórych państw kupujących ropę od Iranu. Stany Zjednoczone ogłosiły, że od 2 maja przestaną obowiązywać wprowadzone w ubiegłym roku wyjątki od sankcji.

Dalsze zwiększenie presji USA na Iran zapowiedział w poniedziałek Sekretarz Stanu Mike Pompeo. Oznajmił, iż Stany Zjednoczone od 2 maja będą obejmować sankcjami wszystkie bez wyjątku państwa, które sprowadzają ropę naftową z Iranu. Nie będzie już specjalnego traktowania dla krajów, którym w roku ubiegłym hegemon z Waszyngtonu łaskawie dał czas na dogadanie się z innymi dostawcami. Chodzi o Grecję, Włochy, Tajwan, Turcję, Chiny, Indie, Japonię i Koreę Południową.
Dla trzech pierwszych decyzja administracji Trumpa wiele nie zmienia: przewidując taki właśnie krok Waszyngtonu państwa te uległy presji i zakończyły import irańskiego surowca. W pozostałych pogróżki Pompeo, jak można się domyślić, nie zostały przyjęte z entuzjazmem. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu napisał na Twitterze, że działania USA nie sprzyjają pokojowi i stabilności w regionie, a jego państwu nikt nie będzie dyktował, jak układać sobie relacje z innymi krajami. Turcja zapowiada również, że opracuje własny system, który pozwoli utrzymywać wymianę handlową z Iranem, omijając sankcje. Podobny system pozwala państwom Unii Europejskiej sprzedawać Teheranowi niektóre produkty medyczne i żywnościowe.
Pompeo z wyraźną dumą mówił, że za sprawą administracji Trumpa Iran eksportuje wyjątkowo mało ropy naftowej i stracił na tym co najmniej 10 mld dolarów.
– Chcemy pozbawić ten wyjęty spod prawa reżim funduszy, które są od dziesięcioleci używane do destabilizowania Bliskiego Wschodu, zmusić Iran, by zachowywał się jak normalne państwo – grzmiał Pompeo, oczywiście „zapominając” o wkładzie własnego kraju i jego przyjaciół w destabilizowanie Bliskiego Wschodu właśnie.
Kto ma zapełnić lukę na międzynarodowym rynku? Oczywiście wierni przyjaciele USA – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Im za finansowanie fundamentalistów islamskich czy obracanie Jemenu w ruinę nic nie grozi. Już zapowiedziały, że zwiększą podaż ropy.
Represjonowanie państw trzecich za utrzymywanie kontaktów handlowych z naznaczonym przez USA państwami to swoiście amerykańska metoda szantażu gospodarczego, gdyż niemal wszystkie „strony trzecie” mają intersy gospodarcze związane z t było-nie było najsilniejszą gospodarką świata, a zatem wystawiają się na ryzyko odwetu. A wiadomo, że Waszyngton się przed nim nie cofa.

Nieskuteczna egzekucja

Państwa UE są dużymi eksporterami uzbrojenia. W ostatnich pięciu latach z Unii Europejskiej wyeksportowano broń o wartości 27 proc. ogólnoświatowego eksportu, co oznacza, że Unia jest po Stanach Zjednoczonych (34 proc.) drugim dostawcą broni.

 

Niestety, są liczne sygnały, że broń ta jest wykorzystywana także w państwach, do których obowiązuje zakaz eksportu, jak np. Jemenie. Są także przypadki, że wyprodukowaną w UE broń i amunicję znajdowano przy bojownikach DAISH w Syrii i Iraku. Informacje te wskazują, że obowiązujące europejskie przepisy ws. wywozu broni, nie są skutecznie egzekwowane. Oczywiście główny obowiązek w zakresie kontroli eksportu broni spoczywa na państwach, z których wywodzą się eksporterzy.

Moim zdaniem, również UE mogłaby przyczynić się do skuteczniejszej kontroli eksportu broni. Wymagałoby to w szczególności zwiększenia kompetencji i liczby pracowników Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, którzy zajmowaliby się analizą zezwoleń na wywóz i egzekwowaniem prawa w państwach członkowskich. Podstawowym problemem nie jest bowiem słabość przepisów prawnych, lecz przypadki obchodzenia obowiązujących rozwiązań.

Koniec udawanej odwilży

Gdy niemal cztery lata temu zaczęła się odwilż w relacjach między Waszyngtonem a Hawaną, zainicjowana przez dwa równoległe oświadczenia prezydentów obu krajów – Baracka Obamy i Raúla Castro – wydawać się mogło, że doprowadzi ona do jakichś konkretnych rezultatów. Okazało się jednak inaczej.

 

W praktyce, poza wykreśleniem Kuby z listy państw wspierających terroryzm, przywróceniem relacji dyplomatycznych na szczeblu ambasad, wizytą Obamy na Kubie w marcu 2016 r. określoną mianem “historycznej” i ułatwieniami w zakresie podróży, niewiele się zmieniło. Kuba uwolniła 53 więźniów uznawanych przez Waszyngton za ofiary politycznych represji, co było warunkiem postępu odwilży w dwustronnych stosunkach, Amerykanie wykonali kilka gestów, jak koncert Orkiestry Symfonicznej z Minnesoty w Hawanie, jednak sankcje ekonomiczne, określane przez stronę kubańską mianem blokady jak były, tak pozostały. Mimo tego, że Obama zapowiadał ich zniesienie dwukrotnie w Orędziach o Stanie Państwa – w 2015 i 2016 roku.

Podobnie jak kwestia likwidacji obozu w Guantanamo, sankcje okazały się kolejnym punktem na liście niezrealizowanych obietnic poprzednika Donalda Trumpa. Ich zniesienie wymagałoby bowiem zgody Kongresu. Ten ostatni zaś 16 czerwca ogłosił układy zawierane przez Obamę ze stroną kubańską za niebyłe. W rezultacie 9 listopada 2017 r. rozporządzenia wydane przez amerykańskie departamenty handlu, skarbu i stanu nie tylko przywróciły stan sankcji sprzed odwilży, ale też dodały nowe. Od tego czasu na liście osób i przedsiębiorstw objętych sankcjami znalazły się niemal 180 kolejne, przestały też działać ułatwienia w zakresie podróży. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu na listę objętych sankcjami kubańskich podmiotów dopisano ponad dwa tuziny nowych.

 

Zadeklarowana przez Obamę odwilż okazała się być tylko na niby.

Powodem odejścia od deklarowanej przez poprzednią administrację amerykańską polityki wobec Kuby mają być związki łączące ten kraj z Wenezuelą – polityczne wsparcie, jakiego Hawana udziela Caracas i wenezuelska pomoc dla Kuby. Pomoc, bez której w obliczu amerykańskich sankcji gospodarka izolowanego kraju by się załamała. Rzeczywistym powodem – trzeba to przyznać – jest generalna zmiana doktryny polityki Waszyngtonu wobec krajów Ameryki Łacińskiej. W okresie prezydentury Trumpa przyjęto wprost, że USA mają w tym regionie być wyłącznym hegemonem. Dodajmy też, że obamowa odwilż i chęć prowadzenia polityki regionalnej za pomocą subtelniejszych instrumentów nigdy nie miała w amerykańskim establishmencie szerokiego poparcia. W swojej istocie była tylko kompromisem pomiędzy deklarowanymi „nowymi otwarciami” a imperialistyczną realpolitik prowadzoną z pozycji siły, która w zasadzie pozostawała bez zmian.

Dosłownie kilka godzin przed ogłoszeniem nowych sankcji Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w czwartek 1 listopada ogromną większością głosów przyjęło rezolucję potępiającą amerykańskie sankcje wobec Kuby. Za jej odrzuceniem głosowały tylko USA i Izrael, od głosu wstrzymały się Mołdawia i Ukraina. Kwestia sankcji nałożonych przez USA na Kubę w 1960 r. już od dawna wywołuje zastrzeżenia nawet najbliższych sojuszników USA. O ile w roku 1992 rezolucja potępiająca sankcje została przyjęta przy trzech głosach przeciw i 71 wstrzymujących się, od tego czasu z roku na rok liczba państw nie chcących zajmować stanowiska w tej sprawie zmniejszała się, aby w ubiegłym roku osiągnąć nawet poziom 0. Liczba głosów sprzeciwu nigdy natomiast nie przekroczyła czterech. Przyjmowane regularnie od 27 lat rezolucje są jednak tylko gestem, bo nie ma mechanizmu pozwalającego wymusić na Stanach Zjednoczonych zastosowanie się do nich.
Stanowisko wspólnoty międzynarodowej nie zraża Waszyngtonu, który „wie lepiej” i ma własną koncepcję, do czego służą sankcje. Jak stwierdziła amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley, wspólnota międzynarodowa głosując przeciwko sankcjom uderza nie w amerykańską politykę (tu akurat miała rację, biorąc pod uwagę bezsilność ONZ), ale przeciwko Kubańczykom i prawom człowieka, których Waszyngton mieni się nie tylko obrońcą, ale i promotorem. Bardziej konkretny i mniej owijający w bawełnę był prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który informując o nowych sankcjach oznajmił, iż USA nie będą dłużej przyzwalać na działania dyktatorów. Chodziło mu o prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydenta Nikaragui Daniela Ortegę i kubańskiego przywódcę Raúla Castro, których wyśmiewał, porównując do bohaterów starego serialu komediowego “The Three Stooges” (z grubsza: “Trzech cymbałów”). Najwyraźniej mu przy tym umknęło, że 87-letni Raúl Castro, choć zachował funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby, od kwietnia nie jest już prezydentem. Na Kubie dokonuje się wymiana pokoleniowa przywództwa, czego sygnałem był wybór na prezydenta Miguela Díaz-Canela.

 

Amerykańska wykładnia mówiąca, że sankcje mają na celu „wyzwolenie Kubańczyków spod rządów opresyjnego reżimu” przekłada się na bardzo konkretne szkody,

jakie od czasu wprowadzenia blokady ponosi nie tyle państwo kubańskie, co kubańskie społeczeństwo. Zgodnie z oceną kubańskich władz zakumulowane szkody poniesione przez Kubę i jej mieszkańców, po uwzględnienie spadku wartości dolara, sięgają kwoty 933 678 mln dolarów. Tylko w okresie od kwietnia 2017 r. do marca 2018 r. Szkody wyrządzone przez sankcje można szacować na 4 321 mln dolarów. Nie można jednak sankcji sprowadzać tylko do suchego wymiaru finansowego. Ten bowiem przekłada się nie tylko na sytuację gospodarki kubańskiej – eksportu, importu, energetyki, transportu itd. – ale też i bezpośrednio na bezpieczeństwo żywnościowe Kuby. Nadto ma konsekwencje dla służby zdrowia, systemu oświaty, a nawet działalności kubańskiej służby zagranicznej, co w praktyce ogranicza suwerenność państwa kubańskiego jako podmiotu prawa międzynarodowego.
Kuba zwraca uwagę, że amerykańska blokada nie polega tylko na wygaszeniu handlu i transferów finansowych między nią samą a USA, ale przez władze amerykańskie jest traktowana jako instrument działający na całym świecie. Do stosowania się do sankcji są przymuszane wszystkie podmioty, które prowadzą jakąkolwiek działalność w Ameryce. Biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i poziom umiędzynarodowienia kapitału, niewiele jest więc takich, które nie narażałyby się na restrykcje.

 

Ludzki wymiar tego kosztu okazuje się niepoliczalny.

„Walka o demokrację na Kubie” w praktyce oznacza brak dostępności lekarstw, sprzętu medycznego czy części niezbędnych do jego eksploatacji, lub też konieczność jego pozyskiwania przez strony trzecie, które decydują się omijać sankcje, ponosząc przy tym ryzyko arbitralnych finansowych kar nakładanych na nich (lub ich partnerów) przez władze USA. Sankcje dotykające system edukacyjny blokują system stypendialny i możliwości wymiany edukacyjnej i naukowej z zagranicą.
Jako jedne z nielicznych państw w zdominowanym przez kapitalizm świecie Kuba – zgodnie ze swoją konstytucją – zapewnia swoim obywatelom tak dostęp do służby zdrowia, jak i do oświaty. Utrzymanie ich na wysokim poziomie – co dotąd się udaje, bo kubański system opieki zdrowotnej mógłby być przedmiotem zazdrości Amerykanów (np. Kuba ma jeden z najniższych na świecie wskaźników śmiertelności noworodków – 4/1000) w takich warunkach wiąże się z ogromnym wysiłkiem. I tak trwa to już niemal 60 lat.

Iran się nie da Trumpowi

Donald Trump spełnił swoje pogróżki: USA ponownie nałożyły na Iran wszystkie sankcje, które zdjęły w 2015 r., a także dodały kolejne. Odpowiedź z Teheranu jest stanowcza.

 

Dotknięty sankcjami zostanie sektor energetyczny (na który wypada 80 proc. dochodów Iranu z eksportu), a także transportowy (przesył ropy i gazu, porty) i finansowy (w tym system bankowy). USA zamierzają karać nie tylko sam Iran, ale również państwa, które nie zerwą z nim wymiany gospodarczej. Donald Trump łaskawie zgodził się tymczasowo wyłączyć spod sankcji osiem krajów importujących irańską ropę, m.in. Chiny, Indie, Turcję, Koreę Południową, Japonię, Włochy. Unii Europejskiej jako całości wyjątek nie dotyczy. Tymczasem Francja, Niemcy i Wielka Brytania, które w 2015 r. obok USA, Rosji, Chin i Iranu sygnowały porozumienie nuklearne, zapowiadają, że nie wycofają się z układu tak, jak zrobił to Trump. Wprowadzenie wyjątku dla ośmiu importerów ma zapobiec masowym zwyżkom cen ropy na światowym rynku.

W Teheranie decyzję Trumpa przyjęto bojowo. Tysiące mężczyzn i kobiet zebrało się pod budynkiem dawnej amerykańskiej ambasady w stolicy Iranu, w rocznicę jej zajęcia przez zwolenników rewolucji islamskiej i wzięcia dyplomatów jako zakładników (zostali zwolnieni po 444 dniach) . Do zgromadzonych przemówił dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Ali Dżafari. – Chciałbym coś powiedzieć Ameryce i jej dziwnemu prezydentowi. Nigdy nie straszcie Iranu, bo my wciąż pamiętamy przerażone krzyki waszych żołnierzy na pustyni – powiedział, odnosząc się do nieudanej amerykańskiej akcji odbicia zakładników (operacji Orli Szpon).

Z kolei prezydent Hasan Rouhani w transmitowanym w telewizji przemówieniu powiedział, że jego kraj nie zaprzestanie handlu ropą.

Władze Iranu zachowują stanowczość, ale sytuacja ekonomiczna kraju nie jest dobra. W ostatnich miesiącach regularnie w różnych obszarach kraju wybuchały protesty przeciwko podwyżkom cen i bezrobociu, które dotyka zwłaszcza młode pokolenie. Tymczasem kryzys może się pogłębiać, gdyż część państw, których na razie sankcje nie dotyczą, np. Indie, już ograniczyło skalę importu z Iranu.

Kraje UE, które nie wypowiedziały układu nuklearnego, wyraziły żal z powodu postępowania Trumpa. We wspólnym oświadczeniu deklarują wsparcie dla miejscowych firm, które będą chciały kontynuować „legalny biznes w Iranie”. Podobnie Chiny stoją na stanowisku, że ich interesy w Iranie nie powinny być utrudniane przez USA. Entuzjastyczne poparcie dla ruchu amerykańskie prezydenta popłynęło natomiast z wiernie sojuszniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także z Izraela. Tamtejszy minister obrony Avigdor Liberman zamieścił na Twitterze wylewne podziękowanie, w którym nazwał sankcje ruchem, na który czekał cały Bliski Wschód i który powstrzyma zaangażowanie irańskie w Syrii, Iraku, Jemenie, Strefie Gazy oraz Libanie.
Zagraniczne zaangażowanie Iranu, krzyżujące niejednokrotnie amerykańskie pomysły na urządzanie Bliskiego Wschodu po swojemu, wyjątkowo kłuje Waszyngton w oczy. Wśród warunków, które Teheran miałby spełnić, by sankcje cofnięto, jest nie tylko zamknięcie programu nuklearnego, ale także faktyczne zrzeczenie się samodzielnej polityki zewnętrznej. To żądanie oficjalnie nazywa się „zaprzestaniem wspierania terroryzmu” – pod adresem sojuszników USA takowego nikt nie wysuwa.

Sankcje dla Izraela

Irlandzki Senat zatwierdził ustawę zakazującą handlu z izraelskimi firmami z nielegalnie okupowanych terytoriów. To pierwszy kraj, który oficjalnie przyjął sankcje.

 

Izba wyższa parlamentu Irlandii przegłosowała przyjęcie prawa, które delegalizuje handel izraelskimi produktami pochodzącymi z terenów okupowanych na Zachodnim Brzegu Jordanu. Ustawa o kontroli działalności gospodarczej, zwana też „Ustawą o terytoriach okupowanych” przeszła stosunkiem głosów 25:20, mimo że rządząca partia Fine Gael opowiadała się przeciwko ustawie.

Nowe przepisy przewidują zakaz „importu i sprzedaży towarów, usług i surowców naturalnych pochodzących z nielegalnych osiedli na terenach okupowanych”. Inicjatorką i główną rzeczniczką ustawy jest znana w Irlandii piosenkarka Frances Black, która jest jednocześnie niezależną senatorką. To właśnie niezależni przy wsparciu partii opozycyjnych, m.in. Sinn Fein, przegłosowali rządzących w sprawie bojkotu.

Wzywając do wprowadzenia sankcji, Frances Black pisała w irlandzkiej prasie, że w sytuacji, gdy zarówno ONZ, jak i UE potępiają nielegalną izraelską okupację terytoriów Palestyny, całkowitą hipokryzją jest „dalsze kupowanie wytworów tej przestępczej działaności”. Jej zdaniem ustawa „oznacza, że polityka zagraniczna Irlandii będzie stać po stronie prawa międzynarodowego, sprawiedliwości i praw człowieka”.

Minister spraw zagranicznych Simon Coveney, zwracając się do senatu, sprzeciwił się ustawie. Uznał, że nowe prawo będzie niemożliwe do wyegzekwowania, bo handel izraelskimi produktami jest trwale i głęboko wpisany w wymianę gospodarczą zachodzącą w ramach Unii Europejskiej. Coveney, chociaż wyraził zrozumienie dla idei stojącej za ustawą, oświadczył też, że w okresie, kiedy Irlandia biega się o miejsce w Radzi Bezpieczeństwa ONZ, jego kraj nie powinien „wyprzedzać pod tym względem reszty społeczności międzynarodowej”. Jednak właśnie z tego względu wielu irlandzkich parlamentarzystów podkreślało potrzebę stworzenia przez Irlandię precedensu w postaci sankcji.

Na przyjęcie ustawy zareagował już premier Izraela Benjamin Netanjahu. – Irlandzki senat podał rękę agresywnej, niebezpiecznej i radykalnie populistycznej inicjatywie bojkotu Izraela, która szkodzi szansom na dialog izraelsko-irlandzki – oświadczył Netanjahu. Stwierdził również, że Irlandia poparła tym samym „terrorystów z Hamasu”.
Irlandia należy do grona państw, które do tej pory najostrzej potępiały Izrael za okupację i łamanie praw człowieka. W 2017 r. minister Coveney otwarcie sprzeciwił się przenoszeniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy.

Irlandzka ustawa jest jak do tej pory najpoważniejszym sukcesem międzynarodowego ruchu BDS (Boycott-Divestment-Sanctions), który działając na rzecz ekonomicznego bojkotu Izraela od 2005 r., stawia sobie za ostateczny cel zakończenie izraelskiej okupacji ziem palestyńskich i stosowania polityki apartheidu wobec Palestyńczyków. Działalność ruchu uległa ostatnio nagłośnieniu po masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy na przełomie kwietnia i maja. Władze Izraela omawiają wjazdu do kraju szczególnie aktywnym działaczom i działaczkom BDS.