Protest wobec lokalizacji amerykańskiej broni jądrowej w Polsce

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany sprzeciw wobec ewidentnych już działań władz Rzeczypospolitej Polskiej, mających na celu lokalizację amerykańskiej broni jądrowej wraz ze zwiększeniem liczebności wojsk Stanów Zjednoczonych USA na terytorium naszej Ojczyzny.

Nie zgadzamy się, aby wojska amerykańskie, wyposażone w broń masowego rażenia, wycofane z terytorium Niemiec, zostały przeniesione do Polski.

Działania takie już od dłuższego czasu podejmują najwyższe czynniki władz Rzeczypospolitej Polskiej na czele z Prezydentem Państwa i Premierem Rządu. Działania te, pod płaszczykiem innych zdarzeń, są perfidnie eskalowane. Celem ich jest uczynienie na terytorium Polski „państwa frontowego”, jako forpoczty inicjującej wojnę z Federacją Rosyjską.

Etapami realizacji tego celu są:

1. Świadome wywołanie i podsycanie uczucia strachu oraz sterowanie nim w skali całego Narodu, pod pretekstem tzw. pandemii koronawirusa.

Obecne władze Rzeczypospolitej Polskiej świadomie wywołały strach wśród obywateli Polski, nadal go podsycają i sterują nim. Narzędziem uzyskiwania stałych tego efektów jest ustanowione „prawo”: zakaz swobody wyjścia z domostw, zakaz zbiorowego komunikowania się ludności, zakaz zgromadzeń publicznych i nakaz przymusowych szczepień. „Prawo” to nie dopuszcza prezentacji poglądów innych i faktów sprzecznych z rządową polityką, wyrażanych przez polskich, jak i zagranicznych przedstawicieli służby zdrowia, wielu dziedzin nauki na czele z naukami medycznymi. Fakty te stanowią dowód na kłamstwa i fałszerstwa władz na temat tzw. „pandemii” koronawirusa.

Protestujemy przeciw takim metodom i formom sprawowania władzy w Rzeczypospolitej Polskiej.

Wyrażamy zdecydowane poparcie dla Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP – NOP, jako organizatora społecznego protestu przeciw nakazowi przymusowych szczepień, który został zorganizowany w dniu 6.06.2020r. przed gmachem Urzędu Rady Ministrów.

2. Podpisana 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategia bezpieczeństwa narodowego” jednoznacznie i pięciokrotnie wskazująca na „jedynego i zagrażającego nam wroga” – Rosję.

W całości popieramy stanowisko wyrażone wobec „Strategii..” przez Narodowy Front Polski, gdyż: „W polskim interesie są normalne, dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, a nie czynienie wroga… Nie jest w polskim interesie robić sobie wroga z sąsiada, w dodatku Słowianina”. Negatywne opinie co do treści „Strategii…” wyraziło wielu znawców przedmiotu, w tym byłych wojskowych. Niestety, aktualna władza nie chce pochylić się nad merytorycznymi prognozami i opracowaniami inaczej myślących niż reprezentanci ich samych. Władza nie wyciąga żadnych wniosków z treści książki – wywiadu z Generałem M. Różańskim pod znamiennym tytułem „Dlaczego przegramy wojnę z Rosją”, z pracy Gen. M. Ojrzanowskiego „Co nowy prezydent o wojsku wiedzieć powinien”, z artykułu Red. Nacz. Przeglądu Socjalistycznego Andrzeja Ziemskiego „Broń jądrowa w Polsce?” (Przegląd Socjalistyczny, maj 2020).

Także oceny innych źródeł unaoczniają, że „Strategia…” jest dokumentem niekompletnym i niespójnym, stanowiącym zbiór haseł w znaczącym stopniu niemożliwych do zrealizowania. „Strategia…” nie gwarantuje i nie zabezpiecza podstawowego warunku zachowania suwerenności Państwa Polskiego w zakresie nadzoru nad wojskami obcego państwa stacjonującymi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Zasadniczy cel „Strategii…”, to przygotowanie Państwa do ofensywnej wojny, a nie do fizycznego przetrwania Narodu na wypadek działań wojennych, jakie rozgrywać się będą na terytorium Polski. Tę zasadniczą kwestię – zapewnienie zachowania tkanki biologicznej Narodu, czyli fizycznego przeżycia w czasie zagrożenia wojennego i wojny – „Strategia…” pomija milczeniem.

Tymczasem uznanie Federacji Rosyjskiej za główne zagrożenie dla Polski i przesunięcie amerykańskiej broni jądrowej z terytorium Niemiec do Polski, w przypadku podjęcia działań wojennych, staje się wyrokiem skazującym Polski na rolę głównego teatru działań bojowych z użyciem tej broni, czyli terytorium głównych uderzeń stron walczących.

3. Zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce poprzez ich dyslokację z terytorium Niemiec do Polski, które miały miejsce po oficjalnych informacjach światowych mediów o protestach narodu niemieckiego przeciw dalszemu stacjonowaniu na ich terytorium amerykańskich garnizonów wyposażonych w broń jądrową.

Jeśli przyczyna podpisania 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategii bezpieczeństwa narodowego” mogła (jeszcze w maju!) sprawiać obiektywne wrażenie braku manipulacji, to aktualnie (bo na początku czerwca br.!), przyczyna nadania jej statusu prawnego dokumentu staje się klarowna. „Strategia bezpieczeństwa narodowego” z dnia 12.05.2020r. była zapowiedzią i jest wstępem do oficjalnego wystąpienia nie tyle o zwiększenie liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, co o umieszczenie broni jądrowej na terytorium Polski. W zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, milczeniem pomija się problem najbardziej żywotny dla Narodu Polskiego – instalację amerykańskiej broni jądrowej na terytorium Polski. Jeśli „Strategia…” jednoznacznie i kilkakrotnie wskazała na Rosję, jako „jedynego i zagrażającego nam wroga”, to władza wbija w świadomość Narodu przekonanie, iż tak jest, po to aby Naród wojnę zaakceptował, aby nie było masowych sprzeciwów i aby władza mogła łatwo poprowadzić „polskie mięso armatnie” na śmierć, nazywając to „zaszczytem” obrony Polski.

Wyrażamy zdecydowany protest wobec antynarodowej polityki podżegaczy wojennych. Jednoznacznie popieramy stanowisko Porozumienia Socjalistów wyrażone w oświadczeniu z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się

polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Konstatujemy, że władza nie chce wyciągać wniosków ani z historii, ani ze współczesności; żadnych wniosków z dokumentów wojennych, na jakie wskazują opracowania: „Kto odpowiada za klęskę wrześniową” Fundacji Oratio Recta, czy „Kto wydał wyrok na miasto” A. Sowy, żadnych wniosków z wydarzeń powojennych. Polacy nie zapomnieli o polskiej koncepcji Adama Rapackiego uczynienia w Europie Środkowo-Wschodniej strefy bezatomowej, zwanej „planem Rapackiego”. Polacy pamiętają koncepcję Urho Kekkonena, że: „Przyjaciół należy mieć blisko, a wrogów daleko od siebie”, po to aby państwa z sobą sąsiadujące nigdy nie wchodziły na drogę wojny.

Przykładem troski o interes własnego narodu i państwa był Prezydent Generał de’Gaulle, który odmówił Amerykanom dłuższego pobytu na terytorium Francji, poza okresem ustalonym powojennymi traktatami. Tak, jak Francuzi w latach 60-tych, tak dziś czynią to Niemcy…

Na tym tle nasza Ojczyzna jest dziś haniebnym przykładem antynarodowego podżegania wojennego: czynią to ludzie sprawujący dziś najwyższe władze w Państwie Polskim. Twierdzenia władz, jakoby zwiększenie stanu osobowego US Army było najpewniejszą formą zapewnienia bezpieczeństwa, jest kontynuacją antypolskiego stanowiska, jakie w 2016 roku wyrażał A. Macierewicz, witając w Polsce pierwsze garnizony armii amerykańskiej słowami: „-Czekaliśmy na was tyle lat …” Tamto zdarzenie wywołało protesty wielu organizacji społecznych i indywidualnych Polaków, którzy pragną zachować na polskiej ziemi pokój i życie.

Bezwzględną koniecznością staje się wyrażanie przez myślących, uczciwych Rodaków, zdecydowanych protestów wobec polityki zbrojeń i obecności obcych wojsk w Polsce, wyposażonych w broń jądrową.

Apelujemy do organizacji i środowisk zatroskanych o los Ojczyzny o jasne i publiczne wyrażenie stanowiska w podstawowej dla Narodu i Państwa Polskiego sprawie bezpieczeństwa.

Z wyrazami uszanowania,

Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia – Roland Dubowski

Członek Prezydium ZG – płk Jan Gazarkiewicz (Z wyjątkiem kwestii przymusu szczepień)

Członek Prezydium ZG, Skarbnik – płk Wojciech Samborski

Przewodniczący Komisji Zagranicznej,

Prezes Honorowy ZG – płk Tadeusz Kowalczyk

Plan Rapackiego

„W interesie bezpieczeństwa Polski i odprężenia w Europie, po uzgodnieniu swej inicjatywy z innymi członkami Układu Warszawskiego, Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oświadcza, że w razie wyrażenia zgody przez oba państwa niemieckie na wprowadzenie w życie zakazu produkcji i magazynowania broni jądrowej na ich terytorium, Polska Rzeczpospolita Ludowa gotowa jest wprowadzić również taki sam zakaz na swoim terytorium”.
Adam Rapacki

Powyższa myśl w świecie dyplomacji i polityki jest znana jako „Plan Rapackiego w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie”. Redaktor Andrzej Ziemski przypomniał ją tekstem – „Broń jądrowa w Polsce?” (DT, 25-26 maja 2020), pisząc, „że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę”. Autor pisze, że 2 października 1957 r. została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ”. Jej celem było „zbudowanie na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej”. Zaś „gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR”.

Wyrażenie Autorowi słów podziękowania i uznania, byłoby w tym momencie tylko formą grzeczności. Należy wskazać na swoisty alarm, zawarty w tytułowym pytaniu- „Broń jądrowa w Polsce?” Zapewne sędziwi Polacy pamiętają – z różnych źródeł- że wzbranialiśmy się przed rozmieszczeniem tej broni na polskiej ziemi. Ówczesne władze Polski czyniły w tym względzie wiele starań i zabiegów. Sięgnijmy więc do historii Polski i Europy lat 40-50.

Ówczesna sytuacja w Europie

Po Październiku 1956 r. w Polsce nastąpiły poważne zmiany polityczne. Za sprawą ekipy Władysława Gomułki poszły w kierunku zwiększenia niezależności i samodzielności polityki zagranicznej. Polska, wychodząc ze słusznego założenia, iż kraje małe i średnie także mają swoje specyficzne możliwości rozwijania stosunków z innymi narodami – rozpoczęła „otwarcie się na Zachód” (USA, Francja, Anglia, kraje skandynawskie oraz NRF). Przy tym nie zapominajmy, iż połowa lat 50. była okresem politycznie i militarnie gorącym. 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO. Odpowiedzią było powołanie Układu Warszawskiego (UW, 14 maja, 9 dni później. Tekst Andrzeja Ziemskiego sugeruje, by o UW napisać oddzielnie). Postępował rozwój broni masowej zagłady, w szczególności broni jądrowej, będąc jaskrawym świadectwem pogłębiającego się klimatu zimnowojennego. Od 1954 r. USA zaczęły składować broń jądrową na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami montowano wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Udanej próby jądrowej dokonała też Francja (1954). 27 grudnia 1955 r. weszło w życie porozumienie między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej- co w praktyce oznaczało dalsze dozbrajanie Niemiec. 1 kwietnia 1957 r. Kanclerz NRF- Konrad Adenauer oficjalnie wypowiedział się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, powtarzając przy tym znane już roszczenia terytorialne i zastrzeżenia graniczne wobec Polski. Sędziwi Polacy zapewne pamiętają z podręczników historii zdjęcie Konrada Adenauera w płaszczu krzyżackim – proszę młodzież, zapytajcie Rodziców! Wobec powyższego należy postawić pytanie- Polacy mieli się czego obawiać czy nie? Przecież było to zaledwie 10-15 lat po wojnie! Jeszcze rodziny szukały swoich bliskich, wiele spalonych miast i wsi podnosiło się z gruzów i popiołów. A czy dziś, w 2020 r. tekst Pana Andrzeja Ziemskiego-budzi obawy?

Założenia „strefy”

W zasygnalizowanych okolicznościach polityczno-militarnych, funkcję Ministra Spraw Zagranicznych objął Adam Rapacki, zwolennik Władysława Gomułki. Krótko po objęciu stanowiska powołał grupę studyjną do spraw bezpieczeństwa europejskiego. Jej celem było-wspomina jedyny żyjący członek, prof. Marian Dobrosielski – „jak najściślej powiązać pracę służby zagranicznej z wewnętrznymi potrzebami rozwoju kraju, umacniać jego suwerenność, zdobywać zaufanie i autorytet na arenie międzynarodowej”. W tej grupie, kierowanej osobiście przez Ministra, powstały podstawowe założenia strefy bezatomowej w Europie. Miała obejmować terytorium czterech państw: Czechosłowacja, NRD, NRF i Polska o łącznej powierzchni 796 tys. km2, w tym po stronie NATO – 249 tys. km2, po stronie UW -547 tys. km2 oraz ogółem ok. 115 mln. mieszkańców.

Podczas obrad tej Sesji ONZ wystąpił Vaclav David, Minister Spraw Zagranicznych Czechosłowacji, który popierając polską inicjatywę deklarował przystąpienie swojego kraju. Państwa UW poparły „Plan”.
Na skutek wieloaspektowych dyskusji po ogłoszeniu „Planu”, także pod wpływem „zachodnich zarzutów”, był on dwukrotnie modyfikowany. W rok po ogłoszeniu, Autor zaproponował jego dwuetapową realizację. Pierwszy etap – „zamrożenie” zbrojeń jądrowych; drugi – rokowania w sprawie zmniejszenia zbrojeń konwencjonalnych. Drugą, ostateczną wersję Polska przedstawiła 28 marca 1962 r. na forum Komitetu Rozbrojeniowego 18 państw w Genewie.

Istota „Memorandum”

Opracowane „Memorandum Rządu PRL w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej”, 14 lutego 1958 r. zostało wręczone przedstawicielom dyplomatycznym zainteresowanych państw. Zawierało uzasadnienie inicjatywy rozbrojeniowej oraz zasady wprowadzenia jej w życie.

Cztery państwa Francja, USA, W. Brytania i ZSRR miały się zobowiązać, że nie będą:

po pierwsze: utrzymywać, sprowadzać, zezwalać na rozmieszczenie żadnego rodzaju broni jądrowej, ani urządzeń i sprzętu do jej obsługi (to wykluczało wspomniane żądanie NRF dostępu do tej broni);

po drugie: utrzymywać broni jądrowej w uzbrojeniu swoich wojsk w obszarze państw strefy, ani jej przekazywania tym państwom (to był „drugi zakaz” dostępu NRF do tej broni).

po trzecie: stosować broni jądrowej na obszarze państw strefy;
po czwarte: także inne państwa na obszarze strefy nie miałyby posiadać broni jądrowej (chodziło o Kanadę, miała swój kontyngent w NRF).

Państwa UW pozytywnie odpowiedziały na „Memorandum”. Widziały w nim szansę na ograniczenie niebezpiecznie rozwijającego się wyścigu zbrojeń. Zaś państwa tworzące strefę i przyjmujące te zobowiązania, miałyby zawrzeć odpowiedni układ międzynarodowy.

Sprawa kontroli

Nasza propozycja przewidywała utworzenie na obszarze strefy systemu szerokiej i skutecznej kontroli, z odpowiednim aparatem kontrolnym. Pomyślcie Państwo- przecież ten „aparat” tworzyłyby cztery mocarstwa i państwa objęte strefą. Byłby też formą „sprawdzenia” rzetelności Wielkiego Brata, że u nas nie zainstalował tej broni. Nam w tym zamyśle szło przecież o własne bezpieczeństwo Polski, jako obiektu ataku jądrowego z Zachodu.

„Odpowiedź” Zachodu

Planowi Rapackiego zdecydowanie przeciwstawiły się NRF, USA i Wielka Brytania, nie podejmując nawet merytorycznej dyskusji. Uważały, że strefa bezatomowa naruszałaby równowagę sił na niekorzyść NATO. Zachód argumentował to ilościową przewagą sił konwencjonalnych państw Układu Warszawskiego. Ponadto, ewentualna akceptacja strefy podważałaby istotę amerykańskiej doktryny odstraszania, w której broń jądrowa odgrywała zasadniczą rolę oraz przekreślałaby zaawansowane już próby tworzenia tzw. wielostronnych sił nuklearnych w Europie. Tu trzeba Zachodowi przyznać rację – chodziło o niedopuszczenie do wyposażenia Bundeswehry w broń jądrową, przekreślenia, a przynajmniej zablokowania utworzenia w Europie tzw. wielostronnych sił nuklearnych. Sekretarz generalny NATO Henry Spaak określił Plan jako „pełen hipokryzji”, którego „przyjęcie byłoby szaleństwem”, gdyż pozbawiałoby Zachód obrony.

Przeczytajcie Państwo raz jeszcze powyższy fragment i pomyślcie. Kogo USA chciało swoją „doktryną odstraszać”, czy Polskę? Czyżby byli tak naiwni i wierzyli w jakiekolwiek zagrożenie z naszej strony. Fakt, ZSRR, po zakończeniu II wojny światowej posiadał swoje siły konwencjonalne w Europie: Austrii (do 1957 r.), NRD i w Polsce. Czy zakładał operację wojenną? Wielu gotowych jest krzyknąć, oczywiście! Wbiła nam to propaganda zachodnia – nie wierzycie, proszę- dowód. Profesor Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, w Polsce wydana się w 1996 r., pisze-„Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam- kto ją rozgłaszał? Czy autor „Dyplomacji” nie ma nic sobie do zarzucenia? Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie. Zachęcam Państwa, głównie polityków i publicystów do sięgnięcia po tę książkę, a wielu „otworzą się oczy”. Jak to Zachód nas traktował, jaką „cenną wartością” byliśmy w strategicznych planach użycia wojsk lądowych, lotnictwa i oczywiście broni jądrowej.

Postanowienia Poczdamu

Profesor Eugeniusz Duraczyński, w książce „Stalinizm…”wydanej przez AH Pułtusk w 2012 r., a opartej na radzieckich archiwach, pisze o projekcie neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., ponowił w 1946. Co proponował? Realizację przyjętej na Konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie wobec Niemiec koncepcji „czterech D”- demilitaryzacji, dekartelizacji, denazyfikacji i demokratyzacji. Konkretnie- poszło o pierwsze dwa D. Stalin, ze względu na straty przemysłu i rolnictwa ZSRR, chciał zniszczyć zdolność Niemiec do kolejnej wojny. Stawiał na powrót Niemiec do państwa rolniczego bez przemysłu ciężkiego. Stąd gospodarka miała zostać zredukowana do 50% zdolności z 1938, tak by zdemilitaryzowane Niemcy nie mogły powrócić do planów wojny w przyszłości. Francja tę myśl poparła, początkowo także Anglia. Jak Państwo myślicie – czy był w błędzie? Logika podpowiada, że właśnie miał rację! A praktyka?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Wspomniany Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak o tym pisze- cytuję:- „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania- gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości, pozostawiam bez komentarza.

„Zagrożony” Zachód

Szybko to zarzucono, gdyż USA miały już inną koncepcję „urządzenia świata”, także Europy. Uznały, iż światu zagraża „komunizm” – kto z Państwa nie słyszał, że ZSRR miał go „na bagnetach” zanieść na Zachód? Ówczesna propaganda tę kwestię szeroko nagłaśniała- patrz wyżej, dając za przykład Francję i Włochy, gdzie partie komunistyczne miały silne poparcie społeczne, zwyciężając w wyborach parlamentarnych. Czy ZSRR ryzykowałby nową, po dopiero zakończonej wojnie? „Czarna propaganda” w tej kwestii nie pozostawiała wątpliwości -był „agresorem”, tylko wyczekiwał właściwego momentu! Ale ta „tajemnica” dla uczonych i publiczności została „odkryta” wiele lat później, np. przez Henry Kissingera.

Zastanówmy się,

Odrzucenie tej koncepcji miało daleko idące następstwa. Jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby Zachód nie utworzył NRF (1949). Tu takie pytania i ciekawostki:

– czy powstałaby NRD, „polityczna odpowiedź” ZSRR, a czy tylko neutralne Niemcy?

– czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r.(wtedy miały już 235 bomb jądrowych)?;

– czy 6 lat później Układ Warszawski (wtedy ZSRR miał 200 bomb jądrowych), na skutek włączenia NRF do NATO, które wtedy miało już 3067 ładunków jądrowych?

Strefy bezatomowe na świecie

Idea strefy bezatomowej w Europie Środkowej nie została zrealizowana. Stała się jednak ideą uniwersalną. Szybko zyskała sobie obywatelstwo na świecie, u wielu rządów, pozarządowych organizacji, występujących w obronie pokoju i rozbrojenia.

Już 2 lata po ogłoszeniu Planu Rapackiego w 1959 r. został podpisany układ czyniący z Antarktyki strefę bezatomową. 10 lat od ogłoszenia „Planu”, 18 państw Ameryki Łacińskiej podpisało w Meksyku układ (Tlatelolco), ogłaszający ich terytoria strefą bezatomową.

W 1961 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło – na wniosek Szwecji – tworzenie stref bezatomowych wszędzie, gdzie tylko możliwe. Na wniosek Brazylii i Meksyku zalecono denuklearyzację Ameryki Środkowej. 2 lata później, Finlandia złożyła wniosek o ogłoszenie całej Skandynawii strefą bezatomową.

Do 2000 r. władze ok. 4 tys. miast na świecie, ogłosiły strefami bezatomowymi. Najwięcej w Japonii, Holandii, Belgii, Irlandii, Norwegii, Australii, Portugalii, Hiszpanii, także w USA i NRF. W sumie 117 państw z ok. 2 miliardami ludności świata, ogłosiło o utworzeniu na swoich terytoriach stref bezatomowych. Warto przypomnieć, iż w 1996 r. pojawiła się myśl utworzenia strefy bezatomowej od Bałtyku do Morza Czarnego, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i Polskę. Jednakże z powodów politycznych nie doszła do skutku. Powodzeniem zakończył się zamysł utworzenia środkowo – azjatyckiej strefy bezatomowej. 8 września 2006 r. w Semipałatyńsku podpisano Układ o Strefie Wolnej od Broni Jądrowej w Azji Centralnej – obejmujący Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan ( nasze media wyrozumiale o tym nie informowały).

„Przecieki” z pola walki

Przez kilkanaście lat udawało się zachować w tajemnicy przed opinią publiczną użycie przez USA i Wielką Brytanię broni uranowej (DU, zubożony uran, produkcja lat 70.) podczas konfliktu w Zatoce Perskiej (1991) i b. Jugosławii (1999). Włoskie Ministerstwo Obrony podało, że spośród przebywających kilka miesięcy w Bośni w 2000 r.- zachorowało 1400 żołnierzy (inne źródła- 2538); zmarło – 37 (inne-160).

Badania medyczne – prof. Siegwarta Horsta Guntera wykazały:
– choroby dzieci: zwyrodnienia genetyczne, białaczka;
– dorosłych: złośliwe nowotwory, załamanie systemu immunologicznego; zaburzenia funkcji nerek, wątroby; poronienia.

Natomiast mjr dr Dougie Rokke (USA), min. stwierdza-„ Powietrze, woda i ziemia zostają przez użycie tej broni skażone. W każdym terenie, na którym używa się broni DU woda i żywność są na wieki skażone. Oddziaływanie na zdrowie rozpoczyna się 24-48 godz. po wybuchu broni DU. Pojawiają się problemy z oddychaniem, z nerkami, ze wzrokiem, problemy neurologiczne i inne. Wojen należy zaprzestać w związku z bronią, której używamy i zniszczeniami, które powodujemy przez skażenie powietrza, wody, ziemi i żywności. Nie jesteśmy w stanie zlikwidować skażenia środowiska naturalnego. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować opieki lekarskiej. Broń DU jest zbrodnią przeciw Bogu i ludzkości”.

„Przegląd” nr 12 z 28.03.2010 poinformował, że Armia USA przyznała się do wystrzelenia w 1991 r. (I wojna w Zatoce Perskiej) ok. 300 ton amunicji uranowej. Podczas inwazji na Irak w 2003 r. wystrzelono ponad 1000 ton amunicji DU. Na skutek kontaktu z DU zmarło 109 żołnierzy włoskich.
Wezwanie Polaków do czujności”

Znany w Polsce brytyjski historyk i politolog Norman Davies (np. „Boże igrzysko”), w jednej z publikacji min. przestrzegał- „Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś. Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze. Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż skutki są większe”. Proszę, apeluję do Państwa-przeczytajcie „przecieki” i zastanówcie się, nie bądźcie obojętni. Nawet dla sędziwych Polaków musi być ważna myśl, wyobrażenie-czy i jak będą żyły nasze dzieci i wnuki. Czy na naszych mogiłach leżał będzie zwyczajny kurz, czy radioaktywny pył, choć nie będziemy tego odczuwać!

Dziennik Trybuna poinformował, że 3 września 2017 r. w debacie „kanclerskiej” Martin Schulz. zgłosił propozycję – jeśli zostanie kanclerzem, podejmie kroki by terytorium Niemiec ogłosić strefą bezatomową. Oznaczałoby to usunięcie jądrowych instalacji USA. Czy ta dyskusja i sugerowane kroki zasługują na nasze wsparcie? Po co w Polsce broń jądrowa?

Publikacja Pana Andrzeja Ziemskiego, stanowi nie tylko nawiązanie do przeszłości, wystąpienia szefa polskiego MSZ na sesji ONZ. Jest, pisze Autor – ostrzeżeniem, wezwaniem Polaków do czujności. Słusznie pisze, że powinna być pierwszoplanową w prezydenckiej kampanii. Przecież dziś nie trzeba wyjaśniać na czym polega działanie broni jądrowej, w tym promieniowania świetlnego, radioaktywnego skażenia terenu.

Wyraźnie i jednoznacznie należy podkreślić, że tekst „Broń Jądrowa w Polsce?” i jego Autor nie są przeciw „komuś”, a konkretnie: USA czy NATO. Nie ma też żadnego podtekstu pod adresem Rosji, a tym bardziej władz Polski! Jest w tej sytuacji pilne wymaganie nowej „etyki pracy”- politycznej, dyplomatycznej, organizacyjnej. Wymaganie nowoczesnej „etyki myślenia”, wyobraźni i odpowiedzialności-Polaków i Europejczyków w pierwszej kolejności. Kto w tej sytuacji chce nadal negować moją sugestię z tekstu „Powojenne szanse”, że praktyk (ekonomista, finansista) -PREZYDENT, jest nam bardzo potrzebny?

Gabriel Zmarzliński

Krótka informacja:
Zasługi Adama Rapackiego dla pokojowego współistnienia państw o odmiennych systemach politycznych, na rzecz rozbrojenia i pokoju wysoko ocenili naukowcy z Warszawy i Krakowa, wnioskując do norweskiego parlamentu w 1966 r. przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla. Dwa lata później wniosek ponowiła Polska Akademia Nauk. Spotkał się z poparciem dyplomatów – niestety, bez pozytywnego efektu. Mimo to, osiągnięcia Adama Rapackiego w dziedzinie dyplomacji i polityki zagranicznej, zasługują na wdzięczną pamięć Polaków.

Broń jądrowa w Polsce?

W oświadczeniu Porozumienia Socjalistów z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, znalazła się taka konkluzja dotycząca przyszłości: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Stanowisko to, opublikowane m.in. na łamach „Dziennika Trybuna”, kończyło następujące zdanie: „Pokój i współpraca między narodami musi być podstawą rozwoju i wskazaniem na przyszłość”.

Przez okres co najmniej ostatnich 50 lat pamięć o wojnie i jej skutkach była żywa w społeczeństwie. Również szereg inicjatyw międzynarodowych wysuwanych przez kolejne rządy w Polsce Ludowej świadczyły o lekcji historii, którą odrobiliśmy po II wojnie światowej. Wbrew wątpliwościom polskich konserwatystów nicujących naszą historię XX wieku, III RP jest następcą prawnym Polski Ludowej i mimo przesunięcia Polski, jako państwa o kilkaset kilometrów na zachód w wyniku postanowień w Jałcie i Poczdamie, niewiele się zmieniło w naszym regionie. Nasze interesy, choć bliżej Zachodu, pozostały pomiędzy Wschodem i Zachodem, a nawet między USA i Rosją. Polska została umiejscowiona na pierwszej linii frontu pomiędzy nimi. To bardzo groźne.

Nasze bezpieczeństwo w burzliwym świecie,

jeśli sami o to nie zadbamy, nie interesuje specjalnie nikogo. Sojusze międzynarodowe, jak pokazała choćby nowożytna lekcja z 1939 roku są płynne i nie zawsze dotrzymywane. Nie bez powodu aktualna koalicja prawicowa zabiega od dawna o potwierdzenie przez NATO art. 5 Traktatu. Na razie są tylko miłe i puste zapewnienia i oczekiwanie od Polski większego budżetu obronnego w większości przeznaczonego na zakupy w amerykańskich koncernach zbrojeniowych. Informacje o pierwszych transzach zadatku przekazanego do USA na zakup F-35 są tego potwierdzeniem. Przestało się mówić też od pewnego czasu o rozwoju rodzimego przemysłu obronnego.

W ostatnich dniach mieliśmy na arenie międzynarodowej i w Polsce ciąg zdarzeń, które każą zastanawiać się nad budową strategii bezpieczeństwa Polski na najbliższe lata w ramach istniejących, realnych zobowiązań wynikających z uczestnictwa w NATO, jak również zobowiązań dwustronnych np. Polska-USA. Wiadomo, że NATO w aktualnej strukturze, celach i działaniach wynikających z doktryny doszło do granic swoich możliwości. Mówią o tym głośno Francuzi i Niemcy w Europie, ale i oni nie są jedyni. Europa boi się agresywnych akcentów w retoryce NATO i USA. Wynika to z wielowiekowego doświadczenia, kiedy była polem bitwy, a narody zapłaciły ogromną daninę krwi i zniszczeń materialnych.

W ostatnich tygodniach J.E. pani Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, kilkakrotnie zabierała głos na Twitterze, m.in. prowadząc polemiki z J.E. panem Liu Guangyuan’em, ambasadorem ChRL. Powinno cieszyć, że dziś Polska nie jest i nigdy nie będzie polem bitwy między mocarstwami, a jedynie polem dialogu. W ub. tygodniu pojawił się następujący tweet pani ambasador: „Jeśli Niemcy chcą zmniejszyć potencjał nuklearny i osłabić NATO, to być może Polska – która rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, rozumie ryzyka i leży na wschodniej flance NATO – mogłaby przyjąć ten potencjał i u siebie”. Wszyscy zwrócili na to uwagę, pojawiło się wiele komentarzy w prasie polskiej i europejskiej. Odezwali się oficjalnie Niemcy, także Rosjanie.

Komentarza MSZ i MON – brak.

Budzi to zdziwienie, wszak sprawa dotyczy spraw zasadniczych dla bezpieczeństwa Polski.

Pierwsza dyskusja na ten temat rozpoczęła się w tym roku, po ogłoszeniu w kwietniu przez szefową niemieckiego resortu obrony Annegret Kramp-Karrenbauer (CDU), zamiaru zakupu nowych samolotów zdolnych do przenoszenia amerykańskiej broni jądrowej, które mają zastąpić samoloty Tornado użytkowane w ramach Bundeswehry. Według pani minister niemieckie siły zbrojne mają otrzymać nowe myśliwce Eurofighter oraz EA-18G Growler i F/A-18E/F Super Hornet.

W maju br. prowadzona była w Niemczech dyskusja nad udziałem tego kraju w natowskim programie nuclear sharing – udostępniania broni jądrowej w ramach Sojuszu. Przewodniczący frakcji SPD w Bundestagu Rolf Mützenich opowiedział się za wycofaniem amerykańskiej broni jądrowej z Niemiec i za rezygnacją RFN z udziału w tym programie. Nie zakwestionował on idei odstraszania nuklearnego NATO, opowiedział się też za pozostaniem Niemiec z Grupie Planowania Nuklearnego Sojuszu. Stanowisko szefa frakcji poparli przywódcy SPD, przeciwni byli socjaldemokratyczni politycy odpowiedzialni w rządzie i Bundestagu za politykę zagraniczną, m.in. minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas. Rzecznik rządu federalnego potwierdził pozostanie Niemiec z programie nuclear sharing. Udział w nim został zapisany także w porozumieniu koalicyjnym z 2018 roku.

Trzeba przypomnieć, że w roku ubiegłym, również w polskiej prasie, w ślad za publikacjami amerykańskimi, były prezentowane spekulacje o przenoszeniu amerykańskich ładunków jądrowych z Turcji do Europy,
m.in. do Polski. Miało to być efektem retorsji NATO wobec Turcji za zakup rosyjskich systemów S-400. Nie są to więc pierwsze sygnały w tej sprawie. Można to zrozumieć, bowiem magazynowanie ładunków jądrowych niesie za sobą wielką odpowiedzialność i zagrożenie oraz określone konsekwencje, zarówno dla ich posiadacza, jak też kraju, w którym się znajdują, lub mają się znaleźć. Do problemu odniósł się także ambasador USA w Niemczech, który skrytykował w niemieckiej prasie stanowisko SPD. Jego zdaniem Niemcy powinni się zdecydować, czy chcą kontynuować sojusz nuklearny z USA.

Temat ten żywy jest też w USA. Steven Pifer, były dyplomata USA m.in. w Polsce i były dyrektor ds. Rosji i Ukrainy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA, uważa że przerzucenie sił nuklearnych USA z Niemiec do Polski jest za drogie, niebezpieczne i zbyt prowokacyjne wobec Rosji. Uważa on, że paradoksalnie cała dyskusja amerykańskich dyplomatów daje dodatkowy argument zwolennikom wyprowadzenia broni nuklearnej z Niemiec. Teraz mogą po prostu powiedzieć, że można tę broń zabrać do Polski – pisze.

Rosyjski minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow, który wypowiedział się na ten temat, stwierdził że przesunięcie amerykańskiej broni atomowej z Niemiec do Polski stanowiłoby bezpośrednie naruszenie porozumień Rosja-NATO. Temat rozwinęła również rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Maria Zacharowa, która oświadczyła, że takie działanie przyczyniłoby się do pogorszenia już napiętych stosunków między Rosją a NATO. Dodała, że Stany Zjednoczone mogłyby wnieść rzeczywisty wkład we wzmocnienie bezpieczeństwa europejskiego, przenosząc amerykańskie głowice jądrowe na terytorium Stanów Zjednoczonych. Rosja zrobiła to już dawno temu, przenosząc całą swoją broń jądrową z Europy Środkowej i Wschodniej w latach 90. na swoje terytorium.

Jak można domniemywać, cała ta publiczna dyskusja ujawniona w ostatnich tygodniach ma na celu zachęcenie Niemców do pozostania w programie i zakupu odpowiednich samolotów ofensywnych w USA.

Polska w tej grze nie liczy się,

choć występuje jako ewentualne rozwiązanie alternatywne. Dobrze się stało, że sprawa została ujawniona, bowiem powinno to skłaniać wszystkie siły polityczne w Polsce, szczególnie może właśnie w trakcie kampanii prezydenckiej, do postawienia tematu bezpieczeństwa państwa na tle planów naszych sojuszników, jak mają się one do naszego interesu narodowego. Zdefiniowanie raz jeszcze naszego interesu narodowego byłoby niezwykle potrzebne szczególnie dziś, w aktualnej sytuacji rysującej się nowej globalizacji,

Warto zawsze przypominać, że Polska w okresie powojennym była inicjatorem kilku projektów pokojowych, które budowały nam uznanie i szacunek na arenie międzynarodowej.

2 października 1957 roku została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ koncepcja zbudowania na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej. Gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR. Koncepcja ta, nazwana Planem Rapackiego, przeszła do historii dyplomacji i zapoczątkowała szereg wydarzeń o charakterze globalnym, które wpłynęły na usunięcie w dalszej perspektywie barier „zimnej wojny” między Wschodem i Zachodem. Efektem stało się podpisanie porozumienia KBWE w Helsinkach, porozumień SALT I i SALT II oraz rozwój pokojowej współpracy pomiędzy dwoma wielkimi mocarstwami ZSRR i USA.

Trzeba podkreślić, że

koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą,
w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę. Ówczesne kierownictwo państwa, mając na względzie zagrożenie narodu, jakie wynikało ze zgromadzenia na obszarze Europy Środkowej ogromnej ilości ładunków jądrowych, stanęło na rozważnym stanowisku, że inicjatywa ta może służyć stabilizacji sytuacji w naszym regionie.

Pojawia się pytanie, czy w sytuacji, jaka ukształtowała się aktualnie w świecie, powtórzenie tej inicjatywy, zmodyfikowanej do realiów XXI wieku ma sens i ma szansę na realizację? Wydaje się, że Polska, jako jeden z najbardziej poszkodowanych krajów i narodów podczas II wojny światowej ma moralne prawo i obowiązek, aby nad taką inicjatywą poważnie się zastanowić. Przerażające dla przyszłości naszego narodu i państwa jest budowanie od wielu już lat cywilizacji wojny, a nie cywilizacji pokoju.
Oczekiwałbym, że polska lewica otrząśnie się po nieudanych eksperymentach w Iraku i w Afganistanie oraz zdoła znaleźć drogę do zbudowania dobrej i pokojowej przyszłości. Stawka dla Polski w tej grze jest maksymalna, podobnie jak zagrożenie dla jej bezpieczeństwa i przyszłości. Oczekiwałbym od lewicowego kandydata na prezydenta jasnej deklaracji w tej sprawie.

Pierwsze strzały

Minister obrony Indii Rajnath Singh dał do zrozumienia, że jego kraj może zmienić swą doktrynę nie użycia broni jądrowych jako pierwszy. Doszło do tego po incydencie zbrojnym na granicy indyjsko-pakistańskiej w Kaszmirze, pierwszym od czasu zniesienia przez Hindusów autonomii ich części spornej prowincji na początku tego miesiąca. Region zmienia się w beczkę prochu.

Zarówno Pakistan, jak i Indie, nazywają „linią kontrolną” ich wspólną granicę w Kaszmirze, gdyż oba te kraje mają ambicję posiadania całości tego regionu i stoczyły o niego już dwie wojny. Według źródeł pakistańskich, miało tam dojść w czwartek w okolicach miejscowości Nowshera do poważnej wymiany ognia, w której miało zginąć wielu żołnierzy pakistańskich i indyjskich. Nie podano żadnych konkretnych liczb. Pakistan oskarża Indie u użycie międzynarodowo zakazanej amunicji kasetowej (dużych bomb z zawartością wielu małych ładunków – nb. Polska nie uznaje tego zakazu), ale zaprzeczają temu Indie.
Wcześniej zmieniło się stanowisko władz pakistańskich w kwestii sposobu uregulowania konfliktu, z pokojowego na – ewentualnie – zbrojny. Miało to być związane z „potwierdzonym” zagrożeniem indyjskim atakiem na pakistańską część Kaszmiru. W piątek indyjski minister obrony udał się do Pokhranu, gdzie w 1998 r., za czasów premiera Atala Vajpayee, Indie przeprowadziły swój pierwszy, próbny wybuch jądrowy. „Pokhran jest miejscem-świadkiem zdecydowanej determinacji [b. premiera] uczynienia z Indii mocarstwa atomowego, które pozostają ciągle przywiązane do doktryny nie użycia broni jądrowych jako pierwsze. (…) Lecz to, co może wydarzyć się w przyszłości zależy od okoliczności” – pisał potem na Twitterze minister Singh.
Indie zobowiązały się do tej doktryny w 1999 r., podobnie jak wcześniej sąsiednie Chiny, nie uznaje jej jednak Pakistan. Rząd pakistański ogłosił dziś, że minister Singh „kłamie”, gdyż Indie odeszły od niej już w 2003 r., kiedy tamtejszy rząd zadeklarował, że może użyć broni jądrowych w chwili „każdego ataku” (czyli nie tylko jądrowego) o dużej skali na ich terytorium. Oficjalne odejście od doktryny nie użycia takich broni jako pierwszy figurowało w programie wyborczym nacjonalistycznej partii obecnego premiera Indii Narendy Modiego, który 5 sierpnia niespodziewanie odebrał muzułmańskiemu Kaszmirowi autonomię. Indyjska część Kaszmiru pozostaje od tej daty odcięta od świata, lecz różnymi drogami docierają stamtąd wiadomości o szerokich, krwawych represjach przeciw ludności, którą Pakistańczycy uważają za rodaków. W areszcie przebywają przywódcy muzułmańskiej ludności. W sobotę indyjska policja zakomunikowała, że niektóre obostrzenia zostały uchylone, między innymi przywrócono niektóre połączenia telefoniczne.
W piątek odbyło się specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami na temat sytuacji w Kaszmirze – pierwsze od pięćdziesięciu lat poświęcone tej kwestii. Premier Pakistanu Imran Khan podkreślił, że zwołanie RB to równocześnie przywołanie jedenastu wcześniejszych jej rezolucji mówiących o prawie mieszkańców Kaszmiru do samostanowienia. Internacjonalizacja kwestii Kaszmiru została natomiast skrytykowana przez Indie. „Nie życzymy sobie, aby międzynarodowe organy mówiły nam, jak mamy żyć” – oświadczył po sesji ambasador Indii przy ONZ Syed Akbaruddin, dodając że sprawa Kaszmiru to wewnętrzna sprawa Indii.
Zainteresowanych Czytelników zachęcamy do obejrzenia dokumentalnego filmu o Kaszmirze autorstwa Kacpra Jastrzębskiego „The Stones against Rifles”. Jest on dostępny na YouTube, a także na stronie internetowej „Dziennika Trybuna”.

Józef Rotblat nie był naiwny

Dobrze się stało, że w roku bieżącym ukazała się biografia Józefa Rotblata – „Noblista z Nowolipek”.

 

Autor książki Marek Górlikowski przedstawił trudne życie wielkiego fizyka w Polsce, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Był Rotblat uczestnikiem i współtwórcą ważnych wydarzeń. Jako pracownik naukowy wchodził – w czasie drugiej wojny światowej – w skład elitarnego zespołu realizującego projekt Manhattan, który umożliwił wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych w broń atomową. Po wielu latach stał się bliskim współpracownikiem Bertranda Russella i współorganizatorem ruchu Pugwash, którego celem było stopniowe eliminowanie broni jądrowej Przez wiele lat był przywódcą tego ruchu.

Mam nadzieję, że ta pożyteczna książka przyciągnie zainteresowanie szerokich rzesz czytelników. Jest rzeczą zrozumiałą, że zainteresowanie okazali jej recenzent i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jednakże w ich tekstach są uchybienia i nieścisłości.

W recenzji Wojciecha Orlińskiego (Pokuta za atom, „Gazeta Wyborcza”, 7 sierpnia 2018 r.) nie ma nazwisk Alberta Einsteina i Bertranda Russella. A Józef Rotblat nie był sam.

Paweł Smoleński w artykule pod bałamutnym tytułem Pacyfista cudownie naiwny („Gazeta Wyborcza”, 3 września 2018 r.) kilkakrotnie określa Rotblata jako założyciela ruchu Pugwash. Jest to nieścisłe. Był nim Bertrand Russell, który zaprosił do współpracy Józefa Rotblata. Smoleński pisze: „Lecz mimo wszystkich zastrzeżeń stało się tak, jak wiele lat wcześniej przewidział jeden z ojców chrzestnych (obok Alberta Einsteina) Pugwash sir Bertrand Russell. Ten najwybitniejszy logik minionego stulecia,filizof, matematyk i laureat literackiego Nobla prorokował, że Rotblat Nagrodę Nobla dostanie.. Potrzebna korekta – powinno być lord Bertrand Russell. Warto dodać, że Russell tytuł lorda odziedziczył po swoim dziadku Johnie, który w czasach królowej Wiktorii dwukrotnie był premierem Wielkiej Brytanii. Tytuł sir otrzymał natomiast Józef Rotblat w roku 1998.

 

Geneza ruchu Pugwash

Albert Einstein i Bertrand Russell byli przekonani, że broń atomową należy wyeliminować, a pierwszym i najpilniejszym krokiem w tym kierunku powinno być wstrzymanie próbnych eksplozji zatruwających świat śmiercionośnymi izotopami.

W latach 1950-tych ciągłe eksplozje nuklearne dokonywane przez ZSRR i USA miały dwojaki sens. Przywódcy polityczni i generałowie używali ich dla straszenia drugiej strony, do demonstrowania jak bardzo są przeciw „czerwonemu niebezpieczeństwu” i „imperialistycznemu zagrożeniu”.Te niebezpieczne, infantylne popisy ciągle zwiększały ilość szkodliwych izotopów w atmosferze. Celem próbnych eksplozji było też „doskonalenie” arsenałów jądrowych i „oswajanie” społeczeństw z nową bronią. Generałowie twierdzili, że bomby nuklearne to po prostu nowy rodzaj broni z którego nie należy rezygnować. Gdy ktoś mówił o wyjątkowo okrutnych skutkach tych broni, generałowie i ich zwolennicy w mediach odpowiadali, że dynamit i karabiny maszynowe też kiedyś uznawano za okrutne i niedopuszczalne.

Gdy dochodziło do rozważań o zakazie lub ograniczaniu prób nuklearnych, to z Waszyngtonu dobiegały głosy o potrzebie kontroli na miejscu, a z Moskwy, że taka kontrola to zalegalizowane szpiegostwo. Tylko uczeni o wielkim autorytecie mogli udowodnić, że po pierwsze wojna światowa z użyciem broni atomowej oznaczałaby koniec życia na Ziemi, po drugie, że bez kontroli na miejscu możliwe jest sprawdzenie, czy układ o ograniczaniu prób jest przestrzegany.

23 grudnia 1954 roku Bertrand Russell wygłosił przemówienie radiowe o możliwości zniszczenia życia na Ziemi przez eksperymenty nuklearne. Po tym przemówieniu otrzymał ogromną ilość listów z wielu krajów. Jeden z tych listów pochodził od wielkiego fizyka – francuskiego noblisty Fryderyka Joliot-Curie (zięcia Marii Skłodowskiej-Curie), członka Francuskiej Partii Komunistycznej, a w latach wojny – bojownika ruchu oporu. W 1945 roku szef rządu Charles de Gaulle mianował go Wysokim Komisarzem Komisji Energii Atomowej. W roku 1950 został z tego stanowiska zdjęty za swą postawę komunisty.

Fryderyk Joliot-Curie był człowiekiem zaufanym i wielkim autorytetem dla ówczesnych przywódców Związku Radzieckiego. W oczach Russella był on ważnym partnerem do rozmów o powołaniu międzynarodowego ruchu uczonych na rzecz rozbrojenia nuklearnego. Tekst radiowego wystąpienia Russella stał się podstawą dokumentu znanego jako Manifest Russella-Einsteina.

Oczekiwania Russella wobec najwybitniejszego fizyka ówczesnej Francji sprawdziły się. Po kilkugodzinnej rozmowie w Paryżu uzyskał podpis Joliot-Curie pod Manifestem.

18 kwietnia 1955 roku, w czasie lotu z Rzymu do Paryża, Russell usłyszał – wygłoszoną przez kapitana samolotu – wiadomość o śmierci Alberta Einsteina. Był zdruzgotany . Wkrótce przekonał się jednak, że nie wszystko stracone. Kiedy przybył do paryskiego hotelu otrzymał kopertę zawierającą tekst Manifestu z podpisem Einsteina. Był to zapewne ostatni podpis, jaki złożył twórca teorii względności.

9 lipca 1955 roku Russell organizuje zebranie w Caxton Hall w centrum Londynu (Westminster). Russell – matematyk, logik i filozof – był także znakomitym popularyzatorem fizyki, jednakże przygotowując zebranie na temat Manifestu postanowił powierzyć przewodnictwo wybitnemu fizykowi, który mógłby – w miarę potrzeby – wyjaśnić techniczne szczegóły broni jądrowej. Wybrał do tej funkcji profesora Józefa Rotblata, którego rok wcześniej poznał jako partnera-współuczestnika telewizyjnej dyskusji w BBC. Po zebraniu w Caxton Hall Russell podejmuje prace przygotowawcze do postulowanej międzynarodowej konferencji uczonych reprezentujących Zachód i Wschód. Do tych prac zaprosił Rotblata i brytyjskiego noblistę Cecila Powella.

Na adres Russella napłynęło kilka propozycji dotyczących miejsca konferencji i pokrycia jej kosztów. Ostatecznie wybrał ofertę swego przyjaciela, milionera Cyrusa Eatona, który wziął na siebie pokrycie kosztów podróży i utrzymania uczestników oraz kosztów organizacyjnych. Eaton postawił tylko jeden warunek. Konferencja powinna odbyć się w Pugwash – miejscu jego urodzenia. Była to mała miejscowość rybacka w Nowej Szkocji w Kanadzie. Warunek ten został przyjęty.

Konferencja z udziałem 22 fizyków odbyła się w dniach 7-11 lipca 1957 roku. Schorowany Russell liczący wówczas 85 lat nie mógł przybyć do Pugwash. Jego przemówienie zostało odtworzone z taśmy. O przebiegu obrad codziennie przez telefon informował go Rotblat. W późniejszym okresie Russell uczestniczył jedynie w konferencjach, które odbywały się w Wiedniu i Londynie.
Russell był przewodniczącym ruchu Pugwash, a Rotblat – sekretarzem generalnym.

 

Pominięty wywiad

Profesora Rotblata poznałem w okresie pracy nad książką Bertrand Russell. Biografia polityczna. Ukazała się ona w 1999 roku (wyd. Atla 2, Wrocław).Była recenzowana m.in. w „Trybunie”

W roku 1996 w czasie pobytu prof. Rotblata w Warszawie przeprowadziłem z nim wywiad na temat Lojalność wobec rodu ludzkiego, który zamieściła „Rzeczpospolita” (29-30 czerwca 1996 r.). Wywiad ten w książce Marka Górlikowskiego nie został wzięty pod uwagę. A szkoda, bo wyjaśniał on motywację Rotblata w jego działalności na forum Pugwash.

W trakcie rozmowy poprzedzającej wywiad zapytałem o rolę Russella w kierowaniu ruchem. W niektórych publikacjach był bowiem Russell przedstawiany jako postać-symbol, albo wręcz figurant a nie jako rzeczywisty przywódca. Mój rozmówca kategorycznie zaprzeczył. Stwierdził, że systematycznie informował sędziwego filozofa o działalności ruchu i otrzymywał od niego pożyteczne wskazówki i sugestie. Tak więc Russell do końca życia wywierał wpływ na kierunek działań ruchu Pugwash, który stał się uznaną instytucją międzynarodową.

 

Przywódcy nie byli naiwni

Po śmierci Russella (2 lutego 1970 r.) Józef Rotblat stał się dominującym przywódcą ruchu w jego staraniach na rzecz całkowitego zakazu prób z bronią jądrową, przeciwstawianiu się rozpowszechnianiu tej broni oraz – w dalszej perspektywie – jej całkowitego wyeliminowania.

Dyskusje na konferencjach Pugwash doprowadziły do istotnych wniosków praktycznych:
– Techniki i metody sejsmiczne sprawiają, że kontrola na miejscu nie jest konieczna,
– Odczuwalne ograniczenie opadów radioaktywnych jest możliwe przy dopuszczeniu eksplozji podziemnych.

Układ o zaprzestaniu prób z bronią jądrową na ziemi, w powietrzu i pod wodą, podpisany przez trzy mocarstwa nuklearne – USA, ZSRR i Wielką Brytanię – w dniu 5 sierpnia 1963 roku wynegocjowany został przy uwzględnieniu dyskusji na forum ruchu Pugwash. W układzie tym było ustępstwo na rzecz generałów w postaci dopuszczalności prób podziemnych. Te ostatnie w latach późniejszych (1974 i 1976) były stopniowo ograniczane poprzez kolejne porozumienia międzynarodowe. Całkowity zakaz wszelkich prób z bronią jądrową – stanowiący cel wieloletnich starań Józefa Rotblata – podpisany został 24 września 1996 roku. Za te działania parlament Norwegii przyznał Pokojową Nagrodę Nobla za rok 1995 prof. Rotblatowi oraz ruchowi Pugwash.

Dochodzenie do wyżej wymienionych porozumień międzynarodowych było możliwe dzięki temu, że argumenty przedstawiali kompetentni uczeni będący autorytetami dla rządów wielkich mocarstw. Zgodnie z zasadami ustalonymi przez Russella i Rotblata konferencje Pugwash miały charakter poufny i były skoncentrowane ściśle na problematyce zbrojeń nuklearnych.

Podejmowanie jakichkolwiek innych tematów mogłoby doprowadzić do przerwania konferencji przez jedną ze stron. Russell i Rotblat wykazywali wielką mądrość polityczną w unikaniu na forum Pugwash krytyki poszczególnych rządów bez względu na motywy tego rodzaju krytyki. Wykazywali również umiejętność pozyskiwania do poufnych rozmów uczonych posiadających nie tylko sławne nazwiska, ale również zaufanie wpływowych polityków. Nie było to łatwe. Po obydwu stronach „żelaznej kurtyny” generałowie twierdzili, że przeciwnik nigdy nie zrezygnuje z doskonalenia broni jądrowej i że całkowity zakaz prób byłby „utopijny”, „szkodliwy”, „kapitulancki” itp. Wbrew tym twierdzeniom ruch Pugwash stworzył możliwość przerwania serii eksplozji na ziemi, pod wodą i w powietrzu. Bez tego wielu z nas nie byłoby na świecie, a wielu innych cierpiałoby na straszliwą chorobę popromienną.

W zakończeniu powyżej przywołanego artykułu Paweł Smoleński pisał, że Rotblat „nagrodę otrzymał w niepewnym czasie, po co najmniej zagmatwanych dziejach ruchu Pugwash i w duchu tej cudownie szczerej naiwności wielu wspaniałych ludzi Zachodu głoszących, że „better red than dead”. Najpewniej lepiej być czerwonym niż martwym, lecz z pewnością nie na każdych warunkach”.

Rozważania, że „lepiej być czerwonym niż martwym” miały miejsce w okresach wielkich napięć i groźby światowej wojny nuklearnej. Kiedy napięcie opadało i dochodziło do – zaskakujących wówczas – układów oddalających niebezpieczeństwo kataklizmu wówczas rozważania „czerwony czy martwy” stały się bezprzedmiotowe. Poszukiwanie związku pomiędzy Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla z 1995 roku, a „duchem cudownie szczerej naiwności” jest – łagodnie mówiąc – zupełnie nieuzasadnione.

 

Marek Górlikowski – „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”, wyd. Społeczny Instytut Znak, Krakow 2018, str. 340, ISBN 978-83-240-5540-1.

Jeszcze jedna wojna?

„Zbrojną koalicję, należy budować zbrojną koalicję przeciw Iranowi” – powtarzał podczas swojej europejskiej podróży swym rozmówcom izraelski premier Benjamin Netanjahu w Berlinie, Paryżu i Londynie. A nie minął nawet miesiąc od zerwania przez Trumpa porozumienia atomowego z Iranem. Jeszcze Europejczycy myślą o jego ratowaniu, jak też swoich irańskich kontraktów, a Izrael już ciśnie. Netanjahu wyrwał się przed amerykańską orkiestrę, jakby był dyrygentem. Iran znalazł się na celowniku, a Europa już oberwała. Ten kryzys szybko się nie zakończy.

 

„Śmierć Izraelowi!, „Śmierć Ameryce!” – krzyczeli w odpowiedzi rytualne slogany Irańczycy w Teheranie i innych miastach: to był Dzień Al-Kuds (Jerozolimy), świętowany tłumnie każdego roku od początku rewolucji. W stolicy spłonął szmaciany Trump owinięty w izraelską flagę. „Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael chcą pogrążyć Iran nie wiedząc, że narażają własne bezpieczeństwo” – ostrzegał Ali Laridżani, szef irańskiego parlamentu. „Chcemy żyć w pokoju. Nie chcemy wojny, nie jesteśmy zwierzętami. (…) Ale dzisiaj Izrael chce zniszczyć wszystkie kraje wokół, będziemy się bronić” – mówił do ludzi przez megafon.

Jak niemal wszystkie ostatnie kryzysy, nagonka na Iran wiąże się z wojną w Syrii. Na początku czerwca izraelski minister obrony Awigdor Libermean spotkał się ze swym rosyjskim odpowiednikiem w Moskwie i obaj podpisali zaskakujące porozumienie: Izrael będzie mógł atakować jednostki irańskie w Syrii, ale nie będzie ruszał wojsk syryjskich. Min. Siergiej Szojgu przypomniał słowa prezydenta Putina, że Rosja chciałaby wycofania się Iranu z Syrii, tak samo jak Amerykanów i Turków, którzy (w przeciwieństwie do Irańczyków) przebywają tam nielegalnie. W imperium amerykańskim patrzą na ten układ tak samo nieufnie, jak w Teheranie: obie strony zastanawiają się w co gra Rosja, bo jeśli chodzi o Izrael, wiadomo.

 

Bez konkurencji

Antyirańska obsesja Izraela dała o sobie ponownie znać pod koniec kwietnia, gdy na parę dni przed ogłoszeniem decyzji Trumpa o zerwaniu układu atomowego z Iranem, premier Netanjahu odegrał medialny teatrzyk, że Iran chce zbudować bombę atomową z „dowodami”, które miały znajdować się w archiwum z dokumentami sprzed 2003 r., zdobytym przez Mosad. W Europie rewelacje izraelskiego premiera raczej zlekceważono, ale potraktowano je jako niezawodną zapowiedź fatalnej decyzji Trumpa. A ten zerwał układ podpisany trzy lata temu przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa, gwarantujący, że Iran nie będzie używał atomu do celów wojskowych. Otwartym wrogiem tego układu był od początku Izrael, przeciwny zniesieniu sankcji nałożonych na Teheran.

Państwo żydowskie jest nieoficjalnym mocarstwem atomowym, ma (wg różnych źródeł) 0d 80 do 400 głowić jądrowych. W przeciwieństwie do Iranu, nie podpisał Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie zgadza się na żadnych międzynarodowych inspektorów. Według specjalistów od obronności, ma też mini-bomby jądrowe i neutronowe najnowszej generacji. Produkuje pluton i tryt w ilości wystarczającej do produkcji stu dalszych bomb atomowych. Dostał od Niemiec okręty podwodne zdolne do ich przenoszenia, ma rakiety balistyczne Jerycho 3, samoloty… Ma za sobą imperium amerykańskie i przychylność wielu rządów w Europie. W zeszłym roku Polska wzięła udział w największych manewrach lotniczych w historii Izraela Blue Flag 2017, obok Amerykanów, Niemców i Francuzów…

„Teheran dobrze wie, że Izrael wycelował weń 200 głowic, i że my mamy ich tysiące” – pisał w roku zawarcia układu atomowego Colin Powell, dawny amerykański sekretarz obrony, zapamiętany głównie z odgrywania teatru w ONZ, przed napaścią na Irak. Izrael chce uderzenia w Iran, bo widzi w nim przyszłe zagrożenie i konkurencję na Bliskim Wschodzie. W zasadzie to samo, co widział kiedyś w Iraku.

 

W imię Boga

Izraelskie siły nuklearne są zintegrowane z systemem elektronicznym NATO, w ramach „Indywidualnego Programu Współpracy” z Izraelem, który do sojuszu nie należy, ale ma stałe przedstawicielstwo przy jego Kwaterze Głównej w Brukseli. Według planu testowanego w czasie amerykańsko-izraelskich ćwiczeń Juniper Cobra 2018, siły amerykańskie i natowskie w Europie, szczególnie te stacjonujące we Włoszech, poparłyby Izrael w wojnie z Iranem. Wojna mogłaby się zacząć od ataku izraelskiego na irańskie ośrodki atomowe, jak w 1981 r. na Osirak w Iraku. W przypadku irańskich represji Izrael mógłby użyć broni jądrowych.

Od czasu, gdy Trump zerwał układ z Iranem i przeniósł ambasadę do Jerozolimy, sondażowe oceny jego polityki zagranicznej są mniej krytyczne (45 proc. popiera go, 47,5 proc. odwrotnie). Ma poparcie dla swojej polityki gospodarczej, więc proizraelska linia polityczna może zapewnić mu powodzenie w przyszłych wyborach. Bezwarunkowe poparcie dla Izraela wyrażają konserwatywni wyborcy z południa, pobożni, ewangeliccy syjoniści chrześcijańscy, którzy są bardziej proizraelscy od proizraelskiego lobby w Stanach i są ich dziesiątki milionów. Czekają na oczyszczającą wojnę światową, Armageddon, który, jak wierzą, rozegra się właśnie w Izraelu. To jest elektorat Trumpa.

 

Iran ma się poddać

Mike Pompeo, do niedawna szef CIA, namaszczony przez Trumpa na nowego sekretarza stanu, wyjaśnił, o co chodzi Ameryce dając wykład „Po umowie: nowa strategia irańska” w prawicowej waszyngtońskiej Heritage Foundation, pod koniec maja. Było to wojenne ultimatum domagające się totalnej kapitulacji rządu irańskiego wobec „najsilniejszych sankcji w historii” i presji wojskowej na wszystkich frontach Bliskiego Wschodu. Pompeo wyjaśniał, że to nie amerykańskie wojny narobiły zamieszania w regionie, lecz knowania Iranu, który na nikogo nie napadł.

Wśród 12 żądań, które wyliczył pod adresem Iranu, było wycofanie oddziałów, które na prośbę rządu w Damaszku pomagają Syrii walczyć z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, koniec programu atomowego, koniec budowy rakiet balistycznych, zaprzestanie pomocy Hezbollahowi w Libanie i rezygnacja z wpływów w Iraku. Byłoby najlepiej, gdyby Iran się nie rozwijał, nie bronił i uznał zwierzchność imperium – sugerował Pompeo. „Dzisiejszy świat nie akceptuje Stanów Zjednoczonych decydujących za innych. Są kraje niezależne” – odpowiedział mu prezydent Hasan Rouhani. Rzecznik irańskiego MSZ dodał, że Irańczycy pozostaną w Syrii dopóki będą tam terroryści i zechce tego rząd syryjski, a „ci, którzy są w Syrii bez zgody rządu syryjskiego, powinni natychmiast opuścić ten kraj ” – mówił, mając na myśli 2 tys. Amerykanów okupujących wschód kraju i jego pola naftowe.

 

Rosyjska zdrada

Pompeo oskarżył Iran nawet o popieranie ostro antyirańskiej Al-Kaidy, podczas gdy w Syrii czynnym pomaganiem Al-Kaidzie zajmował się Izrael, a Iran ją zwalczał. Wściekły dyskurs Waszyngtonu wyładował się też na Europie, która stała się ofiarą antyirańskich „sankcji wtórnych” na bezprecedensową skalę. Po zelżeniu sankcji na skutek układu atomowego z 2015 r. Stany Zjednoczone handlowały z Iranem na niecałe 200 milionów dolarów, a Europa na 25 miliardów. A teraz musi zrywać obiecujące kontrakty, jeśli nie chce być ukarana. Cokolwiek kolonialna eksterytorialność prawa USA wszystko załatwi. Unia buntuje się prosząc pokornie Stany Zjednoczone o zezwolenia na handel z Iranem, zniesienie tych „sankcji wtórnych”, ale USA nie mają powodu, by jej słuchać. Wszyscy mają wiedzieć, że Iran jest ważną sprawą.

I w czasie całego tego zamieszania okazało się, że Iran i Rosja mają rozbieżne interesy w Syrii. Irańska prasa raczej z rozczarowaniem przyjmowała ostatnie wiadomości na temat pewnego zbliżenia izraelsko-rosyjskiego. I teraz ten układ, „jak nóż w plecy”. W Iranie dualny podział polityczny na konserwatystów i reformistów odpowiada mniej więcej republikanom i demokratom w Stanach.

Prasa konserwatywna na ogół przemilczała układ Liberman-Szojgu, a reformistyczna wzywa do ostrożności wobec Rosji lub ją usprawiedliwia. Rosjanie są pewni, że Iran nie będzie mocno protestował, bo jest niejako zdany na Rosję, nie ma wielu sojuszników. Rosjanie zrozumieli, że by zrobić jakiś porządek w Syrii, muszą liczyć się z Izraelem. „Rosja jest strategicznym partnerem Iranu, ale jeśli Rosjanie obrócą się w kierunku Ameryki i Izraela, Iran przemyśli swoje stosunki z Rosją” – mówił Hosejn Kanani Moghaddam, analityk od konserwatystów.

 

Wielki zawód

Dla milionów Irańczyków pokojowy układ atomowy był szansą na poprawę poziomu życia. Zdejmowane sankcje ruszyły irańską gospodarkę, ale zbyt wolno. W ostatnich miesiącach to tu, to tam, zbierają się kierowcy ciężarówek, rolnicy, emeryci i nauczyciele, nierzadko nieopłaceni, by protestować przeciw warunkom życia i pracy. Doszły do tego manifestacje z powodów ekologicznych, bo susza, burze piaskowe, zanieczyszczenie powietrza, brak wody. Na początku roku przez Iran przetoczyła się fala protestów socjalnych, gdzieniegdzie gwałtownych, przeciw sytuacji gospodarczej kraju, zginęło 25 osób. I oto Trump zrywa układ i nakłada wyjątkowe sankcje, co nie polepsza perspektyw. Przestraszone europejskie koncerny po kolei wycofują inwestycje z Iranu. Staje się on ekonomicznie i medialnie „trędowaty”.

Iran zareagował odmową zmiany swego planu balistycznego i przygotował się do wznowienia wzbogacania uranu. To wszystko nie łamie ciągle przestrzeganej umowy z 2015 r., ale pokazuje, że Teheran będzie się stawiał. Liczy na zrozumienie państw europejskich, choć premier Netanjahu odwiedzając w tym tygodniu Niemcy, Francję i Wielką Brytanię nawoływał do czegoś odwrotnego, całkowitego zerwania układu atomowego i groźby interwencji. Straszył Merkel, że Niemcy zaleje fala syryjskich uchodźców, jeśli będzie nowa wojna, której można uniknąć zrywając kontakty z Iranem. „Koalicja zbrojna” jest na razie tylko jego marzeniem, ale Iran musi teraz uważać.