Trump ukarze nieposłusznych

Koniec z wyjątkowym traktowaniem niektórych państw kupujących ropę od Iranu. Stany Zjednoczone ogłosiły, że od 2 maja przestaną obowiązywać wprowadzone w ubiegłym roku wyjątki od sankcji.

Dalsze zwiększenie presji USA na Iran zapowiedział w poniedziałek Sekretarz Stanu Mike Pompeo. Oznajmił, iż Stany Zjednoczone od 2 maja będą obejmować sankcjami wszystkie bez wyjątku państwa, które sprowadzają ropę naftową z Iranu. Nie będzie już specjalnego traktowania dla krajów, którym w roku ubiegłym hegemon z Waszyngtonu łaskawie dał czas na dogadanie się z innymi dostawcami. Chodzi o Grecję, Włochy, Tajwan, Turcję, Chiny, Indie, Japonię i Koreę Południową.
Dla trzech pierwszych decyzja administracji Trumpa wiele nie zmienia: przewidując taki właśnie krok Waszyngtonu państwa te uległy presji i zakończyły import irańskiego surowca. W pozostałych pogróżki Pompeo, jak można się domyślić, nie zostały przyjęte z entuzjazmem. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu napisał na Twitterze, że działania USA nie sprzyjają pokojowi i stabilności w regionie, a jego państwu nikt nie będzie dyktował, jak układać sobie relacje z innymi krajami. Turcja zapowiada również, że opracuje własny system, który pozwoli utrzymywać wymianę handlową z Iranem, omijając sankcje. Podobny system pozwala państwom Unii Europejskiej sprzedawać Teheranowi niektóre produkty medyczne i żywnościowe.
Pompeo z wyraźną dumą mówił, że za sprawą administracji Trumpa Iran eksportuje wyjątkowo mało ropy naftowej i stracił na tym co najmniej 10 mld dolarów.
– Chcemy pozbawić ten wyjęty spod prawa reżim funduszy, które są od dziesięcioleci używane do destabilizowania Bliskiego Wschodu, zmusić Iran, by zachowywał się jak normalne państwo – grzmiał Pompeo, oczywiście „zapominając” o wkładzie własnego kraju i jego przyjaciół w destabilizowanie Bliskiego Wschodu właśnie.
Kto ma zapełnić lukę na międzynarodowym rynku? Oczywiście wierni przyjaciele USA – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Im za finansowanie fundamentalistów islamskich czy obracanie Jemenu w ruinę nic nie grozi. Już zapowiedziały, że zwiększą podaż ropy.
Represjonowanie państw trzecich za utrzymywanie kontaktów handlowych z naznaczonym przez USA państwami to swoiście amerykańska metoda szantażu gospodarczego, gdyż niemal wszystkie „strony trzecie” mają intersy gospodarcze związane z t było-nie było najsilniejszą gospodarką świata, a zatem wystawiają się na ryzyko odwetu. A wiadomo, że Waszyngton się przed nim nie cofa.

Licytacja na terroryzm

Iran nie pozostaje dłużny Donaldowi Trumpowi. Władze w Teheranie zagroziły poważnymi retorsjami jeżeli zapowiedzi wpisania Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI) na amerykańską listę organizacji terrorystycznych zostałyby zrealizowane.

Oświadczenie o podjęciu działań zmierzających do uwzględnienia KSRI w spisie międzynarodowych organizacji terrorystycznych zostało opublikowane na stronie Białego Domu ósmego kwietnia: „W dniu dzisiejszym oficjalnie ogłaszam zamiar kierowanego przeze mnie rządu uznania Korpusu Strażników Islamskiej Rewolucji Islamskiej […] za Zagraniczną Organizację Terrorystyczną na mocy sekcji 219 ustawy o imigracji i obywatelstwie. Ten bezprecedensowy krok, podjęty przez Departament Stanu, będzie rzeczywistym opisem stanu faktycznego i wskazaniem, iż Iran jest nie tylko państwem-sponsorem międzynarodowego terroryzmu, ale także określeniem KSRI jako organizacji aktywnie uczestniczącej, finansującej i promującej terroryzm […] KSRI jest podstawowym instrumentem irańskiego rządu, który służy mu do kierowania globalną kampanią terrorystyczną” – czytamy m. in. w dokumencie.
Iran, podobnie jak większość państw na Bliskim Wschodzie, przyzwyczajona jest do rozmaitych pogróżek ze strony Waszyngtonu. Również takich, których ogólna forma wykracza dalece poza uznane standardy dyplomatycznej kultury. Teheran jednak jest jednym z niewielu krajów w regionie, który może pozwolić sobie na więcej samodzielności i powagi w stosunkach z USA.
Tamtejsze władze zareagowały błyskawicznie. Już dzień po tym jak Wall Street Journal doniósł o zamiarach Białego Domu (5 kwietnia) w irańskich mediach pojawiła się informacja o możliwości wpisania US Army na listę organizacji terrorystycznych w ramach działań odwetowych. Wspominaliśmy o tym również na stronach portalu Strajk. Wciąż jednak większość obserwatorów skłonna była to traktować jako blef. Dotychczas Waszyngton nigdy nie posunął się w swoich imperialnych fantazjach na tyle daleko, by opisać oficjalne siły zbrojne suwerennego państwa jako organizację terrorystyczną. Tymczasem Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest właśnie jedną z dwóch irańskich struktur militarnych.
Według irańskiej konstytucji armia odpowiedzialna jest za obronę granic Iranu, zaś KSRI borni osiągnięć rewolucji islamskiej. Do jego zadań należy m. in. zwalczanie „obcych wpływów”. W strukturze KSRI, liczącej łącznie ponad 160 tys. żołnierzy, funkcjonują wszystkie rodzaje sił zbrojnych, służby wywiadowcze, specjalna jednostka – Ghods oraz paramilitarny Związek Mobilizacji Uciemiężonych.
Jeżeli do tego dojdzie dowództwo amerykańskiej armii znajdzie się na tej samej liście, na której figuruje np. tzw. Państwo Islamskie. Heshmatollah Falahatpisheh, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej irańskiego parlamentu, poinformował w rozmowie z dziennikarzami, że projekt ustawy w tej sprawie został już przygotowany.
Wydaje się, że ewentualne uznanie amerykańskiej armii za organizację terrorystyczną jest o wiele bardziej uzasadnione moralnie i politycznie. USA przeprowadziły na Bliskim Wschodzie dwie wojny napastnicze przeciwko Irakowi doprowadzając ten kraj do niemal zupełnej ruiny, dokonały inwazji na Libię co zakończyło się faktyczną likwidacją jej państwowości, wspierają radykalne ruchy religijne, które miały wysadzić w powietrze Syrię, aktywnie pomagają Arabii Saudyjskiej w systematycznym wyniszczaniu Jemenu, gdzie rozgrywa się przez to – jak wskazuje ONZ – największa katastrofa humanitarna na świecie. W tej chwili trwają aktywne przymiarki do wszczęcia kolejnej zbrojnej napaści – właśnie na Iran.

Głosy wołające na puszczy

– albo jak polskie badania nad Iranem znów poszły na marne.

Na ostatnim spotkaniu nazwijmy je, niechętnych i otwarcie przymuszonych krajów w Warszawie, zarówno amerykański wiceprezydent, jak i sekretarz stanu na europejskiej ziemi potępili Europę za to, że ta próbuje wywiązać się ze swoich obietnic w związku z porozumieniem nuklearnym i rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ numer 2231 – tak irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif skomentował w niedzielę, w ostatnim dniu konferencji bezpieczeństwa w Monachium, przebieg innej konferencji – tej w Warszawie, którą polski rząd zorganizował na zlecenie swoich kochających demokrację sojuszników. Polskich iranistów oraz trzeźwo myślących badaczy spraw bliskowschodnich takie postawienie sprawy i zredukowanie dumnego polskiego państwa do rzędu krajów, które dały się wmanewrować w brudne gry Waszyngtonu, nie dziwi w ogóle.

Jak zauważa na łamach „Przeglądu” Tadeusz Iwiński, politolog i wieloletni poseł z ramienia SLD, w kategoriach czystej wymiany gospodarczej Polska nie może stracić wiele na pogorszeniu kontaktów z Iranem, bo już teraz obroty wzajemne są minimalne – rzędu jedynie ok. 200 mln euro. Poniesiona szkoda jest innego rodzaju – wykonując bez szemrania amerykańskie zlecenie, o czym zresztą donoszą światu sami Amerykanie, wbrew całej długiej i raczej pozytywnej historii stosunków dyplomatycznych z Teheranem, Warszawa traci twarz. Tymczasem na wschodzie, przypomina doświadczony socjaldemokratyczny parlamentarzysta, to wartość, której nie da się przeliczać na pieniądze. Najwyraźniej polski rząd uznał jednak – nie pierwszy raz – że wschodem przejmować się nie warto. Tak samo, jak opinią tych, którzy wschodem zajmują się zawodowo. Oni, gdy tylko pojawiły się wiadomości o planowanej konferencji, od razu wskazali: to nie będzie żadna „konferencja pokojowa”, o „wielostronnym dialogu” można bowiem mówić pod określonymi warunkami. Nie wtedy, gdy jeden z organizatorów od dawna prowadzi agresywną politykę wymierzoną w państwo, którego czyny mają być na konferencji omawiane – bez jego udziału.

Umocniliśmy islamskich konserwatystów

– Już sam sposób, w jaki sekretarz stanu USA Mike Pompeo ogłosił, że konferencja będzie odbywała się w Warszawie – a więc przed polskim MSZ – jest trochę przerażający. USA traktują Polaków dość służalczo – bez żadnych złudzeń komentował w wywiadzie z Onetem dr Marcin Rzepka, iranista z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Równie jasno i bez dwuznaczności ekspert wskazywał, że warszawski zjazd wpisuje się w agresywny antyirański kurs obrany przez administrację Donalda Trumpa.

Przypominał przy tym, jakie praktyczne skutki ma oskarżanie Iranu o całe zło tego świata: nie przyczynia się do nadwątlenia republiki islamskiej, a przeciwnie – uderza w politykę otwierania się na świat i powolnej liberalizacji, jaką starał się prowadzić prezydent Hasan Rouhani. Ona ponosi klęskę, a w siłę rosną w Teheranie jedynie twardogłowi. Nastawieni na konfrontację, przeciwni prawom człowieka i wszelkiemu dialogowi. A przecież – tego też w mediach głównego nurtu nie usłyszymy – to Iran, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie budzi system teokratyczny i stan praw człowieka, jest obecnie jedynym systematycznie się rozwijającym, stabilnym krajem Bliskiego i Środkowego Wschodu. Naprawdę nie warto z nim rozmawiać?

Marcin Rzepka przewidział doskonale, że jednym z „bohaterów” konferencji będzie znany z agresywnej retoryki premier Izraela, a Polsce w tej sytuacji pozostanie już tylko odgrywanie roli zausznika USA w Europie, bo przecież nie neutralnego moderatora, dającego wszystkim stronom szansę wyartykułowania swoich racji. Jednak rząd Morawiecki najwyraźniej z takiego położenia jest zadowolony.

Nie doceniliśmy lokalnych uwarunkowań

– Podstawową przyczyną, dla której nie powinniśmy opowiadać się za amerykańską polityką wobec Iranu, jest fakt, że jest zwyczajnie błędna – to z kolei głos Jagody Grondeckiej, również iranistki, cod 2015 r. pracującej w polskiej ambasadzie w Teheranie. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego alarmowała na łamach „Kultury Liberalnej”, że żadne państwo, które na Bliskim Wschodzie ma realne interesy i je ceni, nie zgodziłoby się zostać gospodarzem takiej konferencji. Wskazywała, że Polska ma wszelkie szanse ponieść koszty działań, które nie przyniosą jej żadnych korzyści. Dokładniej zaś – przyniosą regionalną katastrofę, bo polityka amerykańska oparta jest na niewłaściwych założeniach, nie docenia siły irańskiego oddziaływania choćby na żyjących w innych państwach szyitów, przecenia za to skalę niezadowolenia społecznego, jakie tli się w Iranie, bezzasadnie przyjmując, że zmiana systemu rządów jest w zasadzie o krok.

I chociaż Grondecka przypisuje Iranowi „destabilizacyjny potencjał”, potępia finansowanie Hezbollahu, a udział Teheranu w konfliktach jemeńskim i syryjskim kwalifikuje jako jednoznacznie złą (przyznając wszakże, że także inne państwa są tam zaangażowane), to ostrzega: jeśli już przyjmować, że naszym celem jest powstrzymywanie Iranu, to drogą jego skutecznej realizacji nie są groźby. – Polska powinna wraz z innymi członkami Unii Europejskiej prowadzić wobec Iranu politykę krytycznego dialogu, wypełniając tym samym pustkę pozostawioną przez Stany Zjednoczone. Jej bilans póki co pozostaje ograniczony, ale nawet niedoskonały dialog jest w tym przypadku lepszy niż izolacja i groźba ataku militarnego – pisze.

Zyskaliśmy szacunek? Nie tym razem

Dobrych stron i szans dla Polski w irańskiej konferencji starała się natomiast doszukiwać Patrycja Sasnal, arabistka, kierująca programem analiz Bliskiego Wschodu i Afryki w Polskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. – Konia z rzędem temu, kto wskaże rząd Polski po 1989 roku, który powiedziałby „nie” Stanom Zjednoczonym na organizację konferencji międzynarodowej – komentowała nie bez racji na antenie TVN24. Argumentowała, że dla Polski bycie gospodarzem wielostronnej konferencji bliskowschodniej może okazać się bardzo prestiżowe, a i państwom tego regionu potrzebne jest takie spotkanie na neutralnym gruncie. Wskazała jednak również warunki, pod którymi konferencja byłaby owocna – i dziś już wiadomo, że przynajmniej dwa nie zostały spełnione. Po pierwsze, nie wybrzmiał głos państw, które w polityce międzynarodowej sprzyjają Iranowi, co byłoby warunkiem bezstronnego dialogu – za to donośnie brzmiały miotane na Teheran gromy Mike’a Pence’a, który dodatkowo na konferencji bezpieczeństwa w Monachium oznajmił bez ogródek, że wydarzenie w Warszawie miało charakter antyirański, a zebrane państwa zgadzają się co do tego, kto na Bliskim Wschodzie jest największym sponsorem terroryzmu i kogo należy zwalczać.

Jednym zdaniem ostatecznie przekreślił konferencyjne stanowisko końcowe, nieco bardziej ostrożne, współtworzone także przez polskich gospodarzy. „Zapomniał” przy tym choćby o nich wspomnieć. Tyle w kwestii prestiżu Polski i przyczyniania się przez nią do poszukiwania konstruktywnych rozwiązań na Bliskim Wschodzie.

Wybaczyliśmy te zbrodnie, które wybaczyć trzeba

– Rozmach imprezy i duża liczba gości to kwestie, które cieszyć mogą co najwyżej domy weselne albo właścicieli restauracji, a nie państwa – napisał 15 lutego Robert Czułda, specjalista od bezpieczeństwa i polityki zbrojeniowej, szczególnie zajmujący się Iranem, odbierając resztki złudzeń tym komentatorom, którzy po konferencji poklepywali się po plecach, pisząc, że może i faktycznie wyszła antyirańska narada wojenna i to z poszturchiwaniem gospodarzy, ale przynajmniej frekwencja dopisała. Sam ekspert złudzeń nie miał nigdy – w swoim komentarzu wskazał, że wydarzenie okazało się do bólu przewidywalne, Iran był atakowany w dokładnie taki sposób, jak wcześniej czyniła to administracja Trumpa. Tak samo również przewidywalne było zamykanie oczu na międzynarodowe awanturnictwo i wewnętrzne zbrodnie Arabii Saudyjskiej. Jeśli podczas warszawskiej konferencji zdarzyło się coś godnego odnotowania, pisze Czułda, to najszybciej fakt, że dostarczyła ona namacalnych dowodów przyjaznej współpracy Izraela z Arabią Saudyjską, chociaż oficjalnie żadne z tych państw się do niej nie przyznaje.
– W idealnym świecie, a przynajmniej w takim, w którym posiada się sprawne i silne państwo, mogące stawiać warunki innym i ugrywać korzyści w zakulisowych negocjacjach, Polska zorganizowałaby szczyt wzmacniając swoją współpracę z Amerykanami, ale jednocześnie byłaby w stanie rozwijać gospodarczą współpracę z Iranem na płaszczyznach, które i tak są wyłączone spod amerykańskich sankcji, chociażby w eksporcie żywności, lekach czy turystyce – podsumowuje ekspert, wskazując ścieżki rozumowania, które dla polskich władz (nie tylko aktualnych) od dawna są nieosiągalne. Gwoli pocieszenia stwierdza, że w imię realizowania cudzych zamówień uderzono w stosunki z państwem, którym i tak od dawna specjalnie się nie interesowano. W liczbach bezwzględnych straty nie są może wielkie. Inne pozytywy? – Jeśli już to jeden – naocznie dowiedzieliśmy się co tak naprawdę myślą o nas państwa niby nam sojusznicze lub przynajmniej zaprzyjaźnione – pisze Czułda. A potem dodaje, że przy obecnych tendencjach nawet tej wiedzy nie będziemy potrafili sensownie wykorzystać.

Chwała dyletantom

– Po 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych objawiły się zastępy samozwańczych ekspertów od Iranu, często związanych z czołowymi think tankami i administracją rządową, a równie często nieznających perskiego, którzy w Iranie nigdy nie byli – gorzko zauważa w swoim komentarzu Jagoda Grondecka, zastanawiając się nad przyczynami, dla których polityka USA wobec Iranu opiera się na brudnej mieszance nagich interesów, stereotypów i ksenofobicznych uprzedzeń. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nic lepszego na tym odcinku nie umiała wymyślić Polska, byłaby jeszcze bardziej bezlitosna. W Polsce wysyp think tanków zajmujących się Bliskim Wschodem nie miał miejsca, bo „elitom” wystarczy bezrefleksyjne powtarzanie tez wyprodukowanych przez uwielbianych sojuszników. Nieważne, ile razy ci podpalili Bliski Wschód i dowiedli, że nie mają ani skrupułów, by tamtejsze kraje i ludzi wyzyskiwać, ani wiedzy niezbędnej do tego, by się w tamtej przestrzeni w ogóle skutecznie poruszać.

Na krótkiej smyczy

W ostatnich dniach w Warszawie miał miejsce antyirański teatrzyk, dla niepoznaki nazwany „konferencją na temat bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”.

Stany Zjednoczone kazały zorganizować go swoim nadwiślańskim lokajom i o dziwo udało się go uskutecznić w ekspresowym tempie. W “wolnej Polsce” wszystko co prawda toczy się wolno – wolno jeżdżą pociągi, wolno się buduje metro i autostrady – jednak kiedy tylko Wuj Sam pstryknie palcami, rzeczywistość ulega cudownej przemianie.

Na konferencję nie przyjchał nikt ważny oprócz Mike’a Pompeo i Benjamina Netanjahu. Nic dziwnego, skoro od początku wiadomo było, że ten imperialistyczny spęd będzie służył wyłącznie powtarzaniu do znudzenia, że Iran jest „zły”, a Izrael „dobry”. Pisowski rząd – tak upokarzająco służalczy, jakiego jeszcze nie było – liczy na to, że spłynie na niego wątpliwy prestiż wynikający z tego, że Donald Trump pozwoli im trochę pobić w bęben wojenny. Czegoś podobnie żałosnego jeszcze nie było: wiadomo już, że Polska zgłasza gotowość do intensyfikacji szczucia na Rosję i Chiny w zamian za zwiększenie obecności US Army na naszym terytorium i tandetne rakiety do obrony przed Iranem, który właśnie wkurzyliśmy. To kuriozum. Chyba po raz pierwszy w dziejach imperialistycznej psiarni doszło do sytuacji, w której wyliniały, niedożywiony ratlerek domaga się od pana, żeby trzymał go na krótszym łańcuchu w płonnej nadziei na to, że dzięki bardziej komicznemu ujadaniu będzie teraz przypominał pitbulla.

Zabawne jest w tej sytuacji poobserwować, jak we własne sznurówki plączą się liberałowie. „Gazeta Wyborcza” szoruje już po drugim czy trzecim dnie, bo postanowiła transmitować na żywo wystąpienie „irańskiej opozycji” sprowadzonej do Warszawy przez amerykańskich macherów od „wprowadzania demokracji” w odległych częściach świata i przeznaczonej zapewne do utworzenia w Teheranie „demokratycznego rządu” na wzór wenezuelski. W kontekście nie gasnącej retoryki wojennej kierowanej przez Biały Dom w stronę Iranu należy to rozumieć jako pełną akceptację agresywnej geopolitycznej doktryny Trumpa. Gazeta Michnika potwierdza tym samym, że znajduje się dziś na dokładnie tej pozycji, jaką zajmowała w 2003 r. w przeddzień napadu Busha juniora na Irak. Zresztą do dzisiaj „GW” utrzymuje, że napaść ta była słuszna, mimo że oparta na kłamstwie. Teraz za to wszelkie utyskiwania na Trumpa, że szkodzi demokracji, będą brzmieć zupełnie niewiarygodnie.

Ciekawe też, że „Newsweek” Tomasza Lisa, który specjalizuje się tropieniu macek Putina wszędzie tam, gdzie komuś nie podobają się jankeskie agresje, tym razem – żaby przyłożyć PiSowi – sam ostrzega przed “biczowaniem Iranu”. W ten sposób według własnych kryteriów wpadł w szpony Moskwy. Panie redaktorze, jeżeli będzie pana ktoś opluwał jako “kremlowskiego trolla”, to pozwolę sobie tylko przypomnieć, że czasem wystarczy takiego gnoja postraszyć prawnikiem.

Wyrazy umiarkowanego uznania należą się z kolei Adrianowi Zandbergowi, który na łamach Super Expressu wyraził jednoznaczny sprzeciw wobec prób wciągania Polski w kolejną wojenną awanturę. Mały gest, a cieszy na tle nieustannego robienia Amerykanom wiadomej przyjemności przez polską lewicę. Od kiedy Młodzi Socjaliści przechrzcili się na Razem mogliśmy obserwować, jak w feerii epickiego samoupodlenia cała polska lewica grała do jednej bramki z waszyngtońskimi zbrodniarzami wojennymi, gdziekolwiek ci postanowili zaszaleć z “demokracją”.
Pozostaje oczywiście niedosyt spowodowany tym, że kolejny to przypadek pójścia pod prąd, ale na pół gwizdka. Świadczy o tym nieustanna naiwna gadanina, że “Asad musi odejść”, by Syria podzieliła los Iraku i Libii, oraz skandaliczne milczenie znikającej Partii Razem w sprawie zamachu stanu w Wenezueli, który rozgrywa się według wszystkich poprzednich scenariuszy agresji USA przeciwko Ameryce Łacińskiej.

Żywię intuicyjne przekonanie, że im bliżej Razem będzie swojego smutnego końca, tym jaśniejsza dla części razemitów stanie się prosta prawda, że budowanie lewicy w Polsce poprzez ciągłe przesuwanie jej w prawo prowadzi do jej pełnej wasalizacji, czyli donikąd. Właśnie to obserwujemy. Być cztery lata równi pochyłej wiodącej do bolesnego finału wystarczą, by ktoś się czegoś nauczył.

Czemu sprzeciw wobec podżegaczy wojennych wycierających sobie usta demokracją jest w ogóle ważny? Odkryje to lewica do bólu demokratyczna, kiedy Jeremy Corbyn zostanie w końcu premierem brytyjskiego rządu. Zanim w ogóle przystąpi do prób realizacji postępowej polityki gospodarczej, momentalnie znajdzie się na widelcu CIA, MI6, Mosadu oraz wszelkich “wolnościowych” mediów, które natychmiast ogłoszą Corbyna dyktatorem, agentem Putina, Stalina, Dartha Sidiousa i Saurona.

Pamiętam, że kilka lat przed powstaniem Razem MS współorganizowali w Krakowie bardzo porządną manifestację antynatowską i to wespół ze związkami zawodowymi. Kiedyś to było! Dziś żyjemy w czasach, kiedy nawet miałko socjaldemokratyczni MS wydają się niedoścignionym wzorem antyimperializmu. Adrian, ty już skończ gonić za tym jednoprocentowym słupkiem. Koniec już nastąpił, już można wyciągać wnioski. Rozum i godność człowieka wzywają.

Komentarz: Kontrowersyjna Konferencja

Dość niespodziewana zapowiedź sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, iż w połowie lutego (13-14) br. odbędzie się w Warszawie na szczeblu ministerialnym międzynarodowa konferencja nt. sytuacji na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem polityki Iranu, wywołała żywe reakcje w Polsce i za granicą. A nie chodzi bynajmniej o kwestie protokolarne typu-dlaczego o tym nie informują gospodarze, ale o meritum.

Gdybym miał najkrócej się do tego odnieść, to przywołałbym tytuł znanej piosenki Wojciecha Młynarskiego: „Nie ma jasności w sprawie Marioli”. I odwołał się także do słów wybitnego amerykańskiego pisarza Jackson-Browna, autora popularnego „Małego poradnika życia”, iż: „wielka miłość i wielki sukces wymagają podjęcia wielkiego ryzyka”, z refleksją – czy to jest właśnie ten przypadek? Z pewnością rzec można, że sama taka konferencja oraz czas i okoliczności jej zwołania są wielce kontrowersyjne.

Rola Polski z pewnością jest delikatna i niewdzięczna. To także kolejny cios w jedność Unii Europejskiej. Iran, który nie został zaproszony do Warszawy, zareagował bardzo ostro. Parlament konferencję uznał za „spisek przeciwko Iranowi”, a szef tamtejszej dyplomacji napisał na Twitterze, że „polski rząd nie jest w stanie zmyć swej hańby”. Odwołano kilka planowanych imprez społeczno-kulturalnych. Gospodarczo stracimy niewiele, gdyż wzajemne obroty są minimalne (ok. 200 mln euro).Ale jest kategoria imponderabiliów-
straciliśmy „twarz”, co na Wschodzie bardzo się liczy.

Pod uwagę warto też wziąć wątki historyczne i symboliczne. Nasze stosunki dyplomatyczne mają ponad 500 lat (od 1474r.);są prawie tak długie, jak z Turcją (ponad 600 lat).Władze w Teheranie przypomniały, jak gościnnie Iran przyjął w 1942r. 120-150 tys. wycieńczonych oraz często chorych żołnierzy i cywilów armii gen. Władysława Andersa, ewakuujących się przez Morze Kaspijskie z terenów ówczesnego ZSRR. Przyjęto ich nad wyraz serdecznie i gościnnie Cały ten kraj usiany jest polskimi mogiłami. Dobrze pamiętam oficjalną wizytę bardzo licznej delegacji polskiej w Teheranie w 2002r.,w 60. rocznicę tego exodusu (m.in. kombatanci), której miałem honor przewodniczyć. À propos – naszym ambasadorem był wtedy, odwołany już przez premiera Cimoszewicza, Witold Waszczykowski, co nader komplikowało sytuację. Również o tym wszystkim powinien pamiętać rząd PiS w kontekście swej kuriozalnej i niehumanitarnej polityki wobec uchodźców i imigrantów, choć w polityce wdzięczność bywa rzadkim zjawiskiem. A my obniżyliśmy nawet rangę naszego przedstawicielstwa.

Tadeusz Iwiński

Powyższy komentarz jest fragmentem artykułu, który ukazał się w tygodniku „Przegląd”.

Głos lewicy

Na Iran!

Sojusz Lewicy Demokratycznej opowiada się przeciwko organizowaniu konferencji bliskowschodniej na terenie Polski – poinformował Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Sojusz podczas konferencji prasowej Sojuszu, która odbyła się w Sejmie 11 lutego 2019 r. W spotkaniu z dziennikarzami uczestniczył również Krzysztof Płomiński, ambasador Rzeczpospolitej w Arabii Saudyjskiej oraz Iraku.
Podczas konferencji padły również dwa istotne pytania: kto odpowiada z ramienia Polskich władz za organizację konferencji bliskowschodniej oraz jakie są jej koszty finansowe i kto je poniesie?
Międzynarodowa konferencja, która odbędzie się w Warszawie w dniach 13 – 14 lutego może stać się miejscem ostrego konfliktu o Iran. Tym bardziej, iż Teheran odmówił udziału w spotkaniu. Lista przedstawicieli dyplomatycznych, którzy nie wezmą udziału w konferencji jest dłuższa od jej uczestników.
Przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej powiedział:
W związku z tym co wydarzyło się w Iraku w 2003 r., postanowiliśmy zabrać głos w sprawie konferencji bliskowschodniej, ponieważ widzimy te same elementy, które doprowadziły do bardzo złych działań.
Po pierwsze, wszelkie zapewnienia, iż organizacja tej konferencji w Polsce nie tworzy problemów nie są prawdziwe, ponieważ jest to ściąganie na Polskę niebezpieczeństwa i proszenie się o kłopoty. Z tego przecież powodu już podwyższono stopień zagrożenia terrorystycznego w naszym kraju.
Po drugie, jest to konferencja zwołana ad hoc przez Stany Zjednoczone i Polska została w tej sprawie ewidentnie wykorzystana. Podczas przygotowań do dzisiejszego wystąpienia, przyszła nam do głowy następująca refleksja – konferencja Bliskowschodnia to spotkanie chętnych na Iran. Podobne spotkanie miało miejsce w 2003 r. i zwołano wszystkie kraje, które by chętnie wystąpiły przeciwko Irakowi.
Po trzecie, reprezentacja krajów, które potwierdziły przyjazd do Polski ma dwie wady. Pierwsza wada, wiele krajów nie przyjedzie. Druga wada, to ci którzy przyjadą będą reprezentowani przez bardzo niski szczebel, poza przedstawicielami dwóch krajów, które są bezpośrednio zainteresowane tematem: wiceprezydent USA oraz premierem Izraela.
Uważamy, że nie będzie żadnych obiektywnych wniosków z tej konferencji i jest to wystąpienie przeciwko jednemu krajowi – Iranowi i nie jest to rozsądne.
Pozwolę sobie zadać dwa pytania? Kto w polskim rządzie odpowiada za organizację tej konferencji? Do sprawy nie przyznaje się ani MSZ, ani polski rząd, ani Kancelaria Prezydenta RP. Drugie pytanie: ile kosztuje zorganizowanie tej konferencji i kto pokrywa jej koszty?
Info z sld.org.pl

Konferencja bliskowschodnia okryje nas hańbą

„Ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami” – mówi prof. Roman Kuźniar, politolog, dyplomata, w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na zaproszenie Departamentu Stanu USA Warszawa organizuje, a może tylko gości, konferencję na temat Iranu, ale bez Iranu – napisał pan w jednym z ostatnich tekstów. Pisze pan o klientelistycznej postawie Polski, ale ja się zastanawiam, czy nie spełniamy tu roli pożytecznego idioty.
ROMAN KUŹNIAR: To jest jednak inna rola, ale Polska za rządów PiS także ją przyjmuje, tylko w stosunku do Kremla i Putina, który jest bardzo polskiemu rządowi wdzięczny, ale oczywiście nie może tego głośno powiedzieć. W odniesieniu do tej roli publikacja Tomasza Piątka o Macierewiczu pokazuje także, że nie tylko pożyteczni idioci, ale też w łonie formacji rządzącej mogą być agenci wpływu mniej lub bardziej świadomi, którzy działają w Polsce. Wracając do Ameryki, to jednak pasuje tu inna formuła: właśnie klientelizm.
PiS doskonale się wpisuje w takie klientelistyczne formatowanie świata przez administrację Trumpa, który czerpiąc ze swego doświadczenia lekko szemranego biznesmena na styku z mediami, biznesem i polityką, wykorzystującego wszelkie luki w prawie, aby nie płacić podatków, obecnie wykorzystuje i uzależnia na różne sposoby swoich partnerów. PiS staje się klientem w stosunku do Waszyngtonu, czuje dobrze tę rolę, bo podobny system wprowadza w Polsce.
Tylko w Polsce to PiS chce być tym panem, który uzależnia wszystko i wszystkich. Oczywiście ten polski system, który budują, można charakteryzować na różne sposoby i niejednokrotnie już to robiliśmy w naszych rozmowach, natomiast niewątpliwie, gdy spojrzeć na to, co robi PiS z innej perspektywy, to klientelizm jest par excellence czymś, co PiS buduje, mają to we krwi, w genach. Tak samo Kaczyński buduje politykę wewnętrzną, żeby wszyscy byli zależni i coś mu zawdzięczali, a ci, co jemu lub PiS-owi nie zawdzięczają, nie mają szans, są odsuwani. Strategia PiS-u i Kaczyńskiego zakłada, aby każdy był zależny. To jest stosowane w samej partii i w rozdawaniu stanowisk państwowych, licząc na to, że ci, którzy dostają stanowiska, będą się odwdzięczali PiS-owi. Taka janczaryzacja swojej bazy. Zresztą to jest działanie rodem z PZPR.

Ameryka z nie najmądrzejszym prezydentem Trumpem rozgrywa Polskę jak chce?
PiS się świetnie do tej roli nadaje. Ameryka to wie i chce uczynić z Polski coś na kształt klientelistycznej republiki bananowej, znanej z praktyki, jaką USA stosowały wobec krajów Ameryki Środkowej i Południowej. To polega na zachowaniach typu: my spełnimy wszystkie zachcianki naszego pana, dysponenta tego, na czym nam zależy: bezpieczeństwa, opieki, a także ewentualnie pożytków materialnych, choć to akuratnie my będziemy dopłacać do Ameryki Trumpa. Oczywiście pan-dysponent tych zasobów może nam dyktować warunki według własnego uznania, zlecać zadania do wykonania, wiedząc, że nie odmówimy.

Trump mówi, że porozumienie z Iranem jest złe i organizuje u nas konferencję, a my przyklaskujemy z ochotą, pusząc się jeszcze, że odbędzie się u nas ważna międzynarodowa konferencja?
Ta konferencja jest takim geszeftem w stosunkach międzynarodowych, bo trzeba powiedzieć, że klientelizm jest przecież patologicznym układem, to nie są normalnie realizowane interesy, transakcje, procedury.
Proszę zwrócić uwagę na taśmy Kaczyńskiego, które ujawniły właśnie taką jego geszefciarską naturę. Ta konferencja idzie poza istniejącymi w dyplomacji i stosunkach międzynarodowych mechanizmami rozwiązywania problemów odnoszących się do bezpieczeństwa, stabilności, reguł itd.
Istnieje cały szereg procedur, instrumentów czy platform międzynarodowych, w ramach których, gdyby chciano o Iranie rozmawiać uczciwie i przejrzyście, byłyby wykorzystane – czy w obrębie ONZ czy na forum Ligi Państw Arabskich, chociaż oczywiście Iran nie należy do tej organizacji, albo Organizacji Państw Islamskich.
Można sobie wyobrazić wiele innych form instytucjonalnych, które mogłyby tutaj posłużyć jako mechanizm czy procedura, miejsce przeprowadzenia takiej konferencji. Niestety, my poszliśmy po geszefciarsku i robimy nie najlepszy interes z Amerykanami. Proszę zwrócić uwagę, że to nawet nie my zapraszamy, tylko Amerykanie zapraszają do Warszawy tych, których chcą. Oczywiście będą tacy, którzy będą bronić tej konferencji, ale tego obronić się nie da. Gdyby była ona uczciwie pomyślana, musiałaby oznaczać udział i członkostwo Iranu.

Pisze też pan, że to trochę tak, jak przedstawiciele Świętego Przymierza rozmawiali o sprawie polskiej w czasach zaborów.
Przedstawicieli Iranu nie będzie, a wszyscy, którzy przyjadą, są sobie równi pod względem złych uczynków w regionie. Odnosząc się do tytułu jednego z filmów powiem, że są tak samo brudni, źli i brzydcy.
Tam nie będzie niepokalanych, tak samo jak Kaczyński na taśmach okazał się geszefciarski, chociaż miał być niczym Najświętsza Panienka.
Na Bliskim Wschodzie nie ma oczywiście uczciwych w pełni graczy, tam każdy gra nieczysto, pokazuje to chociażby wojna na terenie Syrii, ale i szereg innych nieczystych zachowań. Nie należy wyłączać jednego gracza i to tylko dlatego, że nie lubi go obecny prezydent USA i obecny premier Izraela. Należy żałować, że Polska hańbi się organizacją tego przedsięwzięcia.

Na mnie wrażenie zrobiła lista uczestników, którzy wezmą udział w warszawskiej konferencji. Oprócz wiceprezydenta i sekretarza stanu USA udział w niej wezmą wysocy przedstawiciele Arabii Saudyjskiej, która ma na swoim koncie bezprecedensowe morderstwo dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego.
To jest obrzydliwe, bo Arabia Saudyjska nie wytłumaczyła się z tego strasznego mordu, chociaż się do niego przyznają. Kręcą, mataczą, jeśli chodzi o dyspozycje polityczne w tej sprawie. Zachowują się skrajnie nieuczciwie, bo wiedzą, że mają parasol z Waszyngtonu. Sam Trump wije się jak piskorz, żeby nie uznać, że dyspozycja poszła z samej góry, a on oczywiście nie mógł się inaczej dokonać, bo wiemy, jak działa dzisiejszy przywódca Arabii Saudyjskiej. Wywiad amerykański ma na to zresztą dowody, które Trump bagatelizuje.
Polska gości beztrosko kraj, który okrył się hańbą i powinien spotkać się z infamią, z szerokim dyplomatycznym ostracyzmem, przynajmniej dopóki nie wytłumaczy się uczciwie z tego, nie przeprosi i nie zadośćuczyni.
Wiadomo, że Trumpa i jego rodzinę z Arabią Saudyjską łączą liczne powiązania i interesy, szczególnie poprzez osobę Jareda Kuschnera, który zresztą będzie w Warszawie. To pokazuje, jak bardzo ta grupa jest interesowna, a PiS świetnie się w tym odnajduje. To niestety na długie lata okryje nas hańbą. To jest tym bardziej przykre, że wykazuje się tu pogardę dla naszych historycznych zasług i dla wizerunku, jaki wypracowaliśmy sobie po 1989 roku. PiS to wszystko już zniszczył, a ta konferencja jest tylko gwoździem do trumny, do której rządzący złożyli naszą soft power i markę państwa kierującego się jednak jakimiś wartościami i zachowującego się przyzwoicie.

Po raz kolejny stawia nas to w kontrze do UE, która jest za utrzymaniem porozumienia z Iranem, wypracowanym jeszcze za prezydenta Obamy?
Podobnie „ładnie” pokazaliśmy się przy inwazji na Irak, w której wzięliśmy udział. Najpierw była decyzja UE, że stoimy na gruncie decyzji ONZ (styczeń 2003), a zaraz potem był list ośmiu wyłamujący się ze stanowiska Unii i popierający rozwiązanie siłowe, do którego dążył Waszyngton, a kilka tygodni później Polska wzięła udział w inwazji na Irak. Były to decyzje fałszywe, świadomie oszukańcze, które doprowadziły do katastrofy w regionie, której tragiczne skutki nadal wszyscy odczuwamy, tam i w Europie.
Rząd PiS pod względem aksjologicznym, ideowym, kulturowym wypisał się z UE, chce jedynie czerpać z UE pieniądze i mieć dostęp do rynku.
Unia jako projekt polityczny, który służy wszystkim państwom europejskim, łączy te kraje, jednoczy, zwłaszcza wobec wyzwań zewnętrznych, taka Unia jest PiS-owi zupełnie obca, zatem zachowujemy się skrajnie nielojalnie, niczym V kolumna w stosunku do UE. Mnie to już nawet nie dziwi.

Może spróbujmy znaleźć jakiś pozytyw w organizacji tej konferencji, np. poprawa stosunków z Izraelem. Pamiętamy, że jeszcze niedawno mieliśmy potężny kryzys wywołany nieudolną ustawą o IPN.
Kryzys w stosunkach z Izraelem, wywołany przez tę samą partię, został naprawiony, bo Amerykanie założyli nam podwójnego nelsona i PiS uderzył dwa razy ręką o matę. Jak powiedział jeden z izraelskich negocjatorów tej zmiany w ustawie, strona polska uciekała z podkulonym ogonem. Stosunki z Izraelem trzeba mieć dobre, to oczywiste, i Polska, jak i wiele krajów, je ma, ale to nie wymaga takich ofiar.
Można mieć dobre stosunki z różnymi krajami, których przywódcy nawzajem nawet bardzo się nie lubią. Wystarczy być przyzwoitym. Trzeba mieć trochę rozumu, autonomii, wolności i przyzwoitości, która na dłuższa metę na pewno się opłaca, ale przede wszystkim mówi o nas samych.

W polityce międzynarodowej obserwujemy nową erę?
Na pewno, możemy mówić o powrocie do power politics w stosunkach międzynarodowych, tylko nie rozumiem, dlaczego my się w to wpisujemy. Rozbijając jedność UE, opowiadając takie rzeczy jak premier Morawiecki w ostatnim wywiadzie dla „Le Figaro”, to wygląda jak radość indyków na zbliżające się święta. Logika power politics nie może być dla nas korzystna w takiej sytuacji.

Z czym zostaniemy po tej konferencji?
Z niesławą, bo co ona innego może przynieść. Chyba że zapadnie decyzja, że lance w dłoń i jedziemy na Iran. Oczywiście to byłoby zbyt ryzykowne, ale przypomnijmy sobie, jak załatwił nas Nicolas Sarkozy, który najpierw zwołał konferencję międzynarodową w sprawie Libii, a gdy uczestnicy zjeżdżali się do Paryża, to dowiadywali się na miejscu, że już samoloty francuskie bombardują pozycje wojsk Kadafiego. W takie pułapki też czasem jesteśmy wciągani. Ja oczywiście nie szukam tu analogii i uważam, że coś takiego się nie zdarzy. Na pewno natomiast nie zabraknie osób z kręgu władzy i potężnego zaplecza medialno-PR-owego, które będą doszukiwać się pozytywów. Na pewno będą sprzedawać Polakom wizerunek kraju, który ma tak potężnego opiekuna. Nie sądzę natomiast, żeby ta konferencja przyniosła jakiś postęp, jeżeli chodzi o trwały pokój w tamtym regionie świata.
Oczywiście rządzący Polską uzyskają kilka punktów u Trumpa, ale proszę pamiętać, że takie indywidua jak Trump przemijają, a poważne mocarstwo, jakim z reguły są Stany Zjednoczone, pozostaje. O takich przysługach następcy Trumpa nie będą pamiętać.

PiS zachowuje się, jakby miał nigdy nie oddać władzy w Polsce, podobnie Trump w USA, ale wiemy, że popularność polityków na pstrym koniu jeździ. Jaka będzie pozycja Polska, gdy następny prezydent będzie wywodził się z demokratów?
Pamiętajmy, że prezydent Obama był demokratą i miał bardzo sceptyczny stosunek do Arabii Saudyjskiej, która z kolei robiła wiele przeciwko niemu. Dlatego też Donald Trump tak ochoczo zabrał się do naprawy tych stosunków, wysyła tam osobę zaufaną ze swojej rodziny, swojego zięcia Jareda Kuschnera (wszak chodzi o duże pieniądze, także dla rodziny), żeby odrobił te straty spowodowane przez Obamę. Prezydent Obama miał bardzo trzeźwe, realistyczne spojrzenie na rolę Arabii Saudyjskiej, która – jak wiadomo – zachowuje się dwuznacznie w grze z Zachodem. Z jednej strony prezentuje się jako bliski sojusznik Ameryki, a z drugiej z tego kraju wychodzi silne wsparcie finansowe dla różnych działań antyzachodnich, zarówno jeśli chodzi o terroryzm, jak i fundamentalizm religijny. To, że Amerykanie tego nie dostrzegają, zaślepieni pieniędzmi, które robią w stosunkach z Arabią Saudyjską, mogę sobie wyobrazić, ale że my nie zachowujemy w tej sprawie minimum przyzwoitości, pokazuje kompletny moralny upadek tego rządu i polskiej dyplomacji.

Konferencja po nic

Inicjatywa zorganizowania w Warszawie konferencji bliskowschodniej przynosi swoje owoce. To znaczy nie przynosi.

Inicjatywa pojawiła się z zaskoczenia. Od razu wywołała gniewną reakcję Iranu, który ją odczytał – jakże by inaczej – jako zakamuflowany, i to dość powierzchownie, ruch Waszyngtonu, aby wymanewrować Teheran, który na spotkanie nie został zaproszony. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Javad Zarif nazwał konferencję „desperackim anty-irańskim cyrkiem”. Trudno zresztą, aby zareagował inaczej po słowach swojego polskiego odpowiednika Jacka Czaputowicza, który stwierdził: „Nie zaprosiliśmy przedstawicieli Iranu, bo to uniemożliwiłoby normalne obrady. Irańczycy używają języka, który jest trudny do zaakceptowania”.

Po pierwszej, bardzo ostrej reakcji, wezwaniu do irańskiego MSZ chargé d’affaires polskiej ambasady w Teheranie i zapowiedzi irańskiej placówki w Warszawie o wstrzymaniu wydawania wiz polskim obywatelom (wycofanej później przez irański MSZ) sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu. Wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji Jacka Czaputowicza oraz wizyta na konsultacjach na szczeblu wiceministra (Polskę reprezentował Maciej Lang, stronę irańską – jego odpowiednik Sejed Abbas Arakczi) przywróciły stan, w którym Warszawa i Teheran jeszcze ze sobą rozmawiają. Minister Lang, poza spotkaniem z ministrem Arkaczim wykonał serię pojednawczych posunięć związanych z odwiedzaniem miejsc związanych z uczeniem pomocy, jakiej udzielił Iran polskim uchodźcom z ZSRR, ale komunikat polskiego MSZ w odniesieniu do aktualnej, merytorycznej kości niezgody jest wszakże bardzo enigmatyczny: „wiceministrowie omówili cele i oczekiwania wobec tego wydarzenia” – czytamy w nim.

Nad zaplanowaną za mniej niż miesiąc – 13-14 lutego – konferencją i tak nie przestaje unosić się atmosfera nadchodzącego fiaska. Nie pojawi się na nim szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini, a zatem kluczowy partner będzie reprezentowany na poziomie co najwyżej obserwacyjnym, reprezentowany przed delegację na niskim szczeblu. Mogherini zasłoniła się zaplanowanym od roku udziałem w szczycie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie i wizytami w krajach Rogu Afryki. Z jednej strony to wymówka wygodna, ale też pokazująca beztroskę, z jaką współorganizatorzy konferencji – czyli Warszawa i Waszyngton – odnieśli się do tego projektu, bo gdy z taką inicjatywą się występuje i ma ona być inicjatywą poważną, to wypada zatroszczyć się o to, czy główni partnerzy będą chętni wziąć udział. I zrobić to trzeba zanim termin zostanie ogłoszony. Bo nie przybiegają na dźwięk gwizdka.

A w przypadku UE, jej dystansowanie się ma przecież i drugie dno, gdyż w sprawach Bliskiego Wschodu i Iranu Bruksela ma własne opinie, jak działać i są one bardzo odmienne od amerykańskich. Tak w kwestii Jerozolimy, Syrii czy to podtrzymania funkcjonowania paktu nuklearnego zawartego przez grupę P5+1 z Iranem pomimo wycofania się z niego Stanów Zjednoczonych i równoczesnych gróźb sankcji wobec pozostałych sygnatariuszy, jeśli nie podporządkują się konfrontacyjnej koncepcji Donalda Trumpa.

Wcześniej udziału w konferencji odmówiła Rosja, uznając że byłoby to bezcelowe.

Co ciekawe, o ile amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo opowiadając o zaplanowanej konferencji nie wątpi w jej sukces, wyliczając listy krajów, które otrzymały zaproszenia, mniejszy entuzjazm wykazuje minister Czaputowicz. „Chcemy rozpocząć pewien proces, powołać grupy robocze, które zajmą się takimi kwestiami jak walka z terroryzmem, sytuacja uchodźców, pomoc humanitarna czy przeciwdziałanie zagrożeniom w cyberprzestrzeni. To są bardzo złożone problemy, więc nie spodziewam się, aby udało się już w Warszawie uzgodnić jakąś strategię. Raczej ograniczymy się do wniosków ministra Pompeo i moich” — powiedział minister. Pytanie tylko, że skoro celem konferencji jest „ograniczenie się do wniosków Pompeo i moich”, czyli by mniej eufemistycznie na to popatrzeć „Pompeo i Trumpa” – po co jest ta konferencja? I odpowiedź jest na to pytanie prosta: po to żeby się odbyła. I dała Pompeo do ręki jakieś dodatkowe karty. Choć, biorąc pod uwagę, jak inicjatywę odbierają partnerzy, których głos się liczy – będa to najprawdopodobniej blotki.

Gorzka opowieść persko-francuska Recenzja

Nie jestem drzewem i nie mam korzeni – to dla mnie najważniejsze i najbardziej dobitne oraz buntownicze zdanie z powieści (a raczej osobistej, autobiograficznej opowieści, bo nie ma tu typowej fikcyjnej akcji) Maryam Madjidi, zatytułowanej „Lalka i Marks”, a jednocześnie zdanie, które, choć wypowiedziane w odruchu irytacji przez narratorkę-bohaterkę, pozostaje w radykalnej sprzeczności z jej rzeczywistym doświadczeniem. Bowiem urodzona w Teheranie (rocznik 1980) Iranka, przez lata zamieszkała, a zatem w znacznym stopniu uformowana kulturowo w Paryżu, dramatycznie boryka się z syndromem zakorzenienia w kulturze irańskiej (perskiej), który nie pozwala jej stać się bez reszty Francuzką. Urodzona w Teheranie, we wczesnym dzieciństwie, w wieku sześciu lat, emigruje z rodzicami komunistami (stąd Marks w tytule) do Francji, do Paryża, po latach wraca do Iranu, potem ponownie przenosi się do Paryża – jej życie to miotanie się między ojczyzną a emigracją. Bohaterka ma nawet problemy z jedzeniem croissantów, których nienawidzi jako synonimu obcości i tęskni za irańskimi potrawami z ryżu. Ma problemy z uwewnętrznieniem i zaakceptowaniem francuskiego modusu życia. Z Iranu ucieka jako z piekła społeczno-politycznego (lakoniczne, ale sugestywne obrazy okrutnych represji w wydaniu tamtejszego reżimu), z Paryża – bo to kwintesencja cywilizacji z gruntu jej obcej, bo „Iran z jego językiem jest w niej”. Chciałaby do Paryża, ale z „swoimi zmarłymi”, by strawestować tytuł eseju Marii Janion, podejmującymi przecież kwestię strukturalnie pokrewną, nie pozbawioną pewnych analogii, choć z innego, polskiego punktu widzenia. Powieść Madjidi kończy się niejednoznacznie, nie ma tu żadnego happy endu. W końcowej scenie wiozący ją teherański taksówkarz, dowiedziawszy się, że pasażerka dorastała we Francji, mówi: „Życie w Iranie to piekło. Lepiej być na wygnaniu niż gnić tutaj. Lepiej cierpieć we Francji niż w Iranie. Niech mi pani wierzy”. Jednak bohaterka jest zachwycona, upojona tym, że taksówkarz cytuje jej wiersz perskiego poety Hafeza. I wtedy, uwięziona w ogromnym korku, owiana smrodem spalin, doznaje uczucia irracjonalnego szczęścia. W planie realistycznym, w planie doświadczenia bohaterki, w planie bezpośrednich wniosków wypływających z tej lektury, reaguję, jako czytelnik, nie bez irytacji na ten syndrom „rozdartej sosny”. Pachnie mi to niezrównoważeniem emocjonalnym, przewrażliwieniem, histerią, a uwaga teherańskiego taksówkarza wydaje mi się z tej sytuacji głosem praktycznego rozsądku. Tak, wiem, rozumiem marzenie bohaterki o ojczyźnie wolnej i demokratycznej, nie o piekle na ziemi, marzenie o tym, by mogła jeść potrawy z ryżu, pić herbatę i czytać irańską poezję pod niebem kraju nie rządzonego przez fanatycznych i okrutnych ajatollahów, rozumiem jej kłopoty z tożsamością, ale jest, jak jest: trzeba się zdecydować, skoro ma się – przecież nie wszystkim Irańczykom dostępny – luksus możliwości wyboru. Tak, to prawda, że także we Francji doświadcza bohaterka lekceważenia i akcentów pogardy, choćby ze strony paryskiego barmana pogardliwie sarkającego na deklarowaną przez bohaterkę „francuskość”. To inne lekceważenie i pogarda niż to, doświadczanie w ojczyźnie z tego tylko powodu, że jest kobietą i ma waginę. Ta frustracja paryska, choć boli wrażliwą kobietę, jest jednak w kategorii „light”, podczas gdy w Iranie ma do czynienia z opresją hardcorową, groźną, prawdziwie niebezpieczną, ani trochę nie na żarty. Dlatego lekturze „Lalki i Marksa”, w planie bezpośredniego odbioru jej przesłania, towarzyszyło mi nie tyle współczucie, ile zaciekawienie i irytacja. Jednak poza planem ludzkim jest w tej opowieści jest także plan czysto literacki. „Lalka i Marks” została nagrodzona prestiżową Nagrodą Goncourtów w 2017 roku w kategorii „Pierwsza powieść”. W jej kulturowym tle są „Listy perskie” Monteskiusza, jeden z wyrazów historycznej francuskiej fascynacji perskim w tym przypadku Orientem. To także opowieść o tęsknocie i nostalgii, o zmaganiu się w sercu i umyśle bohaterki dwóch języków, perskiego i francuskiego i o poszukiwaniu przez nią języka własnego, który byłby nie do końca tylko francuskim i nie do końca tylko irańskim. Może poszukuje języka francuskiego w brzmieniu, a perskiego w duchu, czyli swojego własnego, indywidualnego języka? Ale czy taki język w ogóle jest możliwy? Póki co, czytelnik otrzymuje kunsztownie napisaną – jednak w języku francuskim! – i naprawdę zajmującą, mającą w sobie przy tym coś z poematu prozą, opowieść o rozdarciu między kulturami, między językami, między własnym piekłem a cudzym rajem, każdym na swój sposób dobrym i na swój sposób niedobrym. Jeśli jednak odnieść się do dylematów i „mąk dusznych” pisarki z zastosowaniem czysto literackiego kryterium, to można by skonkludować, że ostatecznie zwycięża niej Francja, a co najmniej jest to remis ze wskazaniem. Bo przecież „Lalka i Marks” nie przejdzie do historii literatury perskiej, lecz francuskiej. A nagrodzona autorka będzie następczynią Balzaca i Flauberta, a nie Hafeza.

 

Maryam Madjidi – „Lalka i Marks”, przekł. Magdalena Pluta, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 220, ISBN 978-83-06-03512-4.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Iran się nie da Trumpowi

Donald Trump spełnił swoje pogróżki: USA ponownie nałożyły na Iran wszystkie sankcje, które zdjęły w 2015 r., a także dodały kolejne. Odpowiedź z Teheranu jest stanowcza.

 

Dotknięty sankcjami zostanie sektor energetyczny (na który wypada 80 proc. dochodów Iranu z eksportu), a także transportowy (przesył ropy i gazu, porty) i finansowy (w tym system bankowy). USA zamierzają karać nie tylko sam Iran, ale również państwa, które nie zerwą z nim wymiany gospodarczej. Donald Trump łaskawie zgodził się tymczasowo wyłączyć spod sankcji osiem krajów importujących irańską ropę, m.in. Chiny, Indie, Turcję, Koreę Południową, Japonię, Włochy. Unii Europejskiej jako całości wyjątek nie dotyczy. Tymczasem Francja, Niemcy i Wielka Brytania, które w 2015 r. obok USA, Rosji, Chin i Iranu sygnowały porozumienie nuklearne, zapowiadają, że nie wycofają się z układu tak, jak zrobił to Trump. Wprowadzenie wyjątku dla ośmiu importerów ma zapobiec masowym zwyżkom cen ropy na światowym rynku.

W Teheranie decyzję Trumpa przyjęto bojowo. Tysiące mężczyzn i kobiet zebrało się pod budynkiem dawnej amerykańskiej ambasady w stolicy Iranu, w rocznicę jej zajęcia przez zwolenników rewolucji islamskiej i wzięcia dyplomatów jako zakładników (zostali zwolnieni po 444 dniach) . Do zgromadzonych przemówił dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Ali Dżafari. – Chciałbym coś powiedzieć Ameryce i jej dziwnemu prezydentowi. Nigdy nie straszcie Iranu, bo my wciąż pamiętamy przerażone krzyki waszych żołnierzy na pustyni – powiedział, odnosząc się do nieudanej amerykańskiej akcji odbicia zakładników (operacji Orli Szpon).

Z kolei prezydent Hasan Rouhani w transmitowanym w telewizji przemówieniu powiedział, że jego kraj nie zaprzestanie handlu ropą.

Władze Iranu zachowują stanowczość, ale sytuacja ekonomiczna kraju nie jest dobra. W ostatnich miesiącach regularnie w różnych obszarach kraju wybuchały protesty przeciwko podwyżkom cen i bezrobociu, które dotyka zwłaszcza młode pokolenie. Tymczasem kryzys może się pogłębiać, gdyż część państw, których na razie sankcje nie dotyczą, np. Indie, już ograniczyło skalę importu z Iranu.

Kraje UE, które nie wypowiedziały układu nuklearnego, wyraziły żal z powodu postępowania Trumpa. We wspólnym oświadczeniu deklarują wsparcie dla miejscowych firm, które będą chciały kontynuować „legalny biznes w Iranie”. Podobnie Chiny stoją na stanowisku, że ich interesy w Iranie nie powinny być utrudniane przez USA. Entuzjastyczne poparcie dla ruchu amerykańskie prezydenta popłynęło natomiast z wiernie sojuszniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także z Izraela. Tamtejszy minister obrony Avigdor Liberman zamieścił na Twitterze wylewne podziękowanie, w którym nazwał sankcje ruchem, na który czekał cały Bliski Wschód i który powstrzyma zaangażowanie irańskie w Syrii, Iraku, Jemenie, Strefie Gazy oraz Libanie.
Zagraniczne zaangażowanie Iranu, krzyżujące niejednokrotnie amerykańskie pomysły na urządzanie Bliskiego Wschodu po swojemu, wyjątkowo kłuje Waszyngton w oczy. Wśród warunków, które Teheran miałby spełnić, by sankcje cofnięto, jest nie tylko zamknięcie programu nuklearnego, ale także faktyczne zrzeczenie się samodzielnej polityki zewnętrznej. To żądanie oficjalnie nazywa się „zaprzestaniem wspierania terroryzmu” – pod adresem sojuszników USA takowego nikt nie wysuwa.