Zwycięstwo konserwatystów, cień Ameryki

O tym, dlaczego Irańczycy ponownie wybrali prezydenta-konserwatystę, o czym świadczy rekordowo niska frekwencja i jakie irańskie realia umykają uwadze zachodnich komentatorów, Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Władimirem Mitewem, bułgarskim iranistą, redaktorem lewicowego portalu Barikada.

Zmierzch Republiki Islamskiej – taki tytuł nosił tekst Dextera Filkinsa, jednego z najbardziej znanych amerykańskich reporterów zajmujących się Bliskim Wschodem, z maja 2020 r. W czasie, gdy Iran zmaga się z sankcjami, wywołanym przez nie kryzysem gospodarczym i pandemią, w zachodnich mediach coraz głośniej spekulowano o tym, że irański system polityczny się wyczerpał. Niska frekwencja w niedawnych wyborach tylko podkręciła te głosy.
Tyle tylko, że rychły kres Republiki Islamskiej jest przepowiadany od samego momentu jej powstania. Tak samo, jak krach Unii Europejskiej. A jednak oba byty trwają.
To skąd ta niska, rekordowo niska frekwencja? Pierwsza, intuicyjna myśl kazałaby jednak przypuszczać, że społeczeństwo jest czymś (kimś?) bardzo rozczarowane.
Kilka dni temu we Francji miały miejsce wybory lokalne. Frekwencja była bardzo niska. Czy ktokolwiek twierdzi na tej podstawie, że francuskie społeczeństwo jest rozczarowane republikańską czy też świecką formą rządów?
Tak, frekwencja w irańskich wyborach była niska, ale i tak przekroczyła oczekiwania. Jeden z liderów reformatorów, osadzony w areszcie domowym Mir Hosejn Musawi wzywał swoich sympatyków, by nie szli głosować. Z kolei inny wpływowy reformator Mehdi Karubi zachęcał, by jednak iść. Ja zwróciłbym uwagę raczej na inny aspekt – z tych, którzy przyszli głosować, ok. 10 proc. oddało głos nieważny. Irański analityk Mehdi Motaharnia stwierdził, że społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy widzą sens w chodzeniu do urn i wyrażaniu tam swojego zdania i tych, którzy niczego już nie oczekują. Co nie zmienia faktu, że Irańczycy, z którymi mam osobisty kontakt, są faktycznie rozczarowani tym, co dzieje się w kraju. Niektórzy wręcz szukają możliwości emigracji. W poprzednich wyborach pojawiali się inspirujący kandydaci i ludzie masowo na nich głosowali. Teraz tak nie było.
Ebrahim Raisi, zwierzchnik irańskiego wymiaru sprawiedliwości, wygrał zdecydowanie, miał ponad 60 proc. głosów. Nie był inspirującym kandydatem? Kandydat konserwatywnego skrzydła w irańskiej elicie władzy nie dał szans umiarkowanym, czy też reformatorom, którzy mieli swojego człowieka na fotelu prezydenckim przez ostatnie dwie kadencje.
Wskazałbym kilka czynników, które przesądziły o takim wyniku. Po pierwsze, w tych wyborach nie było prawdziwej rywalizacji. Urzędujący prezydent Hasan Rouhani nie mógł już startować, a wystawiony przez reformatorów technokrata Abdolnaser Hemmati uosabiał wszystkie winy obecnej administracji. To człowiek bez doświadczenia i wpływów, a więc bez personalnych atutów, za to z ogromnym bagażem: łatwo było go oskarżyć o to, że jako członek odchodzącej administracji jest współwinny pogorszenia sytuacji ekonomicznej kraju w warunkach obłożenia sankcjami.
Po drugie, i chyba to jest ważniejsze, gdy państwo irańskie znajduje się w sytuacji zagrożenia, zwykle dochodzi do homogenizacji elity politycznej. W wyborach parlamentarnych w 2020 r. zwyciężyli konserwatyści (po persku Osul-Garajan, czyli „trzymający się zasad”, można to też tłumaczyć jako „fundamentaliści”), reformiści w większości przepadli. A nie da się ukryć, że społeczeństwo, gdy nakładane lub utrzymywane w mocy są kolejne sankcje, czuje się zagrożone, zaatakowane.
Antyirańska polityka Trumpa sprawiła, że irańscy konserwatyści nabrali wiatru w żagle?
Oczywiście! Przypomnijmy sobie, jak Rouhani był atakowany zarówno przez opozycję wewnętrzną (konserwatystów) i z zewnątrz (przez Trumpa). Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że pierwszy gabinet Hasana Rouhaniego miał w składzie więcej ministrów z dyplomami amerykańskich uczelni niż ówczesny rząd Baracka Obamy! Nie mam wątpliwości, że rząd Rouhaniego miał najszczersze intencje w stosunkach z Zachodem. Chciał otwarcia i normalizacji stosunków. Wycofanie się z układu nuklearnego i ponowne nałożenie sankcji pokazały irańskiemu społeczeństwu, że Amerykanom nie warto wierzyć. A skoro nie Amerykanom, to także nie tym, którzy chcieli z nimi się układać.
To jednak nie wszystko. Nie wolno nie zauważać, jaki wpływ na wynik wyborów prezydenckich miały gospodarka i walka klasowa. Rouhani jest dziś uważany za neoliberała, człowieka, który staje po stronie klasy średniej i biznesu. Teraz, gdy znaczna część irańskiego społeczeństwa żyje w ubóstwie. Ebrahim Raisi, i zresztą nie tylko on, składał w kampanii obietnice zaspokojenia najbardziej elementarnych potrzeb tych ludzi. Znowu warto porównać w tym względzie Iran z europejskimi demokracjami – po rządach technokratów przychodzą tak zwani populiści (jak to się dziś modnie mówi), bo część społeczeństwa czuje się wykluczona. Na łamach Euronews czy France 24 ukazywały się wartościowe materiały na temat społecznych skutków załamania gospodarczego. Inflacja, bezrobocie, młode rodziny, które nie mogą kupić mieszkania/domu czy odpowiedzialnie zdecydować się na dziecko…
Czy nowy prezydent jest w ogóle w stanie to naprawić? Przecież praprzyczyną załamania irańskiej gospodarki są amerykańskie sankcje.
Dopiero się przekonamy, jakie rozwiązania zaproponuje i wdroży Raisi. Faktycznie, lwia część problemów gospodarczych Iranu związana jest z międzynarodowymi sankcjami. Iran jest jednym z zaledwie dwóch państw, które wpisano na czarną listę Financial Action Task Force – globalnej organizacji monitorującej pranie brudnych pieniędzy i sponsorowanie terroryzmu. Żeby poprawić stan swojej gospodarki, Iran musiałby najpierw wrócić do normalnych stosunków gospodarczych z innymi państwami, a to się nie stanie bez poprawy stosunków politycznych…
A w tym względzie doprawdy trudno oczekiwać przełomu, nawet jeśli Donald Trump nie jest już prezydentem USA. Czy jednak jest jakaś, choćby minimalna szansa?
Obecnie w Wiedniu trwają rozmowy między Iranem a grupą 5+1 w sprawie porozumienia nuklearnego. Ebrahim Raisi twierdzi, że będzie potrafił lepiej niż Rouhani zaimplementować jego postanowienia; ogólnie rzecz biorąc, jest on bez wątpienia zwolennikiem wznowienia układu. Problem polega tylko na tym, czy Amerykanie zgodzą się na irańskie warunki, czy też będą żądali zastosowania wyłącznie swoich. Tu interesy są rozbieżne i o porozumienie będzie bardzo trudno.
USA chcą rozszerzenia zakresu porozumienia, by Iran był jeszcze ściślej kontrolowany. Iran chce budować stosunki z zagranicznymi partnerami na zasadach wzajemności. Czego się zatem spodziewam? Że niektóre sankcje zostaną zdjęte, ale z pewnością nie wszystkie.
A polityka wewnętrzna? Co tutaj zmieni prezydent Raisi?
Jak już wspomniałem, wielu Irańczyków uważa odchodzącego Rouhaniego za najzwyczajniejszego neoliberała. Takiego, który troszczył się o biznes, a nie o masy niezamożnych, spauperyzowanych wyborców. Efekt był taki, że podczas debat przedwyborczych nie tyle spierano się o kierunek polityki ekonomicznej, ile prześcigano w obietnicach: kto w końcu da coś ludziom, i kto da więcej, jak powinny wyglądać państwowe programy wsparcia? Jestem pewien, że Raisi tego nie zostawi i faktycznie będzie czynił wysiłki, by dać najuboższym, tym, którzy najbardziej ucierpieli podczas kryzysu, wsparcie finansowe.
Równocześnie chciałbym się mylić, ale obawiam się, że nadchodzą gorsze czasy dla irańskich intelektualistów. Raisi jest konserwatystą w pełnym tego słowa rozumieniu.
I społeczeństwo irańskie, które wbrew stereotypom jest różnobarwne i rozdyskutowane, zgodzi się na to?
Każde społeczeństwo się zmienia. Technologia, struktura gospodarki, relacje międzynarodowe, zmiany w kulturze czy wreszcie zwykła zmiana międzypokoleniowa – to dzieje się wszędzie. W Iranie też. Zielony Ruch z 2009 r. pokazał, że wewnątrz tego społeczeństwa są alternatywne wizje przemian w kraju. Tyle tylko, że w Iranie kwestie przemian są nierozerwalnie związane ze sprawami bezpieczeństwa państwa. Każdy, kto chce zmian, budzi podejrzenie: czy nie jest inspirowany z zewnątrz? Czy na pewno leży mu na sercu dobro kraju? Ten czynnik uniemożliwia Republice Islamskiej ewolucyjne przemiany, które byłyby naturalne i oczekiwane przez społeczeństwo.
Iran to nie tylko Najwyższy Przywódca i służby bezpieczeństwa. Irańczycy chcą zmian na lepsze i potrafiliby je wprowadzić samodzielnie, ale nie pozwolą, by im je narzucano. A myślenie o republice islamskiej wyłącznie jako o państwie złym sprawia, że po drugiej stronie włącza się dokładnie takie samo myślenie.
Dialog zawsze ma sens, ale należy do niego przystępować z pozytywnym nastawieniem, z chęcią, by osiągnąć postęp i wzajemną korzyść. W przeciwnym razie efektem będzie tylko cierpienie. Hasan Rouhani chciał rozmawiać z zachodem – trafił na ścianę w postaci Donalda Trumpa. Teraz widzimy tego rezultaty.

Jak Trump pomógł Chinom i Iranowi

Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych w swoim przemówieniu podczas zaprzysiężenia zapowiedział fundamentalną zmianę w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Joe Biden zapowiedział koniec aroganckiej polityki poprzednika polegającej na podejmowaniu strategicznych decyzji w sprawach międzynarodowych wbrew rządom sojuszniczym czy bez ich wiedzy. Przywódcy większości państw świata nie ukrywają swojego zadowolenia ze zmiany na stanowisku prezydenta ale powrót do światowej hegemonii USA może już nie być taki łatwy.

W maju 2018 roku Donal Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone wycofują się z porozumienia JCPOA, czyli zawartego w lipcu 2015 roku przez członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i Unię Europejską porozumienia nuklearnego z Iranem.
Trump nie przedstawił wtedy żadnych wiarygodnych informacji, które mogły uzasadniać taką decyzję, nie konsultował niczego z Radą Bezpieczeństwa ani z Unią Europejską. Ogłosił swoją decyzję nagle i bez konsultacji. Wszyscy uczestnicy porozumienia zgodni byli, że nie było powodów przypuszczać, że Iran łamie warunki zawieszenia sankcji. Państwa Unii liczyły na możliwości robienia świetnych interesów w Iranie w następstwie normalizacji stosunków, więc sankcje Trumpa pokrzyżowały wiele planów biznesowych.
Dla przykładu, francuska korporacja Total była w trakcie realizacji wartego 5 miliardów dolarów kontraktu na eksploatację podmorskich złóż gazu w Iranie. Amerykańskie sankcje to uniemożliwiły. Jak się jednak okazało, na zerwaniu tej współpracy i nałożeniu przez USA dodatkowych sankcji na Iran, straciły nie tylko państwa Unii Europejskiej ale przede wszystkim same Stany Zjednoczone, szczególnie w sensie strategicznym. Donald Trump, zmuszając Europę do wycofania się ze współpracy z Iranem, de facto zrobił tam miejsce dla Chin.
Po przywróceniu amerykańskich sankcji i zaostrzeniu ich, Iran został pozbawiony możliwości niemal wszelkiej współpracy handlowej z Zachodem.
Uniemożliwiono handel ropą, gazem i innymi produktami, nawet takimi jak orzeszki pistacjowe czy perskie dywany, ale sankcje dotyczą też usług finansowych, współpracy między bankami, ubezpieczeń i wielu innych dziedzin gospodarki. Szczególnie odczuwalny był brak dochodów ze sprzedaży ropy, której produkcja znalazła się na najniższym poziomie od dekad.
Kryzys wpłynął też na zwrot nastrojów społecznych w Iranie i wzrost popularności sił antyzachodnich i konserwatywnych. Przyparty do muru Iran skorzystał jednak z faktu, że na arenie międzynarodowej jest jeszcze inny, ważny gracz, dzięki któremu Iranowi udało się ominąć kłopotliwą blokadę międzynarodową.
Latem zeszłego roku w Pekinie podpisano roboczą wersję porozumienia gospodarczego i obronnego między Chinami i Iranem na najbliższe 25 lat.
Chiny planują zainwestować w ciągu pierwszego etapu współpracy gigantyczną sumę blisko 400 miliardów dolarów w takie branże jak transport, wydobycie i przetwarzanie ropy oraz uzbrojenie. Dobra współpraca handlowa Chin i Iranu trwa już od dłuższego czasu. Od 2010 roku inwestycje Chin w Iranie opiewają na sumę około 18 miliardów dolarów, podczas gdy łączna suma wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Iranie wyniosła w tym czasie zaledwie 28 miliardów dolarów.
Większość inwestycji zagranicznych w Iranie pochodzi zatem ze źródeł chińskich. Przygotowania do podpisania obecnego 25-letniego porozumienia o współpracy trwały od początku 2016 roku ale rozmowy przyśpieszyły, gdy prezydent Donald Trump wprowadził w życie swoją kontrowersyjną politykę maksymalnej presji na Iran. I inaczej niż dotychczas, rozmowy zaczęły też dotyczyć współpracy wojskowej i inwestycji w infrastrukturę militarną.
Jeśli plan się powiedzie, Pekin zainwestuje za pośrednictwem swoich firm 280 miliardów dolarów w rozwój infrastruktury do wydobywania ropy, gazu i w rozwój przemysłu petrochemicznego.
Dalsze 120 miliardów planowane jest na budowę i unowocześnienie krajowego transportu, w tym budowę kolei, autostrad, nowych linii metra i portów przemysłowych a także fabryk i przeróżnych zakładów produkcyjnych. Chińskie firmy telekomunikacyjne, w szczególności Huawei, będą mogły rozwijać swoje inwestycje a Iran pokryty zostanie siecią nowoczesnych przekaźników technologii 5G ułatwiających funkcjonowanie transportu i przemysłu. Dodatkowo Chiny zainwestują w technologie korzystania z satelitów, stworzone będą ultra-nowoczesne instalacje telefoniczne i internetowe i unowocześniony będzie system kontroli przestrzeni powietrznej.
Iran stanie więc w obliczu gigantycznego skoku cywilizacyjnego i technologicznego.
Jeśli wierzyć dostępnym informacjom, wspomniana suma inwestycji dotyczy pierwszych pięciu lat całego okresu trwania porozumienia a w kolejnych pięciolatkach przewiduje się kolejne pule inwestycji, o ile współpraca będzie przebiegać wedle oczekiwań. Oczywiście chińskie firmy nie zamierzają ani nie muszą czynić tego bezinteresownie.
Korzyści dla Chin będą równie atrakcyjne. Po pierwsze w zamian za inwestycje, chińskie firmy będą mogły liczyć na pierwszeństwo przy przetargach na wszelkie projekty związane z wydobyciem ropy, gazu lub w branży petrochemicznej.
Co ważniejsze, Chiny otrzymają dostęp do irańskich portów w Zatoce Perskiej, w tym super strategicznej cieśniny Hormuz. Jednym z portów, którymi Chiny się interesują jest port w Jask, położony zaraz przy wejściu do Zatoki. W tym regionie Chiny mają już kilka swoich przyczółków strategicznych, między innymi porty w Dżibuti, w pakistańskim mieście Gwadar czy nieco dalej na wschód, w miejscowości Hambantota na Sri Lance.
Strategiczne położenie Iranu, które w przeszłości bywało źródłem kłopotów kraju, teraz będzie wykorzystane przez Chiny dla zabezpieczenia i rozszerzenia ich wpływów na Bliskim Wschodzie i w basenie Oceanu Indyjskiego, szczególnie w kontekście gigantycznych projektów handlowych w ramach inicjatywy Pas i Droga.
Porozumienie zakłada także współpracę wojskową na wielu szczeblach. Co zrozumiałe, Chiny będą musiały zapewnić bezpieczeństwo militarne swoim inwestycjom. Zagrożeniem mogą być zarówno piraci, jak i prowokacje ze strony różnych aktorów politycznych w regionie.
Dla przykładu, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy na terenie Iranu doszło do całej serii niewyjaśnionych eksplozji i pożarów, często w miejscach kluczowych z punktu widzenia gospodarki czy bezpieczeństwa kraju. W niektórych mediach pojawiły się sugestie, że za incydentami tymi stoją agenci amerykańskich służb, które już w 2018 otrzymały od Donalda Trumpa stałe pozwolenie na przeprowadzanie tego typu działań na terytorium Iranu. Nawet główne amerykańskie media informowały w zeszłym roku o szeroko zakrojonych działaniach CIA przeciwko Iranowi na polecenie Trumpa.
Miało też dojść do serii ataków cybernetycznych ze strony CIA. Wszelkie inwestycje chińskie w Iranie będą więc musiały być zabezpieczone pod względem militarnym, wywiadowczym i cybernetycznym.
Porozumienie zobowiązuje strony do zacieśnienia współpracy wojskowej, organizowania wspólnych szkoleń i wymiany informacji wywiadowczych. Przewiduje się nawet, że co najmniej pięć tysięcy chińskich żołnierzy będzie stacjonowało na terytorium Iranu dla zapewnienia bezpieczeństwa chińskich inwestycji. Chińskie samoloty bojowe otrzymają pozwolenie na korzystanie z niektórych irańskich baz.
Chiny wyposażą irańską armię w nowoczesne systemy obrony przeciwlotniczej, elementy systemu wczesnego ostrzegania, systemy zakłócania i inne elektroniczne wyposażenie wojskowe. Szczegóły porozumienia w tej dziedzinie, co zrozumiałe, nie są jeszcze znane a wspomniane tu fragmenty umowy dotyczące współpracy wojskowej, znane są głównie z przecieku do redakcji New York Timesa z zeszłego roku. Strona irańska zachowuje powściągliwość w komentowaniu tych doniesień i nie chce ich potwierdzić.
Gdy porozumienie wejdzie w życie, choćby w okrojonej formie, znacząco zmieni się układ sił w regionie. Głównymi rywalami Iranu na Bliskim Wschodzie są Arabia Saudyjska i Izrael i te kraje mogą wyrażać obawy o to, że Iran będzie chciał wykorzystać swoje nowe możliwości do zaatakowania ich terytorium lub wpływania na sytuację w regionie na niekorzyść tych państw.
Zakładając nawet, że Iran kiedykolwiek miał zamiar zaatakować terytorium Izraela, to trudno sobie wyobrazić taką ewentualność w sytuacji, gdy Chiny będą odgrywać tak ważną rolę w polityce Iranu a jednocześnie prowadzić świetne interesy z Izraelem. Chiny prowadzą wielomiliardowe inwestycje w Izraelu, na przykład budują nowoczesne porty, którymi na dodatek będą zarządzać i zainwestowały blisko miliard dolarów w rozwój nowych firm izraelskich.
Chiny prowadzą też interesy z Arabią Saudyjską a wartość tych projektów to co najmniej 10 miliardów dolarów. Chiny z całą pewnością nie będą ryzykować utraty dobrych stosunków z jednym z państw w regionie w imię obrony Iranu, gdyby ten rzeczywiście chciał prowokować konflikty.
Jakkolwiek korzystnie to porozumienie wygląda z punktu widzenia Iranu, należy rozumieć, że Iran jest dla Chin tylko elementem ogromnej geopolitycznej strategii i to się nie zmieni. Mając to na uwadze, można przewidywać, że obecność Chin na Bliskim Wschodzie będzie mieć dla regionu charakter stabilizujący, inaczej niż było w przypadku obecności Stanów Zjednoczonych.
Z takiego obrotu sytuacji niezadowoleni mogą być politycy w Waszyngtonie. Jasne jest jednak, że porozumienie to jest rezultatem awanturniczej i krótkowzrocznej polityki administracji Donalda Trumpa a sam fakt zawarcia takiego porozumienia w całości dyskredytuje politykę maksymalnej presji nałożonej na Iran. Komentując doniesienia o porozumieniu, były wicedyrektor CIA, były doradca George’a Busha, Michael Morell, komentował to następującymi słowami: „Chiny i Iran wygrały, my przegraliśmy. To jest bezpośredni skutek naszej polityki robienia wszystkiego samemu w sprawie Iranu. Oto główny powód dla którego tak wielu (…) było przeciwko wycofaniu się z porozumienia nuklearnego z Iranem. Błędne kroki w polityce mają rzeczywiste konsekwencje”.
Joe Biden jeszcze jako kandydat zapowiadał, że w przypadku jego wygranej, polityka nowej administracji w sprawie Chin się nie zmieni.
Zakładając, że nowa administracja będzie się kierować przesłankami racjonalnymi i interesem amerykańskich firm, można przypuszczać, że deklaracja ta jest raczej sygnałem na użytek polityki wewnętrznej i służy uspokojeniu nastrojów amerykańskiej prawicy.
Bilans amerykańskiej wojny handlowej z Chinami wypada bowiem na niekorzyść USA i administracja Bidena będzie musiała podjąć działania w celu naprawy stosunków z Chinami w swoim własnym interesie. Do przełamania lodów może dojść już w czasie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos choć pewnie nie zostanie to szczególnie nagłośnione.
Stany Zjednoczone postawiły się także w niekorzystnej sytuacji w kontekście integracji gospodarczej i politycznej w Azji Południowo – Wschodniej i basenie Pacyfiku. W połowie listopada piętnaście krajów regionu, członków ASEAN i pięciu partnerów, podpisało umowę RCEP – Regionalne Kompleksowe Partnerstwo Gospodarcze, największą umowę o wolnym handlu w historii. Porozumienie zawarto w celu utworzenia największej na świecie strefy wolnego handlu i zwiększenia konkurencyjności gospodarek państw członkowskich.
Oczywiście forma integracji jest jeszcze dość luźna i na bardzo wczesnym etapie, ale potencjał tego układu jest ogromny. Wszystkie kraje współtworzące RCEP odpowiadają obecnie za 30 proc. światowego PKB a na terytorium państw członkowskich mieszka łącznie ok. 30 proc. światowej populacji.
Czyni to RCEP największym tego typu blokiem na świecie. Stany Zjednoczone, które mogły być częścią tego porozumienia i odgrywać ważną rolę, decyzją administracji Trumpa zrezygnowały z przyłączenia się do układu. Zamiast tego, kluczową rolę odgrywać będą tam Chiny.
W czasach Trumpa, tak jak w starym powiedzeniu o szczekających psach i karawanie która jedzie dalej, Chiny i inne państwa poszły do przodu, zacieśniły współpracę, wypracowały nowe formy integracji i nie czekały z tym na USA.
Czy nowa administracja podejmie kroki celem cofnięcia samobójczych decyzji Trumpa, pokaże czas. Ale odbudowa pozycji USA na świecie nie będzie tak łatwa jak wcześniej.
Utrata pozycji światowego lidera przez USA na korzyść Chin będzie postępować. Paradoksalnie to Donald Trump przyczynił się do tego znacząco, choć za główny cel swojej prezydentury w polityce zagranicznej stawiał „powstrzymanie Chin”.

Dlaczego Izraelczycy znowu zabili irańskiego naukowca?

W Izraelu zamach pod Teheranem wygląda trochę na reklamę książki dziennikarza najpoczytniejszej tam gazety Jedijot Achronot Ronena Bergmana, która wyszła u nas pod tytułem Powstań i zabij pierwszy. Wszyscy o niej mówią, bo autor również po jej wydaniu (ostatni raz w zeszłym roku) zapowiadał zabicie przez Mosad irańskiego fizyka jądrowego Mohsena Fakhrizadeha, co się w końcu stało. Ale poza Izraelem mało kto patrzy na dokumentalną literaturę kryminalną. Liczy się pytanie, czy Izraelowi uda się pchnąć USA do napaści na Iran, zanim rozstrzygną się amerykańskie wybory.

Ronen Bergman dał się poznać w Polsce prawie trzy lata temu, gdy przetaczała się przez media sprawa słynnej ustawy o IPN (z której PiS musiał się wycofać) i związanych z nią słów premiera Morawieckiego o „żydowskich sprawcach Holokaustu”. Dla Bergmana ustawa oznaczała „konflikt Polska kontra cały naród żydowski”, twierdził też, że jego matka z Polski i wielu Żydów uważa, że „Polacy byli gorsi od nazistów” (choć on sam „tak nie sądzi”), co wywołało pamiętne poruszenie. Nie sposób go jednak porównać z tym, co dzieje się wokół jego „proroctw” w palącej teraz kwestii irańskiej.
Książka Bergmana jest poświęcona tzw. pozaprawnym egzekucjom, w których wyspecjalizowały się izraelskie tajne służby. Według autora, w ostatnich latach „zanotowano co najmniej 3 tys. ofiar, wśród których są osoby, które były celem, ale też niewinni, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie”, co ma sugerować, że same „cele” są winne. Olbrzymia większość takich egzekucji dotyczy Palestyńczyków podejrzewanych o udział w ruchu oporu lub lokalnych liderów społeczności palestyńskich, którzy mogą być potencjalnie niewygodni dla przebiegu zaboru, okupacji i kolonizacji. Są jednak też morderstwa dokonywane daleko za granicą Palestyny, jeśli „cel” sobie na to zasłużył w oczach izraelskiego rządu. „Operacja zabicia Fakhrizadeha musiała być przygotowywana przez miesiące lub nawet lata” – mówi dziś Bergman.
„Zapamiętajcie to nazwisko”
Izraelski premier Netanjahu lubi w czasie konferencji prasowych powtarzać nieśmiertelny styl fake newsów Colina Powella, który kiedyś przyniósł do ONZ fiolkę z „broniami masowego rażenia”, by wykazać konieczność napadu na Irak. Pokazuje więc zdjęcia, rysunki lub przedmioty, które mają zrobić wrażenie na widowni. Pod koniec kwietnia 2018 r. scenografia była szczególnie bogata: obok niego stały półki z błyszczącymi płytami i jakimiś segregatorami, które miały ilustrować irańskie zagrożenie. Premier opowiadał, że Mosadowi udało się wykraść z Iranu dokumenty, z których ma wynikać, że Iran może pracować nad budową bomby atomowej, co złamałoby regionalny monopol Izraela w tym względzie.
Na sam koniec premier objawił gwóźdź spektaklu, wskazując wyświetlone zdjęcie Fakhrizadeha z czasów odległej młodości: „Zapamiętajcie to nazwisko!” – zapowiedział tajemniczo po informacji, że ten człowiek jest „mózgiem” potencjalnej irańskiej bomby. Prawdę mówiąc Mosad nie bardzo musiał się wysilać, by je odkryć, gdyż od lat figuruje ono na niemal wszystkich dokumentach Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) z siedzibą w Wiedniu, dotyczących układu atomowego zawartego w 2015 r. pod egidą ONZ, który uniemożliwiał Iranowi budowę broni jądrowych w zamian za zniesienie sankcji. Układ działa cały czas, mimo, że Trump na życzenie Netanjahu zeń wyszedł i nałożył sankcje, po owej konferencji. Inspektorzy MAEA mają nieograniczony dostęp do irańskich instalacji i twierdzą, że Iran żadnej broni atomowej nie ma i nie buduje.
Śmierć na drodze
60-letni Mohsen Fakhrizadeh zginął w zamachu, w którym musiało brać udział co najmniej kilku ludzi. Najpierw eksplozja zatrzymująca jego samochód, potem strzały. Był wybitnym naukowcem, wykładowcą na uniwersytecie imama Husajna w Teheranie, fizykiem jądrowym, z którego Irańczycy byli dumni, bo pracował w irańskich instalacjach, które miały produkować elektryczność i opracowywał środki obrony przeciw atakowi atomowemu na jego kraj (w randze generała). Władze irańskie bez układu z 2015 r. ogłosiły, że nie będą budować bomby ze względów religijnych i humanitarnych. Istnieje specjalny zakaz (fatwa) ajatollaha Chameneiego piętnujący takie zamiary. Mimo to, Izraelczycy od 2010 r. zabili co najmniej pięciu irańskich naukowców w ramach pozaprawnych egzekucji.
Ta liczba jest stosunkowo b. mała w porównaniu z Irakiem, gdzie po amerykańskiej inwazji z 2003 r. Izraelczycy wraz z Amerykanami zabili setki naukowców różnych specjalności. Cóż, Iran nie jest okupowany i trzeba tam jeździć turystycznie z paszportami Kanady, czy innych krajów, lub korzystać z osób miejscowych, by kogoś zabić. Większości morderstw dokonano w ciągu dwóch pierwszych lat operacji – potem było dużo trudniej, bo Irańczycy podjęli ostre środki ochrony kontrwywiadowczej swoich ludzi. Pogrzeb państwowy Fakhrizadeha miał oprawę porównywalną do zabitego w styczniu w amerykańskim zamachu terrorystycznym gen. Solejmaniego, który zdaniem Waszyngtonu i Tel-Awiwu zbyt dobrze zwalczał Al-Kaidę i Państwo Islamskie w Syrii i Iraku, stanowiąc zagrożenie dla interesów izraelskiego reżimu apartheidu.
Teraz albo nigdy
W tej chwili pada wiele tez i prób odpowiedzi na pytanie „dlaczego teraz”? Najbliższy prawdy zdaje się być izraelski Ha’aretz, według którego przypadek należy wykluczyć: „Czas zabójstwa, nawet jeśli był zdeterminowany względami czysto operacyjnymi, jest jasną wiadomością dla Bidena”, gdyby miał zostać prezydentem. Zamach miał wskazać opozycję Izraela dla ewentualnego powrotu Stanów Zjednoczonych do pokojowego układu atomowego z Iranem podpisanego w 2015 r. za prezydentury Obama-Biden. Biden rzeczywiście coś takiego sugerował, gdyż wolałby prowadzić kolejną wojnę gdzieś w Ameryce Południowej, w każdym razie nie z Iranem, jako państwem jednak zbyt silnym. Izraelczycy nie obawiają się, że bidenowcy zmienią cokolwiek, jeśli chodzi o dyplomatyczne prezenty trumpistów, jak przeniesienie ambasady do Jerozolimy, czy uznanie aneksji okupowanych ziem palestyńskich i syryjskich, ale widzą, że jeśli chodzi o Iran, nacisk jest niezbędny.
W dwa dni po amerykańskim głosowaniu Jerusalem Post donosił o słowach ministra ds. kolonii Hanebiego, że jeśli Biden wygra i zechce trzymać się z dala od Iranu, Izrael sam nań napadnie. W ciągu ostatnich 20 lat Izraelczycy wielokrotnie to zapowiadali w formie otwartych deklaracji lub „przecieków”, by trzymać Iran w stałym napięciu i sugerować Waszyngtonowi przejście do czynu, ale nawet trumpiści nie palili się do tego. Mike Pompeo, który pojechał do Izraela przed zamachem pod Teheranem, by zapewnić, że Trump wygrał wybory i będzie dalej rządził, zachwalał dotychczasową politykę sankcji i „maksymalnej presji” jako „nadzwyczajnie skutecznej”: „Dziś gospodarka irańska ma wielki problem z kryzysem monetarnym, rosnącym zadłużeniem i inflacją. Eksportuje ledwo jedną czwartą ropy w porównaniu z okresem sprzed sankcji”. Netanjahu nie był jednak zadowolony. W okresie niepewności wyborczej w Ameryce, stara perswazja „teraz albo nigdy” wydaje mu się najkorzystniejsza.
Wojna gestów?
W połowie listopada Trump zaczął mówić o bombardowaniu Iranu. I owszem, ze Stanów do imperialnej bazy lotniczej w Katarze, po drugiej stronie Zatoki Perskiej, wyleciały zespoły ciężkich bombowców strategicznych (tzn. zdolnych do bombardowań jądrowych) B-52H Stratofortress. Jednak póki co, armia raczej odradza mu ten ruch, a takie loty odbywają się dość regularnie, średnio co pół roku, by nie dać Iranowi zasnąć. Po zamachu na Fakhrizadeha pojawiły się spekulacje, że tym razem jakieś bomby jednak polecą, bo Trump chciałby zrobić na złość bidenowcom, mieć w końcu jakąś własną wojnę w życiorysie lub po prostu jeszcze raz zrobić dobrze izraelskiemu państwu kolonialnemu.
Warto jednak zwrócić uwagę, że USA nie zareagowały, gdy Iran zbombardował ich bazę wojskową w Iraku po zamachu na gen. Sulejmaniego. Ta dziwna cisza brzmi do dzisiaj. Poza tym: czy Trump naprawdę zechce nowej wojny w sytuacji, gdy jego popularność w Stanach bardzo wzrosła w ciągu tych czterech lat (dostał ok. 10 milionów głosów więcej niż w 2016 r.)? Miałby na ewentualny koniec iść w poprzek swych głośnych przekonań o „niepotrzebnych, nieskończonych wojnach”, które są podzielane przez jego wyborców? Trudno w sprawie irańskiej odróżnić jego polityczne gestykulacje od rzeczywistych zamiarów, ale prawdopodobieństwo rychłego napadu na Teheran jest dużo mniejsze, niż się przypuszcza, a Izrael, wbrew rytualnym zapowiedziom, niczego bez Stanów raczej nie zrobi.
Spisek saudyjski
Niedawne „tajne” spotkanie na terenie saudyjskim między Pompeo, Netanjahu i Mohamedem ben Salmanem karmi kolejne podejrzenia na temat wybuchu wojny. Oto wybuchłaby ona, gdy Iran zechce zbrojnie ukarać Izrael za zabójstwo naukowca. W końcu do ukarania sprawców wezwał sam ajatollah Chamenei. Irański parlament, wyraźnie wkurzony bez rozróżniania na „konserwatystów” i „reformistów”, wezwał z kolei do zerwania z MAEA, gdyż podejrzewa, że to jej inspektorzy, przynajmniej niektórzy, szpiegują irańskich naukowców. Były też apele o uderzenie w Hajfę, czy Dimonę (izraelski ośrodek atomowy), ale władze najwyższe najwyraźniej nie mają zamiaru rezygnować ze swej „strategii cierpliwości”. Gen. Kaani, który zastąpił Solejmaniego, uspokajał: „Wróg nie ma odwagi lojalnie stawić nam czoła. Koniec Izraela jest bliski. To są ostatnie działania złoczyńców i tyranicznych potęg.”
Ten język też jest rytualny. Ma znaczyć, że ewentualna odpowiedź Iranu nastąpi „w odpowiednim miejscu i czasie”, ale nie na tym polu, którego oczekują uczestnicy saudyjskiego spotkania. Ba, Iran wystąpił do wszystkich swych sojuszników z „osi ruchu oporu”, by nie dali się wciągnąć w najmniejszą prowokację. Libański Hezbollah i inne anty-dżihadystowskie ugrupowania zbrojne Bliskiego Wschodu zgłosiły jedynie gotowość: „Popieramy Iran przeciw nowemu sojuszowi reżimu syjonistycznego z niektórymi krajami regionu”. Izraelczycy zabili Fakhrizadeha, by osłabić Iran i otworzyć wojnie nowe możliwości, lecz „spisek saudyjski” to jeszcze nie wszystko. Jedyne, co wydaje się pewne w tej historii, to, że HBO zekranizuje książkę Bergmana, by publiczność mogła podziwiać spryt (i oczywiście wielkie serce) izraelskich skrytobójców.

Religijny straszak

W 2019 r. Polska była gospodarzem konferencji bliskowschodniej, która przerodziła się w wielki akt oskarżenia pod adresem Iranu, podyktowany przez USA. W 2020 r. Warszawa w ramach dalszego zacieśniania stosunków z Waszyngtonem zgodziła się gościć konferencję Międzynarodowego Sojuszu na rzecz Wolności Religijnej. Wypadło to akurat w czasie, gdy Polki walczą z nadmiernym wpływem Kościoła na przestrzeń publiczną.

Konferencja miała odbyć się w lipcu. Pandemia wymusiła jej przeniesienie na 16-17 listopada i przeprowadzenie jej w mniej spektakularnej formie online. Niemniej polski MSZ jest z inicjatywy bardzo dumny – w jednym z ostatnich wywiadów przed odejściem z urzędu minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wymieniał udział w Międzynarodowym Sojuszu na rzecz Wolności Religijnej (IRFA) jako jedno z osiągnięć cementujących polsko-amerykańską przyjaźń. Trafniej byłoby chyba powiedzieć: przyjaźń polskich fundamentalistów, którzy ostatnio postanowili odebrać kobietom ich autonomię, i podobnie myślących fanatyków zza oceanu. Wywody Mike’a Pompeo, głównego promotora IRFA o świętości życia poczętego zachwyciłyby polski episkopat, nawet jeśli sekretarz stanu nie jest katolikiem, a prezbiterianinem. Podobnie jak jego zapewnienia o tym, jak dumny jest z tego, że dla administracji Trumpa wolność to wolność nr 1.

Czaputowicz „zapomniał” również dodać, do czego to umiłowanie wolności w praktyce się sprowadza.

Marsz fundamentalistów

W październiku br. z inicjatywy amerykańskiej administracji podpisano Genewską Deklarację Konsensusu na rzecz Zdrowia Kobiet i Wzmacniania Rodziny. Poparły ją takie „potęgi” w dziedzinie polityki prorodzinnej i dbałości o zdrowie obywateli jak Brazylia, Libia. Sudan, Gambia czy Uganda. Z Europy – tylko trzy państwa: Polska, Węgry i… Białoruś. Sygnatariusze zgodzili się, że „aborcja nie może być promowana jako metoda planowania rodziny oraz że wszystkie środki czy zmiany w systemie opieki zdrowotnej dotyczące aborcji mogą być podejmowane wyłącznie na poziomie narodowym”. Zaznaczyli, iż naturalną i zasługującą na ochronę jednostką społeczną jest rodzina (nie musieli dodawać, że tylko heteroseksualna), a kobiety zasługują na życie w zdrowiu i na to, by państwa promowały„optymalne zdrowie i najwyższe standardy zdrowotne, wyłączając aborcję”.

W Polsce deklaracją było zachwycone Ordo Iuris. Eksperci od amerykańskiej polityki wpisywali ją raczej w kontekst kampanii wyborczej Trumpa, a także wskazywali, że poprzez złożenie pod nią podpisu biedne kraje Afryki chcą zagwarantować sobie dostęp do inwestycji i pomocy humanitarnej. Polska najwyraźniej dołączyła do antyaborcyjnego obozu, bo naszej prawicy się to po prostu podoba, a zresztą Amerykanom nie wypada odmówić.

Wspólni wrogowie

Podobnie jak nie wypada nie przyłączyć się do nagonki na pokazanych palcem wrogów imperium. Geopolityczny wymiar wolności religijnej jest bowiem aż nadto czytelny, jeśli przyjrzeć się wystąpieniom Mike’a Pompeo związanym z wolnością religijną i zawiązanym w lutym tego roku Sojuszem. W przemówieniu z 5 lutego na szczególne słowa potępienia zasłużyła Komunistyczna Partia Chin, za „wrogość wobec wszystkich wyznań”. Sekretarz Stanu zatroszczył się również o autokefaliczną Cerkiew Ukraińską, do której powstania w ubiegłym roku USA walnie się przyczyniły, uznając Patriarchat Moskiewski i jego ukraińskie administratury za swojego ideologicznego wroga. Cerkiew Ukraińska, zauważył, „walczy o to, by czcić Boga bez rosyjskiej ingerencji”. Padło też kilka dodatkowych przykładów, jak prześladowania jezydów w Iraku czy drakońskie prawo Pakistanu, zakazujące pod karą śmierci odstępstwa od islamu. I właśnie przykłady obrazują bardziej zorientowanym w stosunkach międzynarodowych hipokryzję całej inicjatywy. Wszak nie kto inny, jak Amerykanie, swoją „pobłogosławioną przez Boga” interwencją, a potem okupacją Iraku uruchomili łańcuch wypadków, który doprowadził do rozkwitu wyznaniowych podziałów i religijnego fanatyzmu. Na nim drugi oddech zdobyła bliskowschodnia Al-Kaida, z której potem zrodziło się Państwo Islamskie. Pakistańska praktyka karania śmiercią za „bluźnierstwa”, w dodatku często na podstawie wątpliwych dowodów, też nie przeszkodziła Amerykanom przyjaźnić się z tym państwem.
A gdy już o przyjaźni mowa – czy można liczyć na to, że Sojusz na rzecz Wolności Religijnej zajmie się np. prześladowaniami szyitów w Arabii Saudyjskiej? Sprawę tę monitorują nie tylko Human Rights Watch, ale też sam Departament Stanu, w ramach corocznych raportów o wolności wyznania. Tyle, że kończą się one uwagą, iż Saudowie łamią zasady wolności, ale sankcjami objęci nie będą, bo to wbrew interesom USA.

Religia sprawą rządu

Skąd tu sankcje? W 1998 r. Kongres przyjął Akt o Międzynarodowej Wolności Religijnej, w którym uczynił z promowania wolności wyznania sprawę państwowej polityki zagranicznej. Zapisano w nim, iż państwa, które nie gwarantują obywatelom możliwości życia zgodnie z własnym sumieniem, mogą zostać obłożone przez Amerykanów nawet i sankcjami, zupełnie jak inne „państwa zbójeckie” niewpisujące się w standard waszyngtońskiej demokracji. Chodziło tu o zapewnienie nieograniczonej swobody amerykańskim zborom protestanckim (de facto – ewangelikalnym, gdyż to jest to obecnie najbardziej ofensywna denominacja protestancka) które są zdaniem wielu polityków USA najlepszym promotorem wizji „American Dream” – obok McDonaldów – choćby w Rosji, gdzie pojawiły się po upadku ZSRR, w atmosferze religijnej pustki.

Wiara w Amerykę-zbawiciela świata jest jeszcze starsza. Przekonanie, że to USA mają do spełnienia boską misję po II wojnie światowej tylko rosło. W swoją rolę wierzył Jimmy Carter-baptysta, o walce dobra ze złem rozprawiał Ronald Reagan. Przekonanie o wyjątkowości było jednym z czynników, dla których łatwo podejmowano decyzje o kolejnych inwazjach – przed wspomnianym już Irakiem były Jugosławia, Grenada, Somalia, Gwatemala, wspieranie nikaraguańskich Contras, programy wojen ideologicznych, wspieranie prawicowych dyktatorów przeciwko „bezbożnikom”.

Publiczne potępienie Iranu w zgodnej ocenie polskich specjalistów od Bliskiego Wschodu nic realnie nie dało Warszawie. Co zyskamy, demonstracyjnie atakując Chiny i Rosję na polu religii i wspierając fundamentalistyczne krucjaty? Jeszcze więcej amerykańskich żołnierzy, za których sami zapłacimy?

Iran kontra FIFA w CAS

W światowym futbolu wybuchł konflikt, który może jeśli nie obalić, to przynajmniej ośmieszyć wszechwładzę FIFA. Dotyczy sporu o wynagrodzenie dla byłego selekcjonera reprezentacji Iranu Marka Wilmotsa.

Belgijski trener w maju 2019 roku podpisał w piłkarską federacją Iranu (FFI) kontrakt na poprowadzenie reprezentacji tego kraju do mistrzostw świata 2022 w Katarze. Zespół pod jego wodzą zaczął nieźle, bo od zwycięstw 2:0 z Hongkongiem i aż 14:0 z Kambodżą, ale potem zaliczył dwie prestiżowe porażki – 0:1 z Bahrajnem oraz 1:2 z Irakiem. W efekcie zespół Iranu zajmuje w grupie eliminacyjnej do mistrzostw świata 2022 dopiero trzecią lokatę i jego awans do katarskiego mundialu stanął pod wielkim znakiem zapytania. Rozczarowani tym szefowie irańskiej federacji podziękowali belgijskiemu szkoleniowcowi za pracę i przestali mu wypłacać pieniądze. Wilmots nie zamierzał jednak rezygnować z wynagrodzenia i postąpił jak każdy z członków „wielkiej piłkarskiej rodziny” w takich niemiłych sytuacjach – zwrócił się o pomoc do FIFA.
Młyny sprawiedliwości w Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej mielą powoli, ale nieubłaganie i w końcu belgijski trener doczekał się korzystnego dla siebie werdyktu. W miniony poniedziałek Komitet ds. Statusu Zawodników (PSC) FIFA orzekł, że federacja irańska powinna wypłacić Wilmotsowi zaległe wynagrodzenie wraz z odszkodowaniem za zerwanie umowy w łącznej kwocie 6,2 miliona euro. Na dokonanie przelewu dano FFI 30 dni. Wyrok wywołał w Iranie powszechne oburzenie, podsycane jeszcze przez tamtejsze media, które niemal jednym głosem wyśmiały decyzję FIFA przypominając, że Belg pracował z ich reprezentacją ledwie pięć miesięcy. „I za to on chce sześć milionów euro?” – pisano z oburzeniem w komentarzach.
Władze irańskiej federacji nie zamierzają ulegać dyktatowi FIFA. Mohammad-Mehdi Nabi, sekretarz generalny FFI zapowiedział, że wynajęci prawnicy już szykują wniosek o unieważnienia werdyktu FIFA do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS).

Pożar w Iranie to sprawka służb Izraela?

2 lipca w obiekcie w obiekcie w Natanz, wybuchł poważny pożar, który był następstwem eksplozji. Natanz, miasto na północy Iranu, w prowincji Isfahan, jest centrum irańskiego programu wzbogacania uranu. Przyczyny wybuchu i późniejszego pożaru nie są naturalne, twierdzą amerykańskie media.

Jak informuje The New York Times, jego źródła twierdzą, że za katastrofa stoją izraelskie służby specjalne, który poprzez atak dywersyjny spowodowały znaczne szkody, choć ofiar w ludziach nie było. Amerykańska gazeta twierdzi, że wybuch był rezultatem podłożenia bomby, podczas gdy kuwejcka gazeta Al-Jarida upiera się, że był to rezultatem wprowadzenia do systemu komputerowego w obiekcie w Natanz wirusa komputerowego o nazwie Syxnet, który poprzez przyspieszanie obrotów wielkich centryfug spowodował wspomniany wybuch.
Fakt pozostaje faktem, że irański program wzbogacania uranu doznał poważnego uszczerbku i został zahamowany na kilka miesięcy, co potwierdził przedstawiciel Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Iranie Behrouz Kamalvandi.
Źródłem, na które powołuje się amerykańska gazeta, to przedstawiciel wywiadu jednego z krajów Bliskiego Wschodu, a źródło z Korpusu Strażników Rewolucji potwierdziło dziennikarzom z NYT, że taka wersja jest rozpatrywana w śledztwie jako podstawowa.
I choć gazeta przyznaje, że do końca nie jest w stanie potwierdzić swoich tez, to przypomina, że Izrael wielokrotnie atakował irańskie obiekty pracujące nad wzbogaceniem uranu, zarówno poprzez ataki hakerskie, jak i wojskowe, np. w 2018 roku wykradziono pół tony dokumentów związanych z procedurą wzbogacenia uranu w Iranie.

USA chcą bardziej pognębić Iran

Iran należy do krajów najciężej dotkniętych koronawirusem. Według najnowszych danych, zarażonych jest już ponad 35 tysięcy osób a niemal 2,5 tys. zmarło. Władze w Teheranie apelują o pomoc humanitarną. Jednocześnie Stany Zjednoczone wprowadzają nowe sankcje uderzające bezpośrednio w irańską gospodarkę i utrudniające zakup środków medycznych niezbędnych do walki z wirusem.

Dramatyczna sytuacja zdrowotna skłoniła Iran do wystąpienia po raz pierwszy do Międzynarodowego Funduszu Walutowego o wsparcie finansowe. Władze w Teheranie wystąpiły do MFW o przyznanie 5 miliardów dolarów, co stanowi 10 proc. środków jakie MFW zamierza przeznaczyć w formie nieoprocentowanych kredytów na zwalczanie koronawirusa w ramach specjalnego funduszu RFI (Rapid Credit Facility). Z podobnym wnioskiem na kwotę 1 miliarda USD zwróciła się do MFW również dotknięta amerykańskimi sankcjami Wenezuela. Jednak ewentualna zgoda Funduszu na pomoc tym krajom może być zablokowana przez Stany Zjednoczone, które w zarządzie MFW mają prawo weta. Udaremnić wypłatę może też międzynarodowa struktura Financial Action Task Force zajmująca się monitorowaniem walki z terroryzmu i praniem brudnych pieniędzy. W lutym umieściła ona Iran na swojej :czarnej liście”. Ponieważ ponad 200 krajów zobowiązało się do przestrzegania jej standardów może to skutkować zablokowaniem przepływu pieniędzy do Iranu.
O zniesienie sankcji wystąpiły nie tylko irańskie władze, lecz także Rosja, Chiny i Pakistan. Chińskie MSZ oświadczyło, że utrzymywanie sankcji będzie hamować wysiłki w walce z pandemią. Jednak już następnego dnia po opublikowaniu tego oświadczenia reakcją ze strony amerykańskiej administracji było wprowadzenie nowych sankcji. Dotknęły one sześć firm chińskich, w tym trzech zlokalizowanych w Hongkongu oraz trzech powiązanych z RPA. Następnie tę listę rozszerzono o pięć firm ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podmioty te zajmowały się zakupem irańskiej ropy naftowej. Restrykcje te oznaczają, że USA zamrożą ich aktywa w bankach a firmy amerykańskie obejmie zakaz utrzymywania z nimi kontaktów biznesowych. Swoje decyzje strona amerykańska tłumaczy jak zawsze w ten sam sposób. Jak się wyraził sekretarz stanu Mike Pompeo, działalność tych firm będzie „dostarczać dochody reżimowi, który może je użyć do finansowania terroryzmu i innych działań destabilizujących” jednak bynajmniej nie na zwalczanie epidemii. Tymczasem, jak twierdzi irański wiceminister zdrowia, amerykańskie restrykcje uniemożliwiają transfer pieniędzy na zakup leków. Mówił też o tym, że Iran zakupił milion masek w Wielkiej Brytanii, które jednak nie mogły zostać dostarczone z powodu sankcji.
Wprowadzenie dodatkowych sankcji przy jednoczesnym utrzymaniu dotychczasowych jest mocno krytykowane Iran. Nazywane są tam antyhumanitarnymi, okrutnymi, nielegalnymi oraz zbrodnią przeciw ludzkości. Teheran stara się też wywierać nacisk na społeczność międzynarodową aby nakłoniła Stany Zjednoczone do ich cofnięcia. Mówił o tym przedstawiciel Iranu w ONZ Madżid Taht Rawanczi. Dyplomata zwrócił też uwagę na to, że sankcje nie tylko narażają na niebezpieczeństwo zdrowie i życie mieszkańców Iranu, lecz także utrudniają możliwości zapobieżenia dalszego rozprzestrzeniania się wirusa na inne kraje. Podobną opinię wyraziła także wysoka komisarz ONZ ds. Michelle Bachelet mówiąc, iż utrudnianie działań medycznych w jednym kraju zwiększa ryzyko dla nas wszystkich, w związku z czym amerykańskie sankcje powinny zostać złagodzone bądź zawieszone. Ponadto irański prezydent Hassan Rowhani zwrócił się z apelem do narodu amerykańskiego o wywarcie nacisku na rząd w celu zniesienia restrykcji.
Stanowisko Iranu znajduje też zrozumienie zagranicą. Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres w rozmowie telefonicznej z irańskim ministrem spraw zagranicznych Dżawadem Zarifem wyraził solidarność z narodem Iranu podkreślając konieczność zniesienia amerykańskich sankcji. Zarif rozmawiał też przez telefon z szefem unijnej dyplomacji Josepem Borrellem, który również przekazał wyrazy solidarności oraz zaznaczył, że znalezienie skutecznego sposobu walki z wirusem wymaga współpracy między państwami. Wypowiedziała się także Światowa Organizacja Zdrowia WHO oświadczając, iż Stany Zjednoczone jeśli nie zniosą sankcji będą ponosić współodpowiedzialność za „ryzyko żniwa śmierci w Iranie”.
Mimo tragicznej sytuacji w Iranie odnotowano duży światowy sukces. IrańskaFars News Agency opublikowała zdjęcie liczącego 101 lat mężczyzny, który po wyleczeniu z koronawirusa opuścił szpital.

Koronawirus i mordercze sankcje

Kto jeszcze pamięta, jak zaczynał się 2020 rok na Bliskim Wschodzie i jak bardzo obawialiśmy się, że zabójstwo Ghasema Solejmaniego zapoczątkuje eskalację przemocy na wielką skalę? Dziś ojczyzna „Generała Cienia” trafia na czołówki mediów niemal wyłącznie w kontekście pandemii. Koronawirus zabił w Iranie, według obliczeń z 23 marca, 1812 osób, i zabija dalej. Nie dokonał tego dzieła zniszczenia sam.

W ciągu każdej godziny w Iranie koronawirusem zaraża się 50 osób, co 10 minut ktoś umiera – to ocena teherańskiego Ministerstwa Zdrowia; według Światowej Organizacji Zdrowia ich wyliczenia i komunikaty i tak mogą być zaniżone. Badacze z Uniwersytetu Technologicznego w Teheranie pokusili się o stworzenie, przy pomocy komputerowego symulatora, scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji. W tym najbardziej optymistycznym szczyt zachorowań miałby przypaść około 25 marca, a liczba ofiar śmiertelnych utrzymać się na poziomie ok. 12 tysięcy. W najgorszym szczyt wypada pod koniec maja, a zgonów może być nawet 3,5 miliona. I właśnie katastroficzny wariant rozwoju wypadków jest bardziej prawdopodobny, bo ten pozytywny, według specjalistów, mógłby zaistnieć dzięki trzem czynnikom: wprowadzeniu rygorystycznej kwarantanny wszędzie tam, gdzie ryzyko zarażenia jest wysokie, pełnemu podporządkowaniu się przez obywateli zaleceniom władz i wystarczającej dostępności leków, zabezpieczeń, preparatów odkażających i sprzętu medycznego. Spełniony nie jest żaden z warunków.
W najwcześniejszych relacjach z dotkniętego chorobą Iranu akcentowano aspekt pierwszy, niedocenienie znaczenia społecznej izolacji, zwłaszcza odmowę odwołania zbiorowych modlitw w meczetach. Faktycznie, to święte miasto szyitów, Ghom ze swoim meczetem Fatimy i innymi otwartymi przez całą dobę świątyniami, stało się epicentrum epidemii. Jak plastycznie opisuje polska iranistka Jagoda Grondecka, w sanktuarium, przy grobie córki ósmego imama
Alego ar-Ridy
„stłoczeni, dosłownie wchodzący jedni na drugich wierni przeciskają się, by choć przez chwilę złapać – a najlepiej pocałować – odgradzające grób kraty. Kobiety często głośno zawodzą i łkają. Według przypowieści każda wylana łza to jedna perła do odbioru u bram raju”. Imamowie opiekujący się świętym miejscem w pierwszych reakcjach z oburzeniem odrzucali możliwość zamknięcia meczetu, jako rażący dowód niewiary; więcej, wprost zachęcali, by przychodzić do niego po uzdrowienie. Dopiero 16 marca władze Republiki Islamskiej zdołały przekonać duchowieństwo, że nie ma innego wyjścia, jak tylko zakazać wstępu do meczetów i zawiesić uroczyste modlitwy piątkowe. Następnego dnia znaleźli się wyznawcy tyleż konserwatywni, co zdezorientowani, którzy dzień po zakazie usiłowali sforsować zamknięte bramy meczetu Fatimy oraz równie znaczącego sanktuarium w Meszhedzie, ale imamowie nie ustąpili. Sprawa stała się za poważna: wśród śmiertelnych ofiar wirusa są wysocy rangą szyiccy duchowni i politycy, w tym parlamentarzyści, zachorowała wiceprezydent
Masume Ebtekar,
przez co w pewnym momencie obawiano się o zdrowie samego prezydenta Hasana Rouhaniego.
Rouhani chory nie jest i regularnie pojawia się w mediach, starając się tyleż uspokajać obywateli, co ratować własną pozycję polityczną; zanim pandemia stała się w Iranie tematem nr 1, jego konserwatywni przeciwnicy wygrali wybory parlamentarne i szykowali się do ostatecznego przeformatowania sceny politycznej pod swoje dyktando. Mieli wszelkie szanse powodzenia, wszak reformistyczna wizja otwarcia na świat i uzdrowienia gospodarki dzięki ożywieniu wymiany handlowej została zamordowana przez administrację Donalda Trumpa, a dwie fale dość desperackich protestów wywołanych pogarszającą się sytuacją gospodarczą stłumiono. Do więzień posłano m.in. lokalnych liderów związków zawodowych. Prezydent stracił wtedy poważnie na wiarygodności, a i teraz trudno go nazwać twarzą rządu sprawnie walczącego ze śmiertelnym zagrożeniem. Na początku epidemii irański minister zdrowia bagatelizował sytuację i zapewniał, że kwarantanny należą do odległej przeszłości. Najwyższy Przywódca Ali Chamenei rzucał teoriami spiskowymi, a sekundował mu dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Hosejn Salami, sugerujący, że wirus to amerykańska broń biologiczna, celowo uruchomiona w Chinach i Iranie. Także późniejsze publiczne wystąpienia władz nie uspokajają społeczeństwa, gdyż pokazują raczej chaos kompetencyjny i zakulisową rywalizację, niż sprawne zarządzanie kryzysowe.
Najwyższy Przywódca
najpierw polecił wojsku przejąć faktyczne dowodzenie w walce z epidemią, realizując przy tym wytyczne Ministerstwa Zdrowia, potem nakazał armii podporządkować się decyzjom rządu. Irański szef sztabu zdążył zadeklarować, że w 10 dni przywróci normalność – pojawiły się „wiarygodne” doniesienia o rychłej kwarantannie czy godzinie policyjnej w Teheranie. Te jednak zdementował prezydent Rouhani, oznajmiając, iż kroki nadzwyczajne może zadekretować tylko utworzona przez niego specjalna grupa. Do tego mer Teheranu Piraz Hanachi przyznał, że wprowadzić i wyegzekwować surowej kwarantanny w całej metropolii zwyczajnie nie jest w stanie.
W ostatecznym rozrachunku w irańskich mediach w marcu po prostu nie podawano informacji o liczbie zgonów czy realnym zasięgu zakażeń w irańskich megalopolis. Kiedy
Masud Mardani,
dyrektor Irańskiego Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi, zasugerował, że w blisko dziewięciomilionowym Teheranie może być nawet 2,5-3,5 mln nosicieli, po kilku dniach musiał publicznie odwołać swoje wnioski, rzekomo z powodu błędów metodologicznych. Główne irańskie oficjalne media raczej tradycyjnie atakują regionalnych rywali, tym razem za zaniżanie epidemicznych statystyk, albo nadają dobre wiadomości, jak ta o 101-letnim pacjencie, który wyszedł z choroby. Efektem całego chaosu kompetencyjnego i informacyjnego jest kompletny brak zaufania społeczeństwa do władz i ich zarządzeń.
Jeśli wierzyć wpisowi na jej własnym Twitterze, wyzdrowiała też wiceprezydentka Masume Ebtekar. Walkę z wirusem wygrał tym samym jeden z żywych symboli rewolucji, której 40. rocznicę świętowano w Teheranie zaledwie kilka miesięcy temu. Ebtekar była wśród studentów, którzy w listopadzie 1979 r. wtargnęli do amerykańskiej ambasady i wzięli jej personel jako zakładników, zdeterminowani powstrzymać imperium przed wtrącaniem się w sprawy Iranu. Ona właśnie, wykształcona w Stanach Zjednoczonych, podawała z ambasady anglojęzyczne komunikaty dla mediów.
Dziś znowu Irańczycy zwracają się do Waszyngtonu z apelami i oskarżeniami, alarmując, że to za sprawą USA ich kraj musi szykować się na drastyczny scenariusz rozwoju epidemii. Irański minister spraw zagranicznych Mohammed Dżawad Zarif wzywa do zdjęcia sankcji, gdy trwa walka z chorobą i śmiercią, i nie przebiera w słowach: – Donald Trump złośliwie zacieśnia amerykańskie nielegalne sankcje w celu wydrenowania Iranu z zasobów niezbędnych do walki z COVID19. Świat nie może pozostać obojętnym, gdy USA dodają do terroryzmu ekonomicznego terroryzm medyczny – napisał na Twitterze. W kolejnym wpisie dodawał: oni dosłownie zabijają niewinnych ludzi!
Nie żaden ekstremista, a
Jeffrey Sachs
18 marca wezwał Waszyngton, by natychmiast uchylił sankcje nałożone na Iran (ale też Wenezuelę czy Kubę), gdyż w obecnej sytuacji są one niczym innym, jak rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i wywoływaniem powszechnego cierpienia. W obliczu epidemii sankcje są, pisze dalej Sachs, nielegalne i niemoralne. – Nie ma wątpliwości, że zdolność Iranu do odpowiedzi na nowy szczep koronawirusa została nadwątlona przez sankcje ekonomiczne nałożone przez administrację Trumpa, a liczba ofiar będzie zapewne znacznie wyższa, niż gdyby sankcji nie było – to z kolei Mark Weisbrot, wicedyrektor socjaldemokratycznego think-tanku Center for Economic and Policy Research. Apel szefa irańskiej dyplomacji oficjalnie popiera ONZ, a według „The Guardian” nawet rząd Wielkiej Brytanii nieoficjalnymi kanałami starał się przekonać Biały Dom do tego, że walka z wirusem to wspólna sprawa, ważniejsza od sankcji, które można na chwilę „rozluźnić”.
Tyle, że administracja Trumpa ma wobec Iranu własne plany: w mijającym tygodniu 12 kolejnych przedsiębiorstw (z Chin, Tajwanu, RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich) zostało objętych sankcjami za robienie biznesu z irańskimi firmami z sektora petrochemicznego. – Polityka maksymalnego nacisku na reżim jest kontynuowana – oznajmił dziennikarzom Brian Hook, amerykański Specjalny Przedstawiciel ds. Iranu. Nic nie zmienia się od grudnia 2019 r., gdy Departament Stanu zapowiedział dalsze zaostrzanie kursu wobec znienawidzonej republiki na Środkowym Wschodzie, a na spotkaniu z prasą 30 grudnia jeden z amerykańskich urzędników z satysfakcją mówił o pogrążaniu się Iranu w recesji i dyplomatycznej izolacji. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś zbędne humanistyczne wątpliwości, Sekretarz Stanu Mike Pompeo i sam Trump rozwiali je podczas konferencji prasowej 20 marca. – Irańscy przywódcy znają odpowiedź na pana pytanie – rzucił prezydent dziennikarzowi, który poruszył kwestię możliwego cofnięcia sankcji. Krótko potem Trump złożył Irańczykom… życzenia z okazji przypadającego właśnie perskiego Nowego Roku, Nouruz. To „bezmyślne podżeganie” – ocenia na łamach „The Guardian” Simon Tisdall. Zaś Mehdi Hasan w The Intercept zastanawia się, czy amerykańskim rządem kierują socjopaci, którym w bezduszności udało się przebić nawet administrację George’a W. Busha: ona wszak w 2003 r. zgodziła się na czasowe ograniczenie sankcji i przysłanie pomocy medycznej, gdy trzęsienie ziemi zabiło 26 tys. ludzi w południowo-wschodnim Iranie. Teraz USA teoretycznie złożyły Iranowi ofertę pomocy humanitarnej (szczegółów nie ujawniono), ale bez cofania sankcji.
Mike Pompeo
sugerował podczas konferencji, że Iran cierpi na własne życzenie, bo przecież sankcje nie obejmują pomocy humanitarnej czy zakupu leków. Tak samo to wiarygodne, jak jego twierdzenia, że Teheran jest jedynym źródłem przemocy i agresywnym państwem na Bliskim Wschodzie. Raport Human Rights Watch z października 2019 r. dowodzi, że prawda jest o wiele okrutniejsza: „szeroko zakrojone restrykcje dotyczące transakcji finansowych, połączone z agresywną retoryką amerykańskich urzędników, dramatycznie ograniczyły zdolności irańskich podmiotów do finansowania importu na cele humanitarne, w tym importu podstawowych leków i sprzętu medycznego. Chociaż rząd USA uwzględnił wyjątki dotyczące takiego importu w systemie sankcji, HRW przekonało się, że te wyjątki nie zdołały przekonać amerykańskich i europejskich firm oraz banków do przełamania obaw przed sankcjami. Nie decydowały się one eksportować czy finansować dóbr humanitarnych objętych wyjątkami. W efekcie Irańczykom odmówiono dostępu do podstawowych leków, ograniczono ich prawo do zdrowia”. Krótko mówiąc: banki wolą blokować wszelkie transakcje z irańskimi podmiotami, a europejscy producenci leków i wyborów medycznych rezygnować ze sprzedaży. Wolą wykazywać się nadgorliwością i mieć pewność, że nie dotkną ich karne sankcje, zamiast zastanawiać się, czy w konkretnym przypadku spełnione byłyby kryteria transakcji humanitarnej. Z podobnych powodów, twierdzi Teheran, utrudnione jest też działanie tzw. Kanał Szwajcarskigo (Swiss Humanitarian Trade Arrangement), uruchomionego w końcu lutego mechanizmu umożliwiającego import leków i towarów humanitarnych do Iranu. Przez sankcje i niechęć banków do współpracy, twierdzi Teheran, nie sposób przekierować na kanał funduszy, które Iran miał zdeponowane za granicą.
Jesienią 2019 r. obrońcy praw człowieka alarmowali, że Iranowi z powodu sankcji brakuje już najważniejszych leków na padaczkę, białaczkę, preparatów używanych w chemioterapii czy specjalistycznych bandaży, bez których nie mogą funkcjonować chorzy na pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB). W opisanym przez HRW przypadku produkująca opatrunki firma z Europy odmówiła ich sprzedaży, gdyż bała się sankcji. Teraz Iranowi brakuje testów na koronawirusa; część jego ofiar widnieje w statystykach jako zmarli na zaburzenia oddychania i inne choroby, bo nie było nawet możliwości przebadania ich pod kątem epidemii. Na początku marca zaczynało brakować masek i strojów ochronnych, lekarze wyrażali obawy o dostępność środków odkażających i wzmacniających odporność preparatów witaminowych. Przed epidemią Iran był w stanie je wytwarzać na określoną skalę, teraz musiałby w krótkim czasie zaimportować dużą ilość tak gotowych produktów, jak i substratów niezbędnych do produkcji środków odkażających. Sankcje taką operację poważnie komplikują.
Prezydent Hasan Rouhani,
który walczy o zachowanie własnej pozycji w obliczu ofensywy konserwatystów, zwrócił się z apelem do amerykańskiego społeczeństwa, by zażądało od swoich przywódców wykazania się humanistyczną postawą, ale sam raczej nie wierzy w powodzenie listu. Jeszcze przed jego publikacją rząd Iranu po raz pierwszy od 60 lat zwrócił się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kredyt o wartości 5 mld dolarów miałby zostać udzielony w ramach specjalnej kwoty wsparcia walki z pandemią w krajach o niskim dochodzie. Tyle, że również tutaj głos decydujący będą mieć Amerykanie, których przedstawiciel może zawetować każdą decyzję o pożyczce wydaną przez IMF. Nawet gdyby jakimś cudem nie zawetował, pozostaje jeszcze kwestia technicznego transferu pożyczki: jak go przeprowadzić, gdy żaden bank nie chce narazić się na kary za transakcje z irańskim Bankiem Centralnym?
Nouruz jest tradycyjnie okazją do spotkań w gronie przyjaciół, urlopów, odwiedzin u rodziny. Tegoroczny nie był inny: ostrzeżenia o zagrożeniach związanych z nieizolowaniem się zostały zignorowane. Według policyjnych danych na irańskie drogi wyjechało 1,2 mln samochodów, niewiele mniejszą niż w ubiegłym roku popularnością cieszyły się wyjazdy nad Morze Kaspijskie. I właśnie pod koniec weekendu, gdy zaczyna się wiosna, władze prowincji Teheran ogłosiły, że wszystkie stołeczne przedsiębiorstwa, oprócz supermarketów i aptek, mają zostać zamknięte do 3 kwietnia. Irańczycy nie zrezygnowali ze święta, bo ci zamożniejsi i tak od dawna dysponują środkami do ochrony siebie i najbliższych, ubożsi najwyraźniej uznali, że nie mają nic do stracenia. Ludzie z klasy pracującej, których jeszcze nie dotknęło bezrobocie, i tak musieli normalnie wykonywać swoje obowiązki. Prywatni pracodawcy nie zamykali biznesów, wiedząc, że duszony sankcjami kraj nie wprowadzi żadnej „tarczy antykryzysowej”, nie weźmie na siebie wynagrodzeń pracowników, nie zawiesi spłacania kredytów czy płacenia rachunków. Tego, co zrobi z gospodarką ograniczenie działalności gospodarczej w stolicy, a w dalszej perspektywie również poza nią, nikt nawet nie podejmuje się głośno prognozować.
Krach irańskiej gospodarki, który wywoła potężny społeczny gniew i zmiecie rząd to marzenie amerykańskiej administracji. Z publikacji niezwykle aktywnego w mediach ministra spraw zagranicznych Mohammeda Dżawada Zarifa przebija świadomość tego faktu i chęć uprzedzenia kompletnego chaosu. W przesłaniu na Nouruz, w którym ponownie wybrzmiały gorzkie słowa pod adresem Waszyngtonu, dyplomata zawarł zaskakująco trzeźwą ocenę systemu, którego jest częścią i twarzą. – Walka z koronawirusem przekonała nas, że musimy odnowić nasze metody rządzenia – napisał. Zasugerował, iż potrzeba mniej kontrolowania wszystkiego i wszystkich, za to więcej organizacji pozarządowych, sprzyjania oddolnej aktywności obywateli. To ostatnie już się dzieje: w Ghom powstały oddolne grupy wolontariuszy i wolontariuszek wspierające osoby starsze i uboższe, biorące na siebie sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni publicznej, upowszechnianie zasad higieny. Zagraniczne media pokazują takie sceny solidarności nieporównywalnie rzadziej, niż fanatyków szturmujących zamknięte meczety czy kolejne na poły obłąkańcze tyrady Najwyższego Przywódcy. Łatwiej podtrzymywać stereotypy o zacofaniu, niż pokazać tych Irańczyków, zwykłych ludzi, którzy – po raz kolejny na przestrzeni ostatnich dekad – nie chcą poddać się przeciwnościom nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

A przed przyznaniem się…

Zdaniem Iranu – nim państwo to przyznało się do „omyłkowego zestrzelenia” – „plotki o zestrzeleniu Boeinga nie miały sensu” i były owocem „niezdrowej reżyserii”.

Reżimom mówienie prawdy przychodzi z trudem. Dokładnie według tego scenariusza zareagował Iran.
Niemal w chwilę po znalezieniu szczątków samolotu pojawiły się wszak informacje o „technicznej przyczynie katastrofy”.
Potem było jeszcze ciekawiej. Twierdzono, że amerykański producent, znany na świecie ze swego brakoróbstwa (ostatnia afera jest związana z Boeingami 737 MAX uziemionymi od 10 miesięcy), jest szczególnie chroniony przez władze amerykańskie w związku z przegrywaniem konkurencji z europejskim Airbusem – stąd prawdopodobnie pochodzą „podejrzenia” amerykańskich mediów. Ponadto niektórzy politycy wykorzystują śmierć ofiar do propagandowego napiętnowania Iranu, który opiera się „maksymalnemu naciskowi” imperium amerykańskiego.
Dla propagandystów szyickich, atak na Iran – oczywiście – propagandowy, wyszedł z „anonimowych źródeł wywiadowczych” w USA, powtórzonych stadnie przez amerykańskie media – CNN, CBS i Newsweek – a potem przez prezydenta Trumpa i jego zwyczajowy chórek polityczny (premierów Kanady i Wielkiej Brytanii Trudeau i Johnsona). Według nich wszystkich, ukraiński Boeing 737 „mógł zostać zestrzelony” przez irańską rakietę defensywną ziemia-powietrze zaraz po starcie z teherańskiego lotniska.
Przez ponad 2 dni Irańczycy i świat byli karmieni taką zbitką, zasłaniającą najzwyklejszy, acz traficzny ludzki błąd.