Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

A przed przyznaniem się…

Zdaniem Iranu – nim państwo to przyznało się do „omyłkowego zestrzelenia” – „plotki o zestrzeleniu Boeinga nie miały sensu” i były owocem „niezdrowej reżyserii”.

Reżimom mówienie prawdy przychodzi z trudem. Dokładnie według tego scenariusza zareagował Iran.
Niemal w chwilę po znalezieniu szczątków samolotu pojawiły się wszak informacje o „technicznej przyczynie katastrofy”.
Potem było jeszcze ciekawiej. Twierdzono, że amerykański producent, znany na świecie ze swego brakoróbstwa (ostatnia afera jest związana z Boeingami 737 MAX uziemionymi od 10 miesięcy), jest szczególnie chroniony przez władze amerykańskie w związku z przegrywaniem konkurencji z europejskim Airbusem – stąd prawdopodobnie pochodzą „podejrzenia” amerykańskich mediów. Ponadto niektórzy politycy wykorzystują śmierć ofiar do propagandowego napiętnowania Iranu, który opiera się „maksymalnemu naciskowi” imperium amerykańskiego.
Dla propagandystów szyickich, atak na Iran – oczywiście – propagandowy, wyszedł z „anonimowych źródeł wywiadowczych” w USA, powtórzonych stadnie przez amerykańskie media – CNN, CBS i Newsweek – a potem przez prezydenta Trumpa i jego zwyczajowy chórek polityczny (premierów Kanady i Wielkiej Brytanii Trudeau i Johnsona). Według nich wszystkich, ukraiński Boeing 737 „mógł zostać zestrzelony” przez irańską rakietę defensywną ziemia-powietrze zaraz po starcie z teherańskiego lotniska.
Przez ponad 2 dni Irańczycy i świat byli karmieni taką zbitką, zasłaniającą najzwyklejszy, acz traficzny ludzki błąd.

Iran się przyznał

Irańczycy przyznali się, że to oni zestrzelili ukraińskiego Boeinga 737-800. Dodają jednak: ta tragedia nie zdarzyłaby się, gdyby nie amerykańskie awanturnictwo w regionie.

Oświadczenie irańskiego prezydenta Hassana Rouhaniego o tym, że to irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ukraiński samolot z jednej strony przecina spekulacje dotyczące prawdziwych intencji i sprawców zestrzelenia (przewodniczący ukraińskiej Rady Obrony zasugerował wprost, że to Rosjanie stoją za tragedią), z drugiej zaś, może wcale nie uspokoić tych, którzy za wszelką cenę chcą oskarżyć i, co ważniejsze, ukarać Iran.
Rouhani powiedział, że strącenie samolotu było wynikiem „błędu ludzkiego”. Stwierdził, że „głęboko żałuje” tego, co się stało oraz wyraził współczucie rodzinom zabitych. Dodał, że tragedia była związana z istotnym zagrożeniem ze strony USA, w związku z czym siły zbrojne Iranu zostały postawione w stan pełnej gotowości bojowej. Samolot, jak poinformował sztab generalny Iranu, został omyłkowo wzięty za „samolot nieprzyjaciela” i zestrzelony.
Prezydent Iranu przedsięwziął wszelkie niezbędne działania w celu wypłaty finansowych rekompensat rodzinom zabitych. Zapowiedział też, że prowadzone śledztwo będzie miało na celu ujawnienie winnych strasznej katastrofy.
„To straszny dzień”, napisał w na Twitterze minister praw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif, „wstępne ustalenia wewnętrznego śledztwa sił zbrojnych: to ludzki błąd, popełniony w czasie kryzysu, wywołanym awanturnictwem USA, doprowadził do katastrofy”.
Dowódca sil powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hadżizade wyjaśniał w telewizji irańskiej, że operator pocisku miał 10 sekund na podjęcie decyzji i otworzył ogień, nie konsultując tego z nikim. Amir Ali Hadżizade powiedział też, że „że chciałby umrzeć i nie być świadkiem takiego wypadku”. Komentując oświadczenie irańskiego prezydenta Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy.
„Dzisiejszy poranek przynosi prawdę. Ukraina nalega na pełne przyznanie się do winy. Oczekujemy, że Iran pociągnie winnych do odpowiedzialności, zwróci ciała, zapłaci odszkodowanie i wyda oficjalne przeprosiny. Dochodzenie musi być otwarte i kontynuowane bez opóźnień i przeszkód” – napisał Zełenski.
Czy przyznanie się władz irańskich do zestrzelenia samolotu i wzięcie na siebie całej winy przyczyni się do uspokojenia napięcia w regionie? Tego na razie nie wiadomo.
W 1988 roku stacjonujący na wodach cieśniny Ormuz, krążownik USS Vincennes wystrzelił rakietę w kierunku AirbusaA300B2, należącego do linii Iran Air. Samolot eksplodował. Zginęło 290 osób. W przeciwieństwie do Teheranu, Waszyngton miał problem z jednoznacznym przyznaniem się do winy. Marynarka poinformowała, że załoga okrętu zidentyfikowała maszynę jako wojskowy F-14 Tomcat oraz, że był to efekt „stresu wojennego”. Dowódca krążownika William C. Rogers przekonywał, że uznał start samolotu jako zagrożenie dla jego jednostki. Strona irańska potępiła zdarzenie jako akt terroru, zauważając, samolot oddalał się okrętu, a więc nie było podstaw by diagnozować ofensywne zamiary, oraz, że nawet jeśli Amerykanie uznali maszynę za myśliwiec, to nie mieli prawa kierować w jej stronę pocisków, bo znajdowała się w irańskiej przestrzeni powietrznej.

To nieprawda, że naszym żołnierzom nic nie grozi

– Donald Trump najprawdopodobniej zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja, czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna – mówi amb. Ryszard Schnepf w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Długo kazał Donald Trump czekać na swoją wypowiedź. Amerykański prezydent wyjątkowo koncyliacyjne, jak na siebie, nie zapowiedział dalszej eskalacji zbrojnej. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD SCHNEPF: Rzeczywiście podejrzewam, że trwały ustalenia, jaki ton nadać wypowiedzi amerykańskiego prezydenta. Ta sytuacja przypomina mi trochę – proszę wybaczyć porównanie – sytuację ciężko chorego człowieka, który ma ponad 40 stopni gorączki. Wówczas przykłada mu się do czoła zimny kompres, gorączka spada, chory czuje się lepiej, ale choroba nie jest zlikwidowana i dalej drąży jego ciało. To dość swobodny opis sytuacji, w której się znajdujemy.
Donald Trump prawdopodobnie zdał sobie sprawę, że poszedł za daleko i eskalacja czy twarda odpowiedź Iranowi byłaby niebezpieczna, zarówno ze względu za potencjalne ofiary, jak i jego przyszłość wyborczą.
Należy pamiętać, że Amerykanie, szczególnie średniego pokolenia, wciąż mają w pamięci wcześniejsze zaangażowania amerykańskie i dramaty, jakie się w związku z tym rozgrywały, jak chociażby wojnę wietnamską. Mam wrażenie, że powstała refleksja, że trzeba przyjąć jednak dość umiarkowaną odpowiedź Iranu za dobrą monetę i powiedzieć, że nic się nie stało, aczkolwiek ta wypowiedź była niekonsekwentna. Trump zapowiedział kolejne sankcje, chcąc ukarać, trudno powiedzieć już za co, Iran. Wydaje się, że atak irańskich rakiet był bardzo dokładnie kalibrowany, w taki sposób, aby przede wszystkim nie dotknąć opinii międzynarodowej. Trzeba pamiętać, że tam są rozlokowane, co prawda nieduże, ale jednak oddziały innych krajów. Ofiary wśród francuskich, niemieckich czy polskich obywateli doprowadziłyby do ogólnego potępienia Iranu. Wydaje się, że Iran przyjął wygodną dla siebie narrację ofiary, że to USA są agresorem i sprawcą całego wydarzenia.

Pojawiają się komentarze, że ten konflikt opłaca się obu stronom. Trump oddalił zainteresowanie procedurą impeachmentu, reżim w Iranie także nie jest w najlepszej formie, a wiadomo, że nic tak nie konsoliduje wokół przywódcy jak konflikt.

Tak, ale w tym przypadku stawka jest bardzo wysoka. Pamiętajmy, że są w tę sytuację zaangażowane kraje, które z całą pewnością są w posiadaniu broni atomowej. Jedna nieopatrznie wystrzelona rakieta może wywołać reakcje nieobliczalną. To wszystko zależy od tego, na ile kontroluje się swoje odruchy, a wygląda na to, że niektórzy politycy mają z tym problem. Słyszałem opinię, że na Bliskim Wschodzie panowała jednak zasada nieeliminowania głównych aktorów, bo byli przewidywalni i znani drugiej stronie. Ta zasada została zabiciem Sulejmaniego złamana.
To nie jest na rękę także Izraelowi, który musi teraz bardzo uważać na to, co stanie się dalej. Z kolei wezwanie skierowane do krajów, które są sygnatariuszami porozumienia nuklearnego z Iranem, tworzą nową sytuację, że to Stany Zjednoczone potrzebują wsparcia, aby wyjść z tej sytuacji. To oznacza, że powstaje sytuacja, w której można czegoś żądać od USA, a to nie jest dobre dla negocjacji z Chinami i relacji z Rosją. Powinno budzić też nasze zaniepokojenie, mimo że wezwanie do jedności NATO jest również gestem skierowanym do Polski, to jednak jest to wtórna sprawa.To główne wielkie mocarstwa decydują o tym, co będzie się dalej działo na bliskowschodnim froncie.

Przywódca Iranu ajatollah Chamenei mówił o „małym złym europejskim kraju”. Niektórzy spekulują, że może chodzić o Polskę. Jak pan uważa?

Oczywiście nie wiem, czy nasz kraj miał na myśli, chociaż wiele wskazuje na to, że mógł. Możemy podejrzewać, że miał na myśli konferencję bliskowschodnią, która miała miejsce w Warszawie. Moja opinia w tej sprawie nie zmieniła się, myślę, że przyszłość, rozwiązanie dla Bliskiego Wschodu może mieć miejsce tylko z udziałem Iranu. Nie da się zrobić konferencji, która miałaby coś wnieść do tego niezwykle skomplikowanego regionu, gdzie rolę odgrywają względy polityczne, gospodarcze, militarne i także religijne, z pominięciem takich krajów jak Iran. Tak chybiony pomysł, w który daliśmy się uwikłać, prowadzić może do niemiłych konsekwencji. Sam fakt, że ktoś może nam to pamięta, budzi niepokój.

Jak ocenia pan działania polskich władz? Opozycja apeluje o zwołanie RBN, prezydent na razie spotyka się tylko z przedstawicielami rządu.

Prezydent spotyka się dość często z ministrami i przedstawicielami rządu swojej własnej partii, w związku z tym to spotkanie nie wniosło nic nowego. Dodatkowo spowodowało takie samozadowolenie czy wręcz uśpienie, które jest chyba zbyt pochopne. Zwołanie RBN to minimum, które należało zrobić, a i też nie rozwiązałoby wszelkich problemów, ale dałoby chociaż podstawę do twierdzenia, że w tej materii mówimy jednym głosem.To kwestia dotycząca bezpieczeństwa całego narodu, a nie tylko wyborców jednej partii. Takie zachowanie jest lekceważące dla sytuacji, w której się znajdujemy.
Jestem zaskoczony słowami, że naszym żołnierzom nic nie grozi, bo to jest zwyczajnie nieprawda. Oczywiście, że im grozi, bo to nie jest koniec konfliktu, to jest kwestia, co należy zrobić, jakie decyzje podjąć, aby zapewnić polskim żołnierzom bezpieczeństwo, także decyzje polityczne. Tego nie było i to bardzo rozczarowujące, a wręcz niepoważne.

Polska jest chyba jedynym krajem, któremu udało się jednocześnie skonfliktować z Iranem i Izraelem.

To rzeczywiście sytuacja paradoksalna. Historia udziału prezydenta w obchodach rocznicy wyzwolenia Auschwitz jest jakimś dyplomatycznym blamażem. Nie znam szczegółów negocjacji czy rozmów, bo trudno to nazwać negocjacjami, ale w przyjaznych warunkach naprawdę można wszystko ustalić. Można uzgodnić także wystąpienie własnego prezydenta na konferencji, w której głos prezydenta Polski powinien zabrzmieć – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie ma co się obrażać, tylko trzeba pokazać skuteczność tam, gdzie jest potrzebna. Tyle razy mówiliśmy, że mamy takie możliwości, profesjonalną kadrę, świetną ambasadę, ale kiedy przychodzi do rozwiązywania sytuacji trudnych, okazuje się, że to nie działa. Następnym razem chętnie podpowiem, co trzeba zrobić.

Niemcy wycofują wojsko z Iraku

Niemców w Iraku jest trzy razy mniej niż Polaków, lecz Bundeswehr ogłosiła dziś rano, że żołnierze niemieccy, którzy szkolili armię iracką, zgodnie z decyzją irackiego parlamentu wrócą do domu.

Część z nich zostanie przeniesiona do krajów sąsiednich – Jordanii i Kuwejtu. Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas oświadczył, że „żaden kraj-członek koalicji anty-dżihadystowskiej nie chce zostać w Iraku, skoro nie jest pożądany”.
Maas się pomylił. Wczoraj dowództwo naczelne armii amerykańskiej wysłało co prawda list do władz irackich deklarujący wycofanie US Army z tego kraju, lecz sekretarz obrony Mark Esper wyjaśnił, że była to „pomyłka” i że wojsko pozostanie na miejscu, dopóki Irakijczycy nie zapłacą za amerykański napad na ich kraj w 2003 r. i nie zwrócą pieniędzy wydanych na późniejszą okupację. Zmieni się po prostu status prawny amerykańskiej armii w Iraku: na powrót będą to wojska okupacyjne. Naturalnie polscy żołnierze w Iraku pozostaną w służbie USA, wbrew woli Irakijczyków.
Oficjalnie w Iraku przebywa ok. 5,2 tys. amerykańskich żołnierzy w bazach lotniczych i lądowych. W ubiegłym tygodniu dołączyło do nich kilkuset komandosów, którzy mają wzmocnić ochronę największej ambasady USA na świecie – w Bagdadzie. Do tego prezydent Trump wysłał do Kuwejtu i Arabii Saudyjskiej ok. 3,5 tys. dodatkowych żołnierzy. Wczoraj w amerykańskiej bazie lotniczej Diego Garcia na Oceanie Indyjskim wylądowały bombowce B-52 z bronią jądrową na pokładzie. Baza znajduje się poza zasięgiem irańskich rakiet balistycznych.
Parlament irański poprawił tymczasem swą niedawną ustawę o zaklasyfikowaniu sił USA w Azji środkowej i na Bliskim Wschodzie jako „terrorystycznych”. Odtąd ta klasyfikacja obejmie całą armię amerykańską , łącznie z Pentagonem. Iran traktuje odtąd „reżim amerykański jako państwo wspierające terroryzm międzynarodowy”. W czasie pogrzebu zabitego w bagdadzkim zamachu gen. Solejemaniego dowódca Korpusu Strażników Rewolucji gen. Hossein Salami ostrzegł Amerykanów, że jeśli jeszcze raz uderzą „spalimy to, co tak uwielbiają”, nie precyzując jednak co miał na myśli.

Konwulsje imperium

Zamordowanie gen. Ghasema Solejmaniego to bardzo zła wiadomość na początek 2020 roku.

Dowódca jednostki specjalnej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej był legendą na całym Bliskim Wschodzie. Tworzone przez niego szyickie formacje walnie przyczyniły się do odwrócenia losów syryjskiej wojny na korzyść al-Asada i zatrzymania marszu Państwa Islamskiego w Iraku.
Zdawałoby się, bohater wojny z terroryzmem, którą USA ciągle mają na sztandarach. Donaldowi Trumpowi bliższe jest jednak dalsze podkladanie ognia pod Bliski Wschód, także w ramach wewnątrzamerykańskich rozgrywek. Skoro dławienie Iranu sankcjami nie dawało efektu, poszedł krok dalej.
Chciałoby się zwrócić uwagę na dwa aspekty, poza tymi oczywistymi, jak podwyżka cen ropy naftowej, która po wiadomości o ataku amerykańskich rakiet na bagdadzkie lotnisko obiegającej świat, idzie w górę, czy osłabieniu się dolara przy jednoczesnym wzroście ceny złota.
Czy wzrost napięcia w regionie, który i tak był jak beczka prochu. Paradoksalnie, największe ostatnio w nim wybuchy gniewu społecznego – w tych państwach, gdzie nie toczy się wojna – miały charakter klasowy, były wystąpieniami zdesperowanych bezrobotnych i biednych pracowników, a nie konfliktami etnicznymi. I ze względu na ten klasowy charakter mocno niepokoiły i polityków proamerykańskich, i Islamska Republikę Iranu, której interesy wyrażał w Iraku Solejmani (i która też niedawno takie wystąpienia u siebie tłumiła).
Jego śmierć to sygnał dla innych krajów, że można swych politycznych przeciwników zabijać choćby nawet na terytorium obcego państwa. Pod warunkiem, że reprezentuje się właściwy imperializm. Szum medialny i gromy napomnień w przypadku takich działań Rosji były zawsze ogromne ze strony Zachodu (vide Litwinienko, sprawa Skripala, a ostatnio Zelimchan Changoszwili). Ale już mniej krzyku było, gdy agenci Muhammada ibn Salmana „pokroili” w konsulacie saudyjskim w Stambule Dżamala Chaszukdżdżiego.
Jak ostro teraz zareagują politycy z Brukseli, tak czuli na przestrzeganie praw człowieka i mieszanie się w wewnętrzne sprawy innych państw? Czy ponownie pokażą się one tylko retoryczną maczugą do okładania przeciwników? Wszak Solejmani nie jest wyjątkiem. Amerykanie od wielu lat za pomocą dronów zabijają na całym świecie tych, kogo uważają za zagrożenie dla swoich interesów. Tak było na masową skalę i za Baracka Obamy, laureata pokojowej Nagrody Nobla.
A i przed epoką dronów mieli swoje metody. I jeśli teraz część lewicy zarzeka się, że nie ma czego przeżywać, bo jeden zbrodniarz zabił drugiego w ramach walki o wpływy, to niech ma na uwadze: tak samo byłoby (będzie?) i z autentycznymi ludowymi przywódcami na Bliskim Wschodzie, gdyby tacy się w toku protestów wyłonili i też zagrozili interesom imperium. No, chyba że imperium wcześniej umiejętnie zagra kartą islamskiego fundamentalizmu, by protesty rozmyły się zawczasu.
Na razie gra toczy się też o reelekcję Trumpa. I już słychać wypowiedzi licznych amerykańskich polityków – nie tytko z Partii Republikańskiej – i komentatorów, iż Ameryka jest w stanie wojny i trzeba się mobilizować wokół Prezydenta, który podjął słuszną decyzję. Podobieństwo do jedności narodu w przeddzień ataku na Afganistan czy Iraku nasuwa się samo. Głosy krytyki czy przestrogi – jak zawsze w takich wypadkach – będą piętnowane jako brak patriotyzmu, agenturę wrogą Ameryce itd.
Co do głosów polskich komentatorów w sprawie amerykańskiego ataku nie warto mówić wiele. Choć może warto wyróżnić przedstawiciela Lewicy posła Macieja Gdulę, który na Facebooku trafnie ocenił znaczenie tego zabójstwa i stwierdził, że gdyby na Bliskim Wschodzie zaczęła się nowa wojna, to Polska nie powinna brać w niej udziału. Ale znając serwilizm naszej elity wobec wszystkiego, co amerykańskie, ten głos rozsądku może zostać zignorowany.
Tak, jak mocarstwa nie wezmą pod uwagę głosu zrozpaczonych Irakijczykow, którzy na dzisiejszych protestach krzyczeli pod adresem Waszyngtonu i Teheranu: idźcie gdzie indziej ze swoją wojną! Chociaż wiedzieli dobrze, że konfrontacji mogą spodziewać się w perspektywie godzin. Imperia nie słuchają apeli zwykłych ludzi, nawet gdy to imperia słabnące. Albo padające w wyjątkowo paskudny sposób.

Co po zamachu na gen. Solejmaniego?

Chusty, koszule, szaliki leciały w stronę platformy z trumnami zabitych w piątkowym amerykańskim zamachu bombowym, którego głównym celem był charyzmatyczny irański gen. Kasem Solejmani. Ta scena powtarzała się podczas uroczystości pogrzebowych w Iraku i w samym Iranie. W obu krajach zawieszonych dziś między płaczem a gniewem, jak na całym nieszczęsnym Bliskim Wschodzie, śmierć generała wywołała wstrząs, którego fala obiegła całą planetę pod postacią panicznych obaw przed „trzecią wojną światową”.

Gazeta.pl informowała swoich czytelników, że w uroczystościach w Teheranie wzięły udział „tysiące” osób. Dwa-trzy tysiące? Nie, to były dwa-trzy miliony, jak w Awhazie, Meszhedzie i innych miastach żegnających zabitych w bagdadzkim zamachu. Żałobnicy zjeżdżali się z regionów tych metropolii, jakby cały kraj chciał wziąć udział w pogrzebie. Tysiące rzucanych chust i koszul, jeśli dotarły do mężczyzn na platformie, wracały odrzucone w tłum po otarciu ich o trumnę generała, by stać się znakiem jedności, rodzajem relikwii po „męczenniku”, które mają wzmocnić pogrążonych w żałobie.
Jeśli porównać irański status społeczny gen. Solejmaniego do polskiej historii, byłby on skrzyżowaniem Kościuszki i Lelewela, z dodatkiem Piłsudskiego. Byłby uosobieniem hasła „za wolność naszą i waszą” skierowanym przeciw mocarstwom, które chcą kontrolować nie tylko Iran, ale i cały roponośny region. Rytualne slogany przeciw imperium amerykańskiemu i jego regionalnym sojusznikom – izraelskiemu reżimowi apartheidu i saudyjskiej tyranii – wykrzykiwane na pogrzebie, zostały w różnych formach powtórzone w Jemenie, Libanie, Palestynie, Syrii i Iraku, lecz rozkazodawca zamachu Donald Trump musi czuć się pewnie: chodzi wszak o kraje skutecznie przetrącone kolonialnymi wojnami i okupacjami, które przyszły z Zachodu.

Śmierć na zamówienie

Gen. Solejmani znalazł się na celowniku Izraelczyków w 2006 r., zaraz po kolejnej, zbrojnej napaści państwa żydowskiego na Liban. W regionie nazywają te wydarzenia „wojną 33-dniową”: Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć prawie całą libańską infrastrukturę cywilną, jako tako odbudowaną po poprzednich wojnach, ale pierwszy raz zostali wypchnięci z kraju przez zjednoczone siły Hezbollahu (Partii Boga) i libańskiego wojska. Solejmani był już wtedy od sześciu lat szefem operacji zagranicznych Korpusu Strażników Rewolucji: to on nauczył wtedy Libańczyków, jak powstrzymać armię izraelską i odtąd datuje się jego renoma „geniusza wojskowego”, szczególnie speca od tzw. działań asymetrycznych, na które skazane są słabsze strony konfliktu.
Izraelczycy starali się więc go zabić, ale słynna skuteczność Mosadu doznała pewnej kompromitacji – nic z tego nie wychodziło. W końcu dwa lata temu zwrócili się do Amerykanów, by zrobili to swoimi środkami, lecz Trump wtedy odmówił zadowalając się pochwaleniem izraelskich zamiarów. Według Times of Israel, ostatnia izraelska próba miała miejsce trzy miesiące temu, kiedy agenci podłożyli pół tony trotylu pod podłogę miejsca, gdzie generał miał się pojawić, lecz się nie pojawił. Wysiłki izraelskiej skrajnej prawicy i amerykańskich neokonserwatystów, by Stany Zjednoczone zaryzykowały otwartą napaść na Iran musiały poczekać na odpowiedni kontekst natury wyborczej.

Kłopoty bliźniaków

To, co najbardziej zdziwiło bliskowschodnich komentatorów, to fakt, że Amerykanie przyznali się do zamachu. Mogli działać „po izraelsku”, dyskretnie, czyli udawać, że to nie oni, co nie dałoby natychmiastowego pretekstu władzom irańskim do otwartego organizowania odwetu. Teoria iracko-irańska jakoby Trump wziął po prostu na siebie działanie izraelskie ma pewne podstawy, ale właściwie nie ma znaczenia. Obaj przywódcy – Netanjahu i Trump – są w podobnej sytuacji: mają na karku procesy w swoich krajach (karne w Izraelu, destytucja w Stanach) i widmo wyborów przed sobą. Są politycznymi bliźniakami: należą do skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, dla której ewentualna wojna stanowi „pewną” szansę na przedłużenie władzy.
Ale nie da się zredukować czynu Trumpa/Netanjahu do chęci przykrycia swoich kłopotów w Kongresie czy Knesecie. Trump od początku kadencji deklarował, że nie chce wojny z Iranem (wbrew Netanjahu), gdyż uznawał, że może być wyborczo niebezpieczna, a jednocześnie robił wszystko, by doprowadzić na jej skraj, na wypadek, gdyby okazała się jednak użyteczna (w zgodzie z Netanjahu). Dlatego uległ izraelskim naciskom na wycofanie się z układu atomowego z Iranem, nałożył sankcje i wprowadził „politykę maksymalnego nacisku”. Zamach na Solejmaniego to przyznanie, że ta polityka poniosła porażkę, że prowokacja do ewentualnej wojny potrzebuje czegoś mocniejszego.

Drugie przyjście Jezusa

Sytuacja polityczna Trumpa w Stanach jest mocniejsza od politycznego losu Netanjahu w Izraelu. Zebrał już tyle pieniędzy na kampanię, że wszyscy Demokraci mogą się już schować i pozostała mu tylko dbałość o los Izraela, bo to zapewni mu głosy dziesiątek milionów wyznawców syjonizmu chrześcijańskiego. Od ponad 70 lat wierzą oni, że popieranie Izraela przyśpieszy – poprzez „wielką wojnę Armageddon” – koniec obecnego świata i paruzję Jezusa Chrystusa. Ten super-twardy elektorat jest ważniejszy nawet od lokalnego lobby proizraelskiego, które zaczyna się mocno wahać, jeśli chodzi o los samego Netanjahu. Jednak polityczna alternatywa izraelska, tj, gen. Benny Gantz, tak samo popiera wojnę przeciw Iranowi, jak Netanjahu. Tu być może kryje się rozwiązanie zagadki przyznania się do zamachu. Trump zaczyna być pewien, że wygra wybory w obu przypadkach, mimo lub dzięki wojnie.
Solejmani był przydatny Amerykanom, kiedy zmienili priorytet wojny w Syrii, z obalenia tamtejszego rządu na walkę z dżihadystami, którzy mieli służyć temu obaleniu. Popierane wcześniej przez USA Państwo Islamskie (PI) stało się niebezpieczne szczególnie w Iraku, więc irackie, proirańskie oddziały Haszd asz-Szaabi (Siły Mobilizacji Ludowej lub Jednostki Pospolitego Ruszenia), którym patronował Solejmani, mogły wygrać wojnę przeciw PI przy wsparciu amerykańskiego lotnictwa i irackiej armii. W Syrii jednak elitarne, irańskie jednostki Solejmaniego zapędziły się za PI i Al-Kaidą aż pod izraelską granicę, podczas gdy Izrael wspierał przez nią dżihadystów (nawet leczył w swoich szpitalach), dla podtrzymania osłabiającego Syrię chaosu. Wcześniej, czy później, irański generał-strateg musiał więc zostać zlikwidowany, poniekąd w imię przyjścia Jezusa.

Zagadka K-1

Ostatni, gwałtowny zwrot polityczny zaczął się 27 grudnia 2019 r., kiedy nie wiadomo kto zabił, nie wiadomo kogo. Stało się to w amerykańskiej bazie wojskowej K-1 pod Kirkukiem na północy Iraku. Jacyś niezidentyfikowani sprawcy ostrzelali tę bazę i mieli zabić jednego, niespodziewanie anonimowego Amerykanina, określanego przez Pentagon jako „przedsiębiorca” lub „podwykonawca” (ale nie „cywil”), co oznacza prawdopodobnie najemnika którejś z amerykańskich, prywatnych spółek wojskowych, jeśli ów człowiek w ogóle istniał.
Tak, czy inaczej, następnego dnia do premiera Iraku Abd al-Mahdiego zadzwonił Mark Esper, sekretarz obrony USA, żeby go poinformować o decyzji zbombardowania „baz Haszd asz-Szaabi i Hezbollahu”. Premier poprosił Espera o spotkanie i odrzucił tę decyzję z powodu dwóch problemów: nie ma czegoś takiego jak „bazy Haszd asz-Szaabi”, gdyż jednostki te już kilka lat temu zostały wcielone do armii irackiej (pod nadzorem amerykańskim zresztą) i nie ma żadnego dowodu, by domniemanej śmierci Amerykanina było winne irackie wojsko, które nota bene stacjonuje razem z Amerykanami w K-1. Esper zwrócił uwagę, że nie dzwoni, by negocjować, a jedynie informować, i niecałe pół godziny później amerykańskie samoloty posiekały bombami irackie posterunki na pustynnej granicy z Syrią, ponad pół tysiąca kilometrów od K-1.

Iracki gniew

Wśród prawie setki zabitych i rannych żołnierzy irackich, dziewięciu miało na mundurach naszywki jednostki, w którą teoretycznie celowali Amerykanie. Strefę tę bombardowali już wcześniej Izraelczycy, przy okazji rutynowego bombardowania Syrii. Dla Amerykanów irackie pilnowanie granicy było zbyt szczelne, gdyż stanowiło przeszkodę w napływie byłych irackich dżihadystów, zatrudnianych przez nich do pomocy przy pilnowaniu syryjskich pól naftowych na wschodzie tego kraju, które Trump postanowił zatrzymać do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
Jak wiadomo, amerykańska jatka wywołała manifestację protestu pod ambasadą imperium w Bagdadzie, w czasie której nikomu włos z głowy nie spadł. Wybito z trudem dwie pancerne szyby, ale to wszystko. Zrealizowało się natomiast marzenie gen. Solejmaniego – iracka klasa polityczna w końcu zjednoczyła się przeciw Amerykanom. Projekt ustawy o wyrzuceniu obcych wojsk z Iraku powstał jeszcze przed zamachem na generała, gdy przebywał w Libanie. Gestykulacje Trumpa, w postaci gróźb nałożenia sankcji na Irak, czy masowego bombardowania Iranu, przykrywają nagi fakt, że Stany Zjednoczone nie są w stanie utrzymać swych wpływów w Iraku, mimo zabicia setek tysięcy Irakijczyków, śmierci własnych żołnierzy i najemników, wydania bilionów dolarów, zachowania baz wojskowych i podległego im do niedawna rządu.

Co teraz?

Po zamachu na Solejmaniego wszyscy jakby wstrzymali oddech. W Europie wielu publicystom przypomniał się zamach na austriackiego arcyksięcia, który uchodzi za przyczynę pierwszej wielkiej rzezi światowej: stąd nieco automatyczne obawy przed trzecią. Tercet USA-Izrael-Saudowie ma teraz przeciw sobie całą „oś ruchu oporu” (jak lubi się nazywać) w sześciu krajach Bliskiego Wschodu, nieporównanie od niego słabszych, jeśli odliczyć Iran, który ma jednak pewien potencjał obronny. Niektórzy oczekują riposty Iranu z dnia na dzień, choć Solejmaniego jeszcze nie pogrzebano. „Ruch oporu” musi najpierw zorientować się, kto i jak zdradził generała. Póki co, odpowiada groźbami na groźby Trumpa.
To, co się obecnie dzieje się złego na Bliskim Wschodzie ma głębokie korzenie historyczne: przeszłość kolonialną, gdy europejskie mocarstwa po I wojnie światowej rysowały granice podległych państw bez oglądania się na realności narodowo-wyznaniowe, a potem powstanie kolonialnego państwa Izrael, co skazało region na rodzaj wiecznej wojny. Napaści amerykańskie i zachodnie wzniecanie wahhabickiego dżihadyzmu przyczyniło się do dzieła zniszczenia, przeciw któremu walczył zabity generał. Dziesiątki tysięcy rodzin zawdzięczają mu ocalenie z tej ogólnej masakry, lecz nadchodzi jej nowy rozdział, który może zakrwawić chusty i koszule.

Podwyżka cen benzyny podpala Iran

Od soboty Iranem wstrząsa nowa fala protestów. Obywatelki i obywatele z różnych części kraju wyszli na ulice z powodu obniżenia limitu dopuszczalnego zużycia subsydiowanej benzyny.

Protestujący blokują bulwary i ścierają się z policją. Wieczorem w republice islamskiej przestał normalnie działać internet.
Nowe regulacje pozwalają każdemu kierowcy w Iranie kupić w miesiącu 60 litrów benzyny po 15 tys. riali (50 gr) za litr; każdy kolejny litr kosztuje 30 tys. riali. To znacznie mniej niż do tej pory, gdy obowiązywał limit 250 litrów po 10 tys. riali za litr. Pieniądze uzyskane z ograniczenia programu subsydiów mają pozwolić rządowi prowadzić inny program socjalny – wsparcia dla ubogich rodzin. W jego ramach pomoc ma otrzymać 18 mln irańskich rodzin, ok. 60 mln obywatelek i obywateli. Rząd tłumaczy również, że chce ograniczyć przemyt paliwa.
Protesty wybuchły w sobotę równocześnie w różnych częściach kraju. Przybierały niekiedy dramatyczną formę: w większych miastach demonstranci wychodzili z uboższych dzielnic na szerokie bulwary, starali się budować blokady. W Szirazie i Isfahanie z powodu społecznego niezadowolenia odwołano w niedzielę zajęcia w szkołach i na uczelniach (dniem wolnym od pracy i nauki jest piątek). Na kanale BBC w języku perskim ukazał się film przedstawiający kobietę leżącą na ziemi i krzyczącą, że gdy droga jest benzyna, drożeje wszystko. Demonstrantka z Nadżafabadu, jak ją podpisano, ubrana jest w białą szatę pogrzebową i niesie Koran, co ma pokazać, że nie jest przeciwniczką władz, a jedynie domaga się, by pochyliły się nad losem potrzebujących.
Podczas protestów doszło do konfrontacji i starć z policją. Byli ranni i ofiary śmiertelne – według niektórych doniesień bilans zabitych w niedzielę przekroczył 10 osób.
MCI, Rightel i IranCell, największe irańskie sieci komórkowe, od sobotniego wieczora przestały dawać dostęp do internetu. Stacje benzynowe w całym kraju są strzeżone przez policję.
Władze Iranu starają się panować nad sytuacją. Parlamentarzysta Ali Motahari stwierdził w niedzielę, że popełniono błędy w sposobie zakomunikowania społeczeństwu wiadomości o podwyżkach, ale wezwał obywateli do powrotu do domów, mówiąc, że z ich protestów cieszą się tylko Trump i Netanjahu. Prezydent Rouhani stara się tłumaczyć sens wprowadzonych zmian i przekonywać, że w obecnej ekonomicznej sytuacji państwa, obłożonego ciężkimi sankcjami, nie miał wielkiego pola manewru, jeśli chce utrzymać jakiekolwiek programy socjalne. Jednym głosem z Rouhanim mówi Najwyższy Przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei.
– Obecne protesty są mniejsze niż te, które wybuchły pod koniec 2017 r. i na początku r. 2018. W warunkach surowej presji międzynarodowej demonstranci najprawdopodobniej pozostaną bez sojuszników na poziomie politycznym. Nikt z irańskiej elity politycznej nie chce wywrócić jej do góry nogami. Z tego samego powodu poprzednie protesty nie przyniosły zmian w kraju – komentuje sytuację Władimir Mitew, bułgarski publicysta zajmujący się tematyką irańską, na lewicowym portalu Barikada.

Trump gromi

„Maksymalna presja” – obecna polityka USA wobec Iranu – może być jeszcze bardziej maksymalna – przekonywał przedstawicieli 193 państw naszej planety amerykański prezydent Trump w Nowym Jorku, na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. „Sankcje nie będą zniesione, wprost przeciwnie, zostaną wzmocnione” – wygrażał i wymyślał Iranowi, który był głównym tematem jego przemowy.

Trump kwieciście przedstawiał kraj otoczony amerykańskimi bazami wojskowymi jako bardzo nieposłuszny, ale wygłaszał swe epitety tak monotonnie, że wypadły zaskakująco słabo. Sala bardziej nadstawiła uszu, gdy rozkazywał całemu światu: „Każdy kraj ma obowiązek działać. Żaden odpowiedzialny rząd nie może subwencjonować krwiożerczego Iranu”. Inaczej mówiąc imperialne sankcje spadną na każdy kraj, który zechce handlować z „trędowatym” Iranem.
Spekuluje się trochę na temat ewentualnego spotkania prezydentów USA i Iranu (Hasan Rouhani przemawia jutro), w celu spuszczenia powietrza z napiętej sytuacji, ale to raczej niemożliwe. Prezydent Francji Macron i niemiecka kanclerz Merkel rozmawiali z nimi, ale oddzielnie. Teheran odrzucił sugestie Paryża, Berlina i Londynu jakoby stał za atakami na saudyjskie instalacje naftowe z 14 września. Uznał je za „nieodpowiedzialne”. Poza tym, Trump biczował Chiny i Wenezuelę. Chińczycy przez lata mieli podstępnie pracować bez żadnej reakcji Waszyngtonu, ale te czasy „skończyły się”. Pekin źle odnosi się do protestów w Hongkongu, a Wenezuela, której Ameryka wyznaczyła prezydenta, nie oddała mu władzy. „Cała Ameryka jest za wami” – zapewniał dwuznacznie Wenezuelczyków. Jak dotąd wszystkie amerykańskie próby zorganizowania zamachu stanu w Caracas spełzły na niczym.
Zostało 400 dni do wyborów prezydenckich, więc mówił też do swego elektoratu: jakie sukcesy gospodarcze odnosi i jak dobrze pilnuje granicy, że globalizm, który forsowała kiedyś Ameryka, jest do niczego, i że tylko patriotyzm się liczy. Starał się naśladować telewizyjnych ewangelistów.

Trump idzie na wojnę? Ale ostrożnie

„W minutę mógłbym zniszczyć 15 ważnych celów i byłby to bardzo zły dzień dla Iranu, ale powściągliwość jest dobrą rzeczą” – tak amerykański prezydent Donald Trump tłumaczył się z braku zbrojnej reakcji USA przeciw Iranowi, której tak oczekiwali bliskowschodni sojusznicy imperium, saudyjska tyrania i izraelski reżim apartheidu. Zamiast tego, ogłosił wysłanie do Arabii trochę wojska i wzmocnił antyirańskie sankcje. Tymczasem Jemeńczycy, którzy przyznali się do ataku na saudyjskie rafinerie, proponują zawarcie pokoju.

„Na prośbę Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) prezydent zatwierdził wysłanie sił amerykańskich, przede wszystkim lotniczych i obrony antyrakietowej” – wyjaśnił potem Mark Esper, szef Pentagonu. Generał Joe Dunford, szef sztabu armii, dorzucił, że „nie będą to tysiące ludzi”, gdyż misja ma charakter „umiarkowany”. Nowi dołączą, gdy coś nowego się wydarzy, zapewniono.Co do sankcji, które Trump określił jak „najsurowsze w historii świata”, dotyczą one bankowości. Steven Mnuchin z Goldman Sachs, dziś na czele amerykańskiego departamentu skarbu, sprecyzował, że celem są „ostatnie dochody irańskiego banku centralnego” – irańskie fundusze suwerenne zostaną odcięte od amerykańskiego systemu bankowego. „Nie będzie więcej pieniędzy dla Strażników Rewolucji” – zapewniał.
Ze swej strony Iran zauważył, że w kwestii sankcji imperium wystrzelało już wszystkie naboje. Mohammed Zarif, szef perskiej dyplomacji, nazwał nową blokadę „próbą pozbawienia Irańczyków dostępu do żywności i ochrony zdrowia”, co uważa za „znak beznadziei amerykańskiej administracji” i zjawisko „niepokojące”. Zwrócił uwagę, że „skoro Amerykanie powtarzają uderzenia w tę samą instytucję, to znaczy, że ich wysiłki w ramach ‘maksymalnej presji’ nic nie dają”.
Bombardowani przez Saudów Jemeńczycy wystąpili tymczasem z inicjatywą zawieszenia broni z Arabią, w zamian za zaprzestanie bombardowań, które od ponad czterech lat saudyjska koalicja prowadzi w Jemenie. „Chcemy zakończyć wojnę” – ogłosili w Sanie, swej stolicy. Na razie nie ma reakcji bogatego sąsiada, bombardowania trwają.
W tej chwili trwa cyberatak na Teheran prowadzony prawdopodobnie ze Stanów i Izraela. Celem są irańskie strony internetowe związane z przemysłem petrochemicznym, ale strona główna NIOC, głównego, publicznego przedsiębiorstwa tej branży, funkcjonuje. Donald Trump uznaje wyraźnie, że otwarty napad na Iran zaszkodzi mu wyborczo.