Incydent w cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz.

Cieśnina jest na to za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem. Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentatorów lewicowych.

„To ogromna nieodpowiedzialność obydwu stron, igranie z ogniem!”

Reakcja ta rozdziela winę po równo i lekceważy nie tylko poważną różnicę sił i usytuowania obydwu stron w tych sił międzynarodowym układzie, ale też podstawowe fakty dotyczące samego wydarzenia.

Iran znajduje się pod presją globalnego mocarstwa, które w kupę gruzu obróciło już dwóch jego bezpośrednich sąsiadów (Afganistan i Irak) oraz prowadzi nieformalną wojnę z dronów na północy trzeciego (Pakistanu). Oprócz tego od lat dowodzi (nieudaną jak dotąd) operacją wymiany reżimu w nieco dalszej, ale związanej z Iranem przyjaźnią z rozsądku Syrii, a także wspiera saudyjskie zbrodnie wojenne na innych przyjaciołach Iranu w Jemenie. Wszystko to, przypomnijmy, Amerykanie robią tysiące kilometrów od swoich granic. Iran tymczasem leży tam, gdzie leży.

W otoczeniu państw pod ciężarem amerykańskiego buta upadłych lub na krawędzi upadku, boi się o własne terytorium. Ma wszelkie prawo bronić swoich granic niezależnie od tego, jaki w Iranie panuje ustrój i czy się komuś podoba, kto w nim rządzi. Takie prawo (a bywa, że i obowiązek) ma każde państwo. Iran reaguje na presję mocarstwa od kilkudziesięciu lat mu wrogiego, odpowiedzialnego za tragiczną destabilizację całego regionu, w którym Iran ma pecha się znajdować.

Po incydencie z japońskimi tankowcami, który mógł być amerykańską prowokacją (Japończycy – właściciele tankowców i rząd – od początku dystansują się od amerykańskiej wersji wydarzeń), Iran nie mógł tak po prostu przyglądać się, jak samoloty amerykańskiej armii wlatują na jego terytorium. Jednak zanim uderzyli, Irańczycy wysłali Amerykanom kilka ostrzeżeń, które zostały zignorowane (celowo, żeby sprowokować eskalację?). Wówczas uderzyli wyłącznie w drona, a nie w towarzyszący mu samolot, na którego pokładzie byli ludzie – Irańczycy chcieli więc uderzyć, pokazać, że potrafią zestrzelić najdroższe amerykańskie zabawki (ok. 200 mln $), jednocześnie nikogo nie zabijając.

Wpisuje się to w pragmatyczną politykę międzynarodową prezydenta Hasana Rouhaniego (mówi się o polityce „strategicznej cierpliwości”), któremu można tylko pozazdrościć zimnej krwi. Pamiętajmy, że Iran dopiero w rok po amerykańskim wycofaniu się z podpisanego przez Obamę wielostronnego porozumienia nuklearnego zaczął pomrukiwać, że również będzie w takim razie zmuszony porzucić realizację jego postanowień. Póki co, wciąż się jednak do nich stosuje, pomimo ciężaru, jakim są dla niego amerykańskie sankcje.

„Takie incydenty to tylko woda na młyn ekstremistów w obydwu krajach – tylko oni tak naprawdę chcą wojny!”

Jest to wariant tej pierwszej reakcji, tyle że zawężony i skonstruowany tak, żeby sprawiał pozory, że bierze pod uwagę złożoność politycznej rzeczywistości w USA i Iranie.

To prawda, że w ustroju politycznym Iranu istnieją równoległe i rywalizujące o wpływy ośrodki i struktury władzy (kler, administracja prezydencka i złożony z konkurujących sił parlament, siły zbrojne podzielone na różne dość od siebie nawzajem niezależne gałęzie), których elity mogą dążyć do rozgrywania różnych napięć, w tym zewnętrznych, w rozgrywkach między sobą. Ale teza, że któryś z tych ośrodków chciałby wojny z USA, pozostaje jednak nadal do udowodnienia.

Iran od ponad dwustu lat nie najechał żadnego państwa, odpowiadał wyłącznie na napaści z zewnątrz. Irańczycy wciąż pamiętają wieloletnią wojnę z Irakiem Saddama Husajna (wojującym za saudyjskie pieniądze, zaangażowane zresztą i tym razem w podżeganie do wojny). Iran jest otoczony wojnami (wywołanymi albo przez Stany Zjednoczone, albo przez ich reżimy klienckie) i już teraz jest nimi przeciążony. Masy uchodźców z Afganistanu i Iraku, siły i środki kierowane nieprzerwanie na wsparcie sojuszników w Syrii, Iraku, Libanie, Jemenie – to wszystko są odczuwalne ciężary, zarówno dla irańskiego społeczeństwa, jak i dla aparatu państwa, zmagającego się przecież do tego wszystkiego z amerykańskimi sankcjami. Nikt w Iranie nie chce jeszcze jednej wojny, na dodatek z tak potężnym wrogiem. Ale Irańczycy są dumnym społeczeństwem i tak jak niegdyś Wietnamczycy, po prostu nie zamierzają paść na kolana. Przyzwyczajeni do płynących z Waszyngtonu pogróżek, są do wojny gotowi (pół miliona mężczyzn pod bronią, ósma armia świata).

W Stanach Zjednoczonych natomiast większość klasy politycznej i cała oligarchia pragną wojny – tej albo innej, albo też tej jako wstępu do innej, (znacznie) większej. Trita Parsi, autor książki o irańskim dealu Obamy, pisał niedawno w lewicowym „The Nation”, że jakie by nie były różnice między oficjalnymi dyskursami Republikanów i Demokratów, cała waszyngtońska klasa polityczna w głębi serca zawsze chciała Iran w jego obecnej (tzn. tej ukształtowanej przez rewolucję islamską Chomeiniego) postaci unicestwić. Świadomość, że tak duże (80-milionowe), rzucające się w oczy państwo, położone tak strategicznie, jeśli chodzi o dostęp do surowców energetycznych (nie tylko jego własnych złóż; jedna trzecia światowego eksportu ropy trafia na rynki przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz), jest otwarcie wrogie modelowi świata podporządkowanemu woli jednego supermocarstwa, pozostaje dla amerykańskich klas panujących nie do wytrzymania.

Parsi przekonuje, że Obama był w tym wszystkim zaburzeniem, wprowadził sprzeczność niemożliwą na dłuższą metę do utrzymania. To dlatego musiał o Iran Deal walczyć nawet z własną partią i dlatego porozumienie przetrwało tak krótko. Wojna z Iranem jest w Waszyngtonie marzeniem nie tylko ekstremistów – bliższą prawdy byłaby teza, że jedynie wyjątki, „ekstremiści” (na warunki amerykańskiego establiszmentu) jej naprawdę, szczerze nie chcą.

W każdym razie do incydentu w Zatoce Omańskiej, tego z japońskimi tankowcami. W Kongresie dało się nagle słyszeć więcej niż dwa na krzyż głosy przeciwko nowej wojnie – jeszcze zanim wybuchła, a to się tam nie zdarza codziennie. Głosy krytyczne wobec eskalacji pojawiły się w całkiem dużych mediach, nawet jeśli nie zdominowały dyskursu, bo telewizja Fox i „Washington Post” jechały po staremu. Czy to wystarczy, żeby utrzymywać, że coś się radykalnie zmieniło od czasu poprzednich, wciąż przecież nie zażegnanych, wojen na Bliskim Wschodzie? W takim razie, dlaczego zaraz po odwołaniu przez Trumpa uderzenia odwetowego za drona w cieśninie Ormuz prasa i telewizja od razu zapełniły się komentarzami, że owszem, wszyscy pragniemy jedynie pokoju, ale wielka szkoda, że Iranowi jednak nie pokazaliśmy, kto tu rządzi?

Parsi jest przekonany, że w stosunku do Republiki Islamskiej, w ostatecznym rozrachunku, różnice między Republikanami a Demokratami, (neo)liberałami a neokonserwatystami, okazują się zawsze kosmetyczne, powierzchowne. Można wierzyć w szczerość kilku głosów, np. Sandersa et consortes. Reszta to karierowicze chwilowo – na potrzeby bieżącej rywalizacji o słupki w sondażach – motywowani głównie pokazowym, koniunkturalnym antytrumpizmem, którzy nie zareagowaliby, gdyby za Iran zabrała się Hillary Clinton.

Nie tyle mają coś aż tak przeciwko wojnie z Iranem jako takiej, co raczej boją się, że tak nieprzytomna administracja po prostu ją spartaczy już na starcie. Boją się nie wojny, tylko zmarnowania okazji do takiej wojny, o jaką chodzi. Boją się wojny „źle zrobionej” – która, na ten przykład, złoży całą światową gospodarkę, gdy odetnie ją od ropy z Zatoki Perskiej. Boją się wojny pozbawionej poparcia „społeczności międzynarodowej”, bo Biały Dom Trumpa najzwyczajniej nie umie w dyplomację i międzynarodowy PR. Do eskalacji napięć z Iranem nie chcą się przyłączyć nawet te stolice, które chętnie wespół z Waszyngtonem rozwalały Libię i Syrię, i w ogóle lubią neokolonialne eskapady (jak Paryż); w aktywnej opozycji wobec irańskiej polityki USA są stolice, które z administracją Trumpa łączy radykalny, irracjonalny konserwatyzm (jak Tokio).

„Amerykanie zrozumieli, że wojna w Iraku była katastrofą (nawet z punktu widzenia ich własnych interesów), dlatego nie chcą powtórki!”

A wojna w Wietnamie nie była katastrofą, także dla Amerykanów? I co, powstrzymała ich klasy panujące przed rozpętaniem kolejnych? Wojny w Libii Amerykanie nie wywołali (z Francuzami) już po wojnie w Iraku? Wojny w Syrii Amerykanie nie wywołali ze swoimi regionalnymi reżimami klienckimi już po wojnie w Iraku?

Amerykanie już od dawna nie importują ropy przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – tamtędy wędruje ona do innych części świata. Interesu rozumianego jako bezpośrednia kontrola nad zasobami, które są im samym bezpośrednio potrzebne (lub „potrzebne”) Amerykanie dawno nie mieli – a jednak wszystko było gotowe, by wojnę z Iranem rozpętać, gdy tylko władzę po Obamie przejmie Hillary Clinton (co prawie do ostatniej chwili, jak doskonale pamiętamy, było przecież „jedynym możliwym” scenariuszem w 2016 roku).

Clinton była jawną zwolenniczką napaści na Iran („wymazałabym go z powierzchni Ziemi”) nawet wtedy, gdy prezydent z jej własnej partii inwestował cały swój polityczny kapitał w negocjacje z Teheranem i dążenie do podpisania długofalowego porozumienia. Po odejściu Obamy jego domyślna następczyni miała na forum ONZ zaprowadzić nad Syrią „strefę zakazu lotów”. To nie są spekulacje, to było w jej programie. Czego oficjalnie tam nie było, ale było oczywiste dla każdego, kto rozumie, jak Amerykanie używają takich międzynarodowych środków jak „strefy zakazu lotów” (patrz: Libia)? Tego, do czego strefa ta miała ostatecznie doprowadzić. Do otwartej inwazji na Syrię pod byle pretekstem, i do eskalacji wojny – pod pozorem, że ich samoloty „naruszyły strefę zakazu lotów”, a na pewno by „naruszyły” – na terytorium Iranu i w kolejne konfrontacje z Rosją.
Teza, że między końcem roku 2016 a dzisiaj coś się znacząco zmieniło w amerykańskich elit rozumieniu dotychczasowych bliskowschodnich wojen – że nastąpił moment jakiegoś „O Jezu! to wszystko katastrofa, zbrodnie i się nie opłaca, gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej!” – również pozostaje do udowodnienia. Jedyna różnica między wtedy a dziś polega na tym, że zamiast zaprawionej w wywoływaniu wojen i wspieraniu zamachów stanu Madamy Clinton, na tronie cesarza świata zasiadł człowiek, którego Biały Dom to dom wariatów i którego jastrzębie nie potrafią nawet dobrze upichcić własnego „incydentu w Zatoce Tonkińskiej”, takiego, w który ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by uwierzył.

Ta część amerykańskiej oligarchii, która trzyma w garści amerykański kompleks zbrojeniowy, ma interes ekonomiczny w kolejnych wojnach nawet wtedy, gdy oznaczają one szkody i straty z punktu widzenia ogólnospołecznego interesu Amerykanów. A do tego ma nieproporcjonalny wpływ na kształtowanie amerykańskiej polityki zewnętrznej, trzymając wielu zawodowych polityków w kieszeni i grając w golfa z właścicielami korporacji medialnych.

Ale interes polityczny bywa bardziej złożony i niejednoznaczny niż najbardziej bezpośredni interes ekonomiczny. Napaść zbrojna może być zbyt kosztowna, jeśli przeliczona na wartość zasobów, do których może otworzyć drogę, ale to nie jedyny rachunek zysków i strat, jaki wchodzi w grę, gdy imperia spuszczają psy wojny. Zwłaszcza imperia, które boją się, że zaraz wstąpią w fazę schyłku lub gwałtownego upadku. Takie imperium może zestawiać koszty wojny z długofalowymi kosztami słabnięcia swojej pozycji, jeśli nie udowodni, że wciąż należy się go bać.

Czasem jednak bywa jeszcze gorzej: wojna jest oligarchom potrzebna dla niej samej. Niesione przez nią zniszczenie samo w sobie jest interesem, o który chodzi, jedyną szansą na utrzymanie stosunków władzy, które stanowią filary imperium. Najpotężniejsza pośród klasy władców późnego kapitalizmu, wielka burżuazja amerykańska zdążyła już ogarnąć, że to, z czym od 2008 roku mamy do czynienia, to nie jest zwykła recesja. To strukturalny kryzys tak głęboki, że porównać go można tylko do tego zapoczątkowanego krachem w 1929. Że zagraża on reprodukcji systemu, któremu zawdzięczają swoją władzę i przywileje. Że pomimo stosowania w różnych częściach globu, przez lokalne elity, „tradycyjnych” recept z różnych podręczników – zaciskanie pasa w Europie, drukowanie ton pieniędzy w USA i Japonii – żadne z rozwiązań nie działa.

Amerykańska burżuazja pamięta, jak wyszła z ostatniego takiego kryzysu. Wbrew popularnej legendzie nie stało się to za sprawą New Dealu Roosevelta. New Deal tylko przeciągał tamten strukturalny kryzys kapitalizmu, doraźnie sprzątał szkody i łatał dziury, ale rozwiązała go dopiero II wojna światowa, niszcząc na całym świecie wystarczającą wartość już nagromadzonego kapitału, by system mógł odzyskać wysokie stopy zysku i rozpocząć nowy cykl akumulacji. Przynajmniej niektórzy z amerykańskich oligarchów muszą przeczuwać, że być może jedynym skutecznym sposobem na zachowanie ich klasowej władzy jest kolejna wojna światowa i gotowi są tym razem sami ją rozpętać. Są na to gotowi, bo obawiają się, że jak nie to, to zmiecie ich rewolucja.

Iran do rozpętania wojny światowej nadaje się jak mało co. Jest większym i ważniejszym w sensie międzynarodowym państwem niż Irak, Libia czy Syria. Ma przyjaciół, w tym kilku potężnych. Leży w węzłowym punkcie wielkiego chińskiego projektu nowych szlaków jedwabnych, a także w regionie, co do którego Rosja przedstawiła własne międzynarodowe ambicje. To daje niepowtarzalną szansę na wciągnięcie w wojnę dwóch innych mocarstw nuklearnych w sposób, który może się dać sprzedać jako ich „ingerencję” (w podobnym stylu, w jaki demonizowana jest rosyjska obecność w Syrii). To mogłoby na stronę USA aktywnie wciągnąć inne państwa NATO. Byłby to doskonały początek wojny światowej.

„Niech ktoś w końcu odbierze temu szaleńcowi władzę!”

To prawda, że Donald Trump jest kompletnym dzbanem, oportunistycznym rasistą i być może seryjnym gwałcicielem, do tego przywódcą bezprecedensowo nieprzewidywalnym. Podejmuje decyzje pod wpływem kaprysu, inby na Twitterze w środku nocy, albo tego, który pensjonariusz jego „Białego Domu Wariatów” ma u niego posłuch akurat w tym tygodniu. Jego działania są tak niespójne i chaotyczne, bo szczerze wyznaje tylko jedną ideologię: „ja, ja, ja”, „me, myself and I”. Cała reszta to próżnia wypełniana tymczasowo treściami zależnymi od tego, w czyim towarzystwie The Donald chwilowo spędza najwięcej czasu. A towarzystwo to zmienia się przecież jak w kalejdoskopie – Biały Dom Trumpa cechuje niebywała rotacja personelu.
To prawda, że te jego cechy w dniu incydentu w cieśninie Ormuz postawiły świat w sytuacji „za pięć trzecia wojna światowa”. Ale co, jeśli jednocześnie to one pozwalają też raz za razem cofnąć zegar i wszystko odwołać? Jeśli to tylko dzięki nim ta wojna wciąż jeszcze nie wybuchła i nadal można jej zapobiegać? Tak jak operacja wymiany reżimu w Wenezueli, nagle odłożona na półkę, bo Trump się znudził tematem?

Mimo tych wszystkich Boltonów i Pompeów, znajduje się w jego orbicie ktoś, kto w ostatniej chwili może do niego podejść i powiedzieć coś w rodzaju: „Donald, czy ciebie już do końca po****ło? Wiesz, co się stanie na rynkach światowych, jak Iran odpowie blokadą cieśniny Ormuz? Wiesz, że drony nie mają załogi, więc nikt nie zginął? Pamiętasz, że nie wygrałbyś wyborów, gdyby nie trzy stany, z których pochodzi najwięcej rekrutów, weteranów i ofiar, gdzie wszyscy są zmęczeni kolejnymi wojnami i liczyli na to, że w przeciwieństwie do Killary ty nowej nie rozpętasz?” A wtedy, tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak podjął był wcześniej decyzję o uderzeniu odwetowym, Trump dzwoni nagle do ambasadora Omanu, prosi go, żeby rząd w Muskacie uprzedził Teheran, co się święci, a następnie odwołuje całą akcję w ostatniej chwili i chwali się tą decyzją publicznie.
W Białym Domu Hillary Clinton w jej otoczeniu nie byłoby ani jednej takiej osoby, bo się z takimi ludźmi nie zadawała. W krótkim okresie, kiedy stała na czele Departamentu Stanu, potrafiła doprowadzić do dwóch wielkich wojen, a zdeterminowana, żeby przymusić Obamę do otwartej amerykańskiej inwazji na Syrię, szmuglowała broń chemiczną z Libii do syryjskich rebeliantów, żeby tamci robili ustawki na rachunek rządu Asada.

Gdyby w Gabinecie Owalnym zasiadała dziś Madame Clinton, zasłony byłyby tam w bez wątpienia lepszym guście, ale wojna w Iranie toczyłaby się już od co najmniej roku, być może właśnie „rozwijana” w postać wojny z Rosją i Chinami. Toczyłaby się w oparciu o bez porównania lepszą propagandę i międzynarodowy PR, z pomocą znacznie lepiej przygotowanych incydentów w zatokach i cieśninach, tak że zachodnia opinia publiczna wierzyłaby w słuszność amerykańskich racji jeszcze przez dziesięć nadchodzących lat. Tak jak do dzisiaj wierzy, że w Syrii z rządem Asada walczą „siły demokratyczne” lub „umiarkowane”; że odpowiedzialność Asada za incydenty z bronią chemiczną jest potwierdzonym obiektywnie faktem; że Białe Hełmy to pozarządowa organizacja humanitarna…

Nie piszę tego „na pocieszenie”, żeby „dodać otuchy” czy samemu z ulgą odetchnąć. Piszę to ze zgrozą. Chodzi mi o to, że najwyższy czas zacząć sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Choć szaleństwo Donalda Trumpa w każdej chwili grozi wybuchem, który doprowadzi do katastrofy, to jednocześnie to samo szaleństwo, dzięki tej samej nieprzewidywalności i kapryśności, które je konstytuują, trzyma nas wciąż na jakąś – niewielką, ale zawsze – odległość od wybuchu kolejnej wielkiej wojny. A co, jeśli jest ostatnią rzeczą, która nas tak jeszcze trzyma? Zauważyliście, że jesteśmy już w trzecim roku prezydentury marchewkowego Kaliguli, i pomimo iż niejednokrotnie balansował on na krawędzi, wciąż jednak nie rozpoczął żadnej nowej wojny (w przeciwieństwie do Obamy, obydwu Bushów czy Reagana na tym etapie prezydentury)? Możliwe, że w końcu jakąś wywoła, nikt z nas nie zna przyszłości – ale równie możliwe, że III wojna światowa zacznie się dopiero wtedy, jak Trump opuści Biały Dom, a na jego miejsce wprowadzi się jakiś Joe Biden czy inna Kamala Harris.

Netanjahu będzie miał pół godziny

„Jeżeli USA napadną na Iran, Izraelowi pozostanie pół godziny istnienia” – w ten sposób wypowiedział się Modżtaba Zolnur, irański parlamentarzysta i szef komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej w Islamskim Zgromadzeniu Konsultatywnym. Słowa te padły w wywiadzie tego polityka dla arabskojęzycznej telewizji w Teheranie al-Alam.

Sytuacja wydaje się zaostrzać w sposób, którego prowojenne koła w USA nie przewidziały. Iran coraz chętniej demonstruje, że jest gotów do konfrontacji zbrojnej ze Stanami Zjednoczonymi. Swoiste oświadczenie, które wygłosił Modżtaba Zonnur jest kolejnym tego dowodem. Zostało ono wygłoszone w chwili bardzo silnych napięć na linii Teheran-Waszyngton, sprowokowanych przez Johna Boltona i Mike’a Pompeo – dwóch zawodowych podpalaczy świata.
Napięte pozostają też stosunki Iranu z Izraelem. Tel Awiw oskarża Republikę Islamską o wspieranie organizacji które uznawane są w Izraelu za terrorystyczne – np. Hamas czy Hezbollah. Teheran zaprzecza i oskarża Izrael o „udział w agresjach wojskowych w całym regionie”.
Poza tym Zolnur w przywołanym wywiadzie podważył też słowa Donalda Trumpa jakoby nakazany nalot na Iran po strąceniu przez Strażników Rewolucji amerykańskiego drona, został odwołany na 10 minut przed uderzeniem. Okreslił to jako „polityczny blef” i wyjaśnił, iż jego zdaniem „gdyby Amerykanie mieli pewność, że atak ten zakończy się powodzeniem z pewnością by go nie odwołali”.
W podobnym duchu okoliczność tę komentował wcześniej minister spraw zagranicznych Iranu. Tłumaczenia prezydenta USA, który twierdził, że odwołał bombardowania ze względu na to, że 150 osób mogłoby ponieść śmierć uznał za „żałosną
hipokryzję”.
– Naprawdę prezydent USA zmartwił się 150 ofiarami? A ile osób Stany Zjednoczone zabiły używając broni nuklearnej? Ile pokoleń przez to cierpi? – cytuje Zarifa irańska agencja prasowa IRIB.

Limit przekroczony

Iran ostrzegał, że jeśli europejscy sygnatariusze porozumienia nuklearnego nie pomogą zniwelować skutków wypowiedzenia tego układu przez USA, to przestanie stosować się do jego zapisów. Nie były to puste słowa.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdziła informację podaną najpierw przez irańską agencję ISNA. Iran przekroczył ustalony w porozumieniu limit zapasów uranu wzbogaconego do 3,67 proc. rozszczepialnego izotopu U-235. 202,8 kg uranu równoznaczne jest 300 kg gazowego heksafluorku uranu. Dziś Mohammad Dżawad Zarif, minister spraw zagranicznych Iranu, potwierdził, że po 27 czerwca jego kraj zwiększył magazynowanie uranu.
To odpowiedź na kolejne wrogie gesty ze strony Stanów Zjednoczonych (na czele z odwołanym w ostatniej chwili atakiem) i w zasadzie stwierdzenie, że porozumienie atomowe zostało pogrzebane. Teheran, grożąc, że przekroczy dozwolone limity magazynowania uranu, wzywał europejskich sygnatariuszy układu, by przeciwdziałali sankcjom nałożonym przez USA na Iran, skoro sami deklarowali chęć utrzymania układu.
W zeszłym tygodniu państwa europejskie, które sygnowały układ, ogłosiły, że działa już system INSTEX, dzięki któremu możliwy byłby dalszy handel z irańskimi podmiotami z pominięciem waszyngtońskich sankcji. Ale według irańskiej dyplomacji to stanowczo za mało, by zniwelować ciosy zadane przez działania administracji Trumpa. Same deklaracje Unii Europejskiej, Francji czy Wielkiej Brytanii, krytykujących Trumpa, nie mogą Teheranowi wystarczyć.
Do momentu wypowiedzenia przez USA porozumienia nuklearnego agencje międzynarodowe podkreślały: Iran nie złamał
porozumienia.
Teraz jednak sytuacja jest zupełnie inna. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif podkreślił, że przekroczenie limitu magazynowania to tylko początek, a następnym krokiem będzie wzbogacanie uranu do wyższego poziomu niż zapisane w porozumieniu 3,67 proc. rozszczepialnego izotopu.

Wojna wyborcza

„To nie będzie długo trwało” – zapewniał amerykański prezydent Donald Trump w Fox Business, mówiąc o hipotetycznej wojnie przeciw Iranowi. Miliarder nie przewiduje lądowej inwazji, lecz tylko znaczące bombardowania, które powinny rzucić Iran na kolana. To powinno też zadowolić największych sojuszników imperium amerykańskiego w regionie – izraelski reżim apartheidu i saudyjską tyranię, ale przede wszystkim nie zaszkodzić przyszłorocznym wyborom prezydenckim, a może nawet pomóc przyszłej wygranej Trumpa.

Oczywiście nie starczyłoby palców u rąk i nóg, żeby zliczyć historyczne wojny, które miałyby być „krótkie”, a kończyły się jako wieloletnia rzeź, ale w wyborczej kalkulacji Trumpa „krótka wojna” wygląda na idealne wyjście ze sprzeczności rysującej się sytuacji. Można przyjąć, że Trump rzeczywiście nie chce wojować w Iranie, bo to się nie zgadza z jego wyborczymi obietnicami ograniczenia amerykańskiego interwencjonizmu, a poza tym z badań opinii wynika, że Amerykanie mają na razie dość zamorskich wojen. Skoro celem numer 1 Trumpa jest obecnie ponowny wybór na prezydenta, logicznie wojna jest z tego punktu widzenia niepotrzebna.
Ale są i inne argumenty: izraelskie media podkreślają na przykład, że wszyscy amerykańscy prezydenci, którzy rozkazywali napaść na jakiś kraj, byli zawsze wybierani na drugą kadencję, gdyż elektorat tradycyjnie jednoczy się wokół naczelnego dowódcy. Wojna byłaby więc rodzajem wyborczego samograja, zapewniającego przedłużenie władzy. Trump mówiąc o „krótkiej wojnie” postrzega ją jako kompromis między różnymi scenariuszami, jako działanie wypośrodkowane, dzięki któremu wilk będzie niemal syty i owca prawie cała.
Irański paradoks
Dla Amerykanów Bliski Wschód rozciąga się między dwiema teokracjami: Izraelem a Iranem. Napięcie między tym „plusem” a „minusem” determinuje politykę imperium w regionie. W 2003 r. Izrael w pełni poparł amerykańską napaść na Irak, bo to zgodne z izraelską doktryną „wiecznego osłabiania” ewentualnych przeciwników regionalnych. Ogrom nieszczęść, które przyniosła ta wojna, jak i zainstalowanie Al-Kaidy w Iraku, którą USA zawlekły z Afganistanu, przyczyniły się potem do wojny w Syrii. Ta druga wojna również spodobała się w Tel-Awiwie, gdyż syryjski sąsiad, któremu Izrael zabrał część terytorium (Wzgórza Golan) został osłabiony na lata. Wyłonił się jednak pewien problem: w wyniku tych wojen poprawiła się znacznie sytuacja geopolityczna Iranu.
Ten paradoks denerwuje polityków nie tylko w Izraelu, czy Arabii Saudyjskiej: Waszyngton robi, co może, by temu zaradzić. Amerykańska inwazja Iraku sprawiła, że sunnicka mniejszość straciła tam władzę na rzecz szyitów, dla których Iran jest naturalnym partnerem i przyjacielem. Iranowi udało się więc zmienić największego regionalnego wroga w przyjazne państwo, które choć pozostaje pod amerykańskim butem (bazy wojskowe tam pozostały), skorzystało z irańskiej pomocy, by walczyć przeciw sunnitom z Państwa Islamskiego (PI), popieranego początkowo przez Amerykanów, Izrael i Saudów jako siła antyirańska i antysyryjska. W końcu Amerykanie musieli pomóc Iranowi i Irakowi likwidować PI w Iraku, bo organizacja wyrwała się spod kontroli.
Kiedy w marcu irański prezydent Hasan Rouhani odbywał swą pierwszą oficjalną wizytę w Bagdadzie, jego iracki odpowiednik Barham Salih mówił, że Irak „ma szczęście”, że ma tak dobrego sąsiada. To otwiera drogę do Morza Śródziemnego irańskiej ropie i gazowi, bo Syria też jest wdzięczna Irańczykom za pomoc walce z dżihadystami, a w Libanie, gdzie szyicki Hezbollah współpracuje z Irańczykami od dawna, w ogóle nie ma problemu. Oczywiście Iran na razie nie może z tego korzystać, bo infrastruktura w Syrii i Iraku jest zbyt zniszczona przez wojny, a imperium amerykańskie zakazało całemu światu handlować z Iranem, ale te przyjaźnie mogą kiedyś zaowocować. Groźba ze strony Arabii Saudyjskiej znacznie osłabła, bo Saudowie uparli się zgnieść Jemen, który nie ma zamiaru się poddawać, mimo swej tragicznej sytuacji. Krótko mówiąc, Iran ma mniej wrogów i więcej przyjaciół niż kiedyś, a do gróźb ze strony Izraela i USA wszyscy są przyzwyczajeni od lat.
Bomba atomowa
Trump zdradził swe anty-interwencjonistyczne obietnice mianując u swego boku Johna Boltona i Mike’a Pompeo, prących do wojny z Iranem od samego początku. Cóż, te nominacje były najdosłowniej wyborcze, bo zdecydowane pod silnym naciskiem innego miliardera – Sheldona Adelsona, którego nazywa się w Ameryce „twórcą prezydentów”, ze względu na jego niezwykle silną pozycję polityczną. Adelson, szara eminencja i posiadacz kasyn we wschodniej Azji oraz mediów w USA i Izraelu, oddany izraelskiej skrajnej prawicy nacjonalistycznej, zainwestował w Trumpa i dzięki swym stosunkom może mu bardzo pomóc w przyszłorocznej kampanii prezydenckiej. Kiedyś Adelson wpadł na pomysł, by zbombardować Iran bombą atomową, żeby go skutecznie nastraszyć. W wersji Boltona, postaci jak z filmu rysunkowego, to może być bombardowanie „normalne” lub za pomocą „małych” ładunków nuklearnych.
A wszystko to po to, by nie dopuścić, żeby Irańczycy mieli bombę atomową, której, jak twierdzą, nie chcą mieć. Irański program jądrowy miał mieć przeznaczenie cywilne, energetyczne, ale Izrael jest przekonany, że Iran chce zrobić to samo co on, tj. po cichu zaopatrzyć się w broń jądrową. Zabezpieczał przed tym międzynarodowy układ z 2015 r., którego Iran ściśle przestrzegał: rezygnacja z programu atomowego miała mu przynieść zniesienie sankcji. Zwyciężyła jednak koncepcja trójki Adelson-Bolton-Netanjahu: przecież zniesienie sankcji nie zgadza się z doktryną osłabiania. Trump, wpatrzony w swój twardy elektorat chrześcijańskich syjonistów, podarował Izraelowi mnóstwo prezentów politycznych, w tym ubiegłoroczne zerwanie układu z Iranem, by znowu nałożyć sankcje. Wąsaty Bolton przekonywał od lat, podobnie jak Netanjahu, że jedynym sposobem na Iran jest zmiana tam rządu na podległy imperium. Temu mają służyć sankcje i bombardowania. Jest jednak pewien problem.
Pierdzący lew
Ajatollah Ali Chamenei, który stoi na czele irańskiej republiki, przypomniał niedawno, co jego poprzednik Ruhollah Chomeini mówił w czasie kryzysu USA-Iran w latach 80: zachowanie imperium można porównać do lwa ze starej perskiej bajki. Kiedy ten lew staje wobec wroga, czerwieni się i puszcza bąki, by go przestraszyć. Ale w końcu macha ogonem, by szukać jakiegoś mediatora. „Dziś USA zachowują się jak ten lew. Jego czerwienienie się – krzyki i groźby – nas nie wystraszą, a ciągłe sankcje to dla nas tylko pierdzenie lwa.” Nowe, „totalne” sankcje odbiły się jednak na irańskiej gospodarce: dochód narodowy jest na minusie (4 proc.), bezrobocie sięga 11 proc., a ludzie muszą stawić czoło inflacji i brakom na rynku.
Mimo to, problemem dla imperium i Izraela pozostaje irańska doktryna obronna, zbudowana na schemacie wojny asymetrycznej (silnego ze słabszym). Powiedzmy, że Amerykanie w końcu przestaną puszczać bąki i zaatakują Persję – jak kiedyś nazywało się Iran w Europie. Jedyną szybką, pozytywną konsekwencją dla Stanów będzie znaczna podwyżka cen ropy, co uczyni amerykańską produkcję z łupków opłacalną. Ale reszta świata znajdzie się w natychmiastowym kryzysie. Należy przecież spodziewać się, że cieśnina Ormuz, droga tankowców z Zatoki Perskiej, zostanie zamknięta. Interesy amerykańskie na świecie mogą znacznie ucierpieć, a wojna obejmie cały Bliski Wschód. Izrael będzie musiał zaatakować oprócz Syrii Liban, bo Hezbollah z pewnością nie pozostanie bierny, a Palestyńczycy wejdą na drogę kolejnej Intifady.
Koniec hegemonii
Hassan Nasrallah, przywódca Hezbollahu, twierdzi wręcz, że tej wojny wyborczej nie będzie. Jego zdaniem, gdyby Iran był słaby, wojna miałaby miejsce już dawno. A słaby nie jest: mimo wiecznych sankcji, własnymi siłami ciągle przygotowywał się do obrony, a społeczeństwo irańskie nie pozwoli odebrać sobie zdobyczy rewolucji z 1979 r. – niezależności od Ameryki, która doiła kraj na wszystkie sposoby. Po drugie, władze amerykańskie dobrze wiedzą, że wojna nie zatrzyma się w granicach Iranu, co grozi utratą imperialnej hegemonii w regionie, a nawet „końcem Izraela i Saudów”. Po trzecie, ewentualne zwycięstwo Ameryki nad Iranem pozbawi ją możliwości dojenia arabskich dyktatur z Zatoki, które dziś nieustannie kupują amerykańską broń wobec „zagrożenia irańskiego”. Iran co prawda od setek lat na nikogo nie napadł, ale jako straszak jest zbyt opłacalny, by się go pozbawiać.
Iran, po wniesieniu do ONZ skargi na USA w związku z naruszeniem jego granic przez drona, który został czujnie zestrzelony 20 czerwca, wezwał na dywanik przedstawiciela Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA), skąd ten dron wystartował. Wiadomość była prosta: każdy kraj, który pozwala imperium atakować Iran ze swego terytorium, sam zostanie zaatakowany. W Kuwejcie, gdzie jest najwięcej uzbrojonych Amerykanów, niektórzy mieszkańcy już pakują manatki. A dotyczy to właściwie wszystkich wasali amerykańskich z Zatoki, bo bazy wojskowe USA są w każdym. Takie ZEA mogą wydawać miliardy na najemników z Kolumbii i krajów afrykańskich do niszczenia ubogiego Jemenu, ale czy Kolumbijczycy zechcą walczyć przeciw Iranowi, który dysponuje lotnictwem i ma dobrze wyposażoną armię?
Koniec układu
Kraje Unii Europejskiej próbują jeszcze przekonywać Iran, że warto, by przestrzegał obalonego przez Waszyngton układu atomowego, jednak straciły resztki autorytetu podporządkowując się jednostronnym sankcjom amerykańskim. Wbrew ich obietnicom, Iran został pozbawiony możliwości normalnego rozwoju i wymiany ze światem, co było jego celem, kiedy podpisywał ugodę. Za kilka dni, by dowieść, że nie boi się osi Waszyngton-Tel-Awiw-Rijad, podejmie prace nad wznowieniem swego programu atomowego. Amerykanie będą mieli pretekst do ataku, tym bardziej, że Izrael zapewnia, że poradzi sobie z Libanem i Syrią.
Teraz wszystko zależy od kalkulacji wyborczych Trumpa, którego prezydent Rohani nazwał „opóźnionym umysłowo”. Trump jest jednak prawdopodobnie na tyle trzeźwy, że w „krótką wojnę” jako „złoty środek” wyborczy sam nie wierzy. Zdaje się ciągle preferować terror ekonomiczny. Jest rozczarowany obietnicami Boltona i Pompeo na temat szybkiego przejęcia władzy w Wenezueli, wie, że ich plany póki co spalają się na panewce. Jest jak lew w klatce, na razie bombarduje Iran jedynie tweetami, choć właśnie wysłał „niewidzialne” samoloty F-22 Raptor do bazy w Katarze. Ta gestykulacja nie zapowiada niestety nic dobrego. Najbliższa przyszłość pokaże, kto właściwie rządzi w Waszyngtonie, ale ta wiedza nie uchroni świata przed wielkim nieszczęściem, jakim byłby ten konflikt.

USA – Iran. Iskrzy

Prezydent Donald Trump jak przystało na nieprzewidywalnego prezydenta ostatnio grozi Iranowi zarówno dewastacją wojenną jak również życzy Iranowi świetlanej i pełnej prosperity przyszłości. Skąd się wzięło obecne napięcie w stosunkach amerykańsko-irańskich?

14 lipca 2015 r. sześć państw, w tym pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ – USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny – oraz Niemcy zawarły w Wiedniu międzynarodowe porozumienie w sprawie wyrzeczenia się przez Iran prac nad wejściem w posiadanie broni atomowej. Również stroną tego porozumienia jest Unia Europejska. W zamian za rezygnację Iranu z ambicji posiadania broni atomowej zniesione zostały główne sankcje nałożone przez wspólnotę międzynarodową na Iran. Inspektorzy ONZ uzyskali za zgodą rządu irańskiego dostęp do irańskich obiektów wojskowych, by sprawować kontrolę realizacji porozumienia.
Od początku przeciwnikiem tego porozumienia był premier Izraela Benjamin Netanjahu, który czynił bezskuteczne wysiłki, by zapobiec ratyfikowaniu porozumienia. Prawdopodobnie pod naciskiem izraelskiego premiera, również Donald Tramp jeszcze zanim został wybrany na prezydenta USA, wyrażał swój sprzeciw wobec wiedeńskiego porozumienia, a po wyborze na prezydenta 8 maja 2018 r. wycofał Stany Zjednoczone z tego układu. Trump zażądał od pozostałych pięciu państw, aby poszły w ślady Waszyngtonu i anulowały układ z Iranem. Ale żadne z pięciu państw nie uległo naciskom i groźbom amerykańskiego prezydenta. Donald Trump jest przeciwny porozumieniu z Iranem, ale nie ma nic konstruktywnego do zaoferowania Iranowi. Również prezydent Iranu Hassan Rouhani oświadczył, że Iran mimo wycofania się Stanów Zjednoczonych z porozumienia pozostanie jego stroną. Warto przypomnieć, że sekretarz obrony USA w administracji Trumpa gen. James Mattis zeznając przed Senacką Komisją Sił Zbrojnych, 3 października 2017 r. oświadczył, że porozumienie z Iranem leży w narodowym interesie Stanów Zjednoczonych.
W rejonie Zatoki Perskiej i Omańskiej dochodzi do niebezpiecznych incydentów. Kiedy norweskie i japońskie tankowce przewożące ropę zostały zaatakowane rakietami, Amerykanie oskarżyli o te czyn Iran. Władze irańskie stanowczo zaprzeczyły temu i podejrzewały Amerykanów o ten atak.
Do wzrostu napięcia na linii USA – Iran doszło 20 czerwca br., kiedy amerykański szpiegowski samolot bezzałogowy według informacji irańskich RQ-4 Global Hawk został zestrzelony przez wojskową jednostkę irańską. Iran twierdzi, że samolot amerykański naruszył terytorium Iranu, podczas gdy Amerykanie ogłosili, że ich samolot został zaatakowany na wodach międzynarodowych.
Donald Trump zareagował na powyższy incydent nerwowo i niebezpiecznie. Stwierdził, że „Iran popełnił ogromny błąd”. Już wcześniej w maju br. groził, że wojna z Iranem „będzie oficjalnym końcem Iranu”. Teraz wysłał dodatkowo tysiąc żołnierzy na Bliski Wschód, którzy wzmocnili przebywające już tam jednostki amerykańskie. Porywczy i nieprzewidywalny w swym zachowaniu prezydent Trump wydał rozkaz lotnictwu amerykańskiemu i flocie wojennej USA w tym rejonie do ataku na Iran. Samoloty amerykańskie wzbiły się już w powietrze, a okręty wojenne USA wycelowały swe działa na terytorium Iranu.
W Waszyngtonie powstała nerwowa atmosfera. W Białym Domu odbyła się narada z udziałem również polityków demokratycznych i republikańskich. Przewodnicząca Izby Reprezentantów demokratka Nancy Pelosi wezwała do deeskalacji napięcia i działań. Podobne stanowisko zajęli niektórzy republikańscy politycy. Natomiast sekretarz stanu Mike Pompeo i doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, opowiadali się za dalszą eskalacją działań amerykańskich przeciw Iranowi. Widząc tę różnicę zdań wśród najważniejszych polityków amerykańskich prezydent Trump w ostatnie chwili odwołał atak amerykański na Iran i zapowiedział nałożenie dalszych sankcji na Iran począwszy od 24 czerwca. „Sankcje muszą mocno uderzyć w Iran” – powiedział prezydent. Dodał równocześnie, że woli nałożyć na Iran nowe sankcje zamiast militarnego ataku. Nowe sankcje nałożone na Iran objęły czołowych polityków i dowódców wojskowych i ograniczyły międzynarodowe transakcje finansowe Iranu. Przedstawiając sankcje antyirańskiej w Białym Domu Trump powiedział, że „uderzą one mocno” w Iran.
Sekretarz stanu Pompeo przedstawił żądanie przeprowadzenia 12 zmian wewnętrznych w Iranie, jako warunek zaniechania przez Waszyngton wywierania presji na Iran. Teheran oczywiście odmówił spełnienia żądań amerykańskich. Odwołanie ataku na Iran Trump tłumaczył tym, że spowodowałby on nieproporcjonalnie duża liczbę ofiar w stosunku do zestrzelenia bezzałogowego dronu amerykańskiego.
W czasie ostrych ataków Trumpa na Iran, rząd w Teheranie zachowywał się spokojnie. Nie przestraszył się gróźb amerykańskich. Dowódca Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej GEN. Hossein Salami powiedział, że „Iran nie szuka jakiejkolwiek wojny, ale jest gotowy bronić się”.
Trump, jak przystało na nieprzewidywalnego prezydenta kusił Iran perspektywą korzystnej współpracy. „Jeśli Iran chce stać się ponownie bogatym krajem… będę jego najlepszym przyjacielem” – powiedział prezydent.
Administracja Trumpa czuła się niekomfortowo w sytuacji, gdy zapowiadając ostry atak na Iran nagle w ostatniej chwili odwołała agresywne działania. Wiceprezydent USA Mike Pence, chcąc ratować swoją twarz i twarz prezydenta oświadczył 23 czerwca, że działania wojenne przeciw Iranowi zostały odwołane, ponieważ powstały w Waszyngtonie wątpliwości, czy decyzja o zestrzeleniu bezzałogowego dronu amerykańskiego została podjęta przez najwyższe władze irańskie. Również Trump oświadczył, że Iran prawdopodobnie popełnił błąd… zestrzeliwując amerykański samolot.
Trump i jego administracja nie zrezygnowali z wrogiej polityki wobec Iranu, czego dowodem były cyberataki na irański ośrodek szpiegowski i systemy rakietowe. Rzecznik Pentagonu odmówił komentarzy na ten temat. Nie ulega jednak wątpliwości, że agresywna polityka Trumpa wobec Iranu będzie kontynuowana. We wtorek 25 czerwca Trump zagroził Iranowi, że jakikolwiek atak na cokolwiek amerykańskiego spotka się „z potężną odpowiedzią”, a to oznacza – dodał, że pewne obszary Iranu zostaną „zrównane z ziemią”. Prezydent Iranu Hassan Rouhani określił prezydenta Trumpa jako osobę „chorą umysłowo”.
Smutne jest to, że administracja Trumpa oprócz wrogich zachowań wobec Iranu nie ma nic konstruktywnego do zaoferowania temu krajowi. W sytuacji istniejącego obecnie napięcia każdy drobny incydent może doprowadzić do otwartego konfliktu zbrojnego mimo, że Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zapewnia, że Iran przestrzega umowę jaką zawarł w 2015 r. z sześcioma państwami. Trump chce stworzyć antyirańską koalicję złożoną z państw bliskowschodnich. W tym celu udał się z wizytą do kilku państw tego regionu szef dyplomacji amerykańskiej Mike Pompeo.

Sankcje bez umiaru

Wydawało się, że Stany Zjednoczone nałożyły na Iran już wszystkie możliwe sankcje gospodarcze, ale coś się jeszcze znalazło: były dyrektor z Goldman Sachs, dziś szef departamentu skarbu Steven Mnuchin poinformował, że miliardy dolarów zagranicznych aktywów irańskich zostaną „zamrożone”, a na przywódcę duchowego Iranu ajatollaha Chemenei i szefa irańskiej dyplomacji Mohammada Zarifa spadną jeszcze sankcje osobiste. Irańczycy pukają się w głowę.

Do swoich aktywów zagranicznych i tak mają już odcięty dostęp, a sankcje przeciw osobistościom irańskim określają jako „jałowe”. Ciekawe, że imperium postanowiło też ukarać Mohammada Zarifa, architekta zerwanego przez USA międzynarodowego układu atomowego z Iranem, dzięki któremu wyrzekał się on broni atomowej. Zarif jest ceniony na Zachodzie jako otwarty i solidny rozmówca, rzecznik pokoju międzynarodowego. Jego dyskwalifikacja odcina Amerykanom drogi kanałów dyplomatycznych do rozmów z Teheranem.
„Zarif staje się właśnie irańskim Mandelą” – pisał na Twitterze Hessamodin Aszna, doradca prezydenta Rohaniego – „Mandela walczył przeciw apartheidowi w Afryce Południowej, a Zarif przeciw międzynarodowemu apartheidowi. Zwycięstwo jest bliskie”. Irańczycy uważają jednostronne sankcje amerykańskie za „terroryzm gospodarczy”. Podobnie jak Wenezuela, Iran został naznaczony jako trędowaty: na każdego, kto zechce z nim handlować spadnie ciężka amerykańska kara.
Podczas gdy posłowie w Teheranie życzyli śmierci Ameryce, USA prowadziły atak informatyczny na Iran. Miał on zastąpić odwołane przez Trumpa bombardowania, ale władze irańskie twierdzą, że go nie poczuły. Zarif zauważył tylko, że „wojska amerykańskie nie mają nic do roboty w Zatoce Perskiej” przyznając niejako rację prezydentowi Trumpowi, który sugerował, że inni mogliby pilnować strategicznej cieśniny Ormuz. Napięcie między obu krajami wzrosło szczególnie po zestrzeleniu drona USA nad Iranem.

Macron chce dialogu

Prezydent Francji wezwał do dialogu z Iranem, apelując równocześnie do Teheranu, aby nie zrywał porozumienia nuklearnego.

„Ubolewam nad decyzjami ogłoszonymi dzisiaj przez Iran, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej podkreśla, że Iran respektuje zobowiązania i zdecydowanie zachęcamy do cierpliwej i odpowiedzialnej postawy” – powiedział Macron podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Irańska Organizacja Energii Atomowej (AEOI) czeka, aż władze tego kraju zdecydują o kolejnym etapie redukcji zobowiązań Teheranu w ramach umowy jądrowej, powiedział przedstawiciel AEOI Bekhruz Kamalvandi. „Jeśli chodzi o drugi etap, czekamy na decyzję władz, Europa wciąż ma czas, wystarczająco dużo możliwości” – powiedział Kamalvandi w irańskiej telewizji. Jeśli Europa podejmie praktyczne kroki w celu ochrony interesów Iranu, sytuacja związana z wypełnieniem przez Iran zobowiązań wynikających z umowy nuklearnej powróci do normy – dodał. Wcześniej zapowiedział jednak, że w ciągu 10 dni Iran przekroczy limity zapasów nisko wzbogaconego uranu i ciężkiej wody ustalone w traktacie z 2015 r. zawartym z grupą P5+1 ((USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja i Niemcy). Ogłaszając 8 maja częściowe zawieszenie respektowania traktatu Iran dał jego pozostałym sygnatariuszom 60 dni na wypracowanie rozwiązania pozwalającego ominąć nałożone przez Waszyngton sankcje. Jeśli państwa członkowskie porozumienia nuklearnego nie zabezpieczą interesów Iranu w określonym czasie, Teheran zadeklarował gotowość do zawieszenia modernizacji reaktora w Araku, co było częścią porozumienia nuklearnego i odrzucenia ograniczeń na poziomie wzbogacania uranu.
O woli obrony porozumienia nuklearnego z Iranem i gotowości do zacieśnienia koordynacji współpracy z Iranem w ramach wielostronnych organizacji – zapewnił na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy prezydent Chin Xi Jinping.

UE nie poszła na pasku

Kwestia irańska nie przestaje dzielić krajów Unii i Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Amerykanie i zaraz po nich Brytyjczycy orzekli, że to Iran jest winien ataku na dwa tankowce w zeszłym tygodniu, ministrowie spraw zagranicznych Unii zebrani w Luksemburgu przyjęli stanowisko wybrane przez ONZ: potrzebne jest najpierw śledztwo, potem wyrok.

W sprawie Iranu kraje Unii dały się nabrać amerykańskiej dyplomacji na początku tego roku: uznały mianowanego przez Waszyngton „prezydenta” Wenezueli, za co spodziewały się wyjątkowego zezwolenia na handel z Iranem, mimo amerykańskich sankcji nałożonych na ten kraj i na wszystkich, którzy zechcą z nim handlować. Bardzo szybko, już w lutym okazało się jednak, że USA nałożą sankcje również na kraje europejskie, gdyby chciały prowadzić wymianę z Iranem. Waszyngton jest niezadowolony, że kraje Unii próbowały ratować zerwane jednostronnie przez USA porozumienie atomowe z Teheranem, które tak nie podobało się Izraelowi.
Unia, wykiwana w kwestii Wenezueli, tym razem stanęła okoniem: amerykańsko-brytyjskie doniesienia, jakoby to Iran ostrzelał dwa tankowce, nie są jej zdaniem przekonujące. „Głównym zadaniem ministrów spraw zagranicznych jest uniknięcie wojny” – mówił szef luksemburskiej dyplomacji Jean Asselborn.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas nadał ton zwracając uwagę, że na razie brak dowodów, że to Irańczycy zaatakowali tankowce: „Musimy być ostrożni, zbieramy informacje”. Wtórował mu austriacki minister Alexander Schallenberg: „Niebezpieczeństwo polega na tym, że chodzi o igranie z ogniem, a na koniec wszyscy będą przegrani.” Wyłowiony jakoby z wody irański paszport – w domyśle: zgubiony przez irańskiego terrorystę, który „przezornie” zabrał go ze sobą na akcję – europejskich dyplomatów nie przekonał do „jedynie słusznej” wersji ogłoszonej przez Waszyngton przy wtórze Londynu, Tel Awiwu i Rijadu.
Czwartkowy atak na tankowce do tej pory nie został wyjaśniony. Arabia Saudyjska i Izrael twierdzą, że to Iran, lecz ci amerykańscy sojusznicy od dawna prą do wojny przeciw Teheranowi.

Jemen się odcina

Dwie wiadomości: Jemeńczykom udało się w tym tygodniu niespodziewanie przełamać front na granicy z Arabią i przez trzy dni zajmować saudyjskie bazy wojskowe pod Nadżranem, sporym miastem, stolicą prowincji o tej nazwie. Jemeński wypad do Arabii miał skończyć się śmiercią lub ranami ponad 200 żołnierzy saudyjskich i zaborem sprzętu wojskowego. We wtorekj z kolei jemeńska rakieta sięgnęła saudyjskiego lotniska w Abha, ponad 120 km na północ od granicy, raniąc 26 osób, cywilów kilku narodowości.

Saudyjskie bombardowania zniszczyły w Jemenie prawie wszystkie szkoły. To „samoobrona” miała być pretekstem do ostrzelania saudyjskiego lotniska. Pocisk lekko uszkodził salę przylotów, przez którą przewija się codziennie tysiące pasażerów. Nikt nie zginął. W Sanie, jemeńskiej stolicy, rzecznik broniącej się części kraju zwrócił się do publiczności międzynarodowej, by unikała saudyjskich lotnisk, gdyż Jemen ma zamiar w nie strzelać, aż saudyjska tyrania zakończy wojnę i zniesie blokadę. Arabia nie pozwala Jemeńczykom używać lotniska w Sanie, ani portów. Głosi, że Irańczycy jakoś omijają jej blokadę i dostarczają broń obrońcom, i że to wszystko przez nich.
Niespodziewany jemeński atak na Nadżran, przeprowadzony z trzech kierunków, był niewątpliwie sukcesem, ale zbyt krótkotrwałym, by zmienić sytuację. Mohammed ben Salman, dziedzic saudyjski, prze do rozwiązania siłowego, podbicia Jemenu. Arabia ściąga z wielu krajów afrykańskich najemników: mają dojść do Sany. Zjednoczone Emiraty Arabskie, które finansowały oddziały najemników kolumbijskich w Jemenie, mają znowu sięgnąć do kieszeni. Dwa najbogatsze kraje arabskie atakują od czterech lat najuboższy kraj arabski. Pogrążyło go to w „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, według ONZ.

Trump ukarze nieposłusznych

Koniec z wyjątkowym traktowaniem niektórych państw kupujących ropę od Iranu. Stany Zjednoczone ogłosiły, że od 2 maja przestaną obowiązywać wprowadzone w ubiegłym roku wyjątki od sankcji.

Dalsze zwiększenie presji USA na Iran zapowiedział w poniedziałek Sekretarz Stanu Mike Pompeo. Oznajmił, iż Stany Zjednoczone od 2 maja będą obejmować sankcjami wszystkie bez wyjątku państwa, które sprowadzają ropę naftową z Iranu. Nie będzie już specjalnego traktowania dla krajów, którym w roku ubiegłym hegemon z Waszyngtonu łaskawie dał czas na dogadanie się z innymi dostawcami. Chodzi o Grecję, Włochy, Tajwan, Turcję, Chiny, Indie, Japonię i Koreę Południową.
Dla trzech pierwszych decyzja administracji Trumpa wiele nie zmienia: przewidując taki właśnie krok Waszyngtonu państwa te uległy presji i zakończyły import irańskiego surowca. W pozostałych pogróżki Pompeo, jak można się domyślić, nie zostały przyjęte z entuzjazmem. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu napisał na Twitterze, że działania USA nie sprzyjają pokojowi i stabilności w regionie, a jego państwu nikt nie będzie dyktował, jak układać sobie relacje z innymi krajami. Turcja zapowiada również, że opracuje własny system, który pozwoli utrzymywać wymianę handlową z Iranem, omijając sankcje. Podobny system pozwala państwom Unii Europejskiej sprzedawać Teheranowi niektóre produkty medyczne i żywnościowe.
Pompeo z wyraźną dumą mówił, że za sprawą administracji Trumpa Iran eksportuje wyjątkowo mało ropy naftowej i stracił na tym co najmniej 10 mld dolarów.
– Chcemy pozbawić ten wyjęty spod prawa reżim funduszy, które są od dziesięcioleci używane do destabilizowania Bliskiego Wschodu, zmusić Iran, by zachowywał się jak normalne państwo – grzmiał Pompeo, oczywiście „zapominając” o wkładzie własnego kraju i jego przyjaciół w destabilizowanie Bliskiego Wschodu właśnie.
Kto ma zapełnić lukę na międzynarodowym rynku? Oczywiście wierni przyjaciele USA – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Im za finansowanie fundamentalistów islamskich czy obracanie Jemenu w ruinę nic nie grozi. Już zapowiedziały, że zwiększą podaż ropy.
Represjonowanie państw trzecich za utrzymywanie kontaktów handlowych z naznaczonym przez USA państwami to swoiście amerykańska metoda szantażu gospodarczego, gdyż niemal wszystkie „strony trzecie” mają intersy gospodarcze związane z t było-nie było najsilniejszą gospodarką świata, a zatem wystawiają się na ryzyko odwetu. A wiadomo, że Waszyngton się przed nim nie cofa.