Trump gromi

„Maksymalna presja” – obecna polityka USA wobec Iranu – może być jeszcze bardziej maksymalna – przekonywał przedstawicieli 193 państw naszej planety amerykański prezydent Trump w Nowym Jorku, na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. „Sankcje nie będą zniesione, wprost przeciwnie, zostaną wzmocnione” – wygrażał i wymyślał Iranowi, który był głównym tematem jego przemowy.

Trump kwieciście przedstawiał kraj otoczony amerykańskimi bazami wojskowymi jako bardzo nieposłuszny, ale wygłaszał swe epitety tak monotonnie, że wypadły zaskakująco słabo. Sala bardziej nadstawiła uszu, gdy rozkazywał całemu światu: „Każdy kraj ma obowiązek działać. Żaden odpowiedzialny rząd nie może subwencjonować krwiożerczego Iranu”. Inaczej mówiąc imperialne sankcje spadną na każdy kraj, który zechce handlować z „trędowatym” Iranem.
Spekuluje się trochę na temat ewentualnego spotkania prezydentów USA i Iranu (Hasan Rouhani przemawia jutro), w celu spuszczenia powietrza z napiętej sytuacji, ale to raczej niemożliwe. Prezydent Francji Macron i niemiecka kanclerz Merkel rozmawiali z nimi, ale oddzielnie. Teheran odrzucił sugestie Paryża, Berlina i Londynu jakoby stał za atakami na saudyjskie instalacje naftowe z 14 września. Uznał je za „nieodpowiedzialne”. Poza tym, Trump biczował Chiny i Wenezuelę. Chińczycy przez lata mieli podstępnie pracować bez żadnej reakcji Waszyngtonu, ale te czasy „skończyły się”. Pekin źle odnosi się do protestów w Hongkongu, a Wenezuela, której Ameryka wyznaczyła prezydenta, nie oddała mu władzy. „Cała Ameryka jest za wami” – zapewniał dwuznacznie Wenezuelczyków. Jak dotąd wszystkie amerykańskie próby zorganizowania zamachu stanu w Caracas spełzły na niczym.
Zostało 400 dni do wyborów prezydenckich, więc mówił też do swego elektoratu: jakie sukcesy gospodarcze odnosi i jak dobrze pilnuje granicy, że globalizm, który forsowała kiedyś Ameryka, jest do niczego, i że tylko patriotyzm się liczy. Starał się naśladować telewizyjnych ewangelistów.

Trump idzie na wojnę? Ale ostrożnie

„W minutę mógłbym zniszczyć 15 ważnych celów i byłby to bardzo zły dzień dla Iranu, ale powściągliwość jest dobrą rzeczą” – tak amerykański prezydent Donald Trump tłumaczył się z braku zbrojnej reakcji USA przeciw Iranowi, której tak oczekiwali bliskowschodni sojusznicy imperium, saudyjska tyrania i izraelski reżim apartheidu. Zamiast tego, ogłosił wysłanie do Arabii trochę wojska i wzmocnił antyirańskie sankcje. Tymczasem Jemeńczycy, którzy przyznali się do ataku na saudyjskie rafinerie, proponują zawarcie pokoju.

„Na prośbę Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) prezydent zatwierdził wysłanie sił amerykańskich, przede wszystkim lotniczych i obrony antyrakietowej” – wyjaśnił potem Mark Esper, szef Pentagonu. Generał Joe Dunford, szef sztabu armii, dorzucił, że „nie będą to tysiące ludzi”, gdyż misja ma charakter „umiarkowany”. Nowi dołączą, gdy coś nowego się wydarzy, zapewniono.Co do sankcji, które Trump określił jak „najsurowsze w historii świata”, dotyczą one bankowości. Steven Mnuchin z Goldman Sachs, dziś na czele amerykańskiego departamentu skarbu, sprecyzował, że celem są „ostatnie dochody irańskiego banku centralnego” – irańskie fundusze suwerenne zostaną odcięte od amerykańskiego systemu bankowego. „Nie będzie więcej pieniędzy dla Strażników Rewolucji” – zapewniał.
Ze swej strony Iran zauważył, że w kwestii sankcji imperium wystrzelało już wszystkie naboje. Mohammed Zarif, szef perskiej dyplomacji, nazwał nową blokadę „próbą pozbawienia Irańczyków dostępu do żywności i ochrony zdrowia”, co uważa za „znak beznadziei amerykańskiej administracji” i zjawisko „niepokojące”. Zwrócił uwagę, że „skoro Amerykanie powtarzają uderzenia w tę samą instytucję, to znaczy, że ich wysiłki w ramach ‘maksymalnej presji’ nic nie dają”.
Bombardowani przez Saudów Jemeńczycy wystąpili tymczasem z inicjatywą zawieszenia broni z Arabią, w zamian za zaprzestanie bombardowań, które od ponad czterech lat saudyjska koalicja prowadzi w Jemenie. „Chcemy zakończyć wojnę” – ogłosili w Sanie, swej stolicy. Na razie nie ma reakcji bogatego sąsiada, bombardowania trwają.
W tej chwili trwa cyberatak na Teheran prowadzony prawdopodobnie ze Stanów i Izraela. Celem są irańskie strony internetowe związane z przemysłem petrochemicznym, ale strona główna NIOC, głównego, publicznego przedsiębiorstwa tej branży, funkcjonuje. Donald Trump uznaje wyraźnie, że otwarty napad na Iran zaszkodzi mu wyborczo.

Zatoka Perska jak Zatoka Tonkińska

Nie tak dawno minęła kolejna rocznica incydentu w Zatoce Tonkińskiej. To płytka – głębokość nie przekracza nigdzie 60 metrów – część Morza Południowochińskiego, przez którą przebiega granica pomiędzy Wietnamem i Chinami. 55 lat temu od owego incydentu rozpoczęły się bombardowania Demokratycznej Republiki Wietnamu przez lotnictwo USA, co stanowiło dramatyczną eskalację tlącego się do tej pory konfliktu w Indochinach. W wyniku długiej i krwawej wojny zginęło 200 tys. żołnierzy Wietnamu Południowego oraz pół miliona cywilnych mieszkańców tego kraju. Wietnam Północny stracił 1,3 mln żołnierzy i ludności cywilnej. Z Wietnamu nie wróciło również 50 tys. żołnierzy USA, a ok. 313 tys. było rannych.
Napięcie w rejonie Morza Południowochińskiego rosło już od dawna. Amerykanie, intensywnie pomagający kolejnym dyktatorom w Wietnamie Południowym gromadzili w tym rejonie flotę, przerzucali na Filipiny i Tajwan piechotę morską oraz sprzęt wojskowy, szykując się do interwencji na szeroką skalę. Amerykanie w oparciu o Wietnam Południowy i Filipiny tworzyć zamierzali szeroką bazę dla swych wojsk i od południa szachować Chiny. Już od połowy lat 50. CIA prowadziła operacje dywersyjne przeciwko Wietnamowi Północnemu, rządzonemu przez Komunistyczną Partię Demokratyczną z charyzmatycznym prezydentem, bohaterem walk z kolonializmem francuskim i okupacją japońską Hô Chi Minhem na czele. Socjalistyczne, postępowe reformy prowadzone w północnej części podzielonego wzdłuż 17 równoleżnika kraju stały w kontraście z sytuacją panującą na południu pod rządami kolejnych reżimów wojskowych.
Operacje te polegały na nocnych rajdach najemników południowowietnamskich, tajwańskich i południowokoreańskich (szkolonych na Filipinach), a przerzucanych łodziami rybackimi do Wietnamu Północnego, gdzie niszczyli obiekty gospodarcze i militarnie instalacje. Nic dziwnego, że północnowietnamskie łodzie patrolowe intensywnie operowały w tym obszarze i starały się przeciwdziałać destrukcji. 31 lipca niszczyciel USS „Maddox” wznowił akcję wspierania komandosów południowowietnamskich na dwóch wysepkach należących do Wietnamu Północnego. Był to więc akt niewypowiedzianej – na razie – agresji wobec terytorium Północnego Wietnamu. Okręt ten uprawiał też szpiegostwo elektroniczne, prowadząc nasłuch radiostacji północnowietnamskich.
Na tzw. incydent w Zatoce Tonkińskiej z sierpnia 1964 roku złożyły się dwa wydarzenia: wymiana ognia pomiędzy niszczycielem USS „Maddox” a trzema wietnamskimi kutrami torpedowymi w dniu 2 sierpnia oraz ostrzelanie niezidentyfikowanego celu radarowego przez niszczyciele USS „Maddox” i USS „Turner Joy” dwa dni później. Incydent z 2 sierpnia przedstawiono jako pomyłkę obsługujących radar marynarzy. Dziś jednak wiadomo, iż była to świadoma mistyfikacja. Fakt, iż załoga niszczyciela była pijana, cynicznie wykorzystano do puszczenia w ruch machiny wojennej.
7 sierpnia 1964 r. Senat USA zatwierdził rezolucję dającą prezydentowi przyzwolenie na eskalację działań zbrojnych przeciwko Demokratycznej Republice Wietnamu. Miała ona polegać na rozpoczęciu przez US Air Force dywanowych bombardowań terytorium Wietnamu Północnego. W Kongresie padło za rezolucją 416 „za”, nikt się nie wstrzymał i nikt nie był przeciw. W Senacie „za” głosowało 88 senatorów, a 2 było „przeciw”.
W 1971 r. pracownik Pentagonu Daniel Ellsberg przekazał dziennikarzom dokumenty znane jako Pentagon Papers, w tym materiały na temat incydentu. Wynikało z nich, że raporty na temat wydarzenia zostały sfałszowane. 30 listopada 2005 r. dzięki odtajnieniu dokumentów NSA nie było już żadnych wątpliwości: administracja prezydenta Johnsona otrzymała nieprawdziwe informacje na temat incydentu. Ale mimo iż zdawano sobie sprawę z niejasności sytuacji w raportach, Biały Dom skwapliwie je wykorzystał. Robert McNamara, w latach 1961–1968 sekretarz obrony USA, po latach mówił, iż otoczenie prezydenta zdawało sobie sprawę z fikcyjności rzekomego ataku wietnamskich kutrów na niszczyciel, w starciu z którym nie miały szans. Przygotowane do bombardowań lotnictwo nie mogło już jednak czekać. Na pytanie, czy nie ma wyrzutów sumienia za dokonaną manipulację i ostatecznie za wojnę, w której zginęło ponad dwa miliony ludzi, odpowiedział: „Nie, bo taki atak wietnamski na okręty USA mógł się zdarzyć”.
Nie fakty więc , a własne wyobrażenia i interes polityczny wystarczą do podjęcia, a potem wytłumaczenia dowolnych decyzji, nawet takich, które niosą niewyobrażalne cierpienia. Konieczne jest tylko dokonanie wcześniej odpowiednich manipulacji opinią publiczną, przynajmniej własnego społeczeństwa i sojuszników.
Czego nas wszystkich ta historia nauczyła? Jak się okazuje, niczego. 55 lat po dramacie, który kosztował życie ponad 2 mln ludzi, a setkom tysięcy przyniósł nieodwracalne kalectwo, nadal można manipulować opinią publiczną, uzasadniać „humanitarną” potrzebę interwencji w tym czy innym miejscu, zagłuszać głosy krytyków i sceptyków. Fakt, że możliwości medialnych korporacji jeszcze się zwielokrotniły, tylko ułatwia szerzenie pospolitych kłamstw oraz upowszechnianie zmasowanej propagandy. Widzimy to z przerażającą regularnością: Jugosławia, Afganistan, Irak, Libia, Syria. W każdej z tych spraw – podobnie jak w historii wojny wietnamskiej – pierwotny pretekst do imperialistycznej interwencji okazywał się bujdą. Opinia publiczna jednak niespecjalnie się tym przejmowała.
Dlatego nie można bez niepokoju obserwować napięć w Zatoce Perskiej i wokół Iranu. Ten kraj wypełniał w każdym calu porozumienie o denuklearyzacji – ale nie ma to znaczenia dla słabnącego, miotającego się w swojej bezsile światowego hegemona. Zgromadzenie takich sił militarnych w jednym miejscu, niemal jawne zapowiedzi interwencji w atmosferze oczekiwania na konfrontację, jaka już panuje na Bliskim Wschodzie, może w końcu doprowadzić do konfliktu na trudno wyobrażalną skalę. Wystarczy, iż kolejny Gavrilo Princip strzeli do jakiegoś saudyjskiego notabla czy amerykańskiego dyplomaty, albo że „amerykańscy chłopcy” na statku zakotwiczonym w zatoce „tęgo popiją” i zaczną się bawić w strzelaninę do łodzi
Strażników Rewolucji.

Problemy imperium

Imperium amerykańskie ma problem ze stworzeniem antyirańskiej koalicji zbrojnej, która miałaby strzec „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej. Na razie deklaracje wstąpienia do niej zgłosiła tylko Wielka Brytania i po niej Izrael, co oburzyło władze irańskie. Jednocześnie poważny portal oilprice.com poinformował, że Iran i Rosja uzgodniły, że na wybrzeżu irańskim powstaną dwie rosyjskie bazy wojskowe, jedna morska i jedna lotnicza. Napięcie wokół Iranu nie spada.

Izrael nie ma żadnego energetycznego interesu w Zatoce. Ropę importuje głównie z irackiego Kurdystanu, kupuje ją też na wtórnych rynkach europejskich, a ostatnio od Amerykanów, którzy rozpoczęli eksploatację złóż syryjskich we wschodniej, okupowanej przez nich części kraju. Jest jednak krajem, który od lat pcha do wojny przeciw Iranowi i chce uczestniczyć w amerykańskiej strategii „maksymalnego nacisku” na to państwo. Zbliżenie się izraelskich okrętów podwodnych do granic Iranu już wywołuje reakcje w Teheranie, który uważa to za kolejne „poważne zagrożenie”, przeciw któremu ma zamiar się bronić.Uczestnictwo izraelskiego reżimu apartheidu w imperialnej koalicji potwierdził minister spraw zagranicznych Israel Katz, który nazwał to „misją bezpieczeństwa morskiego”. Izrael jest zaniepokojony informacjami na temat zbliżenia irańsko-rosyjskiego. Według nie potwierdzonych jeszcze doniesień, Iran, który nigdy nie zgadzał się na stacjonowanie u siebie obcych wojsk, miał uzgodnić z Rosją powstanie dwóch rosyjskich baz wojskowych, co miałoby być reakcją na zgodę Arabii Saudyjskiej ponownego stacjonowania tam armii amerykańskiej.
Według oilprice.com, Irańczycy i Rosjanie uzgodnili projekt budowy dwóch rosyjskich baz, po obu stronach strategicznej cieśniny Ormuz. Jedna – morska – miałaby powstać w porcie Buszehr położonym w Zatoce naprzeciw Kuwejtu, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, i naprzeciw Arabii Saudyjskiej, która stanowi część antyirańskiej osi USA-Izrael-Arabia. Drugą, lotniczą, przewidziano pod Czabaharem nad Zatoką Omańską, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Według podejrzeń izraelskich, projekt ma być zatwierdzony na spotkaniu prezydentów Rosji Putina i Iranu Rohaniego w Soczi, do którego ma dojść jeszcze w tym miesiącu.

Energetyczne gry

Gaz przetaczany pod powierzchnią Bałtyku i tankowce pływające przez Cieśninę Ormuz, choć geograficznie odległe, mają ze sobą wiele wspólnego. I obie podejrzanie interesują Wuja Sama.

Komisja spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu przyjęła projekt ustawy nakładającej sankcje na przedsiębiorstwa biorące udział w budowie gazociągu Nord Stream 2. projekt autorstwa senatorów Teda Cruza i Jeanne Shaheen poparli zarówno demokraci jak republikanie. Za jego przyjęciem głosowało 20 członków komisji, przeciw padły dwa głosy.
Jeśli wejdzie w życie ustawa zabroni wjazdu do USA wszelkim osobom mającym związek ze „sprzedażą, dzierżawą, udostępnianiem lub pomocą w udostępnianiu statków” do układania rosyjskich gazociągów morskich na głębokości 30 metrów i więcej, a także zamrożenie ich aktywów, znajdujących się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Takie sformułowanie oznacza, że zapisy ustawy będą mogły się stosować również do budowy innych gazociągów, na przykład między Rosją a Turcją.
Projekt powiela modelowe rozwiązania chętnie stosowane przez USA wobec firm i osób wziętych na celownik, opierające się na założeniu, że prawodawstwo amerykańskie może się rozciągać na wszystkich, którzy robią coś, co Ameryce się nie podoba. A nawet ingerować w sprawy, które Stanów Zjednoczonych nie dotyczą, nie dzieją się na ich terytorium i penalizować działania innych niż amerykańskie podmioty w nich uczestniczących. Już sam tytuł ustawy „Ustawy o ochronie bezpieczeństwa energetycznego Europy” brzmi ciekawie, bo – jakkolwiek sprawa budowy gazociągu Nord Stream 2 w Unii Europejskiej budzi kontrowersje i jest niechętnie traktowana przez szereg państw (m.in. Polskę), obrona „bezpieczeństwa energetycznego” kontynentu położonego po drugiej stronie Atlantyku w stosunku do USA jest obroną nieproszoną. Inna tylko sprawa, że tytuł mówiący wprost, że chodzi o obronę amerykańskich interesów przed konkurencją w postaci możliwości zwiększenia dostaw rosyjskiego gazu do Zachodniej Europy (przepustowość Nord Stream 2 ma wynieść miliardów metrów sześciennych gazu rocznie) wobec ambicji zastąpienia ich droższym skroplonym gazem amerykańskim. A zatem – jest to czysta hipokryzja i obrona nie Europy, a własnych interesów ekonomicznych.
Należy spodziewać się, że ustawa – choć musi być jeszcze przyjęta przez obie izby Kongresu i ewentualnie „sklejona” z projektem przygotowywanym przez Izbę Reprezentantów oraz podpisana przez prezydenta – wejdzie w życie. Pytanie, czy na tyle szybko, żeby faktycznie mogła zablokować budowę Nord Stream 2, bo według szefa austriackiego koncernu naftowo-gazowego OMV Rainera Seele układanie rurociągu zostało już zakończone w 70 proc. Oznacza, że pierwszy gaz może popłynąć jeszcze w tym roku.
Tymczasem sankcji doczekał się irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif. Amerykański Departament Skarbu ogłosił w tym samym komunikacie wszakże przedłużenie zgody na działanie zagranicznych firm biorących udział w irańskim cywilnym programie nuklearnym. Te sprzeczne sygnały tłumaczy, że dzięki temu jest wgląd w jego funkcjonowanie.
Z kolei amerykańskie projekty zablokowania Iranu poprzez zorganizowanie wspólnej misji wojskowej w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa ok. 20 proc. światowego handlu ropą naftową, zorganizowanej pod hasłem „obrony bezpieczeństwa żeglugi” poza Wielką Brytanią nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem. Zdecydowanie negatywnie wypowiedział się o niej wicekanclerz i minister finansów RFN Olaf Scholz. Słowa Scholza należy uznać za wiążącą decyzję, gdyż zastępuje on faktycznie Angelę Merkel podczas urlopu. W publicznej telewizji ZDF powiedział on, iż ewentualny udział Niemiec w sporze między Iranem i Stanami Zjednoczonymi mógłby doprowadzić do dalszej eskalacji konfliktu, a sytuacja w regionie jest już i tak nadzwyczaj napięta.
Inicjatywa powołania wspólnych sił morskich operujących w tym rejonie pojawiła się po incydentach z udziałem jednostek irańskich oraz po zatrzymaniu przez Iran brytyjskiego tankowca Stena Impero pod zarzutem dokonania wykroczeń.

Rakiety na Iran

Izraelskie ministerstwo obrony poinformowało, że wspólne amerykańsko-izraelskie testy systemu antyrakietowego dalekiego zasięgu na Alasce skończyły się „pełnym sukcesem”. System miał sięgnąć wielu rakiet lecących powyżej atmosfery ziemskiej. Izraelczycy nie ukrywają, że chodzi o część zadekretowanego przez Amerykanów „maksymalnego nacisku” na Iran, by poddał się polityce „bliskowschodniej osi”: Stanom Zjednoczonym oraz ich lokalnym sojusznikom – Izraelowi i Arabii Saudyjskiej.

„Dzisiaj Izrael ma możliwość działania przeciw rakietom balistycznym, które może wystrzelić przeciw nam Iran, czy ktoś inny” – cieszył się premier izraelskiego reżimu apartheidu Benjamin Netanjahu. Wtórował mu ambasador USA w Tel-Awiwie David Friedman, który oglądał próby na wideo: „To wielka zdobycz na rzecz bezpieczeństwa Izraela”. Amerykanie testowali z Izraelczykami nową wersję systemu Arrow-3, który od dwóch lat stacjonuje już w państwie żydowskim.
Amerykanie finansowali wspólną pracę Israeli Aerospace Industries i Boeinga nad polepszeniem systemu Arrow. Były już dość zaawansowane, gdy prezydent Trump zerwał w zeszłym roku oenzetowski układ atomowy z Iranem i wprowadził „bezprecedensowe” sankcje przeciw temu krajowi, co mocno podniosło temperaturę w regionie. Izrael, pierwsza siła ognia na Bliskm Wschodzie i mocarstwo atomowe, wywierał wcześniej presję na Stany Zjednoczone, by ten układ pokojowy wrzucić do kosza.
W ramach amerykańskiego „maksymalnego nacisku” niektóre kraje europejskie (w tym Polska), chcą wziąć udział w koalicji zbrojnej, która miałaby strzec tankowców w Zatoce Perskiej. Iran uważa to za „wrogie” działanie. Brytyjską propozycję koalicji w Zatoce oddaliła zresztą Francja, która uważa, że „to tylko zwiększy napięcie”. Tymczasem członek osi antyirańskiej – tyrania saudyjska – zgodziła się otworzyć bazy dla wojsk amerykańskich, trwają też budowy baz US Army w Iraku. „Iran zdecydowanie sprzeciwi się każdej nielegalnej działalności, która zagrażałaby morskiemu bezpieczeństwu Zatoki Perskiej, Cieśniny Ormuz i Zatoki Omańskiej” – mówił irański prezydent Hassan Rouhani.

Cel: Iran

Poprzednio zdarzyło się to przed pierwszą wojną w Zatoce w 1991 r. i potem przed inwazją Iraku w 2003. Stany Zjednoczone mają już bazy we wszystkich krajach Zatoki naprzeciw Iranu. Wcześniej niektóre kraje arabskie kręciły nosem, że na świętej ziemi Mekki i Medyny stoi imperialna armia niewiernych, która zabija muzułmanów. Ale USA są przede wszystkim gwarancją przetrwania saudyjskiej tyranii. Dziś szykuje się wojna tych sojuszników przeciw Teheranowi.
„Król Salman zgodził się na przyjęcie sił amerykańskich, by podnieść poziom wzajemnej współpracy w celu ochrony stabilności i bezpieczeństwa regionu” – czytał z kartki mowę-trawę saudyjski rzecznik ministerstwa obrony. Podlega ono temu, kto faktycznie rządzi Arabią, synowi króla, księciu Mohamedowi ben Salmanowi. Tymczasem bazę księcia Sultana, ok. 80 km na południowy wschód od Rijadu, odwiedził już gen. Kenneth McKenzie, szef dowództwa armii amerykańskiej (Centcom). Na razie trwają tam przygotowania, remonty i przeróbki.
Dziennikarze zajmujący się obronnością już wcześniej widzieli ruch w bazie na komercyjnych zdjęciach satelitarnych. W czasie imperialnej inwazji na Irak stacjonowały tu setki samolotów atakujących i bombardujących. Amerykanie mieli stosunkowo łatwo, bo Irak nie posiadał lotnictwa bojowego ani dalekosiężnej obrony przeciwlotniczej, w przeciwieństwie do dzisiejszego Iranu. W maju New York Times serwował liczbę 120 tys. żołnierzy, którzy mieliby docelowo wylądować w Arabii. Póki co, wysłano tam 500. Dobrze wypełnione są za to bazy w Kuwejcie, Iraku i Katarze.
Sprawa zestrzelenia przez Amerykanów „irańskiego” drona przycichła po tych wiadomościach. Rozlokowanie wojsk w Arabii ogłoszono nazajutrz po zablokowaniu przez Izbę Reprezentantów sprzedaży broni rodzinie Saudów za ponad 8 miliardów dolarów. Trump oczywiście zawetuje ustawę, bo wojna w Jemenie rozpętana przez Mohameda ben Salmana przynosi dochody, a krajanie krytycznych dziennikarzy w kawałki mu nie przeszkadza. Chce teraz bronić „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej i cieśninie Ormuz, gdyż Iran aresztował brytyjski tankowiec.
Irańczycy informują, że Stella Impero przycumował w porcie Bandar Abbas (nad cieśniną Ormuz). Został zatrzymany w związku ze śledztwem w sprawie „wejścia w kolizję z kutrem rybackim”. Na pokładzie brytyjskiego tankowca jest 23 marynarzy, 18 Hindusów (w tym kapitan), trzech Filipińczyków, Łotysz i Rosjanin. Statek został aresztowany przede wszystkim w odpowiedzi na areszt irańskiego tankowca przez Brytyjczyków z Gibraltaru.

Incydent w cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz.

Cieśnina jest na to za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem. Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentatorów lewicowych.

„To ogromna nieodpowiedzialność obydwu stron, igranie z ogniem!”

Reakcja ta rozdziela winę po równo i lekceważy nie tylko poważną różnicę sił i usytuowania obydwu stron w tych sił międzynarodowym układzie, ale też podstawowe fakty dotyczące samego wydarzenia.

Iran znajduje się pod presją globalnego mocarstwa, które w kupę gruzu obróciło już dwóch jego bezpośrednich sąsiadów (Afganistan i Irak) oraz prowadzi nieformalną wojnę z dronów na północy trzeciego (Pakistanu). Oprócz tego od lat dowodzi (nieudaną jak dotąd) operacją wymiany reżimu w nieco dalszej, ale związanej z Iranem przyjaźnią z rozsądku Syrii, a także wspiera saudyjskie zbrodnie wojenne na innych przyjaciołach Iranu w Jemenie. Wszystko to, przypomnijmy, Amerykanie robią tysiące kilometrów od swoich granic. Iran tymczasem leży tam, gdzie leży.

W otoczeniu państw pod ciężarem amerykańskiego buta upadłych lub na krawędzi upadku, boi się o własne terytorium. Ma wszelkie prawo bronić swoich granic niezależnie od tego, jaki w Iranie panuje ustrój i czy się komuś podoba, kto w nim rządzi. Takie prawo (a bywa, że i obowiązek) ma każde państwo. Iran reaguje na presję mocarstwa od kilkudziesięciu lat mu wrogiego, odpowiedzialnego za tragiczną destabilizację całego regionu, w którym Iran ma pecha się znajdować.

Po incydencie z japońskimi tankowcami, który mógł być amerykańską prowokacją (Japończycy – właściciele tankowców i rząd – od początku dystansują się od amerykańskiej wersji wydarzeń), Iran nie mógł tak po prostu przyglądać się, jak samoloty amerykańskiej armii wlatują na jego terytorium. Jednak zanim uderzyli, Irańczycy wysłali Amerykanom kilka ostrzeżeń, które zostały zignorowane (celowo, żeby sprowokować eskalację?). Wówczas uderzyli wyłącznie w drona, a nie w towarzyszący mu samolot, na którego pokładzie byli ludzie – Irańczycy chcieli więc uderzyć, pokazać, że potrafią zestrzelić najdroższe amerykańskie zabawki (ok. 200 mln $), jednocześnie nikogo nie zabijając.

Wpisuje się to w pragmatyczną politykę międzynarodową prezydenta Hasana Rouhaniego (mówi się o polityce „strategicznej cierpliwości”), któremu można tylko pozazdrościć zimnej krwi. Pamiętajmy, że Iran dopiero w rok po amerykańskim wycofaniu się z podpisanego przez Obamę wielostronnego porozumienia nuklearnego zaczął pomrukiwać, że również będzie w takim razie zmuszony porzucić realizację jego postanowień. Póki co, wciąż się jednak do nich stosuje, pomimo ciężaru, jakim są dla niego amerykańskie sankcje.

„Takie incydenty to tylko woda na młyn ekstremistów w obydwu krajach – tylko oni tak naprawdę chcą wojny!”

Jest to wariant tej pierwszej reakcji, tyle że zawężony i skonstruowany tak, żeby sprawiał pozory, że bierze pod uwagę złożoność politycznej rzeczywistości w USA i Iranie.

To prawda, że w ustroju politycznym Iranu istnieją równoległe i rywalizujące o wpływy ośrodki i struktury władzy (kler, administracja prezydencka i złożony z konkurujących sił parlament, siły zbrojne podzielone na różne dość od siebie nawzajem niezależne gałęzie), których elity mogą dążyć do rozgrywania różnych napięć, w tym zewnętrznych, w rozgrywkach między sobą. Ale teza, że któryś z tych ośrodków chciałby wojny z USA, pozostaje jednak nadal do udowodnienia.

Iran od ponad dwustu lat nie najechał żadnego państwa, odpowiadał wyłącznie na napaści z zewnątrz. Irańczycy wciąż pamiętają wieloletnią wojnę z Irakiem Saddama Husajna (wojującym za saudyjskie pieniądze, zaangażowane zresztą i tym razem w podżeganie do wojny). Iran jest otoczony wojnami (wywołanymi albo przez Stany Zjednoczone, albo przez ich reżimy klienckie) i już teraz jest nimi przeciążony. Masy uchodźców z Afganistanu i Iraku, siły i środki kierowane nieprzerwanie na wsparcie sojuszników w Syrii, Iraku, Libanie, Jemenie – to wszystko są odczuwalne ciężary, zarówno dla irańskiego społeczeństwa, jak i dla aparatu państwa, zmagającego się przecież do tego wszystkiego z amerykańskimi sankcjami. Nikt w Iranie nie chce jeszcze jednej wojny, na dodatek z tak potężnym wrogiem. Ale Irańczycy są dumnym społeczeństwem i tak jak niegdyś Wietnamczycy, po prostu nie zamierzają paść na kolana. Przyzwyczajeni do płynących z Waszyngtonu pogróżek, są do wojny gotowi (pół miliona mężczyzn pod bronią, ósma armia świata).

W Stanach Zjednoczonych natomiast większość klasy politycznej i cała oligarchia pragną wojny – tej albo innej, albo też tej jako wstępu do innej, (znacznie) większej. Trita Parsi, autor książki o irańskim dealu Obamy, pisał niedawno w lewicowym „The Nation”, że jakie by nie były różnice między oficjalnymi dyskursami Republikanów i Demokratów, cała waszyngtońska klasa polityczna w głębi serca zawsze chciała Iran w jego obecnej (tzn. tej ukształtowanej przez rewolucję islamską Chomeiniego) postaci unicestwić. Świadomość, że tak duże (80-milionowe), rzucające się w oczy państwo, położone tak strategicznie, jeśli chodzi o dostęp do surowców energetycznych (nie tylko jego własnych złóż; jedna trzecia światowego eksportu ropy trafia na rynki przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz), jest otwarcie wrogie modelowi świata podporządkowanemu woli jednego supermocarstwa, pozostaje dla amerykańskich klas panujących nie do wytrzymania.

Parsi przekonuje, że Obama był w tym wszystkim zaburzeniem, wprowadził sprzeczność niemożliwą na dłuższą metę do utrzymania. To dlatego musiał o Iran Deal walczyć nawet z własną partią i dlatego porozumienie przetrwało tak krótko. Wojna z Iranem jest w Waszyngtonie marzeniem nie tylko ekstremistów – bliższą prawdy byłaby teza, że jedynie wyjątki, „ekstremiści” (na warunki amerykańskiego establiszmentu) jej naprawdę, szczerze nie chcą.

W każdym razie do incydentu w Zatoce Omańskiej, tego z japońskimi tankowcami. W Kongresie dało się nagle słyszeć więcej niż dwa na krzyż głosy przeciwko nowej wojnie – jeszcze zanim wybuchła, a to się tam nie zdarza codziennie. Głosy krytyczne wobec eskalacji pojawiły się w całkiem dużych mediach, nawet jeśli nie zdominowały dyskursu, bo telewizja Fox i „Washington Post” jechały po staremu. Czy to wystarczy, żeby utrzymywać, że coś się radykalnie zmieniło od czasu poprzednich, wciąż przecież nie zażegnanych, wojen na Bliskim Wschodzie? W takim razie, dlaczego zaraz po odwołaniu przez Trumpa uderzenia odwetowego za drona w cieśninie Ormuz prasa i telewizja od razu zapełniły się komentarzami, że owszem, wszyscy pragniemy jedynie pokoju, ale wielka szkoda, że Iranowi jednak nie pokazaliśmy, kto tu rządzi?

Parsi jest przekonany, że w stosunku do Republiki Islamskiej, w ostatecznym rozrachunku, różnice między Republikanami a Demokratami, (neo)liberałami a neokonserwatystami, okazują się zawsze kosmetyczne, powierzchowne. Można wierzyć w szczerość kilku głosów, np. Sandersa et consortes. Reszta to karierowicze chwilowo – na potrzeby bieżącej rywalizacji o słupki w sondażach – motywowani głównie pokazowym, koniunkturalnym antytrumpizmem, którzy nie zareagowaliby, gdyby za Iran zabrała się Hillary Clinton.

Nie tyle mają coś aż tak przeciwko wojnie z Iranem jako takiej, co raczej boją się, że tak nieprzytomna administracja po prostu ją spartaczy już na starcie. Boją się nie wojny, tylko zmarnowania okazji do takiej wojny, o jaką chodzi. Boją się wojny „źle zrobionej” – która, na ten przykład, złoży całą światową gospodarkę, gdy odetnie ją od ropy z Zatoki Perskiej. Boją się wojny pozbawionej poparcia „społeczności międzynarodowej”, bo Biały Dom Trumpa najzwyczajniej nie umie w dyplomację i międzynarodowy PR. Do eskalacji napięć z Iranem nie chcą się przyłączyć nawet te stolice, które chętnie wespół z Waszyngtonem rozwalały Libię i Syrię, i w ogóle lubią neokolonialne eskapady (jak Paryż); w aktywnej opozycji wobec irańskiej polityki USA są stolice, które z administracją Trumpa łączy radykalny, irracjonalny konserwatyzm (jak Tokio).

„Amerykanie zrozumieli, że wojna w Iraku była katastrofą (nawet z punktu widzenia ich własnych interesów), dlatego nie chcą powtórki!”

A wojna w Wietnamie nie była katastrofą, także dla Amerykanów? I co, powstrzymała ich klasy panujące przed rozpętaniem kolejnych? Wojny w Libii Amerykanie nie wywołali (z Francuzami) już po wojnie w Iraku? Wojny w Syrii Amerykanie nie wywołali ze swoimi regionalnymi reżimami klienckimi już po wojnie w Iraku?

Amerykanie już od dawna nie importują ropy przez Zatokę Perską i cieśninę Ormuz – tamtędy wędruje ona do innych części świata. Interesu rozumianego jako bezpośrednia kontrola nad zasobami, które są im samym bezpośrednio potrzebne (lub „potrzebne”) Amerykanie dawno nie mieli – a jednak wszystko było gotowe, by wojnę z Iranem rozpętać, gdy tylko władzę po Obamie przejmie Hillary Clinton (co prawie do ostatniej chwili, jak doskonale pamiętamy, było przecież „jedynym możliwym” scenariuszem w 2016 roku).

Clinton była jawną zwolenniczką napaści na Iran („wymazałabym go z powierzchni Ziemi”) nawet wtedy, gdy prezydent z jej własnej partii inwestował cały swój polityczny kapitał w negocjacje z Teheranem i dążenie do podpisania długofalowego porozumienia. Po odejściu Obamy jego domyślna następczyni miała na forum ONZ zaprowadzić nad Syrią „strefę zakazu lotów”. To nie są spekulacje, to było w jej programie. Czego oficjalnie tam nie było, ale było oczywiste dla każdego, kto rozumie, jak Amerykanie używają takich międzynarodowych środków jak „strefy zakazu lotów” (patrz: Libia)? Tego, do czego strefa ta miała ostatecznie doprowadzić. Do otwartej inwazji na Syrię pod byle pretekstem, i do eskalacji wojny – pod pozorem, że ich samoloty „naruszyły strefę zakazu lotów”, a na pewno by „naruszyły” – na terytorium Iranu i w kolejne konfrontacje z Rosją.
Teza, że między końcem roku 2016 a dzisiaj coś się znacząco zmieniło w amerykańskich elit rozumieniu dotychczasowych bliskowschodnich wojen – że nastąpił moment jakiegoś „O Jezu! to wszystko katastrofa, zbrodnie i się nie opłaca, gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej!” – również pozostaje do udowodnienia. Jedyna różnica między wtedy a dziś polega na tym, że zamiast zaprawionej w wywoływaniu wojen i wspieraniu zamachów stanu Madamy Clinton, na tronie cesarza świata zasiadł człowiek, którego Biały Dom to dom wariatów i którego jastrzębie nie potrafią nawet dobrze upichcić własnego „incydentu w Zatoce Tonkińskiej”, takiego, w który ktokolwiek przy zdrowych zmysłach by uwierzył.

Ta część amerykańskiej oligarchii, która trzyma w garści amerykański kompleks zbrojeniowy, ma interes ekonomiczny w kolejnych wojnach nawet wtedy, gdy oznaczają one szkody i straty z punktu widzenia ogólnospołecznego interesu Amerykanów. A do tego ma nieproporcjonalny wpływ na kształtowanie amerykańskiej polityki zewnętrznej, trzymając wielu zawodowych polityków w kieszeni i grając w golfa z właścicielami korporacji medialnych.

Ale interes polityczny bywa bardziej złożony i niejednoznaczny niż najbardziej bezpośredni interes ekonomiczny. Napaść zbrojna może być zbyt kosztowna, jeśli przeliczona na wartość zasobów, do których może otworzyć drogę, ale to nie jedyny rachunek zysków i strat, jaki wchodzi w grę, gdy imperia spuszczają psy wojny. Zwłaszcza imperia, które boją się, że zaraz wstąpią w fazę schyłku lub gwałtownego upadku. Takie imperium może zestawiać koszty wojny z długofalowymi kosztami słabnięcia swojej pozycji, jeśli nie udowodni, że wciąż należy się go bać.

Czasem jednak bywa jeszcze gorzej: wojna jest oligarchom potrzebna dla niej samej. Niesione przez nią zniszczenie samo w sobie jest interesem, o który chodzi, jedyną szansą na utrzymanie stosunków władzy, które stanowią filary imperium. Najpotężniejsza pośród klasy władców późnego kapitalizmu, wielka burżuazja amerykańska zdążyła już ogarnąć, że to, z czym od 2008 roku mamy do czynienia, to nie jest zwykła recesja. To strukturalny kryzys tak głęboki, że porównać go można tylko do tego zapoczątkowanego krachem w 1929. Że zagraża on reprodukcji systemu, któremu zawdzięczają swoją władzę i przywileje. Że pomimo stosowania w różnych częściach globu, przez lokalne elity, „tradycyjnych” recept z różnych podręczników – zaciskanie pasa w Europie, drukowanie ton pieniędzy w USA i Japonii – żadne z rozwiązań nie działa.

Amerykańska burżuazja pamięta, jak wyszła z ostatniego takiego kryzysu. Wbrew popularnej legendzie nie stało się to za sprawą New Dealu Roosevelta. New Deal tylko przeciągał tamten strukturalny kryzys kapitalizmu, doraźnie sprzątał szkody i łatał dziury, ale rozwiązała go dopiero II wojna światowa, niszcząc na całym świecie wystarczającą wartość już nagromadzonego kapitału, by system mógł odzyskać wysokie stopy zysku i rozpocząć nowy cykl akumulacji. Przynajmniej niektórzy z amerykańskich oligarchów muszą przeczuwać, że być może jedynym skutecznym sposobem na zachowanie ich klasowej władzy jest kolejna wojna światowa i gotowi są tym razem sami ją rozpętać. Są na to gotowi, bo obawiają się, że jak nie to, to zmiecie ich rewolucja.

Iran do rozpętania wojny światowej nadaje się jak mało co. Jest większym i ważniejszym w sensie międzynarodowym państwem niż Irak, Libia czy Syria. Ma przyjaciół, w tym kilku potężnych. Leży w węzłowym punkcie wielkiego chińskiego projektu nowych szlaków jedwabnych, a także w regionie, co do którego Rosja przedstawiła własne międzynarodowe ambicje. To daje niepowtarzalną szansę na wciągnięcie w wojnę dwóch innych mocarstw nuklearnych w sposób, który może się dać sprzedać jako ich „ingerencję” (w podobnym stylu, w jaki demonizowana jest rosyjska obecność w Syrii). To mogłoby na stronę USA aktywnie wciągnąć inne państwa NATO. Byłby to doskonały początek wojny światowej.

„Niech ktoś w końcu odbierze temu szaleńcowi władzę!”

To prawda, że Donald Trump jest kompletnym dzbanem, oportunistycznym rasistą i być może seryjnym gwałcicielem, do tego przywódcą bezprecedensowo nieprzewidywalnym. Podejmuje decyzje pod wpływem kaprysu, inby na Twitterze w środku nocy, albo tego, który pensjonariusz jego „Białego Domu Wariatów” ma u niego posłuch akurat w tym tygodniu. Jego działania są tak niespójne i chaotyczne, bo szczerze wyznaje tylko jedną ideologię: „ja, ja, ja”, „me, myself and I”. Cała reszta to próżnia wypełniana tymczasowo treściami zależnymi od tego, w czyim towarzystwie The Donald chwilowo spędza najwięcej czasu. A towarzystwo to zmienia się przecież jak w kalejdoskopie – Biały Dom Trumpa cechuje niebywała rotacja personelu.
To prawda, że te jego cechy w dniu incydentu w cieśninie Ormuz postawiły świat w sytuacji „za pięć trzecia wojna światowa”. Ale co, jeśli jednocześnie to one pozwalają też raz za razem cofnąć zegar i wszystko odwołać? Jeśli to tylko dzięki nim ta wojna wciąż jeszcze nie wybuchła i nadal można jej zapobiegać? Tak jak operacja wymiany reżimu w Wenezueli, nagle odłożona na półkę, bo Trump się znudził tematem?

Mimo tych wszystkich Boltonów i Pompeów, znajduje się w jego orbicie ktoś, kto w ostatniej chwili może do niego podejść i powiedzieć coś w rodzaju: „Donald, czy ciebie już do końca po****ło? Wiesz, co się stanie na rynkach światowych, jak Iran odpowie blokadą cieśniny Ormuz? Wiesz, że drony nie mają załogi, więc nikt nie zginął? Pamiętasz, że nie wygrałbyś wyborów, gdyby nie trzy stany, z których pochodzi najwięcej rekrutów, weteranów i ofiar, gdzie wszyscy są zmęczeni kolejnymi wojnami i liczyli na to, że w przeciwieństwie do Killary ty nowej nie rozpętasz?” A wtedy, tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak podjął był wcześniej decyzję o uderzeniu odwetowym, Trump dzwoni nagle do ambasadora Omanu, prosi go, żeby rząd w Muskacie uprzedził Teheran, co się święci, a następnie odwołuje całą akcję w ostatniej chwili i chwali się tą decyzją publicznie.
W Białym Domu Hillary Clinton w jej otoczeniu nie byłoby ani jednej takiej osoby, bo się z takimi ludźmi nie zadawała. W krótkim okresie, kiedy stała na czele Departamentu Stanu, potrafiła doprowadzić do dwóch wielkich wojen, a zdeterminowana, żeby przymusić Obamę do otwartej amerykańskiej inwazji na Syrię, szmuglowała broń chemiczną z Libii do syryjskich rebeliantów, żeby tamci robili ustawki na rachunek rządu Asada.

Gdyby w Gabinecie Owalnym zasiadała dziś Madame Clinton, zasłony byłyby tam w bez wątpienia lepszym guście, ale wojna w Iranie toczyłaby się już od co najmniej roku, być może właśnie „rozwijana” w postać wojny z Rosją i Chinami. Toczyłaby się w oparciu o bez porównania lepszą propagandę i międzynarodowy PR, z pomocą znacznie lepiej przygotowanych incydentów w zatokach i cieśninach, tak że zachodnia opinia publiczna wierzyłaby w słuszność amerykańskich racji jeszcze przez dziesięć nadchodzących lat. Tak jak do dzisiaj wierzy, że w Syrii z rządem Asada walczą „siły demokratyczne” lub „umiarkowane”; że odpowiedzialność Asada za incydenty z bronią chemiczną jest potwierdzonym obiektywnie faktem; że Białe Hełmy to pozarządowa organizacja humanitarna…

Nie piszę tego „na pocieszenie”, żeby „dodać otuchy” czy samemu z ulgą odetchnąć. Piszę to ze zgrozą. Chodzi mi o to, że najwyższy czas zacząć sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Choć szaleństwo Donalda Trumpa w każdej chwili grozi wybuchem, który doprowadzi do katastrofy, to jednocześnie to samo szaleństwo, dzięki tej samej nieprzewidywalności i kapryśności, które je konstytuują, trzyma nas wciąż na jakąś – niewielką, ale zawsze – odległość od wybuchu kolejnej wielkiej wojny. A co, jeśli jest ostatnią rzeczą, która nas tak jeszcze trzyma? Zauważyliście, że jesteśmy już w trzecim roku prezydentury marchewkowego Kaliguli, i pomimo iż niejednokrotnie balansował on na krawędzi, wciąż jednak nie rozpoczął żadnej nowej wojny (w przeciwieństwie do Obamy, obydwu Bushów czy Reagana na tym etapie prezydentury)? Możliwe, że w końcu jakąś wywoła, nikt z nas nie zna przyszłości – ale równie możliwe, że III wojna światowa zacznie się dopiero wtedy, jak Trump opuści Biały Dom, a na jego miejsce wprowadzi się jakiś Joe Biden czy inna Kamala Harris.

Netanjahu będzie miał pół godziny

„Jeżeli USA napadną na Iran, Izraelowi pozostanie pół godziny istnienia” – w ten sposób wypowiedział się Modżtaba Zolnur, irański parlamentarzysta i szef komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej w Islamskim Zgromadzeniu Konsultatywnym. Słowa te padły w wywiadzie tego polityka dla arabskojęzycznej telewizji w Teheranie al-Alam.

Sytuacja wydaje się zaostrzać w sposób, którego prowojenne koła w USA nie przewidziały. Iran coraz chętniej demonstruje, że jest gotów do konfrontacji zbrojnej ze Stanami Zjednoczonymi. Swoiste oświadczenie, które wygłosił Modżtaba Zonnur jest kolejnym tego dowodem. Zostało ono wygłoszone w chwili bardzo silnych napięć na linii Teheran-Waszyngton, sprowokowanych przez Johna Boltona i Mike’a Pompeo – dwóch zawodowych podpalaczy świata.
Napięte pozostają też stosunki Iranu z Izraelem. Tel Awiw oskarża Republikę Islamską o wspieranie organizacji które uznawane są w Izraelu za terrorystyczne – np. Hamas czy Hezbollah. Teheran zaprzecza i oskarża Izrael o „udział w agresjach wojskowych w całym regionie”.
Poza tym Zolnur w przywołanym wywiadzie podważył też słowa Donalda Trumpa jakoby nakazany nalot na Iran po strąceniu przez Strażników Rewolucji amerykańskiego drona, został odwołany na 10 minut przed uderzeniem. Okreslił to jako „polityczny blef” i wyjaśnił, iż jego zdaniem „gdyby Amerykanie mieli pewność, że atak ten zakończy się powodzeniem z pewnością by go nie odwołali”.
W podobnym duchu okoliczność tę komentował wcześniej minister spraw zagranicznych Iranu. Tłumaczenia prezydenta USA, który twierdził, że odwołał bombardowania ze względu na to, że 150 osób mogłoby ponieść śmierć uznał za „żałosną
hipokryzję”.
– Naprawdę prezydent USA zmartwił się 150 ofiarami? A ile osób Stany Zjednoczone zabiły używając broni nuklearnej? Ile pokoleń przez to cierpi? – cytuje Zarifa irańska agencja prasowa IRIB.

Limit przekroczony

Iran ostrzegał, że jeśli europejscy sygnatariusze porozumienia nuklearnego nie pomogą zniwelować skutków wypowiedzenia tego układu przez USA, to przestanie stosować się do jego zapisów. Nie były to puste słowa.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdziła informację podaną najpierw przez irańską agencję ISNA. Iran przekroczył ustalony w porozumieniu limit zapasów uranu wzbogaconego do 3,67 proc. rozszczepialnego izotopu U-235. 202,8 kg uranu równoznaczne jest 300 kg gazowego heksafluorku uranu. Dziś Mohammad Dżawad Zarif, minister spraw zagranicznych Iranu, potwierdził, że po 27 czerwca jego kraj zwiększył magazynowanie uranu.
To odpowiedź na kolejne wrogie gesty ze strony Stanów Zjednoczonych (na czele z odwołanym w ostatniej chwili atakiem) i w zasadzie stwierdzenie, że porozumienie atomowe zostało pogrzebane. Teheran, grożąc, że przekroczy dozwolone limity magazynowania uranu, wzywał europejskich sygnatariuszy układu, by przeciwdziałali sankcjom nałożonym przez USA na Iran, skoro sami deklarowali chęć utrzymania układu.
W zeszłym tygodniu państwa europejskie, które sygnowały układ, ogłosiły, że działa już system INSTEX, dzięki któremu możliwy byłby dalszy handel z irańskimi podmiotami z pominięciem waszyngtońskich sankcji. Ale według irańskiej dyplomacji to stanowczo za mało, by zniwelować ciosy zadane przez działania administracji Trumpa. Same deklaracje Unii Europejskiej, Francji czy Wielkiej Brytanii, krytykujących Trumpa, nie mogą Teheranowi wystarczyć.
Do momentu wypowiedzenia przez USA porozumienia nuklearnego agencje międzynarodowe podkreślały: Iran nie złamał
porozumienia.
Teraz jednak sytuacja jest zupełnie inna. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif podkreślił, że przekroczenie limitu magazynowania to tylko początek, a następnym krokiem będzie wzbogacanie uranu do wyższego poziomu niż zapisane w porozumieniu 3,67 proc. rozszczepialnego izotopu.