Bliski Wschód za daleki dla Polski

Kiedy w końcu lutego 1990 r. byłem bezpośrednim świadkiem jak goszcząca w Polsce ministerialna delegacja Iraku, na wiadomość o wznowieniu przez rząd Tadeusza Mazowieckiego polsko – izraelskich stosunków dyplomatycznych, raptownie przerwała swój pobyt w Warszawie, był to wymowny sygnał zmiany klimatu w politycznych kontaktach polsko – arabskich.

Kiedy natomiast wkrótce potem pojawiły się setki ogłoszeń firm i instytucji wyprzedających za grosze swe maszyny do pisania z arabską czcionką, był to czytelny sygnał ogromnego regresu polskiej aktywności w obszarze handlu z państwami arabskimi.
Polak Arab dwa bratanki
W czasach socjalizmu Polska utrzymywała dobre stosunki właściwie z cały światem arabskim. Można było bez przesady mówić o polsko – arabskiej przyjaźnie. Szczególnie bliskie więzy łączyły nas z lewicującymi rządami arabskimi, gdzie rządziła Partia Arabskiego Socjalistycznego Odrodzenia (BAAS). O jakości syryjskiego lub irackiego socjalizmu czy też istoty arabskich rewolucji, jak np. libijska nie warto się szerzej wypowiadać, lecz faktem jest, że zbliżenie niektórych reżimów bliskowschodnich do Polski i innych państw socjalistycznych wyrażało się w dostarczaniu sprzętu wojskowego i pewnej pomocy technicznej w niektórych gałęziach przemysłu w zamian za przejmowanie i rozpowszechnianie przez te rewolucyjne reżimy przekonań socjalistycznych i wdrażanie ich siłą. Ważnym czynnikiem zacieśniania kontaktów polsko-arabskich były realizowane na szeroką skalę polskie kontrakty na budowę dróg, cementowni czy cukrowni, a także przyznawanie polskich stypendiów setkom studentów z krajów arabskich i Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Wszystko to uległo radykalnej odmianie wraz z transformacją ustrojową Polski i jej reorientacją na Zachód oraz ociepleniem stosunków z Izraelem. Po latach zastoju w stosunkach polsko-arabskich, zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem zaczęło rosnąć po wejściu do Unii Europejskiej i naszym udziale w wojnie w Iraku w 2003 r., gdy stosunki polsko-arabskie zaczęły zmieniać się w kierunku większego ich zacieśnienia.
Warszawska konferencja – palec w drzwiach do stosunków z Iranem i Palestyną.
Po wygranych w 2015 r. liderzy PiS zapowiedzieli „głębokie zmiany” w polityce zagranicznej (zwłaszcza przed wyborami) lub przynajmniej „zmiany w polityce zagranicznej”. Dotyczyły one nie tylko umocnienia wszelkich więzów z USA, ale i korekty polityki wschodniej. Pojęcie krajów Wschodu obejmuje szeroki obszar od Ukrainy i Rosji do państw Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Mimo pisowskich ambicji odgrywania przez Polskę roli mocarstwa, na razie regionalnego, w ramach ,,Trójmorza”, w praktyce dyplomacja rządzącej ekipy pozwala się niemal bezwolnie wykorzystywać amerykańskiej administracji do prowadzenia jej własnej linii politycznej. Co więcej, PiS wręcz szuka możliwości przypodobania się Stanom, wynajdując wszelkie możliwe punkty styczności. Taka dygresja, podczas miłego spotkania po latach, mój kolega ze studiów, były ambasador RP w Brazylii, Paweł Kulka – Kulpiowski zwraca uwagę na następującą okoliczność; gdy w 2005 r. PiS obejmował władzę, zrezygnował z przyjętej przez rząd Marka Belki listy państw priorytetowych w stosunkach gospodarczych Polski z zagranicą, a na tej liście była m. in. Brazylia. Jednak gdy obecny pisowski rząd dostrzegł, że brazylijski rząd Jaira Bolsonaro – homofoba, wroga praw kobiet i środowiska LGBT, miłośnika wszelkich dyktatur i rządów Donalda Trampa, zwolennika przeniesienia ambasady USA do Jerozolimy, cieszy się sympatią i poparciem amerykańskiego prezydenta, wówczas Brazylia stała się nagle ważnym partnerem Polski. Zasada: przyjaciel naszego przyjaciela jest naszym przyjacielem, działa w pełni i ma spowodować przychylne spojrzenie zza oceanu na Polskę.
Podobnie świadectwem dążności obecnej ekipy do przypodobania się za wszelką cenę amerykańskiej administracji, stała się konferencja międzynarodowa nt. Bliskiego Wschodu z szczególnym uwzględnieniem sytuacji w Iranie, zwołana w lutym 2019 r. w Warszawie z inicjatywy USA. Rosja, podobnie jak Palestyna, Katar i Liban, odmówiła udziału w konferencji. Turcję reprezentował jedynie ambasador w Warszawie. Nikt nie zaprosił najbardziej zainteresowanego państwa, czyli Iranu, a Moskwa uważała, że ​​konferencja jest wyraźnie antyirańska i konfrontacyjna wobec Iranu. Iran, z którym od 400 lat mieliśmy bardzo dobre relacje (w XIX w. szach Persji miał nawet własną, polską gwardię), próbował naciskać na Polskę, aby nie organizowała szczytu na swojej ziemi. Strona polska zdecydowała się jedynie usunąć nazwę Iranu z tytułu szczytu. Minister Krzysztof Szczerski podkreślił, że dzięki tej konferencji Polska zyskała zupełnie nową rolę w polityce międzynarodowej, jest państwem zdolnym do działania w polityce międzynarodowej nie tylko w swoim najbliższym otoczeniu, ale także w skali globalnej.
Ten wyraźnie megalomański wybieg pisowskich polityków nie był pierwszym z tego rodzaju. Zaplanowany jeszcze za rządów PO szczyt NATO, który odbył się na warszawskim stadionie w lipcu 2016 r. miał być w pisowskiej propagandzie wydarzeniem historycznym, wynoszącym na wyżyny autorytet Polski i wyrazem doceniania naszego państwa rządzonego przez PiS.
Podobnie podnoszono rolę konferencji bliskowschodniej, choć ta wciągała Polskę w orbitę zupełnie niepotrzebnej nam antyirańskiej polityki, podczas kiedy i tak to Izrael, a nie Polska zdołał wykorzystać warszawską konferencję do wzmocnienia swojej pozycji i interesów. I to nie polski premier Mateusz Morawiecki, a premier Izraela Benjamin Netanjahu stał się głównym beneficjentem tej konferencji, zyskując atuty w toczącej się w Izraelu kampanii wyborczej, a Polska kolejny raz dała się wykorzystać amerykańskiej administracji, choć zdawała się być z tego niezmiernie dumna. Jednak próba rozwiązywanie w Warszawie problemów z Iranem i konfliktu palestyńsko – izraelskiego bez udziału wszystkich udziału zainteresowanych stron, w tym Rosji, nie wydaje się perspektywiczną ani optymalnie rozsądną.
Polska jako gospodarz tej konferencji straciła możliwość zachowania balansu i utrzymania równego dystansu wobec stron konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Stosunki z Izraelem są niewątpliwie dla Polski ważne w wielu wymiarach, jesteśmy partnerami i sojusznikami, choć w wojskowym wymiarze niewiele dla nas z tego sojuszu może wynikać. Nasz obrót handlowy z tym państwem to zaledwie 600-700 mln dol., podczas gdy z światem arabskim wyraża się w kwocie 3 mld. dol, w tym udział samych Zjednoczonych Emiratów Arabskich – sporo ponad 1 mld dol., a ich rynek jest ogromny i perspektywiczny, skłonny wchłonąć wszystko co zaoferujemy, paradoksalnie nawet piach. Palestyna w tym kontekście to mało liczący się arabski partner. Tym niemniej nie należy go lekceważyć. Polska uznała państwowość Palestyny w 1988 r., a kolejne nasze ekipy rządzące podtrzymują to stanowisko. Warto by kreatorzy polskiej polityki zagranicznej brali pod uwagę, a nie ignorowali fakt, że sprawy palestyńskiej państwowości i konfliktu z Izraelem, był i jest zawsze w centrum problemów Bliskiego Wschodu, a bez samych Palestyńczyków i rozwiązania problemu palestyńskiego nie może być mowy o stabilizacji i normalizacji sytuacji bliskowschodniej. O tym, że można i należy utrzymywać równowagę w stosunkach z Izraelem i Autonomią Palestyńską, pilnować równego dystansu do nich, najlepiej wie Francja, dostrzegająca równoległość terroryzmu uprawianego przez niektóre organizacje palestyńskie, jak i wieloaspektowego terroryzmu państwowego Izraela, którego emanacją są choćby najnowsze plany aneksji doliny Jordanu. Jesteśmy związani sojuszami i sojuszniczymi zobowiązaniami, to prawda, jednak Polska dotknięta podobnymi do palestyńskich doświadczeniami historycznymi, mogłaby wobec Palestyńczyków zajmować bardziej samodzielne i dobitniejsze stanowisko, choćby podobne do reprezentowanego przez Turcję, która będąc członkiem NATO, popiera jednak walkę i aspiracje Palestyńczyków do własnej państwowości.
Warto pamiętać, że byt Palestyny zależy nie tylko od wsparcia finansowego z zewnątrz, ale i od uwagi i koncentracji międzynarodowej. Jeśli wiele stron polityki międzynarodowej spycha tów i problem palestyński na margines żywotnych spraw w regionie, wcale nie musi oznaczać, że jest to obowiązujący wyznacznik postawy dla Polski.
O tym, że Polska nie utrzymała potrzebnej równwagi w stosunkach z Izraelem jak i Palestyną, świadczy wypowiedź sekretarz Komitetu Wykonawczego OWP ​​Saeb Erekata, że warszawska konferencja jest próbą uczynienia z izraelskiego łamania praw Palestyny ​​„naturalnej rzeczywistości”. Natomiast palestyński minister spraw zagranicznych Riyad al-Maliki powiedział: „Uważamy konferencję warszawską za spisek przeciwko kwestii palestyńskiej”. Polska jako państwo wielokrotnie pokrzywdzone przez silniejszych, nie przejawiła zrozumienia dla aspiracji Palestyńczyków, wspierając kontrowersyjną decyzję Waszyngtonu o przeniesieniu ambasady USA do okupowanej Jerozolimy.
Polscy konserwatyści arabskim rewolucjonistom i co dalej.
Szansa na ożywienie stosunków polsko – arabskich i zarazem na wzrost rangi Polski w tym regionie zaistniała wraz z antyreżimowymi rewolucjami w Tunisie w 2010 r. i rok później w Egipcie oraz Libii. Przed Polską otworzyła się perspektywa eksportu do krajów „Arabskiej Wiosny” swojego doświadczenia pokojowej i konstruktywnej transformacji ustrojowej, organizacji społeczeństwa obywatelskiego, stabilnej demokracji opartej na pluralizmie politycznym i rządach prawa oraz wolności mediów. Egipt i Tunezję odwiedzili polscy parlamentarzyści i urzędnicy rządowi, rozważano możliwość sprzedaży polskiego uzbrojenia dla rewolucyjnej Libii, a do Polski wyjechały arabskie delegacje ministerialne w celu przygotowania raportów na temat polskich doświadczeń i ich wykorzystania na arabskim gruncie.
Regionalne Centrum Studiów Strategicznych w Kairze zwróciło w okresie trwania arabskich rewolucji uwagę na pojawienie się nowej roli Polski i jej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie, starającej się zaistnieć jako wpływowy aktor na scenie międzynarodowej. Badania te pokazały, że ​​zainteresowanie Polski Bliskim Wschodem wynika z postrzegania siebie jako dużego i aktywnego kraju na scenie europejskiej, a także z dążenia do tworzenia nowych partnerstw na arenie międzynarodowej, aby osiągnąć cele dywersyfikacji źródeł energii i przyciągania inwestycji. Faktycznie wydawało się, że przebudzenie świata arabskiego ma wielkie znaczenie nie tylko dla Europy, także dla Polski, a naszym strategicznym priorytetem powinno być stworzenie własnej polityki wobec krajów muzułmańskich.
Jednak sama istota niezwykle skomplikowanej i dynamicznej sytuacji w krajach arabskich czyniła polską misję trudną do sfinalizowania, choćby dlatego, że demokracje tam zaprowadzane po rewolucjach politologia zalicza do tzw. ,,ułomnych”, a niebezpieczeństwo zwycięstwa islamskich radykałów w wolnych wyborach, których przeprowadzenia miała uczyć Polska, stało się arabską rzeczywistością. Autorzy egipskich reform przegrali nie tylko z bractwem muzułmańskim i salafitami, ale i własnymi ułomnościami, pokusami i ciągotami ku autorytaryzmowi. Arabska Wiosna wyostrzyła również podziały miedzy sunnitami i szyitami oraz ukazała zagrożenia związane z zastępowaniem arabskiego nacjonalizmu ideologią politycznego islamu, a nawet szowinizmu wyznaniowego, a to przyniosło bezpośrednie zagrożenia dla mniejszości religijnych i etnicznych, w tym chrześcijan. Po arabskich rewolucjach nastąpiło osłabienie armii i policji, co łączyło się z odrodzeniem tradycyjnych i charakterystycznych dla świata arabskiego struktur plemiennych i klanowych, widocznych szczególnie wyraźnie na przykładzie Libii. Osłabienie struktur państwowych i rozchwianie społeczne pogłębiły istniejący kryzys gospodarczy. Radykalizacja nastrojów i ekstremizm zaczęły mocno zagrażać politycznej stabilności regionu, a perspektywa jej przywrócenia wydaje się odległa. Trwające tam konflikty wewnętrzne trudno zażegnać. Pozostają one ogromnym problemem dla społeczności międzynarodowej, a ich rozwiązywanie nie jest z pewnością zadaniem dla polskiej dyplomacji. Światu arabskiemu niezbędna jest demokratyzacja idąca w parze z modernizacją, a tego sama Polska nie jest w stanie sprostać, chyba że działając w sposób skoordynowany w ramach akcji całej UE.
Świat arabski, wbrew lansowanej przez wiele dekad ideologii ,,jedności arabskiej”, jest silnie podzielony i targany sprzecznymi interesami politycznymi gospodarczymi. Nie sposób w tej sytuacji wyznaczać generalnych perspektyw stosunków polsko – arabskich. O ile takie państwa jak Irak czy Libia czy Syria pogrążone są w stanie anarchii i trudno mówić o szerszej współpracy z nimi, to już z królestwem Arabii Saudyjskiej stosunki rozwijają się niezwykle dynamicznie i wielopłaszczyznowo, a państwo to postrzegana jest jako przyjaciel i sojusznik w regionie. Zresztą współpracę z państwami regionu Zatoki Perskiej, władze RP zaliczają do priorytetów polskiej polityki zagranicznej poza obszarem euroatlantyckim. Polska jest przecież jednym z największych partnerów handlowych Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Istnieje wieloletnia bilateralna współpraca Polski z państwami bliskowschodnimi w dziedzinie nauki i szkolnictwa wyższego, wymiany studentów i doktorantów. Wartą podkreślenia jest działalność Polsko – Arabskiej Izby Gospodarczej, której celem jest ułatwianie stosunków handlowych między polskimi podmiotami a ich arabskimi partnerami. Na Bliskim Wschodzie działają organizacje: Caritas Polska, Polska Misja Medyczna, Polska Akcja Humanitarna. Polskie organizacje pozarządowe realizowały projekty, których głównym celem była pomoc doradcza oraz działania na rzecz demokratyzacji i przestrzegania praw człowieka, realizują projekty szkoleń dla działaczy społecznych z państw arabskich.
Mimo polskich starań, stan odnoszonych, gospodarczych korzyści z rozwijania kontaktów z światem arabskim jest wciąż zbyt nikły. Przeszkodą jest wciąż niestabilna sytuacja wewnętrzna potencjalnych partnerów lub ich nieuregulowana sytuacja na arenie międzynarodowej. Ze strony polskiej natomiast zauważa się niechętną postawę niektórych polskich podmiotów gospodarczych oraz oświatowych, obawiających się ryzyka nowych przedsięwzięć i nawiązywania współpracy z państwami regionu. Kształtowaniu opinii o Polsce w świecie arabskim z pewnością nie sprzyja głośna już w świecie polska nietolerancja i ksenofobia, a także obsesyjna odmowa władz przyjmowania uchodźców wojennych, nawet sierot i nieislamskich Jazydów, z syryjskiego i irackiego teatru wojny domowej. Okazując gotowość wspierania arabskich rewolucji, polskie władze zapomniały, że implikacją ,,Arabskiej Wiosny” były krwawo tłumione w marcu 2011 r. wystąpienia syryjskiej ludności przeciw reżimowi Baszara Asada, które już latem tego roku przerodziły się w wieloletnią wojnę domową. Ta zaś generuje całą rzeszę uchodźców wojennych, od których konserwatywny, nacjonalistyczny rząd PiS chciałby się odgrodzić murem, traktując ich jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa oraz jak ,,zarazki, pasożyty i pierwotniaki”. Tymczasem założenia polskiej polityki zagraniczne definiują jako bliskie naszym interesom państwa Dalekiego Wschodu, jednocześnie nie wymieniając regionu Bliskiego Wschodu jako kluczowego dla interesów Polski. A świat arabski widzi to i wyciąga wnioski.

Palestyna przed aneksją

Podczas gdy premier Netanjahu ciągle negocjuje z Amerykanami, jak daleko mógłby się posunąć z przyłączeniem do Izraela palestyńskich terytoriów okupowanych, nielegalne osiedla kolonizatorów przeżywają boom na rynku nieruchomości. Zapowiedź zaboru kolejnej części Palestyny, wywołała gorączkę u handlowców: inwestycje w żydowskie mieszkania mogą, według nich, przynieść nawet kilkadziesiąt procent.

Premier Netanjahu jest przekonany, że aneksji należy dokonać teraz albo nigdy, w „otwartym oknie okazji politycznej”, tj. do amerykańskich wyborów w listopadzie, po których może rządzić Biden, nie Trump, co przeciągnie sprawę. Amerykanie, którzy zatwierdzili jego plan zaboru, zaczęli się wahać, w związku z wyborami prezydenckimi. Waszyngton chciałby, by Netanjahu nie robił wielkiego światowego hałasu przed głosowaniem, żeby rozłożył swe projekty w czasie i zabierał ziemię mniejszymi kawałkami, dyskretniej.
Ale w żydowskich koloniach na Zachodnim Brzegu Jordanu ludzie się cieszą, są na ogół pewni, że aneksja jest tylko kwestią czasu. Puste jeszcze mieszkania w nielegalnych osiedlach znalazły już nabywców, czekają ambitne projekty budowlane. Agencje tłumaczą, że ludzie kupują mieszkania, „bo to będzie normalny kraj”, a ceny już ruszyły w górę. Zazwyczaj żydowskie mieszkanie, czy dom, na terytoriach okupowanych jest dwa razy tańszy niż w Izraelu. To zachęta do kolonizacji, oprócz motywów religijnych, czy politycznych.
Plan aneksji miał być realizowany od 1 lipca, ale posypały się potępienia nawet ze strony sojuszników państwa żydowskiego. Przewiduje on przejęcie przez Izrael nielegalnych kolonii żydowskich na terytoriach palestyńskich oraz zabór całej doliny Jordanu. Gdyby jego realizacja miała być etapowa, na razie anektowano by tylko kilka większych kolonii wokół Jerozolimy. Palestyńczycy będą musieli ścieśnić się jeszcze trochę.

Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.

Burza Netanjahu, bezsilność świata

Przed tą burzą panuje w naszych mediach cisza. Nie będziemy przecież wyrzucać Amerykanom ich polityki wobec ich podopiecznego – Izraela, skoro sami bardzo chcemy być ich podopiecznym. Polska i Izrael to jedyne państwa na świecie, które są gotowe na kult jednostki prezydenta Trumpa: my marzymy o „Forcie Trumpa”, a na syryjskich ziemiach okupowanych przez Izrael jest już „Wzgórze Trumpa” – nowa, nielegalna żydowska kolonia. Skoro Trump pobłogosławił plan Netanjahu aneksji kolejnych ziem okupowanych, tym razem palestyńskich, to chętnie skorzystamy z okazji, by siedzieć cicho.

Z deklaracji POPiSu wynika, że chcielibyśmy, by USA traktowały nas jak Izrael, jak najbliższego, ukochanego sojusznika, którego będą bezwarunkowo bronić i nawet dawać mu pieniądze. Cóż, w tym ostatnim punkcie, nawet najwięksi fani Ameryki nie mają złudzeń, to my musimy słono płacić, a USA nas za to obronią, pod warunkiem, że nas Rosja nie zaatakuje, na co się zresztą nie zanosi. Co do pieniędzy, są na świecie jeszcze tylko dwa kraje, oprócz Izraela, którym Amerykanie dają pieniądze ot tak: to Jordania i Egipt, sąsiedzi państwa żydowskiego. USA zasilają ich budżety, by w zamian zgadzały się z Izraelem.
Za kilka dni, od 1 lipca premier Netanjahu ma zacząć operację aneksji mniej więcej jednej trzeciej okupowanego, palestyńskiego Zachodniego Brzegu Jordanu – nielegalnych kolonii żydowskich powstałych dzięki zdobyczom armii i całej doliny Jordanu. Olbrzymia większość Izraelczyków-żydów popiera ten projekt, choć gwałci on jawnie podstawowe rozstrzygnięcia prawa międzynarodowego. Konkretnie znaczy to, że Izrael „znacjonalizuje” ziemie należące do Palestyńczyków, a odbierając im ziemię nie przyzna im obywatelstwa, co z jednej strony poszerzy obszar izraelskiego apartheidu, a z drugiej pozwoli w każdej chwili ich wyrzucić jako „obcokrajowców” do gett palestyńskich albo za granicę, np. do Jordanii (bo na nowych ziemiach izraelskich żydowska kolonizacja będzie jeszcze w mniejszości).
Są to plany tak bezczelne, że w ONZ tylko dwa kraje je popierają (na 200): USA i Izrael. Sąsiedzi Izraela niewiele mogą: Liban jest wstrząsany potężnymi niepokojami społecznymi, Syria ma kilku okupantów na głowie, Egipt jest przeciw tylko werbalnie, ale nie zrezygnuje z amerykańskich pieniędzy i uwagę ma zwróconą teraz na Libię, a Jordania jest bezsilna: może najwyżej (tracąc dolary) odstąpić od traktatu z Izraelem, który ma zamiar go złamać właśnie od 1 lipca. A Europa? Europejczycy tak się przyzwyczaili, że Izrael może bezkarnie łamać dowolne prawa, czy układy, że ich reakcja przypomina egipską: Unia „potępia” zachowanie Izraelczyków, ale to wszystko.
Siedem państw europejskich (jak zwykle bez nas: Niemcy, Estonia, Belgia, Francja, Norwegia, Irlandia i Wielka Brytania) wydało wspólną deklarację, że nie uznają nielegalnej aneksji, która „zniszczy ideę pokoju w przyszłości”, ale, podobnie jak Unia, milczy na temat ewentualnych sankcji, bo ich nie przewiduje. O międzynarodowe sankcje mają ubiegać się sami Palestyńczycy, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Może wywołać to tylko zawstydzony uśmiech, bo niezależnie od wyroku nic się nie stanie, wszyscy to wiedzą.
Burza nadciąga więc w ciszy. Dziś w Strefie Gazy rządzący tam Hamas ogłosił, że aneksja będzie oznaczać „deklarację wojny”, ale co mogą zrobić mieszkańcy małego, zamkniętego terytorium? Wysłać trochę „rakiet” napędzanych nawozami sztucznymi, które w nic nie trafiają i czekać na bombardowania? Rzucać się na graniczne ogrodzenie z drutu kolczastego, by ginąć setkami od kul, co już tyle razy przerabiano? Na Zachodnim Brzegu Autonomia Palestyńska, te kilka enklaw na terytorium okupowanym, gdzie mieszkańcy mogli rządzić się sami, rozpada się na naszych oczach, wraz z układami z Oslo, w oczekiwaniu nowej okupacji i nowego rozlewu krwi.

Palestyna zerwała porozumienie z Izraelem i USA

Prezydent Palestyny Mahmoud Abbas spotkał się w Ramallah z pozostałymi politykami palestyńskimi, by wyrazić jednolite stanowisko władz palestyńskich wobec jednoznacznej deklaracji nowopowstałego rządu izraelskiego o aneksji okupowanych ziem palestyńskich.
„Organizacja Wyzwolenia Palestyny i państwo palestyńskie są na dzień dzisiejszy zwolnione z wszelkich umów i porozumień z rządami amerykańskimi i izraelskimi oraz ze wszystkich zobowiązań opartych na tych porozumieniach i porozumieniach, w tym dotyczących bezpieczeństwa”, powiedział prezydent Abbas po spotkaniu. Jednocześnie złożył na rząd izraelski wszelką odpowiedzialność i dotrzymanie zobowiązań jako okupanta na terytorium Palestyny, które wciąż, według uchwały ONZ, pozostaje terytorium okupowanym państwa Palestyna, zgodnie z konwencją genewską z 1949 roku.
Następnie prezydent Mahmoud Abbas wyłożył stanowisko przywódców palestyńskich w ośmiu punktach, mi.in. uczyniono współodpowiedzialnym rząd USA za wszelkie naruszenia prawa międzynarodowego związane z okupacją ziem palestyńskich, zadeklarowano, że Palestyna wciąż pozostaje zainteresowana uregulowaniem konfliktu palestyńsko-izraelskiego, zadeklarowano także, że Palestyna jest zdecydowanie zaangażowana w zwalczanie międzynarodowego terroryzmu „bez względu na jego kształt lub źródło”, wezwano społeczność międzynarodową do kontynuowania nacisków na Izrael, by odstąpił od planów okupacyjnych oraz zadeklarowano, że Palestyna nigdy nie odstąpi od deklaracji powrotu na swoje ziemie.
„Ślubujemy naszym męczennikom i bohaterskim więźniom i rannym, że pozostaniemy wierni przysiędze aż do zwycięstwa, wolności, niepodległości i powrotu, aby wspólnie podnieść flagę Palestyny nad meczetem Al-Aksa i kościołem Grobu Świętego w Jerozolimie, wiecznej stolicy naszego państwa palestyńskiego”, wybrzmiało na końcu dokumentu.
Deklaracja Abbasa, poza symbolicznym znaczeniem, może być dotkliwa dla Izraela i USA w tym sensie, że zerwanie współpracy Palestyny w kwestiach bezpieczeństwa oznaczać może, że palestyńskie służby bezpieczeństwa nie będą ułatwiały swoim izraelskim i amerykańskim odpowiednikom działań związanych z zapobieganiem aktom zbrojnym przeciw izraelskim okupantom.

Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Każdego dnia mogą cię zbudzić żołnierze

Z Rut, byłą działaczką organizacji Anarchists Against The Wall, mieszkającą dziś nielegalnie w Strefie A rozmawia Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Rut mówi o sobie: Palestynka z wyboru. Opowiada, jak na mieszkańców Zachodniego Brzegu wpływa świadomość, że każdego dnia mogą paść – choćby przypadkowo – ofiarą przemocy, dlaczego nie wstępują już masowo do organizacji takich jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i ile zostało z porozumień z Oslo.

Jak to się w ogóle stało, że ty, dziewczyna z Tel Awiwu, zamieszkałaś w Ramallah? Nielegalnie, wbrew przepisom zakazującym Izraelczykom wstępu do strefy A.
Zostałam aktywistką jedenaście lat temu. Jako grupa Anarchists Against The Wall jeździliśmy do wiosek położonych na terytorium całego Izraela, wspieraliśmy lokalne społeczności i demonstrowaliśmy, głównie w piątki, przeciwko apartheidowi. Tak było przez osiem lat. Wyjeżdżaliśmy ze swoich spokojnych miast, by brać udział w demonstracjach, w trakcie których spotykała nas przemoc, ale potem wracaliśmy do domu.
Po każdym powrocie przeżywałam dysonans poznawczy: żyłam tym, co działo się w tych wioskach, tą przemocą i niesprawiedliwością, a wokół mnie panowały spokój i szabasowa cisza. Zaczęłam czuć się jak aktywistyczna turystka, która co jakiś czas odbębnia swój humanitarny obowiązek. W pewnym momencie stwierdziłam, że chcę być po tej wspieranej stronie cały czas – wiedzieć, jak ludzie tu żyją, być razem z nimi i ich wspierać. Poza tym nigdy nie byłam w palestyńskim mieście. Nasza grupa głównie starała się powstrzymywać niszczenie małych wiosek, a to przecież tylko wycinek palestyńskiego społeczeństwa.
Żałowałaś kiedyś tej decyzji? Chciałaś wrócić? Nie boisz się, że zostaniesz zatrzymana?
Wrócić do Tel Awiwu? Raczej nie.
Ale jeśli palestyńska policja mnie tutaj zatrzyma, to ma obowiązek oddać mnie pod jurysdykcję armii, która tutaj stanowi w głównej mierze prawo, pod jej kuratelą są osadnicy i ogólnie obywatele Izraela. Potem, znając moje akta policyjne wypełnione demonstracjami, szybko przybyliby też przedstawiciele Szin Bet (izraelska służba specjalna odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne) i mogłabym znaleźć się w więzieniu. Ogólnie, tutaj im mniej ktoś wie, tym jest bezpieczniejszy. To, że jestem tutaj nielegalnie, nie jest wiedzą powszechną. Jestem tłumaczką, więc mogę funkcjonować w znacznej mierze autonomicznie.
Raz byłam w szpitalu i przez moment zastanawiałam się, czy na pewno potrzebuję pomocy, ponieważ istniało ryzyko wezwania wojska, jednak nikt się nie przejął moim pochodzeniem. Ale gdyby z jakichś powodów zatrzymała mnie palestyńska policja, to jestem pewna, jaki byłby dalszy bieg wypadków.
Przecież w oczach Palestyńczyków powinnaś być sojuszniczką.
Mahmud Abbas może temu zaprzeczać, ale władze Autonomii Palestyńskiej codziennie kolaborują z Izraelem, każdy ich ruch jest od tego uzależniony. Dam prosty przykład. Niedaleko stąd, na placu Al-Manara, miała miejsce kolejna konfrontacja między Palestyńczykami i wojskiem. Ludzie zawczasu wyczuli, co będzie się działo. Część zaczęła szybko opuszczać okolice placu, jednocześnie pojawiły się na nim grupy nastolatków i dzieci z okolicznych obozów uchodźczych i osiedli. Wchodzili na dachy, zajmowali miejsca na ulicy i w bramach, zbierali kamienie. Szybko powietrze zaczęły przecinać kule i kamienie rzucane przez Palestyńczyków. Policja w tym czasie siedziała wygodnie na terenie komendy, które jest dokładnie obok placu. Została wcześniej uprzedzona i po prostu się tam zamknęła.
Tak jest zawsze. Gdyby policja nie współpracowała, zostałaby rozbrojona. Izrael nie mógłby sobie pozwolić na jej istnienie.
„Ludzie wyczuli, co się będzie działo”… Mówisz tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Codziennego. A przecież mówisz o sytuacji, w której ktoś mógł zostać ciężko ranny, stracić życie.
Raz obudziłam się i podeszłam do okna. Była dość wczesna pora, przed południem. Patrzę… i widzę naprzeciwko siebie celującego do mnie snajpera z drugiej strony ulicy. Zajął pozycję na piętrze budowanego naprzeciw mojego mieszkania budynku. Na dole trwała nierówna potyczka pomiędzy żołnierzami a dziećmi rzucającymi kamieniami. Takie sytuacje są przerażające, ale my już mamy w Ramallah wyuczony schemat reagowania: zachować jak największy spokój, nie wychodzić z domów, nie zbliżać się do okien, nawet wtedy, gdy takie „walki” trwają godzinami.
Do kogo celował snajper na budynku naprzeciw twojego okna?
To były najpewniej zwykłe ćwiczenia. Wojsko zaplanowało, że zatrzyma parę osób pracujących w niedalekim magazynie farmaceutycznym, w ramach tego zablokowało kilkanaście przecznic, w tym moją. Złapali osoby, które były celem akcji, po kilku dniach je wypuścili.
Polowanie na helotów…
Dokładnie. Robią tak często. A mieszkańcy widzą, jak policja udaje, że tego nie widzi. Za to przy innych okazjach jest brutalna i agresywna wobec demonstrantów, którzy np. uczestniczą w strajku. Jak mają potem ją szanować? Tym bardziej, że wiedzą, że współpraca na linii władz Autonomii a Izraelem jest świetną okazją do korupcji, która jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Co roku z palestyńskiego budżetu znika około dwóch miliardów szekli.
Znika?
Nazywamy to wyciekiem fiskalnym. Czytałam o nim najnudniejszy w życiu raport. Te dwa miliardy są wydawane właśnie na współpracę z władzami Izraela, wynika to z Porozumień Paryskich, czyli umowy gospodarczej pomiędzy Izraelem a władzami Autonomii. Więc gdy czytam kolejny raz, jak Autonomia jest okradana przez władze Izraela, to cały czas mam świadomość tego, jak wiele poziomów mają tu wszelkie kwestie ekonomiczne. Trzeba pamiętać o dziesiątkach szczebli korupcji i nepotyzmu oraz doliczyć do tego również ekonomiczny apartheid. Nic tu nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.
To wyjaśnijmy sprawy podstawowe. Jak jest z wodą czy dostępem do elektryczności?
Izrael musi dbać o to, by ludzie tutaj mieszkający mieli dostęp do wody, prądu i innych środków codziennego życia. To wszystko jest wymagane oraz monitorowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i między innymi Czerwony Krzyż. Wymaga tego też prawo wojenne dotyczące terenów okupowanych. W Ramallah ten obowiązek raczej jest realizowany, chociaż z zastrzeżeniem: woda jest, ale jeśli chodzi o prąd, to zimą codziennie zdarzają się 20-30 minutowe przerwy w dostawach. Zależy na tym władzom Autonomii, w końcu to stolica. Wielką pracę wykonują na tym polu również organizacje pozarządowe, które praktycznie non stop muszą wyszarpywać od Izraela niektóre usługi. No i poza Ramallah sytuacja jest gorsza. Wszystko, co tu się dzieje, jest uzależnione od dobrej lub złej woli Izraela.
Jeśli władze Autonomii w twoim przekonaniu dogadują się z izraelskimi, to kim są ludzie, którzy próbują stawiać opór?
Mówi się „młodzież”, ale to słowo w języku arabskim ma szersze znaczenie. Obejmuje i jedenastolatków, i młodych mężczyzn przed trzydziestką. To oni są gotowi ryzykować własnym życiem. Starsi już rzadziej, bo zwykle mają już rodziny na utrzymaniu, którym starają się zapewnić bezpieczeństwo. Ale na demonstracje w Palestynie zaczyna się chodzić bardzo wcześnie. Bracia czy znajomi zabierają na nie już dziesięciolatków.
Palestyńczycy są niezmiernie rozpolitykowani. Partii jest mnóstwo, znaczna część społeczeństwa utożsamia się z jedną z nich, chodzi na demonstracje w jej barwach. Młodzi w większości mają poglądy zdecydowanie lewicowe i wierzą w swoje przekonania. Jeśli byłyby wybory, to ludzie tłumnie by na nie poszli i głosowali. Jednak ostatni raz mieli taką szansę w 2006 r. Potem już tylko była o wyborach mowa, za każdym razem je odwoływano.
I kto by wygrał?
Raczej nie obecnie rządzący Al-Fatah. Po drugiej intifadzie Hamas stał się alternatywą wobec Fatahu, zauważył, w jakim kierunku idzie sprawa palestyńska i zajął zdecydowanie antykolonialne pozycje. To jasna postawa, nawet jeśli co do wszystkiego innego można się z nimi nie zgadzać. Fatah widząc, co się dzieje, zaczął współpracować z Izraelem w celu powstrzymania rozwoju Hamasu na Zachodnim Brzegu.
Powiedziałaś, że Palestyńczycy chętnie chodzą na demonstracje, żyją polityką. Czy oprócz demonstracji, podczas których dochodzi do konfrontacji z okupacyjnym wojskiem, są też, powiedzmy, wewnątrzpalestyńskie?
Oczywiście! Istnieje cała masa kwestii społecznych, które nie są rozwiązane. 7 lat temu miał miejsce duży strajk taksówkarzy, natomiast 3 lata temu – akcja strajkowa nauczycieli, były to ogromne wydarzenia, które dotyczyły całego społeczeństwa. Sprawy feministyczne też cieszą się tu ogromną popularnością, nie tak dawno miały miejsce ogromne demonstracje przeciwko przemocy wobec kobiet, które ogarnęły całe ulice Ramallah, Nablusu i innych miast Autonomii Palestyńskiej, wyszły nawet poza obręb muru, np. do Jaffy.
Autonomia jest największym pracodawcą w Palestynie, więc prawie wszystkie strajki dotykają samego rządu. W kwestii nauczycielskiej chodziło o podwyżki, których nie było, pomimo tego że władze je obiecały, a wielu nauczycieli musiało pracować nie tylko w szkole, by móc się utrzymać. Szkoły były więc na bardzo długi okres zamknięte, lecz, co trzeba podkreślić, nauczyciele byli wspierani w swych działaniach przez społeczeństwo. Strajk taksówkarzy natomiast był to ogólny bunt wobec cen artykułów dnia codziennego, polityki cięć oraz często nieludzkich warunków życia na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Obie te akcje odniosły jako taki sukces w zmaganiach z rządem, głównie dlatego, że cieszyły się one poparciem ogółu ludzi.
Konflikty klasowe są mocno zarysowane?
Nie czuję się na siłach wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Ale nierówności niewątpliwie istnieją. Na Zachodnim Brzegu istnieje i tutejsza elita biznesu, i ludzie, którzy żyją w jaskiniach na pustyni. Są też mieszkańcy wiosek, nad którymi cały czas wisi widmo wyburzenia, takich miejsc może być nawet 19 tys. W miastach Zachodniego Brzegu jest lepiej, w Gazie gorzej. Strefa jest w zasadzie obozem koncentracyjnym, znajdziecie tam ludzi, którzy „jako tako” żyją, mają mieszkania, cudem gdzieś pracują i się utrzymują, a obok nich – ludzi egzystujących w szałasach. No i nie zapominajmy o Palestyńczykach żyjących w Izraelu – to nie jest klasa średnia. To dolne warstwy społeczne.
Władze Autonomii Palestyńskiej przekonują, że trudno mówić o klasowych antagonizmach, bo Palestyńczycy w pierwszej kolejności chcą wolności, wyzwolenia spod okupacji. Realizacji porozumień z Oslo.
Porozumienia to martwy dokument. Jedyne, co realnie dały, to Protokół Paryski z 1994, o współpracy gospodarczej, podatkach i różnych rodzajach handlu pomiędzy Autonomią Palestyńską a światem i Izraelem. Co do całej reszty to powiem tyle – codziennie słyszymy o nowych osiedlach, rajdach wojska i burzonych wioskach, nie o postępach w tworzeniu państwa palestyńskiego. Teraz jesteśmy świadkami ogromnego napływu osadników, lecz wcześniej ich największa liczba pojawiła się tu za rządów premiera Ehuda Baraka (1999-2001) z Partii Pracy. W kwestii palestyńskiej izraelskie podziały na prawo i lewo są tylko umowne.
Wszyscy politycy mają takie samo zdanie na temat okupacji i osiedli?
Różnica istnieje pomiędzy podejściem osadników a armii. Wojsko, przyzwyczajone do patrzenia na sprawy całościowo, wraz z całym jego urządzeniem i strategicznym myśleniem, jest bardziej konserwatywne, nie w kategoriach politycznych, lecz pragmatycznych. Ich zdaniem sytuacją trzeba zarządzać w takim kierunku, by koniec końców wygrywać krok po kroku. Osadnicy chcą całej ziemi już, teraz.Wyrazicielką takiego myślenia jest Ayelet Shaked, była Minister Sprawiedliwości związana z Nową Prawicą, która „żartuje” sobie sama z siebie, mówiąc, że jest faszystką. Jej celem jako minister było przejęcie Sądu Najwyższego oraz, na dalszym planie, sądów powszechnych. To pozwoliłoby jej ustanawiać prawa umożliwiające niepohamowaną ekspansję osadników.
Jak zdobywali ziemię do tej pory?
Zasadnicza taktyka polega ona na tworzeniu pomiędzy istniejącymi osiedlami nowych placówek, które zagęszczałyby siatkę. Zaczyna się to często od grup kamperów. Armia w takim momencie powinna zareagować i wygonić osadników, lecz zamiast tego przyjeżdża na miejsce, by zapewnić im bezpieczeństwo. I wszystko to dzieje się na ziemi Palestyńczyków, którzy nagle nie mogą dostać się do miasteczka obok, nie mogą wprowadzać bydła lub uprawiać roli. Do tego osadnicy są uzbrojeni, a broń sama w sobie pobudza do gwałtu i przejęcia kontroli.
Kim są ci ludzie? Fanatykami religijnymi? Ślepymi wyznawcami ideologii Wielkiego Izraela?
Istnieją dwie grupy osadników: ideologiczni i ekonomiczni. Pierwsza grupa według badań to jakieś 20 proc. To oni organizują kampery i pod bronią zakładają nowe osady. Zbudowanie placówki trwa jedną noc, rano podciąga się wodę oraz prąd, i już gotowe. Zdarza się, że po tym wszystkim takich placówek pilnują pojedyncze osoby, patrolując z karabinem codziennie najbliższą okolicę przez tygodnie, czasem nawet miesiące. Potem przybywa większa grupa i zostaje na stałe. W tej grupie dominują już ludzie, którzy przyjeżdżają na okupowane ziemie ze względów ekonomicznych, bo są np. młodymi rodzicami z wielodzietnych, religijnych rodzin. Państwo bardzo ich do tego zachęca – m.in. jeśli zbuduje się tutaj dom i utrzyma się go przez 10 lat, to otrzyma się od państwa całą zainwestowaną początkowo kwotę.
Całą?!
Nie wszędzie i nie zawsze, lecz z grubsza tak to wygląda. Ludzie, którzy w Tel Awiwie mogliby mieszkać w malutkiej kawalerce, tutaj budują wielopiętrowe domy z basenami i ogrodami, życie jest spokojniejsze niż w drogim mieście, a takie rzeczy, jak opieka zdrowotna, ma obowiązek zorganizować państwo. Są pary, które wyprowadziły się z Tel Awiwu, ale dalej dojeżdżają tam do pracy. Rozwinął się też biznes. Prawie połowa domów w istniejących już osiedlach jest pusta. To domy letnie albo pod wynajem. Państwo ma obowiązek zorganizować na osiedlach opiekę zdrowotną.
Czy kiedykolwiek miałaś do czynienia z osadnikami?
Pierwszy raz, gdy byłam w wojsku, było to na początku lat dwutysięcznych. Zostałam zmobilizowana, stacjonowałam w Gazie i z tej perspektywy ich obserwowałam. Kompletnie nie rozumiałam, dlaczego ci ludzie wyjeżdżają z Izraela i zasiedlają ziemie okupowane, nie rozumiałam też, dlaczego musieliśmy ich chronić. Mówienie o „odzyskiwaniu dawnych ziem” wydawało mi się mało przekonujące. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że chodzi o geopolitykę. Armia przecież musiała „oczyszczać” tereny, które potem zasiedlali osadnicy, musiała wysiedlać z niej ludzi, co często pokrywało się z jej strategicznymi celami. Wykorzystywano do tego, czysto instrumentalnie, nawet stare jordańskie prawo sprzed 1967 r., które głosi, że jeśli ktoś przez siedem lat nie uprawia swojej ziemi, to przechodzi ona na poczet państwa. Izrael zaczął wykorzystywać to prawo i blokować dostęp do ziemi Palestyńczykom, po czym po siedmiu latach przejmował ją i nadawał osadnikom. To wszystko jest z góry zaplanowane, podobnie jak samowolne działania osadników, chodzi o systematyczne łączenie enklaw osadniczych i odgradzanie od ziemi Palestyńczyków. Nazywanie działań armii izraelskiej obronnymi to kpina – dysproporcja sił jest zbyt duża.
Izrael wciąż twierdzi, że się broni. Przed Hamasem, Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, przed młodzieżą, która rzuca kamieniami…
Tylko że nie jest już tak, że wszyscy Palestyńczycy tłumnie działają na rzecz niepodległości. Jest wiele złości i buntu, ale też wiele przekonania, że walka już była i się nie udała. Wielu teraz działa, jak im się wydaje, realistycznie: by życie tutaj w takich warunkach było znośniejsze. Idą do organizacji pozarządowych, partii działających w ramach Autonomii czy związków zawodowych, walczą tam o płace, dostęp do wody, elektryczności, lepszej opieki medycznej, mieszkania. Ludzie nadal się organizują, ale nie da się tego porównać do wcześniejszych okresów walk i oporu. No i wszyscy liczą teraz na wybory, które może kiedyś się w końcu wydarzą.
Kiedy codziennie rano można zostać obudzoną przez żołnierza celującego im w głowę, wyjść z domu na zablokowaną ulicę, zostać mimo woli świadkiem ulicznej potyczki czy paść ofiarą porwania, i tak przez całe lata, nastawienie człowieka się zmienia.
Czy Plan Stulecia może znowu obudzić ducha walki?
Na razie jego ogłoszenie nadało izraelskim planom aneksji wiatru w żaglu. Politycy wręcz ścigali się o to, kto pierwszy przeprowadzi głosowanie w tej sprawie. Brały w tym udział partie od prawa do lewa, nie tylko te reprezentujące osadników. Dotychczas ustalono jedynie to, że wiążące decyzję dotyczące „Planu” zostaną podjęte po marcowych wyborach do Knesetu. Jeśli politycy zdecydują się na aneksję, to czeka ich opór ze strony społeczności międzynarodowej. Zwiastuje to między innymi niedawna publikacja przez ONZ listy firm związanych z izraelskimi osiedlami na ziemiach okupowanych.
Palestyńczycy z całego świata odrzucili plan. Wszędzie, od Doliny Jordanu, po Gazę oraz Ramallah miały miejsce masowe protesty przeciwników „Planu Stulecia”. Kierownictwa różnych ugrupowań politycznych spotykają się teraz, aby ustalić wspólny front wymierzony przeciwko propozycji amerykańskiej dyplomacji. Jednak nie wiążę akurat z tym nadziei na przełom. Już bardziej z tym, że na całym świecie nie wygasa opór w postaci demonstracji, artykułów i petycji czy ruchu BDS.
Ten plan nigdy nie wejdzie w życie, ponieważ zakłada palestyńską zgodę, której po prostu nie ma. Wydaje mi się, że w tym planie chodziło bardziej o poszerzenie dotychczasowych możliwości aneksyjnych Izraela, a nie o osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia. Nie zapominajmy, że ogłoszenie terytorium innego państwa swoim terytorium jest deklaracją wojny. Wojna o sprawiedliwość i zakończenie okupacji przygasła, ale może rozpocząć się znowu.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Turcja przeciw Syrii i Rosji?

W Syrii kolejny zwrot akcji: wygląda na to, że NATO, pod wpływem tureckim i amerykańskim, zdecydowało się bronić jednak Al-Kaidy i innych pronatowskich grup dżihadystów w Idlibie, syryjskiej prowincji wyzwalanej stopniowo przez syryjskie wojsko, wspomagane przez rosyjskie lotnictwo. Syria jest teraz atakowana z południa przez Izrael i z północy przez Turcję.
Syryjczycy przeżyli właśnie kolejny bezprawny atak lotnictwa izraelskiego i rakiet, a przez granicę turecką z Idlibem, na której koczują setki tysięcy cywilnych uchodźców, wjeżdżają czołgi i inny turecki sprzęt wojskowy.
Turecki prezydent w przemówieniu do parlamentarzystów swej partii bardzo jasno określił jako „przyjaciół” dwa główne ugrupowania dżihadystowskie w Idlibie – turkmeńską Narodową Armię Syryjską (tę, która atakowała Rożawę wspólnie z Turkami) i syryjską Al-Kaidę (Hajat Tahrir asz-Szam). Pochwalił się, że ma amerykańskie błogosławieństwo na wojskową operację pomocy tym ugrupowaniom. Problem: oznaczałoby to konflikt z Rosjanami.
Tydzień temu syryjska Al-Kaida dokonała zamachu w Damaszku zabijając czterech rosyjskich oficerów – Erdogan nie mógł o tym nie wiedzieć, co stawia sprawę na ostrzu noża.
Postawił też ultimatum władzom syryjskim: do 28 lutego mają opuścić miejscowości w Idlibie, które wyzwoliły spod okupacji dżihadystów. Tego samego popołudnia kamikadze Al-Kaidy eksplodował z ładunkiem przy sobie w rosyjskim budynku wojskowym (bilans ofiar na razie nieznany).
Działanie Erdogana i NATO ma być odpowiedzią na apele Al-Kaidy o pomoc i jej zarzuty, że została „zdradzona przez Zachód”. Trwająca od wielu miesięcy operacja wyzwolenia Idlibu regularnie postępuje, wojska syryjskie zdołały uwolnić już ok. 45 proc. tego terytorium.
Kraje NATO w zasadzie pogodziły się już ze zbliżającym się zwycięstwem Syryjczyków, lecz Amerykanie poparli Erdogana. Wczoraj rosyjski prezydent Władimir Putin przyjął ambasadorów w Moskwie ostrzegając – „Niestety, ludzkość znowu znalazła się bardzo blisko niebezpiecznej linii”. Zbrojny konflikt NATO-Rosja byłby katastrofą nie tylko dla regionu.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.