Z PKF przez Polskę i Świat – Podróże kształcą (III)

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: Bliski Wschód

W nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja kotwica „Lechistanu II” sięgnęła morskiego dna… staliśmy na redzie w Lattakii. Pierwszego maja 1971 roku Ryszard Golc nie mógł sfilmować pochodu w Lattakii. Wprawdzie z miasta dolatywały dźwięki orkiestr, okrzyki i wiwaty, my jak zwykle, staliśmy na redzie. Ale załoga nie chciała wziąć udziału w święcie pracy, marynarze nie znali idei internacjonalizmu, nie zamierzali stracić po powrocie do kraju wolnego dnia. My z Golcem mieliśmy tak skwaszone miny, że bosman wyciągnął ostatnią skrzynkę prawdziwego „żywca”, przechowywaną pieczołowicie przez pięć tygodni rejsu!
„Bankiet na rufie” i marynarskie opowieści o rejsach do Japonii złagodziły trochę nasz żal. Resztę dnia urozmaicił przyjazd z lądu lekarza, którego wezwano przez radio do chorego marynarza. Majtek po badaniu i zastrzyku szybko powrócił do zdrowia, lekarz zaś zasiadł w messie oficerskiej i popijał polską wiśniówkę – tutaj zwaną „cherry cordial”. Pewnie tak mu smakowała, że zapomniał i o Koranie i naukach proroka. Opuścił pokład przed zachodem słońca na nieco miękkich i niepewnych nogach. A że Allah jest wielki i miłosierny przymknął z pewnością oko na postępek swego wyznawcy.
W końcu „Lechistan II” zacumował przy nabrzeżu portu w Lattakii, gdzie powitał nas serdecznie dr Gabriel A. Abouhamad – przedstawiciel PLO, Syryjczyk, którego łączyły z Polską nie tylko interesy handlowe. Często odwiedzał nasz kraj i za każdym razem coś go zadziwiało i głęboko wzruszało.
Poznaliśmy rodzinę pana Abouhamada. Dzieci doktora, córeczka i synek, powitały nas polskim „dzen-dobhry, ale próba powiedzenia „stół z powyłamywanymi nogami” nie powiodła się, mimo determinacji dzieci. Piękna i gościnna żona doktora podejmowała nas w domu i raczyła syryjskimi przysmakami. Jeden dzień spędziliśmy na plaży, delektując się krewetkami łowionymi na naszych oczach przez miejscowych chłopców, w morzu. Słowem, pobyt w Lattakii, dzięki gościnności państwa Abouhamadów, potraktowaliśmy wypoczynkowo. Odbyliśmy także krótką podróż przez Syrię w towarzystwie rodziny doktora.
„Propaganda sukcesu”
W Lattakii, gdzie polscy architekci wygrali konkurs na budowę nowych dzielnic, najbardziej zaskakującym widokiem były kobiety w czarczafach, i to nie te w narodowych strojach, lecz te, ubrane po europejsku. Dziwne, że one właśnie ukryły twarze pod czarnymi zasłonami. Może to jakiś rodzaj kokieterii? Jadąc przez Syrię, zahaczyliśmy o Hamie, gdzie nasi specjaliści wygrali przetarg na projekt i budowę walcowni stali. Pierwsza grupa polskich specjalistów (ponad stu inżynierów i techników) przybyła tu w 1969 roku.
Czym prędzej sfilmowaliśmy wielkie zębate koło z napisem „Centrozap” stojące w Damaszku na centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też dwie fabryki włókiennicze wyposażone w maszyny z Bielska i Zielonej Góry. Wpadliśmy po drodze do Aleppo, tu polscy specjaliści montowali polskie urządzenia, ale nie spotkaliśmy nikogo, jako że obchodzono w mieście lokalne muzułmańskie święto. Nie ukrywam, że te wszystkie „polonica” spotykane w Syrii cieszyły nasze oczy i dzieliliśmy się tą radością z widzami w kraju. Dziś, w wolnej Polsce tematy z Syrii zostaną zaliczone do „propagandy sukcesu”.
Państwo Abouhamadowie zawieźli nas do Ugarit, miasta zamierzchłej cywilizacji, którego nie znajdziecie na żadnej mapie. Po ruinach tego kananejskiego miasta sprzed pięciu tysięcy lat p.n.e. oprowadzał nas przewodnik Ismail Abduihak.
Na centralnym placu zachowały się mury świątyń Dagana i Baala, ruiny królewskiego pałacu, łaźnie i baseny. Przetrwały do naszych czasów domy z piaskowca, wodociągi, grobowce królów i proroków. Ugarit w tamtych zamierzchłych czasach był portem morskim, dziś morze odsunęło się od ruin. Ekspedycja archeologiczna znalazła tu najstarsze, w pełni wykształcone pismo klinowe, a w królewskiej bibliotece, obok pism urzędowych, poematy i eposy, do 1971 roku jeszcze nieodczytane. Doktora Gabriela A. Abouhamada, z którym przez wiele lat korespondowałem, wspominam zawsze z wielką sympatią Podobnie jak jego brata, który gościł nas w Bejrucie.
Walka dobra ze złem i szejkowie
Gabinet Abouhamada wyposażony w przepiękne gdańskie meble wywierał ogromne wrażenie, świadczył, że jego właściciel prowadził z Polską Ludową i wieloma innymi krajami rozległe interesy. W jego kasie pancernej leżały paszporty dyplomatyczne wielu europejskich krajów. W czasie pobytu w Bejrucie pan Abouhamad zafundował nam wieczór w „Casino du Liban.” Założone w 1959 roku, stało się szybko centrum rozrywki całego Bliskiego Wschodu i symbolem jego żywotności. Niszczone wielokroć przez wojny odradzało się i rozkwitało. Zjeżdżali tu szejkowie ze wszystkich krajów arabskich. Tancerki z baletu „Casino du Liban” długością nóg i krągłością piersi nie ustępowały paryskim koleżankom z „Lido” i „Moulin Rouge”, a widowiska tu wystawiane z powodzeniem konkurowały z najsławniejszymi na świecie. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy na nowy spektakl, wystawienie którego kosztowało wówczas siedem milionów dolarów i ściągnęło do Bejrutu tysiące widzów z całego ziemskiego globu! Widowisko zaczynało się wietnamską apokalipsą. Na bocznych ekranach rozgrywały się filmowe sceny wojenne z helikopterami, napalmem, zabijanymi ludźmi. Fragmenty wojny stopniowo zaczęły zanikać, wtedy na scenie pojawił się balet symbolizujący swoim tańcem walkę Dobra ze Złem. A gdy słabe Dobro zwyciężyło wszechpotężne Zło wyposażone w helikoptery, napalm i bomby na widowni rozległy się długo niemilknące oklaski. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, po której stronie stała w „Casino du Liban,”wytworna publiczność Bliskiego Wschodu. Tu w Bejrucie, gdzie żarzył się prawie niewidoczny płomień wojny występ tego wspaniałego baletu wprawił nas w prawdziwe oszołomienie.
Przyjechaliśmy z kraju, gdzie najlepsze zespoły taneczne widywaliśmy na występach Mazowsza i Śląska, a najlepszy balet kojarzył się z klasycznym „Jeziorem Łabędzim” Czajkowskiego. Tymczasem w kasynie naszym oczom objawił się współczesny, nowoczesny balet z tancerkami z odsłoniętymi piersiami, balet żywioł, rozszalały w tańcu. Jezioro łabędzie też na tej scenie obejrzeliśmy w wykonaniu… „Mortalesów”, polskiego zespołu rozrywkowego. Ten występ rodaków, oklaskiwany gorąco przez widownię, uzmysłowił nam, że Polak nie jest taki ponury jak go malują. Dopiero po spektaklu, gdy w towarzystwie dyrektora „Casino du Liban” zwiedzaliśmy bajeczne wnętrza, dowiedzieliśmy się, że jego żona jest Polką, a córka z libańsko-polskiego małżeństwa zdobyła tytuł Miss Libanu.
Dyrektor pokazywał nam kolejno sale gier: amerykańskiej ruletki, Black Jack’a , Punto Banco i błagał, aby nas czasami nie skusiło zagrać, bo w tym kasynie jeszcze nikt nie wygrał… Z sympatii do przybyszów znad Wisły dyrektor zabronił wchodzenia do kasyna gry członkom zespołu „Mortales”, nie mógł bowiem dopuścić do tego, by artyści zostawili tu ciężko zarobione pieniądze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nawet najwięksi hazardziści muszą trzymać swoje temperamenty na wodzy, bo graczowi, który przegra wieczorem więcej niż wynosi zwyczajowa stawka, żaden bank nie udzieli następnego ranka kredytu bez specjalnych zabezpieczeń.
Dzięki uprzejmości naszego libańskiego cicerone, mogliśmy zobaczyć prawdziwych szejków w otoczeniu pięknych roześmianych kobiet. Tylko jedna cudowna blondynka wydała nam się smutna i melancholijna. Nasz przewodnik natychmiast potwierdził trafność tej obserwacji. Ta młoda i piękna dama jest tu po raz ostatni – objaśnił. Jutro opuszcza Bejrut, rozstaje się z szejkiem i wraca do swojej północnej ojczyzny. Jej smutek jest więc zrozumiały. Szejk okazał swojej sezonowej przyjaciółce dużo zrozumienia i przekazał na jej konto 100 000 dolarów, nie licząc różnych wartościowych prezentów. Młode damy towarzyszące królom szybów naftowych, władcom arabskich pustyń i ropodajnych zatok, oglądane z bliska, wywierały na przybyszach z północnego kraju, jeszcze większe wrażenie niż roznegliżowane girlsy na scenie. Ale tej przepięknej blondynce, którą znudził się szejk, chyba trochę współczuliśmy, a myśl, że już jutro odleci z tego bajkowego świata do północnej szarości wywoływała smutną refleksję o przemijającej ulotności beztroskiego życia.
Rozstanie
Ze smutkiem schodziliśmy z pokładu „Lechistanu II”. W Bejrucie kończyliśmy morską przygodę. Przyrzekliśmy załodze, że pojawimy się w Gdańsku, gdy dostaniemy wiadomość o ich powrocie. To wprawiło przyjaciół z „Lechistanu” w dobre humory. Jeśli będziecie filmować powrót to, może „czarna brygada” (tak marynarze nazywali grupę celników) nie będzie nas tak bezwzględnie kontrolować. Zapewniliśmy, że zdjęcia musimy zrobić dla kolorowej relacji z tego rejsu. A co do przemytu mieliśmy już na ten temat własne zdanie. Marynarze pływający pod polską banderą nie mieli takich zasobów finansowych, aby uprawiać przemyt na wielką skalę. Towary, jakie przywozili, wyrównywały zaledwie różnice między zarobkami naszych wilków morskich i dochodami załóg pływających pod banderami państw zachodnich. Statki handlowe krajów zachodnich nie tkwiły na redzie, gdy przypływały do portu w dni świąteczne i niedziele. Piosenka o tym, że „marynarz w noc się bawi w hamaku we dnie śpi” była od początku do końca nieprawdziwa. I gdyby nie powstała w II Rzeczypospolitej, na pewno gorliwi żurnaliści umieściliby ją w arsenale propagandy sukcesu!
Opuszczając statek obawialiśmy się, że celnicy w Bejrucie zechcą otworzyć nam pudełka z naświetloną taśmą filmową. Znalazł się i na to sposób. Ponieważ w czasie całego rejsu nie kupowaliśmy w sklepiku alkoholu w ilościach wskazujących na cele handlowe (nabyliśmy raptem trzy półlitrowe butelki naszej dumy narodowej), wdzięczny ochmistrz odstąpił nam dwie buteleczki wody kolońskiej o nazwie „Prastara”, oplecione koszyczkiem z wikliny. Wręczyliśmy je szefowi celników. I w ten sposób uniknęliśmy otwierania pudełek z taśmą. „Prastara” w tym rejonie świata była bowiem bardzo ceniona. Produkowana na polskim spirytusie, zastępowała prawdziwy alkohol. Wszak nigdzie, w żadnej księdze nie napisano, że wyznawcom Allaha nie wolno pić polskiej wody kolońskiej!” O magicznym działaniu tego słowiańskiego płynu przekonałem się na granicy dwu państw regionu Middle East.
„Co chcecie osiągnąć?”
Po opuszczeniu statku w Bejrucie zakotwiczyliśmy się w mieszkaniu mojego przyjaciela, któremu obiecałem, że nigdy nie ujawnię jego nazwiska. Przyrzekłem mu to uroczyście i doprawdy nie wiem, dlaczego tego ode mnie zażądał. Pomógł nam bardzo w realizowaniu reportaży z Bejrutu i okolic. Nie zniechęcił się do nas nawet wtedy, gdy naraziliśmy go na niebezpieczeństwo. Byliśmy umówieni w obozie dla uchodźców palestyńskich. Mieliśmy się spotkać z Palestyńczykami o godzinie 16.
W niedzielę rano pojechaliśmy do Dżubail – starożytnego Byblos. Miejscowość położona nad Morzem Śródziemnym wzbudza nieustające zainteresowanie turystów z całego świata. Tu można spotkać ślady różnych epok, cywilizacji i kultur. O chlubnej historii Byblos świadczą wykopaliska prowadzone przez archeologów, resztki wiekowych budowli, rzymskiej kolumnady, forteca zbudowana przez krzyżowców i świątynia z II wieku p.n.e. Stąd bierze swój początek słowo – biblia.
Mieliśmy spory zapas czasu, więc bez pośpiechu wsiedliśmy do samochodu. Z Byblos jedzie się do Bejrutu trzydzieści minut. Nie przewidzieliśmy, że w drodze powrotnej złapiemy gumy, i to aż dwie gumy! Zaskoczyła mnie uprzejmość libańskich kierowców, w czasie zmieniania zapasowego koła zatrzymywali się i pytali w czym mogą pomóc. Przyjaciel dziękował informując, że to tylko zmiana koła na zapasowe. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy złapaliśmy następną gumę. I zaczęły się „schody”. Właściciel pierwszego samochodu, który się zatrzymał, obiecał przysłać pomoc. Wtedy nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Pomoc pojawiła się po dwudziestu minutach. Przywieźli zapasowe koło i pomogli je wymienić. Przed bramę obozu dla uchodźców palestyńskich dotarliśmy z ponad godzinnym spóźnieniem. Wpuszczono nas za bramę i zaczęło się prawdziwe przesłuchanie. Dlaczego się spóźniliśmy? Skąd przyjechaliśmy? Z kim rozmawialiśmy? Kto pomógł nam wymienić koło, czy pamiętamy napis na samochodzie? Nie pamiętaliśmy, nie mieliśmy nawet rachunku za udzieloną pomoc. W końcu po licznych rozmowach telefonicznych zaprowadzono nas do sztabu palestyńskich bojowników. We wnętrzu nie pozwolono nam nic filmować. Ani portretu Stalina, ani plakatu z Che Guevarą. Nasz rozmówca też się nie przedstawił. Rozmowa toczyła się na tarasie domu. Na moje pytanie, dlaczego porywają samoloty pasażerskie i zabijają niewinnych ludzi, usłyszałem: – Naszych braci, choć byli niewinni, zabijali silniejsi od nas. – Nie boicie się, że opinia publiczna was potępi? – Nie potępiła naszych katów, to dlaczego ma potępić nas? – Co chcecie osiągnąć, wysadzając samoloty? – Pragniemy zwrócić uwagę uczciwego świata na naszą walkę, przypomnieć o naszym istnieniu i o naszych prawach. Pozwolono nam zrobić kilka ujęć z tarasu domu i sfotografować sylwetkę naszego rozmówcy, a także, po zakończeniu rozmowy, sfilmować fragmenty osiedla i ludzi znajdujących się na ulicach.
Niewiele ujęć zdążył zrobić Golc. Przy pryzmie śmieci spotkaliśmy grupę dzieci. Była wśród nich pięcio-, może sześcioletnia dziewczynka. Tak piękna, że natychmiast przykuła uwagę operatora. Główkę jej otaczały czarne, lekko pofalowane włosy, a wielkie, niewinne czarne oczy wpatrywały się w terkoczącą kamerę z zaciekawieniem. Rysiek natychmiast ją sfilmował.
Gdyby nie góra śmieci, z pewnością nikt nie zwróciłby na to zdarzenie uwagi. Kiedy jednak zaczął filmować, ową nieszczęsna górę, natychmiast otoczyli nas mężczyźni z karabinami i pistoletami w rękach. Zabrali kamerę i krzycząc zasypali nas pytaniami. Na szczęście, nie tylko oni obserwowali naszą pracę. Po chwili pojawił się młody mężczyzna. Rozmowa z uzbrojonymi ludźmi trwała, a może nam się tak tylko wydawało, parę minut. Ryszardowi zwrócono kamerę i pozwolono nam odejść w towarzystwie wybawcy. Szef, nasz rozmówca, przeprosił za incydent. – W tym obozie znajduje się kilka różnych ugrupowań, widocznie nie wszystkie udało się powiadomić o waszej wizycie…
Na drodze do Damaszku
W dwa dni po wizycie w obozie Palestyńczyków wybraliśmy się do Damaszku. Wizy syryjskie były jeszcze ważne, nic więc nie stało na przeszkodzie, by jeszcze raz zobaczyć to historyczne miasto. Ryszard miał już zaplanowane „dokrętki”. Droga do granicy wiodła przez góry. Górskie serpentyny, nasz dobroczyńca, i zarazem przewodnik, pokonywał z niebywałą szybkością. Opony volvo wydawały niesamowite dźwięki: pisk pomieszany z głośnym odgłosem tarcia przy hamowaniu. Nie wypadało krzyczeć, siedziałem więc z zaciśniętymi zębami i kurczowo prawą ręką trzymałem się uchwytu znajdującego się nad oknem samochodu.
Prowadzący volvo dostrzegł widocznie moje przerażenie, bo zmniejszył szybkość, a po chwili zatrzymał się na placyku przeznaczonym dla aut osobowych. Stał tam już jeden samochód, a dwie turystki, panie nadzwyczaj urodziwe, około trzydziestki, najspokojniej w świecie paliły nargile. Powitały nas życzliwie i z dużym zainteresowaniem. Gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, zaprosiły do palenia fajki. Ryszard odmówił, a ja kurtuazyjnie i z ciekawości, pociągnąłem kilkanaście razy, początkowo nic nadzwyczajnego nie odczuwałem, dopiero po pewnym czasie, gdy zbliżaliśmy się do granicy syryjskiej świat zaczął przybierać kolor różowy, czułem się bardzo lekko, a wierzchołki libańskich cedrów poruszane wiatrem szumiały niebiańsko.
Na granicy libańsko-syryjskiej spotkaliśmy długi sznur eleganckich samochodów. To nasi „znajomi” szejkowie, z „Casino du Liban” z żonami, dziećmi, nianiami, guwernantkami i przyjaciółkami wracali do swoich domowych pieleszy. Niestety, musieliśmy czekać. Gdy nadeszła nasza kolej, przyjaciel wyciągnął cały kartonik „Prastarej” i wręczył go celnikowi. Kontrola graniczna stała się zwykłą formalnością. Nawet nasze polskie paszporty, ani kamera na tylnym siedzeniu nie wzbudziły zainteresowania celników i służby granicznej.
Po upływie kilkunastu minut, już na terytorium Syrii, mój przyjaciel zatrzymał samochód, otworzył bagażnik…, z którego wygramolił się młody Palestyńczyk. – Nie zadawaj żadnych pytań – uprzedził – nie otrzymasz odpowiedzi.
Do dziś dręczy mnie pytanie – kiedy ów pasażer ukrył się w bagażniku? Nie widziałem, by ktokolwiek w Bejrucie, kręcił się koło samochodu, w drodze do Syrii zatrzymaliśmy się tylko raz, w górach, gdzie spotkaliśmy dwie piękne panie palące nargile, na samej granicy nikt z nas nawet z wozu nie wysiadł. No cóż, w drodze do Damaszku nie takie cuda się zdarzały…
Ostatni dzień pobytu w Bejrucie, w mieście nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, postanowiliśmy spędzić bez kamery. Żadnych dokrętek, nowych ujęć, żadnego fotografowania. Dzień na luzie z pewnością się nam należał. Pracowaliśmy intensywnie przez cały czas rejsu po Morzu Śródziemnym. Staraliśmy się zaprezentować widzom kroniki różnorodny świat, widziany polskimi oczami. Więc jeden dzień poświęciliśmy turystyce bez kamery.
14 maja 1971 roku, samolotem PLL „Lot” odlecieliśmy do Warszawy. Sześciotygodniowy rejs na pokładzie „Lechistanu II” był dla mnie ważnym doświadczeniem. Umocnił mnie w przeświadczeniu, że arystotelesowska dewiza, by o wszystkim wątpić, jest ciągle żywa i aktualna i ma przed sobą wielką przyszłość. Przez sześć tygodni stykałem się z różnymi ludźmi, różnymi poglądami. Spostrzegłem, że to, co w jednym kraju może być zakazane, w innym bywa dozwolone.
Utwierdziła mnie ta podróż w przekonaniu, że świat nie jest jednobarwny i od początku do końca jednowymiarowy. Świadczy o tym najlepiej różnorodność kultur, z którymi w ciągu sześciu tygodni się zetknąłem. Słowem, sporo nauczyłem się w tak krótkim czasie. Sprawdziło się powiedzenie, że podróże kształcą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Islamski fundamentalizm i ślepota Zachodu

Upadek Państwa Islamskiego w marcu wywołuje uczucie ulgi i radości. Oto pokonano groźny twór siejący nie tylko w rejonie Bliskiego Wschodu trwogę, strach i terror. Mało kto jednak zastanawia się nad przyczynami zjawiska trawiącego świat islamu od kilku dekad, rozpoczętego – symbolicznie – dojściem ajatollaha Chomeiniego do władzy w Iranie w lutym 1979 roku. Państwo Islamskie, różne mutacje al-Kaidy, a poprzednio – wojny w Bośni, Czeczenii czy Kosowie są cieniem tzw. islamskiego rewiwalizmu.

Tymczasem, by rzetelnie pojąć powagę sytuacji, wypada sięgnąć do doktryny „Wielkiej szachownicy”, stworzonej przez Zbigniewa Brzezińskiego, ucieleśniającej amerykański punkt widzenia geopolityki i mającej utrzymać jankeską hegemonię na świecie.
W imię fałszywej oceny sytuacji geopolitycznej i konfrontacyjno-ideologicznych uprzedzeń nad Potomakiem zrobiono wszystko, by sprowokować – skutecznie – radziecką interwencję w Afganistanie, a następnie sięgnięto po wspieranie sił ekstremizmu islamskiego w walce przeciwko „imperium zła”. Zlekceważono w imię doktrynerstwa oraz partykularyzmu argumenty zwracające uwagę na wzbierającą falę wspomnianego rewiwalizmu islamskiego.
Fundamentalistyczny, religijnie ukierunkowany ruch protestu był z jednej strony efektem wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, przegranej przez państwa świeckie, realizujące arabską odmianę socjalizmu, z drugiej – boomu na ropę, którego głównymi beneficjentami okazały się ultrakonserwatywne, purytańskie reżimy znad Zatoki Perskiej. Na ten ruch antyzachodni, antymodernistyczny nie zwrócono na zachodzie uwagi przez ignorancję, krótkowzroczność i zadufanie. Nie zainteresowano się, co zawierają i dlaczego spotykają się z tak ogromnym odzewem pisma Sajjida Kutba, al-Maududiego, al-Kardawiego, Chomeiniego, Nasrallaha bądź Fadlallaha itd. Nie mówiąc o wcześniejszych fundamentalistach w rodzaju ibn Tajmijji czy al-Wahhaba.
Z ich kart wypływały tymczasem marzenia o zaprowadzeniu sprawiedliwego ustroju muzułmańskiego opartego o tradycję kalifatu i religijnie uzasadnianego prawa (szarij’at). Neokolonializm, bezczelność zachodnich korporacji i korupcja miejscowych elit, powszechna pauperyzacja i brak perspektyw dla młodzieży z krajów muzułmańskich zapewniały tak budowanej ideologii coraz to nowych zwolenników. Podobnie jak wyraźna korelacja pomiędzy szerzeniem się europejsko-amerykańskich wzorców kultury masowej, normami oraz wartościami wiązanymi bezpośrednio z Zachodem, a spuścizną pozostawioną w sferze materialnej przez historię kontaktów Zachodu z islamem.
Jak stwierdza znawca islamu, religioznawca i politolog niemiecki syryjskiego pochodzenia Bassam Tibi, islamizm przejawiający się w ekstremizmie religijnym (warstwa teoretyczna) i terroryzmie (skrajna praktyka tej ideologii) to po prostu doktryna polityczna, nie religijna stanowiąca (jak zawsze przy bliskich związkach religii i polityki) zagrożenie dla samych muzułmanów, wciągając ich w wojnę z innymi cywilizacjami czy kulturami. Fundamentaliści, jak wszyscy fanatycy religijni, odrzucają en bloc nie tylko wartości świeckie, ale także ponadcywilizacyjną moralność, tworząc grupy i wspólnoty mające na celu wywołanie buntu przeciwko uniwersalnemu stosowaniu tego, co nazywamy w Europie wolnościami osobistymi, demokracją i prawami człowieka. Przeciwstawiają im rozumiany na różne sposoby, mniej lub bardziej konserwatywnie, islam: jego ład społeczny, określone koncepcje polityczne, jurydyczne, swoisty stosunek do kultury, do człowieka.
Światowej sławy izraelski historyk i socjolog, znawca problematyki bliskowschodniej i azjatyckiej prof. Shmuel Eisenstadt (1923-2012) uważał, że „Komunizm (….) to silny projekt modernistyczny, wywodzący swe korzenie z Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. Podstawowym celem komunizmu była przemiana niemal feudalnych społeczności środkowo – i wschodnioeuropejskich w nowoczesne zbiorowości przemysłowe. Z tym bezpośrednio trzeba wiązać wizję nowej kultury, którą miał wprowadzić ten ustrój”. Dotyczyło to także ówczesnego tzw. III Świata. Stąd, jego zdaniem, konflikt afgański należało rozpatrywać nie jako zderzenie obozu radzieckiego – czyli komunistycznego – z Zachodem, lecz zapowiedź zasadniczej konfrontacji cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Podobny sąd wyraził – w kontekście rozumienia istoty modernizmu w zachodnio-europejskim stylu – jeszcze w końcu lat 60. XX wieku Raymond Aron, którego nie można posądzać w żadnym wypadku o sympatie dla ZSRR. Jego zdaniem „…Europa widziana z Azji, nie składa się z dwóch zasadniczo różnych światów, świata radzieckiego i świata zachodniego. Stanowi jedną rzeczywistość: rzeczywistość cywilizacji przemysłowej. Społeczeństwo radzieckie i kapitalistyczne są tylko dwiema odmianami tego samego gatunku – albo dwiema wersjami tego samego typu społecznego – postępowego społeczeństwa przemysłowego”.
Radziecka wersja socjalizmu, która zderzyła się z fundamentalistyczną wersją religii Mahometa, była ciągle jedną z wersji cywilizacji przemysłowej, europejskiej, sięgającej korzeniami do oświecenia. Wspierając w tej konfrontacji religijnych fanatyków, Zachód hodował wrzód, mający zagrozić jemu samemu.
Taki sam krótkowzroczny, neokolonialny scenariusz legł u podstaw interwencji w Iraku i Libii nie przewidując absolutnie, czym jest nabierający rozpędu religijny fundamentalizm w świecie islamu. Afgański flirt z islamskimi mudżahedinami niczego nie nauczył polityków Zachodu. Nowe interwencje, niszczenie całych struktur państwowych i społecznych oraz zawieranie na miejscu co najmniej wątpliwych sojuszy zaowocowały powstaniem al-Kaidy, zamachami na całym świecie (Nowy Jork, Madryt, Londyn, Biesłan, Dubrowka, Bombaj), wyczynami międzynarodówki dżihadystycznej w Bośni i Kosowie, wreszcie przerodzeniem się części al-Kaidy w Państwo Islamskie.
Inny błąd zachodniego mainstreamu politycznego w tej mierze polega na wierze w możliwość organizacji i funkcjonowania tzw. islamskiej demokracji bez zmian w strukturach społeczeństw, bez bardziej sprawiedliwego podziału dóbr w tamtym świecie i bez wycofania się Zachodu z neokolonialnej polityki. Model zachodnio-europejsko–amerykański jest traktowany dogmatycznie jako jedynie dopuszczalne rozwiązanie polityczno-kulturowe, Arabowie, Afgańczycy czy Irańczycy mają uczyć się od zachodnich „mistrzów”. Można podejrzewać, iż u podstaw takiego myślenia leży żądza kontynuowania neokolonialnej polityki wobec innych cywilizacji i kultur. Równocześnie media i zachodnie rządy wiele włożyły wysiłku, aby świat uwierzył, iż za atakami terrorystycznymi czy zjawiskami takimi jak IS, taliban, wojna w Jemenie, rewolta w Mali czy północnej Nigerii odpowiadają wyłącznie fanatycy dżihadu, którzy wzięli się znikąd. Mało kto ma odwagę powiedzieć, że terroryzm, uzasadniany przez ekstremistów potrzebą prowadzenia świętej wojny, nie zaistniałby na obecną skalę, gdyby nie polityka Zachodu, nowy kolonializm i despotyzm transnarodowych (głównie o kapitale zachodnim) korporacji oraz polityka USA i NATO razem z sojusznikami.
Za krótkowzroczność Zachodowi już przychodzi płacić. Wszak najemnicy Proroka udający się na dżihad do Syrii bądź Iraku, jak wskazują badania, są to w sporej części Europejczykami. To konwertyci-neofici lub kolejne pokolenia muzułmańskich migrantów zarobkowych, którzy nagle odkryli w sobie wiarę (wiele jest relacji opisujących, jak dżihadyści zaczęli zajmować się sprawami religii na krótko przed wyjazdem na Bliski Wschód). Często powodowała nimi chęć przeżycia kolejnej przygody, mordercza eskapada była sposobem na pobudzenie w sobie adrenaliny czy źródłem snobistycznej reklamy w mediach społecznościowych. Po powrocie na Stary Kontynent mogą nadal siać terror, przemoc, zniszczenie, bo to stało się ich żywiołem i sensem życia. Eschatologiczno-religijnego uzasadnienia na pewno tu się nie znajdzie, to może być tylko taki „kwiatek do kożucha”, czysta retoryka. To będzie też efekt współczesnej kultury „obrazkowej”, zasięgu i roli owych mediów i mód sprzedawanych przez mainstream. Doprowadzonych do krwawego absurdu.
Analizując upadek projektu pod nazwą Państwo Islamskie (ISIS) nie popadajmy w krótkowzroczny zachwyt. Po pierwsze, zdawajmy sobie sprawę z tego, że o żadnym całkowitym upadku nie ma mowy. Trwają struktury dżihadystów w prowincji Idlib, nie są od nich wolne wioski na kontrolowanych przez Amerykanów terenach wschodniej Syrii, istnieją uśpione komórki w Iraku. Po drugiej, zadajmy sobie pytania i popróbujmy na nie odpowiedzieć: dlaczego ów twór powstał, czego był wynikiem i efektem, kto na tym zyskiwał i kto (wedle kapitalistycznego kanonu) najwięcej zarobił. Bo zysk (we wszystkich formach) jest naczelną zasadą gospodarki rynkowej. W neoliberalizmie przede wszystkim.

Głosy wołające na puszczy

– albo jak polskie badania nad Iranem znów poszły na marne.

Na ostatnim spotkaniu nazwijmy je, niechętnych i otwarcie przymuszonych krajów w Warszawie, zarówno amerykański wiceprezydent, jak i sekretarz stanu na europejskiej ziemi potępili Europę za to, że ta próbuje wywiązać się ze swoich obietnic w związku z porozumieniem nuklearnym i rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ numer 2231 – tak irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif skomentował w niedzielę, w ostatnim dniu konferencji bezpieczeństwa w Monachium, przebieg innej konferencji – tej w Warszawie, którą polski rząd zorganizował na zlecenie swoich kochających demokrację sojuszników. Polskich iranistów oraz trzeźwo myślących badaczy spraw bliskowschodnich takie postawienie sprawy i zredukowanie dumnego polskiego państwa do rzędu krajów, które dały się wmanewrować w brudne gry Waszyngtonu, nie dziwi w ogóle.

Jak zauważa na łamach „Przeglądu” Tadeusz Iwiński, politolog i wieloletni poseł z ramienia SLD, w kategoriach czystej wymiany gospodarczej Polska nie może stracić wiele na pogorszeniu kontaktów z Iranem, bo już teraz obroty wzajemne są minimalne – rzędu jedynie ok. 200 mln euro. Poniesiona szkoda jest innego rodzaju – wykonując bez szemrania amerykańskie zlecenie, o czym zresztą donoszą światu sami Amerykanie, wbrew całej długiej i raczej pozytywnej historii stosunków dyplomatycznych z Teheranem, Warszawa traci twarz. Tymczasem na wschodzie, przypomina doświadczony socjaldemokratyczny parlamentarzysta, to wartość, której nie da się przeliczać na pieniądze. Najwyraźniej polski rząd uznał jednak – nie pierwszy raz – że wschodem przejmować się nie warto. Tak samo, jak opinią tych, którzy wschodem zajmują się zawodowo. Oni, gdy tylko pojawiły się wiadomości o planowanej konferencji, od razu wskazali: to nie będzie żadna „konferencja pokojowa”, o „wielostronnym dialogu” można bowiem mówić pod określonymi warunkami. Nie wtedy, gdy jeden z organizatorów od dawna prowadzi agresywną politykę wymierzoną w państwo, którego czyny mają być na konferencji omawiane – bez jego udziału.

Umocniliśmy islamskich konserwatystów

– Już sam sposób, w jaki sekretarz stanu USA Mike Pompeo ogłosił, że konferencja będzie odbywała się w Warszawie – a więc przed polskim MSZ – jest trochę przerażający. USA traktują Polaków dość służalczo – bez żadnych złudzeń komentował w wywiadzie z Onetem dr Marcin Rzepka, iranista z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Równie jasno i bez dwuznaczności ekspert wskazywał, że warszawski zjazd wpisuje się w agresywny antyirański kurs obrany przez administrację Donalda Trumpa.

Przypominał przy tym, jakie praktyczne skutki ma oskarżanie Iranu o całe zło tego świata: nie przyczynia się do nadwątlenia republiki islamskiej, a przeciwnie – uderza w politykę otwierania się na świat i powolnej liberalizacji, jaką starał się prowadzić prezydent Hasan Rouhani. Ona ponosi klęskę, a w siłę rosną w Teheranie jedynie twardogłowi. Nastawieni na konfrontację, przeciwni prawom człowieka i wszelkiemu dialogowi. A przecież – tego też w mediach głównego nurtu nie usłyszymy – to Iran, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie budzi system teokratyczny i stan praw człowieka, jest obecnie jedynym systematycznie się rozwijającym, stabilnym krajem Bliskiego i Środkowego Wschodu. Naprawdę nie warto z nim rozmawiać?

Marcin Rzepka przewidział doskonale, że jednym z „bohaterów” konferencji będzie znany z agresywnej retoryki premier Izraela, a Polsce w tej sytuacji pozostanie już tylko odgrywanie roli zausznika USA w Europie, bo przecież nie neutralnego moderatora, dającego wszystkim stronom szansę wyartykułowania swoich racji. Jednak rząd Morawiecki najwyraźniej z takiego położenia jest zadowolony.

Nie doceniliśmy lokalnych uwarunkowań

– Podstawową przyczyną, dla której nie powinniśmy opowiadać się za amerykańską polityką wobec Iranu, jest fakt, że jest zwyczajnie błędna – to z kolei głos Jagody Grondeckiej, również iranistki, cod 2015 r. pracującej w polskiej ambasadzie w Teheranie. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego alarmowała na łamach „Kultury Liberalnej”, że żadne państwo, które na Bliskim Wschodzie ma realne interesy i je ceni, nie zgodziłoby się zostać gospodarzem takiej konferencji. Wskazywała, że Polska ma wszelkie szanse ponieść koszty działań, które nie przyniosą jej żadnych korzyści. Dokładniej zaś – przyniosą regionalną katastrofę, bo polityka amerykańska oparta jest na niewłaściwych założeniach, nie docenia siły irańskiego oddziaływania choćby na żyjących w innych państwach szyitów, przecenia za to skalę niezadowolenia społecznego, jakie tli się w Iranie, bezzasadnie przyjmując, że zmiana systemu rządów jest w zasadzie o krok.

I chociaż Grondecka przypisuje Iranowi „destabilizacyjny potencjał”, potępia finansowanie Hezbollahu, a udział Teheranu w konfliktach jemeńskim i syryjskim kwalifikuje jako jednoznacznie złą (przyznając wszakże, że także inne państwa są tam zaangażowane), to ostrzega: jeśli już przyjmować, że naszym celem jest powstrzymywanie Iranu, to drogą jego skutecznej realizacji nie są groźby. – Polska powinna wraz z innymi członkami Unii Europejskiej prowadzić wobec Iranu politykę krytycznego dialogu, wypełniając tym samym pustkę pozostawioną przez Stany Zjednoczone. Jej bilans póki co pozostaje ograniczony, ale nawet niedoskonały dialog jest w tym przypadku lepszy niż izolacja i groźba ataku militarnego – pisze.

Zyskaliśmy szacunek? Nie tym razem

Dobrych stron i szans dla Polski w irańskiej konferencji starała się natomiast doszukiwać Patrycja Sasnal, arabistka, kierująca programem analiz Bliskiego Wschodu i Afryki w Polskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. – Konia z rzędem temu, kto wskaże rząd Polski po 1989 roku, który powiedziałby „nie” Stanom Zjednoczonym na organizację konferencji międzynarodowej – komentowała nie bez racji na antenie TVN24. Argumentowała, że dla Polski bycie gospodarzem wielostronnej konferencji bliskowschodniej może okazać się bardzo prestiżowe, a i państwom tego regionu potrzebne jest takie spotkanie na neutralnym gruncie. Wskazała jednak również warunki, pod którymi konferencja byłaby owocna – i dziś już wiadomo, że przynajmniej dwa nie zostały spełnione. Po pierwsze, nie wybrzmiał głos państw, które w polityce międzynarodowej sprzyjają Iranowi, co byłoby warunkiem bezstronnego dialogu – za to donośnie brzmiały miotane na Teheran gromy Mike’a Pence’a, który dodatkowo na konferencji bezpieczeństwa w Monachium oznajmił bez ogródek, że wydarzenie w Warszawie miało charakter antyirański, a zebrane państwa zgadzają się co do tego, kto na Bliskim Wschodzie jest największym sponsorem terroryzmu i kogo należy zwalczać.

Jednym zdaniem ostatecznie przekreślił konferencyjne stanowisko końcowe, nieco bardziej ostrożne, współtworzone także przez polskich gospodarzy. „Zapomniał” przy tym choćby o nich wspomnieć. Tyle w kwestii prestiżu Polski i przyczyniania się przez nią do poszukiwania konstruktywnych rozwiązań na Bliskim Wschodzie.

Wybaczyliśmy te zbrodnie, które wybaczyć trzeba

– Rozmach imprezy i duża liczba gości to kwestie, które cieszyć mogą co najwyżej domy weselne albo właścicieli restauracji, a nie państwa – napisał 15 lutego Robert Czułda, specjalista od bezpieczeństwa i polityki zbrojeniowej, szczególnie zajmujący się Iranem, odbierając resztki złudzeń tym komentatorom, którzy po konferencji poklepywali się po plecach, pisząc, że może i faktycznie wyszła antyirańska narada wojenna i to z poszturchiwaniem gospodarzy, ale przynajmniej frekwencja dopisała. Sam ekspert złudzeń nie miał nigdy – w swoim komentarzu wskazał, że wydarzenie okazało się do bólu przewidywalne, Iran był atakowany w dokładnie taki sposób, jak wcześniej czyniła to administracja Trumpa. Tak samo również przewidywalne było zamykanie oczu na międzynarodowe awanturnictwo i wewnętrzne zbrodnie Arabii Saudyjskiej. Jeśli podczas warszawskiej konferencji zdarzyło się coś godnego odnotowania, pisze Czułda, to najszybciej fakt, że dostarczyła ona namacalnych dowodów przyjaznej współpracy Izraela z Arabią Saudyjską, chociaż oficjalnie żadne z tych państw się do niej nie przyznaje.
– W idealnym świecie, a przynajmniej w takim, w którym posiada się sprawne i silne państwo, mogące stawiać warunki innym i ugrywać korzyści w zakulisowych negocjacjach, Polska zorganizowałaby szczyt wzmacniając swoją współpracę z Amerykanami, ale jednocześnie byłaby w stanie rozwijać gospodarczą współpracę z Iranem na płaszczyznach, które i tak są wyłączone spod amerykańskich sankcji, chociażby w eksporcie żywności, lekach czy turystyce – podsumowuje ekspert, wskazując ścieżki rozumowania, które dla polskich władz (nie tylko aktualnych) od dawna są nieosiągalne. Gwoli pocieszenia stwierdza, że w imię realizowania cudzych zamówień uderzono w stosunki z państwem, którym i tak od dawna specjalnie się nie interesowano. W liczbach bezwzględnych straty nie są może wielkie. Inne pozytywy? – Jeśli już to jeden – naocznie dowiedzieliśmy się co tak naprawdę myślą o nas państwa niby nam sojusznicze lub przynajmniej zaprzyjaźnione – pisze Czułda. A potem dodaje, że przy obecnych tendencjach nawet tej wiedzy nie będziemy potrafili sensownie wykorzystać.

Chwała dyletantom

– Po 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych objawiły się zastępy samozwańczych ekspertów od Iranu, często związanych z czołowymi think tankami i administracją rządową, a równie często nieznających perskiego, którzy w Iranie nigdy nie byli – gorzko zauważa w swoim komentarzu Jagoda Grondecka, zastanawiając się nad przyczynami, dla których polityka USA wobec Iranu opiera się na brudnej mieszance nagich interesów, stereotypów i ksenofobicznych uprzedzeń. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nic lepszego na tym odcinku nie umiała wymyślić Polska, byłaby jeszcze bardziej bezlitosna. W Polsce wysyp think tanków zajmujących się Bliskim Wschodem nie miał miejsca, bo „elitom” wystarczy bezrefleksyjne powtarzanie tez wyprodukowanych przez uwielbianych sojuszników. Nieważne, ile razy ci podpalili Bliski Wschód i dowiedli, że nie mają ani skrupułów, by tamtejsze kraje i ludzi wyzyskiwać, ani wiedzy niezbędnej do tego, by się w tamtej przestrzeni w ogóle skutecznie poruszać.

Na krótkiej smyczy

W ostatnich dniach w Warszawie miał miejsce antyirański teatrzyk, dla niepoznaki nazwany „konferencją na temat bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”.

Stany Zjednoczone kazały zorganizować go swoim nadwiślańskim lokajom i o dziwo udało się go uskutecznić w ekspresowym tempie. W “wolnej Polsce” wszystko co prawda toczy się wolno – wolno jeżdżą pociągi, wolno się buduje metro i autostrady – jednak kiedy tylko Wuj Sam pstryknie palcami, rzeczywistość ulega cudownej przemianie.

Na konferencję nie przyjchał nikt ważny oprócz Mike’a Pompeo i Benjamina Netanjahu. Nic dziwnego, skoro od początku wiadomo było, że ten imperialistyczny spęd będzie służył wyłącznie powtarzaniu do znudzenia, że Iran jest „zły”, a Izrael „dobry”. Pisowski rząd – tak upokarzająco służalczy, jakiego jeszcze nie było – liczy na to, że spłynie na niego wątpliwy prestiż wynikający z tego, że Donald Trump pozwoli im trochę pobić w bęben wojenny. Czegoś podobnie żałosnego jeszcze nie było: wiadomo już, że Polska zgłasza gotowość do intensyfikacji szczucia na Rosję i Chiny w zamian za zwiększenie obecności US Army na naszym terytorium i tandetne rakiety do obrony przed Iranem, który właśnie wkurzyliśmy. To kuriozum. Chyba po raz pierwszy w dziejach imperialistycznej psiarni doszło do sytuacji, w której wyliniały, niedożywiony ratlerek domaga się od pana, żeby trzymał go na krótszym łańcuchu w płonnej nadziei na to, że dzięki bardziej komicznemu ujadaniu będzie teraz przypominał pitbulla.

Zabawne jest w tej sytuacji poobserwować, jak we własne sznurówki plączą się liberałowie. „Gazeta Wyborcza” szoruje już po drugim czy trzecim dnie, bo postanowiła transmitować na żywo wystąpienie „irańskiej opozycji” sprowadzonej do Warszawy przez amerykańskich macherów od „wprowadzania demokracji” w odległych częściach świata i przeznaczonej zapewne do utworzenia w Teheranie „demokratycznego rządu” na wzór wenezuelski. W kontekście nie gasnącej retoryki wojennej kierowanej przez Biały Dom w stronę Iranu należy to rozumieć jako pełną akceptację agresywnej geopolitycznej doktryny Trumpa. Gazeta Michnika potwierdza tym samym, że znajduje się dziś na dokładnie tej pozycji, jaką zajmowała w 2003 r. w przeddzień napadu Busha juniora na Irak. Zresztą do dzisiaj „GW” utrzymuje, że napaść ta była słuszna, mimo że oparta na kłamstwie. Teraz za to wszelkie utyskiwania na Trumpa, że szkodzi demokracji, będą brzmieć zupełnie niewiarygodnie.

Ciekawe też, że „Newsweek” Tomasza Lisa, który specjalizuje się tropieniu macek Putina wszędzie tam, gdzie komuś nie podobają się jankeskie agresje, tym razem – żaby przyłożyć PiSowi – sam ostrzega przed “biczowaniem Iranu”. W ten sposób według własnych kryteriów wpadł w szpony Moskwy. Panie redaktorze, jeżeli będzie pana ktoś opluwał jako “kremlowskiego trolla”, to pozwolę sobie tylko przypomnieć, że czasem wystarczy takiego gnoja postraszyć prawnikiem.

Wyrazy umiarkowanego uznania należą się z kolei Adrianowi Zandbergowi, który na łamach Super Expressu wyraził jednoznaczny sprzeciw wobec prób wciągania Polski w kolejną wojenną awanturę. Mały gest, a cieszy na tle nieustannego robienia Amerykanom wiadomej przyjemności przez polską lewicę. Od kiedy Młodzi Socjaliści przechrzcili się na Razem mogliśmy obserwować, jak w feerii epickiego samoupodlenia cała polska lewica grała do jednej bramki z waszyngtońskimi zbrodniarzami wojennymi, gdziekolwiek ci postanowili zaszaleć z “demokracją”.
Pozostaje oczywiście niedosyt spowodowany tym, że kolejny to przypadek pójścia pod prąd, ale na pół gwizdka. Świadczy o tym nieustanna naiwna gadanina, że “Asad musi odejść”, by Syria podzieliła los Iraku i Libii, oraz skandaliczne milczenie znikającej Partii Razem w sprawie zamachu stanu w Wenezueli, który rozgrywa się według wszystkich poprzednich scenariuszy agresji USA przeciwko Ameryce Łacińskiej.

Żywię intuicyjne przekonanie, że im bliżej Razem będzie swojego smutnego końca, tym jaśniejsza dla części razemitów stanie się prosta prawda, że budowanie lewicy w Polsce poprzez ciągłe przesuwanie jej w prawo prowadzi do jej pełnej wasalizacji, czyli donikąd. Właśnie to obserwujemy. Być cztery lata równi pochyłej wiodącej do bolesnego finału wystarczą, by ktoś się czegoś nauczył.

Czemu sprzeciw wobec podżegaczy wojennych wycierających sobie usta demokracją jest w ogóle ważny? Odkryje to lewica do bólu demokratyczna, kiedy Jeremy Corbyn zostanie w końcu premierem brytyjskiego rządu. Zanim w ogóle przystąpi do prób realizacji postępowej polityki gospodarczej, momentalnie znajdzie się na widelcu CIA, MI6, Mosadu oraz wszelkich “wolnościowych” mediów, które natychmiast ogłoszą Corbyna dyktatorem, agentem Putina, Stalina, Dartha Sidiousa i Saurona.

Pamiętam, że kilka lat przed powstaniem Razem MS współorganizowali w Krakowie bardzo porządną manifestację antynatowską i to wespół ze związkami zawodowymi. Kiedyś to było! Dziś żyjemy w czasach, kiedy nawet miałko socjaldemokratyczni MS wydają się niedoścignionym wzorem antyimperializmu. Adrian, ty już skończ gonić za tym jednoprocentowym słupkiem. Koniec już nastąpił, już można wyciągać wnioski. Rozum i godność człowieka wzywają.

Komentarz: Kontrowersyjna Konferencja

Dość niespodziewana zapowiedź sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, iż w połowie lutego (13-14) br. odbędzie się w Warszawie na szczeblu ministerialnym międzynarodowa konferencja nt. sytuacji na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem polityki Iranu, wywołała żywe reakcje w Polsce i za granicą. A nie chodzi bynajmniej o kwestie protokolarne typu-dlaczego o tym nie informują gospodarze, ale o meritum.

Gdybym miał najkrócej się do tego odnieść, to przywołałbym tytuł znanej piosenki Wojciecha Młynarskiego: „Nie ma jasności w sprawie Marioli”. I odwołał się także do słów wybitnego amerykańskiego pisarza Jackson-Browna, autora popularnego „Małego poradnika życia”, iż: „wielka miłość i wielki sukces wymagają podjęcia wielkiego ryzyka”, z refleksją – czy to jest właśnie ten przypadek? Z pewnością rzec można, że sama taka konferencja oraz czas i okoliczności jej zwołania są wielce kontrowersyjne.

Rola Polski z pewnością jest delikatna i niewdzięczna. To także kolejny cios w jedność Unii Europejskiej. Iran, który nie został zaproszony do Warszawy, zareagował bardzo ostro. Parlament konferencję uznał za „spisek przeciwko Iranowi”, a szef tamtejszej dyplomacji napisał na Twitterze, że „polski rząd nie jest w stanie zmyć swej hańby”. Odwołano kilka planowanych imprez społeczno-kulturalnych. Gospodarczo stracimy niewiele, gdyż wzajemne obroty są minimalne (ok. 200 mln euro).Ale jest kategoria imponderabiliów-
straciliśmy „twarz”, co na Wschodzie bardzo się liczy.

Pod uwagę warto też wziąć wątki historyczne i symboliczne. Nasze stosunki dyplomatyczne mają ponad 500 lat (od 1474r.);są prawie tak długie, jak z Turcją (ponad 600 lat).Władze w Teheranie przypomniały, jak gościnnie Iran przyjął w 1942r. 120-150 tys. wycieńczonych oraz często chorych żołnierzy i cywilów armii gen. Władysława Andersa, ewakuujących się przez Morze Kaspijskie z terenów ówczesnego ZSRR. Przyjęto ich nad wyraz serdecznie i gościnnie Cały ten kraj usiany jest polskimi mogiłami. Dobrze pamiętam oficjalną wizytę bardzo licznej delegacji polskiej w Teheranie w 2002r.,w 60. rocznicę tego exodusu (m.in. kombatanci), której miałem honor przewodniczyć. À propos – naszym ambasadorem był wtedy, odwołany już przez premiera Cimoszewicza, Witold Waszczykowski, co nader komplikowało sytuację. Również o tym wszystkim powinien pamiętać rząd PiS w kontekście swej kuriozalnej i niehumanitarnej polityki wobec uchodźców i imigrantów, choć w polityce wdzięczność bywa rzadkim zjawiskiem. A my obniżyliśmy nawet rangę naszego przedstawicielstwa.

Tadeusz Iwiński

Powyższy komentarz jest fragmentem artykułu, który ukazał się w tygodniku „Przegląd”.

Sen o Powrocie, walka o przetrwanie Palestyna

Obóz dla uchodźców Dżalazun, siedem kilometrów na południe od Ramallah, to jedna czwarta kilometra kwadratowego i piętnaście tysięcy mieszkańców. Obóz Aida na przedmieściach Betlejem: jedna dziesiąta kilometra, pięć i pół tysiąca ludzi. Za ich bramami – całe najnowsze dzieje Palestyny w pigułce: tragedia sprzed 70 lat, opór, ofiary, marzenia i próby normalnego życia, które w tych warunkach samo w sobie jest dalszym ciągiem oporu.

 

Przy przyjeździe do Dżalazun potoczne skojarzenia z pojęciem „obóz dla uchodźców” zawodzą. Żadnych namiotów, pośpiesznie wytyczonych alejek i prowizorycznych baraków. Tak było siedemdziesiąt lat temu, gdy na Zachodnim Brzegu, wtedy jordańskim, pośpiesznie lokowano palestyńskich wygnańców, ofiary Nakby, Katastrofy.
Spodziewali się, że wrócą i to w krótkim czasie. Nie wrócili. Zamiast namiotów wyrosły domy, obóz przybrał wygląd ubogiego miasteczka, jakich tysiące na Bliskim Wschodzie: ciasno poustawiane domy, obowiązkowo z beczkami wody na dachu, wąskie ulice, bezładnie zaparkowane samochody, plątanina elektrycznych kabli, meczet z minaretem wzbijającym się w idealnie błękitne niebo. Są też punkt pomocy medycznej i szkoły dla dziewczynek i chłopców. Na ich siedzibach – tablice informacyjne agencji UNRWA, Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Pierwszy sygnał, że w zwyczajnym mieście jednak nie jesteśmy.
Kolejny, jeszcze dobitniejszy, dają sami mieszkańcy, jeśli tylko ktoś ich zapyta: skąd jesteś? Nie odpowiadają, że stąd, z Dżalazun, choćby tutaj się urodzili i nigdy nie mieszkali nigdzie indziej. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej, opracowując dane statystyczne, spisało 36 różnych deklaracji. Jestem z Innaby, w dystrykcie Ramli. Nasza rodzina pochodzi z wioski al-Muzajri’a, też z tamtych okolic. Jesteśmy z Aj-Chajrijji, z regionu Jaffy, północ. My z Ad-Dawajimy, na zachód od Hebronu. Najwięcej rodzin wskazuje dwa miejsca – Al-Ludd i nieodległą od niego Bajt Nabalę.

 

Wypędźcie ich

Ar-Ramla i Al-Ludd, łącznie liczące 50-70 tys. arabskich mieszkańców, według rezolucji ONZ z listopada 1947 r., miały znaleźć się w granicach państwa palestyńskiego. Jednak podczas wojny izraelsko-arabskiej, w lipcu 1948 r. zostały zajęte przez wojsko izraelskie. Jordański Legion Arabski, który miał bronić tego obszaru, stawił jedynie nieznaczący opór.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach Icchak Rabin, późniejszy premier i pokojowy noblista, a w 1948 r. oficer i zastępca dowódcy operacji ataku na al-Ludd i ar-Ramlę, 12 lipca o losie Palestyńczyków z dwóch miast zdecydował osobiście Dawid Ben Gurion. Na pytanie, co zrobić z arabskimi mieszkańcami zdobytych miast, pierwszy premier Izraela machnął tylko ręką, co Rabin zrozumiał jako: wypędźcie ich. Taki też rozkaz podpisał tego samego dnia.
W 35-stopniowym upale, bez wody i żywności mieszkańcy al-Ludd musieli przejść najpierw siedem kilometrów do Bajt Nabali, zajmowanej przez izraelskie wojska już od kwietnia, potem kolejne dziesięć do Barfilijji. Po drodze porzucali resztki dobytku, które wcześniej ze sobą zabrali (większość i tak musieli zostawić na miejscu). Mienie innych rabowali po drodze izraelscy żołnierze. Ilu uchodźców zmarło po drodze z wyczerpania? Izraelski historyk Benny Morris twierdzi, że była to „mała grupa, może kilkadziesiąt osób”. Autor palestyński, Arif al-Arif, że życie straciło 350 osób starszych, kobiet i dzieci. Dopiero po trzech dniach żołnierze Legionu Arabskiego przewieźli ocalałych na Zachodni Brzeg. W cieniu strasznych wspomnień wyrosły kolejne pokolenia, które nigdy nie miały szansy przeżyć choć dnia w ziemi przodków, ale mówią o sobie: jesteśmy stamtąd.
Na bramie prowadzącej do Aidy wisi ogromny klucz, symbol Powrotu. Wiele rodzin ciągle przechowuje, jak relikwie, klucze do domów, które musieli wtedy porzucić.

 

Walka o przetrwanie

Wiceprzewodniczący samorządu mieszkańców Dżalazun, kiedy pytam, gdzie miejscowi znajdują pracę i czy nie rozważają wyprowadzki z obozu za (trochę) lepszym życiem, odpowiada tylko na pierwszą część pytania. Tak, o pracę bardzo trudno. Bezrobocie wśród mieszkańców to blisko 60 proc., wśród kobiet – jeszcze więcej. W końcu ile miejsc pracy może być na jednej czwartej kilometra? Około dwóch tysięcy osób ma zatrudnienie w Ramallah i w sąsiednim Al-Bira. Wyjeżdżają i wracają z nadzieją, że droga do obozu nie będzie akurat zamknięta przez żołnierzy z izraelskiego posterunku w Beit El. Co, jeśli jest? Pozostaje jechać naokoło, przez wioskę Surda, nadkładając dwa razy drogi. A jeśli właśnie wtedy, gdy Izraelczycy zamykają przejazd, ktoś z mieszkańców obozu potrzebuje szybko pilnie pomocy medycznej, bardziej skomplikowanej, niż ta podstawowa udzielana na miejscu, i spieszy się do szpitala w Ramallah? W zasadzie może się… pomodlić. I niewiele więcej.
Ale opuścić obozy? To by przecież oznaczało rezygnację ze statusu uchodźcy i prawa do powrotu, zapisanego w prawie międzynarodowym. Pogodzenie się z tym, że pewnych faktów się już nie odwróci. Nie, większość mieszkańców nawet nie bierze tego pod uwagę.
A przecież bezrobocie to tylko pierwszy z listy problemów. Następny – przeludnienie. Gdy obóz powstawał, był przeznaczony dla dwóch-trzech tysięcy osób. Rodziły się dzieci, liczba mieszkańców rosła, ale wydzielone terytorium dla uchodźców – nie. Dalej: przychodnię i działanie szkół dla chłopców i dziewczynek opłaca UNRWA. Wieść o tym, że Donald Trump obciął jej finansowanie, wywołała w samorządzie mieszkańców Dżalazun autentyczną trwogę. Gdyby nie amerykańskie wpłaty na fundusz, w 2014 r. nie udałoby się rozbudować szkoły dla dziewczynek o 31 nowych sal, otworzyć sali komputerowej, boiska. Rozbudowa była konieczna, bo szkołę budowano dla kilkudziesięciu uczennic, a dzisiaj uczęszcza do niej tysiąc najmłodszych mieszkanek. Co będzie dalej?
W Aidzie w 1948 r. znalazło schronienie 1125 wygnańców, dziś mieszka tu pięć i pół tysiąca uchodźców. Bezrobocie? „Tylko” 43 proc. Byłoby może mniej, gdyby nie to, że obóz przylega do Muru Separacyjnego, dojazd do niego jest regularnie zamykany. Stałej przychodni nie ma, UNRWA opłaca jedynie regularne przyjazdy lekarza. Niemalże stałe są natomiast problemy z dostawami wody. Działają dwie szkoły, dzięki zagranicznym dobroczyńcom powstało centrum kulturalne Ar-Rowwad, gdzie najmłodsi mieszkańcy mogą chociaż trochę cieszyć się dzieciństwem: mają świetlicę, kolorową bibliotekę, salę komputerową, chodzą na warsztaty fotografii, teatru, tańca. W 2009 r. występowali przed papieżem Benedyktem XVI. Zwierzchnik Kościoła katolickiego w czasie tamtej pielgrzymki wyraził żal, że uchodźcy żyją w tak niepewnych i trudnych warunkach.

 

Ekspansja

Izraelski posterunek po drugiej stronie drogi z Ramallah, niemalże naprzeciwko Dżalazun, powstał w 1970 r., trzy lata po wojnie sześciodniowej, w której Jordania straciła Zachodni Brzeg. Przy niewielkiej bazie zamieszkało siedemnaście rodzin. Dziś osiedle Beit El ma sześć i pół tysiąca mieszkańców, wielokrotnie było powiększane. Izraelska organizacja Pokój Teraz, opowiadająca się za rozwiązaniem dwupaństwowym i wycofaniem osadników z terytoriów okupowanych, szacuje, że 96,5 proc. zajmowanego przez Beit El terenu to ziemie siłą odebrane palestyńskim właścicielom. Aida też sąsiaduje z osiedlami: wystarczy wejść na dach jednego z domów i widać rozłożone na wzgórzach Har Homa i Gilo.
Osadnicy nie dają nam spokoju – słyszymy w Dżalazun. – Przychodzą do obozu nad ranem, potrafią wejść do domu, grozić bronią, wrzucić granat hukowy. Straszą dzieci, niszczą samochody mieszkańców obozu.
W Aidzie eksperci z Centrum Praw Człowieka przy Uniwersytecie Kalifornijskim przeprowadzili badania terenowe, by zweryfikować doniesienia o nieustannym nękaniu. Byli świadkami używania gazu łzawiącego przeciwko przypadkowym, nieuzbrojonym mieszkańcom. Niezależnie od nich Pierre Krähenbühl z UNRWA alarmował: żadna populacja na świecie nie jest tak narażona na działanie takich środków w takim natężeniu, jak mieszkańcy obozu w sąsiedztwie Betlejem.
Osadnicy odpowiadają na łamach izraelskiej prasy: nic podobnego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie, to palestyńscy sąsiedzi z obozu są agresywni, rzucają w nas kamieniami, palą opony. Właśnie dlatego, wyłącznie dla obrony, przekonują, w 2017 r. Beit El zostało otoczone murem i jest ściśle chronione. Żeby nie dochodziło do zamieszek, oni chcą przecież spokojnie żyć. Na czyjej ziemi, jakim kosztem? Do tej kwestii osadnicy już się nie odnoszą.
Dla ruchu osadniczego Beit El, ze względu na swoje położenie w kluczowej strefie Zachodniego Brzegu, ma szczególne symboliczne znaczenie. Jest jak forpoczta, przednia straż w dziele kolonizacji „ziemi darowanej przez Boga Izraelowi”. Większość mieszkańców osiedla głosuje w wyborach na skrajną prawicę i nie zawodzi się – w 2017 r. premier Netanjahu osobiście wyraził zgodę na powiększenie osiedla o kolejne 300 domów. Beit El swojego czasu wspierał też finansowo obecny ambasador USA w Izraelu David Friedman.

 

Tułaczka, zniszczenie, przemoc

W Dżalazun wiedzą, że w związku z powyższym osadnicy są w zasadzie bezkarni. Tak samo, jak bezkarni są ci, którzy zniszczyli wioski i miasta, które oni podają jako miejsce pochodzenia. Tych miejsc tak naprawdę już nie ma. Zostały tylko na historycznych mapach Palestyny sprzed 70 lat i w bazach danych tworzonych przez historyków i wolontariuszy.
Nie ma Bajt Nabali, zajętej przez oddziały żydowskiej Hagany w maju 1948 r. i zniszczonej we wrześniu tego samego roku. Zburzono meczet, po domach zostały fundamenty. Dziś na miejscu arabskiej wsi są osady żydowskie.
Po Al-Chajrijji pozostało kilka opuszczonych domów, opisał je jeszcze w 1992 r. palestyński badacz Walid Chalidi. Dziś to puste pola i wysypisko śmieci, częściowo rekultywowane.
Zniknęła Innaba, wioska z 417 domami, własną szkołą, meczetem, otoczona przez pola uprawne. Od 1952 r. kultywują je, już w ramach moszawu Kefar Szemu’el, Żydzi przybyli z Rumunii.
W Ad-Dawajimie w październiku 1948 r. jeden z batalionów 8 brygady wojska izraelskiego zamordował co najmniej 80 osób. Inni uciekli, ratując życie.
W Al-Ludd na miejscu arabskich mieszkańców osiedlili się Żydzi z Północnej Afryki i ze Związku Radzieckiego. Miasto ma teraz hebrajską nazwę Lod i motto z Księgi Jeremiasza, które brzmi jak cyniczny żart: „I wrócą synowie do swoich siedzib”.
Kiedy pamięć o dawnych upokorzeniach łączy się z doświadczeniem dzisiejszych, codziennych, wtedy faktycznie w pobliżu posterunku przy Beit El i przed bramą Aidy do zamieszek dochodzi. Mieszkańcy, zwłaszcza ludzie młodzi, wiedzą, na co się narażają, paląc opony pod nosem osadników lub rzucając kamieniem w żołnierza. Codziennie, chodząc wąskimi ulicami obozu, mijają bojowe graffiti i rozklejone na ścianach portrety takich jak oni, niektóre z datą śmierci, inne z emblematami palestyńskich organizacji walczących z okupacją. Jedni się ze zdjęć uśmiechają, patrzą spokojnie w oczy przechodniów, innych uwieczniono z flagami, gdy walczyli. Zanim zginęli.
Żyjący wiedzą, że nic ich w tym życiu nie czeka, oprócz egzystencji pod okupacją, w przeludnionym obozie. Gniew pokonuje instynkt samozachowawczy. Skoro i tak można zostać postrzelonym, zranionym, nawet zabitym, jeśli znajdzie się w niewłaściwym miejscu i czasie – czy nie warto zaryzykować, by chociaż na chwilę przełamać bezradność?
W centrum Dżalazun wznosi się pomnik przywódców Organizacji Wyzwolenia Palestyny – Jasira Arafata, Abu Ijada, Abu Dżihada. Na murach obozu, na przemian z tęsknymi malowidłami przedstawiającymi Jerozolimę i Kopułę na Skale, pojawiają się kolejne postacie męczenników.
W centrum Ar-Rowwad kierują się filozofią „pięknego oporu” – przełamywania okupacyjnej rzeczywistości przez sztukę, kultywowanie tradycji, odkrywanie talentów, zachęcanie kobiet do aktywności społecznej. Uprawianie sportu czy robienie zdjęć staje się samo w sobie aktem sprzeciwu. Pokazaniem, że okupacja nie odebrała chęci do życia, nie załamała.

 

Zanim wybuchnie pożar

Palestyńscy przywódcy z Ramallah mówią o pokojowym oporze. O zachęcaniu do przyjeżdżania do Palestyny, ujmowaniu gościnnością, pokazywaniu tutejszej kultury, przełamywaniu stereotypów. Politycy i działacze podkreślają: chcemy pokoju, więc idziemy na ustępstwa, jesteśmy za rozwiązaniem dwupaństwowym, opartym o granice sprzed wojny sześciodniowej. Chcemy międzynarodowej mediacji, wielostronnej konferencji pokojowej, skoro już wiadomo, że USA nie jest neutralnym rozjemcą.
Może i brzmi to rozsądnie, dyplomatycznie, mądrze. Ale w oczy palestyńskiej młodzieży rzuca się co innego: że po drugiej stronie nie ma woli ustąpienia choćby na krok, za to jest naga siła. Budowanie murów, burzenie domów, zabór ziemi, zamknięte drogi, posterunki wojskowe. Rozwiązanie dwupaństwowe staje się nieokreślonym majakiem, a gniew i rozpacz są tutaj i teraz, w obozach dla uchodźców coraz silniejsze… W Aidzie – z każdym spojrzeniem na mur oddzielający Autonomię Palestyńską, który mija się po drodze do obozu i widzi z dachów domów. W Dżalazun – z każdym dniem, kiedy droga do Ramallah była zamknięta i przejechanie siedmiu kilometrów znowu zajęło blisko godzinę. Wszędzie w Palestynie – z każdym wspomnieniem nieistniejących domów, wyciętych drzew oliwkowych, wiosek zrównanych z ziemią.
Jeśli nic się nie zmieni – wybuch musi nastąpić.

 

Korzystałam z prac Ilana Pappe „Czystki etniczne w Palestynie” (Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2017), Benny’ego Morrisa „The Birth of the Palestinian Refugee Problem, 1947–1949″ (Cambridge University Press, Cambridge 1987) oraz z bazy danych Palestine Remembered.

Brak 270 mln

Babar Baloch, Rzecznik Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców potwierdził, że agencja jest w kryzysie. Brakuje środków wystarczających na zaspokojenie potrzeb najbiedniejszych uchodźców i przesiedleńców, których w dodatku trzeba zabezpieczyć przed nadchodzącą zimą.

 

W Syrii zarejestrowanych jest 5,6 miliona uchodźców, z czego 2,6 miliona to niepełnoletni. Na nich potrzeba około 73 miliona dolarów. Ale nie tylko Syryjczycy potrzebują pomocy UNHCR: również uchodźcom z Turcji, Syrii, Libanu, Jordanii, Iraku i Egiptu trzeba zapewnić opiekę medyczną, jedzenie, edukację, schronienie i po prostu zasiłki. To dodatkowe 196,5 miliona – wynika z wyliczeń agencji.

Na Bliskim Wschodzie 1,3 miliona osób potrzebuje pomocy organizacji humanitarnej, aby przetrwać zimę. 44 milionów dolarów potrzeba, aby uchodźcy z Libanu i Jordanii mogli opłacić zaległe czynsze (prawie 90 proc. migrantów z tych krajów dziś żyje na granicy ubóstwa lub w ubóstwie), zaś 36 milionów potrzeba na samą opiekę zdrowotną uciekinierów z krajów ogarniętych wojnami. Jeśli pieniądze się nie znajdą, UNHCR może nie być w stanie nawet nadal szczepić dzieci.

Rzecznik Wysokiego Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców wydał oświadczenie, w którym ubolewa nad tym, że agencja za chwilę może nie być w stanie kontynuować swojej misji w bardzo podstawowym zakresie:

„Dodatkowe fundusze umożliwiłyby UNHCR szybkie zwiększenie skali działalności w kluczowych sektorach, takich jak ochrona, schronienie i udzielanie podstawowej pomocy, pomagając nawet 1,8 mln osób” – czytamy w oświadczeniu dla prasy wydanym z Genewy. – „Nasze dzieci potrzebują opieki zdrowotnej, medycyny, mleka, ale nie możemy sobie na to pozwolić”.

Bomba w Jemenie

Jak ustalili dziennikarze CNN, bomby, które saudyjskie lotnictwo zrzuciło na cele w Jemenie 9 sierpnia zostały wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych. Pewnie mało kto przejąłby się taką informacją, gdyby nie fakt, że jedna z nich spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci w wieku od 6 do 11 lat. Kolejne 79 osób odniosło poważne rany. Warto zatem zapytać się o odpowiedzialność producentów broni za śmierć niewinnych ofiar.

 

Według śledztwa, które CNN przeprowadziło wspólnie z lokalnymi dziennikarzami, nie ma wątpliwości, że na szkolny autobus spadła ważąca niemal 230 kg bomba wyprodukowana przez amerykańskie zakłady Lockheed Martin. Tysiące takich bomb zasiliły arsenał Arabii Saudyjskiej w 2015 r., kiedy administracja Baracka Obamy podpisała z Saudyjczykami umowę na sprzedaż broni o wartości ponad 115 miliardów dolarów. Co prawda dostawy wstrzymano w drugiej połowie 2016 r., po tym, jak w wyniku saudyjskiego nalotu zginęło 155 cywilów, jednak zostały one wznowione wraz z objęciem rządów w USA przez Donalda Trumpa.

Ujawnienie informacji o pochodzeniu bomby wywołało polityczną burzę w Stanach Zjednoczonych. Rzecznik prasowy Lockheed Martin odmówił komentarza, odsyłając dziennikarzy do Pentagonu. Ten podkreślił, że bomby wyposażone są w laserowy system naprowadzania, co skutecznie ogranicza liczbę przypadkowych ofiar. Zdaniem Departamentu Obrony, amerykańska administracja nie może ponosić odpowiedzialności za cele bombardowane przez saudyjskie lotnictwo.

Czy rzeczywiście odpowiedzialność producentów broni i rządów, które ją sprzedają kończy się na jej bezpiecznym dostarczeniu kontrahentowi? Jak podaje Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem w Sztokholmie, sprzedaż broni w skali globalnej nieprzerwanie rośnie od początku XXI w. Odwrócenie negatywnego – z perspektywy producentów – trendu z końca zimnej wojny, kiedy państwa raczej ograniczały swoje arsenały zbrojne niż je powiększały, zawdzięczamy tzw. wojnie z terroryzmem. To właśnie po 11 września 2001 r. USA i pozostałe państwa zaczęły zbroić się na potęgę. Na szczęście nadal jest daleko do 1984 r., kiedy światowy handel bronią osiągnął historyczną wielkość, jednak wartość sprzedawanego sprzętu i wyposażenia rośnie z każdym rokiem.
Listę największych eksporterów broni otwierają Stany Zjednoczone. W latach 2013-2017 sprzęt wojskowy „made in USA” stanowił 34 proc. globalnego handlu bronią, co oznaczało wzrost amerykańskiego eksportu o 4 proc. Było to możliwe w dużej mierze dzięki intratnym kontraktom, które USA podpisały z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Oba te państwa stanowiły odbiorców ponad jednej czwartej całego amerykańskiego eksportu. Oba też biorą czynny udział w interwencji zbrojnej w Jemenie, zwalczając sprzymierzonych z Iranem rebeliantów Huti. Arabia Saudyjska to także główny odbiorca broni z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Kanady. Z kolej Zjednoczone Emiraty Arabskie dodatkowo importują broń m.in. z Włoch i Szwecji. Trudno zatem dziwić się, że wojna w Jemenie nie doczekała się większych protestów ze strony tzw. Zachodu. Nikt nie lubi gryźć ręki, która go żywi.

Drugim największym eksporterem broni jest Rosja. Jednak w jej przypadku widoczny jest znaczny, bo przekraczający 7 proc., spadek udziału w globalnej sprzedaży. Zaważyła na tym głównie korekta polityki Indii, które jeszcze do niedawna były odbiorcą 35 proc. całego rosyjskiego eksportu, by obecnie przerzucić się na sprzęt amerykański. W pierwszej dziesiątce eksporterów broni znajdują się również Francja, Niemcy, Chiny, Wielka Brytania, Hiszpania, Izrael i Holandia. Co ciekawe, wyłączywszy Rosję (22 proc. globalnego eksportu), pozostałe osiem państw sprzedaje łącznie mniej niż Stany Zjednoczone.

Najwięcej broni trafia do regionów, gdzie liczba konfliktów jest największa a państwa są gotowe inwestować w modernizację wojska. W latach 2013-2017 ponad 42 proc. dostępnego na rynku sprzętu i amunicji wysłano do Azji i Oceanii, co wiązało się z dużymi zakupami przez Indie, Chiny i Pakistan. Jeśli jednak spojrzeć na wieloletni wzrost nakładów na uzbrojenie, palmę pierwszeństwa zdobywa Bliski Wschód. To właśnie tego regionu dotyczyła niemal jedna trzecia światowego handlu bronią, oznaczając wzrost o 103 proc. w porównaniu z latami 2008-2012. Znaczne spadki zanotowano z kolei w eksporcie broni do Ameryki Południowej, Afryki i Europy.

Nie trzeba skomplikowanych obliczeń, aby zauważyć, że największe zyski czekają producentów broni na Bliskim Wschodzie. Ciągnąca się w nieskończoność wojna domowa w Syrii, konflikt w Jemenie czy wyścig zbrojeń między Iranem a Arabią Saudyjską to doskonała informacja dla takich firm, jak Lockheed Martin. Niemal połowa amerykańskiej broni trafiła do tego regionu. W porównaniu z latami 2008-2012, w okresie 2013-2017 USA zwiększyły eksport broni do Arabii Saudyjskiej o 448 proc.! Jak stwierdza cytowany już Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, „sprzedaż broni jest często wykorzystywana przez Stany Zjednoczone jako narzędzie polityki zagranicznej, służącej do budowy nowych strategicznych sojuszy”. Tak było w przypadku Arabii Saudyjskiej, ale i Indii, które do 2017 r. kupiły o 557 proc. więcej amerykańskiej broni w porównaniu z okresem wcześniejszym.

Cywilom w Syrii czy Jemenie zapewne bez różnicy czy spadają na nich amerykańskie, rosyjskie czy brytyjskie bomby. Trudno jednak uwierzyć zapewnieniom mocarstw o czynionych wysiłkach na rzecz pokoju, skoro znaczna część ich przemysłu opiera się na produkcji broni. Innymi słowy, im więcej konfliktów, im dłużej one trwają, tym większe zyski. Oczywiście pod warunkiem, że toczą się one wystarczająco daleko od naszych granic.

Mało spraw potrafi zjednoczyć strony politycznego sporu jak sprzedaż i skup broni. W Polsce nikt nie ośmieli się zapytać czy miliardy złotych przeznaczonych na wojsko nie lepiej zainwestować w edukację lub służbę zdrowia. Także w USA przemysł zbrojeniowy stanowi oczko w głowie zarówno demokratów, jak i republikanów. Doskonale dbają o to producenci broni. W ostatnich latach Lockheed Martin niemal równomiernie podzielił 2,5 mln dolarów pomiędzy polityków Partii Demokratycznej i Republikańskiej.

Mało kto zatem na poważnie bierze możliwość pociągnięcia producentów broni do odpowiedzialności karnej. Chcąc dodatkowo zabezpieczyć ich interesy, w 2005 r., z poparciem obu głównych partii politycznych, prezydent George W. Bush podpisał ustawę, która zabrania skarżenia takich firm, jak Lockheed Martin, za śmierć spowodowaną przez ich produkty. Była to reakcja na decyzje amerykańskich sądów, nakazujące firmom tytoniowym wypłatę odszkodowań dla palaczy. W 2014 r. sąd w Miami nakazał JR Reynolds, drugiemu pod względem obrotów producentowi papierosów w USA, wypłatę 23,6 mld dolarów za śmierć palacza. Zarządzona kwota była trzykrotnością rocznych przychodów firmy. Papierosów i palaczy nie ubyło na rynku, wzrosła jednak sama świadomość społeczna dotycząca zagrożeń płynących z tego nałogu. Podobnie możliwość skarżenia firm zbrojeniowych o współodpowiedzialność za śmierć niewinnych ofiar nie zmniejszyłaby liczby dostępnej na rynku broni, lecz zapewne ograniczyłaby swobodę, z jaką sprzedaje się ją wszystkim, którzy są gotowi zapłacić odpowiednią cenę.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.