Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Każdego dnia mogą cię zbudzić żołnierze

Z Rut, byłą działaczką organizacji Anarchists Against The Wall, mieszkającą dziś nielegalnie w Strefie A rozmawia Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Rut mówi o sobie: Palestynka z wyboru. Opowiada, jak na mieszkańców Zachodniego Brzegu wpływa świadomość, że każdego dnia mogą paść – choćby przypadkowo – ofiarą przemocy, dlaczego nie wstępują już masowo do organizacji takich jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i ile zostało z porozumień z Oslo.

Jak to się w ogóle stało, że ty, dziewczyna z Tel Awiwu, zamieszkałaś w Ramallah? Nielegalnie, wbrew przepisom zakazującym Izraelczykom wstępu do strefy A.
Zostałam aktywistką jedenaście lat temu. Jako grupa Anarchists Against The Wall jeździliśmy do wiosek położonych na terytorium całego Izraela, wspieraliśmy lokalne społeczności i demonstrowaliśmy, głównie w piątki, przeciwko apartheidowi. Tak było przez osiem lat. Wyjeżdżaliśmy ze swoich spokojnych miast, by brać udział w demonstracjach, w trakcie których spotykała nas przemoc, ale potem wracaliśmy do domu.
Po każdym powrocie przeżywałam dysonans poznawczy: żyłam tym, co działo się w tych wioskach, tą przemocą i niesprawiedliwością, a wokół mnie panowały spokój i szabasowa cisza. Zaczęłam czuć się jak aktywistyczna turystka, która co jakiś czas odbębnia swój humanitarny obowiązek. W pewnym momencie stwierdziłam, że chcę być po tej wspieranej stronie cały czas – wiedzieć, jak ludzie tu żyją, być razem z nimi i ich wspierać. Poza tym nigdy nie byłam w palestyńskim mieście. Nasza grupa głównie starała się powstrzymywać niszczenie małych wiosek, a to przecież tylko wycinek palestyńskiego społeczeństwa.
Żałowałaś kiedyś tej decyzji? Chciałaś wrócić? Nie boisz się, że zostaniesz zatrzymana?
Wrócić do Tel Awiwu? Raczej nie.
Ale jeśli palestyńska policja mnie tutaj zatrzyma, to ma obowiązek oddać mnie pod jurysdykcję armii, która tutaj stanowi w głównej mierze prawo, pod jej kuratelą są osadnicy i ogólnie obywatele Izraela. Potem, znając moje akta policyjne wypełnione demonstracjami, szybko przybyliby też przedstawiciele Szin Bet (izraelska służba specjalna odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne) i mogłabym znaleźć się w więzieniu. Ogólnie, tutaj im mniej ktoś wie, tym jest bezpieczniejszy. To, że jestem tutaj nielegalnie, nie jest wiedzą powszechną. Jestem tłumaczką, więc mogę funkcjonować w znacznej mierze autonomicznie.
Raz byłam w szpitalu i przez moment zastanawiałam się, czy na pewno potrzebuję pomocy, ponieważ istniało ryzyko wezwania wojska, jednak nikt się nie przejął moim pochodzeniem. Ale gdyby z jakichś powodów zatrzymała mnie palestyńska policja, to jestem pewna, jaki byłby dalszy bieg wypadków.
Przecież w oczach Palestyńczyków powinnaś być sojuszniczką.
Mahmud Abbas może temu zaprzeczać, ale władze Autonomii Palestyńskiej codziennie kolaborują z Izraelem, każdy ich ruch jest od tego uzależniony. Dam prosty przykład. Niedaleko stąd, na placu Al-Manara, miała miejsce kolejna konfrontacja między Palestyńczykami i wojskiem. Ludzie zawczasu wyczuli, co będzie się działo. Część zaczęła szybko opuszczać okolice placu, jednocześnie pojawiły się na nim grupy nastolatków i dzieci z okolicznych obozów uchodźczych i osiedli. Wchodzili na dachy, zajmowali miejsca na ulicy i w bramach, zbierali kamienie. Szybko powietrze zaczęły przecinać kule i kamienie rzucane przez Palestyńczyków. Policja w tym czasie siedziała wygodnie na terenie komendy, które jest dokładnie obok placu. Została wcześniej uprzedzona i po prostu się tam zamknęła.
Tak jest zawsze. Gdyby policja nie współpracowała, zostałaby rozbrojona. Izrael nie mógłby sobie pozwolić na jej istnienie.
„Ludzie wyczuli, co się będzie działo”… Mówisz tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Codziennego. A przecież mówisz o sytuacji, w której ktoś mógł zostać ciężko ranny, stracić życie.
Raz obudziłam się i podeszłam do okna. Była dość wczesna pora, przed południem. Patrzę… i widzę naprzeciwko siebie celującego do mnie snajpera z drugiej strony ulicy. Zajął pozycję na piętrze budowanego naprzeciw mojego mieszkania budynku. Na dole trwała nierówna potyczka pomiędzy żołnierzami a dziećmi rzucającymi kamieniami. Takie sytuacje są przerażające, ale my już mamy w Ramallah wyuczony schemat reagowania: zachować jak największy spokój, nie wychodzić z domów, nie zbliżać się do okien, nawet wtedy, gdy takie „walki” trwają godzinami.
Do kogo celował snajper na budynku naprzeciw twojego okna?
To były najpewniej zwykłe ćwiczenia. Wojsko zaplanowało, że zatrzyma parę osób pracujących w niedalekim magazynie farmaceutycznym, w ramach tego zablokowało kilkanaście przecznic, w tym moją. Złapali osoby, które były celem akcji, po kilku dniach je wypuścili.
Polowanie na helotów…
Dokładnie. Robią tak często. A mieszkańcy widzą, jak policja udaje, że tego nie widzi. Za to przy innych okazjach jest brutalna i agresywna wobec demonstrantów, którzy np. uczestniczą w strajku. Jak mają potem ją szanować? Tym bardziej, że wiedzą, że współpraca na linii władz Autonomii a Izraelem jest świetną okazją do korupcji, która jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Co roku z palestyńskiego budżetu znika około dwóch miliardów szekli.
Znika?
Nazywamy to wyciekiem fiskalnym. Czytałam o nim najnudniejszy w życiu raport. Te dwa miliardy są wydawane właśnie na współpracę z władzami Izraela, wynika to z Porozumień Paryskich, czyli umowy gospodarczej pomiędzy Izraelem a władzami Autonomii. Więc gdy czytam kolejny raz, jak Autonomia jest okradana przez władze Izraela, to cały czas mam świadomość tego, jak wiele poziomów mają tu wszelkie kwestie ekonomiczne. Trzeba pamiętać o dziesiątkach szczebli korupcji i nepotyzmu oraz doliczyć do tego również ekonomiczny apartheid. Nic tu nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.
To wyjaśnijmy sprawy podstawowe. Jak jest z wodą czy dostępem do elektryczności?
Izrael musi dbać o to, by ludzie tutaj mieszkający mieli dostęp do wody, prądu i innych środków codziennego życia. To wszystko jest wymagane oraz monitorowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i między innymi Czerwony Krzyż. Wymaga tego też prawo wojenne dotyczące terenów okupowanych. W Ramallah ten obowiązek raczej jest realizowany, chociaż z zastrzeżeniem: woda jest, ale jeśli chodzi o prąd, to zimą codziennie zdarzają się 20-30 minutowe przerwy w dostawach. Zależy na tym władzom Autonomii, w końcu to stolica. Wielką pracę wykonują na tym polu również organizacje pozarządowe, które praktycznie non stop muszą wyszarpywać od Izraela niektóre usługi. No i poza Ramallah sytuacja jest gorsza. Wszystko, co tu się dzieje, jest uzależnione od dobrej lub złej woli Izraela.
Jeśli władze Autonomii w twoim przekonaniu dogadują się z izraelskimi, to kim są ludzie, którzy próbują stawiać opór?
Mówi się „młodzież”, ale to słowo w języku arabskim ma szersze znaczenie. Obejmuje i jedenastolatków, i młodych mężczyzn przed trzydziestką. To oni są gotowi ryzykować własnym życiem. Starsi już rzadziej, bo zwykle mają już rodziny na utrzymaniu, którym starają się zapewnić bezpieczeństwo. Ale na demonstracje w Palestynie zaczyna się chodzić bardzo wcześnie. Bracia czy znajomi zabierają na nie już dziesięciolatków.
Palestyńczycy są niezmiernie rozpolitykowani. Partii jest mnóstwo, znaczna część społeczeństwa utożsamia się z jedną z nich, chodzi na demonstracje w jej barwach. Młodzi w większości mają poglądy zdecydowanie lewicowe i wierzą w swoje przekonania. Jeśli byłyby wybory, to ludzie tłumnie by na nie poszli i głosowali. Jednak ostatni raz mieli taką szansę w 2006 r. Potem już tylko była o wyborach mowa, za każdym razem je odwoływano.
I kto by wygrał?
Raczej nie obecnie rządzący Al-Fatah. Po drugiej intifadzie Hamas stał się alternatywą wobec Fatahu, zauważył, w jakim kierunku idzie sprawa palestyńska i zajął zdecydowanie antykolonialne pozycje. To jasna postawa, nawet jeśli co do wszystkiego innego można się z nimi nie zgadzać. Fatah widząc, co się dzieje, zaczął współpracować z Izraelem w celu powstrzymania rozwoju Hamasu na Zachodnim Brzegu.
Powiedziałaś, że Palestyńczycy chętnie chodzą na demonstracje, żyją polityką. Czy oprócz demonstracji, podczas których dochodzi do konfrontacji z okupacyjnym wojskiem, są też, powiedzmy, wewnątrzpalestyńskie?
Oczywiście! Istnieje cała masa kwestii społecznych, które nie są rozwiązane. 7 lat temu miał miejsce duży strajk taksówkarzy, natomiast 3 lata temu – akcja strajkowa nauczycieli, były to ogromne wydarzenia, które dotyczyły całego społeczeństwa. Sprawy feministyczne też cieszą się tu ogromną popularnością, nie tak dawno miały miejsce ogromne demonstracje przeciwko przemocy wobec kobiet, które ogarnęły całe ulice Ramallah, Nablusu i innych miast Autonomii Palestyńskiej, wyszły nawet poza obręb muru, np. do Jaffy.
Autonomia jest największym pracodawcą w Palestynie, więc prawie wszystkie strajki dotykają samego rządu. W kwestii nauczycielskiej chodziło o podwyżki, których nie było, pomimo tego że władze je obiecały, a wielu nauczycieli musiało pracować nie tylko w szkole, by móc się utrzymać. Szkoły były więc na bardzo długi okres zamknięte, lecz, co trzeba podkreślić, nauczyciele byli wspierani w swych działaniach przez społeczeństwo. Strajk taksówkarzy natomiast był to ogólny bunt wobec cen artykułów dnia codziennego, polityki cięć oraz często nieludzkich warunków życia na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Obie te akcje odniosły jako taki sukces w zmaganiach z rządem, głównie dlatego, że cieszyły się one poparciem ogółu ludzi.
Konflikty klasowe są mocno zarysowane?
Nie czuję się na siłach wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Ale nierówności niewątpliwie istnieją. Na Zachodnim Brzegu istnieje i tutejsza elita biznesu, i ludzie, którzy żyją w jaskiniach na pustyni. Są też mieszkańcy wiosek, nad którymi cały czas wisi widmo wyburzenia, takich miejsc może być nawet 19 tys. W miastach Zachodniego Brzegu jest lepiej, w Gazie gorzej. Strefa jest w zasadzie obozem koncentracyjnym, znajdziecie tam ludzi, którzy „jako tako” żyją, mają mieszkania, cudem gdzieś pracują i się utrzymują, a obok nich – ludzi egzystujących w szałasach. No i nie zapominajmy o Palestyńczykach żyjących w Izraelu – to nie jest klasa średnia. To dolne warstwy społeczne.
Władze Autonomii Palestyńskiej przekonują, że trudno mówić o klasowych antagonizmach, bo Palestyńczycy w pierwszej kolejności chcą wolności, wyzwolenia spod okupacji. Realizacji porozumień z Oslo.
Porozumienia to martwy dokument. Jedyne, co realnie dały, to Protokół Paryski z 1994, o współpracy gospodarczej, podatkach i różnych rodzajach handlu pomiędzy Autonomią Palestyńską a światem i Izraelem. Co do całej reszty to powiem tyle – codziennie słyszymy o nowych osiedlach, rajdach wojska i burzonych wioskach, nie o postępach w tworzeniu państwa palestyńskiego. Teraz jesteśmy świadkami ogromnego napływu osadników, lecz wcześniej ich największa liczba pojawiła się tu za rządów premiera Ehuda Baraka (1999-2001) z Partii Pracy. W kwestii palestyńskiej izraelskie podziały na prawo i lewo są tylko umowne.
Wszyscy politycy mają takie samo zdanie na temat okupacji i osiedli?
Różnica istnieje pomiędzy podejściem osadników a armii. Wojsko, przyzwyczajone do patrzenia na sprawy całościowo, wraz z całym jego urządzeniem i strategicznym myśleniem, jest bardziej konserwatywne, nie w kategoriach politycznych, lecz pragmatycznych. Ich zdaniem sytuacją trzeba zarządzać w takim kierunku, by koniec końców wygrywać krok po kroku. Osadnicy chcą całej ziemi już, teraz.Wyrazicielką takiego myślenia jest Ayelet Shaked, była Minister Sprawiedliwości związana z Nową Prawicą, która „żartuje” sobie sama z siebie, mówiąc, że jest faszystką. Jej celem jako minister było przejęcie Sądu Najwyższego oraz, na dalszym planie, sądów powszechnych. To pozwoliłoby jej ustanawiać prawa umożliwiające niepohamowaną ekspansję osadników.
Jak zdobywali ziemię do tej pory?
Zasadnicza taktyka polega ona na tworzeniu pomiędzy istniejącymi osiedlami nowych placówek, które zagęszczałyby siatkę. Zaczyna się to często od grup kamperów. Armia w takim momencie powinna zareagować i wygonić osadników, lecz zamiast tego przyjeżdża na miejsce, by zapewnić im bezpieczeństwo. I wszystko to dzieje się na ziemi Palestyńczyków, którzy nagle nie mogą dostać się do miasteczka obok, nie mogą wprowadzać bydła lub uprawiać roli. Do tego osadnicy są uzbrojeni, a broń sama w sobie pobudza do gwałtu i przejęcia kontroli.
Kim są ci ludzie? Fanatykami religijnymi? Ślepymi wyznawcami ideologii Wielkiego Izraela?
Istnieją dwie grupy osadników: ideologiczni i ekonomiczni. Pierwsza grupa według badań to jakieś 20 proc. To oni organizują kampery i pod bronią zakładają nowe osady. Zbudowanie placówki trwa jedną noc, rano podciąga się wodę oraz prąd, i już gotowe. Zdarza się, że po tym wszystkim takich placówek pilnują pojedyncze osoby, patrolując z karabinem codziennie najbliższą okolicę przez tygodnie, czasem nawet miesiące. Potem przybywa większa grupa i zostaje na stałe. W tej grupie dominują już ludzie, którzy przyjeżdżają na okupowane ziemie ze względów ekonomicznych, bo są np. młodymi rodzicami z wielodzietnych, religijnych rodzin. Państwo bardzo ich do tego zachęca – m.in. jeśli zbuduje się tutaj dom i utrzyma się go przez 10 lat, to otrzyma się od państwa całą zainwestowaną początkowo kwotę.
Całą?!
Nie wszędzie i nie zawsze, lecz z grubsza tak to wygląda. Ludzie, którzy w Tel Awiwie mogliby mieszkać w malutkiej kawalerce, tutaj budują wielopiętrowe domy z basenami i ogrodami, życie jest spokojniejsze niż w drogim mieście, a takie rzeczy, jak opieka zdrowotna, ma obowiązek zorganizować państwo. Są pary, które wyprowadziły się z Tel Awiwu, ale dalej dojeżdżają tam do pracy. Rozwinął się też biznes. Prawie połowa domów w istniejących już osiedlach jest pusta. To domy letnie albo pod wynajem. Państwo ma obowiązek zorganizować na osiedlach opiekę zdrowotną.
Czy kiedykolwiek miałaś do czynienia z osadnikami?
Pierwszy raz, gdy byłam w wojsku, było to na początku lat dwutysięcznych. Zostałam zmobilizowana, stacjonowałam w Gazie i z tej perspektywy ich obserwowałam. Kompletnie nie rozumiałam, dlaczego ci ludzie wyjeżdżają z Izraela i zasiedlają ziemie okupowane, nie rozumiałam też, dlaczego musieliśmy ich chronić. Mówienie o „odzyskiwaniu dawnych ziem” wydawało mi się mało przekonujące. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że chodzi o geopolitykę. Armia przecież musiała „oczyszczać” tereny, które potem zasiedlali osadnicy, musiała wysiedlać z niej ludzi, co często pokrywało się z jej strategicznymi celami. Wykorzystywano do tego, czysto instrumentalnie, nawet stare jordańskie prawo sprzed 1967 r., które głosi, że jeśli ktoś przez siedem lat nie uprawia swojej ziemi, to przechodzi ona na poczet państwa. Izrael zaczął wykorzystywać to prawo i blokować dostęp do ziemi Palestyńczykom, po czym po siedmiu latach przejmował ją i nadawał osadnikom. To wszystko jest z góry zaplanowane, podobnie jak samowolne działania osadników, chodzi o systematyczne łączenie enklaw osadniczych i odgradzanie od ziemi Palestyńczyków. Nazywanie działań armii izraelskiej obronnymi to kpina – dysproporcja sił jest zbyt duża.
Izrael wciąż twierdzi, że się broni. Przed Hamasem, Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, przed młodzieżą, która rzuca kamieniami…
Tylko że nie jest już tak, że wszyscy Palestyńczycy tłumnie działają na rzecz niepodległości. Jest wiele złości i buntu, ale też wiele przekonania, że walka już była i się nie udała. Wielu teraz działa, jak im się wydaje, realistycznie: by życie tutaj w takich warunkach było znośniejsze. Idą do organizacji pozarządowych, partii działających w ramach Autonomii czy związków zawodowych, walczą tam o płace, dostęp do wody, elektryczności, lepszej opieki medycznej, mieszkania. Ludzie nadal się organizują, ale nie da się tego porównać do wcześniejszych okresów walk i oporu. No i wszyscy liczą teraz na wybory, które może kiedyś się w końcu wydarzą.
Kiedy codziennie rano można zostać obudzoną przez żołnierza celującego im w głowę, wyjść z domu na zablokowaną ulicę, zostać mimo woli świadkiem ulicznej potyczki czy paść ofiarą porwania, i tak przez całe lata, nastawienie człowieka się zmienia.
Czy Plan Stulecia może znowu obudzić ducha walki?
Na razie jego ogłoszenie nadało izraelskim planom aneksji wiatru w żaglu. Politycy wręcz ścigali się o to, kto pierwszy przeprowadzi głosowanie w tej sprawie. Brały w tym udział partie od prawa do lewa, nie tylko te reprezentujące osadników. Dotychczas ustalono jedynie to, że wiążące decyzję dotyczące „Planu” zostaną podjęte po marcowych wyborach do Knesetu. Jeśli politycy zdecydują się na aneksję, to czeka ich opór ze strony społeczności międzynarodowej. Zwiastuje to między innymi niedawna publikacja przez ONZ listy firm związanych z izraelskimi osiedlami na ziemiach okupowanych.
Palestyńczycy z całego świata odrzucili plan. Wszędzie, od Doliny Jordanu, po Gazę oraz Ramallah miały miejsce masowe protesty przeciwników „Planu Stulecia”. Kierownictwa różnych ugrupowań politycznych spotykają się teraz, aby ustalić wspólny front wymierzony przeciwko propozycji amerykańskiej dyplomacji. Jednak nie wiążę akurat z tym nadziei na przełom. Już bardziej z tym, że na całym świecie nie wygasa opór w postaci demonstracji, artykułów i petycji czy ruchu BDS.
Ten plan nigdy nie wejdzie w życie, ponieważ zakłada palestyńską zgodę, której po prostu nie ma. Wydaje mi się, że w tym planie chodziło bardziej o poszerzenie dotychczasowych możliwości aneksyjnych Izraela, a nie o osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia. Nie zapominajmy, że ogłoszenie terytorium innego państwa swoim terytorium jest deklaracją wojny. Wojna o sprawiedliwość i zakończenie okupacji przygasła, ale może rozpocząć się znowu.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Turcja przeciw Syrii i Rosji?

W Syrii kolejny zwrot akcji: wygląda na to, że NATO, pod wpływem tureckim i amerykańskim, zdecydowało się bronić jednak Al-Kaidy i innych pronatowskich grup dżihadystów w Idlibie, syryjskiej prowincji wyzwalanej stopniowo przez syryjskie wojsko, wspomagane przez rosyjskie lotnictwo. Syria jest teraz atakowana z południa przez Izrael i z północy przez Turcję.
Syryjczycy przeżyli właśnie kolejny bezprawny atak lotnictwa izraelskiego i rakiet, a przez granicę turecką z Idlibem, na której koczują setki tysięcy cywilnych uchodźców, wjeżdżają czołgi i inny turecki sprzęt wojskowy.
Turecki prezydent w przemówieniu do parlamentarzystów swej partii bardzo jasno określił jako „przyjaciół” dwa główne ugrupowania dżihadystowskie w Idlibie – turkmeńską Narodową Armię Syryjską (tę, która atakowała Rożawę wspólnie z Turkami) i syryjską Al-Kaidę (Hajat Tahrir asz-Szam). Pochwalił się, że ma amerykańskie błogosławieństwo na wojskową operację pomocy tym ugrupowaniom. Problem: oznaczałoby to konflikt z Rosjanami.
Tydzień temu syryjska Al-Kaida dokonała zamachu w Damaszku zabijając czterech rosyjskich oficerów – Erdogan nie mógł o tym nie wiedzieć, co stawia sprawę na ostrzu noża.
Postawił też ultimatum władzom syryjskim: do 28 lutego mają opuścić miejscowości w Idlibie, które wyzwoliły spod okupacji dżihadystów. Tego samego popołudnia kamikadze Al-Kaidy eksplodował z ładunkiem przy sobie w rosyjskim budynku wojskowym (bilans ofiar na razie nieznany).
Działanie Erdogana i NATO ma być odpowiedzią na apele Al-Kaidy o pomoc i jej zarzuty, że została „zdradzona przez Zachód”. Trwająca od wielu miesięcy operacja wyzwolenia Idlibu regularnie postępuje, wojska syryjskie zdołały uwolnić już ok. 45 proc. tego terytorium.
Kraje NATO w zasadzie pogodziły się już ze zbliżającym się zwycięstwem Syryjczyków, lecz Amerykanie poparli Erdogana. Wczoraj rosyjski prezydent Władimir Putin przyjął ambasadorów w Moskwie ostrzegając – „Niestety, ludzkość znowu znalazła się bardzo blisko niebezpiecznej linii”. Zbrojny konflikt NATO-Rosja byłby katastrofą nie tylko dla regionu.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.

Palestyńczyk to nie człowiek

O tym, co dalej z „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie” i dlaczego marna to demokracja, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia w Jerozolimie z Oferem Neimanem, działaczem lewicy izraelskiej zaangażowanym w ruch Boycott, Divestment and Sanctions.

Od momentu zamordowania Ghasema Solejmaniego cały świat patrzy na Bliski Wschód z wielkim niepokojem. A ty, przedstawiciel izraelskiej lewicy, boisz się o przyszłość?
Ja widzę dwie koalicje zła: jedną tworzą Iran, Rosja i Syria pod rządami Baszszara al-Asada, a drugą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael. W krajowej polityce nie spodziewam się żadnego przełomu.
To od czego powinniśmy zacząć rozmowę o polityce współczesnego Izraela?
Od tego, że epoka Netanjahu dobiega końca. Na naszych oczach kończy się okres dominacji polityka, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był najpotężniejszą i najbardziej wpływową osobą w Izraelu. Pierwszy raz został premierem w 1996 r., ale już wcześniej był znaczną postacią po stronie opozycji.
Jak udało mu się dominować przez tak długi czas?
Netanjahu doszedł do władzy dzięki wielu czynnikom. Po pierwsze miał i nadal ma silne poparcie ze strony establishmentu amerykańskiego, tak od strony Demokratów, jak i Republikanów. Dzięki szerokim znajomościom za oceanem posiada dużą sieć indywidualnych sponsorów, przyjaznych think tanków, lobbystów. Po drugie, Netanjahu wygrał, bo obiecał wyjście z kryzysu. W latach 90. Izrael zaczął „otwierać się na świat”, rozpoczynał się proces prywatyzacji. Netanjahu reprezentował obietnicę lepszej przyszłości, którą miały dać ekonomia neoliberalna, leseferyzm i otwarty rynek.
Netanjahu grał instrumentalnie hasłami nacjonalistycznymi czy w nie wierzył?
Wielu mówi, że to populista. Ja bym powiedział, że nawet jeśli jego działania wpisują się w definicję populizmu, to jest to najbardziej „ideologiczny” premier w historii Izraela. Jego poglądy to czysty kanon prawicowej myśli syjonistycznej – idea Wielkiego Izraela. Jeśli chcemy go zrozumieć z tej strony, musimy zrozumieć jego ojca Bencijjona Netanjahu (1910-2012), historyka i zarazem ekstremistycznego syjonistę, powiedziałbym wręcz – faszystą z narodowo-romantyczną wizją.
A gospodarka według Netanjahu to…
Klasyka reaganeconomics: neoliberalizacja gospodarki i usług publicznych, uzależnienie emerytur od poziomu inwestycji – stały się one przedmiotem gry na giełdzie.
To dlatego jego epoka już się kończy? Zwykle za neoliberalizacją idzie pauperyzacja większości obywatelek i obywateli.
Osłabienie Netanjahu to z jednej strony po prostu kwestia czasu. Jeśli jest się u władzy tak długo, to z każdym rokiem liczba twoich przeciwników się powiększa. Udało mi się do tej pory grać na różnych frontach, jednak dziś większość opinii publicznej raczej jest mu wroga. Po drugie, swoje robią podziały na Żydów aszkenazyjskich, pochodzących z Europy, i mizrachijczyków, którzy przybyli z państw arabskich. Chociaż sam Netanjahu jest aszkenazyjczykiem, to Likud uważany jest za partię mizrachijczyków.
Aszkenazyjczycy, ludzie tacy jak ja, biali, od początku istnienia państwa traktowali mizrachijczyków jak ludzi drugiej lub trzeciej kategorii, podobnie jak Arabów. W późnych latach od lat 40. do końca lat 60. miały miejsce takie praktyki jak porywanie dzieci Żydów pochodzących z krajów arabskich i bałkańskich, które następnie oddawano „białym”, którzy przeżyli Holocaust. Ten ogromny rachunek krzywd dopiero od niedawna staje się obiektem debaty publicznej. Netanjahu ma ogromne poparcie właśnie wśród tych grup. Bazuje ono również na resentymencie wobec Partii Pracy i jej dawnemu establishmentowi, który w znacznej mierze legitymizował powyższe działania wobec „nie-białych” Żydów, szczególnie w początkowej fazie powstawania państwa Izrael pod rządami Ben Guriona. Mizrachijczycy dostawili w przydziale najgorsze osiedla w jakiś odciętych od świata czarnych dziurach pośród pustyni albo w górach. Polityka Partii Pracy była rasistowska nie tylko w stosunku do Palestyńczyków. Jeśli chcemy zrozumieć izraelską politykę, to trzeba rozumieć te wszystkie poziomy wykluczenia, które towarzyszą naszej historii.
Co więc kieruje opozycją wobec Likudu?
Wobec Netanjahu zawsze istniała jakaś opozycja ze strony ludzi takich jak ja – Żydów aszkenazyjskich o poglądach sekularnych. Ale dynamice całej sytuacji nadały ruchy Awigdora Liebermana, pochodzącego z Mołdawii potężnego polityka, który politycznie dojrzał w Likudzie. Był on de facto prawą ręką Netanjahu, organizował Likud, kiedy był w opozycji. W 1999 odszedł i założył własną neokonserwatywną partię, Nasz Dom Izrael, która próbuje do dziś dotrzeć do rosyjskich Żydów, chociaż nie tylko. Osiąga poparcie rzędu czterech procent do kilkunastu. Lieberman od 1999 r. nie raz wchodził do rządów formowanych przez Netanjahu. Trzeba dodać, że reprezentuje on w znacznej mierze osadników, ludzi, którzy zajmują ziemię Palestyńczyków. Jednocześnie nie nazwałbym go fanatykiem religijnym. Jest w stanie zgodzić się pod pewnymi warunkami na rozwiązanie niektórych osiedli i dogadanie się z Autonomią Palestyńską, co dla religijnych osadników w ogóle nie wchodzi w grę.
Coś musiało się wydarzyć na linii Netanjahu – Lieberman. Przez tyle lat rządzili razem, dziś są sobie przeciwni. Z pewnością ma to wiele wspólnego z zarzutami korupcyjnymi pod adresem Netanjahu, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że to zarzuty prawdziwe.
I to właśnie Lieberman zakończy erę Netanjahu? Jeden prawicowiec zastąpi drugiego?
Lieberman nie jest głupi i ma ambicje, by zostać najpierw języczkiem u wagi przy formowaniu nowej koalicji, a potem kolejnym premierem. Bez niego sformować rządu nie będzie się dało, chyba, że coś się zmieni na lewicy. Jego dotychczasowe wymówki są absurdalne. „Nie mogę stworzyć rządu z Netanjahu, ponieważ nie chciał zmusić ultraortodoksów do służby w armii” – nie, Lieberman po prostu gra na upadek dawnego kompana.
Z drugiej strony Netanjahu może pochwalić się tym, że wywindował Izrael na pozycję mocarstwa, może nie globalnego, ale regionalnego. Dziś na Bliskim Wschodzie, cokolwiek się stanie, wszyscy zwracają swe oczy w kierunku Izraela, czekają na jego reakcję i potem to ona w znacznej mierze konstruuje bieg wydarzeń. Ponadto wszystkie państwa graniczące z Izraelem są dziś pogrążone w kryzysie.
I to jest jego główna karta przetargowa. Izrael jest dziś potężniejszy niż kiedykolwiek, jest w sojuszu z Arabią Saudyjską i Egiptem, ma zabezpieczone granice i może sięgać dalej. Netanjahu uwielbia chwalić się mocarstwowością i hołubić własne dokonania, co oczywiście znajduje niemały poklask. W jego narracji wszystkie sukcesy ekonomii, przemysłu zbrojeniowego i high tech w Izraelu to jego własne dokonania, nawet jeśli nasza zbrojeniówka od dawien dawna była w globalnej czołówce. A rywale? Ich premier przedstawia jako ludzi bez wizji, zajętych miałką polityką.
Trudno powiedzieć, by lider Niebiesko-Białych Benny Gantz był „człowiekiem bez wizji”.
Dlatego retoryka Netanjahu wcale nie musi zadziałać w jego wypadku. Nie wykluczam, że to Niebiesko-Biali będą największymi wygranymi nowych wyborów. Gantz jest popularny, reprezentuje moje „plemię”: aszkenazyjskich, liberalnych, świeckich Żydów. Jego fenomen jest drugą stroną rasizmu wewnątrz naszej społeczności. Ludzie uwielbiają go za jego niebieskie oczy, wzrost i muskulaturę, mundur, medale i piękny język oraz sposób przemawiania.
A jaki program polityczny się za tym kryje?
Stanowisko liberalne obyczajowo i neoliberalne ekonomicznie. Co do gospodarki mamy praktycznie konsensus. W kwestii palestyńskiej w zasadzie też, bo jak inaczej odczytać słowa Gantza: „Nie zaatakujemy nikogo, jeśli nikt nas nie zaatakuje”? On nawet nie udaje, że chce jakichś negocjacji pokojowych.
A co z Partią Pracy?
W poprzednim wieku była ona jedną z najpotężniejszych partii w kraju. Dziś wymiera. W poprzednich wyborach ledwo udało jej się zdobyć kilka procent poparcia, teraz nawet nie wiem, czy wejdą do parlamentu. Warto przypomnieć też jeszcze jedną partię lewicową, dziś bliską upadku – Merec, której przewodzi Tamar Zandberg. Dawniej sam na nich głosowałem, jednak odszedłem przez rasistowską retorykę wymierzoną w Palestyńczyków i mizrachijczyków. Nie obchodzi ich okupacja Zachodniego Brzegu, choć często o niej mówią, używając właśnie terminu okupacja, jako jedyna partia żydowska. To jest symbolicznie ważne, lecz nie pociąga za sobą żadnych działań.
Lista arabsko-żydowska zdobyła w ostatnich wyborach najwyższy wynik w swej historii. Ma trzynastu posłów. Może to oni są nadzieją?
Ten wynik sprawił mi wielką radość. Okazało się, że bez partii palestyńskich Gantz nie jest w stanie stworzyć rządu. Ale sam nie jestem pewien, czy bym chciał koalicji pod wodzą Niebiesko-Białych. Partie arabskie poniosłyby zbyt dużą cenę. Większość polityków arabskich chce tej współpracy, lecz część kompletnie jej sobie nie wyobraża. Jedną z koalicji, wchodzących w skład jednej listy arabsko-żydowskiej, będących za takim rozwiązaniem, jest Hadasz i współtworzącą ją partia komunistyczna, Maki, która łączy palestyńskich obywateli Izraela i Żydów. Na jej czele stoi Ayman Odeh. W moim przekonaniu ci, którzy chcą koalicji z liberałami widzą tylko wąski interes Palestyńczyków posiadających obywatelstwo Izraela. Zapominają o uchodźcach i ludziach z Gazy oraz Zachodniego Brzegu. Ja jako uprzywilejowany, lewicowy Żyd uważam za swój obowiązek patrzeć z szerokiej perspektywy, która obejmuje mieszkających za murem. Boję się tego, że apartheid wobec nich, wspierany przez część partii arabskich, spotęguje tyko koszmar rasizmu.
Zadam zresztą proste pytanie: co stanie się z taką koalicją dzień po tym, gdy Izrael znów zbombarduje Gazę? Przecież wśród Palestyńczyków nastąpi wtedy rozłam: jedni poprą partie wchodzące w skład rządu Niebiesko-Białych, inni będą upominać się o prawa Gazy. Zresztą to pytanie abstrakcyjne. Gantz nie różni się w podejściu do Palestyńczyków od Netanjahu…
Ale to Netanjahu mówił o aneksji Doliny Jordanu, co jest bardzo prawdopodobne w świetle zajęcia przez niego Wzgórz Golan i rozwiązania kwestii ambasady USA w Jerozolimie.
Trzeba czytać pomiędzy słowami. Niebiesko-Biali nie inicjują takich rozwiązań, nie stosują takiej retoryki, nie zaanektują Doliny Jordanu, jednak nie będą mieli nic przeciwko, jeśli zrobi to Netanjahu. Jeśli świat temu przyklaśnie, sami to zaakceptują. Cieszyli się przecież, gdy ambasada USA była przenoszona do Jerozolimy. Nie mają też nic przeciwko budowie kolejnych osiedli, które tylko wzmacniają już i tak niezwykle silne napięcia w rejonach znajdujących się pod okupacją. Mówią, że Izrael powinien anektować osiedla, by zapewnić sobie „bezpieczeństwo”. Rzekomo to „blok osiedli” ochroni Izrael. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.
Taka retoryka ma na celu legitymację okupacji. Netanjahu jest czystym nacjonalistą, Niebiesko-Biali będą retorycznie kluczyć, ale w rzeczywistości skończy się na tym samym. Co do murów, osiedli, okupacji i checkpointów istnieje konsensus mainstreamowych partii. Traktowanie Palestyńczyków z terenów okupowanych jak ludzi nie mieści się w horyzoncie dzisiejszej polityki izraelskiej.
Da się z tym skończyć?
Jedyną opcją jest stworzenie izraelskiej lewicy opartej na Palestyńczykach, która będzie otwarta na Żydów i współtworzona również przez nich. Musi powstać siła, która połączy obie grupy i będzie walczyć z każdym rodzajem opresji, od ekonomicznej po rasistowską. Dziś połączona lista arabska daje pewne nadzieje, znajdują się na niej oczywiście też islamiści, ale znaczna część jest lewicowa. Problemem jest podejście do kwestii jednego państwa. Większość, tak jak komuniści, chce niestety utworzenia dwóch państw.

Lewica przeciwko wojnie

Czasy, w których polska lewica była wspólnikiem amerykańskich agresorów w ich wojennych wyprawach szczęśliwie już minęły. 8 stycznia na konferencji prasowej jej przedstawiciele zaapelowali do prezydenta i rządu o przeciwstawienie się eskalującym przemoc decyzjom Waszyngtonu i wycofanie naszych żołnierzy z terytorium Iraku.

Spotkanie z dziennikarzami otworzył Maciej Konieczny, dla którego był to zapewne moment szczególny. Poseł Lewicy zaczynał działalność polityczną od protestów przeciwko wysłaniu polskich wojsk do Iraku. Był wówczas działaczem Młodych Socjalistów.

– Nie mamy wątpliwości, że w interesie Polski i świata jest deeskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nasze zdanie podziela wiele sił międzynarodowych, wiele państw europejskich, ale także wiele sił w samych Stanach Zjednoczonych – mówił Konieczny. – Jesteśmy przekonani, że rząd polski i polski prezydent powinni aktywnie działać na rzecz rozwiązań dyplomatycznych – zapewniał.

SLD ostrzega

Obok Koniecznego stał Andrzej Rozenek, poseł SLD, partii, która podjęła decyzję o udziale polskich żołnierzy w napaści na Irak. On sam był wtedy dziennikarzem, nie politykiem, jednak dziś w imieniu swojej formacji przyznał, że była to decyzja zła.

– Mówię tu do rządu Mateusza Morawieckiego: myśmy kiedyś ten straszny błąd popełnili, przy dużo bardziej stabilnej administracji rządu Stanów Zjednoczonych uwierzyliśmy w zapewnienia o broni masowego rażenia, która rzekomo miała być w Iraku, dlatego wysłaliśmy tam wtedy nasze wojska. To był błąd, za ten błąd lewica wielokrotnie przepraszała – mówił Rozenek.

Uszanować głos Irakijczyków

Maciej Gdula, poseł Lewicy zasiadający w sejmowej komisji spraw zagranicznych zaakcentował, że polskie wojska w Iraku nie mają już racji bytu, bo taka jest wola tamtejszych władz.
– To jest ważna decyzja suwerennego kraju, ze względu na tę decyzję i pod warunkiem, że władze Iraku wytrwają przy tej decyzji, my musimy pomyśleć co zrobić z naszymi żołnierzami w Iraku, oni odbywają tam misję szkoleniową. Wobec intensyfikacji napięć w tym rejonie ta misja traci stopniowo szkoleniowy charakter i dlatego – jeśli władze Iraku podtrzymają swoją decyzję dot. wycofania wojsk – my powinniśmy bardzo szybko w porozumieniu z władzami Iraku wycofać nasz kontyngent z Iraku, wycofać naszych żołnierzy do domu – powiedział Gdula.

Bezużyteczny WOT

Według Adriana Zandberga, Polska powinna wysłać jasny sygnał, że „nie ma zgody na łamanie prawa międzynarodowego” przez Stany Zjednoczone.
– Polską racją stanu jest pokój, a kolejna wojna na Bliskim Wschodzie będzie oznaczała nie tylko cierpienie i śmierć setek tysięcy ludzi, ale będzie oznaczała także dla nas w Polsce potężne problemy – powiedział poseł Razem. Na zaniedbania polskiego rządu w kwestii bezpieczeństwa zwrócił z kolei uwagę Włodzimierz Czarzasty.

– Na bezużyteczne Wojska Obrony Terytorialnej – narodowców biegających po lesie z karabinem ku radości Macierewicza – wydajecie więcej niż na wywiad i kontrwywiad wojskowy razem wzięte. Czyli ludzi, którzy są rzeczywiście ważni, dla naszego bezpieczeństwa – powiedział wicemarszałek Sejmu.

„Arabia incognita” Krzysztofa Płomińskiego

Książka, którą trzeba przeczytać

Joseph Nye, politolog amerykański i teoretyk tzw. miękkiej sity (soft power) pisał, że w dobie globalizacji i dominacji potęg światowych, działania państw średnich i małych w promowaniu narodowych interesów powinny koncentrować sie na umiejętności pozyskiwania sojuszników przez eksponowanie atrakcyjności własnych wartości, kultury i polityki. Miękka siła to subtelne działanie podejmowane po to, aby inni chcieli w niewymuszony sposób sprzyjać naszym celom. W brytyjskiej dyplomacji teorię Nye’a przekuto na zasadę 4 kroków: przybliżyć, zainteresować, zaangażować, oddziaływać. Kroki te, podejmowane w umiejętny sposób, przyciągną inwestorów i turystów zagranicznych, zapewnią zbyt towarów, a co najważniejsze – stworzą w oczach opinii społecznej za granicą korzystny wizerunek naszego państwa, sprzyjający realizacji jego narodowych
interesów.
Jest oczywiste, ze narodowe interesy promują konkretni ludzie, w szczególności pracownicy służby zagranicznej. Dyplomacja przeszła od czasów Kongresu Wiedeńskiego w 1818 r. głęboką ewolucję – od sekretnej, prowadzonej przez wąski krąg dyplomatów w interesie niewielkiej grupy społeczeństwa, przez dyplomację upartyjnioną, nie różniąca się zbyt od propagandy i służącą totalitarnym reżimom, po współczesną dyplomację publiczną, realizowaną w interesie całego narodu i z szerokim udziałem obywateli. W dobie powszechnych podróży każdy może być ambasadorem swojego państwa. Jaka jest więc rola zawodowych dyplomatów doby globalizacji? Jaka powinna być współczesna dyplomacja w warunkach hierarchiczności stosunków międzynarodowych, eksplozji demograficznej w świecie pozaeuropejskim, zagrożeń bezpieczeństwa oraz coraz bardziej bezwzględnej rywalizacji o kurczące sie zasoby ziemi, wody i surowców?
Prezentowana książka nawiązuje do tych pytań i sugeruje wiele odpowiedzi. Jest to lektura pasjonująca i pouczająca. Przedstawia w intrygujący sposób doświadczenia dyplomaty polskiego na Bliskim Wschodzie w burzliwym okresie lat 1971-2013. Ambasador Krzysztof Płomiński to autor kompetentny, gdyż związany z tym regionem od 50 lat. Nie sposób wymienić wszystkich dokonań autora na polu dyplomacji. Podejmował on pionierskie zadania na placówkach w Trypolisie, Ammanie, Bagdadzie i Rijadzie, w tym tak spektakularne jak kierowanie w styczniu 1991 roku ewakuacją ambasady RP w Iraku, skąd polski wywiad nieco wcześniej w brawurowej akcji bezpiecznie wywiódł grupę oficerów CIA. Operacja ta stała sie elementem utrwalania wiarygodności nowej Polski i krokiem na drodze do członkostwa w NATO. Przyczyniła sie również do redukcji o połowę długu PRL wobec zachodnich wierzycieli. Ewenementem byto doprowadzenie do przejęcia przez Polskę w 1991 roku odpowiedzialności za interesy USA w Iraku. Ambasador Płomiński byt także zaangażowany w operację „Most”. Co ważne, był świadkiem przełomu w historii Polski i tworzenia nowej polityki zagranicznej po 1989 r. Aktywnie włączył się do rozszerzania kręgu partnerów RP na Półwyspie Arabskim, czego ukoronowaniem było otwarcie w 1998 roku Ambasady RP w Rijadzie i służba w charakterze pierwszego ambasadora polskiego w Arabii Saudyjskiej.
Autor przybliża czytelnikowi historię i determinanty sytuacji na Bliskim Wschodzie oraz specyfikę bliskowschodniej polityki z jej grą pozorów i hipokryzji, kamuflażu i fałszywych komunikatów. Książka słusznie zwraca uwagę na dysonanse miedzy powszechną opinią na Zachodzie o Bliskim Wschodzie a rzeczywistością bliskowschodnią. Zachód boi sie dominacji islamu, a tymczasem ta religia jest w głębokim kryzysie i nie wiadomo, kiedy sie z niego podniesie. Zachód sądził, ze wystarczy usunąć dyktatorów, aby w wiecie arabskim zapanowała harmonia i dobrobyt, a tymczasem doświadczenia Iraku, Libii, Syrii czy Jemenu pokazały coś odwrotnego. W książce znajdujemy porównanie regionu do składu łatwopalnych materiałów, co dobrze obrazuje, jak skomplikowana jest sytuacja na Bliskim Wschodzie. Autor przedstawia stan anarchii i upadku regionu, a przynajmniej niektórych jego części i pisze, ze część odpowiedzialności za to ponosi Zachód. Mówi o hipokryzji przywódców zachodnich mocarstw, dla których mudżahedini afgańscy byli najpierw bohaterami, bo walczyli ze Związkiem Radzieckim, a później bandytami i terrorystami, gdyż zaczęli kontestować ingerencję Zachodu w sprawy regionu. Autor jest także krytyczny wobec elit bliskowschodnich za korupcję, egoizm, dbanie o wąskie interesy grupowe, brak suwerennej polityki.
Z lektury poznajemy realia służby zagranicznej. Uwagi autora o funkcjonowaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych na przestrzeni 40 lat jego pracy w tej instytucji to niezwykle cenne analizy i intrygujące spostrzeżenia. Czytelnik znajdzie wiele głębokich refleksji, ale i ciekawostek. Dla autora Bliski Wschód to obszar sąsiadujący z Polską, odmienny kulturowo, ale mogący być cennym partnerem, a przede wszystkim – region o wielkim potencjale. W warunkach narastania ksenofobii, niechęci do Arabów i muzułmanów oraz straszenia przez polityków zagrożeniem Europy przez islam, książka może pomóc w równoważeniu obrazu tego regionu jako obszaru wrogiego, prącego do konfrontacji, budzącego strach i fobie podsycane przez propagandę wojny.
Książka pomaga zrozumieć czym jest dyplomacja w obecnym świecie, jakie jest jej miejsce w gospodarce i kulturze oraz jakie wymogi powinny spełniać osoby reprezentujące państwo za granicą i promujące jego narodowe interesy. W przypadku samego autora atuty, które decydowały o awansowaniu go na coraz wyższe szczeble w strukturze MSZ – od referenta do ambasadora – to kompetencje zawodowe i rozumienie realiów regionu. Ambasador Płomiński nie był dyplomatą ani z partyjnego klucza, ani osobą przypadkową w świecie arabskim. Doskonałe przygotowanie językowe i merytoryczne połączone z ciekawością ,,swojego” regionu i otwartością wobec partnerów, przy zachowaniu umiejętności widzenia ich wad — oto jego cechy, jako dyplomaty.
W publikacji jest wiele odniesień do gospodarki. Rozwijanie wymiany handlowej, otwieranie drzwi dla biznesu i przyciąganie inwestorów — oto kierunek współczesnej dyplomacji. Sfera ta, czytamy w książce, powinna być także widziana przez pryzmat wydatków na utrzymanie służby zagranicznej, które należy traktować jak publiczną inwestycję. W Polsce to ok. 2 mld zł rocznie. Mogą one generować produkt krajowy brutto lub nie. Jeśli służba zagraniczna jest źle zorganizowana, a kadry mierne, gdyż przypadkowe i mało wiedzące o specyfice regionów działania — to nie można sie spodziewać dywidendy. Nowoczesna dyplomacja powinna by¢ totalna i aktywna na wszystkich polach – politycznym, kulturalnym i ekonomicznym. Działania autora, jako dyplomaty, stanowią tu dobry przykład.
Książka porusza wachlarz wątków osadzonych w narracji autobiograficznej. Autor eksponuje kwestie zasadniczą dla dyplomacji jako takiej – sprawę jej efektywności oraz czynników warunkujących skuteczność działania. Wśród nich są zarówno uwarunkowania globalne, jak i te prozaiczne — nietrafna ocena, spóźniona decyzja, zaniechanie, brak personelu. Publikacja wskazuje na konieczność podejmowania działań kompleksowych i instytucjonalnych, a przede wszystkim – szukania rozwiązań, w których także i partner widziałby swoje korzyści. W tym względzie konieczne jest tworzenie płaszczyzny porozumienia przez sięganie do wspólnej historii i wykazywanie się wrażliwością kulturową. Historia otwarcia ambasady polskiej w Rijadzie pokazuje, jak wielkie znaczenie odgrywają w dyplomacji relacje osobiste. Czytamy, że Polska ubiegła kilka innych państw w kolejce do otwarcia ambasady saudyjskiej i Ze to, co nie udało sie wielkiemu prezydentowi (Havlowi), powiodło sie ,,skromnemu polskiemu ambasadorowi.”
Publikacja pokazuje ogromny wysiłek pokolenia dyplomatów wywodzących sie z PRL w wypracowaniu dla nowego państwa polskiego wielkich korzyści materialnych i wizerunkowych. Wielu z nich miało dyplomy Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Moskwie, co spowodowało, że po latach ich dorobek starano sie zdyskredytować, a ich samych odsunąć od służby Ta gorzka refleksja przewija sie kilkakrotnie w narracji, której zwieńczeniom jest interesujący rozdział o historii Arabii od czasów, kiedy Półwysep Arabski byt pokryty bujną roślinnością i oddzielony od Wyżyny Irańskiej nie dzisiejszą morską Zatoką, a rajską doliną pierwotnej rzeki.
Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć sie, co stanowi polska ,,miękką siłę” i jaka jest kondycja dyplomacji RP, a także jaki jest Bliski Wschód, to książka ambasadora Krzysztofa Płomińskiego jest ku temu odpowiednią lekturą.

Krzysztof Płomiński – „Arabia Incognita. Raport polskiego ambasadora”, Wydawnictwo Grupa M-D-M, Warszawa 2019, str. 330, ISBN 978-83-948485-8-3.

Autor recenzji jest emerytowanym profesorem i byłym dyrektorem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych w Polskiej Akademii Nauk, historykiem Bliskiego Wschodu i autorem ponad 20 książek oraz stu artykułów naukowych o Bliskim Wschodzie.

Recenzja ukazała się w Magazynie „Ambasador” 38 (44) 2019.

Z PKF przez Polskę i Świat – Podróże kształcą (III)

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: Bliski Wschód

W nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja kotwica „Lechistanu II” sięgnęła morskiego dna… staliśmy na redzie w Lattakii. Pierwszego maja 1971 roku Ryszard Golc nie mógł sfilmować pochodu w Lattakii. Wprawdzie z miasta dolatywały dźwięki orkiestr, okrzyki i wiwaty, my jak zwykle, staliśmy na redzie. Ale załoga nie chciała wziąć udziału w święcie pracy, marynarze nie znali idei internacjonalizmu, nie zamierzali stracić po powrocie do kraju wolnego dnia. My z Golcem mieliśmy tak skwaszone miny, że bosman wyciągnął ostatnią skrzynkę prawdziwego „żywca”, przechowywaną pieczołowicie przez pięć tygodni rejsu!
„Bankiet na rufie” i marynarskie opowieści o rejsach do Japonii złagodziły trochę nasz żal. Resztę dnia urozmaicił przyjazd z lądu lekarza, którego wezwano przez radio do chorego marynarza. Majtek po badaniu i zastrzyku szybko powrócił do zdrowia, lekarz zaś zasiadł w messie oficerskiej i popijał polską wiśniówkę – tutaj zwaną „cherry cordial”. Pewnie tak mu smakowała, że zapomniał i o Koranie i naukach proroka. Opuścił pokład przed zachodem słońca na nieco miękkich i niepewnych nogach. A że Allah jest wielki i miłosierny przymknął z pewnością oko na postępek swego wyznawcy.
W końcu „Lechistan II” zacumował przy nabrzeżu portu w Lattakii, gdzie powitał nas serdecznie dr Gabriel A. Abouhamad – przedstawiciel PLO, Syryjczyk, którego łączyły z Polską nie tylko interesy handlowe. Często odwiedzał nasz kraj i za każdym razem coś go zadziwiało i głęboko wzruszało.
Poznaliśmy rodzinę pana Abouhamada. Dzieci doktora, córeczka i synek, powitały nas polskim „dzen-dobhry, ale próba powiedzenia „stół z powyłamywanymi nogami” nie powiodła się, mimo determinacji dzieci. Piękna i gościnna żona doktora podejmowała nas w domu i raczyła syryjskimi przysmakami. Jeden dzień spędziliśmy na plaży, delektując się krewetkami łowionymi na naszych oczach przez miejscowych chłopców, w morzu. Słowem, pobyt w Lattakii, dzięki gościnności państwa Abouhamadów, potraktowaliśmy wypoczynkowo. Odbyliśmy także krótką podróż przez Syrię w towarzystwie rodziny doktora.
„Propaganda sukcesu”
W Lattakii, gdzie polscy architekci wygrali konkurs na budowę nowych dzielnic, najbardziej zaskakującym widokiem były kobiety w czarczafach, i to nie te w narodowych strojach, lecz te, ubrane po europejsku. Dziwne, że one właśnie ukryły twarze pod czarnymi zasłonami. Może to jakiś rodzaj kokieterii? Jadąc przez Syrię, zahaczyliśmy o Hamie, gdzie nasi specjaliści wygrali przetarg na projekt i budowę walcowni stali. Pierwsza grupa polskich specjalistów (ponad stu inżynierów i techników) przybyła tu w 1969 roku.
Czym prędzej sfilmowaliśmy wielkie zębate koło z napisem „Centrozap” stojące w Damaszku na centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też dwie fabryki włókiennicze wyposażone w maszyny z Bielska i Zielonej Góry. Wpadliśmy po drodze do Aleppo, tu polscy specjaliści montowali polskie urządzenia, ale nie spotkaliśmy nikogo, jako że obchodzono w mieście lokalne muzułmańskie święto. Nie ukrywam, że te wszystkie „polonica” spotykane w Syrii cieszyły nasze oczy i dzieliliśmy się tą radością z widzami w kraju. Dziś, w wolnej Polsce tematy z Syrii zostaną zaliczone do „propagandy sukcesu”.
Państwo Abouhamadowie zawieźli nas do Ugarit, miasta zamierzchłej cywilizacji, którego nie znajdziecie na żadnej mapie. Po ruinach tego kananejskiego miasta sprzed pięciu tysięcy lat p.n.e. oprowadzał nas przewodnik Ismail Abduihak.
Na centralnym placu zachowały się mury świątyń Dagana i Baala, ruiny królewskiego pałacu, łaźnie i baseny. Przetrwały do naszych czasów domy z piaskowca, wodociągi, grobowce królów i proroków. Ugarit w tamtych zamierzchłych czasach był portem morskim, dziś morze odsunęło się od ruin. Ekspedycja archeologiczna znalazła tu najstarsze, w pełni wykształcone pismo klinowe, a w królewskiej bibliotece, obok pism urzędowych, poematy i eposy, do 1971 roku jeszcze nieodczytane. Doktora Gabriela A. Abouhamada, z którym przez wiele lat korespondowałem, wspominam zawsze z wielką sympatią Podobnie jak jego brata, który gościł nas w Bejrucie.
Walka dobra ze złem i szejkowie
Gabinet Abouhamada wyposażony w przepiękne gdańskie meble wywierał ogromne wrażenie, świadczył, że jego właściciel prowadził z Polską Ludową i wieloma innymi krajami rozległe interesy. W jego kasie pancernej leżały paszporty dyplomatyczne wielu europejskich krajów. W czasie pobytu w Bejrucie pan Abouhamad zafundował nam wieczór w „Casino du Liban.” Założone w 1959 roku, stało się szybko centrum rozrywki całego Bliskiego Wschodu i symbolem jego żywotności. Niszczone wielokroć przez wojny odradzało się i rozkwitało. Zjeżdżali tu szejkowie ze wszystkich krajów arabskich. Tancerki z baletu „Casino du Liban” długością nóg i krągłością piersi nie ustępowały paryskim koleżankom z „Lido” i „Moulin Rouge”, a widowiska tu wystawiane z powodzeniem konkurowały z najsławniejszymi na świecie. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy na nowy spektakl, wystawienie którego kosztowało wówczas siedem milionów dolarów i ściągnęło do Bejrutu tysiące widzów z całego ziemskiego globu! Widowisko zaczynało się wietnamską apokalipsą. Na bocznych ekranach rozgrywały się filmowe sceny wojenne z helikopterami, napalmem, zabijanymi ludźmi. Fragmenty wojny stopniowo zaczęły zanikać, wtedy na scenie pojawił się balet symbolizujący swoim tańcem walkę Dobra ze Złem. A gdy słabe Dobro zwyciężyło wszechpotężne Zło wyposażone w helikoptery, napalm i bomby na widowni rozległy się długo niemilknące oklaski. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, po której stronie stała w „Casino du Liban,”wytworna publiczność Bliskiego Wschodu. Tu w Bejrucie, gdzie żarzył się prawie niewidoczny płomień wojny występ tego wspaniałego baletu wprawił nas w prawdziwe oszołomienie.
Przyjechaliśmy z kraju, gdzie najlepsze zespoły taneczne widywaliśmy na występach Mazowsza i Śląska, a najlepszy balet kojarzył się z klasycznym „Jeziorem Łabędzim” Czajkowskiego. Tymczasem w kasynie naszym oczom objawił się współczesny, nowoczesny balet z tancerkami z odsłoniętymi piersiami, balet żywioł, rozszalały w tańcu. Jezioro łabędzie też na tej scenie obejrzeliśmy w wykonaniu… „Mortalesów”, polskiego zespołu rozrywkowego. Ten występ rodaków, oklaskiwany gorąco przez widownię, uzmysłowił nam, że Polak nie jest taki ponury jak go malują. Dopiero po spektaklu, gdy w towarzystwie dyrektora „Casino du Liban” zwiedzaliśmy bajeczne wnętrza, dowiedzieliśmy się, że jego żona jest Polką, a córka z libańsko-polskiego małżeństwa zdobyła tytuł Miss Libanu.
Dyrektor pokazywał nam kolejno sale gier: amerykańskiej ruletki, Black Jack’a , Punto Banco i błagał, aby nas czasami nie skusiło zagrać, bo w tym kasynie jeszcze nikt nie wygrał… Z sympatii do przybyszów znad Wisły dyrektor zabronił wchodzenia do kasyna gry członkom zespołu „Mortales”, nie mógł bowiem dopuścić do tego, by artyści zostawili tu ciężko zarobione pieniądze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nawet najwięksi hazardziści muszą trzymać swoje temperamenty na wodzy, bo graczowi, który przegra wieczorem więcej niż wynosi zwyczajowa stawka, żaden bank nie udzieli następnego ranka kredytu bez specjalnych zabezpieczeń.
Dzięki uprzejmości naszego libańskiego cicerone, mogliśmy zobaczyć prawdziwych szejków w otoczeniu pięknych roześmianych kobiet. Tylko jedna cudowna blondynka wydała nam się smutna i melancholijna. Nasz przewodnik natychmiast potwierdził trafność tej obserwacji. Ta młoda i piękna dama jest tu po raz ostatni – objaśnił. Jutro opuszcza Bejrut, rozstaje się z szejkiem i wraca do swojej północnej ojczyzny. Jej smutek jest więc zrozumiały. Szejk okazał swojej sezonowej przyjaciółce dużo zrozumienia i przekazał na jej konto 100 000 dolarów, nie licząc różnych wartościowych prezentów. Młode damy towarzyszące królom szybów naftowych, władcom arabskich pustyń i ropodajnych zatok, oglądane z bliska, wywierały na przybyszach z północnego kraju, jeszcze większe wrażenie niż roznegliżowane girlsy na scenie. Ale tej przepięknej blondynce, którą znudził się szejk, chyba trochę współczuliśmy, a myśl, że już jutro odleci z tego bajkowego świata do północnej szarości wywoływała smutną refleksję o przemijającej ulotności beztroskiego życia.
Rozstanie
Ze smutkiem schodziliśmy z pokładu „Lechistanu II”. W Bejrucie kończyliśmy morską przygodę. Przyrzekliśmy załodze, że pojawimy się w Gdańsku, gdy dostaniemy wiadomość o ich powrocie. To wprawiło przyjaciół z „Lechistanu” w dobre humory. Jeśli będziecie filmować powrót to, może „czarna brygada” (tak marynarze nazywali grupę celników) nie będzie nas tak bezwzględnie kontrolować. Zapewniliśmy, że zdjęcia musimy zrobić dla kolorowej relacji z tego rejsu. A co do przemytu mieliśmy już na ten temat własne zdanie. Marynarze pływający pod polską banderą nie mieli takich zasobów finansowych, aby uprawiać przemyt na wielką skalę. Towary, jakie przywozili, wyrównywały zaledwie różnice między zarobkami naszych wilków morskich i dochodami załóg pływających pod banderami państw zachodnich. Statki handlowe krajów zachodnich nie tkwiły na redzie, gdy przypływały do portu w dni świąteczne i niedziele. Piosenka o tym, że „marynarz w noc się bawi w hamaku we dnie śpi” była od początku do końca nieprawdziwa. I gdyby nie powstała w II Rzeczypospolitej, na pewno gorliwi żurnaliści umieściliby ją w arsenale propagandy sukcesu!
Opuszczając statek obawialiśmy się, że celnicy w Bejrucie zechcą otworzyć nam pudełka z naświetloną taśmą filmową. Znalazł się i na to sposób. Ponieważ w czasie całego rejsu nie kupowaliśmy w sklepiku alkoholu w ilościach wskazujących na cele handlowe (nabyliśmy raptem trzy półlitrowe butelki naszej dumy narodowej), wdzięczny ochmistrz odstąpił nam dwie buteleczki wody kolońskiej o nazwie „Prastara”, oplecione koszyczkiem z wikliny. Wręczyliśmy je szefowi celników. I w ten sposób uniknęliśmy otwierania pudełek z taśmą. „Prastara” w tym rejonie świata była bowiem bardzo ceniona. Produkowana na polskim spirytusie, zastępowała prawdziwy alkohol. Wszak nigdzie, w żadnej księdze nie napisano, że wyznawcom Allaha nie wolno pić polskiej wody kolońskiej!” O magicznym działaniu tego słowiańskiego płynu przekonałem się na granicy dwu państw regionu Middle East.
„Co chcecie osiągnąć?”
Po opuszczeniu statku w Bejrucie zakotwiczyliśmy się w mieszkaniu mojego przyjaciela, któremu obiecałem, że nigdy nie ujawnię jego nazwiska. Przyrzekłem mu to uroczyście i doprawdy nie wiem, dlaczego tego ode mnie zażądał. Pomógł nam bardzo w realizowaniu reportaży z Bejrutu i okolic. Nie zniechęcił się do nas nawet wtedy, gdy naraziliśmy go na niebezpieczeństwo. Byliśmy umówieni w obozie dla uchodźców palestyńskich. Mieliśmy się spotkać z Palestyńczykami o godzinie 16.
W niedzielę rano pojechaliśmy do Dżubail – starożytnego Byblos. Miejscowość położona nad Morzem Śródziemnym wzbudza nieustające zainteresowanie turystów z całego świata. Tu można spotkać ślady różnych epok, cywilizacji i kultur. O chlubnej historii Byblos świadczą wykopaliska prowadzone przez archeologów, resztki wiekowych budowli, rzymskiej kolumnady, forteca zbudowana przez krzyżowców i świątynia z II wieku p.n.e. Stąd bierze swój początek słowo – biblia.
Mieliśmy spory zapas czasu, więc bez pośpiechu wsiedliśmy do samochodu. Z Byblos jedzie się do Bejrutu trzydzieści minut. Nie przewidzieliśmy, że w drodze powrotnej złapiemy gumy, i to aż dwie gumy! Zaskoczyła mnie uprzejmość libańskich kierowców, w czasie zmieniania zapasowego koła zatrzymywali się i pytali w czym mogą pomóc. Przyjaciel dziękował informując, że to tylko zmiana koła na zapasowe. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy złapaliśmy następną gumę. I zaczęły się „schody”. Właściciel pierwszego samochodu, który się zatrzymał, obiecał przysłać pomoc. Wtedy nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Pomoc pojawiła się po dwudziestu minutach. Przywieźli zapasowe koło i pomogli je wymienić. Przed bramę obozu dla uchodźców palestyńskich dotarliśmy z ponad godzinnym spóźnieniem. Wpuszczono nas za bramę i zaczęło się prawdziwe przesłuchanie. Dlaczego się spóźniliśmy? Skąd przyjechaliśmy? Z kim rozmawialiśmy? Kto pomógł nam wymienić koło, czy pamiętamy napis na samochodzie? Nie pamiętaliśmy, nie mieliśmy nawet rachunku za udzieloną pomoc. W końcu po licznych rozmowach telefonicznych zaprowadzono nas do sztabu palestyńskich bojowników. We wnętrzu nie pozwolono nam nic filmować. Ani portretu Stalina, ani plakatu z Che Guevarą. Nasz rozmówca też się nie przedstawił. Rozmowa toczyła się na tarasie domu. Na moje pytanie, dlaczego porywają samoloty pasażerskie i zabijają niewinnych ludzi, usłyszałem: – Naszych braci, choć byli niewinni, zabijali silniejsi od nas. – Nie boicie się, że opinia publiczna was potępi? – Nie potępiła naszych katów, to dlaczego ma potępić nas? – Co chcecie osiągnąć, wysadzając samoloty? – Pragniemy zwrócić uwagę uczciwego świata na naszą walkę, przypomnieć o naszym istnieniu i o naszych prawach. Pozwolono nam zrobić kilka ujęć z tarasu domu i sfotografować sylwetkę naszego rozmówcy, a także, po zakończeniu rozmowy, sfilmować fragmenty osiedla i ludzi znajdujących się na ulicach.
Niewiele ujęć zdążył zrobić Golc. Przy pryzmie śmieci spotkaliśmy grupę dzieci. Była wśród nich pięcio-, może sześcioletnia dziewczynka. Tak piękna, że natychmiast przykuła uwagę operatora. Główkę jej otaczały czarne, lekko pofalowane włosy, a wielkie, niewinne czarne oczy wpatrywały się w terkoczącą kamerę z zaciekawieniem. Rysiek natychmiast ją sfilmował.
Gdyby nie góra śmieci, z pewnością nikt nie zwróciłby na to zdarzenie uwagi. Kiedy jednak zaczął filmować, ową nieszczęsna górę, natychmiast otoczyli nas mężczyźni z karabinami i pistoletami w rękach. Zabrali kamerę i krzycząc zasypali nas pytaniami. Na szczęście, nie tylko oni obserwowali naszą pracę. Po chwili pojawił się młody mężczyzna. Rozmowa z uzbrojonymi ludźmi trwała, a może nam się tak tylko wydawało, parę minut. Ryszardowi zwrócono kamerę i pozwolono nam odejść w towarzystwie wybawcy. Szef, nasz rozmówca, przeprosił za incydent. – W tym obozie znajduje się kilka różnych ugrupowań, widocznie nie wszystkie udało się powiadomić o waszej wizycie…
Na drodze do Damaszku
W dwa dni po wizycie w obozie Palestyńczyków wybraliśmy się do Damaszku. Wizy syryjskie były jeszcze ważne, nic więc nie stało na przeszkodzie, by jeszcze raz zobaczyć to historyczne miasto. Ryszard miał już zaplanowane „dokrętki”. Droga do granicy wiodła przez góry. Górskie serpentyny, nasz dobroczyńca, i zarazem przewodnik, pokonywał z niebywałą szybkością. Opony volvo wydawały niesamowite dźwięki: pisk pomieszany z głośnym odgłosem tarcia przy hamowaniu. Nie wypadało krzyczeć, siedziałem więc z zaciśniętymi zębami i kurczowo prawą ręką trzymałem się uchwytu znajdującego się nad oknem samochodu.
Prowadzący volvo dostrzegł widocznie moje przerażenie, bo zmniejszył szybkość, a po chwili zatrzymał się na placyku przeznaczonym dla aut osobowych. Stał tam już jeden samochód, a dwie turystki, panie nadzwyczaj urodziwe, około trzydziestki, najspokojniej w świecie paliły nargile. Powitały nas życzliwie i z dużym zainteresowaniem. Gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, zaprosiły do palenia fajki. Ryszard odmówił, a ja kurtuazyjnie i z ciekawości, pociągnąłem kilkanaście razy, początkowo nic nadzwyczajnego nie odczuwałem, dopiero po pewnym czasie, gdy zbliżaliśmy się do granicy syryjskiej świat zaczął przybierać kolor różowy, czułem się bardzo lekko, a wierzchołki libańskich cedrów poruszane wiatrem szumiały niebiańsko.
Na granicy libańsko-syryjskiej spotkaliśmy długi sznur eleganckich samochodów. To nasi „znajomi” szejkowie, z „Casino du Liban” z żonami, dziećmi, nianiami, guwernantkami i przyjaciółkami wracali do swoich domowych pieleszy. Niestety, musieliśmy czekać. Gdy nadeszła nasza kolej, przyjaciel wyciągnął cały kartonik „Prastarej” i wręczył go celnikowi. Kontrola graniczna stała się zwykłą formalnością. Nawet nasze polskie paszporty, ani kamera na tylnym siedzeniu nie wzbudziły zainteresowania celników i służby granicznej.
Po upływie kilkunastu minut, już na terytorium Syrii, mój przyjaciel zatrzymał samochód, otworzył bagażnik…, z którego wygramolił się młody Palestyńczyk. – Nie zadawaj żadnych pytań – uprzedził – nie otrzymasz odpowiedzi.
Do dziś dręczy mnie pytanie – kiedy ów pasażer ukrył się w bagażniku? Nie widziałem, by ktokolwiek w Bejrucie, kręcił się koło samochodu, w drodze do Syrii zatrzymaliśmy się tylko raz, w górach, gdzie spotkaliśmy dwie piękne panie palące nargile, na samej granicy nikt z nas nawet z wozu nie wysiadł. No cóż, w drodze do Damaszku nie takie cuda się zdarzały…
Ostatni dzień pobytu w Bejrucie, w mieście nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, postanowiliśmy spędzić bez kamery. Żadnych dokrętek, nowych ujęć, żadnego fotografowania. Dzień na luzie z pewnością się nam należał. Pracowaliśmy intensywnie przez cały czas rejsu po Morzu Śródziemnym. Staraliśmy się zaprezentować widzom kroniki różnorodny świat, widziany polskimi oczami. Więc jeden dzień poświęciliśmy turystyce bez kamery.
14 maja 1971 roku, samolotem PLL „Lot” odlecieliśmy do Warszawy. Sześciotygodniowy rejs na pokładzie „Lechistanu II” był dla mnie ważnym doświadczeniem. Umocnił mnie w przeświadczeniu, że arystotelesowska dewiza, by o wszystkim wątpić, jest ciągle żywa i aktualna i ma przed sobą wielką przyszłość. Przez sześć tygodni stykałem się z różnymi ludźmi, różnymi poglądami. Spostrzegłem, że to, co w jednym kraju może być zakazane, w innym bywa dozwolone.
Utwierdziła mnie ta podróż w przekonaniu, że świat nie jest jednobarwny i od początku do końca jednowymiarowy. Świadczy o tym najlepiej różnorodność kultur, z którymi w ciągu sześciu tygodni się zetknąłem. Słowem, sporo nauczyłem się w tak krótkim czasie. Sprawdziło się powiedzenie, że podróże kształcą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Islamski fundamentalizm i ślepota Zachodu

Upadek Państwa Islamskiego w marcu wywołuje uczucie ulgi i radości. Oto pokonano groźny twór siejący nie tylko w rejonie Bliskiego Wschodu trwogę, strach i terror. Mało kto jednak zastanawia się nad przyczynami zjawiska trawiącego świat islamu od kilku dekad, rozpoczętego – symbolicznie – dojściem ajatollaha Chomeiniego do władzy w Iranie w lutym 1979 roku. Państwo Islamskie, różne mutacje al-Kaidy, a poprzednio – wojny w Bośni, Czeczenii czy Kosowie są cieniem tzw. islamskiego rewiwalizmu.

Tymczasem, by rzetelnie pojąć powagę sytuacji, wypada sięgnąć do doktryny „Wielkiej szachownicy”, stworzonej przez Zbigniewa Brzezińskiego, ucieleśniającej amerykański punkt widzenia geopolityki i mającej utrzymać jankeską hegemonię na świecie.
W imię fałszywej oceny sytuacji geopolitycznej i konfrontacyjno-ideologicznych uprzedzeń nad Potomakiem zrobiono wszystko, by sprowokować – skutecznie – radziecką interwencję w Afganistanie, a następnie sięgnięto po wspieranie sił ekstremizmu islamskiego w walce przeciwko „imperium zła”. Zlekceważono w imię doktrynerstwa oraz partykularyzmu argumenty zwracające uwagę na wzbierającą falę wspomnianego rewiwalizmu islamskiego.
Fundamentalistyczny, religijnie ukierunkowany ruch protestu był z jednej strony efektem wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, przegranej przez państwa świeckie, realizujące arabską odmianę socjalizmu, z drugiej – boomu na ropę, którego głównymi beneficjentami okazały się ultrakonserwatywne, purytańskie reżimy znad Zatoki Perskiej. Na ten ruch antyzachodni, antymodernistyczny nie zwrócono na zachodzie uwagi przez ignorancję, krótkowzroczność i zadufanie. Nie zainteresowano się, co zawierają i dlaczego spotykają się z tak ogromnym odzewem pisma Sajjida Kutba, al-Maududiego, al-Kardawiego, Chomeiniego, Nasrallaha bądź Fadlallaha itd. Nie mówiąc o wcześniejszych fundamentalistach w rodzaju ibn Tajmijji czy al-Wahhaba.
Z ich kart wypływały tymczasem marzenia o zaprowadzeniu sprawiedliwego ustroju muzułmańskiego opartego o tradycję kalifatu i religijnie uzasadnianego prawa (szarij’at). Neokolonializm, bezczelność zachodnich korporacji i korupcja miejscowych elit, powszechna pauperyzacja i brak perspektyw dla młodzieży z krajów muzułmańskich zapewniały tak budowanej ideologii coraz to nowych zwolenników. Podobnie jak wyraźna korelacja pomiędzy szerzeniem się europejsko-amerykańskich wzorców kultury masowej, normami oraz wartościami wiązanymi bezpośrednio z Zachodem, a spuścizną pozostawioną w sferze materialnej przez historię kontaktów Zachodu z islamem.
Jak stwierdza znawca islamu, religioznawca i politolog niemiecki syryjskiego pochodzenia Bassam Tibi, islamizm przejawiający się w ekstremizmie religijnym (warstwa teoretyczna) i terroryzmie (skrajna praktyka tej ideologii) to po prostu doktryna polityczna, nie religijna stanowiąca (jak zawsze przy bliskich związkach religii i polityki) zagrożenie dla samych muzułmanów, wciągając ich w wojnę z innymi cywilizacjami czy kulturami. Fundamentaliści, jak wszyscy fanatycy religijni, odrzucają en bloc nie tylko wartości świeckie, ale także ponadcywilizacyjną moralność, tworząc grupy i wspólnoty mające na celu wywołanie buntu przeciwko uniwersalnemu stosowaniu tego, co nazywamy w Europie wolnościami osobistymi, demokracją i prawami człowieka. Przeciwstawiają im rozumiany na różne sposoby, mniej lub bardziej konserwatywnie, islam: jego ład społeczny, określone koncepcje polityczne, jurydyczne, swoisty stosunek do kultury, do człowieka.
Światowej sławy izraelski historyk i socjolog, znawca problematyki bliskowschodniej i azjatyckiej prof. Shmuel Eisenstadt (1923-2012) uważał, że „Komunizm (….) to silny projekt modernistyczny, wywodzący swe korzenie z Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. Podstawowym celem komunizmu była przemiana niemal feudalnych społeczności środkowo – i wschodnioeuropejskich w nowoczesne zbiorowości przemysłowe. Z tym bezpośrednio trzeba wiązać wizję nowej kultury, którą miał wprowadzić ten ustrój”. Dotyczyło to także ówczesnego tzw. III Świata. Stąd, jego zdaniem, konflikt afgański należało rozpatrywać nie jako zderzenie obozu radzieckiego – czyli komunistycznego – z Zachodem, lecz zapowiedź zasadniczej konfrontacji cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej. Podobny sąd wyraził – w kontekście rozumienia istoty modernizmu w zachodnio-europejskim stylu – jeszcze w końcu lat 60. XX wieku Raymond Aron, którego nie można posądzać w żadnym wypadku o sympatie dla ZSRR. Jego zdaniem „…Europa widziana z Azji, nie składa się z dwóch zasadniczo różnych światów, świata radzieckiego i świata zachodniego. Stanowi jedną rzeczywistość: rzeczywistość cywilizacji przemysłowej. Społeczeństwo radzieckie i kapitalistyczne są tylko dwiema odmianami tego samego gatunku – albo dwiema wersjami tego samego typu społecznego – postępowego społeczeństwa przemysłowego”.
Radziecka wersja socjalizmu, która zderzyła się z fundamentalistyczną wersją religii Mahometa, była ciągle jedną z wersji cywilizacji przemysłowej, europejskiej, sięgającej korzeniami do oświecenia. Wspierając w tej konfrontacji religijnych fanatyków, Zachód hodował wrzód, mający zagrozić jemu samemu.
Taki sam krótkowzroczny, neokolonialny scenariusz legł u podstaw interwencji w Iraku i Libii nie przewidując absolutnie, czym jest nabierający rozpędu religijny fundamentalizm w świecie islamu. Afgański flirt z islamskimi mudżahedinami niczego nie nauczył polityków Zachodu. Nowe interwencje, niszczenie całych struktur państwowych i społecznych oraz zawieranie na miejscu co najmniej wątpliwych sojuszy zaowocowały powstaniem al-Kaidy, zamachami na całym świecie (Nowy Jork, Madryt, Londyn, Biesłan, Dubrowka, Bombaj), wyczynami międzynarodówki dżihadystycznej w Bośni i Kosowie, wreszcie przerodzeniem się części al-Kaidy w Państwo Islamskie.
Inny błąd zachodniego mainstreamu politycznego w tej mierze polega na wierze w możliwość organizacji i funkcjonowania tzw. islamskiej demokracji bez zmian w strukturach społeczeństw, bez bardziej sprawiedliwego podziału dóbr w tamtym świecie i bez wycofania się Zachodu z neokolonialnej polityki. Model zachodnio-europejsko–amerykański jest traktowany dogmatycznie jako jedynie dopuszczalne rozwiązanie polityczno-kulturowe, Arabowie, Afgańczycy czy Irańczycy mają uczyć się od zachodnich „mistrzów”. Można podejrzewać, iż u podstaw takiego myślenia leży żądza kontynuowania neokolonialnej polityki wobec innych cywilizacji i kultur. Równocześnie media i zachodnie rządy wiele włożyły wysiłku, aby świat uwierzył, iż za atakami terrorystycznymi czy zjawiskami takimi jak IS, taliban, wojna w Jemenie, rewolta w Mali czy północnej Nigerii odpowiadają wyłącznie fanatycy dżihadu, którzy wzięli się znikąd. Mało kto ma odwagę powiedzieć, że terroryzm, uzasadniany przez ekstremistów potrzebą prowadzenia świętej wojny, nie zaistniałby na obecną skalę, gdyby nie polityka Zachodu, nowy kolonializm i despotyzm transnarodowych (głównie o kapitale zachodnim) korporacji oraz polityka USA i NATO razem z sojusznikami.
Za krótkowzroczność Zachodowi już przychodzi płacić. Wszak najemnicy Proroka udający się na dżihad do Syrii bądź Iraku, jak wskazują badania, są to w sporej części Europejczykami. To konwertyci-neofici lub kolejne pokolenia muzułmańskich migrantów zarobkowych, którzy nagle odkryli w sobie wiarę (wiele jest relacji opisujących, jak dżihadyści zaczęli zajmować się sprawami religii na krótko przed wyjazdem na Bliski Wschód). Często powodowała nimi chęć przeżycia kolejnej przygody, mordercza eskapada była sposobem na pobudzenie w sobie adrenaliny czy źródłem snobistycznej reklamy w mediach społecznościowych. Po powrocie na Stary Kontynent mogą nadal siać terror, przemoc, zniszczenie, bo to stało się ich żywiołem i sensem życia. Eschatologiczno-religijnego uzasadnienia na pewno tu się nie znajdzie, to może być tylko taki „kwiatek do kożucha”, czysta retoryka. To będzie też efekt współczesnej kultury „obrazkowej”, zasięgu i roli owych mediów i mód sprzedawanych przez mainstream. Doprowadzonych do krwawego absurdu.
Analizując upadek projektu pod nazwą Państwo Islamskie (ISIS) nie popadajmy w krótkowzroczny zachwyt. Po pierwsze, zdawajmy sobie sprawę z tego, że o żadnym całkowitym upadku nie ma mowy. Trwają struktury dżihadystów w prowincji Idlib, nie są od nich wolne wioski na kontrolowanych przez Amerykanów terenach wschodniej Syrii, istnieją uśpione komórki w Iraku. Po drugiej, zadajmy sobie pytania i popróbujmy na nie odpowiedzieć: dlaczego ów twór powstał, czego był wynikiem i efektem, kto na tym zyskiwał i kto (wedle kapitalistycznego kanonu) najwięcej zarobił. Bo zysk (we wszystkich formach) jest naczelną zasadą gospodarki rynkowej. W neoliberalizmie przede wszystkim.