Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.

Burza Netanjahu, bezsilność świata

Przed tą burzą panuje w naszych mediach cisza. Nie będziemy przecież wyrzucać Amerykanom ich polityki wobec ich podopiecznego – Izraela, skoro sami bardzo chcemy być ich podopiecznym. Polska i Izrael to jedyne państwa na świecie, które są gotowe na kult jednostki prezydenta Trumpa: my marzymy o „Forcie Trumpa”, a na syryjskich ziemiach okupowanych przez Izrael jest już „Wzgórze Trumpa” – nowa, nielegalna żydowska kolonia. Skoro Trump pobłogosławił plan Netanjahu aneksji kolejnych ziem okupowanych, tym razem palestyńskich, to chętnie skorzystamy z okazji, by siedzieć cicho.

Z deklaracji POPiSu wynika, że chcielibyśmy, by USA traktowały nas jak Izrael, jak najbliższego, ukochanego sojusznika, którego będą bezwarunkowo bronić i nawet dawać mu pieniądze. Cóż, w tym ostatnim punkcie, nawet najwięksi fani Ameryki nie mają złudzeń, to my musimy słono płacić, a USA nas za to obronią, pod warunkiem, że nas Rosja nie zaatakuje, na co się zresztą nie zanosi. Co do pieniędzy, są na świecie jeszcze tylko dwa kraje, oprócz Izraela, którym Amerykanie dają pieniądze ot tak: to Jordania i Egipt, sąsiedzi państwa żydowskiego. USA zasilają ich budżety, by w zamian zgadzały się z Izraelem.
Za kilka dni, od 1 lipca premier Netanjahu ma zacząć operację aneksji mniej więcej jednej trzeciej okupowanego, palestyńskiego Zachodniego Brzegu Jordanu – nielegalnych kolonii żydowskich powstałych dzięki zdobyczom armii i całej doliny Jordanu. Olbrzymia większość Izraelczyków-żydów popiera ten projekt, choć gwałci on jawnie podstawowe rozstrzygnięcia prawa międzynarodowego. Konkretnie znaczy to, że Izrael „znacjonalizuje” ziemie należące do Palestyńczyków, a odbierając im ziemię nie przyzna im obywatelstwa, co z jednej strony poszerzy obszar izraelskiego apartheidu, a z drugiej pozwoli w każdej chwili ich wyrzucić jako „obcokrajowców” do gett palestyńskich albo za granicę, np. do Jordanii (bo na nowych ziemiach izraelskich żydowska kolonizacja będzie jeszcze w mniejszości).
Są to plany tak bezczelne, że w ONZ tylko dwa kraje je popierają (na 200): USA i Izrael. Sąsiedzi Izraela niewiele mogą: Liban jest wstrząsany potężnymi niepokojami społecznymi, Syria ma kilku okupantów na głowie, Egipt jest przeciw tylko werbalnie, ale nie zrezygnuje z amerykańskich pieniędzy i uwagę ma zwróconą teraz na Libię, a Jordania jest bezsilna: może najwyżej (tracąc dolary) odstąpić od traktatu z Izraelem, który ma zamiar go złamać właśnie od 1 lipca. A Europa? Europejczycy tak się przyzwyczaili, że Izrael może bezkarnie łamać dowolne prawa, czy układy, że ich reakcja przypomina egipską: Unia „potępia” zachowanie Izraelczyków, ale to wszystko.
Siedem państw europejskich (jak zwykle bez nas: Niemcy, Estonia, Belgia, Francja, Norwegia, Irlandia i Wielka Brytania) wydało wspólną deklarację, że nie uznają nielegalnej aneksji, która „zniszczy ideę pokoju w przyszłości”, ale, podobnie jak Unia, milczy na temat ewentualnych sankcji, bo ich nie przewiduje. O międzynarodowe sankcje mają ubiegać się sami Palestyńczycy, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Może wywołać to tylko zawstydzony uśmiech, bo niezależnie od wyroku nic się nie stanie, wszyscy to wiedzą.
Burza nadciąga więc w ciszy. Dziś w Strefie Gazy rządzący tam Hamas ogłosił, że aneksja będzie oznaczać „deklarację wojny”, ale co mogą zrobić mieszkańcy małego, zamkniętego terytorium? Wysłać trochę „rakiet” napędzanych nawozami sztucznymi, które w nic nie trafiają i czekać na bombardowania? Rzucać się na graniczne ogrodzenie z drutu kolczastego, by ginąć setkami od kul, co już tyle razy przerabiano? Na Zachodnim Brzegu Autonomia Palestyńska, te kilka enklaw na terytorium okupowanym, gdzie mieszkańcy mogli rządzić się sami, rozpada się na naszych oczach, wraz z układami z Oslo, w oczekiwaniu nowej okupacji i nowego rozlewu krwi.

Palestyna zerwała porozumienie z Izraelem i USA

Prezydent Palestyny Mahmoud Abbas spotkał się w Ramallah z pozostałymi politykami palestyńskimi, by wyrazić jednolite stanowisko władz palestyńskich wobec jednoznacznej deklaracji nowopowstałego rządu izraelskiego o aneksji okupowanych ziem palestyńskich.
„Organizacja Wyzwolenia Palestyny i państwo palestyńskie są na dzień dzisiejszy zwolnione z wszelkich umów i porozumień z rządami amerykańskimi i izraelskimi oraz ze wszystkich zobowiązań opartych na tych porozumieniach i porozumieniach, w tym dotyczących bezpieczeństwa”, powiedział prezydent Abbas po spotkaniu. Jednocześnie złożył na rząd izraelski wszelką odpowiedzialność i dotrzymanie zobowiązań jako okupanta na terytorium Palestyny, które wciąż, według uchwały ONZ, pozostaje terytorium okupowanym państwa Palestyna, zgodnie z konwencją genewską z 1949 roku.
Następnie prezydent Mahmoud Abbas wyłożył stanowisko przywódców palestyńskich w ośmiu punktach, mi.in. uczyniono współodpowiedzialnym rząd USA za wszelkie naruszenia prawa międzynarodowego związane z okupacją ziem palestyńskich, zadeklarowano, że Palestyna wciąż pozostaje zainteresowana uregulowaniem konfliktu palestyńsko-izraelskiego, zadeklarowano także, że Palestyna jest zdecydowanie zaangażowana w zwalczanie międzynarodowego terroryzmu „bez względu na jego kształt lub źródło”, wezwano społeczność międzynarodową do kontynuowania nacisków na Izrael, by odstąpił od planów okupacyjnych oraz zadeklarowano, że Palestyna nigdy nie odstąpi od deklaracji powrotu na swoje ziemie.
„Ślubujemy naszym męczennikom i bohaterskim więźniom i rannym, że pozostaniemy wierni przysiędze aż do zwycięstwa, wolności, niepodległości i powrotu, aby wspólnie podnieść flagę Palestyny nad meczetem Al-Aksa i kościołem Grobu Świętego w Jerozolimie, wiecznej stolicy naszego państwa palestyńskiego”, wybrzmiało na końcu dokumentu.
Deklaracja Abbasa, poza symbolicznym znaczeniem, może być dotkliwa dla Izraela i USA w tym sensie, że zerwanie współpracy Palestyny w kwestiach bezpieczeństwa oznaczać może, że palestyńskie służby bezpieczeństwa nie będą ułatwiały swoim izraelskim i amerykańskim odpowiednikom działań związanych z zapobieganiem aktom zbrojnym przeciw izraelskim okupantom.

Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Każdego dnia mogą cię zbudzić żołnierze

Z Rut, byłą działaczką organizacji Anarchists Against The Wall, mieszkającą dziś nielegalnie w Strefie A rozmawia Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Rut mówi o sobie: Palestynka z wyboru. Opowiada, jak na mieszkańców Zachodniego Brzegu wpływa świadomość, że każdego dnia mogą paść – choćby przypadkowo – ofiarą przemocy, dlaczego nie wstępują już masowo do organizacji takich jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i ile zostało z porozumień z Oslo.

Jak to się w ogóle stało, że ty, dziewczyna z Tel Awiwu, zamieszkałaś w Ramallah? Nielegalnie, wbrew przepisom zakazującym Izraelczykom wstępu do strefy A.
Zostałam aktywistką jedenaście lat temu. Jako grupa Anarchists Against The Wall jeździliśmy do wiosek położonych na terytorium całego Izraela, wspieraliśmy lokalne społeczności i demonstrowaliśmy, głównie w piątki, przeciwko apartheidowi. Tak było przez osiem lat. Wyjeżdżaliśmy ze swoich spokojnych miast, by brać udział w demonstracjach, w trakcie których spotykała nas przemoc, ale potem wracaliśmy do domu.
Po każdym powrocie przeżywałam dysonans poznawczy: żyłam tym, co działo się w tych wioskach, tą przemocą i niesprawiedliwością, a wokół mnie panowały spokój i szabasowa cisza. Zaczęłam czuć się jak aktywistyczna turystka, która co jakiś czas odbębnia swój humanitarny obowiązek. W pewnym momencie stwierdziłam, że chcę być po tej wspieranej stronie cały czas – wiedzieć, jak ludzie tu żyją, być razem z nimi i ich wspierać. Poza tym nigdy nie byłam w palestyńskim mieście. Nasza grupa głównie starała się powstrzymywać niszczenie małych wiosek, a to przecież tylko wycinek palestyńskiego społeczeństwa.
Żałowałaś kiedyś tej decyzji? Chciałaś wrócić? Nie boisz się, że zostaniesz zatrzymana?
Wrócić do Tel Awiwu? Raczej nie.
Ale jeśli palestyńska policja mnie tutaj zatrzyma, to ma obowiązek oddać mnie pod jurysdykcję armii, która tutaj stanowi w głównej mierze prawo, pod jej kuratelą są osadnicy i ogólnie obywatele Izraela. Potem, znając moje akta policyjne wypełnione demonstracjami, szybko przybyliby też przedstawiciele Szin Bet (izraelska służba specjalna odpowiedzialna za bezpieczeństwo wewnętrzne) i mogłabym znaleźć się w więzieniu. Ogólnie, tutaj im mniej ktoś wie, tym jest bezpieczniejszy. To, że jestem tutaj nielegalnie, nie jest wiedzą powszechną. Jestem tłumaczką, więc mogę funkcjonować w znacznej mierze autonomicznie.
Raz byłam w szpitalu i przez moment zastanawiałam się, czy na pewno potrzebuję pomocy, ponieważ istniało ryzyko wezwania wojska, jednak nikt się nie przejął moim pochodzeniem. Ale gdyby z jakichś powodów zatrzymała mnie palestyńska policja, to jestem pewna, jaki byłby dalszy bieg wypadków.
Przecież w oczach Palestyńczyków powinnaś być sojuszniczką.
Mahmud Abbas może temu zaprzeczać, ale władze Autonomii Palestyńskiej codziennie kolaborują z Izraelem, każdy ich ruch jest od tego uzależniony. Dam prosty przykład. Niedaleko stąd, na placu Al-Manara, miała miejsce kolejna konfrontacja między Palestyńczykami i wojskiem. Ludzie zawczasu wyczuli, co będzie się działo. Część zaczęła szybko opuszczać okolice placu, jednocześnie pojawiły się na nim grupy nastolatków i dzieci z okolicznych obozów uchodźczych i osiedli. Wchodzili na dachy, zajmowali miejsca na ulicy i w bramach, zbierali kamienie. Szybko powietrze zaczęły przecinać kule i kamienie rzucane przez Palestyńczyków. Policja w tym czasie siedziała wygodnie na terenie komendy, które jest dokładnie obok placu. Została wcześniej uprzedzona i po prostu się tam zamknęła.
Tak jest zawsze. Gdyby policja nie współpracowała, zostałaby rozbrojona. Izrael nie mógłby sobie pozwolić na jej istnienie.
„Ludzie wyczuli, co się będzie działo”… Mówisz tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Codziennego. A przecież mówisz o sytuacji, w której ktoś mógł zostać ciężko ranny, stracić życie.
Raz obudziłam się i podeszłam do okna. Była dość wczesna pora, przed południem. Patrzę… i widzę naprzeciwko siebie celującego do mnie snajpera z drugiej strony ulicy. Zajął pozycję na piętrze budowanego naprzeciw mojego mieszkania budynku. Na dole trwała nierówna potyczka pomiędzy żołnierzami a dziećmi rzucającymi kamieniami. Takie sytuacje są przerażające, ale my już mamy w Ramallah wyuczony schemat reagowania: zachować jak największy spokój, nie wychodzić z domów, nie zbliżać się do okien, nawet wtedy, gdy takie „walki” trwają godzinami.
Do kogo celował snajper na budynku naprzeciw twojego okna?
To były najpewniej zwykłe ćwiczenia. Wojsko zaplanowało, że zatrzyma parę osób pracujących w niedalekim magazynie farmaceutycznym, w ramach tego zablokowało kilkanaście przecznic, w tym moją. Złapali osoby, które były celem akcji, po kilku dniach je wypuścili.
Polowanie na helotów…
Dokładnie. Robią tak często. A mieszkańcy widzą, jak policja udaje, że tego nie widzi. Za to przy innych okazjach jest brutalna i agresywna wobec demonstrantów, którzy np. uczestniczą w strajku. Jak mają potem ją szanować? Tym bardziej, że wiedzą, że współpraca na linii władz Autonomii a Izraelem jest świetną okazją do korupcji, która jest tutaj czymś zupełnie normalnym. Co roku z palestyńskiego budżetu znika około dwóch miliardów szekli.
Znika?
Nazywamy to wyciekiem fiskalnym. Czytałam o nim najnudniejszy w życiu raport. Te dwa miliardy są wydawane właśnie na współpracę z władzami Izraela, wynika to z Porozumień Paryskich, czyli umowy gospodarczej pomiędzy Izraelem a władzami Autonomii. Więc gdy czytam kolejny raz, jak Autonomia jest okradana przez władze Izraela, to cały czas mam świadomość tego, jak wiele poziomów mają tu wszelkie kwestie ekonomiczne. Trzeba pamiętać o dziesiątkach szczebli korupcji i nepotyzmu oraz doliczyć do tego również ekonomiczny apartheid. Nic tu nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.
To wyjaśnijmy sprawy podstawowe. Jak jest z wodą czy dostępem do elektryczności?
Izrael musi dbać o to, by ludzie tutaj mieszkający mieli dostęp do wody, prądu i innych środków codziennego życia. To wszystko jest wymagane oraz monitorowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych, jak i między innymi Czerwony Krzyż. Wymaga tego też prawo wojenne dotyczące terenów okupowanych. W Ramallah ten obowiązek raczej jest realizowany, chociaż z zastrzeżeniem: woda jest, ale jeśli chodzi o prąd, to zimą codziennie zdarzają się 20-30 minutowe przerwy w dostawach. Zależy na tym władzom Autonomii, w końcu to stolica. Wielką pracę wykonują na tym polu również organizacje pozarządowe, które praktycznie non stop muszą wyszarpywać od Izraela niektóre usługi. No i poza Ramallah sytuacja jest gorsza. Wszystko, co tu się dzieje, jest uzależnione od dobrej lub złej woli Izraela.
Jeśli władze Autonomii w twoim przekonaniu dogadują się z izraelskimi, to kim są ludzie, którzy próbują stawiać opór?
Mówi się „młodzież”, ale to słowo w języku arabskim ma szersze znaczenie. Obejmuje i jedenastolatków, i młodych mężczyzn przed trzydziestką. To oni są gotowi ryzykować własnym życiem. Starsi już rzadziej, bo zwykle mają już rodziny na utrzymaniu, którym starają się zapewnić bezpieczeństwo. Ale na demonstracje w Palestynie zaczyna się chodzić bardzo wcześnie. Bracia czy znajomi zabierają na nie już dziesięciolatków.
Palestyńczycy są niezmiernie rozpolitykowani. Partii jest mnóstwo, znaczna część społeczeństwa utożsamia się z jedną z nich, chodzi na demonstracje w jej barwach. Młodzi w większości mają poglądy zdecydowanie lewicowe i wierzą w swoje przekonania. Jeśli byłyby wybory, to ludzie tłumnie by na nie poszli i głosowali. Jednak ostatni raz mieli taką szansę w 2006 r. Potem już tylko była o wyborach mowa, za każdym razem je odwoływano.
I kto by wygrał?
Raczej nie obecnie rządzący Al-Fatah. Po drugiej intifadzie Hamas stał się alternatywą wobec Fatahu, zauważył, w jakim kierunku idzie sprawa palestyńska i zajął zdecydowanie antykolonialne pozycje. To jasna postawa, nawet jeśli co do wszystkiego innego można się z nimi nie zgadzać. Fatah widząc, co się dzieje, zaczął współpracować z Izraelem w celu powstrzymania rozwoju Hamasu na Zachodnim Brzegu.
Powiedziałaś, że Palestyńczycy chętnie chodzą na demonstracje, żyją polityką. Czy oprócz demonstracji, podczas których dochodzi do konfrontacji z okupacyjnym wojskiem, są też, powiedzmy, wewnątrzpalestyńskie?
Oczywiście! Istnieje cała masa kwestii społecznych, które nie są rozwiązane. 7 lat temu miał miejsce duży strajk taksówkarzy, natomiast 3 lata temu – akcja strajkowa nauczycieli, były to ogromne wydarzenia, które dotyczyły całego społeczeństwa. Sprawy feministyczne też cieszą się tu ogromną popularnością, nie tak dawno miały miejsce ogromne demonstracje przeciwko przemocy wobec kobiet, które ogarnęły całe ulice Ramallah, Nablusu i innych miast Autonomii Palestyńskiej, wyszły nawet poza obręb muru, np. do Jaffy.
Autonomia jest największym pracodawcą w Palestynie, więc prawie wszystkie strajki dotykają samego rządu. W kwestii nauczycielskiej chodziło o podwyżki, których nie było, pomimo tego że władze je obiecały, a wielu nauczycieli musiało pracować nie tylko w szkole, by móc się utrzymać. Szkoły były więc na bardzo długi okres zamknięte, lecz, co trzeba podkreślić, nauczyciele byli wspierani w swych działaniach przez społeczeństwo. Strajk taksówkarzy natomiast był to ogólny bunt wobec cen artykułów dnia codziennego, polityki cięć oraz często nieludzkich warunków życia na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Obie te akcje odniosły jako taki sukces w zmaganiach z rządem, głównie dlatego, że cieszyły się one poparciem ogółu ludzi.
Konflikty klasowe są mocno zarysowane?
Nie czuję się na siłach wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie. Ale nierówności niewątpliwie istnieją. Na Zachodnim Brzegu istnieje i tutejsza elita biznesu, i ludzie, którzy żyją w jaskiniach na pustyni. Są też mieszkańcy wiosek, nad którymi cały czas wisi widmo wyburzenia, takich miejsc może być nawet 19 tys. W miastach Zachodniego Brzegu jest lepiej, w Gazie gorzej. Strefa jest w zasadzie obozem koncentracyjnym, znajdziecie tam ludzi, którzy „jako tako” żyją, mają mieszkania, cudem gdzieś pracują i się utrzymują, a obok nich – ludzi egzystujących w szałasach. No i nie zapominajmy o Palestyńczykach żyjących w Izraelu – to nie jest klasa średnia. To dolne warstwy społeczne.
Władze Autonomii Palestyńskiej przekonują, że trudno mówić o klasowych antagonizmach, bo Palestyńczycy w pierwszej kolejności chcą wolności, wyzwolenia spod okupacji. Realizacji porozumień z Oslo.
Porozumienia to martwy dokument. Jedyne, co realnie dały, to Protokół Paryski z 1994, o współpracy gospodarczej, podatkach i różnych rodzajach handlu pomiędzy Autonomią Palestyńską a światem i Izraelem. Co do całej reszty to powiem tyle – codziennie słyszymy o nowych osiedlach, rajdach wojska i burzonych wioskach, nie o postępach w tworzeniu państwa palestyńskiego. Teraz jesteśmy świadkami ogromnego napływu osadników, lecz wcześniej ich największa liczba pojawiła się tu za rządów premiera Ehuda Baraka (1999-2001) z Partii Pracy. W kwestii palestyńskiej izraelskie podziały na prawo i lewo są tylko umowne.
Wszyscy politycy mają takie samo zdanie na temat okupacji i osiedli?
Różnica istnieje pomiędzy podejściem osadników a armii. Wojsko, przyzwyczajone do patrzenia na sprawy całościowo, wraz z całym jego urządzeniem i strategicznym myśleniem, jest bardziej konserwatywne, nie w kategoriach politycznych, lecz pragmatycznych. Ich zdaniem sytuacją trzeba zarządzać w takim kierunku, by koniec końców wygrywać krok po kroku. Osadnicy chcą całej ziemi już, teraz.Wyrazicielką takiego myślenia jest Ayelet Shaked, była Minister Sprawiedliwości związana z Nową Prawicą, która „żartuje” sobie sama z siebie, mówiąc, że jest faszystką. Jej celem jako minister było przejęcie Sądu Najwyższego oraz, na dalszym planie, sądów powszechnych. To pozwoliłoby jej ustanawiać prawa umożliwiające niepohamowaną ekspansję osadników.
Jak zdobywali ziemię do tej pory?
Zasadnicza taktyka polega ona na tworzeniu pomiędzy istniejącymi osiedlami nowych placówek, które zagęszczałyby siatkę. Zaczyna się to często od grup kamperów. Armia w takim momencie powinna zareagować i wygonić osadników, lecz zamiast tego przyjeżdża na miejsce, by zapewnić im bezpieczeństwo. I wszystko to dzieje się na ziemi Palestyńczyków, którzy nagle nie mogą dostać się do miasteczka obok, nie mogą wprowadzać bydła lub uprawiać roli. Do tego osadnicy są uzbrojeni, a broń sama w sobie pobudza do gwałtu i przejęcia kontroli.
Kim są ci ludzie? Fanatykami religijnymi? Ślepymi wyznawcami ideologii Wielkiego Izraela?
Istnieją dwie grupy osadników: ideologiczni i ekonomiczni. Pierwsza grupa według badań to jakieś 20 proc. To oni organizują kampery i pod bronią zakładają nowe osady. Zbudowanie placówki trwa jedną noc, rano podciąga się wodę oraz prąd, i już gotowe. Zdarza się, że po tym wszystkim takich placówek pilnują pojedyncze osoby, patrolując z karabinem codziennie najbliższą okolicę przez tygodnie, czasem nawet miesiące. Potem przybywa większa grupa i zostaje na stałe. W tej grupie dominują już ludzie, którzy przyjeżdżają na okupowane ziemie ze względów ekonomicznych, bo są np. młodymi rodzicami z wielodzietnych, religijnych rodzin. Państwo bardzo ich do tego zachęca – m.in. jeśli zbuduje się tutaj dom i utrzyma się go przez 10 lat, to otrzyma się od państwa całą zainwestowaną początkowo kwotę.
Całą?!
Nie wszędzie i nie zawsze, lecz z grubsza tak to wygląda. Ludzie, którzy w Tel Awiwie mogliby mieszkać w malutkiej kawalerce, tutaj budują wielopiętrowe domy z basenami i ogrodami, życie jest spokojniejsze niż w drogim mieście, a takie rzeczy, jak opieka zdrowotna, ma obowiązek zorganizować państwo. Są pary, które wyprowadziły się z Tel Awiwu, ale dalej dojeżdżają tam do pracy. Rozwinął się też biznes. Prawie połowa domów w istniejących już osiedlach jest pusta. To domy letnie albo pod wynajem. Państwo ma obowiązek zorganizować na osiedlach opiekę zdrowotną.
Czy kiedykolwiek miałaś do czynienia z osadnikami?
Pierwszy raz, gdy byłam w wojsku, było to na początku lat dwutysięcznych. Zostałam zmobilizowana, stacjonowałam w Gazie i z tej perspektywy ich obserwowałam. Kompletnie nie rozumiałam, dlaczego ci ludzie wyjeżdżają z Izraela i zasiedlają ziemie okupowane, nie rozumiałam też, dlaczego musieliśmy ich chronić. Mówienie o „odzyskiwaniu dawnych ziem” wydawało mi się mało przekonujące. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że chodzi o geopolitykę. Armia przecież musiała „oczyszczać” tereny, które potem zasiedlali osadnicy, musiała wysiedlać z niej ludzi, co często pokrywało się z jej strategicznymi celami. Wykorzystywano do tego, czysto instrumentalnie, nawet stare jordańskie prawo sprzed 1967 r., które głosi, że jeśli ktoś przez siedem lat nie uprawia swojej ziemi, to przechodzi ona na poczet państwa. Izrael zaczął wykorzystywać to prawo i blokować dostęp do ziemi Palestyńczykom, po czym po siedmiu latach przejmował ją i nadawał osadnikom. To wszystko jest z góry zaplanowane, podobnie jak samowolne działania osadników, chodzi o systematyczne łączenie enklaw osadniczych i odgradzanie od ziemi Palestyńczyków. Nazywanie działań armii izraelskiej obronnymi to kpina – dysproporcja sił jest zbyt duża.
Izrael wciąż twierdzi, że się broni. Przed Hamasem, Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny, przed młodzieżą, która rzuca kamieniami…
Tylko że nie jest już tak, że wszyscy Palestyńczycy tłumnie działają na rzecz niepodległości. Jest wiele złości i buntu, ale też wiele przekonania, że walka już była i się nie udała. Wielu teraz działa, jak im się wydaje, realistycznie: by życie tutaj w takich warunkach było znośniejsze. Idą do organizacji pozarządowych, partii działających w ramach Autonomii czy związków zawodowych, walczą tam o płace, dostęp do wody, elektryczności, lepszej opieki medycznej, mieszkania. Ludzie nadal się organizują, ale nie da się tego porównać do wcześniejszych okresów walk i oporu. No i wszyscy liczą teraz na wybory, które może kiedyś się w końcu wydarzą.
Kiedy codziennie rano można zostać obudzoną przez żołnierza celującego im w głowę, wyjść z domu na zablokowaną ulicę, zostać mimo woli świadkiem ulicznej potyczki czy paść ofiarą porwania, i tak przez całe lata, nastawienie człowieka się zmienia.
Czy Plan Stulecia może znowu obudzić ducha walki?
Na razie jego ogłoszenie nadało izraelskim planom aneksji wiatru w żaglu. Politycy wręcz ścigali się o to, kto pierwszy przeprowadzi głosowanie w tej sprawie. Brały w tym udział partie od prawa do lewa, nie tylko te reprezentujące osadników. Dotychczas ustalono jedynie to, że wiążące decyzję dotyczące „Planu” zostaną podjęte po marcowych wyborach do Knesetu. Jeśli politycy zdecydują się na aneksję, to czeka ich opór ze strony społeczności międzynarodowej. Zwiastuje to między innymi niedawna publikacja przez ONZ listy firm związanych z izraelskimi osiedlami na ziemiach okupowanych.
Palestyńczycy z całego świata odrzucili plan. Wszędzie, od Doliny Jordanu, po Gazę oraz Ramallah miały miejsce masowe protesty przeciwników „Planu Stulecia”. Kierownictwa różnych ugrupowań politycznych spotykają się teraz, aby ustalić wspólny front wymierzony przeciwko propozycji amerykańskiej dyplomacji. Jednak nie wiążę akurat z tym nadziei na przełom. Już bardziej z tym, że na całym świecie nie wygasa opór w postaci demonstracji, artykułów i petycji czy ruchu BDS.
Ten plan nigdy nie wejdzie w życie, ponieważ zakłada palestyńską zgodę, której po prostu nie ma. Wydaje mi się, że w tym planie chodziło bardziej o poszerzenie dotychczasowych możliwości aneksyjnych Izraela, a nie o osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia. Nie zapominajmy, że ogłoszenie terytorium innego państwa swoim terytorium jest deklaracją wojny. Wojna o sprawiedliwość i zakończenie okupacji przygasła, ale może rozpocząć się znowu.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Turcja przeciw Syrii i Rosji?

W Syrii kolejny zwrot akcji: wygląda na to, że NATO, pod wpływem tureckim i amerykańskim, zdecydowało się bronić jednak Al-Kaidy i innych pronatowskich grup dżihadystów w Idlibie, syryjskiej prowincji wyzwalanej stopniowo przez syryjskie wojsko, wspomagane przez rosyjskie lotnictwo. Syria jest teraz atakowana z południa przez Izrael i z północy przez Turcję.
Syryjczycy przeżyli właśnie kolejny bezprawny atak lotnictwa izraelskiego i rakiet, a przez granicę turecką z Idlibem, na której koczują setki tysięcy cywilnych uchodźców, wjeżdżają czołgi i inny turecki sprzęt wojskowy.
Turecki prezydent w przemówieniu do parlamentarzystów swej partii bardzo jasno określił jako „przyjaciół” dwa główne ugrupowania dżihadystowskie w Idlibie – turkmeńską Narodową Armię Syryjską (tę, która atakowała Rożawę wspólnie z Turkami) i syryjską Al-Kaidę (Hajat Tahrir asz-Szam). Pochwalił się, że ma amerykańskie błogosławieństwo na wojskową operację pomocy tym ugrupowaniom. Problem: oznaczałoby to konflikt z Rosjanami.
Tydzień temu syryjska Al-Kaida dokonała zamachu w Damaszku zabijając czterech rosyjskich oficerów – Erdogan nie mógł o tym nie wiedzieć, co stawia sprawę na ostrzu noża.
Postawił też ultimatum władzom syryjskim: do 28 lutego mają opuścić miejscowości w Idlibie, które wyzwoliły spod okupacji dżihadystów. Tego samego popołudnia kamikadze Al-Kaidy eksplodował z ładunkiem przy sobie w rosyjskim budynku wojskowym (bilans ofiar na razie nieznany).
Działanie Erdogana i NATO ma być odpowiedzią na apele Al-Kaidy o pomoc i jej zarzuty, że została „zdradzona przez Zachód”. Trwająca od wielu miesięcy operacja wyzwolenia Idlibu regularnie postępuje, wojska syryjskie zdołały uwolnić już ok. 45 proc. tego terytorium.
Kraje NATO w zasadzie pogodziły się już ze zbliżającym się zwycięstwem Syryjczyków, lecz Amerykanie poparli Erdogana. Wczoraj rosyjski prezydent Władimir Putin przyjął ambasadorów w Moskwie ostrzegając – „Niestety, ludzkość znowu znalazła się bardzo blisko niebezpiecznej linii”. Zbrojny konflikt NATO-Rosja byłby katastrofą nie tylko dla regionu.

Dziesiątki tysięcy nowych uchodźców

Bitwa o wyzwolenie Idlibu – północno-zachodniej prowincji kraju okupowanej przez Al-Kaidę i inne ugrupowania dżihadystów – powoduje koleją falę uchodźczą cywilów. ONZ alarmuje, że to zapowiedź nowej katastrofy humanitarnej.

Syryjczycy i wspomagający ich Rosjanie próbują zabezpieczyć Aleppo, które stało się celem artylerii dżihadystów i ich rakiet. Bojownicy Hajat Tahrir al-Szam (tj. syryjskiej Al-Kaidy) oprócz miasta atakują też od zachodu autostradę łączącą je z Damaszkiem. Wspomagają ich oddziały Państwa Islamskiego, ciągle obecne w Idlibie i inne ugrupowania radykalnego dżihadu. Prawdopodobnie syryjskie siły rządowe planują kontrofensywę w tym rejonie, bo w ruch poszła ich artyleria i – prawdopodobnie – rosyjskie wsparcie lotnicze.
Tak, czy inaczej, z rejonu bitwy masowo uciekają cywile. Według ONZ, w dniach od 15 do 19 stycznia w kierunku granicy tureckiej przemieściło się prawie 40 tys. uchodźców. Tymczasem przygraniczne obozy są już dawno pełne, a pomoc medyczna i żywnościowa daleko niewystarczająca. Jest zima, lekkie namioty, w których cieśnią się ludzie z dziećmi są regularnie zalewane przez deszcze. Turcja nie pozwala tym uchodźcom przekroczyć granicy.
ONZ wyraziła „głęboką troskę” w związku z ponowieniem ruchu uchodźczego i apeluje do krajów, które wcześniej finansowały i zbroiły Al-Kaidę (Francja, Wielka Brytania, USA, Izrael i Arabia Saudyjska) o pomoc humanitarną cywilom, którzy znaleźli się pod jej władzą. Rząd syryjski, który odbił już ok. 70 proc. kraju z rąk różnych okupantów, jest zdeterminowany odbić też Idlib, co zapowiada niestety ciąg dalszy działań wojennych i w konsekwencji pogorszenie bardzo kruchej sytuacji zwykłych ludzi w tym regionie.

Palestyńczyk to nie człowiek

O tym, co dalej z „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie” i dlaczego marna to demokracja, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia w Jerozolimie z Oferem Neimanem, działaczem lewicy izraelskiej zaangażowanym w ruch Boycott, Divestment and Sanctions.

Od momentu zamordowania Ghasema Solejmaniego cały świat patrzy na Bliski Wschód z wielkim niepokojem. A ty, przedstawiciel izraelskiej lewicy, boisz się o przyszłość?
Ja widzę dwie koalicje zła: jedną tworzą Iran, Rosja i Syria pod rządami Baszszara al-Asada, a drugą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael. W krajowej polityce nie spodziewam się żadnego przełomu.
To od czego powinniśmy zacząć rozmowę o polityce współczesnego Izraela?
Od tego, że epoka Netanjahu dobiega końca. Na naszych oczach kończy się okres dominacji polityka, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był najpotężniejszą i najbardziej wpływową osobą w Izraelu. Pierwszy raz został premierem w 1996 r., ale już wcześniej był znaczną postacią po stronie opozycji.
Jak udało mu się dominować przez tak długi czas?
Netanjahu doszedł do władzy dzięki wielu czynnikom. Po pierwsze miał i nadal ma silne poparcie ze strony establishmentu amerykańskiego, tak od strony Demokratów, jak i Republikanów. Dzięki szerokim znajomościom za oceanem posiada dużą sieć indywidualnych sponsorów, przyjaznych think tanków, lobbystów. Po drugie, Netanjahu wygrał, bo obiecał wyjście z kryzysu. W latach 90. Izrael zaczął „otwierać się na świat”, rozpoczynał się proces prywatyzacji. Netanjahu reprezentował obietnicę lepszej przyszłości, którą miały dać ekonomia neoliberalna, leseferyzm i otwarty rynek.
Netanjahu grał instrumentalnie hasłami nacjonalistycznymi czy w nie wierzył?
Wielu mówi, że to populista. Ja bym powiedział, że nawet jeśli jego działania wpisują się w definicję populizmu, to jest to najbardziej „ideologiczny” premier w historii Izraela. Jego poglądy to czysty kanon prawicowej myśli syjonistycznej – idea Wielkiego Izraela. Jeśli chcemy go zrozumieć z tej strony, musimy zrozumieć jego ojca Bencijjona Netanjahu (1910-2012), historyka i zarazem ekstremistycznego syjonistę, powiedziałbym wręcz – faszystą z narodowo-romantyczną wizją.
A gospodarka według Netanjahu to…
Klasyka reaganeconomics: neoliberalizacja gospodarki i usług publicznych, uzależnienie emerytur od poziomu inwestycji – stały się one przedmiotem gry na giełdzie.
To dlatego jego epoka już się kończy? Zwykle za neoliberalizacją idzie pauperyzacja większości obywatelek i obywateli.
Osłabienie Netanjahu to z jednej strony po prostu kwestia czasu. Jeśli jest się u władzy tak długo, to z każdym rokiem liczba twoich przeciwników się powiększa. Udało mi się do tej pory grać na różnych frontach, jednak dziś większość opinii publicznej raczej jest mu wroga. Po drugie, swoje robią podziały na Żydów aszkenazyjskich, pochodzących z Europy, i mizrachijczyków, którzy przybyli z państw arabskich. Chociaż sam Netanjahu jest aszkenazyjczykiem, to Likud uważany jest za partię mizrachijczyków.
Aszkenazyjczycy, ludzie tacy jak ja, biali, od początku istnienia państwa traktowali mizrachijczyków jak ludzi drugiej lub trzeciej kategorii, podobnie jak Arabów. W późnych latach od lat 40. do końca lat 60. miały miejsce takie praktyki jak porywanie dzieci Żydów pochodzących z krajów arabskich i bałkańskich, które następnie oddawano „białym”, którzy przeżyli Holocaust. Ten ogromny rachunek krzywd dopiero od niedawna staje się obiektem debaty publicznej. Netanjahu ma ogromne poparcie właśnie wśród tych grup. Bazuje ono również na resentymencie wobec Partii Pracy i jej dawnemu establishmentowi, który w znacznej mierze legitymizował powyższe działania wobec „nie-białych” Żydów, szczególnie w początkowej fazie powstawania państwa Izrael pod rządami Ben Guriona. Mizrachijczycy dostawili w przydziale najgorsze osiedla w jakiś odciętych od świata czarnych dziurach pośród pustyni albo w górach. Polityka Partii Pracy była rasistowska nie tylko w stosunku do Palestyńczyków. Jeśli chcemy zrozumieć izraelską politykę, to trzeba rozumieć te wszystkie poziomy wykluczenia, które towarzyszą naszej historii.
Co więc kieruje opozycją wobec Likudu?
Wobec Netanjahu zawsze istniała jakaś opozycja ze strony ludzi takich jak ja – Żydów aszkenazyjskich o poglądach sekularnych. Ale dynamice całej sytuacji nadały ruchy Awigdora Liebermana, pochodzącego z Mołdawii potężnego polityka, który politycznie dojrzał w Likudzie. Był on de facto prawą ręką Netanjahu, organizował Likud, kiedy był w opozycji. W 1999 odszedł i założył własną neokonserwatywną partię, Nasz Dom Izrael, która próbuje do dziś dotrzeć do rosyjskich Żydów, chociaż nie tylko. Osiąga poparcie rzędu czterech procent do kilkunastu. Lieberman od 1999 r. nie raz wchodził do rządów formowanych przez Netanjahu. Trzeba dodać, że reprezentuje on w znacznej mierze osadników, ludzi, którzy zajmują ziemię Palestyńczyków. Jednocześnie nie nazwałbym go fanatykiem religijnym. Jest w stanie zgodzić się pod pewnymi warunkami na rozwiązanie niektórych osiedli i dogadanie się z Autonomią Palestyńską, co dla religijnych osadników w ogóle nie wchodzi w grę.
Coś musiało się wydarzyć na linii Netanjahu – Lieberman. Przez tyle lat rządzili razem, dziś są sobie przeciwni. Z pewnością ma to wiele wspólnego z zarzutami korupcyjnymi pod adresem Netanjahu, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że to zarzuty prawdziwe.
I to właśnie Lieberman zakończy erę Netanjahu? Jeden prawicowiec zastąpi drugiego?
Lieberman nie jest głupi i ma ambicje, by zostać najpierw języczkiem u wagi przy formowaniu nowej koalicji, a potem kolejnym premierem. Bez niego sformować rządu nie będzie się dało, chyba, że coś się zmieni na lewicy. Jego dotychczasowe wymówki są absurdalne. „Nie mogę stworzyć rządu z Netanjahu, ponieważ nie chciał zmusić ultraortodoksów do służby w armii” – nie, Lieberman po prostu gra na upadek dawnego kompana.
Z drugiej strony Netanjahu może pochwalić się tym, że wywindował Izrael na pozycję mocarstwa, może nie globalnego, ale regionalnego. Dziś na Bliskim Wschodzie, cokolwiek się stanie, wszyscy zwracają swe oczy w kierunku Izraela, czekają na jego reakcję i potem to ona w znacznej mierze konstruuje bieg wydarzeń. Ponadto wszystkie państwa graniczące z Izraelem są dziś pogrążone w kryzysie.
I to jest jego główna karta przetargowa. Izrael jest dziś potężniejszy niż kiedykolwiek, jest w sojuszu z Arabią Saudyjską i Egiptem, ma zabezpieczone granice i może sięgać dalej. Netanjahu uwielbia chwalić się mocarstwowością i hołubić własne dokonania, co oczywiście znajduje niemały poklask. W jego narracji wszystkie sukcesy ekonomii, przemysłu zbrojeniowego i high tech w Izraelu to jego własne dokonania, nawet jeśli nasza zbrojeniówka od dawien dawna była w globalnej czołówce. A rywale? Ich premier przedstawia jako ludzi bez wizji, zajętych miałką polityką.
Trudno powiedzieć, by lider Niebiesko-Białych Benny Gantz był „człowiekiem bez wizji”.
Dlatego retoryka Netanjahu wcale nie musi zadziałać w jego wypadku. Nie wykluczam, że to Niebiesko-Biali będą największymi wygranymi nowych wyborów. Gantz jest popularny, reprezentuje moje „plemię”: aszkenazyjskich, liberalnych, świeckich Żydów. Jego fenomen jest drugą stroną rasizmu wewnątrz naszej społeczności. Ludzie uwielbiają go za jego niebieskie oczy, wzrost i muskulaturę, mundur, medale i piękny język oraz sposób przemawiania.
A jaki program polityczny się za tym kryje?
Stanowisko liberalne obyczajowo i neoliberalne ekonomicznie. Co do gospodarki mamy praktycznie konsensus. W kwestii palestyńskiej w zasadzie też, bo jak inaczej odczytać słowa Gantza: „Nie zaatakujemy nikogo, jeśli nikt nas nie zaatakuje”? On nawet nie udaje, że chce jakichś negocjacji pokojowych.
A co z Partią Pracy?
W poprzednim wieku była ona jedną z najpotężniejszych partii w kraju. Dziś wymiera. W poprzednich wyborach ledwo udało jej się zdobyć kilka procent poparcia, teraz nawet nie wiem, czy wejdą do parlamentu. Warto przypomnieć też jeszcze jedną partię lewicową, dziś bliską upadku – Merec, której przewodzi Tamar Zandberg. Dawniej sam na nich głosowałem, jednak odszedłem przez rasistowską retorykę wymierzoną w Palestyńczyków i mizrachijczyków. Nie obchodzi ich okupacja Zachodniego Brzegu, choć często o niej mówią, używając właśnie terminu okupacja, jako jedyna partia żydowska. To jest symbolicznie ważne, lecz nie pociąga za sobą żadnych działań.
Lista arabsko-żydowska zdobyła w ostatnich wyborach najwyższy wynik w swej historii. Ma trzynastu posłów. Może to oni są nadzieją?
Ten wynik sprawił mi wielką radość. Okazało się, że bez partii palestyńskich Gantz nie jest w stanie stworzyć rządu. Ale sam nie jestem pewien, czy bym chciał koalicji pod wodzą Niebiesko-Białych. Partie arabskie poniosłyby zbyt dużą cenę. Większość polityków arabskich chce tej współpracy, lecz część kompletnie jej sobie nie wyobraża. Jedną z koalicji, wchodzących w skład jednej listy arabsko-żydowskiej, będących za takim rozwiązaniem, jest Hadasz i współtworzącą ją partia komunistyczna, Maki, która łączy palestyńskich obywateli Izraela i Żydów. Na jej czele stoi Ayman Odeh. W moim przekonaniu ci, którzy chcą koalicji z liberałami widzą tylko wąski interes Palestyńczyków posiadających obywatelstwo Izraela. Zapominają o uchodźcach i ludziach z Gazy oraz Zachodniego Brzegu. Ja jako uprzywilejowany, lewicowy Żyd uważam za swój obowiązek patrzeć z szerokiej perspektywy, która obejmuje mieszkających za murem. Boję się tego, że apartheid wobec nich, wspierany przez część partii arabskich, spotęguje tyko koszmar rasizmu.
Zadam zresztą proste pytanie: co stanie się z taką koalicją dzień po tym, gdy Izrael znów zbombarduje Gazę? Przecież wśród Palestyńczyków nastąpi wtedy rozłam: jedni poprą partie wchodzące w skład rządu Niebiesko-Białych, inni będą upominać się o prawa Gazy. Zresztą to pytanie abstrakcyjne. Gantz nie różni się w podejściu do Palestyńczyków od Netanjahu…
Ale to Netanjahu mówił o aneksji Doliny Jordanu, co jest bardzo prawdopodobne w świetle zajęcia przez niego Wzgórz Golan i rozwiązania kwestii ambasady USA w Jerozolimie.
Trzeba czytać pomiędzy słowami. Niebiesko-Biali nie inicjują takich rozwiązań, nie stosują takiej retoryki, nie zaanektują Doliny Jordanu, jednak nie będą mieli nic przeciwko, jeśli zrobi to Netanjahu. Jeśli świat temu przyklaśnie, sami to zaakceptują. Cieszyli się przecież, gdy ambasada USA była przenoszona do Jerozolimy. Nie mają też nic przeciwko budowie kolejnych osiedli, które tylko wzmacniają już i tak niezwykle silne napięcia w rejonach znajdujących się pod okupacją. Mówią, że Izrael powinien anektować osiedla, by zapewnić sobie „bezpieczeństwo”. Rzekomo to „blok osiedli” ochroni Izrael. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.
Taka retoryka ma na celu legitymację okupacji. Netanjahu jest czystym nacjonalistą, Niebiesko-Biali będą retorycznie kluczyć, ale w rzeczywistości skończy się na tym samym. Co do murów, osiedli, okupacji i checkpointów istnieje konsensus mainstreamowych partii. Traktowanie Palestyńczyków z terenów okupowanych jak ludzi nie mieści się w horyzoncie dzisiejszej polityki izraelskiej.
Da się z tym skończyć?
Jedyną opcją jest stworzenie izraelskiej lewicy opartej na Palestyńczykach, która będzie otwarta na Żydów i współtworzona również przez nich. Musi powstać siła, która połączy obie grupy i będzie walczyć z każdym rodzajem opresji, od ekonomicznej po rasistowską. Dziś połączona lista arabska daje pewne nadzieje, znajdują się na niej oczywiście też islamiści, ale znaczna część jest lewicowa. Problemem jest podejście do kwestii jednego państwa. Większość, tak jak komuniści, chce niestety utworzenia dwóch państw.

Lewica przeciwko wojnie

Czasy, w których polska lewica była wspólnikiem amerykańskich agresorów w ich wojennych wyprawach szczęśliwie już minęły. 8 stycznia na konferencji prasowej jej przedstawiciele zaapelowali do prezydenta i rządu o przeciwstawienie się eskalującym przemoc decyzjom Waszyngtonu i wycofanie naszych żołnierzy z terytorium Iraku.

Spotkanie z dziennikarzami otworzył Maciej Konieczny, dla którego był to zapewne moment szczególny. Poseł Lewicy zaczynał działalność polityczną od protestów przeciwko wysłaniu polskich wojsk do Iraku. Był wówczas działaczem Młodych Socjalistów.

– Nie mamy wątpliwości, że w interesie Polski i świata jest deeskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nasze zdanie podziela wiele sił międzynarodowych, wiele państw europejskich, ale także wiele sił w samych Stanach Zjednoczonych – mówił Konieczny. – Jesteśmy przekonani, że rząd polski i polski prezydent powinni aktywnie działać na rzecz rozwiązań dyplomatycznych – zapewniał.

SLD ostrzega

Obok Koniecznego stał Andrzej Rozenek, poseł SLD, partii, która podjęła decyzję o udziale polskich żołnierzy w napaści na Irak. On sam był wtedy dziennikarzem, nie politykiem, jednak dziś w imieniu swojej formacji przyznał, że była to decyzja zła.

– Mówię tu do rządu Mateusza Morawieckiego: myśmy kiedyś ten straszny błąd popełnili, przy dużo bardziej stabilnej administracji rządu Stanów Zjednoczonych uwierzyliśmy w zapewnienia o broni masowego rażenia, która rzekomo miała być w Iraku, dlatego wysłaliśmy tam wtedy nasze wojska. To był błąd, za ten błąd lewica wielokrotnie przepraszała – mówił Rozenek.

Uszanować głos Irakijczyków

Maciej Gdula, poseł Lewicy zasiadający w sejmowej komisji spraw zagranicznych zaakcentował, że polskie wojska w Iraku nie mają już racji bytu, bo taka jest wola tamtejszych władz.
– To jest ważna decyzja suwerennego kraju, ze względu na tę decyzję i pod warunkiem, że władze Iraku wytrwają przy tej decyzji, my musimy pomyśleć co zrobić z naszymi żołnierzami w Iraku, oni odbywają tam misję szkoleniową. Wobec intensyfikacji napięć w tym rejonie ta misja traci stopniowo szkoleniowy charakter i dlatego – jeśli władze Iraku podtrzymają swoją decyzję dot. wycofania wojsk – my powinniśmy bardzo szybko w porozumieniu z władzami Iraku wycofać nasz kontyngent z Iraku, wycofać naszych żołnierzy do domu – powiedział Gdula.

Bezużyteczny WOT

Według Adriana Zandberga, Polska powinna wysłać jasny sygnał, że „nie ma zgody na łamanie prawa międzynarodowego” przez Stany Zjednoczone.
– Polską racją stanu jest pokój, a kolejna wojna na Bliskim Wschodzie będzie oznaczała nie tylko cierpienie i śmierć setek tysięcy ludzi, ale będzie oznaczała także dla nas w Polsce potężne problemy – powiedział poseł Razem. Na zaniedbania polskiego rządu w kwestii bezpieczeństwa zwrócił z kolei uwagę Włodzimierz Czarzasty.

– Na bezużyteczne Wojska Obrony Terytorialnej – narodowców biegających po lesie z karabinem ku radości Macierewicza – wydajecie więcej niż na wywiad i kontrwywiad wojskowy razem wzięte. Czyli ludzi, którzy są rzeczywiście ważni, dla naszego bezpieczeństwa – powiedział wicemarszałek Sejmu.