Kluczem są pieniądze

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy – mówi Mirosław Oczkoś w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie syna Mariana Banasia to początek wojny atomowej między szefem NIK a jego byłym środowiskiem politycznym?

MIROSŁAW OCZKOŚ: To zachowanie władzy można czytać na różne sposoby, ale na pewno jest to rodzaj furii, bo to są działania na wszystkich możliwych frontach. Jeżeli Jarosław Kaczyński spuścił ze smyczy Zbigniewa Ziobrę, żeby ten się jednak dobrał do Banasia, to są to wschodnie standardy, no chyba że cofniemy się do Eliota Nessa i Chicago lat 20., kiedy w wojnie gangów strzelano do siebie, ale i do synów i rodzin. Zatrzymanie syna Banasia, kiedy ten wraca z wakacji, jest dość groteskowe, zazwyczaj zatrzymuje się na ludzi na lotnisku, gdy ci chcą wyjechać i istnieje obawa, że uciekną, ale po powrocie to rzeczywiście dziwne.

Marian Banaś do tej pory dawał sygnały, że ma smoka, ale go nie użyje. Natomiast ten ostatni raport obnaża chyba te najgorsze kłamstwa władzy, to, co najbardziej nas boli, czyli pieniądze, że jest jednak dziura 24 mld, a nie zysk 25 mld. To spowodowało taką reakcję.

Jarosław Kaczyński zachowuje się w tej sprawie trochę jak ranny zwierz, który zaczyna uderzać na prawo i lewo, bo w zasadzie jesteśmy skonfliktowani ze wszystkimi i tylko jeszcze brakuje, żeby Bałtyk w złości zalał nam plażę.

Mówiąc poważnie, to w normalnym państwie byłaby to wizerunkowa katastrofa, gdy urzędnik państwowy z NIK przedstawia dowody przeciwko władzy, a ta go za to ściga. Smaczku dodaje fakt, że to jest człowiek tej władzy. Sądzę, że Jarosław Kaczyński tak bardzo chciał mianować Mariana Banasia na to stanowisko, bo coś na niego miał i sądził, że łatwiej będzie mu nim sterować. Zresztą to standardowe działanie tej władzy, widzimy to na co dzień. Teraz okazało się, że jak trafiło się naprawdę na twardego zawodnika, to mimo że nawet uderzyło się w rodzinę, to Banaś kontratakuje. Widać, że PiS jest tu bardzo nerwowy, a zazwyczaj jest tak, że jak władza się staje nerwowa, to znaczy, że się kończy.

Minęły już 3 tygodnie od powrotu Donalda Tuska do polityki polskiej i już widzimy zwiększoną polaryzację. Czy to jest klucz do wygrania wyborów?

To jest sposób na wygranie wyborów, bo zasada jest bardzo prosta – tak się gra jak przeciwnik pozwala. Jeżeli nie można narzucić własnej narracji, a widać było, że to się PO nie udaje, potrzebna była zmiana. Skoro Rafał Trzaskowski w wyborach prezydenckich osiągnął wynik 10,5 mln, Borys Budka wygrał bezapelacyjnie wybory na szefa partii, to mieli cały rok, aby przejąć całkowicie władzę. Skoro to się nie stało, to albo nie mieli predyspozycji, pomysłu, jak to zrobić itd., a diagnozy są postawione już dano.

Tu nie trzeba odkrywać Ameryki na nowo. Tusk samym swoim wejściem spowodował, że scena polityczna się spolaryzowała. Pamiętajmy, że wygraną w wyborach nie dostaje się na tacy, wyborów nie wygrywa się na loterii i nie dostaje się tego w spadku. Wygraną w wyborach trzeba wyszarpać na ulicy. Diagnoza też jest słuszna, bo Jarosław Kaczyński, jak już widzimy, nie odpuszcza, przesuwa swoje pionki na szachownicy, wysyła giermków, kamikadze, tylko że to już przestało działać.

Widać za to, że narracja, która jeszcze 2 lata temu nie działała – trzeba odsunąć PiS od władzy – teraz zaczęła działać, a straszenie PiS-em jest wręcz obowiązkiem.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, że państwo leży, to musi być ślepy. CPK, zakup Abramsów, odbudowa pałacu Saskiego to są z kolei działania PiS-u według starej strategii. To są w tej chwili sprawy wtórne, bo jeżeli prawdą jest to, co ujawnił Banaś, a rozumiem, że tak, to dziura w budżecie jest taka, że jesteśmy w czarnej dziurze.

Aby odsunąć tę niszczącą, jak widać, władzę, to musi być polaryzacja i trzeba wyciągnąć ludzi z ciepłych pieleszy. Kiedyś przeszkadzała ciepła woda w kranie, to teraz jesteśmy na chwilę przed sytuacją, że kranu nawet nie będzie, bo ukradną.

Myślę, że Tusk doskonale to wyczuwa i pokazuje też młodszym kolegom, jak to powinno wyglądać. Bo to jest ostatni moment, a przed nimi ostatni bój i na pewno będzie krwawo. Przyznam, że boję się tego, ale władza, która obsiadła już wszystko, co mogła, tak łatwo odgonić się nie da, niczym mucha od kanapki z pasztetem, bo będzie walczyć o życie.

Co będzie główną narracją?

Kluczem są pieniądze. Tak jak wcześniej było 500 Plus, teraz do świadomości ludzi musi przebić się informacja, że jest gigantyczna dziura w budżecie, że pieniądze z Unii są mocno zagrożone, ponieważ polski rząd nie ma ochoty respektować zasad i norm, które uznaje cały cywilizowany świat i na które sam się umówił i zgodził. Jesień będzie gorąca.

Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego hasło „ruski ład”? Na razie widać już, że bije rekordy w mediach społecznościowych.
Nie dziwię się wcale, ale gdyby to samo hasło wrzucić pół roku wcześniej, to by nie zadziałało, bo wszystko musi mieć swój czas. Można napisać 10 stron o tym, jak podążamy drogą Putina, kto jest jakim agentem i kogo kto inspiruje, a można zawrzeć to w jednym stwierdzeniu.

Wszyscy wiedzą, że „ruski ład” polega na tym, że wolne media „morda w kubeł”, że sąsiedzi muszą się podporządkować, że oponenci polityczni, gdy się sprzeciwią za bardzo, to muszą być wyeliminowani. „Ruski ład” przebije także „Polskę w ruinie”, „wstawanie z kolan” itd.

W jednym z wystąpień Donald Tusk zasugerował, że warto zastanowić się nad skróceniem tygodnia pracy z 5 do 4 dni. Bez względu na słuszność, to czy ten pomysł może być czymś na kształt 500 Plus?

Zdecydowanie tak. Tusk jest ogromnie hejtowany, ale co już się miało do niego przykleić, już się przykleiło, choć trzeba przyznać, że nie jest w łatwej sytuacji.

Tusk powiedział to podczas wystąpienia w Gdańsku, w mojej ocenie chyba jego najlepszym wystąpieniu. Młodzi ludzie, którzy nie znają Tuska z lat jego rządzenia, dają mu spory kredyt zaufania i on im pokazał, że słusznie. Nie możemy uprawiać ziemi i wracać do podziałów rodem z XIX wieku, niezależnie od tego, jak bardzo by chciał pan Czarnek, kobiety do kuchni, a mężczyźni do pracy.

Dlatego Tusk pokazuje perspektywę młodym, oczywiście starszym też, że będzie cyfryzacja, automatyzacja, informatyzacja, więc skrócenie tygodnia pracy to dobry pomysł. Jednocześnie ten pomysł to także taki lewarek w drugą stronę do pomysłu wydłużenia wieku emerytalnego, co było politycznym błędem, choć z punktu widzenia ekonomii oczywiście miało sens.

Do ludzkiej świadomości przebijają się właśnie takie hasła jak „ruski ład”, skrócony tydzień pracy czy słowa o obronie 500 Plus przed PiS-em.

To było genialne PR-owskie posunięcie. To, co robił PiS do tej pory, umownie nazywając retorsją argumentów, czyli odwracanie kota gonem, świetnie robi Donald Tusk, który tak zakręcił tym kotem, że ten nie wie, gdzie co ma.

Tusk, TVN, lewica

Muszę przyznać, że podziwiam próbę PiS-u żeby choć troszeczkę zerwać się z amerykańskiej smyczy i uwalić amerykański TVN. Zabawne jeszcze bardziej, że robi to partia, która zainstalowała w Polsce amerykańskie wojska i bazy…

No i jeszcze śmieszniejsze, że to oznacza albo zbliżenie do Rosji, albo dalsze osuwanie się w zapyziały nacjonalizm i tępy konserwatyzm.
Kaczyński, jak widać wyczaił, że USA niespecjalne zależy na skrajnej, homofobicznej prawicy i jej wspieraniu. No to spróbuje teraz być sam przeciw wszystkim, zrobić tu full erdoganizm na odciętej, oblężonej wyspie-twierdzy. Ale nic z tego na szczęście nie będzie.

Tak samo, jak nic nie będzie z planów Tuska. On z kolei chcecywilizować polski konserwatyzm i katolicyzm, zrobić z siebie PiS+. Realnie cały program Tuska nie różni się praktycznie niczym od PiS-owskiego poza różnicą na poziomie kultury politycznej. Należy spokojnie na to patrzeć i przede wszystkim zająć się sobą.

Ani wyzysk, ani katastrofa klimatyczna, ani konieczność doinwestowania usług publicznych, ani odcięcie kleru od finansowania ze strony państwa nie znajdą przez liberalizm rozwiązania. Tto też jednak istotna lekcja dla uciekającej od socjalizmu lewicy marzącej o byciu centrum na tym polu zawsze pojawi się jakiś Tusk i was pokona. Lewica tylko mocno czerwona.

Kryzys lewicowej polityki: próba prognozy ostrzegawczej

Niebezpiecznie zrobiło się ostatnio na lewicy. Utrzymuje się stały i wyraźny spadek notowań sondażowych, przy którym wynik wyborów sejmowych z 2019 roku (12.5% głosów i 47 mandatów) wydaje się nie do powtórzenia – przynajmniej obecnie.

Pojawiły się niebezpieczne tarcia na lewicy, o czym pisze ostatnio Renata Grochal (Newsweek Polska, 5-11 lipca br.). W jednym z sejmików wojewódzkich radni lewicy głosowali za votum zaufania dla opanowanych przez PiS władz, za co zostali – moim zdaniem słusznie – ukarani partyjnym zawieszeniem. Trwają przewlekłe przygotowania do zjednoczenia dwóch głównych partii lewicowych, ale pracom tym brak jakiegokolwiek oddechu ideologicznego. Nie wiadomo, jaka pod względem programowym miałaby być ta nowa partia i jakie widzi dla siebie miejsce w polskim życiu politycznym. Odnoszę wrażenie, że w polityce lewicy zaczął ostatnio przeważać płaski pragmatyzm, co zwłaszcza dla partii nie będącej u władzy jest drogą donikąd – a raczej na margines sceny politycznej.

Sytuację lewicy skomplikował ostatnio powrót Donalda Tuska do kierowania Platformą Obywatelską i zaostrzenie antypisowskiego kursu w polityce tej partii. Tusk nie wykreował politycznej polaryzacji, która od kilku lat nadaje ton polskiej polityce. Wyciągnął natomiast logiczny wniosek z tej polaryzacji. Wskazał wyraźny cel działań opozycji – odsunięcie PiS od władzy, bez czego nie jest możliwe przywrócenie rządów prawa i odbudowanie godnego miejsca Polski w Unii Europejskiej. To nie jest nic nowego, ale Tusk – bardziej niż inni politycy Platformy Obywatelskiej – bardzo jednoznacznie opowiedział się za budowaniem szerokiego frontu opozycji demokratycznej. Łyżką dziegciu w tym przesłaniu było dość wyraźne dystansowanie się byłego premiera od sojuszu z lewicą. Nie dziwi mnie to, gdyż pamiętam, jaka była postawa Donalda Tuska i jego najbliższych współpracowników w stosunku do lewicy przed utraceniem przez nich władzy. Niemniej uważam, że logika spolaryzowanego konfliktu będzie zmuszała przywódcę PO do zrewidowania stanowiska w tej sprawie.
Stanie się tak jednak tylko pod warunkiem, że lewica przemyśli obecną sytuację i wyciągnie wnioski z dotychczasowej polityki. Przypomnę, że spadek poparcia dla lewicy zaczął się w czasie w zeszłorocznych wyborów prezydenckich, w których Robert Biedroń otrzymał żenująco niskie poparcie – 2,2% głosów, a więc mniej nawet niż pięć lat temu padło na niepoważną kandydatkę SLD Magdalenę Ogórek. Nikt z kierownictwa lewicy, w tym także sam Biedroń, nie przedstawił przekonującej interpretacji tego wyniku. Pisałem w czasie tej kampanii, że kandydat lewicy powinien jednoznacznie – i to jeszcze przed pierwszą turą – zapowiedzieć, że w drugiej turze lewica poprze tego kandydata opozycji, który się w niej znajdzie, co w ówczesnej sytuacji oznaczało jednoznaczne opowiedzenie się po stronie Rafała Trzaskowskiego. Zamiast tego otrzymaliśmy kuriozalne stwierdzenie, że nie ma znaczenia, który „kandydat prawicy” wygra wybory. Od tego czasu płacimy za ten błąd polityczny. Stworzył on bowiem wrażenie, że są na lewicy politycy gotowi paktować z Prawem i Sprawiedliwością. To dlatego tak wielkie poruszenie wywołało na lewicy porozumienie w sprawie głosowania nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy. Poruszenia tego nie byłoby, gdyby lewica wyraźnie i konsekwentnie broniła tezy, że jej wrogiem politycznym jest obecna partia władzy – autorytarna, antyeuropejska, ksenofobiczna. Niestety dostrzegam w postępowaniu przywódców lewicy dziwaczną niekonsekwencję. Z jednej strony mamy mylącą retorykę dyktowana przez „symetrystów” w rodzaju Rafała Wosia i niektórych polityków partii Razem, którzy gotowi są do flirtu z Prawem i Sprawiedliwością w imię jednostronnie pojmowanego programu socjalnego. Z drugiej – słuszną taktykę wspólnego działania całej opozycji, co dało efekty w postaci istotnej roli Senatu blokującego skutecznie próby PiS opanowania stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich, czy też spektakularny sukces kandydata zjednoczonej opozycji w wyborach prezydenta Rzeszowa – miasta, które rok wcześniej poparło Andrzeja Dudę. Ta niespójność politycznego przekazu powoduje, że lewica nie jest w stanie pozyskać głosów młodego pokolenia – bardzo radykalnie antypisowskiego, ale zarazem nieufnego w stosunku do polityki prowadzonej przez lewicowe partie.

Ten stan rzeczy musi ulec zmianie, jeśli lewica nie chce wrócić do stanu, w jakim znalazła się po wyborach 2015 roku – poza parlamentem, a tym samym na marginesie życia politycznego. Przygotowaniom do zjednoczenia dwóch głównych partii lewicowych powinna towarzyszyć pogłębiona dyskusja programowa. Powinna ona dotyczyć czterech głównych obszarów.
Po pierwsze: wolności i prawa obywatelskie, w tym prawa mniejszości (w tym seksualnych) i liberalizacja prawa antyaborcyjnego, przywrócenie rządów prawa.

Po drugie: realistyczny program społeczno-ekonomiczny zapewniający trwały wzrost gospodarczy i poprawę sytuacji warstw uboższych, połączony z konsekwentnym wyplenieniem politycznego nepotyzmu, który za rządów PiS osiągnął niespotykany poprzednio poziom.

Po trzecie: rewizja polityki zagranicznej, umocnienie pozycji Polski w Unii Europejskiej i sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi przy równoczesnym dążeniu do poprawy stosunków Z Rosją i przeciwstawianiu się tendencjom „zimnowojennym” w relacjach z Chinami.

Po czwarte wreszcie: odważna i konsekwentna obrona dorobku Polski Ludowej w tych wszystkich obszarach, w których ówczesna polityka dobrze służyła polskiemu interesowi narodowemu, a także stanowczy sprzeciw wobec dyskryminacyjnemu traktowaniu ludzi uczciwie pracujących dla Polski w istniejących przed 1989 rokiem warunkach.

Stosunek do tych kwestii będzie rodził podziały w szeregach opozycji demokratycznej. Na konserwatywnym skrzydle tej opozycji silny jest opór przeciw liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, choć warto zauważyć, że w Platformie Obywatelskiej mają miejsce pod tym względem korzystne – choć raczej nieśmiałe – zmiany. Część – ale tylko część – opozycji hołduje neoliberalnym złudzenio m ekonomicznym. Trzeba w tej sprawie podjąć pogłębiona debatę i wykorzystać wielki dorobek lewicowych ekonomistów, zwłaszcza najwybitniejszego z nich, autora „Strategii dla Polski” Grzegorza Kołodki.

Spory programowe w szeregach opozycji nie powinny jednak nikomu przesłaniać podstawowej kwestii. Dziś i jutro sprawą dla Polski najważniejsza jest obrona ładu demokratycznego, czego nie da si ę uzyskać bez odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego popleczników. Stanowią oni bowiem śmiertelne zagrożenie dla Polski – jej ładu demokratycznego i jej pozycji w świecie. Temu musi jednoznacznie być podporządkowana polityka lewicy – bez wahań i niedomówień. Lewica musi stać się najbardziej konsekwentnym i stanowczym obrońca demokracji i rządów prawa przeciw nowemu autorytaryzmowi i populistycznemu nacjonalizmowi prawicy. Musi chcieć i potrafi c działać w ramach szerokiego frontu opozycji demokratycznej – zachowując swą ideową tożsamość, a zarazem budując szerokie porozumienie sił demokratycznych. Tylko na tej drodze może odbudować a nawet wzmocnić swą polityczna pozycję. Trzeba jednak realistycznie spojrzeć na obecną sytuację. Po wyraźnej poprawie sprzed dwóch lat mamy obecnie do czynienia z niebezpiecznym osłabieniem pozycji lewicy w polityce polskiej. Kiedyś wydawało nam się, że lewica nie może wypaść z Sejmu. Okazało się, że może. Trzeba więc pamiętać, że w polityce nic nie jest dane raz na zawsze. Nie w tym rzecz, by narzekać i siać zwątpienie, lecz by realistycznie patrzeć na rzeczywistość i widzieć zagrożenia. W tym możliwość spełnienia się czarnego scenariusza, w którym lewica ponownie utraci zdolność wpływania na polską rzeczywistość. Temu ze wszech sił trzeba się przeciwstawiać, ale będzie to skuteczne tylko pod warunkiem trafnej oceny istniejących zagrożeń i znalezienia drogi wyjścia.

Ratunku!

Tego typu nastroje zdają się dominować w szeregach dwóch największych partii politycznych i są ku temu powody- twierdzi szewc Fabisiak.

Wiadomo bowiem, że dwie czołowe siły polityczne tj. PiS i PO przeżywają ostre kryzysy wewnętrzne w związku z czym starają się podejmować kroki zaradcze, które w sytuacji paniki we własnych szeregach a zwłaszcza w gremiach kierowniczych są mało skuteczne również po względem propagandowym. Taka jest reguła działań podejmowanych na chybcika w sytuacji poczucia narastającego zagrożenia – zauważa szewc Fabisiak. Dla PiS problemem jest coraz bardziej niepewna lojalność ze strony partnerów z tzw. Zjednoczonej Prawicy a także przypadki odchodzenia niektórych posłów co jest o tyle groźne, gdyż może skutkować utratą sejmowej większości. Jak na to reaguje Jarosław Kaczyński? Ano po swojemu starając się pokazać swoją siłę wobec takich wrażych podmiotów, jak TVN czy Strajk Kobiet. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że działania zastraszające podjęto po tym jak szumnie zapowiedziana przezeń walka z nepotyzmem we własnych szeregach przestała kogokolwiek pasjonować. Większość ludzi w gruncie rzeczy mało obchodzi to, kto zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i z kim są skolgaceni. Istnieje taki perskie przysłowie: kabutar be kabutar booz be booz (gołąb z gołębiem, jastrząb z jastrzębiem), które ma swój polski odpowiednik w postaci porzekadła: ciągnie swój do swego. I dopóki ów kolejny swój nie będzie szkodzić zwykłemu obywatelowi, to tenże obywatel będzie go miał w odnośnym poważaniu. A gdy zacznie szkodzić, to wówczas nie będzie ważne czy szkodzi swój czy nie swój. Ponadto zapowiedziana natynepotyzmowa krucjata ma odwrócić uwagę od innego, mającego znacznie większe rozmiary zjawiska jakim jest nagminne wsadzanie partyjnych nominatów wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Szewc Fabisiak zdaje sobie sprawę z tego, że podobne praktyki miały też miejsce w przeszłości. W końcu po to utworzono spółki skarbu państwa by można tam było lokować partyjnych kolesiów. Jednak problem PiS polega na tym, że formacja ta cierpi na ostry niedobór fachowych kadr w związku z czym zmuszona jest do wyłuskiwania osób niekompetentnych czy wręcz indolentnych.
Ratunku! – woła też Platforma. Przez swoje mało przemyślane działania a przede wszystkim bezzębność programową od dłuższego czasu traci poparcie ze strony swoich dotychczasowych wyborców. Przy tym – jak zauważa szewc Fabisiak – PO zachowuje się trochę jak niedouczony bokser, którego szkolono tylko w kontrowaniu przeciwnika a który sam nie umie przejść do ataku. Podobnie jak PiS również Platforma ma problemy związane z kadrowym ubytkiem. Co rusz to jakiś poseł czy inny polityk zsuwa się z Platformy bądź jest z niej zsuwany. W sytuacji, gdy szefostwo PO nie może sobie poradzić z własnym problemami ściąga na pomoc Tuska Szewc Fabisiak przyznaje, że zrobiono to w odpowiednim momencie. W dniu kiedy odbywała się konwencja PiS. Dzięki temu światowe agencje szeroko informowały o powrocie Donalda Tuska, który dzięki pełnionej eurofunkcji zdążył już sobie wyrobić medialną renomę, natomiast kogo zagranicą interesuje to w jaki sposób Jarosław Kaczyński zamierza traktować pociotków swoich partyjnych współplemieńców? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Powracający Tusk natchnął co prawda Platformę i pewną część jej sympatyków duchem optymizmu graniczącym niekiedy z euforią, lecz nie posunął jej ani na krok w jakimś pomyśle na przyszłość. Być może nad takim pomysłem pracuje a może nie. Tymczasem sam powrót Tuska nawet w kraju, gdzie działa magia nazwiska, sam w sobie nie jest wystarczającym atutem na wygranie wyborów skoro nie posiada się propozycji twórczych i trafiających do ludzkiej świadomości rozwiązań. Jak trafnie zauważyła w jednej z telewizyjnych dyskusji socjolożka Elżbieta Korolczuk, „nie da się robić tych samych rzeczy i oczekiwać innych rezultatów”.

Zatem Tusk ma do wykonania dwa zadania – jedno partyjne i jedno osobiste. Pierwsze to wyprowadzenie PO z kryzysu i usiłowanie wygrania wyborów. Drugie polega na wyeliminowaniu potencjalnych konkurentów we własnym obozie i przyległościach. W tym pierwszym przypadku będzie musiał toczyć bój o wyborcze głosy z Szymonem Hołownią i jego Polską 2050, która to nazwa – jak uważa szewc Fabisiak – może sugerować datę objęcia władzy przez to ugrupowanie. Nadzieją dla Tuska jest to, że Hołownia będzie słabnąć, tracić i tak już mało dynamiczny impet oraz zwyczajnie zacznie mu brakować kasy o czym on sam już mówi publicznie.
Za to w tym drugim przypadku Tusk ma większe możliwości wsparte wieloletnim doświadczeniem w tego rodzaju działaniach. Szewc Fabisiak przypomina, że Donald Tusk umiejętnie pozbył się dwóch tenorów z którymi zakładał Platformę Obywatelską, którą ostatecznie przejął w swoje wyłączne władanie. Następnie zmarginalizował Grzegorza Schetynę a Ewę Kopacz wpuścił w premierostwo niemal w przededniu przegranych wyborów parlamentarnych. Borysa Budki nie musiał uziemiać, gdyż sam się uziemił. Teraz na celowniku jest Rafał Trzaskowski, która też ma ambicje przywódcze. Wprawdzie Tusk nie może wynieść go z fotela prezydenta stolicy, lecz może za to utrudniać mu samodzielne i niezależne działania jak choćby zapowiadany młodzieżowy campus w Olsztynie. Jak donoszą niektóre media, Tusk już rozpoczął namawianie platformowych prezydentów miast by nie angażowali się w ruch samorządowy, który podobno ma tworzyć Trzaskowski. Tym samym jednak nie tylko osłabia Trzaskowskiego ale i samą Platformę oraz potencjalnych sojuszników, których największa wadą jest to, że nie chcą się podporządkować jego dominacji. Ciekawe czy dostrzegają to zauroczeni starym-nowym przywódcą działacze oraz wyborcy PO? – zastanawia się Szewc Fabisiak.

Krótki plan dla Lewicy

Polityczną odbudowę – i co zwykle z tym się wiąże – faktyczną b u d o w ę Lewicy w Polsce w najbliższym czasie określać będzie i jednocześnie utrudniać powrót Donalda Tuska, co wraz z wpływem formalnie „niedookreślonego” ugrupowania Szymona Hołowni wywoła (i już wywołuje) rosnącą falę konfrontacji politycznej wewnątrz prawicowych obozów.

Prawica nie dokończyła jeszcze w Polsce wewnętrznej walki, a ponieważ doprowadziła do nieomal pełnej hegemonii i działa z pozycji politycznej dominacji, wypełnia i okupuje „bez reszty” scenę polityczną, narzuca jej swój ton i zwodzi pozorną dynamiką: tak wiele się dzieje, pada tyle słów, oskarżeń i obietnic, stale coś się szykuje, wszyscy są wciąż w stanie „podwyższonej gotowości”, itd. Z politycznego doświadczenia wynika, że przebicie tego muru nie będzie ani proste, ani natychmiastowe. Oznacza to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat nie należy szykować się na żaden wielki skok i nie należy także wyobrażać sobie przejęcia władzy. Zadbać trzeba przede wszystkim o to, aby zachować dotychczasowe zdobycze i przygotować pole i siły do skutecznej ekspansji.

Zachowanie młodzieży

Podstawową siłą Lewicy jest obecnie poparcie, którym cieszy się ona wśród ludzi młodych. Nie miejsce tu, by szeroko analizować przyczyny, dla których znaczne grupy młodzieży opowiadają się dziś za hasłami lewicowymi. Mówiąc najkrócej, wynika to zapewne ze sprzeciwu wobec panujących obecnie i w niedawnej przeszłości partii prawicowych w naszym kraju a także – i to w znacznym stopniu – wobec sprzeciwu wobec prawicy globalnej i skutków jej poczynań. Pamiętajmy, że współczesna młodzież faktycznie żyje w zglobalizowanej rzeczywistości… Wynika to z utrzymującego się nadal wizerunku lewicy jako siły rewolucyjnej i krytycznej. Z aprobaty wobec postulatów tradycyjnej lewicy wreszcie czerpanej z postaw etycznych i światopoglądowych. Nie należy lekceważyć także kwestii stylu. Stylu wypowiedzi, życia, działania, wybitnie nieznośnego na polskiej prawicy. Nie lekceważąc zatem starszego pokolenia, to właśnie młodzież jest przyszłością Lewicy. Celem politycznym lewicowych ugrupowań musi być więc zwiększenie atrakcyjności Lewicy dla ludzi młodych. Im większą część młodzieży uda się Lewicy przyciągnąć, tym większe będzie jej poparcie za kilka lat. Aby nie zrazić do siebie młodzieży Lewica musi przy tym zadbać o kilka podstawowych spraw.
Po pierwsze należy włączać młodych – mam tu na myśli polityków poniżej 35 roku życia – w główny nurt i pierwszą linię politycznej aktywności, dawać „biorące” miejsca w kolejnych wyborach i niwelować wrażenie, że polityka jest dla ludzi młodych niedostępna, nieosiągalna. Należy też stopniowo rezygnować z młodzieżówek, które zawsze są „przystawką” i gorszą wersją partii politycznych. Wszyscy chętni i zasługujący na to powinni stawać się członkami partii po ukończeniu 18 roku życia. W ten sposób nie tylko likwiduje się partyjną gerontokrację: polityczny podział na „nibypartię” dla młodych i „prawdziwą partię” dla starych, ale także ożywia skostniałe struktury partyjne, które dzięki temu zyskują energicznych i młodych działaczy.

Po drugie program musi koniecznie zawierać postulaty dotyczące młodych osób i ważne dla nich, takie jak: kwestia mieszkaniowa, kwestia śmieciówek i tymczasowego zatrudnienia, kwestia reform w systemie edukacji, itd. Chodzi jednak także i o to, aby postulaty te nie znajdowały się w jakiejś oddzielnej sekcji programowej „Dla Młodych”, ale były pełnoprawnymi i pierwszoplanowymi punktami programowymi dla całej formacji. Należy przygotować nawet odpowiedni zestaw postulatów dla osób w wieku licealnym. Tu przede wszystkim liczyłoby się: odejście od opartego na „punktozie”, testach i kluczach systemu edukacji, wprowadzenie do liceów nowych przedmiotów (przygotowania zawodowego, poważnej wiedzy o kulturze, obowiązkowej etyki i filozofii), likwidacja zadań domowych, wycofanie ze szkół religii.

Po trzecie niezbędny jest bardziej nowoczesna, bardziej radykalna narracja. Kwestię obecności w Unii Europejskiej, szacunek dla Konstytucji i prawa oraz inne klasycznie liberalne postulaty należy przesunąć na drugi plan. Lewica potrzebuje energetycznego, krytycznego języka, który bezlitośnie będzie obchodził się z klerykalizmem, ze śmieciowym i prowadzącym nas ku zagładzie klimatycznej kapitalizmem, z systemowymi dogmatami, które wtłoczono do głów starszym pokoleniom. Wprost należy więc mówić, że w kapitalizmie nie ma demokracji i pokazywać na to przykłady. Wprost należy mówić o niszczycielstwie kapitalizmu, zbrodniach imperializmu, głodzie na świecie, czy o tym, że obecny system wymordował większość form życia na planecie. Wreszcie wprost należy też krytykować świętości III RP: prawicowy katolicyzm, mit wolności przyniesionej przez „Solidarność” czy też „naturalną” uczciwość zasad obecnego systemu ekonomicznego. Bo brak uczciwości kapitalistycznej gospodarki, jej brutalny charakter i wyzysk najlepiej odczuwają właśnie młode osoby, które stają się pierwszymi ofiarami rynku pracy w chwili nadejścia dowolnego kryzysu.

Określenie różnic

Drugim koniecznym wyzwaniem, które pomoże Lewicy przetrwać i przygotować się do nowych czasów jest wypracowanie i umiejętne przedstawianie wyróżniających ją na tle liberałów i konserwatystów politycznych kwestii. Lewica musi być świadoma tego, czym różni się od prawicy. Zaczynając od poziomu teoretycznego opracowania trzeba dojść do wykształcenia lewicowych kadr w takim zakresie, aby przy okazji każdej konferencji prasowej politycy Lewicy potrafili wskazać to, czym program ich formacji różni się od prawicowych propozycji.

Obecnie wielu polityków Lewicy orbituje wokół liberalizmu, niektórzy darzą nawet szczególnym szacunkiem Leszka Balcerowicza, a jeszcze inni uważają (bardziej lub mniej świadomie), że lewicowość jest to nic innego, jak liberalizm, to znaczy kapitalizm przyozdobiony tęczową tolerancją i „uczłowieczony” paroma programami socjalnymi. Tak dalej być nie może z prostego powodu: tę pozycję zajmą i już zajmują nowocześni, uczący się na własnych błędach liberałowie oraz konserwatyści nowego typu, tacy jak Szymon Hołownia, którzy z taką kartą w ręku i tak z Lewicą wygrają, bo w oczach zideologizowanych prawicowo mas nie będą obarczeni „czerwonym bagażem” negatywnych skojarzeń, a nawet po prostu bardziej w swej roli naturalni i wiarygodni.

A zatem po pierwsze, Lewica stoi po stronie ludzi pracy. Po drugie, lewica opowiada się za prawdziwą równością i przeciwko rosnącym nierównościom, nie chce świata miliarderów żyjących obok nędzarzy. Po trzecie, lewica jest krytyczna wobec kapitalizmu i sposobów jego funkcjonowania.

Lewica w odróżnieniu od liberałów nie chce taniego państwa. Ani niskich podatków dla kapitału zagranicznego i lokalnego, ani wolnych stref służących okradaniu społeczeństwa. Lewica widzi też i rozumie, że to kapitalizm – system kierujący się chciwością i podłością bez żadnych granic – odpowiada za zniszczenie klimatu i naszej planety. Lewica chce też powiększania funduszu spożycia zbiorowego czyli poszerzania zakresu tego, co wspólne, społeczne. Jej celem jest zawsze wyłączanie z wyścigu szczurów i rywalizacji ekonomicznej kolejnych segmentów społecznej egzystencji. Wszelkie podstawowe dobra – mieszkanie, pożywienie, edukację, opiekę medyczną, bezpieczne środowisko – lewica pragnie uczynić powszechnymi prawami, a nie elementami rynkowej walki o życie przeciwko innym pod groźbą bezdomności, śmierci z głodu czy braku dostępu do leczenia.

Są to wszystko kwestie podstawowe, na fundamencie których utrwalić się musi w umysłach lewicowych działaczy świadomość, że stanowią one całościową alternatywą dla prawicowych ideologii. Duża część – zwłaszcza młodych – działaczy już posiada tego typu świadomość.

Często są to jednak tożsamości i polityki marginalizowane, aby „na salonach” dalej dominowały stare teksty o dumie z przynależności do UE, NATO i stworzenia polskiej konstytucji. Te wszystkie uprawomocniające lewicę w oczach liberałów zasługi przynależą tymczasem do przeszłości. A wiadomo, że „trzeba z żywymi naprzód iść i po życie sięgać nowe”. Dziś lewicę konstytuuje konflikt, niezgoda i sprzeciw wobec panującego porządku i sytuacji. Są to jednocześnie jej korzenie, do których koniecznie musi wrócić. Przestrzeń krytyki w imię przyszłości jest to jedyna przestrzeń, której nie zagospodarują partie pochodzenia prawicowego. Niezależnie od wszystkiego jest to więc konieczność, szczególnie w czasach kryzysów i katastrof, które są przed nami.

Przygotowanie całościowej ideologii

Nie ulega wątpliwości, że Lewica ma problem. Ten problem widać najlepiej, kiedy rozważymy kwestię polityki realizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość oraz przez Platformę Obywatelską pod rządami Donalda Tuska. Te prawicowe byty – mimo że stare i wyjątkowo już przejrzałe – przyciągają wyborców, bo oferują im coś znacznie istotniejszego niż cenne reformy, racjonalne postulaty czy gwarancję dobrego administrowania państwem. Te partie oferują swym wyborcom ideologię. I to w czystej postaci.

Ideologię w sensie marksistowskim – to znaczy całościowy zestaw poglądów i interesów, który tworzy pewną większą, ogólną formację politycznego myślenia. Głosując na PiS czujesz więc, że jesteś obrońcą Polski, obrońcą polskiego ludu, polskiej tradycji, polskiej własności i walczysz przeciwko zagranicznym potęgom, lewactwu, tęczowym świrom, czy amoralnemu i antyreligijnemu zepsuciu. Głosując na PO odczuwasz, że bronisz racjonalnego polskiego kapitalizmu, prywatnej własności przed zakusami państwa, że walczysz o nowoczesną konstytucję, o prawo, które nie poddaje się partiom politycznym, że jesteś praworządnym obywatelem Republiki i postępowym liberałem szanującym wolność… A Lewica? Od Lewicy wieje pustką, pod którą skrywa się chaos.

Niemrawe przebąkiwania o państwie opiekuńczym typu skandynawskiego, co jakiś czas wystąpienie za tolerancją, zestawy chaotycznie przedstawianych reform, przypadkowe wystąpienia posłów motywowane czysto indywidualistycznie … Lewica nie potrafi i nie jest w stanie sformułować swej ideologii. Nie ma doktryny, ponieważ rządzi nią przypadek będący sumą indywidualnych zwyrów. Jest jak serie memów wstawiane na kontach Lewicy na Facebooku – ma mnóstwo słuszności, ale nie ma żadnego planu politycznego, żadnego uporządkowania ani większej narracji. Lewica nie ma haseł. Nie ma projektu systemowego. Nie ma utopii. Dlatego też jest skazana na odbijanie się od ideologii-utopii dominujących partii prawicowych. Samo krążenie pomiędzy „Polskim ładem” i kolejną inkarnacją liberalizmu jednak nie wystarczy. I pokazują to sondaże.
Dochodzimy tu także do „kwestii działaczowskiej”. Lewicy potrzebna jest większa narracja, tak samo jak potrzebuje ona narratorów. Potrzebni są ludzie mówiący coś więcej niż „Bo myśmy załatwili trochę pieniędzy na szpitale” albo „Mamy dobry pomysł numer 2438234, popatrzcie na piętnasty dobry mem w tym tygodniu”. Polityka to projektowanie idei i spektakl ich prezentacji. Skuteczna ideologia musi zostać skutecznie zaoferowana i wyrażona. Lewica potrzebuje zdolnych mówców, którzy działają według planu. Potrzebuje planowanych przemówień i najlepszego możliwego przygotowania na poziomie, którego obecnie nie prezentuje. Działacze muszą zacząć poważniej dzielić się obowiązkami i funkcjonować zespołowo. Obecnie są to raczej grupki skupione wokół zatomizowanych politycznie posłów walczących o uwagę i rywalizujących także pomiędzy sobą. Struktura. Partia to struktura.

Podstawowym krokiem do odbudowania własnej ideologii jest wytyczenie linii oddzielającej nas od przeciwników. Obie prawicowe, hegemoniczne partie należy wobec tego zestawiać i przedstawiać wspólnie jako jedno zło w dwóch smakach. Lewica potrzebuje wyrazistego wycięcia swojej przestrzeni politycznej. Dlatego oba prawicowe obozy musi prezentować, jako głównych odpowiedzialnych za masakrę ludzi („nadmiarowe zgony”) w czasie pandemii, jako winnych osłabienia i utrwalania słabego, niedofinansowanego i w efekcie antyludzkiego państwa. Lewica musi krytykować kartonowość państwa czasów PO, ale też skutecznie wykazywać, że PiS niewiele tu zmienił. Według danych z GUS ubóstwo wzrosło w 2020 roku o 1 punkt procentowy. Fatalnie wygląda także wskaźnik dzietności. Polska ma nadal najgorsze i trucicielskie powietrze w Europie. Rząd realizuje też kolejny prywatyzatorski zamach na emerytury… Są więc argumenty w pełni wystarczające do obarczenia PiS-u odpowiedzialnością za kontynuację neoliberalnych polityk. POPiS to niewielkie różnice w obrębie jednej rodziny, a przy tym wielka wspólnota poglądów w wielu kwestiach. Na szczególną uwagę zasługuje konserwatyzm obyczajowy i religijny, który czyni z tych partii twory anachroniczne, rażąco nieodpowiednie wobec szybko laicyzującej się tożsamości polskich obywateli i obywatelek.

Poważna walka polityczna zacznie się w momencie, kiedy Lewica przyswoi sobie nowy program i postanowi działać jak siła polityczna, jak prawdziwa partia. Zachowanie sympatii młodzieży, wypracowanie wyróżniających politycznie punktów i przedstawienie całościowej ideologii-projektu to niezbędne minimum. Minimum, które pozwoli marzyć o powtórzeniu wyniku wyborczego i przygotuje Lewicę do starć politycznych w bliskiej przyszłości, kiedy kolejne kryzysy i katastrofy jeszcze bardziej osłabią zaufanie społeczne do prawicowych zdolności zarządzania państwem. Jednocześnie osłabnie też wiara w dobroczynne właściwości kapitalizmu. Lewica – bliska świata pracy i grup wyzyskiwanych, systemowo prześladowanych – musi wyprzedzić tę świadomość i czekać na nią z gotowym projektem. Kaczyński i Tusk mogą prowadzić kolejną turę wielkiej prawicowej wojny o Polskę. Ale Lewica może sprawić, że to będzie ostatni konflikt tego typu. To właśnie ze strachu przed Lewicą POPiS poczynił zresztą ogromne inwestycje w sferze kultury i propagandy, w IPN i antyracjonalistyczne, antysocjalistyczne nauczanie… A czas wrócić właśnie do haseł i do politycznego języka, który wyróżnia. Przyszłość będzie czerwona jeśli czerwień będzie na nią gotowa.

Czemu cieniu powracasz?

Powroty bywają męczące. Coś o tym wiem. Ostatnio wracałem do domu z Rzeszowa i do tej pory dochodzę do siebie. Kiedyś jedna z grup młodzieżowych wracała z Łowicza do Warszawy przez 18 godzin. A całkiem niedawno premier Tusk wrócił na łono partii. Dumam sobie od dni paru, czy coś z tego będzie.

Żeby Donald Tusk nie miał za łatwo na nowej-starej drodze życia, PiS odpowiednio się o to zatroszczył na początku tygodnia. Sławomir Nowak dostał nowe-stare zarzuty łapówkarskie. Na konferencji prasowej, prokurator, punkt po punkcie odnosił się do każdego, wykazując dowody w postaci pochowanych po szafach pieniędzy. Nazbierało się tego 4 mln złotych. Inna rzecz, że zarzuty ukraińskiej strony mówią o dużo większych defraudacjach. Sprawa z Nowakiem jest rozwojowa. Zakończy się zapewne skazaniem, chyba że Nowak da PiS-owi na tacy głowę samego Tuska, w co raczej nie wierzę. Chociaż, z drugiej strony, Nowaka sypnęli ponoć jego współpracownicy, dociśnięci w śledztwie, więc kto wie. Napisałem nawet w tej sprawie wiadomość do jednego z byłych, wpływowych polityków PO, że wobec tego co się zadziało i czego dowiedziała się opinia publiczna, skazanie Sławomira N. jest bardziej niż pewne. Nic nie odpisał.
Sondaże po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki dalekie są od hurraoptymizmu. Mimo że całkiem dobre, to nie rewelacyjne. Stara gwardia przybocznych w PO wierzy w charyzmę szefa, ale nowi, młodsi, zdążyli już się oswoić z Trzaskowskim jako liderem. Borysa Budki, oprócz najbliższych partyjnych współpracowników i najbliższej rodziny nikt specjalnie nie uważał, a może i szkoda, bo to postać w polskiej polityce nietuzinowa. Tak czy inaczej, dostało mu się od Tuska i Trzaskowskiego, po informacji, że Budka kluczył w sprawie wspólnego spotkania w sześcioro oczu, które miał zaproponować Tusk, nie chcąc dopraszać nań prezydenta Warszawy. Po tej akcji nikt przez dłuższy czas nie spojrzy nań przychylnie, choć, oczywiście, mozolną pracą może się znowu wspiąć wyżej niż jest, tak jak ongiś Nowak.

Czy wobec takiego obrotu spraw i zwrotnej informacji, że sama osoba Donalda Tuska i jej powrót wcale nie gwarantują Platformie i opozycji sukcesu w walce z PiS-em, może coś z tego być? Odpowiedź tkwi w samym Donaldzie Tusku, który przez lata brukselskiej banicji wewnętrznie się przepoczwarzył, lub przynajmniej, sprawiał takie wrażenie. Znacznie bardziej energiczny, jeszcze bardziej pewny siebie, umocniony i obyty światowiec. W porównaniu do prezesa Kaczyńskiego to niebo i ziemia. Ale cały czas gotów do intryg i szczucia jednych na drugich, jak to polityk. W książkach na temat samego Tuska i jego kariery można wyczytać, że do perfekcji opanował on przez lata umiejętność podkupywania sobie atencji i wdzięczności jednych kosztem drugich. Potrafił np. spotykać się z osobą A. której nadawał na osobę B. żeby za chwilę spotkać się z B. i odwrócić sytuację. A kiedy pragnął wyeliminować kogoś ze swoich politycznych ścieżek, najczęściej sięgał po zauszników i przeprowadzał swoje dintojry w białych rękawiczkach. Pytanie, które wyborcy, przyszli i niedoszli, Donalda Tuska winni sobie dziś zadawać, winno brzmieć: czy szef PO nadal to potrafi, czy może już się tego wyzbył i potrafi grać czysto? Jeśli pobyt brukselski zmienił go na tyle, że pozbył się balastu „wilczych oczu” to już dobrze, bo jakżeż tu ufać komuś, kto potrafi drugiego utopić w łyżce wody za krzywy uśmiech czy damski członek. Po prostu nie godzi się. Ze zwykłej przyzwoitości.

Z drugiej jednak strony, jeśli Tusk postradał swój przyrodzony zmysł łowcy, bo ktoś spiłował mu kły na obczyźnie, może to niezbyt dobrze wróżyć na przyszłość w zbliżającej się walce z Kaczyńskim o kolejną kadencję w Sejmie. Ważną składową wpływu Tuska na Platformę i polską politykę jako taką będzie również dobór najbliższego, politycznego otoczenia. Jeśli bowiem zostanie przekonany do tego, żeby postawić na nowe twarze, poprzyklejane od Petru czy Nowackiej, charaktery mogą nie zagrać i niewiele się uda. Nie wiadomo też, czy wewnętrzna opozycja pozwoli mu na sięgnięcie po starych znajomych z pola boju, bo ten ruch pewnikiem odbije się n paskach TVP. Bo na pewno nie TVN-u, którego niebawem może nie być, choć osobiście nie wierzę w taki scenariusz. Kaczyński po raz kolejny wypuszcza próbny balon, żeby ten rozgonił czarne chmury. Choćby tą, wartą ponad 250 mln. Za respiratory od handlarza bronią z Lublina. Ale przecież cóż to niby za afera? Nie było respiratorów, nie było kasy to i równie dobrze może nie być śledztwa.

Powrót Tuska

Wreszcie powrócił. Wreszcie, ponieważ liberalny mainstream oczekiwał go niczym Rzeczpospolita Władysława Andersa na białym koniu. Nie jest to jednak dobra informacja dla lewicy, która przeżywa swoje wewnętrzne problemy.

O powrocie Tuska mówiło się od kilku miesięcy. Kierowana przez nieudolnego i nijakiego Borysa Budkę partia tonęła w sondażach. Była bezradna, bezideowa i bezzębna. Dała się wyprzedzić Szymonowi Hołowni, nie był to jednorazowy epizod, lecz konsekwencja taktyki kierowanej przez byłego już przewodniczącego i trwały trend. Jego odejście jest oczywiście jego klęską. Partia po ostatnich wyborach parlamentarnych ma trzeciego przewodniczącego. Taki wewnętrzny chaos jest symbolem bezradności. I tak jak w kampanii prezydenckiej, gdy kandydatką PO była Małgorzata Kidawa-Błońska, Szymon Hołownia zyskiwał, tak po zmianie kandydata na Rafała Trzaskowskiego, były dziennikarz TVN 24 tracił impet, który problemy PO potrafił skutecznie wykorzystywać. Zapewne teraz będzie podobnie. Donald Tusk bowiem nie wrócił na okres kampanii wyborczej. On po prostu musi pokonać PiS za dwa lata. Obojętnie w jakim stylu, obojętnie z kim. Na krotką metę można zakładać, iż „efekt Tuska” odbije się w sondażach pozytywnie. Dla elektoratu PO Tusk jest synonimem zwycięstwa. Rzeczywistość jednak, tak w życiu jak i w polityce, bywa zaskakująca. Dopiero po jesiennych sondażach dowiemy się czy powrót Tuska był skuteczny. Dochodzą do tego podziały w samej PO oraz osoba Rafała Trzaskowskiego, który ma swoje ambicje. I nie ma takich obciążeń, jakie ma Tusk. Może czekać na jego potknięcie.

Z powrotu Tuska zaciera ręce Jarosław Kaczyński. Nikt bardziej w elektoracie tej partii nie jest tak znienawidzony, jak były premier. Nikt też bardziej nie zmobilizuje elektoratu Zjednoczonej Prawicy, jak były szef EPL. To daje doskonały asumpt dla Jarosława Kurskiego i jego niezwykłego talentu propagandowego w TVP. Powrót Tuska to powrót do bipolarnej sceny politycznej, która zostanie jeszcze bardziej zabetonowana. Politycy PiS z lubością będą pytać opinię publiczną czy chcą powrotu do tego, co było? Sam Donald Tusk przyznał, że popełnił błąd podwyższając wiek emerytalny oraz krytykując program 500 plus. Pytanie, kto mu uwierzy i jaką ma alternatywę dla rządów Jarosława Kaczyńskiego. Wyborcy, którzy się wahają, a to zwykle oni decydują o wyniku wyborczym, którzy są umiarkowani, bardziej kierują się własną kieszenią, raczej tego nie chcą. Powrót Tuska może wzmocnić Mateusza Morawieckiego wewnątrz PiS-u. Partia będzie chciała, żeby stał się zaprzeczeniem Tuska. Tak jak Andrzej Duda był antytezą Bronisława Komorowskiego. Powróci zapewne konflikt sprzed lat: polska liberalna vs polska solidarna. Polska polityka stanie się jeszcze bardziej plemienna.

Stracić może również lewica, która mogła korzystać, podobnie jak Hołownia, na problemach w PO. Stoczy ona zacięty bój o młodego wyborcę, dla którego sprawy światopoglądowe i kulturowe mają zasadnicze znaczenie. Decydującą rolę mogą odegrać tu kobiety, dla których lewica zdaje się mieć atrakcyjniejszą ofertę. W przeszłości jednak bywało tak, że nawet Kongres Kobiet wspierał kandydaturę Bronisława Komorowskiego na urząd Prezydenta RP, mimo, iż ten uważał „kompromis aborcyjny” za sukces polskiego demokracji i sam był konserwatystą. Donald Tusk może również przedstawiać się, a ma ku temu argumenty, za polityka europejskiego formatu, który doskonale orientuje się w budowie nowoczesnego społeczeństwa. Ten europejski blichtr będzie mocno eksponowany w kreowaniu PO jako partii tolerancyjnej, otwartej i walczącej z ciemnogrodem, jakim w ich przekonaniu jest PiS. To Tusk ma jednak większe argumenty na reprezentowanie europejskich wartości niż lewica, która po głosowaniu ramię w ramię z PiS mocno oberwała, nie tylko w mediach, ale również w sondażach. Dla elektoratu lewicy PiS jest synonimem zła, partią z którą nie siada się do rozmów. Wyborcy są trudni, i choć politycy lewicy mieli swoje racje, to nie oni będą oceniać samych siebie, tylko ich wyborcy. Sam Tusk przyznał, że współpraca z lewicą w tym momencie jest wykluczona. To również o czymś świadczy. W polityce pełnej podziałów, takiej jak polska, trzeciemu jest niezwykle trudno.

Donald Tusk wraca w najlepszym dla siebie momencie. W momencie, gdy po pierwsze w rządzie następują ogromne tąpnięcia. Dochodzą do tego problemy gospodarcze, wywołane przez pandemię. Po trzecie, sytuacja międzynarodowa również dla PiS staje się niekorzystna. Stracili bowiem potężnego sojusznika w osobie Donalda Trumpa a ich sojusz ze skrajną prawicą w Europie jest dla Tuska niezwykłym prezentem. Pytanie, czy będzie potrafił to wykorzystać i po raz kolejny uwieść wyborców, jak robił to wielokrotnie. Jeśli przegra, straci nie tylko szanse na powrót do władzy, ale straci twarz i zapewne sympatię Tomasza Lisa.

Przemysław Prekiel

Konieczny: Tusk? Odgrzewany kotlet!

W sobotę 3 lipca Donald Tusk wygłosił przemówienie z okazji swojego powrotu za ster Platformy Obywatelskiej. Jego zdecydowana większość poświęcona była rządom Prawa i Sprawiedliwości, co nie umknęło oku politycznych komentatorów, w tym członków innych partii politycznych. Jeden z nich, poseł Maciej Konieczny ze współtworzącej koalicję Lewicy Partii Razem stwierdził, że polityczna walka pomiędzy Kaczyńskim a Tuskiem to „odgrzewany kotlet”, który jest czymś zupełnie innym od tego, czego oczekują Polacy przed pięćdziesiątką.

„Może PiS jest zły, ale parę rzeczy…” – furii dostaję, jak to słyszę, bo to zło, które czyni PiS, jest tak ewidentne, bezwstydne i permanentne. Ono się dzieje każdego dnia w każdej właściwie sprawie. Może to taka bezwstydna determinacja w czynieniu złych rzeczy; może on spowodowała, że ludzie w Polsce, to dotyczy prawie wszystkich, jakby opuścili ręce i mówią: „nie no, oni są już tak bezczelni w tych złych sprawach, że chyba nic się nie da zrobić” – mówił Tusk w trakcie Rady Krajowej PO.

Trzeba – podkreślił – „zacząć od tego pierwszego najważniejszego przykazania: jak widzisz zło, walcz z nim i nie pytaj o dodatkowe powody”.„Siłą Platformy wg Donalda Tuska ma być słabość PiSu oraz wiara w siebie. Może ja wybredny jestem, ale dla mnie trochę mało. Wciąż nie mam pojęcia jak miałaby wyglądać Polska rządzona przez Platformę. Pozostaje przyjąć, że tak jak ostatnio: tanie państwo z tektury i śmieciówki” – komentował wystąpienie Tuska na Twitterze poseł Konieczny.

Sam fakt stanięcia przez Tuska na czele Platformy, poseł Konieczny komentował przed kilkoma dniami dla telewizji Polsat News. „Mamy 2021 rok, a mamy znowu żyć jakąś batalią dwóch seniorów Polskiej polityki. Epicką bitwą Kaczyńskiego z Tuskiem. Myślę, że Polacy poniżej pięćdziesiątki oczekują czegoś zupełnie innego. Bardzo szybko okaże się, że nie da się odgrzewać tego samego kotleta” – komentował wówczas.

Jak wyjaśnił, stąd rosnące poparcie koalicji Lewicy wśród młodych. Dodał również, że w weekend ugrupowanie pokaże kontrofertę, która „nie będzie się odnosiła w żaden sposób ani do pana Tuska, ani do pana Kaczyńskiego, tylko do tego, jaką propozycję ma Lewica dla Polski i Polaków”.

„Lewica nie będzie uczestniczyła w tych grach” – dodał.

Dobre czasy minęły bezpowrotnie

W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych – mówi dr Robert Sobiech w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Trzech posłów na czele z posłem Girzyńskim odeszło z klubu PiS. Czy to oznacza, że zaczął się odpływ od partii władzy? Co nam to mówi o jej kondycji?

ROBERT SOBIECH: To, że dobre czasy minęły. Chyba bezpowrotnie. Po raz pierwszy od 2015 roku koalicja rządząca nie ma w Sejmie większości. Bardzo trudno będzie nadal stosować metodę ekspresu legislacyjnego, czyli bezrefleksyjnego uchwalania ustaw przy pomocy zdyscyplinowanej większości. Okazuje się, że Zjednoczona Prawica staje się coraz mniej zjednoczona. To PiS tracący posłów, nieobliczalny Ziobro i niespokojny Gowin.

I partia Bielana…

O której wiadomo, że powstała i nic więcej. Zrobiło się wielu aktorów na scenie obozu rządzącego…

Powiało latami 90., kiedy w parlamencie padały rekordy w ilości partii i partyjek…
To już inna sytuacja. Lata 90. były o tyle innym okresem, że każda z tych partii, które powstawały, próbowała zachować odrębną tożsamość. Teraz między Kaczyńskim, Ziobrą, Gowinem i Bielanem trudno doszukiwać się fundamentalnych różnic programowych. Myślę, że tu większą rolę odgrywa kalendarz wyborczy. Prawdopodobnie część posłów dostała sygnały, że nie może liczyć na miejsca na listach wyborczych. W związku z tym wysyła sygnały partii rządzącej, że nie można już liczyć na ich bezwarunkowe poparcie. Jakie warunki będą stawiane i czy zostaną one zapełnione, dowiemy się zapewne już jesienią.

To nowa sytuacja dla PiS. Do tej pory filarem polityki PiS była realizacja planu rządzenia bez zawracania sobie głowy konsultacjami, dialogiem społecznym, uzgadnianiem różnych interesów. Teraz będzie musiał uzgadniać każdy projekt ustawy z małymi partiami czy grupami polityków. Na pewno rządzenie staje się trudniejsze, tym bardziej, że mimo propozycji Nowego Ładu nie widać tu specjalnego planu rządzenia na przyszłość.

A sam plan nie przyniósł skoku poparcia.

Ale też znacząco ono nie spadło. W naszych badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych przez Centrum Studiów nad Demokracją, Społeczeństwem Obywatelskim i Elitami Politycznymi Collegium Civitas, widać, że wyborcy PiS są coraz bardziej osamotnieni w opiniach. W poglądach na funkcjonowanie demokracji nawet odstają od tych, którzy deklarują, że nie pójdą do wyborów, nie mają swojego kandydata, nie mówiąc już o wyborcach partii opozycyjnych. Sądzę, że ta przepaść pomiędzy PiS i jego wyborcami a całą resztą jeszcze się pogłębia. To wyraźny sygnał, że PiS nie może liczyć na dodatkowych wyborców. W przypadku polityków kierunek jest wręcz odwrotny, coraz częściej chcą opuszczać partię niż do niej dołączać.

PiS przypomina jeszcze kolosa, ale już na glinianych nogach?

To jeszcze zdecydowanie kolos, bo ma władzę praktycznie nad wszystkimi instytucjami, poza nielicznymi wyjątkami jak RPO czy NIK. Właściwie kontroluje wszystkie dziedziny życia i jeszcze tę kontrolę pogłębia, bo czymże innym są te propozycje dotyczące oświaty, według których to rządowy kurator oświaty będzie decydował, kto ma być dyrektorem, jak ma wyglądać profil szkoły, kto może prowadzić zajęcia dodatkowe itd. To kolejny etap upartyjnienia państwa. To wszystko dokonuje się przy odwrażliwieniu opinii publicznej. Znaczna część obywateli uważa, że nic już właściwie nie możemy, że nieskuteczne okazały się różne formy nacisku na władzę.

Brak wiary w możliwości zmiany pogłębiły wyniki wyborów. Widać to w ostatnich badaniach opinii publicznej, gdzie po raz pierwszy od dłuższego czasu odnotowano spadek wiary w możliwości wpływu na sprawy kraju. Okazuje się, że nie reagujemy na wydarzenia, które jeszcze kilka lat temu wywoływałyby zapewne ogromny sprzeciw opinii publicznej.

Pierwszy z brzegu przykład. Artykuł 10 ustawy o Trybunale Konstytucyjnym mówi m.in., że sędzia TK nie może prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Wpisy na Twitterze pani sędzi Pawłowicz wyraźnie pokazują, że nie zamierza ona wychodzić z roli czynnego polityka. Ostatnio nawet zajmuje się polityką zagraniczną domagając się zwrotu dzieł sztuki od Szwecji. I nic się nie dzieje. Nie ma żadnej reakcji dziennikarzy, środowisk prawniczych, nie mówiąc o oburzeniu przeciętnych obywateli. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być.

Przykład drugi: mamy ustawę o radiofonii i telewizji, gdzie wyraźnie jest powiedziane, że telewizja publiczna ma nadawać programy, które cechują się pluralizmem, bezstronnością i wyważeniem. Jest bardzo wiele analiz, które dowodzą, że tego nie robi. I nic się nie dzieje. Pogodziliśmy się z tym, że tak musi być. Co ma o tym wszystkim myśleć zwykły Kowalski? Skoro rząd, politycy mogą nie przestrzegać ustaw, to dlaczego on nie może?

W konsekwencji PiS idzie za ciosem, rozszerza swoją kontrolę na kolejne dziedziny życia, widząc, że znaczna część obywateli już dawno straciła wiarę, że istniejące prawo może ochronić ich interesy czy wartości.

W weekend mieliśmy kongres Porozumienia Gowina. Niestety nie dotarł na nie Jarosław Kaczyński, a na konwencję Republikanów już tak. Jak to rozumieć?

Partia Adama Bielana jest najwyraźniej bliższa prezesowi niż partia Jarosława Gowina. Kaczyński jest jednak na tyle doświadczonym politykiem, że będzie próbował mimo tych różnić doprowadzać do tego, aby kolejne ustawy przechodziły. Oczywiście, że jest jeszcze opcja wcześniejszych wyborów, ale wcale nie jest taka łatwa do przeprowadzenia. Jest też opcja trudnego rządzenia, do którego PiS nie jest przyzwyczajony, bo miał pełen komfort przez ostatnie 6 lat.

Czy teraz PiS będzie zmuszony do jakiegokolwiek dialogu?

Być może, a to umiejętność, która stała się całkowicie obca politykom PiS, którzy od początku przyjęli taktykę, że reprezentują wolę wyborców, mają swój pomysł na Polskę i nikogo się nie pytają. Teraz już widać wyraźnie, że trzeba się będzie pytać, trzeba będzie rozmawiać. Najpierw ze swoimi, być może też z uciekinierami. Już niedługo może się okazać, że trzeba będzie prowadzić trudne rozmowy z Konfederacją czy lewicą. Sądzę, że ustawy wchodzące w skład Nowego Ładu będą tu tym momentem krytycznym.

Czy liberalnego Gowina może tu zastąpić lewica?

Przyznam, że dawno nie słyszałem jasnych wypowiedzi któregoś z trzech liderów w tej kwestii. Wśród komentatorów sympatyzujących z Lewicą pojawiają się coraz częściej głosy, że ta formacja na pewno nie powinna iść z partiami liberalnymi typu Polska 2050 czy KO. Widać zatem wyraźnie, że Lewica chce liczyć na samodzielność, tylko że na razie kiepsko jej to wychodzi, bo w ostatnim sondażu zbliża się do 5-proc. progu wyborczego. A przecież mimo prób zjednoczenia Nowa Lewica pozostaje nadal koalicją, czyli musi liczyć na wyższe poparcie, żeby dostać się do parlamentu w kolejnych wyborach. Może się okazać, że po przegranych wyborach rozpocznie się budowa nowych partii lewicowych.

To ciekawe, bo ta jeszcze dobrze miejsca nie zagrzała w parlamencie.

Cóż, ale trudno utrzymywać jedność partii, kiedy ta się składa albo z ludzi, którzy są, delikatnie mówiąc, w sile wieku, czyli elektorat SLD, lub wielkomiejskich dobrze wykształconych progresywistów o wysokich dochodach i liberalnych poglądach. To mieszanka, którą trudno połączyć, a nie widzę, aby któryś z trzech liderów miał na to pomysł.

Mamy kolejny atak na LGBT. Co ma przykryć tym razem?

Wiele rzeczy, których ten rząd nie robi. Ten temat jest ciągle na agendzie, bo jest tak naprawdę wygodny dla wszystkich, nie wymaga przygotowania. Oczywiście  wiadomo, że kwestia praw mniejszości powinna być uregulowana raz na zawszę, ale póki co ta opowieść o LGBT jest oparta na strachu, że to atak na polskie rodziny. To oczywiście bzdura, ale część elektoratu, zwłaszcza partii prawicowych, czuje się zaniepokojona.

W najbliższy weekend konwencję szykuje PiS, gdzie Jarosław Kaczyński ponownie zostanie prezesem, ale już wiceprezesi nie mogą być pewni swego. Czy Szydło albo Macierewicza zastąpi Morawiecki?

To jest pytanie o przyszłość PiS, czy ma być nadal partią liderów rodem z PC, czy otworzy się na nowych. Nie wiem, jak wyglądają kulisy, ale tarcia w obozie wskazują, że jest wielu, którzy noszą buławy w plecaku.

W sobotę ma też ogłosić swój powrót Donald Tusk…

O ile można coś powiedzieć o rozłamach w PiS, to tu ze zrozumiałych względów politycy PO milczą. Pewnie będzie to pomysł na 3 liderów i podział pewnych doświadczeń, wykorzystania mocnych stron poszczególnych osób: Rafała Trzaskowskiego i jego relacji z samorządowcami, Borysa Budki jako szefa największej partii opozycyjnej i wreszcie Donalda Tuska z jego doświadczeniem i kontaktami międzynarodowymi. Połączenie tych atutów może doprowadzić do efektu synergii, czyli sytuacji, kiedy finalny efekt jest większy niż suma składających się na niego części. Wymaga to jednak bardzo dobrze przemyślanego i zakomunikowanego planu. Łatwo bowiem wpisać się w dominujące interpretacje polskiej polityki, gdzie liczy się przede wszystkim odpowiedź na pytanie, kto wygrał, a kto przegrał.

Być to właśnie zniechęca do polityki znaczną część obywateli. Gdyby PO udało się pokazać, że chodzi bardziej o połączenie zasobów i talentów liderów, niż rywalizację o przywództwo, mogłoby to zwiastować ciekawą zmianę w polskiej polityce.

Tusk wrócił

Z wielkimi nadziejami witają go liberalni publicyści. Klęskę poniosła frakcja w PO skupiona wokół Borysa Budki. Także Rafał Trzaskowski ma powody do złości.

To prezydent Warszawy wyrastał na główną nadzieję liberalnej opozycji. Miał tworzyć ruchy społeczne i zdobywać serca młodzieży. To ostatnie jest jeszcze aktualne – zaplanowany na koniec wakacji Campus Polska odbędzie się – ale o fotel przewodniczącego PO przyjdzie Trzaskowskiemu ciężko walczyć. Na razie to Donald Tusk, przynajmniej do wyborów parlamentarnych, będzie przewodził partii.

Walka ze złem

Tusk bardzo jasno nakreślił, jaki ma pomysł na Platformę w najbliższym czasie. Rządzącą w Polsce prawicę nazwał po prostu złem. Zapowiedział, że walka z PiS-em będzie bezpardonowa. – Wychodzimy na pole, żeby się bić z tym złem. I że to jest wystarczający powód, nie wymaga żadnego uzasadnienia. I każdy, kto w tej debacie publicznej, w tej przestrzeni wciska na siłę słowo „ale”, może PiS jest zły, ale parę rzeczy… Jak ja to słyszę, to dostaję furii, bo to zło – być może czasami trzeba trochę dystansu – to zło, które czyni PiS, ono jest tak ewidentne, jest tak bezwstydne, jest tak permanentne, ono się dzieje każdego dnia w każdej właściwie sprawie – przemawiał.

W dalszej części wystąpienia Tusk starał się pokazać, że jest na bieżąco z wyzwaniami współczesnego świata. Mówił o katastrofie klimatycznej, piętnował politykę PiS wobec pandemii. Pochwalił się wielokrotnymi rozmowami, właściwie przyjaźnią, z amerykańskim prezydentem Joe Bidenem, co miałoby pomóc Polsce wyjść z dyplomatycznego ślepego zaułka.

Daniny i cień Putina

Ale też dowiódł, że w pewnych sprawach Platforma nie zmieni się nigdy. – To państwo, czy ta gospodarka, ten pomysł na Polskę taki, ja go nazywam 3D, dług, daniny, drożyzna, to jest ten pomysł i to oczywiście ubrane w słowa o ich wrażliwości, znacie też ten pomysł. Ten pomysł ma dobrze ponad sto lat na świecie, albo więcej – podsumował politykę gospodarczą rządzącej obecnie prawicy.

Musiał też pojawić się wątek rosyjski – Tusk stwierdził, że PiS realizuje agendę Putina, chociaż nie podjął się rozstrzygania, czy dzieje się tak w ramach z góry zaplanowanego scenariusza, czy może podobieństwo jest przypadkowe.

Silni naszą słabością

Nowy-stary lider PO był za to pewny, że jego formacja idzie po zwycięstwo.

Oni są silni wyłącznie naszą słabością. Ja wszystkich, do wszystkich apeluję: otwórzcie trochę szerzej oczy, spójrzcie na nich dzisiaj, wy tam widzicie jakiegoś giganta, tytana? To jest naprawdę dość groteskowa grupa ludzi, dość taka przykra dla nas, no bo to jest dla nas wszystkich przykre, ale trochę taka parodia dyktatury. To nie jest obezwładniająca siła – zagrzewał swoich zwolenników.

Po lewej stronie sceny politycznej panuje sceptycyzm w sprawie powrotu Tuska. – Tusk przyjechał też chyba ze złudzeniem, że polska polityka się zatrzymała na te 7 lat. I, że można wrócić z hasłem „Nie dla PiS” i to wystarczy. Zresztą powiedział wprost, że to wystarczy. No nie, nie wystarczy – powiedziała OKO.press Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka Lewicy. – Wiadomo z doświadczenia całej serii wyborów, że bycie antyPiSem to za mało. PO próbowała na wszystkie sposoby i się nie udało. Dlaczego? Bo żeby wygrać z PiSem, trzeba mu odebrać trochę elektoratu – a tego nie da się zrobić, krzycząc na ten elektorat, że źle wybrał i teraz ma wybrać dobrze.