Jak PiS psuje podatki

Podstawowym problemem polskiego systemu podatkowego jest powodowanie niepotrzebnych zderzeń podatników z administracją skarbową.

W naszym kraju bardzo podobne rodzaje działalności mogą być obłożone różnymi stawkami podatków i składek. Innym przykładem są bardzo podobne produkty, które mogą być opodatkowane różnymi stawkami VAT. Takie próby różnicowania stawiają podatników i administrację na kursie kolizyjnym – podatnicy próbują wykazać, że ich działania podpadają pod niższe stawki, a administracja, że należy je zaklasyfikować tak, aby stosować wyższe stawki.
Różne opodatkowanie bardzo podobnych aktywności wymaga skomplikowanych przepisów, które i tak nie nadążają za rzeczywistością. W efekcie przepisy są cały czas zmieniane, w miejsce domykanych luk wciąż pojawiają się nowe, a energia podatników, zamiast na rozwijanie firm, idzie na ciągłe dostosowywanie się do nowych regulacji – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Najnowsze działania rządu PiS dalej psują system podatkowy.
Tzw mały CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) to nie dodatkowy próg podatkowy, a dwa oddzielne reżimy podatkowe: 9 proc. albo 19 proc. Oznacza to, że cały zysk firmy, która o 1 euro przekroczy próg przychodowy (równowartość przychodów wynoszących 1,2 mln euro), zostanie objęty 19 proc. zamiast 9 proc. stawką podatkową, a firma będzie musiała zapłacić o 43 tys. zł wyższy podatek. Zatem, pomimo wyższej sprzedaży uzyska niższe zyski netto. Takie rozwiązanie zniechęca firmy do wzrostu powyżej progu przychodów. Obniżony ZUS dla jednoosobowej działalności gospodarczej oznacza, że samozatrudnienie staje się bardziej podatkowo opłacalne od umowy o pracę nawet przy niskich dochodach, co w połączeniu z podnoszeniem płacy minimalnej będzie wypychało mniej wykwalifikowanych pracowników na samozatrudnienie (ze szkodą dla nich).
Zamiast walczyć z przyczynami problemów, rząd PiS przede wszystkim stawia na drakońskie kary. Jaskrawym przykładem nieproporcjonalnych kar jest tzw. wymóg raportowania schematów podatkowych. W żadnym innym państwie Unii Europejskiej maksymalna kara za brak ich raportowania nie jest tak wysoka jak w Polsce, gdzie grozi za to ponad 5 mln euro grzywny (po Polsce najsurowsze sankcje zostały ustanowione w Wielkiej Brytanii, gdzie wynoszą 5 razy mniej – 1 mln euro).
Co więcej, regulacja wprowadzona pod pretekstem wdrożenia dyrektywy unijnej ma znacznie szerszy zakres niż wymagają regulacje unijne: wymóg raportowania transakcji transgranicznych w Polsce rozszerzono też na krajowe, a podatnicy są zobowiązani raportować wszystko, łącznie z korzystaniem z ulg i preferencji podatkowych zgodnych z celem ustawodawcy. Nawet samozatrudnienie członka zarządu może być uznane za schemat podatkowy podlegający raportowaniu.
Efektem jest chaos informacyjny i przekazywanie do organów podatkowych dużych ilości nieużytecznych danych, obciążający zarówno podatników, jak i administrację.
Innym przykładek surowych kar jest Jednolity Plik Kontrolny Za jeden błąd w wysyłanych administracji co miesiąc JPK, grozi 500 zł grzywny. Ze względu na trudności sprawozdawcze, istnieją firmy, które mogą mieć tysiące takich błędów w jednym pliku. Pytanie, czy Ministerstwo Finansów jest tak naprawdę w stanie te wszystkie błędy zweryfikować? A kary zaczną być wymagalne od 1 stycznia 2020 r.
Zmiany są wprowadzane ekspresowo, bez konsultacji, co powoduje liczne błędy. Nowe przepisy są często niejasne nawet dla projektodawców, którzy próbują je potem naprawiać objaśnieniami, które jednak nie są wiążące dla organów podatkowych i nie chronią podatników przed odpowiedzialnością karną. Zdarza się, że z objaśnień wynika co innego niż z uchwalonych przepisów. W ten sposób późniejsze próby naprawy wcześniejszych błędów wynikających z pośpiechu i braku konsultacji dalej komplikują sprawę. Na całym świecie podatnik, mając do wyboru dwa sposoby rozliczenia, może wybrać ten, dzięki któremu zapłaci niższy podatek. Klauzule przeciwko unikaniu opodatkowania zabraniają mu jedynie dokonywania sztucznych zmian w tym celu. Inaczej jest w Polsce. Obowiązująca od tego roku klauzula praktycznie wymaga, aby podatnik z dostępnych możliwości wybierał zapłacenie wyższego podatku.

Praca, płaca i podatki progresywne

Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, to jedno z najbardziej niedocenionych osiągnięć rządów SLD, przygotowana w resorcie Pracy i polityki społecznej, kierowanym przez Jerzego Hausnera.

Obok nowelizacji kodeksu pracy to był krok cywilizujący relacje pomiędzy zatrudniającymi  a pracownikami. Ustawa weszła w życie w 2003 roku, kończąc okres wolnej amerykanki na rynku pracy. Ustawę uchwalono głosami SLD PSL, Unii Pracy i Samoobrony. Solidarnie wstrzymały się od głosu PO, PiS i Liga Polskich Rodzin. Pan Marek Pęk reprezentujący już wtedy barwy PiS był nawet przeciw.
W okresie przedwyborczym PiS postanowił uczynić z minimalnego wynagrodzenia swój atut, deklarując konieczność podnoszenia najniższego wynagrodzenia oraz przedstawiając konkretne kwoty jakie ma ono wynosić w kolejnych latach.
Wydaje się oczywiste, że dyskusja o wynagrodzeniach nie tylko tych najniższych, jest bardzo ważna. Pojawiły się też opinie, że zawody które mają własne ustawy regulujące stawki płac mogą być poszkodowane, bo ich wynagrodzenia nie muszą być podwyższane do najniższego ustawowego wynagrodzenia. Jednak w treści ustawy nie ma żadnych wyjątków jest tylko katalog świadczeń wliczanych oraz nie wliczanych do wynagrodzenia przy ustalaniu jego wysokości, określanego ustawą. Do tak ustalanego wynagrodzenia nie wlicza się min. wynagrodzenia za godziny nadliczbowe.  Omijaniem ustawy jest wliczane do wynagrodzenia premii i nagród, chyba że mają charakter stały i są wpisane do umowy o pracę.
W omijaniu ustawy specjalizuje się oczywiście rząd. Stawki wynagrodzeń urzędników administracji publicznej nie zmieniły się od 2010 roku i dla wielu grup tabeli zaszeregowań stawki są niższe od najniższego ustawowego wynagrodzenia. Życzliwie ministrowie sugerują by pracownikom wypłacać premie wyrównawcze tak aby nominalnie otrzymywali wynagrodzenie nie niższe od minimalnego. Rząd wydaje się mówić – owszem ustaliśmy najniższe wynagrodzenie ale to jeszcze nie powód byście mieli je tak od razu otrzymywać.
Obawy pracowników którzy wywalczyli sobie specjalne ustawy regulujące poziom wynagrodzeń wydają się w tym wypadku, nie całkiem bezpodstawne.
Nieco inną kwestią, jest wysokość płacy minimalnej. Instytut Pracy i Polityki Socjalnej od lat bada warunki życia w Polsce. Skupia się na badaniu poziomu minimum socjalnego, czyli możliwości  zaspokajania potrzeb na poziomie uwzględniającym zalecenia nauki i  odpowiadającym ogólnie przyjętym normom obyczajowym, kulturowym i prawnym.
Według danych Instytutu, obliczonych średnio dla całego roku 2018, minimum socjalne dla jednoosobowego gospodarstwa domowego wyniosło  netto 1170 złotych co odpowiadałoby wynagrodzeniu brutto na poziomie 1670 złotych. Ustalone od 1 stycznia 2019 na poziomie 2250 PLN minimalne wynagrodzenie przekracza więc o ponad 500 PLN kwotę minimum socjalnego.
Warto zauważyć, że dopiero od 2011 roku minimalne wynagrodzenie zaczęło przekraczać kwotę minimum socjalnego.
Jednak sprawa nie jest taka prosta  ponieważ Polska jest krajem olbrzymiego rozwarstwienia ekonomicznego. Ma ono również charakter regionalny.  Można podzielić Polskę na kilka stref – Warszawę, duże miasta wojewódzkie, średnio dostatni południowy zachód oraz raczej biedny południowy wschód. Według danych GUS za rok 2018 (Raport – Sytuacja gospodarstw domowych w 2018 r. w świetle wyników badania budżetów gospodarstw domowych) przeciętne miesięczne przychody mieszkańców województwa mazowieckiego były o połowę wyższe niż uzyskiwane przez mieszkańców województwa podkarpackiego i o jedną trzecią wyższe niż w województwach podlaskim, warmińsko-mazurskim i świętokrzyskim
Podobnie kształtuje się poziom wydatków. Mieszkańcy Mazowsza wydają  miesięcznie na życie o połowę więcej niż mieszkańcy Podkarpacia. Gdyby zaś porównać z zresztą Polski samą Warszawę to różnice byłyby jeszcze większe .
Jakie jednak wnioski z tych rozważań wynikałby dla dyskusji o najniższym wynagrodzeniu? Wedle danych z raportu firmy Sedlak & Sedlak mediana  (najczęściej występująca wielkość) wynagrodzeń w Warszawie osiągnęła w 2018 roku 6000 PLN brutto. Wynika z tego, że nawet proponowana na rok 2020 kwota 2450,  na większości Warszawiaków nie zrobi wrażenia, tym bardziej, że w Warszawie za takie pieniądze , nieco ponad 1700 PLN netto, nie da się przeżyć. Średni koszt życia w Warszawie szacowany jest na poziomie przekraczającym 3500 PLN. Z kolei poza Warszawą taka pensja netto ( brutto to ok.5000)  pozwala już na zupełnie przyzwoite życie a dla znacznej części mieszkańców południowo-wschodniej Polski stanowi marzenie.
Czemu ma więc służyć płaca minimalna? Przede wszystkim pozwalać na w miarę godne życie.
I od paru lat jej wysokość na to pozwala (oczywiście po za Warszawą). Podnoszenie płacy minimalnej powinno podążać za wzrostem inflacji a nawet nieco go wyprzedzać.  Jednak nie należy się spodziewać, że wpłynie w jakikolwiek sposób na zmniejszenie rozwarstwienia dochodowego wewnątrz  kraju. Nie ta rola, nie to narzędzie. Temu celowi służyłaby progresja podatkowa, która przy okazji mogłaby służyć zmniejszeniu klina podatkowego, bardzo dotkliwego przy najniższych wynagrodzenia.
Zmniejszenie stawki podatkowej nie powinno dotyczyć pracowników w określonym wieku lecz osiągających niskie wynagrodzenia. Na pomyśle PiS oczywiście najbardziej skorzystają młodzi mieszkańcy metropolii i dużych miast, gdzie praktycznie nie ma teraz bezrobocia. Niewiele i niewielu skorzysta na prowincji, gdzie stopa bezrobocia w dalszym ciągu przekracza 10 proc. (w niektórych powiatach 20) a bezrobocie wśród młodzieży miejscami sięga 15 proc. (w niektórych powiatach 25 proc.). Powinno też objąć jednoosobowe firmy, które powinny płacić podatki na zasadach ogólnych, co przy wprowadzeniu progresji podatkowej dla większości z nich oznaczałoby obniżenie wysokości płaconych podatków. Wprowadzenie progresywnego systemu podatkowego o co najmniej 5 progach podatkowych i pierwszym progu nie wyższym niż 10 proc., to powinien być podstawowy postulat Lewicy.
Wygląda, jak by PiS walczyło o głosy wielkomiejskiej młodzieży kusząc ją ulgą podatkową, odpuszczając sobie prowincję, licząc że tam i tak wygrywa. Nie przejmuje się, drobnymi przedsiębiorcami na wschodzie Polski, zakładając może, że oni i tak działają już teraz w szarej strefie. Albo zostaną objęci pakietem 500 plus dla przedsiębiorców.
Kwota 500 złotych staje się już poniekąd kwota symboliczną, lekiem na całe zło. Chyba najwyższy czas wypuścić banknot o takim nominale, zapewne z podobizną Kaczyńskiego. Jeśli nie Jarosława to na pewno Lecha.

Władza bije Polaków po kieszeni

PiS nie dba o interes ludzi pracy, lecz pośrednio odbiera im coraz większe kwoty.

Wierzę w mądrość Polek i Polaków, że zauważą wielką perfidię propozycji prezesa PiS-u dotyczącą bardzo szybkiego i znaczącego wzrostu najniższego wynagrodzenia brutto. Nie bez powodu wzrost ten dotyczy wynagrodzenia brutto. Przewrotność tej propozycji polega na tym, że podwyżkę tę muszą sfinansować przedsiębiorcy, a przy okazji rząd PiS-u złupi pracowników na kilkanaście dodatkowych miliardów złotych, zgarniając od tej podwyżki podatek dochodowy.
Skutki tej decyzji mogą być opłakane. Tak znaczący wzrost wynagrodzenia minimalnego w krótkim czasie może bowiem mieć destrukcyjny wpływ na gospodarkę, na tempo jej wzrostu, a w nieodległej przyszłości może nawet doprowadzić do jej załamania. Konsekwencją takiej sytuacji może być brak środków na kontynuowanie już wprowadzonych programów socjalnych.
Nieuczciwe intencje
Jeżeli intencje PiS-u są uczciwe i rzeczywiście zależy tej partii na zwiększeniu wynagrodzeń Rodaków, to zabiegi dotyczące wzrostu dochodów ludzi pracy i ich zamożności powinny przebiegać dwutorowo. Pierwszy, to wzrost najniższego wynagrodzenia brutto a drugi – to zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Takie działanie pozwoli rozłożyć koszty podnoszenia zamożności społeczeństwa na przedsiębiorców i państwo.
Skoro prezes PiS-u „na okrągło” podkreśla swoją wiarygodność, to powinien jeszcze w tej kampanii, w pierwszej kolejności zapewnić suwerena, że wypełni obietnicę z kampanii wyborczej 2015 r. dotyczącą zwiększenia do 8000 zł kwoty wolnej od podatku, zrewaloryzowanej o inflację z okresu rządów PiS-u. Niestety jak widać z przebiegu czterech lat rządów tej partii i dotychczasowej kampanii, troska prezesa Jarosława Kaczyńskiego w kwestii wzrostu wynagrodzeń Polek i Polaków nie jest autentyczna. Gdyby tak rzeczywiście było, to już cztery lata temu, w pierwszej kolejności, tak jak zapewniał, zwiększona by została kwota wolną od podatku do 8000 zł – i każdego roku byłaby ona rewaloryzowana, podobnie jak progi podatkowe. Jest to konieczne bo inflacja w ostatnich latach za rządów PiS-u znacznie przyśpieszyła.
Niestety, zamrożenie kwoty wolnej od podatku oraz progów podatkowych przez obecny rząd powoduje, że władza ta „kroi” Polki i Polaków na coraz to większe kwoty. Na wiecach wyborczych prezes PiS-u próbuje przekonywać Rodaków, że zależy mu na ich zamożności, lecz w kontekście realizowanej przez jego rząd polityki podatkowej (a zwłaszcza podatku dochodowego) w ostatnich czterech latach, brzmi to jak ponury żart.
Pamięć wyborcza
PiS w okresie swoich rządów zupełnie zapomniał o ludziach pracy – i przypomniał sobie o nich nie przed kampanią wyborczą lecz w jej trakcie, gdy zaczął dostrzegać zagrożenie o wynik wyborów. To jest właśnie ta „wiarygodność”, której tak wiele w ustach polityków PiS-u.
Unia Pracy, jako autentyczna lewica, jest za zwiększaniem najniższego wynagrodzenia, ale także za racjonalną polityką podatkową. Wzrost najniższego wynagrodzenia nie powinien się bowiem odbywać kosztem miejsc pracy i ucieczką pracodawców w szarą strefę. Uważam, że pobieranie podatku od dochodu, który jest na poziomie minimum socjalnego czy minimum egzystencji jest nieracjonalne, a także wręcz niehumanitarne. Rząd najpierw pobiera od tych wynagrodzeń podatki, a potem w swojej wielkiej dobroduszności wypłaca zasiłki z pomocy społecznej.
Polityka płacowa i podatkowa w Polsce, zwłaszcza w kwestii podatku dochodowego, po 30 latach transformacji ustrojowej, powinna być wreszcie uporządkowana. Należy wprowadzić stałe zasady kształtowania najniższego wynagrodzenia i kwoty wolnej od podatku. Powinno się zweryfikować obecne progi podatkowe a być może wprowadzić dodatkowy próg podatkowy.

Gra w klasy Ważny tunajt

W moim środowisku zawodowym zazdrość lub/i zawiść występują, choć nie da się tego na co dzień specjalnie odczuć. Przynajmniej ja nie odczuwam. W moim organizmie zazdrość pojawia się wtedy, kiedy słyszę lub czytam to, co ktoś skomponował lub napisał i myślę sobie: dobre, bardzo dobre, naprawdę fajne. Czemu ja na to wcześniej nie wpadłem. I tyle. Przez myśl by mi nie przeszło, żeby chlapać jęzorem, że ja zrobiłbym to lepiej, gdybym miał tylko taki talent, osobowość i narzędzia, jak ma ten drugi. Ale ja, to tylko ja.

Rząd obniża podatki. Tzn. już to prawie zrobił, bo zgodę wyrazić musi jeszcze prezydent, ale nie słychać ze strony dużego pałacu, że są wokół tego pomysłu jakieś obiekcje. Podatki mają być obniżone dla wszystkich, którzy uzyskują dochody podlegające opodatkowaniu na ogólnych zasadach przy zastosowaniu skali podatkowej, czyli dla jakichś 25 mln obywateli. Nie przypadkowo ma to miejsce przed wyborami. W to chyba nikt nie wątpi.
Opozycja na to: jakbyśmy byli u żłoba, też byśmy to zrobili. Jakbyśmy mieli takie warunki, to byśmy obniżyli nawet więcej. Pusty, smutny jak woda w Wiśle śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę to ujadanie ratlerków. Jakie intencje stoją za rządowym pomysłem-czysto koniunkturalne, obliczone na wynik wyborczy, czy jednak jest w tym ukłonie w stronę ludzi jakaś głębsza myśl, tego za bardzo nie wiem, i mało mnie to obchodzi. Wiem za to, że jeśli rząd, czyli Państwo, samo z siebie chce mi zabrać mniej niż to do tej pory czyni, to trzeba się cieszyć, bo parę groszy więcej zostanie w kieszeni i to ja, a nie urzędnik, będę mógł je wydać jak mi się rzewnie podoba.
Ileż to lat zżymałem się, że muszę dokładać rok w rok do budżetu niemałą, jak na moje możliwości kasę, tylko dlatego, że mi się dobrze wiedzie. Nie kradnę, nie uciekam w szarą strefę, a w nagrodę co roku mam więcej do oddania, mimo że wcale dużo więcej nie zarobiłem. A kiedy zabrali nam, artystom, tzw. uzysk, popłynęliśmy wszyscy, jak za zboże. I nikt, ani z PO ani z PSL-u, nie zatroszczył się o to, że ja i mi podobni, ludzie w sile wieku, którzy mają budować ten kraj w przyszłości, dostają na swoje barki ciężar, którego nie mogą udźwignąć. Tylko dlatego, że ośmielili się zarobić więcej niż średnia krajowa, a mniej niż Kulczyk czy Krauze. Nie pisała o tym „Wyborcza”, która dziś tokuje o rządowym, pisowskim lizusostwie w stosunku do klasy średniej. Wiadomo, czasy były ciężkie, trzeba było zaciskać pasa i cieszyć się, że jesteśmy zieloną wyspą na oceanie recesji. I to wszystko dzięki zaradnym Polakom, co i z brukwi zjedzą zupę, od ust sobie odejmą, a podatek zapłacą. Bo Polskę mają w sercu i na sercu.
Nie mam specjalnej nadziei na to, że gest rządu PiS-u, wsparty w zasadzie przez wszystkie opcje parlamentarne, to początek „uczłowieczania” dobrej zmiany i przeorientowywania jej mentalu. Zgadzam się też z tymi, którzy ostrzegają przed krótkowzrocznością; że kiedy jedną ręką zostawia się w kieszeni Polaka więcej, drugą wyciąga się kasę za pomocą wyższych cen prądu, gazu, słabego w stosunku do obcych walut złotego, którego Glapiński broni, jak Ordon reduty. To wszystko prawda. Podobnie jak obawy o to, czy samorządom wystarczy na inwestycje, gdy się im odetnie zawór z kasą z PIT-ów. A przynajmniej zmniejszy strumień. Tak, też podzielam te obawy.
Ale w duchu czuję, bo czułem tak zawsze, od kiedy pierwszy raz zobaczyłem swój pasek z wypłatą, że to, ile Państwo zabiera mi z mojej krwawicy, to zbrodnia najgorsza, porównywalna z wywalaniem śmieci do lasu. To ja wiem lepiej, co jest dla mnie lepsze, a nie jakieś tam, najlepsze nawet i najbardziej opiekuńcze Państwo. I chcę płacić mniej podatków, a różnicę niech wyciąga sobie rząd od hipermarketów, banków, giełdowych naciągaczy i korporacji. O ile nie jest za chudy w uszach, żeby się z nimi bić. Ludzi porządnych, nikomu niewadzących, pracującą klasę, niech zostawi w spokoju, bo to najlepsze, co może dla nich na ten moment zrobić.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

System do uproszczenia

Setki stawek, sprzeczne przepisy, rozmaite interpretacje. Polskie podatki to dżungla, przez którą niezwykle trudno przebrnąć.

Czasami warto spojrzeć na różne rodzaje ludzkiej działalności z podatkowego punktu widzenia. Na przykład na wesołe miasteczka – co ma pewne uzasadnienie, bo polski system podatkowy wygląda trochę tak jak by go przygotowywała osoba kręcąca się w kółko na karuzeli lub tracąca zmysły w diabelskim młynie.
Mało kto jest świadomy tego, że niemal każdy, kto w wesołym miasteczku prowadzi usługi rozrywkowe jest opodatkowany inną stawką podatkową. Z bliżej nieznanych we współczesnej gospodarce przyczyn, osoba prowadząca karuzelę, płaci inną stawkę podatkową, niż posiadacz zjeżdżalni typu Gigant.
Inny podatek zapłaci jednak właściciel zjeżdżalni przewoźnej. Pałac strachów i labirynt są zaś opodatkowane inną stawką niż ściana emocji. Należałoby także zapytać, dlaczego stawka opodatkowania pałacu strachu jest o 27 razy wyższa, niż w przypadku gabinetu luster.
Lista absurdów podatkowych oczywiście na tym się nie kończy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Rekordy w ilości przepisów

Polski system podatkowy uchodzi za skomplikowany, a przepisy za nieuzasadnione, zagmatwane i obszerne. Prawo jest także niestabilne. W ostatnich latach powstała w naszym kraju rekordowa liczba stron nowych przepisów prawnych.
Od lat też Polska notuje niskie pozycje w rankingach prostoty prowadzenia działalności gospodarczej, m.in. Doing Business czy Paying Taxes. Czas potrzebny na opłacenie podatków w naszym kraju nie ulega skróceniu.
Problem jest coraz bardziej dotkliwy. Nie tylko dlatego, że pozycja Polski w międzynarodowych rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej spada, ale i dlatego, że prowadzenie firmy jest rozpowszechnioną formą aktywności gospodarczej w naszym kraju, więc nielogiczności systemu podatkowego sprawiają kłopoty dużej grupie ludzi.
– Opodatkowanie przedsiębiorców w Polsce jest nieefektywne. Rozwiązania fiskalne przewidziane dla działalności gospodarczej są mnogie, niespójne, nieefektywne i blokują rozwój przedsiębiorczości – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.
– Widzimy, że brakuje woli politycznej do odważnych zmian. W związku z tym ZPP chce zaproponować zmianę, która nie jest rewolucyjna. Jest natomiast prosta i szybka do wdrożenia. Niewielkim nakładem ustawodawczym, uprościmy zasady prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a w konsekwencji, poprawimy pozycję Polski w rankingach swobody prowadzenia firm – mówi Piotr Palutkiewicz, ekspert Związku.

Mniej stawek w karcie

Obszarem w którym ZPP postuluje zmiany są między innymi zapisy dotyczące Karty Podatkowej.
– Popularność Karty Podatkowej spada. Jest to konsekwencja, zmieniającego się charakteru współczesnej gospodarki, spadającej popularności zawodów rzemieślniczych, jak i skomplikowania przepisów dotyczących Karty. Dodatkowo ta forma podatkowa przynosi znikome wpływy budżetowe, w 2017 roku było to niespełna 69 mln zł – zauważa Piotr Palutkiewicz.
ZPP uważa, że stawki podatkowe ujęte w Karcie Podatkowej są „absurdalne i mnogie”.
Tabela ze stawkami podatkowymi dla przedsiębiorców rozliczających się wg zapisów Karty Podatkowej liczy 35 stron, a stawki w obrębie jednego zawodu często różnią się o kilkanaście złotych.
– Dla trzech pierwszych zawodów w tej tabeli (usługi ślusarskie, usługi w zakresie wyrobu i naprawy naczyń blaszanych i usługi rusznikarskie) znajdziemy 26 różnych stawek podatkowych. Same tylko usługi ślusarskie mogą być opodatkowane 12 różnymi stawkami ryczałtu od przychodów ewidencjowanych – dodaje Palutkiewicz.
Przykładem nielogicznego skomplikowania mogą być także wspomniane na początku wesołe miasteczka i ogromne zróżnicowanie opodatkowania oferowanych tam atrakcji.
– Określenie właściwej stawki podatkowej wymaga decyzji Urzędu Skarbowego. To pochłania czas nie tylko przedsiębiorców, ale i administracji podatkowej – mówi Cezary Kaźmierczak.
ZPP proponuje uproszczenie stawek Karty Podatkowej. Chodzi o likwidację zróżnicowania stawek w zależności od liczby zatrudnionych i w zależności od wielkości miejscowości, w której prowadzona jest działalność.
Stawki miesięczne miałyby być bardziej spójne i uproszczone. Na przykład dla transportu oraz działalności usługowej i wytwórczo-usługowej miałyby wynosić 190 zł. Dla handlu detalicznego i gastronomii – 390 zł.
Wracając zaś do wspomnianych wesołych miasteczek, ZPP rekomenduje (widocznie wesołe miasteczka są sprawą ważną dla wielu członków Związku), aby karuzele były objęte stawką 9 zł od każdego miejsca, a huśtawki, kolejki, zjeżdżalnie i urządzenia zręcznościowe stawką 90 zł od każdego urządzenia.

Skomplikowane uproszczenie

Karta podatkowa jest definiowana jako „uproszczona metoda wymiaru i poboru należności podatkowych”. W rzeczywistości jednak jest ona nadzwyczaj skomplikowana – i wszelkie propozycje upraszczające wydają się godne uwagi.
Oczywiście ZPP zgłasza swe propozycje w interesie przedsiębiorców, a nie budżetu państwa. Jak zauważa Związek, „z uwagi na niskie przychody budżetowe z tytułu karty podatkowej oraz jej spadającą popularność, rekomendowane rozwiązanie nie przyczyni się do zauważalnego spadku dochodów publicznych”. Z tego stwierdzenia jasno wynika, że zauważalny spadek dochodów publicznych oczywiście nastąpi. Jednak uproszczenie przepisów podatkowych może jednocześnie zmniejszyć szarą strefę, co też nie jest bez
znaczenia.
– Możemy nic nie zmieniać, ale nie dziwmy się później, że Polska spada w rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej oraz skomplikowania przepisów prawnych i podatkowych – podsumowuje ekspert Piotr Palutkiewicz.
Inna sprawa, że akurat nikt się temu nie dziwi.

Pokolenie LPP+

Blisko połowa wyborców to pokolenie LPP+, czyli Ludzie Po Pięćdziesiątce. Prawdziwa wyborcza siła.

W tym tygodniu z ust ważnego polityka Sojuszu Lewicy Demokratycznej usłyszałem: „jesteś z nas najstarszy”. Wyczułem zawoalowaną sugestię: czas na ciepłe pantofle i zapiecek. Daj sobie spokój z polityką. Nie! Nie ma zgody na ageizm. Bo to ageizm (czytaj: ejdżyzm) – dyskryminacja ze względu na wiek. I namawiam też z całą mocą wszystkich moich Czytelników i Czytelniczki. Reagujcie zdecydowanie. Gdy ktoś Wam powie, że jesteście gorsi. Bo starsi.

Kursantka

Dwa tygodnie temu media donosiły o tragicznym zdarzeniu. Na placu manewrowym Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Rybniku 68-letnia kursantka podczas swojego pierwszego w życiu egzaminu na prawo jazdy pomyliła pedał gazu i hamulca. Zamiast zahamować, z całym impetem uderzyła w próbującego ją zatrzymać instruktora. Instruktor poniósł śmierć na miejscu. Smutna sprawa.
Tylko co w tej tragicznej sprawie ma do rzeczy wiek kursantki? Mnie też, gdy uczyłem się jeździć, zdarzało się pomylić pedał gazu z pedałem hamulca. Miałem wtedy 18 lat. Odczytajmy newsa o tragicznej śmierci instruktora wraz z zamierzonym przez autora podtekstem. Stara baba. Zamiast siedzieć w domu i niańczyć wnuki, prawa jazdy przed śmiercią jej się zachciało. Pozwolić takiej zasiąść za kółkiem – to tragedia gotowa. To się nazywa właśnie ageizm.
Nie trzeba mieć samochodu, by na co dzień doświadczać ageizmu. Dwa lata temu, za czasów prezydentury Rafała Dutkiewicza, zadecydowano o kupnie nowych tramwajów dla Wrocławia. Problem w tym, że wybrano tramwaje wysokopodłogowe. Z pięciu dostępnych drzwi, tylko jedne nie wymagają drapania się po schodach. Sto tysięcy wrocławskich studentów nie drapie się – po prostu wskakuje. Dla wielu starszych, te dwa schody stanowią nie lada wyzwanie. I ten przejaw ageizmu władz Wrocławia pozostawi swój ślad niemal do połowy wieku. Tyle bowiem trwa czas życia wagonu tramwajowego.

Politycy

Wielu ludzi lewicy kopało mu już polityczny grób. I nie tylko polityczny. Podziwiam Leszka Millera. Obserwowałem jego pełną determinacji kampanię wyborczą. I zasłużoną wygraną. W Parlamencie Europejskim bardzo potrzebni są tak doświadczeni politycy jak on. Również tacy jak Bogusław Liberadzki. To on będzie nauczycielem szóstki europosłów i jednej europosłanki lewicy (SLD i Wiosny), którzy w Brukseli znaleźli się po raz pierwszy.
Kibicuję Joannie Senyszyn. Która mimo przeciwności zdrowotnych, przemierzyła całą trasę warszawskiej Parady Równości. Na łamach Trybuny pisze Czesław Cyrul – radny miasta Wrocławia z ramienia SLD. Znam jego pracowitość, doświadczenie i zaangażowanie. Ale gdy ważyły się losy jego kandydatury, te dwa słowa powtarzano cichaczem. Za stary.
Egzamin z tolerancji – to trudny egzamin. Myślę że przynajmniej wśród ludzi lewicy niewielu jest już takich, którzy na polityczne kwalifikacje Roberta Biedronia chcieliby patrzeć przez pryzmat jego orientacji seksualnej. Albo oceniać kompetencje Riada Haidara, lekarza i kandydata SLD w ostatnich wyborach, wypominając mu syryjskie pochodzenie. Czas na pozbycie się ageizmu. Słowa „za stary” są taką samą obelgą jak „pedał” czy „czarnuch”. I muszą zniknąć z miary, którą oceniamy ludzi.

LPP+

Zbliżają się wybory. Każda partia w swoich programach gdzieś nas upchnie. Nas – ludzi po pięćdziesiątce. Coś obieca. Że będzie więcej łóżek geriatrycznych. Że kolejki do lekarzy będą krótsze. PiS na haczyk wędki naniza trzynastą emeryturę. Która będzie, jak oni wygrają. Zawsze tak było. Przed wyborami. Coś się zmienia? Tak.
Starzejemy się. Każdy indywidualnie. I wszyscy razem. LPP+ to pokolenie Ludzi Po Pięćdziesiątce. Liczące sobie już prawie 14 milionów Polek i Polaków. Gdybyśmy się zebrali wszyscy – nie bacząc na okrzyki „za starzy” – wyborcza lista LPP+ pokonałaby prawicę i lewicę razem wzięte…
To nie jest manifest kolejnej partii. To tylko pokazanie „Kozakiewicza gestu”. Tym politykom, dla których pokolenie LPP+ jest wyłącznie targetem wyborczym. A nie normalnym życiem. Jak każde inne.
Oto pięć postulatów. Nie wiemy jeszcze, czy będzie jeden blok opozycji? Może dwa? Ale jestem zdania, że każda koalicja prodemokratyczna musi zaakceptować postulaty pokolenia LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. 14 milionów Polek i Polaków.

Emerytura

28 złotych i 50 groszy dziennie. Na czynsz. Prąd. Ogrzewanie. Jedzenie. Lekarstwa. I wszystkie inne przyjemności. Tyle wynosi budżet ponad 200 tysięcy emerytów zmuszonych do życia za minimalną emeryturę. Winy za ten stan rzeczy nie da się zrzucić na taki czy inny system emerytalny. To ewidentny przejaw ageizmu – przyzwolenia państwa na wykluczenie i dyskryminację całej rzeszy ludzi starszych.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postuluje zrównanie najniższych świadczeń emerytalnych i rentowych z płacą minimalną. To słuszne rozwiązanie, do którego powinniśmy dążyć. Jednak po zaordynowanych w ostatnich latach przez PiS transferach socjalnych (nota bene kierowanych w przeważającej części do ludzi młodych) budżet wydaje się być napiętym do granic możliwości. Dlatego proponuję wprowadzenie corocznej indeksacji najniższych rent i emerytur w kwocie dwa lub trzy razy wyższej od wzrostu płacy minimalnej. To pozwoli na stopniowe niwelowanie różnicy pomiędzy minimalną płacą a emeryturą. Aż do pełnego zrównania obu świadczeń.

Zdrowie

Co trzeci pacjent odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem zamiast z lekarstwem. Ponad połowa z nich to ludzie starsi. Taki wynik dały badania przeprowadzone kilka lat temu przez Naczelną Izbę Aptekarską. Nie trudno zgadnąć, że również kolejki do lekarzy są domeną ludzi starszych. W nadchodzących wyborach temat zdrowia będzie z pewnością jednym z kluczowych. Jednak moim zdaniem, konieczne są rozwiązania radykalne.
Ten postulat zgłaszałem niedawno na łamach Trybuny – powołując się na artykuł 68 naszej Konstytucji. Gwarantujący równy i bezpłatny dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli i obywatelek bez względu na ich sytuację materialną. Tak, dostęp do każdego lekarza, tego w publicznej przychodni i prywatnym gabinecie, powinien być refundowany ze składek wpłacanych do NFZ. A lekarstwa bezpłatne.
Budżet (również ten Narodowego Funduszu Zdrowia) nie jest z gumy – to oczywiste. Proponuję więc rozpocząć realizację programu całkowicie bezpłatnej opieki zdrowotnej od najstarszych roczników Polek i Polaków. Zakładając jednocześnie, że w przewidywalnym horyzoncie czasowym obejmie on przynajmniej całe pokolenie LPP+.

Podatki

Polskie Stronnictwo Ludowe pierwsze zaproponowało likwidację podatku dochodowego od emerytury. Pełna zgoda. Lewica również jest za likwidacją tej buchalteryjnej fikcji. Bo jak działa podatek od emerytury? Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, wypłacający emerytury i renty, jest corocznie dotowany z budżetu państwa kwotą rzędu 40 mld zł. A za chwilę część tej dotacji wraca z powrotem do budżetu w postaci podatku dochodowego. Klasyczne przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Przy czym obie kieszenie są państwowe. A cały zabieg głównie po to, by emeryci i renciści mieli złudne wrażenie, że ich świadczenia są wyższe.
W całym tym podatkowym galimatiasie jest jedno ale. Licząc na emeryturę bez podatku, nie liczmy na znaczny wzrost świadczenia. Bo dzisiaj od płaconego podatku dochodowego odliczana jest składka zdrowotna. Podatek zlikwidujemy, ale ona pozostanie.

Mieszkanie

Program mieszkaniowy dla seniorów? Każda siła polityczna obiecuje pomoc w uzyskaniu mieszkania ludziom młodym. Przyjmując milcząco, że starsi mieszkania po prostu mają. I tak. I nie. Inne są potrzeby rodziny z trójką dzieci. Inne starszej schorowanej osoby, mieszkającej na trzecim piętrze w domu bez windy. W wielu krajach ten problem dostrzeżono. W Polsce dotychczas nie.
Konieczne jest uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego w głównej mierze dla ludzi starszych. Nie, nie chodzi o żadne domy pomocy społecznej. Potrzeba dobrze wyposażonych, niewielkich mieszkań, przeznaczonych dla jednej lub dwóch osób. Z windą. Bez barier architektonicznych. Najlepiej z salką fitness i niewielką świetlicą. Gabinetem zabiegowym w pobliżu.
Drugi konieczny do uruchomienia program, to odwrócony kredyt hipoteczny. W poprzedniej kadencji Sejmu taki projekt był. Został uchwalony. Tylko że nie funkcjonuje. Do tego tematu trzeba powrócić. Odwrócony kredyt hipoteczny pozwoliłby wielu osobom starszym na podniesienie swojego standardu życia, pozwalając wykorzystać wartość posiadanego mieszkania lub domu.

Wypoczynek

Kiedyś były tanie i dostępne wczasy FWP. Potem OFE i złudna wizja emerytur pod palmami. W czerwcu zderzyliśmy się z rzeczywistością. Gdy czytaliśmy o stojącym godzinami w upale pociągu wypełnionym emerytami usiłującymi dostać się do sanatoriów. Dusznym i bez klimatyzacji – bo najtańszym.
Nakłady na leczenie sanatoryjne oscylują wokół 1 proc. wszystkich świadczeń NFZ. Oznacza to wyjazd statystycznego emeryta do sanatorium raz na 25 lat. Kpina. Innych form pomocy państwa w zorganizowanym wypoczynku ludzi starszych w zasadzie brak.
Postuluję odtworzenie popularnej w czasach PRL formuły wczasów FWP. Dofinansowywanych z państwowego funduszu, wczasów przeznaczonych dla najsłabszych ekonomicznie emerytów i rencistów. Pozwalających im, przynajmniej raz na jakiś czas, na spędzenie wakacji poza miejscem zamieszkania.

W Sejmie

Jeśli znajdę się na listach wyborczych w zbliżających się wyborach do Sejmu. Jeśli wyborcy po raz drugi powierzą mi mandat Posła Rzeczypospolitej Polskiej. Kolejne cztery lata chcę poświęcić pracy na rzecz społeczności LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. By postulaty ważne dla ludzi starszych przeistaczały się w zapisy polskiego prawa. By nikt więcej nie mówił, że jesteśmy do czegoś lub na coś za starzy. To chciałbym obiecać.

Co wywalczyli niepełnosprawni

23 maja ulicami Warszawy przeszła ogólnopolska manifestacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin. To ważne wydarzenie przypomina o wciąż licznych potrzebach i nierozwiązanych problemach osób niepełnosprawnych, które zostały już wyartykułowane podczas protestu okupacyjnego w Sejmie wiosną 2018 roku. W ostatnim czasie obóz rządzący zapowiedział 500 złotych dodatkowego świadczenia dla części osób głęboko niepełnosprawnych. Nie wiadomo jednak, czy i kiedy nowe rozwiązanie wejdzie w życie ani kto dokładnie miałby zakwalifikować się do tego wsparcia.

Samo hasło: „500+ dla niepełnosprawnych” nawiązuje niewątpliwie do zasadniczego postulatu, z jakim przed rokiem przez miesiąc protestowano na sejmowym korytarzu. Bez względu na to, jakie będą dalsze losy zapowiedzianego nowego świadczenia, ówczesny protest już przyniósł wymierne efekty.

Wyższa renta socjalna

Podniesienie renty socjalnej z poziomu 84 proc. do 100 proc. najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy było jednym z dwóch najważniejszych postulatów protestujących. Dla tych ludzi miało to znaczenie godnościowe.
Przed protestem na portalach wymiany informacji między niepełnosprawnymi i ich bliskimi można było przeczytać hasła typu „84% człowieka” wskazujące, że renty socjalne poniżej poziomu ustawowego minimum dla świadczeń emerytalnych i rentowych uderzają w poczucie godności ludzi, którzy muszą żyć za takie pieniądze. Dobrze więc, że dokonano wyrównania i szkoda, że trzeba było do tego aż tak dramatycznego protestu.W dodatku mimo wyrównania nadal mówimy o świadczeniach bardzo niskich – do marca tego roku jest to 1100 złotych brutto, co na rękę daje kwoty mieszczące się poniżej socjalnego minimum.
Przypomnijmy, że renta socjalna przeznaczona jest dla osób mających orzeczoną niezdolność do pracy (choć zarazem prawo obecnie przewiduje możliwość dorabiania do tego świadczenia), których niepełnosprawność powstała przed 18 roku życia. Tym, którzy już w wieku dorosłym stali się niepełnosprawnymi i mają ograniczenia w wykonywaniu pracy, przysługują z kolei renty z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, o ile spełnione są też odpowiednie kryteria.

W praktyce nadal mamy w Polsce grupę osób głęboko niepełnosprawnych,

które nie kwalifikują się do jednego ani drugiego świadczenia. Wystarczy, że ktoś po 18 roku życia ulegnie wypadkowi, skutkującemu niepełnosprawnością, a nie był ubezpieczony emerytalnie lub rentowo, bo np. sytuacja zmuszała go do pracy na czarno lub na umowę o dzieło.
Inny mało akcentowany problem to sytuacja opiekunów, którzy pobierają emerytury lub renty, często bardzo skromne, nawet poniżej 1000 złotych na osobę. Grupa ta od lat domaga się wyrównania świadczenia pielęgnacyjnego (obecnie na poziomie nieco powyżej 1500 złotych netto). Inną sprawą jest kwestia tzw. wykluczonych opiekunów osób, które stały się znacznie niepełnosprawne w wieku dorosłym. Opiekunowie ci mogą liczyć dziś na raptem 620 złotych i to pod warunkiem nieprzekroczenia progu dochodowego (poniżej 764 złotych netto na osobę).

Solidarnościowy Fundusz Wsparcia

Jeszcze w czasie sejmowego protestu w ubiegłym roku, premier Morawiecki zapowiedział wprowadzenie tzw. daniny solidarnościowej, która pozwoliłaby na sfinansowanie zwiększonego wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami. Ta zapowiedź została chłodno przyjęta przez dużą część środowiska, jako coś, co kojarzyło im się ze swoistą jałmużną, a nie realnym urzeczywistnieniem ich praw. To wskazuje, by projektując różne rozwiązania wspierające dbać o to, by nie uderzały one w poczucie godności tych, do których są skierowane.
Zastrzeżenia budziło choćby przekazanie na ten nowy cel niemałych środków nie tylko z tzw. daniny solidarnościowej, ale także z Funduszu Pracy, a więc puli dedykowanej osobom bezrobotnym, którzy też są w potrzebie. Wydaje się dyskusyjne czy akurat do tej stosunkowo płytkiej publicznej kieszeni należy ochoczo sięgać by finansować inne, choćby słuszne cele.
Z perspektywy czasu widać jednak pewne plusy nowego, działającego od tego roku mechanizmu. W ramach Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, którego tegoroczny budżet ma wynieść prawie 650 mln złotych uruchomiono już konkretne programy, mające służyć dofinansowaniu działań gmin w zakresie opieki. Pierwszy z programów to „ usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych” (60 mln na ten rok), drugi zaś to „opieka wytchnieniowa” (110 mln). O ile pierwszy z programów ma służyć dalszemu rozwojowi usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, będących już od dawna ustawowym zadaniem samorządu, o tyle drugi służy rozwojowi czegoś, czego brakowało w polskim prawie socjalnym.

Opieka wytchnieniowa

to w uproszczeniu opieka zastępcza na czas, gdy opiekun nie może sprawować opieki (np. w związku z własnym leczeniem) nad swoim podopiecznym. Z moich doświadczeń wynika, że takie wsparcie jest przez wielu opiekunów bardzo pożądane, a jego brak skutkuje naprawdę dramatycznymi sytuacjami. Zdarza się wszak, że przeciążony opieką bez przerwy opiekun nie jest w stanie nawet skorzystać z konstytucyjnego prawa do leczenia, bowiem nie ma w tym czasie jak zapewnić opieki bliskiej osobie.
Oczywiście budżet tych programów, jak na skalę potrzeb, jest dość skromny, a konkursowa formuła z wymaganym wkładem własnym może uderzać w najuboższe gminy, którym trudno ubiegać się o wsparcie. Wreszcie, szczegółowe zasady przyznawania tego rodzaju opieki budzą obawy, że część potrzebujących, np. opiekunowie osób z niepełnosprawnością intelektualną, może nie zakwalifikować się do pomocy. Ważne jednak, że przynajmniej na razie zaczęły funkcjonować pewne nowe formy wsparcia, których dotąd dotkliwie brakowało. Być może dłużej musielibyśmy na to czekać, gdyby nie zeszłoroczny protest.

Lepszy dostęp do rehabilitacji medycznej dla znacznie niepełnosprawnych

Przyjęcie nowych rozwiązań w dostępie do świadczeń medyczno-rehabilitacyjnych miało stanowić rządową odpowiedź na drugi z postulatów – 500 dodatkowych złotych dla osób ze znaczną niepełnosprawnością. Rząd nie umiejąc bądź nie chcąc spełnić tego postulatu w formie świadczenia pieniężnego, zasugerował wprowadzenie szeregu udogodnień w dostępie do sprzętu, rehabilitacji i specjalistycznego leczenia, które w założeniu miały przynieść znaczne oszczędności w budżetach domowych osób z niepełnosprawnościami. Rozwiązanie to trudno uznać za właściwą odpowiedź na to, czego oczekiwali protestujący. Niemniej przyniosło ono pewne korzyści przynajmniej części osób z niepełnosprawnością znaczną i ich rodzin.

Nowe regulacje

przewidywały możliwość skorzystania z ambulatoryjnych świadczeń specjalistów bez konieczności skierowań, brak limitów czasowych użytkowania wyrobów medycznych, takich jak materace, wózki inwalidzkie czy protezy, zniesienie limitu finansowania świadczeń w zakresie rehabilitacji leczniczej czy bezkolejkowy dostęp do świadczeń medycznych i zaopatrzenia w aptekach.
Na ile założenia te zostały zrealizowane w praktyce? Spotkałem się z różnymi opiniami. Jedni mówią, że faktycznie skorzystali, ale są też tacy, którzy wskazują, że nadal natrafiają na pewne bariery. Z pewnością tu i ówdzie udrożniono i ułatwiono dostęp do opieki i rehabilitacji medycznej dla części osób niepełnosprawnych i ułatwiono tym samym przy okazji życie ich bliskim.

Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach nowych regulacji.

Po pierwsze, działają one tylko względem osób z niepełnosprawnością w stopniu znacznym, a już nie z np. stopniem umiarkowanym. Część potrzebujących, na przykład świeżo po ciężkim wypadku lub chorobie, może w ogóle nie mieć jeszcze orzeczenia, choć szybki tryb dostępu do rehabilitacji i specjalistów powinien być wskazany. Po drugie, nawet wśród osób znacznie niepełnosprawnych są takie, których np. choroby rzadkie nie są w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej jeszcze uwzględnione, jeśli chodzi o specjalistów, terapie, odpowiednie podejście itp. Dla tych ludzi dodatkowe wsparcie pieniężne mogłoby być rozwiązaniem, pozwalającym na choćby częściowe pokrycie dodatkowych kosztów leczenia, rehabilitacji, opieki, niekiedy poza ramami publicznej służby zdrowia.
Wreszcie – pamiętajmy, że potrzeby osób niepełnosprawnych – także tych znacznie niepełnosprawnych – nie zamykają się w sferze tylko medyczno-rehabilitacyjnej. Ci ludzie potrzebują też szerokiej i sprawnej rehabilitacji społecznej, a nieraz i zawodowej. Omawiane rozwiązania się do tego nie odnoszą. Nie zapominajmy również, że łatwiejsza i szybsza ścieżka dostępu do lekarzy specjalistów i rehabilitantów nic nie da bez działań, które by zatrzymały przedstawicieli tych profesji w systemie publicznej służby zdrowia i gwarantowały im godziwe wynagrodzenie i warunki pracy. Z tym bywa bardzo źle, o czym np. zajmujący się rehabilitacją fizjoterapeuci przypomnieli podczas niedawnego protestu tej grupy zawodowej.

Wiatr w żagle

Oddziaływanie zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych i ich rodzin nie powinno być rozpatrywane wyłącznie przez pryzmat twardych zmian legislacyjnych, ale także zjawisk zachodzących w debacie publicznej i społecznej świadomości. Pod tym względem znaczenie protestu trudno przecenić. Wiele osób poznało, choćby pobieżnie, dramat ludzi z głębokimi niepełnosprawnościami i ich bliskich, a także mogło zorientować się w choćby niektórych deficytach polityki wsparcia tej grupy. Dziś prawdopodobnie niemal wszystkie formacje oraz media zdają sobie, że mówimy o grupie społecznej, która czuje się pokrzywdzona i gotowa jest zabiegać o swoje prawa. Miejmy nadzieję, że przełoży się to tworzenie bardziej solidarnej i sprawiedliwej polityki wobec niepełnosprawności.

Test przedsiębiorcy Rząd na straży przywilejów

Od kilku tygodni trwa zadziwiająca bitwa wewnątrz obozu zjednoczonej prawicy. Chodzi o tzw. test przedsiębiorcy, czyli pomysł weryfikacji jednoosobowych firm tak, aby odsiać tych, którzy naprawdę prowadzą działalność gospodarczą od tych cwaniaków, którzy po prostu doją państwo na podatkach.

Rząd Leszka Millera wprowadził bowiem liniowy PIT na poziomie 19 proc., z czego skorzystali przede wszystkim dobrze opłacani menadżerowie i specjaliści. Rezygnują oni z umów o pracę (i wpadania w wyższy próg podatku dochodowego), bo przy zarobkach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie wszystkie usługi społeczne mogą sobie kupić na wolnym rynku, a z pewnością pomaga im w tym owa kilkunastoprocentowa oszczędność.
Jakby ta weryfikacja miała wyglądać, nie wiadomo, ale po pojawieniu się wspomnianej na początku zapowiedzi weryfikacji, w biznesowo-liberalnych mediach pojawiła się panika, kuriozalne ‘’listy’’ zrozpaczonych pseudo-przedsiębiorców, którzy porównywali pomysł z wieszaniem na latarni (mowa o liście wydrukowanym w Rzeczpospolitej, zdawałoby się poważnej gazecie), a także wyliczenia.
Z tych ostatnich ma wynikać, że – co ciekawe – najbiedniejsi przedsiębiorcy mają zyskać. Jeśli mają dochód pięć tysięcy miesięcznie, to w skali roku zarobią dodatkowe półtora. Niewiele zmieni się dla dobrze zarabiających średniaków Jeśli ktoś na działalności zarabia dziesięć tysięcy miesięcznie, to rocznie będzie musiał zapłacić półtora tysiąca. Schody będą dla krezusów. Jeśli bowiem ktoś przytula dwadzieścia tysięcy w miesiąc, to rocznie odda państwu
siedemnaście.
Jeśli trzydzieści – to jeden miesięczny dochód. I tak dalej. Trudno uznać, że jest to bolesne.
Warto przy tym podkreślić, że chodzi o ludzi na fikcyjnej działalności gospodarczej. Czyli wykonujące po prostu pracę, a nie biznes. To wszystko dotyczy 160 tys. z nas, czyli jakiś 1 proc. pracowników. Z tego uszczelnienia nie będzie więc wielkich pieniędzy, bo niewiele ponad 1 miliard, ale przecież on piechotą nie chodzi i przyda się w budżecie.
Biznesowe media straszą również, że może dojść do sytuacji, gdy ZUS zażąda od niby-przedsiębiorców zapłaty zaległych składek. To pewnie dałoby się rozwiązać na poziomie przepisów. Bo to nie wina ludzi, że państwo pozwala im okradać wspólnotę, tylko państwa właśnie.
Na razie stanęło na tym, że Morawiecki ‘’przeciął spekulacje’’ i powiedział, że testu nie będzie. Po co przed wyborami złościć małą, ale za to wpływową grupę?

Kler niech płaci

O genezie powstania i źródłach projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych i zasad funkcjonowania państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa jak i cały konfesyjnie zdefiniowany system wartości narzucany wbrew różnicom światopoglądowym Polaków. Wobec tych i wielu innych różnic jesteśmy przekonani, że tylko państwo świeckie, które przestrzega zasady nie zaangażowania stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. W dążeniu do demokratycznego, świeckiego państwa prawnego podjęliśmy trud stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie poprzez osiągnięcie jawności finansów kościołów i związków wyznaniowych, pozbawienie ich przywilejów nie związanych z działalnością w sferze kultu religijnego, mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności państwa. kościołów i związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie.
Decydując się na zorganizowanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej wokół projektu jaki powstawał w ramach naszego stowarzyszenia Kon gres Świeckości, przeprowadziliśmy wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowaliśmy orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem. W pełni świadomi trudności i problemów jakie stwarza poruszana w projekcie ustawy problematyka postanowiliśmy zbudować komitet obywatelski inicjatywy ustawodawczej złożony z przedstawicieli ok. czterdziestu formalnie i nieformalnych działających organizacji, ruchów obywatelskich i pozaparlamentarnych partii politycznych.

Proponowany projekt ustawy

został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy

projektowana ustawa ingeruje głównie w taki zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.
Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła. Najlepszym ich przykładem jest ujawniona przez prasę rozmowa lidera partii rządzącej w sprawie budowy wieżowców w Warszawie, a dotycząca między innymi sposobu prowadzenia interesów budowlanych przez znanego zakonnika z Torunia.
Wszyscy muszą mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana przez nas ustawa nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu rzeczywiste osiągnięcie wyższego stopnia transparentności życia publicznego, który w efekcie przyczyni się do zmniejszenia ryzyka powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.
W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych co ma mieć związek z transparentnością sfery publicznej, nasz projekt likwiduje niejawność przychodów całej olbrzymiej instytucjonalnej sfery działalności kościołów i związków wyznaniowych. Działalność tych instytucji, a w szczególności poza religijna nie może być pozostawiona ich dyskrecjonalnemu uznaniu i owiana mgłą tajemnicy.
Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa w sprawach religijnych i prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich i niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada

powinna oznaczać w praktyce nie tylko całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa, ale i prawo władzy państwowej do kształtowania powinnego zachowania tych podmiotów w sferze publicznej będącej domena państwa.
Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień i różnych przywilejów kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych. Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne z drugiej strony. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie szantażowania polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno – prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym mającym obejmować wszystkich obywateli. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie wedle swoich potrzeb i uznania ustalają jakie kwestie objęte są katalogiem spraw religijnych i gdzie przebiegają granice ich autonomii i niezależności.
Z uwagi na trwającą od początku kwietnia kampanię zbierania podpisów poparcia dla projektu ustawy, która wobec doręczenia pełnomocniczce komitetu obywatelskiego postanowienia Marszałka Sejmu RP wydanego 19 marca bieżącego roku dopiero w dniu 27 marca, zaczęła się z niewielkim opóźnieniem, apelujemy do wszystkich zainteresowanych udzieleniem poparcia naszej inicjatywie o aktywne włączenie się do naszych działań i składanie podpisów w czasie zbiórek ulicznych np. w Warszawie od godz. 14 do 19 przy stacji metra Centrum (na tzw. patelni) oraz w Miasteczku Wolności pod Sejmem RP, a także samodzielne zbieranie podpisów wśród znajomych i rodziny na wydrukowanym samodzielnie formularzu do zbierania podpisów znajdującym się na stronie internetowej Kongresu Świeckości oraz stronach facebookowych Projektu Świeckie Państwo i przesyłanie nam pod adres wskazany na formularzu bądź składanie w miejscach zbiórek w Warszawie i w całym kraju.

Głos lewicy

Podatki, głupcze!

Tymoteusz Kochan komentuje zmiany w podatkach, ogłoszone przez minister Teresę Czerwińską:
PiS jest partią neoliberalną i kolejny raz to potwierdza.
Rząd zamiast zwolnić od podatków najuboższych to wprowadza niższy podatek PIT i zwalnia z podatków osoby do 26 roku życia, które zarabiają do 7 tysięcy złotych (a to już jest w ogóle jakiś patologiczny ageizm). Tym samym budżet naszego kraju poniesie wielomiliardowe straty, podobnie jak przy okazji niższego CIT-u dla małych przedsiębiorstw.
W tym samym czasie ten sam rząd twierdzi, że nie ma środków dla nauczycieli, że nie ma środków na szkolnictwo wyższe, ani na służbę zdrowia. Oczywiście, że nie ma bo woli ciąć i zwijać sferę budżetową, obniżać podatki i kategorycznie odmawia inwestycji w sektor publiczny. Wręcz się go brzydzi!
Już z samych tych prezentów dla małych firm i obniżania PIT-u wystarczyłoby na wszystkie podwyżki dla nauczycieli, a jeszcze dużo by zostało. Przy normalnej progresji i zniesieniu liniowego CIT-u starczyłoby też spokojnie na inne sektory i prawdopodobnie ludzie nie musieliby umierać w kolejce do lekarza.
Tyle, że rząd woli wrzucać pieniądze w dziurawy rynek.
I po prostu kocha prywatę.

Integracja potrzebna od zaraz

Różnica między nami fundamentalna jest taka, że PiS opowiada się za osłabieniem UE. Hasło „Europa ojczyzn” to jest właśnie hasło osłabiania Unii, pozbawienia jej części kompetencji i przywracania tych kompetencji państwom narodowym. Koalicja Europejska uważa, że we współczesnym świecie coraz większej konkurencji ze strony nowych mocarstw gospodarczych potrzebna jest silniejsza integracja europejska.
Podam pani przykład. Jeżeli stać na gruncie stanowiska PiS-u o potrzebie przywracania suwerenności państw narodowych, to to oznacza, że UE np. nie powinna prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, bo ta jest wręcz taką elementarną częścią suwerenności, wyrazem suwerenności państwa. Ale w interesie Polski leży, żeby UE miała wspólną politykę zagraniczną, np. wobec Rosji. Ale w interesie innych państw członkowskich będzie to, żeby miała wspólną politykę zagraniczną wobec USA, Chin itd. Więc stanowisko PiS-u jest w moim przekonaniu wewnętrznie głęboko nielogiczne, sprzeczne. I pod tym względem różnimy się fundamentalnie.
Włodzimierz Cimoszewicz o tym, jak polepszyć gospodarcze stosunki Polski z resztą Europy, Źródło: sld.org.pl

SLD przypomina:

Na podstawie Traktatu Akcesyjnego podpisanego w Atenach 16 kwietnia 2003 r., Polska oraz 9 innych państw kandydujących, 1 maja 2004 r. weszło w skład Unii Europejskiej.
W imieniu Rzeczpospolitej Traktat podpisali premier Leszek Miller oraz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz.
Przez te 14 lat Polska pozyskała z unijnego budżetu na czysto blisko 110 mld euro, 4-krotnie zwiększyła eksport, powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy, wyraźnie wzrosła siła nabywcza Polek i Polaków.
Jeżeli projekt zjednoczonej Europy ma się rozwijać potrzebna jest dalsza integracja. Jednakże prawa człowieka i bezpieczeństwo socjalne musi iść w parze z demokratyzacją procesów decyzyjnych w UE. Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być celem Unii Europejskiej samym w sobie, rozwój gospodarki musi służyć budowie państwa opiekuńczego.
W nowej kadencji Parlamentu Europejskiego wprowadzimy: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejską płacę minimalną, takie same prawa pracownicze w całej UE.
Priorytetami będzie również walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości.
Źródło: sld.org.pl