Kler niech płaci

O genezie powstania i źródłach projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych i zasad funkcjonowania państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa jak i cały konfesyjnie zdefiniowany system wartości narzucany wbrew różnicom światopoglądowym Polaków. Wobec tych i wielu innych różnic jesteśmy przekonani, że tylko państwo świeckie, które przestrzega zasady nie zaangażowania stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. W dążeniu do demokratycznego, świeckiego państwa prawnego podjęliśmy trud stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie poprzez osiągnięcie jawności finansów kościołów i związków wyznaniowych, pozbawienie ich przywilejów nie związanych z działalnością w sferze kultu religijnego, mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności państwa. kościołów i związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie.
Decydując się na zorganizowanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej wokół projektu jaki powstawał w ramach naszego stowarzyszenia Kon gres Świeckości, przeprowadziliśmy wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowaliśmy orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem. W pełni świadomi trudności i problemów jakie stwarza poruszana w projekcie ustawy problematyka postanowiliśmy zbudować komitet obywatelski inicjatywy ustawodawczej złożony z przedstawicieli ok. czterdziestu formalnie i nieformalnych działających organizacji, ruchów obywatelskich i pozaparlamentarnych partii politycznych.

Proponowany projekt ustawy

został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy

projektowana ustawa ingeruje głównie w taki zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.
Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła. Najlepszym ich przykładem jest ujawniona przez prasę rozmowa lidera partii rządzącej w sprawie budowy wieżowców w Warszawie, a dotycząca między innymi sposobu prowadzenia interesów budowlanych przez znanego zakonnika z Torunia.
Wszyscy muszą mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana przez nas ustawa nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu rzeczywiste osiągnięcie wyższego stopnia transparentności życia publicznego, który w efekcie przyczyni się do zmniejszenia ryzyka powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.
W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych co ma mieć związek z transparentnością sfery publicznej, nasz projekt likwiduje niejawność przychodów całej olbrzymiej instytucjonalnej sfery działalności kościołów i związków wyznaniowych. Działalność tych instytucji, a w szczególności poza religijna nie może być pozostawiona ich dyskrecjonalnemu uznaniu i owiana mgłą tajemnicy.
Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa w sprawach religijnych i prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich i niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada

powinna oznaczać w praktyce nie tylko całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa, ale i prawo władzy państwowej do kształtowania powinnego zachowania tych podmiotów w sferze publicznej będącej domena państwa.
Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień i różnych przywilejów kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych. Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne z drugiej strony. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie szantażowania polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno – prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym mającym obejmować wszystkich obywateli. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie wedle swoich potrzeb i uznania ustalają jakie kwestie objęte są katalogiem spraw religijnych i gdzie przebiegają granice ich autonomii i niezależności.
Z uwagi na trwającą od początku kwietnia kampanię zbierania podpisów poparcia dla projektu ustawy, która wobec doręczenia pełnomocniczce komitetu obywatelskiego postanowienia Marszałka Sejmu RP wydanego 19 marca bieżącego roku dopiero w dniu 27 marca, zaczęła się z niewielkim opóźnieniem, apelujemy do wszystkich zainteresowanych udzieleniem poparcia naszej inicjatywie o aktywne włączenie się do naszych działań i składanie podpisów w czasie zbiórek ulicznych np. w Warszawie od godz. 14 do 19 przy stacji metra Centrum (na tzw. patelni) oraz w Miasteczku Wolności pod Sejmem RP, a także samodzielne zbieranie podpisów wśród znajomych i rodziny na wydrukowanym samodzielnie formularzu do zbierania podpisów znajdującym się na stronie internetowej Kongresu Świeckości oraz stronach facebookowych Projektu Świeckie Państwo i przesyłanie nam pod adres wskazany na formularzu bądź składanie w miejscach zbiórek w Warszawie i w całym kraju.

Głos lewicy

Podatki, głupcze!

Tymoteusz Kochan komentuje zmiany w podatkach, ogłoszone przez minister Teresę Czerwińską:
PiS jest partią neoliberalną i kolejny raz to potwierdza.
Rząd zamiast zwolnić od podatków najuboższych to wprowadza niższy podatek PIT i zwalnia z podatków osoby do 26 roku życia, które zarabiają do 7 tysięcy złotych (a to już jest w ogóle jakiś patologiczny ageizm). Tym samym budżet naszego kraju poniesie wielomiliardowe straty, podobnie jak przy okazji niższego CIT-u dla małych przedsiębiorstw.
W tym samym czasie ten sam rząd twierdzi, że nie ma środków dla nauczycieli, że nie ma środków na szkolnictwo wyższe, ani na służbę zdrowia. Oczywiście, że nie ma bo woli ciąć i zwijać sferę budżetową, obniżać podatki i kategorycznie odmawia inwestycji w sektor publiczny. Wręcz się go brzydzi!
Już z samych tych prezentów dla małych firm i obniżania PIT-u wystarczyłoby na wszystkie podwyżki dla nauczycieli, a jeszcze dużo by zostało. Przy normalnej progresji i zniesieniu liniowego CIT-u starczyłoby też spokojnie na inne sektory i prawdopodobnie ludzie nie musieliby umierać w kolejce do lekarza.
Tyle, że rząd woli wrzucać pieniądze w dziurawy rynek.
I po prostu kocha prywatę.

Integracja potrzebna od zaraz

Różnica między nami fundamentalna jest taka, że PiS opowiada się za osłabieniem UE. Hasło „Europa ojczyzn” to jest właśnie hasło osłabiania Unii, pozbawienia jej części kompetencji i przywracania tych kompetencji państwom narodowym. Koalicja Europejska uważa, że we współczesnym świecie coraz większej konkurencji ze strony nowych mocarstw gospodarczych potrzebna jest silniejsza integracja europejska.
Podam pani przykład. Jeżeli stać na gruncie stanowiska PiS-u o potrzebie przywracania suwerenności państw narodowych, to to oznacza, że UE np. nie powinna prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, bo ta jest wręcz taką elementarną częścią suwerenności, wyrazem suwerenności państwa. Ale w interesie Polski leży, żeby UE miała wspólną politykę zagraniczną, np. wobec Rosji. Ale w interesie innych państw członkowskich będzie to, żeby miała wspólną politykę zagraniczną wobec USA, Chin itd. Więc stanowisko PiS-u jest w moim przekonaniu wewnętrznie głęboko nielogiczne, sprzeczne. I pod tym względem różnimy się fundamentalnie.
Włodzimierz Cimoszewicz o tym, jak polepszyć gospodarcze stosunki Polski z resztą Europy, Źródło: sld.org.pl

SLD przypomina:

Na podstawie Traktatu Akcesyjnego podpisanego w Atenach 16 kwietnia 2003 r., Polska oraz 9 innych państw kandydujących, 1 maja 2004 r. weszło w skład Unii Europejskiej.
W imieniu Rzeczpospolitej Traktat podpisali premier Leszek Miller oraz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz.
Przez te 14 lat Polska pozyskała z unijnego budżetu na czysto blisko 110 mld euro, 4-krotnie zwiększyła eksport, powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy, wyraźnie wzrosła siła nabywcza Polek i Polaków.
Jeżeli projekt zjednoczonej Europy ma się rozwijać potrzebna jest dalsza integracja. Jednakże prawa człowieka i bezpieczeństwo socjalne musi iść w parze z demokratyzacją procesów decyzyjnych w UE. Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być celem Unii Europejskiej samym w sobie, rozwój gospodarki musi służyć budowie państwa opiekuńczego.
W nowej kadencji Parlamentu Europejskiego wprowadzimy: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejską płacę minimalną, takie same prawa pracownicze w całej UE.
Priorytetami będzie również walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości.
Źródło: sld.org.pl

Czy ja jestem przedsiębiorcą?

Mieliby o tym decydować urzędnicy skarbowi, którzy ocenią,
kto pozytywnie wypadnie w specjalnym teście.

Według najnowszych doniesień medialnych, Ministerstwo Finansów pracuje obecnie nad tzw. „testem przedsiębiorcy”, który ma ograniczyć możliwość rozliczania się 19-procentowym podatkiem dochodowym (PIT) przez osoby pracujące tylko dla jednego klienta.
W ten sposób to urzędnicy mają rozróżniać między osobami, które ich zdaniem są faktycznymi przedsiębiorcami – a pracownikami firmy, którzy przeszli na samozatrudnienie ze względów podatkowych i składkowych.

Bogaci płacą mniej

Powyższe rozróżnienie jest istotne, ponieważ w przypadku osób o wyższych dochodach korzyści wynikają nie tylko z niższej stawki PIT (19 proc. zamiast 32 proc. w drugim progu podatkowym), ale także z niższych ryczałtowych składek ZUS i NFZ (1245 zł miesięcznie zamiast 33 proc. pensji brutto).
Takie rozwiązanie ma zwiększyć dochody państwa, jednocześnie jednak otworzy kolejne pole sporów między podatnikami a urzędnikami, którzy mieliby decydować, kto jest, a kto nie jest przedsiębiorcą.
„Test przedsiębiorcy” byłby więc biurokratyczną próbą walki z symptomami, a nie z przyczyną samozatrudnienia w Polsce, którą jest nadmierne zróżnicowanie wysokości opodatkowania w zależności od formy prawnej umowy – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Grono uprzywilejowanych

Polski system podatkowy i ubezpieczeń społecznych z jednej strony charakteryzuje niemal płaski, ok. 40 proc. klin podatkowy, a z drugiej, szereg przywilejów i ulg dla wybranych grup, takich jak rolnicy, górnicy, twórcy, przedsiębiorcy czy samozatrudnieni.
Uprzywilejowane są też osoby o wyższych dochodach, które prowadząc działalność gospodarczą płacą 19 proc. PIT oraz zryczałtowany ZUS.
To nie PIT, a składki ZUS i NFZ, z których część jest ukryta po stronie pracodawcy, stanowią największą część klina podatkowego.
Choć składka ZUS jest dzielona właśnie między pracownika i pracodawcę, to w rzeczywistości pierwszego przede wszystkim interesuje pensja netto, natomiast drugiego łączny koszt związany z zatrudnieniem.
Na umowie o pracę najwyżej opodatkowane są osoby o pełnym koszcie pracy wynoszącym ok. 13 tys. zł – z jednej strony są one jeszcze objęte pełną składką rentową i emerytalną, a z drugiej już wpadają w 32 proc. próg PIT.
Przy jeszcze lepszych zarobkach, powyżej 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia, pensja przestaje być obciążona składkami emerytalnymi i rentowymi, co prowadzi do nieznacznego spadku klina podatkowego.
W większości przedziałów dochodów, korzystniej od umowy o pracę wypada samozatrudnienie. Tylko na samym początku skali, 1250 zł zryczałtowanego ZUS stanowi tak dużą część dochodu, że rozwiązanie to jest nieopłacalne (nie dotyczy to oczywiście działalności nierejestrowanej i osób o dochodach poniżej 1250 zł, które ZUS płacić nie muszą).
Później, wraz ze wzrostem dochodu, obciążenie ZUS spada, a dodatkowo nie trzeba płacić 32 proc. PIT, gdyż cały dochód objęty jest liniowym, 19 proc. podatkiem.

Warto pomajstrować

Duże różnice w opodatkowaniu dochodów z umowy o pracę i samozatrudnienia negatywnie wyróżniają Polskę na tle innych krajów. Szczególnie jest to widoczne w przypadku osób o wyższych dochodach, których ma dotyczyć właśnie test przedsiębiorcy.
Efektem dużych różnic w opodatkowaniu pracy i samozatrudnienia jest znacznie większy odsetek samozatrudnionych w Polsce w porównaniu do wielu krajów. Poza kwestiami podatkowymi, wpływ na to mają także inne czynniki, takie jak restrykcyjność prawa pracy czy struktura sektorowa gospodarki.
Ponadto, o ile osoby prowadzące działalność gospodarczą jako osoby fizyczne płacą tylko 19 proc. PIT i zryczałtowany ZUS, to właściciele spółek kapitałowych od wypracowanego przez nie zysku muszą najpierw zapłacić 19 proc. CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) , a potem często też 19 proc. PIT, co łącznie daje ponad 34 proc. stawkę podatkową.
Także w tym względzie Polska negatywnie wyróżnia się na tle innych krajów, które starają się nie zniechęcać przedsiębiorców do zakładania spółek kapitałowych.
Te różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu w zależności od formy prawnej, zachęcają podatników do „optymalizacji podatkowej”, a administrację – do kontroli i ciągłego majstrowania w przepisach.
W efekcie, polski system podatkowy jest oceniany jako jeden z najbardziej nieprzyjaznych dla przedsiębiorców (patrz np. Bank Światowy, Doing Business lub coroczne ankiety w ramach Global Competitvness Report) i stanowi istotną barierę dla rozwoju polskiej gospodarki.

Bicie po kieszeni zamiast reformy

Pomysł „testu przedsiębiorcy” wpisuje się w dotychczasową praktykę walki z symptomami, a nie przyczynami problemu i stanowi zapowiedź dalszej komplikacji systemu podatkowego oraz jeszcze większej władzy urzędników.
Koncepcja „testu przedsiębiorcy” jest efektem ogłoszenia przez rząd PiS nowego pakietu obietnic wyborczych, którego koszty w 2020 roku sięgną ok. 40 mld zł. Potrzeba znalezienia finansowania dla tak gigantycznego wydatku wymusza na rządzie głębsze sięgnięcie do kieszeni podatnika.
Klin podatkowy w Polsce wymaga reformy, docelowo należy ograniczyć różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu umów o pracę i samozatrudnienia – jednak nie powinno wiązać się to tylko z równaniem wszystkich podatków do góry. Niestety, kosztowne obietnice wyborcze PiS sprawiają, że w finansach publicznych w najbliższych latach będzie coraz mniej miejsca na gruntowną, sprzyjającą wzrostowi gospodarczemu, reformę systemu podatkowego.
Wprowadzenie „testu przedsiębiorcy” nie jest reformą, a próbą znalezienia dodatkowych wpływów podatkowych. Przyznanie urzędnikom prawa decydowania, kto może korzystać z 19 proc. PIT będzie źródłem konfliktów między administracją a podatnikami.
Właściwym kierunkiem reformy powinno być zmniejszenie różnic w opodatkowaniu dochodów z pracy i działalności gospodarczej tak, aby zlikwidować korzyści z tworzenia fikcyjnych działalności gospodarczych.

Nie warto rozmawiać

Na jednym z portali biznesowych pojawił się artykuł podsumowujący ostatnie doniesienia Instytutu Badań Strukturalnych alarmujące, że obowiązujący w Polsce system podatkowy jest de facto regresywny.

Nihil novi, można by rzec. Dla osób względnie ogarniających lewą stronę sceny intelektualnej najczęściej jest to oczywistość. Jeżeli ktoś spędził w życiu już trochę czasu na tropieniu grubych oszustw i małych tricków narracji wolnorynkowej, dość oczywiste dla niego jest, że hasła o ucisku „przedsiębiorców” i zdzieraniu z nich ostatniej koszuli, by oddać ją wrednym roszczeniowcom, to zasłona dymna. Państwo, a już z pewnością państwo polskie, istnieje po to, żeby robić dobrze ludziom przy forsie. Więc udokumentowany fakt, że wspomniane państwo utrzymuje się sięgając głównie do kieszeni niezamożnych, może być zaskoczeniem tylko dla mózgów, których rozbioru dawno temu dokonali Leszek Balcerowicz z Witoldem Gadomskim i Januszem Majcherkiem.
Na pewno jednak niejedna osoba, dla której równość i sprawiedliwość społeczna są czymś więcej niż pretekstem do beki, natrafiając na taki artykuł w biznesowym medium pomyślała sobie: „O, a jednak piszą! Nareszcie coś się zmienia”. Wyjaśniam: nie, nie zmienia się. Owszem, o analizie IBS pisał nie tylko Business Insider. Mainstream generalnie poczuł się w obowiązku o tym napomknąć, bo skoro głównonurtowy think tank dopuszcza taki temat, to widocznie można. Jednak takie treści pojawiają się w tych mediach regularnie od czasu kryzysu w 2008 r. Ileż to już razy ktoś w „Gazecie Wyborczej” pisał z sugestią, że wolny rynek to ściema typu „złoto dla naiwnych” – tak jak John Steinbeck wskazywał na miliony robotników myślących o sobie jako o „chwilowo niespełnionych milionerach”!
W sytuacji niekończącej się światowej recesji neoliberalizm jako dyskurs się załamał, ale jako polityka ma się świetnie, zwłaszcza w granicach Unii Europejskiej. Wszelkie argumenty nie-neoliberalne, „keynesowskie”, „popytowe” chwyciły w krajach takich jak Polska tylko na zasadzie doraźnych środków technicznych, służących wygładzeniu dziur po dekoniunkturze. Tak przecież było w przypadku „reformy OFE” za Tuska. Jak się wtedy okazało, interes prywaciarskich świętych krów można było naruszyć tylko w sytuacji, gdy ich bonanza zostawiła po sobie takie spustoszenie w środkach publicznych, że rząd po prostu sobie z nimi nie radził.
Ale to był tylko wypadek przy pracy – myślenie tej formacji nie zmieniło się ani na jotę. Z prostego powodu: być może kilka razy do roku obcują oni z intelektualistami myślącymi co innego niż Balcerowicz, ale całość życia spędzają głównie wśród „Januszy biznesu”, ich rodzin i ich usłużnych klakierów. Nie zmieniło się nic. Największy program redystrybucyjny po 1989 r. został wprowadzony przez partię, która, gdy Tusk podszczypywał OFE, darła się: „Nasze piniondze kradnom!” Podatków PiS nie zamierza bynajmniej ruszać, wymawiając się „daniną solidarnościową”. Sami ukręcili łeb projektowi ujednolicenia i jednoczesnego uprogresywnienia podatku dochodowego.
Eksplozja nienawiści klasowej z powodu 500 plus mówi coś o tym, w jakim miejscu jesteśmy. Koniec filozofowania: „sroczyńscy” idą w odstawkę, a „majcherki” znów rządzą! Radzę się nie łudzić, że polskich liberałów cokolwiek przekona, by przestali być samymi sobą. Tak, ktoś napisze za IBS, że największą część swych dochodów odprowadzają w podatkach biedni, bo to oni zasilają VAT i rozliczają się z PITu, podczas gdy całe jaśniepaństwo z CITu. Jak zwykle do niczego to nie doprowadzi, bo takie teksty zamieszczane są tylko jako „urozmaicenie” i asekuracyjna wymówka. Tak samo pluralizm liberalnej demokracji jest tylko sposobem na odwrócenie uwagi od faktu, że w kapitalizmie władza nad społeczeństwem w zawsze pozostaje monopolizowana przez najwęższą możliwą grupę.
„To biedacy płacą więcej?” Kilka osób się tym przejmie, a cała reszta „jaśnie oświeconych” wyprze to po pięciu minutach, bo ich rolą nie jest przejmowanie się, ani główkowanie. Ich rolą jest posiadanie. Czują, że do tego są powołani. Żadnym argumentem się tego nie przeskoczy. Nie są inteligentniejsi od reszty, ani poznawczo bardziej otwarci, mimo że formalnie szczycą się lepszym wykształceniem, tzn. lepszym papierkiem. I co z tego, że przytakują ludziom, których media mianowały „ekspertami”? Co z tego, że po „ekspertach” powtarzają, skoro ich mentalność składa się wyłącznie ze sloganów, które każdy słyszał milion razy, i z trudno tłumionych tików nerwowych na myśl o tym, że ktoś „po biedacku” ubrany mógłby dostać kawałek ich tortu. Są tępi jak cała publika Kuby Wojewódzkiego rżąca z dowcipów o gwałceniu ukraińskich sprzątaczek i intuicyjnie pewnie przekonana, że swym rżeniem oni też zasłużą na Ferrari.
To są polscy liberałowie. Wszelkie próby dyskusji z nimi, liczenie, że się ockną, kończą się tak jak w przypadku red. Tomasza Markiewki, który próbował im wszystko cierpliwie tłumaczyć, aż w końcu celebrytka Hanna Lis wyśmiała jego fryzurę i tak liberalizm wygrał na Twitterze. Cechuje ich typowa mentalność plemienna, tylko jest to plemię glamour. Nie mają racji i nie mają na nią szans. Stać ich tylko na nudne ideolo, w które przyozdabiają swoją pogardę. Tradycyjnie już, żadnego – nawet „jaśnie oświeconego” – plemienia nie przekona siła argumentów, tylko argument siły. Przykro mi: ich odejście, czyli zrobienie czegoś pożytecznego z ich pieniędzmi, będzie musiało dokonać się w warunkach, w których ucierpieć może nawet fryzura Hanny Lis i jej mężusia. Co tacy wtedy zrobią? Jakich „argumentów” użyją? Wkleją krzywą Laffera?

Młodzi bez podatku

Z punktu widzenia obywatela, kampania wyborcza mogłaby się nigdy nie kończyć. Miło bowiem usłyszeć tyle obietnic ze wszystkich stron.

Z punktu widzenia przedsiębiorców nie jest tak różowo, bowiem za wiele obietnic finalnie muszą zapłacić oni. Ale co najmniej jedna ze złożonych ostatnio deklaracji zasługuje na uwagę i uznanie: projekt, by młodzi ludzie, konkretnie ci, którzy nie ukończyli 26. roku życia, nie płacili podatku od dochodów osobistych PIT. O ile oczywiście ciężar tej ulgi nie zostanie przeniesiony na pracodawcę.
Sytuacja na naszym rynku pracy dojrzała do tego, by nie tylko otworzyć szeroko bramy dla chętnych z zagranicy, ale by zachęcać Polaków do pozostawania w kraju. Te zachęty powinny dotyczyć zwłaszcza młodych ludzi, przed którymi dosłownie i w przenośni Europa stoi otworem.
Dużo mówiło się i mówi o znalezieniu sposobu na skuteczne zatrzymanie w kraju tych najzdolniejszych. Ale nam wszystkim potrzebni są nie tylko geniusze i przyszli prezesi, lecz również specjaliści w różnych dziedzinach. Dobrze więc, że podejmowane są kroki, aby pokazać im, że warto pracować tu, w ojczystym kraju. Nie licytacja na płace jest kluczem (bo ją na razie przegramy z Niemcami czy Skandynawią), ale na tworzenie perspektyw. Zerowy PIT dla młodych to strzał w dziesiątkę.
Oczywiście, ten PIT ma być obwarowany limitem zarobków, aby nie był pretekstem do nadużyć.
I słusznie, bowiem nietrudno sobie wyobrazić sytuację, gdy namnoży się w spółkach dzieci właścicieli z pensjami na miarę Rotszyldów. Pytanie tylko, czy wstępnie zapowiedziany limit w wysokości 6,5 tys. zł jest zasadny. Nie wiem, z czego wynika taka a nie inna wysokość. Czy z możliwości budżetu, czy z realnego rozpoznania rynku pracy. Być może jest w stu procentach uzasadniony, ale przydałoby się uchylić rąbka tajemnicy.
I jest jeszcze jedno, ważne pytanie. Mianowicie nie wiadomo jeszcze, czy hojny rząd postanowił odpuścić sobie część wpływów z podatków, czy też w całości albo w części planuje przerzucić je na pracodawców.
Podpowiadam: to drugie rozwiązanie może odnieść przeciwny skutek. Czyli zniechęcić firmy do zatrudniania młodych. Może są to obawy całkowicie nieuzasadnione, jednak po sobotniej konwencji rządzącej partii takie pytania ze strony biznesu padły. Trzeba jak najszybciej rozwiać te obawy.
Zapowiadana decyzja o zwolnieniu młodych pracowników z PIT jest przełomem. Jeżeli nie będzie tylko „wyskokiem” przed zbliżającymi się dwiema kampaniami wyborczymi, to zwiastuje radykalną zmianę w podejściu decydentów do odważnych decyzji w sferze podatkowej. Podobnie, jak program „Rodzina 500 plus” był przełomową decyzją w kwestii nowoczesnej polityki socjalnej. Na końcu tej drogi jest podatek liniowy dla osób fizycznych, ale są i inne znaczące kamienie milowe. Jak na przykład upraszczanie podatków pośrednich, czy zmiany regulacji odnośnie VAT – by firmy nie upadały pod ciężarem podatków odprowadzonych od faktur, za które nikt im nie zapłacił. Trzeba być odważnym i zacząć od pierwszego kroku, do czego zachęcam i zachęcać będę każdą władzę.

Pięknie, fuck, pięknie

„Socjaliści mają ze mną problem, bo ja wiem na czym polega ciężka praca” – ogłosił Robert Gwiazdowski, ojciec narodzonej w ostatnią sobotę paleoliberalnej partyjki o dość komicznej nazwie „Polska Fair Play”, w skrócie: PFP.

Jako socjalistka spieszę sprostować: mamy problem z p. Gwiazdowskim z tego samego powodu, z którego mamy problem z facetami, głoszącymi, że kobiety mają „inteligencję emocjonalną” zamiast IQ, a pot osób ciemnoskórych jest szczególnie cuchnący. Po prostu jest pewien poziom dyletanctwa, obskurantyzmu i odporności na rzeczywistość, powyżej którego dusza socjalisty wyje z rozpaczy nad zmarnowanymi milleniami rozwoju ludzkości. Pan Gwiazdowski poziom ten przekracza niczym spółka Srebrna terminy płatności faktur.

Robert Gwiazdowski – doktor habilitowany nauk prawnych, który lubi przedstawiać się jako profesor ekonomii („Profesor Robert Gwiazdowski wchodzi do polityki” – reklamowała jego własna strona www.wiadomoscgwiazdowskiego.pl) jest bezcenną skamieliną z wczesnych lat 90. i powinien leżeć w Muzeum Myśli Neoliberalnej tuż obok Leszka Balcerowicza. Jego rozumienie świata uległo zahibernowaniu w czasach, kiedy Milton Friedman uważany był za autorytet, a Augusto Pinochet za reformatora gospodarki. P. Gwiazdowski należy do wymierającego gatunku proroków neoliberalizmu, którzy uważają, że źródłem wszelkich kryzysów jest „za mało wolnego rynku”, a kapitalizm jest immanentnie dobry, bo takim go stworzy Bóg.

Nie, nie przesadzam.

Nieposkramiana przez jakiekolwiek regulacje państwowe chciwość kapitału nie jest problemem, „bo kapitalizm budowano z biblią w ręku. Nie ma kapitalizmu bez etyki z jednego prostego powodu: kapitalizm to wolność i odpowiedzialność” – pouczał Gwiazdowski prof. Hausnera parę lat temu, przy okazji dyskusji wokół proponowanej przez tego ostatniego koncepcji „Open Eyes Economy”, czyli ekonomii opartej na działalności gospodarczej odpowiedzialnej wobec pracowników, konsumentów i środowiska.

Warto przypomnieć tę dyskusję, albowiem dość dobrze charakteryzuje intelekt „profesora Gwiazdowskiego”. Hausner mówił wtedy to, co mówią dziś już wszyscy poważni ekonomiści: że maksymalizacja zysku za wszelką cenę to krótkowzroczna działalność rabunkowa, a nie rozwojowa; że konieczne jest wprowadzenie mechanizmów regulacyjnych, które ten rodzaj działalności poskromią. P. Gwiazdowski odpowiadał na to mantrą „Chicago Boys”, czyli szkolonych przez Friedmana budowniczych kapitalizmu z rządzonych przez junty wojskowe na żołdzie CIA krajów Ameryki Południowej: „Jeśli gospodarka rynkowa jest w kryzysie, to dlatego, że nie jest rynkowa. Problem spowodował interwencjonizm państwa, a nie sam rynek”. Naprawdę zadziwiające jest to, że mówił takie rzeczy nie w roku 1986, ale 2016.

I oczywiście mówi to nadal.

Program Gwiazdowskiego jest dość lakoniczny. Na jego stronie internetowej każdemu z 6 punktów „założeń programowych” poświęcono 2 do 3 zdań, złożonych głównie z liberalnych komunałów („Nie ma dobrych podatków, ale wysokie opodatkowanie pracy to najgorsze rozwiązanie. Możemy zarabiać więcej netto – dzięki temu będziemy mogli i więcej oszczędzać i gospodarka będzie mogła szybciej się rozwijać”; „Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami. Wprowadzenie 460 okręgów jednomandatowych na wzór Wielkiej Brytanii zmieni diametralnie strukturę i sposób funkcjonowania partii politycznych. Partie będą musiały się zdemokratyzować i znaczenia nabiorą struktury lokalne”), upchniętych pomiędzy aktualnościami, ilustrowanymi 5 zdjęciami Roberta Gwiazdowskiego i zachętą „Wesprzyj nas” wraz z linkiem dla potencjalnych darczyńców.

Z opowieści na konwencji wynikało, że PFP zlikwiduje PIT, CIT, składki na NFZ, ZUS, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Fundusz Pracy, obniży VAT do 16,25 proc. i dzięki temu „wszyscy zarobią o 20 proc. więcej”. Ile straci na tym budżet i co stanie z się z pozbawionym budżetu państwem – Gwiazdowski nie wytłumaczył, ale pewnie mało go to obchodzi, bo, jak przystało na XIX-wiecznego liberała, państwo uważa za twór zbędny, który sprowadzić należy do „stróża nocnego”.

To wszystko wszakże nie jest niespodzianką – ktokolwiek kiedykolwiek słyszał Gwiazdowskiego, bez trudu zgadnie, jaki program gospodarczy mógł powstać w jego głowie.

Ale to, na co warto zwrócić uwagę – to jego poglądy w kwestiach, ogólnie mówiąc, obyczajowych. Pytany o nie na konferencji prasowej oświadczył, iż „jako polityk nie będzie narzucał swojego stylu życia i swoich poglądów innym ludziom”. Pewnej grupie mało uważnych wyborców może zasugerować to, że PFP jest nową odmianą Nowoczesnej – partii wolnego rynku i wolnego sumienia, formacji liberalnej aspirującej do stylu zachodnioeuropejskiego.

Atoli dotychczasowa działalność publicystyczna Roberta Gwiazdowskiego raczej na to nie wskazuje. Zanim p. Gwiazdowski postanowił wypełnić liberalną lukę na polskiej scenie politycznej, wypowiadał się na tematy obyczajowe w sposób dość swobodny – i raczej zadziwiający.

Na przykład o prawach reprodukcyjnych kobiet pisał błyskotliwie tak: „Prawo kobiety do dokonania aborcji nie jest kwintesencją wolności w jej klasycznym rozumieniu. Wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”.

Majtki i ich zdejmowanie są zresztą tematem powracający razy w publicystyce „profesora Gwiazdowskiego” dość często. W tonie, rzekłabym, dowcipasnym.

Komentarz do kwestii nadużyć podatkowych czynionych w oparciu o przepis mówiący o nieopodatkowaniu dochodów z nierządu: „W szczególności sędziowie nie dali wiary (…) że rzeczona pani przez wiele lat nie zmieniła ceny swoich usług. Znaczy organ (podatkowy) musiał panią na tę okoliczność pytać. Skąd miał jednakowoż przekonanie, że cena powinna ulec zmianie? W górę – z powodu inflacji? Czy może w dół – z powodu zestarzenia się »środka produkcji«?”.

Podatek spadkowy? To „podatek od wdów i sierot”, a państwo, które ściąga taki podatek jest gorsze od alfonsa: „Gdy więc ojciec rodziny przed śmiercią przehula pieniądze w agencji towarzyskiej, pracujące tam dziewczyny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej (…) nie płacą podatku dochodowego. Ale jak zostawi je córce, to ona płaci podatek spadkowy. Agencję towarzyską wyręcza państwo – zabiera córce część majątku odziedziczonego po ojcu i dokonuje redystrybucji”

Inny żarcik przy okazji podatku spadkowego: „Może więc wróćmy do socjalistycznej idei dzielenia się żonami? Bo przecież dziewczyna mająca przez przypadek po mamie ładne nogi ma zdecydowanie większe szanse na dobre zamążpójście niż pozbawiona tego atrybutu”.

Zamążpójście – to kolejny żarcik – jest bowiem jedyną drogą kobiety do życiowego sukcesu: „Jak zostać najbogatszą kobietą na świecie? Wziąć rozwód” – zażartował sobie „profesor” na twitterze, opatrując ów żart emotikonem buźki turlającej się i płaczącej ze śmiechu.

Buźka, niestety, pozbawiona była wąsów. A przecież, mimo iż na potrzeby „wejścia do polityki” p. Gwiazdowski wąsy zgolił, pozostaje on w jakiś tajemniczy sposób wąsaty.

Mała rewolucja podatkowa

Rząd dokręca śrubę. Trzeszczący budżet i rozmaite wydatki, narzucane państwowym firmom przez władzę, wymagają rosnących danin pieniężnych. W bieżącym roku w podatkach zmienia się tak dużo, że chyba najlepszym słowem, które do tego pasuje jest „rewolucja”.

Rząd zakłada, że w 2019 r. do budżetu z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), osób prawnych ( CIT) oraz VAT-u wpłynie aż o 50 miliardów złotych więcej.

Leasing na nowo

Może to nie jest zmiana, która obejmie największą liczbę osób, ale wydaje się, że jest ona najgłośniejsza i najbardziej dyskutowana. A to dlatego, że i firmom leasingowym i motoryzacyjnym zależy na tym, żeby sprzedaż była na maksymalnym poziomie – czemu nie służą wprowadzane zmiany.
W zasadzie bowiem kończy się pełne odliczanie kosztów użytkowania samochodów dla mikro i małych przedsiębiorców, którym auto służy zarówno do celów służbowych jak i czasem prywatnych. Podrzucenie dziecka do szkoły w drodze do pracy może być ryzykowne. Pełne zaliczenie do kosztów wydatków związanych z używaniem auta będzie możliwe tylko w przypadku prowadzenia ewidencji wykorzystywania samochodu.
W przypadku kontroli urzędnik skarbowy będzie mógł zakwestionować, dlaczego z punku A do punktu B pojechaliśmy wybierając okrężną, a nie najkrótszą drogę. I nie wytłumaczymy się, że najkrótsza była zakorkowana, a nam zależało na czasie. Co innego w dużych firmach, gdzie pracownik przyjeżdża do pracy swoim autem lub komunikacją miejską i w razie potrzeby tam wsiada do auta służbowego, które oddaje wychodząc z firmy.
Mocno dyskusyjny aspekt zmian dotyczy wartości aut, które można leasingować. Dziś nie jest to ograniczone. Nowe przepisy wprowadzają limit 150 tys. złotych wartości auta, od którego koszty w całości można rozliczać. Zatem kupowanie samochodu za pół miliona przestanie się opłacać, bo nadwyżki nie będzie można wrzucić w koszty. Z drugiej strony – to chyba dobrze, bo trudno uznać, by tak kosztowna limuzyna była konieczna w jakimkolwiek przedsiębiorstwie czy urzędzie.

Kwota wolna nie dla wszystkich

Będzie ona wprawdzie coraz wyższa – ale nie dla wszystkich. Suma, od której nie trzeba odprowadzać podatku regularnie rośnie, lecz będą z tego korzystać tylko ubożsi.
Za rok 2017 kwota ta wynosiła maksymalnie 6 600 zł., a w 2019 jest to już 8 000 zł. Trzeba jednak pamiętać, że im większy dochód tym kwota wolna jest niższa. Zatem podatnik, który zarobi do 8 000 zł nie zapłaci ani złotówki podatku dochodowego. Potem kwota wolna zacznie spadać do poziomu 3 091 złotych przy dochodzie 13 000 złotych i utrzyma się na nim aż do poziomu 85 528 złotych dochodu rocznego. Powyżej tego poziomu znowu zacznie się jej stopniowe zmniejszanie, aż do momentu osiągnięcia dochodu 127 000 zł rocznie – powyżej tego pułapu kwota wolna od podatku nie występuje. Zatem zarabiający najwięcej nie skorzystają z tej ulgi. I chyba to słuszne.
Natomiast najbardziej zamożni podatnicy będą musieli pogodzić się z jeszcze jednym podatkiem – tzw. daniną solidarnościową. Pieniądze najbogatszych zasilą fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych.
Chodzi jednak o podatników zarabiających co najmniej milion złotych rocznie, co odpowiada co najmniej w wysokości 86 000 złotych miesięcznie. Nadwyżka ponad próg wyniesie 4 procent. Fiskus obliczając podatek dla tych osób będzie mógł łączyć dochody z różnych źródeł. Przepisy mówią o sumowaniu dochodów rozliczanych na formularzach PIT-36, PIT-36L, PIT-38 i PIT-40A, oczywiście z pomniejszeniem o koszty podatków i obowiązkowe składki na ZUS.
Rząd szacuje, że z tego tytułu wpłynie do budżetu 2 miliardy złotych.

Małe firmy – mały CIT

Na kolejnym nowym przepisie mają zyskać ci najmniejsi. Zgodnie z pomysłem rządu , firmy których przychód ze sprzedaży nie przekroczył w całym roku 1,2 mln euro mogą skorzystać z obniżonej stawki CIT. Dotyczy to zatem firmy do których wpływa około 5 milionów złotych rocznie. Preferencja obejmie również przedsiębiorców rozpoczynających działalność. Oni także zapłacą 9-procentowy podatek od dochodu.
Trzeba jednak pamiętać, że z ulgi nie skorzystają ci, którzy swoją większą firmę podzielili na kilka mniejszych tak, by żadna z nich nie przekraczała wyznaczonego limitu.
Jest to już kolejna obniżka stawki podatku od osób prawnych – w zeszłym roku spadła ona z 19 do 15 proc. Ministerstwo Finansów optymistycznie ocenia, że podatki według niższej stawki będzie płaciło aż nawet 400 tysięcy firm.
Dla tych, którzy szykują koniec działalności gospodarczej prowadzonej w Polsce, wprowadzony zostanie podatek od niezrealizowanych zysków w związku z przeniesieniem aktywów firmy do innego państwa.
Ustawodawca tłumaczy to prawem do opodatkowania dochodów, które zostały wypracowane w czasie, w którym podatnik prowadził działalność w Polsce. Mówiąc jednak wprost, wszystkie firmy, które będą marzyły o rajach podatkowych i podejmą decyzję o przeniesieniu działalności właśnie tam, zanim się wyprowadzą, zapłacą odpowiedni podatek. No chyba, że z przenosin zrezygnują, bo przestaną się one opłacać. I bardzo dobrze.

Eurostat o podatkach w UE

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, a w 2007 r. 39,1 proc..
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc., w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc., a najniższe w Irlandii – 23,5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..

Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32,9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).

Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.

Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc..ee

Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia stosunkowo wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Porzućmy wszelką nadzieję?

Według wieloletnich szacunków wzrostu gospodarczego, przygotowywanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ostatnia pochodzi z lipca 2018 r.), potencjalny średnioroczny wzrost produktu krajowego brutto na mieszkańca w latach 2030-2060 ma wynieść w Polsce jedynie 1,3 proc.

 

To najsłabszy wynik nie tylko w UE, ale także w całym OECD. Jest to także drugi, poza Rosją – 1,2 proc. – najgorszy rezultat wśród wszystkich 46 badanych krajów. Bardzo niski wzrost przez trzy dekady oznacza, że możemy zapomnieć o dogonieniu jakiejkolwiek rozwiniętej gospodarki.
Nasz relatywny poziom zamożności mierzony PKB wyrażonym w sile nabywczej w relacji do USA praktycznie utrzyma się na podobnym poziomie, co obecnie (wzrost z 50 do 54 proc. w 2060 r.) – wskazuje portal Cinkciarz.pl. W klasyfikacji PKB na mieszkańca, w relacji do poziomu w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzą nas wszystkie kraje regionu: Węgry – 60 proc., Słowenia – 62 proc. Słowacja – 79 proc. oraz Czechy – 77 proc. Po piętach deptać nam natomiast będą Chiny – 51 proc. oraz Indie – 44 proc.
Badania OECD wskazują, że największym problemem Polski będzie rynek pracy. Poziom zatrudnienia ma spadać o 0,2 proc. każdego roku w latach 2030-2060 (najwięcej ze wszystkich państw). Przede wszystkim jest to efekt demografii, czyli starzejącego się społeczeństwa. Problemy demograficzne obejmują jednak także inne kraje. U nas jednak, populacja w wieku produkcyjnym, w związku z wprowadzeniem niższego wieku emerytalnego zmniejszy się aż o 10 pkt proc. do 2050 r. Negatywnie na podaż siły roboczej od 2030 r. zacznie także wpływać podniesienie wieku rozpoczęcia obowiązku szkolnego.
Jak wskazuje OECD, dzietności lepiej sprzyja zastępowanie świadczeń pieniężnych świadczeniami rzeczowymi dla rodzin (np. darmowe przedszkole, żłobek), co pozwala na łatwiejszy powrót kobiet do pracy i redukuje ryzyko erozji ich umiejętności. Ponadto, wydatki na zdrowie w Polsce są drugimi najmniejszymi wśród badanych krajów, co redukuje chęć pozostawania starszych roczników na rynku pracy i zmniejsza ogólną jakość życia. Wreszcie, niewystarczający jest u nas poziom wydatków na badania i rozwój. Dziś dobra koniunktura zewnętrzna, napływ imigrantów ze wschodu czy uszczelnienie systemu podatkowego dają krótkoterminowe wytchnienie. W dłuższym terminie słabości naszej gospodarki trudno jednak będzie „łatać” doraźnymi działaniami.