System do uproszczenia

Setki stawek, sprzeczne przepisy, rozmaite interpretacje. Polskie podatki to dżungla, przez którą niezwykle trudno przebrnąć.

Czasami warto spojrzeć na różne rodzaje ludzkiej działalności z podatkowego punktu widzenia. Na przykład na wesołe miasteczka – co ma pewne uzasadnienie, bo polski system podatkowy wygląda trochę tak jak by go przygotowywała osoba kręcąca się w kółko na karuzeli lub tracąca zmysły w diabelskim młynie.
Mało kto jest świadomy tego, że niemal każdy, kto w wesołym miasteczku prowadzi usługi rozrywkowe jest opodatkowany inną stawką podatkową. Z bliżej nieznanych we współczesnej gospodarce przyczyn, osoba prowadząca karuzelę, płaci inną stawkę podatkową, niż posiadacz zjeżdżalni typu Gigant.
Inny podatek zapłaci jednak właściciel zjeżdżalni przewoźnej. Pałac strachów i labirynt są zaś opodatkowane inną stawką niż ściana emocji. Należałoby także zapytać, dlaczego stawka opodatkowania pałacu strachu jest o 27 razy wyższa, niż w przypadku gabinetu luster.
Lista absurdów podatkowych oczywiście na tym się nie kończy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Rekordy w ilości przepisów

Polski system podatkowy uchodzi za skomplikowany, a przepisy za nieuzasadnione, zagmatwane i obszerne. Prawo jest także niestabilne. W ostatnich latach powstała w naszym kraju rekordowa liczba stron nowych przepisów prawnych.
Od lat też Polska notuje niskie pozycje w rankingach prostoty prowadzenia działalności gospodarczej, m.in. Doing Business czy Paying Taxes. Czas potrzebny na opłacenie podatków w naszym kraju nie ulega skróceniu.
Problem jest coraz bardziej dotkliwy. Nie tylko dlatego, że pozycja Polski w międzynarodowych rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej spada, ale i dlatego, że prowadzenie firmy jest rozpowszechnioną formą aktywności gospodarczej w naszym kraju, więc nielogiczności systemu podatkowego sprawiają kłopoty dużej grupie ludzi.
– Opodatkowanie przedsiębiorców w Polsce jest nieefektywne. Rozwiązania fiskalne przewidziane dla działalności gospodarczej są mnogie, niespójne, nieefektywne i blokują rozwój przedsiębiorczości – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.
– Widzimy, że brakuje woli politycznej do odważnych zmian. W związku z tym ZPP chce zaproponować zmianę, która nie jest rewolucyjna. Jest natomiast prosta i szybka do wdrożenia. Niewielkim nakładem ustawodawczym, uprościmy zasady prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, a w konsekwencji, poprawimy pozycję Polski w rankingach swobody prowadzenia firm – mówi Piotr Palutkiewicz, ekspert Związku.

Mniej stawek w karcie

Obszarem w którym ZPP postuluje zmiany są między innymi zapisy dotyczące Karty Podatkowej.
– Popularność Karty Podatkowej spada. Jest to konsekwencja, zmieniającego się charakteru współczesnej gospodarki, spadającej popularności zawodów rzemieślniczych, jak i skomplikowania przepisów dotyczących Karty. Dodatkowo ta forma podatkowa przynosi znikome wpływy budżetowe, w 2017 roku było to niespełna 69 mln zł – zauważa Piotr Palutkiewicz.
ZPP uważa, że stawki podatkowe ujęte w Karcie Podatkowej są „absurdalne i mnogie”.
Tabela ze stawkami podatkowymi dla przedsiębiorców rozliczających się wg zapisów Karty Podatkowej liczy 35 stron, a stawki w obrębie jednego zawodu często różnią się o kilkanaście złotych.
– Dla trzech pierwszych zawodów w tej tabeli (usługi ślusarskie, usługi w zakresie wyrobu i naprawy naczyń blaszanych i usługi rusznikarskie) znajdziemy 26 różnych stawek podatkowych. Same tylko usługi ślusarskie mogą być opodatkowane 12 różnymi stawkami ryczałtu od przychodów ewidencjowanych – dodaje Palutkiewicz.
Przykładem nielogicznego skomplikowania mogą być także wspomniane na początku wesołe miasteczka i ogromne zróżnicowanie opodatkowania oferowanych tam atrakcji.
– Określenie właściwej stawki podatkowej wymaga decyzji Urzędu Skarbowego. To pochłania czas nie tylko przedsiębiorców, ale i administracji podatkowej – mówi Cezary Kaźmierczak.
ZPP proponuje uproszczenie stawek Karty Podatkowej. Chodzi o likwidację zróżnicowania stawek w zależności od liczby zatrudnionych i w zależności od wielkości miejscowości, w której prowadzona jest działalność.
Stawki miesięczne miałyby być bardziej spójne i uproszczone. Na przykład dla transportu oraz działalności usługowej i wytwórczo-usługowej miałyby wynosić 190 zł. Dla handlu detalicznego i gastronomii – 390 zł.
Wracając zaś do wspomnianych wesołych miasteczek, ZPP rekomenduje (widocznie wesołe miasteczka są sprawą ważną dla wielu członków Związku), aby karuzele były objęte stawką 9 zł od każdego miejsca, a huśtawki, kolejki, zjeżdżalnie i urządzenia zręcznościowe stawką 90 zł od każdego urządzenia.

Skomplikowane uproszczenie

Karta podatkowa jest definiowana jako „uproszczona metoda wymiaru i poboru należności podatkowych”. W rzeczywistości jednak jest ona nadzwyczaj skomplikowana – i wszelkie propozycje upraszczające wydają się godne uwagi.
Oczywiście ZPP zgłasza swe propozycje w interesie przedsiębiorców, a nie budżetu państwa. Jak zauważa Związek, „z uwagi na niskie przychody budżetowe z tytułu karty podatkowej oraz jej spadającą popularność, rekomendowane rozwiązanie nie przyczyni się do zauważalnego spadku dochodów publicznych”. Z tego stwierdzenia jasno wynika, że zauważalny spadek dochodów publicznych oczywiście nastąpi. Jednak uproszczenie przepisów podatkowych może jednocześnie zmniejszyć szarą strefę, co też nie jest bez
znaczenia.
– Możemy nic nie zmieniać, ale nie dziwmy się później, że Polska spada w rankingach swobody prowadzenia działalności gospodarczej oraz skomplikowania przepisów prawnych i podatkowych – podsumowuje ekspert Piotr Palutkiewicz.
Inna sprawa, że akurat nikt się temu nie dziwi.

Pokolenie LPP+

Blisko połowa wyborców to pokolenie LPP+, czyli Ludzie Po Pięćdziesiątce. Prawdziwa wyborcza siła.

W tym tygodniu z ust ważnego polityka Sojuszu Lewicy Demokratycznej usłyszałem: „jesteś z nas najstarszy”. Wyczułem zawoalowaną sugestię: czas na ciepłe pantofle i zapiecek. Daj sobie spokój z polityką. Nie! Nie ma zgody na ageizm. Bo to ageizm (czytaj: ejdżyzm) – dyskryminacja ze względu na wiek. I namawiam też z całą mocą wszystkich moich Czytelników i Czytelniczki. Reagujcie zdecydowanie. Gdy ktoś Wam powie, że jesteście gorsi. Bo starsi.

Kursantka

Dwa tygodnie temu media donosiły o tragicznym zdarzeniu. Na placu manewrowym Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Rybniku 68-letnia kursantka podczas swojego pierwszego w życiu egzaminu na prawo jazdy pomyliła pedał gazu i hamulca. Zamiast zahamować, z całym impetem uderzyła w próbującego ją zatrzymać instruktora. Instruktor poniósł śmierć na miejscu. Smutna sprawa.
Tylko co w tej tragicznej sprawie ma do rzeczy wiek kursantki? Mnie też, gdy uczyłem się jeździć, zdarzało się pomylić pedał gazu z pedałem hamulca. Miałem wtedy 18 lat. Odczytajmy newsa o tragicznej śmierci instruktora wraz z zamierzonym przez autora podtekstem. Stara baba. Zamiast siedzieć w domu i niańczyć wnuki, prawa jazdy przed śmiercią jej się zachciało. Pozwolić takiej zasiąść za kółkiem – to tragedia gotowa. To się nazywa właśnie ageizm.
Nie trzeba mieć samochodu, by na co dzień doświadczać ageizmu. Dwa lata temu, za czasów prezydentury Rafała Dutkiewicza, zadecydowano o kupnie nowych tramwajów dla Wrocławia. Problem w tym, że wybrano tramwaje wysokopodłogowe. Z pięciu dostępnych drzwi, tylko jedne nie wymagają drapania się po schodach. Sto tysięcy wrocławskich studentów nie drapie się – po prostu wskakuje. Dla wielu starszych, te dwa schody stanowią nie lada wyzwanie. I ten przejaw ageizmu władz Wrocławia pozostawi swój ślad niemal do połowy wieku. Tyle bowiem trwa czas życia wagonu tramwajowego.

Politycy

Wielu ludzi lewicy kopało mu już polityczny grób. I nie tylko polityczny. Podziwiam Leszka Millera. Obserwowałem jego pełną determinacji kampanię wyborczą. I zasłużoną wygraną. W Parlamencie Europejskim bardzo potrzebni są tak doświadczeni politycy jak on. Również tacy jak Bogusław Liberadzki. To on będzie nauczycielem szóstki europosłów i jednej europosłanki lewicy (SLD i Wiosny), którzy w Brukseli znaleźli się po raz pierwszy.
Kibicuję Joannie Senyszyn. Która mimo przeciwności zdrowotnych, przemierzyła całą trasę warszawskiej Parady Równości. Na łamach Trybuny pisze Czesław Cyrul – radny miasta Wrocławia z ramienia SLD. Znam jego pracowitość, doświadczenie i zaangażowanie. Ale gdy ważyły się losy jego kandydatury, te dwa słowa powtarzano cichaczem. Za stary.
Egzamin z tolerancji – to trudny egzamin. Myślę że przynajmniej wśród ludzi lewicy niewielu jest już takich, którzy na polityczne kwalifikacje Roberta Biedronia chcieliby patrzeć przez pryzmat jego orientacji seksualnej. Albo oceniać kompetencje Riada Haidara, lekarza i kandydata SLD w ostatnich wyborach, wypominając mu syryjskie pochodzenie. Czas na pozbycie się ageizmu. Słowa „za stary” są taką samą obelgą jak „pedał” czy „czarnuch”. I muszą zniknąć z miary, którą oceniamy ludzi.

LPP+

Zbliżają się wybory. Każda partia w swoich programach gdzieś nas upchnie. Nas – ludzi po pięćdziesiątce. Coś obieca. Że będzie więcej łóżek geriatrycznych. Że kolejki do lekarzy będą krótsze. PiS na haczyk wędki naniza trzynastą emeryturę. Która będzie, jak oni wygrają. Zawsze tak było. Przed wyborami. Coś się zmienia? Tak.
Starzejemy się. Każdy indywidualnie. I wszyscy razem. LPP+ to pokolenie Ludzi Po Pięćdziesiątce. Liczące sobie już prawie 14 milionów Polek i Polaków. Gdybyśmy się zebrali wszyscy – nie bacząc na okrzyki „za starzy” – wyborcza lista LPP+ pokonałaby prawicę i lewicę razem wzięte…
To nie jest manifest kolejnej partii. To tylko pokazanie „Kozakiewicza gestu”. Tym politykom, dla których pokolenie LPP+ jest wyłącznie targetem wyborczym. A nie normalnym życiem. Jak każde inne.
Oto pięć postulatów. Nie wiemy jeszcze, czy będzie jeden blok opozycji? Może dwa? Ale jestem zdania, że każda koalicja prodemokratyczna musi zaakceptować postulaty pokolenia LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. 14 milionów Polek i Polaków.

Emerytura

28 złotych i 50 groszy dziennie. Na czynsz. Prąd. Ogrzewanie. Jedzenie. Lekarstwa. I wszystkie inne przyjemności. Tyle wynosi budżet ponad 200 tysięcy emerytów zmuszonych do życia za minimalną emeryturę. Winy za ten stan rzeczy nie da się zrzucić na taki czy inny system emerytalny. To ewidentny przejaw ageizmu – przyzwolenia państwa na wykluczenie i dyskryminację całej rzeszy ludzi starszych.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postuluje zrównanie najniższych świadczeń emerytalnych i rentowych z płacą minimalną. To słuszne rozwiązanie, do którego powinniśmy dążyć. Jednak po zaordynowanych w ostatnich latach przez PiS transferach socjalnych (nota bene kierowanych w przeważającej części do ludzi młodych) budżet wydaje się być napiętym do granic możliwości. Dlatego proponuję wprowadzenie corocznej indeksacji najniższych rent i emerytur w kwocie dwa lub trzy razy wyższej od wzrostu płacy minimalnej. To pozwoli na stopniowe niwelowanie różnicy pomiędzy minimalną płacą a emeryturą. Aż do pełnego zrównania obu świadczeń.

Zdrowie

Co trzeci pacjent odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem zamiast z lekarstwem. Ponad połowa z nich to ludzie starsi. Taki wynik dały badania przeprowadzone kilka lat temu przez Naczelną Izbę Aptekarską. Nie trudno zgadnąć, że również kolejki do lekarzy są domeną ludzi starszych. W nadchodzących wyborach temat zdrowia będzie z pewnością jednym z kluczowych. Jednak moim zdaniem, konieczne są rozwiązania radykalne.
Ten postulat zgłaszałem niedawno na łamach Trybuny – powołując się na artykuł 68 naszej Konstytucji. Gwarantujący równy i bezpłatny dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli i obywatelek bez względu na ich sytuację materialną. Tak, dostęp do każdego lekarza, tego w publicznej przychodni i prywatnym gabinecie, powinien być refundowany ze składek wpłacanych do NFZ. A lekarstwa bezpłatne.
Budżet (również ten Narodowego Funduszu Zdrowia) nie jest z gumy – to oczywiste. Proponuję więc rozpocząć realizację programu całkowicie bezpłatnej opieki zdrowotnej od najstarszych roczników Polek i Polaków. Zakładając jednocześnie, że w przewidywalnym horyzoncie czasowym obejmie on przynajmniej całe pokolenie LPP+.

Podatki

Polskie Stronnictwo Ludowe pierwsze zaproponowało likwidację podatku dochodowego od emerytury. Pełna zgoda. Lewica również jest za likwidacją tej buchalteryjnej fikcji. Bo jak działa podatek od emerytury? Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, wypłacający emerytury i renty, jest corocznie dotowany z budżetu państwa kwotą rzędu 40 mld zł. A za chwilę część tej dotacji wraca z powrotem do budżetu w postaci podatku dochodowego. Klasyczne przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Przy czym obie kieszenie są państwowe. A cały zabieg głównie po to, by emeryci i renciści mieli złudne wrażenie, że ich świadczenia są wyższe.
W całym tym podatkowym galimatiasie jest jedno ale. Licząc na emeryturę bez podatku, nie liczmy na znaczny wzrost świadczenia. Bo dzisiaj od płaconego podatku dochodowego odliczana jest składka zdrowotna. Podatek zlikwidujemy, ale ona pozostanie.

Mieszkanie

Program mieszkaniowy dla seniorów? Każda siła polityczna obiecuje pomoc w uzyskaniu mieszkania ludziom młodym. Przyjmując milcząco, że starsi mieszkania po prostu mają. I tak. I nie. Inne są potrzeby rodziny z trójką dzieci. Inne starszej schorowanej osoby, mieszkającej na trzecim piętrze w domu bez windy. W wielu krajach ten problem dostrzeżono. W Polsce dotychczas nie.
Konieczne jest uruchomienie programu budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego w głównej mierze dla ludzi starszych. Nie, nie chodzi o żadne domy pomocy społecznej. Potrzeba dobrze wyposażonych, niewielkich mieszkań, przeznaczonych dla jednej lub dwóch osób. Z windą. Bez barier architektonicznych. Najlepiej z salką fitness i niewielką świetlicą. Gabinetem zabiegowym w pobliżu.
Drugi konieczny do uruchomienia program, to odwrócony kredyt hipoteczny. W poprzedniej kadencji Sejmu taki projekt był. Został uchwalony. Tylko że nie funkcjonuje. Do tego tematu trzeba powrócić. Odwrócony kredyt hipoteczny pozwoliłby wielu osobom starszym na podniesienie swojego standardu życia, pozwalając wykorzystać wartość posiadanego mieszkania lub domu.

Wypoczynek

Kiedyś były tanie i dostępne wczasy FWP. Potem OFE i złudna wizja emerytur pod palmami. W czerwcu zderzyliśmy się z rzeczywistością. Gdy czytaliśmy o stojącym godzinami w upale pociągu wypełnionym emerytami usiłującymi dostać się do sanatoriów. Dusznym i bez klimatyzacji – bo najtańszym.
Nakłady na leczenie sanatoryjne oscylują wokół 1 proc. wszystkich świadczeń NFZ. Oznacza to wyjazd statystycznego emeryta do sanatorium raz na 25 lat. Kpina. Innych form pomocy państwa w zorganizowanym wypoczynku ludzi starszych w zasadzie brak.
Postuluję odtworzenie popularnej w czasach PRL formuły wczasów FWP. Dofinansowywanych z państwowego funduszu, wczasów przeznaczonych dla najsłabszych ekonomicznie emerytów i rencistów. Pozwalających im, przynajmniej raz na jakiś czas, na spędzenie wakacji poza miejscem zamieszkania.

W Sejmie

Jeśli znajdę się na listach wyborczych w zbliżających się wyborach do Sejmu. Jeśli wyborcy po raz drugi powierzą mi mandat Posła Rzeczypospolitej Polskiej. Kolejne cztery lata chcę poświęcić pracy na rzecz społeczności LPP+. Ludzi Po Pięćdziesiątce. By postulaty ważne dla ludzi starszych przeistaczały się w zapisy polskiego prawa. By nikt więcej nie mówił, że jesteśmy do czegoś lub na coś za starzy. To chciałbym obiecać.

Co wywalczyli niepełnosprawni

23 maja ulicami Warszawy przeszła ogólnopolska manifestacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin. To ważne wydarzenie przypomina o wciąż licznych potrzebach i nierozwiązanych problemach osób niepełnosprawnych, które zostały już wyartykułowane podczas protestu okupacyjnego w Sejmie wiosną 2018 roku. W ostatnim czasie obóz rządzący zapowiedział 500 złotych dodatkowego świadczenia dla części osób głęboko niepełnosprawnych. Nie wiadomo jednak, czy i kiedy nowe rozwiązanie wejdzie w życie ani kto dokładnie miałby zakwalifikować się do tego wsparcia.

Samo hasło: „500+ dla niepełnosprawnych” nawiązuje niewątpliwie do zasadniczego postulatu, z jakim przed rokiem przez miesiąc protestowano na sejmowym korytarzu. Bez względu na to, jakie będą dalsze losy zapowiedzianego nowego świadczenia, ówczesny protest już przyniósł wymierne efekty.

Wyższa renta socjalna

Podniesienie renty socjalnej z poziomu 84 proc. do 100 proc. najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy było jednym z dwóch najważniejszych postulatów protestujących. Dla tych ludzi miało to znaczenie godnościowe.
Przed protestem na portalach wymiany informacji między niepełnosprawnymi i ich bliskimi można było przeczytać hasła typu „84% człowieka” wskazujące, że renty socjalne poniżej poziomu ustawowego minimum dla świadczeń emerytalnych i rentowych uderzają w poczucie godności ludzi, którzy muszą żyć za takie pieniądze. Dobrze więc, że dokonano wyrównania i szkoda, że trzeba było do tego aż tak dramatycznego protestu.W dodatku mimo wyrównania nadal mówimy o świadczeniach bardzo niskich – do marca tego roku jest to 1100 złotych brutto, co na rękę daje kwoty mieszczące się poniżej socjalnego minimum.
Przypomnijmy, że renta socjalna przeznaczona jest dla osób mających orzeczoną niezdolność do pracy (choć zarazem prawo obecnie przewiduje możliwość dorabiania do tego świadczenia), których niepełnosprawność powstała przed 18 roku życia. Tym, którzy już w wieku dorosłym stali się niepełnosprawnymi i mają ograniczenia w wykonywaniu pracy, przysługują z kolei renty z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, o ile spełnione są też odpowiednie kryteria.

W praktyce nadal mamy w Polsce grupę osób głęboko niepełnosprawnych,

które nie kwalifikują się do jednego ani drugiego świadczenia. Wystarczy, że ktoś po 18 roku życia ulegnie wypadkowi, skutkującemu niepełnosprawnością, a nie był ubezpieczony emerytalnie lub rentowo, bo np. sytuacja zmuszała go do pracy na czarno lub na umowę o dzieło.
Inny mało akcentowany problem to sytuacja opiekunów, którzy pobierają emerytury lub renty, często bardzo skromne, nawet poniżej 1000 złotych na osobę. Grupa ta od lat domaga się wyrównania świadczenia pielęgnacyjnego (obecnie na poziomie nieco powyżej 1500 złotych netto). Inną sprawą jest kwestia tzw. wykluczonych opiekunów osób, które stały się znacznie niepełnosprawne w wieku dorosłym. Opiekunowie ci mogą liczyć dziś na raptem 620 złotych i to pod warunkiem nieprzekroczenia progu dochodowego (poniżej 764 złotych netto na osobę).

Solidarnościowy Fundusz Wsparcia

Jeszcze w czasie sejmowego protestu w ubiegłym roku, premier Morawiecki zapowiedział wprowadzenie tzw. daniny solidarnościowej, która pozwoliłaby na sfinansowanie zwiększonego wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami. Ta zapowiedź została chłodno przyjęta przez dużą część środowiska, jako coś, co kojarzyło im się ze swoistą jałmużną, a nie realnym urzeczywistnieniem ich praw. To wskazuje, by projektując różne rozwiązania wspierające dbać o to, by nie uderzały one w poczucie godności tych, do których są skierowane.
Zastrzeżenia budziło choćby przekazanie na ten nowy cel niemałych środków nie tylko z tzw. daniny solidarnościowej, ale także z Funduszu Pracy, a więc puli dedykowanej osobom bezrobotnym, którzy też są w potrzebie. Wydaje się dyskusyjne czy akurat do tej stosunkowo płytkiej publicznej kieszeni należy ochoczo sięgać by finansować inne, choćby słuszne cele.
Z perspektywy czasu widać jednak pewne plusy nowego, działającego od tego roku mechanizmu. W ramach Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, którego tegoroczny budżet ma wynieść prawie 650 mln złotych uruchomiono już konkretne programy, mające służyć dofinansowaniu działań gmin w zakresie opieki. Pierwszy z programów to „ usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych” (60 mln na ten rok), drugi zaś to „opieka wytchnieniowa” (110 mln). O ile pierwszy z programów ma służyć dalszemu rozwojowi usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, będących już od dawna ustawowym zadaniem samorządu, o tyle drugi służy rozwojowi czegoś, czego brakowało w polskim prawie socjalnym.

Opieka wytchnieniowa

to w uproszczeniu opieka zastępcza na czas, gdy opiekun nie może sprawować opieki (np. w związku z własnym leczeniem) nad swoim podopiecznym. Z moich doświadczeń wynika, że takie wsparcie jest przez wielu opiekunów bardzo pożądane, a jego brak skutkuje naprawdę dramatycznymi sytuacjami. Zdarza się wszak, że przeciążony opieką bez przerwy opiekun nie jest w stanie nawet skorzystać z konstytucyjnego prawa do leczenia, bowiem nie ma w tym czasie jak zapewnić opieki bliskiej osobie.
Oczywiście budżet tych programów, jak na skalę potrzeb, jest dość skromny, a konkursowa formuła z wymaganym wkładem własnym może uderzać w najuboższe gminy, którym trudno ubiegać się o wsparcie. Wreszcie, szczegółowe zasady przyznawania tego rodzaju opieki budzą obawy, że część potrzebujących, np. opiekunowie osób z niepełnosprawnością intelektualną, może nie zakwalifikować się do pomocy. Ważne jednak, że przynajmniej na razie zaczęły funkcjonować pewne nowe formy wsparcia, których dotąd dotkliwie brakowało. Być może dłużej musielibyśmy na to czekać, gdyby nie zeszłoroczny protest.

Lepszy dostęp do rehabilitacji medycznej dla znacznie niepełnosprawnych

Przyjęcie nowych rozwiązań w dostępie do świadczeń medyczno-rehabilitacyjnych miało stanowić rządową odpowiedź na drugi z postulatów – 500 dodatkowych złotych dla osób ze znaczną niepełnosprawnością. Rząd nie umiejąc bądź nie chcąc spełnić tego postulatu w formie świadczenia pieniężnego, zasugerował wprowadzenie szeregu udogodnień w dostępie do sprzętu, rehabilitacji i specjalistycznego leczenia, które w założeniu miały przynieść znaczne oszczędności w budżetach domowych osób z niepełnosprawnościami. Rozwiązanie to trudno uznać za właściwą odpowiedź na to, czego oczekiwali protestujący. Niemniej przyniosło ono pewne korzyści przynajmniej części osób z niepełnosprawnością znaczną i ich rodzin.

Nowe regulacje

przewidywały możliwość skorzystania z ambulatoryjnych świadczeń specjalistów bez konieczności skierowań, brak limitów czasowych użytkowania wyrobów medycznych, takich jak materace, wózki inwalidzkie czy protezy, zniesienie limitu finansowania świadczeń w zakresie rehabilitacji leczniczej czy bezkolejkowy dostęp do świadczeń medycznych i zaopatrzenia w aptekach.
Na ile założenia te zostały zrealizowane w praktyce? Spotkałem się z różnymi opiniami. Jedni mówią, że faktycznie skorzystali, ale są też tacy, którzy wskazują, że nadal natrafiają na pewne bariery. Z pewnością tu i ówdzie udrożniono i ułatwiono dostęp do opieki i rehabilitacji medycznej dla części osób niepełnosprawnych i ułatwiono tym samym przy okazji życie ich bliskim.

Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach nowych regulacji.

Po pierwsze, działają one tylko względem osób z niepełnosprawnością w stopniu znacznym, a już nie z np. stopniem umiarkowanym. Część potrzebujących, na przykład świeżo po ciężkim wypadku lub chorobie, może w ogóle nie mieć jeszcze orzeczenia, choć szybki tryb dostępu do rehabilitacji i specjalistów powinien być wskazany. Po drugie, nawet wśród osób znacznie niepełnosprawnych są takie, których np. choroby rzadkie nie są w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej jeszcze uwzględnione, jeśli chodzi o specjalistów, terapie, odpowiednie podejście itp. Dla tych ludzi dodatkowe wsparcie pieniężne mogłoby być rozwiązaniem, pozwalającym na choćby częściowe pokrycie dodatkowych kosztów leczenia, rehabilitacji, opieki, niekiedy poza ramami publicznej służby zdrowia.
Wreszcie – pamiętajmy, że potrzeby osób niepełnosprawnych – także tych znacznie niepełnosprawnych – nie zamykają się w sferze tylko medyczno-rehabilitacyjnej. Ci ludzie potrzebują też szerokiej i sprawnej rehabilitacji społecznej, a nieraz i zawodowej. Omawiane rozwiązania się do tego nie odnoszą. Nie zapominajmy również, że łatwiejsza i szybsza ścieżka dostępu do lekarzy specjalistów i rehabilitantów nic nie da bez działań, które by zatrzymały przedstawicieli tych profesji w systemie publicznej służby zdrowia i gwarantowały im godziwe wynagrodzenie i warunki pracy. Z tym bywa bardzo źle, o czym np. zajmujący się rehabilitacją fizjoterapeuci przypomnieli podczas niedawnego protestu tej grupy zawodowej.

Wiatr w żagle

Oddziaływanie zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych i ich rodzin nie powinno być rozpatrywane wyłącznie przez pryzmat twardych zmian legislacyjnych, ale także zjawisk zachodzących w debacie publicznej i społecznej świadomości. Pod tym względem znaczenie protestu trudno przecenić. Wiele osób poznało, choćby pobieżnie, dramat ludzi z głębokimi niepełnosprawnościami i ich bliskich, a także mogło zorientować się w choćby niektórych deficytach polityki wsparcia tej grupy. Dziś prawdopodobnie niemal wszystkie formacje oraz media zdają sobie, że mówimy o grupie społecznej, która czuje się pokrzywdzona i gotowa jest zabiegać o swoje prawa. Miejmy nadzieję, że przełoży się to tworzenie bardziej solidarnej i sprawiedliwej polityki wobec niepełnosprawności.

Test przedsiębiorcy Rząd na straży przywilejów

Od kilku tygodni trwa zadziwiająca bitwa wewnątrz obozu zjednoczonej prawicy. Chodzi o tzw. test przedsiębiorcy, czyli pomysł weryfikacji jednoosobowych firm tak, aby odsiać tych, którzy naprawdę prowadzą działalność gospodarczą od tych cwaniaków, którzy po prostu doją państwo na podatkach.

Rząd Leszka Millera wprowadził bowiem liniowy PIT na poziomie 19 proc., z czego skorzystali przede wszystkim dobrze opłacani menadżerowie i specjaliści. Rezygnują oni z umów o pracę (i wpadania w wyższy próg podatku dochodowego), bo przy zarobkach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie wszystkie usługi społeczne mogą sobie kupić na wolnym rynku, a z pewnością pomaga im w tym owa kilkunastoprocentowa oszczędność.
Jakby ta weryfikacja miała wyglądać, nie wiadomo, ale po pojawieniu się wspomnianej na początku zapowiedzi weryfikacji, w biznesowo-liberalnych mediach pojawiła się panika, kuriozalne ‘’listy’’ zrozpaczonych pseudo-przedsiębiorców, którzy porównywali pomysł z wieszaniem na latarni (mowa o liście wydrukowanym w Rzeczpospolitej, zdawałoby się poważnej gazecie), a także wyliczenia.
Z tych ostatnich ma wynikać, że – co ciekawe – najbiedniejsi przedsiębiorcy mają zyskać. Jeśli mają dochód pięć tysięcy miesięcznie, to w skali roku zarobią dodatkowe półtora. Niewiele zmieni się dla dobrze zarabiających średniaków Jeśli ktoś na działalności zarabia dziesięć tysięcy miesięcznie, to rocznie będzie musiał zapłacić półtora tysiąca. Schody będą dla krezusów. Jeśli bowiem ktoś przytula dwadzieścia tysięcy w miesiąc, to rocznie odda państwu
siedemnaście.
Jeśli trzydzieści – to jeden miesięczny dochód. I tak dalej. Trudno uznać, że jest to bolesne.
Warto przy tym podkreślić, że chodzi o ludzi na fikcyjnej działalności gospodarczej. Czyli wykonujące po prostu pracę, a nie biznes. To wszystko dotyczy 160 tys. z nas, czyli jakiś 1 proc. pracowników. Z tego uszczelnienia nie będzie więc wielkich pieniędzy, bo niewiele ponad 1 miliard, ale przecież on piechotą nie chodzi i przyda się w budżecie.
Biznesowe media straszą również, że może dojść do sytuacji, gdy ZUS zażąda od niby-przedsiębiorców zapłaty zaległych składek. To pewnie dałoby się rozwiązać na poziomie przepisów. Bo to nie wina ludzi, że państwo pozwala im okradać wspólnotę, tylko państwa właśnie.
Na razie stanęło na tym, że Morawiecki ‘’przeciął spekulacje’’ i powiedział, że testu nie będzie. Po co przed wyborami złościć małą, ale za to wpływową grupę?

Kler niech płaci

O genezie powstania i źródłach projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych i zasad funkcjonowania państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa jak i cały konfesyjnie zdefiniowany system wartości narzucany wbrew różnicom światopoglądowym Polaków. Wobec tych i wielu innych różnic jesteśmy przekonani, że tylko państwo świeckie, które przestrzega zasady nie zaangażowania stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. W dążeniu do demokratycznego, świeckiego państwa prawnego podjęliśmy trud stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie poprzez osiągnięcie jawności finansów kościołów i związków wyznaniowych, pozbawienie ich przywilejów nie związanych z działalnością w sferze kultu religijnego, mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności państwa. kościołów i związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie.
Decydując się na zorganizowanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej wokół projektu jaki powstawał w ramach naszego stowarzyszenia Kon gres Świeckości, przeprowadziliśmy wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowaliśmy orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem. W pełni świadomi trudności i problemów jakie stwarza poruszana w projekcie ustawy problematyka postanowiliśmy zbudować komitet obywatelski inicjatywy ustawodawczej złożony z przedstawicieli ok. czterdziestu formalnie i nieformalnych działających organizacji, ruchów obywatelskich i pozaparlamentarnych partii politycznych.

Proponowany projekt ustawy

został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy

projektowana ustawa ingeruje głównie w taki zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.
Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła. Najlepszym ich przykładem jest ujawniona przez prasę rozmowa lidera partii rządzącej w sprawie budowy wieżowców w Warszawie, a dotycząca między innymi sposobu prowadzenia interesów budowlanych przez znanego zakonnika z Torunia.
Wszyscy muszą mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana przez nas ustawa nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu rzeczywiste osiągnięcie wyższego stopnia transparentności życia publicznego, który w efekcie przyczyni się do zmniejszenia ryzyka powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.
W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych co ma mieć związek z transparentnością sfery publicznej, nasz projekt likwiduje niejawność przychodów całej olbrzymiej instytucjonalnej sfery działalności kościołów i związków wyznaniowych. Działalność tych instytucji, a w szczególności poza religijna nie może być pozostawiona ich dyskrecjonalnemu uznaniu i owiana mgłą tajemnicy.
Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa w sprawach religijnych i prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich i niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada

powinna oznaczać w praktyce nie tylko całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa, ale i prawo władzy państwowej do kształtowania powinnego zachowania tych podmiotów w sferze publicznej będącej domena państwa.
Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień i różnych przywilejów kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych. Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne z drugiej strony. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie szantażowania polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno – prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym mającym obejmować wszystkich obywateli. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie wedle swoich potrzeb i uznania ustalają jakie kwestie objęte są katalogiem spraw religijnych i gdzie przebiegają granice ich autonomii i niezależności.
Z uwagi na trwającą od początku kwietnia kampanię zbierania podpisów poparcia dla projektu ustawy, która wobec doręczenia pełnomocniczce komitetu obywatelskiego postanowienia Marszałka Sejmu RP wydanego 19 marca bieżącego roku dopiero w dniu 27 marca, zaczęła się z niewielkim opóźnieniem, apelujemy do wszystkich zainteresowanych udzieleniem poparcia naszej inicjatywie o aktywne włączenie się do naszych działań i składanie podpisów w czasie zbiórek ulicznych np. w Warszawie od godz. 14 do 19 przy stacji metra Centrum (na tzw. patelni) oraz w Miasteczku Wolności pod Sejmem RP, a także samodzielne zbieranie podpisów wśród znajomych i rodziny na wydrukowanym samodzielnie formularzu do zbierania podpisów znajdującym się na stronie internetowej Kongresu Świeckości oraz stronach facebookowych Projektu Świeckie Państwo i przesyłanie nam pod adres wskazany na formularzu bądź składanie w miejscach zbiórek w Warszawie i w całym kraju.

Głos lewicy

Podatki, głupcze!

Tymoteusz Kochan komentuje zmiany w podatkach, ogłoszone przez minister Teresę Czerwińską:
PiS jest partią neoliberalną i kolejny raz to potwierdza.
Rząd zamiast zwolnić od podatków najuboższych to wprowadza niższy podatek PIT i zwalnia z podatków osoby do 26 roku życia, które zarabiają do 7 tysięcy złotych (a to już jest w ogóle jakiś patologiczny ageizm). Tym samym budżet naszego kraju poniesie wielomiliardowe straty, podobnie jak przy okazji niższego CIT-u dla małych przedsiębiorstw.
W tym samym czasie ten sam rząd twierdzi, że nie ma środków dla nauczycieli, że nie ma środków na szkolnictwo wyższe, ani na służbę zdrowia. Oczywiście, że nie ma bo woli ciąć i zwijać sferę budżetową, obniżać podatki i kategorycznie odmawia inwestycji w sektor publiczny. Wręcz się go brzydzi!
Już z samych tych prezentów dla małych firm i obniżania PIT-u wystarczyłoby na wszystkie podwyżki dla nauczycieli, a jeszcze dużo by zostało. Przy normalnej progresji i zniesieniu liniowego CIT-u starczyłoby też spokojnie na inne sektory i prawdopodobnie ludzie nie musieliby umierać w kolejce do lekarza.
Tyle, że rząd woli wrzucać pieniądze w dziurawy rynek.
I po prostu kocha prywatę.

Integracja potrzebna od zaraz

Różnica między nami fundamentalna jest taka, że PiS opowiada się za osłabieniem UE. Hasło „Europa ojczyzn” to jest właśnie hasło osłabiania Unii, pozbawienia jej części kompetencji i przywracania tych kompetencji państwom narodowym. Koalicja Europejska uważa, że we współczesnym świecie coraz większej konkurencji ze strony nowych mocarstw gospodarczych potrzebna jest silniejsza integracja europejska.
Podam pani przykład. Jeżeli stać na gruncie stanowiska PiS-u o potrzebie przywracania suwerenności państw narodowych, to to oznacza, że UE np. nie powinna prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, bo ta jest wręcz taką elementarną częścią suwerenności, wyrazem suwerenności państwa. Ale w interesie Polski leży, żeby UE miała wspólną politykę zagraniczną, np. wobec Rosji. Ale w interesie innych państw członkowskich będzie to, żeby miała wspólną politykę zagraniczną wobec USA, Chin itd. Więc stanowisko PiS-u jest w moim przekonaniu wewnętrznie głęboko nielogiczne, sprzeczne. I pod tym względem różnimy się fundamentalnie.
Włodzimierz Cimoszewicz o tym, jak polepszyć gospodarcze stosunki Polski z resztą Europy, Źródło: sld.org.pl

SLD przypomina:

Na podstawie Traktatu Akcesyjnego podpisanego w Atenach 16 kwietnia 2003 r., Polska oraz 9 innych państw kandydujących, 1 maja 2004 r. weszło w skład Unii Europejskiej.
W imieniu Rzeczpospolitej Traktat podpisali premier Leszek Miller oraz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz.
Przez te 14 lat Polska pozyskała z unijnego budżetu na czysto blisko 110 mld euro, 4-krotnie zwiększyła eksport, powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy, wyraźnie wzrosła siła nabywcza Polek i Polaków.
Jeżeli projekt zjednoczonej Europy ma się rozwijać potrzebna jest dalsza integracja. Jednakże prawa człowieka i bezpieczeństwo socjalne musi iść w parze z demokratyzacją procesów decyzyjnych w UE. Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być celem Unii Europejskiej samym w sobie, rozwój gospodarki musi służyć budowie państwa opiekuńczego.
W nowej kadencji Parlamentu Europejskiego wprowadzimy: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejską płacę minimalną, takie same prawa pracownicze w całej UE.
Priorytetami będzie również walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości.
Źródło: sld.org.pl

Czy ja jestem przedsiębiorcą?

Mieliby o tym decydować urzędnicy skarbowi, którzy ocenią,
kto pozytywnie wypadnie w specjalnym teście.

Według najnowszych doniesień medialnych, Ministerstwo Finansów pracuje obecnie nad tzw. „testem przedsiębiorcy”, który ma ograniczyć możliwość rozliczania się 19-procentowym podatkiem dochodowym (PIT) przez osoby pracujące tylko dla jednego klienta.
W ten sposób to urzędnicy mają rozróżniać między osobami, które ich zdaniem są faktycznymi przedsiębiorcami – a pracownikami firmy, którzy przeszli na samozatrudnienie ze względów podatkowych i składkowych.

Bogaci płacą mniej

Powyższe rozróżnienie jest istotne, ponieważ w przypadku osób o wyższych dochodach korzyści wynikają nie tylko z niższej stawki PIT (19 proc. zamiast 32 proc. w drugim progu podatkowym), ale także z niższych ryczałtowych składek ZUS i NFZ (1245 zł miesięcznie zamiast 33 proc. pensji brutto).
Takie rozwiązanie ma zwiększyć dochody państwa, jednocześnie jednak otworzy kolejne pole sporów między podatnikami a urzędnikami, którzy mieliby decydować, kto jest, a kto nie jest przedsiębiorcą.
„Test przedsiębiorcy” byłby więc biurokratyczną próbą walki z symptomami, a nie z przyczyną samozatrudnienia w Polsce, którą jest nadmierne zróżnicowanie wysokości opodatkowania w zależności od formy prawnej umowy – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Grono uprzywilejowanych

Polski system podatkowy i ubezpieczeń społecznych z jednej strony charakteryzuje niemal płaski, ok. 40 proc. klin podatkowy, a z drugiej, szereg przywilejów i ulg dla wybranych grup, takich jak rolnicy, górnicy, twórcy, przedsiębiorcy czy samozatrudnieni.
Uprzywilejowane są też osoby o wyższych dochodach, które prowadząc działalność gospodarczą płacą 19 proc. PIT oraz zryczałtowany ZUS.
To nie PIT, a składki ZUS i NFZ, z których część jest ukryta po stronie pracodawcy, stanowią największą część klina podatkowego.
Choć składka ZUS jest dzielona właśnie między pracownika i pracodawcę, to w rzeczywistości pierwszego przede wszystkim interesuje pensja netto, natomiast drugiego łączny koszt związany z zatrudnieniem.
Na umowie o pracę najwyżej opodatkowane są osoby o pełnym koszcie pracy wynoszącym ok. 13 tys. zł – z jednej strony są one jeszcze objęte pełną składką rentową i emerytalną, a z drugiej już wpadają w 32 proc. próg PIT.
Przy jeszcze lepszych zarobkach, powyżej 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia, pensja przestaje być obciążona składkami emerytalnymi i rentowymi, co prowadzi do nieznacznego spadku klina podatkowego.
W większości przedziałów dochodów, korzystniej od umowy o pracę wypada samozatrudnienie. Tylko na samym początku skali, 1250 zł zryczałtowanego ZUS stanowi tak dużą część dochodu, że rozwiązanie to jest nieopłacalne (nie dotyczy to oczywiście działalności nierejestrowanej i osób o dochodach poniżej 1250 zł, które ZUS płacić nie muszą).
Później, wraz ze wzrostem dochodu, obciążenie ZUS spada, a dodatkowo nie trzeba płacić 32 proc. PIT, gdyż cały dochód objęty jest liniowym, 19 proc. podatkiem.

Warto pomajstrować

Duże różnice w opodatkowaniu dochodów z umowy o pracę i samozatrudnienia negatywnie wyróżniają Polskę na tle innych krajów. Szczególnie jest to widoczne w przypadku osób o wyższych dochodach, których ma dotyczyć właśnie test przedsiębiorcy.
Efektem dużych różnic w opodatkowaniu pracy i samozatrudnienia jest znacznie większy odsetek samozatrudnionych w Polsce w porównaniu do wielu krajów. Poza kwestiami podatkowymi, wpływ na to mają także inne czynniki, takie jak restrykcyjność prawa pracy czy struktura sektorowa gospodarki.
Ponadto, o ile osoby prowadzące działalność gospodarczą jako osoby fizyczne płacą tylko 19 proc. PIT i zryczałtowany ZUS, to właściciele spółek kapitałowych od wypracowanego przez nie zysku muszą najpierw zapłacić 19 proc. CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) , a potem często też 19 proc. PIT, co łącznie daje ponad 34 proc. stawkę podatkową.
Także w tym względzie Polska negatywnie wyróżnia się na tle innych krajów, które starają się nie zniechęcać przedsiębiorców do zakładania spółek kapitałowych.
Te różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu w zależności od formy prawnej, zachęcają podatników do „optymalizacji podatkowej”, a administrację – do kontroli i ciągłego majstrowania w przepisach.
W efekcie, polski system podatkowy jest oceniany jako jeden z najbardziej nieprzyjaznych dla przedsiębiorców (patrz np. Bank Światowy, Doing Business lub coroczne ankiety w ramach Global Competitvness Report) i stanowi istotną barierę dla rozwoju polskiej gospodarki.

Bicie po kieszeni zamiast reformy

Pomysł „testu przedsiębiorcy” wpisuje się w dotychczasową praktykę walki z symptomami, a nie przyczynami problemu i stanowi zapowiedź dalszej komplikacji systemu podatkowego oraz jeszcze większej władzy urzędników.
Koncepcja „testu przedsiębiorcy” jest efektem ogłoszenia przez rząd PiS nowego pakietu obietnic wyborczych, którego koszty w 2020 roku sięgną ok. 40 mld zł. Potrzeba znalezienia finansowania dla tak gigantycznego wydatku wymusza na rządzie głębsze sięgnięcie do kieszeni podatnika.
Klin podatkowy w Polsce wymaga reformy, docelowo należy ograniczyć różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu umów o pracę i samozatrudnienia – jednak nie powinno wiązać się to tylko z równaniem wszystkich podatków do góry. Niestety, kosztowne obietnice wyborcze PiS sprawiają, że w finansach publicznych w najbliższych latach będzie coraz mniej miejsca na gruntowną, sprzyjającą wzrostowi gospodarczemu, reformę systemu podatkowego.
Wprowadzenie „testu przedsiębiorcy” nie jest reformą, a próbą znalezienia dodatkowych wpływów podatkowych. Przyznanie urzędnikom prawa decydowania, kto może korzystać z 19 proc. PIT będzie źródłem konfliktów między administracją a podatnikami.
Właściwym kierunkiem reformy powinno być zmniejszenie różnic w opodatkowaniu dochodów z pracy i działalności gospodarczej tak, aby zlikwidować korzyści z tworzenia fikcyjnych działalności gospodarczych.

Nie warto rozmawiać

Na jednym z portali biznesowych pojawił się artykuł podsumowujący ostatnie doniesienia Instytutu Badań Strukturalnych alarmujące, że obowiązujący w Polsce system podatkowy jest de facto regresywny.

Nihil novi, można by rzec. Dla osób względnie ogarniających lewą stronę sceny intelektualnej najczęściej jest to oczywistość. Jeżeli ktoś spędził w życiu już trochę czasu na tropieniu grubych oszustw i małych tricków narracji wolnorynkowej, dość oczywiste dla niego jest, że hasła o ucisku „przedsiębiorców” i zdzieraniu z nich ostatniej koszuli, by oddać ją wrednym roszczeniowcom, to zasłona dymna. Państwo, a już z pewnością państwo polskie, istnieje po to, żeby robić dobrze ludziom przy forsie. Więc udokumentowany fakt, że wspomniane państwo utrzymuje się sięgając głównie do kieszeni niezamożnych, może być zaskoczeniem tylko dla mózgów, których rozbioru dawno temu dokonali Leszek Balcerowicz z Witoldem Gadomskim i Januszem Majcherkiem.
Na pewno jednak niejedna osoba, dla której równość i sprawiedliwość społeczna są czymś więcej niż pretekstem do beki, natrafiając na taki artykuł w biznesowym medium pomyślała sobie: „O, a jednak piszą! Nareszcie coś się zmienia”. Wyjaśniam: nie, nie zmienia się. Owszem, o analizie IBS pisał nie tylko Business Insider. Mainstream generalnie poczuł się w obowiązku o tym napomknąć, bo skoro głównonurtowy think tank dopuszcza taki temat, to widocznie można. Jednak takie treści pojawiają się w tych mediach regularnie od czasu kryzysu w 2008 r. Ileż to już razy ktoś w „Gazecie Wyborczej” pisał z sugestią, że wolny rynek to ściema typu „złoto dla naiwnych” – tak jak John Steinbeck wskazywał na miliony robotników myślących o sobie jako o „chwilowo niespełnionych milionerach”!
W sytuacji niekończącej się światowej recesji neoliberalizm jako dyskurs się załamał, ale jako polityka ma się świetnie, zwłaszcza w granicach Unii Europejskiej. Wszelkie argumenty nie-neoliberalne, „keynesowskie”, „popytowe” chwyciły w krajach takich jak Polska tylko na zasadzie doraźnych środków technicznych, służących wygładzeniu dziur po dekoniunkturze. Tak przecież było w przypadku „reformy OFE” za Tuska. Jak się wtedy okazało, interes prywaciarskich świętych krów można było naruszyć tylko w sytuacji, gdy ich bonanza zostawiła po sobie takie spustoszenie w środkach publicznych, że rząd po prostu sobie z nimi nie radził.
Ale to był tylko wypadek przy pracy – myślenie tej formacji nie zmieniło się ani na jotę. Z prostego powodu: być może kilka razy do roku obcują oni z intelektualistami myślącymi co innego niż Balcerowicz, ale całość życia spędzają głównie wśród „Januszy biznesu”, ich rodzin i ich usłużnych klakierów. Nie zmieniło się nic. Największy program redystrybucyjny po 1989 r. został wprowadzony przez partię, która, gdy Tusk podszczypywał OFE, darła się: „Nasze piniondze kradnom!” Podatków PiS nie zamierza bynajmniej ruszać, wymawiając się „daniną solidarnościową”. Sami ukręcili łeb projektowi ujednolicenia i jednoczesnego uprogresywnienia podatku dochodowego.
Eksplozja nienawiści klasowej z powodu 500 plus mówi coś o tym, w jakim miejscu jesteśmy. Koniec filozofowania: „sroczyńscy” idą w odstawkę, a „majcherki” znów rządzą! Radzę się nie łudzić, że polskich liberałów cokolwiek przekona, by przestali być samymi sobą. Tak, ktoś napisze za IBS, że największą część swych dochodów odprowadzają w podatkach biedni, bo to oni zasilają VAT i rozliczają się z PITu, podczas gdy całe jaśniepaństwo z CITu. Jak zwykle do niczego to nie doprowadzi, bo takie teksty zamieszczane są tylko jako „urozmaicenie” i asekuracyjna wymówka. Tak samo pluralizm liberalnej demokracji jest tylko sposobem na odwrócenie uwagi od faktu, że w kapitalizmie władza nad społeczeństwem w zawsze pozostaje monopolizowana przez najwęższą możliwą grupę.
„To biedacy płacą więcej?” Kilka osób się tym przejmie, a cała reszta „jaśnie oświeconych” wyprze to po pięciu minutach, bo ich rolą nie jest przejmowanie się, ani główkowanie. Ich rolą jest posiadanie. Czują, że do tego są powołani. Żadnym argumentem się tego nie przeskoczy. Nie są inteligentniejsi od reszty, ani poznawczo bardziej otwarci, mimo że formalnie szczycą się lepszym wykształceniem, tzn. lepszym papierkiem. I co z tego, że przytakują ludziom, których media mianowały „ekspertami”? Co z tego, że po „ekspertach” powtarzają, skoro ich mentalność składa się wyłącznie ze sloganów, które każdy słyszał milion razy, i z trudno tłumionych tików nerwowych na myśl o tym, że ktoś „po biedacku” ubrany mógłby dostać kawałek ich tortu. Są tępi jak cała publika Kuby Wojewódzkiego rżąca z dowcipów o gwałceniu ukraińskich sprzątaczek i intuicyjnie pewnie przekonana, że swym rżeniem oni też zasłużą na Ferrari.
To są polscy liberałowie. Wszelkie próby dyskusji z nimi, liczenie, że się ockną, kończą się tak jak w przypadku red. Tomasza Markiewki, który próbował im wszystko cierpliwie tłumaczyć, aż w końcu celebrytka Hanna Lis wyśmiała jego fryzurę i tak liberalizm wygrał na Twitterze. Cechuje ich typowa mentalność plemienna, tylko jest to plemię glamour. Nie mają racji i nie mają na nią szans. Stać ich tylko na nudne ideolo, w które przyozdabiają swoją pogardę. Tradycyjnie już, żadnego – nawet „jaśnie oświeconego” – plemienia nie przekona siła argumentów, tylko argument siły. Przykro mi: ich odejście, czyli zrobienie czegoś pożytecznego z ich pieniędzmi, będzie musiało dokonać się w warunkach, w których ucierpieć może nawet fryzura Hanny Lis i jej mężusia. Co tacy wtedy zrobią? Jakich „argumentów” użyją? Wkleją krzywą Laffera?

Młodzi bez podatku

Z punktu widzenia obywatela, kampania wyborcza mogłaby się nigdy nie kończyć. Miło bowiem usłyszeć tyle obietnic ze wszystkich stron.

Z punktu widzenia przedsiębiorców nie jest tak różowo, bowiem za wiele obietnic finalnie muszą zapłacić oni. Ale co najmniej jedna ze złożonych ostatnio deklaracji zasługuje na uwagę i uznanie: projekt, by młodzi ludzie, konkretnie ci, którzy nie ukończyli 26. roku życia, nie płacili podatku od dochodów osobistych PIT. O ile oczywiście ciężar tej ulgi nie zostanie przeniesiony na pracodawcę.
Sytuacja na naszym rynku pracy dojrzała do tego, by nie tylko otworzyć szeroko bramy dla chętnych z zagranicy, ale by zachęcać Polaków do pozostawania w kraju. Te zachęty powinny dotyczyć zwłaszcza młodych ludzi, przed którymi dosłownie i w przenośni Europa stoi otworem.
Dużo mówiło się i mówi o znalezieniu sposobu na skuteczne zatrzymanie w kraju tych najzdolniejszych. Ale nam wszystkim potrzebni są nie tylko geniusze i przyszli prezesi, lecz również specjaliści w różnych dziedzinach. Dobrze więc, że podejmowane są kroki, aby pokazać im, że warto pracować tu, w ojczystym kraju. Nie licytacja na płace jest kluczem (bo ją na razie przegramy z Niemcami czy Skandynawią), ale na tworzenie perspektyw. Zerowy PIT dla młodych to strzał w dziesiątkę.
Oczywiście, ten PIT ma być obwarowany limitem zarobków, aby nie był pretekstem do nadużyć.
I słusznie, bowiem nietrudno sobie wyobrazić sytuację, gdy namnoży się w spółkach dzieci właścicieli z pensjami na miarę Rotszyldów. Pytanie tylko, czy wstępnie zapowiedziany limit w wysokości 6,5 tys. zł jest zasadny. Nie wiem, z czego wynika taka a nie inna wysokość. Czy z możliwości budżetu, czy z realnego rozpoznania rynku pracy. Być może jest w stu procentach uzasadniony, ale przydałoby się uchylić rąbka tajemnicy.
I jest jeszcze jedno, ważne pytanie. Mianowicie nie wiadomo jeszcze, czy hojny rząd postanowił odpuścić sobie część wpływów z podatków, czy też w całości albo w części planuje przerzucić je na pracodawców.
Podpowiadam: to drugie rozwiązanie może odnieść przeciwny skutek. Czyli zniechęcić firmy do zatrudniania młodych. Może są to obawy całkowicie nieuzasadnione, jednak po sobotniej konwencji rządzącej partii takie pytania ze strony biznesu padły. Trzeba jak najszybciej rozwiać te obawy.
Zapowiadana decyzja o zwolnieniu młodych pracowników z PIT jest przełomem. Jeżeli nie będzie tylko „wyskokiem” przed zbliżającymi się dwiema kampaniami wyborczymi, to zwiastuje radykalną zmianę w podejściu decydentów do odważnych decyzji w sferze podatkowej. Podobnie, jak program „Rodzina 500 plus” był przełomową decyzją w kwestii nowoczesnej polityki socjalnej. Na końcu tej drogi jest podatek liniowy dla osób fizycznych, ale są i inne znaczące kamienie milowe. Jak na przykład upraszczanie podatków pośrednich, czy zmiany regulacji odnośnie VAT – by firmy nie upadały pod ciężarem podatków odprowadzonych od faktur, za które nikt im nie zapłacił. Trzeba być odważnym i zacząć od pierwszego kroku, do czego zachęcam i zachęcać będę każdą władzę.

Pięknie, fuck, pięknie

„Socjaliści mają ze mną problem, bo ja wiem na czym polega ciężka praca” – ogłosił Robert Gwiazdowski, ojciec narodzonej w ostatnią sobotę paleoliberalnej partyjki o dość komicznej nazwie „Polska Fair Play”, w skrócie: PFP.

Jako socjalistka spieszę sprostować: mamy problem z p. Gwiazdowskim z tego samego powodu, z którego mamy problem z facetami, głoszącymi, że kobiety mają „inteligencję emocjonalną” zamiast IQ, a pot osób ciemnoskórych jest szczególnie cuchnący. Po prostu jest pewien poziom dyletanctwa, obskurantyzmu i odporności na rzeczywistość, powyżej którego dusza socjalisty wyje z rozpaczy nad zmarnowanymi milleniami rozwoju ludzkości. Pan Gwiazdowski poziom ten przekracza niczym spółka Srebrna terminy płatności faktur.

Robert Gwiazdowski – doktor habilitowany nauk prawnych, który lubi przedstawiać się jako profesor ekonomii („Profesor Robert Gwiazdowski wchodzi do polityki” – reklamowała jego własna strona www.wiadomoscgwiazdowskiego.pl) jest bezcenną skamieliną z wczesnych lat 90. i powinien leżeć w Muzeum Myśli Neoliberalnej tuż obok Leszka Balcerowicza. Jego rozumienie świata uległo zahibernowaniu w czasach, kiedy Milton Friedman uważany był za autorytet, a Augusto Pinochet za reformatora gospodarki. P. Gwiazdowski należy do wymierającego gatunku proroków neoliberalizmu, którzy uważają, że źródłem wszelkich kryzysów jest „za mało wolnego rynku”, a kapitalizm jest immanentnie dobry, bo takim go stworzy Bóg.

Nie, nie przesadzam.

Nieposkramiana przez jakiekolwiek regulacje państwowe chciwość kapitału nie jest problemem, „bo kapitalizm budowano z biblią w ręku. Nie ma kapitalizmu bez etyki z jednego prostego powodu: kapitalizm to wolność i odpowiedzialność” – pouczał Gwiazdowski prof. Hausnera parę lat temu, przy okazji dyskusji wokół proponowanej przez tego ostatniego koncepcji „Open Eyes Economy”, czyli ekonomii opartej na działalności gospodarczej odpowiedzialnej wobec pracowników, konsumentów i środowiska.

Warto przypomnieć tę dyskusję, albowiem dość dobrze charakteryzuje intelekt „profesora Gwiazdowskiego”. Hausner mówił wtedy to, co mówią dziś już wszyscy poważni ekonomiści: że maksymalizacja zysku za wszelką cenę to krótkowzroczna działalność rabunkowa, a nie rozwojowa; że konieczne jest wprowadzenie mechanizmów regulacyjnych, które ten rodzaj działalności poskromią. P. Gwiazdowski odpowiadał na to mantrą „Chicago Boys”, czyli szkolonych przez Friedmana budowniczych kapitalizmu z rządzonych przez junty wojskowe na żołdzie CIA krajów Ameryki Południowej: „Jeśli gospodarka rynkowa jest w kryzysie, to dlatego, że nie jest rynkowa. Problem spowodował interwencjonizm państwa, a nie sam rynek”. Naprawdę zadziwiające jest to, że mówił takie rzeczy nie w roku 1986, ale 2016.

I oczywiście mówi to nadal.

Program Gwiazdowskiego jest dość lakoniczny. Na jego stronie internetowej każdemu z 6 punktów „założeń programowych” poświęcono 2 do 3 zdań, złożonych głównie z liberalnych komunałów („Nie ma dobrych podatków, ale wysokie opodatkowanie pracy to najgorsze rozwiązanie. Możemy zarabiać więcej netto – dzięki temu będziemy mogli i więcej oszczędzać i gospodarka będzie mogła szybciej się rozwijać”; „Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami. Wprowadzenie 460 okręgów jednomandatowych na wzór Wielkiej Brytanii zmieni diametralnie strukturę i sposób funkcjonowania partii politycznych. Partie będą musiały się zdemokratyzować i znaczenia nabiorą struktury lokalne”), upchniętych pomiędzy aktualnościami, ilustrowanymi 5 zdjęciami Roberta Gwiazdowskiego i zachętą „Wesprzyj nas” wraz z linkiem dla potencjalnych darczyńców.

Z opowieści na konwencji wynikało, że PFP zlikwiduje PIT, CIT, składki na NFZ, ZUS, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Fundusz Pracy, obniży VAT do 16,25 proc. i dzięki temu „wszyscy zarobią o 20 proc. więcej”. Ile straci na tym budżet i co stanie z się z pozbawionym budżetu państwem – Gwiazdowski nie wytłumaczył, ale pewnie mało go to obchodzi, bo, jak przystało na XIX-wiecznego liberała, państwo uważa za twór zbędny, który sprowadzić należy do „stróża nocnego”.

To wszystko wszakże nie jest niespodzianką – ktokolwiek kiedykolwiek słyszał Gwiazdowskiego, bez trudu zgadnie, jaki program gospodarczy mógł powstać w jego głowie.

Ale to, na co warto zwrócić uwagę – to jego poglądy w kwestiach, ogólnie mówiąc, obyczajowych. Pytany o nie na konferencji prasowej oświadczył, iż „jako polityk nie będzie narzucał swojego stylu życia i swoich poglądów innym ludziom”. Pewnej grupie mało uważnych wyborców może zasugerować to, że PFP jest nową odmianą Nowoczesnej – partii wolnego rynku i wolnego sumienia, formacji liberalnej aspirującej do stylu zachodnioeuropejskiego.

Atoli dotychczasowa działalność publicystyczna Roberta Gwiazdowskiego raczej na to nie wskazuje. Zanim p. Gwiazdowski postanowił wypełnić liberalną lukę na polskiej scenie politycznej, wypowiadał się na tematy obyczajowe w sposób dość swobodny – i raczej zadziwiający.

Na przykład o prawach reprodukcyjnych kobiet pisał błyskotliwie tak: „Prawo kobiety do dokonania aborcji nie jest kwintesencją wolności w jej klasycznym rozumieniu. Wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”.

Majtki i ich zdejmowanie są zresztą tematem powracający razy w publicystyce „profesora Gwiazdowskiego” dość często. W tonie, rzekłabym, dowcipasnym.

Komentarz do kwestii nadużyć podatkowych czynionych w oparciu o przepis mówiący o nieopodatkowaniu dochodów z nierządu: „W szczególności sędziowie nie dali wiary (…) że rzeczona pani przez wiele lat nie zmieniła ceny swoich usług. Znaczy organ (podatkowy) musiał panią na tę okoliczność pytać. Skąd miał jednakowoż przekonanie, że cena powinna ulec zmianie? W górę – z powodu inflacji? Czy może w dół – z powodu zestarzenia się »środka produkcji«?”.

Podatek spadkowy? To „podatek od wdów i sierot”, a państwo, które ściąga taki podatek jest gorsze od alfonsa: „Gdy więc ojciec rodziny przed śmiercią przehula pieniądze w agencji towarzyskiej, pracujące tam dziewczyny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej (…) nie płacą podatku dochodowego. Ale jak zostawi je córce, to ona płaci podatek spadkowy. Agencję towarzyską wyręcza państwo – zabiera córce część majątku odziedziczonego po ojcu i dokonuje redystrybucji”

Inny żarcik przy okazji podatku spadkowego: „Może więc wróćmy do socjalistycznej idei dzielenia się żonami? Bo przecież dziewczyna mająca przez przypadek po mamie ładne nogi ma zdecydowanie większe szanse na dobre zamążpójście niż pozbawiona tego atrybutu”.

Zamążpójście – to kolejny żarcik – jest bowiem jedyną drogą kobiety do życiowego sukcesu: „Jak zostać najbogatszą kobietą na świecie? Wziąć rozwód” – zażartował sobie „profesor” na twitterze, opatrując ów żart emotikonem buźki turlającej się i płaczącej ze śmiechu.

Buźka, niestety, pozbawiona była wąsów. A przecież, mimo iż na potrzeby „wejścia do polityki” p. Gwiazdowski wąsy zgolił, pozostaje on w jakiś tajemniczy sposób wąsaty.