Młodzi bez podatku

Z punktu widzenia obywatela, kampania wyborcza mogłaby się nigdy nie kończyć. Miło bowiem usłyszeć tyle obietnic ze wszystkich stron.

Z punktu widzenia przedsiębiorców nie jest tak różowo, bowiem za wiele obietnic finalnie muszą zapłacić oni. Ale co najmniej jedna ze złożonych ostatnio deklaracji zasługuje na uwagę i uznanie: projekt, by młodzi ludzie, konkretnie ci, którzy nie ukończyli 26. roku życia, nie płacili podatku od dochodów osobistych PIT. O ile oczywiście ciężar tej ulgi nie zostanie przeniesiony na pracodawcę.
Sytuacja na naszym rynku pracy dojrzała do tego, by nie tylko otworzyć szeroko bramy dla chętnych z zagranicy, ale by zachęcać Polaków do pozostawania w kraju. Te zachęty powinny dotyczyć zwłaszcza młodych ludzi, przed którymi dosłownie i w przenośni Europa stoi otworem.
Dużo mówiło się i mówi o znalezieniu sposobu na skuteczne zatrzymanie w kraju tych najzdolniejszych. Ale nam wszystkim potrzebni są nie tylko geniusze i przyszli prezesi, lecz również specjaliści w różnych dziedzinach. Dobrze więc, że podejmowane są kroki, aby pokazać im, że warto pracować tu, w ojczystym kraju. Nie licytacja na płace jest kluczem (bo ją na razie przegramy z Niemcami czy Skandynawią), ale na tworzenie perspektyw. Zerowy PIT dla młodych to strzał w dziesiątkę.
Oczywiście, ten PIT ma być obwarowany limitem zarobków, aby nie był pretekstem do nadużyć.
I słusznie, bowiem nietrudno sobie wyobrazić sytuację, gdy namnoży się w spółkach dzieci właścicieli z pensjami na miarę Rotszyldów. Pytanie tylko, czy wstępnie zapowiedziany limit w wysokości 6,5 tys. zł jest zasadny. Nie wiem, z czego wynika taka a nie inna wysokość. Czy z możliwości budżetu, czy z realnego rozpoznania rynku pracy. Być może jest w stu procentach uzasadniony, ale przydałoby się uchylić rąbka tajemnicy.
I jest jeszcze jedno, ważne pytanie. Mianowicie nie wiadomo jeszcze, czy hojny rząd postanowił odpuścić sobie część wpływów z podatków, czy też w całości albo w części planuje przerzucić je na pracodawców.
Podpowiadam: to drugie rozwiązanie może odnieść przeciwny skutek. Czyli zniechęcić firmy do zatrudniania młodych. Może są to obawy całkowicie nieuzasadnione, jednak po sobotniej konwencji rządzącej partii takie pytania ze strony biznesu padły. Trzeba jak najszybciej rozwiać te obawy.
Zapowiadana decyzja o zwolnieniu młodych pracowników z PIT jest przełomem. Jeżeli nie będzie tylko „wyskokiem” przed zbliżającymi się dwiema kampaniami wyborczymi, to zwiastuje radykalną zmianę w podejściu decydentów do odważnych decyzji w sferze podatkowej. Podobnie, jak program „Rodzina 500 plus” był przełomową decyzją w kwestii nowoczesnej polityki socjalnej. Na końcu tej drogi jest podatek liniowy dla osób fizycznych, ale są i inne znaczące kamienie milowe. Jak na przykład upraszczanie podatków pośrednich, czy zmiany regulacji odnośnie VAT – by firmy nie upadały pod ciężarem podatków odprowadzonych od faktur, za które nikt im nie zapłacił. Trzeba być odważnym i zacząć od pierwszego kroku, do czego zachęcam i zachęcać będę każdą władzę.

Pięknie, fuck, pięknie

„Socjaliści mają ze mną problem, bo ja wiem na czym polega ciężka praca” – ogłosił Robert Gwiazdowski, ojciec narodzonej w ostatnią sobotę paleoliberalnej partyjki o dość komicznej nazwie „Polska Fair Play”, w skrócie: PFP.

Jako socjalistka spieszę sprostować: mamy problem z p. Gwiazdowskim z tego samego powodu, z którego mamy problem z facetami, głoszącymi, że kobiety mają „inteligencję emocjonalną” zamiast IQ, a pot osób ciemnoskórych jest szczególnie cuchnący. Po prostu jest pewien poziom dyletanctwa, obskurantyzmu i odporności na rzeczywistość, powyżej którego dusza socjalisty wyje z rozpaczy nad zmarnowanymi milleniami rozwoju ludzkości. Pan Gwiazdowski poziom ten przekracza niczym spółka Srebrna terminy płatności faktur.

Robert Gwiazdowski – doktor habilitowany nauk prawnych, który lubi przedstawiać się jako profesor ekonomii („Profesor Robert Gwiazdowski wchodzi do polityki” – reklamowała jego własna strona www.wiadomoscgwiazdowskiego.pl) jest bezcenną skamieliną z wczesnych lat 90. i powinien leżeć w Muzeum Myśli Neoliberalnej tuż obok Leszka Balcerowicza. Jego rozumienie świata uległo zahibernowaniu w czasach, kiedy Milton Friedman uważany był za autorytet, a Augusto Pinochet za reformatora gospodarki. P. Gwiazdowski należy do wymierającego gatunku proroków neoliberalizmu, którzy uważają, że źródłem wszelkich kryzysów jest „za mało wolnego rynku”, a kapitalizm jest immanentnie dobry, bo takim go stworzy Bóg.

Nie, nie przesadzam.

Nieposkramiana przez jakiekolwiek regulacje państwowe chciwość kapitału nie jest problemem, „bo kapitalizm budowano z biblią w ręku. Nie ma kapitalizmu bez etyki z jednego prostego powodu: kapitalizm to wolność i odpowiedzialność” – pouczał Gwiazdowski prof. Hausnera parę lat temu, przy okazji dyskusji wokół proponowanej przez tego ostatniego koncepcji „Open Eyes Economy”, czyli ekonomii opartej na działalności gospodarczej odpowiedzialnej wobec pracowników, konsumentów i środowiska.

Warto przypomnieć tę dyskusję, albowiem dość dobrze charakteryzuje intelekt „profesora Gwiazdowskiego”. Hausner mówił wtedy to, co mówią dziś już wszyscy poważni ekonomiści: że maksymalizacja zysku za wszelką cenę to krótkowzroczna działalność rabunkowa, a nie rozwojowa; że konieczne jest wprowadzenie mechanizmów regulacyjnych, które ten rodzaj działalności poskromią. P. Gwiazdowski odpowiadał na to mantrą „Chicago Boys”, czyli szkolonych przez Friedmana budowniczych kapitalizmu z rządzonych przez junty wojskowe na żołdzie CIA krajów Ameryki Południowej: „Jeśli gospodarka rynkowa jest w kryzysie, to dlatego, że nie jest rynkowa. Problem spowodował interwencjonizm państwa, a nie sam rynek”. Naprawdę zadziwiające jest to, że mówił takie rzeczy nie w roku 1986, ale 2016.

I oczywiście mówi to nadal.

Program Gwiazdowskiego jest dość lakoniczny. Na jego stronie internetowej każdemu z 6 punktów „założeń programowych” poświęcono 2 do 3 zdań, złożonych głównie z liberalnych komunałów („Nie ma dobrych podatków, ale wysokie opodatkowanie pracy to najgorsze rozwiązanie. Możemy zarabiać więcej netto – dzięki temu będziemy mogli i więcej oszczędzać i gospodarka będzie mogła szybciej się rozwijać”; „Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami. Wprowadzenie 460 okręgów jednomandatowych na wzór Wielkiej Brytanii zmieni diametralnie strukturę i sposób funkcjonowania partii politycznych. Partie będą musiały się zdemokratyzować i znaczenia nabiorą struktury lokalne”), upchniętych pomiędzy aktualnościami, ilustrowanymi 5 zdjęciami Roberta Gwiazdowskiego i zachętą „Wesprzyj nas” wraz z linkiem dla potencjalnych darczyńców.

Z opowieści na konwencji wynikało, że PFP zlikwiduje PIT, CIT, składki na NFZ, ZUS, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Fundusz Pracy, obniży VAT do 16,25 proc. i dzięki temu „wszyscy zarobią o 20 proc. więcej”. Ile straci na tym budżet i co stanie z się z pozbawionym budżetu państwem – Gwiazdowski nie wytłumaczył, ale pewnie mało go to obchodzi, bo, jak przystało na XIX-wiecznego liberała, państwo uważa za twór zbędny, który sprowadzić należy do „stróża nocnego”.

To wszystko wszakże nie jest niespodzianką – ktokolwiek kiedykolwiek słyszał Gwiazdowskiego, bez trudu zgadnie, jaki program gospodarczy mógł powstać w jego głowie.

Ale to, na co warto zwrócić uwagę – to jego poglądy w kwestiach, ogólnie mówiąc, obyczajowych. Pytany o nie na konferencji prasowej oświadczył, iż „jako polityk nie będzie narzucał swojego stylu życia i swoich poglądów innym ludziom”. Pewnej grupie mało uważnych wyborców może zasugerować to, że PFP jest nową odmianą Nowoczesnej – partii wolnego rynku i wolnego sumienia, formacji liberalnej aspirującej do stylu zachodnioeuropejskiego.

Atoli dotychczasowa działalność publicystyczna Roberta Gwiazdowskiego raczej na to nie wskazuje. Zanim p. Gwiazdowski postanowił wypełnić liberalną lukę na polskiej scenie politycznej, wypowiadał się na tematy obyczajowe w sposób dość swobodny – i raczej zadziwiający.

Na przykład o prawach reprodukcyjnych kobiet pisał błyskotliwie tak: „Prawo kobiety do dokonania aborcji nie jest kwintesencją wolności w jej klasycznym rozumieniu. Wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”.

Majtki i ich zdejmowanie są zresztą tematem powracający razy w publicystyce „profesora Gwiazdowskiego” dość często. W tonie, rzekłabym, dowcipasnym.

Komentarz do kwestii nadużyć podatkowych czynionych w oparciu o przepis mówiący o nieopodatkowaniu dochodów z nierządu: „W szczególności sędziowie nie dali wiary (…) że rzeczona pani przez wiele lat nie zmieniła ceny swoich usług. Znaczy organ (podatkowy) musiał panią na tę okoliczność pytać. Skąd miał jednakowoż przekonanie, że cena powinna ulec zmianie? W górę – z powodu inflacji? Czy może w dół – z powodu zestarzenia się »środka produkcji«?”.

Podatek spadkowy? To „podatek od wdów i sierot”, a państwo, które ściąga taki podatek jest gorsze od alfonsa: „Gdy więc ojciec rodziny przed śmiercią przehula pieniądze w agencji towarzyskiej, pracujące tam dziewczyny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej (…) nie płacą podatku dochodowego. Ale jak zostawi je córce, to ona płaci podatek spadkowy. Agencję towarzyską wyręcza państwo – zabiera córce część majątku odziedziczonego po ojcu i dokonuje redystrybucji”

Inny żarcik przy okazji podatku spadkowego: „Może więc wróćmy do socjalistycznej idei dzielenia się żonami? Bo przecież dziewczyna mająca przez przypadek po mamie ładne nogi ma zdecydowanie większe szanse na dobre zamążpójście niż pozbawiona tego atrybutu”.

Zamążpójście – to kolejny żarcik – jest bowiem jedyną drogą kobiety do życiowego sukcesu: „Jak zostać najbogatszą kobietą na świecie? Wziąć rozwód” – zażartował sobie „profesor” na twitterze, opatrując ów żart emotikonem buźki turlającej się i płaczącej ze śmiechu.

Buźka, niestety, pozbawiona była wąsów. A przecież, mimo iż na potrzeby „wejścia do polityki” p. Gwiazdowski wąsy zgolił, pozostaje on w jakiś tajemniczy sposób wąsaty.

Mała rewolucja podatkowa

Rząd dokręca śrubę. Trzeszczący budżet i rozmaite wydatki, narzucane państwowym firmom przez władzę, wymagają rosnących danin pieniężnych. W bieżącym roku w podatkach zmienia się tak dużo, że chyba najlepszym słowem, które do tego pasuje jest „rewolucja”.

Rząd zakłada, że w 2019 r. do budżetu z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), osób prawnych ( CIT) oraz VAT-u wpłynie aż o 50 miliardów złotych więcej.

Leasing na nowo

Może to nie jest zmiana, która obejmie największą liczbę osób, ale wydaje się, że jest ona najgłośniejsza i najbardziej dyskutowana. A to dlatego, że i firmom leasingowym i motoryzacyjnym zależy na tym, żeby sprzedaż była na maksymalnym poziomie – czemu nie służą wprowadzane zmiany.
W zasadzie bowiem kończy się pełne odliczanie kosztów użytkowania samochodów dla mikro i małych przedsiębiorców, którym auto służy zarówno do celów służbowych jak i czasem prywatnych. Podrzucenie dziecka do szkoły w drodze do pracy może być ryzykowne. Pełne zaliczenie do kosztów wydatków związanych z używaniem auta będzie możliwe tylko w przypadku prowadzenia ewidencji wykorzystywania samochodu.
W przypadku kontroli urzędnik skarbowy będzie mógł zakwestionować, dlaczego z punku A do punktu B pojechaliśmy wybierając okrężną, a nie najkrótszą drogę. I nie wytłumaczymy się, że najkrótsza była zakorkowana, a nam zależało na czasie. Co innego w dużych firmach, gdzie pracownik przyjeżdża do pracy swoim autem lub komunikacją miejską i w razie potrzeby tam wsiada do auta służbowego, które oddaje wychodząc z firmy.
Mocno dyskusyjny aspekt zmian dotyczy wartości aut, które można leasingować. Dziś nie jest to ograniczone. Nowe przepisy wprowadzają limit 150 tys. złotych wartości auta, od którego koszty w całości można rozliczać. Zatem kupowanie samochodu za pół miliona przestanie się opłacać, bo nadwyżki nie będzie można wrzucić w koszty. Z drugiej strony – to chyba dobrze, bo trudno uznać, by tak kosztowna limuzyna była konieczna w jakimkolwiek przedsiębiorstwie czy urzędzie.

Kwota wolna nie dla wszystkich

Będzie ona wprawdzie coraz wyższa – ale nie dla wszystkich. Suma, od której nie trzeba odprowadzać podatku regularnie rośnie, lecz będą z tego korzystać tylko ubożsi.
Za rok 2017 kwota ta wynosiła maksymalnie 6 600 zł., a w 2019 jest to już 8 000 zł. Trzeba jednak pamiętać, że im większy dochód tym kwota wolna jest niższa. Zatem podatnik, który zarobi do 8 000 zł nie zapłaci ani złotówki podatku dochodowego. Potem kwota wolna zacznie spadać do poziomu 3 091 złotych przy dochodzie 13 000 złotych i utrzyma się na nim aż do poziomu 85 528 złotych dochodu rocznego. Powyżej tego poziomu znowu zacznie się jej stopniowe zmniejszanie, aż do momentu osiągnięcia dochodu 127 000 zł rocznie – powyżej tego pułapu kwota wolna od podatku nie występuje. Zatem zarabiający najwięcej nie skorzystają z tej ulgi. I chyba to słuszne.
Natomiast najbardziej zamożni podatnicy będą musieli pogodzić się z jeszcze jednym podatkiem – tzw. daniną solidarnościową. Pieniądze najbogatszych zasilą fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych.
Chodzi jednak o podatników zarabiających co najmniej milion złotych rocznie, co odpowiada co najmniej w wysokości 86 000 złotych miesięcznie. Nadwyżka ponad próg wyniesie 4 procent. Fiskus obliczając podatek dla tych osób będzie mógł łączyć dochody z różnych źródeł. Przepisy mówią o sumowaniu dochodów rozliczanych na formularzach PIT-36, PIT-36L, PIT-38 i PIT-40A, oczywiście z pomniejszeniem o koszty podatków i obowiązkowe składki na ZUS.
Rząd szacuje, że z tego tytułu wpłynie do budżetu 2 miliardy złotych.

Małe firmy – mały CIT

Na kolejnym nowym przepisie mają zyskać ci najmniejsi. Zgodnie z pomysłem rządu , firmy których przychód ze sprzedaży nie przekroczył w całym roku 1,2 mln euro mogą skorzystać z obniżonej stawki CIT. Dotyczy to zatem firmy do których wpływa około 5 milionów złotych rocznie. Preferencja obejmie również przedsiębiorców rozpoczynających działalność. Oni także zapłacą 9-procentowy podatek od dochodu.
Trzeba jednak pamiętać, że z ulgi nie skorzystają ci, którzy swoją większą firmę podzielili na kilka mniejszych tak, by żadna z nich nie przekraczała wyznaczonego limitu.
Jest to już kolejna obniżka stawki podatku od osób prawnych – w zeszłym roku spadła ona z 19 do 15 proc. Ministerstwo Finansów optymistycznie ocenia, że podatki według niższej stawki będzie płaciło aż nawet 400 tysięcy firm.
Dla tych, którzy szykują koniec działalności gospodarczej prowadzonej w Polsce, wprowadzony zostanie podatek od niezrealizowanych zysków w związku z przeniesieniem aktywów firmy do innego państwa.
Ustawodawca tłumaczy to prawem do opodatkowania dochodów, które zostały wypracowane w czasie, w którym podatnik prowadził działalność w Polsce. Mówiąc jednak wprost, wszystkie firmy, które będą marzyły o rajach podatkowych i podejmą decyzję o przeniesieniu działalności właśnie tam, zanim się wyprowadzą, zapłacą odpowiedni podatek. No chyba, że z przenosin zrezygnują, bo przestaną się one opłacać. I bardzo dobrze.

Eurostat o podatkach w UE

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, a w 2007 r. 39,1 proc..
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc., w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc., a najniższe w Irlandii – 23,5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..

Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32,9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).

Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.

Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc..ee

Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia stosunkowo wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.

Polska, kraj niskich podatków

Europejski Urząd Statystyczny przedstawił raport na temat wysokości podatków w Unii Europejskiej w 2017 r. Zgodnie z nim w ubiegłym roku podatki wraz z ubezpieczeniami społecznymi w UE stanowiły 40,2 proc. PKB i nieco wzrosły w porównaniu z 2016 r., kiedy wynosiły 39,9 proc. PKB. W 2012 r. udział ten wynosił 39,5 proc. PKB, w 2007 r. 39,1 proc. a w 2005 r. 38,5 proc. Okazuje się więc, że w ostatnich latach obciążenia fiskalne w UE rosną, co przeczyłoby tezom o wycofywaniu się państwa z gospodarki.
Jednoznacznie dane Eurostatu dowodzą dwóch tez, z którymi nie mogą się pogodzić polscy ekonomiści głównego nurtu. Po pierwsze, w najbardziej rozwiniętych krajach podatki są najwyższe, a po drugie – podatki w Polsce należą do najniższych w Unii, co szczególnie dotyczy podatków dochodowych.
W 2017 r. najwyższe podatki były we Francji – 48,4 proc. , w Belgii – 47,3 proc., w Danii – 46,5 proc., w Szwecji – 44,9 proc. i w Finlandii – 43,4 proc.. Najniższe obciążenia fiskalne w ubiegłym roku były w Irlandii – 23, 5 proc., w Rumunii – 25,8 proc., w Bułgarii – 29,5 proc., na Litwie – 29,8 proc. oraz na Łotwie – 31,4 proc..
Znacznie niższe podatki niż w większości krajów Unii Europejskiej były też w Polsce, gdzie w 2017 r. wynosiły one 35,1 proc. PKB, czyli o 5,1 pkt proc. mniej niż wynosi średnia unijna.
Oznacza to, że gdyby udział podatków w polskim PKB był na poziomie średniej unijnej, co roku wpływy fiskalne byłyby wyższe o ponad 100 mld zł niż obecnie. To ponad ¼ całorocznego polskiego budżetu!
W porównaniu z 2016 r. wzrosły podatki w 15 krajach UE, a spadły w 13, przy czym największy wzrost nastąpił na Cyprze (z 32, 9 proc. do 34,0 proc.) i w Luksemburgu (z 39,4 proc. do 40,3 proc.), a największy spadek odnotowano na Węgrzech (z 39,3 proc. do 38,4 proc.) oraz w Rumunii (z 26,5 proc. do 25,8 proc.).
Eurostat podał też informację o tym, jaki procent PKB stanowią poszczególne formy opodatkowania, które zostały podzielone na trzy grupy: podatki od produkcji i importu, podatki od dochodu i majątku oraz ubezpieczenia społeczne.
Zgodnie z danymi Eurostatu w 2017 r. podatki od produkcji i importu wyniosły w całej UE średnio 13,6 proc. PKB. Najwyższe podatki tego typu były w Szwecji – 22,7 proc., w Chorwacji – 19,6 proc. i na Węgrzech – 18,2 proc., a najniższe w Irlandii – 8,5 proc., w Niemczech – 10,7 proc. i na Słowacji – 11,1 proc.. Polska nieznacznie odbiegała od średniej, mając wskaźnik 14,0 proc. PKB.
Podatki od dochodu i majątku średnio wynosiły 13,1 proc. PKB. Najwyższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 29,7 proc., w Szwecji – 18,9 proc. i w Belgii – 16,9 proc., a najniższe na Litwie – 5,4 proc., w Bułgarii – 5,7 proc. i w Rumunii – 6,1 proc.. Bardzo niskie podatki od dochodu i majątku odnotowano też w Polsce – 7,3 proc.. Okazuje się, że wbrew dominującym przekonaniom podatki dochodowe w Polsce są niskie, a w stosunku do PKB blisko dwukrotnie niższe niż we wskazywanej jako wcielenie marzeń liberałów Wielkiej Brytanii (14,2 proc. PKB). Skąd tak niskie obciążenia? Po pierwsze ze względu na powszechność różnych niestandardowych form zatrudnienia, a po drugie z powodu bardzo niskich obciążeń fiskalnych dla najlepiej zarabiających podatników, w tym podatku liniowego dla przedsiębiorców.
Wreszcie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 13,3 proc. PKB. Najwyższe składki w 2017 r. były we Francji – 18,8 proc., w Niemczech – 16,7 proc. i w Belgii – 16,1 proc.. Najniższe obciążenia tego rodzaju były w Danii – 0,9 proc. (tam ubezpieczenia społeczne są finansowane głównie z podatków dochodowych), w Szwecji – 3,3 proc. i w Irlandii – 4,3 proc.. Nieco powyżej średniej znalazła się Polska – 13,9 proc., przy czym Polskę wyróżnia relatywnie wysokie obciążenie składkami pracowników i niskie pracodawców.
Okazuje się więc, że wbrew obiegowym wyobrażeniom rozpowszechnianym przez liberalnych komentatorów, obciążenia fiskalne w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej, co w największym stopniu dotyczy ludzi bogatych, którzy płacą radykalnie niższe podatki niż krezusi z innych krajów UE. W konsekwencji kolejnych polskich rządów nie stać na finansowanie wysokiej jakości usług publicznych czy całościową walkę ze smogiem. Jeżeli mamy dogonić kraje zachodnie, to z pewnością niskie podatki i niewielki udział państwa w gospodarce nie przyczynią się szybkiego zniwelowania dystansu.

Porzućmy wszelką nadzieję?

Według wieloletnich szacunków wzrostu gospodarczego, przygotowywanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ostatnia pochodzi z lipca 2018 r.), potencjalny średnioroczny wzrost produktu krajowego brutto na mieszkańca w latach 2030-2060 ma wynieść w Polsce jedynie 1,3 proc.

 

To najsłabszy wynik nie tylko w UE, ale także w całym OECD. Jest to także drugi, poza Rosją – 1,2 proc. – najgorszy rezultat wśród wszystkich 46 badanych krajów. Bardzo niski wzrost przez trzy dekady oznacza, że możemy zapomnieć o dogonieniu jakiejkolwiek rozwiniętej gospodarki.
Nasz relatywny poziom zamożności mierzony PKB wyrażonym w sile nabywczej w relacji do USA praktycznie utrzyma się na podobnym poziomie, co obecnie (wzrost z 50 do 54 proc. w 2060 r.) – wskazuje portal Cinkciarz.pl. W klasyfikacji PKB na mieszkańca, w relacji do poziomu w Stanach Zjednoczonych, wyprzedzą nas wszystkie kraje regionu: Węgry – 60 proc., Słowenia – 62 proc. Słowacja – 79 proc. oraz Czechy – 77 proc. Po piętach deptać nam natomiast będą Chiny – 51 proc. oraz Indie – 44 proc.
Badania OECD wskazują, że największym problemem Polski będzie rynek pracy. Poziom zatrudnienia ma spadać o 0,2 proc. każdego roku w latach 2030-2060 (najwięcej ze wszystkich państw). Przede wszystkim jest to efekt demografii, czyli starzejącego się społeczeństwa. Problemy demograficzne obejmują jednak także inne kraje. U nas jednak, populacja w wieku produkcyjnym, w związku z wprowadzeniem niższego wieku emerytalnego zmniejszy się aż o 10 pkt proc. do 2050 r. Negatywnie na podaż siły roboczej od 2030 r. zacznie także wpływać podniesienie wieku rozpoczęcia obowiązku szkolnego.
Jak wskazuje OECD, dzietności lepiej sprzyja zastępowanie świadczeń pieniężnych świadczeniami rzeczowymi dla rodzin (np. darmowe przedszkole, żłobek), co pozwala na łatwiejszy powrót kobiet do pracy i redukuje ryzyko erozji ich umiejętności. Ponadto, wydatki na zdrowie w Polsce są drugimi najmniejszymi wśród badanych krajów, co redukuje chęć pozostawania starszych roczników na rynku pracy i zmniejsza ogólną jakość życia. Wreszcie, niewystarczający jest u nas poziom wydatków na badania i rozwój. Dziś dobra koniunktura zewnętrzna, napływ imigrantów ze wschodu czy uszczelnienie systemu podatkowego dają krótkoterminowe wytchnienie. W dłuższym terminie słabości naszej gospodarki trudno jednak będzie „łatać” doraźnymi działaniami.

Apetyt na nasze pieniądze

Rząd Prawa i Sprawiedliwości chwali się, że obniża podatki – podczas gdy w rzeczywistości je podwyższa.

 

Mimo głośno zapowiadanych obniżek podatków, rząd PiS w budżecie na 2019 rok kontynuuje politykę zwiększania obciążeń podatkowych.
Obywatelom trudno to dostrzec, kiedy wzrost obciążeń nie wynika ze zmiany stawek podatkowych. Wciąż zamrożone są progi PIT (podatku dochodowego od osób fizycznych), dzięki czemu corocznie dochody państwa rosną o ok. 1 mld zł, a wprowadzone od 2018 roku wydzielenie źródeł przychodów w CIT (podatku dochodowym od osób prawnych) , oznacza efektywny wzrost opodatkowania przedsiębiorstw o ok. 2 mld zł rocznie.
Oprócz tego trzeba zauważyć, że rząd PiS zapobiega wygaśnięciu podwyższonych stawek VAT (co daje państwu ok. 7-8 mld zł rocznie).
Rząd PiS wprowadza również parapodatki, z których część będzie trafiać do funduszy celowych. Po wprowadzonej w 2018 roku „opłacie recyklingowej” (1,2 mld zł), która jest bezpośrednim dochodem budżetu, rząd wprowadza obecnie „opłatę emisyjną” i „daninę solidarnościową”, które zasilą fundusze celowe.
„Opłata emisyjna” ma przynieść w 2019 roku 1,7 mld zł. Wpływy mają rosnąć wraz z popytem na paliwa i w 2020 roku wynieść już 1,9 mld zł. Przy okazji wzrosną też wpływy z podatku VAT, ponieważ nowa opłata zwiększa jego podstawę.
Ustawa wprowadzająca „daninę solidarnościową” znajduje się obecnie w Sejmie. Jeśli zostanie uchwalona, przyniesie 1,2 mld zł rocznie od 2020 roku. Mówią o tym komunikaty Forum Obywatelskiego Rozwoju.

 

Ciche wyciskanie kasy

„Opłata emisyjna” i planowana „danina solidarnościowa” nie tylko zwiększają obciążenia fiskalne, lecz także pogłębiają wyłom, jaki w budżecie państwa tworzą fundusze celowe. Taka organizacja wydatków państwa utrudnia obywatelom ocenę rozdysponowania środków publicznych, a administracji – efektywne ich wydatkowanie.
Przez lata skład funduszy celowych się zmieniał, ale ich liczba pozostaje podobna.
W projekcie budżetu na 2019 rok zapisano 28 funduszy celowych, ale trwają jeszcze prace nad Solidarnościowym Funduszem Wsparcia Osób Niepełnosprawnych.
Jakkolwiek w ostatnich latach wydatki funduszy celowych w stosunku do PKB spadały, to teraz można się obawiać tendencji odwrotnej.
Rząd PiS, przedstawiając budżet na 2019 rok, podkreśla wprowadzenie obniżonego CIT i „małego ZUS”. Zmiany te są jednak znacznie mniej istotne niż, trudniej dostrzegalne, podwyżki podatków.
Wprowadzenie obniżonego CIT oznacza nieznaczny spadek dochodów państwa (ok. 0,4 mld zł), ale przede wszystkim może tworzyć barierę zniechęcającą firmy do wzrostu.
Konstrukcja ulgi sprawia, że przekroczenie przez firmę progu przychodów nawet o 1 zł będzie skutkowało ponad dwukrotnym wzrostem opodatkowania zysków. Wynika to z konstrukcji preferencji – zyski firmy o przychodach do 1,2 mln euro będą obciążone 9-procentową stawką CIT, natomiast firmę o przychodach o złotówkę przekraczających próg będzie obowiązywała już stawka 19-procentowa.
W praktyce oznacza to, że przy 5-procentowej rentowności sprzedaży firma o przychodach 1 199 999 euro zapłaci 5400 euro podatku, natomiast firma o przychodach o 2 euro wyższych (1 200 001 euro) zapłaci już 11 400 euro podatku
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że tego typu sztywne progi zniechęcają firmy do wzrostu, ze szkodą nie tylko dla samych przedsiębiorstw, lecz także całej gospodarki – wskazuje FOR.
„Mały ZUS” dla najmniejszych przedsiębiorców rozwiązuje tylko część problemów związanych z wysokim opodatkowaniem i oskładkowaniem osób o najniższych dochodach – jednocześnie tworząc nowe.
Ponieważ możliwość jego płacenia jest zależna od uzyskiwanych przychodów, w praktyce z rozwiązania tego nie będą mogły skorzystać osoby zajmujące się handlem (np. osoba, która miesięcznie kupuje towary za 7 tys. zł i sprzedaje je za 8,5 tys. zł będzie miała zbyt wysoki przychód, by objął ją „mały ZUS”).
Zmiana ta nie będzie też dotyczyła osób pracujących na podstawie umowy o pracę, w przypadku których nawet od płacy minimalnej (2250 zł brutto) trzeba odprowadzić składki w kwocie niemal 1000 zł. Co więcej, preferencyjne oskładkowanie osób samozatrudnionych w ramach „małego ZUS” może wypychać część pracowników z umów o pracę na samozatrudnienie – uważa FOR.

 

Rząd PiS poprawił finanse państwa

Dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu deficyt sektora finansów publicznych w Polsce – pomimo wprowadzenia nowych wydatków – w ostatnich latach malał. Szybki wzrost gospodarczy przełożył się z jednej strony na wzrost wpływów podatkowych, a z drugiej na obniżenie szeregu wydatków w relacji do PKB.
W latach 2015–2017 deficyt sektora finansów publicznych spadł z 2,6 proc. PKB do 1,7 proc. PKB), mimo że w tym czasie wprowadzono program 500+, a także ograniczono dywidendy wpłacane przez państwowe spółki i wstrzymano sprzedaż państwowej ziemi.
Po stronie dochodów odnotowano wzrost ściągalności VAT, z którego wpływy w relacji do PKB wzrosły dzięki działaniom uszczelniającym system podatkowy (wpływy wzrosły o ok. 1 proc. PKB, z czego ok. 0,7 proc. PKB to efekt działań uszczelniających). Dobra koniunktura w połączeniu z rosnącą liczbą imigrantów płacących składki ZUS przyczyniła się do wzrostu wpływów składkowych (o 0,4 proc. PKB).
Nowe podatki (przede wszystkim podatek bankowy) wraz z zamrożeniem progów PIT (co oznacza efektywny wzrost opodatkowania) zapewniły wzrost dochodów o kolejne 0,3 proc. PKB.
Po stronie wydatków dobra koniunktura na światowych rynkach finansowych pozwoliła na dalszy spadek kosztów obsługi długu publicznego (o 0,2 proc. PKB), a wcześniejsza reforma systemu rentowego, na dalsze ograniczenie wydatków ZUS na renty z tytułu niezdolności do pracy. Jednocześnie rząd PiS utrzymywał dynamikę płac w sektorze publicznym poniżej dynamiki płac w sektorze prywatnym, co zaowocowało spadkiem wydatków na płace w sektorze publicznym w relacji do PKB (o 0,2 proc. PKB).
Szybki nominalny wzrost PKB ułatwia także rządowi relatywne obniżenie wydatków na płace w sektorze publicznym. Poprzez samo utrzymanie dynamiki płac poniżej tempa wzrostu płac w sektorze prywatnym w 2017 roku (czyli bez nominalnego obniżenia płac) rząd obniżył fundusz płac w sektorze publicznym w relacji do PKB do najniższego poziomu w historii. Zakłada również jego dalszy spadek w kolejnych latach.
Konstrukcja istotnej części wydatków publicznych oraz polityczne realia sprawiają, że przy szybkim nominalnym wzroście PKB rząd ma większe pole manewru. Szczególnie dobrze widać to w przypadku emerytur i rent, które stanowią ponad jedną piątą wydatków publicznych.
Chociaż po obniżeniu wieku emerytalnego liczba emerytów wzrosła skokowo, co przełożyło się na wzrost deficytu (o 0,8 proc. PKB), to efekt ten został skompensowany przez relatywny spadek wysokości emerytur (o 0,6 proc. PKB), spadek liczby rencistów (o 0,3 proc. PKB) i wysokości ich świadczeń (o 0,1 proc. PKB) oraz wzrost wpływów budżetowych (o 0,3 proc. PKB).

 

Widmo dużego deficytu

Utrzymujący się od 2014 roku szybki wzrost gospodarczy, związany z dobrą koniunkturą w gospodarce światowej, w sposób naturalny zwiększa dochody państwa, co w połączeniu z ograniczonym tempem wzrostu szeregu wydatków daje rządowi większe pole manewru. Rząd PiS wykorzystuje sprzyjającą sytuację gospodarczą na finansowanie nowych wydatków, a nie na ograniczanie deficytu i przygotowanie finansów publicznych na następne spowolnienie.
Wydatki zapisane w budżecie państwa stanowią mniej niż 45 proc. ogółu wydatków publicznych, na które składają się także wydatki samorządów, ZUS, KRUS, NFZ i szeregu innych podmiotów. O kondycji finansów publicznych świadczy deficyt całego sektora finansów publicznych, a nie tylko samego budżetu państwa.
Pomimo utrzymującej się bardzo dobrej koniunktury prognozowany na 2019 rok deficyt sektora finansów publicznych w Polsce pozostaje – na tle pozostałych państw Unii Europejskiej – wysoki. Wpisana do budżetu wielkość deficytu sektora finansów publicznych (1,8 proc.) jest wielkością maksymalną i choć faktyczny deficyt może być nieco mniejszy, to wciąż pozostaje relatywnie wysoki w porównaniu z innymi państwami członkowskimi.
W majowej prognozie Komisja Europejska przewidywała, że w 2019 r. deficyt w Polsce wyniesie 1,4 proc., czyli będzie sporo wyższy od unijnej średniej (0,3 proc.). Ponadto według tej samej prognozy 13 państw UE będzie miało w przyszłym roku nadwyżki.
Jest to niepokojące w kontekście bardzo dobrej koniunktury w gospodarce światowej i u naszych głównych partnerów handlowych. Według szacunków KE z lipca br. w latach 2017-2018 gospodarka unijna rosła najszybciej od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Obecne prognozy mówią o nieznacznym spowolnieniu wzrostu w przyszłym roku.

 

Pod rosnącym ciężarem świadczeń

Kiedy nowe podatki służą finansowaniu specjalnie tworzonych funduszy celowych, politycy mogą zwodzić obywateli, twierdząc, że owe podatki są uzasadnione, bo dzięki nim realizuje się popularne społecznie cele. Jednak politycy często kreatywnie dodają poszczególnym funduszom nowe wydatki, niezwiązane z ich pierwotnym przeznaczeniem, a lista funduszy zmienia się co roku.
I tak np. Fundusz Reprywatyzacji dotował m.in. Telewizję Polską i Polskie Radio, a Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej był wydatkowany m.in. na dotacje dla uczelni ojca Rydzyka, zakup sprzętu dla Ochotniczej Straży Pożarnej i ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Rząd PiS nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wprowadzenia istotnych reform strukturalnych w budżecie na 2019 rok.
Polskie finanse publiczne pozostają nieprzygotowane na spowolnienie gospodarcze, które przy braku reakcji rządu spowoduje wzrost deficytu. Choć wiele zależy od struktury spowolnienia gospodarczego, to należy się spodziewać, że będzie mu towarzyszył spadek wpływów podatkowych.
Jednocześnie, wolniejszy nominalny wzrost produktu krajowego brutto sprawi, że relatywny ciężar wypłaty świadczeń emerytalnych i rentowych będzie rósł.

Zamrażanie progu do świadczeń

Informacje o planach rychłego podniesieniu płacy minimalnej przy jednoczesnym braku gotowości władzy do równoległego i proporcjonalnego podniesienia progu dochodowego do świadczenia 500 plus, to bynajmniej nie ciekawostka o marginalnym znaczeniu społecznym.

 

To moment, który powinien wywołać ogólniejszą refleksję, czy faktycznie polityka państwa w tej sferze faktycznie zasługuje na entuzjazm i kredyt zaufania, jakim obdarzono w tej materii obecne rządy.
Po planowanej od stycznia podwyżce płacy minimalnej do 2200 złotych, wiele osób zarabiających płace minimalną może stracić prawo do świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko. Na przykład samotna, pracująca za minimalne wynagrodzenie matka wychowująca dziecko, nie zmieści się w kryterium dochodowym na poziomie nie więcej niż 800 złotych netto na osobę w rodzinie. Tego typu informacje łatwo jest zbyć jako „ drobiazgi”, pewne rysy na ogólnym pozytywnym obrazie.

 

Tymczasem właśnie takie „ drobiazgi” powinny być istotnym kryterium realizowanej polityki.

Bez względu na to, jak duża okaże się grupa, która straci, sam mechanizm jest czytelny. Podnosząc płacę minimalną bez podniesienia progu świadczenia, odbiera się prawo do niego grupom bardzo nisko uposażonym. Jak oceniać rząd, który na to pozwala? Przecież nie rozmawiamy o znoszeniu czy radykalnej podwyżce kryterium dochodowego, a jedynie o jego waloryzacji tak aby zmiany w płacy minimalnej nie uderzyły w nisko uposażone rodziny, w których praca wykonywana jest za minimalne wynagrodzenie.
Nawiasem mówiąc, i bez tych nowo powstałych okoliczności, konstrukcja świadczenia budziła od początku pewien niedosyt. Próg 800 złotych już na starcie eliminował z programu część pracujących rodziców (w tym tych wychowujących dzieci samodzielnie bez małżonka/małżonki) za dość skromne wynagrodzenie. Nawet relatywnie niewielkie przekroczenie płacy minimalnej uniemożliwiało skorzystanie z tej pomocy na pierwsze dziecko. O ile w chwili uruchomienia programu „ Rodzina 500+” można było to wybaczyć, o tyle po trzech latach brak jakiejkolwiek modyfikacji tych elementów, które mogą budzić uzasadnione społeczne zastrzeżenia już mocno niepokoi.
Niechęć do podnoszenia progu na pierwsze dziecko zdaje się potwierdzać, że funkcja socjalna programu (łagodzenie ubóstwa, zabezpieczenia socjalnego niezamożnych i zwiększania ich poczucia godności i podmiotowości) jest jednak nie tak ważna dla władzy, jakby się mogło wydawać. Wsparcie finansowe z tytułu wielodzietności zyskuje prymat wobec przyniesienia finansowej ulgi ogółowi niezamożnym rodzinom mających dzieci na utrzymaniu. Jeśli tak, to

 

realizowana polityka rodzinna coraz mniej zasługuje na poparcie z socjaldemokratycznych czy szerzej lewicowych pozycji.

Nie dlatego, że tworzenie rozwiązań służących wielodzietności jest z zasady niesłuszne (według mnie nie jest), ale powinno być ono mieć mniejszą rangę niż intencja otoczenia zabezpieczeniem i wsparciem wszystkich osób w trudniejszej sytuacji. I tych z rodzin wielodzietnych i tych z rodzin nuklearnych, zastępczych, jak również osób samotnych.
Zresztą problem jest szerszy, nie pojawił się wraz z obecną władzą. Gdy np. Donald Tusk pod wpływem protestu rodziców dzieci niepełnosprawnych w Sejmie podjął decyzję o dość radykalnym podniesieniu świadczenia pielęgnacyjnego, nie zadbano o to, by równolegle podnieść np. progu dochodowe regulujące poziom odpłatności za specjalistyczne usługi opiekuńcze, z których część głęboko niepełnosprawnych osób korzysta. Znane mi są opowieści matek z tamtego czasu, które wskazywały że owszem ich dochód się zwiększył, ale mniejszą lub większą część podwyżki „ zjadły” zwiększone koszty jakie musiały zapłacić za specjalistyczne usługi opiekuńcze.
Dlatego też przemyślana polityka wsparcia i zabezpieczenia grup w trudniejszej sytuacji powinna uwzględniać to, że grupy te korzystają z szerokiego wachlarza form pomocy, w polskich realiach obudowanej licznymi progami i warunkami dostępu. Robiąc krok w jednej sprawie, należy poczynić też kroki dostosowawcze na innych odcinkach. Zarówno Donaldowi Tuskowi wówczas, jak i obecnie rządowi Morawieckiego takiej rozwagi zabrakło. O ile jednak Tusk podejmował wówczas decyzje pod nagłą społeczną i medialną presją na szybkie zmiany, o tyle

 

w przypadku decyzji o podniesieniu płacy minimalnej mamy do czynienia z bardziej rutynowym procesem, który rząd powinien przeprowadzać w sposób przemyślany.

Aktualny moment przełomowy (choć w istocie powielający i pogłębiający pierworodną słabość programu 500+) to także ważny sygnał, jeśli chodzi o prawo do wsparcia rodziców, którzy podejmują pracę zarobkową. Polityka w tym względzie powinna być neutralna i respektować indywidualne prawo wyboru – tj. być atrakcyjna zarówno dla tych, którzy z myślą o rolach domowo-rodzinnych postanowili zrezygnować (przynajmniej czasowo) ze ścieżki zawodowej, jak i tych którzy chcą lub z różnych względów muszą godzić role domowo-rodzinne z pracą zarobkową. Jak widać na przykładzie programu 500 plus polityka ta nie jest neutralna. Rodzice pracujący za niskie wynagrodzenie są defaworyzowani w dostępie do finansowej pomocy z tytułu wychowania dziecka.
Pod tym względem znacznie bardziej broni się program „ Dobry start” (znany także jako Wyprawka 300+), który nie jest zależny od statusu rodzica na runku pracy ani od sytuacji dochodowej gospodarstwa domowego. Tyle tylko, że „ Dobry start” jest świadczeniem jednorazowym w roku i to dla młodzieży w wieku szkolnym. Ale przynajmniej możemy mówić w tym wypadku o jakże ważnej dla socjaldemokratycznego podejścia dekomodyfikacji, czyli uzależnienia od statusu rynkowo-zawodowego do pewnych świadczeń. W przypadku programu 500+ ta zasada de facto nie obowiązuje, co osoby z sercem po lewej stronie powinno skłaniać do pewnej rezerwy wobec tychże rozwiązań.

 

Nie o zachowanie dystansu powinno jednak nam chodzić, a o publiczne artykułowanie sprzeciwu przez progresywne środowiska, media, partie oraz wskazywanie kierunków zmian.

Obok wskazywania stanu docelowego lub optymalnego, jakim w opinii niektórych mogłoby być pełne zniesienie kryterium dochodowego do świadczenia 500+ (choć trzeba pamiętać, że bez innych kroków, np. w polityce podatkowej, mogłoby to zawęzić pole manewru przy finansowaniu innych ważnych działań, więc trzeba do tego również podchodzić ostrożnie), należy wskazywać pożądane scenariusze pośrednie, kompromisowe, które byłyby do zrealizowania w możliwie krótkiej perspektywie.
Takim pożądanym scenariuszem mogłoby np. być wpisanie zasady waloryzacji progu uprawniającego do świadczenia minimum o wskaźnik wzrostu minimalnego wynagrodzenia, zaś wysokości świadczenia np. o wskaźniki związane z procesem inflacji. Takie postulaty wydają się skrajnie minimalistyczne, ale fakt, że nawet na to minimum na razie nie możemy się doczekać, pokazuje w ostrym świetle, jak zachowawczy w istocie jest obecny stosunek naszego państwa do rozwoju wsparcia społecznego.

Na przedsiębiorców nie wystarczy sam kij

Administracja skarbowa zapomniała, że czasami potrzebna jest także i marchewka. To warzywo na razie jest obecne tylko w oficjalnych deklaracjach rządu.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizujący ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej.
Służby fiskalne mają otrzymać większe uprawnienia, aby skuteczniej walczyć z przestępcami podatkowymi. Niepokojące jest to, że rząd od pewnego momentu otwarcie hołduje teorii, że aby zmusić do płacenia podatków, wystarczy kij. Bo kto by tam przedsiębiorcom rzucał marchewkę. Ostrożnie! Takie podejście bardzo szybko może przynieść odwrotne rezultaty.

 

Godzenie ognia z wodą

Z jednej strony mamy ze strony rządu deklaracje, że skarbówka będzie przyjazna przedsiębiorcom, mamy też rzecznika tychże przedsiębiorców w osobie posła Adama Abramowicza. Mamy zapowiedź tzw. matrycy VAT-owskiej, która uprości regulację tego podatku i sprawi, że właścicielom firm na twarzy na stałe zagości szeroki uśmiech.
Ale z drugiej strony mamy sukcesywnie wdrażane rozszerzenie uprawnień fiskusa – i kolejne rozwiązania, których celem jest uszczelnienie systemu podatkowego, ale które zwiększają koszty działalności firm.
Słowem, trwa usilna praca nad pogodzeniem ognia z wodą. Trochę wygląda to tak, jakby ogłaszać, że policja będzie bardziej przyjazna obywatelom, a jednocześnie ogromnie zwiększać uprawnienia funkcjonariuszy. Może w teorii da się to jakoś uzasadnić, ale w praktyce nigdy to nie wychodzi.
Odwołam się do prawa karnego. Są różne szkoły – jedni karniści uważają, że surowe wyroki nic nie dadzą, lepsza jest prewencja i dobra resocjalizacja, inni sądzą, że wysoka kara za poważne przestępstwa nie wyklucza innych działań.
Ale ze świecą szukać karnisty, który głosi, że jedynym panaceum na przestępczość są surowe wyroki i ogromne uprawnienia policji oraz prokuratury.
Albo, że podejrzanego, dajmy na to, o oszustwo policja powinna trzymać na dołku przez tydzień bez zgody sądu – a jak się już przyzna, to powędruje na 10 lat do ciężkiego więzienia. Takiego poglądu nikt poważny nie podziela.
Dlaczego wobec tego z całą powagą głosi się pogląd, że przestępczość podatkową zwalczy się dzięki większym prerogatywom fiskusa, surowym karom i pomysłom typu przejęcie firmy przez prokuraturę w zarządzanie?
To tak, jakby nie było żadnego związku między kształtem systemu podatkowego w danym kraju a ściągalnością podatków.

 

Metoda nieustającej kontroli

Nawet nie śmiem podejrzewać decydentów o to, że wychodzą z założenia, iż przedsiębiorcy mają we krwi kantowanie państwa, więc nie warto iść im na rękę. Podejrzewam natomiast co innego.
Otóż po tym, jak faktycznie udało się zmniejszyć lukę w VAT, nasi rządzący uwierzyli, że znaleźli wzór na kwadraturę koła, czyli uniwersalny sposób na zwiększenie przychodów z podatków. Metodą samej nieustającej kontroli. A ten, jak mawiał klasyk, zawrót głowy od sukcesu może Polskę sporo kosztować.
Wadą polskiego systemu podatkowego nie jest nadmierna wysokość danin. Przynajmniej na tle innych państw europejskich. Owszem, zawsze gdzieś można by było je obniżyć, ale nie przesadzajmy, nie jest tragicznie.
Podstawową wadą jest jego niespójność i nieprzejrzystość, a także brak odpowiednich zachęt do rozwijania biznesu.

 

Jakby się czas zatrzymał

Celem podatków jest nie tylko napełnienie państwowej kasy – tak było kilka wieków temu. Jednym z ważniejszych celów polityki podatkowej jest skuteczne zachęcenie do rozwoju. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia: jeżeli dzisiaj cię nie złupię i umożliwię ci zwiększenie przychodów, to jutro sobie zrekompensuję to z nawiązką.
A u nas – czas jakby się zatrzymał. Jasne, są kolejne zapowiedzi, są małe ruchy, jak obniżony CIT dla najmniejszych firm. Najmniejsi przedsiębiorcy działają zwykle w formie działalności gospodarczej, a nie rejestrują spółek, ale to szczegół.
Co jednak z akcyzą, która zwiększana, wzmacnia szarą strefę? Co z faktycznymi udogodnieniami dla rozkręcających własny biznes?
Stawianie tylko na kontrolę doraźnie zwiększy ściągalność podatków – zapewne tak będzie. Jednak zahamuje rozwój przedsiębiorczości i w konsekwencji sprawi, że w długofalowej perspektywie do budżetu wpłynie mniej.
W przypadku prawa karno-skarbowego jest dokładnie tak, jak w przypadku prawa karnego: surowe regulacje mogą doraźnie zmniejszyć przestępczość, ale skłaniają do wypracowania skuteczniejszych mechanizmów uniknięcia konsekwencji. Na końcu przegrywa interes publiczny.

Kościelne wyłudzanie

Powinno się ostrzegać Polaków przed wyłudzaczami forsy ubranymi w sutanny.

 

Parafia św. Wojciecha w Białymstoku wezwała wiernych do uregulowania zaległości, które wynikają z braku składania dobrowolnych ofiar podczas kolędy. Rada Parafialna i Ekonomiczna postanowiła obciążyć rodziny, które zalegają z płatnościami, kwotą 2 złotych od każdej niedzieli, czyli około 100 zł rocznie. Pismo w tej sprawie otrzymali wszyscy, którzy nie przyjmowali księdza po kolędzie albo nie przekazywali podczas tych spotkań „dobrowolnych ofiar”.

 

Zwolnieni z podatku

Kościół katolicki w ramach tzw. tacy otrzymuje miliardy złotych rocznie. Już kilka lat temu arcybiskup Nycz mówił o 6 mld zł, które są zwolnione od podatku. To pieniądze nie księży, lecz Kościoła jako instytucji. Mimo to kler nie płaci podatku od osób prawnych. Jest to szara strefa, nie poddana żadnej kontroli. Księża przejmują olbrzymie środki, które wydają zgodnie ze swoimi kaprysami.

 

Naiwni

Nie dość jednak, że są to środki nieopodatkowane i często wykorzystywane w niejasny sposób, to na dodatek sposób ich zbierania może budzić poważne wątpliwości. Sytuacja z Białegostoku jest dość typowym przykładem wyłudzania pieniędzy, którego ofiarami są zazwyczaj osoby starsze, często niedołężne, samotne, podatne na manipulację. Parafia św. Wojciecha przesłała pismo o treści zbliżonej w formie do pism urzędowych, licząc na to, że wierni przestraszą się ewentualnych kar wynikających z nieuregulowania zaległości. W podobny sposób działają przestępcy przedstawiający się jako krewni ofiary czy złodzieje włamujący się na konta bankowe. Wykorzystują naiwność, zaufanie, a niekiedy strach ludzi, odwołując się do ich poczucia obowiązku.

 

Amber Gold bis

Część komentatorów w takich sytuacjach przerzuca winę na ludzi, którzy pozwalają się oszukać. Przecież nie musieli płacić – czytamy na wielu forach i w mediach społecznościowych. Warto jednak uwzględnić, że kler dla własnych interesów wykorzystuje właśnie ludzi najsłabszych i najbardziej podatnych na propagandę, wykorzystuje ich lęk, obawę, podatność na presję społeczną, wykorzystuje hierarchię władzy, konformizm wpajany przez system edukacji, media, polityków. Na podobnej zasadzie działała też machina finansowa Amber Gold – ludzie nie znali źródeł finansowania firmy Marcina P. i nie wiedzieli o jej braku gwarancji finansowych. Słyszeli tylko atrakcyjnie brzmiące deklaracje o wysokiej stopie zysku i oglądali reklamy. Kler działa podobnie, tylko nikt go nie rozlicza ani nie sprawdza, a jak naciąga ludzi, nawet nie mówi się o komisji śledczej. Na dodatek Kościół obiecuje nie tylko szczęśliwe życie na ziemi, ale też w zaświatach.

 

Szastanie miliardami

Co zatem robić? Przede wszystkim kler powinien być włączony w powszechny system podatkowy i jego finanse powinny być pod ścisłą kontrolą państwa. Trudno pojąć, dlaczego jedna z najpotężniejszych instytucji kraju nie musi płacić podatków ani wskazywać, na co wydaje środki zebrane od obywateli. Nie da się wyjaśnić, dlaczego darowizny nawet dla bliskich osób są w większości opodatkowane, a Kościół może obracać miliardami, których nikt nie kontroluje.

 

Uwaga, naciągacze!

Ponadto Polacy od najmłodszych lat powinni być ostrzegani przed wszelkimi formami kradzieży i wyłudzania, powinni być uczeni krytycznego myślenia, odporności na manipulacje, podejrzliwości wobec wszelkich samowolnych autorytetów. Przede wszystkim zaś jest po prostu odrażające, gdy potężna, bardzo bogata organizacja wyciąga od biednych, często schorowanych ludzi pieniądze, stosując różne techniki manipulacji i kłamstw.