Opodatkować milionerów!

Przeciętny obywatel Polski płaci wysokie podatki, milionerzy i korporację – bardzo niskie, albo nie płacą ich wcale. Taką rzeczywistość tworzy system fiskalny – stworzony przez liberałów, zmodyfikowany na korzyść bogatych przez Prawo i Sprawiedliwość w 2007 roku. Lewica Razem chce to zmienić.

Dlaczego w Polsce zamyka się szpitale powiatowe? Dlaczego pracownicy socjalni zarabiają tak mało, że muszą korzystać z pomocy socjalnej? Dlaczego życie opiekuna osoby niepełnosprawnej jest naznaczone wyzyskiem i niedostatkiem? Dlaczego polski rząd robi wszystko, by nie uczestniczyć w walce z kryzysem klimatycznym, podpierając się stwierdzeniem, że nie stać nas na to, na tym etapie rozwoju? Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest właśnie niesprawiedliwy system podatkowy.

Lewica Razem zaprezentowała 20 stycznia pomysł na racjonalizację podziału bogactwa społecznego, powołując się na dane Instytutu Badań Strukturalnych, które ukazują, że dochód z pracy obarczony jest o 50 proc. większym obciążeniem podatkowo-składkowym niż dochód z posiadanego kapitału. „Niesprawiedliwością jest to, że Ty podatki płacisz i one zjadają znaczną część Twojej pensji przy tym, że najbogatsze elity i międzynarodowe korporacje nie zapłaciły ani złotówki” – czytamy w stanowisku.

Razem proponuje nowy podatek majątkowy, przeznaczony wyłącznie dla największych krezusów. Osoby posiadające majątek do 10 milionów złotych nie będą nim objęte w ogóle. 75 proc. wpływów pochodziłoby od multimilionerów. „Dzięki tym dodatkowym funduszom będzie można zrealizować niezbędne inwestycje publiczne, by zadbać o lepsze jutro dla wszystkich dzieci i wnuków, a nie tylko dla dziedziców wielkich fortun” – czytamy w stanowisku.

Progi podatkowe wyglądałyby następująco:
0 proc. od majątku poniżej 10 mln zł; 1 proc. od majątku między 10 mln zł a 25 mln zł; 2 proc. od majątku między 25 mln zł a 100 mln zł; 3 proc. od majątku między 100 mln zł a 250 mln zł; 4 proc. od majątku między 250 mln zł a 500 mln zł; 5 proc. od majątku między 500 mln zł a 1 mld zł; 6 proc. od majątku między 1 mld zł a 2 mld zł; 7 proc. od majątku między 2 mld zł a 5 mld zł; 8 proc. od majątku powyżej 5 mld zł.

W celu zapewnienia odpowiedniej ściągalności podatków partia proponuje zastosowanie instrumentów zapobiegawczych takich jak: rejestr majątków milionerów, obowiązkowe coroczne audyty majątków wszystkich polskich miliarderów oraz 30 proc. losowo wybranych płatników, a także podatek na wypadek próby ucieczki kapitału. Środki pozyskane dzięki podatkowi majątkowemu byłyby przeznaczone m.in. na transformację energetyczną, ochronę zdrowia i podwyżkę emerytury minimalnej.

Jak nie ratować seniorów

Bardzo podobało mi się wystąpienie Włodzimierza Czarzastego w debacie budżetowej. Nie zgadzam się tylko z jednym punktem. Dlaczego lider SLD poparł, zresztą wcale nie jako pierwszy na lewicy, PSL-owski pomysł, by zwolnić emerytów z podatku?

To jest szczególnie podstępny korwinizm. Stąd apel, by przestać go wspierać. Już teraz całkowicie niesłusznie zwalniane są z podatku osoby młode, a że mamy królestwo prywaty i kapitalizmu to podatki traktowane są przez wszystkich coraz bardziej jako kara… Dlaczego? Bo panuje bieda. I w tej biedzie wydaje się, że podatki są biedzie winne. Właśnie podatki od osób fizycznych, a nie ociekający pieniędzmi kapitał, czy bardzo skromne opodatkowanie wszystkich firm, czy też brak realnej progresji. Lewicowe postulaty to podniesienie rent i emerytur oraz podwyżka płac, a nie zwalnianie z podatków kogokolwiek. Podatki to nie kara, to wspólnota i współpraca na rzecz dobra wspólnego. Każdy powinien je płacić i uznawać to za zupełnie normalny porządek rzeczy.
Gdyby renty i emerytury były wyższe i pozwalały na godne życie, nikomu nie przyszedłby do głowy taki pomysł „ratowania” seniorów. Jest to część dokładnie tego samego cwaniactwa, które uprawia Morawiecki udając, że budżet jest zrównoważony, kiedy ludzie umierają w kolejkach do lekarza, bo za żadne skarby nie podniesiemy podatków bogatym i przedsiębiorcom.

Noblista też obywatel

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt rozporządzenia, które zakłada zaniechanie poboru podatku dochodowego od laureatów Nagrody Nobla.

„Zaniechanie poboru podatku od laureatów Nagrody Nobla i Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla jest uzasadnione interesem publicznym. Zwolnienie podatkowe stanowi wyraz podziękowania za wysiłek twórczy, zaangażowanie docenione w skali globalnej i rozsławienie Polski na arenie międzynarodowej” – czytamy w rozporządzeniu, które ukazało się na stronie Rządowego Centrum Legislacji.

Nagroda dla Tokarczuk wyniosła 9 mln koron szwedzkich, czyli ponad 3,58 mln zł, a w ocenie skutków regulacji napisano, że szacowany podatek dochodowy oraz danina solidarnościowa od laureatów Nagrody wyniósłby ok. 1,25 mln zł. Ministerstwo postanowiło zwolnić pisarkę od podatku, chociaż samo przyznaje w rozporządzeniu, że Nagroda Nobla podlega opodatkowaniu na ogólnych zasadach według skali podatkowej i ustawa PIT nie przewiduje zwolnienia od podatku tego rodzaju nagród.

Podatki są dla wszystkich

Przyznanie Nobla Oldze Tokarczuk jest niewątpliwie jej wielkim osiągnięciem, a przy okazji sukcesem wizerunkowym dla Polski. Być może dzięki nagrodzie polskiej pisarki wzrośnie w naszym kraju czytelnictwo. Przy okazji bawi irytacja prawicowych komentatorów, którzy nie lubią i nie rozumieją Tokarczuk, ale czują, że nie wypada teraz nadmiernie jej atakować (chociaż w zasadzie wyczerpali już limit takich ataków na łamach „niepokornych tygodników”).

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że trudno uzasadnić pański gest ministra zwalniający z podatku wybraną osobę. Nawet gdyby Tokarczuk zapłaciła 1,25 mln zł podatku, zostanie jej w kieszeni ponad 2,3 mln zł. To gigantyczne pieniądze, niedostępne dla 99,99 proc. Polaków i Polek. Kwota 3,58 mln zł to równowartość prawie 1600 płac minimalnych (120 lat pracy!).

Pielęgniarki też zwolnimy?

Ale nawet nie to jest najistotniejsze. Niezależnie od wysokości i rangi Nagrody Nobla w demokratycznym państwie prawa płacenie podatków dotyczy wszystkich obywateli, niezależnie od ich zasług. Jeżeli bowiem mielibyśmy ustalać wartość obciążeń fiskalnych w zależności od interesu publicznego danej pracy, to pielęgniarki czy nauczyciele również powinni być zwolnieni od podatku albo płacić niższe podatki niż przedstawiciele innych, mniej ważnych społecznie zawodów.

Olga Tokarczuk zyskała wielki sukces, sławę, a przy okazji olbrzymie pieniądze. Waga jej osiągnięcia nie będzie jednak mniejsza, jeżeli część środków z jej nagrody zostanie wydana na niedofinansowaną służbę zdrowia, szkolnictwo, w którym część kadry otrzymuje wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej, czy niemal nieobecną w Polsce opiekę senioralną.

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Amazon kiwa całe państwa?

Miniony weekend nie był miły dla Amazona, światowego giganta internetowej dystrybucji we Francji. Ukazały się dwa dokumenty, analizy konsekwencji społecznych rozrastania się koncernu miliardera Jeffa Bezosa. Nie dość, że nie płaci podatków, to przyczynia się do wzrostu bezrobocia i mocno zatruwa powietrze. To nie może być dobry bilans.

Najsilniejsze wrażenie na mediach zrobił 60-stonicowy raport lewicowych organizacji pozarządowych, w tym Attacu, na temat organizacji fiskalnej przedsiębiorstwa. Sztuczki „optymalizacji podatkowej” pozwalają mu zachować prawie cały zysk (11,2 miliardów dolarów w zeszłym roku). Francję Amazon kiwa „na Luksemburg” – europejski raj podatkowy, urządzony przez szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera. Francuski Amazon przenosi tam większość swego obrotu, bo podatek od zysku jest symboliczny.
W 2017 r. Amazon miał we Francji prawie cztery miliardy euro obrotu, ale zadeklarował tylko 1,6 miliarda, tj. 57 proc. mniej. Zysk od tego, co zostaje, wypłaca się dyrektorom w formie akcji, co zwalnia od podatków. Oprócz niepłacenia podatków, koncern bierze zasiłek (liczony w milionach) od państwa, w ramach publicznej pomocy przedsiębiorstwom uruchomionej przez Emmanuela Macrona.
Amazon zatrudnia na świecie ok. 650 tys. pracowników, 7, 5 tys. we Francji, gdzie szykuje się do otwierania nowych ośrodków dystrybucji. Ale według badań ekipy b. ministra cyfryzacji Mounira Mahjoubiego, Amazon tworząc jedno miejsce pracy, niszczy średnio 2,2 inne, głównie w okolicznym handlu. Zniknęło w ten sposób ponad 20 tys. etatów.
Tym zjawiskom towarzyszy emisja dwutlenku węgla koncernu: prawie 19 milionów ton w tym roku, tyle co np. cała Boliwia. To głównie z powodu rosnącej flotylli samolotów towarowych Amazona – jest już 50, wkrótce będzie 70. Autorzy raportów nie wzywają do bojkotu firmy, nie chcą budzić poczucia winy u zwykłych ludzi, ale uważają, że państwo powinno interweniować.

Nie majstrujmy przy składkach

Od sprawiedliwości w normalnym państwie są podatki. Jeśli PiS chce dodatkowych miliardów złotych dla budżetu,
to niech podniesie PIT i CIT, i wprowadzi w Polsce realną progresję. Choćby taką, jaka jest
w Wielkiej Brytanii, gdzie progi podatkowe dochodzą do 45 proc.

PiS chce jednak obejść patologie własnego systemu podatkowego i załatwić sobie płynność finansową, narażając przy tym finansowanie opieki zdrowotnej i grając na systemie emerytalnym. Tak – emerytury decydują też o wysokości składek na NFZ i obecne zmiany przynoszą ryzyko, że ucierpi na nich finansowanie opieki zdrowia. Jednocześnie rząd chce też dać wybrańcom niebotyczne emerytury z ZUS-u. Tymczasem utrzymujące ludzi przy życiu „trzynastki” mają być wspierane środkami przeznaczonymi dla osób niepełnosprawnych…
Ten projekt jest zły i niesprawiedliwy. Tak jak cała „polityka społeczna” PiS-u. Popieranie rządu w zamian za wycinkę emerytur sztywnym limitem to też zły pomysł. Mówimy tu o zmianach w systemie, który działa od dekad. Zmiana reguł przyznawania emerytur dla osób, które przez trzydzieści lat odkładały w starym systemie nikomu nie powinna przychodzić łatwo. A rządowy projekt nie miał nawet żadnych konsultacji. Nie można nagle obcinać emerytur odgórnym limitem i uważać to za lewicową sprawiedliwość w kraju, gdzie tej sprawiedliwości w ogóle nie ma. W taki sposób można natomiast bardzo łatwo pogłębić niechęć do państwa i do ZUS-u.
Źródłem patologii i dziur w budżecie są skandalicznie niskie podatki – nie emerytury.
Obecne rozwiązanie należy podtrzymać. Poparcie Lewicy dla PiS-u miałoby natomiast sens polityczny, gdyby w zamian za nie rząd uległ i zgodził się na cały pakiet postulatów. Podpowiadam: 1) skrócenie czasu pracy, 2) wprowadzenie progresji podatkowej, 3) zniesienie totalnie nieopłacalnej, ogólnopolskiej strefy ekonomicznej, czy 4) wprowadzenie podatku cyfrowego – wbrew woli amerykańskich kolonizatorów.
Miliardy złotych są w zasięgu ręki!
Tak – większe składki na ubezpieczenia społeczne są konieczne. Ale to trzeba załatwić, reformując system podatkowy i dopiero później – całościowo i z przygotowaniem – system emerytalny. Bycie użytecznym pomocnikiem PiS-u w pierwszym tygodniu nowej kadencji Sejmu i wspieranie dziurawego projektu wprowadzanego bez żadnych konsultacji to ślepa uliczka. To droga do bycia przystawką i zebrania całej krytyki za wszystkie ewentualne negatywne konsekwencje po wprowadzeniu cudzej i dziurawej reformy. Może i uda się przy okazji podważyć popularne przekonanie, że lewica zawsze razem z liberałami, ale w zamian wzmocni się inne: że socjaldemokraci nie mają własnej polityki społecznej, a PiS to partia socjalistyczna i nie ma żadnej różnicy w polityce realizowanej przez te dwa ugrupowania.
A budżet PiS-owskiego rządu tonie bardzo słusznie. Rząd ten prowadzi bowiem politykę łupieżczą. Firmy dostają kolejne obniżki CIT, ludzie młodzi nie płacą podatków (starzy do piachu!) i zbliżamy się już pułapem opodatkowania biznesu do poziomu Cypru. Zagraniczne koncerny medialne otrzymały zwolnienie z podatku na sygnał dany przez amerykańskiego wiceprezydenta. Korporacje działające na miejscu cieszą się, bo Polska to jedna wielka wolna strefa ekonomiczna. Raj podatkowy od Morawieckiego – dla obcego kapitału. Obywatele płacą podatki de facto regresywne. Nic dziwnego, że ten budżet się nie spina i że PiS w sposób histeryczny próbuje znaleźć dodatkowe środki narzucając niespójne i nieprzemyślane reformy.
Taka jest cena konserwatywnej-neoliberalnej polityki społecznej, która żyje iluzją, że podatki zawsze mogą być niskie, a wszystkie ewentualne dziury w budżecie można załatwić pseudoreformami lub odbierając środki np. osobom niepełnosprawnym. Bo to właśnie z tej ideologii biorą się też pomysły wypłacania „trzynastek” – zamiast uczciwych podwyżek pozwalającym wszystkim godnie żyć za dwanaście rent i emerytur. Stąd też pomysł by „trzynastkę” finansować z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych. Osób, które w Polsce często żyją za renty w wysokości 1000 złotych.
Polityka społeczna lewicy to zupełnie inna droga. Czas na własny głos.

Jak PiS psuje podatki

Podstawowym problemem polskiego systemu podatkowego jest powodowanie niepotrzebnych zderzeń podatników z administracją skarbową.

W naszym kraju bardzo podobne rodzaje działalności mogą być obłożone różnymi stawkami podatków i składek. Innym przykładem są bardzo podobne produkty, które mogą być opodatkowane różnymi stawkami VAT. Takie próby różnicowania stawiają podatników i administrację na kursie kolizyjnym – podatnicy próbują wykazać, że ich działania podpadają pod niższe stawki, a administracja, że należy je zaklasyfikować tak, aby stosować wyższe stawki.
Różne opodatkowanie bardzo podobnych aktywności wymaga skomplikowanych przepisów, które i tak nie nadążają za rzeczywistością. W efekcie przepisy są cały czas zmieniane, w miejsce domykanych luk wciąż pojawiają się nowe, a energia podatników, zamiast na rozwijanie firm, idzie na ciągłe dostosowywanie się do nowych regulacji – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Najnowsze działania rządu PiS dalej psują system podatkowy.
Tzw mały CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) to nie dodatkowy próg podatkowy, a dwa oddzielne reżimy podatkowe: 9 proc. albo 19 proc. Oznacza to, że cały zysk firmy, która o 1 euro przekroczy próg przychodowy (równowartość przychodów wynoszących 1,2 mln euro), zostanie objęty 19 proc. zamiast 9 proc. stawką podatkową, a firma będzie musiała zapłacić o 43 tys. zł wyższy podatek. Zatem, pomimo wyższej sprzedaży uzyska niższe zyski netto. Takie rozwiązanie zniechęca firmy do wzrostu powyżej progu przychodów. Obniżony ZUS dla jednoosobowej działalności gospodarczej oznacza, że samozatrudnienie staje się bardziej podatkowo opłacalne od umowy o pracę nawet przy niskich dochodach, co w połączeniu z podnoszeniem płacy minimalnej będzie wypychało mniej wykwalifikowanych pracowników na samozatrudnienie (ze szkodą dla nich).
Zamiast walczyć z przyczynami problemów, rząd PiS przede wszystkim stawia na drakońskie kary. Jaskrawym przykładem nieproporcjonalnych kar jest tzw. wymóg raportowania schematów podatkowych. W żadnym innym państwie Unii Europejskiej maksymalna kara za brak ich raportowania nie jest tak wysoka jak w Polsce, gdzie grozi za to ponad 5 mln euro grzywny (po Polsce najsurowsze sankcje zostały ustanowione w Wielkiej Brytanii, gdzie wynoszą 5 razy mniej – 1 mln euro).
Co więcej, regulacja wprowadzona pod pretekstem wdrożenia dyrektywy unijnej ma znacznie szerszy zakres niż wymagają regulacje unijne: wymóg raportowania transakcji transgranicznych w Polsce rozszerzono też na krajowe, a podatnicy są zobowiązani raportować wszystko, łącznie z korzystaniem z ulg i preferencji podatkowych zgodnych z celem ustawodawcy. Nawet samozatrudnienie członka zarządu może być uznane za schemat podatkowy podlegający raportowaniu.
Efektem jest chaos informacyjny i przekazywanie do organów podatkowych dużych ilości nieużytecznych danych, obciążający zarówno podatników, jak i administrację.
Innym przykładek surowych kar jest Jednolity Plik Kontrolny Za jeden błąd w wysyłanych administracji co miesiąc JPK, grozi 500 zł grzywny. Ze względu na trudności sprawozdawcze, istnieją firmy, które mogą mieć tysiące takich błędów w jednym pliku. Pytanie, czy Ministerstwo Finansów jest tak naprawdę w stanie te wszystkie błędy zweryfikować? A kary zaczną być wymagalne od 1 stycznia 2020 r.
Zmiany są wprowadzane ekspresowo, bez konsultacji, co powoduje liczne błędy. Nowe przepisy są często niejasne nawet dla projektodawców, którzy próbują je potem naprawiać objaśnieniami, które jednak nie są wiążące dla organów podatkowych i nie chronią podatników przed odpowiedzialnością karną. Zdarza się, że z objaśnień wynika co innego niż z uchwalonych przepisów. W ten sposób późniejsze próby naprawy wcześniejszych błędów wynikających z pośpiechu i braku konsultacji dalej komplikują sprawę. Na całym świecie podatnik, mając do wyboru dwa sposoby rozliczenia, może wybrać ten, dzięki któremu zapłaci niższy podatek. Klauzule przeciwko unikaniu opodatkowania zabraniają mu jedynie dokonywania sztucznych zmian w tym celu. Inaczej jest w Polsce. Obowiązująca od tego roku klauzula praktycznie wymaga, aby podatnik z dostępnych możliwości wybierał zapłacenie wyższego podatku.

Praca, płaca i podatki progresywne

Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, to jedno z najbardziej niedocenionych osiągnięć rządów SLD, przygotowana w resorcie Pracy i polityki społecznej, kierowanym przez Jerzego Hausnera.

Obok nowelizacji kodeksu pracy to był krok cywilizujący relacje pomiędzy zatrudniającymi  a pracownikami. Ustawa weszła w życie w 2003 roku, kończąc okres wolnej amerykanki na rynku pracy. Ustawę uchwalono głosami SLD PSL, Unii Pracy i Samoobrony. Solidarnie wstrzymały się od głosu PO, PiS i Liga Polskich Rodzin. Pan Marek Pęk reprezentujący już wtedy barwy PiS był nawet przeciw.
W okresie przedwyborczym PiS postanowił uczynić z minimalnego wynagrodzenia swój atut, deklarując konieczność podnoszenia najniższego wynagrodzenia oraz przedstawiając konkretne kwoty jakie ma ono wynosić w kolejnych latach.
Wydaje się oczywiste, że dyskusja o wynagrodzeniach nie tylko tych najniższych, jest bardzo ważna. Pojawiły się też opinie, że zawody które mają własne ustawy regulujące stawki płac mogą być poszkodowane, bo ich wynagrodzenia nie muszą być podwyższane do najniższego ustawowego wynagrodzenia. Jednak w treści ustawy nie ma żadnych wyjątków jest tylko katalog świadczeń wliczanych oraz nie wliczanych do wynagrodzenia przy ustalaniu jego wysokości, określanego ustawą. Do tak ustalanego wynagrodzenia nie wlicza się min. wynagrodzenia za godziny nadliczbowe.  Omijaniem ustawy jest wliczane do wynagrodzenia premii i nagród, chyba że mają charakter stały i są wpisane do umowy o pracę.
W omijaniu ustawy specjalizuje się oczywiście rząd. Stawki wynagrodzeń urzędników administracji publicznej nie zmieniły się od 2010 roku i dla wielu grup tabeli zaszeregowań stawki są niższe od najniższego ustawowego wynagrodzenia. Życzliwie ministrowie sugerują by pracownikom wypłacać premie wyrównawcze tak aby nominalnie otrzymywali wynagrodzenie nie niższe od minimalnego. Rząd wydaje się mówić – owszem ustaliśmy najniższe wynagrodzenie ale to jeszcze nie powód byście mieli je tak od razu otrzymywać.
Obawy pracowników którzy wywalczyli sobie specjalne ustawy regulujące poziom wynagrodzeń wydają się w tym wypadku, nie całkiem bezpodstawne.
Nieco inną kwestią, jest wysokość płacy minimalnej. Instytut Pracy i Polityki Socjalnej od lat bada warunki życia w Polsce. Skupia się na badaniu poziomu minimum socjalnego, czyli możliwości  zaspokajania potrzeb na poziomie uwzględniającym zalecenia nauki i  odpowiadającym ogólnie przyjętym normom obyczajowym, kulturowym i prawnym.
Według danych Instytutu, obliczonych średnio dla całego roku 2018, minimum socjalne dla jednoosobowego gospodarstwa domowego wyniosło  netto 1170 złotych co odpowiadałoby wynagrodzeniu brutto na poziomie 1670 złotych. Ustalone od 1 stycznia 2019 na poziomie 2250 PLN minimalne wynagrodzenie przekracza więc o ponad 500 PLN kwotę minimum socjalnego.
Warto zauważyć, że dopiero od 2011 roku minimalne wynagrodzenie zaczęło przekraczać kwotę minimum socjalnego.
Jednak sprawa nie jest taka prosta  ponieważ Polska jest krajem olbrzymiego rozwarstwienia ekonomicznego. Ma ono również charakter regionalny.  Można podzielić Polskę na kilka stref – Warszawę, duże miasta wojewódzkie, średnio dostatni południowy zachód oraz raczej biedny południowy wschód. Według danych GUS za rok 2018 (Raport – Sytuacja gospodarstw domowych w 2018 r. w świetle wyników badania budżetów gospodarstw domowych) przeciętne miesięczne przychody mieszkańców województwa mazowieckiego były o połowę wyższe niż uzyskiwane przez mieszkańców województwa podkarpackiego i o jedną trzecią wyższe niż w województwach podlaskim, warmińsko-mazurskim i świętokrzyskim
Podobnie kształtuje się poziom wydatków. Mieszkańcy Mazowsza wydają  miesięcznie na życie o połowę więcej niż mieszkańcy Podkarpacia. Gdyby zaś porównać z zresztą Polski samą Warszawę to różnice byłyby jeszcze większe .
Jakie jednak wnioski z tych rozważań wynikałby dla dyskusji o najniższym wynagrodzeniu? Wedle danych z raportu firmy Sedlak & Sedlak mediana  (najczęściej występująca wielkość) wynagrodzeń w Warszawie osiągnęła w 2018 roku 6000 PLN brutto. Wynika z tego, że nawet proponowana na rok 2020 kwota 2450,  na większości Warszawiaków nie zrobi wrażenia, tym bardziej, że w Warszawie za takie pieniądze , nieco ponad 1700 PLN netto, nie da się przeżyć. Średni koszt życia w Warszawie szacowany jest na poziomie przekraczającym 3500 PLN. Z kolei poza Warszawą taka pensja netto ( brutto to ok.5000)  pozwala już na zupełnie przyzwoite życie a dla znacznej części mieszkańców południowo-wschodniej Polski stanowi marzenie.
Czemu ma więc służyć płaca minimalna? Przede wszystkim pozwalać na w miarę godne życie.
I od paru lat jej wysokość na to pozwala (oczywiście po za Warszawą). Podnoszenie płacy minimalnej powinno podążać za wzrostem inflacji a nawet nieco go wyprzedzać.  Jednak nie należy się spodziewać, że wpłynie w jakikolwiek sposób na zmniejszenie rozwarstwienia dochodowego wewnątrz  kraju. Nie ta rola, nie to narzędzie. Temu celowi służyłaby progresja podatkowa, która przy okazji mogłaby służyć zmniejszeniu klina podatkowego, bardzo dotkliwego przy najniższych wynagrodzenia.
Zmniejszenie stawki podatkowej nie powinno dotyczyć pracowników w określonym wieku lecz osiągających niskie wynagrodzenia. Na pomyśle PiS oczywiście najbardziej skorzystają młodzi mieszkańcy metropolii i dużych miast, gdzie praktycznie nie ma teraz bezrobocia. Niewiele i niewielu skorzysta na prowincji, gdzie stopa bezrobocia w dalszym ciągu przekracza 10 proc. (w niektórych powiatach 20) a bezrobocie wśród młodzieży miejscami sięga 15 proc. (w niektórych powiatach 25 proc.). Powinno też objąć jednoosobowe firmy, które powinny płacić podatki na zasadach ogólnych, co przy wprowadzeniu progresji podatkowej dla większości z nich oznaczałoby obniżenie wysokości płaconych podatków. Wprowadzenie progresywnego systemu podatkowego o co najmniej 5 progach podatkowych i pierwszym progu nie wyższym niż 10 proc., to powinien być podstawowy postulat Lewicy.
Wygląda, jak by PiS walczyło o głosy wielkomiejskiej młodzieży kusząc ją ulgą podatkową, odpuszczając sobie prowincję, licząc że tam i tak wygrywa. Nie przejmuje się, drobnymi przedsiębiorcami na wschodzie Polski, zakładając może, że oni i tak działają już teraz w szarej strefie. Albo zostaną objęci pakietem 500 plus dla przedsiębiorców.
Kwota 500 złotych staje się już poniekąd kwota symboliczną, lekiem na całe zło. Chyba najwyższy czas wypuścić banknot o takim nominale, zapewne z podobizną Kaczyńskiego. Jeśli nie Jarosława to na pewno Lecha.

Władza bije Polaków po kieszeni

PiS nie dba o interes ludzi pracy, lecz pośrednio odbiera im coraz większe kwoty.

Wierzę w mądrość Polek i Polaków, że zauważą wielką perfidię propozycji prezesa PiS-u dotyczącą bardzo szybkiego i znaczącego wzrostu najniższego wynagrodzenia brutto. Nie bez powodu wzrost ten dotyczy wynagrodzenia brutto. Przewrotność tej propozycji polega na tym, że podwyżkę tę muszą sfinansować przedsiębiorcy, a przy okazji rząd PiS-u złupi pracowników na kilkanaście dodatkowych miliardów złotych, zgarniając od tej podwyżki podatek dochodowy.
Skutki tej decyzji mogą być opłakane. Tak znaczący wzrost wynagrodzenia minimalnego w krótkim czasie może bowiem mieć destrukcyjny wpływ na gospodarkę, na tempo jej wzrostu, a w nieodległej przyszłości może nawet doprowadzić do jej załamania. Konsekwencją takiej sytuacji może być brak środków na kontynuowanie już wprowadzonych programów socjalnych.
Nieuczciwe intencje
Jeżeli intencje PiS-u są uczciwe i rzeczywiście zależy tej partii na zwiększeniu wynagrodzeń Rodaków, to zabiegi dotyczące wzrostu dochodów ludzi pracy i ich zamożności powinny przebiegać dwutorowo. Pierwszy, to wzrost najniższego wynagrodzenia brutto a drugi – to zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Takie działanie pozwoli rozłożyć koszty podnoszenia zamożności społeczeństwa na przedsiębiorców i państwo.
Skoro prezes PiS-u „na okrągło” podkreśla swoją wiarygodność, to powinien jeszcze w tej kampanii, w pierwszej kolejności zapewnić suwerena, że wypełni obietnicę z kampanii wyborczej 2015 r. dotyczącą zwiększenia do 8000 zł kwoty wolnej od podatku, zrewaloryzowanej o inflację z okresu rządów PiS-u. Niestety jak widać z przebiegu czterech lat rządów tej partii i dotychczasowej kampanii, troska prezesa Jarosława Kaczyńskiego w kwestii wzrostu wynagrodzeń Polek i Polaków nie jest autentyczna. Gdyby tak rzeczywiście było, to już cztery lata temu, w pierwszej kolejności, tak jak zapewniał, zwiększona by została kwota wolną od podatku do 8000 zł – i każdego roku byłaby ona rewaloryzowana, podobnie jak progi podatkowe. Jest to konieczne bo inflacja w ostatnich latach za rządów PiS-u znacznie przyśpieszyła.
Niestety, zamrożenie kwoty wolnej od podatku oraz progów podatkowych przez obecny rząd powoduje, że władza ta „kroi” Polki i Polaków na coraz to większe kwoty. Na wiecach wyborczych prezes PiS-u próbuje przekonywać Rodaków, że zależy mu na ich zamożności, lecz w kontekście realizowanej przez jego rząd polityki podatkowej (a zwłaszcza podatku dochodowego) w ostatnich czterech latach, brzmi to jak ponury żart.
Pamięć wyborcza
PiS w okresie swoich rządów zupełnie zapomniał o ludziach pracy – i przypomniał sobie o nich nie przed kampanią wyborczą lecz w jej trakcie, gdy zaczął dostrzegać zagrożenie o wynik wyborów. To jest właśnie ta „wiarygodność”, której tak wiele w ustach polityków PiS-u.
Unia Pracy, jako autentyczna lewica, jest za zwiększaniem najniższego wynagrodzenia, ale także za racjonalną polityką podatkową. Wzrost najniższego wynagrodzenia nie powinien się bowiem odbywać kosztem miejsc pracy i ucieczką pracodawców w szarą strefę. Uważam, że pobieranie podatku od dochodu, który jest na poziomie minimum socjalnego czy minimum egzystencji jest nieracjonalne, a także wręcz niehumanitarne. Rząd najpierw pobiera od tych wynagrodzeń podatki, a potem w swojej wielkiej dobroduszności wypłaca zasiłki z pomocy społecznej.
Polityka płacowa i podatkowa w Polsce, zwłaszcza w kwestii podatku dochodowego, po 30 latach transformacji ustrojowej, powinna być wreszcie uporządkowana. Należy wprowadzić stałe zasady kształtowania najniższego wynagrodzenia i kwoty wolnej od podatku. Powinno się zweryfikować obecne progi podatkowe a być może wprowadzić dodatkowy próg podatkowy.

Gra w klasy Ważny tunajt

W moim środowisku zawodowym zazdrość lub/i zawiść występują, choć nie da się tego na co dzień specjalnie odczuć. Przynajmniej ja nie odczuwam. W moim organizmie zazdrość pojawia się wtedy, kiedy słyszę lub czytam to, co ktoś skomponował lub napisał i myślę sobie: dobre, bardzo dobre, naprawdę fajne. Czemu ja na to wcześniej nie wpadłem. I tyle. Przez myśl by mi nie przeszło, żeby chlapać jęzorem, że ja zrobiłbym to lepiej, gdybym miał tylko taki talent, osobowość i narzędzia, jak ma ten drugi. Ale ja, to tylko ja.

Rząd obniża podatki. Tzn. już to prawie zrobił, bo zgodę wyrazić musi jeszcze prezydent, ale nie słychać ze strony dużego pałacu, że są wokół tego pomysłu jakieś obiekcje. Podatki mają być obniżone dla wszystkich, którzy uzyskują dochody podlegające opodatkowaniu na ogólnych zasadach przy zastosowaniu skali podatkowej, czyli dla jakichś 25 mln obywateli. Nie przypadkowo ma to miejsce przed wyborami. W to chyba nikt nie wątpi.
Opozycja na to: jakbyśmy byli u żłoba, też byśmy to zrobili. Jakbyśmy mieli takie warunki, to byśmy obniżyli nawet więcej. Pusty, smutny jak woda w Wiśle śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę to ujadanie ratlerków. Jakie intencje stoją za rządowym pomysłem-czysto koniunkturalne, obliczone na wynik wyborczy, czy jednak jest w tym ukłonie w stronę ludzi jakaś głębsza myśl, tego za bardzo nie wiem, i mało mnie to obchodzi. Wiem za to, że jeśli rząd, czyli Państwo, samo z siebie chce mi zabrać mniej niż to do tej pory czyni, to trzeba się cieszyć, bo parę groszy więcej zostanie w kieszeni i to ja, a nie urzędnik, będę mógł je wydać jak mi się rzewnie podoba.
Ileż to lat zżymałem się, że muszę dokładać rok w rok do budżetu niemałą, jak na moje możliwości kasę, tylko dlatego, że mi się dobrze wiedzie. Nie kradnę, nie uciekam w szarą strefę, a w nagrodę co roku mam więcej do oddania, mimo że wcale dużo więcej nie zarobiłem. A kiedy zabrali nam, artystom, tzw. uzysk, popłynęliśmy wszyscy, jak za zboże. I nikt, ani z PO ani z PSL-u, nie zatroszczył się o to, że ja i mi podobni, ludzie w sile wieku, którzy mają budować ten kraj w przyszłości, dostają na swoje barki ciężar, którego nie mogą udźwignąć. Tylko dlatego, że ośmielili się zarobić więcej niż średnia krajowa, a mniej niż Kulczyk czy Krauze. Nie pisała o tym „Wyborcza”, która dziś tokuje o rządowym, pisowskim lizusostwie w stosunku do klasy średniej. Wiadomo, czasy były ciężkie, trzeba było zaciskać pasa i cieszyć się, że jesteśmy zieloną wyspą na oceanie recesji. I to wszystko dzięki zaradnym Polakom, co i z brukwi zjedzą zupę, od ust sobie odejmą, a podatek zapłacą. Bo Polskę mają w sercu i na sercu.
Nie mam specjalnej nadziei na to, że gest rządu PiS-u, wsparty w zasadzie przez wszystkie opcje parlamentarne, to początek „uczłowieczania” dobrej zmiany i przeorientowywania jej mentalu. Zgadzam się też z tymi, którzy ostrzegają przed krótkowzrocznością; że kiedy jedną ręką zostawia się w kieszeni Polaka więcej, drugą wyciąga się kasę za pomocą wyższych cen prądu, gazu, słabego w stosunku do obcych walut złotego, którego Glapiński broni, jak Ordon reduty. To wszystko prawda. Podobnie jak obawy o to, czy samorządom wystarczy na inwestycje, gdy się im odetnie zawór z kasą z PIT-ów. A przynajmniej zmniejszy strumień. Tak, też podzielam te obawy.
Ale w duchu czuję, bo czułem tak zawsze, od kiedy pierwszy raz zobaczyłem swój pasek z wypłatą, że to, ile Państwo zabiera mi z mojej krwawicy, to zbrodnia najgorsza, porównywalna z wywalaniem śmieci do lasu. To ja wiem lepiej, co jest dla mnie lepsze, a nie jakieś tam, najlepsze nawet i najbardziej opiekuńcze Państwo. I chcę płacić mniej podatków, a różnicę niech wyciąga sobie rząd od hipermarketów, banków, giełdowych naciągaczy i korporacji. O ile nie jest za chudy w uszach, żeby się z nimi bić. Ludzi porządnych, nikomu niewadzących, pracującą klasę, niech zostawi w spokoju, bo to najlepsze, co może dla nich na ten moment zrobić.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.