Osiemnastka Morawieckiego

Nie lubię bardzo doktrynerstwa. Nie lubię dogmatów i prawd objawionych. Nie lubię listy zakazów i nakazów, których mam się trzymać, bo tak mi mówi linia mojej partii albo kierunek, znaczony światopoglądem. A najbardziej nie lubię…płacić podatków. I wcale nie uważam, że im większe podatki, tym szczęśliwsze społeczeństwo. Zwłaszcza, że łupi się podatkami uczciwych, a nieuczciwi albo chorobliwie bogaci mają się jak zawsze dobrze, od czasów Mazowieckiego, żadna władza nie potrafi dobrać im się do kupra. A może nie chce?

W przyszłym roku rząd Morawieckiego, ten sam, który szczycił się tym, że nie ładował na barki ludu dodatkowych danin, przywita nas wielką osiemnastką, tj. osiemnastoma podatkami pośrednimi, bezpośrednimi lub ukrytymi, których każdy z nas skosztuje, czy tego chce czy nie-prędzej czy później. Część z tych podatków jest z nami od dawna, ale że osiemnaście, to taki ładny wynik i kojarzy się z dorosłością i pełnoletnością fiskalną, którą rząd w przyszłym roku osiągnie, jadąc na obywatelu jak na łysej kobyle i poganiając go podatkowym nahajem, postanowiłem dołożyć kilka starych do równego rachunku. A na rachunkach premier to się jednak zna. Wie, ile kosztuje miska ryżu i jak robić tak, żeby banki, wielkie sieci handlowe i światowe koncerny mogły się paść na naszych łączkach oporowo. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że nowe podatki są po to, żeby ratować polskich przedsiębiorców-tak przeca zapowiedział sam miłościwie rządzący Mateusz.

Za niecały miesiąc, jeśli dożyjemy, przywitają nas: podatek cukrowy, podatek handlowy, podatek od spółek komandytowych, opłata przekształceniowa OFE, podatek od „małpek”-małych wódeczek, opłata mocowa, wzrost abonamentu RTV, podwyżka składek ZUS, podatek od psa, podatek od nieruchomości, opłata targowa i opłata uzdrowiskowa, podatek od deszczu, pełne oskładkowanie umów-zleceń, likwidacja ulgi abolicyjnej, opata depozytowa od wymiany oleju, podatek od reklam, wyższa danina „solidarnościowa”, podwyżka akcyzy na samochody używane. Ufff. Udało się. Osiemnastka Morawieckiego na nowy, lepszy rok. Jak się Wam podoba?

Może narażę się wielu, ale napiszę i tak, bo tak właśnie uważam, że ten kraj jest chory, w którym od swojej własnej, ciężkiej pracy odprowadza się podatek i to nie jeden, bo oprócz oskładkowania umów, czy to o pracę czy to śmieciówek, każdy uczciwie tyrający musi co roku płacić podatek od osób fizycznych, żeby czasem nie zapomniał, że to co zarobił uczciwie, musi być jeszcze ukradzione przez państwo. Tak jest-ukradzione. W różnych czasach różnie się owo złodziejstwo kapitalistyczne nazywa: czasem składka, czasem danina, czasem podatek, w każdym razie mechanizm jest ten sam, kiedy pod jakąś formą presji powiązanej ze środkiem represji, zmusza się obywatela, aby oddał część swoich dochodów pozyskanych z uczciwej pracy państwu. A że państwu ciągle mało, musi kraść jeszcze więcej. Żeby, m.in. nakarmić i napoić tych wszystkich, którym do roboty się iść nie chce. Nie to, że nie mogą do niej pójść, bo jej nie ma, albo nie mają jej jak podjąć, z powodu choroby lub kalectwa. Nie chcą. Bo są nierobami. Nauczonymi przez państwo, że nie da się im i ich progeniturze zejść z głodu. A nawet, na socjalnym garnuszku, da się przeżyć całkiem nieźle, bo dodatków i przydatków rożnej maści znajdzie się zawsze więcej niż na garść soczewicy, jak chłopina obrotny. Na to się zatem nie godzę. Żeby moją pracę oskładkować i opodatkować, a temu, któremu nie chce pracować, dawać za darmo. Jaka to sprawiedliwość?

Pamiętam, że w jednej z ksiąg Papcia Chmiela, o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka, wszyscy trzej cofnęli się w czasie i trafili na dwór jakiegoś króla albo księcia, który miał w skarbcu pusto, jak Morawiecki w budżecie. Wymyślił więc ów władca, że wprowadzi dla poddanych podatki od kichania, przeklinania i drapania się za uchem. Kiedy to enty raz czytałem, a miałem wówczas lat już osiemnaście, wydawało mi się to pomysłem wyjętym z popłuczyn po Orwellu; jakimś wynurzeniem ekonomicznego Bajkonuru. Do dzisiaj.