Nad biografią Mieczysława F. Rakowskiego

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Nad biografią Mieczysława F. Rakowskiego

Mieczysław Rakowski

Za lekturę biografii ostatniego przywódcy PZPR i premiera okresu PRL zabrałem się pełen najgorszych przeczuć. Świeżo wydana książka ukazała się nakładem Instytutu Pamięci Narodowej – instytucji, która pod rządami PiS zdołała już wielokrotnie udowodnić, iż orwellowska wizja „ministerstwa prawdy” pozostaje nadal bardzo aktualna. Z wielkim więc zadowoleniem stwierdziłem po lekturze, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Otrzymaliśmy rzetelne studium o wybitnym polityku i publicyście lewicy, tym cenniejsze, że  napisane przez autora zbyt młodego, by mógł osobiście poznać bohatera swej książki i przeżyć świadomie czasy, gdy odgrywał on wielką rolę w polskiej polityce.

Michał Przeperski, urodzony w 1986 roku historyk z IPN i Instytut Historii Nauki PAN, nie jest człowiekiem lewicy i do wyborów dokonanych przez bohatera jego książki („Mieczysław F. Rakowski: biografia polityczna”, Warszawa: IPN 2021, ss. 432) podchodzi z dystansem, ale i ze zrozumieniem. Jego warsztat naukowy jest bez zarzutu. Autor wykorzystał bardzo bogaty materiał archiwalny, w tym także oryginał dzienników Rakowskiego, prowadzonych od 1958 roku i przechowywanych obecnie w Instytucie Hoovera w Stanfordzie. Przeprowadził też rozmowy z 35 osobami, które Rakowskiego dobrze znały, w tym z wybitnymi działaczami lewicy Stanisławem Cioskiem, Józefem Klasą, Leszkiem Millerem, Józefem Tejchmą i  Andrzejem Werblanem, a także z współpracownikami Rakowskiego z „Polityki” Hanną Krall, Adamem Krzemińskim, Danielem Passentem, Marianem Turskim i Jerzym Urbanem. Zgromadzony materiał jest wręcz imponujący i nawet dla kogoś, kto jak ja  znał blisko byłego premiera, stanowi źródło ważnych i nowych informacji.

Czytałem tę książkę nie tylko z zainteresowaniem, ale i z poczuciem powrotu do czasów, w których z Mieczysławem Rakowskim łączyła mnie osobista przyjaźń, silnie zabarwiona wspólnotą podstawowych przekonań. Poznałem go w 1957, wkrótce po powstaniu tygodnika „Polityka”, w którym ukazywały się moje teksty. Z czasem znajomość rozwinęła się w przyjaźń, której ślady znajdujemy na stronach dzienników Rakowskiego. Obaj należeliśmy do tego nurtu w PZPR, który opowiadał się za reformowaniem coraz bardziej kostniejącego systemu, ale też obaj nie wahaliśmy się stawać w jego obronie, gdy pojawiały się zagrożenia nie tyle dla ustroju politycznego, co wręcz dla bezpieczeństwa państwa, którego „ograniczoną suwerenność” uważaliśmy za wartą obrony w warunkach zimnowojennej konfrontacji i wciąż obecnej groźby powtórzenia się nad Wisłą interwencji na wzór tych, które miały miejsce nad Dunajem i nad Wełtawą. Obaj byliśmy obiektem ataków polskich i radzieckich „twardogłowych”. Za wielki zaszczyt uważam to, że w maju 1983 roku radzieckie pismo „Nowoje Wremia” atakując „Politykę” i jej redaktora naczelnego objęło również mnie zarzutami o polityczną herezję, jaką w oczach radzieckiego krytyka było poszukiwanie reformatorskich rozwiązań i porozumienia z ówczesną opozycją.  

Przeperski przedstawia drogę Rakowskiego od wielkopolskiej wsi do najważniejszych gmachów stolicy i jej salonów kulturalnych. Ma rację podkreślając, jak dalece dla ludzi takich, jak Rakowski, awans społeczny umożliwiony im przez Polskę Ludową stanowił bardzo istotne źródło ich lewicowej orientacji politycznej. Mniej wyraziście wybrzmiało w książce drugie źródło światopoglądu politycznego Rakowskiego – jego realizm polityczny. Sprawa ta jest, moim zdaniem, kluczowa dla zrozumienia wyborów politycznych, których dokonywaliśmy w trudnych czasach.

Dla ludzi naszego pokolenia (mimo pięciu lat różnicy wieku należeliśmy jednak do tej samej formacji pokoleniowej) doświadczeniem decydującym o późniejszych wyborach politycznych był los Polski w pierwszych latach powojennych. Stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że na dziesięciolecia utrwalił się „porządek pojałtański”, w którym Polska pozostawała w kręgu radzieckiej hegemonii. Nadzieje, które ja także miałem, na skuteczne wystąpienie mocarstw zachodnich w obronie polskiej suwerenności okazywały się ułudą. Dla mnie był to podstawowy motyw wybrania drogi, którą uważałem za patriotyczną służbę dla Polski w takich warunkach, których sami nie wybieraliśmy, ale w których można i trzeba było działać na rzecz jej interesu narodowego. Nie jest przypadkiem., że zbliżenie między nami miało miejsce w pierwszych latach po przełomie październikowym, w którym obaj widzieliśmy ważny krok ku rozszerzeniu polskiej suwerenności. I  nie jest przypadkiem, że najbliżej współpracowaliśmy na początku lat osiemdziesiątych, gdy – jak byliśmy przekonani – los Polski zależał od tego, czy wygra linia politycznych realistów, czy też ponownie zwycięży to, co Lech Mażewski – znany historyk, niegdyś poseł z Kongresu Liberalno-Demokratycznego i autor daleki od obozu Polski Ludowej – nazwał trafnie „powstańczym szantażem” ( Lech Mażewski, „Powstańczy szantaż: od konfederacji barskiej do stanu wojennego”, Elbląg 2001).

Fragmenty książki poświęcone temu ostatniemu okresowi uważam jednak za najsłabsze. Autor nie kryje swej sympatii dla ówczesnej „Solidarności” i – co jest już mniej akceptowalne – jednostronnie negatywnej oceny stanu wojennego. Z żalem zauważam, że nie zapoznał się z dokumentacją zgromadzoną w tej sprawie przez Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu RP, w tym na przykład z obszerną ekspertyzą Krystyny Kersten, w której autorka zawarła konkluzję, iż w świetle znanych wówczas i obecnie danych  nie można wykluczyć istnienia w grudniu 1981 roku realnego zagrożenia interwencją radziecką. Gdyby autor lepiej i bardziej bezstronnie przestudiował materiały dotyczące tamtego okresu, jego ocena ówczesnych działań Mieczysława Rakowskiego byłaby zapewne mniej jednoznacznie negatywna.

Dobrze natomiast pokazuje szamotanie się ówczesnego kierownictwa politycznego między trzema siłami: coraz bardziej radykalną „Solidarnością”, naciskającym na „normalizację” breżniewowskim ZSRR i  neostalinowskimi „jastrzębiami” w obozie rządzącym. Tyle tylko, że zabrakło mi wyraźnego stwierdzenia, że to właśnie takim ludziom jak Wojciech Jaruzelski i Mieczysław Rakowski Polska zawdzięcza to, że do tragedii narodowej nie doszło i  że niespełna osiem lat po grudniu 1981 roku były porozumienia „okrągłego stołu”, wybory czerwcowe i rząd Tadeusza Mazowieckiego.

Ten tok wydarzeń historycznych uważam za wielki sukces narodowy, który Polska zawdzięcza zarówno reformatorom z obozu władzy, jak umiarkowanym z ówczesnej opozycji. Mieczysław Rakowski miał swój znaczący udział w tym, że tak potoczyły się losy Polski, chociaż on sam niejednokrotnie bardzo negatywnie ten tok wydarzeń oceniał. Michał Przeperski ma rację, gdy pokazuje bohatera swej książki jako człowieka rozgoryczonego i sfrustrowanego biegiem wydarzeń, choć do końca życia usiłującego działać na rzecz ideałów swej młodości. Ta frustracja prowadziła Rakowskiego do pesymistycznej oceny szans, jakie miała odrodzona po upadku dawnego systemu socjaldemokracja. Na przekor jednak temu pesymizmowi robił wiele, by tej nowej formacji na miarę swych możliwości pomagać.

W relacji dotyczącej ostatniego okresu, w którym Rakowski odgrywał pierwszoplanową rolę, wkradł się dziwny błąd – tym dziwniejszy, że omawiana tu praca wyróżnia się starannością faktograficzną. Pisze bowiem Przeperski, że powstały w 1989 roku „Ruch 8 Lipca” „cieszył się początkowo sympatią wielu ludzi bliskich Rakowskiemu” , do których zalicza miedzy innymi mnie (s. 372). Nie wie zapewne, że byłem nie sympatykiem tylko jednym z inicjatorów tego ruchu i autorem jego programowego referatu. To jednak było coś innego niż samo tylko odnoszenie się z sympatią do tej inicjatywy. 

Bardzo cenna dla historyków jest przeprowadzona przez autora analiza oryginalnej wersji „Dzienników politycznych” Rakowskiego i ich dziesięciotomowego wydania (publikowanego przez Wydawnictwo ISKRY w latach 1998-2005. Przygotowując do druku te zapiski Rakowski dokonywał w nich znacznych zmian: wykreśleń i uzupełnień.  Przeperski ma rację, że zmiany te pozbawiają tę publikację charakteru dokumentu, choć nie przekreślają jej wartości jako zapisu o charakterze pamiętnikarskim. Ze sprawy tej płynie jednak przestroga dla tych, którzy (jak ja także) piszą dzienniki. Jeśli decydują się na ich publikacje, powinni czynić to bez jakichkolwiek zmian, by w pełni oddać klimat epoki i własne odczucia. Na szczęście oryginał dzienników Rakowskiego jest dostępny dla historyków, co autor omawianej tu biografii umiejętnie wykorzystał.

 Publikacja biografii Mieczysława Rakowskiego powinna zachęcać – także autorów z kręgu IPN – do poważnego, wolnego od propagandowego zacietrzewienia, spojrzenia na naszą wspólną, jakże skomplikowaną historię. Jak widać, jest to możliwe nawet w obecnym, nie najlepszym pod tym względem, okresie polskich losów. 

Poprzedni

Wyniki 7. kolejki PKO Ekstraklasy

Następny

Jerzy Jaskiernia jako waży inspirator zbiorowych badań naukowych

Zostaw komentarz