Przysługa dla sojuszników

Maciej Wiśniowski (Strajk.eu)

Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości co do lokajskiego statusu Polski wobec Stanów Zjednoczonych, to po przeczytaniu warunków stacjonowania amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, powinien je ostatecznie stracić.

Po i tak już dostatecznie kompromitujących negocjacjach, przypominających raczej pokorne błagania o stacjonowanie na polskiej ziemi obcych, amerykańskich wojsk, przyszedł czas na sfinalizowanie tej sprawy. Portal Onet dostarczył szczegóły umowy wojskowej z USA, dotyczącej statusu wojsk stacjonujących w Polsce.

Amerykanie postawili twarde warunki: przeniesienie dowództwa korpusu do Polski będzie możliwe tylko wówczas, jeżeli Polska przehandluje w zamian swój stan państwa suwerennego. Amerykańscy wojskowi będą zatem mieli szczególny status, którego najważniejszą cechą będzie wyłączenie personelu amerykańskiego spod polskiej jurysdykcji. Czego zatem nie wyczynialiby amerykańscy żołnierze z polskim mieniem i polskimi obywatelami na terenie Polski, nasze państwo nie będzie w tej sprawie miało nic do powiedzenia. Po przekroczeniu granic bazy, na jej teren nie będzie miała wstępu żadna państwowa służba, przedstawiciel polskich organów i najwyżsi nawet urzędnicy państwowi. Chyba, że łaskawie na ich wstęp zgodzi się dowództwo bazy. A doświadczenie stacjonowania amerykańskich żołnierzy np. w Japonii wskazuje, że poza nagminnie powodowanymi wypadkami drogowymi ze skutkami śmiertelnymi (czego doświadczyliśmy już w Polsce), bójki, gwałty i morderstwa są nierzadko spotykanymi formami zaznaczenia swojej obecności przez Amerykanów.

To oczywiście nie koniec. Zgodnie z wielomiesięcznymi prośbami Polski, by pozwolono nam zapłacić za budowę bazy z pieniędzy podatników, USA łaskawie wyraziły na to zgodę.

Całkowicie rozbrajającym jest twierdzenie zawarte w komunikacie, że najtrudniejszym elementem polsko-amerykańskich negocjacji był właśnie status amerykańskich wojsk w naszym kraju. Nie wiadomo dokładnie, na czym polegały te „trudności”, skoro Polska zgodziła się na wyłączenie władztwa swojego państwa nad części polskiego terytorium.

Zgodnie z tradycją, to amerykańska ambasador Georgette Mosbacher powiadomiła opinię publiczną o „zakończeniu negocjacji”, choć polska strona, w tym premier i prezydent dopiero mieli się zapoznać ze stanem rozmów. Polska dopiero po nagłośnieniu sprawy przez Mosbacher ogłosiła swój komunikat.

Jeżeli Polska będzie kiedyś jeszcze w stanie pisać własne podręczniki historii, nazwiska polityków, którzy podpisali się pod tym haniebnym porozumieniem, będą figurowały tam wytłuszczonym drukiem jako symbol służalczego stosunku do amerykańskiego hegemona.

Poprzedni

Lewico, do kogo mówisz?

Następny

Prezydent polskich spraw

Zostaw komentarz