Mały zamach

Pisałem już kiedyś, że słowo „zamach” ma w języku polskim kilka znaczeń. Można się „zamachnąć” na szwagra, męża czy żonę, można zamachać na powitanie czy pożegnanie, można w końcu organizować i przeprowadzać zamach na określone wartości naszego życia, albo „zamach stanu”, czyli siłowe przejęcie władzy w kraju.

Taki duży zamach stanu w 1926 roku przeprowadził Józef Piłsudski na czele wiernych mu legionistów. Małych zamachów na wartości i wolność myśli i przekonań obywateli było więcej. Wydawało mi się wprawdzie, że ten etap rozwojowy mamy już za sobą, ale przyznaję się do błędu. Okazuje się bowiem, że obecna władza nie jest zadowolona ze swojej pozycji i z możliwości krytykowania ich decyzji, jakie daje demokracja. To przecież – ich zdaniem – niemoralne i wręcz wstrętne, aby ktoś krytykował ich posunięcia, które przecież zawsze mają na celu uszczęśliwianie narodu. Z bólem serca stwierdzam, że jest wielu obywateli, którzy podzielają ten pogląd. Nasuwa się wniosek, że jednak rozwój kraju i patriotyczna jedność przekonań jego mieszkańców mogą być łatwiejsze w warunkach autokracji, niż demokracji. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech porówna tempo rozwojowe krajów Europy i Chin, które właśnie w warunkach autokracji stały się w krótkim czasie gospodarczą potęgą.

Takie właśnie rozumowanie przyświeca zapewne ostatnim pomysłom niektórych posłów i wierchuszki PISu. Psychicznie są już tak głęboko w warunkach autokracji, że świadomie lub podświadomie lansują jej kilka uniwersalnych podstaw.

Fundamenty autokracji

Po pierwsze – my, czyli autokraci, zawsze mamy rację. Ta racja wypływa z faktu, że wszyscy jesteśmy zabójczo inteligentni, mamy genialnego wodza i umiejętnie prowadzoną propagandę.

Po drugie, – jeśli ktoś ośmiela się mieć inne zdanie, to nie jest patriotą, podkopuje naszą jedność, zagraża realizacji naszych planów, a więc jest „wrogiem ludu”.

Po trzecie wylęgarniami takich antypatriotycznych poglądów i działań są środki masowego przekazu, w całości lub decydującej części utrzymywane z zagranicznych pieniędzy. Musimy z nimi walczyć, strasząc ich odbieraniem licencji lub kupując je w całości albo w formie udziałów za pieniądze zarobione przez nasze „Narodowe” spółki. Wtedy możemy mieć „jakiś tam” wpływ na to, co piszą i pokazują,

Jakie są pierwotne źródła tych przekonań bijące ostatnio ze wzmożona siłą w sercach naszych wielbicieli autokracji, póki, co trzymających władzę?

Trzeba wygrywać kolejne wybory!

To proste. Aby utrzymywać tą władzę, trzeba wygrywać kolejne wybory. Taki wrzód demokracji psujący nam jeszcze „czystość autokracji”. A żeby wygrywać wybory, trzeba mieć większe od innych poparcie społeczne. W Polsce – i słusznie – doprowadziliśmy do ograniczenia znaczenia inteligenckiego poziomu i wykształcenia kandydatów na posłów, senatorów i na stanowiska rządowe. Poparcie uzyskuje ten, o którym częściej się mówi, którego się pokazuje jak coś otwiera i głaszcze dziecięce główki. Pisanie o tych patriotycznych zdarzeniach nie daje pożądanych efektów, bo w Polsce czytelnictwo – także codziennej prasy – stale się zmniejsza i w niektórych miastach i wsiach osiągnęło poziom niemal zerowy. Uczucia Narodu są ukierunkowywane głównie przez telewizję. Telewizor jest naszym okienkiem na świat, w niektórych domach czynnym przez cały dzień. Bo to i sport można oglądać, i porady kuchenne i światową modę. No i odpowiednio ufryzowane wiadomości, chociaż u znacznej części odbiorców nie budzą one większego zainteresowana. Ale je oglądają,. bo to jednak można się dowiedzieć, kogo wsadzili do aresztu, albo postawili przed sądem, co i o kim myślą prokuratorzy, co porabia pan prezydent i nasz miłościwie panujący właściciel kota. Można też czasem posłuchać opowieści o realnych i nierealnych marzeniach premiera.

Przewaga telewizji nad radiem i słowem pisanym polega przede wszystkim na tym, że widać tych mądrych ludzi i mogą oni budzić u telewidza sympatię albo antypatię nawet wtedy, kiedy tenże telewidz nie rozumie, o czym mówią.. Chcąc niechcąc stają się celebrytami. Jeśli budzą sympatię, to to, co mówią traktowane jest, jako niepodważalna prawda i bezwarunkowo przekonuje ich sympatyków, którzy gotowi są do poświęceń jej w obronie.

I o to chodzi

Und hier ist der hund begraben! Zapożyczyliśmy kiedyś od Niemców tą formułę, wskazującą na ukryte źródło podejmowania decyzji lub rzeczywisty cel ich podejmowania. Ten nasz pies jest płytko pogrzebany i ma zapędzić do współpracy lub przynajmniej poparcia tą część Polaków, którzy widzą rzeczywistość tylko przez pryzmat pieniędzy – zwłaszcza tych, na które nie muszą zapracować. A najlepszą drogą tego zapędzania jest posłuszna telewizja, do znudzenia powtarzająca pochwały zaradności władzy i obrzydzająca tych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne zdanie, lub w ogóle nie należą do naszego narodu i mówią do nas obcymi językami.

Telewizja w obecnym świecie przesyconym techniką miała być nośnikiem wszelakich kultur, a stała się podstawowym instrumentem zarówno wysublimowanej jak, i zupełnie topornej propagandy. Wujcio Goebbels, gdyby nie umarł śmiercią nienaturalna w czasie oblężenia Berlina i cieszył się dobrym zdrowiem 123 – latka, byłby zachwycony możliwościami wykorzystywania tego instrumentu.

Nic więc dziwnego, że nasi autokraci Ida tym tokiem rozumowania. Mamy jedną posłuszną telewizję wpajająca narodowi prawdziwa prawdę, że jest szczęśliwy i będzie jeszcze bardziej, bo mamy genialnie opracowane plany rozwoju Polski. Ale mamy też inną, która nie jest tak optymistyczna, ciągle coś wytyka i z czegoś się śmieje. Ci, którzy bezmyślnie ją oglądają kibicują nawet (o zgrozo!) satyrycznym teatrom i ich programom, obrażającym naszą molarność pracowicie odbudowywaną przez ministra od oświaty i edukacji. To tragiczne, że można kogoś zapraszać np. na „pożar w burdelu!”.

Grupa rozsądnych posłów nie mogła już znieść tego antypatriotycznego działania i opracowała projekt zmian ustawy medialnej, w którym inwestowanie w rozwój takich stacji i kanałów przez zagraniczny kapitał musi być ściśle kontrolowane, limitowane i ograniczone do krajów europejskich. Problem jednak w tym, że największa niepraworządna stacja i jej kanał informacyjny jest własnością wielkiej firmy amerykańskiej. I można nie wiedzie kim w Rosji była Katarzyna, ale trzeba widzieć, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie leżą w Europie.

Ten pogrzebany pies przestaje merdać do nas ogonem i zaczyna ostrzyć zęby. Amerykanie bowiem są wcieleniem łagodności, ale bardzo nie lubią dwóch sytuacji – ograniczania wolności słowa i psucia ich interesów. Wtedy nadają sygnał ostrzegawczy – przyjmują naszych notabli na korytarzach lub w przedpokojach. Wolę nie przewidywać następnych etapów.

Polityczna akupunktura

Metoda akupunktury polega na tym, że wbija się igłę w chory element ciała. Przykładowo, jeśli kogoś boli noga, to wbija mu się igłę w łokieć. W efekcie zaczyna boleć łokieć i zapomina się o bólu nogi. Podobną metodę stosuje się także w polityce. Kiedy chce się odwrócić uwagę od niewygodnych problemów, to wynajduje się nowe tematy, które medialnie mają przyćmić wizerunkowe dolegliwości

Metoda ta jest znana od lat i szeroko stosowana w świecie zwłaszcza przez tych, którzy aktualnie sprawują władzę. Nie dziwota zatem, że tej metody ima się również Zjednoczona Prawica. Kiedy NIK ogłosił wielce niewygodny dla rządu raport dotyczący tzw. wyborów kopertowych, to musiano jakoś zareagować. Przede wszystkim musiał zareagować szef rządu, którego ów pokontrolny dokument bezpośrednio dotyczył. Pierwszą publiczną reakcją premiera było wystąpienie w którym zapowiedział promowanie rodziny w Unii Europejskiej cokolwiek by to nie znaczyło. Było to jednak zbyt miałkie wydarzenie aby odwrócić uwagę od raportu NIK. Kogo w końcu obchodzi wspieranie przez Polskę życia rodzinnego na Malcie, w Luksemburgu czy na Litwie o sąsiednich Niemczech nie wspominając – zauważa szewc Fabisiak. Dlatego też czym prędzej ogłoszono nie zwyczajowo narodowy, lecz tym razem Polski Ład. Temat Banaś kontra Morawiecki wyparował z programów rządowej telewizji, która bardziej przeżywa wewnętrzne rozgrywki w Platformie Obywatelskiej niż w końcu poważne zarzuty wobec rządu i premiera. Tak jednak działa polityczna akupunktura.

Dokument pod nazwą Polski Ład jest zbyt obszerny aby można było go poddać analizie w krótkim felietonowym tekście. Dlatego szewc Fabisiak postanowił skoncentrować się na jednym, ale jego zdaniem najważniejszym, aspekcie. Mianowicie na służbie zdrowia. Rzeczony dokument zapowiada przeznaczenie na ten cel 7 proc. PKB. Przy tej okazji Włodzimierz Czarzasty w niedzielnej Kawie na ławę przypomniał, iż lewica proponujący to samo projekt ustawy złożyła w Sejmie już w ubiegłym roku. Nie został on jednak przez sejmowe grono przyjęty z prostego powodu. Nie po to bowiem się rządzi aby przyjmować propozycje zgłoszone przez opozycję. Lepiej odczekać i zaprezentować jako swoje własne. Zdaniem szewca Fabisiaka takie działanie można by określić jako kradzież własności intelektualnej gdyby w Sejmie obowiązywała zasada copyright a nie niekontrolowana wolnoamerykanka. Jednak skoro można sobie podkupywać parlamentarzystów to czemuż by nie pomysły – stawia retoryczne pytanie szewc Fabisiak.

Jak zauważa szewc Fabisiak, wprowadzenie tych siedmiu procent do pisowskiego ładu nastąpiło dopiero po sześciu latach rządzenia. Tylko pogratulować refleksu, szybkości podejmowania działania oraz troski o zdrowie, które też jest polskie i narodowe. Być może zadecydowały o tym zawiłe kombinacje finansowe co do priorytetów wydatków budżetowych. Wiadomo bowiem, że ważniejsze było dofinansowane prorządowej propagandowej telewizji niż leczenie onkologiczne. Być może czekano na okazję aby w pompatycznym propagandowym stylu zaprezentować publiczności jakiś większy programowy dokument w którym można by umieścić ową siódemkę. A być może zadziałały inne czynniki, których natura pozostanie niezgłębioną tajemnicą. Ponadto ów procent ma zostać osiągnięty dopiero za sześć lat. A dlaczego już nie teraz w sytuacji pandemii, która dodatkowo powoduje utrudnienia w leczeniu innych chorób i w prowadzeniu profilaktyki? – dopytuje szewc Fabisiak nie oczekując, rzecz jasna, żadnej sensownej odpowiedzi.

Choć samo zwiększenie nakładów na służbę jest krokiem w dobrym kierunku, to jednak trudno nie zauważyć, że tych środków mogłoby być jeszcze więcej. Byłoby to możliwe do osiągnięcia, gdyby pieniądze budżetowe nie były przeznaczane na finansowanie różnych zbędnych czy wręcz społecznie szkodliwych instytucji jak choćby IPN, nieprzemyślanych inwestycji czy też na nieproporcjonalnie wysokie wydatki na wojsko. Zwracał na to uwagę m. in. prof. Grzegorz Kołodko, który pod względem wiedzy, kompetencji oraz umiejętności wnioskowania przerasta co najmniej o głowę całą rządzącą i opozycyjną ekonomiczną menażerię. Władza przy aprobacie lub braku sprzeciwu ze strony innych liczących się sił politycznych trzyma się jednak zębami ustaleń NATO, a konkretnie USA, co do przeznaczania co najmniej 5 proc. PKB na cele militarne. Szewc Fabisiak zwraca w tym momencie uwagę na to, że większość państw członkowskich paktu tego wymogu nie spełnia woląc wydawać pieniądze na bardziej sensowne cele niż dozbrajanie się w amerykański sprzęt bojowy. Polska jest jednym z nielicznych w tym gronie krajem gorliwie wykonującym pięcioprocentowe zalecenia. Ku uciesze Stanów Zjednoczonych, ponieważ amerykańska administracja nie musi sobie przynajmniej w tej materii zaprzątać sobie głowy Polską. Ma bowiem w naszym kraju jednego z najbardziej uległych i wazeliniarskich sojuszników. Ale już nie partnerów jako że partnerstwo w swoim założeniu oznacza równość wzajemnego traktowania.

Polska polityka zagraniczna czyli oksymoron

Przed laty red. Krzysztof Mroziewicz w zapomnianej już telewizyjnej audycji 7 dni wymienił m. in. trabanta limuzynę jako jeden z przykładów oksymoronu – czyli nazwy czegoś zawierającego dwa wzajemnie ze sobą sprzeczne pojęcia. Szewc Fabisiak proponuje dopisać do tej listy również polską politykę zagraniczną.

Tego typu spostrzeżenia nasuwają się niejako automatycznie na podstawie obserwacji czegoś co niektórzy nazywają polską polityką zagraniczną. W istocie bowiem całość, głównie (goło)słownych, poczynań Polski na odcinku stosunków zagranicznych wskazuje na to, że Polska nie prowadzi w tej materii własnej polityki, lecz kopiuje politykę Waszyngtonu a często wręcz realizuje płynące stamtąd dyrektywy.

Skoro mowa o polityce zagranicznej, to szewc Fabisiak zwraca uwagę na niedawną nasiadówkę Platformy Obywatelskiej podczas której lider tej formacji Borys Budka zaprezentował trzy filary na których ma się upierać bezpieczeństwo Polski a mianowicie: europejski, transatlantycki i wschodni. Trzeba być do prawdy niezwykle wnikliwym analitykiem aby dostrzec tu jakąś nowość w porównaniu z generalnymi założeniami polityki obecnegp a także poprzednich rządów RP. Budka i jego Platforma idzie na łatwiznę ograniczając się do czysto technicznej krytyki polityki zagranicznej rządu. Otóż, jak mówił Budka, „wojska Putina gromadzą się na wschodzie, co dzień prowokuje nas Łukaszenka, a polska dyplomacja nie jest w stanie w żaden sposób skutecznie na to odpowiedzieć”. Słowa te zostały wypowiedziane następnego dnia po tym jak Rosja rozpoczęła wycofywanie swych wojsk znad granicy z Ukrainą oraz z Krymu. Albo pan Budka o tym nie wie albo Platforma patrzy jedynie w przyszłość i nie interesuje ją dzień wczorajszy – zastanawia się szewc Fabisiak.

Zastanawiające jest również to w jaki sposób Polska mogłaby zareagować na gromadzenie się wojsk rosyjskich tudzież ponoć codzienne białoruskie prowokacje. Być może Borys Budka nie ma na to pomysłu a może ma tylko nie chce go ujawnić co można by ująć w postaci transformacji znanego porzekadła „Budka wiedział, nie powiedział”.Natomiast od opozycji należałoby oczekiwać nie jałowej krytyki władz, w czym specjalizuje się PO, lecz przedstawienia alternatywnej wizji polityki zagranicznej. Szewc Fabisiak zauważa jednak, że w Polsce jest to niemożliwe skoro wszystkie liczące się siły polityczne zamiast pluralizmu poglądowego „mówią jednym głosem”. W tym kontekście prezes Stowarzyszenia Europejska Rada na rzecz Demokracji i Praw Człowieka Janusz Niedźwiecki wyróżnia kilka dogmatów w polskiej polityce zagranicznej takich, jak nienaruszalny sojusz z USA, konfrontacyjna polityka wobec Rosji, sceptycyzm wobec Chin a także mesjanizm w polityce wschodniej. Tymczasem przywiązanie do tych dogmatów hamuje wszelką rzeczową dyskusję. Czy już nikt z polskich polityków nie potrafi samodzielnie myśleć czy też wszyscy drżą ze strachu aby się nie wychylić? – zastanawia się szewc Fabisiak

Ów uniformizm poglądów daje się zauważyć przede wszystkim w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. Nikt z liczących się polityków nie tylko nie ma wątpliwości co do wiernopoddaństwa wobec USA, lecz wręcz wyraża co najmniej zadowolenie, a co poniektórzy wręcz entuzjazm, z powodu stałego rozszerzania amerykańskiej obecności wojskowej w naszym kraju. Dało się to zauważyć choćby w listopadzie ubiegłego roku przy okazji podpisania przez prezydenta Dudę ustawy o ratyfikacji umowy między Polską a Stanami Zjednoczonymi dotyczącej wzmocnionej współpracy militarnej. Politycy nie tylko rządzącego PiS ale też opozycyjnych PO, PSL i mimo pewnych zastrzeżeń także SLD zgodnie wyrażali aprobatę dla zwiększenia ilości amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce.

Zgoda ponad podziałami panuje również w kwestii gazociągu Nord Stream 2, który podobno ma zagrażać interesom Polski. Ciekawe jakim? Czyżby rosyjski Gazprom miałby cichcem wytaczać ropę z naszych zbiorników by następnie dostarczać ją Niemcom? – dopytuje szewc Fabisiak. Tymczasem faktem jest, że ów rurociąg jest nie na rękę Stanom Zjednoczonym, gdyż stanowi on poważną konkurencję dla dostaw do Europy amerykańskiego gazu skroplonego. Tym samym suwerenna Rzeczpospolita staje się orędownikiem amerykańskich interesów. W tym kontekście kwestię relacji polsko-amerykańskich w lapidarny sposób podsumował Maciej Wiśniowski na portalu strajk.eu pisząc, iż „Polska jest tylko breloczkiem na pasku amerykańskich spodni.” Jest też kilka przykładów świadczących o tym, że Stany bezpośrednio ingerują w polskie sprawy wewnętrzne. To, że ambasador USA pani Mosbacher występowała na rzecz amerykańskiej nadającej w Polsce telewizji jest zrozumiałe z punktu widzenia interesów jej kraju. Natomiast dla kogoś kto uznaje Polskę za suwerenne państwo mniej zrozumiałe wydaje się to, że polskie władze postawiły interes amerykański ponad swój własny. To pod naciskiem USA został wsadzony do kosza projekt ustawy o podatku od reklam, którego wprowadzenie skutkowałoby przesunięciem w końcu niemałej kwoty pieniężnej od amerykańskich mediów do polskiego budżetu. I na tym polega polska amerykańska polityka zagraniczna.

Zabawa w państwo

Przeciętny, względnie inteligentny Polak, zarówno dobrego jak i gorszego sortu, czasem czyta jakąś gazetę. Jednak chwiejną orientację w tym, co dzieje się w kraju i na wierchuszkach władzy, czerpie przede wszystkim z telewizji.

W wirtualnej przestrzeni tworzonej przez to medium, żyje w jednym z dwóch, całkiem odmiennych, światów. Jeśli ogląda tylko telewizję państwową, hojnie dotowaną przez aktualny rząd, to nabiera przekonania, że jest dobrze, albo wręcz „idealnie” lub „fenomenalnie” Każde działanie władz kończy się sukcesem, w wielu dziedzinach jesteśmy „najlepsi”, kochamy się i wspomagamy. Z trudem, ale jednak bohatersko, znosimy czarnowidztwo i kłamstwa serwowane przez bezczelną opozycję, wspieraną przez „ulicę i zagranicę”

Jeśli jednak stać go na dostawców telewizji satelitarnej, i może oglądać programy informacyjne prywatnej telewizji TVN, Polsatu i mniejszych stacji, zachowujących jeszcze niezależność, i żyjących głównie z emisji reklam, to obraz otaczającego świata jest zdecydowanie mniej optymistyczny. Sukcesów jest mało, porażek więcej, ceny rosną, firmy padają, państwo jest nadmiernie zadłużone, wirus nas gryzie, a w szczepieniach chroniących przed skutkami jego apetytu mamy normalny, słowiański bałagan.

Prywatne, niezależne media, bardzo przeszkadzają w rozwijaniu zabawy w państwo. Dlatego tez państwo wykupuje je za pośrednictwem paliwowego koncernu Orlen i próbuje obciążyć je dodatkowymi podatkami. Trudno przewidzieć, jaki będzie rezultat tych działań. Przypuszczam jednak, że osłabione media będą gryzły bardziej boleśnie.

Ołowiane żołnierzyki

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mam nieustannie do czynienia z zabawą w bitwy – z kimś lub o coś. W tych bitwach większość działaczy rządzącego ugrupowania przypomina, zawsze posłusznych, ołowianych żołnierzyków.
Dziwię się, że nikt mi nie proponuje wysokopłatnego stanowiska eksperta lub doradcy w tych zabawach. Mam bowiem niebagatelne doświadczenie.

W latach chłopięcych dysponowałem pokaźną armią ołowianych żołnierzyków i miałem kolegów, których ołowiane armie były jeszcze większe. Ku zaskoczeniu rodziców i nauczycieli, nie organizowaliśmy bitew i zamachów stanu, wykorzystując własne scenariusze. Tak długo grzebaliśmy w bibliotekach szkolnych, aż w końcu znajdowaliśmy opisy takich zdarzeń, o historycznym znaczeniu. Zgodnie z tymi opisami ustawialiśmy nasze oddziały, a potem analizowaliśmy przyczyny, które doprowadziły do określonego wyniku bitwy. Czasem nawet formułowaliśmy konkurencyjne strategie, które mogły go zmienić.
Te zadania były niekiedy przejrzyste i łatwe, jak bitwa pod Termopilami, pod Grunwaldem czy pod Radzyminem, a czasem bardziej skomplikowane, jak odtwarzanie bitwy pod Waterloo, czy walk Maurów z Hiszpanami między Madrytem i Grenadą. Czyli uczyliśmy się przez zabawę, nie wiedząc, że kiedyś będziemy mieli prezydenta o podobnych upodobaniach.

Bawimy się

Mimo różnic w pojmowaniu rzeczywistości, znaczna część Polaków jest przekonana, że ci, którzy kierują obecnie naszym państwem, „chcą dobrze”, chociaż nie zawsze potrafią. Rączki i główki mają słabe, uwielbiają, kiedy ktoś ich chwali, albo robią to sami, ale wspólnymi siłami trzymają nad nami ochronny parasol państwa. Ten parasol, szarpany w lecie przez burze, a w zimie przez śnieżyce, czasem się chwieje, – ale jest i osłania nas przed złośliwościami Europy, nadmiernie kosztownymi objawami miłości z USA i niebezpieczeństwami zagrażającymi ze strony wielkiego sąsiada, rządzonego od wieków przez okrutnych Piotrów i Iwanów, rozpustne Katarzyny oraz przebiegłych Józefów i Władimirów.

Wiara w istnienie tego parasola wielokrotnie była podkreślana w dyskusjach na mojej przyzbie. Totalnie krytykowano jego sprawność i znaczenie. Tonowałem tą krytykę, wskazywałem na obiektywne trudności, na kłopoty głównej rządzącej partii z zaspokajaniem ambicji koalicjantów.
Przyznaję ze wstydem, że ostatnio przestałem być jej nieetatowym obrońcą. Usta skrzywiły mi się w nieustannym, szyderczym uśmiechu. Śmiałem się głownie z siebie, bo zacząłem się obawiać, czy to, co się dzieje w kraju, nie dowodzi, że teraz wszyscy jesteśmy ołowianymi żołnierzykami, ustawianymi tak, jak grającym jest wygodnie.

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mamy nieustannie do czynienia ze świadomą zabawą w państwo, coraz częściej oderwaną od rzeczywistości.
Mój niepokój zaczął się od momentu, kiedy zauważyłem, że rządząca zjednoczona prawica naprawdę uwierzyła w swoje wyborcze hasło, streszczające się w powiedzeniu „zrobimy dobre zmiany”. Nie przemyślane, skonsultowane, logiczne, postępowe, chroniące wolność obywateli. Tylko „dobre” – nawet bez wskazania, dla kogo. I się zaczęło.

Najpierw był kłamliwy slogan wyborczy, że „przez ostatnie osiem lat” nic nie zrobiliśmy, naród pluskał się tylko w błogim lenistwie i ciepłej wodzie, a władza nielegalnie się bogaciła. Potem zaczął się atak na wymiar sprawiedliwości. „Dobra zmiana” polegała albo na tworzeniu nowych organizmów, albo zmianach kadrowych, zgodnie z zasadą „teraz, ku…a my”. To już w starożytnym Rzymie wiedzieli, że najlepszymi pretorianami gwardii cesarskiej są tacy, którzy nie myślą, tylko słuchają i są posłuszni. Nowe kadry kierownicze, w wielu przypadkach, mają tylko takie zalety.
Zabawa w organizacyjne uzdrawianie sprawiedliwości poszła w trzech kierunkach. Po pierwsze – zapewnienia posłuszeństwa Trybunału zwanego Konstytucyjnym. Po drugie – uzyskaniu możliwości wpływania na decyzje Sądu Najwyższego i stworzeniu w jego ramach izby pilnującej lojalności sędziów wobec władzy. I po trzecie – tłumieniu niezależności sędziów przez „odpowiednią” zmianę składu Krajowej Rady Sądownictwa, zapewniającą m.in. powoływanie „właściwych”, nowych sędziów.

Ta część zabawy w państwo trwa nadal, bo nie uzyskano pożądanych efektów. Ciągle są sędziowie, którzy nic chcą być posłuszni, mimo, że odbiera się im immunitety, aktywizuje przeciw nim prokuraturę i wytacza procesy. Nowa izba w SN pracuje z oporami, bo zarówno inne izby jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, uznali ją za powołaną wadliwie i niemającą charakteru i uprawnień sądu..

Szczytem ludowej zabawy, w sferze „unowocześniania” wymiaru sprawiedliwości, było i jest, serwowanie narodowi anegdot o nieuczciwości sędziów. Naprawdę nie wiem, jak można wpaść na pomysł tworzenia i publicznego podtrzymywania zarzutów w oparciu o takie „tragiczne” przykłady, jak kradzieże części do wiertarek, kiełbasy, czy 50-ciu złotych. Te humorystyczne historyjki, wielokrotnie opowiadane przez wysoko postawionych przedstawicieli władzy z zasępionymi minami, wprawiały w zachwyt większość narodu, który nigdy w historii nie tracił zbiorowego poczucia humoru.

Aborcja

Rozbawionemu narodowi prawdziwy kłopot zrobił jednak Trybunał, zwany Konstytucyjnym, który orzekł, że kobiety powinny rodzić dzieci, nawet w wówczas, kiedy wiadomo, że płód jest obarczony „nienaprawialnymi wadami”. Spowodowało to zrozumiałe, masowe protesty kobiet i poszukiwanie zgodnych z prawem dróg unieważnienia tego wyroku. Przyspieszyło także spadek zaufania i poparcia dla rządzącej Zjednoczonej Prawicy. Nie można wykluczyć, że przyczyni się też do przyspieszenia wyborów.

Zmiany personalne i ta decyzja spowodowały, że Trybunał stał się również elementem zabawy w państwo. Naród z lubością zaczął go nazywać Trybunałem Julii Przyłęskiej, czyli imieniem i nazwiskiem uroczej jego prezeski. Szef Zjednoczonej Prawicy też uległ jej urokowi, nazywając ją jego „odkryciem towarzyskim”.

Ostatni szczyt zabawy w państwo osiągnęliśmy właśnie, z niezamierzoną pomocą tego szefa. Jest hiperprezesem największej rządzącej partii politycznej, ale przez kilka lat nie chciał pełnić żadnej funkcji w „aparacie władzy”, Ograniczał się do zdalnego sterowania, tworzącymi ten aparat członkami partii. Trochę tak, jak robił to niezapomniany towarzysz Stalin, a także Tito, który na stare lata osiadł na wyspie Brioni i stamtąd usiłował kierować rozpadającym się państwem. My nie mamy takiej pięknej wyspy, więc nasz „prezes prezesów” urzędował tylko na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Jak długo można jednak znosić zarzuty, że chce się rządzić, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za popełniane błędy? Hiperprezes miał dosyć ciągłego narzekania na jego pozycję w państwie, i wyraził łaskawie zgodę, na objęcie stanowiska wicepremiera. Bardziej skłonna do zabawy część społeczeństwa pokładała się ze śmiechu. Powstała bowiem dziwna sytuacja – wicepremier jest „ważniejszy” od premiera, którego, jako członka partii, może zganić i z pomocą wiernych poddanych „zdjąć” ze stanowiska. Wicepremier wygłasza, co pewien czas, przemówienia i udziela wywiadów, traktowanych przez media jak orędzia głowy państwa. W tej sytuacji oficjalna głowa państwa niemal zamilkła i zajmuje się głównie pogaduszkami z zagranicą, rozdawaniem odznaczeń i uświetnianiem swoją obecnością patriotycznych uroczystości.

Utrzymanie, współcześnie nieznanego w innych krajach, stanowiska „nieetatowego autokraty” drogo nas kosztuje. Najbardziej widowiskowe, i zapewne najbardziej kosztowne, pokazy troski o jego dobry nastrój i bezpieczeństwo organizuje nasza „profesjonalna” policja. Kilkadziesiąt samochodów policyjnych i kilkuset policjantów pilnuje ulicy, na której autokrata raczy mieszkać. W czasach powojennych nikogo nie otaczano tak szczelną ochroną, mimo, że pierwsi sekretarze, prezydenci i premierzy nie wszystkim się podobali. A przed wojną, kiedy jeszcze żył Piłsudski i rezydował w Sulejówku, zastanawiając się nad celowością przeprowadzenia majowego zamachu stanu, ochraniało go dyskretnie kilku zaprzyjaźnionych oficerów z I Brygady Legionów. Widocznie „my naród”, jesteśmy teraz zarówno bardziej przestraszeni, jak i niebezpieczni.

Modlitwa, taniec i śpiew

Ostentacyjna pobożność działaczy rządzącej partii, łącznie z tymi, którym powierzono kierowanie państwem, jest także specyficznym rodzajem zabawy. Wzajemne zrozumienie instytucjonalnego kościoła katolickiego i administracji państwowej może mieć więcej zalet niż wad. Problem w tym, że na „wysokich szczeblach” tylko nieznacznie przekracza ono europejskie zwyczaje. Za to, w ramach zabawy w państwo, rozwijane są nadzwyczaj bliskie kontakty z pewnym zakonnikiem, zapobiegliwie tworzącym imperium biznesowe. Także i ta część zabawy często przybiera formy rozrywkowe, sprawdzające m.in. umiejętności taneczne i wokalne osób „trzymających władzę”. To budzi radość obserwatorów, ale jednocześnie zmusza uczestników do pokrywania wysokich kosztów udziału w takich imprezach. Zakonnik jest bowiem mistrzem wypompowywania potrzebnych mu środków, z różnych działów budżetu państwa.

Napady śmiechu przerywanego płaczem wywołuje także zabawa w narodowe szczepienie przeciwko COVID19. Znam 95-latków dotychczas (10 luty) niezaszczepionych i 30-latków zaszczepionych mimo, że nie podejmowali żadnych starań. Internet i słynny telefon 989 przyjmują zgłoszenia np. 70-latków, ale później w ogóle się nie mają z nimi kontaktu. Potencjalny pacjent nie wie, czy komputery go zgubiły, czy w ogóle został zarejestrowany, czy szukają dla niego szczepionki 200 km od miejsca zamieszkania, czy ma ponawiać zgłoszenie?

W tej zdrowotnej części zabawy w państwo, najbardziej ciekawe nie są nawet zakupy niedostarczonych respiratorów, ale brak wyobraźni w zakupach szczepionek. Tych najbardziej znanych zamówiliśmy za mało. Szukamy uzupełnień. Parę dni temu ogłoszono, że rosyjska szczepionka Sputnik V jest bardzo dobra, ma skuteczność powyżej 90-% i nie wymaga przechowywania i transportu w bardzo niskich temperaturach. Jesteśmy jednym z najbliższych sąsiadów i moglibyśmy kupić poważne ilości tej szczepionki, po relatywnie niskiej cenie. Ale nawet nie próbowaliśmy. I „nie rozważaliśmy” – jak powiedział ostatnio odpowiedzialny za walkę z wirusem członek rządu. Dlaczego? Bo nasze państwo i część ludności nie lubi Rosjan. Bo właśnie traktujemy państwo jak plac zabaw, na którym nie bawimy się w dyplomację. Wstaliśmy z kolan i jak kogoś nie lubimy – to nie będziemy z nim rozmawiać, a tym bardziej handlować społecznie strategicznymi towarami. Tylko trochę nam przykro, że węgierskie „bratanki od szabli i od szklanki” nie mają tych oporów i już kupują Sputnika V.

Narodowa zabawa w państwo trwa już tak długo, że zepsuła nam opinię w Europie. Ale to nie jest jeszcze najgorsze. Znacznie gorsza jest utrata szacunku dla władzy i narastające przekonanie, że nic na to nie możemy poradzić. Czekanie przez następne 2 lata do kolejnych wyborów, jest dla wielu Rodaków nie do zniesienia. Wprawdzie w opozycji coś się zaczyna dziać, ale przypomina to manewry bez wyraźnie określonego celu. A tym celem powinna być przyspieszona zmiana władzy, umożliwiająca szybkie wycofanie się z bezsensownych i społecznie szkodliwych decyzji „zjednoczonej Prawicy”. To – moim skromnym zdaniem – jest nakazem historii.

Polska „upomina” ambasador USA

Po liście ambasadorów akredytowanych w Polsce w sprawie LGBT, Polska poczuła się bardzo urażona. Do tego stopnia, że swoje urazy zechciała przedstawić ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher.

Polskie media napisały, że Mosbacher „została wezwana”, by wyjaśniła swoje stanowisko, a szczególnie sformułowanie, że Polska stoi po złej stronie historii. Polskie MSZ nie było już tak odważne: Mosbacher zjawiła się w polskim resorcie spraw zagranicznych z „wizytą”, jak twierdzi portal.wp.pl powołując się na takie właśnie słowa wiceministra Marcina Przydacza. Na oficjalnej stronie MSZ o spotkaniu z Mosbacher nie ma ani słowa.

Po słowach o złej stronie historii amerykańskiej namiestnik minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau odwołał wtorkowe zaplanowane z nią spotkanie i „przełożył na inny termin”, by spotkać się we czwartek, 1 października.

Odwaga polskiego MSZ ograniczyła się do sformułowania Przydacza, że „nie możemy się jednak zgodzić z ostatnimi działaniami i wypowiedziami ambasador Mosbacher, a zwłaszcza ze stwierdzeniem, że w kwestii LGBT jesteśmy po złej stronie historii”. Poza tym zapewnił, że polsko-amerykańskie partnerstwo jest silne i trwałe oraz że relacje ostatnio zostały „wzmocnione”.

Ambasador Mosbacher musiała tylko wysłuchać wyjaśnień w sprawie stanowisk w kontekście swoich ostatnich wypowiedzi.

„Polskie prawo gwarantuje niedyskryminacyjne traktowanie wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia, wyznania czy orientacji seksualnej (…) Historycznie Polska gwarantowała mniejszościom seksualnym dużo szersze prawa niż inne kraje i nigdy takich osób nie prześladowała”, z pewnością żartował minister Przydacz.

Niezależnie od uwag, jakie można mieć do sygnatariuszy listu ambasadorów, próba pokazania społeczeństwu, że Polska nawet USA gotowa jest zwrócić uwagę została zrealizowana w sposób, który musi bawić, a nie wywoływać szacunek do instytucji państwa polskiego.

Przysługa dla sojuszników

Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości co do lokajskiego statusu Polski wobec Stanów Zjednoczonych, to po przeczytaniu warunków stacjonowania amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, powinien je ostatecznie stracić.

Po i tak już dostatecznie kompromitujących negocjacjach, przypominających raczej pokorne błagania o stacjonowanie na polskiej ziemi obcych, amerykańskich wojsk, przyszedł czas na sfinalizowanie tej sprawy. Portal Onet dostarczył szczegóły umowy wojskowej z USA, dotyczącej statusu wojsk stacjonujących w Polsce.

Amerykanie postawili twarde warunki: przeniesienie dowództwa korpusu do Polski będzie możliwe tylko wówczas, jeżeli Polska przehandluje w zamian swój stan państwa suwerennego. Amerykańscy wojskowi będą zatem mieli szczególny status, którego najważniejszą cechą będzie wyłączenie personelu amerykańskiego spod polskiej jurysdykcji. Czego zatem nie wyczynialiby amerykańscy żołnierze z polskim mieniem i polskimi obywatelami na terenie Polski, nasze państwo nie będzie w tej sprawie miało nic do powiedzenia. Po przekroczeniu granic bazy, na jej teren nie będzie miała wstępu żadna państwowa służba, przedstawiciel polskich organów i najwyżsi nawet urzędnicy państwowi. Chyba, że łaskawie na ich wstęp zgodzi się dowództwo bazy. A doświadczenie stacjonowania amerykańskich żołnierzy np. w Japonii wskazuje, że poza nagminnie powodowanymi wypadkami drogowymi ze skutkami śmiertelnymi (czego doświadczyliśmy już w Polsce), bójki, gwałty i morderstwa są nierzadko spotykanymi formami zaznaczenia swojej obecności przez Amerykanów.

To oczywiście nie koniec. Zgodnie z wielomiesięcznymi prośbami Polski, by pozwolono nam zapłacić za budowę bazy z pieniędzy podatników, USA łaskawie wyraziły na to zgodę.

Całkowicie rozbrajającym jest twierdzenie zawarte w komunikacie, że najtrudniejszym elementem polsko-amerykańskich negocjacji był właśnie status amerykańskich wojsk w naszym kraju. Nie wiadomo dokładnie, na czym polegały te „trudności”, skoro Polska zgodziła się na wyłączenie władztwa swojego państwa nad części polskiego terytorium.

Zgodnie z tradycją, to amerykańska ambasador Georgette Mosbacher powiadomiła opinię publiczną o „zakończeniu negocjacji”, choć polska strona, w tym premier i prezydent dopiero mieli się zapoznać ze stanem rozmów. Polska dopiero po nagłośnieniu sprawy przez Mosbacher ogłosiła swój komunikat.

Jeżeli Polska będzie kiedyś jeszcze w stanie pisać własne podręczniki historii, nazwiska polityków, którzy podpisali się pod tym haniebnym porozumieniem, będą figurowały tam wytłuszczonym drukiem jako symbol służalczego stosunku do amerykańskiego hegemona.

Przed prezydenckie peregrynacje

Ryba psuje się od głowy, a zepsucie kierownictwa prowadzi do demoralizacji i upadku instytucji. A dokąd prowadzić będzie stara-nowa głowa naszego państwa?

To pytanie w wypadku (to nie pomyłka, rzeczywiście w wypadku) zwycięstwa Andrzeja Dudy ma charakter retoryczny i jedynie zastanawiać się należy gdzie jeszcze nas zaprowadzi pod światłym kierownictwem Jarosława Dobrej Zmiany Kaczyńskiego. Natomiast pozostała piątka poważnych kandydatów na prezydenta w swych programach i wystąpieniach prezentowała przede wszystkim antypisowską przyszłość, koncentrując się na najważniejszych problemach krajowych i uważając, że jest to najbardziej oczekiwany przez wyborców przekaz. I to zapewne prawda, ale Polska nie jest jakąś osamotnioną wyspą, a nasze rozliczne międzynarodowe uwarunkowania oznaczają konieczność traktowania polityki zagranicznej nie gorzej niż wewnętrznej.

Wszystkie nasze drogi zawsze prowadzą do Rzymu

Wiele lat temu w kampanii prezydenckiej należało zapewnić sobie życzliwość i poparcie w Rzymie, a po ewentualnym zwycięstwie udać się koniecznie do Watykanu. Dziś to już zupełne passe, bo czegoż można się spodziewać po papieżu Franciszku? W swoim czasie rolę Rzymu pełniła też Moskwa, na początku dla wielu z przekonania, a z latami coraz częściej tylko z wielokrotnej konieczności. Były oczywiście w tamtych czasach nieodzowne serwituty m. in. w postaci odznaczeń, w których lubował się Breżniew czy, dla świętego spokoju wpis do Konstytucji za czasów Gierka, co stanowiło zresztą tajemnice poliszynela. Ale miały też miejsce liczne kontrowersje, twarde polskie stanowiska i wymuszone przez nas porozumienia i rozwiązania. Poza Bierutem żaden kolejny polski przywódca w PRL-u nie okazał takich ton wazeliny na Kremlu jak ostatnio Duda w Waszyngtonie, pełniącym zresztą rolę kolejnego Rzymu. I to w nieprzymuszonej sytuacji. A w ostatnią sobotę na wieczornym wiecu w Starym Sączu kontynuował te swoje myśli-hołdy o współpracy z USA, wychwalając amerykańskie bezpieczeństwo i zupełnie zapominając, że jesteśmy w Unii Europejskiej.

Na pytanie Anity Werner z TVN gdzie by się udał w swoją pierwszą prezydencką podróż Władysław Kosiniak-Kamysz przedstawił nadzwyczaj bogatą trasę: Paryż, Berlin, Londyn i nadto dodał kraje skandynawskie. Zapomniał jeszcze o Pradze, gdyż tam właśnie schronić się musiał przed represjami Piłsudskiego legendarny przywódca PSL Wincenty Witos. Innych kandydatów o to nie pytano, a Rafał Trzaskowski zapewne wymieniłby Brukselę, choć zagranicznych wyczynów PiS nie odważył się skrytykować, potwierdzając pełną zgodność na amerykańskim kierunku.

Ten gorący ziemniak

jakim w kampanii byłby temat naszej polityki zagranicznej wszyscy kandydaci, poza poddańczym Dudą, najchętniej odrzuciliby jak najdalej. Ale nie był, poza standardowymi opiniami na temat Rosji (Duda zaplątał się z rządami PO i zajęciem Krymu, a Trzaskowski okazał sporą odwagę mówiąc o przywróceniu ruchu przygranicznego z obwodem kaliningradzkim) i płynącego stamtąd zagrożenia, bo taka jest obecnie poprawność polityczna, przemielone głowy Polaków, podporządkowanie interesom USA i obawa przed kontrą PiS.

Żaden z kandydatów gromko mówiąc o swojej niezależności i kreatywności jako prezydenta nie chciał dostrzec naszej awanturniczej polityki zagranicznej w stosunku nie tylko do Rosji, ale i do Niemiec i Francji. Nie mógł także zrozumieć bo wiedzieć przecież powinien, że gra w złą Rosję i jeszcze gorszego Putina to tylko jedna i mniej ważna, propagandowa strona rzeczywistości. Druga to, mimo rozlicznych sankcji, trwająca i owocna współpraca gospodarcza. Co prawda przeszkadza ona bardzo USA pragnącym zdominować rynki swoimi produktami, ale jakoś nie kłócili się ze sobą rosyjscy i amerykańscy kosmonauci na rosyjskiej zresztą stacji kosmicznej. Historyczny jakoby start statku Crew Dragon w misji NASA i SpaceX sprowadza się naprawdę do tego, że wreszcie po wielu latach Amerykanie nie będą musieli kupować rosyjskich silników kosmicznych. A dywersyfikacja z zakupem przez Polskę gazu oznacza jej zaprzeczenie, gdyż teraz będziemy go mieli tylko z jednego, ale za to droższego, amerykańskiego źródła. W każdej z opisanych i we wszystkich innych, podobnych sytuacjach nie idzie ani o zrywanie dotychczasowych sojuszy, ani też o jakieś ekstremalne rozwiązania, a tylko i aż o elementarną normalność i racjonalność.

Zapewne strategia I wyborczej tury niejako wymusiła określoną postawę kandydatów, to jednak od Roberta Biedronia, którego szanse na prezydenturę od samego początku były nikłe, można było się spodziewać odważnego i jasnego stanowiska w omawianej materii. Nie żeby w pierwszą prezydencką podróż udał się do Moskwy, a nie daj Bóg do Pekinu, ale aby na równi z innymi słusznymi hasłami prezentował konieczność suwerenności polskiej racji stanu i przede wszystkim naszych interesów. Na wzór Stanów Zjednoczonych i super bossa ich biznesu.

Top secret

Za pięknie płynącymi słowami kandydatów na prezydenta o godności, równości i szacunku dla wszystkich Polaków kryją się niewyartykułowane kwestie, z których tylko LGBT, przez głupią wpadkę sztabu wyborczego PiS, zostało publicznie nazwane, a następnie szybko wycofane, także po upomnieniu ambasady USA w Warszawie. Ale pozostało zbyt wiele innych, do których zaliczyć należy nadal obowiązujące ustawy dezubekiazacyjne i wszelkie ich dalsze pochodne i pokłosie, działalność Instytutu Pamięci Narodowej z jego prokuratorską i propagandową działalnością, który w konsekwencji jest od wielu lat jedną z głównych instytucji dzielących obywateli na lepszych i gorszych. Nie wspominam o stosunku do czasów i ludzi Polski Ludowej, o łamaniu Konstytucji i zawłaszczeniu systemu prawa bo to miało tzw. mniejszą nośność. Te tematy, także z uwagi na wyborczą grę w I turze nie odnalazły się w wypowiedziach kandydatów. Także Lewicy i Trzaskowskiego, co pierwsze przyjmuję z wielkim zdziwieniem, a drugie z niepokojem na przyszłość.

A co z tą mamoną?

W latach osiemdziesiątych nie tylko w mojej redakcji był zwyczaj wywieszania na tablicy ogłoszeń płacht kolejnego numeru gazety z zaznaczonymi na tekstach kwotami honorariów, które należały się autorom. Nikomu to nie przeszkadzało, było świadectwem transparentności decyzji, a nadto pewnym wzorem i dopingiem dla innych. Nie stanowiło żadnej tajemnicy ani wynagrodzenie redaktora naczelnego, ani na przykład, dla ciekawskich, I sekretarza jakiegoś partyjnego komitetu. Zresztą co to były za pieniądze w porównaniu do dzisiejszych lewizn w spółkach Skarbu Państwa, obsadzanych przez obecnych partyjnych prominentów.

Z nastaniem nowego ustroju tak się jakoś porobiło, że to wszystko stało się nadzwyczaj tajne, tak jakby nie pochodziło z obowiązujących przepisów, było przedmiotem niezgodnych z prawem poczynań i obawą do tłumaczenia się z nienależnych pieniędzy. I trwa to w najlepsze po dziś dzień, także na najwyższych szczeblach władzy, bo prezydent Andrzej Duda nie złożył na piśmie oświadczenia o wyrażeniu zgody na ujawnienie swojego oświadczenia o stanie majątkowym i dopiero po dłuższych targach mogliśmy je poznać. Natomiast premier Morawiecki zasłaniając się brakiem odpowiednich przepisów nie chce ujawnić odrębnego majątku żony, bo sami z siebie państwo Morawieccy tego wyjątkowo bohaterskiego czynu dokonać nie zamierzają. Nie wspominając już o nadzwyczajnych poborach w Banku Polskim dodać należy, że „Mamy dziurę, jakiej jeszcze nie widzieliśmy. Rząd robi wszystko, aby nie było jej widać” (Onet), a na dociekliwe pytania dziennikarzy rządzący odpowiadają nie na temat, albo lekceważącym milczeniem, tak jakby nie wiedzieli, że oczekuje na ich odpowiedź opinia publiczna.

Rafał Trzaskowski ujawnił dochody swojej rodziny, ale dużo ważniejszą, fundamentalną wręcz sprawą, będzie jego ewentualna dążność do powszechnego obowiązku tego aktu przez wszystkie osoby, wraz ze współmałżonkiem i dorosłymi dziećmi, zatrudnione w państwowych instytucjach. Za zawołaniem, że wszyscy jesteśmy równi kryje się też konieczność zakończenia powszechnego procederu lukratywnych posad dla swoich w państwowych spółkach, fundowanych przecież przez obywateli.

To idzie młodość !?

Jerzy Sawka w tekście „Idzie młoda zmiana” („GW”, 9.06.2020), pisze o nowym pokoleniu w polityce i kończy swoje wywody: „Tę zmianę pokoleniową w najoczywistszy sposób reprezentują kandydaci na prezydenta: Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Robert Biedroń, Władysław Kosiniak-Kamysz, Krzysztof Bosak…Po wyborach wszystkie partie czeka rekonstrukcja. Taki jest wymóg nowych czasów i taka będzie wola nowych liderów. Idzie zmiana. I to jest jak najbardziej OK.”

Z młodością zawsze był pewien kłopot, o czym świadczą zwoje papirusu ze starożytnego Egiptu, na których wyrażano krytyczną opinię o młodych i niepokój o przyszłość. Młodzi, co każdy rozumie, młodym nie równi o czym nie wie jednak Sawka wymieniając tylko liderów opozycyjnych partii, a nie wspominając o Zjednoczonej Prawicy. A tam młodych wilków w nadmiarze nie mówiąc już o Andrzeju Dudzie, który ma tyle samo lat co Rafał Trzaskowski. Przywilej młodości niewątpliwie liczy się w polityce, ale nie on zadecyduje jaka będzie Polska przez najbliższe pięć, a może i więcej, lat.

Nie jest prawdą

często zarzucaną kandydatom, że wypowiadają się jak premierzy, a nie prezydenci, którzy z racji prawnych swojego urzędu o wiele mniej mogą dokonywać zmian. Na przykładzie Andrzeja Dudy ta opinia jest zasadna, ale przy pozostałych mylna, bowiem najważniejszą sprawczą silą nowego prezydenta będzie zatrzymanie walca nieprawości PiS-owskich sejmowych głosowań, a to przy vecie z pałacu jest możliwe. Nadto pozostałe prerogatywy pozwalają na ustawodawcze inicjatywy, publiczne wypowiedzi, tworzenie i popieranie określonych grup społecznego nacisku i szereg innych poczynań budujących nowe fakty na politycznej scenie. Ale z przebiegu prezydenckich kampanii tego się nie dowiemy, bo wygłoszone liczne słowa potwierdzone zostaną, albo też nie, dopiero czynami.

Nowy prezydent Rzeczpospolitej

poprzez swoją aktywną postawę musi ponownie zdefiniować i czynem potwierdzać co znaczą takie podstawowe pojęcia jak prawda, wolność, demokracja, równość, tolerancja, sprawiedliwość, solidarność, szacunek, suwerenność. I z taką nadzieją pójdziemy do lokali wyborczych 12 lipca.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).