Anywhere but Westminster. Wielka Brytania oglądana z boku

Fot. kadr z serii „Anywhere but Westminster”, The Guardian

Wyobraźmy sobie, że Wielka Brytania na chwilę schodzi z mównicy. Wychodzi ze studia telewizyjnego, odkłada starannie wyuczone kwestie i pozwala sobie na rzadki luksus milczenia. Przestaje opowiadać o sobie językiem komunikatów, strategii i parlamentarnych rytuałów. W tej ciszy zaczyna być słychać coś innego. Rozmowy prowadzone bez mikrofonów, zdania urwane w pół myśli, frustracje wypowiadane półgłosem. Opowieść zaczyna się właśnie tutaj. Nie od tezy, lecz od przesunięcia spojrzenia. Od decyzji, by odwrócić kamerę od centrum władzy i sprawdzić, co zostaje, gdy znika centrum narracji.

Nie chodzi o ucieczkę w prowincjonalny pejzaż ani o poszukiwanie egzotyki codzienności. Chodzi o dotarcie do realnego centrum życia społecznego. Do miejsc, w których polityka nie jest debatą, lecz warunkiem egzystencji. Jest obecna w pracy i jej braku, w czynszu, w rozkładzie autobusów, w permanentnym poczuciu tymczasowości. Westminster, ze swoim językiem procedur i medialnych skrótów, jawi się z tej perspektywy jako osobny świat, coraz słabiej skomunikowany z resztą kraju. Wyłania się obraz Wielkiej Brytanii zmęczonej opowieścią o sobie samej, nieufnej wobec wielkich słów, lecz dalekiej od obojętności. To kraj, który nie chce już być interpretowany. Chce, by wreszcie na niego spojrzeć poza Westminsterem.

Ten gest wykonali John Harris i John Domokos, tworząc Anywhere but Westminster, cykl reportaży publikowanych na kanale YouTube „The Guardian”. Podróżują po Wielkiej Brytanii, rejestrując politykę i życie społeczne z perspektywy miejsc oddalonych od londyńskiego centrum władzy. To opowieść o doświadczeniach mieszkańców miast prowincjonalnych, o długim cieniu Brexitu, o nierównościach terytorialnych i o narastającym poczuciu wykluczenia z debaty prowadzonej w Westminsterze. Peryferie nie są tu tłem ani marginesem. Stają się kluczem do zrozumienia współczesnej Wielkiej Brytanii.

Forma jako komunikat: polityka bez studia

Już po kilku minutach staje się jasne, że w Anywhere but Westminster forma nie jest neutralnym opakowaniem treści. Jest jej pierwszym i najważniejszym komunikatem. Nie ma tu studia, nie ma stołów obłożonych ekspertami ani bezpiecznego dystansu kamery ustawionej na statywie. Kamera pozostaje w ruchu. Rozmowy toczą się na ulicach, w pubach, na osiedlach, w miejscach, które nie zostały zaprojektowane z myślą o polityce, a mimo to są nią nasycone. Nikt nie otwiera rozmowy gotową tezą. Nikt nie próbuje zamknąć jej w konkluzji. Padają zdania niepewne, czasem sprzeczne, często niedomknięte.

W jednym z odcinków rozmowa urywa się w pół zdania, gdy rozmówca musi wracać do pracy. Kamera nie domaga się pointy. Rejestruje przerwę. Ten drobny moment mówi więcej o kondycji politycznej kraju niż wiele analiz. To, co zwykle uchodzi za niedoskonałość formy, staje się jej siłą. Polityka przestaje być narracją porządkowaną w studiu i zamienia się w doświadczenie, które rozgrywa się fragmentarycznie i lokalnie. Jest obecna w tonie głosu, w pauzach, w zmęczeniu rozmówców.

Kanał sugeruje w ten sposób, że współczesna Wielka Brytania nie potrzebuje kolejnej wielkiej opowieści o sobie samej. Potrzebuje rejestru głosów, nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają, nawet jeśli nie składają się w spójną historię. W tym braku jedności ujawnia się prawda o kraju, który nie mieści się już w formacie telewizyjnego studia.

Wielka Brytania poza narracją sukcesu

W kolejnych odcinkach coraz wyraźniej rysuje się obraz kraju funkcjonującego poza oficjalną opowieścią o sukcesie. Powracają te same wątki, niezależnie od miejsca i rozmówców. Kryzys mieszkaniowy, który nie jest już przejściowym problemem, lecz trwałym stanem. Niskie płace i praca pozbawiona stabilności, rozciągnięta między umowami czasowymi a nieustanną niepewnością. Stopniowe zanikanie usług publicznych, widoczne w zamykanych bibliotekach, przeciążonych przychodniach i transporcie publicznym, który przestaje być oczywistością. Nad wszystkim unosi się poczucie utknięcia. Wrażenie, że życie toczy się w trybie oczekiwania na poprawę, która nie nadchodzi.

Nie jest to jednak obraz kraju upadłego ani pogrążonego w dramatycznym kryzysie. To raczej Wielka Brytania trwale przeciążona, zmuszona do funkcjonowania w warunkach chronicznego niedoboru. Brakuje mieszkań, czasu i elementarnego poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego, ale brak ten został już wchłonięty przez codzienność. Społeczeństwo nauczyło się adaptować, regulować oczekiwania, obniżać ambicje. Normalność została przedefiniowana.

Ten obraz pozostaje w ostrym kontraście z londyńskimi debatami o wzroście, innowacyjności i globalnej pozycji kraju. Tam dominuje język strategii i aspiracji. Tu doświadczenie ograniczeń. Między tymi dwiema narracjami rozciąga się przepaść, którą Anywhere but Westminster konsekwentnie odsłania, pokazując Wielką Brytanię nie jako projekt sukcesu, lecz jako rzeczywistość zarządzaną w trybie permanentnego niedomiaru.

Polityka jako rozczarowanie, nie bunt

Najbardziej uderzające w tych rozmowach jest to, czego w nich nie ma. Nie ma rewolucyjnego tonu. Nie ma patosu sprzeciwu ani potrzeby obalania systemu. Zamiast gniewu pojawia się zmęczenie. Rozmówcy nie krzyczą, nie domagają się natychmiastowej zmiany, nie wierzą już nawet w siłę własnego oburzenia. Mówią spokojnie, czasem z ironią, częściej z rezygnacją. Polityka przestała być dla nich polem walki. Stała się tłem codziennego wysiłku i kolejnym źródłem rozczarowania, z którym trzeba nauczyć się żyć.

Wyraźnie słychać brak wiary w partie głównego nurtu, zarówno te, które od lat sprawują władzę, jak i te, które aspirują do jej przejęcia. Obietnice brzmią znajomo i coraz mniej wiarygodnie. Każda kolejna kampania zdaje się powtarzać te same frazy, nie zmieniając doświadczenia dnia powszedniego. Wybory pozostają rytuałem, lecz tracą znaczenie jako moment realnego przełomu. Głosowanie nie budzi już nadziei. Najwyżej poczucie obowiązku.

To istotne przesunięcie względem nastrojów, które towarzyszyły Brexitowi. Ówczesny gniew był głośny, mobilizujący, pełen iluzji sprawczości. To, co widzimy dziś, jest stanem po gniewie. Emocjonalnym wypaleniem politycznym, w którym energia buntu została zużyta, a w jej miejsce pojawiła się chłodna świadomość ograniczeń.

Brexit jako tło, nie centrum

Brexit w tych rozmowach niemal nigdy nie powraca jako ideologiczny spór ani jako punkt odniesienia, wokół którego buduje się polityczną tożsamość. Nie jest już osią podziału ani źródłem emocjonalnej mobilizacji. Pojawia się raczej na obrzeżach wypowiedzi, mimochodem, jako fakt dokonany, który został wchłonięty przez codzienność. Gdy ktoś o nim wspomina, robi to bez patosu i bez potrzeby usprawiedliwiania dawnych wyborów. Brexit jawi się jako obietnica, która nie przełożyła się na realną poprawę warunków życia.

Wielka Brytania przedstawiona w tym kanale jest mentalnie postbrexitowa. Spory sprzed lat straciły swoją wyjaśniającą moc, a wielkie hasła nie są już w stanie organizować doświadczenia społecznego. Uwaga rozmówców koncentruje się na tym, co bezpośrednio dotyka ich codziennego życia. Koszty utrzymania, dostępność mieszkań, jakość opieki zdrowotnej i transportu publicznego wypierają dawne debaty o suwerenności i globalnej roli kraju. Brexit staje się jednym z elementów krajobrazu rozczarowań, a nie kluczem do jego zrozumienia.

Centrum i peryferie: fałszywa opozycja

Największym uproszczeniem byłoby odczytanie tych reportaży jako kolejnej opowieści o konflikcie centrum z peryferiami. Anywhere but Westminster nie przeciwstawia prowincji Londynowi. Pokazuje, że rzeczywista linia podziału przebiega gdzie indziej. Między światem codziennego doświadczenia a światem politycznej reprezentacji. Westminster nie funkcjonuje tu jako centrum kraju w sensie społecznym. Jest osobnym ekosystemem, coraz słabiej zakorzenionym w realiach życia.

Ten świat rządzi się własną logiką. Dominuje w nim język procedur, który zastąpił rozmowę o konsekwencjach decyzji. Medialna autoreferencyjność sprawia, że politycy i komentatorzy mówią głównie do siebie nawzajem. Polityka przybiera formę spektaklu przeznaczonego dla wtajemniczonych. Poza tym kręgiem toczy się jednak życie, które nie mieści się w tym formacie i coraz wyraźniej wymyka się temu językowi.

Media i reprezentacja: kto ma prawo mówić

Dziennikarze rezygnują tu z roli ekspertów. Nie porządkują świata w gotową interpretację. Są pośrednikami. Zadają pytania i słuchają. Pozwalają rozmowom toczyć się własnym rytmem, nawet wtedy, gdy prowadzą donikąd albo ujawniają sprzeczności. Ta powściągliwość nie jest brakiem kontroli, lecz świadomym gestem oddania głosu tym, którzy zazwyczaj pozostają poza kadrem.

Wielka Brytania wyłania się tu jako zbiór głosów, które rzadko mają dostęp do języka mediów ogólnokrajowych. Nie dlatego, że są mniej interesujące, lecz dlatego, że nie mieszczą się w obowiązujących formatach. Ich doświadczenia są zbyt konkretne, zbyt niejednoznaczne, zbyt mało widowiskowe. A jednak to one składają się na rzeczywisty obraz kraju.

Wielka Brytania jako kraj w trybie tymczasowym

Z tych rozmów wyłania się Wielka Brytania żyjąca w trybie, który miał być przejściowy, a stał się trwały. Tymczasowość przestała być epizodem. Stała się mechanizmem organizującym codzienność. Tymczasowe umowy, tymczasowe rozwiązania, tymczasowe obietnice. Życie społeczne toczy się w zawieszeniu.

Nie jest to kryzys jednego rządu. To stan strukturalny, który zmienia relację obywateli z państwem. Stabilność przestaje być obietnicą wspólnoty. Staje się prywatnym luksusem.

Polityka po Westminsterze

Na jednym z ujęć kamera zatrzymuje się przy przystanku autobusowym. Wczesny poranek. Kilka osób stoi obok siebie, w niewielkich odstępach. Różne płaszcze, różne torby, różne tempo poranka. Ktoś poprawia rękaw, ktoś inny przesuwa się o krok, żeby zrobić miejsce. Przez chwilę wszyscy po prostu stoją.

Autobus podjeżdża. Drzwi otwierają się. Ktoś wsiada pierwszy, ktoś chwilę później. Jedna osoba przytrzymuje drzwi ułamkiem sekundy dłużej. Inna odruchowo cofa się o pół kroku. Ruch jest płynny, bez słów, jakby od dawna był ćwiczony.

Kamera zostaje na przystanku. Pusta ławka. Rozkład jazdy lekko poruszany wiatrem. Po chwili cisza wraca na swoje miejsce.

Piotr Biegasiewicz

Filozof, prawnik, księgowy i nauczyciel akademicki. Absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz The Open University (Wielka Brytania). Autor artykułów oraz książki Liberalizm w Polsce. 1980–1997, poświęconej polskiemu liberalizmowi. Publikował m.in. w „Twórczości”, „Przeglądzie”, „Forum Akademickim”, „Akcencie”, „Ricie Baum”, „Zeszytach Poetyckich”, „Dzikim Życiu” oraz „Przeglądzie Prawosławnym”. Laureat wielu konkursów literackich. Aktualnie pracuje nad doktoratem poświęconym socjologii pracy.

Poprzedni

Ponad 1,2 mld chińskich użytkowników 5G

Następny

Liga supermemów