Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala. W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów. Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska. Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej. Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.
Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii. O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Oliver Craig (RemaIn): – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?
Dominic Cumming (Leave):- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.
– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.
– Tak…
– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…
– Tylko odkryliśmy.
– Rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?
– Wasi eksperci mieli swój plan…
– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.
– Wcale nie.
– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.
– Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.
– Szczujecie ich.
– Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.
– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?
– Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?
– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.
– Zmiany cieszą.
– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?
– … brakuje mi snu. Chcę spać.
– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?
– Tak. Ty masz dwie córki?
– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.
– Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.
– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.
Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa. PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie, to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Wydadzą Assange’a

– Ta decyzja należy do sądu, ale minister spraw wewnętrznych ma ważną rolę do odegrania i chcę, aby doprowadzono do triumfu sprawiedliwości we wszystkich sytuacjach. Otrzymaliśmy prawidłowy wniosek o ekstradycję, więc go podpisałem, ale ostateczna decyzja zależy od sądów – powiedział minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Sajid Javid. Sprawiedliwość ma „zatriumfować” w sprawie Juliana Assange’a.

Na antenie czwartego kanału BBC Javid dodał jeszcze, że jego zdaniem Australijczyk słusznie trafił za kratki.
Decyzja ministra otwiera sądom drogę do wyrażenia zgody na to, by twórca WikiLeaks, demaskator amerykańskich zbrodni wojennych w Iraku i Afganistanie został wydany Stanom Zjednoczonym. Tam jego los jest praktycznie przesądzony. Departament Sprawiedliwości wysunął przeciwko niemu 18 zarzutów, w tym o szpiegostwo, publikowanie informacji niejawnych, nakłanianie do tego oraz o udział w spisku, którego celem było włamanie do rządowego komputera.
– Zostanie zapamiętana jako najgorszy atak na wolność prasy za naszego życia – tak o sprawie Assange’a mówił redaktor naczelny WikiLeaks Kristin Hrafnsson. – Ludzie powinni wyrazić swe potępienie: to ich politycy, ich sądy, policja i więzienia zostały skandalicznie nadużyte, by zrobić czarną plamę na naszej historii.
Nils Melzer, specjalny wysłannik ONZ ds. tortur, oświadczył, że obawia się o życie Juliana Assange’a i wzywał do jego „natychmiastowego” uwolnienia. Zauważył również, że w ciągu dwudziestu lat pracy na tym stanowisku nigdy jeszcze nie widział, by kilka demokratycznych państw wspólnymi siłami „izolowało, demonizowało i wyrządzało krzywdę” jednemu człowiekowi.
Ostateczne decyzje w sprawie dziennikarza nie zapadną jednak szybko. Kolejny raz sąd najprawdopodobniej zbierze się za kilka miesięcy, a od jego decyzji będzie przysługiwała apelacja.
W USA Julianowi Assange’owi grozi wyrok 175 lat więzienia (czyli dożywocie) albo kara śmierci. Będzie sądzony na podstawie Espionage Act, prawa z okresu I wojny światowej. Najbardziej demokratyczne państwo świata nie odpuszcza tym, którzy mówili o nim prawdę.

Waszyngton przeciw Corbynowi

Stany Zjednoczone nie ustają w walce z „czerwoną zarazą”. Tym razem kontrrewolucyjna czujność wykryła zagrożenie w Zjednoczonym Królestwie. Tam bowiem do przejęcia władzy szykuje się najbardziej popularny lewicowy polityk w Europie, socjaldemokrata w starym stylu – Jeremy Corbyn. Sekretarz Stanu Mike Pompeo, który wraz z gł. doradcą d/s bezpieczeństwa Johnem Boltonem, tworzą mroczny duet animatorów amerykańskiej polityki zagranicznej, ogłosił, że można corbynowskiemu widmu spróbować zaradzić.

Pompeo dokonał obwieszczenia w intymnej atmosferze, podczas kameralnego spotkania z, jak pisze „The Times”, „żydowskimi przywódcami” (Jewish leaders) w Nowym Jorku. Do prasy – najpierw do The Washington Post – trafiło nagranie, na którym słychać jak amerykański „dyplomata” nr jeden opowiada o tym, że Waszyngton może „odeprzeć” (push back) kierownictwo brytyjskiej Partii Pracy. Deklaracja ta padła odpowiedzi na pytanie, co USA zamierzają zrobić w razie ewentualnego wyboru oskarżanego o antysemityzm Jeremy’ego Corbyna na premiera Wielkiej Brytanii.
„Musicie wiedzieć, że nie będziemy po prostu czekali, aż to się wydarzy. Zaczniemy dawać odpór wcześniej. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Bo gdy już się to wydarzy, to będzie to zbyt trudne i zbyt ryzykowne” – słychać komentarz Pompeo w odniesieniu do prawdopodobnego zwycięstwa Partii Pracy w najbliższych wyborach parlamentarnych i nominacji Corbyna na premiera tego kraju.
Wypowiedź ta wywołała powszechne oburzenie w Zjednoczonym Królestwie, zwłaszcza na lewicy. Rzecznik prasowy Partii Pracy powiedział, że „zachowanie prezydenta Trumpa i jego urzędników jest niedopuszczalną ingerencją w demokratyczny proces polityczny” w Wielkiej Brytanii i dodał, że Pompeo „nie będzie decydował o tym, kto zostanie premierem” w jego kraju.
Mike Pompeo, konserwatywny ekstremista i wiodący „jastrząb”, wielokrotnie wcześniej krytykował Corbyna m. in. za poparcie dla legalnego rządu Wenezueli. Na wspólnej konferencji z konserwatywnym ekstremistą z Wielkiej Brytanii, szefem Foreign Office Jeremym Huntem, po raz kolejny przypomniał, iż „napawa odrazą fakt, że są tacy politycy, nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii, którzy popierają morderczy reżim Maduro”.
Departament Stanu wciąż nie wydał oficjalnego komentarza dotyczącego wyciekłego do mediów nagrania.
Tymczasem w Wielkiej Brytanii decyduje się, kto będzie szefował torysom – głównym rywalom Partii Pracy. O przejęcie schedy po Theresie May ubiega się dziesięciu polityków. Nie wszystkie te kandydatury mają wprawdzie realne szanse – aby wstąpić w szranki walki o stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej kandydat musi zapewnić sobie poparcie ośmiu deputowanych, jest więc to warunek stosunkowo łatwy do spełnienia.
Zdecydowanym faworytem jest były minister spraw zagranicznych i burmistrz Londynu Boris Johnson – postać dość kontrowersyjna wśród torysów, ale mająca realną charyzmę. Johnson jest zagorzałym zwolennikiem brexitu, a w sytuacji, gdyby nie udało się renegocjować korzystniejszych dla Wielkiej Brytanii warunków opuszczenia Unii – gotów jest na „twardy brexit”. Biorąc pod uwagę, że warunki jakie postawiłby Brukseli Johnson, jego wybór na szefa partii – i w konsekwencji także szefa rządu – prawdopodobnie przesądziłby o takiej właśnie opcji. Dodać trzeba także, iż Johnson jest zdecydowanym faworytem Donalda Trumpa, który zachęca otwarcie Londyn do „twardego brexitu”, a na dodatek sam jest figurą bardzo
„trumpoidalną”.
Głównym rywalem Johnsona wydaje się obecny minister spraw zagranicznych Jeremy Hunt – bardziej modelowy torys, czyli konserwatysta–neoliberał ekonomiczny, z doświadczeniem w sektorze prywatnym, zwolennik niskich podatków dla firm, demontażu polityki społecznej państwa, zaś w sferze polityki zagranicznej – równie euroatlantycki jak Johnson. Hunt jednak nie patrzy na perspektywę „twardego brexitu” tak nonszalancko jak Johnson, chciałby renegocjować umowę z Brukselą co – zauważmy – prawdopodobnie nie będzie i tak wchodziło w grę, bowiem Unia w tej sprawie wypowiedziała się bardzo konkretnie: powrotu do zamkniętych negocjacji nie będzie. W sumie jednak politycznie i Hunt i Johnson reprezentują bardzo podobne stanowisko, a to co ich różni to głównie temperament i imaż.
Pozostała ósemka kandydatów na następcę Theresy May to minister środowiska Michael Gove, minister spraw wewnętrznych Sajid Javid, minister zdrowia Matt Hancock, minister rozwoju międzynarodowego Rory Stewart, były minister do spraw brexitu Dominic Raab, była minister pracy Esther McVey oraz Andrea Leadsom i Mark Harper, którzy sprawowali w partii różne funkcje, ale nie mają doświadczenia w rządzie. W sumie zatem – jeśli wśród torysów nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego zwrotu – najprawdopodobniej wszystko zmierza ku „twardemu brexitowi”, z tą tylko różnicą, że albo Zjednoczone Królestwo wkroczy w niego radośnie, czy też owijając go we frazeologiczną bawełnę i udając, że inaczej być nie mogło.

Koniec epoki May

Brytyjczycy głosowali w wyborach do Europarlamentu trzy dni wcześniej niż Polacy. Niechciane wybory – bo przecież ich zorganizowanie było wymuszone jedynie przesunięciem terminu dokończenia procedury brexitu – mogą zachwiać sceną polityczną w Zjednoczonym Królestwie.

W chwili gdy Czytelnicy będą mieli to wydanie w rękach, będą znane przynajmniej częściowe wyniki, wszystko jednak wskazuje na to, że nie będą bardzo różne od sondaży, a te wskazywały wprost na klęskę tak torysów jak i labourzystów – dwu głównych partii, które przez dziesięciolecia dominowały na brytyjskiej scenie politycznej.
Według ostatnich prognoz sprzed głosowania największa grupa wyborców – 37 proc. poprze eurosceptyczną Partię Brexitu Nigela Farage’a. Na drugim miejscu znaleźliby się proeuropejscy Liberalni Demokraci – z poparciem na poziomie 19. Deklarowane poparcie 13 proc. dla Partii Pracy to faktycznie klęska – jeszcze niedawno ugrupowanie Jeremy’ego Corbyna liczyło – i to mając po temu całkiem realne podstawy – że w ewentualnych wyborach parlamentarnych zdobędzie większość absolutną i zastąpi torysów jako partia rządząca. Los tych ostatnich zapowiada się jeszcze gorzej – na Partię konserwatywną deklarowało oddanie głosu zaledwie 7 proc. wyborców. Mniej niż na zupełnie marginalnych w Wielkiej Brytanii Zielonych (12 proc.). I labourzyści i konserwatyści płacą więc wysoką cenę za brak porozumienia w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej. A ten temat ewidentnie zdominował preferencje wyborców oczekujących jasne postawienie sprawy brexitu.
Niepowodzenie ostatniej, podjętej przez premier Theresę May na początku tygodnia, próby przełamania impasu w sprawie uzgodnionej z Komisją Europejską umowy wzbogaconej o furtkę otwierającą możliwość powtórnego referendum, w przypadku takiego ciosu, jaki torysom zadadzą wyborcy, prawdopodobnie będzie oznaczał jej rezygnację.
Wczorajsze wybory najwyraźniej dla głosujących namiastką referendum, więc wyniki niekoniecznie oddają preferencje polityczne Brytyjczyków. W wyborach parlamentarnych – czy to Królestwie będącym częścią Unii, czy też nie – decydującą wagę będą miały już inne, tradycyjne tematy, dotyczące polityki społecznej, gospodarczej i itp., co prawdopodobnie pozwoli w jakiś sposób odbudować pozycję tak labourzystom jak i konserwatystom, ale nie da się ukryć – tymczasem tak dla jednych, jaki dla drugich, zanosi się na pierwszorzędną klęskę wizerunkową.

Polany

Lider brytyjskiej Brexit Party, a wcześniej szef UKiP, brytyjskiej neotradycjonalistycznej i antyunijnej prawicy Nigel Farage został potraktowany napojem chłodzącym po jednym ze swoich wieców. Opinia publiczna, w tym lewicowa, jest bardzo podzielna, co do oceny incydentu.

Do osobliwej scenki rodzajowej doszło w angielskim mieście Newcastle, położonego nad rzeką Tyne, nieopodal jej ujścia do Morza Północnego. Tam właśnie Nigel Farage, charyzmatyczny przywódca populistycznej brytyjskiej prawicy wygłosił specjalne przemówienie na okoliczność zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ze względu na ustawiczne przekładanie terminu faktycznego wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, brytyjskie stronnictwa wezmą udział w najbliższych eurowyborach. Największe szanse ma właśnie świeżo założona przez Farage’a Brexit Party. Ugrupowanie to prowadzi we wszystkich sondażach.
Po wystąpieniu w stronę Farage’a poleciał mleczny napój chłodzący, jak się później okazało był to szejk o smaku bananowym z dodatkiem słonego karmelu. Wykonany rzut był bardzo celny. Prawicowy polityk wyglądał komicznie.
Do napaści przyznał się Paul Crowther, mieszkaniec Trockley. Został zatrzymany na miejscu przez policję i później aresztowany. Nie stawiał oporu. W rozmowie z dziennikarzami powiedział, że o wizycie Farage’a w Newcastle dowiedział się przypadkiem i uznał, że to jego „jedyna szansa”. Wyjaśnił także, że „jad i rasizm, które wypluwa ten człowiek są o wiele bardziej szkodliwe, niż kilka kropel mlecznego koktajlu na jego garniturze”.
O ile trudno mieć wątpliwość, co do tego ostatniego stwierdzenia, o tyle zdania dotyczące postępowania Crowthera są bardzo podzielone. W sieciach społecznościowych i na wielu forach spiera się również lewica. Do głosu coraz częściej dochodzą przytomne, do niedawna niemal nieobecne w liberalno-demokratycznym i lewicowym dyskursie na Zachodzie, opinie o konieczności zaniechania happeningowych, agresywnych form działania wobec coraz wyraźniej dominującej prawicowej narracji politycznej. Zdaniem wielu brytyjskich aktywistów rozmaitych organizacji o różnych odcieniach czerwieni pora skupić się na wypracowaniu przekonywających argumentów, a nie symbolicznym sprzeciwie.

Labour zielenieje

W zakończonych niedawno wyborach samorządowych Partia Pracy utraciła część mandatów na rzecz Zielonych. Jednak dwa dni wcześniej zdołała skłonić cały brytyjski parlament do przyjęcia uchwały o historycznym znaczeniu – pierwszej takiej na świecie. Dzięki niej ma szanse stanąć na czele potężniejącego ruchu na rzecz ratowania kraju przed katastrofą klimatyczną i w ten sposób odzyskać wielu lewicowych wyborców, których utraciła m.in. na skutek własnej bezradności w kwestii brexitu.

Nie sposób nadal pytać, „czy” światu i Europie grożą poważne skutki zmian klimatycznych”. Raporty ONZ i organizacji takich jak Greenpeace to jedno. Natomiast po tym, jak trzy podmioty w branży ubezpieczeniowej opublikowały raport z badania na temat najkosztowniejszych ryzyk, z którymi mierzyć się musi sektor finansowy, odpowiedź może być wyłącznie twierdząca. Trudno nie wierzyć tym, których powołaniem jest liczenie, ile na czym zyskają, a ile stracą. A raporty szacownych organizacji, owszem, ukazują się i to coraz ciekawsze: w jednym z najnowszych ONZ tłumaczy, że jest już za późno na ratowanie ekosystemów, jakie znamy. Nastawić się trzeba na ratowanie samej ludzkości (przyjmując założenie, że stanowi ona dla świata jakąś wartość).
W Wielkiej Brytanii zapanował klimat do poważnej debaty o klimacie, a nawet do podjęcia stanowczych działań mających na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym.
Jak pokazał sondaż przeprowadzony przez ośrodek Opinium związany z magazynem „The Observer”, 63 proc. Brytyjczyków jest zdania, że znajdują się w stanie „klimatycznego stanu wyjątkowego” (climate emergency), 64 proc. uważa, że rząd jest odpowiedzialny za podjęcie działań w związku ze zmianami klimatu, zaś aż 76 proc. jest gotowych głosować w wyborach tak, żeby chronić klimat i naszą planetę. Nic dziwnego, że po temat od razu sięgnęli laburzyści, którzy cały czas szukają sposobu na zdobycie decydującej przewagi sondażowej nad torysami. Niezdecydowanie w sprawie brexitu kosztowało ich duży spadek zaufania wśród młodych. Możliwe więc, że bicie na alarm w sprawie przyszłości Ziemi pozwoli im odrobić straty. Zwłaszcza, że nośny eko-motyw opakowali w bardzo równościową, nawet antykapitalistyczną retorykę.
Przełomem w rozbudzaniu ogólnokrajowej świadomości okazały się młodzieżowe strajki klimatyczne, które przetoczyły się przez Europę w marcu i kwietniu protesty w Londynie przeprowadzone przez Extinction Rebellion. To oddolny, niehierarchiczny ruch dążący do wywołania niezwłocznej, systemowej przemiany w podejściu decydentów i całego społeczeństwa do zmian klimatu poprzez nacisk na polityków metodą masowego, pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego, inspirowany m.in. Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem. Kiedy w dniach 15-19 kwietnia aktywiści ER urządzili serię okupacji newralgicznych miejsc Londynu i innych brytyjskich miast, policja w samej stolicy aresztowała ponad 680 osób. Opinia publiczna stanęła po stronie ekobuntowników, a wielu komentatorów nie zostawiło na premier Theresie May suchej nitki za to, że odmówiła spotkania z protestującymi, wśród których znalazła się słynna 16-letnia Greta Thunberg.
Zgodnie z wymową swojej nazwy Momentum, lewicowa frakcja Partii Pracy, niezmordowanie „pompująca” wszelkie postępowe rozwiązania w łonie partii, postanowiła skorzystać z pędu sytuacji politycznej i połączyć siły z zyskującym na popularności ER, by skłonić kierownictwo Labour do zdecydowanych działań.
Udało im się to, bo prawdopodobnie laburzyści, dzięki odmłodzeniu aktywu po objęciu kierownictwa przez Jeremy’ego Corbyna, orientują się już, że w kręgach lewicowych dyskurs równościowy coraz ściślej się zrasta ze świadomością klimatyczną.
Inspiruje ich też popularność, jaką wśród progresywnych Amerykanów zyskała koncepcja Green New Deal (Nowego Zielonego Ładu).
W konkretnej postaci sprowadziła się do rezolucji, którą nowa „gwiazda” Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez i senator Edward Markey starali się przeforsować przez Kongres. Projekt ich uchwały kreślił wizję, która łączyła kryzys klimatyczny z kryzysem społecznym w USA, podkreślała że głównymi ofiarami skutków ocieplenia klimatu i niszczenia ekosystemów są osoby ubogie i wykluczone, w największym stopniu narażone na zanieczyszczenie środowiska, niezdrową żywność i słaby dostęp do służby zdrowia. W myśl tej idei – w pewnym stopniu zbieżnej z rodzącą się od niedawna koncepcją ekosocjalizmu – odnowa klimatyczna musi wiązać się nierozerwalnie z polityką równościową i przezwyciężeniem dzikiego korporacyjnego kapitalizmu poprzez aktywny udział państwa w uruchomieniu masowych inwestycji w „zielone technologie”, które tworzyłyby nowe miejsca pracy i podnosiły jakość życia mas. Nieprzypadkowo zdecydowano się na nawiązanie do New Dealu z lat 30. XX w. Jednocześnie rozwiązania proponowane przez Markey i Ocasio-Cortez nacechowane są podobnymi wadami co projekt prezydenta F.D. Roosevelta, czyli podejściem technokratycznym, proponującym „kapitalizm z ludzką twarzą”, tylko tym razem „zielony”.
Rezolucja została ostatecznie odrzucona zarówno przez Izbę Reprezentantów jak i przez senat, w którym poniosła wręcz miażdżącą porażkę: zero głosów „za”. Nic to dziwnego w epoce Donalda Trumpa, kiedy lobby producentów paliw kopalnych czuje się w Kongresie jak ryba w wodzie. GND okazał się jednak pomysłem bardzo ożywczym dla amerykańskiej lewicy i zainspirował wiele oddolnych zielono-równościowych inicjatyw lokalnych, a nawet pozwolił na popularyzację idei znacznie bardziej postępowych niż zapisy samego projektu uchwały: zarówno eko– jak i socjalistycznych.
Inicjatywa parlamentarna Partii Pracy podjęta pod naciskiem „buntowników klimatycznych” i własnych „dołów” powstała w odmiennych okolicznościach. Po pierwsze: ekologiczna świadomość Brytyjczyków. Po drugie: miażdżąca krytyka, jaka spadła na głowy konserwatywnego rządu za ich skandaliczną indolencję na polu programu dla klimatu – o czym później.
1 maja laburzystom udało się w ten sposób przeforsować w Izbie Gmin pierwszą na świecie parlamentarną deklarację o „klimatycznym stanie wyjątkowym”.
Jej najważniejszym punktem jest przyjęcie 2050 r. za termin wdrożenia gospodarki zeroemisyjnej. To znacznie wyższe ustawienie poprzeczki niż to przyjęte przez obecny rząd, które zakładało, że do połowy stulecia nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla o 80 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r.
Sam tekst rezolucji zgodnie popartej przez obie główne partie nie zapiera tchu w piersiach. Jest krótszy, bardziej ogólnikowy i lakoniczny niż rezolucja Ocasio-Cortez i Markeya. Utrzymany jest tylko w bardziej alarmistycznym tonie, dającym do zrozumienia, że Wielka Brytania już teraz znajduje się w dramatycznym kryzysie ekologicznym. Najbardziej liczy się fakt parlamentarnego konsensusu co do jej brzmienia.
Okazało się, że lewica potrafi narzucić czasem swoją hegemonię nawet w warunkach sprawowania pełni władzy przez konserwatystów.
Liczy się też fakt, że niezależnie od dosłownej treści deklaracji, laburzyści – przede wszystkim sam Corbyn – starali się dorobić do niej bardziej radykalne „ideolo”, niż wynika to z samego tekstu. Równościowa, a nawet antykapitalistyczna wymowa pobrzmiewała w publicznych wypowiedziach na ten uchwały i w komunikatach w mediach społecznościowych.
Przemawiając 1 maja w parlamencie Corbyn kładł nacisk na światowe znaczenie ogłoszenia przez Wielką Brytanię klimatycznego stanu wyjątkowego. Wyraził nadzieję, że decyzja ta pozwoli „uruchomić falę działań ze strony rządów i parlamentów całego świata”.
– Nie możemy już marnować czasu. Znaleźliśmy się w stanie kryzysu klimatycznego, który niebezpiecznie wymknie się nam spod kontroli, o ile natychmiast nie podejmiemy szybkiego, zdeterminowanego działania – kontynuował lider Labour.
To zdecydowanie inna wizja światowego przywództwa, niż choćby wyobrażenia przyświecające Donaldowi Trumpowi w jego scenariuszu powrotu „wielkiej Ameryki”. Przemawiając do tłumu oczekującego na decyzję parlamentu Corbyn wypowiedział jeszcze następujące słowa:
– Sama deklaracja stanu wyjątkowego oznacza, że rozumiemy jego znaczenie. Chodzi jednak o to, co dalej. Chodzi o zieloną rewolucję przemysłową. W przeciwieństwie do poprzednich rewolucji przemysłowych, korzyści z których – tak jak kapitał – płynęły do wąskiej grupy, korzyści z tej rewolucji popłyną do wszystkich.
Można przyjąć, że determinacja klimatyczna stała się więc integralną częścią składową laburzystowskiego programu równościowego przekształcenia społeczeństwa i socjalnego przekształcenia stosunków gospodarczych – jeżeli uznać, że słowo „socjalistyczne” jest tu na wyrost.
Partii Pracy udało się bardzo zręcznie wykorzystać narastającą w kraju ekoświadomość i dokonała ona przy tej okazji wzmocnienia tej tendencji. Już wcześniej bowiem klimatyczny stan wyjątkowy ogłaszano na różnych poziomach lokalnych, w konkretnych miejscowościach – były to jednak małe inicjatywy.
Tymczasem kilka dni wcześniej deklarację zbliżoną do laburzystowskiej przyjął parlament Walii.
Z kolei dzień po rezolucji ogólnokrajowej, swój klimatyczny stan wyjątkowy ogłosił parlament Szkocji. Tu plan na przyszłość został określony nawet bardziej ambitnie: zero emisji do 2045.
Jeżeli dochodzi już do „wyścigów” na cele redukcyjne, znaczy to, że Brytyjczyków – na kilku poziomach organizacji społeczeństwa – rzeczywiście porwało „zielone uniesienie”. To wyraźna tendencja polityczna i partia Corbyna bardzo słusznie robi, starając się ją spożytkować poprzez wysforowanie się na czoło ruchu klimatycznego. Wybory lokalne, które odbyły się w części brytyjskich okręgów dwa dni po deklaracji, okazały się co prawda niekorzystne dla Labour i to właśnie dlatego, że część wyborców partii odpłynęła do Zielonych. Tak czy inaczej świadczy to o słuszności obranego kierunku. Trudno jednocześnie oczekiwać, że niekorzystna dla Partii Pracy decyzja wyborcza, która najpewniej wcześniej wynikła z rozczarowania „nieogranięciem” partii na obszarze klimatycznym, może zostać odwrócona w ciągu jednego dnia.
Największą słabością deklaracji klimatycznej laburzystów jest bez wątpienia fakt, że nie jest ona w żadnym stopniu wiążąca prawnie – nie jest ustawą.
Nie oznacza to jednak, że jest zawieszona w próżni, bo stoi za nią mobilizacja wciąż rosnącej części społeczeństwa – to w istocie jest ważniejsze niż zapis na papierze. Niezbicie dowodzi tego kompromitacja torysów na polu polityki klimatycznej, która obecnie tylko potęguje kompromitację ogólną potwierdzoną przez ich fatalny wynik w wyborach samorządowych. Inicjatywa Partii Pracy była odpowiedzią na kolejną aferę z udziałem partii rządzącej, która wybuchła niedługo wcześniej. W 2015 r. rząd przeznaczył 100 mln funtów na modernizację brytyjskich autostrad pod kątem obniżenia emisji zanieczyszczeń powietrza. Pieniądze te miały być wydane zgodnie z celami do 2020 r. Protokoły do których dotarł „Observer” nie pozostawiają wątpliwości: powiedzieć, że projekt „jest w lesie”, to za mało. Z całej puli wydano dotychczas dopiero… 7,7 mln funtów!
Gromy, jakie w związku z tym skandalem posypały się na znienawidzony rząd Theresy May były z pewnością jednym z powodów, dla których konserwatyści potulnie zagłosowali za klimatycznym stanem wyjątkowym. Hańba, jaką okryli się torysi, z jednej strony pomogła więc umocnić się Partii Pracy na polu walki klimatycznej, z drugiej – narzuca laburzystom odpowiednio wyższe oczekiwania społeczne, jeżeli w najbliższej przyszłości utworzą rząd.
Na razie nie jest przesądzone, że wygrają wybory parlamentarne i Jeremy Corbyn będzie premierem. Z przyjętej rezolucji nie wynika też, jakie dokładnie partia zamierza przyjąć gospodarcze środki ratowania nie tylko brytyjskiego, ale i ziemskiego klimatu, by uniknąć wyłącznie „pompowania” przysłowiowego już lobby wiatrakowego i mydlenia postępowcom oczu pozorami zielonego kapitalizmu. Jak skutecznie połączyć walkę o znośny klimat dla życia na Ziemi z budową równościowego społeczeństwa sprawiedliwości społecznej, w przyszłości być może socjalistycznego?
Wiadomo tylko, że jeżeli ma powstać społeczeństwo socjalistyczne, to musi ono być zielone – obecnie jest to już warunek przetrwania cywilizacji ludzkiej w jakiejkolwiek akceptowalnej postaci.
Poza tym prawdziwy socjalizm rozumiany jako pełna demokracja gospodarcza współgra z koncepcją gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii i na zrównoważonym, nieprzemysłowym rolnictwie, a więc na mniej scentralizowanej strukturze gospodarczej niż ta uzależniona od paliw kopalnych. Labour ma więc przynajmniej teoretyczne szanse na przyczynienie się do powstania takiej nowej formy społecznej.
A jeżeli się nie uda? Cóż, w ramach jedynego optymistycznego scenariusza można wtedy przyjąć, że po ostatecznej katastrofie klimatycznej, wśród odradzających się stopniowo społeczeństw pierwotnych będzie panować „komunizm pierwotny”, który siłą rzeczy musi być względnie eko. Zatem, lewacy, głowy do góry!

Wielki powrót?

22 maja to najnowszy deadline dla Wielkiej Brytanii w sprawie przyjęcia umowy rozwodowej z UE. Jeśli nie dotrzyma i tego terminu, dzień później będzie zmuszona wybierać swoją reprezentację do europarlamentu.

Okazuje się, że po dramatycznej kompromitacji i spadku zaufania do Theresy May, na scenę polityczną z sukcesem powrócił Nigel Farage. Jego nowe dziecko, Brexit Party – w sondażach YouGov zdobyła 28 procent poparcia.
W stosunku do sondażu sprzed tygodnia to wzrost o 5 punktów procentowych. Wcześniej partia ta uzyskała 15 procent, choć nie zdążyła jeszcze dopełnić wszystkich wymaganych procedur do rejestracji. Brytyjczycy dziś nie zaufaliby już Theresie May. 13 procent – dokładnie tyle w ostatnim sondażu uzyskała Partia Konserwatywna: i to najgorszy wynik w historii jej istnienia. Partia Pracy może liczyć na 22 proc. poparcia, ale wyprzedza ja właśnie Partia Brexitu. Tydzień temu zajmowała ona na podium trzecie miejsce, a dziś chętnie wchodzi w rolę „zbawcy”.
Na powstaniu Partii Brexit straciło przede wszystkim dawne ugrupowanie Farage’a – UKIP. Ubyło im dokładnie połowy wyborców. Kiedy nowa inicjatywa Farage’a pojawiła się na scenie politycznej i poszła jak burza, redakcja „The Independent” wprost nazwała zwycięstwo Brexit Party w sondażu YouGov „szokującym”. Nikt nie przypuszczał, że Farage „przeskoczy” dwa największe ugrupowania. Wróżono mu sukces, pisany zmęczeniem konserwatystów, ale nie prześcignięcie wszystkich pozostałych.
24 kwietnia na spotkaniu w Westminster lider nowego ugrupowania ogłosił, że jeżeli Brexit Party wypadnie dobrze w wyborach 23 maja, to będzie w stanie zablokować ewentualne drugie referendum. Zdradził też, że ma poparcie kolegów partyjnych Theresy May (ponoć około 40 proc. konserwatystów jest w stanie poprzeć jego partię). Chce także odbić głosy Laburzystom.
W czym tkwi tajemnica wielkiego comebacku? Farage od dwóch tygodni epatuje Brytyjczyków retoryką zdrady:
– Premier May okazała się katastrofą. Przygotowała coś, co miało być brexitem, ale nim nie jest. Jaką cenę ma wolność? Stalibyśmy się niezależnym, suwerennym krajem, który nie byłby popychadłem Junckera, Tuska czy Barniera. My mielibyśmy władzę. A o to przecież chodzi w brexicie. Nie o to, że będziemy bogatsi, ale że będziemy sami u siebie rządzić – tymi słowami porwał tłumy zmęczone brakiem skuteczności premier May w negocjacjach z Brukselą.

Nie usiądzie obok Trumpa

Jeremy Corbyn, szef brytyjskiej Partii Pracy (Labour Party) nie chce siedzieć przy jednym stole z prezydentem Stanów Zjednoczonych Donaldem Trumpem, oczekiwanym w Zjednoczonym Królestwie na początku czerwca. „Jeremy Corbyn nie skorzysta z zaproszenia na kolację państwową z Donaldem Trumpem” – zakomunikowała Labour. Przy okazji amerykański prezydent został skrytykowany, tak samo jak premier Theresa May, która go zaprosiła.

„Pani premier nie powinna rozwijać czerwonego dywanu wizyty państwowej, by uhonorować prezydenta, który drze żywotne układy międzynarodowe, popiera zaprzeczanie zmianom klimatycznym oraz używa rasistowskiej i antykobiecej retoryki” – oświadczył Corbyn. Dodał jeszcze, że „utrzymywanie ważnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi nie wymaga ceremonialnej pompy wizyty państwowej” i wyjaśnił, że jest jednak gotów spotkać się z Trumpem, by „porozmawiać o każdej interesującej kwestii”.
Theresa May zaprosiła przywódcę imperium amerykańskiego zaraz po objęciu stanowiska premiera w 2017 r., ale ogłoszona wówczas wizyta państwowa zmieniła się w zwykłą „wizytę roboczą” w lipcu zeszłego roku. Powodem były zapowiedzi dużych manifestacji przeciw wizycie Trumpa, ale rząd brytyjski podkreślał, że zaproszenie państwowe jest ciągle aktualne.
W przeciwieństwie do wizyty roboczej, wizyta państwowa w Londynie to z reguły przejazd ulicami miasta w karocy królowej i bankiety. Szczegółowy program Pałac Buckingham ma ogłosić później. Jeśli chodzi o manifestacje, niewiele się zmieniło: organizatorzy chcą „zalać stolicę setkami tysięcy demonstrantów”, by sprzeciwić się wizycie Trumpa. W zeszłym roku, gdy pojawił się z wizytą roboczą, w Londynie manifestowały dziesiątki tysięcy mieszkańców przeciw jego „mizoginii, homofobii i ksenofobii”.

Wojenna histeria

Wydawało się, że po numerze, jaki odwalił niemiecki dziennikarz, anonsujący fałszywie wybuch wojny z Rosją, a potem tłumaczący się, że to żart, już nic nie powinno nas zaskakiwać. A jednak…

Niemiecki żurnalista zechciał swoje kłamstwa umieścić w Estonii. I tam właśnie Wielka Brytania wysłała dwa bataliony (21 i 23) złożone z rezerwistów wojsk specjalnych. Ich zadaniem jest śledzenie dyslokacji wojsk rosyjskich a także analizowanie ruchów przeciwnika, którym Zachód mianował Rosję. Bataliony, złożone z są z cywilów różnych zawodów, ale przechodzą szkolenie bardzo podobne do szkolenia profesjonalnych żołnierzy SAS.
Celem stacjonowania wspomnianych jednostek ma być, w przypadku ataku Rosji na kraje bałtyckie, pozostanie na tyłach przeciwnika i dostarczanie stamtąd informacji o wojskowym znaczeniu. Rezerwiści mieliby realizować podobne zadania, jak regularne jednostki SAS.
Oczekiwanie przez dowództwo brytyjskie, że agresja rosyjska zacznie się akurat od ataku na Estonię, zostały już dawno wyśmiane przez profesjonalistów, ale widać przywiązanie do idei niedalekiego ataku Rosji akurat na tym kierunku jest wciąż żywe. Uzupełnianie wojsk NATO kolejnymi formacjami, szczególnie wojskami specjalnymi wskazują, że w Wielkiej Brytanii bardzo potrzebują wzmocnienia wojennej histerii nie tylko wśród zwykłych mieszkańców, ale też wśród zawodowych wojskowych.

Miejsce w Piekle

Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii w języku potocznym nazywane bywa Wielką Brytanią, a czasami – Anglią. Ta ostatnia nazwa jest oczywiście myląca. Jak wiadomo – Wielka Brytania, to wspólna nazwa Anglii, Szkocji i Walii.

Po roku 1945 w polityce brytyjskiej, zwłaszcza w kontekście dekolonizacji zarysowały się dwie tendencje. Pierwsza to utrzymywanie reliktów imperialnej przeszłości, a druga – bliższe powiązania z integrującą się Europą Zachodnią. Okres rządów Margaret Thatcher – a zwłaszcza wojna z Argentyną w roku 1979 o Falklandy-Malwiny – spowodował nawrót nostalgii imperialnej. Była ona jedną z przyczyn postawy wielu polityków brytyjskich, którzy brali na siebie rolę „hamulcowych” w procesach współpracy i integracji europejskiej. Zdaniem tych polityków prawo i instytucje europejskie naruszały suwerenność Zjednoczonego Królestwa. Z czasem modne stało się narzekanie na „brukselskich biurokratów”, na których zwalano odpowiedzialność za błędy i kłopoty w brytyjskiej polityce wewnętrznej. Część społeczeństwa dała sobie wmówić, że jest zdominowana przez Unię Europejską, której Królestwo jest bardziej potrzebne aniżeli Europa Królestwu. Wśród-jak dotychczas – pragmatycznych Brytyjczyków antyunijne zacietrzewienie poszło tak daleko, że znaczenie argumentów ekonomicznych zaczęło słabnąć.
W roku 1998 w ramach Zjednoczonego Królestwa przeprowadzona została autonomizacja zwana też dewolucją. Oznaczała ona utworzenie w Szkocji, Walii i Północnej Irlandii regionalnych parlamentów i rządów. Dewolucja dawała satysfakcję – zazwyczaj częściową – mieszkańcom odczuwającym poczucie odrębności. W przypadku Szkocji pobudziła do dalszych działań w kierunku ustanowienia własnego państwa.
W klimacie nacjonalistycznej chełpliwości i arogancji w roku 2016 plebiscyt zakończył się decyzją o brexicie. Decyzja ta pogłębiła podziały w społeczeństwie i stworzyła zagrożenie dla Zjednoczonego Królestwa w jego obecnej formie. Plebiscyt w Szkocji zakończył się przewagą zwolenników pozostania w Unii Europejskiej 62 proc. za. Niezależne państwo szkockie miałoby możliwość pomyślnego rozwoju w ramach Unii. W Północnej Irlandii 56 proc. było za pozostaniem, a 44 proc. za brexitem.
Czy nastąpi wznowienie konfliktu w Północnej Irlandii?
Przez wiele lat Irlandią Północną (Ulsterem) rządzili protestanci, zwolennicy jej przynależności do Zjednoczonego Królestwa, zwani unionistami lub lojalistami. Buntowali się przeciwko nim dyskryminowani katolicy – irlandzcy republikanie dążący do stworzenia Zjednoczonej Irlandii. Krwawy konflikt w Londonderry w roku 1972, kiedy to od kul brytyjskich żołnierzy zginęło 14 osób, zapoczątkował w Ulsterze wojnę domową, która pochłonęła około 3,5 tysiąca ofiar. Wojnę tą zakończyło Porozumienie Wielkopiątkowe (Good Friday Agreement) zawarte 10 kwietnia 1998 roku przez przedstawicieli skonfliktowanych społeczności. Negocjacje prowadzące do tego porozumienia były niezwykle trudne. Istotną rolę mediacyjną odegrał w nich amerykański prezydent irlandzkiego pochodzenia – Bill Clinton.
Porozumienie, ustanawiając rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości, stworzyło dostęp do władzy irlandzkim katolikom. Dało możliwość swobodnego podróżowania i szeroko rozumianej współpracy Irlandczyków przekraczających bez przeszkód oficjalną granicę, Uznało też prawo głosu Republiki Irlandii w sprawach dotyczących Ulsteru.
Unioniści uzyskali zapewnienie, że o przynależności Północnej Irlandii do Zjednoczonego Królestwa decydować będzie demokratyczna większość jej mieszkańców. Godne przypomnienia jest ogromne poparcie społeczne dla Good Friday Agreement. W Północnej Irlandii Porozumienie to zaaprobowało 71 proc. uczestników plebiscytu. Byli wśród nich liczni protestanci. W Republice Irlandii akceptacja wyniosła ponad 90 procent.
Porozumienie z 1998 roku nie oznaczało jednak całkowitego wygaszenia potencjalnych ognisk konfliktu. Lojaliści – ekstremiści z Orange Order – organizowali w dalszym ciągu prowokacyjne marsze, które miały przypominać o brytyjskiej dominacji nad Irlandią.
Tak zwany twardy brexit spowodowałby przywrócenie kontroli granicznej pomiędzy Irlandią Północną a Republiką, co oznaczałoby poważne zagrożenie dla porozumienia.
Miejsce Zjednoczonego Królestwa po wyjściu z Unii
Przez wiele lat Zjednoczone Królestwo było animatorem Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) istniejącego równolegle z Europejską Wspólnotą Gospodarczą (EWG). EFTA w porównaniu z EWG była luźną strukturą. Sukcesy odnoszone przez państwa członkowskie EWG w warunkach postępującej integracji skłaniały do przechodzenia z EFTY do Wspólnoty. W 1972 roku uczyniły to-Zjednoczone Królestwo, Irlandia i Dania (członkowie EWG od 1 stycznia 1973).
Obecnie EFTA to Norwegia, Islandia, Szwajcaria i Liechtenstein. Z wyjątkiem Szwajcarii państwa te łącznie z Unią Europejską stanowią Europejską Przestrzeń Gospodarczą w której obowiązuje około 80 proc. unijnych zasad i regulacji prawnych.
W trakcie brexitowych dyskusji rozważany był powrót Zjednoczonego Królestwa do EFTY i członkostwo w Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej. Propozycja ta ma jednak niewielkie poparcie. W Izbie Gmin po dyskusji nad wariantami wyjścia z Unii znaczną liczbę głosów uzyskała koncepcja dalszej obecności w europejskiej unii celnej. Jej przyjęcie oznaczałoby utrzymanie obecnej sytuacji na granicy pomiędzy Ulsterem a Irlandią. W czasie niedawnej wizyty w Paryżu za takim rozwiązaniem wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Członkostwo w unii celnej jest – i byłoby – korzystne dla brytyjskich przedsiębiorstw uczestniczących w handlu międzynarodowym. Przy tym wariancie brexitu nowych rozwiązań prawnych wymagałyby natomiast liczne problemy społeczne. Dotyczy to m.in. sytuacji dwumilionowej rzeszy brytyjskich emerytów spędzających jesień życia w południowej Francji i w Hiszpanii. Liczni członkowie rodzin polskich pracowników przebywających w Wielkiej Brytanii musieliby podjąć starania o prawo pobytu.
Premier Theresa May utrzymuje, że społeczeństwo Zjednoczonego Królestwa podjęło decyzję o wyjściu z Unii, a obecnie należy ją wprowadzić w życie. Jest to stanowisko chyba zbyt kategoryczne. W roku 2016 uczestnicy plebiscytu nie byli dokładnie poinformowani o konsekwencjach brexitu. Obecnie ich wiedza na ten temat jest znacznie większa. Trudno pominąć postawę około 5 milionów Brytyjczyków,którzy podpisali petycję do parlamentu postulującą pozostanie w Unii Europejskiej. Z drugiej strony zacietrzewieni zwolennicy brexitu domagają się natychmiastowego wyjścia, gdyż chcą być „wolni” i „niepodlegli”.
Jak wiadomo rząd brytyjski wynegocjował z władzami UE projekt porozumienia, który nie został przyjęty przez parlament. Zgłaszane są różne propozycje dotyczące przedłużenia terminu brexitu. Politycy brytyjscy oczekują, że przywódcy 27 państw będą ciągle zbierać się, aby dyskutować nad ich kolejnymi propozycjami. Zgoda na takie podejście oznaczałaby odciąganie uwagi wspomnianych przywódców od ważnych spraw ogólnoeuropejskich i wewnętrznych. W samym Zjednoczonym Królestwie brexitowe dyskusje wywołują głębokie podziały, chaos pojęciowy i wrogość wobec obcych, którzy stwarzają konkurencję i zabierają pracę „prawdziwym” Brytyjczykom.
Według informacji BBC, Donald Tusk wyraził pogląd, że brexitowcy mają zarezerwowane miejsce w piekle. Można przypuszczać, że miejsce to jest w pobliżu kotłów stanowiących polskie piekło.