Złoto zostanie w Londynie

Póki co, Wenezuelczycy nie dostaną ani jednej sztaby złota, z 31 ton tego kruszcu, zdeponowanych w Banku Anglii jeszcze za czasów prezydenta Hugo Chaveza. Poddana amerykańskim sankcjom Wenezuela chciała sprzedać część sztab za prawie miliard dolarów, by zasilić oenzetowski Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), w oczekiwaniu pomocy w walce z epidemią covid-19. Rząd brytyjski, po konsultacji z Amerykanami, zdecydował się temu sprzeciwić.

Sędzia Nigel Teare odłożył bezterminowo wydanie wyroku w procesie centralnego banku Wenezueli przeciw Bankowi Anglii, który odmówił zwrotu wenezuelskiego złota, zgodnie z decyzją rządu brytyjskiego. Sędzia dał sobie czas na zorientowanie się, kto rządzi w Wenezueli i niespodziewanie szybko został poinformowany przez gabinet premiera Borisa Johnsona, że ONZ myli się uznając obecne władze w Caracas, pod kierunkiem prezydenta Nicolasa Maduro za prawomocne. Według władz brytyjskich, prezydentem Wenezueli jest Juan Guaido i tylko on może być dysponentem wenezuelskiego złota.
Oczywiście Guaido niczym nie rządzi, oprócz jednego z kanapowych odłamów opozycji. Według Wall Street Journal, organizowane przez niego bezskuteczne próby zamachów stanu Guaido przygotowywał wspólnie ze swym „guru” ze skrajnej prawicy Leopoldo Lopezem przebywającym w Hiszpanii, głównym łącznikiem z władzami amerykańskimi. WSJ powołuje się na jeden z pochlebnych dla Guaido sondaży, według którego miałby się cieszyć zaufaniem aż 13 proc. społeczeństwa wenezuelskiego. Dlatego prawicowa opozycja jest przeciwna wyborom powszechnym do parlamentu, przewidzianych na grudzień.
W każdym razie z decyzji brytyjskiego sądu, który tradycyjnie nie ma żadnej niezależności w sprawach „racji stanu”, wynika, że Wielka Brytania zatrzyma sobie wenezuelskie złoto, podobnie jak Europejczycy, którzy nigdy nie zwrócili libijskich depozytów z czasów obalonego przez NATO Muammara Kaddafiego. Adwokaci BCV zapowiadają odwołanie do wyższej instancji, lecz widoki na ich sukces są bardzo marne, jeśli Stany Zjednoczone nie zmienią swego stanowiska w kwestii „odzyskania Wenezueli” z jej ropą naftową, tak bliską amerykańskich portów.

Kryzys 2008 r. niczego nas nie nauczył

Do czego doprowadziło Wielką Brytanię oszczędzanie na usługach publicznych, dlaczego neoliberalna prawica nie ma ludziom nic do zaoferowania na kryzys i czy doczekamy się mocnej lewicowej odpowiedzi, Małgorzata Kulbaczewska-Figat rozmawia z Gavinem Rae, socjologiem, członkiem Partii Pracy, współzałożycielem Fundacji Naprzód.

Co się dzieje w Wielkiej Brytanii? Codziennie rośnie liczba zakażonych i zmarłych, premier na oddziale intensywnej terapii…
To katastrofa, której końca nie widać. W tym tygodniu przekonamy się, czy liczba zakażonych ciągle rośnie w tak szybkim tempie, jak do tej pory. Już zmarło ponad 7 tys. osób. Grozi nam włoski scenariusz.
Na początku kryzysu rząd Borisa Johnsona podszedł do sprawy w sposób skrajnie neoliberalny. Uznał, że priorytetem jest ochrona gospodarki, a nie życia ludzi. Forsował pomysł, by odizolować co najwyżej najstarszych, najsłabszych, a większości społeczeństwa pozwolić się zarazić i w ten sposób wypracować odporność stadną (herd immunity). Izolowani mieli być tylko najstarsi, najsłabsi. Takie podejście było zupełnie sprzeczne z opiniami naukowców, z doświadczeniem Chin, które już wcześniej podjęły walkę z epidemią. Nasz rząd zupełnie poważnie traktował scenariusz, w którym ludzie zaczną masowo umierać!
Chciał zgodzić się na tysiące, setki tysięcy zgonów?
Boris Johnson nawet używał takiego wyrażenia: take it on the chin. Czyli przyjąć cios, który i tak by nas nie minął. Pogodzić się, że tak musi być.
Wydaje mi się, że skalę zagrożenia zlekceważono. Rozmawiałem z rodziną w Wielkiej Brytanii akurat w tych dniach, gdy polski rząd zamykał granice, wprowadzał pierwsze ograniczenia. Z trudem przekonałem rodziców, że lepiej będzie, jeśli zostaną w domu, bo rząd Borisa Johnsona nic podobnego nie nakazywał. Tylko radził: bądźcie ostrożni, myjcie ręce.
Ostatecznie jednak Wielka Brytania zmieniła strategię.
Owszem, pomysł nabywania odporności stadnej został niecałe dwa tygodnie temu zarzucony. Część firm przerwała pracę, kto może, pracuje z domu. Ale nie ma mowy o takich restrykcjach, jak w Polsce. Parki nie są zamknięte. Ostatni weekend był bardzo ciepły i ludzie spotykali się w grupach na świeżym powietrzu. Rząd cały czas raczej doradza, żeby się dystansować, niż coś nakazuje. Nie ma więc też mowy o nakładaniu mandatów.
Jak sobie w tych okolicznościach radzi służba zdrowia? Były już przypadki zakażeń i zgonów wśród personelu medycznego…
Być może brytyjska służba zdrowia i jej możliwości w obliczu epidemii wypadają lepiej, niż np. sytuacja w szpitalach w Polsce, ale i nam brakuje sprzętu, za mało jest pielęgniarek i lekarzy. Mówi się, że polski rząd zawalił sprawę, bo Polsce brakuje testów na koronawirusa – w Wielkiej Brytanii jest dokładnie ten sam problem. Rząd zaczął się martwić, skąd wziąć testy, co robić, skoro nie ma zapasów masek, dopiero wtedy, kiedy sytuacja zaczęła się robić naprawdę poważna.
Jeszcze jedna rzecz jest taka sama, jak w Polsce: nagle, w sytuacji kryzysowej, zniknęła prywatna służba zdrowia. Abonamenty do prywatnych przychodni stały się nic nie warte. Nagle wszyscy staliśmy się równi i tak samo zależni od państwowych placówek…
… które walczą o to, by móc dalej pomagać, gdy brakuje sprzętu czy środków zabezpieczających. Czy te braki to dziedzictwo polityki austerity? Efekty oszczędzania na usługach publicznych?
Oczywiście. Cała Europa właśnie się przekonuje, do czego ta polityka doprowadziła. W Wielkiej Brytanii, gdzie rząd w ogóle nie miał planów na wypadek wybuchu epidemii, widać to szczególnie wyraźnie.
I co, brytyjski rząd wyciągnął jakieś wnioski?
Trzeba zauważyć zalety polityki socjalnej. W Wielkiej Brytanii osoba, która straciła pracę na etacie, nadal otrzymuje 80 proc. wynagrodzenia. W Polsce, jak wiadomo, nie ma szans na podobne rozwiązanie. Z drugiej strony to wszystkiego nie załatwia. Pomoc dotyczy pracowników etatowych, nie ma rozwiązań dla samozatrudnionych ani dla prekariuszy, ludzi na umowach elastycznych.
Chciałbym jednak, by moje państwo reagowało bardziej konsekwentnie. Ciągle nie zostały zamknięte zakłady pracy, których działanie nie jest konieczne. Jestem za tym, by władze bardziej stanowczo zadekretowały dystans społeczny, jeśli to powstrzymuje rozprzestrzenianie się wirusa, ale równocześnie zadbały, żeby ludzie mieli za co się utrzymać. Jeszcze jest czas, żeby obniżyć liczbę zgonów, ale potrzebne są bardziej stanowcze działania: social distancing taki, jak we Włoszech i ogromne inwestycje w służbie zdrowia.
W Polsce rząd w ramach tarczy antykryzysowych pomaga głównie biznesowi. Co zrobi brytyjski?
Optymalnie byłoby, gdyby wsparł ludzi pracy oraz małe i średnie firmy. Natomiast absolutnym błędem byłoby ładowanie pieniędzy w sektor bankowy, w wielkie korporacje…
Weźmy pierwszy przykład z brzegu – British Airways (w 1987 r. sprywatyzowana) zamierza zwolnić dziesiątki tysięcy pracowników. Jak powinno zareagować państwo?
Znacjonalizować, zainwestować, ochronić ludzi pracy. Po kryzysie taka firma znowu będzie działać. To byłby najlepszy scenariusz! Niestety w Wielkiej Brytanii wciąż więcej pieniędzy idzie do banków.
Kryzys roku 2008 niczego polityków nie nauczył?
Przykro to mówić, ale nie, nie nauczył. Znowu ratują banki, nie ludzi.
Poza tym w brytyjskim rządzie ciągle panuje chaos. To, że Boris Johnson zaraził się koronawirusem i trafił do szpitala ma na to wpływ, ale to jest tylko jeden czynnik. Było wiadomo, że gdyby Johnson nie był w stanie codziennie pracować, to jego obowiązki przejmie Dominic Raab. Sedno problemu to brak strategii Bardzo znaczący jest fakt, że królowa w swoim orędziu mówiła o wojnie, o kryzysie, ale ani razu nie wspomniała nazwiska premiera. Przewiduję, że w ciągu najbliższych 2-4 tygodni, kiedy epidemia będzie trwała i sytuacja gospodarcza będzie się pogarszać, dojdzie do kryzysu również w samym rządzie. Będzie też rosło niezadowolenie społeczne…
Jakie są nastroje społeczeństwa teraz?
Część nadal myśli, że choroba szybko minie, że to coś podobnego do grypy, ale coraz więcej ludzi się boi. Podnoszą na duchu takie momenty, jak wspólne klaskanie lekarzom i pielęgniarkom, codziennie z balkonów o 17.
Na początku kryzysu normalną reakcją jest wspieranie rządu, skupianie się wokół niego. My ciągle jesteśmy na tym etapie, ale to się zmieni, im bardziej będzie widoczne, że rząd nie był przygotowany na epidemię ani nie ma strategii.
Czy wtedy alternatywne, godne uwagi propozycje przedstawi Partia Pracy? Jej członkowie właśnie wybrali nowego przewodniczącego, Keira Starmera. Czego możemy się po nim spodziewać?
Ostatnie dwa miesiące nie były dobre dla Partii Pracy. Jeremy Corbyn pozostawał teoretycznie liderem, ale na każdym kroku było widać brak spójności. W sprawie koronawirusa i epidemii partia nie sformułowała jasnego stanowiska.
Starmer został przewodniczącym od razu w środku kryzysu, w momencie, gdy torysi apelują o bycie odpowiedzialną opozycją, o współpracę, mówią nawet o współrządzeniu. On powinien na to jasno odpowiadać: tak, będziemy współpracować z rządem, ale nie zgadzamy się na jego politykę wobec epidemii, dotychczasowe podejście jest błędne. I ja tego u Starmera nie widzę.
Skręt w lewo, zapoczątkowany przez Corbyna, się skończył?
Przegrane wybory parlamentarne były ogromnym ciosem dla lewicowego nurtu w partii. Owszem, Rebecca Long-Bailey z lewicowej frakcji starała się o stanowisko przewodniczącej, ale przegrała, po bardziej słabej, nieprzekonującej kampanii. Starmer skutecznie przekonywał, że jest w stanie skonsolidować partię, że będzie lepiej wypadał od Jeremy’ego Corbyna w mediach i to pomoże partii odnosić sukcesy. Problem w tym, że takich liderów, którzy „dobrze wypadają w mediach”, już mieliśmy, ostatnio np. Milibanda. I to nie wystarczyło.
Czyli członkowie Partii Pracy uwierzyli, że potrzebny jest lider, który będzie nadal głosił lewicowy program – bo Starmer obiecał go zachować – a równocześnie spodoba się mediom głównego nurtu na tyle, że nie będą go atakować tak ostro, jak Corbyna? Przecież to sprzeczność. Nie można uderzać w interesy establishmentu i dostawać za to oklasków…
Jak najbardziej. Starmer zapewnia, że w sprawach polityki gospodarczej zachowa radykalizm Corbyna, a równocześnie będzie akceptowany przez media. To fakt, że teraz, gdy trwa epidemia, można w Wielkiej Brytanii np. proponować nacjonalizację różnych przedsiębiorstw, odważniej o tym dyskutować. Ale na dłuższą metę tak się nie da.
Keir Starmer z pewnością odejdzie od polityki zagranicznej Corbyna. Pamiętajmy, że Corbyn nie był zwykłym tradycyjnym socjaldemokratą: on był politykiem antywojennym, internacjonalistą, solidaryzował się z Palestyńczykami. Tego na pewno już nie będzie. Nieprzypadkowo jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił Starmer, były przeprosiny za antysemityzm. Skapitulował przed tymi wszystkimi, którzy niesłusznie oskarżali partię o instytucjonalny, zorganizowany antysemityzm. Zobaczymy, jakie będzie podejście Starmera do tych, którzy krytykują politykę Izraela. W zasadzie jeśli Starmer chce dobrze wypadać w mediach, to nawet musi ich jakoś uciszyć, inaczej oskarżenia wrócą natychmiast.
Co będzie dalej? Partia Pracy wróci do „trzeciej drogi” Tony’ego Blaira?
W gabinecie cieni utworzonym przez Starmera jest już niewielu przedstawicieli lewicowej frakcji partii. Są ludzie z frakcji centrowej i prawicowej. To dokładna odwrotność tego, co zrobił Jeremy Corbyn, gdy tworzył pierwszy gabinet cieni. Weszli do niego ludzie z różnych partyjnych skrzydeł, co zresztą w dalszej perspektywie okazało się błędem. Starmer, jak widać, nie zamierza go popełnić. Mówił o jednoczeniu partii, ale to, co zrobił, nie ma z tym nic wspólnego.
Corbyn zmobilizował w partii dziesiątki tysięcy ludzi, dawał nadzieję, przywracał odważne postulaty do debaty. I to wszystko miałoby pójść na marne?
Mimo wszystko uważam, że powrotu do takiej polityki, jaką prowadził Blair, nie ma. Zwłaszcza w sprawach gospodarczych. Teraz są jednak inne czasy, i to nie tylko z powodu koronawirusa. Co nie oznacza, że nie będzie prób mocnego skrętu w prawo. Lewicowe skrzydło partii musi bardzo uważać i naciskać na Starmera, ile się da, żeby temu zapobiec.
Pewne jest to, że tarcia w rządzie nastąpią, nastąpi też kryzys zaufania do rządu i wtedy Partia Pracy musi mieć dla ludzi naprawdę dobrą alternatywę. Nie chcę od razu skreślać Starmera i stwierdzać, że to będzie kiepski przywódca. Na pewno też nie wystąpię z partii (śmiech). Ale optymistą nie jestem.
Gdzie w tym wszystkim jest sprawa Brexitu, wielki temat brytyjskiej polityki ostatnich lat?
Brexit przegrał z koronawirusem. W ogóle się nim nie zajmujemy! Teoretycznie do końca tego roku miały zakończyć się negocjacje z Unią Europejską. Mieliśmy wyjść z UE bez umowy, jeśli zakończą się niepowodzeniem. Teraz i tak nie ma możliwości, by je prowadzić, więc temat Brexitu wróci. Inna sprawa, że Unia Europejska podczas kryzysu nie prezentuje się dobrze. Gdyby jako wspólnota zadziałała zdecydowanie, gdyby państwa skoordynowały swoje wysiłki np. na polu produkcji sprzętu, gdyby już teraz wdrożono wspólnotowy plan inwestycji publicznych, na Brytyjczykach zrobiłoby to wrażenie. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło.
Nie da się obecnie przewidzieć, jak będziemy rozmawiać o Brexicie, kiedy sytuacja się unormuje. Natomiast nie będzie to jedyny problem, który wróci: już tli się sprawa Szkocji, Irlandii…
Zjednoczone Królestwo się rozpadnie?
Spójrzmy na Irlandię: ta część wyspy, która należy do UK, przyjęła inną politykę wobec epidemii, niż Irlandia-państwo. To budzi poczucie zagrożenia i złość w Dublinie, sprzyja upowszechnianiu się idei zjednoczenia, utworzenia jednego państwa na całej wyspie. Napięcia wokół Szkocji narastały już wcześniej…
Myślisz, że Brytyjczycy czegoś się dzięki temu kryzysowi nauczą? Na przykład tego, że wydatki publiczne jednak się przydają, że warto szanować państwową służbę zdrowia, bo prywatna w chwilach krytycznych się nie sprawdza?
Na razie jest tak, że każdy Brytyjczyk uwielbia podkreślać, jak bardzo jest dumny z naszego systemu opieki zdrowotnej zbudowanego po II wojnie światowej. Każda partia mówi o tym, jaki ważny jest NHS. A równocześnie zgadzaliśmy się, począwszy od rządów Thatcher, by na nim oszczędzać.
Teraz każdego dnia się przekonujemy, że nie dalibyśmy sobie rady, gdyby nie powszechna służba zdrowia. Widzimy też, jak działają szpitale np. w Niemczech czy w Szwecji, gdzie sytuacja w służbie zdrowie jest ogólnie lepsza. Mam nadzieję, że coś dzięki temu doświadczeniu, jako społeczeństwo, zrozumiemy.

Keir Starmer nowym liderem Labour Party

Jeremy Corbyn spełnił swoją obietnicę złożoną po przegranych wyborach parlamentarnych i odszedł ze stanowiska przywódcy partii.
Zastępuje go Keir Starmer, prawnik, który w 2014 r. otrzymał tytuł szlachecki, ale nie lubi się nim posługiwać, a w partyjnej kampanii wyborczej mówił o podniesieniu podatków dla najbogatszych, sugerował nacjonalizację poczty i niektórych firm energetycznych i transportowych.

Keir Starmer obejmuje stanowisko przewodniczącego Partii Pracy z mocnym mandatem. W przeprowadzonym przez internet głosowaniu parlamentarzysta z północnego Londynu i były prokurator krajowy zdobył 56,2 proc. głosów członków i sympatyków organizacji. Nie była potrzebna nawet druga tura wyborów. Rebecca Long-Bailey, wywodząca się z frakcji Jeremy’ego Corbyna, otrzymała 27,6 proc. głosów.
W przemówieniu po ogłoszeniu wyników – również transmitowanym w sieci – Starmer trzeźwo przyznał, że partia nie spełnia obecnie swojej historycznej roli, chociaż jest „niebywałą i potężną siłą na rzecz dobra”. Przypomniał historyczne zasługi laburzystów, m.in. budowanie w przeszłości podstaw państwa dobrobytu oraz stworzenie bezpłatnego i powszechnego systemu służby zdrowia.
Starmera wiązano z frakcją tzw. miękkiej lewicy (soft left). „Miękkość” nie oznaczała jednak w tym wypadku wyrzeczenia się socjaldemokratycznych przekonań, jak zrobili to partyjni centryści, ale raczej gotowość do dialogu czy doraźnej współpracy z innymi siłami politycznymi, pozostając przy tym na partyjnej lewicy. Ten duch współpracy przebijał z jego pierwszego przemówienia. – Pod moim przywództwem będziemy konstruktywnie pracować z rządem, nie będziemy totalną opozycją, skupiającą się na zdobywaniu partyjnego poklasku lub składaniu niemożliwych żądań – powiedział nowy lider Partii Pracy.
Brytyjscy komentatorzy piszą o definitywnym końcu ery Corbyna, podkreślając różnice w stylu zarządzania i przemawiania między starym i nowym przewodniczącym, ale spojrzenie na postulaty programowe prowadzi do odmiennych wniosków. Program, który prezentował Starmer w wewnątrzpartyjnej kampanii wyborczej, i który dał mu mocne poparcie, w Polsce zostałby zakwalifikowany jako komunizm: polityk mówił o potrzebie upaństwowienia wybranych spółek kolejowych oraz firm energetycznych, o renacjonalizacji poczty, a także o podniesieniu podatków, które płaci 5 proc. najzamożniejszych obywateli brytyjskich. W przeszłości nowy przywódca laburzystów krytykował również zaangażowanie w Wielkiej Brytanii w zagraniczne „wojny niesprawiedliwe”. Starmer zobowiązał się zachować w mocy kluczowe postulaty zawarte w partyjnym programie z 2019 r. To, że lewicowy zwrot Partii Pracy nie zostanie całkowicie porzucony wraz z odejściem Corbyna, potwierdza także osoba nowej wiceprzewodniczącej partii. Będzie nią Angela Rayner, z zawodu pracownica socjalna i działaczka związkowa, zaangażowana w walkę z ubóstwem i społecznym wykluczeniem, zwolenniczka aktywnej roli państwa we wspieraniu obywateli w wychodzeniu z biedy.
Starmer chciałby również starać się o zachowanie dotychczasowej swobody przepływu osób z Unią Europejską. W poprzednich latach opowiadał się za powtórzeniem głosowania w sprawie Brexitu i nie ukrywał, że w jego przekonaniu zwolennicy Partii Pracy powinni w nim głosować za pozostaniem we wspólnocie. Był ministrem ds. wyjścia z UE w „gabinecie cieni”.

Churchill był zbrodniarzem

Winston Churchill jest prawdopodobnie jedną z najbardziej zmitologizowanych postaci historycznych pochodzących z Wielkiej Brytanii. Wielu stawia go na piedestale, przypisuje mu niesamowite osiągnięcia, a także bezkrytycznie podchodzi do całej jego spuścizny. Tymczasem mężczyzna z cygarem w imię brytyjskiego imperializmu popełniał również zbrodnie.

W dodatku nie chodzi tylko o decyzje Churchilla jako premiera w latach 1940-1945 oraz 1951-1955. Przestępstw politycznych i wojennych dopuszczał się jeszcze przed wejściem na wielkie salony.

Afgańska młodość

W 1897 roku, w wieku 23 lat, Churchilla włączono jako żołnierza-dziennikarza do siły polowej Malakand, działającej jako część brytyjskiej ekspedycji pod wodzą Sir Bindona Blooda. Jednostkę wysłano w celu unicestwienia ludności z plemienia Pasztunów z prowincji North West Frontier, na której aktualnie wytyczona jest granica afgańsko-pakistańska.
O tym, co działo się w Afganistanie nie wiemy za wiele, bowiem wszelkie źródła z tamtego okresu albo wciąż są utajnione, albo zostały zniszczone. Churchill jednak, oprócz bycia żołnierzem brytyjskiej armii, był także początkującym pisarzem i wiele swoich przemyśleń, rozkazów oraz przeżyć, podobnie jak inni politycy tamtego okresu, spisywał w notatnikach. Zbrodnia w Afganistanie miała miejsce na kilka lat przed wejściem w XX wiek. Brytyjczycy podczas kampanii w południowej Azji wzięli sobie na cel wioski, osady oraz miasteczka zamieszkiwane przez Pasztunów.

O masakrze na mieszkańcach Afganistanu Churchill pisał: „Wszystko działo się systematycznie. Paliliśmy domy i całe wioski. Opróżnialiśmy studnie i wysadzaliśmy w powietrze wieże. Ścinaliśmy drzewa, dające najwięcej cienia, podpaliliśmy zbiory, a ich przechowalnie żywności doszczętnie niszczyliśmy”. Te zeznania pokrywają się dokładnie z raportami świadków całego zajścia. Trudno jednak o dokładne wyliczenia tej, trwającej kilkanaście dni, ciągłej rzezi. Niektórzy historycy sugerują, iż minimalna ofiar akcji wyniosła ok. 150 zabitych i rannych wśród samych żołnierzy brytyjskich. Ofiar po stronie afgańskiej było wielokrotnie więcej.

Dwie interwencje w Iranie

Churchill zaczął ingerować w sytuację wewnętrzną Iranu już w 1914 r., kiedy złożył w House of Commons wniosek o wykupienie większości akcji spółki naftowej Anglo-Iranian Oil Company. Polityczny imperializm był jednak wyłącznie podstawą do wzięcia pod swoją kontrolę całego kraju również w rozumieniu geopolitycznym. Brytyjczykom zależało wyłącznie na irańskiej ropie, dlatego też całkowicie zignorowali szansę pomocy Irańczykom, ginących podczas klęski głodu z lat 1917-1919. Oczywiście nie wszystko to jest winą samego Churchilla. Niemniej spokojnie można zaryzykować twierdzenie, że skoncentrowanie się wyłącznie na zyskach, nie zwracając uwagi na koszty społeczne było znakomitym podsumowaniem imperialistycznej polityki torysów.

W 1921 r. w Iranie odbył się pucz wojskowy (wspierany w pewnej części przez Brytyjczyków), po którym szach Reza Pahlawi stanął na czele perskiego kraju. Pahlavi nie był ani probrytyjski, ani antybrytyjski. Z jednej strony promował się na przywódcę, który zakończy penetrację Iranu przez światowe imperia, ale z drugiej strony wciąż przyzwalał Anglikom na importowanie ropy po niższych cenach, niż reszcie skupujących. Pahlaviemu zależało na brytyjskim sojuszniku z tego względu, że bał się Sowietów i tego, że mogliby, jak kiedyś Rosja carska, ostrzyć sobie zęby na Teheran i zasoby naturalne Iranu.

Przez 5 lat rządów Churchilla (1940-1945) co prawda Wielka Brytania nie poczyniła większych kroków przeciwko Irańczykom, ale tajne służby brytyjskie w ciągłej kooperacji z amerykańskimi bacznie się Iranowi przyglądały. Współpraca ta przyniosła owoce w roku 1953, gdy Amerykanie zorganizowali w Iranie pucz przeciwko rządowi demokraty Mohammada Mosaddegha, by dostać się do perskiej ropy. Kto stał wówczas na czele rządu Wielkiej Brytanii? Winston Churchill. Czy zainterweniował? Nie.

Wielki głód w Bengalu

To, co działo się w Indiach, a przede wszystkim w Bengalu podczas II wojny światowej, to chyba ta zbrodnia Churchilla, która najsilniej – chociaż nadal niewystarczająco – przebiła się do publicznej świadomości. Dr Shashi Tharoor w swojej książce „Inglorious Empire” porównuje Churchilla do innych zbrodniarzy XX wieku i podsumowuje: „Churchill ma na swoich rękach krew milionów, ale Brytyjczycy wolą o tym zapomnieć”.
Bengalczycy byli praktycznie bezbronni, jako mieszkańcy jednej z brytyjskich kolonii byli w pełni zdani na łaskę Churchilla. Ten jednak Indii szczerze nienawidził i stworzył z tego regionu swoisty bank zasobów. Na bliski wschód eksportowano bengalski ryż w ilościach takich, że nie zostawało go dla mieszkańców Indii. Bengalczycy byli przymusowo przesiedlani w miejsca, w których także nie mieli dostępu do pożywienia. Takie działania doprowadziły do potężnego głodu, rozwoju malarii w tamtym regionie, a także do czynników ekonomicznych takich jak zabójcza dla najbiedniejszych mieszkańców hiperinflacja. Raport Geophysical Research Letters jasno wskazuje, że gdyby nie brytyjska polityka, bieda i głód nie osiągnęłyby takich rozmiarów na terytorium Bengalu i innych hinduskich prowincji.

W okresie 1943-1944 w Bengalu zginęło około 3 miliony mieszkańców, co stanowiło wówczas 5 proc. całej populacji regionu. Kolejne kilka milionów przez wiele lat musiało się zmagać ze skutkami decyzji podejmowanych przez Churchilla. Dlaczego aż tylu Hindusów zostało faktycznie skazanych na śmierć? Chodziło o import wszelkich surowców naturalnych, które przydałyby się administracji Winstona Churchilla podczas II wojny światowej. Stworzenie z tych terenów swoistego banku, skąd można brać i brać skończyło się jednak katastroficznie.

Antykomunistyczna grecka tragedia

Pod koniec II wojny światowej Grecja stała się miejscem kolejnego konfliktu, tym razem wewnętrznego. Armia brytyjska na zlecenie urzędującego wówczas premiera, Winstona Churchilla bez skrupułów uderzyła w socjalistycznych i komunistycznych partyzantów z ELAS oraz EAM, którym przypisać można m.in. wypędzenie z kraju wojsk III Rzeszy. Antykomunistyczna paranoja Churchilla była zbyt silna, aby zostawić to państwo w spokoju, więc razem z rządem Stanów Zjednoczonych i innymi państwami aliantów zachodnich, premier Wielkiej Brytanii doprowadził do utworzenia w Grecji prawicowego rządu, który podsycając konflikt, doprowadził do wojny domowej.

Najbardziej znanym wydarzeniem związanym z ingerencją Brytyjczyków w sytuację wewnętrzną Grecji jest masakra, której dokonały wojska wysłane przez Churchilla pod koniec 1944 roku w Atenach. W ciągu jednego dnia, 3 grudnia, śmierć poniosło co najmniej 28 partyzantów. Początek 1945 zwiastował z kolei następną falą represji i przemocy – prawicowy rząd Grecji, przy współpracy z Brytyjczykami, wsadził do więzienia blisko 15 000 lewicowych, antyfaszystowskich partyzantów ELAS.

W roku 1946 w Grecji doszło do wyborów, które miały być dowodem na to, że Amerykanom i Brytyjczykom chodzi o wprowadzenie demokracji, której rzekomo komuniści z EAM/ELAS się sprzeciwiali. W tym samym roku doszło do referendum dotyczącego utrzymania w Grecji monarchii. Kampania referendalna przebiegała pod znakiem prawicowego terroru finansowanego przez USA i Wielką Brytanię skierowanego przeciwko lewicowym partyzantom antymonarchistycznym. Te wydarzenia miały miejsce już po tym, gdy Torysi przegrali w wyborach parlamentarnych i premierem UK został laburzysta Clement Attlee, aczkolwiek wszystkie decyzje dotyczące tego, jak odebrać Grekom możliwość decydowania o sobie podjęła jeszcze administracja Churchilla.

Kenia – powtórka z Indii

Kenia pierwszej połowy lat 50. XX wieku stanowiła idealny przykład rasizmu. Zdominowana przez białych, zarządzających czarną większością według własnego uznania.

Gdy w roku 1953 blisko 150 tys. mieszkańców Kenii zostało umieszczonych w obozach koncentracyjnych. Churchill nie protestował. Sam stał za rozkazami, na mocy których te wydarzenia w ogóle miały miejsce. Ofiary brytyjskiego kolonializmu w Kenii miały być „resocjalizowane” i „uczone”, jak być lepszymi obywatelami. Brytyjskie wojsko oraz służby specjalne dopuszczały się przemocy, gwałtów, przypalały czułe miejsca papierosami oraz stosowali tortury przy pomocy elektrowstrząsów.

Sprzeciw mieszkańców Kenii przeciwko władzy brytyjskiej i kolonijnym porządkom w ich kraju oczywiście istniał. Ruch plemienny zainicjował powstanie Mau Mau, które toczyło otwartą walkę partyzancką przeciwko Brytyjczykom. Nie był jednak na tyle silny, by wypędzić UK ze swoich terenów. Do dekolonizacji Kenii doszło dopiero w grudniu 1963 r., a i tę niepodległość trudno nazwać pełną. Brytyjczycy wciąż mocno ingerowali w politykę wewnętrzną “niepodległej” Kenii, na co wskazuje raport Kathryn Meyer.

Brexit, wybory i nowa walka klas

Jednym z najważniejszych wydarzeń 2019 roku były grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Partia Pracy, pod przewodnictwem najbardziej lewicowego przewodniczącego w historii, Jeremy’ego Corbyna, poniosła wielką porażkę. Oddała pole odbite torysom dwa lata temu – i znacznie, znacznie więcej. 60 miejsc mniej niż w poprzednich wyborach. Reperkusje tego wydarzenia sięgną daleko poza granice tego jednego państwa.

Labour Party jest dziś największą partią polityczną w Europie – i niemal ostatnią z tradycyjnych socjaldemokracji, która przez kilka lat wydawała się przełamywać zaklęty krąg stagnacji, marginalizacji, a nawet degeneracji, w jakim partie o podobnym profilu i historii zamknęły się na całym kontynencie wskutek najpierw ukąszenia neoliberalizmem, a potem kryzysu finansowego 2008 roku. Lewica w całej Europie patrzyła na Labour z nadzieją – i jako na lekcję, jak inną politykę uczynić możliwą w ramach tradycyjnego systemu partyjnego. Wynik zeszłorocznych brytyjskich wyborów najprawdopodobniej otworzy teraz nową sekwencję wielkich, spektakularnych zwycięstw prawicy po obydwu stronach Atlantyku.
Przewaga uzyskana przez torysów okazała się większa niż przewidywały najbardziej nieprzychylne Labour sondaże i media. Wyniki stanęły w poprzek trendów notowanych w ostatnich tygodniach przed wyborami, kiedy to różnica między Partią Pracy a Partią Konserwatywną wydawała się kurczyć raczej niż rosnąć, a dodatkowo fakt, że w ostatnich latach sondaże cechowało raczej niedoszacowanie Labour, dawał nadzieję na wynik powyżej przewidywań sondażowni. Przewagę torysów powiększył jeszcze zniekształcający proporcje brytyjski system jednomandatowych okręgów wyborczych. 43,4 proc. przełożyło się na 56 proc. miejsc w westminsterskich ławach i większość 80 głosów.
Klęska pomimo popularności programu
Labourzyści przegrali tak sromotnie, pomimo iż znacznie więcej Brytyjczyków popiera sporą część ich programu (koniec polityki zaciskania pasa; nacjonalizacja kolei, energetyki czy poczty; inwestycje w zieloną transformację; wojna z rajami podatkowymi czy uśmieciowieniem zatrudnienia; itd.). Pomimo iż Boris Johnson naprawdę nie cieszy się poparciem większości brytyjskiego społeczeństwa – większość uważa go, zasłużenie, za klauna. Jakby tego było mało, na finiszu wyborów robił wszystko, żeby raczej tracić głosy niż je zyskiwać – nie stawił się na telewizyjnej debacie klimatycznej, odmawiał wywiadów najbardziej szanowanym dziennikarzom, a nawet chował się przed niektórymi do lodówki. A jednak stało się to, co się stało. Jak to było możliwe?
Podobnie jak było z Brexitem – tak wielki wstrząs polityczny nie da się nigdy wytłumaczyć jednym czynnikiem. Poszczególnymi ludźmi kieruje zwykle więcej niż tylko jeden motyw, a całymi społeczeństwami – zwłaszcza tak zróżnicowanymi i nierównymi jak współczesna Wielka Brytania – złożone konfiguracje tych motywów. Szereg analiz wykazał już, że Jeremy Corbyn był przez całe cztery lata pod nieprzerwanym atakiem większości mainstreamowych mediów, nawet tych, które przez dekady uchodziły w Wielkiej Brytanii za lewicowe (szczególnie haniebną rolę odegrał tu „The Guardian”). Udowodniono, że miażdżąca większość medialnych doniesień na temat Corbyna zniekształcała jego stanowisko, demonizowała go lub ośmieszała. Odkąd po raz pierwszy ubiegał się o stanowisko przewodniczącego Partii Pracy, w okresach poprzedzających kluczowe głosowania czy to wewnątrz Partii Pracy czy to na poziomie ogólnokrajowym, w prasie pojawiały się całe serie oskarżeń wyssanych z palca. Że „przyjaźni się z terrorystami” (z IRA, z Hamasu), że był komunistycznym agentem (czechosłowackim, of all places!), wreszcie – że on sam lub jego otoczenie to „antysemici” (bo uważają, że Palestyńczycy są ludźmi i jako takich ich też obejmują pewne niezbywalne prawa człowieka).
Wiele wskazuje, że ogromna część tych fabrykacji smażona była dla mediów przez i we współpracy z kontrolowanym przez torysów aparatem bezpieczeństwa państwa brytyjskiego, a także z siłami obcych mocarstw, zwłaszcza Izraela. Ale przed wyborami w 2017 było tak samo – dlaczego wtedy te kalumnie partii nie zaszkodziły, a w 2019 umożliwiły torysom zwycięstwo na miarę triumfów Margaret Thatcher?
Względny (w warunkach pozostawionych po dekadach neoliberalnego spustoszenia) „radykalizm” manifestu Partii Pracy z roku 2017 nie odstraszył wtedy wyborców, wręcz przeciwnie, przyciągnął wielu z powrotem, a też wielu całkiem nowych. Manifest z roku 2019 nie odjechał stamtąd za bardzo w lewo, żeby miliony ludzi się nagle przestraszyły, że niby „hoho, wystarczy!”. Był raczej reafirmacją tej samej linii, rozwinięciem tamtych propozycji, czymś na kształt: „mówimy serio, nam chodzi cały czas o to samo”. Tylko głośniej. Coś się jednak musiało zmienić, żeby wywołać taki wstrząs, tym bardziej, że w międzyczasie nie wzrosła nigdzie wiara, że to torysi mają jakiś lepszy pomysł na cokolwiek.
Część ludzi zapewne zaczęła wierzyć w kalumnie od samej częstotliwości ich powtarzania; część przestała wierzyć, że przywódca będący celem takich ataków ma jakiekolwiek szanse sukcesu. Ale to na pewno nie wszystko.
Brexit election
Była jedna wielka, znacząca różnica między propozycjami Labour w latach 2017 i 2019: dotyczyła Brexitu. Dwa lata wcześniej Labour oficjalnie akceptowała wynik referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, a w 2019, dość niespodziewanie, zapowiedziała drugie referendum. Ta propozycja mogła być „filozoficznie” dobra, w tym sensie, że dopiero dzisiaj wiemy, jak niewiele wiedzieliśmy, co z tego pierwszego referendum mogło w ogóle wynikną i Brytyjczycy powinni mieć prawo zagłosować również nad wynegocjowanymi konkretami. Poza tym partia nie chciała wyalienować żadnej z dwóch części społeczeństwa spolaryzowanego właśnie wokół Brexitu, tym bardziej, że kolejne fale kryzysu ekonomicznego są dziś i tak nieuchronne.
Ale filozoficznie słuszne decyzje mają czasem niepożądane konsekwencje praktyczne. O ile Partii Konserwatywnej udało się zachować swoich wyborców chcących Brexitu i nie utracić tych, którzy byli (i są) za pozostaniem w Unii Europejskiej, o tyle Labour utraciła głosy tam, gdzie jej wcześniejsi wyborcy w referendum głosowali za Brexitem. W 2019 część zagłosowała po raz pierwszy w życiu na torysów, wielu zrezygnowało z głosowania. Może to więc prawda, że były to wybory „na temat Brexitu”, „wokół Brexitu”, że to o zdominował i przyćmił wszystko, przeorał brytyjską scenę polityczną tak, że obrócił ją całą w szachownicę ułożoną z pułapek, źle postawionych pytań, na które niemal nie da się dobrze odpowiedzieć. Cokolwiek by tobą nie kierowało, co chwilę grozi ci, że obudzisz się po jednej stronie albo z neoliberałami, albo z rasistami i nacjonalistami.
Brytyjczycy i Brytyjki zagłosowali en masse wbrew swojemu materialnemu interesowi. Część z nich uwiodły rasizm i nacjonalizm lansowane przez otoczenie Johnsona, nostalgia za Imperium Brytyjskim, ale na pewno nie wszystkich. Część z nich popierała wiele postulatów Labour, ale po dekadzie barbarzyńskich cięć budżetowych torysów po prostu nie wierzyła w realną możliwość ich realizacji. Gorzej nawet: rozjeżdżane przez dziesięciolecia neoliberalnym walcem, rozbite nim na rozerwane, osamotnione jednostki, utraciło wiarę w możliwość odbudowy ogólnospołecznej solidarności, która realizację programu Labour mogłaby uczynić możliwym. Wobec tego – zamiast tego – postawili ostatecznie na coś w ich poczuciu bardziej w zasięgu ręki – żeby już zrobić cały ten Brexit, jak mawia Boris Johnson. Lepiej już było, co będzie to będzie, byle się skończył ten stan zawieszenia i pośmiewisko w oczach świata.
Pułapka i katastrofa Brexitu
Dziś już wiadomo z całą pewnością, że torysi Borisa Johnsona zrobią Brexit za wszelką cenę, żeby ugrać coś na wstrząśniętych w ten sposób rynkach, i sprzedać, co jeszcze zostało rządowi na Wyspach do sprzedania, czyli przede wszystkim służbę zdrowia (NHS, National Health Service). Wiadomo już, że sępami będą amerykańskie korporacje, więc wszyscy oprócz ich akcjonariuszy stracą, a jednak głosy odpłynęły w stronę takich torysów. Kiedyś pisałem, że Brexit będzie katastrofą, ale też, że jego odwołanie byłoby jeszcze większą, bo umocniłoby najbardziej reakcyjne, ultraneoliberalne siły w samej UE i poszczególnych jej krajach członkowskich. Dlatego nie ma się co łudzić wyborem między katastrofą a jej odwołaniem (nierealnym) – kierować natomiast się należy wyborem między różnymi scenariuszami katastrofy, takimi, po których jest co zbierać i odbudowywać, i takimi, po których nic już nie ma.
Ale może sprawa była jeszcze poważniejsza: katastrofą większą od Brexitu mogła być już nawet sama propozycja, że Brexit ewentualnie, hipotetycznie, w jakichś okolicznościach, dałoby się jeszcze odwołać, np. w dodatkowym referendum? I właśnie to się stało, najważniejszym czynnikiem redukującym w ostatniej chwili poparcie dla Labour była ta zmiana, podczas gdy Boris jechał po bandzie ze swoim „Get Brexit done!” i mógł się nawet po drodze chować w lodówkach. Brytyjskie społeczeństwo poczuło, że może im zostać odebrana ta jedyna „ich własna” decyzja, która naprawdę coś w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmieniła w brytyjskiej polityce – ten jeden raz, kiedy ich głos okazał się faktycznie mieć znaczenie, i to takie o mocy wstrząsu; ten jeden jedyny raz, kiedy mieli poczucie, że udało im się uderzyć w ekonomiczne elity, zemścić się na nich, naprawdę je znokautować. Nawet jeśli było to zwycięstwo pyrrusowe.
Jak można te wydarzenia w ogóle rozumieć, w parametrach materialistycznego rozumienia polityki? Proponuję hipotezę z kilku kroków oddalenia.
A jeśli kapitalizm już się skończył?
W książce Capital Is Dead filozof/ka McKenzie Wark stawia bulwersujące pytanie. Co, jeśli kapitalizm już się skończył? Nic nie zauważyliśmy, bo myśleliśmy, że rezultatem upadku kapitalizmu będzie, oczywiście (bo jesteśmy lewicą, marksistowską), komunizm. Skoro to, w czym żyjemy, to wciąż nie jest komunizm, to znaczy, że wciąż żyjemy w kapitalizmie. A jeśli kapitalizm już przegrał, tylko że nie z nami (lewicą)? Jeśli my (lewica) przegraliśmy razem z nim, i zwycięstwo należy do kogoś/czegoś innego, jeszcze gorszego?
Nie zauważyliśmy, bo upieramy się traktować wszystko, co widzimy, jako manifestacje tego samego systemu, tej samej „esencji”, która tylko zmienia formy, kostiumy i rekwizyty? Wark nazywa takie podejście metafizyką. Marks uważał pojawienie się kapitalizmu za fenomen historyczny. Tak jak się pojawił, system ten może zniknąć, zostać zastąpiony. Tak jak zastąpić mogły go siły od kapitalizmu lepsze (socjalizm, komunizm), tak mogą i gorsze, nic nie jest z góry przesądzone.
Wark proponuje eksperyment myślowy: co, jeśli burżuazja została pokonana przez klasę społeczną jeszcze gorszą, która przejęła władzę nawet nad nią? Istnienie wciąż burżuazji i proletariatu nie wystarczy, by podważyć trafność jej hipotezy. Przecież kapitalizm i zwycięstwo burżuazji nie zniosły istnienia starszych klas społecznych – np. feudalnych właścicieli ziemskich, kleru i chłopów. Umieściły je tylko w nowej konfiguracji. W kapitalizmie arystokracja i właściciele ziemscy nie przestali istnieć, nie stracili swoich zasobów i możliwości wyzyskiwania chłopów, tylko zostali włączeni w konfigurację, w której ich pozycja podporządkowana została panowaniu i ekonomicznej racjonalności burżuazji. Tak samo dziś burżuazja – klasa właścicieli środków produkcji – została przechytrzona przez klasę właścicieli informacji (albo: wektora przepływu informacji). Burżuazja wciąż istnieje i zarzyna setki milionów proletariuszy w niekoniecznie potrzebnej pracy przy produkcji jej fetyszy. Ale największa władza wcale nie należy dziś do tych, którzy posiadają środki produkcji.
Ci, którzy je posiadają, wciąż mają władzę and tymi, którzy ich nie posiadają, ale sami znaleźli się w sytuacji podporządkowania wobec tych, którzy posiadają władzę nad informacją i informację na własność. Apple i Google nie potrzebują nawet środków produkcji, produkcję zlecają podwykonawcom w Azji. Amazon przerzuca po świecie coraz wydajniej (dzięki coraz pełniejszej informacji, jaką dysponuje i nie przestaje gromadzić) produkty wytwarzane przez innych. Facebook nie produkuje w ogóle niczego materialnego. Władzę nad tymi, którzy posiadają środki produkcji daje im kontrola informacji (patentów, praw autorskich, zagregowanych drobiazgowych danych ściąganych z mieszkańców całej planety, obiegu tych informacji).
Władcy informacji
Argument, że informacja istniała i miała znaczenie już wcześniej, niczego tu nie zbija. Towar też istniał przed kapitalizmem i zwycięstwem burżuazji, a jednak nie był jeszcze tym samym, czym się stał w kapitalizmie i w warunkach klasowej władzy burżuazji. To samo z argumentem, że informacja jest po prostu kolejnym towarem. Jest towarem, ale zupełnie innym niż te, którymi obracał kapitalizm. Tak jak towar w kapitalizmie ma władzę, jakiej nie miał jeszcze w feudalizmie.
Informację wytwarzamy wszyscy cały czas, nie wiedząc nawet kiedy, ciągle podłączeni do urządzeń, które stale ją z nas wysysają. Nawet gdy śpimy, albo gdy myślimy, że jesteśmy klientami albo nabywcami jakiejś usługi (wydawałoby się, że to biegunowe przeciwieństwo pracy). Tylko nie mamy nad nią żadnej władzy, żadnej kontroli, nie podejrzewamy nawet, ile z każdym naszym krokiem jej wytwarzamy. Za to ci, którzy mają nad nią władzę, wiedzą o nas tyle, że – choć nigdy nas nie spotkali – są na przykład w stanie nasze konkretne indywidualne istnienie wytypować, jako wrażliwe na pewne podmuchy chorągiewki, które można w kluczowym politycznie momencie urobić właściwymi bodźcami.
McKenzie Wark sugeruje, że to się stało już wtedy, kiedy większość z nas (lewicy) myśli, że zaczął się kolejny etap, kolejne stadium kapitalizmu. Z początkiem neoliberalizmu. Dotychczasowa marksistowska opowieść o tym wydarzeniu idzie mniej więcej tak. Kapitaliści wykorzystali kryzys (paliwowy, stagflacji) lat 70. XX wieku, żeby zniszczyć pozycję klas pracujących, zmusić je do oddania pola, osłabić związki zawodowe, rozbić klasowe solidarności i skonsolidować władzę poprzez finansjeryzację gospodarki, rozrzucenie po globie łańcucha dostaw, logistykę i przyspieszony przepływ informacji (dzięki komputerom, internetowi, itd.), aż po zatomizowanie społeczeństw przez socjalizację do skrajnego narcyzmu. A jeśli ta opowieść jest nieprawdziwa? Wark proponuje inną: w warunkach kryzysu lat 70. XX wieku kapitaliści uciekli się do tego, by poszukiwać ratunku przed widmem rewolucji w technologiach intensyfikujących przepływ, pozyskiwanie i przetwarzanie informacji. Żeby przy ich pomocy móc przerzucać po świecie produkcję tam, gdzie taniej i siła robocza mniej zorganizowana, szybciej przesyłać tam instrukcje i skuteczniej wozić po świecie półprodukty i gotowe towary, unikając gniewu i oporu pracowników. A jeśli wtedy właśnie wyhodowali na swojej piersi klasę, która może chwilowo pomogła im nie osunąć się nagle pod topór rewolucji, ale niepostrzeżenie przejęła ich władzę i narzuciła siebie jako siłę dominującą nawet nad nimi? Co, jeśli neoliberalizm to nie jest kolejne/ostatnie stadium kapitalizmu, ale już pierwsze stadium następnego (jeszcze gorszego) systemu?
Klasę, która się ponad tym wszystkim wyłoniła i przechytrzyła burżuazję, Wark proponuje nazwać vectoralist class (po polsku byłaby to może klasa wektoralistyczna). Chodzi o posiadanie kontroli nad wektorem (przepływu) informacji. Z burżuazją łączy tę klasę pragnienie utrzymania globalnego systemu wyzysku i dominacji, ale dzieli ją rywalizacja o udział we władzy i korzyściach z tej władzy – przejęła władzę także nad burżuazją, która obudziła się z ręką w nocniku, skazana na jej dyktat.
Osobiście chcę wierzyć, że to jeszcze nie jest tak do końca przesądzone, że wciąż żyjemy w wielkim interregnum i możemy temu jeszcze gorszemu systemowi zapobiec. Że – jak u Petera Frase’a – wciąż są możliwe inne scenariusze. Ale może po prostu jestem mniejszym pesymistą niż Wark.
Brexit jako symptom (jeden z wielu)
Tak czy owak, być może Brexit i wszystkie jego konsekwencje to arena walki między tymi dwiema (dominującymi) klasami? Kosztem reszty z nas? Jedna z tych kilku aren, na których vectoralist class postanowiła w końcu przejąć pełnię otwartej władzy, jasno nam wszystkim pokazać, kto tu rządzi? Film dokumentalny The Great Hack (dostępny na Netfliksie, ubiega się o Oscara) czy najnowszy wyciek dokumentów rozwiązanej firmy Cambridge Analytica, za sprawą sygnalistki Brittany Kaiser, wskazują na inne takie areny.
Hipoteza: vectoralist class można przypisać autorstwo całego Brexitu. Tracącą grunt pod nogami, przerażoną końcem świata jaki znamy część starej kapitalistycznej burżuazji, która jej w tym pomogła, rozbijając się o ściany, byle coś jeszcze w ostatniej chwili ukraść, możemy uważać za jej pożytecznych idiotów. To władcy informacji rozpętali Brexit, żeby pomnożyć fortuny na dramatycznych wahaniach walut i innych aktywów w bezpośrednim sąsiedztwie tego wydarzenia. Dzięki śledztwu dziennikarskiemu Bloomberga możemy już dziś mieć pewność, że wielkie fundusze inwestycyjne grały na nie w okolicach referendum, że miały dostęp do otoczonych tajemnicą wyborczą oficjalnych informacji, i mogły w ten sposób „zaprojektować” wahania rynków; że Nigel Farage, jeden z politycznych prowodyrów Brexitu, musiał działać z nimi w zmowie.
Można powiedzieć, że nihil novi sub sole, bo w kapitalizmie elity ekonomiczne zawsze stosowały – mówiąc Różą Luksemburg – „sztuczki i sposobiki”, żeby kupować i przechwytywać na swoją korzyść formalne procedury liberalnej demokracji. Ale jednocześnie wszystko jest tu zupełnie nowe, bo dziś – jak pokazało referendum brexitowe i wybory prezydenckie w USA – nie trzeba już nawet przekonać jak najwięcej ludzi – wydając na to przekonywanie więcej pieniędzy niż inni. Większość brytyjskich kapitalistów chciała pozostania w Unii Europejskiej. Hillary Clinton wydała na kampanię więcej niż Donald Trump, stała za nią większość kapitalistów. Burżuazja przegrała z vectoralist class, która dysponuje zupełnie nowymi środkami. Przy pomocy analiz statystycznych, algorytmów i projekcji opartych na zagregowanej informacji, potrafi wskazać kilka kluczowych, precyzyjnych kategorii demograficznych, np. ludzi w określonym przedziale wiekowym i majątkowym w kilku statystycznie decydujących okręgach, zlokalizować ich fobie i najskuteczniejsze „czerwone płachty”, i albo zmobilizować je albo do głosowania tak a nie inaczej, albo zniechęcić do głosowania w ogóle. Jest to niby podobne do tego, co w liberalnych demokracjach kapitalizmu robiła burżuazja, ale jednocześnie jest to zupełnie nowa jakość. Burżuazja przegrywa dziś z władcami informacji (których sama uprzednio stworzyła).
Inna taka różnica – tylko pozornie powierzchowna – polega na stosunku tych dwóch klas panujących do kryzysów ekonomicznych.
Informacja i kryzys
Kryzysy są immanentną częścią kapitalizmu, powracają w nim cyklicznie. Historycznie tak to zwykle wyglądało, że cykliczne destrukcje kapitału w wielkich kryzysach były mechanizmem, dzięki któremu system resetował się na ścieżkę wzrostu i długotrwałej (takiej na czas jednego pokolenia) akumulacji i ekspansji. To prawda, że garstka najpotężniejszych kapitalistów, burżuazyjnych oligarchów, wykorzystywała zawsze kryzysy, by zrestrukturyzować stosunki władzy i umocnić swoją własną dominację nad systemem, ale tych zawsze była mniejszość w ramach samej burżuazji. Burżuazja w ogóle, postrzegana jako całość, na dłuższą metę prawdziwych kryzysów (prawdziwych, nie tylko zwykłych wahnięć koniunktury) się boi. Dlatego w ich okresach tak mocno przytula się do faszystów. Woli warunki wzrostu, bo wtedy jest więcej do podziału, mniej własnych trupów po drodze, a i o legitymizację słuszności całego systemu łatwiej, niż gdy wszystko się wali.
Dla władców informacji tymczasem kryzys to idealne środowisko. Zgromadzili już tyle władzy, że skutki kryzysów ich nie dosięgają. Jakby co, bunkry na Nowej Zelandii już zbudowane. Zagregowane informacje oraz technologie ich analizy i przetwarzania pozwalają im właśnie w warunkach kryzysów powiększać swoją władzę, wpływy i majątki, np. grając na towarzyszących im wahnięciach kursów, które są w stanie przewidzieć, zaprojektować, a nawet wywołać. Brexit, Donald Trump, Jair Bolsonaro, Boris Johnson… W kryzysie są jak ryba w wodzie, dlatego jeśli diagnoza Wark się potwierdzi, nie będzie już nawet żadnych cykli. Kryzys od tego momentu będzie już permanentny.
Pojawienie się władców informacji jako odrębnej klasy społecznej, która odbiera władzę nawet burżuazji, przeszło jak dotąd w znacznym stopniu niezauważone, podobnie jak antagonizm i walka o władzę między nią a burżuazją. Dlatego trudno z zewnątrz (z dołu) zobaczyć, że nie są już one dłużej stronnictwami w ramach tej samej, starej klasy.
Brytyjska klasa pracująca od kilkudziesięciu lat znosiła ciosy neoliberalnych ofensyw i wynikające z nich upokorzenia. Od dekady przeżywa intensyfikację tego wszystkiego pod postacią torysowskiej polityki drastycznego zaciskania pasa, która najdosłowniej zabiła dziesiątki tysięcy ludzi. Klasa władców informacji zdołała zlokalizować frustracje „zwykłych ludzi”, najbardziej podatne na wpływy i „czerwone płachty” grupy społeczne, a następnie podsunąć im klaunów zgrywających „anty-establiszment” (Farage, Johnson) oraz narzędzia przedstawione jako sposób uderzenia w „kosmopolityczne elity”, jako szansa na zemstę na nich (Brexit, bo burżuazja kocha Unię Europejską). Jednocześnie zdołała też ukryć swoje własne istnienie jako odrębnej klasy, która walczy (między innymi w ten sposób) o władzę z burżuazją. Zdołała ukryć swój udział w tym całym procesie, rolę w nim odgrywaną. Brytyjskie masy pracujące, myśląc, że mszczą się w końcu na klasach panujących, w istocie dały się wciągnąć w wojnę domową między dwiema takimi klasami, starą i nową (operującą wciąż incognito), walczącymi o udział w torcie i stosunek władzy między sobą. Nieświadomie pomogły nowej dokopać starej. Same zostały z pustymi rękami, ograbione jeszcze bardziej, wystawione na jeszcze więcej ciosów, umacniając nową klasę panującą, jeszcze węższą i potężniejszą niż burżuazja, którą obalić będzie jeszcze trudniej.
Jeśli taka hipoteza jest choć trochę prawdziwa, to lewicy zabrakło, żeby rzucić na to wszystko trochę światła, bo sama nie zauważyła wielkiej systemowej zmiany, która się rozgrywa (lub nawet już się dokonała), wciąż przekonana, że zmieniają się tylko zewnętrzne manifestacje systemu, wiecznej „esencji kapitalizmu”. W skrajnych przypadkach: wierząca do dziś, że z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy, da się wyjść podnosząc kilka podatków i zasiłków…

Wizja Labour Party – zielone państwo dobrobytu

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory generalne do Izby Gmin. Główną partią opozycyjną wobec Konserwatystów jest socjaldemokratyczna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna. Z tej też okazji wydała ona w poprzednim tygodniu swój nowy manifest.

Tekst zatytułowany „Czas na prawdziwą zmianę” ma pięć rozdziałów, nie licząc przedmowy napisanej przez samego lidera.
Gdy media brytyjskie, a w ślad za nimi międzynarodowy mainstream, robią z Corbyna antysemitę, dokument sygnowany przez lidera Labour i sformatowany zgodnie z brytyjską tradycją polityczną tworzenia długich manifestów ukazuje człowieka z wizją co najmniej godną zainteresowania. Manifest to tyleż świadectwo twardych poglądów – jego główne tezy pozostały niezmienione w stosunku do poprzedniej takiej publikacji z 2017 r. – co gotowości do reagowania na nowe problemy. I to problemy światowej wagi. Takim jest niewątpliwie sprawa klimatu i tu już na wstępie głos Corbyna i Labour brzmi mocno: przeprowadźmy Zieloną Rewolucję!
Partia ma w planach uruchomić fundusz na rzecz zielonej transformacji o wartości 250 mld funtów. Ma on pomóc unieść Zjednoczonemu Królestwu ciężar reformy, która miałaby do lat trzydziestych radykalnie zdekarbonizować system energetyczny, poprzez inwestycję w zieloną energię. Ponadto regionalne sieci energetyczne zostaną znacjonalizowane, a sześć dużych firm energetycznych zostanie objętych jurysdykcją brytyjskiej National Energy Agency, odpowiedzialnej za dekarbonizację energii. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz odwiertów.
Oprócz tego pojawia się temat, który znamy z rodzimego podwórka, mianowicie kwestia energooszczędnych i ekologicznych domostw. Labour planuje zmodernizować 27 mln domów do najwyższych standardów wydajności energetycznej, aby wyeliminować ubóstwo energetyczne i zaoszczędzić każdemu gospodarstwu domowemu około 417 funtów na rocznych rachunkach za energię do 2030 r.
Wprowadzony zostanie „Clean Air Act”, którego celem będzie poprawa jakości powietrza na wielu płaszczyznach, oprócz m.in. produkcji przemysłowej będzie dotyczył on również wiekowych pojazdów, zanieczyszczających powietrze bardziej, niż nowocześniejsze modele.
Przemysłowcy natomiast zostaliby obciążeni kosztami za wytwarzane przez siebie odpady. Rząd ponadto stworzyłby nowy system dotyczący zwrotu szkła. 5,6 mld funtów ma zostać przeznaczone na ochronę przeciwpowodziową. Jest to szczególnie ważna kwestia ze względu na to, że ogromne połacie Wielkiej Brytanii znajduje się w sferze powodziowej.

Odbudowa państwa dobrobytu

Kolejny rozdział o tytule „Rebuild our Public Services” przedstawia lewicową wizję usług publicznych, a te po ostatnich latach polityki cięć są w koszmarnej kondycji, czego przykładem może być sytuacja National Health Service (brytyjskiego odpowiednika NFZ). Liczba łóżek szpitalnych spadła w ostatnich latach do 127 225. To najniższa liczba w historii NHS, które istnieje od powołania go przez lewicowy rząd Clementa Attlee w 1948 roku. Kryzys służby zdrowia jednak nie przejawia się tylko w liczbie łóżek czy ogromnych kolejkach. W listopadzie tego roku zaczęło brakować wręcz wszystkiego, a w szczególności leków na raka, Parkinsona, choroby psychiczne oraz epilepsję.
Partia Pracy proponuje, zamiast prywatyzacji, coroczne zwiększanie wydatków na NHS o średnio 4,3 procenta rocznie. Pomoże to w powstrzymaniu cięć w budżecie NHS oraz uzupełni zatrważające luki kadrowe wśród lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Przywrócona zostanie ustawowa odpowiedzialność sekretarza zdrowia na polu zapewnienia kompleksowego i powszechnego systemu ochrony zdrowia.
Kryzys w służbie zdrowia wynika w dużej mierze, prócz niedofinansowania pod rządami neoliberałów, z postępującego starzenia się społeczeństwa brytyjskiego. Odpowiedzią na to ma być stworzenie National Care Service, czyli darmowej opieki osobistej dla osób powyżej 65. roku, które potrzebują pomocy w myciu, ubieraniu się czy spożywaniu posiłków. Labour ma zamiar zainwestować 8 miliardów funtów w opiekę dla dorosłych. Wiąże się to z poprawą warunków pracy terapeutów i opiekunów, zlikwidowane zostaną brytyjskie śmieciówki („zero contracts”) oraz podwyższone zostaną ich pensje, które będą również uwzględniać czas spędzony w dojazdach do podopiecznych.
Corbyn zabrał w sprawie usług publicznych głos nie tylko za pośrednictwem partyjnego programu. 27 listopada właśnie on zaprezentował stenogramy rozmów Borisa Johnsona o nowym trade dealu z USA, który miałby zastąpić traktaty handlowe łączące Wielką Brytanię z Unią Europejską. Uzmysłowił opinii publicznej, że ich kosztem mają dokonywać się kolejne prywatyzacje, kolejne oszczędności, które, jak już nie raz udowodniono, bezpośrednio przekładają się na spadek przewidywanej długości życia. Sprawa NHS stała się głównym tematem kampanii wyborczej, po, oczywiście, Brexicie.

Edukacja? Publiczna! Bezpieczeństwo? Koniec oszczędności!

Podobnie jak w 2017 r. Labour apeluje o zniesienie czesnego. Bezpłatne szkoły i akademie zostałyby przywrócone pod zarząd lokalnych samorządów i społeczności. Szkolenie i studiowanie przez dorosłych byłoby darmowe przez sześć lat. Dzieci w wieku od 2 do 4 lat miałyby zapewnioną darmową 30-godzinną opiekę przedszkolną, urlop macierzyński zostałby wydłużony do 12 miesięcy. W manifeście nie ma jednak żadnego rozwiązania mówiącego o unieważnieniu dotychczasowych kredytów studenckich, choć politycy tej partii zapewniają, że będą próbowali coś zrobić z tą kwestią. Partia obiecuje również zlikwidowanie luk podatkowych, z których korzystają szkoły prywatne. Powołana przez Labour komisja ds. Sprawiedliwości Społecznej, która miałaby zwalczać nierówności na wielu polach, miałaby w przypadku edukacji zająć się integrowaniem szkolnictwa prywatnego z powszechnym.
Partia Pracy odważnie mierzy się również z tematem finansowania policji, straży pożarnej, samorządów, sportu. Kwestia finansowania policji oraz straży pożarnej jest wśród nich najważniejsza z perspektywy ostatnich lat; wciąż niezabliźnioną raną na ciele brytyjskiej klasy robotniczej jest tragiczny pożar Grenfell Tower w Londynie. Labour planuje znaczne zwiększenie nakładów na służby dbające o bezpieczeństwo obywateli i obywatelek i tu akurat mówi jednym głosem z innymi partiami. Partia Pracy po prostu cofnie cięcia, które miały miejsce od około dziesięciu lat; ich już po prostu nie da się bronić. Przełomowy za to jest inny postulat: jednostki penitencjarne zbudowane dzięki kapitałowi prywatnemu poddane zostaną kontroli państwa, a kontrowersyjny program Prevent, którego celem jest ograniczenie radykalizacji, zostanie zreformowany lub zniesiony.

Odważna walka z nierównościami

Według raportu Shelter z listopada 2018 roku w Wielkiej Brytanii ponad 320 000 ludzi żyje w stanie bezdomności, a liczba ta ma tendencję wzrostową. W 2018 roku w Anglii i Walii zmarło w tych warunkach 726 osób, co jest 28-procentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego. Oczywiście są to niedoszacowane liczby, jak zawsze, gdy próbuje się badać bezdomność.
Według szacunków Social Metric Commission w latach 2017/2018 około 14,3 miliona osób żyło w ubóstwie (cała populacja Wielkiej Brytanii liczy 66 milionów,), z czego połowa popadła już w ubóstwo trwałe. Jeszcze na początku dekady ta liczba spadała – teraz rośnie. Kolejny rozdział manifestu Labour ma więc stanowić głównie odpowiedź na powyższe palące problemy, prócz tego mowa w nim o polityce imigracyjnej – ta zależy w dużej mierze od losów Brexitu – czy prokobiecej dotyczącej szczególnie kwestii ekonomicznych.
W kwestii mieszkalnictwa Labour planuje masowy program budowy mieszkań socjalnych, który miałby skutkować powstaniem miliona domów w ciągu dekady. Wyda na niego 75 miliardów funtów. Nowy podatek od domów wakacyjnych miałby wspomóc to przedsięwzięcie. Miasta uzyskałyby natomiast prawo ustalania ograniczeń wysokości czynszów. Prócz tego brytyjska socjaldemokracja nie zamierza podwyższać wieku emerytalnego – dziś 66 lat. Wręcz przeciwnie: planuje propracowniczą rewizję jego wysokości dla zawodów szczególnie wyczerpujących i niebezpiecznych. Ustalona zostanie również pensja minimalna dla wszystkich pracujących na poziomie 10 funtów za godzinę, przy jednoczesnym wzroście zarobków pracowników sfery budżetowej o 5 proc.

Nowy internacjonalizm

Sugestie Corbyna brzmią odważnie również na polu polityki zagranicznej, ale czy w tym akurat aspekcie Corbyn nie obiecuje zbyt wiele? Labour zamierza w przeciągu trzech miesięcy wynegocjować z Unią Europejską nową umowę, która będzie chronić miejsca pracy i stabilność gospodarki brytyjskiej. Będzie ona zawierać kompleksowe porozumienie celne obejmujące całą Wielką Brytanię, ścisłe współdziałanie z jednolitym rynkiem, współpracę na polu praw pracowniczych, ale również zielonej polityki. Po uzgodnieniu tej umowy, rząd socjaldemokracji przeprowadziłby w przeciągu sześciu miesięcy od dojścia do władzy referendum, przedstawiając w nim opcje odejścia z Unii za pomocą nowych ustaleń, lub pozostania w ramach wspólnoty unijnej.
Ostatni rozdział pod tytułem „New Internationalism” kreśli nową wizję polityki zagranicznej. Ma ona cechować się postawieniem największego nacisku na międzynarodowe organy, takie jak między innymi ONZ. Będzie to polityka negocjacji oraz pokoju. Labour między innymi planuje nową ustawą zapobiec sytuacji, w której to premier omija parlament w momencie decyzji przystąpienia do wojny. Corbyn znany jest ze swoich pacyfistycznych poglądów. W manifeście jego partia obiecuje jednak nie tylko to, ale i rewizję neokolonialnej polityki Wielkiej Brytanii i nowe, bardziej podmiotowe podejście do krajów byłego imperium.

Prawdziwa zmiana… ale nie rewolucja

Opodatkujmy najbogatszych – i tutaj głos Labour brzmi mocno i przekonująco. To korporacje naftowe i gazowe, na podstawie ich wpływu na zmiany klimatu od 1996 r., miałyby dzięki nowemu podatkowi dać budżetowi 11 miliardów funtów na Zieloną Rewolucję. Wzrośnie również progresja podatkowa dla osób zarabiających powyżej 80 000 funtów, prócz tego podatek od dywidend i wpływów kapitałowych zostałby narzędziowo zespolony właśnie z progresywnym podatkiem dochodowym. Wycofane zostaną cięcia podatkowe na polu spadkowym i korporacyjnym. Przy tym wszystkim Labour gwarantuje brak podwyżek podatku VAT.
Program Labour został ciepło przyjęty przez wielu ekonomistów, co znacznie wzmacnia jej pozycję. Socjaldemokracja brytyjska zawsze miała na tym polu problem. Większość ekonomistów, sprzężona interesami z najbogatszymi, wręcz odruchowo i teatralnie negowała kompetencje lewicy na polu zarządzania gospodarką. Był to zresztą jeden z powodów neoliberalnego skrętu New Labour Tony’ego Blaira. Dziś jednak sytuacja jest inna. Znaczne zubożenie społeczeństwa brytyjskiego po kryzysie z 2008 roku dało się we znaki praktycznie wszystkim i znalazła się nawet grupa ekonomistów, którzy kilka dni temu podpisali się pod listem opublikowanym w „Financial Times” z poparciem tak dla labourzystowskich diagnoz, jak i dla sugerowanych rozwiązań. Najbardziej znamiennym jest miejsce publikacji tego listu. Magazyn ten kojarzy się raczej jednoznacznie z promowaniem stylu myślenia oraz życia najbogatszych ludzi, którzy wręcz nie wiedzą na co mogliby wydawać swoje grube miliony zarobione w City lub innych centrach finansowych świata.
Program Labour uchodzić może w oczach brytyjskich tłustych kotów za wywrotowy do szczętu, jednak w rzeczywistości jedynie sprowadza on anglosaski leseferyzm na ziemię, przybliżając wolnorynkowe reguły gry w Wielkiej Brytanii do tych kontynentalnych. W niejednej analizie wskazuje się, że wydatki budżetowe, cele oraz wysokość, planowane przez Corbyna i jego ekipę odzwierciedlają poziom europejski, a suma ich zbliżyłaby ingerencję państwową do poziomu Francji czy Niemiec.
A więc jednak nie rewolucjonista… chociaż po latach cięć corbynowski plan ucywilizowania warunków życia w Wielkiej Brytanii i tak sprawia wrażenie wywrócenia politycznej logiki do góry nogami. I to nie tylko brytyjskiej. Przecież sytuacja polityczna, społeczna oraz gospodarcza, do której odnosi się lider Labour, pomimo swego oryginalnego anglosaskiego sznytu, odzwierciedla wszystkie problemy, z jakimi borykają się kraje zachodniej demokracji liberalnej. Polityka gospodarcza nielicząca się z kosztami społecznymi, upadek narzędzi demokratycznej kontroli rządzących przez obywateli i obywatelki, algorytmizacja polityki i plaga fake newsów – znamy to przecież z całego świata okcydentu, również z Polski.
Czas więc najwyższy, by również polscy politycy mieli co najmniej tyle odwagi, co Jeremy Corbyn. „Nowoczesne państwo dobrobytu” to nie horyzont myśli współczesnej lewicy (nawet, jeśli nie chce ona czerpać z dorobku „zbyt radykalnych” nurtów). Można iść krok dalej, odważniej, a do tego ściśle związać problemy społeczne i gospodarcze z rozwiązaniami kwestii klimatycznej. W XIX w. to procesy społeczne zachodzące w Wielkiej Brytanii stanowiły przedmiot badania dla Karola Marksa i jego środowiska, z drugiej strony w tym samym kraju wykuwał się neoliberalizm, tam też, jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, dała mu się zwieść lewica. Gdyby program Labour okazał się taką samą inspiracją, tym razem pozytywną, dla socjaldemokratów w Europie, mógłby nawet stać się kamieniem milowym w jej historii. Z takimi hasłami lewica może odzyskać hegemonię.

Thatcheryzm na sterydach

W tasiemcowym brytyjskim serialu o brexicie może nastąpić kolejny zwrot akcji: 12 grudnia odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, po których zarówno brexit, jak orientacje polityczne Wielkiej Brytanii mogą całkiem się zmienić.

Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna przystąpiła dziś do ataku na rządzących konserwatystów i ich premiera Borisa Johnsona.
Konserwatyści (torysi) mają przewagę, jeśli chodzi o sondażowe intencje wyborcze, ale ostatnie wewnętrzne podziały związane z brexitem mogą ich drogo kosztować i faworyzować Partię Pracy.
Na mityngu wyborczym w Harlow, na północno-wschodnich przedmieściach Londynu, Jeremy Corbyn ostrzegał rodaków: „Boris Johnson i torysi chcą przejąć brexit, by narzucić thatcheryzm na sterydach!” – co było aluzją do ultraliberalnej polityki byłej prawicowej premier Margaret Thatcher z lat 80. ub. wieku. „Głosować na torysów to sprzedać nasz NHS [publiczny system ochrony zdrowia] Trumpowi” – grzmiał Corbyn.
Szef Labour oskarżył rząd Johnsona o zamiar sprzedaży części NHS amerykańskim koncernom farmaceutycznym, w ramach przyszłej umowy o wolnym handlu z USA. „Oni chcą zniszczyć nie tylko reguły ochrony zdrowia, chcą modelu gospodarczego jeszcze bardziej liberalnego niż w Stanach Zjednoczonych!” – przestrzegał Corbyn.
Johnson przesłał Corbynowi list otwarty, w którym domaga się od niego wyraźnego stanowiska w sprawie opuszczenia UE, dość ambiwalentnego: „Wyborcy zasługują na precyzyjny obraz każdego potencjalnego premiera, jeśli chodzi o brexit” – argumentował.

Szansa na przełom?

Sobota przyniosła nadzieje na uregulowanie w ostatniej chwili sprawy brexitu – Wielka Brytania wystąpiła z kompromisowym rozwiązaniem, które uznano za otwierające drogę do negocjacji. Sytuacja nie jest jednak aż tak optymistyczna jakby mogło się to wydawać.

Przedstawiona przez Londyn propozycja wycofuje się z idei urządzania placówek kontroli granicznej w Irlandii. Miałyby one być wykonywane na Morzu Irlandzkim, zaś przejazd przez granicę lądową między Republiką Irlandii a Irlandią Północną miałby być swobodny. Nie do końca jest wszakże jasne, jak by to miało wyglądać z obszarami celnymi (domniemanie jest, że Irlandia Północna pozostałaby w unijnym obszarze celnym, na co Londyn dotąd nie chciał przystać) bo w tym aspekcie koncepcja ma jednak szereg niejasności, a wszystko zależałoby od praktyki, jaką porozumienie by sankcjonowało – de facto przenosząc granicę na morze (a zatem pozwalając jedynie zachować pozory, że nie wycofał się ze swoich pozycji całkowicie), czy też byłby to wstęp do podziału Irlandii na dwie strefy celne, jakkolwiek nie teraz, lecz w przewidywalnej przyszłości. Co wydaje się jednak jasne, propozycja nie rezygnuje z tego, aby pozostałą część Wielkiej Brytanii wyszła z unijnego obszaru celnego i aby kraj ten mógł samodzielnie budować sobie infrastrukturę traktatową z zakresie handlu ze stronami trzecimi.
Zdaniem Michela Barnier reprezentującego UE w rozmowach ze Zjednoczonym Królestwem ta propozycja premiera Borisa Johnsona była na tyle interesującą opcją, że zarekomendował ją jako podstawę przyspieszonych, intensywnych negocjacji. Komentarze podkreślają, że to ustępstwo ze strony Johnsona, zauważmy jednak, że ruch w stronę porozumienia zdecydowała się uczynić także UE, która do tej pory opierała wszelkim próbom renegocjowania umowy. Co ważne – po rozmowach premiera Johnsona z jego irlandzkim odpowiednikiem, którego głos ma w tej sprawie zasadnicze znaczenie, obaj zgodzili się, że „jest to ścieżka, która może prowadzić do porozumienia”. W poniedziałek premier Johnson ma rozmawiać o tej sprawie z kluczowymi przywódcami europejskimi – kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Emanuelem Macronem i szefem KE Jean-Claude Junckerem, starając się ich przekonać do swojej propozycji zmian do układu wynegocjowanego z Theresą May, lub choć przynajmniej do złagodzonej wersji „bezumownego brexitu”, opierającej się podjęciu ustaleń w odniesieniu do tych punktów, które budzą największe kontrowersje.
O ile zatem weekendowe sygnały sugerować by miały ostrożny optymizm w stosunku de perspektywy przełamania impasu, to samej Wielkiej Brytanii ren kompromis również może napotkać na silny opór. Sceptycznie o możliwości wypracowania rozwiązania na podstawie nowej propozycji rządu wypowiedział się lider największej siły opozycyjnej – Partii Pracy – Jeremy Corbyn. „Jeśli miałoby to oznaczać przesunięcie granicy na Morze Irlandzkie widzę szereg problemów” – oświadczył. Irlandzcy unioniści także nie będą zachwyceni tym rozwiązaniem.
Także rząd nie pała wielkim optymizmem. Agencja Reuters, powołując się na źródło związane z Downing Street, pisze że w ocenie ekipy premiera Johnsona droga od akceptacji wstępnych do wynegocjowania układu będzie długa. A czas ucieka nieubłaganie.

Klincz trwa

Już wydawało się, że Boris Johnson nie przetrwa druzgocącego werdyktu Sądu Najwyższego, który uznał iż oszukał królową, ale wygląda na to, że wśród opozycji przeważają obawy, że premier może wykorzystać przedterminowe wybory aby doprowadzić do „twardego” brexitu 31 października.

Z inicjatywą złożenia wniosku o wotum nieufności wobec premiera Johnsona nosiła się Szkocka Partia Narodowa), ale przeważyła opinia labourzystów – a konkretnie ich lidera Jeremy’ego Corbyna. Po spotkaniu przywódców partii opozycyjnych, w których wzięli udział szef parlamentarnej frakcji SNP Ian Blackford, liderka Liberalnych Demokratów Jo Swinson, liderka Zielonych Caroline Lucas, szefowa parlamentarnej frakcji walijskiej partii Plaid Cymru Liz Saville Roberts oraz przywódczyni Niezależnej Grupy na rzecz Zmiany Anna Soubry, oświadczył, że poprze taki wniosek „w momencie, w którym będziemy mogli wygrać oraz zdjąć ze stołu opcję brexitu bez porozumienia”. W rezultacie zatem ani wniosku, ani głosowania nie było.
Na ile są to realne obawy – trudno oceniać, ale dowodzą one, że premier Johnson posługuje się straszakiem przedterminowych wyborów bardzo skutecznie. Bo choć to może wyglądać na samobójczą taktykę (podobny pomysł kosztował nie tak dawno temu jego poprzedniczkę utratę większości i konieczność tworzenia koalicji z egzotycznym i trudnym partnerem, jakim są północnoirlandzcy unioniści), niemniej jednak zdaje się liczyć, że nowe wybory pozwolą mu odzyskać utraconą większość i przeprowadzić rozwód z Unią Europejską według swojego uznania. Nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, ale też jego ewentualna skuteczność nie poddaje rozsądnym analizom, bo nie oto chodzi, aby przedterminowe wybory wygrali torysi, ale tacy torysi, którzy – ewentualnie z innymi zatwardziałymi brexitowcami – by byli skłonni poprzeć bezumowne opuszczenie Unii. Bo co do tego, że nadal Partia Konserwatywna cieszy się największym poparciem wskazują wszystkie sondaże się zgadzają. I to – niezależnie od straszaka Johnsona – powód dla którego opozycja, a zwłaszcza Partia Pracy, nie palą się do wchodzenia w nieprzygotowaną, improwizowaną kampanię, w której brexit, a nie kwestie programowe, stanowiłby zasadniczy temat. A z powodu, że opinie w sprawie brexitu przecinają w poprzek podziały partyjne, mogłoby to mieć dla Labour bardzo negatywne konsekwencje, nie mówiąc o tym, że szanse na zastąpienie konserwatywnego jakimkolwiek innym są niewielkie. Bo choć opozycja dysponuje większością dzięki której pewnie by była w stanie przegłosować wotum nieufności, poza stosunkiem do sprawy brexitu, nie łączy jej zgoła nic, co by mogło wskazywać na możliwość sformowania koalicji, nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu. Trudno bowiem sobie rząd labourzystów z Liberalnymi Demokratami.
Tymczasem zaś na linii Londyn-Bruksela, a w zasadzie na linii Londyn-Bruksela-Dublin postępu nie widać. Kolejne propozycje składane przez stronę brytyjską, aby rozwiązać kwestię tzw. „bezpiecznika” i granicy celnej pomiędzy Republiką Irlandii a brytyjską Irlandią Północną nie zostały odebrane jako wnoszące jakikolwiek postęp. Zdaniem irlandzkiego ministra spraw zagranicznych Simona Coveney’a sugerowane jakoby przez Brytyjczyków rozwiązania „utworzenia centrów kontroli celnej niedaleko granicy” nie są nawet punktem wyjścia do rozmów. Podobnego zdania jest przewodnicząca nacjonalistycznej irlandzkiej partii Sinn Féin. Z punktu widzenia Dublina przywrócenie granicy dzieląca wyspę byłoby złamaniem „porozumienia wielkopiątkowego” z 1998 roku.
Boris Johnson wprawdzie twierdzi, że takiej propozycji nie było, ale równocześnie też mówi, że suwerenne państwo powinno mieć własną przestrzeń celną.
Pozycje są zatem nadal nieprzejednane, więc trudno poważnie spodziewać się, żeby Boris Johnson spełnił swoje zapowiedzi, że doprowadzi do korekty umowy z UE podczas szczytu 17-18 października.

Nielegalne zawieszenie

Brytyjski Sąd Najwyższy uznał, że premier Boris Johnson zawieszając parlament dopuścił się złamania prawa i wprowadził królową w błąd. W brytyjskich realiach dyskwalifikuje go to jako polityka.

Jedenastu sędziów było w tej sprawie jednomyślnych. „Sąd zmuszony jest dojść do wniosku, iż decyzja premiera, aby doradzić królowej zawieszenie parlamentu była nielegalna. Jej efektem było bowiem utrudnienie lub powstrzymanie parlamentu przed wykonywaniem swych konstytucyjnych funkcji bez rozsądnego uzasadnienia” – powiedziała przewodnicząca sądu Lady Brenda Hale. Sędzia wyjaśniła, że zgodnie z orzeczeniem parlament w istocie wcale nie został zawieszony, gdyż wniosek o zawieszenie parlamentu z którym premier zwrócił się do królowej był nieważny i pozbawiony skutków prawnych. „Równie dobrze mogła to być pusta kartka papieru” – dodała.
Jakie będą konsekwencje werdyktu sędzia nie wyjaśniła, stwierdzając, że odpowiedź na to pytanie nie należy do kompetencji sądu. Ale że będą one poważne, nie ulega wątpliwości. Liderzy opozycji wezwali Borisa Johnsona do złożenia rezygnacji z funkcji premiera. Parlament zatem zbiera się dziś i dziś mogą już zapaść w kluczowych sprawach rozstrzygnięcia, jakie one będą – trudno przewidzieć, bo poza wezwaniem Johnsona do ustąpienia wypowiedzi polityków są dość niekonkretne co do tego, jak wyobrażają sobie dalszy kierunek.
Wskutek okołobrexitowej rozgrywki dążący ewidentnie do bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – bo jego działania mające robić wrażenie podejmowania prób wznowienia negocjacji wokół sprawy tzw. „bezpiecznika” należy uznać za pozorowane – Boris Johnson stracił większość w Izbie Gmin i w starciach z parlamentarzystami poniósł szereg porażek, z których zasadniczą było przyjęcie ustawy uniemożliwiającej „twardy” brexit 31 października i przymuszającej go o zwrócenie się do UE o przesunięcie terminu, gdyby do 19 października nie wynegocjonowano nowej umowy. W takiej sytuacji Johnson faktycznie nie ma chyba już żadnej możliwości ruchu i trudno sobie wyobrazić jego dalsze funkcjonowanie jako szefa rządu. Boris Johnson przebywa tymczasem w Nowym Jorku na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu zapowiadał, że nawet w przypadku przegranej nie zamierza rezygnować.
Co się stanie – zależy w dużej mierze od stanowiska opozycji, ale podziały wobec kwestii brexitu przebiegają w poprzek podziałów partyjnych. Zakończony dopiero co kongres najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy udzielił w tej sprawie poparcia neutralnemu stanowisku zajmowanemu przez jej lidera – Jeremy’ego Corbyna. Nie zapominajmy wszakże, że stało się to jeszcze przed orzeczeniem sądu, które stwarza zupełnie nową sytuację. Choć w brytyjskiej polityce panuje obecnie zupełnie bezprecedensowy chaos, należy zwrócić uwagę, że werdykt Sądu Najwyższego, przełamujący wzajemne blokowanie swoich działań przez rząd i parlament, pomimo wszystko jest elementem pozwalającym na jakąś formułę nowego otwarcia, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że wszystkie możliwości zostały już wykorzystane. W ten zaś sposób całą rozgrywka może być o kilka pól cofnięta. O ile – nie sposób powiedzieć, choć całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydawać by się mogło powtórne rozpisanie referendum.