Brexit, wybory i nowa walka klas

Jednym z najważniejszych wydarzeń 2019 roku były grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Partia Pracy, pod przewodnictwem najbardziej lewicowego przewodniczącego w historii, Jeremy’ego Corbyna, poniosła wielką porażkę. Oddała pole odbite torysom dwa lata temu – i znacznie, znacznie więcej. 60 miejsc mniej niż w poprzednich wyborach. Reperkusje tego wydarzenia sięgną daleko poza granice tego jednego państwa.

Labour Party jest dziś największą partią polityczną w Europie – i niemal ostatnią z tradycyjnych socjaldemokracji, która przez kilka lat wydawała się przełamywać zaklęty krąg stagnacji, marginalizacji, a nawet degeneracji, w jakim partie o podobnym profilu i historii zamknęły się na całym kontynencie wskutek najpierw ukąszenia neoliberalizmem, a potem kryzysu finansowego 2008 roku. Lewica w całej Europie patrzyła na Labour z nadzieją – i jako na lekcję, jak inną politykę uczynić możliwą w ramach tradycyjnego systemu partyjnego. Wynik zeszłorocznych brytyjskich wyborów najprawdopodobniej otworzy teraz nową sekwencję wielkich, spektakularnych zwycięstw prawicy po obydwu stronach Atlantyku.
Przewaga uzyskana przez torysów okazała się większa niż przewidywały najbardziej nieprzychylne Labour sondaże i media. Wyniki stanęły w poprzek trendów notowanych w ostatnich tygodniach przed wyborami, kiedy to różnica między Partią Pracy a Partią Konserwatywną wydawała się kurczyć raczej niż rosnąć, a dodatkowo fakt, że w ostatnich latach sondaże cechowało raczej niedoszacowanie Labour, dawał nadzieję na wynik powyżej przewidywań sondażowni. Przewagę torysów powiększył jeszcze zniekształcający proporcje brytyjski system jednomandatowych okręgów wyborczych. 43,4 proc. przełożyło się na 56 proc. miejsc w westminsterskich ławach i większość 80 głosów.
Klęska pomimo popularności programu
Labourzyści przegrali tak sromotnie, pomimo iż znacznie więcej Brytyjczyków popiera sporą część ich programu (koniec polityki zaciskania pasa; nacjonalizacja kolei, energetyki czy poczty; inwestycje w zieloną transformację; wojna z rajami podatkowymi czy uśmieciowieniem zatrudnienia; itd.). Pomimo iż Boris Johnson naprawdę nie cieszy się poparciem większości brytyjskiego społeczeństwa – większość uważa go, zasłużenie, za klauna. Jakby tego było mało, na finiszu wyborów robił wszystko, żeby raczej tracić głosy niż je zyskiwać – nie stawił się na telewizyjnej debacie klimatycznej, odmawiał wywiadów najbardziej szanowanym dziennikarzom, a nawet chował się przed niektórymi do lodówki. A jednak stało się to, co się stało. Jak to było możliwe?
Podobnie jak było z Brexitem – tak wielki wstrząs polityczny nie da się nigdy wytłumaczyć jednym czynnikiem. Poszczególnymi ludźmi kieruje zwykle więcej niż tylko jeden motyw, a całymi społeczeństwami – zwłaszcza tak zróżnicowanymi i nierównymi jak współczesna Wielka Brytania – złożone konfiguracje tych motywów. Szereg analiz wykazał już, że Jeremy Corbyn był przez całe cztery lata pod nieprzerwanym atakiem większości mainstreamowych mediów, nawet tych, które przez dekady uchodziły w Wielkiej Brytanii za lewicowe (szczególnie haniebną rolę odegrał tu „The Guardian”). Udowodniono, że miażdżąca większość medialnych doniesień na temat Corbyna zniekształcała jego stanowisko, demonizowała go lub ośmieszała. Odkąd po raz pierwszy ubiegał się o stanowisko przewodniczącego Partii Pracy, w okresach poprzedzających kluczowe głosowania czy to wewnątrz Partii Pracy czy to na poziomie ogólnokrajowym, w prasie pojawiały się całe serie oskarżeń wyssanych z palca. Że „przyjaźni się z terrorystami” (z IRA, z Hamasu), że był komunistycznym agentem (czechosłowackim, of all places!), wreszcie – że on sam lub jego otoczenie to „antysemici” (bo uważają, że Palestyńczycy są ludźmi i jako takich ich też obejmują pewne niezbywalne prawa człowieka).
Wiele wskazuje, że ogromna część tych fabrykacji smażona była dla mediów przez i we współpracy z kontrolowanym przez torysów aparatem bezpieczeństwa państwa brytyjskiego, a także z siłami obcych mocarstw, zwłaszcza Izraela. Ale przed wyborami w 2017 było tak samo – dlaczego wtedy te kalumnie partii nie zaszkodziły, a w 2019 umożliwiły torysom zwycięstwo na miarę triumfów Margaret Thatcher?
Względny (w warunkach pozostawionych po dekadach neoliberalnego spustoszenia) „radykalizm” manifestu Partii Pracy z roku 2017 nie odstraszył wtedy wyborców, wręcz przeciwnie, przyciągnął wielu z powrotem, a też wielu całkiem nowych. Manifest z roku 2019 nie odjechał stamtąd za bardzo w lewo, żeby miliony ludzi się nagle przestraszyły, że niby „hoho, wystarczy!”. Był raczej reafirmacją tej samej linii, rozwinięciem tamtych propozycji, czymś na kształt: „mówimy serio, nam chodzi cały czas o to samo”. Tylko głośniej. Coś się jednak musiało zmienić, żeby wywołać taki wstrząs, tym bardziej, że w międzyczasie nie wzrosła nigdzie wiara, że to torysi mają jakiś lepszy pomysł na cokolwiek.
Część ludzi zapewne zaczęła wierzyć w kalumnie od samej częstotliwości ich powtarzania; część przestała wierzyć, że przywódca będący celem takich ataków ma jakiekolwiek szanse sukcesu. Ale to na pewno nie wszystko.
Brexit election
Była jedna wielka, znacząca różnica między propozycjami Labour w latach 2017 i 2019: dotyczyła Brexitu. Dwa lata wcześniej Labour oficjalnie akceptowała wynik referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, a w 2019, dość niespodziewanie, zapowiedziała drugie referendum. Ta propozycja mogła być „filozoficznie” dobra, w tym sensie, że dopiero dzisiaj wiemy, jak niewiele wiedzieliśmy, co z tego pierwszego referendum mogło w ogóle wynikną i Brytyjczycy powinni mieć prawo zagłosować również nad wynegocjowanymi konkretami. Poza tym partia nie chciała wyalienować żadnej z dwóch części społeczeństwa spolaryzowanego właśnie wokół Brexitu, tym bardziej, że kolejne fale kryzysu ekonomicznego są dziś i tak nieuchronne.
Ale filozoficznie słuszne decyzje mają czasem niepożądane konsekwencje praktyczne. O ile Partii Konserwatywnej udało się zachować swoich wyborców chcących Brexitu i nie utracić tych, którzy byli (i są) za pozostaniem w Unii Europejskiej, o tyle Labour utraciła głosy tam, gdzie jej wcześniejsi wyborcy w referendum głosowali za Brexitem. W 2019 część zagłosowała po raz pierwszy w życiu na torysów, wielu zrezygnowało z głosowania. Może to więc prawda, że były to wybory „na temat Brexitu”, „wokół Brexitu”, że to o zdominował i przyćmił wszystko, przeorał brytyjską scenę polityczną tak, że obrócił ją całą w szachownicę ułożoną z pułapek, źle postawionych pytań, na które niemal nie da się dobrze odpowiedzieć. Cokolwiek by tobą nie kierowało, co chwilę grozi ci, że obudzisz się po jednej stronie albo z neoliberałami, albo z rasistami i nacjonalistami.
Brytyjczycy i Brytyjki zagłosowali en masse wbrew swojemu materialnemu interesowi. Część z nich uwiodły rasizm i nacjonalizm lansowane przez otoczenie Johnsona, nostalgia za Imperium Brytyjskim, ale na pewno nie wszystkich. Część z nich popierała wiele postulatów Labour, ale po dekadzie barbarzyńskich cięć budżetowych torysów po prostu nie wierzyła w realną możliwość ich realizacji. Gorzej nawet: rozjeżdżane przez dziesięciolecia neoliberalnym walcem, rozbite nim na rozerwane, osamotnione jednostki, utraciło wiarę w możliwość odbudowy ogólnospołecznej solidarności, która realizację programu Labour mogłaby uczynić możliwym. Wobec tego – zamiast tego – postawili ostatecznie na coś w ich poczuciu bardziej w zasięgu ręki – żeby już zrobić cały ten Brexit, jak mawia Boris Johnson. Lepiej już było, co będzie to będzie, byle się skończył ten stan zawieszenia i pośmiewisko w oczach świata.
Pułapka i katastrofa Brexitu
Dziś już wiadomo z całą pewnością, że torysi Borisa Johnsona zrobią Brexit za wszelką cenę, żeby ugrać coś na wstrząśniętych w ten sposób rynkach, i sprzedać, co jeszcze zostało rządowi na Wyspach do sprzedania, czyli przede wszystkim służbę zdrowia (NHS, National Health Service). Wiadomo już, że sępami będą amerykańskie korporacje, więc wszyscy oprócz ich akcjonariuszy stracą, a jednak głosy odpłynęły w stronę takich torysów. Kiedyś pisałem, że Brexit będzie katastrofą, ale też, że jego odwołanie byłoby jeszcze większą, bo umocniłoby najbardziej reakcyjne, ultraneoliberalne siły w samej UE i poszczególnych jej krajach członkowskich. Dlatego nie ma się co łudzić wyborem między katastrofą a jej odwołaniem (nierealnym) – kierować natomiast się należy wyborem między różnymi scenariuszami katastrofy, takimi, po których jest co zbierać i odbudowywać, i takimi, po których nic już nie ma.
Ale może sprawa była jeszcze poważniejsza: katastrofą większą od Brexitu mogła być już nawet sama propozycja, że Brexit ewentualnie, hipotetycznie, w jakichś okolicznościach, dałoby się jeszcze odwołać, np. w dodatkowym referendum? I właśnie to się stało, najważniejszym czynnikiem redukującym w ostatniej chwili poparcie dla Labour była ta zmiana, podczas gdy Boris jechał po bandzie ze swoim „Get Brexit done!” i mógł się nawet po drodze chować w lodówkach. Brytyjskie społeczeństwo poczuło, że może im zostać odebrana ta jedyna „ich własna” decyzja, która naprawdę coś w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmieniła w brytyjskiej polityce – ten jeden raz, kiedy ich głos okazał się faktycznie mieć znaczenie, i to takie o mocy wstrząsu; ten jeden jedyny raz, kiedy mieli poczucie, że udało im się uderzyć w ekonomiczne elity, zemścić się na nich, naprawdę je znokautować. Nawet jeśli było to zwycięstwo pyrrusowe.
Jak można te wydarzenia w ogóle rozumieć, w parametrach materialistycznego rozumienia polityki? Proponuję hipotezę z kilku kroków oddalenia.
A jeśli kapitalizm już się skończył?
W książce Capital Is Dead filozof/ka McKenzie Wark stawia bulwersujące pytanie. Co, jeśli kapitalizm już się skończył? Nic nie zauważyliśmy, bo myśleliśmy, że rezultatem upadku kapitalizmu będzie, oczywiście (bo jesteśmy lewicą, marksistowską), komunizm. Skoro to, w czym żyjemy, to wciąż nie jest komunizm, to znaczy, że wciąż żyjemy w kapitalizmie. A jeśli kapitalizm już przegrał, tylko że nie z nami (lewicą)? Jeśli my (lewica) przegraliśmy razem z nim, i zwycięstwo należy do kogoś/czegoś innego, jeszcze gorszego?
Nie zauważyliśmy, bo upieramy się traktować wszystko, co widzimy, jako manifestacje tego samego systemu, tej samej „esencji”, która tylko zmienia formy, kostiumy i rekwizyty? Wark nazywa takie podejście metafizyką. Marks uważał pojawienie się kapitalizmu za fenomen historyczny. Tak jak się pojawił, system ten może zniknąć, zostać zastąpiony. Tak jak zastąpić mogły go siły od kapitalizmu lepsze (socjalizm, komunizm), tak mogą i gorsze, nic nie jest z góry przesądzone.
Wark proponuje eksperyment myślowy: co, jeśli burżuazja została pokonana przez klasę społeczną jeszcze gorszą, która przejęła władzę nawet nad nią? Istnienie wciąż burżuazji i proletariatu nie wystarczy, by podważyć trafność jej hipotezy. Przecież kapitalizm i zwycięstwo burżuazji nie zniosły istnienia starszych klas społecznych – np. feudalnych właścicieli ziemskich, kleru i chłopów. Umieściły je tylko w nowej konfiguracji. W kapitalizmie arystokracja i właściciele ziemscy nie przestali istnieć, nie stracili swoich zasobów i możliwości wyzyskiwania chłopów, tylko zostali włączeni w konfigurację, w której ich pozycja podporządkowana została panowaniu i ekonomicznej racjonalności burżuazji. Tak samo dziś burżuazja – klasa właścicieli środków produkcji – została przechytrzona przez klasę właścicieli informacji (albo: wektora przepływu informacji). Burżuazja wciąż istnieje i zarzyna setki milionów proletariuszy w niekoniecznie potrzebnej pracy przy produkcji jej fetyszy. Ale największa władza wcale nie należy dziś do tych, którzy posiadają środki produkcji.
Ci, którzy je posiadają, wciąż mają władzę and tymi, którzy ich nie posiadają, ale sami znaleźli się w sytuacji podporządkowania wobec tych, którzy posiadają władzę nad informacją i informację na własność. Apple i Google nie potrzebują nawet środków produkcji, produkcję zlecają podwykonawcom w Azji. Amazon przerzuca po świecie coraz wydajniej (dzięki coraz pełniejszej informacji, jaką dysponuje i nie przestaje gromadzić) produkty wytwarzane przez innych. Facebook nie produkuje w ogóle niczego materialnego. Władzę nad tymi, którzy posiadają środki produkcji daje im kontrola informacji (patentów, praw autorskich, zagregowanych drobiazgowych danych ściąganych z mieszkańców całej planety, obiegu tych informacji).
Władcy informacji
Argument, że informacja istniała i miała znaczenie już wcześniej, niczego tu nie zbija. Towar też istniał przed kapitalizmem i zwycięstwem burżuazji, a jednak nie był jeszcze tym samym, czym się stał w kapitalizmie i w warunkach klasowej władzy burżuazji. To samo z argumentem, że informacja jest po prostu kolejnym towarem. Jest towarem, ale zupełnie innym niż te, którymi obracał kapitalizm. Tak jak towar w kapitalizmie ma władzę, jakiej nie miał jeszcze w feudalizmie.
Informację wytwarzamy wszyscy cały czas, nie wiedząc nawet kiedy, ciągle podłączeni do urządzeń, które stale ją z nas wysysają. Nawet gdy śpimy, albo gdy myślimy, że jesteśmy klientami albo nabywcami jakiejś usługi (wydawałoby się, że to biegunowe przeciwieństwo pracy). Tylko nie mamy nad nią żadnej władzy, żadnej kontroli, nie podejrzewamy nawet, ile z każdym naszym krokiem jej wytwarzamy. Za to ci, którzy mają nad nią władzę, wiedzą o nas tyle, że – choć nigdy nas nie spotkali – są na przykład w stanie nasze konkretne indywidualne istnienie wytypować, jako wrażliwe na pewne podmuchy chorągiewki, które można w kluczowym politycznie momencie urobić właściwymi bodźcami.
McKenzie Wark sugeruje, że to się stało już wtedy, kiedy większość z nas (lewicy) myśli, że zaczął się kolejny etap, kolejne stadium kapitalizmu. Z początkiem neoliberalizmu. Dotychczasowa marksistowska opowieść o tym wydarzeniu idzie mniej więcej tak. Kapitaliści wykorzystali kryzys (paliwowy, stagflacji) lat 70. XX wieku, żeby zniszczyć pozycję klas pracujących, zmusić je do oddania pola, osłabić związki zawodowe, rozbić klasowe solidarności i skonsolidować władzę poprzez finansjeryzację gospodarki, rozrzucenie po globie łańcucha dostaw, logistykę i przyspieszony przepływ informacji (dzięki komputerom, internetowi, itd.), aż po zatomizowanie społeczeństw przez socjalizację do skrajnego narcyzmu. A jeśli ta opowieść jest nieprawdziwa? Wark proponuje inną: w warunkach kryzysu lat 70. XX wieku kapitaliści uciekli się do tego, by poszukiwać ratunku przed widmem rewolucji w technologiach intensyfikujących przepływ, pozyskiwanie i przetwarzanie informacji. Żeby przy ich pomocy móc przerzucać po świecie produkcję tam, gdzie taniej i siła robocza mniej zorganizowana, szybciej przesyłać tam instrukcje i skuteczniej wozić po świecie półprodukty i gotowe towary, unikając gniewu i oporu pracowników. A jeśli wtedy właśnie wyhodowali na swojej piersi klasę, która może chwilowo pomogła im nie osunąć się nagle pod topór rewolucji, ale niepostrzeżenie przejęła ich władzę i narzuciła siebie jako siłę dominującą nawet nad nimi? Co, jeśli neoliberalizm to nie jest kolejne/ostatnie stadium kapitalizmu, ale już pierwsze stadium następnego (jeszcze gorszego) systemu?
Klasę, która się ponad tym wszystkim wyłoniła i przechytrzyła burżuazję, Wark proponuje nazwać vectoralist class (po polsku byłaby to może klasa wektoralistyczna). Chodzi o posiadanie kontroli nad wektorem (przepływu) informacji. Z burżuazją łączy tę klasę pragnienie utrzymania globalnego systemu wyzysku i dominacji, ale dzieli ją rywalizacja o udział we władzy i korzyściach z tej władzy – przejęła władzę także nad burżuazją, która obudziła się z ręką w nocniku, skazana na jej dyktat.
Osobiście chcę wierzyć, że to jeszcze nie jest tak do końca przesądzone, że wciąż żyjemy w wielkim interregnum i możemy temu jeszcze gorszemu systemowi zapobiec. Że – jak u Petera Frase’a – wciąż są możliwe inne scenariusze. Ale może po prostu jestem mniejszym pesymistą niż Wark.
Brexit jako symptom (jeden z wielu)
Tak czy owak, być może Brexit i wszystkie jego konsekwencje to arena walki między tymi dwiema (dominującymi) klasami? Kosztem reszty z nas? Jedna z tych kilku aren, na których vectoralist class postanowiła w końcu przejąć pełnię otwartej władzy, jasno nam wszystkim pokazać, kto tu rządzi? Film dokumentalny The Great Hack (dostępny na Netfliksie, ubiega się o Oscara) czy najnowszy wyciek dokumentów rozwiązanej firmy Cambridge Analytica, za sprawą sygnalistki Brittany Kaiser, wskazują na inne takie areny.
Hipoteza: vectoralist class można przypisać autorstwo całego Brexitu. Tracącą grunt pod nogami, przerażoną końcem świata jaki znamy część starej kapitalistycznej burżuazji, która jej w tym pomogła, rozbijając się o ściany, byle coś jeszcze w ostatniej chwili ukraść, możemy uważać za jej pożytecznych idiotów. To władcy informacji rozpętali Brexit, żeby pomnożyć fortuny na dramatycznych wahaniach walut i innych aktywów w bezpośrednim sąsiedztwie tego wydarzenia. Dzięki śledztwu dziennikarskiemu Bloomberga możemy już dziś mieć pewność, że wielkie fundusze inwestycyjne grały na nie w okolicach referendum, że miały dostęp do otoczonych tajemnicą wyborczą oficjalnych informacji, i mogły w ten sposób „zaprojektować” wahania rynków; że Nigel Farage, jeden z politycznych prowodyrów Brexitu, musiał działać z nimi w zmowie.
Można powiedzieć, że nihil novi sub sole, bo w kapitalizmie elity ekonomiczne zawsze stosowały – mówiąc Różą Luksemburg – „sztuczki i sposobiki”, żeby kupować i przechwytywać na swoją korzyść formalne procedury liberalnej demokracji. Ale jednocześnie wszystko jest tu zupełnie nowe, bo dziś – jak pokazało referendum brexitowe i wybory prezydenckie w USA – nie trzeba już nawet przekonać jak najwięcej ludzi – wydając na to przekonywanie więcej pieniędzy niż inni. Większość brytyjskich kapitalistów chciała pozostania w Unii Europejskiej. Hillary Clinton wydała na kampanię więcej niż Donald Trump, stała za nią większość kapitalistów. Burżuazja przegrała z vectoralist class, która dysponuje zupełnie nowymi środkami. Przy pomocy analiz statystycznych, algorytmów i projekcji opartych na zagregowanej informacji, potrafi wskazać kilka kluczowych, precyzyjnych kategorii demograficznych, np. ludzi w określonym przedziale wiekowym i majątkowym w kilku statystycznie decydujących okręgach, zlokalizować ich fobie i najskuteczniejsze „czerwone płachty”, i albo zmobilizować je albo do głosowania tak a nie inaczej, albo zniechęcić do głosowania w ogóle. Jest to niby podobne do tego, co w liberalnych demokracjach kapitalizmu robiła burżuazja, ale jednocześnie jest to zupełnie nowa jakość. Burżuazja przegrywa dziś z władcami informacji (których sama uprzednio stworzyła).
Inna taka różnica – tylko pozornie powierzchowna – polega na stosunku tych dwóch klas panujących do kryzysów ekonomicznych.
Informacja i kryzys
Kryzysy są immanentną częścią kapitalizmu, powracają w nim cyklicznie. Historycznie tak to zwykle wyglądało, że cykliczne destrukcje kapitału w wielkich kryzysach były mechanizmem, dzięki któremu system resetował się na ścieżkę wzrostu i długotrwałej (takiej na czas jednego pokolenia) akumulacji i ekspansji. To prawda, że garstka najpotężniejszych kapitalistów, burżuazyjnych oligarchów, wykorzystywała zawsze kryzysy, by zrestrukturyzować stosunki władzy i umocnić swoją własną dominację nad systemem, ale tych zawsze była mniejszość w ramach samej burżuazji. Burżuazja w ogóle, postrzegana jako całość, na dłuższą metę prawdziwych kryzysów (prawdziwych, nie tylko zwykłych wahnięć koniunktury) się boi. Dlatego w ich okresach tak mocno przytula się do faszystów. Woli warunki wzrostu, bo wtedy jest więcej do podziału, mniej własnych trupów po drodze, a i o legitymizację słuszności całego systemu łatwiej, niż gdy wszystko się wali.
Dla władców informacji tymczasem kryzys to idealne środowisko. Zgromadzili już tyle władzy, że skutki kryzysów ich nie dosięgają. Jakby co, bunkry na Nowej Zelandii już zbudowane. Zagregowane informacje oraz technologie ich analizy i przetwarzania pozwalają im właśnie w warunkach kryzysów powiększać swoją władzę, wpływy i majątki, np. grając na towarzyszących im wahnięciach kursów, które są w stanie przewidzieć, zaprojektować, a nawet wywołać. Brexit, Donald Trump, Jair Bolsonaro, Boris Johnson… W kryzysie są jak ryba w wodzie, dlatego jeśli diagnoza Wark się potwierdzi, nie będzie już nawet żadnych cykli. Kryzys od tego momentu będzie już permanentny.
Pojawienie się władców informacji jako odrębnej klasy społecznej, która odbiera władzę nawet burżuazji, przeszło jak dotąd w znacznym stopniu niezauważone, podobnie jak antagonizm i walka o władzę między nią a burżuazją. Dlatego trudno z zewnątrz (z dołu) zobaczyć, że nie są już one dłużej stronnictwami w ramach tej samej, starej klasy.
Brytyjska klasa pracująca od kilkudziesięciu lat znosiła ciosy neoliberalnych ofensyw i wynikające z nich upokorzenia. Od dekady przeżywa intensyfikację tego wszystkiego pod postacią torysowskiej polityki drastycznego zaciskania pasa, która najdosłowniej zabiła dziesiątki tysięcy ludzi. Klasa władców informacji zdołała zlokalizować frustracje „zwykłych ludzi”, najbardziej podatne na wpływy i „czerwone płachty” grupy społeczne, a następnie podsunąć im klaunów zgrywających „anty-establiszment” (Farage, Johnson) oraz narzędzia przedstawione jako sposób uderzenia w „kosmopolityczne elity”, jako szansa na zemstę na nich (Brexit, bo burżuazja kocha Unię Europejską). Jednocześnie zdołała też ukryć swoje własne istnienie jako odrębnej klasy, która walczy (między innymi w ten sposób) o władzę z burżuazją. Zdołała ukryć swój udział w tym całym procesie, rolę w nim odgrywaną. Brytyjskie masy pracujące, myśląc, że mszczą się w końcu na klasach panujących, w istocie dały się wciągnąć w wojnę domową między dwiema takimi klasami, starą i nową (operującą wciąż incognito), walczącymi o udział w torcie i stosunek władzy między sobą. Nieświadomie pomogły nowej dokopać starej. Same zostały z pustymi rękami, ograbione jeszcze bardziej, wystawione na jeszcze więcej ciosów, umacniając nową klasę panującą, jeszcze węższą i potężniejszą niż burżuazja, którą obalić będzie jeszcze trudniej.
Jeśli taka hipoteza jest choć trochę prawdziwa, to lewicy zabrakło, żeby rzucić na to wszystko trochę światła, bo sama nie zauważyła wielkiej systemowej zmiany, która się rozgrywa (lub nawet już się dokonała), wciąż przekonana, że zmieniają się tylko zewnętrzne manifestacje systemu, wiecznej „esencji kapitalizmu”. W skrajnych przypadkach: wierząca do dziś, że z chaosu, w którym się obecnie znajdujemy, da się wyjść podnosząc kilka podatków i zasiłków…

Wizja Labour Party – zielone państwo dobrobytu

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory generalne do Izby Gmin. Główną partią opozycyjną wobec Konserwatystów jest socjaldemokratyczna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna. Z tej też okazji wydała ona w poprzednim tygodniu swój nowy manifest.

Tekst zatytułowany „Czas na prawdziwą zmianę” ma pięć rozdziałów, nie licząc przedmowy napisanej przez samego lidera.
Gdy media brytyjskie, a w ślad za nimi międzynarodowy mainstream, robią z Corbyna antysemitę, dokument sygnowany przez lidera Labour i sformatowany zgodnie z brytyjską tradycją polityczną tworzenia długich manifestów ukazuje człowieka z wizją co najmniej godną zainteresowania. Manifest to tyleż świadectwo twardych poglądów – jego główne tezy pozostały niezmienione w stosunku do poprzedniej takiej publikacji z 2017 r. – co gotowości do reagowania na nowe problemy. I to problemy światowej wagi. Takim jest niewątpliwie sprawa klimatu i tu już na wstępie głos Corbyna i Labour brzmi mocno: przeprowadźmy Zieloną Rewolucję!
Partia ma w planach uruchomić fundusz na rzecz zielonej transformacji o wartości 250 mld funtów. Ma on pomóc unieść Zjednoczonemu Królestwu ciężar reformy, która miałaby do lat trzydziestych radykalnie zdekarbonizować system energetyczny, poprzez inwestycję w zieloną energię. Ponadto regionalne sieci energetyczne zostaną znacjonalizowane, a sześć dużych firm energetycznych zostanie objętych jurysdykcją brytyjskiej National Energy Agency, odpowiedzialnej za dekarbonizację energii. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz odwiertów.
Oprócz tego pojawia się temat, który znamy z rodzimego podwórka, mianowicie kwestia energooszczędnych i ekologicznych domostw. Labour planuje zmodernizować 27 mln domów do najwyższych standardów wydajności energetycznej, aby wyeliminować ubóstwo energetyczne i zaoszczędzić każdemu gospodarstwu domowemu około 417 funtów na rocznych rachunkach za energię do 2030 r.
Wprowadzony zostanie „Clean Air Act”, którego celem będzie poprawa jakości powietrza na wielu płaszczyznach, oprócz m.in. produkcji przemysłowej będzie dotyczył on również wiekowych pojazdów, zanieczyszczających powietrze bardziej, niż nowocześniejsze modele.
Przemysłowcy natomiast zostaliby obciążeni kosztami za wytwarzane przez siebie odpady. Rząd ponadto stworzyłby nowy system dotyczący zwrotu szkła. 5,6 mld funtów ma zostać przeznaczone na ochronę przeciwpowodziową. Jest to szczególnie ważna kwestia ze względu na to, że ogromne połacie Wielkiej Brytanii znajduje się w sferze powodziowej.

Odbudowa państwa dobrobytu

Kolejny rozdział o tytule „Rebuild our Public Services” przedstawia lewicową wizję usług publicznych, a te po ostatnich latach polityki cięć są w koszmarnej kondycji, czego przykładem może być sytuacja National Health Service (brytyjskiego odpowiednika NFZ). Liczba łóżek szpitalnych spadła w ostatnich latach do 127 225. To najniższa liczba w historii NHS, które istnieje od powołania go przez lewicowy rząd Clementa Attlee w 1948 roku. Kryzys służby zdrowia jednak nie przejawia się tylko w liczbie łóżek czy ogromnych kolejkach. W listopadzie tego roku zaczęło brakować wręcz wszystkiego, a w szczególności leków na raka, Parkinsona, choroby psychiczne oraz epilepsję.
Partia Pracy proponuje, zamiast prywatyzacji, coroczne zwiększanie wydatków na NHS o średnio 4,3 procenta rocznie. Pomoże to w powstrzymaniu cięć w budżecie NHS oraz uzupełni zatrważające luki kadrowe wśród lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Przywrócona zostanie ustawowa odpowiedzialność sekretarza zdrowia na polu zapewnienia kompleksowego i powszechnego systemu ochrony zdrowia.
Kryzys w służbie zdrowia wynika w dużej mierze, prócz niedofinansowania pod rządami neoliberałów, z postępującego starzenia się społeczeństwa brytyjskiego. Odpowiedzią na to ma być stworzenie National Care Service, czyli darmowej opieki osobistej dla osób powyżej 65. roku, które potrzebują pomocy w myciu, ubieraniu się czy spożywaniu posiłków. Labour ma zamiar zainwestować 8 miliardów funtów w opiekę dla dorosłych. Wiąże się to z poprawą warunków pracy terapeutów i opiekunów, zlikwidowane zostaną brytyjskie śmieciówki („zero contracts”) oraz podwyższone zostaną ich pensje, które będą również uwzględniać czas spędzony w dojazdach do podopiecznych.
Corbyn zabrał w sprawie usług publicznych głos nie tylko za pośrednictwem partyjnego programu. 27 listopada właśnie on zaprezentował stenogramy rozmów Borisa Johnsona o nowym trade dealu z USA, który miałby zastąpić traktaty handlowe łączące Wielką Brytanię z Unią Europejską. Uzmysłowił opinii publicznej, że ich kosztem mają dokonywać się kolejne prywatyzacje, kolejne oszczędności, które, jak już nie raz udowodniono, bezpośrednio przekładają się na spadek przewidywanej długości życia. Sprawa NHS stała się głównym tematem kampanii wyborczej, po, oczywiście, Brexicie.

Edukacja? Publiczna! Bezpieczeństwo? Koniec oszczędności!

Podobnie jak w 2017 r. Labour apeluje o zniesienie czesnego. Bezpłatne szkoły i akademie zostałyby przywrócone pod zarząd lokalnych samorządów i społeczności. Szkolenie i studiowanie przez dorosłych byłoby darmowe przez sześć lat. Dzieci w wieku od 2 do 4 lat miałyby zapewnioną darmową 30-godzinną opiekę przedszkolną, urlop macierzyński zostałby wydłużony do 12 miesięcy. W manifeście nie ma jednak żadnego rozwiązania mówiącego o unieważnieniu dotychczasowych kredytów studenckich, choć politycy tej partii zapewniają, że będą próbowali coś zrobić z tą kwestią. Partia obiecuje również zlikwidowanie luk podatkowych, z których korzystają szkoły prywatne. Powołana przez Labour komisja ds. Sprawiedliwości Społecznej, która miałaby zwalczać nierówności na wielu polach, miałaby w przypadku edukacji zająć się integrowaniem szkolnictwa prywatnego z powszechnym.
Partia Pracy odważnie mierzy się również z tematem finansowania policji, straży pożarnej, samorządów, sportu. Kwestia finansowania policji oraz straży pożarnej jest wśród nich najważniejsza z perspektywy ostatnich lat; wciąż niezabliźnioną raną na ciele brytyjskiej klasy robotniczej jest tragiczny pożar Grenfell Tower w Londynie. Labour planuje znaczne zwiększenie nakładów na służby dbające o bezpieczeństwo obywateli i obywatelek i tu akurat mówi jednym głosem z innymi partiami. Partia Pracy po prostu cofnie cięcia, które miały miejsce od około dziesięciu lat; ich już po prostu nie da się bronić. Przełomowy za to jest inny postulat: jednostki penitencjarne zbudowane dzięki kapitałowi prywatnemu poddane zostaną kontroli państwa, a kontrowersyjny program Prevent, którego celem jest ograniczenie radykalizacji, zostanie zreformowany lub zniesiony.

Odważna walka z nierównościami

Według raportu Shelter z listopada 2018 roku w Wielkiej Brytanii ponad 320 000 ludzi żyje w stanie bezdomności, a liczba ta ma tendencję wzrostową. W 2018 roku w Anglii i Walii zmarło w tych warunkach 726 osób, co jest 28-procentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego. Oczywiście są to niedoszacowane liczby, jak zawsze, gdy próbuje się badać bezdomność.
Według szacunków Social Metric Commission w latach 2017/2018 około 14,3 miliona osób żyło w ubóstwie (cała populacja Wielkiej Brytanii liczy 66 milionów,), z czego połowa popadła już w ubóstwo trwałe. Jeszcze na początku dekady ta liczba spadała – teraz rośnie. Kolejny rozdział manifestu Labour ma więc stanowić głównie odpowiedź na powyższe palące problemy, prócz tego mowa w nim o polityce imigracyjnej – ta zależy w dużej mierze od losów Brexitu – czy prokobiecej dotyczącej szczególnie kwestii ekonomicznych.
W kwestii mieszkalnictwa Labour planuje masowy program budowy mieszkań socjalnych, który miałby skutkować powstaniem miliona domów w ciągu dekady. Wyda na niego 75 miliardów funtów. Nowy podatek od domów wakacyjnych miałby wspomóc to przedsięwzięcie. Miasta uzyskałyby natomiast prawo ustalania ograniczeń wysokości czynszów. Prócz tego brytyjska socjaldemokracja nie zamierza podwyższać wieku emerytalnego – dziś 66 lat. Wręcz przeciwnie: planuje propracowniczą rewizję jego wysokości dla zawodów szczególnie wyczerpujących i niebezpiecznych. Ustalona zostanie również pensja minimalna dla wszystkich pracujących na poziomie 10 funtów za godzinę, przy jednoczesnym wzroście zarobków pracowników sfery budżetowej o 5 proc.

Nowy internacjonalizm

Sugestie Corbyna brzmią odważnie również na polu polityki zagranicznej, ale czy w tym akurat aspekcie Corbyn nie obiecuje zbyt wiele? Labour zamierza w przeciągu trzech miesięcy wynegocjować z Unią Europejską nową umowę, która będzie chronić miejsca pracy i stabilność gospodarki brytyjskiej. Będzie ona zawierać kompleksowe porozumienie celne obejmujące całą Wielką Brytanię, ścisłe współdziałanie z jednolitym rynkiem, współpracę na polu praw pracowniczych, ale również zielonej polityki. Po uzgodnieniu tej umowy, rząd socjaldemokracji przeprowadziłby w przeciągu sześciu miesięcy od dojścia do władzy referendum, przedstawiając w nim opcje odejścia z Unii za pomocą nowych ustaleń, lub pozostania w ramach wspólnoty unijnej.
Ostatni rozdział pod tytułem „New Internationalism” kreśli nową wizję polityki zagranicznej. Ma ona cechować się postawieniem największego nacisku na międzynarodowe organy, takie jak między innymi ONZ. Będzie to polityka negocjacji oraz pokoju. Labour między innymi planuje nową ustawą zapobiec sytuacji, w której to premier omija parlament w momencie decyzji przystąpienia do wojny. Corbyn znany jest ze swoich pacyfistycznych poglądów. W manifeście jego partia obiecuje jednak nie tylko to, ale i rewizję neokolonialnej polityki Wielkiej Brytanii i nowe, bardziej podmiotowe podejście do krajów byłego imperium.

Prawdziwa zmiana… ale nie rewolucja

Opodatkujmy najbogatszych – i tutaj głos Labour brzmi mocno i przekonująco. To korporacje naftowe i gazowe, na podstawie ich wpływu na zmiany klimatu od 1996 r., miałyby dzięki nowemu podatkowi dać budżetowi 11 miliardów funtów na Zieloną Rewolucję. Wzrośnie również progresja podatkowa dla osób zarabiających powyżej 80 000 funtów, prócz tego podatek od dywidend i wpływów kapitałowych zostałby narzędziowo zespolony właśnie z progresywnym podatkiem dochodowym. Wycofane zostaną cięcia podatkowe na polu spadkowym i korporacyjnym. Przy tym wszystkim Labour gwarantuje brak podwyżek podatku VAT.
Program Labour został ciepło przyjęty przez wielu ekonomistów, co znacznie wzmacnia jej pozycję. Socjaldemokracja brytyjska zawsze miała na tym polu problem. Większość ekonomistów, sprzężona interesami z najbogatszymi, wręcz odruchowo i teatralnie negowała kompetencje lewicy na polu zarządzania gospodarką. Był to zresztą jeden z powodów neoliberalnego skrętu New Labour Tony’ego Blaira. Dziś jednak sytuacja jest inna. Znaczne zubożenie społeczeństwa brytyjskiego po kryzysie z 2008 roku dało się we znaki praktycznie wszystkim i znalazła się nawet grupa ekonomistów, którzy kilka dni temu podpisali się pod listem opublikowanym w „Financial Times” z poparciem tak dla labourzystowskich diagnoz, jak i dla sugerowanych rozwiązań. Najbardziej znamiennym jest miejsce publikacji tego listu. Magazyn ten kojarzy się raczej jednoznacznie z promowaniem stylu myślenia oraz życia najbogatszych ludzi, którzy wręcz nie wiedzą na co mogliby wydawać swoje grube miliony zarobione w City lub innych centrach finansowych świata.
Program Labour uchodzić może w oczach brytyjskich tłustych kotów za wywrotowy do szczętu, jednak w rzeczywistości jedynie sprowadza on anglosaski leseferyzm na ziemię, przybliżając wolnorynkowe reguły gry w Wielkiej Brytanii do tych kontynentalnych. W niejednej analizie wskazuje się, że wydatki budżetowe, cele oraz wysokość, planowane przez Corbyna i jego ekipę odzwierciedlają poziom europejski, a suma ich zbliżyłaby ingerencję państwową do poziomu Francji czy Niemiec.
A więc jednak nie rewolucjonista… chociaż po latach cięć corbynowski plan ucywilizowania warunków życia w Wielkiej Brytanii i tak sprawia wrażenie wywrócenia politycznej logiki do góry nogami. I to nie tylko brytyjskiej. Przecież sytuacja polityczna, społeczna oraz gospodarcza, do której odnosi się lider Labour, pomimo swego oryginalnego anglosaskiego sznytu, odzwierciedla wszystkie problemy, z jakimi borykają się kraje zachodniej demokracji liberalnej. Polityka gospodarcza nielicząca się z kosztami społecznymi, upadek narzędzi demokratycznej kontroli rządzących przez obywateli i obywatelki, algorytmizacja polityki i plaga fake newsów – znamy to przecież z całego świata okcydentu, również z Polski.
Czas więc najwyższy, by również polscy politycy mieli co najmniej tyle odwagi, co Jeremy Corbyn. „Nowoczesne państwo dobrobytu” to nie horyzont myśli współczesnej lewicy (nawet, jeśli nie chce ona czerpać z dorobku „zbyt radykalnych” nurtów). Można iść krok dalej, odważniej, a do tego ściśle związać problemy społeczne i gospodarcze z rozwiązaniami kwestii klimatycznej. W XIX w. to procesy społeczne zachodzące w Wielkiej Brytanii stanowiły przedmiot badania dla Karola Marksa i jego środowiska, z drugiej strony w tym samym kraju wykuwał się neoliberalizm, tam też, jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, dała mu się zwieść lewica. Gdyby program Labour okazał się taką samą inspiracją, tym razem pozytywną, dla socjaldemokratów w Europie, mógłby nawet stać się kamieniem milowym w jej historii. Z takimi hasłami lewica może odzyskać hegemonię.

Thatcheryzm na sterydach

W tasiemcowym brytyjskim serialu o brexicie może nastąpić kolejny zwrot akcji: 12 grudnia odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, po których zarówno brexit, jak orientacje polityczne Wielkiej Brytanii mogą całkiem się zmienić.

Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna przystąpiła dziś do ataku na rządzących konserwatystów i ich premiera Borisa Johnsona.
Konserwatyści (torysi) mają przewagę, jeśli chodzi o sondażowe intencje wyborcze, ale ostatnie wewnętrzne podziały związane z brexitem mogą ich drogo kosztować i faworyzować Partię Pracy.
Na mityngu wyborczym w Harlow, na północno-wschodnich przedmieściach Londynu, Jeremy Corbyn ostrzegał rodaków: „Boris Johnson i torysi chcą przejąć brexit, by narzucić thatcheryzm na sterydach!” – co było aluzją do ultraliberalnej polityki byłej prawicowej premier Margaret Thatcher z lat 80. ub. wieku. „Głosować na torysów to sprzedać nasz NHS [publiczny system ochrony zdrowia] Trumpowi” – grzmiał Corbyn.
Szef Labour oskarżył rząd Johnsona o zamiar sprzedaży części NHS amerykańskim koncernom farmaceutycznym, w ramach przyszłej umowy o wolnym handlu z USA. „Oni chcą zniszczyć nie tylko reguły ochrony zdrowia, chcą modelu gospodarczego jeszcze bardziej liberalnego niż w Stanach Zjednoczonych!” – przestrzegał Corbyn.
Johnson przesłał Corbynowi list otwarty, w którym domaga się od niego wyraźnego stanowiska w sprawie opuszczenia UE, dość ambiwalentnego: „Wyborcy zasługują na precyzyjny obraz każdego potencjalnego premiera, jeśli chodzi o brexit” – argumentował.

Szansa na przełom?

Sobota przyniosła nadzieje na uregulowanie w ostatniej chwili sprawy brexitu – Wielka Brytania wystąpiła z kompromisowym rozwiązaniem, które uznano za otwierające drogę do negocjacji. Sytuacja nie jest jednak aż tak optymistyczna jakby mogło się to wydawać.

Przedstawiona przez Londyn propozycja wycofuje się z idei urządzania placówek kontroli granicznej w Irlandii. Miałyby one być wykonywane na Morzu Irlandzkim, zaś przejazd przez granicę lądową między Republiką Irlandii a Irlandią Północną miałby być swobodny. Nie do końca jest wszakże jasne, jak by to miało wyglądać z obszarami celnymi (domniemanie jest, że Irlandia Północna pozostałaby w unijnym obszarze celnym, na co Londyn dotąd nie chciał przystać) bo w tym aspekcie koncepcja ma jednak szereg niejasności, a wszystko zależałoby od praktyki, jaką porozumienie by sankcjonowało – de facto przenosząc granicę na morze (a zatem pozwalając jedynie zachować pozory, że nie wycofał się ze swoich pozycji całkowicie), czy też byłby to wstęp do podziału Irlandii na dwie strefy celne, jakkolwiek nie teraz, lecz w przewidywalnej przyszłości. Co wydaje się jednak jasne, propozycja nie rezygnuje z tego, aby pozostałą część Wielkiej Brytanii wyszła z unijnego obszaru celnego i aby kraj ten mógł samodzielnie budować sobie infrastrukturę traktatową z zakresie handlu ze stronami trzecimi.
Zdaniem Michela Barnier reprezentującego UE w rozmowach ze Zjednoczonym Królestwem ta propozycja premiera Borisa Johnsona była na tyle interesującą opcją, że zarekomendował ją jako podstawę przyspieszonych, intensywnych negocjacji. Komentarze podkreślają, że to ustępstwo ze strony Johnsona, zauważmy jednak, że ruch w stronę porozumienia zdecydowała się uczynić także UE, która do tej pory opierała wszelkim próbom renegocjowania umowy. Co ważne – po rozmowach premiera Johnsona z jego irlandzkim odpowiednikiem, którego głos ma w tej sprawie zasadnicze znaczenie, obaj zgodzili się, że „jest to ścieżka, która może prowadzić do porozumienia”. W poniedziałek premier Johnson ma rozmawiać o tej sprawie z kluczowymi przywódcami europejskimi – kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Emanuelem Macronem i szefem KE Jean-Claude Junckerem, starając się ich przekonać do swojej propozycji zmian do układu wynegocjowanego z Theresą May, lub choć przynajmniej do złagodzonej wersji „bezumownego brexitu”, opierającej się podjęciu ustaleń w odniesieniu do tych punktów, które budzą największe kontrowersje.
O ile zatem weekendowe sygnały sugerować by miały ostrożny optymizm w stosunku de perspektywy przełamania impasu, to samej Wielkiej Brytanii ren kompromis również może napotkać na silny opór. Sceptycznie o możliwości wypracowania rozwiązania na podstawie nowej propozycji rządu wypowiedział się lider największej siły opozycyjnej – Partii Pracy – Jeremy Corbyn. „Jeśli miałoby to oznaczać przesunięcie granicy na Morze Irlandzkie widzę szereg problemów” – oświadczył. Irlandzcy unioniści także nie będą zachwyceni tym rozwiązaniem.
Także rząd nie pała wielkim optymizmem. Agencja Reuters, powołując się na źródło związane z Downing Street, pisze że w ocenie ekipy premiera Johnsona droga od akceptacji wstępnych do wynegocjowania układu będzie długa. A czas ucieka nieubłaganie.

Klincz trwa

Już wydawało się, że Boris Johnson nie przetrwa druzgocącego werdyktu Sądu Najwyższego, który uznał iż oszukał królową, ale wygląda na to, że wśród opozycji przeważają obawy, że premier może wykorzystać przedterminowe wybory aby doprowadzić do „twardego” brexitu 31 października.

Z inicjatywą złożenia wniosku o wotum nieufności wobec premiera Johnsona nosiła się Szkocka Partia Narodowa), ale przeważyła opinia labourzystów – a konkretnie ich lidera Jeremy’ego Corbyna. Po spotkaniu przywódców partii opozycyjnych, w których wzięli udział szef parlamentarnej frakcji SNP Ian Blackford, liderka Liberalnych Demokratów Jo Swinson, liderka Zielonych Caroline Lucas, szefowa parlamentarnej frakcji walijskiej partii Plaid Cymru Liz Saville Roberts oraz przywódczyni Niezależnej Grupy na rzecz Zmiany Anna Soubry, oświadczył, że poprze taki wniosek „w momencie, w którym będziemy mogli wygrać oraz zdjąć ze stołu opcję brexitu bez porozumienia”. W rezultacie zatem ani wniosku, ani głosowania nie było.
Na ile są to realne obawy – trudno oceniać, ale dowodzą one, że premier Johnson posługuje się straszakiem przedterminowych wyborów bardzo skutecznie. Bo choć to może wyglądać na samobójczą taktykę (podobny pomysł kosztował nie tak dawno temu jego poprzedniczkę utratę większości i konieczność tworzenia koalicji z egzotycznym i trudnym partnerem, jakim są północnoirlandzcy unioniści), niemniej jednak zdaje się liczyć, że nowe wybory pozwolą mu odzyskać utraconą większość i przeprowadzić rozwód z Unią Europejską według swojego uznania. Nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, ale też jego ewentualna skuteczność nie poddaje rozsądnym analizom, bo nie oto chodzi, aby przedterminowe wybory wygrali torysi, ale tacy torysi, którzy – ewentualnie z innymi zatwardziałymi brexitowcami – by byli skłonni poprzeć bezumowne opuszczenie Unii. Bo co do tego, że nadal Partia Konserwatywna cieszy się największym poparciem wskazują wszystkie sondaże się zgadzają. I to – niezależnie od straszaka Johnsona – powód dla którego opozycja, a zwłaszcza Partia Pracy, nie palą się do wchodzenia w nieprzygotowaną, improwizowaną kampanię, w której brexit, a nie kwestie programowe, stanowiłby zasadniczy temat. A z powodu, że opinie w sprawie brexitu przecinają w poprzek podziały partyjne, mogłoby to mieć dla Labour bardzo negatywne konsekwencje, nie mówiąc o tym, że szanse na zastąpienie konserwatywnego jakimkolwiek innym są niewielkie. Bo choć opozycja dysponuje większością dzięki której pewnie by była w stanie przegłosować wotum nieufności, poza stosunkiem do sprawy brexitu, nie łączy jej zgoła nic, co by mogło wskazywać na możliwość sformowania koalicji, nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu. Trudno bowiem sobie rząd labourzystów z Liberalnymi Demokratami.
Tymczasem zaś na linii Londyn-Bruksela, a w zasadzie na linii Londyn-Bruksela-Dublin postępu nie widać. Kolejne propozycje składane przez stronę brytyjską, aby rozwiązać kwestię tzw. „bezpiecznika” i granicy celnej pomiędzy Republiką Irlandii a brytyjską Irlandią Północną nie zostały odebrane jako wnoszące jakikolwiek postęp. Zdaniem irlandzkiego ministra spraw zagranicznych Simona Coveney’a sugerowane jakoby przez Brytyjczyków rozwiązania „utworzenia centrów kontroli celnej niedaleko granicy” nie są nawet punktem wyjścia do rozmów. Podobnego zdania jest przewodnicząca nacjonalistycznej irlandzkiej partii Sinn Féin. Z punktu widzenia Dublina przywrócenie granicy dzieląca wyspę byłoby złamaniem „porozumienia wielkopiątkowego” z 1998 roku.
Boris Johnson wprawdzie twierdzi, że takiej propozycji nie było, ale równocześnie też mówi, że suwerenne państwo powinno mieć własną przestrzeń celną.
Pozycje są zatem nadal nieprzejednane, więc trudno poważnie spodziewać się, żeby Boris Johnson spełnił swoje zapowiedzi, że doprowadzi do korekty umowy z UE podczas szczytu 17-18 października.

Nielegalne zawieszenie

Brytyjski Sąd Najwyższy uznał, że premier Boris Johnson zawieszając parlament dopuścił się złamania prawa i wprowadził królową w błąd. W brytyjskich realiach dyskwalifikuje go to jako polityka.

Jedenastu sędziów było w tej sprawie jednomyślnych. „Sąd zmuszony jest dojść do wniosku, iż decyzja premiera, aby doradzić królowej zawieszenie parlamentu była nielegalna. Jej efektem było bowiem utrudnienie lub powstrzymanie parlamentu przed wykonywaniem swych konstytucyjnych funkcji bez rozsądnego uzasadnienia” – powiedziała przewodnicząca sądu Lady Brenda Hale. Sędzia wyjaśniła, że zgodnie z orzeczeniem parlament w istocie wcale nie został zawieszony, gdyż wniosek o zawieszenie parlamentu z którym premier zwrócił się do królowej był nieważny i pozbawiony skutków prawnych. „Równie dobrze mogła to być pusta kartka papieru” – dodała.
Jakie będą konsekwencje werdyktu sędzia nie wyjaśniła, stwierdzając, że odpowiedź na to pytanie nie należy do kompetencji sądu. Ale że będą one poważne, nie ulega wątpliwości. Liderzy opozycji wezwali Borisa Johnsona do złożenia rezygnacji z funkcji premiera. Parlament zatem zbiera się dziś i dziś mogą już zapaść w kluczowych sprawach rozstrzygnięcia, jakie one będą – trudno przewidzieć, bo poza wezwaniem Johnsona do ustąpienia wypowiedzi polityków są dość niekonkretne co do tego, jak wyobrażają sobie dalszy kierunek.
Wskutek okołobrexitowej rozgrywki dążący ewidentnie do bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – bo jego działania mające robić wrażenie podejmowania prób wznowienia negocjacji wokół sprawy tzw. „bezpiecznika” należy uznać za pozorowane – Boris Johnson stracił większość w Izbie Gmin i w starciach z parlamentarzystami poniósł szereg porażek, z których zasadniczą było przyjęcie ustawy uniemożliwiającej „twardy” brexit 31 października i przymuszającej go o zwrócenie się do UE o przesunięcie terminu, gdyby do 19 października nie wynegocjonowano nowej umowy. W takiej sytuacji Johnson faktycznie nie ma chyba już żadnej możliwości ruchu i trudno sobie wyobrazić jego dalsze funkcjonowanie jako szefa rządu. Boris Johnson przebywa tymczasem w Nowym Jorku na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu zapowiadał, że nawet w przypadku przegranej nie zamierza rezygnować.
Co się stanie – zależy w dużej mierze od stanowiska opozycji, ale podziały wobec kwestii brexitu przebiegają w poprzek podziałów partyjnych. Zakończony dopiero co kongres najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy udzielił w tej sprawie poparcia neutralnemu stanowisku zajmowanemu przez jej lidera – Jeremy’ego Corbyna. Nie zapominajmy wszakże, że stało się to jeszcze przed orzeczeniem sądu, które stwarza zupełnie nową sytuację. Choć w brytyjskiej polityce panuje obecnie zupełnie bezprecedensowy chaos, należy zwrócić uwagę, że werdykt Sądu Najwyższego, przełamujący wzajemne blokowanie swoich działań przez rząd i parlament, pomimo wszystko jest elementem pozwalającym na jakąś formułę nowego otwarcia, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że wszystkie możliwości zostały już wykorzystane. W ten zaś sposób całą rozgrywka może być o kilka pól cofnięta. O ile – nie sposób powiedzieć, choć całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydawać by się mogło powtórne rozpisanie referendum.

Farsa sprawiedliwości

Julian Assange po odbyciu połowy kary więzienia za „złamanie zasad warunkowego zwolnienia” pozostanie za kratami – zdecydował brytyjski sąd odrzucając wniosek obrony o przedterminowe zwolnienie, nawet za kaucją. Dokładnie tak, jak przewidywali lewicowi aktywiści i uczciwi obrońcy praw człowieka na całym świecie.

Assange obserwował przebieg rozprawy na monitorze. Nie został wypuszczony z więzienia Belmarsh ani na chwilę. I tak samo może być, gdy już zakończy odbywanie wyroku 50 tygodni więzienia za „złamanie zasad warunkowego zwolnienia” (czyli za to, że siedem lat temu szukał ratunku w ambasadzie przyjaznego wówczas Ekwadoru), tj. w lutym przyszłego roku. Po prostu jego status może zmienić się wtedy z osadzonego na aresztowanego, oczekującego na ekstradycję. Gdyby sąd przychylił się do wniosku obrony o zwolnienie za kaucją, Assange mógłby wyjść 22 września – ale tak się nie stanie. Sędzia Vanessa Baraitser stwierdziła, że gdyby Assange został wypuszczony na wolność, istniałoby uzasadnione podejrzenie, że spróbuje uciec.Brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych jeszcze w czerwcu wydało zgodę na proces ekstradycyjny Assange’a do USA. Jeśli Assange go przegra, a wszystko na to wskazuje, gdyż chodzi o proces polityczny, jego los jest w zasadzie przesądzony. Amerykański Departament Sprawiedliwości wysunął przeciwko niemu 18 zarzutów, w tym o szpiegostwo, publikowanie informacji niejawnych, nakłanianie do tego oraz o udział w spisku, którego celem było włamanie do rządowego komputera. Grozi mu kara śmierci lub wyrok dożywotniego więzienia (technicznie – kara łączna 175 lat).
Decyzję sądu z oburzeniem przyjęli m.in. działacze Partii Pracy, gdyż według nich zapowiada on trzymanie Assange w więzieniu również po odbyciu bieżącej kary. – Plany, by trzymać Assange’a w więzieniu po upłynięciu niesprawiedliwego wyroku to skandal – pisze na Twitterze Chris Williamson, polityk Labour, podkreślając dalej, że jego kraj zachowuje się coraz bardziej
jak dyktatura.

Sezon brexitowych klęsk

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zaliczył kolejne porażki – Twardy brexit został zablokowany, przedterminowych wyborów nie będzie. I co dalej?

W zasadzie dwie spośród ostatnich klęsk premiera Johnsona były konsekwencją poprzednich i były doskonale przewidywalne. W poniedziałek królowa Elżbieta II podpisała przyjętą bez poprawek przez Izbę Lordów ustawę uniemożliwiającą rządowi przeprowadzenie bezumownego brexitu 31 października i obligującą go do dalszego przesunięcia terminu. Wciągnięcie monarchii do rozgrywki, na co – jak się wydawało po tym, jak królowa zgodziła się na zawieszenie parlamentu – premier Boris Johnson miał jakieś nadzieje. Niezbyt uzasadnione, bo – zgodnie z uformowaną przez wieki tradycją – dwór bardzo uważa, żeby nie brać udziału w życiu politycznym, jeżeli to robi, to bardzo dyskretnie, w drodze nieformalnych konsultacji i sugestii.
Jeszcze tego samego dnia upadł po raz kolejny wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów, co również nie było zaskoczeniem, bo po odejściu 21 konserwatywnych posłów rząd stracił większość w Izbie Gmin. Przed głosowaniem, które odbywało się – niemal jak w polskim Sejmie – nad ranem we wtorek – premier Johnson usiłował bezskutecznie sprowokować lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna mówiąc, że pierwszym w historii Wielkiej Brytanii liderem opozycji, który tak wielkie okazuje zaufanie rządowi niemającemu w Izbie większości i nie chce wykorzystać tego faktu do jego obalenia. Zaledwie 293 spośród 650 posłów poparło wniosek o rozwiązanie parlamentu.
Fakt, że rząd utracił większość sprawia, że prawdopodobnie przedterminowych wyborów nie da się uniknąć, ale równocześnie groźba, że wybory mogłyby zostać rozpisane po zaplanowanym terminie brexitu każe opozycji ostrożnie podchodzić do tej perspektywy. Tym bardziej, że przedterminowe wybory mogłyby okazać się – przynajmniej teoretycznie – rozwiązaniem „ostatniej szansy” dla Borisa Johnsona: byłoby tak w sytuacji, gdyby po wyborach możliwe było sformowanie koalicji z Partią Brexitu Nigela Farage’a, z którą Johnsonowi, w którego zapewnienia, że nadal będzie starał się negocjować, a „twardy” brexit uważa za zło konieczne i możliwe do zaakceptowania jedynie w przypadku, gdyby nie było innego wyjścia, nikt już prawdopodobnie nie wierzy, być może udałoby się porozumieć. Na tym – każdym razie parlamentarna rozgrywka została zawieszona, bo tymczasem weszło w życie zawieszenie obrad, które potrwa do 13 października. Rozwiązanie, które miało ułatwić premierowi działanie okazało się w rezultacie dodatkowym czynnikiem krępującym mu ruchy – pozostaje mu tylko udawać, że przygotowuje jakieś propozycje, choćby symboliczne, w celu renegocjowania „układu rozwodowego” z Unią Europejską przed szczytem w Brukseli 17 października. Choć znaczy to, że wszystko zostaje odłożone dosłownie na pięć minut przed północą.
Czy doprowadzą te działania do czegokolwiek – trudno wyrokować. Paradoksalnie może się okazać, że do „twardego” brexitu jednak dojdzie 31 października, nawet mimo podpisanej przez królową ustawy, gdyż daje o sobie znać coraz większe zniecierpliwienie po stronie unijnej, które wyraża się w coraz częściej pojawiających się opiniach, że sprawę należy wreszcie skończyć, a nawet będzie lepiej, jeśli bez przyjęcia umowy Zjednoczone Królestwo opuści UE wcześniej niż później.
To wszystko to jednak jeszcze nie koniec okołobrexitowych problemów Borisa Johnsona. Parlament przymusił bowiem rząd – czyli ministrów, specjalnych doradców i kluczowych funkcjonariuszy służb y cywilnej do ujawnienia wiadomości wymienianych za pośrednictwem WhatsApp i innych komunikatorów, a związanych ze sprawą zawieszenia parlamentu. Wiąże się to z domniemaniem zamiaru przeprowadzenia przez administrację „Operacji Yellowhammer”, czyli doprowadzenia do odebranie parlamentowi przypisanej mu przez prawo roli decyzyjnej w sprawie brexitu – „ucieszenia” go, jak to zostało określone. Wniosek w tej sprawie zgłosił były prokurator generalny Dominic Grieve – jeden z 21 posłów konserwatywnych, którzy przeszli na stronę opozycji.
Odpowiadając na wyrażane przez parlamentarzystów podejrzenia, że rząd może chcieć „ominąć” nałożone nań ograniczenia zakazujące bezumownego opuszczenia UE, minister spraw zagranicznych Dominic Raab zapewnił, że rząd zawsze kieruje się zasadą praworządności, dodając wprawdzie, że „czasem sytuacja może być bardziej skomplikowana, gdyż niektóre dyspozycje prawa bywają sprzeczne ze sobą, podobnie jak ich interpretacje”. Czy należy to uważać za wskazówkę mówiącą, że rząd faktycznie realizuje „Operację Yellowhammer”?

Boris dyscyplinuje

Boris Johnson odgrywa rolę nieobliczalnego wariata, który jest gotowy doprowadzić do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez żadnej umowy. Taką samą taktykę stosuje wobec niechętnych mu parlamentarzystów Partii Konserwatywnej – zakomunikował im, że jeśli zagłosują przeciwko twardemu brexitowi, mogą zapomnieć o starcie pod szyldem Torystów w najbliższych wyborach.

Szef brytyjskiego rządu wygłosił dziś przemówienie, w którym nakreślił społeczeństwu korzyści, jakie rzekomo ma zapewnić jego gabinet. Mowa była o zatrudnieniu dodatkowych 20 tys. policjantów, zwiększeniu wydatków na oświatę i służbę zdrowia oraz modernizacji szpitali. Johnson przekonywał, że poparcie jego planu brexitowego, czyli de facto najgorszego z możliwych scenariuszy – twardego brexitu, pozwoli jego rządowi przejść do rozwiązywania problemów zwykłych obywateli.
Kierujący obecnie brytyjską polityką duet Johnson – Dominic Cummings (doradca ds. brexitu, nazywany przez swoich partyjnych kolegów „zawodowym psychopatą”), przedstawia działania lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna jako przejaw odrealnienia „elity parlamentarnej”, podczas gdy swoje kroki reklamuje jako pełne troski o interes ludu. Przypomnijmy, że Corbyn, a także Liberalni Demokraci i proeuropejsko nastawiona część Partii Konserwatywnej zamierzają dziś zagłosować przeciwko twardemu brexitowi, w głosowaniu, które jest zarazem decyzją w sprawie votum zaufania dla obecnego premiera. Brak akceptacji większości może oznaczać wcześniejsze wybory oraz objęcie teki tymczasowego szefa rządu przez Jeremy’ego Corbyna.
Johnson straszy swoich wewnątrzpartyjnych przeciwników, że głosowanie przeciwko niemu będzie równoznaczne z wywindowaniem socjalisty na urząd premiera. Corbyna natomiast chce postawić w niewygodnej sytuacji, w której to on miałby patronować brexitowi bez umowy, w przypadku gdyby został szefem tymczasowego rządu. W ten sposób obecny premier próbuje utrzymać się na stanowisku.
W podobny sposób Johnson próbuje przekonać Brukselę do zmiany zdania w sporej kwestii – tymczasowego pozostania UK w unii celnej, co miałoby pozwolić na pozostawienie otwartej granicy pomiędzy Irlandią, a Irlandią Północną. Unia Europejska nie chce o tym słyszeć, przypominając, ze negocjacje zostały już zakończone. Johnson tymczasem uważa, że umowa wynegocjowana przez rząd Theresy May jest „nieważna”. Premier gra na to, że UE wie, iż jego kraj nie jest w ogóle przygotowany do twardego Brexitu, a konsekwencje takiego scenariusza byłyby bolesne również dla Unii. W ten sposób chce zmusić Brukselę do wynegocjowania nowej umowy. Szanse na to są jednak mizerne.
Johnson zapewnia, że 31 października jego kraj opuści Unię Europejską. Na wyspach mówi się jednak, że w przypadku dymisji premiera najbardziej realnym wariantem będzie kolejne przedłużenie terminu brexitu. Ponowne referendum i pozostanie we wspólnocie raczej nie wchodzi w rachubę.

Królowa zawiesza

Żywy relikt feudalizmu, czyli brytyjska królowa ingeruje w prace organu demokracji przedstawicielskiej. Elżbieta II wydała zgodę na rządowy wniosek o zawieszenie obrad parlamentu w okresie od – najwcześniej – 9 września do 14 października br. W ten sposób monarchini umożliwi konserwatywnemu gabinetowi Borisa Johnsona przeprowadzenie wyjścia z Unii Europejskiej bez umowy.

Po tym jak Unia Europejska nie pozostawiła Londynowi złudzeń co do możliwości podjęcia ponownych negocjacji w sprawie warunków na jakich Wielka Brytania miałaby opuścić wspólnotę oraz w obliczu braku zgody Izby Gmin na wynegocjowaną umowę, obecny premier Boris Johnson postawił na doprowadzenie do twardego brexitu.
Takiego scenariusza chce uniknąć opozycyjna Partia Pracy, a także Liberalni Demokraci i proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. Johnson zdaje sobie sprawę, że taka grupa może uzyskać wymagają większość podczas głosowania w Izbie Gmin, co doprowadziłoby do patowej dla niego sytuacji, w obliczu której premier musiałby prosić Brukselę o kolejne przedłużenie terminu brexitu, co z pewnością osłabiłoby jego notowania w kraju jako polityka nieskutecznego, albo byłby zmuszony rozpisać kolejne referendum, co skończyłoby się odpływem antyunijnego segmentu elektoratu Torysów do Brexit Party Nigela Farage’a.
W tej sytuacji Johnson postanowił w porozumieniu z królową skrócić obecną, trwającą już od dwóch lat sesję Izby Gmin. Królowa wyraziła właśnie na to zgodę, po spotkaniu z szefem rządu, a także liderem eurosceptycznego skrzydła Partii Konserwatywnej w Izbie Gmin Jacoem Rees-Moggiem oraz jego odpowiedniczka w Izbie Lordów Natalie Evans. Johnson tłumaczył, że nie chodzi o utrudnienie działań opozycji, lecz jedynie o formalne zakończenie sesji, co ma przyspieszyć rutynowy proces legislacyjny w zgromadzeniu. Taka wersja jest poddawana w wątpliwość przez przeciwników rządu, którzy wskazują, że przerwa pomiędzy sesjami trwa zwykle kilka dni, a premier z królową zaordynowali właśnie ponad miesiąc pauzy.
Królowa nie zareagowała na list lidera laburzystów Jeremy’ego Corbyna, który ostrzegł, że „istnieje ryzyko, iż królewskie prerogatywy są używane w sposób, który jest wprost sprzeczny z opinią większości Izby Gmin” oraz poprosił o zwołanie spotkania Tajnej Rady Wielkiej Brytanii w szerszym składzie przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie.
Co o tym myślą obywatele? W większości są krytycznie nastawieni do takiego pomysłu. Jako nieakceptowalny oceniło go 47 proc. ankietowanych pracowni YouGov, 27 proc. uznało, że rząd ma prawo do takiego ruchu, a 26 proc. nie miało zdania. Miesięczną przerwę popiera 52 i 51 proc. wyborców Torystów i zwolenników brexitu.
Co w tej sytuacji zrobi opozycja? Jej liderzy uspokajają, że czasu do przegłosowania odpowiedniej uchwały wstrzymującej twardy brexit jest jeszcze sporo, a pojawił się również pomysł by siłą proeuropejskich deputowanych odwołać premiera Johnsona i rozpisać nowe wybory. Termin elekcji musiałby jednak wyznaczyć szef rządu, a więc prawdopodobnie byłaby to data już po opuszczeniu wspólnoty.