Spór o bazę

MTS uznał mianowicie, że podczas dekolonizacji Mauritiusa w 1968 roku Wielka Brytania naruszyła poważnie prawo międzynarodowe poprzez wyłączenie prawem kaduka z terytorium Mauritiusa archipelagu Czagos. To kilkanaście niewielkich wysepek, których jednak położenie na Oceanie Indyjskim nadaje im strategiczne znaczenie. Na dodatek Londyn wytyczył specjalną strefę wokół wysp. To 500 tysięcy kilometrów kwadratowych, dwa razy więcej niż liczy terytorium samej Wielkiej Brytanii. Zatem w 1968 roku Mauritius, owszem, wyzwolił się kajdan brytyjskiego kolonializmu, ale nie cały. Archipelag pozostał pod władzą Wielkiej Brytanii. W 1966 roku wydzierżawili Amerykanom jedną z największych wysp, Diego Garcia. Jankesi uczynili z niego swoją ważną bazę wojskową, „niezatapialny lotniskowiec”, uprzednio oczywiście żądając, by Brytyjczycy wysiedlili z wysepki około 2 tysięcy rdzennych mieszkańców. Jak obiecywał jeden z urzędników w liście do swego amerykańskiego odpowiednika, do momentu otwarcia bazy wojskowej na wyspie „nie będzie żadnych rdzennych mieszkańców poza mewami”. Taki humor kolonizatora.
A niedawno jeden ze znanych dziennikarzy „The Telegraph” napisał szczerze: „to, co zrobiliśmy z mieszkańcami archipelagu Czagos powoduje, że wstydzę się być Brytyjczykiem”. Ale cóż, interesy USA są ważniejsze niż jakieś tam prawa narodów, niechby nawet najmniejszych. Na ile to jest ważna baza dla armii amerykańskiej baza niech świadczy fakt, że stąd właśnie startowały amerykańskie samoloty do swych krwawych nalotów w Iraku i Afganistanie, w których ginęli setkami cywilni mieszkańcy tych krajów. Tutaj były też osławione więzienia CIA, gdzie torturowano podejrzanych o terroryzm wbrew międzynarodowym normom.
Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wydał jasną decyzję: Wielka Brytania powinna zakończyć swe administrowanie archipelagiem i przekazać go pod administrację Mauritiusa „najszybciej, jak to jest możliwe”.
Wydawałoby się, że wyrok MTS, nie podlegający przecież zaskarżeniom, powinien zostać przyjęty przez Wielką Brytanię z pokorą i niezwłocznie winny rozpocząć się działania, by niesprawiedliwość wobec suwerennego kraju i jego rdzennych mieszkańców jak najszybciej naprawić. Nic z tych rzeczy.
Londyn odpowiedział, że z wyrokiem MTS zapozna się z „najwyższą uwagą”, co tak naprawdę oznacza, że Londyn nie ma zamiaru zwracać na niego uwagi. Królestwo powołuje się oczywiście też na względy bezpieczeństwa, co należy czytać, że dopóki Amerykanie nie dojdą do wniosku, że baza Diego Garcia nie jest im do niczego potrzebna, MTS w Hadze niech się goni.
Nie to, że mam jakieś złudzenia co systemu wartości, którymi kieruje się współczesny świat, bo można go sprowadzić do zdania: „jak jestem silny, to żadne prawa mnie nie dotyczą”. Ale jednak czuję pewien niesmak, kiedy dyplomaci krajów podobno cywilizowanych z ogniem w oczach dowodzą swojej moralnej wyższości nad swoimi konkurentami, pod własnym dywanem mając pełno trupów i kałuże krwi.

Rozwód odkładany na później

Zadanie wynegocjowania warunków opuszczenia europejskiej wspólnoty przez Wielką Brytanię przerosło wszystkie strony, które brały udział w rozmowach. W najbardziej rozpaczliwej sytuacji znalazła się jednak szefowa brytyjskiego rządu. Widząc jej bezradność, europejskie mocarstwa zgodziły się na odroczenie ostatecznej daty Brexitu. Do kiedy? To pytanie jest kluczowe, jednak odpowiedzi na nie wciąż brak.

Łatwo jest powiedzieć „wychodzimy”, znacznie trudniej jest wyjść. Kiedy obywatele Wielkiej Brytanii w 2016 roku w drodze referendum zadecydowali o wyjściu z Unii Europejskiej, nikt chyba się nie spodziewał, że na początku roku 2019 Londyn nadal będzie tkwić w tragikomicznym klinczu pomiędzy obwieszczeniem, a jego realizacją. Okazało się jednak, że przeprowadzenie Brexitu potężnego państwa jest wyzwaniem arcytrudnym.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel oświadczyła dziś, że Niemcy i Francja nie mają nic przeciwko przesunięciu terminu Brexitu. Swoją decyzję ogłosiła podczas wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Emmanuelem Macronem w Paryżu. Szefowa niemieckiego rządu zaznaczyła jednak, że skoro Brytyjczycy powiedzieli „goodbye”, to muszą wziąć odpowiedzialność za swoją decyzję i wspólnotę prędzej czy później opuścić. Merkel dodała jednak, że Brexit musi się odbyć w sposób „uporządkowany”, co jest jasnym sygnałem, że cala wspólnota nie godzi się na wariant, w którym Londyn wychodzi bez podpisania porozumienia.
Na jakich zasadach Zjednoczone Królestwo opuści więc Unię Europejską? Ze słów francuskiego prezydenta wynika, że Theresa May nie ma wielkiego pola manewru. – Jesteśmy zgodni, że umowa nie może być jeszcze raz negocjowana, nawet jeśli potrzebują więcej czasu – podkreślił Macron. Co to oznacza? Prawdopodobnie to, że jeśli będą jakieś zmiany, chociażby te dotyczące statusu Irlandii Północnej, to będą one niewielkie.
Jak sprawy się mają na Wyspach? Jeśli do 13. marca Izba Gmin nie zaakceptuje drugiej umowy z Unią, rząd Theresy May wyrazi zgodę na głosowanie w parlamencie ws. odłożenia Brexitu. Pojawia się jednak pytanie – czy taką zgodę premier otrzyma. Jeremy Corbyn i większość Partii Pracy rozgrywa obecną sytuacja w taki sposób, aby uwypuklić jak największą nieporadność Theresy May i obniżyć poparcie społeczne dla jej partii. Lider laburzystów wielokrotnie oskarżał premier o próbę „przeciągnięcia” procesu Brexitu.

Brexit odroczony?

Możliwe scenariusze

Nikt nie chce twardego Brexitu. Zarówno Bruksela, jak i brytyjski rząd i opozycja intensyfikują starania na rzecz uniknięcia scenariusza, w którym pod koniec marca Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską bez żadnego porozumienia. Najciekawszy pomysł pojawił się niedawno. Zakłada on przedłużenie okresu, w którym ustalone zostaną warunki do końca roku 2020.
Jeszcze niedawno taki wariant był forsowany i brany na poważnie wyłącznie przez fantazyjnych zwolenników pozostania Zjednoczonego Królestwa w europejskiej wspólnocie. Dziś jest jednym z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy. Grupa brukselskich polityków skupiona wokół sekretarza generalnego Komisji Europejskiej Martina Selmayra proponuje, aby dać Londynowi jeszcze 21 miesięcy na wynegocjowanie i przegłosowanie w Izbie Gmin warunków wystąpienia z Unii Europejskiej.

Zirytowani komisarze

Bruksela, podobnie jak brytyjska klasa polityczna i tamtejsze społeczeństwo, z wielkim niepokojem przyjmuje zbliżające się i rosnące z każdym dniem widmo twardego Brexitu. Katastrofa komunikacyjna, społeczna i gospodarcza dotknęłaby przede wszystkim Wielką Brytanię, jednak fala uderzeniowa dotarłaby również na kontynent, czego wszyscy chcą uniknąć. Stolica Unii Europejskiej ma również dosyć niestabilności i napięć wynikających z przedłużającego się stanu braku porozumienia pomiędzy głównymi siłami w brytyjskim parlamencie. Przypomnijmy, że kluczowe głosowanie w Izbie Gmin ws. umowy z Brukselą miało odbyć się najpóźniej 27 lutego, czyli w dziś. Tymczasem okazało się, że Theresa May, obawiając się kolejnej klęski i związanego z nią spadku poparcia dla jej rządu, postanowiła przenieść głosowanie na 12 marca, czyli zaledwie 17 dni przed ostateczną, wydawało się do dziś, datą Brexitu.
Co dokładnie proponuje Bruksela? Brexit zostaje odroczony na 21 miesięcy, a więc do czasu, gdy według wcześniejszego planu miał obowiązywać okres przejściowy, podczas którego strony miały uzgodnić warunki współpracy gospodarczej po opuszczeniu wspólnoty przez Londyn. Najnowszy plan unijnych polityków zakłada, że do tego czasu Wielka Brytania pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Wariant ten ma szanse znaleźć szeroką aprobatę w Brukseli, gdyż również do końca 2020 roku obowiązuje bieżący budżet UE, co sprawiłoby, że konieczność negocjowania z Londynem warunków podziału środków rozwiązałaby się sama.
– Jeśli liderzy widzą jakikolwiek sens w przedłużaniu negocjacji, co nie jest pewne, biorąc pod uwagę sytuację w Wielkiej Brytanii, (…) będą chcieli zapewnić rozsądny okres, który pozwoli na rozwiązanie pozostałych kwestii – powiedział „Guardianowi” jeden z dyplomatów UE.

Co siedzi w głowach brytyjskiej premier i jej współpracowników?

Jest to pytanie przewrotne. Część ministrów Partii Konserwatywnej rozważa otwarty bunt przeciwko swojej szefowej i dogadania się z opozycją w sprawie przegłosowania uchwały gwarantującej wykluczenie szkodliwego scenariusza Brexitu bez umowy (tzw. poprawka Cooper). Koncept ten zakłada możliwość wydłużenia członkostwa w UE nawet od trzech do dziewięciu miesięcy. Zgodnie z propozycją miałoby do tego dojść, jeśli do 13 marca premier nie udałoby się wypracować ostatecznej umowy ze Wspólnotą. „The Sun” podaje, że inicjatorami rewolty są: minister pracy i emerytur Amber Rudd, minister sprawiedliwości David Gauke, minister ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Greg Clark i minister ds. Szkocji David Mundell. Jakie są szanse na powodzenie tego przedsięwzięcia? Zdaniem komentatorów, raczej poniżej 50 proc. jednak w przypadku dalszej nieporadności szefowej rządu, mogą w kluczowym momencie wzrosnąć.
Inną rozważaną opcją jest złożenie rządowego projektu uchwały parlamentu, w której wyrażono by poparcie dla alternatywnej propozycji dotyczącej kontrowersyjnego mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (ang. backstop); dotychczas propozycja ta nie była przyjmowana przez unijnych negocjatorów. Downing Street liczy jednak, że taka decyzja Izby Gmin zwiększyłaby nacisk polityczny na unijne instytucje, aby dojść do porozumienia z Londynem.
Sama Theresa May rozważa również poproszenie strony unijnej o wydłużenie okresu na urzeczywistnienie Brexitu o dwa miesiące, a więc do końca maja. Ten wariant grozi jednak koniecznością udziału Zjednoczonego Królestwa w wyborach do europarlamentu. Premier chce za wszelką cenę uniknąć takiego scenariusza, bowiem o ile sondaże dają jej partii przewagę na Labour Party w wysokości 3-7 punktów procentowych, to podczas krótkiej, acz ostrej kampanii jej formacja mogłaby się znaleźć w głębokiej defensywnie. May chciałaby więc opóźnić Brexit, jednak nie na tak długo, by wiązało się to z koniecznością rozpisania elekcji.

Widmo katastrofy działa na wyobraźnie

Co jednak, jeśli Londynowi nie uda się uzyskać żadnego przedłużenia daty Brexitu? Wówczas Downing Street znajdzie się pod niewyobrażalną presją. May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie Brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty bez porozumienia.
Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania o północy z 29 na 30 marca automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE.

A Corbyn czeka

Jakie stanowisko zajmuje największa siła opozycyjna – Partia Pracy? Laburzyści są obecnie zajęci brutalnymi walkami frakcyjnymi, które zostały zainicjowane przez partyjnych liberałów, którzy domagali się dymisji Jeremy’ego Corbyna ze stanowiska szefa formacji. Tydzień temu z szeregów partii wystąpiło siedmioro deputowanych, mających na pieńku z przewodniczącym od dawna. W obliczu kuriozalnych oskarżeń o antysemityzm, głos laburzystów w sprawie Brexitu stał się mniej słyszalny. A jest on niezmienny – to Partia Konserwatywna odpowiada za bałagan związany z Brexitem i to ona powinna go posprzątać. Partia Pracy liczy na spadek zaufania społecznego do torysów i przejęcie władzy w najbliższych wyborach do Izby Gmin.

Kolejne referendum?

Co na to wszystko brytyjskie społeczeństwo? Większość obywateli i obywatelek uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłoby…rozpisanie kolejnego referendum, w którym mogliby po raz kolejny wypowiedzieć się w sprawie opuszczenia przez ich kraj europejskiej wspólnoty. Dziennik „The Independent” zlecił badanie opinii publicznej, z którego jasno wynika, iż z uwagi na impas w Izbie Gmin i rosnący antagonizm pomiędzy głównymi siłami politycznymi, opcja drugiego referendum cieszył się największą popularnością wśród respondentów. Drugim życzeniem Brytyjczyków i Brytyjek jest po prostu pozostanie w Unii za wszelką cenę. Dalsze renegocjacje umowy znalazły się dopiero na trzecim miejscu.
Najmniejsze poparcie ma twardy Brexit. Aktywiści z kampanii „Put It To The People”, która forsuje idee pozostania w rodzinie zapowiedzieli, że w sobotę 23 marca br. na Park Lane w Londynie odbędzie się wielka demonstracja przeciwników Brexitu.

May traci poparcie

Rozłam w brytyjskiej Partii Konserwatywnej w sprawie Brexitu jest coraz bardziej klarowną perspektywą. Czworo brytyjskich ministrów zagroziło poparciem planu opozycji, który może opóźnić wyjście Wielkiej Brytanii z UE, jeśli premier Theresa May nie zdecyduje się wykluczyć brexitu bez umowy i przedłużyć proces opuszczania  Wspólnoty.

O sprawie poinformował dzisiejszy „The Sun”. Buntownicy to: minister pracy i emerytur Amber Rudd, ministra sprawiedliwości Davida Gauke’a, ministra ds. biznesu, energii i strategii przemysłowej Grega Clarka i ministra ds. Szkocji Davida Mundella.

Podczas poniedziałkowego spotkania na Downing Street wymienieni zadeklarowali, że są gotowi poprzeć w przyszłotygodniowym bloku głosowań w sprawie brexitu plan opozycji, w którym chodzi o wymuszenie na May przedłużenia procesu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE na mocy art. 50 traktatu o UE, aby uniknąć opuszczenia Wspólnoty bez porozumienia.
Według informacji „The Sun” Rudd, Gauke, Clark i Mundell ostrzegli szefową rządu, że nawet 20 innych członków rządu, głównie wiceministrów, mogłoby zagłosować przeciwko propozycji jej rządu w sprawie brexitu. Postawiłoby to premier w trudnej sytuacji i zmusiło do rozważenia odwołania tych polityków ze stanowisk.

„Premier ma wybór i jasno go jej przestawiliśmy. Albo usunie możliwość brexitu bez umowy, przedłużając obowiązywanie artykułu 50, albo będzie musiała nas wszystkich pozwalniać, ale wtedy i tak przegra” – powiedział jeden z ministrów.

Według „The Sun” premier porzuciła nadzieję na zwycięstwo i liczy jedynie na „znaczący postęp”, choć nie wyklucza kolejnej porażki w parlamentarnym głosowaniu. W weekend May uda się do egipskiego Szarm el-Szejk, gdzie weźmie udział w szczycie UE z państwami arabskimi, aby na marginesie tego spotkania przekonywać unijnych przywódców do zawarcia kompromisu w sprawie brexitu.

Inny tytuł, eurosceptyczny „Daily Mail” uważa, że nie jest wykluczone, iż May zdoła uzyskać w przyszłym tygodniu poparcie dla swojej umowy. Głosowania w tej sprawie zaplanowane są wstępnie na środę, 27 lutego. Szczegółowy plan prac w Izbie Gmin zostanie przedstawiony w czwartek przez szefową większości parlamentarnej Andreę Leadsom.

W połowie stycznia brytyjski parlament odrzucił wynegocjowany przez rząd i UE projekt umowy w sprawie brexitu, a pod koniec miesiąca zaapelował do gabinetu May, by skłonił stronę unijną do wprowadzenia zmian w kontrowersyjnym mechanizmie awaryjnym dla Irlandii Północnej sugerował, że wówczas mógłby poprzeć przedstawioną propozycję.

Jeśli rządowi nie uda się uzyskać żadnych ustępstw ze strony Wspólnoty, May będzie musiała doprowadzić do kolejnego głosowania w parlamencie, w którym dokonano by wyboru między powrotem do wynegocjowanej umowy w sprawie brexitu – odrzuconej już raz przez posłów w połowie stycznia – a opuszczeniem Wspólnoty
bez porozumienia.

Jeśli rząd nie uzyska w parlamencie poparcia dla porozumienia proponowanego przez May lub alternatywnego rozwiązania, Wielka Brytania automatycznie opuści Wspólnotę bez umowy na mocy procedury opisanej w art. 50 traktatu o UE o północy z 29 na 30 marca.

Rozłam czy oczyszczenie?

Nie potrafili znieść, że większość członków Labour Party wyraża obecnie propracownicze poglądy, postanowili się wystąpić z jej szeregów. Paradoksalnie, największy od 1981 roku rozłam w w brytyjskiej Partii Pracy może oznaczać jej wzmocnienie.

W dość infantylnym proteście trzasnęli drzwiami. Mowa o grupie siedmiorga deputowanych Partii Pracy, którzy ogłosili odejście z ugrupowania. W Izbie Gmin powstanie złożona z nich nowa frakcja. Na razie roboczo nazwali ją Niezależną Grupą.

Brytyjskie media piszą o „największym rozłamie od 1981 roku, jednak trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym w wyniku dzisiejszego odejścia formacja dowodzona przez Jeremy’ego Corbyna mogłaby w jakikolwiek sposób stracić. Zarówno lider tego rokoszu Chuka Ummuna, jak i pozostali buntownicy – Luciana Berger, Chris Leslie, Angela Smith, Mike Gapes, Gavin Shuker and Ann Coffey, zaliczali się do gwardii byłego przewodniczącego Eda Milibanda i wyznawali raczej wartości liberalne czy trzeciodrogowe niżeli prospołeczne. Odejście deputowanych wpłynie więc przypuszczalnie na konsolidacje laburzystów w ważnym dla nich momencie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Ummuna był kontrkandydatem Corbyna na stanowisko szefa partii w 2015 roku. Mimo przegranej był wówczas przekonany, że zwolennik renacjonalizacji kolei oraz powrotu Labour do propracowniczych korzeni nie przetrwa długo na pozycji zarządczej. Wkrótce potem do Partii Pracy przystąpiło kilkadziesiąt tysięcy osób o poglądach zdecydowanie lewicowych, co zapewniło Cobrynowi spokojną możliwość realizacji planu. Chuka Ummuna natomiast kipiał żółcią, oskarżając swojego oponenta o prowadzenia ugrupowania w przepaść.
Ciekawą postacią jest również inna bohaterka tej historii- Luciana Berger – jedna z głównych proizraelskich lobbystek na łonie Labour, odpowiedzialna za brutalne ataki na Corbyna, któremu, wraz z konserwatywną prawicą próbowała przylepić łatkę antysemity, tylko dlatego, że ten ośmielił się krytykować politykę apartheidu wobec ludności palestyńskiej.

Kolejny z tych antymonów, Chris Leslie od trzech lat regularnie bił na trwogę, że Partia Pracy została przejęta przez „twardą lewicę”, której zarzucił m.in. „nieodpowiedzialne” podejście do negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Leslie powtarzał również na rzekomo nieodpowiedzialne podejście Corbyna do polityki obronnej i bezpieczeństwa, zarzucając mu utrzymywanie kultury nietolerancji i antysemityzmu, a także gotowość przedkładania wyjaśnień państw trzecich nad ustalenia brytyjskich służb specjalnych, nawiązując do publicznego kwestionowania przez Corbyna stanowiska brytyjskich służb po ubiegłorocznej próbie zabójstwa byłego pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego Siergieja Skripala.

Jest całkiem możliwe, że po kolejnych wyborach Partia Pracy sięgnie po władzę. Ostatni sondaż, dla Observera daje formacji Jeremy’ego Corbyna 37 proc. poparcia. Na tyle samo może liczyć Partia Konserwatywna, która przypuszczalnie straci jeszcze wiele punktów procentowych po wiszącym w powietrzu Brexicie.

Niepodległość za 5 lat

Nicola Sturgeon podczas wizyty w USA oficjalnie zapowiedziała, że Szkocja nie pogodzi się z decyzją o Brexicie. Zamierza zmobilizować siły rządowe do przeprowadzenia drugiego referendum niepodległościowego w ciągu 3 do 5 lat. Szkocji marzy się członkostwo w UE i ONZ. Nie chce dłużej oglądać się na resztę Wielkiej Brytanii.

– Znaleźliśmy się w tej sytuacji, bo nie jesteśmy niepodległym państwem. Deficyty demokracji, których Szkocja doświadcza, będąc częścią Zjednoczonego Królestwa, niewątpliwie powodują, że wielu ludzi będzie chciało jeszcze raz przyjrzeć się możliwości, by stała się niepodległym państwem. Sądzę, że będzie kolejne referendum o niepodległości Szkocji i tym razem obywatele zagłosują za niezależnością, bo to będzie sposób, by zapewnić sobie miejsce w Europie i zagwarantować, że decyzje, które wpływają na los naszego kraju, podejmowane są w Szkocji, nie w Londynie – oficjalnie zapowiedziała premier autonomicznego rządu Szkocji w rozmowie z dziennikarzami BBC. Procedura przygotowywania referendum ma zacząć się zaraz po ustaleniu ostatecznych warunków rozwodu Wysp z Unią Europejską: – Jako pierwsza minister zadeklarowałam, że przedstawię mój pogląd na temat właściwego czasu na organizację kolejnego referendum niepodległościowego w ciągu kilku tygodni, gdy będzie wiadomo, jak będzie wyglądać proces brexitu – zapowiedziała Sturgeon.

Może liczyć na spore poparcie. Według sondażu przeprowadzonego przez redakcję „The Scotsman”, dziś za niepodległością zagłosowałoby 68 proc. obywateli. Premier stwierdziła, że nie jest w stanie na razie szafować konkretnymi datami, jednak chciałaby, by Szkocja poszła do urn w ciągu 3 do 5 lat.

– Rząd powinien przyjąć do wiadomości, że Zjednoczone Królestwo nie jest w najmniejszym stopniu przygotowane do wyjścia z Unii Europejskiej – powiedziała premier. Jednak Wielka Brytania nie odniosła się na razie do jej zapowiedzi. Częściej cytowały ją amerykańskie media niż brytyjskie. Obszerniejszy tekst poświęcił jej deklaracjom jedynie „The Times”.

W 2014 55 proc. Szkotów zdecydowało o pozostaniu pod skrzydłami Zjednoczonego Królestwa. Natomiast w referendum brexitowym 62 proc. zaznaczyło opcję „zostać”. Niektóre brytyjskie media podają, że referendum niepodległościowe odbędzie się już wiosną tego roku. Jednak Partia Konserwatywna się na to nie zgadza. Jacob Rees-Mogg, jeden z orędowników brexitu, stwierdził nawet, że Szkocja nie jest uprawniona do organizacji referendum w ciągu najbliższych 20 lat.

W kolonialnym stylu

Wielka Brytania podczas II wojny światowej na masową skalę dyskryminowała swoich żołnierzy o kolorze skóry innym niż biały – pisze „The Guardian” na podstawie niedawno odtajnionych dokumentów archiwalnych.

Gdy według oficjalnej wersji całe społeczeństwo solidarnie walczyło z nazizmem, żołnierzom pochodzenia afrykańskiego i azjatyckiego armia płaciła nawet trzy razy mniej niż „prawdziwym Brytyjczykom”.

Do dokumentów dotarł zespół dokumentalistów przygotowujących film „Forgotten Heroes of the Empire” z serii Ludzie i Władza (People and Power) produkcji anglojęzycznej „Al-Dżaziry”. W brytyjskich archiwach odkryli całe tabele płac w armii, z których wynika, iż wysokość żołdu podczas II wojny światowej zależała nie tylko od stopnia i liczby lat służby, ale i pochodzenia. Nawet w sytuacji, gdy w wojskach walczących w Afryce i stacjonujących w koloniach brytyjskich żołnierze o różnym kolorze skóry wykonywali te same obowiązki, tym o „gorszym” pochodzeniu płacono znacznie mniej.

Afrykańczycy byli przymusowo wcielani do brytyjskiego wojska w koloniach, byli też tacy, którzy zgłaszali się na ochotnika. Brali udział m.in. w walkach o Madagaskar przeciwko Francji Vichy czy w morderczych starciach w tropikalnej puszczy na terenie dzisiejszej Myanmy, przeciwko Japończykom. Ale ich życie „cenione” było przeciętnie trzy razy mniej – biały szeregowiec armii brytyjskiej otrzymywał 10 szylingów za miesiąc służby. Czarnoskóry – trzy i pół szylinga. Kaprale dostawali odpowiednio 12 i 4 szylingi. Rasizm i dyskryminacja dotykały również żołnierzy pochodzących z Azji – takim szeregowcom armia brytyjska płaciła 7,5 szylinga za miesiąc służby. Najbardziej porażające różnice obowiązywały w oddziałach wykonujących prace pomocnicze, także na pierwszej linii frontu. Żołd białych w tych jednostkach był nawet pięciokrotnie wyższy.

Po opuszczeniu wojska żołnierze z brytyjskich kolonii otrzymywali tylko jednorazowe wsparcie. Dziś ostatni sędziwi weterani dożywają swoich dni w niepodległych ojczyznach, w przytłaczającej większości w nędzy.

Sekretarz ds. rozwoju międzynarodowego Penny Mordaunt, której podlegają sprawy związane z byłymi brytyjskimi koloniami, potwierdziła już: dokumenty są autentyczne. Nie zdobyła się jednak na przeprosiny ani na wypowiedzenie słowa „rasizm”, stwierdzając jedynie, że w przeszłości faktycznie powszechne były uprzedzenia, które prowadziły do rażących nierówności.

Minister obrony w labourzystowskim gabinecie cieni, Wayne David, domaga się oficjalnych przeprosin ze strony gabinetu, przeprowadzenia starannego dochodzenia oraz naprawienia krzywd – na tyle, na ile to możliwe. – Powinniśmy się wstydzić, że weterani, którzy walczyli za nasz kraj, żyją w ubóstwie – powiedział natomiast filmowcom z „Al-Dżaziry” były głównodowodzący brytyjskich sił zbrojnych gen. Lord Richards. – Mówimy o ludziach, którzy walczyli dla nas w najbardziej przerażających warunkach.

Brytyjskie Ministerstwo Obrony również nie zamierza przepraszać. Jako komentarz wygłosiło okrągłą formułę o tym, jak wiele Wielka Brytania zawdzięcza Afrykanom i Afrykankom, którzy w czasie II wojny światowej dla niej walczyli. – Ich odwaga i poświęcenie znacząco przyczyniły się do zdobycia swobód, które mamy dziś – stwierdzono.

Corbyn w potrzasku

Żarty się skończyły. Wygląda na to, że Wielka Brytania opuści Unię, zaliczając najtwardsze lądowanie z możliwych.

Laburzyści pod wodzą Jeremy’ego Corbyna muszą w tej sprawie przestać chować głowę w piasek. Inaczej ostatecznie pożegnają się z marzeniami o władzy i przebudowie kraju.
Brytyjski parlament odrzucił projekt wyjścia z UE proponowany przez premier May. Kolejnego nie ma. Czas goni – Zjednoczone Królestwo ma czas do końca marca, by Radzie Europejskiej przedstawić warunki wyjścia z Unii, które zabezpieczą interesy mieszkańców Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że unijni biurokraci wiedzą jedno: trzymają Brytyjczyków w garści, bo ci nie mają żadnego pomysłu na swój kraj poza UE. Obie strony wiedzą już, że nie ma o czym rozmawiać. Ostatni rządowy projekt przewidywał mniej więcej takie stosunki z Londynu z Brukselą, jakie z Unią wiążą Norwegię i Szwajcarię. Są to elementy unii celnej i wspólnego rynku z poważnym ograniczeniem swobody przepływu ludności. Nie mogło to jednak usatysfakcjonować twardych nacjonalistów, którzy wyrzucili projekt do kosza z powodu tzw. backstopu: możliwości pozostawienia swobodnego ruchu między Irlandią a Irlandią Północną.
Szowinistyczne szaleństwo pcha więc Brytanię ku najgorszej z możliwych ewentualności: wyjścia bez żadnej umowy. Oznacza to prawdopodobnie gwałtowną zapaść w gospodarce i na rynku pracy. Dojdzie do tego polityczny problem z milionami imigrantów, którzy nagle staną się nielegalni w sensie ścisłym. Londyn ma już w zanadrzu nawet plan ewakuacji królowej z kraju w razie wybuchu gniewu społecznego.
Brexit laburzystów: kwadratura koła
W kropce znalazła się Partia Pracy, która do tej pory nie miała żadnego pomysłu na odnalezienie się w sytuacji brexitu. Kraj zdaje się skazany na taki los, że laburzyści przestali, jak się wydaje, grać już na przyśpieszone wybory, które z powodu nienawiści Brytyjczyków do May miały im dać władzę. Kierownictwo skupione wokół Jeremy’ego Corbyna szukało sposobów, by uniknąć odpowiedzialności za brexit, zwłaszcza w sytuacji, gdy wizja przewodniczącego pod tym względem znacząco rozmija się z nastrojami elektoratu.
Corbyn nie zdołał do tej pory przekonać “dołów” do tego, że opuszczenie Unii na lepszych warunkach niż proponują konserwatyści może być szansą na odnowę lewicowej polityki w kraju dzięki uwolnieniu Londynu od brukselskiego neoliberalizmu. Większość sympatyków Partii Pracy nie chce na razie słyszeć o niczym innym, tylko o pokrzyżowania planów nacjonalistów. Wielu z nich popiera ideę kolejnego referendum, które miałoby cofnąć decyzję głosowania z 2016 r. i powstrzymać brexit. Czołowi laburzyści, chowając głowy w piasek, tylko pogorszyli sytuację partii. Obecnie – odwrotnie niż rok temu – sondaże dają konserwatystom siedmiopunktową przewagę wyborczą nad laburzystami. Jest źle.
Prasa doniosła, że centrala związkowa branży transportowej TSSA sporządziła specjalny raport w sprawie brexitu, oparty na danych sondażowych, i przesłała go partii, a dokładnie frakcji Momentum, uznawanej za najtwardszych corbynistów. Dokument zawiera podobno jednoznaczny wniosek, że Labour wiele straci, jeżeli nie przyjmie postawy zdecydowanie przeciwnej wyjściu z Unii. Treść raportu nie pozostawia wątpliwości: w obecnej sytuacji zarówno poparcie rozwodu z UE, jak i otwarte przeciwstawienie mu się spowoduje u laburzystów straty. W drugim przypadku byłyby one po prostu mniejsze i doprowadziłyby podczas przyspieszonych wyborów do utraty 11 miejsc w parlamencie. Byłby to skutek rozczarowania części elektoratu pro-brexitowego, która do tej pory popierała Partię Pracy z powodu antyestablishmentowej retoryki Corbyna. Jeżeli ugrupowanie poprze brexit w ostrzejszej lub łagodniejszej postaci, straciłoby jednak aż 45 parlamentarzystów. Oznaczałoby to druzgocącą klęskę – prawdziwie czarny scenariusz, biorąc pod uwagę, że cały miniony 2018 r. ubiegł laburzystom pod znakiem dumnego marszu po władzę – ekipa Corbyna zachowywała się tak, jakby już ją miała na wyciągnięcie ręki.
Twardzi antybrexitowcy stanowią poważną siłę kadrową partii, co sami dobrze rozumieją i starają się to wykorzystać. Muszą jednak uważać, by nie przestrzelić. Ich awangarda to zdecydowani przeciwnicy Corbyna, od dawna chętni do pozbawienia go władzy. Elektorat Labour jest prounijny, a jednocześnie wierny przewodniczącemu, który z pełną determinacją odnawia partię w duchu socjalistycznym. Trudno więc oczekiwać, by najradykalniejsi przeciwnicy brexitu, zdecydowani jednocześnie kontynuować spuściznę Blaira, uzyskali jakiekolwiek poparcie dla swoich zapędów secesjonistycznych.
Takie zaś istnieją – na początku lutego donosił o nich “The Observer”. Powołując się na “liczne źródła w Partii Pracy” magazyn informował, że szereg posłów, poirytowanych brakiem zdecydowanego stanowiska organizacji w sprawie brexitu, zdecydowana jest opuścić szeregi laburzystów i założyć nową centrową, mocno prounijną partię. Wśród buntowników znaleźli się zdaniem dziennikarzy m.in. Angela Smith, Chris Leslie i Luciana Berger, czyli znani partyjni liberałowie, starający się pogrążyć Corbyna na różnych frontach, łącznie z podłączaniem się do nagonki w sprawie jego rzekomego „antysemityzmu” i ubolewaniem, że przewodniczący wątpi w sens puczu przeciwko „dyktatorowi Maduro” w Wenezueli. Kilka dni później prasa doniosła, że z opuszczeniem Labour na tle stosunku do brexitu liczy się Owen Smith, rywal Corbyna podczas ostatnich wyborów na przewodniczącego. Podejrzani nie potwierdzili tych doniesień, ani jasno im nie zaprzeczyli. Owen jednak dobitnie podkreślał, że ewentualność odejścia z partii należy w dzisiejszej sytuacji “zdecydowanie rozważyć”, sugerując, że kierownictwo partii zdradziło socjaldemokratyczne ideały, które jego zdaniem ucieleśnia Unia Europejska.
Bardzo wątpliwe, by „separatyści” spełnili swoje groźby, ponieważ po odejściu z partii zostaliby kompletnie „na lodzie”. Tym bardziej jeżeli doszłoby do tego, że zgodnie z sugestiami mediów, w nowej partii miałoby dojść do połączenia sił z dezerterami spośród konserwatystów i liberalnych demokratów. Twardy elektorat Partii Pracy uznałby to bezdyskusyjnie za zdradę. Brexit jest w ich oczach osią silnej polaryzacji politycznej: jest postrzegany jako ksenofobiczny projekt Torysów (choć nie do końca tak jest), a bunt przeciwko niemu i ideowe trwanie przy “projekcie europejskim” stanowi obecnie sedno laburzystowskiej tożsamości i nakazuje bić się o niego w szeregach partii.
“Rebielianci” nie narobią więc partii wielkich szkód, korzystając jednak ze wzmożenia nastrojów antybrexitowych czują się coraz pewniej. Na tyle pewnie, że ostatnio dziewięciu z 25 “ministrów” gabinetu cieni sprzeciwiło się poparciu pakietu poprawek, jakie Partia Pracy zaproponowała do nieszczęsnego projektu brexitu Theresy May, który nie odpowiadał nikomu i mógł prowadzić tylko do bezumownego wyjścia z UE. W odrzuceniu laburzystowskich poprawek betonowi antybrexitowscy połączyli więc siły z fanatycznymi torysowskimi i nacjonalistycznymi brexitowcami, gotowymi wypchnąć Brytanię z Unii zupełnie “na wariackich papierach”. Pełna polityczna determinacja, by koniecznie zaakcentować ideologiczną bezkompromisowość, doprowadziła więc – jak to często bywa – do paradoksu.
Najbardziej prounijna część elektoratu Labour to najmłodsi wyborcy, mieszczący się w studenckiej kategorii wiekowej. To oni właśnie najsilniej wierzą w Corbyna i stoją za masowym wzrostem liczebności partii po objęciu przez niego funkcji przewodniczącego. Co ciekawe, jest tak, mimo że ich idol – delikatnie mówiąc – nie podziela ich euroentuzjazmu. Media społecznościowe obiegł ostatnio materiał wideo sprzed dziesięciu lat, na którym Jeremy Corbyn pomstuje na UE jako na “wielkiego Frankensteina”, który ostatecznie doprowadzi Brytyjczyków do ruiny. Krytykując w ten sposób Traktat Lizboński ostrzegał wtedy przed “Imperium Europejskim”, które będzie skakać na każde skinienie NATO – jak przystało na socjalistę starej daty, dodał więc do tego sosu szczypty szczerego antymilitaryzmu. Szef Labour należy do pokolenia lewicowców od początku nieufnego wobec projektu Unii, którego fundamentem był traktat z Maastricht. Ich obawy raczej się sprawdziły: gospodarczy ustrój Unii, potwierdzony w Traktacie Lizbońskim, utrwalił nierówności, biedę i władzę kapitału w Wielkiej Brytanii, a plagi te sprowokowały nacjonalistów do coraz skuteczniejszego obarczania imigrantów winą za wszelkie zło trapiące mieszkańców UK.
Uzasadniona niechęć Corbyna do UE jako do neoliberalnego lewiatana jest znana i prowokuje ataki pod jego adresem ze strony członków partyjnej biurokracji nadal żywiącej sentyment do liberalnej doktryny Tony’ego Blaira i bezpiecznej symbiozy z biznesem. Eurosceptycyzm przewodniczącego nie powoduje jednak na razie widocznego buntu szerokich mas laburzystowskich. Dotyczy to również członków Momentum, które uchodzi za grupę “skrajnie lewicową” i na tej zasadzie można by domniemywać, że jako betonowi corbyniści będą nieugięcie stali na stanowisku “lewicowego brexitu”. Tymczasem nic podobnego: znaczna część z nich tworzy platformę “Inna Europa jest możliwa”, głoszącą ideę rekonstrukcji UE na lewicową modłę. Teraz domagają się odwołania z parlamentu tych liberalnych deputowanych, którzy akceptują Unię bezkrytycznie i postanowili na złość Corbynowi nie głosować za poprawkami własnej partii, pracując w ten sposób na bexit według May. Nie wygląda więc na to, by zagorzali zwolennicy Corbyna godzili się w obliczu wyjścia z Unii na odegranie roli bezwolnego stada lemingów – forsują własne stanowisko. Prawdopodobnie dochodzi w ten sposób do głosu dialektyka wzajemnego stosunku “góry” i “dołów”, kiedy szeregowi członkowie, świadomi tego, że w zamian za wcześniejsze poparcie “coś im się należy” oczekują, że teraz polityka kierownictwa odpowie na ich oczekiwania.
Pierwszy krok naprzód
Wiele wskazuje na to, że się nie pomylą. Wierchuszka coraz lepiej rozumie nastroje w partii i fakt, że w obliczu indolencji May skontrowanie projektu jej umowy wydaje się jedynym sposobem, by samemu się nie skompromitować. Corbyn postanowił więc po raz pierwszy zagrać odważniej i zaproponować jakąś konstruktywną wizję wyjścia z impasu. Nie jest to na razie nic radykalnego, ani nic bliskiemu jego sercu, stanowi za to na pewno wyjście naprzeciw oczekiwaniom większości elektoratu. Szef Labour wystosował list otwarty do premier, w którym oprócz krytyki jej projektu umowy z UE zawarł pięć warunków, które “ brexit musi spełnić, by uzyskać akceptację Partii Pracy w parlamencie. Są to: 1) “trwała i całościowa unia celna” wiążąca cały obszar Wielkiej Brytanii, 2) ścisły związek krajowej gospodarki z unijnym wspólnym rynkiem, oparty na “wspólnych instytucjach”, 3) “dynamiczne dostosowanie na obszarze praw i ochrony interesu obywateli” – chodzi przede wszystkim o zapewnienie praw pracowniczych co najmniej na poziomie gwarantowanym przez przepisy UE, 4) jasna deklaracja, że Wielka Brytania będzie uczestniczyć (nie wiadomo na ile aktywnie) w instytucjach unijnych i korzystać z funduszy UE, 5) jednoznaczna gwarancja uzgodnienia współpracy na obszarze przepisów bezpieczeństwa, m.in. europejskiego nakazu aresztowania.
Szału nie ma. Nadal wygląda to na korektę projektu May. Z drugiej strony przedstawione warunki idą na tyle daleko, że sprawiają wrażenie jakby Partia Pracy, owszem, akceptowała wyjście z Unii, ale tylko jedną nogą – bardziej nominalnie niż realnie. Sympatycy idei “lewicowego brexitu” mają powody do niezadowolenia, słusznie bowiem zauważa autor wstępniaka w Morning Star, że powyższe propozycje w żadnym stopniu nie kwestionują neoliberalnego charakteru Unii. Przekonanemu socjaliście nie godzi się brać “instytucji wspólnego rynku” za dobrą monetę. A przecież niecały rok temu Corbyn roztaczał wizję, zgodnie z którą ewentualne pozostanie w Unii musi się na jego kraju wiązać z gwarancjami umożliwiającymi politykę nacjonalizacji i wielkoskalowego interwencjonizmu, niemożliwą przy w obecnym kształcie ustrojowym UE.
Jak widać, przy panującej polaryzacji myślenie krótkoterminowe bierze górę, każąc się ustosunkować przede wszystkim bezpośrednio do budzącego emocje projektu May. Zwolennicy pozostania w UE, tak się jednak ostatnio zradykalizowali i skoncentrowali na promocji idei ponownego referendum, że wydawało się, iż zadowoli ich wyłącznie deklaracja pełnego powrotu na łono Unii. Nie atakują jednak Corbyna. Jak słusznie zauważa jeden z komentatorów, jest tak prawdopodobnie dlatego, że wszyscy zdają sobie sprawę, że warunki Corbyna są w istocie zaporowe i nie mają szansy zyskać akceptacji rządu, który stara się obecnie grać na poparcie nacjonalistów. Trudno więc na tej podstawie zwolennikom pozostania atakować Corbyna za “wysługiwanie” się May w wyprowadzaniu kraju z UE. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że czasu do skonstruowania dobrej umowy pozostało Wielkiej Brytanii bardzo mało, można interpretować ostatni ten ruch jako gotowość do zablokowania brexitu w ogóle, co jest jednak o tyle trudne, że w praktyce wymagałoby błyskawicznego rozpisania nowego referendum. De facto nadal więc mamy do czynienia z polityką walenia pięścią w stół na znak niezgody.
Zbudować nową Europę
Analityczka z London School of Economics rozsądnie zauważa, że praktycznie jedynym dobrym dla laburzystów wyjściem byłoby połączenie idei pozostania w UE – którą zwyczajnie muszą przyjąć ze względu na okoliczności – z przekształceniem jej w ruch na rzecz reformy Unii w duchu lewicowym, czyli zdecydowanego ograniczenia jej neoliberalnego charakteru, przede wszystkim dyktatu EBC narzucającego poszczególnym rządom politykę bezlitosnych cięć, praktycznie bez możliwości demokratycznego sprzeciwu. Brexit jest rodzajem “dopustu bożego”, wymogiem chwili, z którym trzeba sobie poradzić, by mieć to już za sobą. Jeśli jednak Partia Pracy rzeczywiście chce rządzić i to tak, by zmienić kraj, konieczne jest wykroczenie poza perspektywę, która obecnie wydaje się laburzystów paraliżować.
Głosy dochodzące z terenu całej Wielkiej Brytanii, przede wszystkim zaś z prowincji, w postaci reportaży, sondaży i badań socjologicznych mówią wyraźnie, że ludzie oczekują zmian, wobec których kwestia pozostania w UE lub jej opuszczenia jawi się jako sprawa drugorzędna. Deterioracja gospodarki i samej tkanki społecznej zaszła tak daleko, że niepewność w sprawie brexitu, niezależnie od ostatecznego wyniku, nakłada tylko na Brytyjczyków ryzyko pogłębienia ich postępującego ubóstwa, które stało się ostatnio tak oczywiste, że ma się nim zająć komisja ONZ ds. praw człowieka. Wzrost biedy, nierówności, niepewności materialnej i niemożności skutecznego wydźwignięcia się z niekończącego się kryzysu społecznego jest plagą, która trawi cały kontynent. Lewica w całej Europie szuka też sposobu na skuteczne przeciwstawienie się fali nacjonalizmu i ksenofobii. Lokalne rozwiązanie, którego poszukuje Partia Pracy, powinno zatem stać się programem dla Europy i na tym laburzyści powinni oprzeć swoją wizję sprzeciwu wobec brexitu. Opieranie się cynicznym propozycjom Theresy May może być tylko pierwszym – i nie ukrywajmy: najłatwiejszym – krokiem naprzód.
Inaczej niż sam Corbyn, wyborcy i szeregowi członkowie Labour widzą brexit jako projekt czysto nacjonalistyczny. Trudno odmówić im racji. Niezależnie od teoretycznej możliwości przekucia go w inicjatywę antykapitalistyczne, ksenofobia od początku określała jego polityczną praktykę. Nic dziwnego, że większość brytyjskiej lewicy czuje potrzebę przeciwstawienia się tendencjom izolacjonistycznym, za którymi nie kryją się żadne postępowe motywy, a ton całemu przedsięwzięciu nadaje twarda prawica. Owszem, obecne unijne przepisy o konkurencji i pomocy publicznej będą przeszkodą w dalekosiężnych planach gospodarczych Corbyna, jeżeli zastąpi on May na stanowisku premiera. Prawdą jest też, że obecność w Unii nie daje Brytanii jakiejkolwiek gwarancji poprawy sytuacji społecznej i gospodarczej, bo odkąd funkcjonuje w jej ramach wskaźniki makroekonomiczne i społeczne tylko się pogarszają. Lecz jednocześnie gwałtowne i bezumowne opuszczenie europejskich struktur może dodatkowo pogorszyć sytuację bieżącą. Nie wygląda również na to, by polityka “im gorzej tym lepiej” mogła przynieść oczekiwane korzyści społeczne – zwłaszcza w sytuacji, gdy postępowa formacja polityczna wykaże się indolencją i utraci wiarygodność.
Problem lidera laburzystów polega na tym, że stosunek Brytyjczyków do brexitu nie układa się według tych osi, które jemu odpowiadają. Część antyestablishmentowo nastawionych wyborców Partii Pracy, którzy są pryncypialnie za wyjściem z UE, to za mało, by przeforsować “lewicowy brexit”. Jakkolwiek socjalista Jeremy Corbyn nie znosi Unii – tego kapitalistycznego “Frankensteina” – musi na razie pogodzić się z dwiema rzeczami: uznać prounijne nastawienie swojej bazy społecznej, od której zależy politycznie, a która chce jednocześnie zmierzać w proponowanym przez niego kierunku uspołecznienia gospodarki. Oraz fakt, że poważne potraktowanie misji socjalizm to konieczność sprostania wyzwaniu poważniejszemu niż sam brexit – jest nim rzeczywisty przewrót klasowy i pozbawienie władzy „jednego procentu”, by tym samym naruszyć fundamenty kapitalizmu.
Brexit trzeba po prostu rozegrać tak, by euroentuzjastyczne nastroje móc spożytkować na rzecz postępowej polityki europejskiej. Trudno bowiem uciec od faktu, że pełne sprzężenie brytyjskiej gospodarki z europejskim kapitalizmem, coraz bardziej zależnym od łupienia mas przez elity finansowe, każe po raz kolejny przemyśleć sens budowy kapitalizmu w jednym kraju. Idee Corbyna są w końcu ideami dla Europy, a Europejczycy, umordowani neoliberalizmem, jak np. “żółte kamizelki”, chętnie za nimi pójdą.

Brexit można abortować?

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekał na wniosek Szkocji, gdzie prawie trzy lata temu w referendum dwie trzecie obywateli zaznaczyło opcję „stay”. We wtorek 11 grudnia brytyjski parlament będzie głosował wynegocjowane przez May porozumienie z Brukselą w sprawie warunków, na jakich ma się odbyć wyjście. Izba Gmin raczej odrzuci traktat rozwodowy, krytykowany od wielu miesięcy.

 

Wyrok TSUE może zostać potraktowany jako koło ratunkowe rzucone Londynowi (pomimo sprzeciwów z Brukseli) – ponieważ odrzucenie umowy (a wszystko wskazuje, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz) spowoduje, że Zjednoczone Królestwo 29 marca formalnie wyjdzie z UE, ale nie będzie miało podpisanych żadnych nowych umów gospodarczych. To będzie oznaczać blokadę importu leków i żywności, wstrzymanie pracy lotnisk i portów.

A że deputowani odrzucą porozumienie z UE27, jest raczej przesądzone: licząca prawie 600 stron umowa May przewiduje, że Irlandia Północna pozostanie formalnie pod jurysdykcją Unii, na wyspie nie będzie zatem granicy. Jest to de facto oddanie wspólnocie kontroli nad całą Irlandią i nadmierne uzależnienie od Brukseli. May może odłożyć w czasie jutrzejsze głosowanie i wzorem Margaret Thatcher negocjować do skutku lepsze warunki porozumienia. Ale nie zmieni to faktu, że w obecnej postaci – teraz czy za kilka tygodni, dokument nie przejdzie.

Głosowanie przeciwko zapowiada ponad 100 posłów rządzącej Partii Konserwatywnej, a także deputowani północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej. Na pewno May nie poprze Szkocka Partia Narodowa, Liberalni Demokraci i opozycyjna część Partii Pracy.

Co zmienia wyrok z Luksemburga? Daje Wielkiej Brytanii opcję wycofania się „z twarzą”: może bez zgody pozostających w Unii 27 krajów, jednostronnie zrezygnować z deklaracji o opuszczeniu UE. A to już pierwszy krok ku rozpisaniu nowego referendum. Szkocja przywitała wyrok z radością. Ale minister środowiska Michael Gove zapowiedział, że orzeczenie TSUE nie wpłynie na intencje rządu, który i tak chce opuścić Unie docelowo.

Bruksela również nie ucieszyła się z wyroku: obawia się precedensu, na który będą powoływać się inne kraje pragnąc wyjść z Unii – będą mogły zażądać wyjątkowego potraktowania, wzorem wychodzącej Wielkiej Brytanii.

Tymczasem premier Theresa May w obliczu nadchodzącej porażki odwołała wczorajsze głosowanie w Izbie Gmin w sprawie Brexitu, być może nawet do 21 stycznia – nie wskazano jednak żadnego konkretnego terminu. Tym razem przekonywała, że umowa jest najlepszym dostępnym porozumieniem i że najbardziej kontrowersyjna jej część – czyli tzw. irlandzki mechanizm awaryjny – wcale nie musi wejść w życie. „Widzę jasno, na podstawie rozmów, jakie tu odbyłam, że wszystkie te elementy nie dają pewności wystarczającej liczbie moich kolegów. W ciągu weekendu rozmawiałam z szeregiem liderów Unii. Przed szczytem Rady Europejskiej spotkam się z moimi odpowiednikami w innych krajach i szefami Rady oraz Komisji. Przedyskutuję z nimi obawy wyrażone przez tę Izbę” – powiedziała Problem w tym, że nie do końca pokrywa się to z prawdą, a raczej powiększa listę kłamstw, niedomówień i wykrętów szefowej brytyjskiego rządu, dzięki którym nikt chyba spośród przywódców państw UE ani w Brukseli nie uważa jej już za wiarygodnego partnera do rozmów.

Przeciwko ponownemu otwieraniu rozmów z Londynem, który po raz kolejny godzi się na konkretne ustalenia tylko po to, aby za kilka dni próbować ponownie je negocjować ostro wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Odbył następnie rozmowę telefoniczną z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, po której wydany komunikat jasno stwierdza, że żadnych renegocjacji nie będzie. Co najwyżej trzeba się przygotować na sytuację, w której Wielka Brytania opuści UE bez umowy. To dla pani May powinien być wystarczający sygnał mówiący, że sposób prowadzenia przez nią rozmów w sprawie Brexitu zakończył się całkowitym fiaskiem, a ona sama skompromitowała się ostatecznie i powinna jak najszybciej ustąpić, aby nie czynić więcej szkód i wstydu.

Zamiast tego rozsądnego posunięcia Theresa May postanowiła jednak iść w zaparte i udać się do Hagi i Berlina, aby rozmawiać z premierem Markiem Rutte i kanclerz Angelą Merkel. Informując o planowanej wizycie rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert podkreślił, że odbywa się ona na wyraźną prośbę strony brytyjskiej, co wskazuje na to, że Berlin wcale nie pali się do spotkania, a kanclerz Merkel przyjmuje premier May tylko przez grzeczność. Po spotkaniu nie przewidziano konferencji prasowej. Wygląda więc na to, że ta rzekoma akcja, aby w ostatniej chwili wywalczyć lepsze warunki, wypada nie tyle jako nieustępliwość twardej negocjatorki, a jako dość żałosna próba stworzenia wrażenia, że premier May coś usiłuje zdziałać. Abortowanie Brexitu może okazać więc naprawdę jedynym ratunkiem.

Torysi jak Putin z bajki

Z publicznych pieniędzy finansowana była kampania oszczerstw w mediach społecznościowych, w których atakowano laburzystów za ich domniemane związki z Rosją i zarzucano im wysługiwanie się Kremlowi. Ministerstwo spraw zagranicznych, które dało na to pieniądze, wyraziło ubolewanie i przyznało, że tak ordynarna propaganda nie powinna mieć miejsca. Zapowiedziano śledztwo.

 

Brytyjska gazeta „Sunday Mail” ujawniła, że według otrzymanych przez nią dokumentów, finansowana przez konserwatywny rząd kampania w mediach społecznościowych oczernia laburzystów i ich przewodniczącego jako „pożytecznych idiotów Putina”. Jeżeli to prawda, jest to gruby skandal: pieniądze brytyjskich podatników wydawane są przez partię rządzącą na rozpowszechnianie pomówień wobec ich politycznych rywali, którzy – wiele na to wskazuje – mają realną szansę odebrać im władzę w kolejnych wyborach.

Chodzi o organizację pozarządową Institute for Statecraft (Instytut na rzecz państwowości), która otrzymała wsparcie finansowe w wysokości 2 mln funtów od brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. W ramach projektu, na który wydaje te środki, prowadzi m.in. program o nazwie Integrity Initiative, którego oficjalnym celem jest przeciwdziałanie „rosyjskiej propagandzie” w internecie. Informacja na stronie organizacji głosi, że od 2015 r. „Wielka Brytania i cały demokratyczny świat stały się celem masowej dezinformacji, przede wszystkim rosyjskiej”. W ramach projektu mającego zabezpieczyć suwerenność Zjednoczonego Królestwa prowadzony jest więc „think tank”, który grupuje wybranych dziennikarzy i aktywizuje sieciowych influencerów z całej Europy, by uświadamiali Brytyjczykom i mieszkańcom UE zagrożenie (jak sugerują, całkiem realne) ze strony Rosji, głównie za pośrednictwem social mediów.

Integrity Initiative korzystało jednak wielokrotnie ze swojego konta twitterowego, żeby atakować cieszącą się rosnącym poparciem Partię Pracy i jej szefa Jeremy’ego Corbyna. Corbyn i czołowi laburzyści byli regularnie atakowani przez II jako „agenci wpływu Rosji”. Głoszono, że krytyka systemu politycznego i gospodarczego świata zachodniego i sprzeciw wobec euroatlantyckiego imperializmu to w istocie część planu realizowanego przez Kreml, a Corbyn i jego towarzysze to marionetki Władimira Putina. Sam Corbyn musiał na początku roku zmierzyć z oszczerczymi atakami pod jego adresem, sugerującymi, że w latach 80. był radzieckim agentem. Kampania, którą opisuje „Sunday Mail”, utrzymana jest właśnie w tym duchu.

Integrity Initiative rozpowszechniała ma Twitterze m.in. artykuły, z których jeden twierdził o Corbynie, że „jego zwierzęca nienawiść do Zachodu pomogła Kremlowi”, a inny nosił tytuł „Najwyższy czas, by Corbyn zmierzył się ze swoim problemem dotyczącym Rosji”. Oczerniane były też inne czołowe postaci Partii Pracy, m.in. George Galloway, również oskarżano ich o działanie na rzecz Moskwy lub syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada.

„Sunday Mail” ustaliła, że siedziba Institute for Statecraft mieści się w szkockim hrabstwie Fife, na terenie na wpół zrujnowanego, nieczynnego młynu.
Minister spraw zagranicznych Alan Duncan wyraził ubolewanie i zapowiedział dochodzenie w tej sprawie. Przyznał, że w bieżącym roku podatkowym rząd przyznał IfS grant o wartości niemal 2 mln funtów, a publiczne pieniądze nie powinny iść na opisane powyżej cele.

Od czasu ujawnienia skandalu na stronie Integrity Initiative pojawiła się jedynie informacja, że program ten odznacza się „bezstronnością”.

W brytyjskiej debacie publicznej od dłuższego czasu panuje antyrosyjska panika. Ostatnio dziennik „Guardian” starał się dowieść, że Julian Assange, założyciel WikiLeaks, jest moskiewskim pionkiem. Jednak artykuł, który to sugerował, oparty był na bezpodstawnych domysłach i został wyśmiany nawet przez media pokrewne ideowo „Guardianowi”.