Nieodrobiona lekcja

W ubiegłym roku polskie lotnictwo wojskowe obchodziło stulecie powstania. Mało kto zauważył tę rocznicę.

W 1920 roku we Lwowie, oficerowie III Grupy Lotniczej pragnęli uczcić swego dowódcę kapitana pilota Stefana Bastyra, który zginął w katastrofie lotniczej 6 sierpnia 1920 roku. Z ich inicjatywy zrodziła się myśl wystawienia monumentu upamiętniającego lotników polskich, którzy zginęli w walkach powietrznych w czasie Wielkiej Wojny (1914-1918) i w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. Pomnik został usytuowany na placu Unii Lubelskiej w Warszawie, odsłonięty 11 listopada 1932 roku. Autorem rzeźby był prof. Edward Witting, a pozował do niej mjr obs. Leonard Lepszy. Wielka, podniosła uroczystość zgromadziła tłumy.

Pomnik przetrwał bombardowania niemieckie we wrześniu 1939 roku, jednak został usunięty z cokołu w październiku 1943 roku i przetopiony, jak inne monumenty narodowe na potrzeby machiny wojennej okupanta.

Dzięki ocalałej głowie zrekonstruowano przedwojenny pomnik. Znalazł też nową lokalizację, na skrzyżowaniu reprezentacyjnej alei Żwirki i Wigury (prowadzącej od portu lotniczego Warszawa-Okęcie) z ulicą Wawelską. Zmieniła się też nazwa – odtąd oficjalna nazwa monumentu to Pomnik Lotnika. Tego dnia pod pomnikiem odbyła się również uroczysta promocja oficerów szkół lotniczych i defilada wojskowa.

Na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w dniu święta lotnictwa, 28 sierpnia 2018 roku, w kameralnej atmosferze i dużo skromniejszej oprawie niż wspomniane poprzednie uroczystości, odsłonięto Pomnik Chwały Lotnikom Polskim. Choć pomnik jest na cmentarzu wojskowym i odsłonięty w 100-lecie lotnictwa wojskowego ma być hołdem złożonym wszystkim polskim lotnikom – wojskowym i cywilnym, sportowym, szybownikom, baloniarzom, spadochroniarzom, ludziom awiacji – konstruktorom, modelarzom.

Obecność prezydenta Rzeczpospolitej i ministra Obrony Narodowej spowodowała, iż na uroczystość przybyli właściwie tylko goście zaproszeni. Tak oto po raz kolejny szersze grono społeczeństwo nie może się nawet „otrzeć” o nasze lotnictwo. Skąd młodzi ludzie mają czerpać wiadomości o naszej lotniczej chwale, bo i szkoła już tego nie uczy? Nie ma już ludzi, którzy dali początek rodzimej awiacji. Nie wznawia się literatury lotniczej pisanej przez uczestników tych wydarzeń. Popularyzację czytelnictwa zaszczepianą ongiś przez dom rodzinny, dziś odbiera się jak przeżytek. Największym zainteresowaniem historyków i publicystów cieszy się udział polskich lotników w walkach powietrznych II wojny światowej.

Niestety pseudopublicyści, pozujący na znawców historii lotnictwa „piszą, co wiedzą”, rzadko wiedząc, co piszą. Wykazując się historyczną arogancją manipulując informacjami mącą i utrwalają fałszywy obraz spraw i ludzi.

Nie ustrzegli się tego i dostojnicy podczas uroczystości na Powązkach. Dlaczego wymienia się jednym tchem „Żwirko-Wigurę”? To nie jedna osoba – a kpt. pil. Franciszek Żwirko i inż. Stanisław Wigura. Byli zwycięzcami Challenge’u w 1932 roku. Kto dzisiaj pamięta, iż były to międzynarodowe zawody samolotów turystycznych – Challenge International des Avions de Tourisme. Dlaczego francuską wymowę słowa „challenge” uparcie podaje się w wersji, tak powszechnej obecnie, angielszczyzny? Dlaczego wiadomości o udziale lotników polskich ogranicza się li tylko do dywizjonu 303, a nazwisko jednego z jego asów ciągle się przekręca? Zumbach się pisze, ale czyta „Cumbach”! Szkoda, że zamiast okrągłych zadań o lotnictwie w ogóle, także dzisiejszym, nikt nie pokwapił się choć o kilka słów o początkach naszego lotnictwa, wszak przypada właśnie stulecie jego powstania.

Aby faktycznie móc oddawać hołd polskim pilotom nie można pominąć, jak zaczęła się historia naszej awiacji i jak szczególny wkład wnieśli lotnicy, dla których walka o niepodległość Polski była celem nadrzędnym. Bohaterstwo na polu walki zostało uhonorowane najwyższymi odznaczeniami bojowymi wielkiej rzeszy pilotów. Dziwić może tylko fakt, iż ówczesne naczelne władze wojskowe pomijały milczeniem wkład lotnictwa w wiernej służbie Ojczyźnie. Za to społeczeństwo II Rzeczpospolitej otaczało lotnictwo wyjątkowym szacunkiem i fascynowało się jego osiągnięciami.

***

Wielka Wojna (1914-1918) była swoistym poligonem dla nowych rodzajów broni i sprzętu. Armie ententy i państw centralnych włączyły do walk samoloty. Na początku wojny lotnictwo miało charakter broni pomocniczej, głównie rozpoznając ruchy wojsk nieprzyjaciela. Z czasem coraz mniejszą przydatność wykazywała kawaleria, a wzrastała rola lotnictwa. Od 1915 roku rosło udoskonalanie konstrukcji samolotów – wzrastał ich udźwig, zasięg i pułap. Pojawiły się więc nowe zadania dla lotnictwa – współpraca z piechotą, artylerią, prowadzono planowe bombardowania (także daleko poza linią frontu). Dla obrony przed samolotami przeciwnika powołano do życia eskadry myśliwskie. Coraz bardziej doceniano korzyści z osiągnięcia przewagi w powietrzu i jak istotna jest konieczność posiadania wsparcia lotniczego w walce.

Wielką ewolucję przeszedł sprzęt lotniczy, rosła ilość samolotów we wszystkich armiach, stale zwiększała się produkcja zarówno płatowców, jak i silników lotniczych. Lotnictwo postrzegane było jako siła wyjątkowo perspektywiczna.

W działaniach zbrojnych Wielkiej Wojny brali udział także Polacy, powoływani do służby w armii rosyjskiej, austro-węgierskiej i niemieckiej. Polscy żołnierze znaleźli się także w lotnictwie tych państw. Do lotnictwa II Rzeczpospolitej trafiło wielu Polaków z różnych rosyjskich jednostek lotniczych. Personel powstającego lotnictwa Wojska Polskiego stanowiła też duża grupa lotników z dawnej armii austro-węgierskiej.

Przejęcie stałych lotnisk położonych na ziemiach polskich.

Odrodzenie państwa polskiego w 1918 roku to nie tylko powrót na mapę Europy po 123 latach niewoli, ale także zwycięska walka o utrzymanie niepodległości. Polityczno-militarne uwarunkowania w Europie, walka o nasze granice spowodowały, iż w II Rzeczpospolitej od razu budowano siły zbrojne. Wraz z ich formowaniem powołano nowy rodzaj broni – lotnictwo. Działania bojowe w czasie Wielkiej Wojny wykazały wyjątkową niezbędność sił powietrznych.
Wywalczenie przewagi w powietrzu mogło dać zwycięstwo w operacjach lądowych. Szybkie rozpoznanie pozycji i ruchów wojsk nieprzyjaciela, danie osłony z powietrza, bombardowanie ważnych celów spowodowało zmianę taktyki walki i strategii prowadzenia wojny. Powstała idea przewagi i panowania w powietrzu. Najwięksi sceptycy użycia lotnictwa musieli przyznać, iż ma ono nie tylko aspekt perspektywiczny, ale jest to siła mogąca w sposób zasadniczy zmienić charakter przyszłej wojny.
Nieuchronna klęska państw centralnych, a przede wszystkim cesarsko-królewskich Austro-Węgier i cesarskich Niemiec dała Polakom asumpt do podjęcia zorganizowanych działań jesienią 1918 roku. Na terenach zaborczych austriackie siły powietrzne stacjonowały na czterech lotniskach: w podkrakowskich Rakowicach, w Hureczku pod Przemyślem, w Lublinie i we Lwowie.

Kraków – Rakowice

Gdy 3 listopada Austriacy ostatecznie opuścili lotnisko Polacy w hangarach i magazynach sprzętu przejęli łącznie blisko 50 samolotów (wywiadowczych i szkolnych). Jednak nie były to maszyny nowe, znacznie wyeksploatowane i w bardzo złym stanie technicznym. W budynkach i barakach nie istniały żadne instalacje elektryczne, wodociągowe ani kanalizacyjne. Natychmiast podjęte prace miały na celu uruchomienie i doprowadzenie do sprawności technicznej jak największej liczby przejętych samolotów.

Do służby szybko zgłosiło się wielu lotników z armii austriackiej. Utworzono „Bojowe Eskadry Lotnicze”, choć określenie „bojowe” było na wyrost, gdyż na stanie nie było odpowiednich typów samolotów.

Przemyśl – Hureczko

Po opuszczeniu lotniska przez Austriaków Przemyśl opanowali żołnierze ukraińscy. Por. pil Wiktor Robotycki nie dysponując siłami do odparcia ataku zdecydował się ratować samoloty i przerzucić je drogą powietrzną na lotnisko w Rakowicach. W dramatycznej sytuacji, nad ranem pod ostrzałem karabinów maszynowych 10 maszyn wystartowało (2 zostały uszkodzone). Bezpośrednio na Rakowice dotarło tylko sześć.

Lublin

5 listopada 1918 roku ppor. pil. Wiktor Ryl w imieniu władz polskich przejął lotnisko od austriackiego dowódcy.

Lwów

Po tzw. „kryzysie przysięgowym” w 1917 roku Polska Organizacja Wojskowa skierowała do Lwowa doświadczonego lotnika por. obs. Janusza de Beaurain. Jego praca konspiracyjna oraz kontakty z Polakami służącymi w austriackich siłach powietrznych zaowocowały przyłączeniem się do POW pilotów z różnych jednostek. Byli to: por. pil. Stefan Bastyr, por. pil. Stefan Stec (as austriackiej 3. kp. myśl.), por. pil. Eugeniusz Roland, por. pil. Stanisław Tomicki, por. obs. Zygmunt Tebinka, ppor. obs. Władysław Toruń, ppor. obs. Adam Tieger, por. Mokrzycki. Opracowali oni plan akcji przejęcia lotniska we Lwowie, którą mieli kierować por. obs. Janusz de Beaurain i por. pil. Stefan Bastyr.

W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku oddziały ukraińskie bez przeszkód zajęły większą część Lwowa i przejęły kontrolę nad całą Galicją Wschodnią. Ogólny zamęt wykorzystali Polacy zakradając się do położonych na skraju lotniska hangarów, gdzie starali się przygotować do lotu znajdujące się tam cztery samoloty.

Groźna sytuacja spowodowana grabieżą magazynów skłoniła austriackiego komendanta lotniska do przekazania go w ręce Polaków. Krwawe walki skłoniły Komendę Obrony Lwowa do wydania rozkazu, by lotnicy podjęli natychmiastowe bombardowanie stacji kolejowej Persenkówka, dokąd docierały pociągi z pomocą dla oddziałów ukraińskich.

5 listopada do pierwszego lotu bojowego na samolocie Hansa-Brandenburg CI wystartowała załoga: por. pil. Stefan Bastyr i por. obs. Janusz de Beaurain. Brak farby białej i czerwonej spowodował tylko zamalowanie czarnego austriackiego krzyża. Obserwator zrzucił kilka bomb, lotnicy szczęśliwie powrócili do bazy. Ukraińcy byli kompletnie zaskoczeni. Tego samego dnia wykonano jeszcze kolejne loty operacyjne, obrzucając bombami ponownie dworzec i dokonując określenia pozycji nieprzyjaciela.

Dzień 5 listopada, dzień pierwszego lotu operacyjnego dla Polaków miał wymiar symboliczny. W okresie dwudziestolecia międzywojennego był świętowany przez samych lotników, choć nie był uznany za oficjalne święto lotnictwa.

6 listopada por. pil Stefan Bastyr został formalnie wyznaczony przez Naczelną Komendę Obrony Lwowa na stanowisko dowódcy eskadry i komendanta załogi całego lotniska. Lotnictwu polskiemu we Lwowie nadano oficjalny i zorganizowany charakter. Jednostka tymczasowo przyjęła nazwę II Bojowa Eskadra Lotnicza. Prócz baraków i magazynów na wyposażeniu było 18 samolotów do naprawy, okradzione warsztaty remontowe i… brak karabinów maszynowych.

W okresie od 5 do 22 listopada 1918 roku załogi II Bojowej Eskadry Lotniczej wykonały 69 lotów bojowych. Skutecznie ostrzeliwała transporty kolejowe i pozycje nieprzyjacielskiej piechoty.

Bombardowaniem zajmowali się obserwatorzy. Ponieważ samoloty nie posiadały podwieszeń – bomby zabierano do kabiny. Lżejsze bomby były przez obserwatorów zrzucane ręcznie przez burty samolotu, cięższe wypychane przez drzwiczki w kokpicie. Prócz tego eskadra wykonała wiele niezwykle ważnych lotów łącznikowych między Naczelną Komendą Obrony Lwowa a władzami w Krakowie, Warszawie i Przemyślu. Jednostka straciła 3 samoloty, jeden obserwator był ranny.

W tym czasie do eskadry dołączyli kolejni lotnicy z Krakowa. Jednostka liczyła już 150 ludzi – pilotów, obserwatorów, mechaników i szeregowych żołnierzy. Wyjątkowo sprawnie działał ppor. obs Adam Tieger, który przejąwszy kierownictwo nad pracami organizacyjnymi w warsztatach, został także przełożonym pracowników cywilnych. Sformował kompanię ochrony lotniska, wojskową straż pożarną i administrację. Odciążył tym samym por. pil. Bastyra, który mógł wreszcie skoncentrować się na lataniu i dowodzeniu bojowym.

Warszawa

Od września 1918 roku w Warszawie przebywała dość liczna grupa lotników wywodzących się z rosyjskich sił powietrznych, którzy w ostatnim czasie służyli w rozbrojonym przez Niemców I Korpusie Polskim w Rosji. Podejmując działalność niepodległościową założyli oni 14 października 1918 roku w Warszawie tajny Związek Lotników. Wstąpili do niego m.in.: ppor. Henryk Tokarczyk, por. Lipczyński, ppor. inż. Mieczysław Pietraszek, ppłk pil. ster. Hipolit Łossowski, ppłk pil. Zygmunt Studziński, kpt. pil. Jerzy Syrokomla-Syrokomski, por. obs. Tytus Karpiński, ppor. Jerzy Garbiński, ppor. inż. Michał Tłuchowski, chor. Gajewski, inż. Klemens Filipowski, inż. Stefan Malinowski.

Jednym z głównych celów Związku Lotników było opanowanie lotniska na Polu Mokotowskim i zapobieżenie zniszczeniu przez Niemców znajdującego się tam sprzętu i samolotów. Gdy w będącej tam szkole obserwatorów (zresztą w największej jaką Niemcy zorganizowali w czasie wojny) zawiązała się Rada Żołnierska, dotarł rozkaz z Berlina opuszczenia lotniska. 15 listopada cała infrastruktura z majątkiem ruchomym przypadła Polakom. Niestety zniszczono wiele cennego sprzętu i wyposażenia szkoły.

Na lotnisku mokotowskim w 25 hangarach (wymagających natychmiastowego remontu) znajdowało się blisko 70 różnego typu samolotów.

Poznań – Ławica

27 grudnia 1918 roku w Poznaniu wybuchło powstanie. Sukcesy walk powstańczych sprawiły, iż ostatnim liczącym się punktem oporu w rejonie Poznania było lotnisko w Ławicy. Niemieckie samoloty były zagrożeniem zarówno dla miasta, jak i dla powstańców. Gdy zawiodły próby pokojowego porozumienia się z załogą i gdy Niemcy zagrozili wysadzeniem fortu na Łazarzu, w którym był ogromny skład bomb lotniczych zdecydowano się na atak zbrojny. Grupą szturmowa dowodził por. Andrzej Kopa. Rankiem 6 stycznia 1919 roku powstańcy wsparci ogniem artylerii zdobyli lotnisko.

7 stycznia nad Poznaniem po raz pierwszy pojawiły się samoloty z polskimi oznaczeniami podnosząc skutecznie morale ludności. Loty wykonali wówczas: sierż. pil. Józef Mańczak, sierż. Jan Kortylewicz, sierż. pil. Zygmunt Rosada, sierż. Wojciech Biały, sierż. pil. Wiktor Pniewski, plut. wojsk aeronautycznych Hieronim Kasprzak.

Ławica okazała się najbogatszą i najbardziej wartościową bazą lotniczą, jaką Polacy przejęli po zaborcach. W hangarach i warsztatach znaleziono prawie siedemdziesiąt zdatnych do dalszej eksploatacji samolotów, kilkadziesiąt silników lotniczych, części zapasowe, 20 karabinów maszynowych i amunicję.

Skromne początki

Pierwszym organem naczelnej władzy lotniczej w niepodległej Polsce została utworzona 14 listopada 1918 roku w Departamencie III Technicznym Ministerstwa Spraw Wojskowych – Sekcja Żeglugi Napowietrznej. Jej szefem został ppłk pil. Hipolit Łossowski.

Ministerstwo, głównie skoncentrowane na szybkim formowaniu oddziałów wojsk lądowych, kwestie organizacji i funkcjonowania lotnictwa traktowało drugoplanowo. Początkowo w Sekcji Żeglugi Napowietrznej rejestrowano zgłaszających się do służby ochotników (głównie lotników z byłej armii rosyjskiej). Ewidencjonowano i zabezpieczano sprzęt przejęty po zaborcach.
Rozpoczęto naukę pilotażu, ale przede wszystkim przeszkalanie pilotów wywodzących się z rosyjskich sił powietrznych na samoloty produkcji niemieckiej. 20 listopada 1918 roku z lotniska mokotowskiego w Warszawie wystartował pierwszy samolot oznaczony polskimi znakami rozpoznawczymi. Pilotował go ppor. Stanisław Jakubowski. W ten sposób zademonstrowano społeczeństwu obecność polskich samolotów, o czym szeroko rozpisywała się ówczesna prasa.

Kwadraty podzielone na cztery równe biało – czerwone pola, czyli lotnicza „szachownica”, autorstwo której przypisuje się por. Stefanowi Stecowi. Tak oznakowanym samolotem przyleciał do Warszawy ze Lwowa. Takiej „szachownicy” w lotnictwie austriackim używał też inny Polak – por. pil. Marian Gaweł. Takie „szachownice” były w czasie wojny światowej osobistym znakiem rozpoznawczym kilku austriackich pilotów. Najprawdopodobniej pierwszym, który użył takiego oznakowania był por. pil. Frank Linke-Crawford pochodzący z Krakowa (matka była Angielka, ojciec Czechem). Taki znak miał również Chorwat – por. pil. Mirosław Navratil, przełożony Steca, dowódca austriackiej 3.kp.myśl (wielopolowa biało – czerwona szachownica to także tło godła narodowego Chorwatów).

Łatwość malowania, kolory barw narodowych przekonały szefa Sekcji Żeglugi Napowietrznej i ppłk Hipolit Łossowski wprowadził właśnie takie oznakowanie jako znak rozpoznawczy lotnictwa polskiego.

20 grudnia 1918 roku gen. Stanisław Szeptycki podpisał rozkaz w sprawie „Organizacji Wojsk Lotniczych”. Skończył się czas entuzjastycznego, samorzutnego organizowania się wojskowego lotnictwa polskiego. O wszystkim zaczęły decydować instytucje centralne w Warszawie. Centralnym organem dowodzenia lotnictwem zostało Dowództwo Wojsk Lotniczych, bezpośrednio podporządkowane szefowi Sztabu Generalnego.

Najważniejszą bazą zaopatrzeniową i materiałowo-naprawczą dla organizowanych liniowych i szkolnych jednostek oraz instytucji lotniczych stało się Pole Mokotowskie w Warszawie. Pododdziałom lotniczym wprowadzono nazwę „eskadra lotnicza”, poprzedzaną kolejnym numerem taktycznym. Choć zgodnie z chronologią formowania numery początkowe winny otrzymać eskadry „galicyjskie” pierwsze numery (1 i 2) otrzymały dopiero organizowane jednostki w Warszawie i Lublinie.

Brak fundamentalnej wiedzy oficerów Sztabu Generalnego o funkcjonowaniu lotnictwa w czołowych armiach świata w końcowym etapie wojny, spowodowały, iż wdrożone w końcu grudnia rozwiązania organizacyjne przetrwały jedynie do początku marca 1919 roku. Do tego rywalizacja między Sztabem Generalnym a Ministerstwem Spraw Wojskowych, brak rozgraniczenia między nimi kompetencji powodowały utrudnienia organizacyjne i opóźnienia realizacji planowanych przedsięwzięć.

16 grudnia 1918 na Polu Mokotowskim w uroczystej oprawie odbyła się pierwsza w Wojsku Polskim przysięga na wierność Rzeczpospolitej zorganizowana przez Sekcję Żeglugi Napowietrznej. Do 29 grudnia 1918 roku w Warszawie i Krakowie do służby w lotnictwie zgłosiło się ochotniczo 186 żołnierzy – 42 wywodziło się z korpusów na wschodzie, 11 z legionów polskich, 49 z armii rosyjskiej, 82 z armii austriackiej i 2 z armii niemieckiej. W liczbie tej było 45 pilotów (samolotów lub sterowców), 38 obserwatorów, 24 oficerów służb technicznych. W styczniu 1919 roku Ministerstwo Spraw Wojskowych na podstawie weryfikacji przeprowadzonej przez Komisję Kwalifikacyjną Lotniczą przyznało polskie certyfikaty pilotów 43 oficerom, 16 podoficerom i 1 szeregowcowi. Poważnym problemem było zapewnienie lotnictwu stałego dopływu żołnierzy służby zasadniczej oraz ich specjalistyczne przeszkalanie. Przy I Lotniczym Batalionie Uzupełnień w Warszawie powstała Szkoła Obsługi Lotniczej, która w 1919 roku wyszkoliła 107 mechaników, a rok później – 263.

W sprawozdaniu z marca 1919 roku Inspektorat Wojsk Lotniczych w Warszawie podał, iż po zaborcach przejęto ogółem 200 samolotów. W tym: 9 myśliwskich, 100 wywiadowczych, 70 szkolnych i 21 wcześniej wycofanych z eksploatacji. Jednak tylko 12 z nich nadawało się do natychmiastowego użytku. Brak części zamiennych, a przede wszystkim słabe zaopatrzenie w paliwo to nie jedyne bolączki lotnictwa. Uzupełnianie sprzętu w eskadrach nie było sprawa prostą. Rząd polski nie był jeszcze oficjalnie uznany i właściwie zakupy sprzętu były możliwe tylko w pokonanej Austrii. Pieniędzy starczyło tylko na zakup 38 samolotów myśliwskich. Były to fabrycznie nowe samoloty Albatros D III – dwupłatowy, jednomiejscowy. Nadeszły transportem kolejowym w dwóch partiach (najpierw 12, później 26 sztuk).

Lotnictwo Armii Polskiej we Francji

Wspominając Błękitną Armię gen. Hallera rzadko mówi się o będących w niej lotnikach. Trafiali oni w 1917 roku do francuskich ośrodków szkolenia pilotów myśliwskich wysyłani tam przez armię rosyjską. A po rewolucji październikowej Polacy porzucali swoje jednostki, by dostać się do istniejącej we Francji armii polskiej. Udawali się głównie przez porty w Murmańsku i Odessie. Jednak dla bolszewików tacy żołnierze uważani byli za dezerterów i schwytani natychmiast rozstrzeliwani.

Od początku 1918 roku wśród polskich uciekinierów z armii rosyjskiej byli też lotnicy. Jako pierwsi dotarli do Francji: ppor. pil. Stefan Ciecierski, ppor. Zygmunt Baranowski, ppor. Makowski, por. obs. Wojewódzki, por. pil. Jerzy Rudnicki, por. obs, Władysław Jurgenson, por. pil. Jerzy Kossowski, por. pil. Sergiusz Abżółtowski. Piloci ci posiadali już spore doświadczenie bojowe. Zgłaszali się do obozu wojskowego w Sille de Guillaume. Przez Murmańsk dotarł też 13 lipca gen. Józef Haller.

Francja dysponując 12 tysiącami własnych lotników niechętnie patrzyła na tworzenie polskich eskadr. Ponadto na froncie zachodnim służyło 9 tysięcy lotników brytyjskich, tysiąc włoskich i belgijskich, był również Korpus Lotniczy Sił Ekspedycyjnych Armii Stanów Zjednoczonych. Polacy mieli stanowić jedynie uzupełnienie dla eskadr francuskich, ponoszących zresztą duże starty na froncie.

Uparte starania strony polskiej w Ministerstwie Wojny umożliwiły szkolenie polskich kandydatów na lotników. Pierwsza grupa oficerów została skierowana na kurs teoretyczny do Dijon w Burgundii, gdzie uczono aerodynamiki, teorii budowy płatowca i silnika, a także zapoznawano z najnowocześniejszymi samolotami oraz sprzętem. W szkole lotniczej w Longvie tworzono zalążek personelu technicznego. Kolejni ochotnicy kierowani byli do obsługi naziemnej lotnictwa. Byli to głównie ochotnicy – mechanicy polskiego pochodzenia ze Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz polscy podoficerowie lotnictwa z byłej armii rosyjskiej. Szeregi szybko rosnącej Armii Polskiej we Francji zasilali byli żołnierze austriaccy i niemieccy masowo werbowani w obozach jenieckich we Francji i Włoszech.

Oficjalne uznanie rządu polskiego przez mocarstwa zwycięskiej koalicji (USA 30 stycznia 1919 roku, Francja – 24 lutego, Wielka Brytania – 25 lutego, Włochy – 27 lutego) spowodowało, iż rząd polski w Warszawie stał się wreszcie podmiotem prawa międzynarodowego. Wykorzystał to marszałek Foch, będący zwolennikiem militarnej interwencji w Rosji Sowieckiej, w obawie przed zalewem bolszewizmu w Europie. Na forum Rady Najwyższej Konferencji Pokojowej przedstawił stanowisko, iż wzmocnione nowoczesnym sprzętem (mając na myśli samoloty i czołgi) wojska polskie będą w stanie podjąć walkę z Rosjanami.

Polacy przed wysłaniem do kraju mieli otrzymać siedem całkowicie wyposażonych eskadr francuskich i jeden park lotniczy. Początkowo eskadry miały być obsadzone głównie w większości przez personel francuski, ochotników, którzy zgodzili się wyjechać do Polski. Generał Haller dysponował piętnastoma w pełni wyszkolonymi pilotami, dwudziestu następnych się szkoliło. Brakowało jednak obserwatorów, oficerów technicznych, mechaników płatowców i silników, a także innych specjalistów lotniczych.

W utworzonym Szefostwie Lotnictwa jedynym Polakiem był por. pil. Sergiusz Abżółtowski. By obsadzić stanowisko szefa swego lotnictwa rodakiem gen. Haller ściągnął do Francji z Odessy mjr. pil. Waldemara Narkiewicza, który 31 marca 1919 roku objął obowiązki asystenta szefa lotnictwa. Intensywne poszukiwania pilotów polskich zaowocowały ściągnięciem kilku lotników służących w armii francuskiej. Spośród jeńców austriackich zgłosił się por. pil. mar. Karol Trzaska-Durski (późniejszy szef Referatu Lotnictwa Morskiego w Departamencie Spraw Morskich Ministerstwa Spraw Wojskowych), z armii niemieckiej – ppor. pil. Ryszard Woroniecki, sierż. Adam Wierzbiński, sierż. Walerian Górecki.

Spis sporządzony 23 marca 1919 roku podawał, iż lotnictwo Armii Polskiej we Francji liczyło 88 pilotów i uczniów pilotażu, 3 obserwatorów, 3 oficerów technicznych oraz 110 mechaników różnych specjalności.

3 kwietnia 1919 roku Najwyższa Rada Konferencji Pokojowej w Paryżu wreszcie wyraziła zgodę na skierowanie Armii Polskiej do kraju. Jednak premier Wielkiej Brytanii Lloyd George wymógł zobowiązanie na Ignacym Paderewskim i Romanie Dmowskim, iż nie będzie się ona angażowała w walce z wojskami ukraińskimi w Galicji Wschodniej. Formalnie sprawujący zwierzchnictwo nad Armią gen. Hallera marszałek Ferdynand Foch podpisał umowę z przedstawicielem Niemiec dotyczącą przetransportowania jej przez terytorium niemieckie.

Francuzi nie do końca wywiązali się z wcześniejszej obietnicy wyposażając jedynie dwie eskadry wywiadowcze w najlepsze samoloty Breguet XIV A2, trzy pozostałe zaś w znacznie słabsze Salmson 2A2. Brak polskich specjalistów sprawił, iż większość personelu eskadr liniowych obsadzono francuskimi ochotnikami. Mieli oni stopniowo być zastępowani przez Polaków. W tym celu personel jednej z francuskich szkół lotniczych miał zorganizować szkolenie w Polsce pilotów, obserwatorów i mechaników lotniczych.

Społeczeństwo francuskie zorganizowało uroczyste pożegnanie lotnictwa Armii Polskiej, a władze Paryża podarowały sztandar z wyhaftowanym biały orłem i napisem „Awiacja Polska”. Armia Polska docierała do kraju stopniowo. Ostatni transport samolotów szkoły, przeznaczonych do nauki zaawansowanego pilotażu, przybył dopiero w końcu lipca 1919 roku. Personel latający szacuje się na około stu pilotów i czterdziestu obserwatorów oraz kilkuset żołnierzy personelu naziemnego.

Początkowo wszystkie jednostki lotnicze Armii gen. Hallera rozmieszczono w Warszawie. Jednak niedostateczna infrastruktura na Polu Mokotowskim spowodowała konieczność przerzucenia eskadr na lotniska w Lublinie, Wilnie, Piotrkowie Trybunalskim i Poznaniu.

Lotnictwo Błękitnej Armii przybyłe z Francji było poważną siła bojową. Jednak tak jak Armia gen. Hallera stanowiła integralną część sił zbrojnych Francji, której zwierzchnikiem był urzędujący w Paryżu marszałek Ferdynand Foch (za pośrednictwem szefa Francuskiej Misji Wojskowej w Polsce), tak Polskie Szefostwo Lotnictwa podlegało Sekcji Lotniczej Francuskiej misji Wojskowej na czele z ppłk. pil. François de Vergnette.

Lotnictwo polskie w walce z Ukrainą i Rosją Sowiecką

Rozwój lotnictwa i jego zwiększony udział w działaniach bojowych wprowadził zmiany w strukturach centralnych. Wspólnym rozkazem Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego i Ministerstwa Spraw Wojskowych 9 marca 1919 roku Dowództwo Wojsk Lotniczych wyprowadzone ze struktury Sztabu Generalnego przeformowano w Inspektorat Wojsk Lotniczych i włączone do Departamentu I Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Główne ośrodki formowania lotnictwa polskiego – Kraków, Lwów, Poznań i Warszawa tworzone samorzutnie, przyjmowały własne zasady organizacyjne, miały różnorodny sprzęt, a przede wszystkim – kadry z sił powietrznych różnych krajów. Struktury eskadr różniły się między sobą, odmienne były metody działania. Nieprawdopodobne zaangażowanie i zmysł organizacyjny samych lotników przezwyciężał te trudności.

Na potrzeby prowadzonej wojny polsko – sowieckiej kadra lotnicza była zbyt mała, do tego przemęczona. Zamiast regulaminowego jednego dłuższego lub dwóch krótszych lotów, załogi wykonywały nawet cztery loty dziennie. Dochodził do tego brak sprzętu lotniczego, nade wszystko samolotów. Amerykanie odmówili odstąpienia sprzętu, Francuzi nie dostarczali na czas zamówionych samolotów (z magazynów demobilizacyjnych). W grudniu 1920 w porcie w Cherbourgu oczekiwał transport, gdzie w skrzyniach było 160 rozłożonych na części samolotów (w tym 62 samoloty wywiadowcze, które trafiły do Francji z Włoch).

Działalność operacyjna lotnictwa nie oparta na odgórnie opracowanych regulaminach czy instrukcjach nie była ujednolicona powodowała, iż eskadry w boju skazane były na inwencję samych lotników. Ogromną trudność nastręczało też korzystanie z aż 90 lotnisk polowych, w większości przygodnych lądowisk. Nie do przecenienia była działalność rozpoznawcza. W latach 1918-1920 do sztabów różnych szczebli dowodzenia lotnicy dostarczyli ponad pięć tysięcy meldunków. Wzrastało też rozpoznanie operacyjne, sięgające do 250 kilometrów w głąb ugrupowań nieprzyjacielskich. Wykorzystywano (bez względu na rodzaj samolotu i otrzymane zadanie) formacje maszyn wywiadowczych do bombardowania ważnych celów, m.in. stanowisk artylerii, węzłów kolejowych, pociągów pancernych, stanowisk wojskowych.

Lotnicy prócz, z własnej inicjatywy podejmowanych bombardowań, podejmowali też działania szturmowe. Jednak czynili to na samolotach nieprzygotowanych i nieprzewidzianych do tego celu, ze względu na brak stosowanego opancerzenia. Ze względu na brak odpowiednio wyszkolonych obserwatorów, niewielkiej ilości środków łączności pomiędzy samolotami a ziemią rzadko współpracowano z artylerią.

W związku z powyższym działania lotnictwa polskiego opierały się w zasadzie na improwizacji i dostosowania do konkretnej sytuacji bojowej. Było to spowodowane także brakiem odpowiednio przygotowanych oficerów na najwyższych stanowiskach dowódczych i sztabowych. Personel eskadr lotniczych (w liczbie 167), od sformowania do 15 października 1920, wykonał ogółem ponad 5100 lotów operacyjnych, podczas których załogi spędziły w powietrzu blisko 9800 godzin.

W wojnie z Ukrainą i Rosją Sowiecką lotnictwo polskie zapewniło na polu walki przewagę w powietrzu, a nade wszystko wzmocniło morale żołnierzy walczących na ziemi, choć personel lotnictwa wykonywał swe zadania ponad swoje siły i realne możliwości. Od listopada 1918 do 18 października 1920 roku zginęło 120 pilotów i obserwatorów, co stanowiło 27% personelu latającego. Indywidualne postawy lotników na polu walki, męstwo i niezwykłe poświęcenie zostało uhonorowano odznaczeniem Orderem Virtuti Militari 100 pilotów, 54 obserwatorów i 3 oficerów wojsk aeronautycznych.

Pośpiech organizacyjny i brak starszych oficerów mających nie tylko wiedzę i doświadczenie, ale i autorytet, ukazały w całej pełni niedostatki polskiego lotnictwa. Poświęcenie lotników okupione było poważnymi stratami podczas wykonywania lotów operacyjnych. Nie najlepsza opinia, co do przydatności lotnictwa, brak obiektywnego wkładu lotnictwa w ogólny wynik wojny wynikały także z lekceważącego stosunku doń Józefa Piłsudskiego. W lotnictwie nie służyli wszak oficerowie wywodzący się z legionów. Po zamachu majowym czystki kadrowe w lotnictwie spowodowały, iż o rozwoju polskiej awiacji decydować mieli byli legioniści. Zemściło się to na doktrynie obronnej i zasadach operacyjnego wykorzystania lotnictwa, które w pełni ukazały naszą niemoc we wrześniu 1939 roku.

***

Właśnie przypada jubileusz stulecia lotnictwa wojskowego. Obchody „ku czci” nie dotarły do szerszego kręgu społeczeństwa. Mija kolejna okazja by przypomnieć wspaniałe osiągnięcia polskich skrzydeł. „Magnetyczna siła” lotnictwa pobudzała do podejmowania często zuchwałych wyzwań. Pionierzy (piloci, konstruktorzy, polski przemysł lotniczy), dzięki którym nie tylko „pchnięto” nasze lotnictwo, ale zapisali się w historii światowej awiacji. By ocalić od zapomnienia kilka przykładów:

Porucznik Grzegorz Piotrowski w 1910 roku wykonał lot z pasażerem z Petersburga do Kronsztadu (27 km), bijąc rekord Blériota IX 2bis przelotu przez Kanał La Manche. Ustanowił światowy rekord długości lotu z pasażerem.

Inżynier Adolf Warchałowski w 1910 roku na samolocie własnej konstrukcji Warchałowski Typ IX wykonuje pierwszy lot nad śródmieściem Wiednia, rok później (30 października) ustanawia światowy rekord lotu z trzema pasażerami – 45 minut i 46 sekund.

Jan Nagórski w 1914 roku poszukiwał zaginionej wyprawy podbiegunowej Siedowa. Na hydroplanie Farman MF-11 wykonał pięć lotów w Arktyce, trwających w sumie ponad 11 godzin. Były to pierwsze tego rodzaju loty i odbiły się głośnym echem na świecie. W późniejszym czasie wykonał pierwszą na świecie pętlę na wodnosamolocie Grigorowicz M-9.

Kapitan Bolesław Orliński z mechanikiem Leonem Kubiakiem dokonuje rajdu powietrznego na trasie Warszawa – Tokio – Warszawa samolotem Breguet XIX B-2. Rajd odbył się w dniach 27 sierpnia do 25 września 1926 roku na łącznej długości 22 600 km. W powietrzu przebywali łącznie 121 godzin i 16 minut. Lecieli z odkrytą kabiną, bez radia, spadochronów, kamizelek ratunkowych, a powrót graniczył z cudem. W Tokio Orliński został przyjęty na audiencji u cesarza i odznaczony trzecim najwyższym w Japonii Orderem Wschodzącego Słońca. Do końca życia w rocznicę lądowania w Tokio odwiedzał go ambasador Japonii.

Kapitan Stanisław Skarżyński wraz z por. inż. Andrzejem Markiewiczem przedsięwziął rajd lotniczy dookoła Afryki na samolocie łącznikowym PZL Ł-2. Start nastąpił 1 lutego, a powrót do Warszawy 5 maja 1931 roku. Lotnicy przebyli odległość 25 770 km. Po raz pierwszy polskie skrzydła znalazły się nad równikiem.

3 lipca 1931 roku kapitan Stanisław Karpiński wraz z inż. J. Suchodolskim dokonał lotu dookoła Polski bez międzylądowania w czasie 12 godzin i 15 minut. W rajdzie dookoła Europy we wrześniu 1931 roku na samolocie Lublin RX przebyli 6 450 km. Propaganda Polski i polskiego przemysłu lotniczego skłoniła Karpińskiego do lotu azjatycko-afrykańskiego (wraz z mechanikiem Wiktorem Rogalskim) na trasie długości 14 000 km, który przebyli w 16 etapach, w łącznym czasie 110 godzin.

Fenomenalne zwycięstwa odniosły w Challenge’ach załogi: w 1932 roku – kpt. pil. Franciszek Żwirko i inż. pil. Stanisław Wigura, w 1934 roku – kpt. pil. Jerzy Bajan i sierż. Gustaw Pokrzywka. Ze względu na katastrofę świetnie pamiętani są ci pierwsi. Natomiast nie wspomina się również o tym, iż w okresie międzywojennym Polska była potęgą baloniarską. Byliśmy w elitarnym gronie trzech państw (obok Belgii i USA), które zdobyły Puchar Gordona Bennetta na własność.

To tylko nieliczne przykłady z pionierskiego okresu polskiego lotnictwa. Odważne loty, niejednokrotnie „genialnych szaleńców”, rozpalały wyobraźnię młodych ludzi. Wielu z nich wkrótce zostało adeptami latania. II Rzeczpospolita wychowała społeczeństwo, z którego wyrośli bohaterowie walk powietrznych. Jednak obecna wiedza wśród rodaków, na temat udziału polskich lotników na frontach II wojny światowej, ogranicza się wyłącznie do wymienienia dywizjonu 303. Zanim pojawił się na arenie działań w Wielkiej Brytanii Polacy latali już w angielskich dywizjonach myśliwskich, a do sławnej bitwy wszedł jako pierwszy (jakże rzadko wymieniany) 302.

Polacy latali w jednostkach transportowych, zasili jednostki szturmowe działające w Afryce Północnej i basenie Morza Śródziemnego. Wyjątkową sławą okrył się Polish Fighting Team – Polski Zespół Walczący, któremu Anglicy nadali nazwę Skalski’s Cirkus. Cyrk Skalskiego – to zespół wybitnych pilotów myśliwskich, doskonale zgranych w lotach i mających kwalifikacje rzadko spotykanych strzelców myśliwskich.

Pionierskie loty w celu przerzutu samolotów przez Atlantyk w ramach operacji Most Atlantycki, udział polskich lotników w walkach z Japonią, loty z zaopatrzeniem dla Armii Krajowej w Polsce, zrzuty dla partyzantki na Bałkanach, zwalczanie latających bomb V1, pomoc walczącym powstańcom warszawskim, trudne loty eskortowe do wybrzeży Norwegii, loty myśliwcami dalekiego zasięgu to tylko niektóre dokonania pilotów spod biało-czerwonej szachownicy, które nie są dziś tak znane jak udział w obronie Wielkiej Brytanii.

Spektakularne wyczyny pilotów nie byłyby możliwe bez oddania mechaników. Personel naziemny, fachowcy z dziedziny techniki lotnictwa, Pomocnicza Lotnicza Służba Kobiet też zasługują na wdzięczną pamięć.

Niewielka, by nie rzec żadna, jest też wiedza o trafiających do Polskich Sił Powietrznych lotników z łagrów oraz o Polakach, którym przyszło swoje lotnicze szlify zdobywać na polach Grigoriewskoje.

Niestety postępujący zanik pamięci historycznej utrwalany jest także przez środki masowego przekazu. W roku stulecia odzyskania niepodległości i stulecia powstania lotnictwa wojskowego do kin trafiły dwa filmy o tej samej tematyce: „Hurricane. 303. Bitwa o Anglię” i „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”.

Pierwszy w kolorach ponurej nocy listopadowej, nudny, z łachmaniarskimi pilotami, chętnie pijącymi alkohol z litrowej butelki. Śmieszne walki powietrzne, jakieś kręcone „beczki” rodem z pokazów air show. Główna postać – Zumbach – wyjątkowa karykatura. Z kina wychodzi się zażenowanym.

W drugim przynajmniej pokazani szarmanccy, młodzi Polacy z oddaniem walczący o swój kraj. Maciej Zakościelny sprostał zadaniu zagrania Jana Zumbacha. Film przynajmniej nie nudzi, miejscami wzrusza, ma też zabawne momenty. Tylko po co dopisek „prawdziwa historia” i do tego oparta na książce Fiedlera. Nazwanie „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera bestsellerem jest grubą przesadą. Dzięki przymusowej szkolnej lekturze ten dywizjon wrył się ludziom, którzy na ogół jej nie czytając, pamiętają tylko napis ze strony tytułowej. Istnieją autentyczne zapisy przeżyć pilotów, no i przede wszystkim dziennik, który prowadził Mirosław Ferić.

Nijak do prawdy ma się m. in. główna postać kobiety i postaci „dobrego” i „złego” Niemca. Zakończenie wyraźnie ukazuje brak pomysłu, być może podyktowany pośpiechem, by skierować film do dystrybucji. Wyraźnie nieprzemyślane i niezrozumiałe wstawki autentycznych zdjęć i po co „sławne” słowa Churchilla – nie są skierowane do Polaków. Ani słowa o powojennych, często tragicznych losach pilotów i tych powracających do kraju i tych pozostałych na obczyźnie.

Oczywiście można stwierdzić, iż nareszcie powstał polski film o polskich lotnikach. Jednak jest to film fabularny, a nie historia prawdziwa. Dobrze by było gdyby zainspirował do poszukiwania autentycznych historii związanych z walkami pilotów spod znaku biało-czerwonej szachownicy.

Dusza pilota w pełni odzwierciedla naturę niepoprawnego Polaka. Pogarda śmierci, niepowstrzymany poryw w walce, to wszak cechy żołnierza polskiego. Lotnicy polscy w pełni potwierdzali te pełne zapału porywy już od pierwszych dni września 1939 roku. Determinacja ta wynikała z indywidualnych predyspozycji, oddania dowódcom i wielopokoleniowego poświęcenia się ojczyźnie.

Powietrzna bitwa o Wielką Brytanię była jedyną spośród decydujących batalii II wojny światowej, w której Polacy mieli istotny wkład w zwycięstwo. Jednak piękną kartę zapisało polskie lotnictwo na wszystkich frontach II wojny światowej.

Nieznajomość własnej historii, w tym wypadku lotniczej, prowadzi do gloryfikowania jednego dywizjonu i krzywdzącego pomijania zasług innych, w ten sposób zapomnianych. A przecież w skład Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii wchodziły:

300 Dywizjon Bombowy Ziemi Mazowieckiej
301 Dywizjon Bombowy Ziemi Pomorskiej
302 Dywizjon Myśliwski Poznański
303 Dywizjon Myśliwski Warszawski
304 Dywizjon Bombowy Ziemi Śląskiej
305 Dywizjon Bombowy Ziemi Wielkopolskiej
306 Dywizjon Myśliwski Toruński
307 Nocny Dywizjon Myśliwski Lwowski
308 Dywizjon Myśliwski Krakowski
309 Dywizjon Ziemi Czerwińskiej
315 Dywizjon Myśliwski Dębliński
316 Dywizjon Myśliwski Warszawski
317 Dywizjon Myśliwski Wileński
318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy Gdański
663 Dywizjon Samolotów Artylerii
Polski Zespół Myśliwski (Polish Fighting Team)
Polska Eskadra Balonowa.

 

Lewica na 100-lecie Niepodległości

I socjaliści mieliby być wrogami takiego patriotyzmu, mieliby być wrogami swego narodu?! Co za głupia myśl i jakie oszczerstwo! Socjaliści, którzy z takim poświęceniem pracują w swoim kraju dla ludu swego, którzy dążą do tego, żeby jak najszerzej rozlała się oświata, żeby nie było w narodzie pokrzywdzonych i głodnych, i ciemnych, żeby cały kraj stał się wspólnym warsztatem pracy dla wszystkich i wspólnym dla wszystkich źródłem dobrobytu – socjaliści mieliby być wrogami narodu! Nie! – Feliks Perl, współtwórca PPS, 1909 rok.

Polityka historyczna odgrywa w polskiej debacie publicznej ogromną rolę. O historię potrafimy spierać się bardziej niż o sprawy bieżące. Namiętne spory historyczne stały się elementem bieżącej walki politycznej. Lewica nie ma powodów, aby wstydzić się własnej historii.

W 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości jesteśmy zobowiązani do przypomnienia wkładu lewicy w walkę o suwerenność Polski i o kształt odrodzonego Państwa Polskiego. Dla zachowania prawdy historycznej i własnej tożsamości. Tą publikacją chcemy pokazać prawdziwe oblicze lewicy. Jej dorobek i etos, nie zapominając również o błędach lewicy w przeszłości.
Od XIX wieku główną siłą lewicy, była Polska Partia Socjalistyczna, powołana do życia na Kongresie Paryskim w 1892 roku. Przyjęty wówczas program zakładał, że:
„Polska Partia Socjalistyczna, jako organizacja polityczna polskiej klasy robotniczej, walczącej o swe wyzwolenie z jarzma kapitalizmu, dąży przede wszystkim do obalenia dzisiejszej niewoli politycznej i zdobycia władzy dla proletariatu. W dążeniu tym celem jej jest niepodległa rzeczpospolita demokratyczna”.

Przyjęty wówczas program będzie w przyszłości wyznacznikiem działalności PPS przez cały okres jej istnienia. Wcieleniem w życie naczelnych haseł PPS – haseł walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną – była rewolucja 1905 roku, kiedy to pierwszy raz po upadku powstania styczniowego Polacy sprzeciwili się carskiej władzy. Do historii przeszła Organizacja Bojowa Polskiej Partii Socjalistycznej, która dokonywała zamachów na carskich polityków, policjantów, żandarmów i agentów ochrany. Wśród wielu dzielnych bojowców była również kobieta Wanda Krahelska, która w 1906 roku uczestniczyła w nieudanym zamachu na warszawskiego gubernatora Gieorgija Skałona. W ramach represji wielu bojowców zostało skazanych na śmierć bez wyroku sądu.

II Rzeczpospolita

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Tworzyły go głównie partie socjalistyczny i ludowe. Na czele rządu stanął wybitny działacz galicyjskiej PPSD Ignacy Daszyński. Oprócz deklaracji odzyskania niepodległości, rząd Daszyńskiego zabiegał o wprowadzenie nowoczesnego ustawodawstwa socjalnego m.in. o wprowadzenie ośmiogodzinnego czasu pracy. Kontynuatorem jego działań był kolejny rząd powołany przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, byłego wybitnego działacza i bojowca PPS, pod kierownictwem Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd Moraczewskiego powołany 18 listopada rozszerzył program reform socjalnych. Ogłoszono powszechne prawo wyborcze, które obejmowało również kobiety, ustanowiono ośmiogodzinny czas pracy, zagwarantowano działalność związków zawodowych i prawo do strajku, wprowadzono inspekcję pracy i ubezpieczenie chorobowe. Warto nadmienić, że pierwszą kobietą w Polsce, która została przewodniczącą rady miasta, była socjalistka, Maria Kelles-Krauz, działaczka PPS W Radomiu. Wszystkie wspomniane reformy były zwalczane przez prawicę jako synonim „bolszewizmu”. Walcząc z reformami rządu socjalistycznego, prawica postanowiła przeprowadzić zamach stanu. W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku pułkownik Marian Januszajtis-Żegota stanął na czele zamachu, którego celem było aresztowanie premiera oraz kilku ministrów. Ostatecznie zamach udaremniły oddziały wierne rządowi.
W chwili największego zagrożenia bolszewicką nawałą 24 lipca 1920 roku utworzono Rząd Obrony Narodowej, którego premierem został polityk PSL Wincenty Witos, a wicepremierem Ignacy Daszyński.

PPS powołała w lipcu i sierpniu Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz własny Wydział Wojskowy PPS. Na jego czele stanęli najwybitniejsi działacze m.in.: Tomasz Arciszewski, Kazimierz Pużak, Jędrzej Moraczewski. Kiedy morale w wojsku oraz społeczeństwie były bardzo niskie w wyniku akcji werbunkowej PPS do wojska zgłosiło się ponad 1600 osób. W prasie PPS przeciwstawiano „dyktaturę proletariatu” rządowi robotniczo-chłopskiemu, który miał być odpowiedzią na rządy komunistów.

Z chwilą odzyskania niepodległości PPS opowiedziała się za parlamentarną drogą do socjalizmu. Demokracja i konstytucja były wartościami nadrzędnymi dla socjalistów. Pierwszy wstrząs wywołało w młodym państwie zamordowanie Gabriela Narutowicza przez prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego. Ponownie w niepodległej Polsce prawica dopuściła się przemocy. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Eligiusz Niewiadomski zaś stał się wkrótce obiektem kultu wśród radykalnych działaczy prawicy.

Socjaliści oskarżali prawicę, twierdzili, że jest moralnie odpowiedzialna za tę tragedię. Sprawę potęgowały również wydarzenia krakowskie z 1923 roku, kiedy to podczas rządów centroprawicy otworzono ogień do robotników.

Zamach majowy wsparła nie tylko PPS, ale również KPP, co wywołało sensację. Trzydniowe walki o przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego były wyjątkowo krwawe, na ulicach Warszawy poległo prawie 400 osób.

PPS wspierając czynnie zamach, liczyła, że Piłsudski w praktyce politycznej nawiąże w końcu do programu PPS. Były działacz tej partii miał jednak inne plany. Kilka miesięcy po zamachu, ku ogromnemu zdziwieniu socjalistów, spotkał się z przedstawicielami arystokracji na zamku w Nieświeżu i tym samym opowiedział się po stronie ziemiaństwa. Powstał wówczas wiersz, który doskonale obrazował przemianę Marszałka:

To nie sztuka zabić kruka,
ani sowę trafić w głowę,
ale sztuka całkiem świeża,
trafić z Bezdan do Nieświeża.

Rozpoczęły się rządy sanacji. Kraj zmierzał powoli w stronę dyktatury. W marcu 1928 roku PPS w wyborach otrzymała niespotykaną ani wcześniej, ani nigdy później rekordową liczbę głosów – ponad półtora miliona,. Po wyborach PPS przeszła do opozycji wobec rządów sanacji.

Konsekwencją rozrachunku Piłsudskiego z dawnymi towarzyszami oraz całą opozycją było aresztowania we wrześniu 1930 roku kilkunastu posłów. Aresztowano i dotkliwie pobito wówczas posła Hermana Liebermana, który jako jedyny z porwanych byłych posłów, posiadał chroniący go immunitet sędziego Trybunału Stanu. Oskarżonych postawiono przed sądem. Proces Brzeski stał się największym w II RP procesem politycznym. Na ławie oskarżonych zasiadło 11 posłów na sejm, z czego aż sześciu było z PPS: Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Adam Pragier, Norbert Barlicki i Mieczysław Mastek. Część skazanych w tym procesie wyemigrowała, część odbyła zasądzoną karę (m.in. socjaliści Adam Ciołkosz, Norbert Barlicki i Stanisław Dubois).
Komendantem Twierdzy Brzeskiej był pułkownik Wacław Kostek-Biernacki, człowiek Marszałka, fanatycznie mu oddany. Jego nadgorliwość, przemoc i terror doprowadzała do ludzkich dramatów. Aresztowani więźniowie byli traktowani jak pospolici przestępcy. Golono im głowy, poddawani byli wyjątkowo ostremu wojskowemu rygorowi. Stanisławowi Dubois nie pozwolono wówczas na uczestniczenie w pogrzebie własnego dziecka.

Skutki wielkiego kryzysu gospodarczego w latach lat trzydziestych odczuło całe społeczeństwo, nie ominęły więc także klasy robotniczej. W połowie roku 1932 spośród 950 tysięcy robotników co drugi pozostawał bez pracy, a ponad 13 procent miało tylko częściowe etaty.

W 1933 roku ukazała się książka Pamiętniki bezrobotnych opracowana przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, która opisywała skutki kryzysu gospodarczego. Na konkurs ogłoszony przez IGS robotnicy przesłali wstrząsające opisy swojej niedoli. Katastrofalna była sytuacja w miastach. Spis powszechny z 1931 roku wykazał, że 79 procent ludności zajmowało mieszkania jedno- lub dwuizbowe. Zaledwie 13 procent budynków w miastach miało kanalizację, 16 procent bieżącą wodę, 7,5 procent instalację gazową. Wieś była niemal w całości pozbawiona jakichkolwiek wygód. Na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, a więc w rejonie, z którego Stanisław Dubois był posłem, większość domów stanowiły lepianki lub budynki drewniane pokryte słomą.

Klub PPS oraz klasowe związki zawodowe próbowały łagodzić skutki kryzysu. Niestety, skromna reprezentacja socjalistów w sejmie nie miała możliwości wpływania na kierunek rozwoju państwa.
Za przykład harmonijnego rozwoju w latach kryzysu można jednak uznać warszawską dzielnicę Żoliborz, gdzie wpływy PPS były znaczące. W 1921 roku powstała w tej dzielnicy Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Jej założycielami byli działacze PPS: Stanisław Szwalbe, Antoni Zdanowski, Stanisław Tołwiński oraz Bolesław Bierut, który swoją karierę polityczną rozpoczynał w PPS-Lewica.

WSM była prawdziwym ewenementem. Oprócz mieszkań dla robotników – niedużych, co prawda, ale z bardzo niskim czynszem, na który było stać robotników – lokatorów łączyło wiele wspólnych instytucji: biblioteka WSM, tania pralnia, punkty usługowe. Funkcjonowały tam również bliskie idei PPS sklepy „Społem”. Na terenie WSM od 1928 działał Dom Społeczny z przedszkolem oraz bursą dla młodych robotników, gimnazjum koedukacyjne im. Bolesława Limanowskiego. W latach trzydziestych powstał tu teatr im. Stefana Żeromskiego, teatrzyk lalkowy Baj oraz kino Tęcza. Dom Społeczny był też miejscem gdzie działało Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy Lokatorów WSM „Szklane Domy”. Wspólne instytucje tworzyły szczególny rodzaj więzi między mieszkańcami.
W Radomiu podobne praktyki próbował wprowadzić prezydent Józef Grzecznarowski z PPS, który zasłynął wybudowaniem w mieście – na wzór Wiednia – sieci baraków dla bezdomnych.

Ostatni przed wojną kongres PPS odbył się w 1937 roku. Przyjęty wówczas program miał ogromne znaczenie i wielki wpływ na odbudowę i kształt państwa po 1945 roku.
Wybuch wojny w 1939 roku po raz kolejny wykazał, iż PPS konsekwentnie opowiada się za ideą niepodległości. Z inicjatywy Zygmunta Zaremby, wybitnego działacza PPS, powstały wówczas Robotnicze Brygady Obrony Warszawy. Na jej czele stanął inny członek PPS kapitan Marian Kenig. Werbunkiem do RBOW zajmowała się redakcja „Robotnika”, organu prasowego PPS, jedynego pisma, które w oblężonej Warszawie wychodziło bez żadnej przerwy. Ogromnym męstwem wykazał się redaktor naczelny pisma Mieczysław Niedziałkowski, który na łamach prasy i w audycjach radiowych zagrzewał mieszkańców Warszawy do walki z niemieckim najeźdźcą. Został aresztowany przez gestapo w grudniu 1939 roku i rozstrzelany 21 czerwca 1940 roku w pierwszej masowej egzekucji w Palmirach.

Z kolei w Gdyni powstała formacja gdyńscy kosynierzy. Od pierwszych dni września PPS zorganizował robotników w bataliony wykonujące prace umocnieniowe, tworząc Komendę Drużyn Robotniczych. Na czele kosynierów stał wybitny działacz pomorskiej PPS Kazimierz Rusinek.

Okupacja

Po przegranej kampanii wrześniowej Polska znalazła się pod okupacją Niemiec i ZSRR. Była to konsekwencja paktu Ribbentrop-Mołotow. Sanacyjny rząd i Naczelny Wódz uciekli z kraju. Podobnie zachował się prymas Polski. Powstał nowy polski rząd na emigracji pod kierownictwem generała Władysława Sikorskiego. W jego składzie znaleźli się również socjaliści. Byli to: Jan Stańczyk, Herman Lieberman, Jan Kwapiński. PPS była elementem składowym Polskiego Państwa Podziemnego, w którego skład wchodziły demokratyczne partie polityczne. Struktury konspiracyjne tworzyły się również w okupowanym kraju. Na czele powołanej w listopadzie 1939 roku Służbie Zwycięstwa Polski stanął generał Michał Tokarzewski-Karasiewicz, w przeszłości działacz socjalistyczny PPS-Frakcji Rewolucyjnej, który uważał się za socjalistę. Z jego inicjatywy powstała Główna Rada Polityczna przy Służbie Zwycięstwie Polski, przekształcona następnie w Polityczny Komitet Porozumiewawczy. Na czele Głównej Rady Politycznej stanął Mieczysław Niedziałkowski z PPS, jako komisarz cywilny przy Dowództwie Głównym SZP. Podczas okupacji PPS zeszła do podziemia i została przemianowana na PPS-WRN (Wolność-Równość-Niepodległość). Od stycznia 1944 roku na czele Rady Jedności Narodowej – podziemnego parlamentu Polskiego Państwa Podziemnego – stanął były sekretarz generalny PPS Kazimierz Pużak.

Od chwili wybuchu powstania warszawskiego w walce aktywnie uczestniczyli socjaliści. PPS posiadała własną organizację wojskową – Gwardię Ludową WRN, liczącą około 42 tysięcy żołnierzy. Komendantem głównym był Kazimierz Pużak. W maju 1944 Gwardia Ludowa zmieniła nazwę na Oddziały Wojskowe Powstańczego Pogotowia Socjalistów (OW PPS). W ramach akcji scaleniowej Oddziały Wojskowe PPS połączyły się z AK, tworząc między innymi I Batalion OW PPS na Mokotowie, II Batalion OW PPS na Ochocie, III Batalion im. Stefana Okrzei i IV Batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego. W powstaniu walczyli również Syndykaliści ze 104 kompanii Syndykalistów, która operacyjnie weszła w skład Zgrupowania AK Róg (jednostka grupy Warszawa-Północ). Dowódcą kompanii został podporucznik Kazimierz Puczyński „Wroński”. Zastępcą do spraw bojowych podporucznik. Witold Potz „Koperski” – początkowo komendant zgrupowania syndykalistycznego na Woli (ok. 20 osób), po likwidacji powstania w tej dzielnicy wycofał się na Stare Miasto i w czasie choroby „Wrońskiego” dowodził kompanią samodzielnie. W momencie szczytowym kompania liczyła prawie 500 żołnierzy. Warto wspomnieć również o walczących w powstaniu komunistach z PPR-owskiej Armii Ludowej. Sformowała batalion „Czwartaków”, którego dowódcą był major Bolesław Kowalski „Ryszard”. W działaniach bojowych „Czwartaków” wyróżnił się żołnierz Armii Ludowej Edwin Rozłubirski, który Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari otrzymał jako porucznik z rąk generała Bora-Komorowskiego (od 1945 służył w Wojsku Polskim, do rezerwy odszedł jako generał brygady). Pomoc walczącej Warszawie niosła też Pierwsza Armia Wojska Polskiego pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga. Szacuje się, że w czasie walk powstańczych życie straciło 2300 żołnierzy tej formacji.
Wraz z ofensywą Armii Czerwonej rosło znaczenie polskich formacji, walczących u jej boku. Wśród tych, którzy zgłosili się w 1943 roku do obozu w Sielcach nad Oką, znalazło się wielu polskich zesłańców, którzy dostali wreszcie szansę powrotu do Ojczyzny oraz możliwość przyczynienia się do wyparcia Niemców z Polski.

Bitwa pod Lenino z udziałem Pierwszej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (Kościuszkowcy) była w Polsce Ludowej otoczona legendą, dziś systematycznie wypierana jest ze świadomości narodowej. Bitwa ta miała być symbolem polsko-radzieckiego braterstwa broni, uznana została za chrzest bojowy polskich żołnierzy w ZSRR. Symboliczną datą był dzień 1 września 1943 roku, kiedy to Pierwsza Dywizja Piechoty wyruszyła na front. Złożona przez Polaków danina krwi nie może pozostać zapomniana! Żołnierze polscy wykazali się męstwem i wielką walecznością. W bitwie pod Lenino Polacy zadali Niemcom ogromne straty, trzykrotnie większe niż straty własne!

Szlak bojowy żołnierzy generała Zygmunta Berlinga, który osobiście tworzył zręby Wojska Polskiego w ZSRR, od Lenino do Berlina, był imponujący. Podczas walk na Wale Pomorskim poniesiono ogromne straty. Swoje życie oddało ponad 3 tysiące żołnierzy. Przełomowe znaczenie miała jednak obecność żołnierzy Wojska Polskiego w bitwie o Berlin. Zdobycie stolicy III Rzeszy dla polskiego żołnierza to symbol nadzwyczajny. Oto bowiem nadarzała się okazja, aby po sześciu niemal latach od napaści Niemiec na Polskę, dziejowej sprawiedliwości stało sie zadość. Ciekawostką może być to, że plany ZSRR nie przewidywały udziału Polaków w szturmie na stolicę Niemiec. Dopiero po interwencji marszałka Michała Żymierskiego u marszałka Gieorgija Żukowa oraz po osobistej decyzji Stalina, zezwolono na udział polskich jednostek. Straty również były duże: podczas operacji berlińskiej, trwającej od 16 kwietnia do 2 maja 1945 roku wyniosły 4871 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy WP. Polska flaga załopotała nad Berlinem, co dziś nie jest w ogóle lub bardzo rzadko podkreślane. Czy może być coś bardziej satysfakcjonującego niż biało-czerwona flaga powiewająca nad gruzami III Rzeszy, zawieszona na Kolumnie Zwycięstwa przez kapitana Antoniego Jabłońskiego?

Warto podkreślić znaczenie socjalistów podczas lat okupacji. Odegrali oni bowiem ogromną rolę w ratowaniu polskich obywateli żydowskiego pochodzenia.

W 1942 roku w dużej mierze z inspiracji PPS powstała Rada Pomocy Żydom, a jej pierwszym prezesem został działacz PPS Julian Grobelny, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, uczestnik trzech powstań śląskich. Po nim Żegotą kierował inny socjalista – Roman Jabłonowski, a następnie socjalista żydowski z Bundu Leon Feiner. Także w innych częściach okupowanej Polski w Żegocie dominowali socjaliści. W Krakowie przewodniczącym Żegoty był Stanisław Wincenty Dobrowolski, zaś sekretarzem – Władysław Wójcik, obydwaj z PPS-WRN. We Lwowie z Żegotą był związany Przemysław Ogrodziński. Stefan Sendłak, działacz PPS z Zamościa, założył w 1942 roku jednoosobowy Lubelsko-Zamojski Komitet Ratowania Żydów. W następnym roku wszedł on do struktury Żegoty. Sendłak ratował całe grupy Żydów z Lublina i Zamościa. Szacuje się, że dzięki niemu Holocaust przeżyło 280 osób.

Nie sposób nie wymienić Ireny Sendlerowej, która uratowała 2,5 tysiąca żydowskich dzieci. I przed wojną, i po wojnie ta bohaterska kobieta należała do PPS, podobnie, jak Henryk Sławik – powstaniec śląski, który w czasie drugiej wojny światowej organizował pomoc Polakom i Żydom (został zamordowany w 1944 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen). Szacuje się, że uratował życie 30 000 polskich uchodźców, wśród których było prawie 5000 Żydów. Jest bohaterem trzech narodów: polskiego, żydowskiego i węgierskiego.

PRL

Po zakończeniu wojny nastał czas odbudowy państwa polskiego z gruzów i ze zgliszczy wojennych. Rządzący Polską Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej otrzymała legitymizację nie tylko od ZSRR, ale również od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i pozostałych państw koalicji antyhitlerowskiej.

Żołnierze, którzy nie zgodzili się z postanowieniami jałtańskimi, wystąpili zbrojnie przeciwko nowej władzy. Przez kilka powojennych lat mieliśmy w Polsce do czynienia z wojną domową. Profesor Krzysztof Dunin-Wąsowicz, wówczas członek PPS, tak to opisywał:

„Wezwania do czynnego oporu wobec nowej władzy nie spotykały się ze zrozumieniem. Ludzie, mając świeżo w pamięci potworną wojnę, chcieli spokoju i pokoju. Młodzież oderwana przez kilka lat od szkoły, rwała się do nauki. Ponadto TRJN z E. Osóbką-Morawskim i Stanisławem Mikołajczykiem był uznany zarówno przez ZSRR, jak i Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję. Odnosiliśmy się do powojennej Polski jak do własnego państwa, nie widzieliśmy powodu, by przeciwko niemu występować”.

Tak zwani „żołnierze wyklęci” są dziś w dyskursie publicznym przedstawiani wyłącznie jednowymiarowo, jako bohaterowie bez skazy, ale ten obraz nie pokrywa się z prawdą historyczną. Potwierdzają to odtajnione niedawno dokumenty CIA. Ówczesna komunistyczna propaganda określała „żołnierz wyklętych” słowem „bandyci”. Okazuje się, że podobnie oceniał ich wywiad amerykański:

„Niektórzy przystępują do walki z powodów politycznych, niektórzy, by uciec przed władzą, niektórzy dla przygody. Pseudopartyzanci to bandyci, którzy choć deklarują się jako zwolennicy tego czy innego ruchu antyrządowego, to jednak należy ich traktować jako grupy bandyckie bez żadnych celów politycznych”.

W dziejach Polski Ludowej najczarniejszym okresem był okres stalinowski. Tuż przed zjednoczeniem PPR i PPS postawiono przed sądem i skazano czołowych przywódców PPS-WRN z Kazimierzem Pużakiem na czele. Dwieście dwadzieścia tysięcy członków PPS sprzeciwiło się wasalizacji partii i odmówiło przynależności do PZPR.

Więźniem politycznym został wówczas Władysław Gomułka, którego oskarżono o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne.

W mrocznych latach stalinizmu skazano na śmierć bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego (m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego), wydano wyroki śmierci na wielu żołnierzy Armii Krajowej, bohaterów walki z Niemcami. Niewątpliwym sukcesem była jednak odbudowa Warszawy, którą – pod kierunkiem Biura Odbudowy Stolicy powołanego w 1945 roku dekretem Krajowej Rady Narodowe – podjął cały naród,

Polska Ludowa od samego początku musiała mierzyć się z niezliczonymi trudnościami natury gospodarczej. Podjęto wówczas rewolucyjną próbę przezwyciężenie peryferyjności Polski względem Zachodu.

Nastąpił prawdziwy exodus ludności ze wsi do miast. Milionom obywateli umożliwiono (bezpłatną!) naukę, która przed wojną było synonimem luksusu. Odbudowano wyższe uczelnie i stworzono wiele nowych.

Spuścizną Polski międzywojennej był powszechny analfabetyzm, który wśród osób powyżej dziesiątego roku życia wynosił 23 procent, w tym w miastach 12,2 procenta, a na wsi 27,6 procent.
Dziewiątego lipca 1949 roku sejm uchwalił ustawę o likwidacji analfabetyzmu. Organizowano na masową skalę, zwłaszcza w zakładach pracy, kursy czytania i pisania. Dwa lata później minister oświaty ogłosił, że analfabetyzm w Polsce przeszedł już do historii.

Na mocy dekretu PKWN z 3 września 1944 roku wprowadzono reformę rolną. Działaniu reformy rolnej PKWN podlegały nieruchomości rolne stanowiące własność lub współwłasność osób fizycznych lub prawnych, jeżeli ich rozmiar łączny przekraczał bądź 100 ha powierzchni ogólnej, bądź 50 ha użytków rolnych, a na terenie województw poznańskiego, pomorskiego, śląskiego, jeśli ich rozmiar łączny przekraczał 100 ha powierzchni ogólnej, niezależnie od wielkości użytków rolnych tej powierzchni. W czasie przeprowadzonej reformy rolnej w latach 1944–1949 po rozparcelowaniu około 6 mln ha ziemi powstało prawie 747 tysięcy nowych gospodarstw rolnych.

Reforma rolna uzyskała poparcie PSL, które sprzeciwiło się jednak tworzeniu zbyt małych gospodarstw.

W październiku 1956 roku do władzy doszedł Władysław Gomułka. Skończył się okres stalinowski. Nowy I Sekretarz KC PZPR wykazał się w pierwszych dniach po objęciu władzy dużą niezależnością, a jego dojście do władzy było witane z entuzjazmem przez ogromną większość polskiego społeczeństwa.

Zlikwidowano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Z więzienia wypuszczono prymasa Stefana Wyszyńskiego.

W wyborach do sejmu w 1957 roku episkopat pod kierownictwem prymasa poparł politycznie Władysława Gomułkę, zachęcając obywateli do wzięcia udziału w wyborach. Nigdy wcześniej ani później w historii PRL Kościół nie zaangażował się tak mocno w sprawy polityczne.

Szefem MSZ był wówczas Adam Rapacki, który stworzył projekt dotyczący stopniowego rozbrojenia konwencjonalnego i utworzenia strefy bezatomowej, Adam Rapacki przedstawił go 2 października 1957 roku na plenarnym posiedzeniu Zgromadzenia ONZ. Poparcie dla propozycji przedstawionej przez Rapackiego zadeklarowały wkrótce rządy Czechosłowacji i NRD. 14 lutego 1958 roku wspólnie z władzami PRL przedstawiły one oficjalną notę, w której szczegółowo określały zasady funkcjonowania strefy bezatomowej obejmującej RFN, NRD, PRL i Czechosłowację. Nota przewidywała także gwarancje, że państwa dysponujące bronią atomową nie użyją jej na terenie strefy. Plan spotkał się jednak ze sprzeciwem Stanów Zjednoczonych i państw NATO. Mimo to „plan Rapackiego” stał się jednak ważnym elementem rozwoju idei stref bezatomowych w innych częściach świata (Półwysep Bałkański, Afryka, Ameryka Łacińska) i stał się ważnym elementem bezpieczeństwa narodowego.

W marcu 1968 roku ekipa Gomułki rozpętała antysemicką nagonkę. Zwalniano i degradowano oficerów, wyrzucano z uczelni profesorów i studentów. Szacuje się, że z Polski wyjechało wówczas prawie 20 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego.

Z pewnością największym sukcesem w polityce międzynarodowej Gomułki było zagwarantowanie polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie. Zachodnie Niemcy od końca wojny tę granicę kwestionowały. Wielu polityków zachodnich dopuszczało możliwość rewizji granic ustalonych na konferencji poczdamskiej. Dla Niemiec bowiem utrata Śląska i Prus była wyjątkowo dotkliwa.
Sprawę granic uregulował ostatecznie układ zawarty 7 grudnia 1970 między PRL i RFN podpisany przez szefów rządów: Józefa Cyrankiewicza i Willy`ego Brandta. Niemcy uznały polską granicę zachodnią. Wielkim sukcesem ekipy Władysława Gomułki było również zrealizowanie w pełni hasła „Tysiąc szkół na tysiąclecie”. Hasło budowy „tysiąclatek” rzucił I Sekretarz KC PZPR w 1958 roku. Pierwszą „tysiąclatką” została szkoła podstawowa nr 7 w Czeladzi, której uroczyste otwarcie miało miejsce 26 lipca 1959 (w Warszawie pierwszą tego typu placówką było liceum ogólnokształcące im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego). Organizowano zbiórki na szkoły wśród całego społeczeństwa. W sumie w ramach akcji wybudowano 1417 tysiąclatek, które są wykorzystywane do dziś.

Nie wolno pominąć wielkich osiągnięć sportowych tamtego czasu, zwłaszcza w lekkoatletyce. To wówczas powstał „polski wunderteam” – to popularne określenie wspaniałych sukcesów polskich lekkoatletów w latach 1956–1966. Na mistrzostwach Europy w Sztokholmie polska reprezentacja zdobyła wówczas osiem złotych medali a na mistrzostwach Europy w Budapeszcie w 1977 – siedem złotych medali. Za sukcesami stał trener Jan Mulak, w przeszłości działacz PPS.

W erze rządów Władysława Gomułki powstała polska szkoła filmowa z takimi wybitnymi reżyserami jak: Andrzej Wajda, Andrzej Munk, Tadeusz Konwicki, Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Kutz, Stanisław Różewicz oraz polska szkoła plakatu.

Rządy Władysława Gomułki skończyły się w grudniu 1970 roku. Na Wybrzeżu wojsko otworzyło ogień do strajkujących robotników, doszło do krwawej masakry. Gomułka musiał ustąpić ze stanowiska pierwszego sekretarza

Nowy Pierwszy Sekretarz KC PZPR Edward Gierek od razu zjednał sobie sympatię społeczeństwa. Swoje nadzieje związane z jego osobą wyraził również prymas Stefan Wyszyński.
Za rządów Gierka nastąpił przyspieszony rozwój gospodarczy kraju. Jego ekipa skorzystała z zachodnich kredytów, co wielu wytykało mu po latach. Kredyty te jednak nie zostały przejedzone, tylko poszły na wielkie inwestycje. Zbudowano prawie w całości polską energetykę, a powstałe wówczas elektrownie nadal dostarczają połowę zużywanego w Polsce prądu.

Do osiągnięć gospodarczych należy również Huta Katowice, największy polski kombinat metalurgiczny. Władze zakupiły wówczas na Zachodzie prawie 370 licencji, na które składały się program technologiczny i niezbędne do produkcji maszyny.

To wówczas zakupiono we Włoszech licencję na słynnego „malucha”, czyli polskiego fiata 126p, który zrewolucjonizował polski przemysł motoryzacyjny. To w epoce Gierka pojawiły się polskie kolorowe telewizory.

Do dziś służy pacjentom Centrum Zdrowia Dziecka.

To w latach siedemdziesiątych odbudowano zniszczony podczas działań wojennych Zamek Królewski w Warszawie.

Trudno doprawdy wymienić wszystkie osiągnięcia gospodarcze lat siedemdziesiątych. Polska naprawdę była wówczas jednym wielkim placem budowy.

Do dziś wielu Polaków ocenia Edwarda Gierka pozytywnie, o czym świadczą liczne sondaże.

Lata siedemdziesiąte to okres wspaniałego rozwoju polskiej kultury: literatury, kina, teatru.

To także czas wielkich osiągnięć sportowych.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych powstał Komitet Obrony Robotników, pierwsza opozycja demokratyczna zorganizowana w PRL. Bezpośrednią przyczyną okazały się strajki w 1976 roku w Ursusie, Radomiu i Płocku. Powodem niezadowolenia robotników była znaczna podwyżka cen podstawowych produktów spożywczych.

Tak zwana „operacja cenowa”, czyli podwyżka cen za rządów Gierka, była wyższa niż ta w grudniu 1970 roku. Oczywiście podwyżki cen żywności spowodowały ogromne protesty. Protestujący niejednokrotnie trafiali do więzień, robotników, którzy odważyli się wyjść na ulicę, wyrzucano z pracy. Wśród działaczy KOR wielu wywodziło się z PPS: Aniela Steinsbergowa, Jan Józef Lipski, Edward Lipiński, Antoni Pajdak, Ludwik Cohn. Opozycjoniści nieśli pomoc prawną i materialną robotnikom wyrzucanym z pracy oraz tym, którzy stawali przed sądem.

W lipcu i sierpniu 1980 kraj ogarnęła fala strajków. 17 sierpnia Międzyzakładowy Komitet Strajkowy ogłosił 21 postulatów. Najważniejszym okazał się postulat powołania wolnych związków zawodowych.

Po porozumieniach sierpniowych powstał NSZZ „Solidarność”, największy związek zawodowy w krajach demokracji ludowej. Zrzeszał prawie 10 milionów ludzi. Na jego czele stanął Lech Wałęsa.
Władze na Kremlu zdawały sobie sprawę jak wielkie niebezpieczeństwo stwarza funkcjonowanie pod bokiem władzy potężnego i niezależnego związku zawodowego.
Edward Gierek zapłacił za to posadą I Sekretarza.

Przez krótki czas na czele partii stał Stanisław Kania, wkrótce władzę objął generał Wojciech Jaruzelski, weteran drugiej wojny światowej i szef MON.

Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego podzieliła Polaków. Wówczas groźba radzieckiej interwencji, która miała złamać siłę „Solidarności”, wydawała się całkowicie realna. Przyznał to po latach profesor Karol Modzelewski, legenda opozycji: „Ja byłem wtedy działaczem >>Solidarności<< z pierwszej linii frontu i mogę zapewnić, że my groźbę interwencji odczuwaliśmy cały czas, to wisiało nad nami”.

Łączna liczba ofiar stanu wojennego – zniesionego 22 lipca 1983 roku –wynosiła według różnych źródeł 56 osób. Nasuwają się analogie z zamachem majowym z 1926 roku, w wyniku którego w ciągu zaledwie trzech dni śmierć poniosło 200 żołnierzy i podobna liczba cywili. Nikt wówczas nikogo nie przepraszał. Marszałek Piłsudski uznał temat za zakończony. Kilka lat po zamachu majowym miał miejsce proces brzeski i powstał obóz w Berezie Kartuskiej, podczas strajków strzelano do robotników i do chłopów.

Sześć lat po zniesieniu stanu wojennego 6 lutego 1989 roku rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, do którego zasiedli wspólnie rządzący i opozycja, bowiem sejm PRL uchwalił w 1986 roku amnestię generalną, dzięki niej Polska jako jedyny kraj w bloku wschodnim, stała się państwem bez więźniów politycznych.

W 1996 roku, już w wolnej Polsce, sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej umorzyła postępowanie w sprawie postawienia autorów stanu wojennego przed Trybunałem Stanu.
Wybory 4 czerwca 1989 roku wygrała „Solidarność”. Pierwszym niekomunistycznym premierem został Tadeusz Mazowiecki. Pokojowa rewolucja była całkowitym ewenementem. Okazała się możliwa dzięki zawarciu kompromisu pomiędzy PZPR i opozycją wywodzącą się z „Solidarności”.

Generał Wojciech Jaruzelski został w 1989 roku prezydentem PRL. 31 grudnia 1989 roku, weszła w życie ustawa z dnia 29 grudnia 1989 o zmianie nazwy państwa polskiego z Polska Rzeczpospolita Ludowa na Rzeczpospolita Polska.

Wojciech Jaruzelski stał się tym samym pierwszym prezydentem III RP.

III RP

Główną lewicowa partią po 1989 roku był Sojusz Lewicy Demokratycznej (wcześniej Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej – SdRP), przekształcony z części PZPR. Lewicę próbowało w III RP tworzyć również ugrupowanie wywodzące się z opozycji demokratycznej. W 1990 roku powstała Solidarność Pracy z Ryszardem Bugajem, Zbigniewem Bujakiem, Aleksandrem Machałowskim i Karolem Modzelewskim. Partia przekształciła się następnie w Unię Pracy. W 1987 roku reaktywowano PPS – początkowo jej przewodniczącym był Jan Józef Lipski. Mimo przytłaczającej wygranej „Solidarności” w 1989 roku, kolejne wybory w 1993 roku wygrała lewica z SLD na czele. To był rachunek, który wystawili obywatele za olbrzymie koszty społeczne reform Leszka Balcerowicza.
SLD, jako koalicja wyborcza, w skład której wchodziła m.in. PPS, otrzymała wówczas społeczne poparcie rzędu 20,41 procent co dawało 2 815 169 głosów i 171 mandatów. Unia Pracy otrzymała 7,28 procent i 1 005 004 głosów i 41 mandatów. Powstała koalicja rządowa SLD­-PSL. Na czele rządu stanął Waldemar Pawlak a następnie Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz. Od początku drugiej kadencji sejmu lewica przystąpiła do prac nad nową konstytucją, co było priorytetem dla większości parlamentarnej. Lewicowy rząd złożył w 1994 roku wniosek o członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

Konflikt, dotyczący ustroju nowego państwa przeniósł się w drugiej kadencji sejmu do Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. Ostry spór dotyczył zwłaszcza kwestii wyznaniowych, co było o tyle istotne, że w lipcu 1993 roku ówczesny szef MSZ Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę konkordatową regulującą pozycję Kościoła rzymskokatolickiego w nowej rzeczywistości ustrojowej. Podpisanie konkordatu, właśnie wtedy, było bardzo kontrowersyjne. Upadł bowiem rząd premier Hanny Suchockiej, obyczaj parlamentarny nakazuje zaś, aby po upadku rządu gabinet nie podejmował kluczowych decyzji do czasu powołania nowego premiera.

Już wówczas umowa budziła rozliczne wątpliwości i namiętne spory prawne. W latach 1993–1997 posłowie lewicy konsekwentnie blokowali jej ratyfikację. Negatywną opinię na temat konsekwencji ratyfikacji sporządziło również Biuro Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu.

W tym czasie toczył się kolejny ostry spór ustrojowy, dotyczący przyjęcia Konstytucji RP. Od początku nowa konstytucja spotkała się z ostrą krytyką ze strony prawicy i hierarchii kościelnej. W komunikacie Konferencji Episkopatu Polski pojawiło się stwierdzenie, że „tekst konstytucji budzi poważne zastrzeżenia moralne”. Przeciwny konstytucji był także Lech Wałęsa. Ataki wspierała również prawica, a jej lider, ówczesny przewodniczący NSZZ „Solidarność” Marian Krzaklewski, nazwał ustawę zasadniczą „nawałnicą bolszewicką”, która odbierze narodowi i państwu suwerenność. Parlamentarzystów, którzy głosowali za jej uchwaleniem, określił mianem „targowicy”.

Konstytucja została przyjęta przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 roku, po długotrwałej dyskusji zarówno w parlamencie, jak i poza nim. 25 maja 1997 odbyło się referendum, w którym społeczeństwo większością 52,71 procent głosów opowiedziało się za przyjęciem konstytucji. Frekwencja w referendum wyniosła 42,86 procent.

W 1997 roku po zwycięskich dla prawicy wyborach Akcja Wyborcza Solidarność, w tym nowo powołany rząd premiera Jerzego Buzka, głosowały za uchwaleniem ustawy, wyrażającej zgodę na przyjęcie konkordatu. Umowę tę ratyfikował 23 lutego 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Pojawiły się wówczas wątpliwości, czy Rzeczpospolita Polska jest jeszcze państwem neutralnym światopoglądowo, bowiem art. 25 konstytucji gwarantuje m.in. równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz bezstronność władz publicznych Rzeczypospolitej Polskiej w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a także swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. W praktyce politycznej przepisy te od początku nie były respektowane.

Do ostrych sporów światopoglądowych dochodziło również w kwestii aborcji. Obowiązująca ustawa o warunkach dopuszczalności ciąży z 1956 roku wprowadziła możliwość dokonywania aborcji w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.

Po 1989 roku środowiska katolickie i prawicowe dążyły do zastąpienia tej ustawy bardziej restrykcyjną. Obowiązujące w Polsce przepisy antyaborcyjne uchwalone zostały w 1993 roku. Wykluczyły ona tak zwane wskazania społeczne do przerywania ciąży. Ówczesny spór o aborcję dał początek jednemu z największych po „Solidarności” ruchów społecznych. Powstające spontanicznie w całej Polsce komitety na rzecz referendum w sprawie karalności aborcji zebrały 1,7 miliona podpisów pod skierowanym do sejmu wnioskiem o referendum. Ostatecznie sejm całkowicie zlekceważył te obywatelskie podpisy i wniosku nawet nie rozpatrzono.

Wniosek o członkostwo Polski w UE złożył rząd SLD–PSL, ale ostateczne negocjacje zamknął dopiero kolejny rząd lewicy, kierowany przez premiera Leszka Millera. Miało to miejsce podczas szczytu w Kopenhadze w grudniu 2002 roku.

Na czele komisji ds. UE w okresie dostosowania polskiego prawa do prawa europejskiego stał Józef Oleksy. Traktat Akcesyjny podpisano 16 kwietnia 2003 roku w Atenach. W imieniu RP podpisywali go ówczesny premier Leszek Miller oraz szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz. Przyjęcie traktatu akcesyjnego odbyło się w formie ogólnopolskiego referendum. W dniach 7–8 czerwca 77,45 procent Polek i Polaków odpowiedziało „tak”, przeciwnego zdania było 22,55 procent głosujących.

Można to uznać na olbrzymi sukces polskiej lewicy, która wykonała ogromny wysiłek organizacyjny i intelektualny, aby przekonać Polaków do wielkiej idei wspólnoty europejskiej. Było to już zatem drugie zwycięskie referendum, którego przeprowadzenia podjęła się lewica.

Obecnie lewica, choć nie ma jej w Sejmie, stara się przeciwstawić obu prawicowym blokom, które reprezentują PiS i PO, aby nie zatracić swojej tożsamości i pozostać wierną własnej idei. Po wyborach w 2015 roku, w których zwyciężyło Prawo i Sprawiedliwość (PiS), prawica zaczęła wprowadzać w życie wiele programów prospołecznych ze sztandarowym „500 plus” na czele.
Zaczął się jednocześnie demontaż demokratycznego państwa prawa. PiS od samego początku forsował ideę zmiany obecnie obowiązującej konstytucji RP. Lewica oraz inne partie, dla których demokratyczne państwo prawa ma ogromną wartość, konsekwentnie występują w jej obronie. Konstytucja z 1997 roku posiada swoją legitymację społeczną. Dziś nie ma bowiem żadnych poważnych przesłanek, które mogłyby swiadczyć, że Konstytucja z 1997 roku wyczerpała swoje możliwości i jest sprzeczna z interesem narodowym. Można twierdzić, że jej główną „wadą” jest to, iż od początku jej obowiązywania można wskazać na liczne przypadki jej nieprzestrzegania.

Na przykład kolejne rządy III RP nie przestrzegały zapisów, dotyczących sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej, o czym mówi art. 2 konstytucji RP.
Obecnie łamane są zapisy dotyczące trójpodziału władzy. W 2004 roku z inicjatywy PPS powstał Komitet Obrony Konstytucji, powołany przez Radę Naczelną tej partii. Była to pierwsza w kraju tego typu inicjatywa.

Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2017 roku na znak protestu wobec łamania konstytucji rozdał na terenie kraju pół miliona egzemplarzy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Obecnie świadomość społeczna związana z tematami praworządności i konstytucji znacznie wzrosła, co może mieć w przyszłości pozytywne skutki i co pozwoli ukształtować w Polsce pojęcie „patriotyzmu konstytucyjnego”.

Na przestrzeni 100 lat polskiej niepodległości polska lewica pozytywnie zaznaczyła swoją obecność. Po wojnie stanęła do odbudowy państwa z wojennych zniszczeń i zgliszczy.
Dziś staje w obronie demokracji i sprawiedliwości społecznej, którą gwarantuje konstytucja z 1997 roku.

Nie ma bowiem państwa prawa bez sprawiedliwości społecznej i nie ma sprawiedliwości społecznej bez państwa prawa.

Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

Czyja niepodległość?

W setną rocznicę niepodległości Polski lewica niepotrzebnie stara się uwiarygodniać odwoływaniami do rządów Daszyńskiego i Moraczewskiego. W rzeczywistości w listopadzie 1918 r., jeszcze przed ich ustanowieniem, lud sam brał sprawy w swoje ręce.

 

Jego wysiłki zostały jednak zdradzone przez oportunistów z PPS, wolących układać się z Piłsudskim.

W ostatnich latach polska lewica próbuje rozgrywać politykę historyczną na warunkach stawianych przez dużo potężniejszego przeciwnika. Można go w uproszczeniu zdefiniować jako obóz konserwatywno-nacjonalistyczny, który przy aktywnym poparciu liberalnej prawicy i biernej postawie liberalnej lewicy zbiera żniwa i dyskontuje owoce niemalże trzydziestu lat „patriotycznej” edukacji młodych Polaków. Efektem tego są przetaczające się przez nasz kraj marsze niepodległości, kult „żołnierzy wyklętych” oraz cała gama przeróżnych patriotycznych i klerykalnych szopek od burzenia pomników po kręcenie patriotycznych produkcji filmowych o jakości szkolnych jasełek. Znaczna część lewicy próbującej przebić się do głównego nurtu doszła do wniosku, że należy w tych warunkach odpowiedzieć polityką historyczną stawiającą na piedestale lewicowe tradycje patriotyczne i niepodległościowe.

Na pierwszy rzut oka wydaje się być to ruchem racjonalnym, skoro żadna lewicowa treść nie może przebić się przez cenzurę liberalno-konserwatywno-nacjonalistycznej koalicji inżynierów dusz bez etykietki „patriotyczne” lub „niepodległościowe”, a najlepiej również „antykomunistyczne”. W skrajnych sytuacjach taka taktyka przynosi kuriozalne efekty, jak doszukiwanie się kilka lat temu przez jednego z członka Zielonych wątków feministycznych w kulcie „żołnierzy wyklętych”. Generalnie jednak lewica stara się przywrócić przestrzeni publicznej pewne postacie-symbole, legitymizując je narracją niepodległościową i antykomunistyczną, łącząc je przy tym z prosocjalną retoryką. I tak Marks przekształca się w pałającego wrogością do Rosji ojca polskiej niepodległości, a Róża Luksemburg w demokratyczną antykomunistkę, której brak poparcia dla niepodległości był wypadkiem przy pracy (można przemilczeć).

Najmocniejszą kartą socjalpatriotów z okazji zbliżającego się stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości są jednak lewicowe rządy, które ową niepodległość wywalczyły i obroniły, przy okazji realizując wiele wyczekiwanych postulatów społecznych. Reprezentują więc szczytne ideały, które stanowią wzór dla współczesnej lewicy i które mają przynieść jej chlubę oraz akceptację prawicowego salonu. W domyśle również znacznej części społeczeństwa podzielającej tego salonu poglądy. W odpowiedzi na jednego Dmowskiego lewica odpowiada pełną salwą tak znaczących postaci jak Piłsudski, Daszyński czy Moraczewski. Dzięki poruszaniu się w takim segmencie przestrzeni symbolicznej lewicę stać nawet na akcję ofensywną, czyli kreowanie własnej, „wyklętej” historii niepodległości, w której czołową rolę odgrywa powołany 7 listopada 1918 Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej premiera Daszyńskiego. Stanowi to wstęp do alternatywnej, socjalistycznej historii niepodległości Polski.

Taktyka ta jak dotąd nie przyniosła większych efektów. Z pewnością nie dzieje się tak tylko z powodu blokady „zazdrosnej” prawicy. Czy rzeczywiście taka polityka historyczna w znaczący sposób jakościowo różni się od tego co proponuje prawica? Wszak w obu narracjach historię Polski kreują wielkie postacie zdolne do zmiany biegu dziejów. Różnica polega na tym, że w tej lewicowej postacie generałów i endeckich polityków walczących dzielnie o jak największe terytorium kraju zostają zastąpione przez wrażliwych społecznie polityków, którzy potrafią „zrobić dobrze” biednemu, cierpiącemu ludowi.

Tymczasem już przed odzyskaniem niepodległości, a także wiele miesięcy po niej lud polski, reprezentowany przez tysiące zrewoltowanych robotników, walczył o swoje prawa nie oglądając się ani na Daszyńskiego, ani na Piłsudskiego ani na Dmowskiego. Było to rzecz jasna efektem wpływu rewolucji rosyjskiej, a następnie niemieckiej, na polskie masy robotnicze. Podobnie jak w tamtych krajach, na ziemiach polskich jeszcze przed ustanowieniem „rządu ludowego” zaczęły powstawać Rady Delegatów Robotniczych. To właśnie rada w Lublinie jeszcze przed powstaniem tamtejszego rządu obaliła władzę Rady Regencyjnej, ustanowiła 8-godzinny dzień pracy, uchwaliła powołanie milicji robotniczej, a następnie wywierała presję na gabinet Daszyńskiego, aby ten dotrzymał swoich obietnic. W opinii działaczy SDKPiL, którzy stali za organizacją lubelskiej rady delegatów oraz wielu innych w skali kraju, „rząd ludowy” był fasadową wydmuszką, która powstała jedynie dzięki zbrojnemu przewrotowi przeprowadzonemu przez żołnierzy Polskiej Organizacji Wojskowej popierających Daszyńskiego. W tej sytuacji prawicowa część PPS-u nie miała innego wyboru, jak wejść w skład lubelskiej rady i działać na rzecz wyhamowania jej potencjału rewolucyjnego. Zaledwie kilka dniu później Piłsudski rozpędził „rząd ludowy” i anulował wszystkie jego dekrety.
Ruch rad delegatów robotniczych rozwijał się jednak na całym terenie Polski. Powstało około stu rad o różnym składzie politycznym i wpływach – zarówno w dużych miastach, jak Łódź czy Warszawa, jak i znacznie mniejszych ośrodkach – Kraśniku, Częstochowie, Zamościu. W niektórych miastach, jak np. w Krakowie do głosu dochodziła pepeesowska prawica, natomiast na terenach zaboru pruskiego w radach wpływy posiadali przedstawiciele prawicy nacjonalistycznej, ze względu na istniejące na tych terenach podziały narodowościowe między Polakami a Niemcami. Pomimo tego w ruch radziecki na ziemiach polskich zaangażowały się dziesiątki tysięcy zrewolucjonizowanych robotników, domagających się emancypacji i upodmiotowienia. Socjalpatriotyczna „lewica” spod znaku Piłsudskiego i Moraczewskiego nie zamierzała tego tolerować, czemu dawała dowód już od pierwszych dni listopada.

Najbardziej klarownym przykładem takiego starcia jest historia Rad Delegatów Robotniczych w Zagłębiu Dąbrowskim. W dniu 2 listopada 1918 w Dąbrowie zachęceni przez PPS-Lewicę i SDKPiL robotnicy zaczęli rozbrajać wycofujących się żołnierzy austriackich, po czym przystąpili do tworzenia oddziałów Czerwonej Gwardii. Podobnie jak w Lublinie, pepeesowska prawica była niechętnie nastawiona do rad, ale stojąc przed faktem dokonanym przystąpiła do nich w celu odgrywania hamulcowej roli. W końcu 8 listopada na terenie Zagłębie rady wezwały do strajku generalnego – zakłady pracy stanęły, a tysiące robotników wzięło udział w masowych demonstracjach. Przeciwstawiły się im obecne tam oddziały polskich żołnierzy utworzone jeszcze przez Niemców (tzw. Polnische Wermacht). Wówczas zginął Eugeniusz Furman – pierwszy z dziesiątek robotników, którzy polegli w walce klasowej w Polsce niepodległej.

Po 11 listopada organizowane na wzór panującej w Rosji władzy radzieckiej rady zaczęły powstawać na terenie całego Zagłębia Dąbrowskiego. Były na tyle silne, że były w stanie zmusić magistrat Sosnowca do wykonywania swoich postępowych dekretów, a miejscowi kapitaliści musieli opłacać Czerwoną Gwardię. W kolejnych tygodniach i miesiącach na tym terenie odbyło się wiele strajków politycznych przeciwko rządowi Paderewskiego, który dążył w mniemaniu robotników do obalenia ruchu radzieckiego. W marcu 1919 miał odbyć się strajk powszechny, ale jego rozmach został zmniejszony na skutek bojkotu działaczy prawicy pepeesowskiej, która demobilizowała robotników. Skorzystał z tego rząd wysyłając wojsko do walki z ruchem robotniczym. Padli zabici i ranni. Ostatecznie w lipcu cały skład rady został aresztowany. Podobny los miał czekać cały ruch – gdy podległe Piłsudskiemu rządy w 1919 roku okrzepły, skupiły swoje siły na pacyfikacji robotniczych samorządów. Tak skończył się emancypacyjny ruch, dzięki któremu robotnikom udawało się wywalczyć polepszenie warunków pracy, a niekiedy nawet przejmować kontrolę nad produkcją.

Nie były to jednak jedyne podmioty rewolucyjne na ziemiach polskich w tamtym czasie. W listopadzie 1918 roku powstała Republika Tarnobrzeska obejmująca powiat tarnobrzeski oraz kilka innych z nim sąsiadujących. Zarządzał nią Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod wodzą byłego legionisty Tomasza Dąbala oraz księdza Eugeniusza Okonia. Komitet miał wpływ na obsadę lokalnych władz oraz walczył o reformę rolną, konfiskatę majątku kościelnego oraz nacjonalizację środków produkcji. Republika została zniszczona w 1919 roku na skutek brutalnych represji piłsudczyków, a jej przywódcy aresztowani, mimo wyboru ich na posłów do Sejmu RP. W końcówce 1918 roku w okolicach Pińczowa powstała również Republika Pińczowska pod wodzą działa SDKPiL Jana Lisowskiego. Przez sześć tygodni okoliczni chłopi prowadzili strajki rolne, aż do przybycia karnej ekspedycji wojskowej, która spacyfikowała strajki i aresztowała Lisowskiego.
Rozwijający się przez kilka miesięcy oddolny ruch rewolucyjny w Polsce został zlikwidowany przez podległe Piłsudskiemu wojska. Przyczyną tego były nie tylko rozmaite błędy samych rewolucjonistów, którzy nie ośmielili się przejąć pełni władzy w miejscowościach, gdzie posiadali wpływy, ale w dużej mierze postawa działaczy PPS, dla których konsolidacja i centralizacja władzy pod wodzą Piłsudskiego była ważniejsza niż emancypacyjne dążenia proletariatu fabrycznego i rolnego. Nie można odmówić rządom socjalpatriotycznej lewicy postępowych reform społecznych, ale trzeba pamiętać, że powstały one pod dużą presją zrewoltowanego i antykapitalistycznie nastawionego społeczeństwa.

Część działaczy PPS już po kilku latach żałowała swoich czynów. W 1928 roku podczas obchodów dziesięciolecia rządu lubelskiego aktywiści tej partii grzmieli, że błędem było przyjęcie kapitalistycznych rządów, które doprowadziły polskiego robotnika do nędzy. Nawet członek rządu i były wiceminister spraw wewnętrznych Norbert Barlicki w 1933 roku bił się w piersi i żałował demobilizacji mas ludowych w tamtym okresie.

Na przełomie 1918 i 1919 r. ma ziemiach polskich działało około 100 rad robotniczych, w których łącznie 300 tys. ludzi pracy wrzało rewolucyjnym zapałem. O tych i innych faktach nie chce pamiętać znaczna część współczesnej polskiej lewicy. Wystraszona prawicową dominacją, woli podkreślać udział lewicowych działaczy w konsolidacji kapitalistycznych rządów, które przekształciły się wkrótce w autorytarne rządy sanacyjne. Wspomina polityków takich jak Daszyński czy Moraczewski, którzy bezwolnie poddawali się Piłsudskiemu, a postępowe reformy wprowadzali, czując oddech rewolucji na plecach. Tym samym przejmuje ich kapitulanckie tradycje. W tym sensie lewicowi politycy nastawiający się na współpracę z Koalicją Obywatelską w celu „obrony demokracji” lub ci dążący do konsensusu w polityce historycznej z dzierżącym rząd dusz obozem prawicowym są naprawdę „godnymi” spadkobiercami socjalpatriotów walczących z ruchem radzieckim na ziemiach polskich w latach 1918-1919.

PiS oddał Warszawę faszystom

Oddali dobrowolnie, bez sprzeciwu miasto, które powstańcy warszawscy bronili, nie szczędząc krwi i swojego młodego życia. Oddali i jeszcze za to zapłacili.
Faszyści z całej Europy w 100. rocznicę niepodległości Polski będą maszerować ze swoimi flagami i rasistowskimi hasłami po ulicach bohaterskiego miasta, które przez takich samych wyznawców rasy wybranej zostało zrównane z ziemią, w kraju, gdzie wymordowano 6 milionów Polaków, a w samej Warszawie podczas powstania ponad 200 tysięcy młodych ludzi.
Czy istnieją jeszcze określenia, których można by użyć w stosunku do tych ludzi, jednak nie używając wulgaryzmów i epitetów emocjonalnych uznawanych za niedopuszczalne publicznie?
Kaczyński i Duda, zamiast zdelegalizować ruchy faszystowskie w Polsce, chronią je prawnie, wspierają i tym samym plują w oczy Powstańcom Warszawskim, na groby i pomniki poległych, bestialsko zamordowanych, spalonych żywcem, zgwałconych i upodlonych.
Nie wyobrażam sobie, aby można było bardziej zakpić z polskich bohaterów, upokorzyć żyjących i obrazić uczucia narodowe Polaków, jak poprzez takie właśnie nieodpowiedzialną ignorancję i błazenadę władzy.
Każdy Polak, który ma elementarną wiedzę historyczną i polityczną, zna wysiłek całego narodu, wyrażający się w 6 milionach zabitych lub zamordowanych rodaków, zburzeniu wielu miast i osiedli, oddaniu w niewolę na kolejne lata Polaków na pastwę innego, tym razem sowieckiego totalitaryzmu.
Każdy Polak zna lata upokorzeń, walkę z narzuconą władzą i przynależność do świata, do którego nie chcieliśmy należeć. Każdy Polak wie, że każdy odradzający się ruch faszystowski na ziemi uświęconej krwią rodaków, chociażby pod innymi nazwami, należy zdelegalizować i osądzać jako zbrodniczy, bo odwołuje się do śmierci innych Polaków.
Każdy Polak wie, zna, rozumie, ale nie Polak-wyznawca PiS. Każdy, tylko nie J. Kaczyński, A. Duda, T. Rydzyk i każdy inny antypolski aparatczyk PiS-u czy też biskup katolicki popierający faszystów. Sama nazwa: polski neonazista, rasista, faszysta, obraża nasz naród. Jak to mogło się stać, że w ogóle taki ruch mógł pojawić się w Polsce. Tymczasem katolicki ksiądz, oddelegowany do budowy faszyzmu w Polsce, J. Międlar, czy P. Ryba oraz wielu innych ekstremistów rasistowskich korzystają ze wsparcia władz. Sam Jarosław Kaczyński pisał pozdrowienia dla J. Międlara i był łaskaw określić siebie, że należy do „rasy panów”. Podkreślam – RASY! Co zatem chciał przez to powiedzieć? Że jest także rasistą i będzie zwalczał wszystkich, którzy nie należą do jego rasy?
To nie są tylko słowa. Pierwszą ustawę rasistowską uchwalił nielegalny sejm 16 grudnia 2016 roku w Sali Kolumnowej, kiedy zastosował odpowiedzialność zbiorową i odebrał uprawnienia emerytalne byłym funkcjonariuszom, ludziom służb państwowych, wywiadu i kontrwywiadu, nazywając ich ubekami. Zabrał im nie tylko godność, ale i wskazał jako wrogów narodu, co kosztowało życie już ponad 50 osób. W wyniku tej represyjnej, faszystowskiej ustawy o odpowiedzialności zbiorowej bohater narodowy, Gromosław Czempiński, który dokonał w grupą oficerów bohaterskich czynów na światową skalę i spowodował nie tylko podziw świata, pomoc w organizacji Gromu i umorzenie polskich długów w wysokości 16 miliardów dolarów, otrzymał nagrodę w postaci najniższej możliwej w Polsce emerytury.
Podła propaganda, oparta na niebywałym kłamstwie, jest dla J. Kaczyńskiego, M. Błaszczaka i ich bandytów z polską krwią na rękach ważniejsza od prawdy, że ubecy uciekli w 1989-90 roku i teraz śmieją się z tych, co wiernie służyli narodowi. Refleksji władzy nie ma do tej pory. 6 maja wraz z grupą przyjaciół usiadłem na drodze przemarszu faszystów w Katowicach. Dlatego z sądu otrzymałem wyrok nakazowy karzący mnie grzywną, a faszyści dalej maszerują z dumnie uniesionymi sztandarami i hasłami „śmierć wrogom ojczyzny”. Z tym, że to oni określają sobie tych wrogów, którym obiecują śmierć.
Panie Jarosławie Kaczyński, kogo macie zamiar mordować i kiedy?
Komunistów, złodziei, zdradzieckie mordy, kanalie, morderców brata, gorszy sort… i kogo jeszcze?
Już mamy się ustawiać do gazu czy dopiero po następnych wyborach?
Kompromitacja Polski przez obecny obóz władzy postępuje tak zdumiewająco szybko, że trudno w to uwierzyć. Będzie niestety gorzej, bo ilość misiewiczów i nieprzygotowanych do pełnienia odpowiedzialnych urzędów, „hodowców rybek” podłej zmiany wzrasta w tempie zdumiewającym. Nie ma już tych, co odpowiedzialnie podejmują narodowe decyzje i te, na niższych szczeblach władzy.
Czystki na urzędach i zastępowanie fachowców ludźmi podłej zmiany powoduje upadek autorytetów, dramatyczne obniżenie jakości służby państwowej i kompromitację Polski.
Kto w takim razie ma odpowiadać za ich brukowy styl i szkodliwe decyzje?
Były już kompromitacje narodowe, jak chociażby przekazanie placu Piłsudskiego na cele obronne, by budować tam pomniki dla decyzyjnych nieudaczników, był cały wysyp kompromitacji Polski w Unii Europejskiej, słynna ustawa P. Jakiego, która obraziła całe narody, kompromitacja śmigłowcowa, 27:1, powołanie WOT dla prywatnej radości i obrony przed rodakami A. Macierewicza, ale to, jak zakpiono z Polski i Polaków w 100-lecie odzyskania niepodległości przechodzi ludzkie pojęcie. A naród śpi, protestuje garstka. „Prawdziwi Polacy” głosują na faszyzm.
W czasach Hitlera w Niemczech wyborcy też głosowali w obronie narodowego honoru Niemców, którzy musieli wstać z kolan przeciw Traktatowi Wersalskiemu, a teraz, już od wieku, wstydzą się za swoje wybory, ludobójstwo i spalenie całej Europy.
Wszystko przed nami. Oby nauka historii dogoniła zaślepiony fanatyzmem naród i zapobiegła upadkowi naszego kraju.

Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Lewicowa uwertura niepodległości

Klęska wojenna państw centralnych (Austro-Węgier i Niemiec) oraz rozpad CK monarchii austro-węgierskiej, procesy, które rozpoczęły się w październiku 1918 roku, oznaczały szansę na to, że Polska po stu dwudziestu latach egzystencji pod zaborami odzyska niepodległość. Do miejsc, w którym świadomość tego przybrała najbardziej konkretne kształty należał Lublin, znajdujący się od roku 1915 w obrębie zaboru austriackiego.

 

Narodowa Demokracja (endecja) zwołała na 15 października w Lublinie „zebranie trójdzielnicowe” przedstawicieli partii z wszystkich zaborów. Tego samego dnia doszło do demonstracji na lubelskim placu Litewskim, austriacki gubernator Lublina, generał Anton Lipošćak, pod naciskiem mieszkańców miasta, uwolnił przetrzymywanych na Zamku Lubelskim więźniów politycznych. Władza cywilna nadal pozostawała jednak w rękach mianowanej przez zaborców w 1917 roku warszawskiej Rady Regencyjnej. W tej sytuacji lewica niepodległościowa przygotowała się do stanowczych działań. Podczas obrad konspiracyjnego XIV Zjazdu Polskiej Partii Socjalistycznej we wrześniu 1918 r. uchwalono, iż „należy dążyć do usunięcia okupacji i stworzenia zjednoczonej i niepodległej republiki ludowej, w której klasa robotnicza przystąpi do realizacji socjalistycznego programu społecznego”. Do Lublina przybyli działacze PPS, którzy zmobilizowali wierne im oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej. Na ulicach miasta narastało wrzenie, odbywały się wiece, Polacy rozbrajali austriackich żołnierzy. Do groźnej sytuacji doszło w pierwszych dniach listopada, gdy stacjonujący w koszarach świętokrzyskich (obecnie zabudowania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przy Alejach Racławickich) żołnierze, przeważnie narodowości ukraińskiej, umocnili się i przygotowali do walki. Udało się ich jednak przekonać do złożenia broni i opuszczenia miasta. 3 listopada Lublin był wolny, a delegat Rady Regencyjnej, Juliusz Zdanowski został jego oficjalnym zarządcą. Jego władza opierała się na bardzo słabych podstawach, ale wciąż dysponował oddziałami Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), które 5 listopada przybyły do miasta. Wieczorem, 6 listopada w lubelskim kinoteatrze „Rusałka” odbył się wielki wiec robotniczy, zorganizowany przez PPS-Frakcję Rewolucyjną. Na wiecu poparto dekret Rady Delegatów Robotniczych o wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy, ponadto uchwalono rezolucję o obaleniu Rady Regencyjnej, powołaniu rządu Republiki Ludowej i utworzeniu Milicji Ludowej. Choć Rada Delegatów nie zdobyła władzy, jej proklamacje zyskały dużą popularność wśród robotników. Organizacje lewicowo-niepodległościowe uznały, że sytuacja dojrzała do zamachu stanu.

 

7 listopada 1918 roku

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku działacze lewicy niepodległościowej rozplakatowali ogłoszenie o powstaniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej i obaleniu Rady Regencyjnej. Koncepcja rządu, pod auspicjami Polskiej Organizacji Wojskowej kierowanej przez płk. Adama Koca i jej Konwentu A, powstała w warszawskim mieszkaniu działacza lewicy niepodległościowej Artura Śliwińskiego. W Lublinie doszło do jego ujawnienia się. W tamtejszym hotelu „Victoria” przy Krakowskim Przedmieściu, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku, bojownicy POW aresztowali wojskowych przedstawicieli Rady Regencyjnej. Tutaj też ukonstytuował się Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. W jego skład, poza Ignacym Daszyńskim jako premierem i ministrem spraw zagranicznych weszli: Stanisław Thugutt (MSW), Jędrzej Moraczewski (poczta i komunikacja), Gabriel Dubiel (oświata), Bronisław Ziemięcki (przemysł), Tomasz Arciszewski (praca i opieka socjalna), Juliusz Poniatowski (rolnictwo), , Marian Malinowski (roboty publiczne), Edward Rydz-Śmigły (wojsko), Medard Downarowicz (kooperatywy), Wacław Sieroszewski (propaganda i agitacja), a także jako ministrowie bez teki: Tomasz Nocznicki i Błażej Stolarski. Jedynie nominalnie wszedł do rządu Wincenty Witos (aprowizacja), ponieważ odrzucono jego postulat wprowadzenia do gabinetu przedstawiciela prawicy narodowej. Jako wiceminister propagandy wszedł do niego także pisarz Andrzej Strug, sumienie piłsudczykowskiej lewicy niepodległościowej.
Do spraw kluczowych należała postawa wojska. Czołowy działacz PPS Stanisław Thugutt sugestywnym przemówieniem na wspomnianym wiecu w „Rusałce” zjednał lojalność części żołnierzy, ale pozostałe oddziały wyruszyły, by stłumić zamach stanu. Wojska wierne Radzie Regencyjnej spotkały się z popierającymi nowy rząd bojówkami Polskiej Organizacji Wojskowej na linii rzeki Bystrzycy. Mimo niebezpiecznej sytuacji nie doszło do wymiany ognia – żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej dali się przekonać do przejścia na stronę TRLRP. W opuszczonym przez władze austriackie pałacu Lubomirskich (zwanym też pałacem Radziwiłłów, względnie poradziwiłłowskim) przy placu Litewskim odbyło się pierwsze posiedzenie nowego gabinetu. Zamach stanu zakończył się sukcesem, a Lublin stał się stolicą odrodzonej Polski. Mieszkańcy miasta świętowali powstanie nowego, całkowicie niezależnego od zaborców rządu, zbierając się na ogromnej manifestacji. Jej kluczowy moment miał miejsce na placu Katedralnym, gdzie po uroczystym nabożeństwie doszło do zaprzysiężenia odrodzonej Polsce wszystkich znajdujących się w mieście oddziałów wojskowych. Byli to żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej, bojownicy Polskiej Organizacji Wojskowej, byli żołnierze austriaccy, członkowie Milicji Ludowej, a nawet dowborczycy.

 

Ignacy Daszyński i jego rząd

Większość członków rządu Daszyńskiego stanowili działacze PPS, PPSD oraz PSL „Wyzwolenie”. Siedzibą rządu stał się wspomniany pałac Lubomirskich (Radziwiłłów, poradziwiłłowski) przy placu Litewskim, wcześniej siedziba austro-węgierskiego Generalnego Gubernatorstwa Wojskowego. Jeszcze jednym adresem wymienianym jako miejsce co najmniej jednego, prawdopodobnie pierwszego, nieoficjalnego jeszcze posiedzenia TRLRP, były pomieszczenia gimnazjum żeńskiego prowadzonego przez siostrę Władysława Kunickiego, komisarza ludowego Lublina, w kamienicy przy ulicy Namiestnikowskiej 37/39 (dziś Narutowicza). W proklamacji rząd stwierdzał m.in., że „Państwo polskie, obejmujące sobą wszystkie ziemie, zamieszkałe przez lud polski, z własnym wybrzeżem morskim, stanowić ma po wszystkie czasy Polską Republikę Ludową”.

 

Program rządu Daszyńskiego

W swoim programie politycznym rząd wymieniał m.in. natychmiastowe rozwiązanie Rady Regencyjnej, zapowiadał pilne „zwołanie Sejmu Ustawodawczego wybranego w demokratycznych wyborach, który obierze Prezydenta, całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków, uznanie wszystkich donacji i majoratów jak również lasów zarówno prywatnych i dawnych rządowych własnością państwową”. Zapowiadał utworzenie armii oraz szeroki program reform, w tym „wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy, nacjonalizację przemysłu, a także reformy rolne oraz stworzenie ram ochrony socjalnej pracowników, zapowiadał po ukonstytuowaniu władz rządowych powołanie demokratycznych rad gminnych, sejmików powiatowych i samorządów miejskich, jak również do zorganizowanie milicji ludowej, wskazywał na konieczność zapewnienia taniej żywności w oparciu o organizacje samorządowe i społeczne. Ponadto rząd zapowiadał wniesienie pod obrady Sejmu Ustawodawczego: przymusowego wywłaszczenia oraz zniesienia wielkiej i średniej własności ziemskiej, oddanie jej w ręce ludu pracującego pod kontrolą państwową, upaństwowienia kopalń, salin, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie się to da od razu uczynić, udziału robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, prawo o ochronie pracy, ubezpieczeniu od bezrobocia, chorób i na starość, konfiskaty kapitałów, powstałych w czasie wojny ze zbrodniczej spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw do wojska, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego”.

Dzięki oddziałom Polskiej Organizacji Wojskowej rząd Daszyńskiego przejął kontrolę nad Lublinem oraz częścią obszaru okupacji austro-węgierskiej. Likwidując organy Rady Regencyjnej internowano Juliusza Zdanowskiego, Komisarza Generalnego Rządu, oraz generała Kajetana Olszewskiego, szefa inspektoratu Wojska Polskiego w Lublinie. W komunikacie nr 92 z 8 listopada 1918 r. podano, że rząd powołał komisarzy rządowych w powiatach dąbrowskim, radomszczańskim, janowskim, hrubieszowskim, chełmskim, opatowskim, opoczyńskim, iłżeckim, lubartowskim, sandomierskim, zamojskim i tomaszowskim oraz w Skarżysku Kamiennej i Ostrowcu Świętokrzyskim. W komunikacie nr 96 z 9 listopada 1918 r. poinformowano także o mianowaniu Władysława Kunickiego na stanowisko komisarza ludowego dla Lublina i powiatu lubelskiego. Ponadto powołano komisarzy w powiecie biłgorajskim i w Radomiu. Franciszek Loeffler, powołany na stanowisko komisarza rządowego w Kielcach, początkowo miał problemy z objęciem swojej funkcji z powodu oporu oddziału Wojska Polskiego, wiernego Radzie Regencyjnej. Komisarze rządowi mieli być również powołani w powiatach opatowskim, ostrołęckim i łomżyńskim.

 

Dymisja rządu Daszyńskiego

Na wieść o powrocie Józefa Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu do Warszawy, gabinet Ignacego Daszyńskiego udał się tam i 12 listopada oficjalnie przekazał władzę w jego ręce. Nie obyło się bez sławetnego zbesztania członków rządu przez Piłsudskiego („Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”), który uznał tę inicjatywę za formę spontanicznej niesubordynacji we własnych szeregach. W skład kolejnego rządu, na czele którego stanął Jędrzej Moraczewski, weszło wielu ministrów z gabinetu lubelskiego i jego działalność była – nie w pełni słusznie – uznawana za kontynuację tej samej polityki.

 

Oceny TRLRP

Rząd Daszyńskiego był atakowany ideologicznie zarówno przez prawicę jak i organizacje rewolucyjne. Lubelski Komitet PPS-Lewicy stwierdził, odnosząc te słowa do TRLRP, że „burżuazja całego świata chce utopić hasła rewolucji społecznej w nowym morzu krwi, w nowych walkach o poszczególne „ojczyzny”, gdzie mogłaby utrzymać władze w swoich rękach”. Podobne stanowisko zajmowała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, której Komitet Zagłębia Dąbrowskiego 7 listopada stwierdził: „Czyż mało mieliśmy dotąd wyzysku, że mamy budować fundament burżuazyjnego państwa?”. SDKPiL oświadczyła ponadto: „Towarzysze! Rząd ten powstał nie drogą rewolucji, nie z rąk zwycięskiego proletariatu otrzymał władzę, nie z upoważnienia Rady Delegatów Robotniczych, więc rządem ludowym nie jest!(…) zamiast ziemi i fabryk daje wam obiecanki, zamiast dyktatury proletariatu przyrzeka wam sejm burżuazyjny. (…) Niech żyje dyktatura proletariatu! (…) Niech żyje międzynarodowa rewolucja! Niech żyje socjalizm!”

***

Zdecydowanie negatywnie o rządzie lubelskim wypowiedział się także przywódca PSL, był Wincenty Witos, nominalny członek tego rządu. W swych pamiętnikach napisał, że „utworzenie tego rządu jest niesłychaną lekkomyślnością i błędem politycznym, graniczącym wprost z bardzo niepoważną awanturą, która powinna być jak najprędzej zlikwidowana…”. O enuncjacjach rządu ludowego Witos wyraził się, że „przypominały żywcem jakieś manifesty studentów, nie zaś przedstawicieli wielkiego Narodu w chwilach tak poważnych…”. Po latach negatywnie oceniali rząd Daszyńskiego także niektórzy piłsudczycy. Bogusław Miedziński pisał w swych wspomnieniach: „Eksperyment lubelski – eksperyment ekskluzywnych rządów jednej tylko części narodu – od początku nie wróżył jednak powodzenia…”. Zygmunt Partyka, historyk zajmujący się dziejami II Rzeczypospolitej napisał, że „w okresie międzywojennym Polska Partia Socjalistyczna i Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” kultywowały legendę rządu lubelskiego, jako pierwszego rządu ludowo-robotniczego”. Do 1937 r. PPS świętowała rocznicę Niepodległości dnia 7 listopada. W PRL stosunek do tradycji rządu Daszyńskiego był chłodny, a w Lublinie jego działalność została upamiętniona tablicą pamiątkową na fasadzie pałacu Lubomirskich dopiero w 1988 roku, na niespełna rok przed demontażem realnego socjalizmu.

A fuj!

Z wielkim zadęciem PiS i Pan Prezydent, a szczególnie Pan Prezydent, planowali wielkie uroczystości z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Uroczystości miały być tak znakomite, że pamiętano by o nich przez następne 100 lat. Z prawicowym zadęciem zapowiadano tę wielką fetę przez, bez mała, dwa lata.
Niestety, owo zadęcie przerodziło się we wzdęcie. Wzdęcie powstaje z pomieszania różnych pokarmów. W tym przypadku nawrzucano do jednego wora wiele nierealnych planów i powstało wzdęcie. Efektem wzdęcia są gazy lub puszczenie wiatrów (na jedno wychodzi). Puszczenie wiatrów nie jest przyjemne. Dlatego też Pan Prezydent postanowił nie brać udziału w patriotycznym pochodzie. Być może ze względu na tę, nieprzyjemną atmosferę. Goście zagraniczni wyczuli pismo nosem i odmówili udziału w uroczystościach. PiS także nie chce maszerować w tej dusznej atmosferze.

Prawicowo-nacjonalistyczno-faszystowski zaduch nie przeszkadza wyznawcom tych teorii. Oni będą maszerować. Dołączą do nich ich koledzy z zagranicy. Oni także lubią takie klimaty. Specyficzna atmosfera będzie potęgowana wybuchami rac i ochrypłymi okrzykami, chwalącymi białą rasę. Nic dziwnego, że taki zaduch nie będzie służyć nie tylko Panu prezydentowi, a nawet PiS-owi.

Cienka granica między zadęciem, a wzdęciem została przekroczona. Wiatr historii rozwieje ten fetor. To nacjonalistyczne wzdęcie miało także miły akcent w wyborach samorządowych. Grupy nacjonalistów i faszystów wstawiły tym razem mniej list do wyborów i listy te uzyskały wyjątkowo marne poparcie. Bo generalnie fetoru spowodowanego niezdrowym, nacjonalistycznym wzdęciem zdecydowana większość obywateli nie lubi. Zatem więcej nacjonalistycznych wzdęć na prawicy, a atmosfera w kraju w końcu się w oczyści.

Głos prawicy

Biedny Duda

Prezydentowi Andrzejowi Dudzie zależało żeby ten marsz był marszem wspólnotowym, pod flagą białą-czerwoną, bez emblematów, to się nie udało – przyznał Krzysztof Szczerski, gość programu „Kwadrans polityczny” TVP1.

– Będą obchody stulecia niepodległości w Warszawie, ale prezydentowi Dudzie zależało, żeby każdy miał możliwość świętowania u siebie, w całej Polsce – podkreślił.

Minister odniósł się m.in. do zapowiedzi przedstawicieli opozycji, którzy zapowiedzieli, że nie będą świętować wspólnie z rządem.

– Jeżeli ktoś myśli, że zyska politycznie na tym, że nie będzie wspólnie świętował obchodów stulecia niepodległości, to znaczy, że budowanie konfliktu jest ważniejsze niż to święto – stwierdził.

– Prezydent Duda chce świętować stulecie niepodległości ze wszystkimi Polakami, a Platforma nazywa Polaków tępymi cepami i szarańczą – dodał.

Dopytywany, kto z przedstawicieli innych państw weźmie udział w obchodach 100-lecia niepodległości 11 listopada, przyznał: Na razie nie mamy potwierdzeń, kto na oficjalnych obchodach stulecia niepodległości się pojawi.

W rozmowie pojawił się również wątek postanowienia TSUE.

– By postanowienie TSUE w sprawie Sądu Najwyższego mogło zadziałać w Polsce, najpierw musi zostać znowelizowana ustawa, ono nie działa automatycznie – przyznał.

Info za: wpolityce.pl

 

Sędziowie przywróceni

Sędziowie nie mogą się sami przywrócić – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Paweł Mucha, wiceszef Kancelarii Prezydenta RP w kontekście postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dot. sytuacji sędziów, którzy – na mocy ustawy o Sądzie Najwyższym – przeszli w stan spoczynku.

Paweł Mucha pytany w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” o to, „jaki będzie wkład prezydenta do ustawy nowelizującej Sąd Najwyższy”, przypomina, że „po wydaniu postanowienia mamy jako strona polska termin do 19 listopada na udzielenie odpowiedzi”.

Przez to rozumiem też swego rodzaju wykonanie postanowienia TSUE – zastrzega.

Analiza z naszej strony wykazała, że postanowienie trybunału nie jest samowykonalne. To znaczy, ono samo z siebie nie rodzi żadnych skutków prawnych w zakresie prawa krajowego i wszelkie wypowiedzi innego rodzaju nie polegają na prawdzie, są nieścisłe i nierzetelne – zaznacza Paweł Mucha.

Na uwagę, że „sędziowie nie mogą się sami przywrócić”, prezydencki minister przyznaje, że „nie mogą”.

TSUE potwierdza, że sędziowie przeszli w stan spoczynku. Natomiast zwracam uwagę na kilka pobocznych okoliczności, które także mają znaczenie – wskazuje Paweł Mucha.

Po pierwsze, to postanowienie jest po dwakroć tymczasowe. Samo w sobie, co do swej istoty, jest postanowieniem dotyczącym zastosowania środków tymczasowych. Po drugie, w swojej treści zawiera stwierdzenie, że zostało wydane bez uwzględnienia stanowiska polskiego – zauważa Paweł Mucha.

Tak więc postanowienie TSUE być może zostanie jeszcze zmienione na skutek refleksji, która – jest taka szansa – pojawi się po zapoznaniu się z treścią polskiego wystąpienia – stwierdza prezydencki minister.

Zastrzega także, że „termin rozprawy w sprawie skargi Komisji Europejskiej oraz pytań prejudycjalnych, bo te sprawy zostały połączone, został wyznaczony na luty 2019 r”.

Dlatego też, jeżeli myślimy o nowelizacji ustawy, to pojawia się pytanie o jej epizodyczność. Nie wiemy przecież, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie TSUE ani czy postanowienie zabezpieczające nie zostanie w najbliższym czasie zmienione – ocenia Paweł Mucha.

Na pytanie, czy – w takiej sytuacji – „nowelizacji nie będzie”, Paweł Mucha odpowiada: Nie wiem, czy nie będzie, bo jest duży kłopot, jak to wykonać bez nowelizacji.
To jest o tyle absurdalna sytuacja, że działania polskiego ustawodawcy nie mogą przesądzać zasadności skargi, którą kwestionujemy – zauważa.

Pytany, czy jego zdaniem postanowienie TSUE odnosi się również do sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego, ponieważ – jak zaznacza gazeta – wrócili oni już do pracy, nie czekając na żadną nowelizację, Paweł Mucha odpowiada: Absolutnie nie ma czegoś takiego jak przywrócenie się sędziów samych przez siebie.

Info za Radio Maryja