Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

Czyja niepodległość?

W setną rocznicę niepodległości Polski lewica niepotrzebnie stara się uwiarygodniać odwoływaniami do rządów Daszyńskiego i Moraczewskiego. W rzeczywistości w listopadzie 1918 r., jeszcze przed ich ustanowieniem, lud sam brał sprawy w swoje ręce.

 

Jego wysiłki zostały jednak zdradzone przez oportunistów z PPS, wolących układać się z Piłsudskim.

W ostatnich latach polska lewica próbuje rozgrywać politykę historyczną na warunkach stawianych przez dużo potężniejszego przeciwnika. Można go w uproszczeniu zdefiniować jako obóz konserwatywno-nacjonalistyczny, który przy aktywnym poparciu liberalnej prawicy i biernej postawie liberalnej lewicy zbiera żniwa i dyskontuje owoce niemalże trzydziestu lat „patriotycznej” edukacji młodych Polaków. Efektem tego są przetaczające się przez nasz kraj marsze niepodległości, kult „żołnierzy wyklętych” oraz cała gama przeróżnych patriotycznych i klerykalnych szopek od burzenia pomników po kręcenie patriotycznych produkcji filmowych o jakości szkolnych jasełek. Znaczna część lewicy próbującej przebić się do głównego nurtu doszła do wniosku, że należy w tych warunkach odpowiedzieć polityką historyczną stawiającą na piedestale lewicowe tradycje patriotyczne i niepodległościowe.

Na pierwszy rzut oka wydaje się być to ruchem racjonalnym, skoro żadna lewicowa treść nie może przebić się przez cenzurę liberalno-konserwatywno-nacjonalistycznej koalicji inżynierów dusz bez etykietki „patriotyczne” lub „niepodległościowe”, a najlepiej również „antykomunistyczne”. W skrajnych sytuacjach taka taktyka przynosi kuriozalne efekty, jak doszukiwanie się kilka lat temu przez jednego z członka Zielonych wątków feministycznych w kulcie „żołnierzy wyklętych”. Generalnie jednak lewica stara się przywrócić przestrzeni publicznej pewne postacie-symbole, legitymizując je narracją niepodległościową i antykomunistyczną, łącząc je przy tym z prosocjalną retoryką. I tak Marks przekształca się w pałającego wrogością do Rosji ojca polskiej niepodległości, a Róża Luksemburg w demokratyczną antykomunistkę, której brak poparcia dla niepodległości był wypadkiem przy pracy (można przemilczeć).

Najmocniejszą kartą socjalpatriotów z okazji zbliżającego się stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości są jednak lewicowe rządy, które ową niepodległość wywalczyły i obroniły, przy okazji realizując wiele wyczekiwanych postulatów społecznych. Reprezentują więc szczytne ideały, które stanowią wzór dla współczesnej lewicy i które mają przynieść jej chlubę oraz akceptację prawicowego salonu. W domyśle również znacznej części społeczeństwa podzielającej tego salonu poglądy. W odpowiedzi na jednego Dmowskiego lewica odpowiada pełną salwą tak znaczących postaci jak Piłsudski, Daszyński czy Moraczewski. Dzięki poruszaniu się w takim segmencie przestrzeni symbolicznej lewicę stać nawet na akcję ofensywną, czyli kreowanie własnej, „wyklętej” historii niepodległości, w której czołową rolę odgrywa powołany 7 listopada 1918 Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej premiera Daszyńskiego. Stanowi to wstęp do alternatywnej, socjalistycznej historii niepodległości Polski.

Taktyka ta jak dotąd nie przyniosła większych efektów. Z pewnością nie dzieje się tak tylko z powodu blokady „zazdrosnej” prawicy. Czy rzeczywiście taka polityka historyczna w znaczący sposób jakościowo różni się od tego co proponuje prawica? Wszak w obu narracjach historię Polski kreują wielkie postacie zdolne do zmiany biegu dziejów. Różnica polega na tym, że w tej lewicowej postacie generałów i endeckich polityków walczących dzielnie o jak największe terytorium kraju zostają zastąpione przez wrażliwych społecznie polityków, którzy potrafią „zrobić dobrze” biednemu, cierpiącemu ludowi.

Tymczasem już przed odzyskaniem niepodległości, a także wiele miesięcy po niej lud polski, reprezentowany przez tysiące zrewoltowanych robotników, walczył o swoje prawa nie oglądając się ani na Daszyńskiego, ani na Piłsudskiego ani na Dmowskiego. Było to rzecz jasna efektem wpływu rewolucji rosyjskiej, a następnie niemieckiej, na polskie masy robotnicze. Podobnie jak w tamtych krajach, na ziemiach polskich jeszcze przed ustanowieniem „rządu ludowego” zaczęły powstawać Rady Delegatów Robotniczych. To właśnie rada w Lublinie jeszcze przed powstaniem tamtejszego rządu obaliła władzę Rady Regencyjnej, ustanowiła 8-godzinny dzień pracy, uchwaliła powołanie milicji robotniczej, a następnie wywierała presję na gabinet Daszyńskiego, aby ten dotrzymał swoich obietnic. W opinii działaczy SDKPiL, którzy stali za organizacją lubelskiej rady delegatów oraz wielu innych w skali kraju, „rząd ludowy” był fasadową wydmuszką, która powstała jedynie dzięki zbrojnemu przewrotowi przeprowadzonemu przez żołnierzy Polskiej Organizacji Wojskowej popierających Daszyńskiego. W tej sytuacji prawicowa część PPS-u nie miała innego wyboru, jak wejść w skład lubelskiej rady i działać na rzecz wyhamowania jej potencjału rewolucyjnego. Zaledwie kilka dniu później Piłsudski rozpędził „rząd ludowy” i anulował wszystkie jego dekrety.
Ruch rad delegatów robotniczych rozwijał się jednak na całym terenie Polski. Powstało około stu rad o różnym składzie politycznym i wpływach – zarówno w dużych miastach, jak Łódź czy Warszawa, jak i znacznie mniejszych ośrodkach – Kraśniku, Częstochowie, Zamościu. W niektórych miastach, jak np. w Krakowie do głosu dochodziła pepeesowska prawica, natomiast na terenach zaboru pruskiego w radach wpływy posiadali przedstawiciele prawicy nacjonalistycznej, ze względu na istniejące na tych terenach podziały narodowościowe między Polakami a Niemcami. Pomimo tego w ruch radziecki na ziemiach polskich zaangażowały się dziesiątki tysięcy zrewolucjonizowanych robotników, domagających się emancypacji i upodmiotowienia. Socjalpatriotyczna „lewica” spod znaku Piłsudskiego i Moraczewskiego nie zamierzała tego tolerować, czemu dawała dowód już od pierwszych dni listopada.

Najbardziej klarownym przykładem takiego starcia jest historia Rad Delegatów Robotniczych w Zagłębiu Dąbrowskim. W dniu 2 listopada 1918 w Dąbrowie zachęceni przez PPS-Lewicę i SDKPiL robotnicy zaczęli rozbrajać wycofujących się żołnierzy austriackich, po czym przystąpili do tworzenia oddziałów Czerwonej Gwardii. Podobnie jak w Lublinie, pepeesowska prawica była niechętnie nastawiona do rad, ale stojąc przed faktem dokonanym przystąpiła do nich w celu odgrywania hamulcowej roli. W końcu 8 listopada na terenie Zagłębie rady wezwały do strajku generalnego – zakłady pracy stanęły, a tysiące robotników wzięło udział w masowych demonstracjach. Przeciwstawiły się im obecne tam oddziały polskich żołnierzy utworzone jeszcze przez Niemców (tzw. Polnische Wermacht). Wówczas zginął Eugeniusz Furman – pierwszy z dziesiątek robotników, którzy polegli w walce klasowej w Polsce niepodległej.

Po 11 listopada organizowane na wzór panującej w Rosji władzy radzieckiej rady zaczęły powstawać na terenie całego Zagłębia Dąbrowskiego. Były na tyle silne, że były w stanie zmusić magistrat Sosnowca do wykonywania swoich postępowych dekretów, a miejscowi kapitaliści musieli opłacać Czerwoną Gwardię. W kolejnych tygodniach i miesiącach na tym terenie odbyło się wiele strajków politycznych przeciwko rządowi Paderewskiego, który dążył w mniemaniu robotników do obalenia ruchu radzieckiego. W marcu 1919 miał odbyć się strajk powszechny, ale jego rozmach został zmniejszony na skutek bojkotu działaczy prawicy pepeesowskiej, która demobilizowała robotników. Skorzystał z tego rząd wysyłając wojsko do walki z ruchem robotniczym. Padli zabici i ranni. Ostatecznie w lipcu cały skład rady został aresztowany. Podobny los miał czekać cały ruch – gdy podległe Piłsudskiemu rządy w 1919 roku okrzepły, skupiły swoje siły na pacyfikacji robotniczych samorządów. Tak skończył się emancypacyjny ruch, dzięki któremu robotnikom udawało się wywalczyć polepszenie warunków pracy, a niekiedy nawet przejmować kontrolę nad produkcją.

Nie były to jednak jedyne podmioty rewolucyjne na ziemiach polskich w tamtym czasie. W listopadzie 1918 roku powstała Republika Tarnobrzeska obejmująca powiat tarnobrzeski oraz kilka innych z nim sąsiadujących. Zarządzał nią Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod wodzą byłego legionisty Tomasza Dąbala oraz księdza Eugeniusza Okonia. Komitet miał wpływ na obsadę lokalnych władz oraz walczył o reformę rolną, konfiskatę majątku kościelnego oraz nacjonalizację środków produkcji. Republika została zniszczona w 1919 roku na skutek brutalnych represji piłsudczyków, a jej przywódcy aresztowani, mimo wyboru ich na posłów do Sejmu RP. W końcówce 1918 roku w okolicach Pińczowa powstała również Republika Pińczowska pod wodzą działa SDKPiL Jana Lisowskiego. Przez sześć tygodni okoliczni chłopi prowadzili strajki rolne, aż do przybycia karnej ekspedycji wojskowej, która spacyfikowała strajki i aresztowała Lisowskiego.
Rozwijający się przez kilka miesięcy oddolny ruch rewolucyjny w Polsce został zlikwidowany przez podległe Piłsudskiemu wojska. Przyczyną tego były nie tylko rozmaite błędy samych rewolucjonistów, którzy nie ośmielili się przejąć pełni władzy w miejscowościach, gdzie posiadali wpływy, ale w dużej mierze postawa działaczy PPS, dla których konsolidacja i centralizacja władzy pod wodzą Piłsudskiego była ważniejsza niż emancypacyjne dążenia proletariatu fabrycznego i rolnego. Nie można odmówić rządom socjalpatriotycznej lewicy postępowych reform społecznych, ale trzeba pamiętać, że powstały one pod dużą presją zrewoltowanego i antykapitalistycznie nastawionego społeczeństwa.

Część działaczy PPS już po kilku latach żałowała swoich czynów. W 1928 roku podczas obchodów dziesięciolecia rządu lubelskiego aktywiści tej partii grzmieli, że błędem było przyjęcie kapitalistycznych rządów, które doprowadziły polskiego robotnika do nędzy. Nawet członek rządu i były wiceminister spraw wewnętrznych Norbert Barlicki w 1933 roku bił się w piersi i żałował demobilizacji mas ludowych w tamtym okresie.

Na przełomie 1918 i 1919 r. ma ziemiach polskich działało około 100 rad robotniczych, w których łącznie 300 tys. ludzi pracy wrzało rewolucyjnym zapałem. O tych i innych faktach nie chce pamiętać znaczna część współczesnej polskiej lewicy. Wystraszona prawicową dominacją, woli podkreślać udział lewicowych działaczy w konsolidacji kapitalistycznych rządów, które przekształciły się wkrótce w autorytarne rządy sanacyjne. Wspomina polityków takich jak Daszyński czy Moraczewski, którzy bezwolnie poddawali się Piłsudskiemu, a postępowe reformy wprowadzali, czując oddech rewolucji na plecach. Tym samym przejmuje ich kapitulanckie tradycje. W tym sensie lewicowi politycy nastawiający się na współpracę z Koalicją Obywatelską w celu „obrony demokracji” lub ci dążący do konsensusu w polityce historycznej z dzierżącym rząd dusz obozem prawicowym są naprawdę „godnymi” spadkobiercami socjalpatriotów walczących z ruchem radzieckim na ziemiach polskich w latach 1918-1919.

PiS oddał Warszawę faszystom

Oddali dobrowolnie, bez sprzeciwu miasto, które powstańcy warszawscy bronili, nie szczędząc krwi i swojego młodego życia. Oddali i jeszcze za to zapłacili.
Faszyści z całej Europy w 100. rocznicę niepodległości Polski będą maszerować ze swoimi flagami i rasistowskimi hasłami po ulicach bohaterskiego miasta, które przez takich samych wyznawców rasy wybranej zostało zrównane z ziemią, w kraju, gdzie wymordowano 6 milionów Polaków, a w samej Warszawie podczas powstania ponad 200 tysięcy młodych ludzi.
Czy istnieją jeszcze określenia, których można by użyć w stosunku do tych ludzi, jednak nie używając wulgaryzmów i epitetów emocjonalnych uznawanych za niedopuszczalne publicznie?
Kaczyński i Duda, zamiast zdelegalizować ruchy faszystowskie w Polsce, chronią je prawnie, wspierają i tym samym plują w oczy Powstańcom Warszawskim, na groby i pomniki poległych, bestialsko zamordowanych, spalonych żywcem, zgwałconych i upodlonych.
Nie wyobrażam sobie, aby można było bardziej zakpić z polskich bohaterów, upokorzyć żyjących i obrazić uczucia narodowe Polaków, jak poprzez takie właśnie nieodpowiedzialną ignorancję i błazenadę władzy.
Każdy Polak, który ma elementarną wiedzę historyczną i polityczną, zna wysiłek całego narodu, wyrażający się w 6 milionach zabitych lub zamordowanych rodaków, zburzeniu wielu miast i osiedli, oddaniu w niewolę na kolejne lata Polaków na pastwę innego, tym razem sowieckiego totalitaryzmu.
Każdy Polak zna lata upokorzeń, walkę z narzuconą władzą i przynależność do świata, do którego nie chcieliśmy należeć. Każdy Polak wie, że każdy odradzający się ruch faszystowski na ziemi uświęconej krwią rodaków, chociażby pod innymi nazwami, należy zdelegalizować i osądzać jako zbrodniczy, bo odwołuje się do śmierci innych Polaków.
Każdy Polak wie, zna, rozumie, ale nie Polak-wyznawca PiS. Każdy, tylko nie J. Kaczyński, A. Duda, T. Rydzyk i każdy inny antypolski aparatczyk PiS-u czy też biskup katolicki popierający faszystów. Sama nazwa: polski neonazista, rasista, faszysta, obraża nasz naród. Jak to mogło się stać, że w ogóle taki ruch mógł pojawić się w Polsce. Tymczasem katolicki ksiądz, oddelegowany do budowy faszyzmu w Polsce, J. Międlar, czy P. Ryba oraz wielu innych ekstremistów rasistowskich korzystają ze wsparcia władz. Sam Jarosław Kaczyński pisał pozdrowienia dla J. Międlara i był łaskaw określić siebie, że należy do „rasy panów”. Podkreślam – RASY! Co zatem chciał przez to powiedzieć? Że jest także rasistą i będzie zwalczał wszystkich, którzy nie należą do jego rasy?
To nie są tylko słowa. Pierwszą ustawę rasistowską uchwalił nielegalny sejm 16 grudnia 2016 roku w Sali Kolumnowej, kiedy zastosował odpowiedzialność zbiorową i odebrał uprawnienia emerytalne byłym funkcjonariuszom, ludziom służb państwowych, wywiadu i kontrwywiadu, nazywając ich ubekami. Zabrał im nie tylko godność, ale i wskazał jako wrogów narodu, co kosztowało życie już ponad 50 osób. W wyniku tej represyjnej, faszystowskiej ustawy o odpowiedzialności zbiorowej bohater narodowy, Gromosław Czempiński, który dokonał w grupą oficerów bohaterskich czynów na światową skalę i spowodował nie tylko podziw świata, pomoc w organizacji Gromu i umorzenie polskich długów w wysokości 16 miliardów dolarów, otrzymał nagrodę w postaci najniższej możliwej w Polsce emerytury.
Podła propaganda, oparta na niebywałym kłamstwie, jest dla J. Kaczyńskiego, M. Błaszczaka i ich bandytów z polską krwią na rękach ważniejsza od prawdy, że ubecy uciekli w 1989-90 roku i teraz śmieją się z tych, co wiernie służyli narodowi. Refleksji władzy nie ma do tej pory. 6 maja wraz z grupą przyjaciół usiadłem na drodze przemarszu faszystów w Katowicach. Dlatego z sądu otrzymałem wyrok nakazowy karzący mnie grzywną, a faszyści dalej maszerują z dumnie uniesionymi sztandarami i hasłami „śmierć wrogom ojczyzny”. Z tym, że to oni określają sobie tych wrogów, którym obiecują śmierć.
Panie Jarosławie Kaczyński, kogo macie zamiar mordować i kiedy?
Komunistów, złodziei, zdradzieckie mordy, kanalie, morderców brata, gorszy sort… i kogo jeszcze?
Już mamy się ustawiać do gazu czy dopiero po następnych wyborach?
Kompromitacja Polski przez obecny obóz władzy postępuje tak zdumiewająco szybko, że trudno w to uwierzyć. Będzie niestety gorzej, bo ilość misiewiczów i nieprzygotowanych do pełnienia odpowiedzialnych urzędów, „hodowców rybek” podłej zmiany wzrasta w tempie zdumiewającym. Nie ma już tych, co odpowiedzialnie podejmują narodowe decyzje i te, na niższych szczeblach władzy.
Czystki na urzędach i zastępowanie fachowców ludźmi podłej zmiany powoduje upadek autorytetów, dramatyczne obniżenie jakości służby państwowej i kompromitację Polski.
Kto w takim razie ma odpowiadać za ich brukowy styl i szkodliwe decyzje?
Były już kompromitacje narodowe, jak chociażby przekazanie placu Piłsudskiego na cele obronne, by budować tam pomniki dla decyzyjnych nieudaczników, był cały wysyp kompromitacji Polski w Unii Europejskiej, słynna ustawa P. Jakiego, która obraziła całe narody, kompromitacja śmigłowcowa, 27:1, powołanie WOT dla prywatnej radości i obrony przed rodakami A. Macierewicza, ale to, jak zakpiono z Polski i Polaków w 100-lecie odzyskania niepodległości przechodzi ludzkie pojęcie. A naród śpi, protestuje garstka. „Prawdziwi Polacy” głosują na faszyzm.
W czasach Hitlera w Niemczech wyborcy też głosowali w obronie narodowego honoru Niemców, którzy musieli wstać z kolan przeciw Traktatowi Wersalskiemu, a teraz, już od wieku, wstydzą się za swoje wybory, ludobójstwo i spalenie całej Europy.
Wszystko przed nami. Oby nauka historii dogoniła zaślepiony fanatyzmem naród i zapobiegła upadkowi naszego kraju.

Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Lewicowa uwertura niepodległości

Klęska wojenna państw centralnych (Austro-Węgier i Niemiec) oraz rozpad CK monarchii austro-węgierskiej, procesy, które rozpoczęły się w październiku 1918 roku, oznaczały szansę na to, że Polska po stu dwudziestu latach egzystencji pod zaborami odzyska niepodległość. Do miejsc, w którym świadomość tego przybrała najbardziej konkretne kształty należał Lublin, znajdujący się od roku 1915 w obrębie zaboru austriackiego.

 

Narodowa Demokracja (endecja) zwołała na 15 października w Lublinie „zebranie trójdzielnicowe” przedstawicieli partii z wszystkich zaborów. Tego samego dnia doszło do demonstracji na lubelskim placu Litewskim, austriacki gubernator Lublina, generał Anton Lipošćak, pod naciskiem mieszkańców miasta, uwolnił przetrzymywanych na Zamku Lubelskim więźniów politycznych. Władza cywilna nadal pozostawała jednak w rękach mianowanej przez zaborców w 1917 roku warszawskiej Rady Regencyjnej. W tej sytuacji lewica niepodległościowa przygotowała się do stanowczych działań. Podczas obrad konspiracyjnego XIV Zjazdu Polskiej Partii Socjalistycznej we wrześniu 1918 r. uchwalono, iż „należy dążyć do usunięcia okupacji i stworzenia zjednoczonej i niepodległej republiki ludowej, w której klasa robotnicza przystąpi do realizacji socjalistycznego programu społecznego”. Do Lublina przybyli działacze PPS, którzy zmobilizowali wierne im oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej. Na ulicach miasta narastało wrzenie, odbywały się wiece, Polacy rozbrajali austriackich żołnierzy. Do groźnej sytuacji doszło w pierwszych dniach listopada, gdy stacjonujący w koszarach świętokrzyskich (obecnie zabudowania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przy Alejach Racławickich) żołnierze, przeważnie narodowości ukraińskiej, umocnili się i przygotowali do walki. Udało się ich jednak przekonać do złożenia broni i opuszczenia miasta. 3 listopada Lublin był wolny, a delegat Rady Regencyjnej, Juliusz Zdanowski został jego oficjalnym zarządcą. Jego władza opierała się na bardzo słabych podstawach, ale wciąż dysponował oddziałami Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), które 5 listopada przybyły do miasta. Wieczorem, 6 listopada w lubelskim kinoteatrze „Rusałka” odbył się wielki wiec robotniczy, zorganizowany przez PPS-Frakcję Rewolucyjną. Na wiecu poparto dekret Rady Delegatów Robotniczych o wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy, ponadto uchwalono rezolucję o obaleniu Rady Regencyjnej, powołaniu rządu Republiki Ludowej i utworzeniu Milicji Ludowej. Choć Rada Delegatów nie zdobyła władzy, jej proklamacje zyskały dużą popularność wśród robotników. Organizacje lewicowo-niepodległościowe uznały, że sytuacja dojrzała do zamachu stanu.

 

7 listopada 1918 roku

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku działacze lewicy niepodległościowej rozplakatowali ogłoszenie o powstaniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej i obaleniu Rady Regencyjnej. Koncepcja rządu, pod auspicjami Polskiej Organizacji Wojskowej kierowanej przez płk. Adama Koca i jej Konwentu A, powstała w warszawskim mieszkaniu działacza lewicy niepodległościowej Artura Śliwińskiego. W Lublinie doszło do jego ujawnienia się. W tamtejszym hotelu „Victoria” przy Krakowskim Przedmieściu, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku, bojownicy POW aresztowali wojskowych przedstawicieli Rady Regencyjnej. Tutaj też ukonstytuował się Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. W jego skład, poza Ignacym Daszyńskim jako premierem i ministrem spraw zagranicznych weszli: Stanisław Thugutt (MSW), Jędrzej Moraczewski (poczta i komunikacja), Gabriel Dubiel (oświata), Bronisław Ziemięcki (przemysł), Tomasz Arciszewski (praca i opieka socjalna), Juliusz Poniatowski (rolnictwo), , Marian Malinowski (roboty publiczne), Edward Rydz-Śmigły (wojsko), Medard Downarowicz (kooperatywy), Wacław Sieroszewski (propaganda i agitacja), a także jako ministrowie bez teki: Tomasz Nocznicki i Błażej Stolarski. Jedynie nominalnie wszedł do rządu Wincenty Witos (aprowizacja), ponieważ odrzucono jego postulat wprowadzenia do gabinetu przedstawiciela prawicy narodowej. Jako wiceminister propagandy wszedł do niego także pisarz Andrzej Strug, sumienie piłsudczykowskiej lewicy niepodległościowej.
Do spraw kluczowych należała postawa wojska. Czołowy działacz PPS Stanisław Thugutt sugestywnym przemówieniem na wspomnianym wiecu w „Rusałce” zjednał lojalność części żołnierzy, ale pozostałe oddziały wyruszyły, by stłumić zamach stanu. Wojska wierne Radzie Regencyjnej spotkały się z popierającymi nowy rząd bojówkami Polskiej Organizacji Wojskowej na linii rzeki Bystrzycy. Mimo niebezpiecznej sytuacji nie doszło do wymiany ognia – żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej dali się przekonać do przejścia na stronę TRLRP. W opuszczonym przez władze austriackie pałacu Lubomirskich (zwanym też pałacem Radziwiłłów, względnie poradziwiłłowskim) przy placu Litewskim odbyło się pierwsze posiedzenie nowego gabinetu. Zamach stanu zakończył się sukcesem, a Lublin stał się stolicą odrodzonej Polski. Mieszkańcy miasta świętowali powstanie nowego, całkowicie niezależnego od zaborców rządu, zbierając się na ogromnej manifestacji. Jej kluczowy moment miał miejsce na placu Katedralnym, gdzie po uroczystym nabożeństwie doszło do zaprzysiężenia odrodzonej Polsce wszystkich znajdujących się w mieście oddziałów wojskowych. Byli to żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej, bojownicy Polskiej Organizacji Wojskowej, byli żołnierze austriaccy, członkowie Milicji Ludowej, a nawet dowborczycy.

 

Ignacy Daszyński i jego rząd

Większość członków rządu Daszyńskiego stanowili działacze PPS, PPSD oraz PSL „Wyzwolenie”. Siedzibą rządu stał się wspomniany pałac Lubomirskich (Radziwiłłów, poradziwiłłowski) przy placu Litewskim, wcześniej siedziba austro-węgierskiego Generalnego Gubernatorstwa Wojskowego. Jeszcze jednym adresem wymienianym jako miejsce co najmniej jednego, prawdopodobnie pierwszego, nieoficjalnego jeszcze posiedzenia TRLRP, były pomieszczenia gimnazjum żeńskiego prowadzonego przez siostrę Władysława Kunickiego, komisarza ludowego Lublina, w kamienicy przy ulicy Namiestnikowskiej 37/39 (dziś Narutowicza). W proklamacji rząd stwierdzał m.in., że „Państwo polskie, obejmujące sobą wszystkie ziemie, zamieszkałe przez lud polski, z własnym wybrzeżem morskim, stanowić ma po wszystkie czasy Polską Republikę Ludową”.

 

Program rządu Daszyńskiego

W swoim programie politycznym rząd wymieniał m.in. natychmiastowe rozwiązanie Rady Regencyjnej, zapowiadał pilne „zwołanie Sejmu Ustawodawczego wybranego w demokratycznych wyborach, który obierze Prezydenta, całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków, uznanie wszystkich donacji i majoratów jak również lasów zarówno prywatnych i dawnych rządowych własnością państwową”. Zapowiadał utworzenie armii oraz szeroki program reform, w tym „wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy, nacjonalizację przemysłu, a także reformy rolne oraz stworzenie ram ochrony socjalnej pracowników, zapowiadał po ukonstytuowaniu władz rządowych powołanie demokratycznych rad gminnych, sejmików powiatowych i samorządów miejskich, jak również do zorganizowanie milicji ludowej, wskazywał na konieczność zapewnienia taniej żywności w oparciu o organizacje samorządowe i społeczne. Ponadto rząd zapowiadał wniesienie pod obrady Sejmu Ustawodawczego: przymusowego wywłaszczenia oraz zniesienia wielkiej i średniej własności ziemskiej, oddanie jej w ręce ludu pracującego pod kontrolą państwową, upaństwowienia kopalń, salin, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie się to da od razu uczynić, udziału robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, prawo o ochronie pracy, ubezpieczeniu od bezrobocia, chorób i na starość, konfiskaty kapitałów, powstałych w czasie wojny ze zbrodniczej spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw do wojska, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego”.

Dzięki oddziałom Polskiej Organizacji Wojskowej rząd Daszyńskiego przejął kontrolę nad Lublinem oraz częścią obszaru okupacji austro-węgierskiej. Likwidując organy Rady Regencyjnej internowano Juliusza Zdanowskiego, Komisarza Generalnego Rządu, oraz generała Kajetana Olszewskiego, szefa inspektoratu Wojska Polskiego w Lublinie. W komunikacie nr 92 z 8 listopada 1918 r. podano, że rząd powołał komisarzy rządowych w powiatach dąbrowskim, radomszczańskim, janowskim, hrubieszowskim, chełmskim, opatowskim, opoczyńskim, iłżeckim, lubartowskim, sandomierskim, zamojskim i tomaszowskim oraz w Skarżysku Kamiennej i Ostrowcu Świętokrzyskim. W komunikacie nr 96 z 9 listopada 1918 r. poinformowano także o mianowaniu Władysława Kunickiego na stanowisko komisarza ludowego dla Lublina i powiatu lubelskiego. Ponadto powołano komisarzy w powiecie biłgorajskim i w Radomiu. Franciszek Loeffler, powołany na stanowisko komisarza rządowego w Kielcach, początkowo miał problemy z objęciem swojej funkcji z powodu oporu oddziału Wojska Polskiego, wiernego Radzie Regencyjnej. Komisarze rządowi mieli być również powołani w powiatach opatowskim, ostrołęckim i łomżyńskim.

 

Dymisja rządu Daszyńskiego

Na wieść o powrocie Józefa Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu do Warszawy, gabinet Ignacego Daszyńskiego udał się tam i 12 listopada oficjalnie przekazał władzę w jego ręce. Nie obyło się bez sławetnego zbesztania członków rządu przez Piłsudskiego („Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”), który uznał tę inicjatywę za formę spontanicznej niesubordynacji we własnych szeregach. W skład kolejnego rządu, na czele którego stanął Jędrzej Moraczewski, weszło wielu ministrów z gabinetu lubelskiego i jego działalność była – nie w pełni słusznie – uznawana za kontynuację tej samej polityki.

 

Oceny TRLRP

Rząd Daszyńskiego był atakowany ideologicznie zarówno przez prawicę jak i organizacje rewolucyjne. Lubelski Komitet PPS-Lewicy stwierdził, odnosząc te słowa do TRLRP, że „burżuazja całego świata chce utopić hasła rewolucji społecznej w nowym morzu krwi, w nowych walkach o poszczególne „ojczyzny”, gdzie mogłaby utrzymać władze w swoich rękach”. Podobne stanowisko zajmowała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, której Komitet Zagłębia Dąbrowskiego 7 listopada stwierdził: „Czyż mało mieliśmy dotąd wyzysku, że mamy budować fundament burżuazyjnego państwa?”. SDKPiL oświadczyła ponadto: „Towarzysze! Rząd ten powstał nie drogą rewolucji, nie z rąk zwycięskiego proletariatu otrzymał władzę, nie z upoważnienia Rady Delegatów Robotniczych, więc rządem ludowym nie jest!(…) zamiast ziemi i fabryk daje wam obiecanki, zamiast dyktatury proletariatu przyrzeka wam sejm burżuazyjny. (…) Niech żyje dyktatura proletariatu! (…) Niech żyje międzynarodowa rewolucja! Niech żyje socjalizm!”

***

Zdecydowanie negatywnie o rządzie lubelskim wypowiedział się także przywódca PSL, był Wincenty Witos, nominalny członek tego rządu. W swych pamiętnikach napisał, że „utworzenie tego rządu jest niesłychaną lekkomyślnością i błędem politycznym, graniczącym wprost z bardzo niepoważną awanturą, która powinna być jak najprędzej zlikwidowana…”. O enuncjacjach rządu ludowego Witos wyraził się, że „przypominały żywcem jakieś manifesty studentów, nie zaś przedstawicieli wielkiego Narodu w chwilach tak poważnych…”. Po latach negatywnie oceniali rząd Daszyńskiego także niektórzy piłsudczycy. Bogusław Miedziński pisał w swych wspomnieniach: „Eksperyment lubelski – eksperyment ekskluzywnych rządów jednej tylko części narodu – od początku nie wróżył jednak powodzenia…”. Zygmunt Partyka, historyk zajmujący się dziejami II Rzeczypospolitej napisał, że „w okresie międzywojennym Polska Partia Socjalistyczna i Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” kultywowały legendę rządu lubelskiego, jako pierwszego rządu ludowo-robotniczego”. Do 1937 r. PPS świętowała rocznicę Niepodległości dnia 7 listopada. W PRL stosunek do tradycji rządu Daszyńskiego był chłodny, a w Lublinie jego działalność została upamiętniona tablicą pamiątkową na fasadzie pałacu Lubomirskich dopiero w 1988 roku, na niespełna rok przed demontażem realnego socjalizmu.

A fuj!

Z wielkim zadęciem PiS i Pan Prezydent, a szczególnie Pan Prezydent, planowali wielkie uroczystości z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Uroczystości miały być tak znakomite, że pamiętano by o nich przez następne 100 lat. Z prawicowym zadęciem zapowiadano tę wielką fetę przez, bez mała, dwa lata.
Niestety, owo zadęcie przerodziło się we wzdęcie. Wzdęcie powstaje z pomieszania różnych pokarmów. W tym przypadku nawrzucano do jednego wora wiele nierealnych planów i powstało wzdęcie. Efektem wzdęcia są gazy lub puszczenie wiatrów (na jedno wychodzi). Puszczenie wiatrów nie jest przyjemne. Dlatego też Pan Prezydent postanowił nie brać udziału w patriotycznym pochodzie. Być może ze względu na tę, nieprzyjemną atmosferę. Goście zagraniczni wyczuli pismo nosem i odmówili udziału w uroczystościach. PiS także nie chce maszerować w tej dusznej atmosferze.

Prawicowo-nacjonalistyczno-faszystowski zaduch nie przeszkadza wyznawcom tych teorii. Oni będą maszerować. Dołączą do nich ich koledzy z zagranicy. Oni także lubią takie klimaty. Specyficzna atmosfera będzie potęgowana wybuchami rac i ochrypłymi okrzykami, chwalącymi białą rasę. Nic dziwnego, że taki zaduch nie będzie służyć nie tylko Panu prezydentowi, a nawet PiS-owi.

Cienka granica między zadęciem, a wzdęciem została przekroczona. Wiatr historii rozwieje ten fetor. To nacjonalistyczne wzdęcie miało także miły akcent w wyborach samorządowych. Grupy nacjonalistów i faszystów wstawiły tym razem mniej list do wyborów i listy te uzyskały wyjątkowo marne poparcie. Bo generalnie fetoru spowodowanego niezdrowym, nacjonalistycznym wzdęciem zdecydowana większość obywateli nie lubi. Zatem więcej nacjonalistycznych wzdęć na prawicy, a atmosfera w kraju w końcu się w oczyści.

Głos prawicy

Biedny Duda

Prezydentowi Andrzejowi Dudzie zależało żeby ten marsz był marszem wspólnotowym, pod flagą białą-czerwoną, bez emblematów, to się nie udało – przyznał Krzysztof Szczerski, gość programu „Kwadrans polityczny” TVP1.

– Będą obchody stulecia niepodległości w Warszawie, ale prezydentowi Dudzie zależało, żeby każdy miał możliwość świętowania u siebie, w całej Polsce – podkreślił.

Minister odniósł się m.in. do zapowiedzi przedstawicieli opozycji, którzy zapowiedzieli, że nie będą świętować wspólnie z rządem.

– Jeżeli ktoś myśli, że zyska politycznie na tym, że nie będzie wspólnie świętował obchodów stulecia niepodległości, to znaczy, że budowanie konfliktu jest ważniejsze niż to święto – stwierdził.

– Prezydent Duda chce świętować stulecie niepodległości ze wszystkimi Polakami, a Platforma nazywa Polaków tępymi cepami i szarańczą – dodał.

Dopytywany, kto z przedstawicieli innych państw weźmie udział w obchodach 100-lecia niepodległości 11 listopada, przyznał: Na razie nie mamy potwierdzeń, kto na oficjalnych obchodach stulecia niepodległości się pojawi.

W rozmowie pojawił się również wątek postanowienia TSUE.

– By postanowienie TSUE w sprawie Sądu Najwyższego mogło zadziałać w Polsce, najpierw musi zostać znowelizowana ustawa, ono nie działa automatycznie – przyznał.

Info za: wpolityce.pl

 

Sędziowie przywróceni

Sędziowie nie mogą się sami przywrócić – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Paweł Mucha, wiceszef Kancelarii Prezydenta RP w kontekście postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dot. sytuacji sędziów, którzy – na mocy ustawy o Sądzie Najwyższym – przeszli w stan spoczynku.

Paweł Mucha pytany w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” o to, „jaki będzie wkład prezydenta do ustawy nowelizującej Sąd Najwyższy”, przypomina, że „po wydaniu postanowienia mamy jako strona polska termin do 19 listopada na udzielenie odpowiedzi”.

Przez to rozumiem też swego rodzaju wykonanie postanowienia TSUE – zastrzega.

Analiza z naszej strony wykazała, że postanowienie trybunału nie jest samowykonalne. To znaczy, ono samo z siebie nie rodzi żadnych skutków prawnych w zakresie prawa krajowego i wszelkie wypowiedzi innego rodzaju nie polegają na prawdzie, są nieścisłe i nierzetelne – zaznacza Paweł Mucha.

Na uwagę, że „sędziowie nie mogą się sami przywrócić”, prezydencki minister przyznaje, że „nie mogą”.

TSUE potwierdza, że sędziowie przeszli w stan spoczynku. Natomiast zwracam uwagę na kilka pobocznych okoliczności, które także mają znaczenie – wskazuje Paweł Mucha.

Po pierwsze, to postanowienie jest po dwakroć tymczasowe. Samo w sobie, co do swej istoty, jest postanowieniem dotyczącym zastosowania środków tymczasowych. Po drugie, w swojej treści zawiera stwierdzenie, że zostało wydane bez uwzględnienia stanowiska polskiego – zauważa Paweł Mucha.

Tak więc postanowienie TSUE być może zostanie jeszcze zmienione na skutek refleksji, która – jest taka szansa – pojawi się po zapoznaniu się z treścią polskiego wystąpienia – stwierdza prezydencki minister.

Zastrzega także, że „termin rozprawy w sprawie skargi Komisji Europejskiej oraz pytań prejudycjalnych, bo te sprawy zostały połączone, został wyznaczony na luty 2019 r”.

Dlatego też, jeżeli myślimy o nowelizacji ustawy, to pojawia się pytanie o jej epizodyczność. Nie wiemy przecież, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie TSUE ani czy postanowienie zabezpieczające nie zostanie w najbliższym czasie zmienione – ocenia Paweł Mucha.

Na pytanie, czy – w takiej sytuacji – „nowelizacji nie będzie”, Paweł Mucha odpowiada: Nie wiem, czy nie będzie, bo jest duży kłopot, jak to wykonać bez nowelizacji.
To jest o tyle absurdalna sytuacja, że działania polskiego ustawodawcy nie mogą przesądzać zasadności skargi, którą kwestionujemy – zauważa.

Pytany, czy jego zdaniem postanowienie TSUE odnosi się również do sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego, ponieważ – jak zaznacza gazeta – wrócili oni już do pracy, nie czekając na żadną nowelizację, Paweł Mucha odpowiada: Absolutnie nie ma czegoś takiego jak przywrócenie się sędziów samych przez siebie.

Info za Radio Maryja