Przeciwko śmieciówkom

Pandemiczny kryzys w żadnym razie nie poprawił sytuacji pracowników, a rząd Prawa i Sprawiedliwości dawno stracił zainteresowanie skutecznym wyeliminowaniem nadużyć w stosowaniu umów zlecenie i o dzieło. Teraz swoją propozycję w tym zakresie składa w sejmie Lewica, a posłem wnioskodawcą będzie Adrian Zandberg.

Pomysł jest banalnie prosty: nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy dałaby inspektorom uprawnienia do automatycznej zmiany umowy śmieciowej na umowę o pracę. Następowałoby to, gdyby w trakcie kontroli w przedsiębiorstwie inspektor PIP ustalił, że relacje właściciela firmy i zatrudnianego śmieciowo „współpracownika” w rzeczywistości wyglądają tak, jak przy umowach o pracę. Gdy więc okaże się, że pracownik świadczy pracę w miejscu i czasie wskazanym przez zatrudniającego, osobiście i pod nadzorem, inspektor wyda decyzję zamieniającą „śmieciówkę” na etat.

Lewica przekuła w projekt ustawy postulaty płynącej z samej PIP: organizacja od dawna wskazywała, że jej inspektorzy nie mają narzędzi, by skutecznie kontrolować firmy i gwarantować przestrzeganie przepisów. Większych uprawnień w zakresie zwalczania „śmieciówek”, które służą wyłącznie cięciu kosztów przez biznes, domagał się Główny Inspektor Pracy. Postulat taki jest również w programie Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Obecnie inspektor pracy, gdy zorientuje się, że osoba z umową o dzieło lub zlecenie powinna być etatowym pracownikiem, może jedynie wnieść powództwo o ustalenie stosunku pracy do sądu pracy. A taka sprawa, jak i inne w sądach pracy (i nie tylko), może się ciągnąć miesiącami i latami.
Jak przypomina Radosław Koba, jeden ze współpracowników posła Zandberga, w trakcie kontroli w 2019 r. inspektorzy zakwestionowali niemal co dziesiątą umowę zlecenie i aż 22 proc. umów o dzieło. Nie było przy tym branży, która byłaby wolna od naciągania i omijania przepisów w tym zakresie. Szczególnie negatywnie wyróżniły się gastronomia i budownictwo.

Lewica w obronie gastronomii

Sejmowa Lewica zgłosiła do ustawy covidowej poprawkę, która zabrania pośrednikom ułatwiającym sprzedaż jedzenia na wynos pobieranie nadmiernie wysokich prowizji.

W Sejmie pomysł nie znalazł uznania. Jak poinformowali wczoraj na konferencji prasowej pose Lewicy Adrian Zandberg i senator Wojciech Konieczny, został ponownie zgłoszony w parlamentarnej izbie wyższej.
Lewica alarmuje, że na zamknięciu restauracji – które liczyły na jesienno-zimowe „odbicie” po pierwszym lockdownie i późniejszych ograniczeniach – najbardziej skorzystają pośrednicy typu Pyszne.pl, Uber Eats czy Glovo, które ułatwiają dotarcie do klientów zamawiających posiłki na wynos, ale pobierają za to prowizję w granicach 20-30 proc. ceny sprzedanych dań. Bardzo niskie płace oferują również kurierom i dostawcom, których w dodatku traktują jako „samodzielnych przedsiębiorców”, bez praw pracowniczych zapisanych w Kodeksie pracy.

– Małe restauracje są w bardzo złej sytuacji i jednocześnie są uzależnione od zamówień przez Internet, a ten rynek został zdominowany i zmonopolizowany przez kilka dużych korporacji – tłumaczył na konferencji prasowej Zandberg. Zaznaczył, że pomysł ustawowego obniżenia prowizji nie jest zupełnie nowy. On już działa w niektórych miastach USA i sprawdza się.

– Chodzi o to, żeby ci pośrednicy nie mogli łupić tych małych restauracji, żeby wprowadzić maksymalną prowizję, które mogą od nich pobrać. Dzisiaj często jest tak, że za kliknięcie na stronie internetowej oni liczą sobie czasem 15-20, czasem nawet więcej procent zamówienia. To nie jest fair, to nie jest w porządku. Chcemy, aby państwo stało na straży uczciwości, także w życiu gospodarczym. Rolą państwa jest chronić słabszych przed silniejszymi, zwłaszcza w takiej sytuacji jak teraz. A sytuacja jest wyjątkowa, mała gastronomia jest w tym momencie pod ścianą i wykorzystywanie tej sytuacji przez wielkie korporacje jest nieetyczne. Nie powinno być dla tego zgody ze strony państwa – stwierdził poseł.

Szesnaście kongresów Lewicy

– Kiedy PiS i Zjednoczona Prawica kłóci się o posady w rządzie, Lewica ostro zabiera się do odnowy programowej – zapowiada sekretarz generalny Wiosny i szef parlamentarnego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski. Jesienna ramówka, o której pisaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”, to dopiero początek.

Weekend 19-20 września był pierwszym, podczas którego Lewica zorganizowała dwa regionalne kongresy programowe – najpierw we Wrocławiu, następnie w Opolu. Co sobotę i niedzielę socjaldemokratyczni politycy odwiedzą kolejne miasto, by tam rozmawiać z przedstawicielami związków zawodowych, progresywnych organizacji społecznych, aktywnych na niwie społecznej organizacji pozarządowych. W szczególności w głos miejscowych aktywistów wsłuchiwać si będą posłowie i posłanki Lewicy z odpowiednich okręgów.

Wielki kongres

I tak aż do 21 listopada, gdy w Warszawie Lewica odbędzie wielki kongres programowy. Na nim przedstawiona zostanie wizja Polski po koronawirusowym kryzysie oraz metody, którymi Lewica zamierza o taki bardziej sprawiedliwy i solidarny kraj walczyć. Z kolei podczas regionalnych kongresów wyborcy będą mogli dowiedzieć się, jakie ustawy już zostały przez socjaldemokratów złożone w parlamencie.

– Podczas kongresu pokażemy błędy jakie Prawo i Sprawiedliwość przez pierwszy rok tej kadencji popełniło, ale też szanse, jakie mamy zarówno w polityce zewnętrznej, jak i wewnętrznej, pokazując jakie powinno być miejsce Polski w Unii Europejskiej, w Europie – tłumaczył Gawkowski w rozmowie z PAP. Dewizą Lewicy pozostanie zatem podejście konstruktywne i merytoryczne.

Obszary programowe, na których Lewica ma wyjątkowo wiele do zrobienia, wskazał Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD.

Za co mamy chwalić PiS?

– Jeżdżę dużo po Polsce i często otrzymuję pytanie: po co jest Lewica, skoro wszystkie sprawy socjalne zjadł PiS? Odpowiem językiem mało parlamentarnym: gówno prawda! – stanowczo oznajmił lider SLD. I wyliczał: ciągle nie zagwarantowano godnych warunków pracy w państwowej służbie zdrowia. Nadal brakuje tanich leków, cenowo dostępnych dla każdego. Na prawdziwe dobre zmiany czeka edukacja, polityka budowlana i mieszkaniowa, polityka wobec seniorów.
– Za co mamy go chwalić? Za 500+? Ale czy też te 500 złotych rozwiązało wszystkie systemowe problemy w Polsce? – podsumował Czarzasty.

Nowa Lewica na horyzoncie

Gdy wyborcy poznają ostateczny kształt programu Lewicy, dojdzie też do zjednoczenia struktur SLD i Wiosny, anonsowanego już w ubiegłym roku. Ostatecznie powstanie jedna formacja – Nowa Lewica, kierowana przez dwójkę równorzędnych przewodniczących; jej członkowie ostatecznie też przyjmą program nowej partii na zjednoczeniowym kongresie 12 grudnia. Lewica Razem pozostanie odrębną partią, współpracującą z Nową Lewicą w parlamentarnym klubie, a także podczas organizacji ulicznych manifestacji i wydarzeń.

– My potrafimy się czasem ostro wewnątrz spierać, ale po tym sporze potrafimy się też porozumieć i uderzać jak jedna pięść. To jest coś co udało nam się przez ten rok wypracować – zapewnił we Wrocławiu Adrian Zandberg.

Lewica poprawia Tarczę 4.0

Parlamentarna Lewica zaliczyła duży punkt – Sejm uchwalił poprawkę zgłoszona jeszcze 5 maja br., by firmy, które biorą pomoc od państwa podlegały pewnym ograniczeniom realizującym zasady sprawiedliwości społecznej.

Poseł Adrian Zandberg jeszcze 5 maja zgłosił poprawkę w następującym brzmieniu:

„Maksymalna wysokość wynagrodzenia miesięcznego

1)kierowników, w szczególności dyrektorów, prezesów, tymczasowych kierowników, zarządców komisarycznych i osób zarządzających na podstawie umów cywilno-prawnych

2) zastępców kierowników w szczególności zastępców dyrektorów u wiceprezesów

3) członków organów zarządzających w szczególności członków zarządów

4) głównych księgowych

5) członków organów nadzorczych

– przedsiębiorcy, któremu udzielono pomocy nie może przekroczyć, w okresie od dnia zaakceptowania wniosku do dnia przypadającego po upływie 1 roku od udzielenia pomocy, 400 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez Główny Urząd Statystyczny na podstawie przepisów o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych

2. Osobom, o których mowa w ust. 1 nie przysługuje prowizja od zysku, nagroda z zakładowego funduszu nagród oraz roszczenie z tytułu udziału w zysku lub nadwyżce bilansowej”

Sejm przyjął tę poprawkę 28 maja,, co oznacza ukrócenie możliwości niesprawiedliwego korzystania z pomocy publicznej.

Posłanka Marcelina Zawisza skomentowała to następująco na swoim profilu na Facebooku: „Wkurza was, że firma bierze pomoc publiczną, a prezesi i kadra zarządzająca nadal zarabiają krocie? No to właśnie w Sejmie, na wniosek Lewicy i Adriana Zandbega, przegłosował poprawkę, która to ucina. Liczę, że ustawa szybko wejdzie w życie i ta patologia się w końcu skończy!”.

Nic dodać, nic ująć.

Lewica: czas na świadczenie kryzysowe!

Każdy, kto wskutek pandemii stracił pracę, powinien otrzymać specjalne świadczenie na czas kryzysu. Politycy Lewicy wzywają: niech rząd przepisze nasz projekt w tej sprawie, jeśli nie umie wymyślić własnego.

To rozwinięcie zaprezentowanego kilka dni temu przez Roberta Biedronia planu Zdrowa Polska. Celem projektu posłów Lewicy jest z jednej strony zabezpieczenie ludzi, którzy tracą zatrudnienie teraz, z drugiej – podwyższenie świadczeń dla bezrobotnych na stałe. Projekt ustawy został 23 kwietnia złożony w Sejmie.

System wsparcia dla tracących pracę sugerowany przez Lewicę jest maksymalnie prosty i jasny: zamiast zasiłku dla bezrobotnych wyliczanych według dotychczasowych zasad- świadczenie gwarantowane w wysokości połowy ostatniej wypłaty, ale nie mniej, niż 70 proc. minimalnego wynagrodzenia. Daje to kwotę ok. 1400 zł netto. – Proponujemy system skromniejszy niż szwedzki czy duński, ale taki, który zapewni ludziom choć trochę bezpieczeństwa – powiedział o projekcie poseł Adrian Zandberg.
W proponowanej ustawie zapisano, że świadczenie miałoby być wypłacane bezrobotnemu przez dwa lata. Byłoby nie tylko wyższe, ale też bardziej dostępne. – Ludzie idą do urzędu pracy, a tam okazuje się, że nie mogą dostać zasiłku. W naszej propozycji likwidujemy wiele niepotrzebnych barier – mówił Zandberg.

Pomoc w kryzysie

Projekt zakłada również wprowadzenie specjalnego świadczenia „kryzysowego” dla wszystkich, którzy – niezależnie od dotychczasowej formy zarobkowania – stracili dochody. Lewica proponuje 2100 zł miesięcznie, wypłacane na podstawie prostego wniosku, przez cały czas trwania epidemii.

– Świadczenie zabezpieczy ludzi, którzy stracili źródło utrzymania. Pracowników, których miejsca pracy zniknęły. Ale też ludzi, którzy prowadzili mikrofirmy – wyjaśnił Zandberg. Dodał też, że gdyby ktoś sięgnął po pieniądze bezprawnie, musiałby je następnie oddać przy płaceniu podatków.

Weźcie sobie ten projekt

Politycy Lewicy wezwali rząd, by wziął sobie ich projekt i go przepisał, a potem pokazał jako własny, jeśli nie wyobrażają sobie głosowania za ustawą sporządzoną w opozycyjnych ławach.

– Ludzie dzisiaj tracą pracę, nie mogą znaleźć nowej. Państwo nie może zostawić ich samych – apelował Robert Biedroń, kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich. Przypomniał również, że w przedstawionych dotąd propozycjach antykryzysowych pracownicy są na ostatnim miejscu. Priorytetem dla rządu jest ratowanie kogoś innego.

– Kiedy setki ludzi z dnia na dzień tracą pracę, nie wolno odwracać wzroku od dramatów tysięcy rodzin. Ale rząd PiSu nie ma dla nich nic. Najwyraźniej dla Jarosława Kaczyńskiego ludzie, którzy zostali bez środków do życia, nie są tak ważni, jak banki – mówił Biedroń.

Co jeszcze do naprawy?

W programie Zdrowa Polska znalazł się również postulat odnowy rynku pracy – likwidacji umów śmieciowych jeszcze jesienią tego roku. W pierwszym filarze pięcioczęściowego programu zawarto także pomysły na ratowanie publicznego zawarto plany odnowy systemu ochrony zdrowia: już w czerwcu 2020 r. na pensje jego pracowników miałoby pójść dodatkowe 2 mld złotych, Z początkiem przyszłego roku natomiast poziom wydatków na służbę zdrowia powinien osiągnąć w Polsce 7,2 proc. PKB. To postulat, który Lewica miała już w swoim programie na wybory parlamentarne. Jak widać już wtedy rozumiała, co Polsce przyda się najbardziej.

Możecie liczyć na Lewicę

Lewica nie zawiedzie swoich wyborców i nie porzuci pracowników w kryzysowym momencie. Współpracując ze wszystkimi instytucjami publicznymi – bo nie czas teraz na spory i jałowe przepychanki – będzie równocześnie walczyć o to, by ludzie pracy tej pracy nie tracili, by rządowe pakiety antykryzysowe uwzględniały zabezpieczenia dla milionów pracowników wypchniętych na umowy śmieciowe czy samozatrudnienie, by zrobiono wszystko dla wsparcia służby zdrowia, by zabezpieczyć osoby starsze. Posłowie i posłanki są gotowi interweniować w sprawach pracowników, których prawa są naruszane (niestety już mamy takie sygnały)Pandemia to ogromne wyzwanie, ale też szansa, by przemyśleć, jak jest zorganizowane społeczeństwo i rynek pracy. Śmieciowe zatrudnienie niedające gwarancji stabilności musi się skończyć! Tanie państwo z chwiejącą się służbą zdrowia musi odejść do przeszłości! Jak zapisano w programie Lewicy – potrzebujemy nowoczesnego państwa opiekuńczego!

Szanowni Państwo,

dziś jako społeczeństwo zdajemy egzamin z siły, dojrzałości i współpracy. A jako państwo – ze sprawności instytucji publicznych oraz zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim. Jesteśmy głęboko przekonani, że wspólnie uda nam się tym wyzwaniom sprostać – Polki i Polacy w trudnych momentach zawsze okazywali swoją siłę i dawali przykład odpowiedzialności oraz solidarności.

To, co dziś najważniejsze, to nie ulec panice. Dlatego spokojnie stosujmy się do zasad bezpieczeństwa, zalecanych przez instytucje ochrony zdrowia. Chrońmy siebie i innych. Dbajmy o podstawowe zasady higieny i unikajmy zgromadzeń.

Jako Sojusz Lewicy Demokratycznej, Wiosna i Razem współpracujemy dziś jeszcze mocniej niż wcześniej. Jesteśmy w stałym kontakcie z rządem, uczestniczymy w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Interweniujemy wszędzie tam, gdzie potrzebna jest pomoc. Zgłaszamy rozwiązania, które ograniczą ryzyka obecnej sytuacji i będą wsparciem dla Polek i Polaków potrzebujących ochrony źródła ich utrzymania, miejsc pracy oraz świadczeń na wypadek jej utraty.

Czas epidemii to także test dla naszej solidarności. Dlatego zachęcamy wszystkich, by w tej trudnej chwili rozglądali się wokół siebie. Być może ktoś obok potrzebuje naszego wsparcia. Pamiętajmy, że okres kwarantanny dla wielu ludzi oznacza także dotkliwą samotność. W takiej sytuacji nawet kilka naszych słów otuchy może zmienić bardzo wiele. Dzwońmy do siebie, kontaktujmy się z rodziną, troszczmy się o innych nawet na odległość.

Jest wiele grup, które potrzebują dziś wsparcia. Również tego instytucjonalnego. Lewica o nich pamięta. Właśnie dlatego Robert Biedroń, nasz wspólny kandydat na prezydenta, z poparciem całej Lewicy przedstawił Pakiet Antykryzysowy “Polska 2020”. Znajdą w nim Państwo szereg rozwiązań mających ochronić nas przed skutkami spodziewanego kryzysu związanego z epidemią koronawirusa.

Epidemia oznacza przestój w funkcjonowaniu wielu gałęzi gospodarki. Dla pracowników to groźba bezrobocia. Dla małych firm, sklepów czy restauracji – widmo bankructwa. Miliony Polaków, którzy znaleźli się dziś w dramatycznej sytuacji, muszą otrzymać wsparcie ze strony państwa. Dlatego w pakiecie “Polska 2020” znajdą Państwo rozwiązania, które na pierwszym planie stawiają ludzi i ich potrzeby: pacjentów i zawody medyczne, pracowników i przedsiębiorców, seniorów, dzieci, młodzież i rodziców. Musimy rozszerzyć prawa pracownicze tak, aby wszyscy zatrudnieni, także osoby na umowach cywilnoprawnych (czyli umowach zlecenie i o dzieło), mogli utrzymać swoje dochody oraz szereg osłon przed zwolnieniami. Dla samozatrudnionych proponujemy wsparcie finansowe i czasowe przejęcie finansowania składek przez państwo. Dla firm – nieoprocentowane, państwowe kredyty, które pomogą przetrwać najgorsze. W tej dramatycznej sytuacji Polska nie może pozostawić nikogo za burtą.

Apelujemy do rządu oraz wszystkich sił opozycyjnych o współpracę i jak najszybsze wprowadzenie naszego pakietu w życie.

Chcemy zapewnić Państwa, że – jak zawsze – możecie liczyć na Lewicę. Jeśli napotkają Państwo problemy związane z epidemią i kwarantanną, jeśli potrzebują Państwo pomocy, na przykład w kontakcie z instytucjami, to mogą Państwo zgłosić się do nas po pomoc. Prosimy o kontaktowanie się z posłankami i posłami Lewicy z Państwa okręgów – za pomocą mediów społecznościowych lub telefonicznie. Postaramy się pomóc każdemu, jeśli tylko będziemy w stanie.

Chcemy najmocniej podziękować wszystkim lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom medycznym, pracownikom laboratoriów, aptek i wszystkim tym, którzy pracują w ochronie zdrowia. Dziękujemy, że swoim wysiłkiem dbają Państwo w tym trudnym czasie o zdrowie Polek i Polaków. Podziękowania należą się też ekspedientkom i ekspedientom sklepowym, pracownikom i właścicielom sklepów, którzy stoją za ladą. To dzięki nim sklepy pozostają otwarte i zapewniają wszystkim mieszkańcom Polski żywność i podstawowe artykuły. Miliony pracowników nie mają możliwości pracy zdalnej. Pomimo zagrożenia epidemicznego wciąż pracują w zakładach produkcyjnych, kluczowych dla funkcjonowania państwa usługach czy w rolnictwie. Musimy dołożyć wszelkich starań, by ta praca odbywała się w warunkach bezpiecznych dla zdrowia. To nasze wspólne zobowiązanie.

Z serdecznymi pozdrowieniami, wyrazami solidarności i wdzięczności,

Robert Biedroń, Wiosna, kandydat na Prezydenta RP z ramienia Lewicy
Włodzimierz Czarzasty, Sojusz Lewicy Demokratycznej
Adrian Zandberg, Razem
Krzysztof Gawkowski, Koalicyjny Klub Parlamentarny Lewicy

Opodatkować Facebooka!

7 proc. dochodu cyfrowych gigantów takich jak Facebook czy Google miałoby w formie podatku cyfrowego trafić do polskiego budżetu i zasilić fundusz innowacji oraz upowszechniania szybkiego internetu. Lewica ma opracowany projekt ustawy w tej sprawie i zapewnia, że w odróżnieniu od PiS będzie przy niej obstawać, nawet gdyby pani ambasador USA zgłosiła się z pretensjami.

Jeszcze przez miesiąc socjaldemokratyczni parlamentarzyści będą dogrywać szczegóły pomysłu podczas konsultacji z organizacjami pozarządowymi czy związkami zawodowymi. Sedno sprawy jest jednak znane: cyfrowi giganci mają w końcu zacząć płacić!

Dali przykład Czesi

O opodatkowaniu Google’a, Amazona, Netfliksa i Facebooka na lewicy mówiło się od dawna. Dodatkowej inspiracji dostarczyli południowi sąsiedzi Polski. Czeski rząd wprowadził u siebie taki podatek cyfrowy, o jakim wcześniej rozmawiano – ale tylko rozmawiano – na poziomie europejskim. Siedmioprocentowym podatkiem obłożył przychód wszystkich firm i platform internetowych, które w skali globalnej osiągają zyski powyżej 750 mln euro, w samych Czechach przekraczają poziom 100 mln koron i mają co najmniej 200 tys. kont indywidualnych użytkowników. Bez żadnej przesady mowa zatem wyłącznie o najpotężniejszych z najpotężniejszych, faktycznych monopolistach w swoich sektorach sieci.
Tak samo miałoby być w Polsce. W komunikacie przekazanym Polskiej Agencji Prasowej Adrian Zandberg również wskazał jako kryteria nakładania podatku 750 mln euro globalnego skonsolidowanego przychodu. Podkreślił, że nie ma co czekać na rozwiązania na poziomie europejskim, które mogą zostać wypracowane albo nie, bo zjawisko niepłacenia podatków przez internetowych krezusów już funkcjonuje, a Polska na tym traci.

Lewica jest zresztą przekonana, że na poziomie europejskim nigdy nie dojdzie do żadnego porozumienia i każdego państwo będzie musiało samo zdecydować, czy zmienia swoje podejście do gigantycznych zysków internetowych koncernów.

Zarabiają miliardy

Firmy z grupy skrótowo nazywanej GAFA (Google – Amazon – Facebook – Apple) zarabiają na Polakach miliardy. Założenie konta na Facebooku czy w Amazonie jest darmowe, ale wiąże się z nieustannym przekazywaniem platformie danych o swoich zainteresowaniach, wyszukiwanych przedmiotach, stylu życia. Idealna podstawa, by wyświetlać użytkownikom profilowane, dopasowane do ich potencjalnych zainteresować reklamy. Na tym zarabia Facebook, i chociaż wszyscy rozumieją, że ich prywatność stała się przedmiotem handlu, to w zasadzie się z tym godzą. Czasem tylko wyśmiewając szczególnie nietrafione propozycje reklam, gdy algorytm portalu społecznościowego wyciągnie już z posiadanych danych jakieś absurdalne wnioski.

Bez Facebooka czy wyszukiwarki Google jest gotów żyć mało kto. Z drugiej strony model biznesowy Facebooka czy Google również polega na przyciąganiu maksymalnej liczby użytkowników, o których można zebrać, a potem sprzedać dane. Dlatego, argumentuje Zandberg w komunikacie, giganci pogodzą się z podatkiem. Nie „wyjdą z Polski” ani nie wprowadzą płatności za korzystanie z serwisu.

– Miliony Polaków korzystają z platform cyfrowych, takich jak sieci społecznościowe i komunikatory. Nie da się ich uniknąć. Te platformy należą do kilku wielkich firm, które mają dominującą pozycję na rynku. Działa tu tzw. efekt sieciowy – firma, która ma już na pokładzie setki milionów konsumentów, posiada olbrzymią przewagę nad ewentualną konkurencją – pisze Zandberg.

Na co te pieniądze?

W ocenie Lewicy podatek cyfrowy mógłby dać państwu 2 mld rocznie.
– Chcemy powołać za te pieniądze publiczny fundusz, finansujący badania naukowe i rozwój w zakresie nowych technologii. Te środki trafiłyby także na działalność edukacyjną, w tym doprowadzenie kabli światłowodowych do wszystkich szkół, bibliotek i instytucji kultury – objaśnia Zandberg. Lewica chciałaby kontynuowania, wzmocnienia starszych projektów cyfryzacji szkół i bibliotek. Pomogłoby to w unowocześnieniu tych instytucji, umożliwieniu, by lepiej odpowiadały na wyzwania współczesnego świata, a także, by stały się prawdziwymi centrami wyrównywania szans. Natomiast fundusz badań i rozwoju miałby skłonić utalentowanych naukowców, by swoją karier zawodową wiązali z Polską, nie z emigracją.

Morawiecki zrezygnował

Zandberg nie jest pierwszym orędownikiem podatku cyfrowego na polskim gruncie. Niemal równo rok temu media dyskutowały o wadach i zaletach takiego rozwiązania, bo „poważne plany” w tym zakresie deklarował premier Morawiecki. Miał nawet podobne argumenty: Polacy przynoszą Facebookowi i innym platformom milionowe dochody, czas, by firmę tę zacząć traktować jak każdą inną. Największa różnica dotyczyła szacowanych dochodów skarbu państwa – premier z ramienia PiS spodziewał się w budżecie dodatkowego miliarda, bo i rozważał niższą, trzyprocentową stawkę opodatkowania.

We wrześniu jednak temat zniknął i niemalże przypadkowo opinia publiczna dowiedziała się, dlaczego. Otóż krótko po hucznych warszawskich obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej, na które grający w golfa Trump wysłał wiceprezydenta, na oficjalnej anglojęzycznej witrynie Białego Domu w zbiorze oświadczeń i komentarzy dla prasy opublikowano przemowę, jaką Mike Pence skierował do Andrzeja Dudy. Po rytualnych zapewnieniach, jakoby Polskę i Amerykę łączyła szczególna przyjaźń, wiceprezydent przeszedł do interesów. Mówił o przygotowywanym porozumieniu w sprawach obronności, wspólnych projektach w zakresie energetyki i korzyściach dla gospodarki polskiej i amerykańskiej. A potem wskazał jeden konkret. „Wiem, że prezydent Trump jest panu wdzięczny za odrzucenie projektów podatku od spółek cyfrowych (digital tax)”.

Sformułowanie wyłapali dociekliwi internauci raczej lewicowej proweniencji, podały je dalej takie też media. Rząd nie miał jak przekonująco się tłumaczyć. – To jest wątek ogólnej pochwały tego, jak w Polsce jest prawidłowo zbudowany system podatkowy, jak nasze obciążenia fiskalne nie hamują możliwości inwestowania – próbował w TVN zamydlać sprawę Paweł Mucha z Kancelarii Prezydenta.

Działacze SLD i Razem celnie wyśmiewali takie „wstawanie z kolan”. Teraz też Adrian Zandberg komentuje, że w sprawie podatku cyfrowego premier Morawiecki zachowuje się jak krowa z przysłowia – głośno muczy, ale mleka daje niewiele.

Lewica się nie ugnie?

Czy politycy Lewicy, gdyby mieli realną szansę, postąpiliby inaczej?
Wiadomo, że zderzyliby się z tą samą ścianą. Amerykańska ambasador Georgette Mosbacher nie zamierza czekać, aż socjaldemokracja urośnie w siłę i podatek cyfrowy nie będzie tylko łatwym do odrzucenia projektem sejmowej mniejszości. Już wczoraj oznajmiła, że jednostronne wprowadzanie podatków, które zmusiłyby amerykańskie firmy do podzielenia się zyskami, „skomplikowałoby wielostronne negocjacje”.
– Stany Zjednoczone się zgadzają, że wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od narodowości czy sektora gospodarczego, powinny płacić sprawiedliwe stawki podatkowe. Stany Zjednoczone przyznają, że aktualizacja globalnego systemu podatkowego jest już od dawna spóźniona – łaskawie przyznała namiestniczka Imperium w Polsce. Ale równocześnie postraszyła: – W rezultacie zniechęcają one [podatki – przyp. MKF] jedynie do prowadzenia inwestycji w technologie i innowacje, o których przedstawiciele tych krajów mówią, że zależy im na ich przyciąganiu. Koniec końców – szkodzi to ich własnym gospodarkom.
A gdyby Polska nie zrozumiała aluzji, Mosbacher dodała jeszcze, że „jak mogliśmy się przekonać po reakcji na ostatnią zmianę podatkową we Francji, Stany Zjednoczone nie pozostaną bierne w obliczu dyskryminacji naszych firm”. Łączna wartość nieszczęsnych dyskryminowanych podmiotów przekroczyła już 3 bln dolarów, ale chodzi o zasadę.
Czy Lewica też będzie trzymała się swoich zasad – w tym stanowczej walki o sprawiedliwą redystrybucję?

Odmieniona lewica zmieni Polskę na lepsze

Interes relatywnie niewielkiej grupy przedsiębiorców, którzy korzystają na śmieciowym zatrudnieniu, był dla rządzących ważniejszy od setek tysięcy pracowników. Lewica chce to zmienić – mówi poseł Adrian Zandberg w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

„Zandberg (…) cały dotychczasowy konflikt rozdzierający Polskę (…) potraktował jednym zdaniem, w którym zapewnił premiera, iż komu jak komu, ale jemu samemu i jego partyjnym towarzyszom „nie zadrży ręka kiedy nadejdzie godzina rozliczeń”. Zabrzmiało to (nawiasem mówiąc, chyba po raz pierwszy) tak wiarygodnie, że w sejmowych szeregach PiS nikt nie zaprotestował, niczego obelżywego do mówcy nie krzyknął, nie roześmiał się z ironią. Panowała cisza”. To znany prawicowy polityk i publicysta, bynajmniej nie stronnik Pana ani lewicy – o Pana przemówieniu w Sejmie 19 listopada zeszłego roku. Co Pan na to?

Efekt, który wywołało moje przemówienie wynikał – moim zdaniem – stąd, że znów w Sejmie pojawiła się lewica, która się nie boi i nie wstydzi się swoich poglądów. Mamy jasne stanowisko w sprawie bezpieczeństwa socjalnego, praw człowieka, prawa do przerywania ciąży czy świeckości państwa. Nie kluczymy, jasno mówimy, o co nam chodzi. Treść nie powinna nikogo zaskakiwać. Mówiłem o filarach naszego koalicyjnego programu, tego, z którym lewicowa koalicja szła do wyborów. Widać, że przemówienie z trybuny sejmowej daje większą siłę rażenia – choć muszę przyznać, że skala reakcji była nieco zaskakująca. Po to jestem w Sejmie – żeby mówić o wizji Polski innej od PiS i innej od liberałów. Czas już uwolnić Polskę od tego wiecznego klinczu między AWS a Unią Wolności, które od lat pod różnymi nazwami nami rządzą. Jesteśmy w Sejmie, żeby to zmienić, proponować rozwiązania rodem z nowoczesnych państw dobrobytu. Mówiłem właśnie o tym – o konkretnych projektach ustaw. To nie są, wbrew temu, co twierdzą liberałowie, propozycje szczególnie radykalne. Proponujemy zwrot w stronę europejskich standardów. A ta normalność to właśnie demokratyczne, świeckie państwo opiekuńcze. Myślę, że w pierwszych tygodniach Sejmu jasno wybrzmiało, co nas różni od liberałów. Chcemy wyższych nakładów na usługi publiczne. W przeciwieństwie do pana marszałka Grodzkiego z Koalicji Obywatelskiej nie zgadzamy się na prywatyzację szpitali. Uważamy, że państwo powinno być świeckie, szanować prawo kobiet do decydowania o tym, czy chcą zostać matkami, nie wtrącać się ludziom w ich życie rodzinne, w to, kogo kochają i z kim chcą żyć. Państwo lewicy nie wtyka ludziom nosa pod kołdrę, za to przychodzi z pomocą, gdy komuś się powinie noga – jest starszy, choruje, ma małe dzieci, traci pracę. Rozwiązania, o których mówimy, to w wielu krajach oczywistość. W Polsce, zamiast się tym zająć, oglądaliśmy szarpaninę pomiędzy pogrobowcami AWS a pogrobowcami Unii Wolności. Ale to się powoli kończy wraz w wejściem do parlamentu lewicy. W naszym koalicyjnym klubie jest sporo przedstawicieli pokolenia 30- i 40-latków. Przyszliśmy do parlamentu po zmianę, na którą bardzo wielu Polaków czeka.

Chcę Pana zapytać o szereg kwestii z dwóch zakresów. Jeden nazwałem Bazą, drugi Nadbudową. Zacznę od Bazy. Mówił Pan gospodarce i sprawach społecznych, o niskich wynagrodzeniach, o płacy minimalnej, o kwestii „śmieciówek”, o podatkach, o złym stanie służby zdrowia, o kryzysie w mieszkalnictwie, o emeryturach. Które z tych kwestii uznałby Pan za priorytetowe?

Zdrowie i praca. Zacznijmy od tego, że wiele z naszych rozwiązań nie generuje dużych wydatków budżetowych. To są sprawy, które już dawno powinny zostać rozwiązane, jak choćby wzięcie się za śmieciówki. Chodzi o to, by ludzie pracowali na umowach dających im pełne prawa, a nie byli latami trzymani na umowach cywilno-prawnych. Przez lata brakowało woli politycznej, żeby dać większe kompetencje inspekcji pracy, konsekwentnie egzekwować kodeks pracy. Interes relatywnie niewielkiej grupy przedsiębiorców, którzy korzystają na śmieciowym zatrudnieniu, był dla rządzących ważniejszy od setek tysięcy pracowników. Lewica chce to zmienić. Są też zadania – przyznaję to – kosztowniejsze. Ale to wydatki po prostu konieczne. Musimy obronić przed rozpadem publiczny system ochrony zdrowia, a to wymaga dołożenia do niego pieniędzy.

My, w przeciwieństwie do polityków Platformy, nie zgodzimy się na prywatyzację. Na przykładzie ochrony zdrowia w USA świetnie widać zresztą, że prywatna ochrona zdrowia generuje większe koszty niż publiczna. Ochrona zdrowia powinna być publiczna i bezpłatna. Ale żeby taka ochrona zdrowia działała sprawnie, musi być dobrze dofinansowana. Dlatego powinniśmy jak najszybciej zwiększyć nakłady do poziomu europejskiego, najpierw do 6,8 proc. PKB, a do roku 2024 do 7,2 proc. Na najbliższym posiedzeniu Sejmu składamy odpowiedni projekt w tej sprawie. Nie można już czekać. Społeczeństwo się starzeje, kadry medyczne także. Jeśli nie zwiększymy nakładów, nie zadbamy o atrakcyjność zawodów takich jak pielęgniarka, to system po prostu się posypie.Chcemy też wziąć się za problem wysokich cen leków. To poważny kłopot dla osób starszych, których często nie stać na wykupienie wszystkich recept. Uważamy, że jeśli leki zapisał lekarz, jeśli została wystawiona recepta, to pacjent powinien płacić za ich wykupienie kwotę symboliczną. Lek jest elementem procesu leczenia. Kiedy chory jest w szpitalu, dostaje lek za darmo, ale gdy z niego wychodzi, a musi kontynuować kurację, to za te same leki musi czasem oddać połowę emerytury. Tak być nie może. Jeżeli poważnie traktujemy zapis konstytucyjny o równości w dostępie do ochrony zdrowia, nie można tolerować sytuacji, w której dostęp do leczenia tak mocno zależy od zasobności portfela. A tak dziś jest. Jesteśmy odpowiedzialni, więc mówimy też uczciwie o kosztach. Chcemy porządnych i dostępnych usług publicznych, tańszych leków. Nie chcemy, aby nauczyciele uciekali ze szkół, a pielęgniarki ze szpitali? Musimy wydawać na to większe środki. Mówimy otwarcie, skąd je pozyskać. Chodzi m.in. o podatki od korporacji, od wielkich zagranicznych firm, które od lat nie dorzucają się do budżetu. Nie ukrywamy, że są też wydatki, które chcemy uciąć. Jesteśmy przeciwni zakupowi samolotów ofensywnych F-35. Lewica będzie oczywiście respektowała porozumienia międzynarodowe w zakresie wydatków na obronność. Ale nie zgadzamy się na to, żeby wydawać na ten cel więcej niż 2 proc. PKB. Gdy pacjenci umierają w polskich szpitalach z powodu braku pielęgniarek, naprawdę są pilniejsze sprawy do załatwienia niż zakupy w amerykańskim hipermarkecie z bronią. Nie będziemy podtrzymywać projektów marnotrawnych, a do takich w naszej ocenie należy nowy blok węglowy w Ostrołęce czy lotnisko im. Solidarności Baranów.

A płaca minimalna, kwestia mechanizmu systematycznego wzrostu płac?

Wysokość płacy minimalnej powinna być kształtowana proporcjonalnie do średniej. Proponujemy stabilny mechanizm, niezależny od woli rządu. Taki mechanizm wyeliminowałby zjawisko biednych pracujących. To demoralizujące i upokarzające, gdy człowiek nie może utrzymać się z ciężkiej pracy. Co do szerszego stosowania indeksacji – kluczowym problemem jest brak układów branżowych, a ten wynika z kolei z bardzo niskiego stopnia uzwiązkowienia. Będziemy rozmawiać z partnerami społecznymi o rozwiązaniach ułatwiających działalność związków i zabezpieczających pracowników przed zwolnieniem tylko za to, że odważyli się związek założyć.

A jak Pan widzi kwestię wysokości i struktury podatków, ale nie tych od zagranicznych korporacji, lecz pobieranych od obywateli?

Jestem za podatkiem autentycznie progresywnym. Obecny system jest formalnie progresywny, ale w praktyce jest odwrotnie. Jeśli spojrzeć na podatki i składki łącznie, to najbogatsi odprowadzają ich proporcjonalnie mniej niż klasa średnia. Niestety, łatwo się wymigać od płacenia podatków, udając prowadzenie działalności gospodarczej. Pracujemy nad rozwiązaniami, które przybliżą polski system podatkowy do standardów zachodnioeuropejskich. Jeśli chcemy mieć państwo dobrobytu jak na Zachodzie, to musimy mieć podobny system podatkowy. Jak będziemy mieć system podatkowy taki jak w Rosji czy krajach Azji Środkowej, to i państwo będzie takie, jak tam – dziurawe.

A mieszkania? W wystąpieniu wspominał Pan o klęsce programu Mieszkanie Plus.

Lewica proponuje powołanie publicznego dewelopera i zaangażowanie budżetowych środków we wsparcie dla samorządów. Rząd niestety pójdzie w odwrotnym kierunku. Mieszkalnictwo zostało oddane w ręce thatcherystów pana Gowina, którzy chcą prywatnym deweloperom oddawać publiczne grunty w zamian za kilka mieszkań na osiedlu. Mieszkań w modelu społecznym trzeba budować po prostu dużo więcej. To się nie uda bez zaangażowania środków publicznych. Nadzieja, że rynek załatwi sprawę, skończyła się tak, że młodzi ludzie muszą w Warszawie muszą oddać większość pensji, żeby wynająć obskurną kawalerkę.

A co Pan sądzi o wymiksowaniu się w Brukseli przez Mateusza Morawieckiego z porozumienia w sprawie neutralności klimatycznej?

Morawiecki niczego tak naprawdę nie załatwił. Postawił natomiast pod znakiem zapytania to, czy pieniądze na transformację energetyki trafią do Polski. Kraje Unii Europejskiej będą stawiać na zmniejszanie emisji. Polska powinna być uczestnikiem tego procesu, upominając się o rozwiązania solidarne ekonomicznie. Pomysł polegający na wyłączeniu się, utrzymywaniu u nas skansenu archaicznych technologii jest niemądry. Oczywiście, to nie są łatwe wybory. Nie będę ukrywać – mamy co do tego pewne różnice zdań także wewnątrz naszej lewicowej koalicji. Koledzy i koleżanki z Wiosny optymistycznie uważają, że możemy całkowicie przejść na odnawialne źródła energii. My w Razem jesteśmy wobec tego sceptyczni – uważamy, że ze względów technologicznych realne jest stabilizowanie systemu energetyką jądrową. Te dyskusje mają zresztą długą historię. Z protokołów obrad Okrągłego Stołu wynika, że na konieczność wyjścia z węgla i budowy elektrowni jądrowej zwracała uwagę ówczesna strona rządowa. Na pewno łączy nas przekonanie, że nie ma już czasu na utrzymywanie energetyki uzależnionej od węgla. Zagrożenie kryzysem klimatycznym jest realne. Widać je każdego lata, kiedy uderza w Polskę susza rolnicza, obniża się poziom rzek, a w kolejnych miastach brakuje wody w kranach. Udawanie, że jest inaczej – a w tym celuje rząd PiSu – jest po prostu nieodpowiedzialne wobec pokolenia naszych dzieci.

Przejdźmy teraz do Nadbudowy. Mamy ostry konflikt wokół praworządności, nieprzestrzegania przez władze Konstytucji i demolowania oraz podporządkowywania sobie systemu sądownictwa. Jaki jest Pana pogląd na ten konflikt?

PiS wykorzystuje realny problem. Ludzie biedniejsi często mają poczucie, że są gorzej traktowani przez wymiar sprawiedliwości. Ale drogą do naprawy nie są czystki personalne wśród sędziów, ani kagańcowe ustawy. Niczego nie naprawi opowiadanie bzdur, że za całe zło odpowiada garstka sędziów, którzy zaczęli orzekać w PRL. Realny problem jest gdzie indziej – w słabo działającej pomocy prawnej, która rodzi nierówność stron. Nie ma co zamykać oczu na zło, które działo się choćby przy rozpatrywaniu przez sądy warszawskiej reprywatyzacji. Ale żeby to zło przeciąć, trzeba przyjąć ustawę o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Bo jaki niby problem rozwiązuje grożenie przez PiS sędziom za to, że orzekają w oparciu o wyroki europejskich trybunałów? Jaki problem rozwiązała czystka na szczytach władzy sądowej? Władza, której nie hamują bezpieczniki takie jak niezależne sądownictwo, jest niebezpieczna. Już to przerabialiśmy i naprawdę do tego nie warto wracać.

Czy w dalszej perspektywie widzi Pan potrzebę zmiany w Konstytucji?

Widać niestety, że pisano ją, zakładając dobrą wolę rządzących. To zostało bezlitośnie wyzyskane przez tych, którzy dobrej woli nie mieli. To nie jest zła Konstytucja, choć przydałoby się w nią wbudować parę bezpieczników. Kłopot w tym, że w wielu kwestiach nie jest przestrzegana. Niektóre zapisy brzmią, w porównaniu z rzeczywistością, jak czarny humor. Czy realizujemy konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej, skoro przez lata zaledwie 20 procent bezrobotnych miało prawo do zasiłku, a świadczenia dla osób niepełnosprawnych skazywały te rodziny na dramatyczne ubóstwo? Na początek, zamiast zmieniać Konstytucję, dobrze byłoby zacząć ją traktować serio. Całą.

A co Pan myśli o kwestiach ustrojowych i trybie wyboru władz państwowych?

Można by się pewnie zastanowić, czy ma sens wybieranie prezydenta w wyborach powszechnych, a nie przez Zgromadzenie Narodowe. Przy wyborach powszechnych, w których kandydaci walczą o wybór w imieniu konkretnych partii, trudno liczyć na prezydenta-rozjemcę, na prezydenturę na serio ponadpartyjną. Ale rozmowa o takich zmianach to pieśń dalekiej przyszłości.

Jak widzi Pan drogę do uregulowania relacji Państwo-Kościół w duchu nowoczesnego państwa? Mam na myśli nie tylko kwestię formalnego rozdziału, którego zresztą w Konstytucji nie ma, ale także proces finansowego drenowania Państwa przez Kościół katolicki i jego wpływy polityczne? I na ile może w tym pomóc odnotowywane przez Pew Research Center rekordowe w skali świata tempo sekularyzacji młodego pokolenia?

To jest kwestia woli politycznej. Okazji, by wprowadzić w tym zakresie europejskie standardy, było sporo, choćby w latach 2001-2005, ale nie zostało to zrobione. Chyba ze strachu, a dziś za tamten strach płacimy rachunek. Uważam, że Kościoły powinny same się finansować. Tu nie chodzi o żadną walkę z religią – każdy ma prawo wierzyć, w to, co chce. Natomiast państwo powinno być świeckie. Nie widzę powodu, by którakolwiek z religii miała być uprzywilejowana. Prawo powinno uwzględniać to, że Polacy są zróżnicowani światopoglądowo. Pierwszy przykład z brzegu to sprawa przerywania ciąży. Tego sporu nie da się rozwiązać racjonalnymi argumentami, bo u jego podstaw są przekonania religijne. Państwo powinno więc dać ludziom wolność wyboru, a nie narzucać im pogląd w tej sprawie siłą. Tylko tyle i aż tyle.

Przewiduje Pan potrzebę jakichś rewindykacji od Kościoła tego, co wziął od państwa nienależnie, choćby w ramach Komisji Majątkowej i z innych źródeł?

Problem polega na tym, że nie znamy pełnej skali tych transferów – zwłaszcza na poziomie samorządów. Są tylko szacunki, a potrzebny jest audyt z prawdziwego zdarzenia. Państwo powinno w końcu zgromadzić te dane, żeby nie działać na ślepo.

IPN trzeba zlikwidować czy wyrwać go z wyłącznej gestii skrajnej prawicy?

IPN po prostu się nie sprawdził. Połączenie funkcji badawczych ze śledczymi, okraszone bezpośrednim nadzorem politycznym, to zła mieszanka. Obecne władze IPN zaprzęgnęły tę instytucję do machiny propagandowej partii rządzącej. Daje to dosyć żenujące efekty, jak wtedy, gdy odcinają się od własnych ustaleń sprzed lat, bo publikacja jest już „nie po linii”. Dalsze utrzymywanie IPN w obecnej formie nie ma sensu.

Czy ważna jest dla Pana historia najnowsza, która tyle miejsca zajmuje w debatach medialnych? Rozmawiamy w rocznicę dwóch polskich Grudni, 1970 i 1981, a za nieco ponad pół roku przypadnie 40 rocznica Sierpnia 1980. Czy to ważne daty dla Pana, który w Sierpniu 1980 roku miał nieco ponad dwa i pół roku, czy też to już dla Pana tylko historyczne emblematy?

Myślę, że Polska byłaby lepszym krajem do życia, gdyby było w niej mniej Leszka Balcerowicza, a więcej ludzi solidarnościowej lewicy: Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, Jana Józefa Lipskiego czy Tadeusza Kowalika. Co do Sierpnia 1980 roku: bez Sierpnia roku nie byłoby demokracji, ale Sierpień to także wyrzut sumienia wolnej Polski. Za transformację olbrzymią cenę zapłacili właśnie robotnicy, ci sami, którzy wtedy strajkowali. Wielu spraw, o które wtedy upominali się stoczniowcy, ciągle nie załatwiono. Myślę tu o zapewnieniu prawdziwej wolności związkowej, o tym, żeby nominacje na kierownicze stanowiska zależały od kompetencji, żeby państwowych spółek nie obsiadała nomenklatura kolejnych partii aktualnie rządzących. Warto o tym pamiętać przy okazji rocznicy. To chyba ważniejsze od okolicznościowej celebry.

Kilka miesięcy temu pewien działacz kultury, wydawca, napisał artykuł, do którego zainspirował go fakt, że w programie SLD ani razu nie padło słowo „kultura”. Pan by też pominął to słowo w programie Partii Razem?

My akurat ten program mamy dosyć rozbudowany. Inwestycja w kulturę to inwestycja w trwałość demokracji. Polskie państwo o to marnie dbało, zwłaszcza poza wielkimi miastami. W wielu miejscowościach jedyną instytucją kultury stała się parafia. To ma swoje polityczne konsekwencje. Ale są też nowe wyzwania. Słabnąca prasa przestaje wypełniać dotychczasową rolę w obiegu myśli. Facebook tu nie wystarczy. Dlatego coraz powszechniej myśli się o dotowaniu prasy, po to, żeby zapewnić różnorodność i niezależność w debacie publicznej. To dzieje się np. w Szwecji.

Wspomniał Pan o Skandynawii. Jestem zdecydowanym zwolennikiem tamtejszego modelu społecznego, ale czy jego skuteczne implantowanie z innej kultury, mentalności i obyczajowości na polski grunt, obciążony spuścizną szlachecko-sarmacką jest realne?

Kilkadziesiąt lat temu podobne pytanie zadawali sobie Finowie. Padały podobne argumenty: my byliśmy za długo pod rosyjskim zaborem, nie jesteśmy prawdziwymi Skandynawami, mamy inny język i kulturę niż Duńczycy czy Szwedzi. A dziś nikt chyba nie zaprzeczy, że Finlandia z sukcesami ten model wdrożyła. W tym mówieniu, że “to nie dla nas”, jest sporo niepotrzebnych kompleksów i mitów. Ciągle słychać, jak to rzekomo jesteśmy leniwi i marnie pracujemy – tymczasem pracujemy obecnie niemal najwięcej w Europie, wręcz za dużo, a polscy pracownicy są rozchwytywani w innych krajach. Jesteśmy 38-milionową, nieźle rozwijającą się gospodarką, z dość dobrze wykształconym społeczeństwem. Czas pozbyć się kompleksów i iść do przodu.

Domyślam się, że nie przywiązuje Pan wagi do etykietek, ale czy uważa się Pan za marksistę, socjalistę, socjaldemokratę czy woli Pan jeszcze jakąś inną identyfikację?

Najbliżej jest mi do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej. Mówiłem już o politykach, którzy mieli duży wpływ na to, jak myślę: Karolu Modzelewskim, Jacku Kuroniu czy Tadeuszu Kowaliku. Ale oczywiście nie da się historycznych rozwiązań przekładać w skali jeden do jednego. Świat się zmienił, wybory, które były kluczowe kilkadziesiąt lat temu, bledną wobec nowych wyzwań, takich jak zagrożenie katastrofą klimatyczną. Nowe technologie jedne problemy rozwiązują, inne tworzą. Robotyzacja i uczenie maszynowe, możliwość zautomatyzowanego nadzoru nad pracownikami, platformy takie jak Uber, które napędzają negatywny trend prekaryzacji – to wszystko są zmiany technologiczne, które zmieniają się stosunki pracy. Wraz z nimi musi się zmieniać też lewica. Jeśli pan pyta o źródła mojej lewicowości, to myślę, że istotną rolę odegrała transformacja. Obserwowanie, jak jedni bez własnej winy spadali na dno, innych przypadek katapultował na sam szczyt drabiny społecznej. Tę niesprawiedliwość widać było także z perspektywy nastolatka.

Był Pan za młody, by Pana uformowała PRL, która też przecież, wbrew niektórym stereotypom wyobrażeniowym, nie była bardzo egalitarna?

Ówczesny współczynnik Giniego pokazuje to dosyć jasno, zwłaszcza jeśli porównać PRL do wspominanej parę razy Skandynawii. Zresztą PRL-owski minister gospodarki w rządzie Rakowskiego, Mieczysław Wilczek, prawdziwy ojciec polskiego kapitalizmu, był większym radykałem liberalnym od Balcerowicza.

SLD połączył się z Wiosną w Nową Lewicę. Partia Razem nie zdecydowała się na taką fuzję, ale do wspólnej koalicji z Sojuszem przystąpiliście. Trudno było przełamać długo otrzymywany dystans do SLD?

Koalicja istnieje, bo udało się uzgodnić wspólny, prospołeczny program. Mówiąc całkiem uczciwie: gdyby partią kierował nadal Leszek Miller, taka wspólna lista nie byłaby możliwa. Czarzasty potrafił spojrzeć krytycznie na błędy z przeszłości, których nie wolno powtórzyć, jeśli lewica obejmie władzę. Nie ukrywam, że łatwiej nam o porozumienie z takim Sojuszem, który ma twarz Anny Marii Żukowskiej. Natomiast różnice pomiędzy nami pozostają, nie będziemy udawać, że jest inaczej. Razem jest partią o silnej tożsamości. Centrolewicowa partia, tworzona przez Wiosnę i SLD, będzie trafiać do wyborców, którym nieco bliżej do centrum. Myślę, że koalicyjna współpraca jest najsensowniejszym rozwiązaniem.

W swoim wystąpieniu z 19 listopada zapowiedział Pan wobec rządu PiS akcję „sprawdzam”, czyli wyjście z projektami prospołecznych ustaw. Co to będą za projekty w pierwszych tygodniach i miesiącach?

Będą to m.in. projekty dotyczące ochrony zdrowia – ale szczegółów nie chcę jeszcze zdradzać.

Dziękuję za rozmowę.

Gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, inni budują wiatraki.

Absolutnie bardzo dobry start lewicy w nowym Parlamencie! Kilkoma działaniami począwszy od wniosku o likwidację barierek przed Sejmem a na zgłoszonym autorskim projekcie tzw. 30-krotności wynagrodzeń ZUS kończąc.

Lewica pokazuje, jak nie być w defensywie przez 4 lata. Nasuwa się wniosek, że obserwacja działań Platformy Obywatelskiej daje rezultaty. Krótko mówiąc. walenie głową w mur i mówienie, że jest się tylko antypisem, nie wystarczy Polakom. Potrzebne są wiarygodność i innowacje w polityce.

Polacy oczekują właśnie tego…

Teraz trzeba być opozycją konstruktywną i zgłaszać swoje projekty w tym  przede wszystkim takie jak:

–           krótszy tydzień pracy,

–           leki za 5 złotych

–           czy też minimalna emerytura.

I ku mojej radości serca – tak właśnie jest!

Teraz Prawo i Sprawiedliwość, formacja, która mieni się jako prosocjalna, jak będzie w stanie  wytłumaczyć, że zagłosuje przeciwko najniższej emeryturze zgłoszonej przez klub Lewicy?

Przypominam, że chodzi o 1600 złotych! Ha?

I do tego ultra w punkt wystąpienie Adriana Zandberga. jako swoiste kontrexpose,  bo tak je traktuję – zresztą nie tylko ja, ale spora część społeczeństwa. Wszystko to pokazuje, że lewica wykorzystuje swoją szansę.

Jestem głęboko przekonany, że tak będzie przez 4 lata a być może krócej, patrząc na przepychanie kolanem kandydatur Pani Pawłowicz i Pana Piotrowicza przy hasłach i okrzykach: Hańba!

Cały czas twierdzę, że taka kadencja parlamentu, niekoniecznie musi być czteroletnia. Zobaczycie.

„Skoro można pomyśleć, że może być lepiej, to znaczy, że już jest lepiej.” Tak mawia nasza noblistka Olga Tokarczuk – i tu bez cienia wątpliwości można się z nią zgodzić.

Swoją drogą, Premier znalazł czas na spotkanie na zakończenie kariery Łukasza Piszczka, a od 10 października ani Prezydent ani Premier niestety tego czasu nie znaleźli, by spotkać się z Laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Ciekawa ta nasza Polska, na szczęście lepiej budować wiatraki, niż mury, gdy wieje wiatr przemian. Ale o tym w następnym spotkaniu 🙂

W poszukiwaniu męża stanu

Nie napawają optymizmem badania dotyczące wyłonienia liderów opozycji w Polsce. Aż 41,2 proc. Polaków przyznało, że nie są w stanie takowego wskazać. Tymczasem jeżeli opozycja chce poważnie podejść do tych wyborów musi mieć jednego poważnego kandydata, który będzie stanowić realną alternatywę wobec urzędującego prezydenta, Andrzej Dudy. Gdy przeważy interes partyjny nad logiką działania, to proces taki nie będzie miał miejsca.

Z polityków, którzy pojawili się w zestawieniu, najwięcej głosów (12,1 proc.) zdobył prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz – to wynik sondażu SW Research dla portalu rp.pl. Chociaż zdecydowanie największą partią opozycyjną w Sejmie jest Platforma Obywatelska, Polacy nie docenili szefa tego ugrupowania. Grzegorz Schetyna zajął w zestawieniu drugie miejsce i zdobył 10,2 proc. głosów. Sondaż ten został sporządzony w związku z przygotowaniami do wyborów prezydenckich, które czekają nas w 2020 roku.

W związku z tą publikacją, ale też innymi wydarzeniami, można wnioskować, że kampania prezydencka 2020 powoli rusza w przestrzeni publicznej, choć z praktyki wiadomo, że sztaby pracują cicho i nieprzerwanie już od kilku lat, od czasu, kiedy rozpoczynał się w Polsce trzyletni maraton wyborczy w roku 2017.

Dziś, w pierwszej dekadzie listopada 2019 roku, po rezygnacji z kandydowania na urząd Prezydenta RP Donalda Tuska, został jeden przyszły kandydat – osamotniony, urzędujący aktualnie prezydent, Andrzej Duda. Będzie miał on do końca wsparcie większości polskiej prawicy, Kościoła, znaczącej części kapitału i wielu układów międzynarodowych a także potężne zaplecze medialne. Jako jedyny kandydat tego obozu ma szanse wygrania wyborów już w pierwszej turze, nie mając przeciw sobie jedynego, poważnego i charyzmatycznego przeciwnika.

Tak się składa, że debata wśród opozycji dotycząca wyłonienia jednego kandydata uległa zatrzymaniu w związku z decyzją Donalda Tuska oraz wyłonieniem swego reprezentanta w tych wyborach przez PSL. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania straciły dynamikę przygotowań do wyborów prezydenckich. Tak, jak w wyborach parlamentarnych zakładano zapewne, że są szanse porozumienia z Platformą Obywatelską. Są do tego coraz większe wątpliwości.

Sytuacja na dziś jest taka, że rysują się wybory prezydenckie w układzie co najmniej czterech znaczących kandydatów popieranych przez ugrupowania parlamentarne. Logika wskazuje, że Andrzej Duda będzie miał co najmniej trzech przeciwników, spośród których wyłoni się jego przeciwnik do drugiej tury. Jest jednak pytanie, czy druga tura będzie. Doświadczenia wyborów z roku 2000, kiedy wygrał w pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski, powinny być tutaj przypomniane.

Zaprezentowany sondaż wskazuje, że opozycja jest w rozsypce i ma problem. Rezygnacja Donalda Tuska, jedynego na razie wyrazistego kandydata, stawia otwarte pytania dotyczące tego, czy jest dziś ktoś, kto może stanąć w szranki z urzędującym prezydentem i wygrać wybory, ale także i takie, czy rezygnacja Tuska jest ostateczna i czy nie zamierza on w odpowiednim momencie wrócić do gry, bowiem na dziś mógłby być on kandydatem najpoważniejszym.

Inne pytania dotyczą całego obszaru technologii wyborczej. Uwarunkowana jest ona zapisami Konstytucji, ordynacji wyborczej oraz praktyki działania utrwalonej od 25 lat. Wyłanianie kandydatów na prezydenta rozgrywa się na kilku płaszczyznach, przy czym dominującą rolę odgrywa tutaj mechanizm partyjny oraz zasoby organizacyjno-ekonomiczne powstającego komitetu wyborczego.
Jeżeli opozycja chce poważnie podejść do tych wyborów musi mieć jednego poważnego kandydata, który będzie stanowić realną alternatywę wobec urzędującego prezydenta, Andrzej Dudy. Jeżeli przeważy interes partyjny nad logiką działania, to proces taki nie będzie miał miejsca.

Podobny mechanizm dotyczy również lewicy, jeśli przyjmiemy, że powinna ona wyłonić jednego kandydata popieranego przez wszystkich, który zajmie znaczące miejsce wśród kandydatów opozycji.

Szeroko pojęta lewica ma w swoim gronie kilka postaci, które miałyby szanse uzyskać znaczące poparcie elektoratu już na obecnym etapie. Zaliczyłbym do nich trzech liderów partyjnych: Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adriana Zandberga, trzech europosłów – byłych premierów Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza oraz byłego wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, prof. Bogusława Liberadzkiego. Poważnym kandydatem może być również aktualny prezydent Krakowa – prof. Jacek Majchrowski.

Nie będzie to łatwa decyzja, bowiem aktualny system polityczny z dominacją interesów partyjnych niszczy indywidualności, zmniejsza możliwości wyboru. Są w naszych lewicowych środowiskach ludzie, znaczące postacie naszej sceny naukowej czy społecznej, autorytety moralne, szanowane publicznie, które przez partyjne sito się nie przecisną, a szkoda.

Polska potrzebuje dziś na publicznych stanowiskach mężów stanu na miarę Daszyńskiego, jest bowiem w przestrzeni publicznej istotne pytanie, jak dalej ma wyglądać nasza transformacja. Czy stać nas na wielkie odrodzenie po ćwierćwieczu nie do końca udanych eksperymentów.