Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

Powrót do źródeł

Kilonia ma za sobą burzliwe dzieje – szczyci się powstaniem marynarzy, które w roku 1918 przyspieszyło upadek Cesarstwa. Dzisiaj sprawia wrażenie miasta spokojnego i zasobnego.

 

Pewnie dlatego stolica kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn przyciąga przybyszów z różnych stron Niemiec, Europy, a nawet świata. Panuje tu atmosfera multi-kulti, miasta międzynarodowego, w którym wprawdzie króluje duch protestancki, ale wyraźnie poluzowany. Ten dobry grunt wykorzystała Jolanta Sutowicz, polska aktorka, która osiedliwszy się nad kanałem kilońskim, tak czy owak musiała coś teatralnego zmajstrować. Nie założyła teatru, ale

 

założyła festiwal Thespis.

Po raz pierwszy odbył się w roku 1999, a w tym roku po raz jedenasty.
Akuszerem pomysłu był krytyk rosyjski, nieżyjący już Valery Khazanov, autorytet w branży monodramów, sam organizator prestiżowego festiwalu w Moskwie. Poznałem go przed laty, przyjeżdżał także do Polski, bywał we Wrocławiu i w Warszawie. Spotykaliśmy się też za granicą, raz nawet pracowaliśmy wspólnie (pod jego kierunkiem) w jury festiwalu Mono-Baltija w Kownie. Valery wiedział wszystko o teatrze jednego aktora, mówił biegle ośmioma językami i znał wszystkich. Kiedy poznał Jolę Sutowicz podpowiedział jej, żeby zorganizowała w Kilonii festiwal, zwłaszcza że pracował tam Herbert Kaluza, też polski aktor, który właśnie przygotował spektakl jednoosobowy „Król Benia” według Izaaka Babla.
Oglądałem ten spektakl we Wrocławiu, potem w Kownie razem z Valerym, a teraz w Kilonii poznałem reżysera tego przedstawienia, Christopha Munka. Świat jest doprawdy mały. Christoph opowiedział mi, jak to przedstawienie wciąż się zmieniało w duchu Khazanova – na koniec Herbert mówił w tym monodramie pięcioma językami.
Zaglądam do jubileuszowej książeczki festiwalu i – oczywiście – sprawdzam program pierwszego festiwalu. Kogóż tu nie ma! Jest, rzecz jasna, Herbert Kaluza, ale są także inni znajomi-czołowi soliści teatru jednego aktora: Birute Mar z Litwy ze spektaklem „Słowa na pisaku” wg Becketta, Jan Peszek z nieśmiertelnym „Scenariuszem dla nieistniejącego, ale możliwego aktora instrumentalnego”. Jak widać, od początku Jolanta Sutowicz postawiła na wysoki poziom i stąd jej festiwal (bo tak się w Kilonii mówi) zdobył międzynarodową pozycję, a Kilonia stała się jednym z centrów monodramu, promieniujących na całą Europę.
Festiwal jedenasty potwierdza tę opinię, a dzięki przemyślanemu doborowi spektakli (16 tytułów z 11 krajów) daje obraz różnorodnych poszukiwań na scenie solistycznej. Odkrywa nowe zjawiska, a na plan pierwszy wysuwa demonstracyjny powrót do źródeł. A więc tego wszystkiego, co pozwoliło narodzić się i rozwinąć scenie jednoosobowej.
Triumfalnym powrotem do źródeł jest „Odyseja” George’a Manna (Wielka Brytania). I to w podwójnym sensie. Mann wraz z reżyserem przedstawienia Nirem Paldim, z którym założyli przed laty i kierują międzynarodowym zespołem teatralnym Ad Infinitum w Bristolu, sięgają po

 

jeden z najstarszych tekstów

kultury europejskiej. Adaptują na swoje potrzeby pieśń-opowieść, która ojcuje wielu innym późniejszym dziełom. Ale jest to jednocześnie powrót do źródeł teatru jednego aktora. Aktor bowiem występuje tu nie tylko sam, co w końcu jest rzeczą zwykłą na scenie jednoosobowej, ale bez żadnego wspomagania. Nie ma tu muzyki, wideo, efektów technicznych, mikroportów, a nawet rekwizytów. Mann pojawia się na scenie niemal cywilnie, w siatkowym T-shircie i dżinsach, ale jak się okaże, to dość, aby roztoczyć przed oczyma widzów dziesiątki pejzaży, pokazać dziesiątki bohaterów, z którymi zmaga się, spotyka, walczy i ucztuje Odys zmierzający spod Troi do Itaki.
Umiejętności warsztatowe aktora nie dziwią, jeśli pamiętać, że jest absolwentem sławnej szkoły teatralnej założonej w Paryżu (1956) przez mistrza teatru fizycznego Jacquesa Lecoqa. Mann panuje niepodzielnie nad ciałem. Dość, że uczyni krok w lewo albo w prawo, lekko się wychyli, aby wywołać potężne wrażenie. Potrafi mocować się z zakleszczonym w pochwie mieczem (którego rzecz jasna nie ma na scenie), pływać, nurkować, unosić się w powietrzu. Do tego dysponuje nieograniczoną wyobraźnią dźwiękonaśladowczą. Odtwarza nie tylko odgłosy bitew, pogoni czy walki, ale i zróżnicowane oddechy, kwik świń, w które zamieniono towarzyszy Odysa, ciężkie kroki bohatera udającego starego pastucha… Wszystko to dzieje się w niedościgłym tempie, wzbudzając zrozumiały zachwyt widowni. Toteż Mann triumfował na festiwalu w Kilonii (jedna z dwóch pierwszych nagród), a wcześniej zdobył już całą kolekcję prestiżowych wyróżnień, począwszy od The Stage Award for the Best Solo Performance (2009) na Fringe Festival w Edynburgu.
Może to nieco komiksowa wersja „Odysei” z elementami klownady, ale przemawia bezpośredniością. Nie ma w tym spektaklu choćby śladu nudy – młodzi widzowie akceptują chwyty Manna w lot. Zwłaszcza że to w pewnym sensie znajomy teatr z piaskownicy. Przypomina dziecięce zabawy, w których toczą się wojny, podboje, krwawe pojedynki. Nie brak tam i chwil pojednania czy radości. Wszystkie te emocje z piaskownicy, które kiedyś tak świetnie uchwycił w dramacie „Piaskownica” (2005) Michał Walczak, odnaleźć można w brawurowym popisie aktorskim Manna. Artysta w mig zmienia nastroje, emocje, tempo i scenerię akcji, prawie nie ruszając się z miejsca. Wielki talent, a przy tym wcale nie jest aktorem specjalizującym się w pokazach solistycznych. Zresztą każdy spektakl teatru z Bristolu jest inny – to wciąż grupa poszukująca środków wyrazu, służących opowieści o niepokojach współczesnego człowieka. Tak właśnie jest z „Odyseją”, która w tym spektaklu nie jest żadnym czcigodnym archeologicznym zabytkiem, ale opowiadaniem o miłości, nienawiści i tęsknocie za domem, z którego kiedyś trzeba było odejść.

 

Najbliżej pulsu politycznego

naszych dni lokuje się spektakl „Moja rodzina w mojej walizce” Narine Grigoryan z Armenii. Aktorka ukazała dramat dziewczynki, która musi opuścić rodzinę w Górnym Karabachu, aby znaleźć ocalenie w centrum Armenii. Mało u nas znany, a wciąż trwający konflikt w tym rejonie trudno do końca zrozumieć – ale tak zawsze jest ze sporami etnicznymi i granicznymi, które ciągną się czasem wiekami. Za te przewlekłe konflikty najwyższą cenę zawsze płacą bezbronni. Zawsze jest podobnie. I dlatego – choć opowieść Narine jest silnie zakotwiczona w historii – wydaje się bliska wszystkim bliźniaczym dramatom rozgrywającym się w innym czasie i w innym miejscu.
Aktorka nie próbuje widza edukować ani nawet bliżej objaśniać, na czym polega ten konflikt, choć monodram opiera się na jej osobistych przeżyciach – sama jako dziecko przeżywała podobny dramat w roku 1992. Po latach wraca do tych dramatycznych czasów, kiedy część ludności udało się ewakuować z najbardziej zagrożonych terenów. Z każdej rodziny można było jednak ocalić tylko jedną osobę. W rodzinie bohaterki monodramu wybór padł właśnie a nią, choć wcale nie chciała rozstawać się z najbliższymi. Już sam wylot nastręczał niewyobrażalnych trudności, wciąż brakowało dla niej miejsca w helikopterze.
Kiedy po wielu ponawianych próbach dziewczynka wreszcie zostaje ewakuowana i trafia w obce sobie miejsce w Armenii, trudno jej się odnaleźć w nowym środowisku. Czuje się kimś niepotrzebnym, obcym, gorszego gatunku. Długo to trwa, nim spotka się z akceptacją rówieśników i kiedy sama zrozumie, że może tutaj kiedyś być szczęśliwa.
To prosta opowieść, ukazująca wojnę i jej następstwa oczyma dziecka, przedwcześnie dojrzałego, ale i nie w pełni rozumiejącego grozę sytuacji. Ubrana w bury płaszczyk ze sfatygowaną walizką wyrusza samodzielnie w świat. Nie tak odległy, ale na tyle daleki, że odczuwa tę zmianę boleśnie. Wtedy walizka staje się wyśnionym domem, w niej kryje swoje skarby, na niej kredą rysuje zarysy domostwa. Swoje lęki, nadzieje i radości wyraża tańcem – jej ruchy mają wewnętrzną dynamikę i lekkość, stają się rodzajem zaklinania rzeczywistości.
Monodram Narine Grigoryan także odwołuje się do starej tradycji, do źródeł sztuki opowieści. Jednoosobowe spektakle bowiem od niepamiętnych czasów były rodzajem obrachunku z własnym losem, a taki charakter nosi „Moje życie w walizce”. Jego siłą jest emocja, którą aktorce udaje się przekazać widzom tak intensywnie, że nie sposób nie poddać się nastrojom bohaterki.
„Medea Butoh” japońskiej performerki Yokko

 

łączy tradycję i nowoczesność.

Taniec butoh wprawdzie narodził się w latach 50. ubiegłego wieku, ale wciąż jest formą podlegająca dynamicznym zmianom. Zrodzony na przecięciu tradycji japońskiego tańca i ekspresjonizmu wykształcił sobie tylko właściwy język. Rozpoznawalny, a jednocześnie wymykający się precyzyjnej definicji, bo nadal w stadium przemiany.
Yokko także nadaje nurtowi butoh własny ton – pobiela twarz, ale używa ciemnej materii, za którą najpierw kryje się jak bryła, majestatycznie przetaczająca się po scenie, aby na koniec ukazać się jako dzieciobójczyni, a przede wszystkim mówi (a raczej śpiewa) o swojej tragedii. Wykorzystuje w tym celu mit mistrzowsko opracowany przez Eurypidesa i poddany adaptacji Sean Michel Welch.
Krucha Yokko wypełnia swoją obecnością przestrzeń, budzi współczucie i lęk, jest na poły ofiarą i na poły demonem. Spektakl inspirowany mitem Medei i grecką tragedią, wykorzystujący japoński taniec butoh, przywołuje ducha pokutnicy Medei. Wybuchowa mieszanka wschodniego tańca i zachodniego antycznego dramatu przenosi widzów w mroczny świat zdesperowanej Medei. Jej odtrącona miłość wybucha nienawistnym czynem. Od tego czasu miota się uwięziona na zawsze w podziemnym świecie, daremnie szukając wyjścia z tragicznej pułapki, której stała się główną aktorką.
Spektakl wywołuje silne wrażenie. Wyrafinowana kreacja Yokko przykuwa uwagę widza, który z trwogą śledzi niejasną granicę, przebiegającą między nienawiścią i miłością.
To tylko wybrane spektakle tego intrygująco skomponowanego festiwalu w Kilonii. Ich prezentacja potwierdza, że Thespis wciąż czerpie ze źródeł teatru jednego aktora.