Ponieśli i wilka

Stowarzyszenie Iustitia z okazji 15 marca – Dnia Edukacji Prawnej – zorganizowało w całej Polsce kilkadziesiąt akcji edukacyjnych polegających na symulacji procesów sądowych oraz rozmowach o mowie nienawiści. Eventy będą odbywać się w sądach i szkołach aż do końca kwietnia. Tegoroczną edycję wspierają m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Komisja Europejska. W Warszawie święto zainaugurował pokazowy proces w Sądzie Najwyższym: było to rozstrzygnięcie sprawy wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. Został uniewinniony.
Poszczególne role odgrywali aktorzy (w oskarżonego wilka wcielił się Jerzy Radziwiłłowicz), ale obrońcy, sędziowie i prokuratorzy, a także cały przebieg procesu był „prawdziwy”. Konsultantem w sprawie wilka był znany przyrodnik Adam Wajrak, a w jego obronie występowali Rzeczniczka Praw Zwierząt – mec. Karolina Kuszlewicz oraz mec. Andrzej Gąsiorowski z fundacji Fota4Climate.
Symulacja procesu w Sądzie Najwyższym na użytek dzieci i młodzieży miała na celu zapoznanie się z procedurami sądowymi, ale również poruszała temat ochrony prawnej dzikich zwierząt w Polsce, zwłaszcza, że wilki padły w ostatnich miesiącach ofiarą nagonki ze strony władzy wspierającej myśliwych. A ci utrzymują, że gatunek ten stanowi zagrożenie dla człowieka i wskazane byłoby zdjęcie z niego ochrony.
– Tropię wilki od lat. Mieszkam w miejscu w Puszczy Białowieskiej, gdzie jest ich największe zagęszczenie. Wilki bardzo boją się ludzi, starają się do nas nie podchodzić, bo prześladowaliśmy je latami. W Polsce nie zdarzył się nigdy atak drapieżniczy wilka na człowieka – zeznawał „biegły” Adam Wajrak. Na pytanie, co zrobić, jeśli spotkamy w lesie wilka, odpowiedział: – Och, trzeba się zachwycić! Bo to będzie bardzo krótkie spotkanie, a wilków w lesie jest niezwykle mało. Ledwo dwa tysiące. Sam, gdy pierwszy raz spotkałem wilka, to nogi mi drżały ze strachu. To przykre i niesprawiedliwe wysoki sądzie.
Ustalono, że wilk w naszym kraju często pada ofiarą negatywnych stereotypów, podobnie jak dzik (fikcyjna postać dzika zeznawała zresztą w procesie jako świadek), którego przed masowymi odstrzałami broniła w styczniu cała Polska.
„Wilk ma prawo do obrony przed pochopnym i niesprawiedliwym potraktowaniem tak jak każda istota” – apelowali w mowie końcowej obrońcy wilka.
– W mojej ocenie przepisy dotyczące ochrony przyrody są jednymi z najbardziej fikcyjnych przepisów od zawsze – powiedział nam jeden z nich – mec. Andrzej Gąsiorowski. – Prawo jest wtedy przestrzegane, jeśli ludzie czują psychiczną potrzebę ochrony jakichś dóbr, w przypadku przyrody tak się nie dzieje. Dlatego obchodzi się nawet niedoskonałe przepisy. Organy stosowania prawa działają z ogromną inercją. W zasadzie trochę lepiej jest tylko w obszarze ochrony praw zwierząt towarzyszących, cała reszta to w znacznej mierze fikcja. Ale sama akcja edukacyjna okazała się bardzo udana. Dzieci naprawdę się w nią zaangażowały.
Oprócz Sądu Najwyższego, w Warszawie eventy edukacyjne przygotowały także sądy rejonowe na Mokotowie i Woli, zaś Rzecznik Praw Obywatelskich zorganizował debatę o mowie nienawiści. Podobne akcje planuję inne polskie miasta.

Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.

Dom zły

Medal, który nazywa się „wzmocnienie instytucjonalnej roli rodziny” pod rządami obecnej władzy ma dwie strony.  Jedna to same „plusy”: 500+, Wyprawka+, Mama+. Po drugiej jednak budzą się demony: wraca dyskusja o uświęconym klapsie, która, zdawać by się mogło – odeszła już w niebyt razem z epidemiami chorób zakaźnych.

 

Z przekonaniem o zbawiennym działaniu klapsa wraca zaś front obrony patriarchatu. Jego oficjalnymi twarzami są posłowie Zbonikowski i Piasecki. Oraz gratulująca radnym Zakopanego Beata Szydło.
O węzłowe tezy i kluczowe koncepcje nowej-starej prawicowej wizji wychowania dzieci zapytałam specjalistów: Dorotę Zawadzką, psycholożkę, szerzej znaną jako Supernianię i Andrzeja Gąsiorowskiego, adwokata i filozofa.

 

Klaps. Tradycja czy chochoł?

W prawicowych mediach ruch obrony klapsa zmobilizował się z początkiem wakacji: to szczególny czas. Nie dość że mamy rok wyborczy, to za chwilę kadencję skończy urzędujący rzecznik praw dziecka. Wszystko wskazuje na to, że zastąpi go kandydatka popierana przez PiS i Ordo Iuris, zrównująca prawo do niebycia cieleśnie karconym z pajdokracją.
Z tej okazji o dobroczynnym wpływie klapsa poczuli się w obowiązku przypomnieć m.in. Krzysztof Bosak („Poprawny politycznie chórek od klaps=bicie powinien pójść dalej w swoim pedagogicznym rewizjonizmie i postulować zakazania prowadzenia za rękę, potrząsania, przytrzymywania, kładzenia do łóżka, wkładania do wanny, zatrzymywania i zamykania w pokoju. To wszytko formy przemocy!”), Krzysztof Czabański („dzieci należy rozpieszczać, ale klaps nie przeszkadza w tym – czasem pomaga”) czy Łukasz Warzecha.
Ten ostatni pisze:
„Da lewicy charakterystyczne jest przekonanie, że niczego nie można pozostawić w sferze przychodzących w sposób naturalny interpretacji (…). Tam, gdzie lewica stara się zniweczyć tradycyjne wartości, jest to metoda nienowa. W sprawie kar cielesnych zdrowy rozsądek zlikwidowano (…). Najpierw zakaz stosowania kar cielesnych, potem zakaz ‘przemocy psychicznej’, a wreszcie – całkowite rozmontowanie mechanizmu władzy rodzicielskiej”.
Moi rozmówcy ciężko wzdychają, kiedy pytam o tekst „Klaps z ideologią” z 32. numeru „Do Rzeczy”:
– Niestety czytałam – krzywi się Dorota Zawadzka. – To faktycznie „klaps z ideologią”, bo wszystko jest w tym tekście pomieszane: polityka, bezpieczeństwo, wiedza naukowa z teoriami spiskowymi… przede wszystkim to powrót debaty, która trwa od początków PRL, debaty pt. „jak daleko państwo może się wtrącać rodzicom”. Kiedyś wtrącało się bardziej, później przyszła tzw. „wolność” i niektórym, zarówno rodzicom, jak i psychologom, uderzyła do głów tak bardzo, że poszło to w przeróżnych kierunkach: zarówno w „zasady są bez sensu, żadnych zasad, wolno wszystko!”, jak i w kierunku „nikt mi nie będzie mówił”. Tekst Warzechy to właśnie taki typowy manifest rodziców, „którym nikt nie będzie mówił”. Sami chcą decydować, czy kara ma być fizyczna, czy inna. Tu nie chodzi już o dziecko, tylko o nich samych, o poczucie, że ktoś im coś zabiera, do domu zagląda.
– Dla mnie to są fiksacje par excellence religijne, charakterystyczne dla prawicy – mówi z kolei Andrzej Gąsiorowski. – Myślenie religijne zakłada m.in. dychotomiczny podział świata, kult obrony nienarodzonych, bezwarunkową eksploatację przyrody oraz rodzicielską rolę karzącego sędziego. Oczywiście z większym naciskiem na rolę ojcowską niż macierzyńską. Kiedy dziecko dostaje lanie, to jakiś ład moralny zostaje przywrócony. Tylko, że nie. Dziecko jest tym absolutnie wstrząśnięte. Marksowsko rzecz ujmując, przemoc jest wynikiem pewnego ukształtowania stosunków społecznych. Mniej nas dziwi, kiedy przemoc stosują ludzie nieporadni, o niskim społecznym kapitale. Tacy, którzy nie znają innych sposobów wyrażania frustracji czy bezradności. Ale wykształceni ludzie, o pewnym pułapie wrażliwości, którzy przemoc stosują bądź aprobują, tak naprawdę przenoszą ją na nowy poziom, jest w tym coś obscenicznego. Powinni ponosić dotkliwsze kary. Dla autorów takich tekstów będzie osobne miejsce w piekle.
„Kolejny standardowy argu ment to ten, że każdy klaps jest wychowawczą porażką. I on jest fałszywy. O wychowawczej porażce lub sukcesie możemy mówić, gdy dziecko przestaje być dzieckiem i staje się dorosłym” – pisze dalej Warzecha.
Andrzej Gąsiorowski: – Dom rodzinny daje małemu człowiekowi jedyną szansę na przeżycie doświadczenia pewnej formy ziemskiego raju. Dawanie klapsów to w dziecku rujnuje. Dzieci, które te klapsy dostają, nie są później w stanie takiego raju dalej budować. Kiedy widzą własnych rodziców jako sąd i kata, nie są później w stanie ani dostać, ani dać bezpieczeństwa. Kara cielesna zawsze w jakimś sensie dziecko gwałci i daje mu w dorosłym życiu przekonanie, że nie ma na świecie ani jednej takiej takiej osoby, która go nie ukarze. A potem życie w świecie wymierzania kar kształtuje nie tylko relacje partnerskie czy rodzinne, ale również szersze, społeczne.
Dorota Zawadzka: – Wywoływaniem takiej debaty prawica niszczy to, co żeśmy przez ostatnie lata zbudowali: podmiotowość dziecka, prawo do autonomii, do tego, żeby je traktować jak pełnowartościowego człowieka. Ile jeszcze będziemy słuchać refrenu „przecież nas też bili i wyrośliśmy na porządnych ludzi”? No nie, jeśli bijesz kolejne pokolenia i nie widzisz w tym nic złego, to raczej nie wyszło ci to na zdrowie. Czasy się zmieniają, wiedza o wychowaniu się zmienia, a my nadal nie uczymy się jako społeczeństwo.
Tu czuję się w obowiązku uderzyć w pierś w imieniu środowiska, bo przez wiele lat psychologowie mówili rodzicom tylko o tym, czego nie wolno; zabraniali, nie podając alternatywy. Ale i to ewoluuje. Tymczasem Łukasz Warzecha pyta cynicznie: „To już nie mogę w nerwach uderzyć dziecka bo zostanę znęcaczem?”. Możesz – ale wiedz, że nie powinieneś. To się zdarza, każdy popełnia błędy – ale walcz z tym, edukuj się, edukuj w miarę możliwości innych. Nie legitymizuj przemocy stwierdzeniami, że to jest metoda wychowawcza oparta na tradycji. Tradycje, które mamy, i na które konserwatyści się powołują, to złe tradycje. Po prostu.

 

Nowy kodeks rodzinny. Odpowiedzialność czy władza?

„Kończący swoją kadencję jako rzecznik praw dziecka Marek Michalak proponuje zmiany w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, a w tym zastąpienie używanego tam pojęcia władzy rodzicielskiej pojęciem odpowiedzialności rodzicielskiej. To byłaby w istocie fatalna rewolucja. (…) Rodzice mają nad dzieckiem władzę, czyli mogą coś nakazać i wyegzekwować wykonanie polecenia, dziecko zaś ma się im podporządkować” – ocenia Łukasz Warzecha.
Nowy projekt kodeksu zrecenzował również (a opinia ta jest zdecydowanie bardziej wiążąca dla resortu Elżbiety Rafalskiej) Konrad Dyrda z Ordo Iuris:
– Wprowadzenie proponowanych rozwiązań może działać niezwykle destrukcyjnie na życie rodzinne. Powodem tego jest silne zaangażowanie dziecka w spory z rodzicami oraz przeniesienie ich na forum państwowe. Jednocześnie prymat przyznano tu niejasno określonej zasadzie „dobra dziecka”. Przeciwstawiono ją jednocześnie „dobru rodziny”, co jest zabiegiem sztucznym, a jego konsekwencją może być pozbawianie rodziny jej funkcji wychowawczych.
Nowy kodeks wydaje się przegraną sprawą.
– Projekt miał kilka niezręczności. Najpierw naraził się kobietom i lewicy, kiedy w pierwotnej wersji mówiło się o penalizowaniu spożywania alkoholu w ciąży, później – po debacie ze środowiskiem kobiecym – z tego zrezygnowano i poprzestano na edukacji i uświadamianiu. Ja osobiście miałam też wątpliwości co do użycia sformułowania „dzieci nienarodzone”. Nie jest przecież rolą rzecznika praw dziecka dekretować, od kiedy „zaczyna się człowiek” – choć człowiek w ustawie o rzeczniku zaczyna się od poczęcia właśnie. Stąd to sformułowanie. Natomiast „odpowiedzialność” jest szerszym pojęciem niż „władza”, ale przede wszystkim lepszym i bezpieczniejszym dla dziecka – uważa Superniania. – Dziecko nie jest niczyją własnością, lecz podlega odpowiedzialności dorosłych. To się nie spodobało.
Rozmowy trwają, zobaczymy, jak wyjdzie. Żyjemy w tak „ciekawych czasach”, że w naszej rzeczywistości politycznej możliwe jest wszystko – komentuje Zawadzka. – Rzecznik sam z siebie nie ma mocy ustawodawczej, może tylko coś zarekomendować. Projekt został zgłoszony do prezydenta i do konsultacji społecznych. Wiele zależy od Andrzeja Dudy. A nuż przyjdzie mu do głowy go poprzeć, tak jak pamiętną sprawę z solariami (teraz są dozwolone od 18 r. ż. – przyp. WK) – to też był pomysł rzecznika, choć wszyscy oklaskiwali go jako prezydencką inicjatywę.

 

Nowy rzecznik praw dziecka. Cywilizacja czy pajdokracja?

Jedną z publikacji Sabiny Zalewskiej, kandydatki PiS na RPD, napisaną dla Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Dorota Zawadzka odgrzebała i upubliczniła na Twitterze. Wywodząca się z katolickich środowisk pedagożka postawiła tezę, iż dążenie lewicy do całkowitego zakazu kar cielesnych jest utopią i jedną z form pajdokracji. Innym jej przejawem – wywodziła kandydatka PiS – jest samo funkcjonowanie urzędu RPD (na który autorka w 2018 kandyduje).
Czy można się spodziewać, że tak jak poprzedni rzecznik, po objęciu stanowiska Zalewska będzie interweniować w niekorzystne dla dzieci wyroki sądów (Marek Michalak w 2015 sprzeciwił się orzeczeniu, które zapadło w Warszawie i uznało klapsa za „jeden ze sposobów wyrażenia władzy rodzicielskiej”?).
Andrzej Gąsiorowski: – Na pewno w takich sprawach rzecznik będzie interweniować rzadziej albo wcale. Mamy już fasadowy Trybunał Konstytucyjny i taką samą Krajową Rade Sądownictwa, za chwilę będziemy mieli fasadowy Sąd Najwyższy. Tak samo będzie z RPD, co do tego nie ma wątpliwości. Na pewno będzie trochę inny klimat. Gorszy.
Z drugiej strony na pewno ci, którzy do tej pory nie dawali klapsów, nie będą chcieli dawać ich nadal. Osobiście nie wierzę w to, że sądy, kuratorzy czy pomoc społeczna są w stanie w takim stopniu zaingerować w rodzinę, aby całkowicie wyeliminować przemoc i kary cielesne jeśli nie ma ku temu woli i przekonania. Są w stanie łagodzić lub ograniczać sytuacje przemocowe. Należy się spodziewać, że kiedy przyjdzie nowy rzecznik i nastąpi zmiana myślenia na tym gruncie, będzie to ograniczane w mniejszym stopniu.
Dorota Zawadzka: – Przyzwolenie władzy czy organów administracyjnych jest kluczowe. Inaczej kształtuje się chociażby społeczeństwo, w którym policja chroni nie tych, co trzeba…
Byłam doradcą odchodzącego rzecznika, który konsekwentnie promował rodzicielstwo bez klapsów. Teraz absolutnie nie idziemy w dobrym kierunku. Pozostaje mieć nadzieję, że nowa pani rzecznik nie myśli tak, jak napisała w swojej pracy. Że pisała o pajdokracji i lewackich fanaberiach, bo takie było konkretne zamówienie. Wreszcie, jak mawiają, „tylko krowa nie zmienia poglądów”.
Bardziej bym się niepokoiła o to, że kwestionowała zasadność istnienia stanowiska, o które się ubiega. I o jej bezkrytyczne podejście do religii, wartości chrześcijańskich, jako jedynych godnych upowszechniania. Niedobrze by było, gdyby nowy RPD miał takie przekonania bo to grozi wylądowaniem w środku kruchty. Formalnie nadal jesteśmy krajem świeckim. Nie mówię, że nowy rzecznik musi koniecznie być lewicowy, ale warto żeby przynajmniej widział obie strony.

 

Nowelizacja ustawy. Przemoc czy konflikt?

Wirtualna Polska alarmuje: w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki społecznej trwają ciche prace nad nowelą Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Z obecnego zapisu o treści: „jednorazowe albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie naruszające prawa lub dobra osobiste” przewiduje się wykreślenie słowa „jednorazowe”. Inne niepokojące zmiany, o których szepczą dziennikarze to możliwość wglądu sprawców przemocy w Niebieską Kartę jeszcze przed postawieniem zarzutów, odejście od możliwości odebrania dziecka rodzicom przez służby, a także zmiana definicji przemocy (nie będzie już „przemocy w rodzinie”, bo takie sformułowanie godzi w jej integralność). Z prac wyłączony został Marek Michalak. Ale o nich słyszał:
– Kierunek tych zmian nie zmierza do zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom w przypadku zagrożenia przemocą. Jeśli tylko zmiany przepisów wyżej wymienionej ustawy zostaną przedstawione do konsultacji, poddamy je szczegółowej analizie.
Na etapie anonimowych doniesień można było podejrzewać dziennikarską nadwrażliwość. Ale niepokojące sygnały się potwierdzają.
Superniania: – Owszem, mamy przecieki, że rząd chce się wycofać z konwencji antyprzemocowej; że nie będziemy mogli mówić o „przemocy w rodzinie”, bo to jest jej „patologizowanie”. Będziemy mogli mówić albo o przemocy „domowej”, albo o „konfliktach” – co jest absurdem, bo konflikt zakłada pewną równowagę, a między dzieckiem i rodzicem nie ma tej równowagi, jest typowa relacja władzy. Tam nie ma konfliktu, jest przemoc! Ale tak, są takie pomysły.
Przypominam mojej rozmówczyni wypowiedź Mateusza Morawieckiego o tym, że do przemocy częściej dochodzi w związkach nieformalnych.
– To typowa prawicowa manipulacja – słyszę. – Bazująca na tym, że w ogóle dziś jest więcej konkubinatów, a mniej małżeństw, bo ludzie się po prostu nie pobierają. Ta przemoc jest wszędzie, w związkach takich i siakich, ale już można ze spokojem sumienia obwieścić, że korzenie zła tkwią w konkubinatach. W podobny sposób manipulowano osiem lat temu, kiedy forsowaliśmy w Sejmie tę obowiązującą ustawę. Prawica przyprowadziła wtedy taką Szwedkę, która założyła sobie jakieś mikrostowarzyszenie (chodziło o Ruby Harrold-Claesson ze „Skandynawskiego Komitetu Praw Człowieka” – przyp. WK). Ta kobieta w rzeczywistości była no-namem, ale przedstawiano ją jako chodzący dowód na to, że postępowa Szwecja wycofuje się z zakazu klapsów i teraz będzie można bić dzieci. Oczywiście, i u nich istnieje grupa radykalnych posłów, która takie hasła czasem pokrzykuje, ale na tej samej zasadzie, co nasz Korwin.

 

Szarpał, ale nie bił

Administracyjny glejt na przemoc uderzy nie tylko w dzieci. Również w kobiety. Ogólnie – w słabszych.
Sąd umorzył postępowanie karne wobec posła Łukasza Zbonikowskiego, uznając, że szkodliwość społeczna czynu była znikoma. Odebranie telefonu żonie, by nie mogła go nagrywać – szkodliwość żadna. A szkodliwość publicznych stwierdzeń, takich jak „ładna, żeby seks nie był przymusem. Niewysoka, z płaską głową, żeby można było na niej postawić szklankę z piwem. Do tego posłuszna, inteligentna i w miarę majętna. Powinna być katoliczką – by wiedziała, gdzie jej miejsce. Dobrze, aby była naiwna, bo uwierzy w co trzeba”?
– Do tej pory polskie sądy całkiem nieźle radziły sobie ze sprawami o przemoc. Nie chciałbym na tym przykładzie przesądzać o jakimś procesowym trendzie – mówi Andrzej Gąsiorowski. – Taką zmianę będzie można ocenić po dwóch, trzech latach działania „nowego” systemu sądownictwa. Ale tak jak mówiłem wcześniej, wyrok sądu może eliminować skutki, nie przyczyny przemocy. Procedury naprawcze są w znacznej mierze fikcyjne. Jeśli baza jest zła, to nadbudowa w postaci wyroków czy magicznych zapisów w konwencjach niewiele zmieni. Co jest bazą? Bardzo często nadal uzależnienie ekonomiczne. Bogate kobiety rozwiązują problem przemocy przez kupienie bądź wynajęcie mieszkania i odizolowanie się od partnera.
Na pewno dziś opinia publiczna jest na takie historie bardziej znieczulona. Żyjemy w stanie pełzającej moralnej anomii. Jeszcze 15 lat temu ostracyzm społeczny nie pozwoliłby pełnić funkcji politykowi, który miałby zarzut znęcania się nad żoną. Ale kapitalizm tak ludzi wyniszczył, że myślą tylko o tym jak iść do pracy i po tej pracy odpocząć. A jakiegoś tam posła odbierają w charakterze sensacji. Tak nie powinno być, ale tak jest.

 

Zróbmy coś.

Ale co?
Zawadzka: – Marzy mi się, żeby temat dzieciństwa bez przemocy podjęli dziennikarze. Ale nie feministyczni, lewicowi, czy ci z Krytyki Politycznej. Tacy piszący do kolorowych gazetek za złoty pięćdziesiąt, które się pochłania w autobusie czy pociągu. Na stronie biura RPD znajduje się kapitalna kampania: filmik z babcią, która tłumaczy innym staruszkom: „Kiedyś to się dzieci biło… ale to nie było dobre”. Jednak problem z nawet najlepszą kampanią społeczną jest zawsze taki, że dociera do już przekonanych albo nie wychodzi szerzej poza krąg specjalistów. Tu potrzeba wyjścia do masowego odbiorcy, do starszych ludzi, do tego rolnika, z którego śmiał się „Fakt”, że głosował na Prawo i Sprawiedliwość.
Gąsiorowski: – Wszystkie narzędzia, którymi dysponuje dziś państwo, mądrze używane będą przyzwoicie spełniać swoją rolę. Naprawdę wartościową inicjatywą przynoszącą rodzinom korzyści jest wprowadzenie instytucji asystenta rodziny. To jest realny ukłon w stronę „podstawowej komórki społecznej”. Tam, gdzie rodzice są niewydolni wychowawczo, asystent podsuwa rozwiązania pozbawione elementu przemocy. To trochę taki edukator pierwszego kontaktu. Niestety przy instytucjonalnym przyzwoleniu na przemocowe zachowania (jak ten absolutnie obrzydliwy gest Beaty Szydło gratulującej radnym Zakopanego), ich głos może się zamienić w głos wołającego na puszczy.

Płoną góry, płoną śmieci

W przedwieczornej mgle. A dyrektor sortowni śmieci w Olsztynie oświadcza, że płoną „bo 500 plus”.

 

Jak szła ta piosenka Młynarskiego? „Bo kto na co dzień żyje w cyrku, temu cyrkiem zdaje się normalne życie”?
Od miesiąca media donoszą o coraz to nowych pożarach wysypisk – legalnych i nielegalnych. W 2017 roku spłonęło ich 37, w 2018 – prawie 70. Tak mówią statystyki z Ministerstwa Środowiska. Dwa najbardziej spektakularne pożary to Zgierz pod Łodzią (tzw. wulkan „Zgiezuwiusz”) i właśnie Olsztyn. Dyrektor Zakładu Gospodarowania Odpadami Komunalnymi w Olsztynie Marek Bryszewski, oświadczył natomiast podczas sesji rady miasta, omawiając przyczyny wybuchu ognia 24 maja w nocy: winne jest 500 plus! Jego beneficjenci masowo wymieniają meble. A stare palą. To oni rujnują polski recycling i zatruwają atmosferę!
– Meble zalegają plac, gdyż non stop są dowożone; jest to efekt programu Rodzina 500+. Póki nie będzie zorganizowanej selektywnej zbiórki odpadów, z takimi sytuacjami musimy się liczyć – stwierdził, zaznaczając, że samozapłon mógł zostać spowodowany przez reakcję baterii z laptopa bądź butli z gazem, którą ponoć znaleziono na pogorzelisku.
Akcja gaśnicza na terenie ZGOK w Olsztynie trwała 16 godzin. Spłoną miało 900 ton mebli składowanych na placu należącym do zakładu, ale radni miejscy pozostali sceptyczni wobec teorii lansowanej przez Bryszewskiego. Przypomnieli argument dziennikarzy portalu debata.olsztyn.pl: na placu znajdowało się również 1,5 tys. ton odpadów wielkogabarytowych, które zalegały tam na stałe.
Teoria spiskowa lansowana przez szefa ZGOK obiegła internet i stała się żartem sezonu. Ale tak najzupełniej szczerze, jest dość ordynarnym szukaniem kozła ofiarnego i manipulacyjnym przekierowywaniem gniewu społecznego na rodziny, korzystające z pomocy rządu. Nie znaczy to oczywiście, że problemu nie ma – Polacy palą śmieciami, nierzadko toksycznymi.
W Polsce rocznie średnio produkuje się 58 mln m3 odpadów komunalnych. I służą one jako materiał opałowy, nie ma co się oszukiwać. Szczególnie niebezpieczne dla zdrowia jest wdychanie tego, co wytwarza się ze spalania plastikowych butelek, folii i otoczek kabli. Raport Komisji Europejskiej nie pozostawia złudzeń: co roku na choroby wywołane złym stanem powietrza umiera 28 tys. Polaków.
– Generalnie ta wypowiedź miała odwrócić uwagę od problemu i przekierować dyskusję na nieco inne tory – stwierdził Andrzej Gąsiorowski, adwokat i autor bloga poświęconego przyrodzie – Jakaś część prawdy w tym jest. Rzeczywiście słyszy się, że rodziny, które otrzymują świadczenie wymieniają sobie w domach meble, ale nawet gdybyśmy mówili o „paleniu nimi” na ogromną skalę, to nadal nie jest trujące w tym stopniu, co spalanie plastików, kabli, czy innych opon. Dwa takie pożary wysypisk z odpadami z tworzyw sztucznych przynosi tak szkodliwe skutki jak kilka ładnych lat ekspozycji na smog – bez porównania…
Mój rozmówca był oburzony bezczynnością polskich służb w ostatnich miesiącach, kiedy płonęły składowiska śmieci.
– To jest państwowa afera, w moim przekonaniu dużo większa niż rozdmuchana awantura o Amber Gold. Dlaczego nasze państwo nic z tym nie robi? Dlaczego rząd nadal jest zainteresowany tylko tym, żeby spływały pieniądze na polityków, ich wyborców i beneficjentów ich programów, a problemy, które dotyczą wszystkich Polaków bez wyjątku, ma w nosie?
Mateusz Morawiecki dwa tygodnie temu zapowiedział, że wprowadzi odpowiednie „rozwiązania legislacyjne”… w ciągu dwóch tygodni. Niecierpliwie czekają na nie Polacy, nie tylko ci pobierający 500 plus.