Pacjenci skazywani na śmierć przez rząd PiS

Polska staje się coraz gorszym miejscem do życia, a zwłaszcza do chorowania. Jedyna pociecha jest taka, że pod rządami obecnej ekipy chorzy nie muszą się zbyt długo długo męczyć.

Coraz dotkliwsze skutki przynosi polityka Prawa i Sprawiedliwości, zagrażająca życiu i zdrowiu Polaków.
Poczynania liderów PiS doprowadziły już do spadku liczby narodzin, skrócenia długości życia, wzrostu śmiertelności, rozszerzenia obszaru skrajnej biedy. To niemałe osiągnięcia jak na zaledwie 3,5 roku rządzenia.
Ekipa rządząca robi oszczędności na zdrowiu Polaków oraz wykazuje całkowitą obojętność na zły stan opieki medycznej w naszym kraju (zgodnie z zasadą: rząd się wyleczy). Dzieje się coraz gorzej, co pokazują choćby niedawne ustalenia Najwyższej Izby Kontroli.

Ratujemy dzieci – ale tylko poczęte

Wymierzone w społeczeństwo działania PiS-owskiego rządu, doprowadziły właśnie do kolejnej, złowrogiej sytuacji, godzącej w życie i zdrowie ludności Polski. Lawinowo nasiliły się bowiem braki leków w aptekach.
Rząd PiS już niejednokrotnie nie godził się na refundowanie rozmaitych leków, niezbędnych zwłaszcza w leczeniu onkologicznym, skazując w ten sposób na śmierć mniej zamożnych pacjentów.
Szczególnie drastycznym przykładem była tegoroczna odmowa refundowania leku pomagającego utrzymać przy życiu wcześniaki. Ministerstwo Zdrowia nie godziło się na refundację tego leku, wyjaśniając, że czyni to z powodów ekonomicznych. Gdyby bowiem zaczęto go częściej stosować dla ratowania wcześniaków, oznaczałoby to problemy dla budżetu państwa.
„Rozszerzenie populacji może stanowić znaczne obciążenie budżetu” – tłumaczył resort w oficjalnym stanowisku. Populacja się więc nie rozszerzyła, a Ministerstwo Zdrowia było zadowolone – tym bardziej, że taka linia postępowania jest zgodna z generalnym podejściem, wedle którego ważne jest życie dzieci poczętych, a nie tych już urodzonych.
Obecnie rząd poszedł o krok dalej – i spowodował to, że leków po prostu nie ma.
„Brak dostępu do podstawowych produktów leczniczych przybiera dramatyczne rozmiary” – alarmuje Naczelna Izba Aptekarska.
Nie jest to jednak nowa sytuacja. Już od miesięcy Izba otrzymywała wiele sygnałów, wskazujących na brak dostępności do produktów leczniczych, przede wszystkim wydawanych na podstawie recepty w aptekach ogólnodostępnych.

Widzą problem i nic nie robią

Sam problem jest znany od paru lat. Od początku rządów PiS zaczął się w Polsce nasilać proceder nielegalnego wywozu leków za granicę.
PiS-owska ekipa rządząca doskonale o tym wiedziała, ale z niewiadomych przyczyn (przyjmijmy łagodniejszą wersję: że tylko z powodu swej nieudolności i lenistwa) – nie robiła nic, aby temu zapobiec.
Jak informują farmaceuci, w aptekach brakuje leków stosowanych w takich chorobach jak: cukrzyca, nadciśnienie, choroby tarczycy, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, alergia. Początkowo problem dotyczył niemal wyłącznie drogich leków oryginalnych, jednakże od pewnego czasu zaczyna również brakować popularnych leków generycznych, zamienników.
Naczelna Izba Aptekarska wystosowała do Ministra Zdrowia apel o podjęcie pilnych działań, mających na celu „wyeliminowanie zaistniałego problemu braku dostępności do produktów leczniczych dla pacjentów”. NIA wskazuje, że każdy z brakujących leków jest stosowany nawet i przez setki tysięcy chorych.
Co gorsza, farmaceuci szpitalni informują, że i w szpitalach brakuje lekarstw, w tym, co szczególnie dotkliwe, niezbędnych leków onkologicznych. Lekarze rozkładają ręce, bo są przecież bezradni.
W poszukiwaniu niezbędnych lekarstw Polacy zaczynają wyjeżdzać do Niemiec. Tam leków nie brakuje, ale kosztują nawet i dziesięć razy drożej niż w naszym kraju.
Z punktu widzenia rządzących takie wyjazdy są jednak korzystne, bo w ten sposób wydawane są prywatne zasoby chorych – a nie pieniądze budżetowe, które są potrzebne na inne cele (np. na muzea Żołnierzy Wyklętych) niż zakupy koniecznych medykamentów.

Rząd mówi: Chin wina

Rząd odpowiedzialnością a brak leków w Polsce obarcza… Chiny – i tłumaczy, że w Państwie Środka w kilku wytwórniach ograniczono produkcję różnych substancji czynnych, które są podstawą każdego leku. Dlatego tych leków u nas nie ma.
To tłumaczenie jest oczywistą lipą. Wszystkie koncerny farmaceutyczne zaopatrują się w substancje czynne z Chin – ale w innych krajach lekarstw jakoś nie zabrakło. W rzeczywistości brak leków w Polsce jest spowodowany świadomą polityką rządu PiS, który robi oszczędności na naszym zdrowiu.
Naczelna Izba Aptekarska policzyła, że dziś prawie pół tysiąca produktów leczniczych w Polsce jest „niedostępnych dla pacjentów”. W tej grupie jest około 300 leków, które podczas rządów PiS są stale zagrożone brakiem dostępności.
Aptekarze próbują ratować sytuację – i zdrowie chorych – poprzez sprzedawanie zamienników, ale i ich zaczyna brakować. Zwłaszcza, że pacjenci, powodowani uzasadnionym niepokojem, zaczynają robić zapasy
medykamentów.
„W ocenie Naczelnej Rady Aptekarskiej sytuacja pogarsza się z dnia na dzień” – stwierdza Naczelna Izba Aptekarska.

Propaganda sukcesu was wyleczy

Jaka jest reakcja obecnej władzy na tę sytuację?. Taka jak zawsze. PiS-owskie media (tzw. „publiczne”) w ramach swej propagandy sukcesu poinformowały, że problem jest już rozwiązany.
To doskonała recepta na wszelkie kłopoty – skoro propaganda rządowa oświadcza, że problem jest rozwiązany, znaczy to,
że go nie ma.
Pacjenci w aptekach wprawdzie tego nie zauważają – ale nie od dziś rozumieją, że teraz w Polsce liczy się rzeczywistość magiczna przedstawiana przez rządowe media, a nie ta codzienna, jaką widzą oni na własne oczy.

Aptekarz nie lekarz

Polskie apteki mogłyby świadczyć dodatkowe usługi na rzecz pacjentów,
ale brakuje do tego woli, przepisów oraz pieniędzy.

Ci, którzy mieli okazję kupować coś w aptece w Wielkiej Brytanii, zapewne zauważyli pewne różnice w obsłudze i podejściu do klienta, w porównaniu z apteką w naszym kraju.
Czego zatem nie dowiemy się od polskiego farmaceuty – a od angielskiego już tak? Spróbował to ustalić newsrm.tv

Pod szerszą opieką

Realia brytyjskiej opieki farmaceutycznej zna Kinga Stojek, kierownik apteki w Londynie. Jak mówi, apteki w Wielkiej Brytanii oferują szereg usług farmaceutycznych, zaadresowanych do pacjenta. Ich lista jest ustalana w porozumieniu z NHS, czyli systemem służby zdrowia na Wyspach i finansowana głównie ze środków publicznych i polis zdrowotnych – choć czasem dodatkowo także i z prywatnych portfeli klientów.
W Wielkiej Brytanii farmaceuta to oczywiście człowiek sprzedający leki w aptece – ale nie tylko. Jego rola wykracza poza tę usługę. Zadaniem farmaceuty jest bycie opiekunem pacjenta – czyli osobą, do której w każdej chwili można się zwrócić o poradę w zakresie różnych aspektów choroby czy nawet drobnych dolegliwości.
Jakie są to dokładnie porady? Według Kingi Stojek, bardzo istotnym segmentem pracy brytyjskiego farmaceuty jest tzw. MUR, czyli przegląd leków pacjenta, konsultacje z nim i rozmowa o skutkach ubocznych przyjmowanych medykamentów.
Taka konwersacja, prowadzona w sposób nieskrępowany, możliwa jest z bardzo prostej przyczyny – 90 proc. aptek angielskich wyposażonych jest w specjalny pokój konsultacyjny.
Oczywiście, w polskiej aptece także każdy klient może zapytać farmaceutę o sugerowany przez niego lek na jakąś dolegliwość i bez problemu dowie się o ewentualnych skutkach ubocznych. Siłą rzeczy, nie będą to jednak rozmowy tak wyczerpujące jak te, które prowadzi się w gabinecie lekarskim – lub w pokoju konsultacyjnym angielskiej apteki.
Unikalny, w porównaniu z naszym krajem charakter, ma natomiast typowy dla służby farmaceutycznej na Wyspach program NMS.
Jest to opieka farmaceuty, prowadzona przez 3-4 tygodnie po zapisaniu choremu nowego, długoterminowego leku przez lekarza. Często korzystają z programu NMS na przykład pacjenci chorzy na cukrzycę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, astmę, zaburzenia krzepnięcia krwi czy nadciśnienie tętnicze. Rolą farmaceuty jest zwłaszcza monitorowanie – i niwelowanie – ewentualnych skutków ubocznych nowego leku.

Skierowanie do farmaceuty

Charakterystyczną dla Wielkiej Brytanii usługą jest także infolinia medyczna 111. Pacjenci, którzy w nagłej sprawie zadzwonią pod ten numer, są wysłuchani przez przeszkolony personel, po czym kierowani do apteki, lekarza ogólnego lub do szpitala.
Apteka wchodzi w grę oczywiście w niezbyt ciężkich przypadkach. Jeśli więc, zdaniem konsultanta na infolinii, pacjent powinien udać się po pomoc do apteki, pracownicy tej apteki, którą wskaże telefonujący, dostaną powiadomienie mailowe, by byli przygotowani na przeprowadzenie konsultacji medycznych z taką osobą.
W Polsce podobny system działa nieformalnie, bez żadnej infolinii. Każdy chory może pójść do apteki i powiedzieć: boli mnie to i to, proszę mi coś zapisać. Nie ma jednak gwarancji, czy zawsze otrzyma fachową poradę. W brytyjskich aptekach można także uzyskać poradę na przykład co do diety czy sposobów rzucenia palenia, zmierzyć sobie ciśnienie, dokonać przeglądu domowej apteczki i zdać leki, których termin ważności upłynął.
To samo można zrobić i w polskich aptekach, z jedną znaczącą różnicą – czyli mierzeniem ciśnienia. Teoretycznie, jest to usługa bezpłatna, która mogłaby być bez problemu dostępna w aptekach w naszym kraju.
W praktyce jednak, w polskich aptekach nie ma ogólnodostępnych ciśnieniomierzy dla pacjentów. Na mocy wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2015 r., niedozwolone jest zaś, aby takich pomiarów dokonywali pracownicy aptek, a co gorsza, by zawiadamiali powszechnie, że to robią. Jest to bowiem traktowane jako nielegalna reklama, polegająca na wyróżnianiu się niektórych aptek za pomocą dodatkowych usług.
Oczywiście, nie byłoby nielegalnej reklamy, gdyby apteka nie informowała o możliwości zmierzenia ciśnienia, lecz jedynie wykonywała bezpłatnie tę usługę, na wyraźne zapytanie i życzenie klientów. Tym jednak polscy aptekarze akurat nie są zainteresowani.
Można by też teoretycznie wprowadzić obowiązek bezpłatnego mierzenia ciśnienia przez wszystkie apteki w naszym kraju. Nikomu jednak na tym specjalnie nie zależy, a poza tym wielu aptekarzy na pewno zaprotestowałoby przeciw nakładaniu na nich takiego, dodatkowego obowiązku.

Zaszczep się w aptece

– Apteki brytyjskie prowadzą również sezonowe szczepienia – mówi Kinga Stojek, z czego wynika, że w praktyce są one jakby mini przychodniami medycznymi. Za wszystkie te dodatkowe usługi apteczne, pacjent w Wielkiej Brytanii nie ponosi żadnych, dodatkowych kosztów. Są one tam wpisane w filozofię działania aptek.
Gdyby nawet farmaceuci w Polsce rzeczywiście chcieli świadomie uczestniczyć w procesie leczenia pacjenta, to nie mają takiej możliwości prawnej. Nie są przecież lekarzami. Nie wszyscy farmaceuci zgadzają się z takimi ograniczeniami.
Karolina Banasiak, kierownik apteki w Warszawie, mówi: – Obecnie opieka farmaceutyczna nie jest prowadzona w takim wymiarze, jakbyśmy chcieli. Nie mamy możliwości dokonywania podstawowych pomiarów, typu ciśnienie krwi, glikemii, poziomu cholesterolu czy spokojnego udzielenia instruktażu jak korzystać ze sprzętów medycznych. Mamy nadzieję, że to się zmieni, bo chcielibyśmy w pełni uczestniczyć w procesie leczenia pacjentów. Włączenie farmaceuty jest niezwykle istotne, przede wszystkim, dla pacjenta – mielibyśmy możliwość konsultacji i udzielenia porad co do sposobu i pory stosowania leków. Na pewno przeniosłoby się to na zdecydowanie lepsze efekty kuracji w przypadku pacjentów.
Karolina Banasiak uważa, że można zacząć od małych kroków – dowóz leków, możliwość przedłużenia recept na leki przyjmowane na stałe i przegląd branych przez pacjenta leków. Taka opieka farmaceutyczna byłaby niezwykle potrzebna w przyszłości, co farmaceuci widzą w codziennych kontaktach z pacjentami.
Pytanie jednak, kto miałby za to płacić? Na pewno nie zechcą tego robić klienci aptek, a tym bardziej sami farmaceuci. Na trzeszczący w szwach budżet ochrony zdrowia także nie można liczyć.

Nie ma konsensusu i kasy

Czy więc nasz kraj ma szanse by zbliżyć się do standardów brytyjskich? Zapytany o to Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych mówi: – W Polsce farmaceuci robią co mogą w ramach swoich kompetencji, ale zinstytucjonalizowana opieka farmaceutyczna w naszym kraju nie funkcjonuje. O niej się dużo mówi, prowadzone są coraz to nowe dyskusje, ale niestety od lat ta kwestia nie może ruszyć z poziomu ministerialnego. Wydaje się, że brakuje konsensu środowiska – część korporacji aptekarskich zdaje się utrzymywać tę sytuację na takim poziomie.
Trzeba też zauważyć, że możliwość dodatkowej opieki farmaceutycznej bardzo blokuje wspomniany zakaz reklamy aptek, który w praktyce przekształcił się w jakikolwiek zakaz informowania pacjentach o usługach aptekarskich.
Były przypadki, gdy właściciele aptek byli karani za to, że wywieszali kartki z informacją o tym, że w ich zakładzie można zmierzyć sobie ciśnienie, wypożyczyć jakieś urządzenie czy w osobnym pokoju odbyć rozmowę z aptekarzem.
Na przeszkodzie wprowadzenia szerszej opieki farmaceutycznej w Polsce stoi również nadmierna ochrona danych osobowych czy brak opracowanych schematów postępowania. Ponadto, nie istnieją programy wspomagające prowadzenie usług przez aptekarzy.
Mówiąc dokładniej, jest jeden – to instruktażowy program Uniwersytetu Jagiellońskiego FONTIC: Farmaceutyczna Opieka w Nadciśnieniu Tętniczym i Cukrzycy typu drugiego. Nie funkcjonuje jednak żaden organ, który mógłby doprowadzić do wdrożenia go. Brakuje też możliwości jakiejkolwiek koordynacji działań związanych z opieką farmaceutyczną, nie ma systemu akredytacyjnego dla aptek i farmaceutów pragnących świadczyć dodatkowe usługi.
Ciągle nie ma ustawy o zawodzie aptekarza, co utrudnia dokładne sprecyzowanie relacji pacjent-farmaceuta-lekarz. A przede wszystkim zaś, nie ma i nie będzie
na to pieniędzy.

Podpisz apel

Przeciwko klauzuli sumienia w aptekach.

Ani farmaceuci, ani apteki nie mają prawa odmawiać wydania środków antykoncepcyjnych ze względów sumienia. Mimo to coraz częściej dochodzi do łamania prawa poprzez nierealizowanie recept na tabletki/ plastry (z których korzysta ok. 25% kobiet). Poza kontrolą powstają sieci aptek bez antykoncepcji. Trwają prace nad złożonym w Sejmie projektem ustawy, który zwalnia farmaceutów i właścicieli aptek z obowiązku wydania i nawet posiadania leków niezgodnych z ich sumieniem. To zaś doprowadzi do zmniejszenia faktycznej dostępności antykoncepcji, w tym awaryjnej, naruszając wiele wolności i praw obywatelskich.

***
Szanowny Panie Ministrze! Szanowna Komisjo ds. Petycji!
W odniesieniu do projektu nowelizacji Prawa farmaceutycznego apelujemy o niewprowadzanie klauzuli sumienia dla farmaceutów i właścicieli aptek.
Powoływanie się przez farmaceutów na „klauzulę sumienia” pozostaje w sprzeczności z obowiązującym prawem i może prowadzić do ograniczenia praw pacjenta do świadczeń zdrowotnych. Przeciwko instytucjonalizacji klauzuli sumienia dla farmaceutów przemawiają takie wartości jak bezpieczeństwo publiczne, ochrona zdrowia, prawo do prywatności, wolność wyznania lub braku wyznania, czyli wartości również chronione przez Konstytucję.
Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że tak długo, jak sprzedaż środków antykoncepcyjnych jest legalna, dostępna na podstawie recepty wystawionej przez lekarza, a preparaty te możliwe są do nabycia jedynie w aptece, farmaceuci nie mają prawa narzucać innym swoich przekonań moralnych, odmawiając sprzedaży leku. Takie stanowisko podzielają Rzecznik Praw Obywatelskich, Główny Inspektor Farmaceutyczny i Komitet Bioetyki PAN.
Konsekwencje zmiany prawa możesz ponieść Ty lub Twoi bliscy. Apel z mocnym poparciem społecznym potrzebny jest teraz, gdyż Komisja ds. Petycji rozpatrująca projekt ustawy autorstwa Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich zwróciła się do Ministra Zdrowia o „kompleksową analizę kwestii wprowadzenia do systemu prawnego klauzuli sumienia dla farmaceutów, sygnalizując potrzebę wprowadzenia takiej możliwości”. Dostęp do antykoncepcji to kwestia ogólnospołeczna – dotyczy ponad połowy naszej populacji. Sankcjonowanie odmów godzi w prawa kobiet i mężczyzn do swobodnego planowania rodziny oraz zmniejsza ochronę przed infekcjami przenoszonymi drogą płciową. Uderza szczególnie w osoby mieszkające w mniejszych miejscowościach, gdzie może nie być alternatywy do aptek stosujących klauzulę sumienia.
Stowarzyszenie pod swoim projektem ustawy zebrało 15 000 podpisów. Zbierzmy więcej w sprzeciwie wobec nieuprawnionych ingerencji w nasze prawa i życie prywatne! Szukaj dokumentu na stronie: naszademokracja.pl

Dlaczego Polacy umierają przed czasem?

„Dobra zmiana” spowodowała, że w naszym kraju brakuje leków. Przez ostatnie lata nikt się tym nie przejmował, a liczba zgonów rosła.

Umieralność Polaków w ostatnich kilku latach wzrosła. W styczniu bieżącego roku zmarło o jedną trzecią osób więcej niż w tym samym miesiącu roku ubiegłego.
W efekcie rosnącej liczby zgonów skróci się być może przeciętna długość życia w Polsce. Obecnie Polacy żyją średnio o trzy lata krócej w porównaniu ze średnią wyliczoną dla Unii Europejskiej.

Nie ma się czym leczyć

W sprawie czynników powodujących obecny wzrost umieralności, nietrudno o zgodę – główną winę ponosi stan zdrowia polskiej ludności. Niepokojąco zły – lecz i pogarszający się w minionych kilku latach.
Przyczyny faktu, że osłabienie kondycji zdrowotnej Polaków nastąpiło tak gwałtownie, jawią się dość niewyraźnie.
Ważne miejsce zajmuje hipoteza, iż winę za zwiększoną umieralność ponosi skokowe pogorszenie jakości powietrza przed kilku laty. Wiele wskazuje na to, że jest to rzeczywiście przyczyna istotna – ale na pewno nie jedyna.
Dramatyczne pogarszanie się stanu zdrowia Polaków należy traktować łącznie z – również dramatyczną i radykalną – zmianą na gorsze, jaką stał się ostatnio, zwłaszcza w ubiegłym roku, katastrofalny brak lekarstw w Polsce. Także leków ratujących życie.

Pora umierać

Już w roku 2016 apteczne zamówienia lekarstw w hurtowniach były realizowane terminowo średnio nie więcej niż w 39 procentach. Po dwóch latach, już tylko 14 procent zamówień miało szanse na normalną realizację. Rok bieżący zapowiada się jeszcze gorzej.
Będzie gorzej zwłaszcza w wyniku decyzji Ministerstwa Zdrowia o wstrzymaniu importu znacznej liczby medykamentów, produkowanych za granicą.
Których leków konkretnie nie będzie się już importowało? – tego trudno się na razie dokładnie dowiedzieć – i ani pacjent, ani lekarz nie bardzo wie, gdzie tych danych poszukiwać.
Również apteki niewiele potrafią powiedzieć na ten temat, a urzędnicy ministerstwa i hurtownie leków udzielają odpowiedzi wyraźnie wykrętnych.
Wydaje się, iż wstrzymanie importu obejmie w znacznej mierze te same leki, których wykaz zamieszcza Obwieszczenie Ministra Zdrowia z dnia 14 stycznia 2019 r.
Figuruje na tej liście 338 „produktów leczniczych i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego”, o których powiedziano tylko tyle, że będą „zagrożone niedostępnością”. Z jakiego powodu będą nią zagrożone i w jakim stopniu, nie wiadomo.
Jak w tej sytuacji ratować zdrowie i życie ludzi, którzy czasami bez tych brakujących specyfików nie mogą się obejść, żadne ministerialne obwieszczenie nie informuje.

Brakuje i będzie brakować

Z wyrywkowych na razie informacji, można wywnioskować, że ministerialna blokada importu dotyczy niemałej liczby leków, także tych koniecznych do ratowania życia.
Między innymi, zaprzestaje się importu preparatów na bazie gamma-globuliny, zdolnych przedłużyć życie nawet o kilkadziesiąt lat, człowiekowi choremu na przykład na białaczkę limfatyczną – umożliwiając mu normalną egzystencję i pracę.
Jeszcze w 2018 r. można było taki preparat dostać w polskich aptekach bez trudu, choć już kosztował bardzo dużo. W roku obecnym, kiedy gamma-globulina stała się już zupełnie niedostępna, zdany na nią człowiek niezamożny musi się liczyć z rychłą śmiercią.
Istnieje niebezpieczeństwo, że coraz więcej osób umrze także w wyniku ograniczeń w dostępności insuliny, leków na chorobę Parkinsona, onkologicznych, przeciwzakrzepowych.
Brakuje w Polsce nawet penicyliny benzatynowej, jedynego skutecznego środka do leczenia kiły nabytej i wrodzonej, na którą zapadalność znowu rośnie, i to podobno dramatycznie. Brak tego antybiotyku w roku 2019 wynika z faktu, że 12 stycznia także i jego import został wstrzymany.

Tylko dla wybranych

Wbrew pozorom, położenia chorych potrzebujących zagranicznych leków, nie poprawi tak zwany import docelowy.
Jest to, istniejąca już od dość dawna regulacja, która pozwala lekarzowi składać w Departamencie Polityki Lekowej Ministerstwa Zdrowia, odpowiednie zapotrzebowanie na leki dla wybranych chorych, potwierdzone pisemnie przez konsultanta z danej dziedziny medycyny.
Informacje o zakresie skuteczności tych procedur są wszakże tak skąpe i niepewne, iż wśród większości lekarzy i pacjentów przyjęła się opinia o fikcyjnym lub prawie fikcyjnym charakterze tej drogi: panuje przekonanie, że w rzeczywistości korzystają z niej co najwyżej niektórzy chorzy, leczeni długoterminowo w szpitalu.
Czasochłonne biurokratyczne procedury w połączeniu z opieszałym działaniem urzędników sprawiają, że przy najlepszej choćby woli lekarzy nie są oni w stanie pomóc w ten sposób znaczniejszej liczbie pacjentów.
Innych możliwości jednak nie ma, gdyż ze względu na zawrotnie wysokie ceny leków w hurtowniach zachodnich, prywatny ich import nie wchodzi praktycznie w grę. Pominąwszy, rzecz jasna, ludzi majętnych lub zaprzyjaźnionych z majętnymi.
Dla przykładu, jedna ampułka Privigenu, czyli 100 gramów wspomnianej gamma-globuliny, kosztuje w aptece niemieckiej prawie tysiąc euro.
Jeśli zważymy, że niejeden chory, by się nie pożegnać z życiem przedwcześnie w dłuższych lub krótszych mękach, potrzebuje rocznie 10 do 12 takich ampułek, nie zdziwimy się, iż takich chorych takich opanowuje czasem rozpacz. Samopoczucie bliskich, którzy nie potrafili się dorobić odpowiedniego majątku, by chorego, będącego w takim położeniu, móc finansowo wspomóc i uratować, jest nietrudne do odgadnięcia. Także dla wielu polskich lekarzy jest to stan rzeczy przyprawiający o głęboką frustrację.

Rząd umywa ręce

Wielką szkodę pacjentom – i lekarzom poszukującym brakujących leków – przynosi też dezinformacja. W szczególności, chodzi o nieprawdziwe informacje hurtowników o medykamentach, rzekomo w handlu dostępnych, a w rzeczywistości zeń wycofanych. Nie pomagają też wymijające i pokrętne odpowiedzi, których udziela Ministerstwo Zdrowia.
Sporo złudnych nadziei stworzyły wyjaśnienia, szukające przyczyn braku leków w aptekach i hurtowniach.
Najpierw pojawiały się, usprawiedliwiające rząd i polityków, rewelacje o zawiązanej przez polskich aptekarzy i hurtowników wielkiej mafii lekowej, która co cenniejsze leki w przemyślny sposób kradnie dla ich zyskownego sprzedawania zagranicą.
Następnie – w pierwszych miesiącach 2018 r. i później – rządowe media ogłaszały triumfalne doniesienia o rozbiciu polskiej mafii lekowej, dzięki czemu „leki wracają do aptek!”. A o wszystkich tych odkryciach i sukcesach władz, Polak dowiadywał się właśnie w czasie, w którym władze te pracowały pilnie nad kolejną blokadą importu, skracającą nasze życie. Nad blokadą importu także tych leków, które ratują życie.
Trudno nie zapytać: jaki jest główny powód tej tragicznej sytuacji? Tego dramatycznego braku leków, jak i ogólnego niedorozwoju opieki medycznej w Polsce?
Niezwykle ważne są tu przyczyny systemowe. Należy do nich przede wszystkim bezradność oszukiwanej ludności wobec egoizmu i wszechwładzy polityków oraz władz państwowych. Ale chodzi także o słabość państwa, które nie potrafi zorganizować w miarę sprawnego systemu zaopatrywania aptek w medykamenty. Słabość również i w stosunku do kapitału, który jest ze swej natury nastawiony na wyzysk – i ma inne priorytety, niż angażowanie się w normalizację sytuacji na polskim rynku leków.
Wygląda na to, że poziom umieralności w Polsce jest w niemałym stopniu zależny od moralności społecznej, współtworzącej obecny system.

Niby dużo, a wciąż brak

Ciągle nie ma ZSOMPL, wprawdzie lepiej działa ZORZ, ale co z tego. Jak żyć, panie Ministrze Zdrowia?

Rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrosti ma obecnie wartość odpowiadającą około 1 proc. naszego PKB, co czyni go największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej.
Całkowita wartość krajowego rynku farmaceutycznego (apteczny, szpitalny oraz sprzedaże wysyłkowe e-aptek) wynosiła w: 2017 r. – 33,3 mld zł, w 2016r. – 31,7 mld zł, 2015 r. – 29,8 mld zł. Według firmy badawczej PMR rynek sprzedaży aptecznej będzie rósł i w 2021 r. osiągnie ok. 39,6 mld zł.

Pełno ich – a jakby nie było

To na pozór olbrzymia masa medykamentów. Jednak w wyniku wprowadzenia w 2012 r. urzędowych cen produktów leczniczych refundowanych, oraz ich znacznej obniżki w Polsce po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej, eksport niektórych grup leków stał się bardzo dochodowym przedsięwzięciem.
Rosnąca skala dotowanego przez budżet eksportu doprowadziła w wielu przypadkach do braku leków w aptekach. Konsekwencją niekontrolowanego wywozu refundowanych produktów leczniczych, przy wykorzystaniu nielegalnego mechanizmu odwróconego łańcucha dystrybucji, były braki w pełnym dostępie do leków ratujących zdrowie lub życie.
Zauważyła to i Komisja Europejska, która uznała, iż brak odpowiednich i ciągłych dostaw do aptek produktów leczniczych stanowi poważny i rosnący problem, który pojawił się w ostatnich latach w niektórych państwach członkowskich. Może on mieć poważny wpływ na leczenie pacjentów. Komisja przyznała, że ten „handel równoległy” lekami może być jednym z powodów wystąpienia niedoborów wielu produktów leczniczych.
Zauważyć to wszakże jedno, a zaradzić – drugie. Polskie organy Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej nie dysponowały wystarczająco skutecznymi instrumentami przeciwdziałania tym nielegalnym praktykom. Dotyczy to zwłaszcza niekontrolowanego wywozu leków za granicę w ramach odwróconego łańcucha dystrybucji.
Łączna wartość produktów leczniczych sprzedawanych do krajów UE wynosi 3,5 mld złotych, a według szacunkowych danych, aż 57 proc. tych leków jest wyprowadzanych z kraju nielegalnie.
Mimo to, Minister Zdrowia opieszale prowadził prace nad nowelizacją prawa farmaceutycznego. Mnie więcej wiadomo, co należy zrobić. Chodzi o zakaz jednoczesnego prowadzenia przez jednego przedsiębiorcę kilku rodzajów działalności gospodarczej, w zakresie której może on nabywać produkty lecznicze, zmianę kryteriów zatrudniania inspektorów w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, obowiązek składania oświadczeń o braku konfliktu interesów.

Program jest ale nie działa

W znowelizowanych przepisach ustawy Prawo farmaceutyczne, wprowadzonych tzw. ustawą antywywozową założono, że wszyscy uczestnicy łańcucha dystrybucji leków począwszy od producenta, poprzez hurtownie i apteki, są zobowiązani do regularnego raportowania stanów magazynowych oraz wielkości sprzedaży leków. Ma to pozwolić na ograniczenie nielegalnego eksportu – ale na razie skutków brak.
Prace nad programem który to umożliwiał, czyli Zintegrowanym Systemem Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi trwały od 2012 r. Pomimo wejścia w życie od 1 stycznia 2017 r. obowiązku przekazywania informacji o obrocie produktami leczniczymi, w dalszym ciągu trwają prace pilotażowe, które ujawniają mankamenty w funkcjonowaniu utrudniające jego pełne wdrożenie.
Wg stanu na dzień 31 stycznia 2018 r. do systemu podłączono 48,3 proc. tych, co muszą składać takie raporty. Do podłączenia zobowiązanych było: 1500 producentów leków i przedsiębiorców wprowadzających je do obrotu, 542 hurtownie farmaceutyczne, 16 567 aptek – oraz 20 podmiotów instytucjonalnych, odbierających raporty (Ministerstwo Zdrowia, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, GIF i Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne oraz Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia).
W związku z opóźnieniami termin rozpoczęcia pełnego raportowania do ZSMOPL po raz czwarty wydłużono – tym razem do 1 kwietnia 2019 r. I być może nie jet to ostatni raz, bo ekipa z PiS wyjątkowo nieporadnie porusza się w świecie technologii informatycznych.
Mimo braku wdrożenia ZSMOPL, organy Inspekcji Farmaceutycznej podejmowały działania na rzecz przyjmowania zgłoszeń o braku dostępności produktów leczniczych (monitorowania dostępności leków).
Jak zauważa jednak NIK, zarówno GIF, jak i Wojewódzkie Inspektoraty nie zostały wyposażone w jednolite narzędzie informatyczne do obsługi tak ogromnej liczby zgłoszeń braku dostępu do leków, jaka do nich wpływała z aptek pocztą elektroniczną. Okazało się, że braki leków to wręcz ogólnopolska plaga
Ogromna liczba zgłoszeń z aptek o brakach leków powodowała znaczne obciążenie Inspektoratów oraz zaangażowanie pracowników. Próbowano jakoś wypełniać obowiązek przyjmowania zgłoszeń.
Najczęściej zgłaszane przyczyny braku lekarstw są oczywiste i banalne: produkt niedostępny w sprzedaży, chwilowy brak produktu, dostawa w drodze, tymczasowy brak towaru w magazynie, ograniczenie dostaw przez producenta,brak dostępności u producenta.
GIF na podstawie danych przekazanych z poszczególnych województw, sporządzał zbiorcze zestawienie, które przekazywał następnie raz w tygodniu do Ministerstwa Zdrowia.
W raporcie przedstawiano analizę skali i przyczyn braku dostępności produktów leczniczych.
Od września 2016 roku, GIF udostępnił aptekom system Zgłoszeń Odmów Realizacji Zamówienia (ZORZ). W tym celu apteki zobowiązane były do założenia własnego konta w systemie. Od lutego 2017 r. do systemu podłączona została duża liczba użytkowników, co spowodowało istotny wzrost liczby zgłoszeń. Łącznie w bazie ZORZ na koniec lipca 2018 r. znajdowało się ponad 16,6 mln zgłoszeń odmowy realizacji zamówienia na leki.
Od samego działania systemu odmów, leków jednak nie przybędzie.

Nam karać nie kazano

W wykazie leków zagrożonych brakiem dostępności, publikowanym przez Ministra Zdrowia, w 2017 r. znajdowało się od 173 (w styczniu) do 197 (w listopadzie) produktów leczniczych. Ich liczba niestety rosła. Wg stanu na 15 września 2018 r. wykazem objętych było aż 266 pozycji leków.
W ocenie NIK, Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie wywiązał się z ustawowego obowiązku, polegającego na sprawdzeniu, nie rzadziej niż raz na trzy lata, czy przedsiębiorca prowadzący hurtownię farmaceutyczną spełnia obowiązki wynikające z prawa farmaceutycznego. W 2016 r. nadzorem objętych było 550 hurtowni, zaś na koniec III kwartału 2017 r. – 543 hurtownie.
Jednakże rocznie średnio kontrolowano tylko około 10-12 proc. hurtowni farmaceutycznych funkcjonujących na rynku, co uniemożliwiło skuteczny nadzór nad hurtowniami. Przyczyną był brak pracowników w GIF – mimo niezłych zarobków (płace inspektorów wahają się od 4,1 tys. zł do 5,9 zł brutto.)
Przy zaledwie kilkuosobowej obsadzie inspektorskiej, a także przy założeniu, że każdą inspekcję przeprowadza dwóch inspektorów, nie jest możliwe dochowanie ustawowego obowiązku przeprowadzenia raz na trzy lata inspekcji w hurtowni.
Nieskuteczne były też działania nadzorcze GIF dla ujawniania odwróconego łańcucha dystrybucji. Łącznie od 2015 wszczęto 39 postępowań administracyjnych, jednakże w przypadku żadnego z nich nie doszło do cofnięcia zezwolenia na prowadzenie hurtowni farmaceutycznej, a jedynie w czterech przypadkach skierowano zawiadomienia do organów ścigania.
Ponadto, mimo stwierdzonych naruszeń Prawa farmaceutycznego GIF nie nakładał kar pieniężnych. Departament Prawny GIF prowadził siedem postępowań za prowadzenie apteki bez wymaganego zezwolenia. Za taką działalność grozi kara do 500 tys. zł. Żadne z tych postępowań nie zostało zakończone.
Jak wynikało bowiem z wyjaśnień, strony postępowania odmawiały udostępnienia dokumentów sprzedaży produktów leczniczych za okres prowadzenia apteki bez zezwolenia, oraz faktur zakupu tych produktów. Kary nie były więc nakładane.
GIF tłumaczył, że gdy nie udostępniano dokumentów, brakowało narzędzi pozwalających na ustalenie wartości rocznego obrotu, co stanowi podstawę ustalenia wymiaru kary pieniężnej.
Narzędzia takie jednak istnieją i są zapisane w ordynacji podatkowej. Wystarczyło zwrócić się do Krajowej Administracji Skarbowej o stosowne informacje stanowiące podstawę obliczenia wysokości kary. Jednak GIF tego nie zrobił. Pierwszą karę za wywóz za granicę produktów leczniczych zagrożonych brakiem dostępności na rynku, GIF nałożył dopiero 12 września 2018 r. Wyniosła ona 47,1 mln zł.
I tak właśnie działa prawo w Polsce pod rządami Zbigniewa Ziobry.

Wszystko dla pacjenta

Pracodawcy z branży aptecznej chcą – oczywiście dla dobra polskich rodzin – wywalczyć złagodzenie zakazu reklamy aptek.

Z projektu nowelizacji Prawa Farmaceutycznego skierowanego pod obrady rządu zniknął zapis ułatwiający aptekom udział w programie rządowym Karta Dużej Rodziny.
W ramach tego programu rodziny wielodzietne miałyby otrzymać zniżki na zakup szeregu medykamentów.

Róbcie swoje ale się nie chwalcie

Dotychczas uczestnictwo aptek w Karcie Dużej Rodziny jest niemożliwe, ponieważ jest uznawane za niedopuszczalną reklamę. W praktyce sądowo – administracyjnej utarło się bowiem traktowanie każdego wyróżnienia się apteki jako naruszenia zakazu reklamy.
Bardzo to nie podoba się sieciom aptecznym, które chciałyby móc uczestniczyć w programie i sprzedawać dzięki temu więcej leków po obniżonej cenie, otrzymując dopłaty od państwa. Dlatego organizacje pracodawcze apelują o: „powrót do prac umożliwiających udział aptek w programie”.
Jesienią 2018 r., projekt zmian w prawie farmaceutycznym przewidywał złagodzenie zakazu reklamy aptek i punktów aptecznych. Potem jednak z tego zrezygnowano.   Zdaniem pracodawców, złagodzenie byłoby konieczne, aby apteki mogły honorować Karty Dużej Rodziny.
W praktyce, polegałoby to na tym, że apteki ogłaszałyby na różnych nośnikach reklamowych mniej więcej takie teksty: „Nasza apteka honoruje Kartę Dużej Rodziny. W związku z tym, można u nas kupić tanio to, to i to…”.
Wydaje się oczywiste, że takie anonse łamałyby, znany w Unii Europejskiej, zakaz reklamy aptek – a przede wszystkim, łamałyby polskie prawo.
Nie ma jednak żadnego problemu. Aptekom, które chcą wejść do programu Karta Dużej Rodziny, nikt nie będzie tego zakazywał. Wystarczy, by nie ogłaszały żadnych informacji mówiących o tym, że uczestniczą w Karcie Dużej Rodziny. Zainteresowani klienci sami się o tym dowiedzą od innych, prędzej czy później. Mogą również po prostu zapytać w aptece, czy dana placówka honoruje Kartę Dużej Rodziny?. Takie informacje szybko będą się rozchodzić wśród mieszkańców, mimo braku stosownych reklam.
Związek Pracodawców Aptecznych od wielu lat zgłaszał resortowi zdrowia i resortowi rodziny gotowość uczestniczenia aptek w programie Karta Dużej Rodziny, wskazując na przepis blokujący taką możliwość.
W istocie jednak, przepis o zakazie reklamy absolutnie tego nie blokuje. Po prostu, niech apteki uczestniczą w KDR – ale się tym nie chwalą. Pracodawcom się to jednak nie podoba

Nasz cel to pomaganie

Stanowisko Związku Pracodawców Aptecznych jest mocno popierane przez Business Centre Club, Konfederację Lewiatan, Pracodawców RP oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Zdaniem tych organizacji, obecna rygorystyczna interpretacja zakazu reklamy aptek jest „antypacjencka i antyspołeczna”, gdyż doprowadziła do ograniczenia działań prospołecznych i prozdrowotnych, do których apteka jako placówka zdrowia publicznego jest wręcz zobowiązana.
Pracodawcy wskazują, że apteki w Europie poszerzają ofertę usług dla pacjentów i mogą o tym swobodnie informować, natomiast w Polsce są karane m.in. za informowanie pacjentów o akcjach profilaktycznych związanych z pomiarem ciśnienia czy poziomu cukru, albo za udostępnianie informatorów na temat zamiennictwa droższych refundowanych leków na tańsze.
Wydaje się jednak, że te zarzuty są niesłuszne. Ktoś, kto jest zainteresowany profilaktyką związaną z ciśnieniem krwi lub poziomem cukru, doskonale dowie się o tym w przychodni, bez konieczności aptecznych reklam.
Zawsze też, gdy zabraknie leku zapisanego przez lekarza, aptekarz zapytany o klienta, poinformuje go o możliwości zakupu zamiennika. Złagodzenie zakazu reklam doprowadzi zaś do walki o klientów pomiędzy aptekami i i do zachęcania ich, by coraz chętniej sięgali po różne, niepotrzebne im specyfiki.

Chcemy się z Wami podzielić

Można jednak zrozumieć pracodawców aptecznych. Widząc coraz bardziej nachalne reklamy branży farmaceutycznej, bezczelnie wylewające się ze wszystkich mediów, też chcieliby mieć choć część takich możliwości.
Bardzo pozytywnie przyjęli więc projekt nowelizacji Prawa Farmaceutycznego, który wprowadzał wyjątek od zakazu reklamy umożliwiający udział aptek w programie KDR. Ale w najnowszej wersji projektu takiego zapisu już nie ma.
Pracodawcy apteczni, w szlachetnej trosce o dobro rodzin wielodzietnych, wskazują na korzyści z obniżenia cen płaconych przez rodziny wielodzietne za niektóre produkty. Mówią, że to istotne i co więcej, „społecznie oczekiwane”. Byłoby też działaniem świetnie uzupełniającym rządowe programy takie jak m.in. „500+”.
Skarżą się również, że w Polsce, w wyniku obecnego brzmienia art. 94a Prawa farmaceutycznego, praktycznie zabroniona jest jakakolwiek forma komunikacji apteki z pacjentem – i to się musi zmienić. Apelują do decydentów o „nieuleganie presji korporacji aptekarskiej”, czyli Naczelnej Izbie Aptekarskiej.
Wzywają, ze polskie aptekarstwo nie może działać w realiach XIX wieku, bo najbardziej stracą na tym pacjenci – na dobru których tak bardzo zależy pracodawcom aptecznym.
Jedyne bowiem, czego ci pracodawcy pragną, to pragnienie podzielenia się marżą w rodzinami wielodzietnymi i chęć zmiany polskiego rynku na nowocześniejszy, bardziej przyjazny pacjentom.
Tak wielkiemu altruizmowi trudno się oprzeć. Pod adresem pracodawców aptecznych można więc tylko powiedzieć: Kochani! Jesteście wspaniali! Róbcie wszystko co chcecie dla dobra pacjenta – tylko tego nie reklamujcie! Jak pacjent będzie potrzebował, to sam się o tym dowie.

Można i bez reklamy

Naczelna Izba Aptekarska nie do końca jednak wierzy w altruistyczne deklaracje Związku Pracodawców Aptecznych i wspierających go innych organizacji pracodawców.
Izba wskazuje, nie bez racji, że istnieją rozwiązania prawne, które umożliwiają aptekom, także i placówkom sieciowym, uczestnictwo w programie Karty Dużej Rodziny, bez konieczności zmian obecnego zakazu reklamy aptek.
Taką możliwość daje po prostu dopisanie aptek do listy podmiotów już uczestniczących w programie KDR. Wcale nie potrzeba do tego złagodzenia zakazu reklamy.
Obecnie blisko 17 tys. różnych placówek w Polsce honoruje Kartę Dużej Rodziny. Wśród nich są przychodnie oraz kancelarie prawne, w stosunku do których obowiązuje zakaz reklamy. W kancelariach adwokackich i radcowskich zakaz reklamy obowiązuje od 85 lat, w gabinetach lekarskich – od 28 lat. Zmiana przepisów nie jest tu konieczna, bo zakaz reklamy nie stanowi przecież przeszkody w wykonywaniu zawodu zaufania publicznego takiego jak prawnik czy lekarz.
Naczelna Izba Aptekarska wskazuje, że każda inicjatywa prowadząca do złagodzenia obowiązującego zakazu reklamy aptek może stanowić zachętę do tworzenia komercyjnych programów lojalnościowych, prowadzących do nadmiernej konsumpcji różnych preparatów, co byłoby szkodliwe dla pacjenta.
Przypomina, że swego czasu program – dostępny w jednej z największych sieci aptek i nazywany „Programem Opieki Farmaceutycznej” – okazał się zwykłym programem lojalnościowym, łamiącym obowiązujące przepisy. Dostrzegł to sąd administracyjny, który w 2014 r. ostatecznie zakazał jego prowadzenia.

Żeby nie objadać się lekami

Tymczasem zaś, zasadność wprowadzenia zakazu reklamy aptek zauważono już wiele lat temu. Wskazywano, że pacjent łatwo może ulec manipulacji opartej na przeświadczeniu o atrakcyjności oferty handlowej – i zacznie łykać nadmierne ilości medykamentów. Branża będzie zaś wyłudzać z Narodowego Funduszu Zdrowia znaczne kwoty, jakie na leki refundowane wykłada państwo.
Ponadto, zakaz reklamy aptek nie narusza swobody prowadzenia działalności gospodarczej i jest zgodny z Konstytucją RP. Tak uznało Biuro Analiz Sejmowych Sejmu, w stanowisku skierowanym jeszcze 9 listopada 2017 r. do Trybunału Konstytucyjnego.
Jak podkreślono, zakaz ten wpisuje się w cały mechanizm obrotu lekami, umożliwiający ochronę konsumentów przed działaniami zagrażającymi ich zdrowiu – i stanowi gwarancję prawidłowego funkcjonowania aptek jako placówek ochrony zdrowia publicznego.
Podobnego zdania była Prokuratura Generalna, która wskazała, że przedsiębiorca decydujący się na prowadzenie apteki ma świadomość, że wchodzi na rynek regulowany, a zatem powinien się zgodzić na respektowanie istniejących ograniczeń dla swobody działalności gospodarczej.
Wszystko to nie znaczy jednak, że walka o usunięcie zakazu reklamy aptek została już zakończona. Do przyjęcia znowelizowanego Prawa Farmaceutycznego jeszcze daleko i po drodze niejedno może się wydarzyć.