Banki wprowadzały frankowiczów w błąd

Problem kredytów frankowych to nie dywagacje makroekonomiczne, tylko kwestia rozstrzygnięć prawnych.

Jeden z naukowców postawił niedawno odkrywczą tezę, iż: „lobby frankowe insynuuje bankom, że na rynku tworzyły iluzje”. Podobne znajdziemy też w wywiadach prezesa Glapińskiego na temat polityki pieniężnej: ”Projekcja wskazuje, że inflacja się obniży, do czego się przyczyni wygaśnięcie lub osłabienie wielu czynników podażowych i regulacyjnych”. Cały wywiad szefa Narodowego Banku Polskiego o inflacjach, wzrostach PKB, projekcjach, strategiach to raczej „polskoładna” mowa, czyli kit, mający przykryć prawdziwe cele i problemy polityki pieniężnej.
Ów prezes Glapa nie znalazł miejsca i czasu by odpowiedzieć: jakież to czynniki podażowe, czyli kosztowe inflacji, ulegną osłabieniu lub wygaśnięciu, w sytuacji, gdy wszystko drożeje? A jakież to czynniki regulacyjne miałyby utrzymać inflację w ryzach, w sytuacji gdy regulacji proinflacyjnych przybywa a nie ubywa? Skąd w latach 2016 – 2020 wzrost podaży pieniądza aż o 58 proc., gdy wzrost nominalny produktu krajowego brutto to tylko 22 proc. Jak zlikwidować niemal 40-procentowy nawis inflacyjny (przyrost podaży pieniądza ponad PKB), gdy według Głównego Urzędu Statystycznego inflacja łącznie wyniosła 19 proc.? A co z rosnącym długiem publicznym?
Okazuje się, że sprawa kredytów „frankowych” ma związek z polityką nie tylko finansową. Dr. Krzysztof Kalicki na tę okoliczność przytacza stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego oraz NBP przedłożone Sądowi Najwyższemu, które potwierdziło to, o czym rzekomo pisał od roku: „Banki nie czerpały korzyści finansowych ze zmiany kursu walutowego. Znaczny wzrost złotowej wartości kredytu (walutowego) nastąpiłby niezależnie od sposobu ustalania kursu w tzw. klauzuli przeliczeniowej” – to jakby o przyczynach inflacji, że: „ co prawda wzrosła, ale wyliczyliśmy ją poprawnie”. Im dalej – tym ciekawiej, bo„ wzrost obciążeń klientów z powodu aprecjacji franka nie miał istotnego wpływu na dochody banków, gdyż (…) miały one domkniętą pozycję walutową”. Za domykanie trzeba płacić, ale by zamknąć – trzeba wpierw otworzyć!
Zapytajmy więc: w czyim imieniu i po co banki pootwierały pozycje frankowe na ponad 100 mld CHF?. No i skąd wzięły franki? Nie wyjaśniają tego ani audytorzy, ani KNF ani Glapa, wię podpowiedzmy: otwierały je w imieniu swoim, po to by grać na rynkach finansowych, a franki utworzyły zapisem księgowym. I były one dobre i stabilne dopóty, dopóki udawało się utrzymać dłużnika w przeświadczeniu, że udzielono mu kredytu we frankach! Gdy pożyczasz kurę to masz oddać kurę, a nie pterodaktyla – tak sobie wydedukowali po latach, nie mając wglądu w księgi banku! A banki otwierały pozycje długie w CHF i domykały je kiedy chciały, także ze stratą, bo wiadomo, że straty zostaną pokryte przez kredytobiorców. Ale umowa o kredyt indeksowany nie zobowiązywała banków do otwierania pozycji długiej we franku, a klientowi krótkiej, lecz dawała bankom taką możliwość! Jeśli więc straty z gry banki łączą z kredytami indeksowanymi, to czemuż nie wspominają o wygranych?. Przecież wygrane były równie możliwe, a jeśli gra profesjonalista – bank, to nawet bardziej prawdopodobne.
Wielu specjalistów zaprzecza, iż banki płaciły wyższe prowizje handlowcom za kredyty walutowe niż złotowe, ale jak wytłumaczyć, że kredytu złotowego często odmawiano z powodu braku zdolności kredytowej?. Jeśli w procesie sprzedaży kredytów indeksowanych banki, bywało, postępowały powściągliwie, to zaangażowani w tym celu pośrednicy finansowi, poczynali z klientami zdecydowanie, a nawet agresywnie! I nie robili tego za darmo, bo wielu z nich zarobiło na kredytach „frankowych” krocie!
Jeżeli banki nie mają nic do ukrycia, to dlaczego twierdzą, że dokumentacja związana z akcją kredytową zaginęła? A teraz dlaczego tak gorączkowo lobbują? Po co akcja wynajmowania gazetowych i internetowych trolli, przecież wystarczyłaby w sądzie krótka odpowiedź na pozew i objaśnienie co też takiego w umowie i historii jej realizacji, się znajduje. Dlaczego zamiast ugód, banki tracą czas i środki na walkę z ludźmi? Zapewne liczą, że owe tajemne kredyty ostaną się jako dewizowe, czyli udzielone w walucie innego kraju. Jak banki zapisały w księgach, tak ma być i niepotrzebne są do tego interpretacje prawne.
Wielu specjalistów pisze, że KNF i NBP, stojące na straży stabilności finansowej państwa, potwierdziły poglądy ekonomistów i części prawników, że przyczyną kryzysu frankowego nie są abuzywne klauzule, tylko wzrost raty kredytu spowodowany wzrostem kursu franka. Wzrostu tego nikt nie był w stanie przewidzieć, ani oszacować czy wywołać, na którym bezpośrednio nie zarobiły banki, a pośrednio zaczęli zarabiać, głównie… prawnicy frankowiczów. A więc nieuczciwy kredytobiorca tak nagiął prawo, by bankowi płacić więcej, na czym nie zarabiał bank, tylko prawnicy – czyż tak? Jest to pogląd ciekawy, tyle że absurdalny.
„Lobby frankowe insynuuje, że na wolnym rynku banki tworzyły iluzje, którymi kierowało się prawie milion dorosłych, wykształconych, racjonalnych i doświadczonych ludzi. Teraz chcą banki pozbawić godności w celu przejęcia majątku”. Do takiego rozumienia ma przekonać mechanizm przyczynowo – skutkowy, na bazie dziejów ludzkości. Najpierw ogłosić kogoś czarownikiem, czy wiedźmą, albo zdrajcą, wydać wyrok, spalić na stosie i zabrać majątek. Zbrodnia doskonała „w majestacie prawa” – podkreśla w swoim wywodzie dr. K. Kalicki. Ale płacone coraz wyższe raty i odsetki to nie iluzja! Z jego wywodu wynika, że banki oferowały tanie kredyty tylko po to by „zapewnić społeczeństwu szeroki dostęp do tanich kredytów, bo Komisja Nadzoru Bankowego z Balcerowiczem na czele, chciały tego pozbawić” – tak twierdzili ówcześni rządzący. Nie chciały na nich zarabiać, ale los sprawił , że zarobiły i zarabiają znacznie więcej niż na innych kredytach! „Wszyscy żyli optymizmem co do umacniania się złotego i wejścia Polski do strefy euro. A prawnicy mieli wiedzieć, że każda decyzja ekonomiczna jest związana z niepewnością i niesie ze sobą ryzyko, zarówno po stronie konsumenta, jak i kontrahenta – podobnie jak każdy produkt finansowy czy usługa bankowa, nie tylko kredyt. Czy nie zauważają, że decyzja, którą podjęli kredytobiorcy, umożliwiła im zakup nieruchomości? A teraz sugerują, że system finansowy dokonywał operacji finansowych na podstawie oszustwa lub triku, co jest sprzeczne z regułami funkcjonowania rynków finansowych. Tę nieuczciwą argumentację wzmacnia sugestia, że banki masowo wprowadzały frankowiczów w błąd, a autorzy tych tez nie mają podstawowej wiedzy ekonomicznej, lecz tylko bajkowe wyobrażenie o funkcjonowaniu rynków finansowych”. Ale rzecz w tym, iż kredytobiorcy nie tylko nie mieli i nie mają wyobrażenia, ale nie znają się na tym w ogóle!. Jednak sęk w tym, że nie muszą, bo kredytobiorcy w żadną grę się nie angażowali. Natomiast banki „bajkowe wyobrażenie” o rynkach finansowych raczej miały, więc je poszerzyły o derywatywy, opcje dla firm, czy konstrukcje indeksacyjno – denominacyjne. Jednak w argumentowaniu na rzecz banków przydałoby się nieco powagi i sensu!
Zostawmy na inną okazję część dotyczącą złej interpretacji dyrektyw Unii Europejskiej, wypełniania bankowych obowiązków, zgodności kredytów z prawem, ustalania kursów, czy działań grup interesu przeciw społeczeństwu, choć ten ostatni aspekt liczni autorzy ujmują dość interesująco. Otóż ani prawo unijne ani polskie nie wspiera wywłaszczania z majątku, a odszkodowania nikt z kredytobiorców nie dochodzi. Lobbyści bankowi mają chyba rację, że takie niespójne z mechanizmami rynkowymi myśli prawne mogą funkcjonować tylko w Polsce, gdzie dowolna interpretacja prawa i rzeczywistości gospodarczej ma posłużyć transferowi wartości do rządzącego lobby, kosztem reszty społeczeństwa. To nie frankowicze nadużywają w Polsce prawa i to nie oni „oskubują” banki! A w sprawie zapętlenia argumentacji prawnej, bezumownego korzystania z kapitału i wzbogacenia się kredytobiorców bo płacą dużo, więc mają droższe mieszkania, radziłbym poczytać Y.N. Harariego ze zrozumieniem.
Są granice absurdu, o których dalej. Trudno bowiem wyobrazić owe setki tysięcy kredytobiorców, „knujących jak to sfalandyzować prawo, aby uzasadnić ekonomiczny rabunek banków dla stosunkowo wąskiej grupy interesu”. To nie kredytobiorcy, czy ich prawnicy wymyślili coś, co zdaniem banków i ich akolitów abuzywnością nie jest ani z punktu widzenia dyrektyw UE, ani procesów gospodarczych, którym te dyrektywy mają służyć. Zapisy o ochronie konsumentów mamy w polskim prawie od 2000 roku, a przepisy o obejściu prawa czy wprowadzeniu kontrahenta w błąd, już od 1964 r.; i nie są to zapisy skażone ideologią.
To nie systemy finansowe dokonują operacji na podstawie oszustwa lub triku. To co jest sprzeczne z obowiązującymi od stuleci regułami funkcjonowania rynków przygotowują ludzie. Tak też jest i było w bankach. Ponieważ bankowcy i ich prawnicy argumentują problem dość szeroko, powołując się m.in. na walkę klas czy grup, spróbujmy zawęzić tematykę do faktów, które bankowcy ewidentnie pomijają. Są one proste, jak lektura przywołanego wcześniej autora bestselerów. Przywołuje onże szereg ciekawych zależności między plemionami i grupami interesu, ale ku zmartwieniu bankowców – mają one niewielki związek z kredytami złotowymi indeksowanymi do walut obcych.
Z wszystkich zawartych umów indeksowanych do walut obcych wynika, że na ich podstawie udzielono kredytów złotowych, lecz banki postępowały tak, by utwierdzić klientów, że są to kredyty w walucie obcej. Umożliwiło to ukrywanie rzeczywistych rozliczeń w złotych. W procesie indeksowania nie zachodzi konieczność przewalutowania, zatem skąd i po co franki, skoro wiemy, że ich związek z kredytem jest żaden? Banki tego nie ujawniają, więc podpowiedzmy: znikąd!. Czyżby franki bank wpierw kupił od klienta, a potem je pożyczył, na co wskazują zapisy księgowe i niektóre wyjaśnienia?
Skoro wiemy, że żaden z kredytobiorców franków nie miał, a bank też ich nie angażował; aby wykazać rolę franka, należy przeanalizować „historię kredytu”, w której znajdziemy dwie instytucje prawne (np. przy kredycie na 100 tys. zł. i kursach w dniu jego przyznania: 2,00zł i 2,20 zł):
1) Transakcja sprzedaży krótkiej, w której bank zapisuje iż nabył od kredytobiorców prawo do 50 tys.CHF za cenę 100 tys. PLN. W ten sposób bank uzyskał należność w CHF oraz zobowiązanie na rzecz kredytobiorców w PLN. Nie ma tu innego źródła waluty obcej!
2) Udzielenie kredytu to właściwie zapłata za transakcję nr 1. Bank wypłaca kredytobiorcy 100 tys. zł tytułem spłaty zadłużenia za nabyte prawo do waluty. Złotówki zostają rozliczone, zostaje tylko należność banku od klienta w wysokości 50 tys CHF.
Transakcja nr 1 to typowa opcja, w której bank uzyskując pozycję długą, nabył prawo do waluty, nie ponosząc żadnych innych zobowiązań czy ryzyk, zaś klientowi przypisał pozycję „krótką”. Banki nie chcą zauważyć, że nawet przy stałym kursie waluty kredyt indeksowany jest droższy niż wynika to z zapisów umowy, a przy niewielkim wzroście indeksu PLN/CHF przekracza koszty kredytu oprocentowanego wg. WIBOR. Po przeliczeniu należności w CHF po kursie sprzedaży, już w dniu podpisania umowy zadłużenie z tytułu kredytu wynosi nie 100, ale 110 tys. PLN. Z kolei przy spłatach w złotych, obniża się kwotę w walucie CHF także o spread. Dzięki odwróceniu kursów dochodzi i do zawyżenia długu, i rat spłaty. Kwota kredytu zostaje rozłożona na wiele lat, a kilka procent dodane do każdej raty niewielkie, więc niełatwo to stwierdzić. Można to wykazać jedynie rozliczając kredyt w złotych, ale banki takich informacji nie przekazywały twierdząc np., że rozliczenie w złotych to sprawa wewnętrzna banku.
Wszystkie prognozy wskazywały, że PLN był w owych latach przewartościowany i że jego wartość spadnie wobec CHF jako stabilnej światowej waluty. Ktokolwiek ma minimum wiedzy o rynkach finansowych nie zawarłby takiej umowy, bowiem straty dla strony przyjmującej pozycją krótką są pewne, jak pewne są też korzyści strony przeciwnej, czyli banku. Po dokładnej analizie umowy wniosek jest oczywisty: Zobowiązanie kredytobiorcy wobec banku wynika wyłącznie z transakcji nr 1, czyli opcji walutowej, wbudowanej w umowę o kredyt. W chwili podpisania umowy kredytobiorca sprzedaje bankowi prawo do waluty, za co otrzymuje złotówki, z obowiązkiem odkupu prawa. Spłaty rat to właśnie ratalny wykup ustanowionego prawa. W ten sposób bank rozlicza wytworzone wcześniej aktywa frankowe. Jest to normalne w grze na instrumentach pochodnych, ale nie w umowach o kredyt hipoteczny. Nie ma tu waluty, jest tylko zapis księgowy w CHF, którego też być nie powinno, bowiem prawidłowe indeksowanie zamiany walut go nie wymaga.
Na tym umowa mogłaby się zakończyć, bo dalsze jej zapisy, to accidentalia negotii, czyli ozdobniki nadające jej kształt umowy o kredyt i wzmacniające pozycję banku. Aby to ustalić trzeba przeanalizować fakty dotyczące kredytu, by stwierdzić, że rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacząco wyższa od zadeklarowanej w umowie, a kredyt droższy od wszystkich innych. Banki musiały te różnice uwzględniać w opracowaniu ofert kredytów, które były przedmiotem rozważań i poddane zatwierdzeniu przez zarządy.
Instrument finansowy w postaci opcji sprzedaży najtrafniej opisuje wbudowaną do umowy transakcję sprzedaży krótkiej, choć od typowej opcji różni go niezbywalność i brak dźwigni finansowej. Cechą wspólną derywatywów jest transakcja sprzedaży krótkiej, czyli odwróconej, wraz z którą całe ryzyko zostaje scedowane na kredytobiorcę. Właśnie taką rolę w umowie o kredyt odgrywa frank; nie jest potrzebny jako waluta, lecz jedynie jako indeks PLN/CHF do namnażania złotówek!
Sam proceder indeksacji jest prawnie dopuszczalny, jednak wymaga, aby znaczenie pojęć jak: definiendum (pojęcie definiowane, tu: PLN) oraz definiens (pojęcie określające definiendum), było zachowane. Ich zamiana zmienia naturę transakcji. Indeksowanie złotówki za pomocą wskaźnika PLN/CHF, bez zamiany na franka, nie naruszyłoby prawa, ale bank zarobiłby mniej. To właśnie efekt wytworzenia przez bank waluty obcej powoduje, że tak skonstruowany proceder przybiera formę instrumentu finansowego (opcji).
Tworząc pozycję walutową długą, bank niejako sprzedał/udostępnił kredytobiorcom walutę i powinien transakcję zapisać po kursie sprzedaży. Przy spłatach rat ewidentnie bank nabywa walutę, więc winien zastosować kurs kupna waluty, ale czynił odwrotnie. Kursy te są prawidłowe, jeśli przyjmiemy, że w ramach zawartej umowy, pierwszym stosunkiem prawnym jest kontrakt sprzedaży krótkiej prawa do waluty. Zastosowanie takich właśnie kursów jest sprzeczne z umową o kredyt denominowany, ale jest zgodne z transakcją sprzedaży krótkiej waluty, czyli opcji. Potwierdza to, że punktem wyjścia do zawarcia umowy tzw. frankowej był kontrakt na opcję walutową, której instrumentem bazowym jest indeks PLN/CHF. I nie chodzi tu o niezgodności kursów walut z tabelami, bo takowej w zasadzie nie ma. Chodzi tu o to, że w umowie o kredyt nie ma miejsca na transakcję sprzedaży krótkiej/odwróconej, czyli grę na rynkach finansowych.
Skoro bank skonstruował tak umowę, naruszył szereg przepisów dotyczących obrotu instrumentami finansowymi, a samą umowę o kredyt należałoby interpretować jako pozorną albo wtórną, której celem jest rozliczenie transakcji nabycia opcji. Bank nie spełnił żadnych obowiązków informacyjnych wynikających z implementacji dyrektywy europejskiej dotyczącej instrumentów i produktów finansowych. Nie wyjaśnił też kredytobiorcom ryzyka związanego z zawarciem umowy kredytu zawierającej instrument finansowy i nie poinformował, że w rzeczywistości przedmiotowa umowa taki instrument zawiera. Taka „umowa kredytu” zawarta przez strony ma na celu obejście ustawy (w szczególności art. 94 ustawy o instrumentach finansowych). Nieważność przedmiotowej umowy kredytu wynika nie tylko z jej poszczególnych postanowień, czy regulaminów, na podstawie których bank zamieniał pobrane złotówki na franki bez zlecenia kredytobiorców, stosując kursy odwrotne niż wynika to z natury i właściwości stosunku prawnego. Umowa jest również nieważna, jako mająca na celu obejście ustawy(art. 58 kc), gdyż zawiera w sobie konstrukcję instrumentu finansowego, co nie wynika z literalnego jej brzmienia.
Ponadto umowa jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ponieważ bank przedstawiając kredytobiorcom konkretny produkt bankowy w postaci kredytu waloryzowanego do CHF zachował się w sposób nielojalny wobec kredytobiorców, nie informując ich ani o ryzyku walutowym związanym z umową, ani o jej konstrukcji (art. 84 kc). Trudno taką umowę uznawać za ważną, bowiem jej konstrukcja i wykonanie potwierdzają, że chodzi w niej głównie o zwiększenie dochodów z indeksacji kosztem kredytobiorcy, który miał pozostawać w nieświadomości takiego stanu rzeczy! Ale z powodu wrednego TSUE sprawa się rypła, bo ów przypomniał polskim władzom, że prawa należy przestrzegać.

Czy będzie coraz drożej?

Oczekiwania przedsiębiorstw dotyczące wzrostu cen towarów i usług w najbliższych miesiącach są na historycznie wysokim poziomie.
Informacje o wysokim wzroście cen budzą – co oczywiste – zaniepokojenie w społeczeństwie. Według wstępnych danych GUS, ceny towarów i usług konsumpcyjnych we wrześniu 2021 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 5,8 proc. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych w tym samym okresie wzrosły o 4,4 proc., ceny nośników energii o 7,2 proc., a ceny paliw do prywatnych środków transportu o 28,6 proc
Wzrost inflacji w ostatnich miesiącach generuje ryzyko utrzymywania się wysokich oczekiwań inflacyjnych. Oczekiwania inflacyjne są kluczowe dla kształtowania się procesów cenowo – płacowych, szczególnie w ostatnim kwartale roku, kiedy przedsiębiorstwo planują swoje budżety na kolejny rok – podkreśla Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W tej sytuacji niezbędne są podwyżki stóp procentowych.
Doświadczenia wysokiej inflacji w latach 70. i 80. XX wieku wskazują na niebezpieczeństwo pojawienia się spirali płacowo-cenowej. W sytuacji wysokiej inflacji wzrastają oczekiwania inflacyjne, które przyczyniają się do podwyżek płac, w zamierzeniu mających zrekompensować utratę siły nabywczej zarobków. Podwyżki przyczyniają się do podnoszenia cen przez przedsiębiorców, co z kolei zwiększa inflację.
Z punktu widzenia kształtowania się inflacji w kolejnych miesiącach, jednym z kluczowych problemów jest powstrzymanie oczekiwań inflacyjnych. Temat oczekiwań inflacyjnych pojawił się szczególnie wyraźnie w kręgu zainteresowań władz monetarnych, kiedy m.in. nobliści Edmund Phelps i Milton Friedman podkreślali wagę oczekiwań inflacyjnych w relacjach zachodzących pomiędzy inflacją a bezrobociem.
Istnieje kilka sposobów śledzenia oczekiwań inflacyjnych: ankietowe badania konsumentów i przedsiębiorstw, prognozy ekonomistów oraz instrumenty finansowe, w których wykorzystywana jest indeksacja wskaźnikiem inflacji. W przypadku polskiej gospodarki powinniśmy szczególnie zwrócić uwagę na badania ankietowe przeprowadzane przez GUS oraz NBP – wskazuje TEP. W ramach badań koniunktury konsumenckiej GUS, sprawdzane są oczekiwania zmian cen konsumpcyjnych w najbliższych 12 miesiącach. We wrześniowej ankiecie na wzrost inflacji wskazuje 34,3 proc. ankietowanych, co oznacza wzrost zaledwie o 1 pkt proc. w porównaniu z wrześniem ubiegłego roku.
Wynik taki może zaskakiwać z uwagi na wysoką bieżącą inflację. Badania te dotyczą jednak prognoz dynamiki inflacji w okresie kolejnego roku, a ta w powszechnych odczuciach, będzie niższa z uwagi na jednorazowy charakter części impulsów inflacyjnych. Nie otrzymujemy natomiast odpowiedzi na pytanie, czy konsumenci uważają, że dynamika inflacji będzie nadal kształtowała się znacząco powyżej celu inflacyjnego. Na ten temat więcej informacji uzyskamy z badań przeprowadzanych przez NBP. Wyniki badań przeprowadzanych w lipcu 2021 r. wskazują, że oczekiwania przedsiębiorstw dotyczące cen towarów i usług konsumenckich w horyzoncie najbliższych miesięcy kształtują się na historycznie wysokim poziomie. Niepokojący jest wzrost w porównaniu z poprzednim kwartałem przedsiębiorstw oczekujących utrzymywania się inflacji na dotychczasowym poziomie (badane w ramach szybkiego monitoringu NBP, nr 03/21). Z kolei profesjonalni progności (wyniki Ankiety Makroekonomicznej NBP, runda: czerwiec 2021 r.) wskazywali, że prawdopodobieństwo ukształtowania się inflacji w latach 2021 – 2023 w przedziale celu inflacyjnego wynosiło odpowiednio 23 proc., 46 proc. i 55 proc. Aktualność danych o oczekiwaniach inflacyjnych stanowi pewien problem. Dynamika inflacji z ostatnich miesięcy powoduje, że wartości te szybko się dezaktualizują. Oczekiwania inflacyjne mają bowiem w znacznym stopniu charakter adaptacyjny, stąd wraz ze wzrostem dynamiki inflacji wzrastają również i oczekiwania inflacyjne.
Utrzymywanie się wysokiej inflacji w ostatnich miesiącach jest o tyle niebezpieczne, że jest to okres, w którym przedsiębiorstwa podejmują decyzje cenowo – płacowe, w których będzie uwzględniana oczekiwana wyższa inflacja. Czy zatem grozi nam spirala cenowo płacowa? W szybkim monitoringu NBP odnotował już w II kwartale br. nasilające się zjawisko presji płacowej we wszystkich badanych sekcjach gospodarki, a szczególnie: w górnictwie (40 proc. ankietowanych wskazało na nasilenie się presji), budownictwie (20,3 proc.) oraz przetwórstwie przemysłowym (18,2 proc.). Wzrasta również odsetek przedsiębiorstw wskazujących na problem wysokiej presji płacowej i rosnących płac, które mogą stanowić barierę rozwoju firmy.
Według NBP w II kw. 2021 r. presja płacowa była jeszcze niższa niż przed pandemią. Zwróćmy jednak uwagę, że w I kw. 2020 r. dynamika przeciętnego, nominalnego wynagrodzenia brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiła 7,0 proc., podczas gdy pomiędzy czerwcem a sierpniem wyniosła ona już 9,3 proc. Widać zatem rosnące ryzyko wzrostu płac, który nie pozostanie neutralny dla procesów cenowych – zwraca uwagę TEP.
Co w takiej sytuacji może zrobić bank centralny? Oczywiście powinien przeprowadzać działania, które przekonają obserwatorów do obniżania prognoz inflacji w najbliższym okresie. Ostatnie rundy projekcji inflacji pokazywały coraz wyższą inflację, nie wystarczą zatem zapewnienia mówiące o jej tymczasowości, tym bardziej że na horyzoncie pojawiają się nowe elementy, które mogą przyspieszać dynamikę inflacji (przykład ostatniej decyzji Chin w sprawie wstrzymania eksportu fosforanów). Na międzynarodowej konferencji organizowanej przez NBP (pt. Structural Changes in Central European Economies During and After the Covid Pandemic, 1 października br.), przedstawiciele banków centralnych Czech i Węgier przyznali otwarcie, że ostatnie decyzje o podwyżkach stóp procentowych miały na celu ograniczenie oczekiwań inflacyjnych. Przedstawiciele obu banków centralnych uważają podwyżki stóp procentowych za działania prewencyjne, które doprowadzą do obniżki dynamiki inflacji w drugiej połowie przyszłego roku. Jest to jedna z recept na zapanowanie nad oczekiwaniami inflacyjnymi.

Aplikacja może zabrać ci kasę

Bardzo długa jest lista wymogów bezpieczeństwa, jakich trzeba przestrzegać, a wszystkie one nie stanowią gwarancji bezpieczeństwa. Polacy lubią jednak odrobinę ryzyka.
Aplikacje finansowe umożliwiają dokonywanie różnego typu operacji finansowych za pomocą smartfonów i innych urządzeń mobilnych. Są coraz bardziej popularne, szczególnie wśród młodych ludzi.
Jak wynika z sondażu agencji badawczej PBS, już 68 proc. mieszkańców naszego kraju używa aplikacji bankowych do obsługi swojego konta. Polacy najczęściej używają aplikacji finansowych powiązanych z posiadanymi usługami finansowymi, po to aby przeprowadzić operacje bankowe oraz zapłacić za produkty i usługi Dużo częściej sięgają po nie właśnie najmłodsze osoby (w grupie 15-29 lat to 77 proc.). Z innych tego typu programów Polacy korzystają rzadziej, na przykład z aplikacji do operacji finansowych online (m.in. paypall, skrill) – 27 proc.
Z drugiej strony wciąż prawie co czwarta osoba (23 proc.) nie korzysta z żadnej aplikacji finansowej. W grupie 60 plus jest to 37 proc.
Z badania PBS wynika, że większość osób korzystających z aplikacji finansowych jest z nich zadowolona. Aż 88 proc. ocenia, że są przydatne do dokonywania płatności lub innych operacji finansowych. Większość respondentów nie obawia się też o kwestie bezpieczeństwa, jednak nie jest to pełne zaufanie. Ze stwierdzeniem, że „aplikacje finansowe gwarantują bezpieczeństwo danych osobowych i bankowych” zdecydowanie się zgadza jedynie 18 proc. badanych, a raczej się zgadza – 45 proc.
Aż 91 proc. badanych użytkowników aplikacji finansowych twierdzi, że nigdy nie miało z nimi problemów. Ci, którzy je napotkali, wymieniali przede wszystkim kwestie techniczne: brak dostępu oraz problemy z obsługą klienta. 26 proc. zgłoszeń miało związek z bezpieczeństwem, np. próbą włamania na konto czy wyłudzenia pieniędzy.
Żeby w miarę bezpiecznie korzystać z aplikacji finansowych należy, jak radzi UOKiK, używać tylko oryginalnych aplikacji swojego banku lub znanych firm pobranych bezpośrednio ze sklepu Google Play czy Apple Store. Trzeba też na bieżąco aktualizować oprogramowanie swego urządzenia – zarówno same aplikacje, jak i system operacyjny czy antywirusowy.
Warto zabezpieczyć korzystanie z aplikacji unikalnym, niepowtarzanym hasłem, odciskiem palca lub systemem rozpoznawania twarzy (czyli biometrycznie, jeśli urządzenie i aplikacja posiadają taką funkcję). Nie wolno też nikomu, pod żadnym pozorem, przekazywać danych dotyczących logowania się do aplikacji finansowej, a swoje dane należy podawać tylko zaufanym osobom i podmiotom.
Wreszcie, pożądane jest ustawienie dziennych limitów przelewów i płatności internetowych, co pozwoli zminimalizować straty finansowe w razie oszustwa. Jeżeli zaś ktoś ukradł dane logowania do aplikacji lub nielegalnie wyrobił duplikat karty SIM i wykonywał nieautoryzowane transakcje, to trzeba jak najszybciej zawiadomić o tym swój bank i policję oraz zmienić hasła do aplikacji.
Jak widać, sporo tu zagrożeń, co jakoś tłumaczy te osoby, które wolą nie korzystać z aplikacji finansowych.
Główną deklarowaną motywacją do korzystania z aplikacji finansowych jest łatwość obsługi i wygoda (68 proc.). Blisko połowa badanych (49 proc.) korzysta z nich, ponieważ są powiązane z innym produktem finansowym, np. kontem walutowym. Wystąpiła także sytuacja, w której badany stwierdził, że to bank wymusił na nim założenie takiej aplikacji. – Rozwój aplikacji finansowych jest korzystny dla konsumentów, bowiem ułatwia dostęp do usług i pozwala zaoszczędzić cenny dla nas czas. Wymaga jednak zachowania ostrożności i zwrócenia uwagi na kwestie bezpieczeństwa, aby nie paść ofiarą cyberprzestępców – powiedział, niespecjalnie odkrywczo, Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
I dodał – zapewne na podstawie tego jednego przypadku, w którym ktoś poskarżył się, że bank kazał mu zainstalować aplikację – iż niedopuszczalne jest, aby aplikacje były wymagane do korzystania z podstawowych funkcjonalności czy unikania opłat, jeżeli klient zawierając umowę z bankiem na to się nie godził.
Kilka miesięcy temu UOKiK interweniował, gdy mBank zapowiedział, że w nowej taryfie prowizji niezbędnym warunkiem do zwolnienia z opłat za kartę będzie zalogowanie się przynajmniej raz w miesiącu do aplikacji mobilnej. W ocenie UOKiK bank nie powinien jednak narzucać konsumentom warunków, których spełnienie wymaga od nich poniesienia dodatkowych wydatków (np. na zakup odpowiedniego urządzenia mobilnego), co może być szczególnie uciążliwe dla osób starszych o niższych umiejętnościach cyfrowych. Ostatecznie, mBank wycofał się z tego rozwiązania.

Nigdy nie będziesz bezpieczny

Dokonywanie transakcji w internecie coraz bardziej przypomina grę w rosyjską ruletkę. Może udać się wiele razy, ale kiedyś przyjdzie taki moment, że stracimy pieniądze na karcie. Oby jak najpóźniej.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podał do wiadomości, że otrzymuje częste skargi od konsumentów, którzy w wyniku oszustwa internetowego stracili pieniądze z konta. Zwykle dochodzi do takich sytuacji, jak opisana tu przez jedną z poszkodowanych:
„Wystawiliśmy przedmiot na sprzedaż na OLX i po kilku minutach dostaliśmy wiadomość na WhatsApp od osoby, która była zainteresowana zakupem. Byliśmy pewni, że korespondujemy z klientem, który chce od nas kupić towar. Przesłano nam potwierdzenie przelewu, mieliśmy podać numer karty i naprawdę nie było to dziwne dla mnie, ponieważ przy zakupie biletów PKP też podawałam wszystkie dane z karty. Nic mnie nie niepokoiło. Po pewnym czasie zalogowałam się na konto i zobaczyłam, że zniknęły pieniądze” – tak swoją historię opisała poszkodowana konsumentka.
Jest to jedna z wielu skarg dotycząca kradzieży pieniędzy z konta, która dotarła do UOKiK. Problemem jest zarówno utrata oszczędności, jak i nieuznawanie reklamacji przez bank. Najczęściej zgłoszenia poszkodowanych dotyczą podszywania się przestępców pod pracownika infolinii danego banku, portal aukcyjny lub sprzedażowy, albo podrobienia strony internetowej. – Zakupy internetowe są bardzo popularne i wygodne, jednak, jak pokazują napływające do UOKiK skargi, mogą być przyczyną poważnych kłopotów. Chciałbym przestrzec konsumentów, aby nie podawali numeru karty i kodu karty oznaczonego literami CVV lub CVC, które ułatwią oszustom kradzież naszych pieniędzy. Nie klikajmy w podejrzane linki do płatności, które dostajemy SMS-em lub na komunikatorach. Do wykonania wpłaty wystarczy wskazać kupującemu numer konta bankowego. Portale aukcyjne dysponują najczęściej bezpiecznymi metodami płatności. Bankom przypominam, że powinny rzetelnie analizować każdy przypadek nieautoryzowanej transakcji, a nadużycia zgłaszać organom ścigania – mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Problem w tym, że w przypadku płacenia przez internet, niemal zawsze sprzedawca żąda podania następujących informacji: imienia i nazwiska właściciela karty, daty jej ważności, 16-cyfrowego numeru karty, oraz właśnie trzycyfrowego indywidualnego kodu zabezpieczającego CVC lub CVV (w przypadku niektórych kart amerykańskich może on być czterocyfrowy), znajdującego się na odwrocie karty.
Bez podania tegoż kodu dokonanie olbrzymiej większości zakupów internetowych byłoby niemożliwe. Siłą nawyku konsumenci nie mają więc oporów przed podawaniem wszystkich danych karty także i wtedy, gdy coś sprzedają w sieci. Potwierdza to zresztą wypowiedź poszkodowanej konsumentki, przytoczona przez UOKiK. Wyraźnie mówi ona, iż choćby przy zakupach biletów kolejowych podawała wszystkie dane z karty, więc nie było dla niej niczym dziwnym, że i tym razem ma je podać – mimo, że dokonywała sprzedaży, a nie zakupu. Rzadko komu włącza się refleksja: dlaczego mam podawać numer karty i kod, skoro niczego nie kupuję lecz sprzedaję? Nabywcy powinien wystarczyć przecież numer mojego konta.
Trudno również dziwić się bankierom, że niekiedy mają oni opory przed uwzględnianiem reklamacji klientów, którzy wykazali się skrajną lekkomyślnością i podali potencjalnemu nabywcy wszystkie dane karty, podczas gdy wystarczyłoby podanie mu wyłącznie numeru rachunku bankowego do wpłaty.
Zgodnie z ustawą o usługach płatniczych, bank w terminie jednego dnia roboczego powinien oddać konsumentowi skradzioną kwotę i wyjaśnić sprawę. Jeżeli klient w jakimś stopniu ponosi odpowiedzialność za utratę gotówki, bank powinien ocenić, na ile przyczynił się on do utraty pieniędzy. Wówczas bank może dokonać potrącenia części utraconych środków. Nie trzeba dodawać, że banki niemal zawsze uważają, że jakaś część winy leży po stronie ich klientów.
Jeśli bank odmawia zwrotu środków, powinien sam informować organy ścigania. Bank nie może odmawiać zwrotu środków i jednocześnie uzależniać tego zwrotu od zgłoszenia przez konsumenta sprawy na policję.
UOKiK zaleca wszystkim osobom, dokonującym transakcji w sieci, aby uważały, jeśli:

dostają SMS z informacją, że muszą dopłacić kilka złotych do przesyłki wraz z linkiem do przelewu – zwłaszcza, jak nic nie zamawiali;

sprzedają coś na portalu aukcyjnym, a potencjalny klient chce się kontaktować poza nim – mailowo lub poprzez komunikator;

odbierają telefon od osoby przedstawiającej się jako pracownik ich banku z informacją o nieautoryzowanej transakcji albo od kogoś kto prosi o zainstalowanie aplikacji. Niech wtedy odłożą słuchawkę i zadzwonią na oficjalną infolinię instytucji finansowej, aby to potwierdzić;

ktoś prosi o podanie numeru ich karty płatniczej i trzycyfrowego kodu CVV/CVC – dzięki nim oszust może autoryzować każdą transakcję;

dostają SMS-y autoryzacyjne z banku – powinni zwracać na nie uwagę, ponieważ informują co się autoryzuje i na co wyraża zgodę. Oszuści mogą prosić o zgodę na zmianę numeru telefonu autoryzacji podając inny – wówczas będą mogli potwierdzić każdy przelew wykonywany z konta swej ofiary.
Jeżeli zaś oszuści wykonywali nieautoryzowane transakcje z ich konta, poszkodowani powinni jak najszybciej skontaktować się z bankiem za pośrednictwem oficjalnej infolinii, zgłosić taką transakcję, zmienić dane do logowania się na aplikacji bankowej i bankowości elektronicznej oraz zastrzec kartę oraz zawiadomić policję;
Przydatność tych rad jest, delikatnie mówiąc, średnia – bo co to znaczy, że należy „uważać”? Można albo zgodzić się na otrzymywane propozycje, albo je odrzucić. UOKiK nie zaleca jednak jednoznacznie, aby je odrzucać, lecz jedynie by „uważać” – co oczywiście może nie stanowić należytej ochrony przed oszustwem.
Specjaliści od przestępstw internetowych dorzucają jeszcze szereg innych rad, mających zwiększyć bezpieczeństwo transakcji w sieci. Należy zatem dokonywać transakcji tylko w znanych i zaufanych serwisach internetowych; dokładnie analizować historię swoich operacji w sieci, by ewentualnie wykryć te, które nie zostały przez nas autoryzowane; nie ujawniać publicznie danych swojej karty i nigdzie ich nie zapisywać; nie podawać trzycyfrowego kodu karty podczas płacenia w w zwykłym sklepie; założyć specjalną kartę elektroniczną do wykonywania transakcji w sieci, na której będzie tylko określona kwota, konieczna do dokonania danego zakupu; nie zgubić karty, a jeśli się ją już zgubi, to jak najszybciej ją zablokować (o ile ktoś się szybko zorientuje, że ją utracił).
Jak widać, dokonywanie transakcji przez internet staje się czynnością wymagającą coraz bardziej skomplikowanych przygotowań oraz zabezpieczeń – które i tak nie zagwarantują stuprocentowej ochrony przed oszustami. A potem jeszcze trzeba będzie borykać się z bankiem.
Może więc lepiej, prościej i bezpieczniej będzie zrezygnować z wszelkich zakupów przez internet i korzystać ze zwykłych sklepów? Wydaje się, ze jest to znacznie wygodniejsze i mniej ryzykowne.

Inflacja może być wyższa

Należy podchodzić z dużą ostrożnością do projekcji dynamiki inflacji przedstawionej w raporcie Narodowego Banku Polskiego.

Marcowy raport o inflacji opublikowany przez Narodowy Bank Polski pokazuje wyraźnie, że z okresu pandemii będziemy wychodzili z wyższą niż wcześniej oczekiwano inflacją. Inflacja będzie kształtowała się powyżej celu NBP (2,5 proc.) i zarazem będzie mieściła się w dopuszczalnym przedziale odchyleń plus/minus 1 punkt procentowy. Dla większości członków Rady Polityki Pieniężnej jest to argument za powstrzymywaniem się przed zmianami stóp procentowych.
Raport o inflacji przygotowywany przez NBP przedstawia najbardziej prawdopodobną, według analityków banku centralnego, ścieżkę inflacji i produktu krajowego brutto. Skala niepewności, jaka towarzyszy okresowi pandemii i możliwość wystąpienia trudnych z dzisiejszej perspektywy do określenia czynników powoduje, że odbiorcy projekcji NBP powinni brać pod uwagę możliwość wystąpienia większych niż w przeszłości błędów.
Patrząc historycznie na kierunki zmian dokonywanych w ostatnim, pandemicznym okresie, bank centralny w ostatnich dwóch raportach zwiększa ścieżkę inflacji. W raporcie z lipca 2020 roku, w pierwszym raporcie, w którym uwzględnione zostały pierwsze efekty pandemii, oczekiwano znacznego spowolnienia dynamiki inflacji w 2021 roku. W kolejnej projekcji (z listopada 2020 r.) nastąpił powrót do wyższej ścieżki inflacji, zbliżonej do tej, która była przedstawiana przed pandemią. Wreszcie w ostatnim raporcie (z marca 2021 r.), projekcja inflacji została ponownie podniesiona – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Różnice w ocenie dynamiki inflacji, które nastąpiły w ostatnich kwartałach, są znaczące. Porównując pierwszy raport uwzględniający sytuację pandemii z ostatnim, mamy do czynienia z różnicą 1,0 – 1,1 p.p. W przypadku projekcji PKB na uwagę zasługują znaczące zmiany w przypadku kwartalnych dynamik PKB. Zmieniają się one w sposób znaczący w kolejnych raportach NBP, na co niewątpliwie znaczący wpływ ma ocena przebiegu pandemii.
Wśród czynników wpływających na procesy cenowe w najbliższych kwartałach, w raporcie wymieniane są między innymi wzrosty cen surowców energetycznych i produktów rolnych na świecie.
Według NBP, na ograniczenie inflacji będą miały między innymi wpływ procesy globalizacji, obniżony popyt, obniżone tempo wzrostu jednostkowych kosztów pracy, wysoka podaż warzyw i owoców oraz „dalsze rozprzestrzenianie się epidemii ASF w Niemczech”, co może wpłynąć na wzrost podaży wieprzowiny w Polsce i spadek jej cen. Ten ostatni argument na tle innych czynników wydaje się obarczony sporym ryzykiem poprawnego uwzględnienia. Wymieniane są rosnące ceny energii, wprowadzenie opłaty mocowej oraz opłaty cukrowej. Wpływ na wyższą inflację w dłuższym okresie będzie miał opóźniony wpływ odbudowywania popytu krajowego i zagranicznego.
Na większość z tych czynników zwracało już uwagę Towarzystwo Ekonomistów Polskich podczas styczniowego panelu: „Jaka inflacja w krótszym i dłuższym okresie”. Kwestią sporną jest jednak ocena wpływu poszczególnych czynników na procesy inflacyjne. Mając na uwadze zmiany w ostatnich kwartałach w projekcji inflacji (sprowadzające się do podwyższania ścieżki projekcji inflacji) oraz wysoką niepewność kształtowania się cen w okresie pandemii, należy podchodzić z dużą ostrożnością do projekcji dynamiki inflacji przedstawionej w raporcie NBP.
Według ocen NBP, w horyzoncie, który obejmuje projekcja, inflacja znajdzie się w przedziale odchyleń od celu inflacyjnego NBP 2,5 proc. +/-1 p.p. Z tego powodu w najbliższym okresie trudno oczekiwać wśród członków RPP zgody w sprawie zmian stóp procentowych. Jednak należy podkreślić, że efekty działań RPP widoczne są w gospodarce po kilku kwartałach, stąd powinny one uwzględniać dłuższy okres, w tym również okres 2023 roku. Z tego punktu widzenia oczekiwany wzrost inflacji powyżej 3 proc. w 2023 r., mimo że mieści się w akceptowalnym przedziale odchyleń od celu inflacyjnego, powinien wzmacniać oczekiwania na wzrost stopnia restrykcyjności polityki pieniężnej w przyszłości, tym bardziej że dynamika PKB w tym okresie wyraźnie przekracza 5 proc.
Ciekawostką jest informacja na temat głosowanych w ubiegłym roku wniosków dotyczących zmiany celu inflacyjnego. Zarówno wniosek o jego poszerzenie z +/-1 p.p. do +/- 2 p.p. jak i wniosek o obniżenie celu z 2,5 proc. do 2,0 proc., nie uzyskał poparcia większości członków RPP. Może zaskakiwać, że taka debata odbywa się w momencie sytuacji kryzysowej, w sytuacji kiedy potrzebne są stabilne ramy funkcjonowania polityki pieniężnej. Z pewnością do dyskusji nad strategią prowadzenia polityki pieniężnej należy powrócić w okresie po zakończeniu pandemii.

Gospodarka potrzebuje impulsu

Czy długotrwałe utrzymywanie stóp procentowych na niezmienionym poziomie przyśpieszy nasze wyjście z recesji?
Na swym ostatnim posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej tradycyjnie podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego na niezmienionym poziomie, czyli stopa referencyjna 0,10 proc.; a stopa depozytowa 0,00 proc. To po raz kolejny podważa sensowność gromadzenia oszczędności na kontach bankowych – i jakoś wspiera strategię wzmacniania znaczenia pieniądza gotówkowego, realizowaną przez nasz bank centralny.
Zdaniem RPP, nasilenie pandemii COVID-19 i związane z tym restrykcje epidemiczne oddziaływały negatywnie na aktywność w gospodarce światowej w IV kwartale ubiegłego roku oraz na początku 2021 r. Strefa euro w czwartym kwartale ponownie znalazła się w recesji. Dostępne informacje dotyczące sytuacji gospodarczej na początku bieżącego roku. wskazują na utrzymywanie się dekoniunktury w sektorze usług, przy dalszym wzroście produkcji przemysłowej w tej gospodarce.
Inflacja w gospodarce światowej – mimo pewnego wzrostu w części krajów w styczniu –kształtuje się na niskim poziomie. Główne banki centralne utrzymują niskie stopy procentowe oraz prowadzą skup aktywów.Mimo niepewności dotyczącej rozwoju pandemii utrzymują się optymistyczne nastroje na międzynarodowych rynkach finansowych. Towarzyszy temu wzrost cen surowców na rynkach światowych, w tym ropy naftowej.
W Polsce wstępne dane za czwarty kwartał ubiegłego roku także potwierdziły spadek produktu krajowego brutto w tym okresie. W kierunku obniżenia aktywności gospodarczej oddziaływał spadek konsumpcji oraz niższe niż rok wcześniej inwestycje. Spadek PKB był natomiast ograniczany przez pozytywny wpływ wyniku eksportu netto.
Napływające dane dotyczące koniunktury w polskiej gospodarce w początkach tego roku, wskazują na utrzymywanie się relatywnie dobrej sytuacji w przemyśle, choć dynamika produkcji przemysłowej obniżyła się. Z kolei produkcja budowlano-montażowa i sprzedaż detaliczna notowały wyraźne spadki. Towarzyszył temu spadek przeciętnego zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw oraz obniżenie rocznej dynamiki przeciętnych wynagrodzeń w tym sektorze. Jednocześnie, inflacja w styczniu 2021 r. – według szacunku Głównego Urzędu Statystycznego – wyniosła 2,7 proc. rok do roku.
Po spadku PKB w 2020 r., w bieżącym roku oczekiwany jest wzrost aktywności gospodarczej w Polsce, choć skala i tempo ożywienia obarczone są dużą niepewnością. Głównym źródłem niepewności pozostaje dalszy przebieg pandemii i jej wpływ na koniunkturę w kraju i za granicą. NBP chwali się, że pozytywnie na krajową koniunkturę wpływać będą jego działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej dokonane w ubiegłym roku – a także przewidywane ożywienie w gospodarce światowej. Tempo ożywienia gospodarczego w kraju może być jednak ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz do poluzowania polityki pieniężnej przez NBP.
Wyniki marcowej projekcji inflacji i PKB w Polsce (przygotowanej przy założeniu niezmienionych stóp procentowych NBP), roczna dynamika cen znajdzie się z 50-procentowym prawdopodobieństwem w przedziale od 2,7 – 3,6 proc. w 2021 r. Z kolei tegoroczne tempo wzrostu PKB w Polsce, według projekcji znajdzie się także z zaledwie 50-procentowym prawdopodobieństwem, w przedziale od 2,6 do 5,3 proc. To zapowiedzi tak mało precyzyjne, że wróżby pytyjskie są przy nich wzorem konkretu.
NBP zapewnia, że będzie nadal prowadził operacje zakupu papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym, w ramach tzw. operacji otwartego rynku. Celem tych operacji jest zmiana długoterminowej struktury płynności w sektorze bankowym oraz wzmocnienie oddziaływania obniżenia stóp procentowych NBP na gospodarkę. W tym celu NBP będzie prawdopodobnie także stosować interwencje na rynku walutowym.
Włodarze naszego banku centralnego zapewniają, że ich działania łagodzą negatywne skutki pandemii, wspierają aktywność gospodarczą oraz ograniczają inflację – a przez to pozytywnie wpływają na sytuację finansową kredytobiorców i służą wzmocnieniu stabilności systemu finansowego. Czas pokaże, jaki będzie ich skutek, i czy rzeczywiście w tym roku polska gospodarka wyjdzie z recesji.

Gospodarka 48 godzin

Prawdziwy szczęściarz
Bankowy Fundusz Gwarancyjny poinformował, że ze względu na bardzo złą sytuację kapitałową, wszczął przymusową restrukturyzację Idea Banku S.A. Podano również, że należący do Leszka Czarneckiego bank z dniem 3 stycznia 2021 r. zostaje przejęty przez bank Pekao S.A. Jednocześnie Komisja Nadzoru Finansowego ogłosiła, że możliwość odzyskania środków finansowych od Idea Banku przez poszkodowanych w sprawie GetBack była „obiektywnie nierealna” także w razie hipotetycznych korzystnych dla nich rozstrzygnięć sądowych – z czego bynajmniej nie wynika, że teraz stanie się realna, gdyż bank Pekao S.A. nie przejął wszystkich zobowiązań Idea Banku. Oznacza to, że dochodzenie ich roszczeń od Idea Banku może okazać się nadal niemożliwe. Ostro skrytykowali to sami poszkodowani w aferze GetBack. „Właśnie po raz drugi okradziono obligatariuszy GetBack. Wszelkie ich roszczenia trafią do IdeaBank SA w Upadłości, czyli banku bez żadnego majątku” – stwierdził Arkadiusz Szczęśniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. Rzeczywiście, kapitały własne Idea Banku wynoszą dziś minus 482,8 mln zł!. Komisja Nadzoru Finansowego umywa ręce i tłumaczy, że wśród środków, jakimi zgodnie z przepisami prawa dysponuje w stosunku do podmiotów nadzorowanych, m.in. banków, brak jest możliwości nakazu wypłaty środków pieniężnych utraconych przez pokrzywdzonych na skutek działania lub zaniechania podmiotu nadzorowanego. KNF sugeruje, że w sprawie odszkodowań należałoby się zwrócić do sądów powszechnych. Czyli, organa administracji jak zwykle twierdzą, że nic się nie da zrobić. Natomiast sam Leszek Czarnecki, choć oficjalnie jest oburzony zabraniem mu banku, po cichu zapewne zaciera ręce z satysfakcją. Pozbył się wreszcie ciężko zadłużonego przedsiębiorstwa, do którego Bóg wie ile musiałby jeszcze dopłacać. Niestety, na podobny szczęśliwy zwrot sytuacji nie mogą mieć nadziei liczni właściciele innych firm, które są zadłużone i cienko przędą.

Zaszczepcie nas szybko
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej wnosi o zakwalifikowanie dziennikarzy do grupy podwyższonego ryzyka zakażeniem koronawirusem i wpisanie tej grupy zawodowej na preferencyjną listę osób typowanych do szczepień przeciw COVID-19. SDRP upomina się o tych, którzy wykonując swoje zawodowe obowiązki, codziennie wychodzą na spotkanie z koronawirusem. Dziennikarze, a zwłaszcza reporterzy i operatorzy muszą pozyskiwać informacje z różnych źródeł, od wielu osób, a także bezpośrednio obserwować i uczestniczyć w ważnych wydarzeniach. Niezbędne informacje w bieżącej pracy dziennikarzy nie zawsze można uzyskać drogą pisemną, internetową czy telefonicznie. W tym celu bezpośredni, żywy kontakt z wieloma różnymi rozmówcami jest po prostu konieczny. W takich sytuacjach utrzymanie bezwzględnego reżimu sanitarnego (a zwłaszcza dystansu) jest bardzo utrudnione, czasem wręcz niemożliwe. W środowisku dziennikarskim coraz częstsze są przypadki zakażeń wirusem, a także zgony. Dlatego stowarzyszenie uważa, że poddanie środowiska szerokiej akcji szczepień mogłoby temu zapobiec, a jednocześnie umożliwić mediom niezakłóconą pracę, tak ważną społecznie w trudnym dla wszystkich czasie pandemii.

Getin Bank ma coraz trudniej

Kolejne ciosy finansowe spadają na bankowe dziecko Leszka Czarneckiego. Niech światek polskiego biznesu zapamięta, że niedobrze jest zadzierać z prominentami Prawa i Sprawiedliwości.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał trzy decyzje dotyczące Getin Noble Banku. Zakwestionował jednostronną zmianę umów o kredyt hipoteczny, niedozwolone klauzule oraz sposób oferowania obligacji GetBack przez bank.
W pierwszej decyzji prezes UOKiK uznał, że Getin Noble Bank, informując klientów o zamiarze doprecyzowania od 2017 roku sposobu wyliczania kursów kupna i sprzedaży walut obcych w umowach kredytów hipotecznych, w istocie jednostronnie zmieniał postanowienia tych umów.
Poza tym Getin Bank zastąpił postanowienia o bankowym tytule egzekucyjnym zapisami o możliwym obowiązku złożenia oświadczenia o poddaniu się egzekucji w trybie art. 777 kodeksu postępowania cywilnego, co mogłoby ułatwić bankowi w przyszłości dochodzenie roszczeń. Wprawdzie bank musiał zrezygnować z bankowego tytułu egzekucyjnego, gdyż Trybunał Konstytucyjny uznał to rozwiązanie za niekonstytucyjne, jednak zdaniem UOKiK, nie dawało to bankowi prawa do wpisania do umów innych form zabezpieczeń. Urząd zakazał więc takich działań.
Już z tych informacji UOKiK o przewinieniach Getin Banku wynika, że zarzuty są mocno naciągane. Tym niemniej Tomasz Chróstny, prezes UOKiK uważa, że efektem działania Getin Banku było to, że wiele osób musiało zaakceptować nowe warunki, bo w przeciwnym razie bank wypowiedziałby umowę i wymagałby spłaty całości kredytu.
Szef UOKiK stwierdza: – Umowa o kredyt hipoteczny jest umową zawartą na określony, wieloletni czas. Niedozwolone jest dowolne zmienianie jej istotnych warunków, a takimi są postanowienia o zasadach wyliczania kursów czy innych zabezpieczeniach. Każde nowe rozwiązanie powinno być wynikiem obustronnych uzgodnień. Jeżeli klient nie zgodziłby się na nie, to umowa powinna być wykonywana na dotychczasowych zasadach.
Za naruszanie od początku 2017 roku zbiorowych interesów konsumentów, UOKiK nałożył na Getin Noble Bank karę finansową wynoszącą 7 019 640 zł. Ciekawe, czy byłaby niższa, gdyby UOKiK wcześniej zwrócił uwagę na działania tego banku?
W drugiej decyzji szef UOKiK uznał, że niedozwolone są postanowienia, zawarte we wzorcach umów dotyczących wydawania kart płatniczych, udzielania pożyczek i prowadzenia rachunków Getin Banku, na mocy których bank miał przyznawać sobie prawo do ich modyfikacji gdy zmienią się przepisy, zapadną wyroki sądów, czy nastąpi korekta omyłek pisarskich. Tymczasem prezes UOKiK uznał, że takie zdarzenia nie dają bankowi prawa do modyfikacji klauzul umownych. Czyli, mimo wyroków, zmian prawa bądź korekty błędów, wzory umów powinny pozostawać niezmienne.
Getin Bank uważał również, że z tych powodów, oraz ze względu na nowe stawki cen prądu, taryf pocztowych i telekomunikacyjnych, ma on prawo do zmiany taryfy opłat i prowizji. UOKiK uznał te zapisy za nielegalne i zakazał ich stosowania, stwierdzając, że pod tym pretekstem „bank może wprowadzać dowolne zmiany”.
UOKiK zarzucił, że Getin Bank nie precyzuje, co konkretnie będzie miało wpływ na modyfikację regulaminu i w jakim zakresie to nastąpi. „W efekcie konsument nie jest w stanie przewidzieć jakich zmian może się spodziewać w trakcie trwania umowy” – stwierdził Urząd, uważając widocznie, że to Getin Bank musi z całkowitą pewnością przewidywać, jakie zmiany nastąpią w różnych przepisach i taryfach, oraz jakie będą wyroki sądów w rozmaitych sprawach.
Wreszcie, w trzeciej decyzji, prezes UOKiK uznał, że Getin Noble Bank wprowadzał konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji korporacyjnych wyemitowanych przez spółkę GetBack. Getin Bank miał informować, że inwestycja jest bezpieczna, a zysk gwarantowany, podczas gdy tak nie było.
Ponadto: „Bank proponował nabycie tych obligacji osobom, które nie były skłonne do ryzyka, bo były zainteresowane zwykłymi lokatami. Przedsiębiorca oferował więc produkty, które nie odpowiadały potrzebom jego klientów” – stwierdził UOKiK, nie wyjaśniając, dlaczego osoby zainteresowane bezpiecznymi lokatami bankowymi wybierały obligacje korporacyjne i uznając, iż Getin Bank powinien najpierw sprawdzić czy ma do czynienia z osobami skłonnymi do ryzyka, czy może ostrożnymi. – Do UOKiK wpłynęło wiele skarg od konsumentów na doradców Getin Noble Banku, które potwierdziły, że podczas sprzedaży dochodziło do nieprawidłowości. Obligacje korporacyjne nie są bezpieczną inwestycją, ponieważ ich bezpieczeństwo zależy wyłącznie od kondycji finansowej emitenta i jego decyzji biznesowych. Nie są one objęte gwarancjami odpowiednich instytucji. Bank jako instytucja zaufania publicznego powinien był zadbać o to, aby jasno i zrozumiale informować o specyfice produktu, w szczególności o ryzyku, uwzględniając jednocześnie realne potrzeby konsumentów – powiedział Tomasz Chróstny, prezes UOKiK. Prezes UOKiK nakazał, aby Getin Noble Bank wypłacił rekompensatę osobom, które nabyły obligacje GetBack za jego pośrednictwem. Wyniesie ona 20 tys. zł. O tym komu należy się rekompensata, bank poinformuje w osobnej korespondencji.
Żadna z wymienionych tu decyzji UOKiK nie jest prawomocna. Jeżeli się uprawomocnią i nie zmieni ich sąd, to staną się wiążącą regulacją, której sądy już nie będą mogły później pomijać. To może ułatwić klientom ewentualne sądowe dochodzenie swych roszczeń.
Z wyjątkiem trzeciej decyzji, dotyczącej obligacji GetBack, te dwie pierwsze wyglądają trochę na włączanie się do państwowej nagonki na właściciela tego banku Leszka Czarneckiego, który od dawna jest na celowniku prominentów PiS.
W sumie UOKiK wydał już siedem decyzji w sprawie oferowania i sprzedaży obligacji GetBack – podkreśla urząd, chcąc zatrzeć wrażenie, iż organy PiS-owskiej władzy patrzyły przez palce na działalność GetBack. W rzeczywistości, nie było żadnego siedmiokrotnego wymierzania kar.
UOKiK zwraca uwagę, że pierwsze kroki, aby chronić osoby poszkodowane wskutek działań spółki GetBack czy podmiotów oferujących jej produkty finansowe, podjął jeszcze zanim wpłynęły skargi od konsumentów. Pod koniec kwietnia 2018 r., po doniesieniach medialnych, Urząd wszczął postępowanie wyjaśniające oraz przeprowadził kontrole, aby ustalić zasady oferowania i sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack. Dodajmy, że nic to nie zmieniło.
Dopiero w lutym ubiegłego roku UOKiK wymierzył około 2 mln zł kary dla Polskiego Domu Maklerskiego za klauzulę niedozwoloną stosowaną przy zapisie na obligacje korporacyjne GetBack, która mogła zniechęcić ich do dochodzenia roszczeń.
Sierpień 2019 r. przyniósł decyzję częściową wobec Idea Banku – stwierdzenie wprowadzania konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji GetBack. Nic z tego nie wynikło.
Dopiero w lutym 2020 r. UOKiK uznał, że Idea Bank stosuje niedozwolone praktyki podczas oferowania obligacji GetBack i nakazał wypłacenie po 10 tys. zł rekompensaty dla poszkodowanych nabywców.
Kwiecień 2020 r.: wreszcie zapadła pierwsza konkretna decyzja UOKiK wobec spółki GetBack – stwierdzenie wprowadzania przez nią konsumentów w błąd podczas oferowania obligacji korporacyjnych. Kary jednak nie było.
Lipiec 2020 r.: stwierdzenie nieuczciwych praktyk podczas oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych funduszy Lartiq (dawniej Trigon) gwarantowanych przez spółkę GetBack – i nakaz wypłaty po 38 tys. zł rekompensaty dla konsumentów. Ponadto 7,2 mln zł kary dla spółki Lartiq za wprowadzanie konsumentów w błąd przy oferowaniu funduszy inwestycyjne gwarantowanych przez GetBack.
Jak widać, UOKiK zaktywizował się na dobre dopiero w ubiegłym roku. Czyżby na polityczne zamówienie obecnej ekipy?

Ile można stracić?

Klienci banków nie mają w Polsce łatwego życia. Zawsze mogą zostać nabrani na rozmaite “bezpieczne produkty”.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na Idea Bank kary w łącznej wysokości ponad 17,2 mln zł oraz nakazał wypłacić po 38 tys. zł rekompensaty konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez fundusz Lartiq. To jeden z banków należących do Leszka Czarneckiego, a cała sprawa dotyczy minionych lat i jest pokłosiem dużo wcześniejszych działań Komisji Nadzoru Finansowego, która już w ubiegłym roku ukarała wspomniany fundusz inwestycyjny.
W sumie prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał 4 decyzje wobec Idea Bank. Trzy z nich dotyczą naruszania praw konsumentów przy oferowaniu im skomplikowanych produktów finansowych: certyfikatów inwestycyjnych, lokat strukturyzowanych oraz ubezpieczeń na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi. W czwartej decyzji UOKiK stwierdził stosowanie przez bank postanowień niedozwolonych w umowach bankowych w zakresie tzw. klauzul modyfikacyjnych. -To nie pierwszy raz, kiedy mamy bardzo poważne zastrzeżenia wobec Idea Banku. Już wcześniej stwierdziliśmy, że spółka naruszała prawa konsumentów przy sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack – wprowadzała ich w błąd i oferowała im produkty niedostosowane do ich potrzeb, czyli stosowała tzw. misselling. Tym razem zarzuty dotyczyły innych produktów finansowych. Bank przekazywał klientom nieprawdziwe informacje m.in. o ryzyku i zyskach, a także stosował misselling. Oferowanie produktów wysokiego ryzyka osobom, które preferują bezpieczne inwestycje, a także wprowadzanie ich w błąd i zatajanie ważnych informacji jest absolutnie niedopuszczalne – mówi prezes Tomasz Chróstny.
Pierwsza decyzja dotyczy oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych emitowanych przez fundusz Lartiq (dawniej Trigon). To produkt wysokiego ryzyka, tymczasem Idea Bank proponował go osobom, którym zależało na bezpieczeństwie swoich oszczędności lub co najwyżej były gotowe zaakceptować tylko niewielkie straty. Byli to głównie dotychczasowi klienci banku korzystający z tradycyjnych lokat, rachunków oszczędnościowych, lokat strukturyzowanych czy ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym.
Idea Bank wprowadzał ich w błąd co do ryzyka inwestycji. Rozpowszechniał bowiem nieprawdziwe informacje o gwarancjach, które rzekomo miały dawać pewność osiągnięcia zysku. Tymczasem fundusze Trigon Profit NSFIZ zawarły umowy gwarancyjne ze spółką GetBack (obecnie w restrukturyzacji), która miała ogromne kłopoty finansowe. Afera GetBack to jedna z nawiększych afer finansowych z czasów rządów PiS.

Nie było mowy o wyjątkowo ryzykownym charakterze tego produktu, o czym dowiedziałem się dopiero teraz, gdy okazało się, że wartość jednostki to ok. 50 proc. ceny nominalnej, a gwarancje nie są realizowane. Nigdy nie było mowy o możliwości utraty choćby niewielkiej części kapitału – napisał w skardze do Urzędu jeden z naiwnych konsumentów.
Prezes UOKiK nakazał Idea Bank wypłatę rekompensat wszystkim konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez Lartiq (dawniej Trigon). Każdy z nich otrzyma 38 tys. zł. Łącznie banki ma wypłacić konsumentom kilkanaście milionów złotych. Idea Bank musi zawiadomić poszkodowanych konsumentów o możliwości wystąpienia o rekompensatę. Ma także zamieścić na swojej stronie internetowej informację o decyzji prezesa UOKiK wraz ze wskazaniem, że nie zamyka ona konsumentom drogi do indywidualnego dochodzenia roszczeń.
W kolejnej decyzji wobec Idea Banku szef UOKiK stwierdził nierzetelne informowanie konsumentów o innym bardzo ryzykownym produkcie finansowym. Chodzi o możliwość przystąpienia do ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym. Bank w sposób nierzetelny przekazywał konsumentom informacje o ryzyku związanym z taką inwestycją, które polega na możliwości utraty całości lub części pieniędzy, opóźnień w realizacji wykupu, a także nieosiągnięcia zysku. Jak wynika z reklamacji, pracownicy banku mieli zapewniać klientów, że to bezpieczna inwestycja, na której nie można stracić.
Prezes UOKiK nałożył w sumie na Idea Bank ponad 11,5 mln zł (11 511 449 zł) kary. Ponadto spółka musi poinformować o tej decyzji na swojej stronie internetowej.
Do naruszania zbiorowych interesów konsumentów dochodziło też przy oferowaniu przez Idea Bank tzw. lokat strukturyzowanych. W tym przypadku również konsumenci byli wprowadzani w błąd, np. W dokumencie „Warunki Lokaty Strukturyzowanej” wyeksponowane były informacje o możliwości osiągnięcia zysku w postaci odsetek, kosztem jasnych i czytelnych danych o ryzyku – czyli okolicznościach, w których inwestycja może nie przynieść dochodu, a nawet wygenerować straty.
Dokument ten był tak zredagowany, że konsumenci mogli odnieść wrażenie, że zawarte w nim parametry umowy są wiążące – podczas gdy jej ostateczne warunki mogą być inne.
Idea Bank zapewniał też, że „kwota lokaty”, czyli zainwestowane pieniądze bez odsetek, jest objęta ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W rzeczywistości gwarancje BFG dotyczą jednak wyłącznie „kwoty wykupu”, która może być niższa. Za te nieuczciwe praktyki UOKiK wymierzył Idea Bankowi karę ponad 5,7 mln zł (5 750 545 zł). Bank także musi zamieścić na swojej stronie informację o decyzji.
Ostatnia decyzja dotyczy niedozwolonych postanowień we wzorcach umów kredytów konsumenckich, rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych oraz kart debetowych i kredytowych. Chodzi o wspomniane klauzule modyfikacyjne, w których spółka wymienia przyczyny uprawniające ją do zmiany regulaminu lub tabeli opłat i prowizji. Są wśród nich m.in. zmiana przepisów, wyroki sądów, wprowadzenie przez bank nowych usług czy konieczność poprawek redakcyjnych.
Kwestionowane klauzule modyfikacyjne znalazły się m.in w umowach na czas określony np. o kredyt konsumencki czy kartę kredytową, w których dochodzi do zadłużenia klienta. Zdaniem UOKiK takie umowy powinny cechować się trwałością i co do zasady nie mogą być zmieniane. Wątpliwości UOKiK wzbudziły też klauzule modyfikacyjne w umowach na czas nieokreślony. Są one co prawda dopuszczalne, ale przesłanki do wprowadzania przez Idea Bank zmian zostały sformułowane zbyt ogólnie i pozostawiają spółce dużą swobodę interpretacji.
UOKiK zakazał wykorzystywania zakwestionowanych postanowień umownych we wzorcach umownych. Idea Bank ma obowiązek poinformować o tym wszystkich konsumentów, którzy mają takie klauzule w swoich umowach z bankiem oraz zamieścić oświadczenie o decyzji UOKiK i jej skutkach na stronie internetowej.
Wszystkie te decyzje są nieprawomocne. Idea Bank może się od nich odwołać, co zapewne uczyni.

Życie na niskiej stopie

Nasza gospodarka potrzebuje w tej chwili płynności, przewidywalności i zapanowania nad rosnącymi cenami żywności, a nie obniżania stóp procentowych.
Prezes Narodowego Banku Polskiego i jednocześnie przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej prof. Adam Glapiński, uważa, że obniżenie stóp procentowych nie zwiększy popytu, ani nie wpłynie na podaż – lecz zmniejszy obciążenia przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o NBP mówi: Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu (o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP).
Popatrzmy zatem na inflację w ostatnich trzech miesiącach (tabelka). Bez wątpienia RPP i NBP mają co robić, ale na pewno nie jest to obniżanie stóp procentowych. Gdy Główny Urząd Statystyczny poda dane o zmianach cen w marcu, to będą to wartości jeszcze wyższe, szczególnie w grupie „żywność”, ale także w grupie „zdrowie” (tak usługi, jak i wyroby farmaceutyczne) oraz w grupie „użytkowanie mieszkania”.
Zgodnie z nowym systemem wag, udział tych grup towarów i usług w przeciętnych wydatkach gospodarstw domowych to ok. 36 proc. A w wydatkach gospodarstw domowych o niskich dochodach rozporządzalnych to zdecydowanie więcej, co najmniej 70-80 proc. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Jeżeli NBP ma realizować swój ustawowy cel – utrzymanie stabilnego poziomu cen, to na pewno obniżaniem stóp procentowych nie uda mu się tego zrobić. Jeżeli natomiast NBP chce wspierać politykę gospodarczą rządu, nie ograniczając możliwości realizacji swojego podstawowego celu (utrzymanie stabilnego poziomu cen), to obniżenie stóp procentowych i w tym przypadku nie pomoże.
NBP i RPP znalazły się w tej chwili w sytuacji, w której żadna ich decyzja nie pozwala na realizację ustawowego, nawet szeroko ujętego, celu. Nie są w stanie utrzymać stabilnego poziomu cen (określonego przez cel inflacyjny i możliwe odchylenia od niego). Nie są także w stanie pomóc gospodarce, przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym.
To co jest dzisiaj potrzebne przedsiębiorstwom, to zapewnienie gotówkowej płynności finansowej. Nawet jeżeli banki komercyjne obniżą firmom koszt kredytu, to będzie to „dużo za mało” w stosunku do ich płynnościowych potrzeb. Szczególnie w grupie firm mniejszych. Tu potrzebne jest zawieszanie i odsuwanie spłat kredytów i odsetek w czasie, uwalnianie środków trzymanych na kontach VAT-owskich, odsuwanie w czasie płatności zobowiązań wobec Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i urzędów skarbowych, wsparcie z Funduszu Pracy przedsiębiorstw w wypłatach wynagrodzeń – i wiele, wiele innych działań z obszaru polityki gospodarczej.
Poza tym, obniżenie stóp procentowych wcale nie oznacza obniżenia kosztów kredytu. Rośnie bowiem ryzyko niespłacalności kredytów i banki, będące dysponentami depozytów swoich klientów, muszą ten wzrost ryzyka wziąć pod uwagę w wycenie kosztu pieniądza dla przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych. Tym bardziej, że ryzyko niewypłacalności części firm, które są kredytobiorcami, będzie się niestety materializowało. A to oznacza zmniejszenie zdolności banków do dostarczania kapitału gospodarce. Obniżenie stóp procentowych może zatem zadziałać na gospodarkę przeciw skutecznie.
Z punktu widzenia gospodarstw domowych, obniżenie stóp procentowych też nie będzie miało oczekiwanej przez Prezesa NBP skuteczności – czyli zmniejszenia ich obciążeń finansowych. Koszt kredytu to nie tylko bowiem oprocentowanie, ale także opłaty, prowizje, czy ubezpieczenie, którego cena może silnie wzrosnąć w wyniku wzrostu ryzyka niespłacalności kredytów.
W efekcie koszt kredytu będzie wyższy, mimo obniżenia przez RPP stóp procentowych. Poza tym wiele gospodarstw domowych, szczególnie tych o niższych dochodach, zadłuża się nie w systemie bankowym, a w firmach pożyczkowych, gdzie rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacznie wyższa niż w bankach komercyjnych.
Obniżenie stóp procentowych nie zmniejszy zatem w sposób istotny obciążeń tych gospodarstw domowych, które tego najbardziej potrzebują. Tu także, podobnie jak w przypadku przedsiębiorstw, potrzebna jest możliwość przesuwania spłat zobowiązań pożyczkowych i kredytowych w czasie.
Ale najważniejsze z punktu widzenia gospodarstw domowych jest utrzymanie zatrudnienia, a tym samym utrzymanie dochodów. A tu sytuacja zaczyna być coraz trudniejsza. To na tym trzeba skupić uwagę – i uruchomić w ramach polityki gospodarczej, działania zapewniające utrzymanie jak najwyższego poziomu zatrudnienia, oraz zapewnić możliwość otrzymywania przez pracowników wynagrodzeń. Obniżenie stóp procentowych przez RPP o 0,25 pp, 0,5 pp, czy nawet 1 pp. tego nie zapewni.
Zapanowanie nad sytuacją na rynku pracy jest szczególnie ważne z punktu widzenia rosnących w bardzo szybki sposób kosztów życia. W styczniu i lutym 2020 r. ceny żywności wzrosły o ponad 8 proc. rok do roku. W marcu ten wzrost był co najmniej na tym samym poziomie, bo wszyscy w panice rzucili się do robienia zakupów.
Zresztą, już w 2019 r. (a także wcześniej) ceny żywności rosły dużo szybciej niż inflacja ogółem (w 2019 r. inflacja wyniosła 2,3 proc., podczas gdy ceny żywności wzrosły o 5,3 proc.) – przypomina Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Gdzie była Rada Polityki Pieniężnej, gdy jej decyzje mogły ograniczyć rosnącą inflację, i chociaż w jakiejś części ograniczyć dynamikę cen żywności – bowiem jej wzrost to nie tylko efekt czynników zewnętrznych, niezależnych od decyzji RPP?.
Za przeciętny koszyk zakupów musimy płacić o 4,7 proc. więcej niż rok wcześniej w lutym. A gospodarstwa domowe o najniższych dochodach rozporządzalnych, nawet o 7-8 proc. więcej.
Tak, wiem, wiem, Bank Anglii i amerykański FED obniżyły już stopy procentowe, a FED dodatkowo zapowiedział uruchomienie kolejnej fazy luzowania ilościowego, mając zamiar wprowadzić do systemu finansowego ok. 700 mld dolarów. Ale ustawowym celem FED jest nie tylko zapewnienie stabilności cen, ale także zapewnienie wysokiego poziomu zatrudnienia i dążenie do stabilnego wzrostu gospodarczego.
W Polsce, powtórzę to raz jeszcze, podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu – o ile nie ogranicza to wspomnianego, podstawowego celu NBP. Obniżenie stóp procentowych przez RPP nie jest realizacją ani celu głównego, ani wspieraniem polityki rządu. Może dać wręcz odwrotne efekty od oczekiwanych.