Wybili się na samowystarczalność

To, że USA zaczęły sprzedawać więcej ropy niż kupować, to wiadomość dobra dla naszego kraju.

 

Według danych departamentu energii, Stany Zjednoczone stały się właśnie krajem per saldo dostarczającym światu ropę i jej produkty – a nie kupującym je.
Jak wynika z najbardziej aktualnych obliczeń, USA w ostatnim tygodniu listopada wyeksportowały więcej ropy i jej produktów niż zakupiły ich na świecie.
Osiągnięte zostało dodatnie historyczne saldo wymiany handlowej wynoszące 231 tys. baryłek dziennie.

 

Import spada, eksport rośnie

Ta nadwyżka wynika z obserwowanego, silnego obniżenia importu w listopadzie. Średni import ropy przez USA w całym tym miesiącu wyniósł 7,6 mln baryłek dziennie (podczas gdy amerykańskie wydobycie wyniosło 11,7 mln baryłek dziennie), natomiast w ostatnim tygodniu listopada tylko 7,2 mln.
Dodatkowo eksport zwiększył się o 760 tys. baryłek dziennie i wynosił 3,2 mln baryłek.
Cały czas jednak saldo wydobycia ropy pozostawało silnie ujemne – ale do obliczeń brany jest również bilans produktów ropy naftowej i częściowo wydobycia gazu.
Ponieważ z jednej baryłki ropy naftowej (42 galony) powstaje średnio 45 galonów produktów naftowych, to w samym procesie przerobu ropy pojawia się dodatkowo około 1 mln baryłek produktów naftowych dziennie (amerykańska benzyna jest eksportowana np. do Meksyku).
Bardzo mocno rośnie podaż produktów ciekłych (etan, propan, butan), które powstają w czasie przerobu gazu ziemnego oraz ropy naftowej. Ich produkcja wynosi ok. 4,5 mln baryłek dziennie, w większości są one eksportowane. One także wchodzą w bilans ropy naftowej i jej produktów. Dzięki rewolucji łupkowej w USA ich podaż wzrosła dwukrotnie w ciągu sześciu lat.

 

Cios w kartel producentów

W poprzedniej dekadzie Amerykanie importowali netto nawet 13 milionów baryłek dziennie ropy i jej produktów. To olbrzymia wielkość wynosząca ok. 15 proc. globalnego dziennego popytu. Stanowiło to także 25-krotność jednodniowego zapotrzebowania na ropę w Polsce.
Spadek zapotrzebowania na ropę i paliwa z zagranicy dało się zaobserwować w USA już od 2010 r., chociaż jeszcze wtedy deficyt wymiany handlowej tych towarów sięgał dziennie 10 mln baryłek. Dzięki rewolucji łupkowej malał on jednak sukcesywnie, by osiągnąć średni dzienny poziom we wrześniu tego roku na poziomie importu 2,27 mln baryłek. To była najniższa wartość przynajmniej od 1973 r.
Jak wskazuje portal Cinkciarz.pl , ten wynik prawdopodobnie się nie utrzyma, ale amerykańska niezależność energetyczna to już fakt – mimo że „oczyszczona” z tygodniowych wahań, stała nadwyżka, pojawi się za ok. dwa lata.
Wydarzenia na rynku surowców energetycznych zdecydowanie polepszają geopolityczną pozycję Stanów Zjednoczonych. Czy to może mieć także pozytywny wpływ dla Polski oraz Unii Europejskiej?
Fakt, że Amerykanie przestają wysysać ropę z całego świata, obniża ceny tego surowca, a więc ma pozytywne skutki dla krajów importujących ropę. Z kolei państwa należące do OPEC i Rosja czują się obecnie zagrożone, że premia, którą dotychczas uzyskiwały z eksportu „czarnego złota”, będzie się zmniejszać.
OPEC i Rosja próbują się ratować, zawiązując sojusz i ograniczając podaż, ale ma to tylko przejściowy pozytywny skutek dla tego kartelu. W kolejnych latach, dzięki rewolucji łupkowej w USA zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska będą mniej płacić za ropę i jej produkty – a zatem więcej środków zostanie na inwestycje publiczne czy prywatne oraz konsumpcję gospodarstw domowych.

Litr benzyny nie zdrożeje do 6 zł

Będzie drożej, ale bez przesady. Polska z pewnością nie wyłamie się z amerykańskich sankcji i nie zacznie kupować więcej ropy z Iranu.

 

Stopniowo przybywa krajów zapowiadających, że mogą przestać kupować irańską ropę. Spowoduje to załamanie eksportu Islamskiej Republiki oraz globalny wzrost cen tego surowca.
Dłuższe trwanie takich negatywnych trendów przełoży się na rosnące ryzyko wzrostu cen paliw, również na polskich stacjach.

 

Klienci USA rezygnują

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że sankcje nałożone na Iran spowodowały zmniejszenie wydobycia ropy przez Teheran, a tym samym ograniczenie eksportu. Niewielu obserwatorów jednak oczekiwało, że skala spadku będzie tak głęboka – i to jeszcze przed rzeczywistym wprowadzeniem tych sankcji zaplanowanych na początek listopada.
Coraz mniej krajów kupuje irańską ropę. Już od lipca Korea Południowa nie importuje ropy z tego kraju. W pierwszej połowie roku Seul kupował od Teheranu ok. 300 tys. baryłek ropy dziennie. To duży klient, ale jego utrata jeszcze nie była poważnym ciosem dla Islamskiej Republiki, przy zagranicznej sprzedaży swego płynnego złota na poziomie ok. 2,5 mln baryłek dziennie.
Na początku września także Japonia zapowiedziała, że prawdopodobnie nie będzie importować irańskiej ropy. Wcześniej kupowała ok. 200 tys baryłek dziennie , chociaż już we wrześniu poziom importu spadł poniżej 100 tys. baryłek dziennie (według agencji Bloomberg monitorującej ruch tankowców).
Również Indie nie planują od listopada w ogóle kupować irańskiej ropy. To już bardzo poważny problem dla Teheranu. W sierpniu indyjskie zakupy spadły o połowę, a przez pierwsze dwa tygodnie września wynosiły jedynie 250 tys baryłek dziennie. Tymczasem jeszcze w lipcu Indie importowały prawie 800 tys. baryłek dziennie.

 

Czy UE się ugnie przed Trumpem?

Nadal do końca nie wiadomo jak będzie wyglądała kwestia sprowadzania ropy z Iranu przez Unię Europejską (głównie przez Włochy, które dotąd importowały około 250 tys baryłek dziennie – i oczywiście przez Chiny (ich import mieści się w przedziale 700-800 tys. baryłek dziennie).
Wydaje się jednak, że tegoroczne sankcje będą znacznie bardziej restrykcyjne niż te nałożone przez Europę i administrację prezydenta Obamy jeszcze przed 2015 r. Większych problemów prawdopodobnie Iran nie odczuje w eksporcie ropy do Syrii, Birmy czy Turcji, ale to są to stosunkowo mali nabywcy.
Kilka miesięcy temu szacowano, że irański eksport i produkcja prawdopodobnie nie obniżą się o więcej niż 800 tys. baryłek dziennie.
Teraz, patrząc na rynkowe wydarzenia, niewykluczone, że sprzedaż przez Iran ropy za granicę spadnie nawet o półtora miliona baryłek, czyli wyniesie zaledwie 1 mln baryłek dziennie w połowie 2019 r. (dane za Facts Global Energy).
Będzie to olbrzymi ubytek dla światowego rynku, zwłaszcza, że zagrożone jest jeszcze 200-300 tys. baryłek dziennie z Wenezueli (nie wyklucza się spadku wydobycia przez Caracas do 1 mln baryłek dziennie do końca roku).
Nadal także mamy do czynienia z niestabilną sytuacją w Libii (produkcja potrafi nagle spadać o 300-400 tys. baryłek dziennie).

 

Zostanie na tankowcach

Kolejnym elementem niepewności na rynku jest fakt, że przez jakiś czas nie będzie dokładnie wiadomo, ile ropy popłynie z Iranu. Tankowce zapewne będą wypełnione, ale ropa nie trafi na rynek.
Produkcja może pozostawać względnie duża, lecz surowiec zamiast dotrzeć do odbiorców, zostanie zmagazynowany w tankowcach (kilkadziesiąt irańskich zbiornikowców może pomieścić ponad 100 mln baryłek ropy).
Dodatkowo Teheran już rozpoczął działania mające na celu utrudnienie śledzenia przepływu ropy, gdyż stopniowo wyłącza transpondery (urządzenia lokalizacyjne) swoich tankowców.
Wyłączanie transponderów może mieć na celu ominięcie sankcji. „Financial Times” przypominał niedawno, że w 2012 r. „niektórzy dobrze powiązani biznesmeni i organizacje dyskretnie sprzedawali ropę by pomóc rządowi omijać sankcje”.
Z drugiej jednak strony, obecnie może to być znacznie trudniejsze, chociażby ze względu na bardziej restrykcyjne podejście USA, niż w przypadku poprzednich sankcji.

 

Na stacjach zapłacimy więcej

Mniej ropy w sprzedaży to wyższe ceny na stacjach paliw. Zagrożenie znacznie poważniejszym niż oczekiwano zmniejszeniem eksportu ropy z Iranu zwiększa ryzyko niezbilansowanego rynku.
Będzie to szczególnie dotkliwe, gdyby pojawiły się jakieś dodatkowe problemy z podażą wśród głównych producentów (OPEC czy Rosja). Wtedy scenariusz wzrostu ceny ropy Brent powyżej granicy 100 dolarów za baryłkę stałby się bardzo prawdopodobny.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, to również oznaczałoby, że ceny paliw na polskich stacjach zaczęłyby rosnąć nawet do 5,5-6 zł za litr.
Jednak nawet w przypadku braku dramatycznych wydarzeń – i przyjmując scenariusz zakładający jedynie wcześniej oczekiwane ograniczenie podaży ropy z Iranu – podstawowe paliwa na polskich stacjach będą prawdopodobnie osiągały ceny na poziomie 4-letnich szczytów. To zaś oznaczałoby cenę 5,15 zł za litr benzyny bezołowiowej 95 i 5,10 zł za litr oleju napędowego.