Wespół w zespół

Wiesław Michnikowski w kabarecie Starszych panów, rzewnie melorecytował, że kochać nie należy indywidualnie. Tym bardziej zaś nie da się indywidualnie robić polityki.

A Polacy coraz to próbują. I oczywiście ponoszą porażki.

Jednym z najczęstszym zarzutem podnoszonym w debatach okołopolitycznych jest partyjność. Bezpartyjność jest uznawana za cnotę partyjność za grzech. Marność polskich partii politycznych to oczywista oczywistość. Popełniły wszystkie możliwe grzechy, i popełniają je nadal, co dobitnie widać w kolejnych kampaniach wyborczych łącznie z bieżącą.

Jednak system, w jakim współczesny, względnie demokratyczny, świat funkcjonuje oparty jest na partiach politycznych. Słabość partii osłabia demokrację, słaba demokracja osłabia partie polityczne. Wszelkie patologie systemu partyjnego uderzają od razu w demokrację. Jednym z ważnych zadań partii politycznej jest organizowanie dyskursu demokratycznego poprzez formułowanie politycznych postulatów i ich uzasadnień. To prawda, że polskie partie słabo wywiązują się ze swoich zadań, a już najgorzej to wygląda gdy sprawują władzę. Sprawując władzę polskie partie, w zasadzie bez wyjątków, budowały system oligarchiczny. PiS trafnie diagnozując sytuację i odczytując opinie Polaków, obiecywał walkę z oligarchią. Obietnicy poniekąd dotrzymał, pokonując zastana oligarchię, zastępując ja nową.

Aktualne kampania wyborcza, podobnie jak ta jesienią ubiegłego roku, jest mocno odrealniona. Choć tym razem PO sprawia wrażenie, że jednak chciałaby przejąć władzę, choćby tylko prezydencką. Wymiana kandydatów, przeprowadzona bardzo sprawnie, to jeden z sygnałów determinacji. Kompletnie nie pasująca to wyborczej walki na obelgi i potwarze, Kidawa Błońska nie poradziła sobie z wyzwaniem. Choć warto pamiętać, że miał ją wspierać cały sztab KO… A zaraz potem się okazało, że nie wspiera jej (prawie) nikt a do jej ewentualnego zastąpienia co rusz to zgłaszali się kandydaci. Teraz Trzaskowski po restarcie kampanii daje szanse na pokonanie PiS… choć szanse Dudy dalej stoją nieco wyżej.

Nową zagadką jest elektorat Szymona Hołowni. To kandydat niespełnionego PO-PiS-u. Z jednej strony łagodny katolicki fundamentalizm z ludzką twarzą, obiecujący nawet rozdział państwa od kościoła, pod warunkiem że Państwo będzie działać w ramach etyki katolickiej. A więc łagodny antyklerykalizm i powrót do prawdziwego chrześcijaństwa. A z drugiej strony, mięciutki jak sierść kota, liberalizm i powrót do konstytucyjnych wartości, w interpretacji Andrzeja Zolla. Oczywiście to znacznie bliższe demokracji niż PiSowska anokracja ale uprzejmie proszę wybierających Hołownię by nie nazywali się lewicą, albowiem są nią jedynie względem PiS.

Na koniec zostawiłem Roberta Biedronia. Jego wybór na Kandydata Zjednoczonej lewicy nie był najlepszym rozwiązaniem. Początek kampanii to była prawdziwa katastrofa, całkowicie zlekceważył zeszłoroczny dorobek partii lewicowych. Mieliśmy w kampanii tak naprawdę niegdysiejsze stopione na szaro śniegi czyli popłuczyny po wiośnie.

W rezultacie nie uzyskał ani wsparcia partii ani wyborców. Dodatkowo parlamentarna, ograniczona ale jednak, współpraca Lewicy z PiS dezorientowała wyborców domagających się bezwzględnej walki z rządem. Reaktywacja kampanii wyborczej zmieniła nieco sytuację. Klub parlamentarny zaangażował się zdecydowanie w kampanię przedstawiając szereg inicjatyw. Tyle, że cześć wyborców odpłynęła już do Trzaskowskiego i do Hołowni.

O wyborze prezydenta zdecydują przepływy elektoratów drugiej turze. Jednak zależą one też po części od wyników pierwszej. Porzucanie kandydata pierwszego wyboru na rzecz ułudy zwycięstwa w pierwszej turze świadczy o tym, że wyborcy nie rozumieją demokracji. No, ale politycy też jej nie rozumieją.

Każdy kto uważa się za socjaldemokratę, czy choćby tylko lewicowca, powinien pomimo oporów, głosować w pierwszej turze na Roberta Biedronia. Pomimo ewentualnych wątpliwości. Bo głos na niego jest głosem na lewicową alternatywą, która rodzi się powoli, w bólach, niedoskonała i fragmentaryczna. Rodzi się w klubie parlamentarnym lewicy. I tylko tam może powstać. Ale to jak szybko powstanie i jak szybko będzie w stanie dotrzeć do społeczeństwa, zależy też trochę od wyniku Biedronia.

Każdy lewicowiec ma wątpliwości ale każdy, w decydującym momencie powinien wiedzieć jak postąpić. I wespół w zespół…

A konkordat należy wypowiedzieć, z pomocą Hołowni lub bez.

Jaki bezpartyjny?!

Kandydat na prezydenta Warszawy Patryk Jaki zapowiedział zrzeczenie się przynależności do Solidarnej Polski (jest taka partia) jak tylko zostanie prezydentem. Ja też bym, na jego miejscu, tak zrobił. Kampanię Jakiego finansuje i daje mu logistyczne zaplecze Prawo i Sprawiedliwość, bo macierzysta partia Jakiego (SP) żadnych funduszy, ani zaplecza logistycznego, nie ma. Jak Jaki zrzeknie się przynależności do SP będzie mógł stać się bezpośrednim zaufanym PiS, a nie tylko szemranym koalicjantem.
Zresztą, jakie to ma znaczenie. Generalnie partyjny nadzór kandydatowi Jakiemu jest potrzebny, bo ma on wyjątkowo giętki kręgosłup ideowy i do tego skłonności do otaczania się kolesiami od politycznych interesów. Pokazał te umiejętności w Opolu.
Prezydent Duda też zrzekł się przynależności do PiS. Czy to cokolwiek zmieniło? Im bardziej bezpartyjny jest prezydent Duda, tym mocniej, codziennie, udowadnia, że łaknie łona PiS jak kania dżdżu. Bezpartyjny prezydent Komorowski trzymał się sukienki PO i razem z nią pogrążył się w opozycyjnym dołku. Prezydent Kwaśniewski, po wygraniu wyborów, także oddał legitymację partyjną, bo taki jest obowiązek. W swojej bezpartyjności posunął się on dalej. W pewnym momencie zaczął podszczypywać swoją matkę partię, co dla SLD i całej lewicy źle się skończyło, ale tematu nie będę rozwijał.
Kandydat Jaki, wydając oświadczenie, że po wyborach skończy się jego partyjność, pokazuje zarazem, że partie nie są mu do niczego potrzebne. Tak będzie czuł się silny. Ale dla Jakiego oderwanie się od partyjnej macierzy oznacza śmierć polityczną. Dlatego nawet gdyby, co nie daj Boże, wygrał wybory w Warszawie i uznał się za bezpartyjnego, to nigdy nie zerwie swojej pępowiny z PiS-em. To takie austriackie gadanie kandydata Jakiego, które wielu bierze za dobrą monetę.
Jest wielu prezydentów miast, którzy traktowali swoją partyjność swobodnie, bądź z niej rezygnowali zupełnie. Były to jednak wyjątkowe osobowości, które same w sobie były instytucją. Patryk Jaki do takich zdecydowanie nie należy. Jego pozycja nie bierze się z dorobku zawodowego, ale ciągłej obecności w partyjnych strukturach.
Patron dzisiejszej prawicy, nieżyjący prezydent Lech Kaczyński, będąc prezydentem Warszawy, legitymacji PiS nie oddał. Można z tego wysnuć wniosek, że na sposobie zarządzania Warszawą przez Lecha Kaczyńskiego kandydat Jaki też nie zamierza się wzorować. Ale to chyba dobrze. Podsumowując. Partyjność czy bezpartyjność to sprawa drugorzędna w rządzeniu dużym miastem. Jeżeli kandydat ma olej w głowie, wizję, i mocną wolę do jej wdrażania, to partyjność jest rzeczą wtórną, choć z dobrych doświadczeń i dorobku partii może korzystać. Ewentualny bezpartyjny prezydent Jaki, zostanie otoczony grupą doradców mających sztywne połączanie telefoniczne z partyjnym dowództwem. Psu na budą taka Jakiego bezpartyjność.