Święte prawo do bycia biedakiem

Święty jest Jan Paweł Drugi. Dziewczyny kolegów są święte. Święta są dwa razy do roku. Święty jest Krzyż na Łysej Górze i Święta jest lipka w Świętej Lipce. Święta jest też własność. A przynajmniej powinna. Jak ktoś uczciwie pracuje na swoje, wara innym od tego, co nie ich. Nieważne, czy to lepianka z kurzej kupy czy willa na Żoliborzu. Jak moje i za moje, to nikomu nic do tego. Amen.

Władze amerykańskiego Seatle wpadły na pomysł, jak walczyć z biedą. Ongiś, projekt ustawy na podobny temat chcieli wnieść do Sejmu, jako grupa inicjatywna, Paweł Kukiz z grupy Piersi z Jędrzejem Kodymowskim z grupy Apteka. Dziś pierwszy z nich jest posłem podupadłego ruchu, a drugi dyskdżokejem podupadłej stacji radiowej. Bieda ma się za to u nas bardzo dobrze i znowu, coraz śmielej sobie poczyna. W Ameryce, jak donosi „ New York Post”, władze Seattle właśnie rozważają wprowadzenie przepisów uniewinniających większość wykroczeń, jeśli ich sprawca umotywuje swój czyn biedą. Dodać należy, że to wszystko dzieje się tuż po tym, jak Seattle postanowiło obciąć o 18% budżet przeznaczony na policję – w roku, w którym padają od dawna nienotowane rekordy w liczbie morderstw w tym mieście. W 2020 r. odnotowano tam więcej morderstw niż przez dwa poprzednie lata razem wzięte. Anita Khandelwal, jedna z odpowiedzialnych za projekt walki z biedą, argumentuje zań w ten sposób: „W sytuacji, w której ukradłeś komuś kanapkę, bo próbowałeś zaspokoić swoje podstawowe pragnienie, jakim jest głód – my jako społeczność dostaniemy sygnał, że nie powinniśmy cię za to karać. Taki postępek jest usprawiedliwiony.” Jednakowoż, nie o kradzież kanapki czy, jak u nas, batonika, tu idzie. Proponowane przepisy można interpretować również i w taki sposób, że nawet jeśli ktoś napadnie na jubilera i ukradnie towar znacznej wartości, może zostać uniewinniony, jeśli w czasie procesu przyzna, że zamierzał spieniężyć łup i oczywiście ,,przeznaczyć go na zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb”. Własność prywatna idzie wtedy na ulicę uprawiać wolną miłość, a tryumfuje złodziejstwo. Nie o taki anarchizm walczył Bakunin, nie za taki socjalizm bili się bojowcy z PPS-u, nie o „take Ameryke” Północ walczył z Południem.

U nas też, jak się okazuje, święte prawo własności, ma swoich obrońców. Jedni bronią prawa przed grabieżą, a drudzy urzędnika przed konsekwencjami. I co najdziwniejsze, w czasie gdy PiS gani swoich, co nie zdarza się zbyt często, Platforma pisowczyka broni, co zdarza się jeszcze rzadziej. No ale w końcu zbliżają się święta, takoż i miłosierdzie potrafi wówczas chadzać u nas bardzo krętymi ścieżkami, zwłaszcza po tradycyjnym, zakładowym śledziku. Premier Morawiecki zdymisjonował z dniem 15 grudnia wojewodę wielkopolskiego, Łukasza Mikołajczyka. Poszło o słynny pałac w Stobnicy, wybudowany pośród rezerwatu Natura 2000. Pisałem o tym w wakacje; zamczysko jak z bajki postawiono wbrew prawu, a urzędnicy zalegalizowali samowolę, jakby ktoś miast pałacu w miejscu chronionym, postawił sobie blaszany garaż na działce. Bo kto bogatemu zabroni. Pod koniec listopada wojewoda wielkopolski uznał ważność zgody na budowę tzw. zamku w Stobnicy, choć przeprowadzone postępowanie wykazało, że decyzja starosty obornickiego została wydana z naruszeniem prawa. I za to poleciał ze stanowiska. Szkoda, że dopiero teraz, bo nawet bez wyroku, sprawa była śmierdząca na kilometr, a pałacu nie stawia się w miesiąc. Po decyzji premiera, w obronę ekswojewody zaangażował się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, jedna z czołowych postaci PO. Publicznie jął zastanawiać się, co innego mógł uczynić wojewoda, jeśli nie zalegalizować stan prawny, który zastał, a do którego doprowadziły zaniedbania poprzedników. „Co wojewoda, w sytuacji tego nieszczęśliwego „zamku”, miał teraz zrobić? Miał kazać go rozebrać?” zastanawiał się prezydent Jaśkowiak w rozmowie z dziennikarzem. Ano, panie prezydencie…tak. Miał kazać rozebrać. Waśnie tak. Miał pokazać, jako przedstawiciel władzy w terenie, że nie ma i nie może być zgody na prymat samowoli zbudowanej na grubych pieniądzach, ponad prawem. Bo nic nad nim stać nie może. Wiem, to takie niepisowskie myślenie, ale właśnie za jego brak, wojewoda pożegnał się ze stanowiskiem. Tak jak nie można złodziejstwa, nawet najmniejszego, legalizować, tak i nie można zezwalać na legalizowanie łamania prawa w biały dzień. Bo to już żaden anarchizm. Żaden syndykalizm. To normalne, legalne bezprawie i bandyterka. Nie za „take Polske” Lechu skakał przez płot.

Najgorszy kryzys od dekad i gigantyczna fala społecznych protestów

Największa gospodarka Azji Południowo – Wschodniej znalazła się w najgorszym kryzysie od lat. Głównie na skutek pandemii, gospodarka Indonezji znalazła się w recesji jakiej nie widziała od czasu azjatyckiego kryzysu finansowego w 1998 roku. Władze Indonezji przewidują, że 3,5 miliona osób może stracić pracę.

Główną branżą indonezyjskiej gospodarki jest rolnictwo, ale duża część kraju jest uzależniona od dochodów z turystyki i każdego roku miliony turystów odwiedzają indonezyjskie wyspy. Od kiedy w związku z pandemią rząd zamknął granice dla osób z zewnątrz, turystów nie ma i nie zostawiają tu potrzebnych gospodarce dolarów. W kryzysie znalazł się też handel, bo władze zmuszone były wprowadzać lockdowny, szczególnie w dużych miastach. Zamknięto też część fabryk i kopalń, wysyłając pracowników do domu bez środków do życia. Duży wskaźnik zachorowań spowodował przeciążenie służby zdrowia a rząd zmuszony został do przeznaczenia dodatkowych środków na pomoc szpitalom.

Kryzys gospodarczy i ofensywa władz

W wielu krajach Zachodu reakcją na kryzys były rządowe programy mające ograniczyć skutki kryzysu. Były to zasiłki, zapomogi czy zwolnienia podatkowe. W Indonezji jest inaczej. Na początku października rząd wprowadził pakiet rozwiązań prawnych o nazwie „Prawo na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy – UU Cipta Kerja)” nazywany w Indonezji „Omnibus Law” ze względu na wielość wątków i zagadnień, które obejmuje. Jest to zbiór poprawek do istniejących przepisów prawnych spisany na ponad 1000 stron i wprowadzony w życie bez konsultacji społecznych ani debat. W historii Indonezji znane były takie projekty prawne, celowo tworzone na setkach stron i poruszające różne zagadnienia, w celu ukrycia w nich kontrowersyjnych poprawek czy projektów ustaw. Tak też jest w tym przypadku.

Formalnie „Omnibus Law” z 2020 roku tworzone jest w celu ułatwienia tworzenia miejsc pracy, zwiększenia inwestycji zagranicznych i wewnętrznych poprzez ograniczanie przepisów regulacyjnych dla biznesu i ułatwień w procesie nabywania ziemi. Brzmi to niewinnie, ale to co się kryje w szczegółach jest bardzo kontrowersyjne. Ustawa uderza bowiem w prawa pracownicze, prawa ludności tubylczej do własnej ziemi, wpłynie na pogorszenie wylesienia indonezyjskich dżungli poprzez redukcję ustaw na rzecz ochrony środowiska i doprowadzi do zwiększania obszarów nędzy.

Nowe prawo znosi minimalną płacę ustaloną dla poszczególnych sektorów gospodarki i znosi kary dla pracodawców za spóźnienie z wypłatami dla pracowników. Prawo zezwala teraz na ustalanie struktury i skal płacowych w dużych firmach na podstawie „możliwości i wydajności” przedsiębiorstwa, co daje pole do wyzysku i nadużyć, gdyż decydować ma o tym pracodawca. Dodatkowo, wprowadza się zasady wynagrodzeń typowe dla kontraktów śmieciowych – zamiast płacy miesięcznej, wprowadza się wynagrodzenie godzinowe.

Ułatwiono proces zwalniania pracowników z pracy i zlikwidowano trybunał do którego pracownik mógł się bezpłatnie odwołać w takiej sytuacji. Zredukowana zostaje wysokość odpraw pieniężnych dla zwalnianych pracowników, zniesione są dodatki za wysługę lat, zniesione zostają korzystne regulacje dotyczące nadgodzin, znosi się dwudniowy weekend na rzecz jednego dnia wolnego w tygodniu. Zniesiony zostaje też płatny urlop macierzyński. Przypomnieć tu trzeba, że mowa o kraju, w którym płace są tak niskie, że już wcześniej trudno było za nie przeżyć. Obniżono wysokość opodatkowania dla korporacji ale klienci serwisów internetowych takich jak Netflix, Spotify czy Steam będą obciążeni nowym, dodatkowym podatkiem w wysokości 10%.

Duże kontrowersje budzi deregulacja przepisów dotyczących ochrony środowiska. Warto tu przypomnieć, że Indonezja straciła już większość swoich unikalnych lasów deszczowych wraz z fauną na skutek wypalania i wycinki pod tworzone na Sumatrze czy Borneo plantacje palm olejowych zaopatrujących światowe koncerny kosmetyczne i spożywcze albo na rzecz przedsiębiorstw wydobywczych, na przykład amerykańskich kopalń na Papui. Do tej pory istniały jednak pewne ograniczenia dotyczące skali dewastacji środowiska naturalnego. Nowe prawo znosi część z tych ograniczeń, więc międzynarodowym korporacjom łatwiej będzie uzyskać licencje na wycinkę a nawet legalne wypalanie lasów na obszarach dzikiej przyrody. Do tej pory przy przyznawaniu licencji na działalność gospodarczą o wysokim ryzyku, wymagana była opinia ekspertów specjalizujących się w dziedzinie ryzyka i zagrożeń przemysłowych. Od teraz taka opinia ekspertów nie jest wymagana i eksperci nie będą już zapraszani do procesu tworzenia analiz zagrożenia dla środowiska przy przyznawaniu licencji na budowę kopalń, fabryk czy plantacji. Oznacza to na przykład, że już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chińska firma zainteresowana produkcją cementu otrzymała licencję na działalność na jednej z wysepek na północ od Sulawesi, gdzie występuje jedna z najbogatszych i unikalnych raf koralowych świata. Do tej pory eksperci od zagrożeń środowiska wydawali negatywne opinie w takiej sprawie i trudno było o takie pozwolenia.

Presja ze strony państwa

Rząd przeznaczył znaczne środki na promocję ustawy. W sieci pojawiły się nie tylko rządowe spoty reklamujące nowe prawo ale nawet popularni influencerzy wypuścili w mediach społecznościowych swoje nagrania oznaczone hashtagiem (w tłumaczeniu) „Indonezja potrzebuje miejsc pracy”. Niektórzy z nich otwarcie przyznali potem, że byli opłaceni przez rząd za stworzenie tych nagrań.

Gdy opór społeczny przeciw Omnibus Law zaczął narastać, władze wystosowały specjalny komunikat do studentów, zniechęcający ich do udziału w protestach, pod groźbą sankcji na uczelniach. Policja przystąpiła do „patroli cybernetycznych” czyli przeszukiwania internetu w poszukiwaniu treści niekorzystnych dla narracji rządu. Organizatorzy protestów odwiedzani byli przez policjantów w celu przeprowadzania nieformalnych rozmów, podczas których oficerowie przekonywali o bezzasadności prowadzenia działalności politycznej. Studentów ostrzegano, że mogą się znaleźć na czarnych listach a pracownicy byli aresztowani za udział w nielegalnych strajkach. Do uznania strajków za nielegalne wykorzystywane są przepisy antycovidowe.

Politycy obozu rządzącego sugerują też, że za protestami stoją „ciemne siły” manipulujące uczestnikami tych protestów. Tego typu insynuacje były charakterystyczne dla czasów reżimu Suharto, gdy wszelką opozycję przedstawiano jako marionetki zewnętrznych aktorów. Niespotykana od lat jest też brutalność policji. Doniesienia mówią o policjantach bijących demonstrantów, rozpylających gaz, atakujących medyków czy dziennikarzy. Aresztowano ponad sześć tysięcy osób.

Opór

Nie zdało się to na wiele. Choć po stronie ustawy stanęły potężne organizacje pracodawców-miliarderów, w tym zagraniczne organizacje wielkiego biznesu, takie jak na przykład British Chamber of Commerce in Indonesia czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to po drugiej stronie barykady stanęła reszta społeczeństwa. Największe federacje związkowe zrzeszające 32 związki zawodowe wezwały do trzydniowego strajku generalnego. Do strajku przystąpiły setki tysięcy pracowników, głównie w zagłębiach przemysłowych. W wielu miejscach doszło do demonstracji i burzliwych starć z policją, która próbowała zakazać zgromadzeń pod pretekstem obostrzeń pandemicznych. Do demonstracji dołączyli studenci i uczniowie z transparentami typu „Omnibus Law rujnuje życie naszych wnuków” albo „kolonizacja się zakończyła ale kolonizacja pracowników się rozpoczęła”.

Konfederacja Indonezyjskich Związków Zawodowych (KSPI) złożyła w Sądzie Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przegłosowanych przepisów. We wniosku napisano między innymi: „Żądamy, żeby Sąd Konstytucyjny przeprowadzający kontrolę sądową Prawa na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy zwrócił uwagę na aspiracje wyrażane przez miliony indonezyjskich pracowników”.

Przepisy Omnibus Law krytykuje też Nahdlatul Ulama (NU), największa indonezyjska organizacja islamska, będąca jednocześnie największą organizacją pozarządową w Indonezji i też największą niezależną organizacją islamską na świecie. Przywódca tej organizacji, Said Aqil Siroj stwierdził wprost, że na nowym prawie skorzystają wyłącznie kapitaliści, inwestorzy i konglomeraty a zwykli ludzie zostaną „zdeptani”.

W sprawie sytuacji w Indonezji głos zabrała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (ITUC). Konfederacja ostrzega, że ustawa spowoduje cięcia płacowe, zniesie zasiłki chorobowe i inne gwarancje i podminuje bezpieczeństwo pracy. „To szokujące, że w czasie gdy Indonezja, jak inne kraje, stoi w obliczu dewastacji ze strony pandemii Covid-19, rząd próbuje w większym stopniu zdestabilizować życia ludzkie i zrujnować ich dochody, po to by zagraniczne firmy mogły wyciskać bogactwo z kraju” – napisała w oświadczeniu sekretarz generalna ITUC, Sharan Burrow.

Nawet wielkie firmy inwestycyjne mają swoje obiekcje wobec ustawy. Przedstawiciele 35 największych firm inwestycyjnych operujących na rynku indonezyjskim wystosowali do rządu list, w którym przestrzegają przed skutkami deregulacji w dziedzinie ochrony środowiska. Zdaniem tej branży, ustawa może mieć poważne reperkusje, które „odbiją się na atrakcyjności indonezyjskich rynków”. Zamiast likwidacji regulacji ekologicznych, firmy zachęcają rząd do zwiększenia ochrony nad lasami i bagnami i wprowadzenia planu „zielonej odbudowy”.

Indonezja idzie w prawo

Ustawa została przegłosowana szybko, w czasie gdy parlament, media i rząd skupieni byli na pogarszającej się sytuacji wokół pandemii. Sposób w jaki uchwalono Omnibus Law przywodzi na myśl antydemokratyczne praktyki z okresu dyktatury generała Suharto. Po tym jak w 1998 roku obalono tamten reżim i wprowadzono demokrację, zapanował pluralizm polityczny, przeprowadzono reformy, związki zawodowe podniosły głowę. W kontrze do nowego rozdania pozostały elity indonezyjskiej armii, które w demokratycznej Indonezji nie miały już do powiedzenia tyle co wcześniej. Stara generalicja związana ze starym reżimem, sympatyzuje z partiami prawicy i współpracuje z miejscowymi oligarchami, oczekując na swój moment.

Obecny prezydent Indonezji, Joko Widodo, powszechnie znany jako Jokowi, doszedł do władzy w 2014 roku na fali ludowego wsparcia, utożsamiany z demokratyczną i postępową zmianą, uwielbiany przez indonezyjską, lewicową młodzież. W oczach wielu ludzi jawił się jako „człowiek z ludu”, bez elitowo-establiszmentowych powiązań i co najważniejsze bez powiązań ze starym reżimem. Dzisiaj Jokowi zadaje swoim wyborcom i miłośnikom cios jako autor ustawy Omnibus. W opozycji do nowego prawa występują właśnie ci, którzy stanowili trzon jego wyborczej bazy. Ale Jokowi już wcześniej dla utrzymania stabilności swoich rządów zmuszony został do kompromisów i ustępstw względem potężnego lobby związanego z armią.

W ostatnich wyborach w 2019 roku konkurentem Widodo był prawicowy polityk związany z armią, prywatnie zięć dyktatora Suharto, Prabowo Subianto, przez zwolenników często nazywano po prostu Prabowo. Warto tu wspomnieć o tej osobie, bo w indonezyjskiej polityce odgrywa on rolę większą nawet, niż sam prezydent Joko Widodo.

Szkolony przez amerykańską armię, Prabowo Subianto był w czasach dyktatury dowódcą niesławnej grupy sił specjalnych o nazwie Kopassus. Żołnierze tych jednostek, oprócz pełnienia roli sił specjalnych, wykonywali wiele hańbiących operacji na żądanie reżimu. Pacyfikowali wsie podejrzewane o sprzyjanie lewicy lub ruchom autonomicznym, wymordowali blisko pół miliona działaczy społecznych podejrzewanych o przynależność do partii komunistycznej, odpowiedzialni byli za falę zbrodni i terroru w okupowanym Timorze Wschodnim, terroryzowali ludność na Zachodniej Papui, zabijali dziennikarzy, porywali, mordowali i gwałcili przeciwników reżimu, przeprowadzali czystki etniczne w zbuntowanych prowincjach Indonezji.

Pod koniec lat 90-tych, gdy w Indonezji zaczął dojrzewać kryzys polityczny, który ostatecznie zmiótł reżim Suharto, żołnierzami Kopassus dowodził właśnie Prabowo Subianto. Również w tym czasie jednostki te prowadziły brutalne działania przeciwko opozycji. W latach 1997-1998, niemal w przeddzień zakończenia dyktatury, funkcjonariusze Kopassus porwali kilkadziesiąt osób związanych z ruchem na rzecz demokracji. Porwani byli brutalnie przesłuchiwani, torturowani a część z nich zniknęła bez wieści i do tej pory nie wiadomo co się z nimi stało. Gdy w kwietniu 1998 roku w kilku dużych miastach Indonezji doszło do masowych protestów studenckich i walk z policją, reżim postanowił odwrócić uwagę protestujących i sprowokować walki etniczne. Uwagę zbuntowanej ulicy skierowano przeciwko chińskiej mniejszości, tradycyjnie najbogatszej, posiadającej hotele, supermarkety, restauracje, salony samochodowe i banki. Tłumy rabusiów zaatakowały należące do chińskich Indonezyjczyków lokale. Rabowano je, podpalano a właścicicieli zabijano. Napadano na kobiety i zbiorowo je gwałcono. Ofiarą tych orgii przemocy padło kilka tysięcy osób, zgwałconych zostało kilkaset kobiet. Organizacje praw człowieka są zdania, że za podsycaniem tych nastrojów stali funkcjonariusze Kopassus. Oni też inicjowali brutalne, zbiorowe gwałty na miejscowych Chinkach, fotografowali te zajścia i rozpowszehniali fotografie celem dalszego podsycania napięcia między Indonezyjczykami. Celem było odwrócenie uwagi od rządu i przerzucenie winy za kryzys na miejscową mniejszość chińską. Strategia ta znana jest oczywiście od dawna. W Europie, w historii przyjmowała na przykład formę pogromów antysemickich a w Azji Południowo – Wschodniej, gdy rządy chciały odwrócić uwagę od swojej nieudolności w rządzeniu, lub od kryzysu ekonomicznego, inicjowano pogromy antychińskie. W tym właśnie czasie na czele Kopassus stał Prabowo Subianto, dzisiaj popularny polityk prawicy i czołowy oponent Joko Widodo w ostatnich wyborach.

W czasie kampanii wyborczej 2019, zainspirowany politycznym awanturnictwem Donalda Trumpa, Subianto obiecywał, że chce “ponownie uczynić Indonezję wielką” (hasło wyborcze było w języku angielskim i brzmiało dosłownie: “Make Indonesia Great Again”) . Należy się obawiać, że miał na myśli powrót do sytuacji sprzed 1998 roku. Gdy w ostatnich wyborach ponownie przegrał z Jokowi, ogłosił, że wybory zostały sfałszowane. Jego agresywni zwolennicy wyszli na ulice i zorganizowali szereg burzliwych protestów, które doprowadziły do zamieszek, eskalacji aktów przemocy i śmierci kilku osób. Zagoniony do kąta Jokowi, zamiast przeciwstawić się awanturnictwu prawicowego rywala, zgodził się dokooptować go do swojego rządu, w charakterze.. Ministra Obrony.

Jednak nawet będąc członkiem gabinetu Jokowiego, Prabowo Subianto prowadzi swoją własną grę polityczną, rozbudowując wpływy. W ostatnim czasie otrzymał na przykład zaproszenie do Waszyngtonu od Donalda Trumpa. Takiego zaproszenia nie dostał prezydent Joko Widodo. Samo zaproszenie Prabowo do Waszyngtonu jest kontrowersyjne. Do tej pory Prabowo był na liście osób z zakazem wjazdu do USA w związku ze swoim udziałem w łamaniu praw człowieka i zarzutami o udział w działalności przestępczej. Administracja Trumpa pogwałciła tu własne, amerykańskie zasady. Jest ku temu jednak ważny powód. Otóż Indonezja planuje właśnie zakup nowych samolotów bojowych i Stany Zjednoczone są żywo zainteresowane dostarczeniem ich. Do przetargu chce przystąpić Rosja, więc wybiórcze, amerykańskie standardy dotyczące praw człowieka musiały odejść tu na dalszy plan.

Ustawa Omnibus jest korzystna dla zaplecza indonezyjskiej prawicy. Wśród tego zaplecza są miejscowe i zagraniczne, w tym amerykańskie korporacje wydobywcze i sieci plantacji. Są też gigantyczni inwestorzy z Chin, którzy już teraz na masową skalę unowocześniają infrastrukturę kraju, ale czynią to przecież dla zysku. Rząd odczuwa presję z każdej strony i nie może się cofnąć na krok, tym bardziej, że do kolejnych wyborów jest jeszcze kilka lat, więc presja kalendarza wyborczego na razie nie jest silna.

Globalny problem

Choć Indonezja wydaje się być krajem odległym od Europy, to odgrywa ona ogromne znaczenie nie tylko w tym sensie, że jest największą gospodarką Azji Południowo – Wschodniej i trzecią największą demokracją świata, której rola polityczna i ekonomiczna rośnie. Ważna jest też dlatego, że dewastacja przyrody, w tym niszczenie lasów deszczowych ma bezpośredni wpływ na globalny klimat, w tym pośrednio na temperatury i powietrze, którymi się cieszymy w Europie. Być może zmiana na stanowisku prezydenta w USA zaowocuje większą troską o skuteczne działanie międzynarodowych porozumień i tym sposobem wpłynie na kierunek zmian klimatycznych w Indonezji. Jeśli nie, to cały ciężar walki z dewastacją indonezyjskiej przyrody i po części światowego klimatu, leży w rękach miejscowych aktywistów.

Ponadto prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jest zagrożeniem dla światowej demokracji i bezpieczeństwa. Już dzisiaj na świecie mamy szereg autorytarnych i populistycznych rządów w dużych, ważnych krajach – od Brazylii, poprzez Filipiny, coraz bardziej autorytarne Indie i wreszcie Stany Zjednoczone, gdzie wprawdzie udało się pokonać w wyborach Donalda Trumpa, ale połowa Amerykanów jest gorąco oddana jego agresywnemu i populistycznemu nacjonalizmowi i nie należy się spodziewać, że te nastroje się zmienią. Prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jak Indonezja doda wiatru w żagle różnym mniejszym ruchom populistycznym na świecie, także tym w Europie Środkowej. Dlatego demokratyczną walkę indonezyjskiej ulicy należy postrzegać jako część światowej walki o demokrację, pokój i postęp.

Bieda: niechciane dziecko transformacji

W mniemaniu środowisk prawicowych, od umiarkowanych po liberalne i skrajne, raz biedzie winny jest PRL i bliżej nieokreślone „komunistyczne zaszłości”, a innym razem lenistwo, nałogi, nieporadność czy nieroztropność finansowa ludzi uboższych. Prawicowcy nigdy nie przyznają, że u podstaw wszystkiego leży kapitalizm i jego święte prawo prywatnej własności środków produkcji, a to tutaj właśnie leży sedno problemu.

Nikt tak w społecznej historii Polski nie walczył z biedą, jak władze potępionego już na wszelkie możliwe sposoby PRL.

Wbrew temu, co uważają środowiska prawicowe, ubóstwo bierze się przede wszystkim z bezrobocia, niestabilności rynku pracy, elastycznych form zatrudnienia, śmieciowych umów, niskich wynagrodzeń za pracę, niskich emerytur i rent z jednej strony. Przyczyną ubóstwa bywa także trwała czy okresowa niezdolność do pracy, spowodowana chorobami oraz niepełnosprawność. W kapitalizmie bogactwo jak i biedę dziedziczy się z pokolenia na pokolenia. Kto urodził się z zamożnej rodzinie, to i zamożnym raczej umrze, a ten, kto urodził się w biednej, z biedy być może nie wyrwie się już nigdy. Ubóstwo i życie w niedostatku nie są skutkami ubocznymi kapitalizmu, gdyż jak wskazuje zarówno historia społeczna kapitalizmu, jak i doświadczenia współczesne, ubóstwo i niedostatek są jego nieodłącznymi elementami, bez których kapitalizm nie mógłby istnieć i nie mógłby normalnie funkcjonować. Określenie „normalny” w warunkach kapitalizmu należy przy tym rozumieć jako zdolność do ciągłego wyzysku – przywłaszczania jak największej części wartości dodatkowej oraz do ciągłej akumulacji kapitału.

Nawet najbardziej łagodne i najmniej opresyjne wersje kapitalizmu, spotykane np. w państwach skandynawskich, nie są w stanie skutecznie poradzić sobie z ubóstwem, na co dowodem są badania wykonywane chociażby przez Eurostat – jeżeli zgłębimy się w statystyki na temat różnych form ubóstwa, to dowiemy się, że te w zależności od formy osiąga wskaźniki od kilku do nawet kilkunastu procent.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym

Ekonomiczny wymiar ubóstwa w Polsce mierzy się m.in. za pomocą trzech progów: próg ubóstwa skrajnego, relatywnego oraz ustawowego. Granicę ubóstwa skrajnego wyznacza się na podstawie minimum egzystencji ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum egzystencji, w zależności od liczby osób w gospodarstwie domowym i typu gospodarstwa domowego, wynosiło od 585,04 zł do 2746,68 zł). Dochód poniżej tej granicy oznacza biologiczne zagrożenie życia oraz rozwoju psychofizycznego człowieka. W 2019 r. stopa ubóstwa skrajnego w Polsce wyniosła 4,2 proc.

Granica ubóstwa ustawowego określa grupę osób lub gospodarstw domowych, które zgodnie z obowiązującymi przepisami są potencjalnie uprawnione do ubiegania się o świadczenia pieniężne z pomocy społecznej. W 2019 r. wskaźnik ten kształtował się na poziomie 9 proc.

Ubóstwo relatywne określa się na podstawie wyznaczenia grupy osób lub gospodarstw domowych, których miesięczne wydatki nie przekraczają 50 proc. przeciętnych wydatków w gospodarstwach domowych ogółem (w 2019 r. przeciętne wydatki gospodarstw domowych kształtowały się na poziomie 1819 zł). W 2019 r. wskaźnik ubóstwa relatywnego wynosił 13 proc.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym można zmierzyć również za pomocą „sfery niedostatku”, ta wyznaczana jest na podstawie minimum socjalnego ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum socjalne wynosiło od 992,61 do 1066,36 zł na osobę, w zależności od rodzaju gospodarstwa domowego i od ilości osób w gospodarstwie domowym). Minimum socjalne wyznacza dolną granicę dochodów, które pozwalają na życie w warunkach umożliwiających reprodukcję sił życiowych, posiadanie i wychowanie potomstwa oraz utrzymanie więzi społecznych. Według danych za 2019 r. zasięg sfery niedostatku wynosił 39,4 proc., a to oznacza, że nieco ponad 15 mln osób w Polsce żyje poniżej poziomu pozwalającego na godne życie.

O skali ubóstwa i jego różnych formach mogą świadczyć również dane na temat zasięgu korzystania ze środowiskowej pomocy społecznej. Najaktualniejsze dane dotyczące pomocy społecznej pochodzą z 2018 r. i zostały opracowane przez GUS. Stąd wiadomo, że w 2018 r. z pomocy społecznej skorzystało 5,1 proc. osób zamieszkujących w Polsce, co w wartościach bezwzględnych daje liczbę niemal 2 mln osób. Przyczyną skorzystania ze świadczeń pomocy społecznej w 80 proc. przypadków były ubóstwo, długotrwała lub ciężka choroba, niepełnosprawność i bezrobocie.

Biedne dzieci, ubodzy emeryci

W tym samym roku zasięg pomocy społecznej udzielonej osobom poniżej 18 lat kształtował się na poziomie 9,1 proc., co oznacza, że pomocą objętych było ok. 630 tys. dzieci. Natomiast z danych Eurostatu wynika, że w 2019 r. 17,2 proc. dzieci w Polsce było zagrożonym ubóstwem, co daje liczbę ok. 1,2 mln dzieci. Według danych GUS skrajne ubóstwo dotyczy ok. 250 tys. dzieci, natomiast organizacje pozarządowe szacują, że liczba ta może wynosić nawet 500 tys.

EAPN (Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu), szacuje, że w Polsce liczba emerytów żyjących w skrajnym ubóstwie wynosi ok. 210 tys. osób. Natomiast według badań Ryszarda Szarfenberga liczba ta może wynosić nawet ok. 275 tys. osób, zaś liczba emerytów relatywnie ubogich nawet 771,2 tys. osób. Do senioralnej sfery niedostatku zalicza się 37,3 proc. osób powyżej 65 lat – dochody ok. 2,1 mln starszych osób są niższe niż minimum socjalne. Obecnie najniższa ustawowo emerytura stanowi tylko 78 % minimum socjalnego.

Praca nie chroni przed ubóstwem

W 2018 r. najczęściej występujące wynagrodzenie netto w Polsce wynosiło 1765 zł, taki dochód z pracy osiągało 13 proc. (2,1 mln osób) pracujących. Liczba osób pracujących za minimalne wynagrodzenie kształtowała się na poziomie 1,5 mln. W tym samym roku mediana wynagrodzeń wynosiła 2919,54 zł netto, a to oznacza, że połowa pracujących, czyli ok. 8 mln osób otrzymywało wynagrodzenie mniejsze niż 2919,54 zł netto. Na umowach zlecenie i umowach o dzieło zatrudnionych było 1,3 mln osób, zaś na umowach na czas określony ok. 3,8 mln osób. Deregulacja kodeksu pracy powoduje niepewność zatrudnienia, umożliwia obniżanie wynagrodzeń, wydłużanie czasu pracy czy pogarszanie warunków pracy. W rezultacie można też stwierdzić, że praca w Polsce nie chroni przed biedą.

Tylko 16 proc. osób bezrobotnych posiada prawo do zasiłku. Jednak zasiłek jest tak niski, że bezrobotny od razu spychany jest w sferę ubóstwa. Kwota zasiłku dla pracowników z 5-letnim stażem wynosi 603,17 zł netto, jest to mniej niż minimum egzystencji, a to oznacza skrajne ubóstwo. Osoby ze stażem 5-20 lat otrzymują świadczenie o wysokości 741,87 netto, a osoby z ponad 20-letnim stażem pracy 880,67 zł netto, jest to, co prawda powyżej minimum egzystencji, ale mniej niż minimum socjalne, dochody takiego rzędu również oznaczają ubóstwo.

A co z pozostałą grupą 84 proc. bezrobotnych, nieposiadających prawa do zasiłku? Brak jakichkolwiek dochodów również oznacza ubóstwo skrajne. Jeżeli taka osoba nie otrzyma żadnej pomocy, to w wielu przypadkach będzie oznaczać to wykluczenie społeczne.

Promyk nadziei?

Pomimo negatywnego PR, wymierzonego w osoby ubogie, trzech dekad ideologicznej kontrofensywy środowisk prawicowych, odczłowieczającej osoby żyjące w ubóstwie, większość społeczeństwa nadal przejawia odruchy człowieczeństwa i postawy solidarnościowe. Na dowód można przytoczyć wyniki badań opinii publicznej z 2018 r. przeprowadzonych przez GUS. Pokazały one, że 87 proc. społeczeństwa twierdzi, iż w Polsce różnice dochodowe są zbyt duże, 78 proc. osób w wieku 16 lat i więcej uważa, że do obowiązków państwa należy zmniejszanie różnic pomiędzy wysokimi i niskimi dochodami, a podobny odsetek osób uważa, że państwo powinno zapewnić każdemu obywatelowi podstawowe minimum. 43 proc. obywateli było zdania, że najlepszą formą pomocy dla osób żyjących w ubóstwie jest zapewnienie im pracy, a 16 proc. uznało, że w największym stopniu pomoże im zasiłek pieniężny.

Zapewnienie wszystkim zdolnym do pracy możliwości jej wykonywania, osobom w wieku poprodukcyjnym – godnych emerytur, a czasowo lub trwale niezdolnym pracy godnych – rent i opieki medycznej na wysokim poziomie wymagałoby zanegowania praw rządzących wolnym rynkiem i wyjścia poza ramy kapitalizmu. Takie potrzeby zaspokoi tylko gospodarka oparta na założeniach egalitarnych, społecznej własności środków produkcji, gdzie procesy gospodarcze służą zaspakajaniu potrzeb społecznych, a nie mnożeniu bogactw wąskiej grupy milionerów i miliarderów. Tak więc socjalizm jest odpowiedzią na ubóstwo stworzone przez kapitalizm. A co z rozwiązaniami na tu i teraz? One również istnieją, w Polsce też.

Aby wyciągnąć pomocną dłoń do ubogich, można zagospodarować środki zgromadzone w Funduszu Pracy. W 2019 r. wykorzystano tylko 43 proc. środków z dostępnych 14,7 mld zł. Zasiłki dla bezrobotnych stanowiły przy tym jedynie 21 proc. wydatków Funduszu, zatem środki na finansową pomoc dla wszystkich osób pozostających bez pracy bez wątpienia są i powinny zostać wykorzystane. Ponadto wymogi, które bezrobotny musi spełnić, aby otrzymać zasiłek, powinny zostać obniżone, a najniższą kwotę zasiłku powinna stanowić kwota wyznaczona przez minimum socjalne lub kwota w wysokości minimalnego wynagrodzenia w gospodarce.

Wydatki na roboty publiczne, prace interwencyjne w 2019 r. stanowiły tylko 2,3 proc. wydatków funduszu, a że praca jest najlepszą formą aktywizacji, należy zdecydowanie zwiększyć wydatki właśnie na taką formę pomocy. Wydatki na szkolenia powinny zostać zachowane, ale muszą być to szkolenia, które przygotowują bezrobotnego do pracy na danym stanowisku pracy. Po ukończeniu szkolenia człowiek powinien po prostu pójść do pracy, której się uczył! Wydatki na staże stanowiły 4,5 proc. budżetu, jednak wysokość stypendium stażowego podobnie jak zasiłku dla bezrobotnych jest skandalicznie niska: to 120 proc. kwoty zasiłku dla osób bezrobotnych. Praca na stażu w praktyce oznacza ubóstwo, dlatego też wysokość stypendium stażowego powinna kształtować się co najmniej na poziomie płacy minimalnej.

Na rynku pracy należy zlikwidować umowy śmieciowe, ograniczyć stosowanie umów na czas określony, podwyższyć minimalne wynagrodzenie, przywrócić do Kodeksu Pracy wcześniej usunięte zapisy. Pozwoli to na ograniczenie sfery niedostatku i zjawiska ubogich pracujących, a także podwyższy poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Najniższa emerytura i renta z tytułu trwałej lub czasowej niezdolności do pracy nie powinna być niższa niż minimalne wynagrodzenie za pracę, czynsze dla osób pobierających najniższe emerytury i renty powinny być częściowo albo w całości opłacane przez budżet państwa. Dodatkowo leki dla osób 65+, niepełnosprawnych, przewlekle i ciężko chorych powinny być bezpłatne. Rozwiązania te w zasadzie zlikwidowałyby zjawisko ubóstwa wśród emerytów, rencistów, osób niepełnosprawnych i przewlekle chorych oraz zdecydowanie ograniczyłoby sferę niedostatku senioralnego. Wyższe płace i stabilniejsze miejsca pracy to krok w kierunku likwidacji ubóstwa nie tylko wśród pracujących, ale także wśród dzieci. Tu oprócz zasiłków w postaci 500+, niezbędne są także inwestycje w publiczną i bezpłatną sieć żłobków oraz przedszkoli, a także przywrócenie stołówek szkolnych, gdzie każde dziecko będzie mogło zjeść bezpłatny ciepły posiłek.

Jednak zawsze należy mieć na uwadze to, że w warunkach kapitalizmu, żadne, nawet najbardziej prospołeczne reformy nie rozwiążą dostatecznie problemu ubóstwa. Lewicowe reformy wdrożone przez socjaldemokratyczny rząd w każdej chwili mogą zostać zaatakowane przez kontrofensywę politycznych sił klasy żyjącej z wyzysku pracowników. Walka z ubóstwem będzie mogła zakończyć się pełnym powodzeniem dopiero wtedy, kiedy środki produkcji będą należały do ludzi pracy, a idee egalitaryzmu, dobra wspólnego, równości i sprawiedliwości wyznaczą politykę społeczną i gospodarczą państwa.

Autor jest geografem społecznym, niezależnym publicystą, działaczem Związkowej Alternatywy oraz Alternatywy Socjalistycznej.

Księga Wyjścia (66)

Ballada o polityce.

Jesień nie odpuszcza, uwięziony w domu staram się uciec w świat wyobraźni, nie jest łatwo, nawet cholernie trudno. Ale gdy już się uda, to nie chce się stamtąd wracać. Kto i dlaczego popsuł świat. Za wysoki level. Zejdźmy więc niżej.
Kto i dlaczego popsuł kraj? Nie będę referował historii afer trzeciej RP, nie będę już wracał do tego co było. Zostawmy to, ewentualnie odłóżmy na półkę. Przynajmniej na chwilę.
Większość z nas oberwała po łbie od kapitalizmu, nie wiem czemu mylnego z demokracją. Kapitalizmu, który jest najbardziej zbrodniczym system na świecie. Najwięcej zbrodni, mordów, wojen, intryg, zdrad czy sprzeniewierzeń powodowała chęć zysku. Wszystko dla, i za pieniądze.
Katoliku, jeśli wierzysz że ktoś taki jak Jezus istniał naprawdę, musisz uznać go za socjalistę. Natomiast według jednej z ewangelii zwolennikiem kapitalizmu był Judasz, który za trzydzieści srebrników sprzedał go władzom. To fragment chrześcijańskich wierzeń zawartych w Nowym Testamencie, ponieważ niektórzy wciąż je wyznają, a ostatnią rzeczą jaka zamierzam jest obraza ich uczuć, będę pisał dużymi literami wszelkie istotne dla tej wiary określenia i tytuły.
Może wiec tą drogą przekonam Was gdzie jest granica. Nie będę cytował Marksa, Lenina, Trockiego czy współczesnych twórców myśli socjalistycznej. Żyjemy w świecie postindustrialnym i większość przekazu trzeba uaktualnić. Podobnie jak robi to kościół z „Pismem Świętym”. Interpretuje i wybiera. Nie będę też zagłębiał się w dobór ewangelii w Nowym Testamencie, to też już nie jest istotne.
Ale bardzo istotnym jest to, że byt pod nazwą „Trójca Święta” wymyślił rzymski cesarz Konstantyn. Zrobił to, by ludzie mogli pojąć w jaki sposób Bóg jest jeden, ale ma syna, który też jest Bogiem i w zanadrzu jeszcze Ducha Świętego o równie boskim statusie. W całej treści wszystkich ksiąg, nie znajdziecie wzmianki o Trójcy Świętej. Tak właśnie cesarz Konstantyn zaktualizował system operacyjny o nazwie „chrześcijaństwo trzy, nowej ery”, a że przyjęło się świetnie i zostało zrozumiane, funkcjonuje więc doskonale do dzisiaj. Dlaczego o tym piszę w felietonie o kapitalizmie jako systemie nie gospodarczym, a społecznym.
Z prostej przyczyny, też należy go zaktualizować, tak by na bieżąco docierać do ludzi, którzy są naturalnym elektoratem lewicy, czyli nieświadomych socjalistów, głosujących na wciskających im kit – kapitalistów. Szef na wczasach gdzieś na Kajmanach, tobie dał dwie stówy premii, a wiesz ile zapłacił za kolację? Napiwek był wyższy, niż twoja premia biedny pracowniku.
System ten, zamiast zostać w granicach świata dziewiętnastowiecznej gospodarki, pod maską demokracji i dobrobytu wkradł się w codzienność dwudziestego pierwszego wieku, do tego stopnia, że najbiedniejsi dostają drgawek gdy słyszą słowo socjalizm. Czym wiec jest ten kapitalizm w sferze społecznej.
Czytałem kiedyś wspomnienia córki Trumpa, Tiffani czy Ivanki – nieważne. Opisywała swój wieczór z ojcem.
Ponieważ były prezydent USA, a w opisywanym przez nią czasie jeszcze niedoszły – nigdy nie zarobił jakiś większych pieniędzy. Wszystkie inwestycje przynosiły straty, a majątek to zwykły piar podlewany przez nieustanne kredyty. Cóż, facet jest sprytny, miał rodziców, dał radę.
Wspomniana córka wspominała, jak idąc pewnego dnia z ojcem zobaczyła żebraka, Trump również go dostrzegł. Wskazał palcem na człowieka i zwrócił się do niej: „widzisz tego żebraka? Jest o osiem miliardów dolarów bogatszy ode mnie”. Powiedziała wzruszona i podzieliła się tym jaki poczuła wtedy smutek i jak wtedy zrobiło się jej żal ojca.
O bezdomnym nic – powietrze. Wtedy zaświeciła mi się lampka, jeśli tak, to czemu nie ten żebrak, ale biedniejszy od niego Trump z córką wydają kilka tysięcy baksów na żarcie, które zafundował im ten „bogaty żebrak”, trochę jak z Rydzykiem i samochodami.
Tylko żebrak Rydzyka był świadomy darowizny, natomiast żebrak Trumpa nie miał o tym pojęcia. Nie wiedział, że zwyczajnie systemowo został okradziony, że nic nie wiedząc zapłacił za jadło i napitek „troskliwego ojca” i jego córki.
Podobnie jak wielu jego towarzyszy niedoli nie miał pojęcia, ze facet w limuzynie i najdroższych ciuchach, jest na jego utrzymaniu – to było zanim został prezydentem. Osiem miliardów dolarów, to kwota, której równowartość przekracza budżet wielu państw.
I to jest chyba współczesna kwintesencja kapitalizmu no i furtka, którą ten ściek przemknął ze świata finansów, do życia społecznego.
Czy można ją teraz zamknąć? Czy da się rozdzielić władzę, publiczne pieniądze od prywatnego kapitału? Teoretycznie tak, ale w praktyce będzie to trudniejsze niż rozdział kościoła od państwa.
Co teraz mamy: zrujnowany kraj, skłóconych ludzi, a jedyną zadowolona grupą społeczną są politycy, którzy skrzętnie pilnują, by ludzie pozostali w ciągłym chaosie.
Dlaczego? Przecież opozycja parlamentarna zawsze popiera wszelkie społeczne protesty, wyłuskuje jednostki, które mami a potem przechwytuje. Obecny podział społeczny powinien przebiegać wzdłuż linii politycy i obywatele.
Kłótnie i swary to igrzyska, podczas protestów uwagę skupiamy na stojących w kordonie policjantach, podczas gdy politycy piją wspólnie kawę i zerkają przez okna luksusowych apartamentów jak ktoś kogoś tłucze, jak to policja szarpie uczestników itp. Uśmiechając się ukradkiem.
Zamiast kierować wściekłość na mundurowych, którzy stoją bo taki dostali rozkaz, trzeba wyłapać z tłumu gości z ABW.
Pamietam jak wiele lat temu, po jakiejś zadymie wbiegłem do pierwszej lepszej bramy, natknąłem się tam na jakiegoś szczyla z naszą, czerwoną flagą pod pachą, przez radio przekazywał relację przełożonym. To było jeszcze w czasach gdy zamiast ABW był UOP.
Zapewniam Was drodzy czytelnicy, że za cholerę nie domyślacie się kto jest ich wtyką w Waszych szeregach.
A w meistrimie gra pozorów i gejzer wzajemnej nienawiści, by po zgaszeniu świateł i wyłączeniu kamer wspólnie wypić kawę w studyjnym barku, lub w dobrej komitywie pojechać razem na wódkę. To nie jest wojna miedzy PiS a PO, to jest wojna miedzy społeczeństwem a politykami. Ich jest kilkuset, nas kilka milionów, zróbmy reset poglądów, zapomnijmy o nich bo inaczej nigdy nic się nie zmieni.
Wyobraźcie sobie, że jesteśmy my – ludzie i oni – politycy. Jesteśmy jak dwa psy zamknięte w tej samej klatce z jedną miską. Politycy wyłapują liderów i tym samym przechwytują społeczne protesty.
Z pierwotnego Strajku Kobiet co zostało? Marta Lempart? Jeśli potraficie odrzucić ich umizgi, niektórych – w ten czy inny sposób – przekupują, jeśli potraficie zapomnieć na chwilę o swoich sympatiach i antypatiach.
Potraktować poglądy jak powietrze, to może byłaby szansa. Wtedy nowa ordynacja i nowe wybory, by to naprawić musimy wrócić do punktu w którym wszystko zostało zepsute.
Wyobraźmy sobie Sejm bez d’Honta i progu. Po prostu okręgi wyborcze, a w każdym określona liczba mandatów. Zakaz prowadzenia kampanii, poza tą finansowaną z pieniędzy publicznych, lista wyborcza jedna i alfabetyczna.
Gdy kiedyś wrzuciłem ten pomysł na FB natychmiast zrobił się szum, że już tak było, że Sejm był rozdrobniony i rząd ledwo sobie radził. No i dobrze. Od tego jest rząd, dlaczego mam się tym martwić, że muszą dogadać się z reprezentantem każdego polskiego środowiska – bo im bardziej rozdrobniony Sejm – tym więcej do powiedzenia ma zwykły obywatel.
Umniejszymy tym oczywiście miłość własną posłów, ale zyskamy zainteresowanie naszymi sprawami. Daliśmy się napuścić, że trzeba wprowadzić próg i system d’Honta, bo rozdrobniony Sejm jest nieprzewidywalny i niesterowalny. Rząd ma kłopoty, nie może dojść do porozumienia, bo jest w centrum interesów wszystkich grup społecznych, nie tylko tych, które za pomocą pieniędzy osiągnęły dobry wynik, ale tez musi dogadać się z lokalnymi politykami dbającymi o swoje okręgi.
Nie chcę już posłów, którymi steruje jakiś klub lub partia. Chcę parlamentarzystów, którymi sterują sami wyborcy. Nie chcę rządu, który stworzył iluzoryczne państwo, znudzony podejmowaniem i przyklepywaniem tych samych decyzji, które wcześniej premier ustalił ze swoją partią, lub dostał wytyczne od jej prezesa. Chcę premiera i rządu, którzy zdołali przekonać 460 posłów, reprezentujących interesy 460 społecznych i regionalnych grup, by powierzyć im ten urząd.
Nie chcę zakulisowych gierek, chcę przejrzystości, jasności, bez możliwości interpretacji w wygodną dla urzędnika stronę.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że ten i ów nie zechce połakomić się na łapówkę, może da się skorumpować. Czasem nie potrzeba do tego pieniędzy. Każdy z nas jest w jakimś stopniu próżnym, wystarczy więc odpowiednio podejść, tak by dolać benzyny do ognia narcyzmu.
Będzie to jednak znacznie trudniejsze. Lobbyści zamiast z jednym, będą musieli przekonać – przekupić – większość. Jeśli mądrze wybierzemy, to im się to nie uda. A jeżeli nawet kupią sobie pięciu, trudno, ale tych pięciu już będzie widać, drugi raz nie zasiądą w poselskich ławach. Ich wyborcy to dostrzegą w największym nawet chaosie.
Czy tak wyobrażam sobie świat idealny? Nie, ale od czegoś powinniśmy zacząć. Potem możemy wznowić wojnę na dole, tylko chyba już nie będzie takiej potrzeby.

Koronawirus spustoszy kontynent

Koszmarnie brzmią prognozy ekonomiczne dla Ameryki Łacińskiej, których autorzy starają się ocenić skutki pandemii koronawirusa w tym regionie. Opublikowany 15 lipca raport ONZ-owskiej Komisji Gospodarczej ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów (ECLAC) zapowiada, że jeszcze w tym roku liczba bezrobotnych w regionie przekroczy 44 mln ludzi. Obecnie pracy nie ma w nim 26,1 mln obywatelek i obywateli.

Autorzy raportu nie mają złudzeń – wzrost bezrobocia to również nieunikniony wzrost nierówności społecznych, które w Ameryce Łacińskiej i tak osiągają szokujący poziom, powstanie nowych stref ubóstwa i jeszcze trudniejsze wychodzenie z niego. Jak podkreśliła sekretarz generalna ECLAC, dziś w ubóstwie bezwzględnym życie 185,5 mln mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Do końca roku przeciętny dochód w krajach regionu spadnie tak bardzo, że w biedzie znajdzie się kolejnych 45,4 mln ludzi. Oznacza to, że pod koniec tego roku ponad 1/3 obywatelek i obywateli państw od Meksyku po Argentynę będzie żyło w ubóstwie. To nie koniec złych wiadomości: autorzy raportu spodziewają się, że 96,2 mln kobiet i mężczyzn z Ameryki i Łacińskiej wejdzie w 2021 r., dosłownie walcząc o przetrwanie, wegetując w skrajnym ubóstwie. Dziś w takiej sytuacji jest 67,7 mln ludzi. Autorzy raportu spodziewają się, że kryzysem będzie dotkniętych więcej kobiet niż mężczyzn. To one częściej rezygnują z pracy lub są do tego zmuszane, by zajmować się tylko rodziną i domem; statystycznie częściej też zajęcie tracą i mniej zarabiają.
Wartość eksportu z krajów Ameryki Łacińskiej w ocenie twórców raportu ma spaść o 23 proc. Całościowy spadek PKB oceniany jest w granicach 9,4 proc. Najgorsze prognozy, jeśli chodzi o wzrost liczby ubogich obywateli, formułowane są dla Argentyny, Brazylii, Ekwadoru, Meksyku i Peru.
Autorzy raportu nie mają wątpliwości, że neoliberalna gospodarka i niewidzialna ręka rynku nie uratują mieszkańców Ameryki Łacińskiej. We wnioskach końcowych zawarto sugestię, by w poszczególnych krajach różne siły polityczne porozumiewały się na rzecz budowy państw dobrobytu. Tylko w ten sposób, konkluduje ECLAC, można uniknąć gwałtownych napięć i buntów społecznych, wywołanych rozpaczą ludzi pozbawionych pracy i środków do życia. Bunty przeciwko nierównościom i codziennej niesprawiedliwości cyklicznie powtarzały się w Ameryce Łacińskiej przez cały XXI w.

Księga Wyjścia (55)

Ballada pełna znaków zapytania.

Za kilka dni wybory, przynajmniej pierwsza tura. Odnoszę wrażenie, że obecna kampania jest zupełnie inna niż poprzednie. Inna dynamika, inne emocje, gdzieś zakulisowo docierają niepokojące sygnały o toczących się rozmowach między Platformą, a Konfederacją. A partia rządząca jakby stała z boku i jakoś niespecjalnie angażowała się w promocję wlasnego kandydata. Mało tego, co dziwne i co do nich nie pasuje zupełnie odpuścili tę zamianę kandydatów z Kidawy Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego.
To zupełnie nie jest w ich stylu, przecież zazwyczaj robili afery na całą Polskę z bardziej błahych powodów. Tupali nogami o opluwali tego typu „zbrodnie”. Jeszcze kilka miesięcy temu, tak łatwo by to Platformie nie przeszło. W najlepszym wypadku szydzono by z przeciwników, wytykano niezdecydowanie, brak spójności i niekonsekwencję.
PiS jest zbyt spokojny, żeby się tym nie martwić. To tak jak z dzieckiem, kiedy siedzi cicho, to znaczy że coś kombinuje.
Takie zachowanie, zupełnie do nich nie pasuje. Przynajmniej porównując do poprzednich kampanii i wystąpień.
Nasuwa się więc kilka pytań.
Może przestało im zależeć na wygranej Dudy, albo co gorsze już je wygrał, tylko jeszcze tego nie wiemy? W takim razie można odpuścić niedzielny spacer. Karty zostały już dawno rozdane, a wybory…? Dla utrzymania pozorów zrobić należy. To oczywiście wersja spiskowa, ale nie można jej wykluczyć.
Najprawdopodobniej dojdzie do drugiej tury. Dlatego tym bardziej powinni robić wszystko, by ich kandydat nie stracił przewagi. Przecież doskonale pamiętają porażkę Bronisława Komorowskiego. Porażkę, która była wynikiem zaniechania, pewności siebie, buty i wiary w sondażową przewagę.
Jak wspomniałem na początku jest to mocno niepokojące. Zastanówmy się dlaczego, czym może być to spowodowane – zakładając że wybory będą uczciwe i do żadnego fałszerstwa nie dojdzie.
Może oni naprawdę nie chcą żeby Duda je wygrał, może przestało im już na tym zależeć. Może zbierają siły na drugą turę? Albo na wybory parlamentarne, gdzie wypunktują obietnice Trzaskowskiego, z których się nie wywiązał? Będą mogli walić jak w bęben wskazując te zapowiedzi, które zostały niezrealizowane.
A bez współpracy Sejmu nie będzie miał nawet jak się z tego wywiązać.
Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że taktycznie odpuścili pałac prezydencki i za wszelką cenę chcą jedynie utrzymać bezwzględną przewagę w Sejmie licząc, że elektorat wyładuje swoje negatywne emocje podczas tego głosowania. Wyładuje i odpuści, bo zejdzie z niego powietrze
Wszystko co chcieli, I na czym im najbardziej zależało i tak już osiągnęli. Teraz wystarczy utrzymać przewagę w Sejmie i żadna wprowadzona w życie ustawa PISu nie będzie zagrożona.
Platforma natomiast już wcześniej dała się poznać jako ta partia, która nie dotrzymuje swoich obietnic wyborczych.
Przecież osiem lat temu, to właśnie część jej dawnych wyborców, chcąc dać im nauczkę – takiego pstryczka w nos – zagłosowała na PiS lub nie poszła głosować. Właśnie by zamanifestować niechęć do tego rodzaju polityki.
Trzaskowski jeździ po Polsce składając rożne obietnice i zobowiązania, ale przecież w ustroju jaki mamy, możliwości prezydenta są dosyć ograniczone.
Może zawetować ustawę, może skierować do Trybunału Konstytucyjnego, ma inicjatywę ustawodawczą, ale to wszystko.
A i tak co by nie zrobił, wróci to ponownie do Sejmu, który mając większość może kwestionować lub składać dowolne ustawy. I tak nic to nie da. Krótko mówiąc prezydent może sobie wetować, ale przy odpowiedniej przewadze, Sejm może to weto odrzucić.
Tak naprawdę obie partie niewiele się od siebie różnią. Programowo prawie wcale. Przypomnijcie sobie ile było transferów miedzy jednymi, a drugimi. Ilu posłów przeszło zarówno wtedy, gdy rządzili jedni, jak i drudzy
A może chodzi o potencjalną współpracę PO z nowym koalicjantem? Już czołowi politycy PO pomrukują coś o współpracy z Konfederacją, czyżby chcieli tylnymi drzwiami wpuścić ich na salony? Czy władza warta jest tego, by rozmawiać z tego typu ugrupowaniem?
Jeśli tak, to jak pogodzić kartę równości LGBT podpisaną przez Trzaskowskiego z podpalaniem tęczy na Placu Zbawiciela, jak połączyć ksenofobię i niechęć do imigrantów z głoszoną przez Platformę tolerancją i otwartością, jak pogodzić prounijną politykę jednych, z nacjonalizmem drugich?
A może tak naprawdę jedyny program Platformy, to dorwać się do władzy, a hasła dostosowują do bieżących zapotrzebowań potencjalnego elektoratu, znaleźli swój target i głoszą peany pełne miłości i tolerancji.
A co będzie po wyborach? Nic, przecież oni i tak nigdy się z niczego nie wywiązali, nie pamiętam by dotrzymali jakąś obietnicę. Czyżby nie wyciągnęli lekcji z poprzedniej przegrzanej?


Ponieważ dwa tygodnie temu obiecałem dalszy ciąg pewnej historii, opiszę co udało mi się załatwić. Tym, którzy nie czytali to w skrócie przypomnę o co chodziło.
W ostatnim odcinku cyklu „Księga wyjścia”, opisałem historię mojego dawnego kolegi. Kolegi, którego miasto zamierza eksmitować na jedno z oddalonych od miasta osiedli socjalnych.
To tak zwane getta, które rządzą się własnymi prawami, a faktyczną władzę sprawuje nieformalny burmistrz, którym jest zwykle największy bandyta. Obiecałem, że do sprawy wrócę, tym bardziej, że trochę się udało załatwić.
Jaho, to chłopak z którym niegdyś się kolegowaliśmy. Niezbyt zażyle, ot taka luźna znajomość. W latach dziewięćdziesiątych nie mógł opędzić się od „przyjaciół” i znajomych. Przez jakiś czas mieszkał w Amsterdamie, wielu naszych wspólnych znajomych jeździło tam szukać pracy. Zawsze pomógł, zawsze mogli na niego liczyć. Bez problemu przyjął pod swój dach. Nikogo nie zostawił bez pomocy. Gdy wrócił do Polski pracował jeszcze przez jakiś czas w Polsacie. Nikt nie zdawał sobie sprawy – albo nie chciał zdawać, że gdy wrócił z Holandii, był już głęboko uzależnionym od heroiny narkomanem.
W Polsacie nie popracował wiec już zbyt długo, kilka razy coś zawalił i chcąc nie chcąc, wrócił do Puław. Z braku pieniędzy i dostępu z czystej heroiny przerzucił się na kompot makowy i wszelkie inne – domowej produkcji – wynalazki.
Brał wszystko co tylko dało się wstrzyknąć. Narkomani, zwłaszcza gdy są na głodzie, nie dbają o sterylność i higienę, szybko zaraził się więc wirusem HIV i HCV. W wyniku wieloletniego ćpania ma też całą paletę chorób neurologicznych. Niewiele jest specjalistycznych szpitali w Lublinie, w których nie jest stałym pacjentem.
Według medyków jego mózg uległ już znacznej i trwałej degradacji – tak napisał na zaświadczeniu jeden z lekarzy. Chłopak nie jest w stanie samodzielnie otworzyć korespondencji, a co dopiero przeczytać i zrozumieć jej treść.
Ma pierwszą grupę inwalidzką i pomimo tego, że zachowuje jako taką trzeźwość, to zmiany które powstały i spustoszenie jakie zostawiły w jego organizmie, są już nie do odwrócenia. Jego dawni znajomi i „przyjaciele” przestali go rozpoznawać i tym sposobem został sam. Nie ma tu już nikogo. Ponieważ wszyscy się od niego odwrócili, chcąc nie chcąc postanowiłem mu pomóc, zrobić wszystko, by do tej eksmisji nie doszło. Mieszka tuż obok szpitala. Szpitala w którym niejednokrotnie ratowali mu życie, to kolejny argument który powinien dać do myślenia urzędnikom puławskiego ratusza.
Już od roku korespondencyjnie walczę z miastem, by zostawili go w spokoju, lub przydzielili mniejszy lokal, ale przynajmniej też w okolicy szpitala. Zwracałem się o pomoc do różnych instytucji pisałem do Rzecznikia Praw Obywatelskich i Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Jedyne co udało mi się osiągnąć to tyle, że pomimo gróźb wciąż jeszcze tam mieszka.
Mieszka, ale cały czas wisi nad nim widmo eksmisji. Ponieważ wyczerpałem wszelkie znany mi sposoby i możliwości działania, wszelkie pisma, które kierowałem do różnych instytucji, które wydawało mi się że powinny pomóc, skończyły się jedynie uprzejmą wymianą korespondencji pomiędzy urzędami. W końcu sam stanąłem pod ścianą.
Na szczęście mam znajomych, którzy wiedzą jak się w takich sytuacjach zachować. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie wypytałam co powinienem zrobić i w jakiej kolejności. Piotrek Ciszewski napisał mi wszystko, punkt po punkcie. Od czego zacząć, jakie dokumenty pozbierać, które i w jakiej kolejności wysyłać. Uzbrojony w taką wiedzę, wróciłem w znacznie lepszym nastroju. Przez ostatnie kilkanaście dni udało się pozbierać całą potrzebną dokumentację. Zaświadczenia, że eksmisji zagraża jego życiu i zdrowiu, taki dokument wypisało mu dwóch lekarzy z dwóch zupełnie rożnych szpitali, w których regularnie się leczy z rożnych chorób.
Notarialne ustanowił mnie swoim pełnomocnikiem. Bałem się tego jak jasna cholera, sam nie jestem w stanie poradzić sobie ze swoimi sprawami, a tu biorę sobie jeszcze na głowę odpowiedzialność za kogoś – pomyślałem.
Powiem szczerze, że to przeraża mnie najbardziej. Jeśli popełnię jakiś błąd, jeśli czegoś nie dopilnuję, to zwyczajnie go wyrzucą. Ale jak już wspomniałem nie ma tutaj nikogo, wiec nie miałem wyjścia.
Pełnomocnictwo dotyczy wprawdzie odbierania korespondencji i wysyłania wniosków w jego Imieniu, ale od tych pism i wniosków zależy wszystko.
Mając już wszelkie niezbędne dokumenty ponownie zająłem się korespondencją z Urzędem Miasta. Po ostatnich doświadczeniach już nie zawracam sobie głowy, ani Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ani Ministerstwem Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, nie wysyłam już pism do Amnesty International. Po prostu widziałem na czym polega ich interwencja i jeżeli sam sobie z tym nie poradzę, to żaden urząd mi w tym nie pomoże. To tyle z nowości, przynajmniej narazie o dalszych postępach będę Was informował na bieżąco.

Księga Wyjścia (54)

Ballada milczącego przerażenia.

Od dawna nie miałem tak intensywnego tygodnia, jak ostatni. Zaczęło się od telefonu mojego schorowanego kolegi, którego miasto postanowiło eksmitować. Od blisko roku walczę by mógł dotrwać spokojnie swoich dni, w mieszkaniu położonym tuż obok szpitala. Mimo próśb, które pisałem w jego imieniu, interwencji Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, zaangażowania Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, wciąż chcą go wysiedlić, na oddalone o kilka kilometrów osiedle. Całą jego historię opisałem już kiedyś w DT, ale w skrócie przypomnę. Jaho od ponad dwudziestu lat jest na terapii substytucyjnego, władował się za młodu w najtwardsze narkotyki i z dawnego, świetnego kumpla, został cień dogorywającego człowieka. Czasami pomagam mu jak mogę, a to zrobię zakupy, a to pójdę po lekarstwa, czasami też jadę z nim do specjalistycznego szpitala na jakiś zabieg czy terapie, gdy sam nie jest w stanie. Niekiedy trzeba go nawet nieść.
Ma juz HIV, HCV i wszelkie możliwe choroby. Często go odwiedzam, odbieram wtedy korespondencję i zawsze chwilę pogadam jeśli jest przytomny. Zawsze jednak przerażają mnie zmiany. Za każdym razem wygląda gorzej. A to ogromna narośl na języku, która uniemożliwia mu mówienie, a to nie jest w stanie podnieść się z łóżka. To jest makabryczne. Ponieważ nie jest w stanie nawetotworzyć koperty nie mówiąc o odczytaniu i zrozumieniu treści korespondencji, zwykle robię to za niego. Nie ma ani rodziny, ani kolegów. Doskonale rozumie, że będąc w nałogu, zadłużył mieszkanie, napisałem do prezydenta miasta prośbę o przydzielenie mu mniejszego mieszkania socjalnego, byle w okolicy szpitala. Miasto dysponuje tam jakimiś zasobami.
Problem polega jednak na tym, że miasto chce eksmitować go na jedno z tych osiedli, gdzie nawet pizzy nie dowożą, tylko nieliczni taksówkarze decydują się na kurs. Dzielnica ma swojego nieformalnego „burmistrza” którym jest najbardziej napakowany bandzior. Gdy kilka dni temu zadzwonił, że znowu listonosz coś przyniósł, natychmiast pobiegłem sprawdzić. Okazało się, że władze miasta nie ustępują. Było to kolejne pismo, tym razem informujące o tym, że sprawa została skierowana do komornika. Nie wiem czy nie zdają sobie sprawy, czy też ktoś ma ochotę na to lokum, ale wiem, że eksmisja grozi mu nawet śmiercią. Zresztą, podczas rozmowy z lekarzem, gdy miał jeden z ataków i stracił przytomność, dowiedziałem się, że to już nie jest kwestia lat. Pamiętam go z początku lat dziewięćdziesiątych. Atrakcyjny towarzysko, każdy zabiegał o jego względy, znał języki, czasami jeździł do Amsterdamu, gdzie miał jakaś pracę. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy, pomagał załatwić pracę znajomym, mogli u niego pomieszkać. To był kumpel. Na stałe wrócił do Polski w połowie lat dziewięćdziesiątych, wciąż był atrakcją towarzystwa, dostał pracę w raczkującym Polsacie, nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że wrócił już głęboko uzależniony od heroiny.
Nie zagrzał długo miejsca w tej stacji, dokładnie nie wiem, ponieważ nasze drogi zawodowe tak się rozeszły, że nie miałem pojęcia co się z nim dzieje. Popracował tam chwilę – może rok, może krócej – i wyleciał. A teraz przenosimy się do połowy 2011 roku, po własnych perturbacjach wróciłem na stałe do Puław. Jakież było moje zdziwienie, gdy zapytałem kogoś ze znajomych o Jaha, powiedział mi, ze już nic z niego nie będzie i żebym dał sobie z nim spokój. Dorzucił jeszcze na koniec „szkoda chłopaka”. Jaha już nie ma, ale wciąż żyje człowiek, który nim był.
Gdy go odwiedzam to w chwilach przytomności wspominamy dawne czasy. Też borykam się z bagażem uzależnień, okazało się że jesteśmy pod opieką tego samego lekarza. Mnie udało się wyrwać za szponów nałogu i trzeźwieć, jemu pozostało czekać kresu swoich dni w przerażaniu czekając kiedy przyjdą. Przyjechałem do Warszawy, by od znajomy zajmujących się takimi i podobnymi sprawami dowiedzieć się co jeszcze mogę zrobić. Co zrobić, by zaszczuty człowiek mógł dopełnić żywota w spokoju, żeby urzędnicy pozwolili mu umrzeć we własnym mieszkaniu i własnym łóżku. Potem niech robią co chcą. Zadłużenie nie jest wysokie, kilkanaście tysięcy złotych. Jaho utrzymuje się jedynie z renty, której większą cześć zabiera komornik na poczet zaległych alimentów. Jeśli komornik eksmituje go na wspomniane osiedle, zwane gettem, to znajdzie się wśród ludzi, którzy momentalnie dowiedzą się kiedy dostaje rentę i w jakiej wysokości. W dniu przelewu „życzliwy sąsiad” kopniakiem otworzy drzwi i zażąda kasy, lub karty do bankomatu. Nie da rady się obronić. Liczę, że uda się tę sprawę załatwić zgodnie z prawem, a prawo nie pozwala na eksmisję, jeśli zagraża ona zdrowiu lub życiu osoby eksmitowanej. Ale to jest kapitalizm.
Wszystko zależy od tego kto ma ochotę na to mieszkanie. Jaka jest pozycja w mieście „nowego właściciela” i jak jest zdeterminowany. Pewnie większość pomyśli, nie, to niemożliwe, zapewniam Was, że możliwe. Słyszeliście pewnie o zamieszkach w kopalni Rockefellera, która przeszła do historii jako masakra w Ludlow z 1913 roku.
W skrócie przypomnę. Górnicy rozpoczęli protest, zwykły strajk domagając się podstawowych praw, już nie tylko pracowniczych, ale nawet podstawowych praw człowieka. Nieludzkie warunki pracy, miasteczko robotnicze zbudowane we własnym zakresie, przez samych robotników, na terenach należących do właściciela kopalni. Były to kartonowe budy i prymitywne szałasy. Na nic więcej nie było ich stać.
Nie mając innej możliwości zamieszkali tam wraz z rodzinami w tych „szałasomieszkaniach”. Rockefeller wprowadził również najbardziej chyba złodziejską formę wynagrodzeń. Polegała ona na tym, że płacono ludziom w firmowych bonach, za które mogli kupować jedynie w sklepach należących kopalni. To jeszcze nie wszystko. Płacono im jedynie za ilość wydobytego węgla, za jego wagę, a wszelkie inne prace, takie jak drążenie tuneli, podpieranie, zabezpieczenia, robotnicy wykonywali nieodpłatnie.
Wielu ludzi chcąc wykarmić rodzinę lekceważyło zabezpieczenia. Bo pieniądze – bony zarabiał dopiero za wydobyte kilogramy węgla. Śmiertelność była ogromna. W 1913 roku w kopalniach Colorado co trzeci dzień dochodziło do jakiegoś śmiertelnego wypadku. Nad nastrojami, pracą i porządkiem, czuwali – świetnie uzbrojeni – zwykli bandyci wynajęci specjalnie przez Rockefelera, by zniechęcać do buntu, by nikt spoza kopalni nie mógł odwiedzić znajomego, a i mieszkańcom nie wolno było opuszczać terenu. Tego strzegła ta grupa najemników. Podczas kolejnej obniżki stawki, górnicy powiedzieli – dość. I nie zważając na zagrożenie zorganizowali protest.
Nikt nie zamierzał z nimi negocjować, doszło do strzelaniny. Wezwana na pomoc policja i gwardia narodowa, zamiast pomóc i przynajmniej załagodzić spór, lub stanąć w obronie górników, to na rozkaz gubernatora, dołączyła do prywatnej armii właściciela. Robotnicy wysłali do dowództwa Gwardii Narodowej, pokojowego negocjatora, który został zastrzelony. Oficjalnie w starciach zginęło 20 osób w tym kobiety i dzieci.
Ta liczba nijak się ma do faktycznych ofiar. Świat pewnie nigdy się nie dowie ile tak naprawdę wymordowano wtedy ludzi. Co ma jedno do drugiego? Pozornie nic, lekko ponad sto lat różnicy i zależność władzy od zachcianek wpływowych ludzi. Pieniądze, chęć zysku, od zawsze doprowadzały do wojen, rozruchów i morderstw, chcąc się w to rzetelnie zagłębić, to trzeba uznać, że wszelkie monarchie to nic innego jak kapitalizm tamtej epoki, gdzie szlachta pełniła rolę klasy średniej – (zauważcie że teraz ten gatunek, mam na myśli klasę średnią – coraz bardziej się kurczy.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, w krajach Europy Zachodniej czy też USA wystarczyło mieć pracę, by być już w tym gronie. Jednak po rozpadzie Bloku Wschodniego, a co za tym idzie rozwaleniu Układu Warszawskiego, kapitalizm przestał mieć alternatywę. Stał się bezkonkurencyjnym systemem gospodarczym świata. Podczas zimnowojennej równowagi obecne państwa „kapitalistyczne” robiły wszystko, by życie w nich było bardziej atrakcyjne niż w dawnych demoludach, czyli państwach demokracji ludowej. Wraz z przeciwnikiem zginęła też równowaga.
Kapitalizm nie miał wroga i zaczął pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Skończył się American Drem, okazało się, że łatwiej trafić w totka niż wygrać los w tym mitycznym konkursie pod nazwą: od pucybuta, do milionera. Hamulce puściły i historia zatoczyła koło. Wróciliśmy do średniowiecznych systemów, wyposażeni w umiejętność pisania, czytania i wiele gadżetów, które wciąż kupujemy i tym tak naprawdę wciąż karmimy tego potwora zwanego kapitalizmem.
Od połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy giełdy zorientowały się jak bardzo mogą wpływać na rządy swoich krajów, powoli klasa średnia zaczęła się kurczyć. Bieda dotyka najbogatsze państwa świata, przy czym, ilość produkowanych dóbr, wcale nie zmalała. Zmniejszyła się za to liczba ich beneficjentów, z całych społeczności, do wybrańców. Powyższy felieton jest punktem wyjścia do dalszego ciągu – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – zamierzam napisać już na przyszły piątek. Czyli za tydzień.

Biedni pracujący w raju bankierstwa

Szwajcaria kojarzy się w Polsce z bogactwem i dobrobytem. Podczas pandemii widoczne staje się jednak i to, że ten dobrobyt nie dotyczy wszystkich.

Liczba mieszkańców kraju, którzy starają się o pomoc socjalną i korzystają z paczek żywnościowych, rośnie z każdym dniem. Chodzi przede wszystkim o ubogich pracujących, w pierwszej kolejności – migrantek z Filipin i Ameryki Łacińskiej, którzy pracowali w Szwajcarii w charakterze pomocy domowych i opiekunek do dzieci. Nie wszystkie pracowały legalnie. Kolejną poszkodowaną grupą są niskopłatni pracownicy zatrudnieni na budowach i w sektorze gastronomicznym.
W momencie, gdy ogłoszono ograniczenia związane z pandemią, ludzie ci zostali bez środków utrzymania. W 2015 r. liczbę biednych pracujących w Szwajcarii szacowano na 145 tys. ludzi – w czasie kryzysu liczba ta jeszcze wzrosła.
W Genewie pomoc niosą organizacje humanitarne we współpracy z władzami miasta. W ostatnią sobotę w kolejce po 1683 paczki żywnościowe ustawiło się znacznie więcej chętnych. Dystrybuowano je od 9 rano – ale zdesperowane kobiety czekały już od szóstej, obawiając się, zresztą słusznie, że dla wszystkich nie starczy. Pierre Philippe, dyrektor organizacji dobroczynnej Colis du Coeur dystrybuującej paczki i bony żywnościowe w porozumieniu z miastem, w rozmowie z lokalnym portalem 20min.ch stwierdził, że dopiero pandemia pozwoliła się przekonać, jak wielu jest ubogich pracujących, którzy do tej pory funkcjonowali w kraju niezauważeni. Tylko w sobotę w jego organizacji zarejestrowało się 662 nowych potrzebujących, by uzyskać całotygodniowy bon żywnościowy – 50 franków na osobę i odpowiednio więcej, do kwoty 150 franków, jeśli na jej utrzymaniu jest rodzina.
Dwa tygodnie temu genewskie organizacje dobroczynne przygotowały 650 paczek – zgłosiło się 1200 osób. W ubiegłym tygodniu rozdano 1370. Wczoraj było ich jeszcze więcej i znowu nie wystarczyło. – Ten problem będzie trwał – mówi 20min.ch przedstawicielka jednej z organizacji dobroczynnych. – Ludzie zaczynają znajdować dorywcze prace, ale to zajęcie na zasadzie: kilka godzin tu, kilka godzin tam. Nie wydaje nam się, by liczba potrzebujących przestała rosnąć.

Unia podzielona

Jednym z największych zagrożeń dla przyszłości Unii Europejskiej są olbrzymie podziały między krajami członkowskimi.

Wysoki poziom nierówności regionalnych stanowi zagrożenie dla stabilności UE i przeszkodę dla rozwoju poszczególnych krajów. Trudno też o spójną politykę unijną, skoro skala nierówności w poziomie rozwoju jest tak duża.

Nierówności nie znikają

Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat poziomu PKB na mieszkańca w 2018 roku przy uwzględnieniu różnic w cenach. Okazuje się, że różnice wciąż są znaczne i niestety od lat utrzymują się na bardzo wysokim poziomie.

Zgodnie z nowymi danymi Eurostatu średnia dla całej Unii Europejskiej w 2018 roku wynosiła 30200 euro na osobę (już bez Wielkiej Brytanii). Największy poziom PKB w UE był w: Luksemburgu – 263 proc. średniej unijnej, Irlandii – 191 proc., Holandii – 130 proc., Danii – 129 proc., Austrii – 128 proc. i w Niemczech – 123 proc.. Najmniejszy PKB na osobę miały: Bułgaria – 51 proc., Chorwacja – 63 proc., Rumunia – 66 proc., Łotwa i Grecja – po 69 proc. oraz Węgry i Polska – po 71 proc.

Krezusi i biedacy

Najbogatszym regionem UE w 2018 roku był Luksemburg – 263 proc. średniej unijnej, irlandzki Region Południowy – 225 proc., irlandzki Eastern & Midland – 210 proc., region brukselski – 203 proc., Hamburg – 197 proc., Praga – 192 proc.. Najbiedniejszym regionem był francuski Mayotte – zaledwie 30 proc. średniej oraz bułgarskie regiony Północnozachodni – 34 proc., Północno-Centralny – 35 proc. i Południowo-Centralny – 36 proc.

Polska też nierówna

Wśród najbiedniejszych regionów znalazł się też polski makroregion wschodni (obejmujący województwa lubelskie, podkarpackie i podlaskie), którego PKB w 2018 roku stanowił zaledwie 49 proc. średniej. Po przeciwnej stronie znalazł się makroregion województwo mazowieckie – 114 proc., z czego Warszawa – aż 156 proc. średniej. Istnieją więc olbrzymie nierówności nie tylko między państwami, ale nawet w obrębie poszczególnych krajów.

Nierówności podkopują UE?

Jak wskazuje Eurostat, w 2018 roku 57 regionów UE, w których mieszkało 21 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub niższe niż 67 proc. średniej UE. Ich udział w unijnym PKB stanowił tylko 12 proc.. Z drugiej strony 39 regionów UE, w których mieszkało 20 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub wyższe niż 128 proc. średniej UE. Ich udział w PKB UE stanowił aż 32 proc.

Powyższe dane pokazują, że Unia wciąż jest bardzo zróżnicowana w poziomie rozwoju. Unii zagrażają nie tylko eurosceptycy i nacjonaliści, ale też nierówności między poszczególnymi regionami. Na ubóstwie całych regionów eurosceptycy zresztą z powodzeniem żerują, przekonując mieszkańców, że gdyby tylko opuścić wspólnotę i znowu mieć własne państwo narodowe (najlepiej bez mniejszości i z ograniczonymi prawami kobiet), to złe czasy odeszłyby do historii. Nic to, że sami eurosceptycy doskonale wiedzą, że sprawa nie jest tak banalnie prosta.

Władze największych krajów UE, w tym Polski (tak! jesteśmy wśród największych, o czym często zapominamy!), powinny pamiętać o tym, że Unii potrzeba pogłębionej integracji, a zarazem polityki opartej na solidarności i zrównoważonym rozwoju całej wspólnoty.