Unia podzielona

Jednym z największych zagrożeń dla przyszłości Unii Europejskiej są olbrzymie podziały między krajami członkowskimi.

Wysoki poziom nierówności regionalnych stanowi zagrożenie dla stabilności UE i przeszkodę dla rozwoju poszczególnych krajów. Trudno też o spójną politykę unijną, skoro skala nierówności w poziomie rozwoju jest tak duża.

Nierówności nie znikają

Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat poziomu PKB na mieszkańca w 2018 roku przy uwzględnieniu różnic w cenach. Okazuje się, że różnice wciąż są znaczne i niestety od lat utrzymują się na bardzo wysokim poziomie.

Zgodnie z nowymi danymi Eurostatu średnia dla całej Unii Europejskiej w 2018 roku wynosiła 30200 euro na osobę (już bez Wielkiej Brytanii). Największy poziom PKB w UE był w: Luksemburgu – 263 proc. średniej unijnej, Irlandii – 191 proc., Holandii – 130 proc., Danii – 129 proc., Austrii – 128 proc. i w Niemczech – 123 proc.. Najmniejszy PKB na osobę miały: Bułgaria – 51 proc., Chorwacja – 63 proc., Rumunia – 66 proc., Łotwa i Grecja – po 69 proc. oraz Węgry i Polska – po 71 proc.

Krezusi i biedacy

Najbogatszym regionem UE w 2018 roku był Luksemburg – 263 proc. średniej unijnej, irlandzki Region Południowy – 225 proc., irlandzki Eastern & Midland – 210 proc., region brukselski – 203 proc., Hamburg – 197 proc., Praga – 192 proc.. Najbiedniejszym regionem był francuski Mayotte – zaledwie 30 proc. średniej oraz bułgarskie regiony Północnozachodni – 34 proc., Północno-Centralny – 35 proc. i Południowo-Centralny – 36 proc.

Polska też nierówna

Wśród najbiedniejszych regionów znalazł się też polski makroregion wschodni (obejmujący województwa lubelskie, podkarpackie i podlaskie), którego PKB w 2018 roku stanowił zaledwie 49 proc. średniej. Po przeciwnej stronie znalazł się makroregion województwo mazowieckie – 114 proc., z czego Warszawa – aż 156 proc. średniej. Istnieją więc olbrzymie nierówności nie tylko między państwami, ale nawet w obrębie poszczególnych krajów.

Nierówności podkopują UE?

Jak wskazuje Eurostat, w 2018 roku 57 regionów UE, w których mieszkało 21 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub niższe niż 67 proc. średniej UE. Ich udział w unijnym PKB stanowił tylko 12 proc.. Z drugiej strony 39 regionów UE, w których mieszkało 20 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub wyższe niż 128 proc. średniej UE. Ich udział w PKB UE stanowił aż 32 proc.

Powyższe dane pokazują, że Unia wciąż jest bardzo zróżnicowana w poziomie rozwoju. Unii zagrażają nie tylko eurosceptycy i nacjonaliści, ale też nierówności między poszczególnymi regionami. Na ubóstwie całych regionów eurosceptycy zresztą z powodzeniem żerują, przekonując mieszkańców, że gdyby tylko opuścić wspólnotę i znowu mieć własne państwo narodowe (najlepiej bez mniejszości i z ograniczonymi prawami kobiet), to złe czasy odeszłyby do historii. Nic to, że sami eurosceptycy doskonale wiedzą, że sprawa nie jest tak banalnie prosta.

Władze największych krajów UE, w tym Polski (tak! jesteśmy wśród największych, o czym często zapominamy!), powinny pamiętać o tym, że Unii potrzeba pogłębionej integracji, a zarazem polityki opartej na solidarności i zrównoważonym rozwoju całej wspólnoty.

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Żywność coraz droższa, Polacy coraz biedniejsi

Odczuwamy ją wszyscy. Inflacja idzie w górę. W grudniu była najwyższa od 2012 roku. W jej rezultacie w górę poszybowały też praktycznie wszystkie ceny. I to przede wszystkim produktów podstawowych.

Drożeją towary, które niezbędne są wszystkim. Żywność i napoje bezalkoholowe przez rok podrożały o prawie 7 proc. Cena mięsa wzrosła o 12,8 proc., cena warzyw to kolejne 12 proc. podwyżki, a cukru -20 proc. Do góry poszły także ceny ubezpieczeń, biletów lotniczych czy towarów bardziej luksusowych. Bez tych ostatnich da się przeżyć. Bez jedzenia – nie.

Najubożsi cierpią najbardziej

W tej sytuacji najbardziej tracą osoby biedne i cierpiące ubóstwo. Zdaniem ekspertów z Banków Żywności w Polsce ponad 2 mln ludzi żyje dziś w skrajnym ubóstwie i musi walczyć o przetrwanie za kwotę mniejszą niż 600 złotych. Jeśli ktoś zarabia tak mało, to podwyżka cen żywności o 10 proc. w skali roku grozi mu niedożywieniem lub nawet śmiercią. Oodwyżki te są w stanie pochłonąć nawet dodatkowe kilkanaście procent z miesięcznego budżetu osoby niezamożnej – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w praktycznie każdym mieście do góry idą też podstawowe opłaty. Najdrożej żyje się obecnie w miastach o populacji liczącej od 100 do 200 tys. mieszkańców. W takich miastach mało jest dobrych miejsc pracy, relatywnie niskie są zarobki. Warszawskie stawki to marzenie.

Rząd bez wizji

Obecny rząd nie posiada żadnej strategii zmierzającej do wyrównywania różnic w poziomie życia i zarobków: czeka nas przyszłość z coraz biedniejszymi i droższymi do życia mniejszymi miasteczkami oraz miastami i zaledwie kilkoma bogatymi metropoliami, do których do pracy wyjeżdżać będzie coraz więcej ludzi.

Samo zmniejszenie inflacji nie jest oczywiście najważniejsze. Najistotniejsze jest podniesienie poziomu życia i płac, a następnie ich utrzymanie. W systemie kapitalistycznym rosnąca inflacja to rezultat działań przedsiębiorstw, które podnoszą ceny, by przez coraz wyższe płace pracowników nie malały ich zyski. Prawdą jest, że większa podaż pieniądza w postaci wyższych płac czy świadczeń socjalnych może prowadzić do inflacji i następnie ukrytej obniżki płac (przez wzrost kosztów utrzymania). Na tym jednak polega rola odpowiedzialnego państwa, by takiej sytuacji zapobiec: przez państwową politykę, gospodarcze planowanie i kluczowe inwestycje w rozwojowe sektory.

Państwo nie może być bierne

Wszyscy pamiętają obietnice obecnego premiera, który obiecywał wręcz stworzenie nowych okręgów przemysłowych, odtworzenie strategii publicznych inwestycji czy pobudzenie działalności państwa w gospodarce przy wykorzystaniu tzw. Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Tyle, że fundusz umarł krótko po tym, jak neoliberałowie z Forum Obywatelskiego Rozwoju uznali go za atak na prywatną własność.

Bez państwowych inwestycji i odpowiedniego planowania nie da się utrwalić pozytywnych zmian. Płace i świadczenia są coraz niższe, ponieważ tego chce rynek. Nie może być inaczej, dopóki dominują na nim przedsiębiorstwa, których głównym źródłem zysku cały czas pozostaje tania siła robocza. Zamiast strategii narodowego rozwoju mamy specjalną strefę ekonomiczną w całym kraju i jeszcze niższe podatki, w tym prezenty dla obcych firm na zlecenie amerykańskiego wiceprezydenta. Premier stosuje się dokładnie do tych samych neoliberalnych recept, które panowały w czasach PO i wcześniej. Tyle, że PiS próbuje skłonić do siebie niezamożnych wyborców, więc usiłuje zafałszować obraz gospodarki przy pomocy finansowych manipulacji. Ale bez stabilizacji ze strony państwowego planowania, inwestycji i odpowiedniego wspierania innowacyjności, nauki taki system musi się załamać. Liczenie na to, że biedakapitalizm sam z siebie (czy np. po samej zmianie wysokości płacy minimalnej) ewoluuje w kierunku gospodarki opartej na wiedzy to fantazja. Taka zmiana absolutnie nie jest też możliwa przy obecnym budżecie. Skandalicznie niskie są nakłady na naukę – w 2020 roku będzie to zaledwie 1,24 proc. PKB. Dla porównania: na zbrojenia przeznaczamy już ponad 2 proc. PKB.

Jeśli nie państwowe inwestycje, rozwój nauki czy innowacyjności to może z inflacją i biedą zwycięży polska armia?

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Biedniejsi żyją coraz gorzej

Pod rządami PiS zwiększa się zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce. Ludzi bardzo biednych
wciąż przybywa, a ci, którzy byli niezamożni, stają się coraz ubożsi.

Polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie prowadzi do wzrostu obszaru skrajnej biedy w Polsce. Ci co są mniej zamożni, stają się coraz biedniejsi.
Odwrócony został korzystny trend ograniczania zasięgu ubóstwa, panujący za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy zasięg biedy w naszym kraju stopniowo się zmniejszał. Antyspołeczne działania Prawa i Sprawiedliwości szybko zaczęły jednak przynosić złowrogie skutki.

Rząd PiS się wyżywi

W 2017 r. r. w skrajnym ubóstwie żyło około 1,5 miliona Polaków. W 2018 r. już ponad 1,9 miliona. W roku ubiegłym grono skrajnie biednych rodaków wzrosło do ok. 2,4 mln.
To, że w ciągu jednego roku, przy dobrze rozwijającej się gospodarce, liczba ludzi skrajnie biednych wzrosła prawie o pół miliona, jest czymś niewyobrażalnym! Czyli, w ciągu tego jednego roku grono osób nie mogących zaspokoić minimalnych potrzeb życiowych zwiększyło się w Polsce aż o ponad jedną czwartą! I to wszystko stało się podczas normalnego funkcjonowania kraju, bez żadnego nagłego kryzysu.
Nie od dziś wiadomo, jak fatalne skutki dla Polski i Polaków mają rządy Prawa i Sprawiedliwości. Ten olbrzymi wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa jest najbardziej namacalnym przejawem pogardy dla najbiedniejszych. I nic nie wskazuje na to, że prominenci PiS poniosą kiedykolwiek odpowiedzialność za swoje czyny.

Pożywka dla nędzy

Można niestety się obawiać, że zasięg skrajnej biedy w Polsce będzie rosnąć coraz szybciej. Gospodarka rozwija się wolniej, budżet trzeszczy, a ceny mkną w górę – zwłaszcza ceny tych wyrobów, na które ludzie niezamożni przeznaczają największą część swych zasobów. Inflacja, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wynosi już prawie 3,5 proc. W rzeczywistości, ze względu na nie do końca precyzyjną metodykę badania cen, zapewne jest jeszcze większa.
Fatalne dla biednych Polaków informacje przyniósł listopad ubiegłego roku. Niewykluczone jednak, że kolejne miesiące będą jeszcze gorsze. Na razie po prostu jeszcze nie zostały opisane statystycznie.
Jak podaje GUS, wzrost cen żywności w listopadzie 2019 r. w skali roku wyniósł aż 7 proc. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie było o 5,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Różnica wynosi 1,7 punktu procentowego na niekorzyść zarobków, ale to nie wszystko.
Podany wzrost płac ma charakter średni. Jest on ciągnięty do góry przede wszystkim przez szybko rosnące zarobki osób z nomenklatury partyjnej PiS, zajmujące ważne stanowiska w gospodarce. Można przypuszczać, że zarobki ogromnej większości pozostałych pracowników zwiększały się znacznie wolniej. Ale właśnie ci, którzy zarabiają mniej, wydają na żywność największą część swych dochodów. Szybki wzrost cen żywności sprawia więc, że stają się oni coraz biedniejsi.

Jak żyć panie Jarosławie?

Warto zwrócić uwagę, że w listopadzie np. cena cena cukru była wyższa aż o 24,3 proc. niż przed rokiem, warzyw o 16 proc., owoców o 15 proc., wieprzowiny o 16, 1 proc., wędlin o 9,5 proc., mąki o 8 proc., ryżu o 6,9 proc. Tzw. życie staje się więc nieznośnie kosztowne.
Oprócz żywności, w listopadzie odnotowano drastyczny skok opłat za wywóz śmieci (aż o 31,4 proc.). Wywożenie śmieci to także nie jest wydatek, którego najbiedniejsi mogliby uniknąć. Podniesiono też opłaty za usługi kanalizacyjne (o 4,1 proc.) oraz za zaopatrywanie w wodę (o 2,5 proc.). Wkrótce nastąpi, trudno przewidzieć jeszcze jaki, wzrost cen energii. Drożeją papierosy i alkohol (od których to używek uboższa część Polaków niestety nie stroni). Wreszcie, zmiany w VAT które wejdą w życie od 1 kwietnia spowodują generalny wzrost tego podatku – a to właśnie VAT wysysa najwięcej pieniędzy z portfeli niezamożnych Polaków.
Tak więc, co jak co, ale sztukę zabierania pieniędzy biednym, rząd PiS opanował znakomicie.

Księga wyjścia 36

Pomimo wszelkich niedogodności, wciąż chodzę po wioskach i spisuję kominy. Nadal jestem ankieterem. Pewnie gdyby nie moje reporterskie podejście, już dawno bym tego nie wytrzymał, bo zimno – każdego dnia bardziej – a coraz mroźniejszy wiatr, daje się we znaki. Na szczęście mam jeszcze coś takiego jak natrętne poczucie obowiązku, które czasami przeklinam, a czasami chwalę, i jakąś nieludzką potrzebę dotknięcia, zobaczenia co będzie, co zobaczę dalej.

Dni coraz krótsze, ale jednak ciekawość tego co zastanę w kolejnym domu, co wyłoni się za następnym zakrętem jest znacznie silniejsza od wspomnianych niedogodności i wbrew rozsądkowi pcha mnie w głąb leśnych ostępów, wiejskich dróżek i eleganckich chodników, na które aż niezręcznie wchodzić po wyjściu z tych zabłoconych leśnych duktów.

Kartki się rozsypują

Czasami tak się w tym zatracam, że gubię kolegę, wchodząc w ścieżki których nie ma na mapie, co rozwala nam plan ustalonej pracy w kwadratach. Ciekawość to cecha, która pozwala w miarę bezboleśnie przetrwać te wszystkie niedogodności i daje ogromną satysfakcję. Chociaż w tym zbiorze „drobnych” niedogodności jest jeszcze jedna, dla mnie najgorsza – mało komfortowe palenie papierosów. Po pierwsze i tak dłonie mam przemarznięte od ciągłego pisania i zaznaczania ankiet, a widząc oddalone o kilkaset metrów osiedle, mógłbym sobie spokojnie w drodze zajarać. Gdy tylko wsadzę pod pachę teczkę z papierami, to złośliwy, dotychczas spokojny wiatr, akurat wtedy uderza największym impetem. Kartki się rozsypują (na szczęście puste, bo wypełnione chowam wcześniej do torby) a potem wieje tak długo, jak długo usiłuję wykrzesać ogień z zapalniczki. Natura jest złośliwa i nic na to nie poradzę, co najwyżej mogę chodzić z zapałkami. Ale to też nie daje gwarancji skutecznego odpalenia papierosa. A jeśli już, to pozostawi charakterystyczny ślad bąbla po oparzeniu. Gdy już zbliżam się do tych zauważonych wcześniej z oddali domów, złośliwy wiatr nagle cichnie. Czasami przystaję, by zrobić mu na złość i jednak tego szluga zapalić.

Ankietowany obszar

Zaczęliśmy już odczuwać presję czasu. Musimy zrobić ten spis do końca roku. Spis z natury. Problem polega na tym, że rok ma koniec, a w moim przekonaniu i postrzeganiu ankietowany obszar nie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. A im bardziej się tam zgłębiamy tym bardziej się w nim utwierdzam.
W każdym razie znacznie zwiększyliśmy tempo, prywatne sprawy przekładamy na „kiedyś” (tak też zrobiłem z drugim wydaniem książki, trudno, nie będzie w tym roku, i nie wejdzie do konkursu „Brakującej Litery”). Staramy się więc nie myśleć ile jeszcze tego zostało, tylko systematycznie i bez ustanku pracować. Coś, co wydawało się proste, w rzeczywistości balansuje na granicy wytrzymałości. I to z różnych powodów. Moralno – etycznych także. Wspominałem poprzednio o niewielkich chatkach wciśniętych między wypasione wille. Czasami trafiam, na kilka takich pod rząd. Reguła, że kobiety żyją dłużej cały czas się potwierdza. Od ponad czterech tygodni, od kiedy spisuję te kominy, w tych niewielkich chatkach, ani razu nie otworzył mi mężczyzna, zawsze była to leciwa wdowa.

Niewidzialna ręka

Dzisiaj spisywałem chyba najstarszą osobę w mojej krótkiej karierze ankietera. Kobieta miała dziewięćdziesiąt dwa lata i całkiem logicznie odpowiadała. Jeśli czegoś nie wiedziała, np, nie znała mocy pieca, to zaprosiła do środka, bym sam odczytał z tabliczki. Znowu przypomniała mi się popularna w PRLu akcja „Niewidzialna ręka, to także ty”, polegało to na anonimowej pomocy, tak by zainteresowany człowiek nie wiedział, kto mu narąbał drewna, albo przyniósł węgiel z piwnicy. Jedynym znakiem, był odcisk dłoni, który zostawiało się w widocznym miejscu. Ci ludzie raczej już na to liczyć nie mogą.
Naprawdę w wiele miejsc chętnie bym wrócił, by właśnie narąbać drewna i jakoś pomóc. Zaskakująca jest również ufność tych starszych kobiet. Jest tak nieprawdopodobna, że w naszym pojęciu graniczy z naiwnością. Zauważyli to również, i perfidnie wykorzystali, ci wszyscy okradający na „wnuczka”. Dziwimy się naiwności, ja jednak powoli przestaję. Gdy poznaję tych ludzi to zaczynam rozumieć, że po prostu tak zostali wychowani. W ufności i otwartości. Jest też więcej osób, takich jak ów mężczyzna, o którym pisałem ostatnio, który ogrzewa jedynie 25 mkw, bo wypadek wykluczył go ze zbioru nazywanego „klasą średnią” i pomimo tego, że ma piękny stuczterdziestometrowy, prawie nowy dom, gmina finansuje mu ciepło jedynie w dwóch niewielkich pomieszczeniach. Okazuje się, że nie jest to odosobniony przypadek. Dzisiaj trafiłem na dwie takie kobiety.

Ulice graniczne

Domy z nowoczesną architekturą, ponad sto pięćdziesiąt metrów, a ogrzewają jedynie około pięćdziesięciu. Też dzięki pomocy gminnego ośrodka. Nawet jakaś komisja przyjechała, opowiadała jedna z nich. Ale o klasie średniej, która gwałtownie wyhamowała pisałem poprzednio. Mogę jedynie dodać, że doskonale rozumiem tych ludzi. Faktycznie można taką degradację materialno-finansową porównać do bardzo gwałtownego hamowania z rozpędu na betonowej ścianie. Hamowania z takim przeciążeniem, że nie każdy wychodzi z tego żywy. Gdy wczorajszy „milioner”, dzisiaj nie ma już na bułkę.
Wróćmy jednak do bieżących obserwacji. Bo przecież kolejny tydzień pracy, to kolejne zauważenia. Ostatnio często trafiam na ulice graniczne. Lewa ich część jest inną miejscowością, a prawa inną. Zwykle tu widać kontrasty, można spekulować, że to w wyniku odrolnienia działek, ale nie to jest w tym istotne. Istotne jest to, że bogaci żyją za darmo. Tak można określić w skrócie ostatnie, dzisiejsze zauważenia.

Fotovoltaika dla trojga

Na pytanie czym ogrzewają mówią o fotovoltaice, panelach i pompie ziemnej, gdy pytam o cenę rozkładają ręce i mówią, że jakieś grosze za prąd od silniczka, który tę pompę napędza. Zapytani o metraż, odpowiadają od niechcenia o wielkości od trzystu do pięciuset metrów. Ilość mieszkańców, zwykle nie więcej jak troje. Choć dominantą jest dwójka.
Po drugiej stronie ulicy, kobieta silnym szarpnięciem otwiera zacinającą się furtkę – nie ma videofonu – na pytanie czym ogrzewa, mówi że gazem i drewnem. Drewna idzie jej z pięć metrów sześciennych, a za gaz rocznie płaci około czterech, pięciu tysięcy. Powierzchnia domu niecałe sto metrów, a mieszka osiem osób. Gdy pytam, czy planują jakieś zmiany, na fotovoltaikę, pompę czy panele, to rozkłada ręce: „nie, nie stać nas”, staram się tłumaczyć, że po to właśnie robimy te ankiety, by wójt mógł napisać odpowiedni wniosek o dofinansowanie, ale i tak wiem, że nawet przy dofinansowaniu, nie będzie ich na to stać.
Wniosek, bogaci żyją w ciepłym, ogromnym domu za darmo, podczas gdy sąsiedzi wydają na to znaczną część swoich zarobków. Oczywiście, można założyć, że ci zamożniejsi wcześniej musieli zainwestować w tę darmową energię. Znając jednak życie i przepisy, są tam też ludzie, którzy do perfekcji opanowali różnego rodzaju programy i nie robiąc dosłownie nic żyją na niewyobrażalnie wysokim poziomie. Pora kończyć dzisiejszą relację. I tak wyrwałem część nocy by ją napisać. Ale co by jednak nie mówić, mimo wymienianych wad, cholernie polubiłem tę pracę.
Do przeczytania za tydzień.

Skazany, bo biedny

Skazali w Krakowie człowieka za palenie węglem w piecu. Będzie musiał wykonać 20 godzin prac społecznych. Pierwsza myśl – znakomicie, w końcu ktoś wziął się na poważnie za walkę z syfem zalegającym w powietrzu.

W stolicy Małopolski od 1 września obowiązuje tzw. uchwała antysmogowa, zakazująca palenia węglem, drewnem i innymi paliwami stałymi w kotłach, piecach i kominkach. Za jej złamanie grozi kara ograniczenia wolności albo nawet 5 tys zł grzywny. Przepisy zostały ustanowione pod presją środowisk aktywistycznych, zajmujących się walką z zanieczyszczeniem powietrza. Kraków był do tej pory jednym z najbardziej zatrutych miast na świecie. Mieszkańcy oddychali toksycznym koktajlem średnio przez ponad 150 dni w roku.
A więc wszystko idzie w dobrym kierunku? Nie, kochani, to nie jest takie proste. Karać jest najłatwiej. Za pomocą strachu można oczywiście wymusić dostosowanie do ekologicznych konieczności. Szkopuł w tym, że w pierwszej kolejności odczują to osoby o najniższych dochodach.
Polacy nie palą węglem dlatego, że są wrednymi skurwysynami, lubią jak się wesoło w piecu hajcuje, cieszy ich smród czy bawią czarne obłoczki wydobywające się z kominów. Kupują ten węgiel i ładują do kopciuchów, bo tak im wychodzi najtaniej. Na krótką metę, e życie biednego jest nieprzewidywalne, przez co można zapomnieć o strategiach mikroekonomicznych, którymi bawią się klasośredniacy.
Zjawisko to nazywa się ubóstwem energetycznym. Dotyka ono ok 20 proc. polskich gospodarstw, dla których wydatki na ogrzewanie stanowią 10 do 20 procent budżetu, co – według europejskich norm – oznacza nadmierne obciążenie. Aż 23 procent skarży się także na tzw. dyskomfort cieplny – szmalu na ogrzewanie przeznaczają coraz więcej, oszczędzają wciąż na opale, a mimo to nadal marzną, mieszkają w niedogrzanych lokalach, a to oznacza szereg problemów. W zimnie kwitną grzyby i drobnoustroje; zapalenia dróg oddechowych stają się sezonową normą, z czasem przeradzają się w poważniejsze schorzenia. Dochodzi też do zaburzeń hormonalnych, układu krążenia oraz, co oczywiste – pogorszenia stanu psychicznego – depresji, apatii, zaburzeń nerwowych.
W Krakowie i w innych ośrodkach władze dopłacają nawet do 100 proc. kosztów wymiany instalacji cieplnej – z węglowej na gazową. Ale do rachunków już nie dorzucają. Tymczasem węgiel jest wciąż najtańszym paliwem do domowego ogrzewania. Pod warunkiem, że mamy dobry piec. Koszt 1 kWh energii z czarnego kruszcu wrzucanego do prawidłowo użytkowanego kotła podajnikowego to 0,14 zł, w przypadku gazu jest to 0,29 zł.
Nie wystarczy karać, trzeba też wyciągnąć rękę, szczególnie do tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. A tego polskie miasta, ani rząd centralny nie robią.
Nieodłącznym elementem polityki antysmogowej musi być zabezpieczenie potrzeb energetycznych obywateli. Rozwój miejskich sieci ciepłowniczych to podstawa. Dopłaty do ogrzewania gazowego, których beneficjentami będą gospodarstwa o najniższych dochodach powinny być drugim filarem. Jeśli polityka antysmogowa ma polegać wyłącznie na wymianie pieców, wysyłaniu patrolowych dronów i reagowaniu na sąsiedzkie donosy, nie będzie to polityka sprawiedliwa.

Ballada o biedzie

W pieśni rośnie miasto, moja wielka damo,
i nie możesz zasnąć,
za gaconą ścianą,
wiatr burzy myśli w twej głowie.
Przeszklone zegary w mieszczańskich mieszkaniach
między olejami tykają
na ścianach,
godziny echem grzmią w tobie.
Półprzytomna wstajesz, o kawałku chleba,spieszysz na rozstaje w rozbabranych śniegach
w ciżbę kufajek się wmieszać.
Trepami przetupiesz
pokorną godzinę,
znim noc wykrztusi
skołowaną skrzynię,
w budę przygarnie człowieka.
Tlą się papierosy, z rzadka
pada słowo,
skołatane losy mus popchnąć
na nowo,
tam światło, tu wszędzie ciemno.
Lecz po dniu się wraca
z chlebem za pazuchą
i przygodnych randkach
z niebieską ćwiartuchą, bywa więc czas na przyjemność.
Wtedy mógłby nawet ktoś
w dowód uznania,
poszukać niezdarnie
twojego kolana,
przecież bez złego zamiaru.
Sprawdzić wodę w nodze,
tylko dla fasonu,
pośmiać się niezgorzej,
gdy już blisko domu
i blisko pierzyn ze starą.
(…)
Siny świt nadchodzi,
szronem drapie mury,
ciągną do roboty szarych
ludzi sznury,
tkwi w tobie drzazgą ta chwila.
Ściskasz rękawiczkę
wielkopańską ręką,
przemierzasz ulice jak
za Pańską Męką,
w mieście, co sama stworzyłaś.

Widok z auta

Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet…

Warszawa, styczeń 2019. Ósma rano. Na jednej z peryferyjnych ulic Pragi ponad stumetrowa kolejka do dobroczynnej garkuchni po darmowy posiłek. Stoją ludzie w różnym wieku, samotni i parami, na ogół ubrani źle, byle jak, albo marnie. Biednie, po prostu.
Brudni, którzy wychynęli dopiero co z jakiejś piwnicy, stoją obok biedaków schludnych, donaszających porządne niegdyś jesionki, kurtki i garnitury.
Postronnym, którzy – jak ja – jeżdżą po tej ulicy rzadko, wydawało się dotąd, że pojawiają się tu dopiero w czasie obiadowej zupy. Okazuje się, że dzień też tu zaczynają. Za to po południu i wieczorem już ich nie zobaczysz, zupa bowiem jest obiadokolacją.
Zapewne dla wielu ta garkuchnia, to jedyna szansa na zjedzenie czegokolwiek. Owszem – są tu cwaniacy, pijacy, menele. Zjedzą za darmo, ubiorą też za darmo – w to, co dadzą im w PCK, albo w parafii. Jako tako odziani mogą zająć się tym, co lubią najbardziej – ciułaniem na gorzałę. No, choćby na browarek. Kawałek złomu gdzieś znajdą, w śmietnikach trochę puszek po piwie, miejsce na parkingu „zarezerwują” za złocisza, albo po prostu w garażach supermarketu wyrwą od kogoś parę groszy na litość: „mogie odprowadzić wózek”?…
No tak, ale przecież nie wszyscy z kolejki po talerz zupy, to degeneraci. W cierpliwym tłumie głodnych są też osoby jakby nieco zakłopotane, że muszą tu stać. Niektórzy są wręcz zawstydzeni – żony z mężami, starsi, samotni mężczyźni, starsze, samotne kobiety. Nie podnoszą wzroku, nie rozglądają się na boki. Po ubiorze, po zachowaniu widać, że kiedyś mieli się znacznie lepiej, a przynajmniej na pewno jedli w swojej kuchni, ze swoich talerzy
Na tej peryferyjnej ulicy Pragi człowiek nagle zdaje sobie sprawę, jak bardzo cienka jest teraz granica między życiem normalnym, a życiem w biedzie. Jak w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od ciepłego wnętrza szemrzącego samochodu, do ogonka na chodniku smaganym zimnym wiatrem. Od śniadania we własnym domu, do tych stu kilkudziesięciu metrów, które trzeba przejść noga za nogą, pośród nędzy ludzkiej, żeby w ogóle zjeść cokolwiek.
Nie rozumiem tylko, dlaczego karmienie biednych, urządzanie dla nich masowych wigilii, czy wspólnego śniadania wielkanocnego, to taka dobra okazja do manifestowania społecznej dumy z chrześcijańskiej miłości bliźniego?
Czyż to nie jest aby powód do wstydu? Obywatelskiego? Państwowego? Wszak przy tych świątecznych okazjach przewija się przed naszymi oczami zupełnie inna Polska od tej, którą codziennie oglądamy na ekranach swoich telewizorów. Ona nie mieszka w apartamentowcach, nie jeździ „hybrydami”, nie rozmawia o hipsterce, albo o tym, jak pan Okrasa przyrządza krewetki w winie, tylko o tym, co dziś dają: krupnik, czy kapuśniak…
Polska zadomowiona na co dzień na peryferiach, dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i na Wielkanoc – pojawia się tysiącami na ekranach w prime time. W karnych rzędach siedzi za długaśnymi stołami czekając na biskupi pokropek.
Jeszcze kilka lat temu ci ludzie chowali twarze przed kamerami. Teraz nie tylko twarzy nie chowają, ale jeszcze słowem chętnie zaświadczają, jakie łaski w wielkiej obfitości na nich spływają. Momentami mam wrażenie, że na moich oczach zrodziło się niepisane, ciche, bez słów, porozumienie między darczyńcami a odbiorcami darów: wy nas nakarmicie, a my imię wasze sławić będziemy. Przysługa za przysługę – dobre słowo za plastikową miskę z bigosem, za plastikową łyżkę i „Fantę” w plastikowym kubku… Ot, takie cichutkie „lokowanie towaru”, komercyjka upichcona na skórze i kościach… Czy na pewno nie jest to powód do poważnego zmartwienia?
Tu, na bocznej praskiej uliczce, bez medialnego blichtru, można zobaczyć Polskę biedną i samotną. I można uświadomić sobie, jak niewiele trzeba, żeby się w niej znaleźć. Wypadek, choroba, śmierć małżonka, redukcja zatrudnienia… i już – jesteś po drugiej stronie. To idzie bardzo szybko.
Piewcy nowych czasów często, często z rechotem, opowiadają jak się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet… Ha, ha, ha!… Nie da się zaprzeczyć, tak było. Były nawet kartki. Kolejki były zmorą codzienności. Zniknęły całkowicie dopiero, kiedy pan Balcerowicz z dnia na dzień podniósł ceny mięsa o kilkaset procent – żebyśmy mogli rozpocząć „życie udane zamiast udawanego”…
No i mamy paradoks – kiedy „nic nie było” nikt nie chodził głodny, kiedy jest wszystko, kwitną darmowe garkuchnie i bożonarodzeniowo-wielkanocna dobroczynność żywieniowa.
Sam więc już nie wiem, co lepsze – zgrzebna sprawiedliwość społeczna, czy miłosierdzie bogatych?
Z punktu widzenia człowieka w samochodzie odpowiedź jest jasna – jest lepiej niż było. Ale z punktu widzenia człowieka z chodnika, który po prostu chce coś zjeść?…