Koronawirus spustoszy kontynent

Koszmarnie brzmią prognozy ekonomiczne dla Ameryki Łacińskiej, których autorzy starają się ocenić skutki pandemii koronawirusa w tym regionie. Opublikowany 15 lipca raport ONZ-owskiej Komisji Gospodarczej ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów (ECLAC) zapowiada, że jeszcze w tym roku liczba bezrobotnych w regionie przekroczy 44 mln ludzi. Obecnie pracy nie ma w nim 26,1 mln obywatelek i obywateli.

Autorzy raportu nie mają złudzeń – wzrost bezrobocia to również nieunikniony wzrost nierówności społecznych, które w Ameryce Łacińskiej i tak osiągają szokujący poziom, powstanie nowych stref ubóstwa i jeszcze trudniejsze wychodzenie z niego. Jak podkreśliła sekretarz generalna ECLAC, dziś w ubóstwie bezwzględnym życie 185,5 mln mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Do końca roku przeciętny dochód w krajach regionu spadnie tak bardzo, że w biedzie znajdzie się kolejnych 45,4 mln ludzi. Oznacza to, że pod koniec tego roku ponad 1/3 obywatelek i obywateli państw od Meksyku po Argentynę będzie żyło w ubóstwie. To nie koniec złych wiadomości: autorzy raportu spodziewają się, że 96,2 mln kobiet i mężczyzn z Ameryki i Łacińskiej wejdzie w 2021 r., dosłownie walcząc o przetrwanie, wegetując w skrajnym ubóstwie. Dziś w takiej sytuacji jest 67,7 mln ludzi. Autorzy raportu spodziewają się, że kryzysem będzie dotkniętych więcej kobiet niż mężczyzn. To one częściej rezygnują z pracy lub są do tego zmuszane, by zajmować się tylko rodziną i domem; statystycznie częściej też zajęcie tracą i mniej zarabiają.
Wartość eksportu z krajów Ameryki Łacińskiej w ocenie twórców raportu ma spaść o 23 proc. Całościowy spadek PKB oceniany jest w granicach 9,4 proc. Najgorsze prognozy, jeśli chodzi o wzrost liczby ubogich obywateli, formułowane są dla Argentyny, Brazylii, Ekwadoru, Meksyku i Peru.
Autorzy raportu nie mają wątpliwości, że neoliberalna gospodarka i niewidzialna ręka rynku nie uratują mieszkańców Ameryki Łacińskiej. We wnioskach końcowych zawarto sugestię, by w poszczególnych krajach różne siły polityczne porozumiewały się na rzecz budowy państw dobrobytu. Tylko w ten sposób, konkluduje ECLAC, można uniknąć gwałtownych napięć i buntów społecznych, wywołanych rozpaczą ludzi pozbawionych pracy i środków do życia. Bunty przeciwko nierównościom i codziennej niesprawiedliwości cyklicznie powtarzały się w Ameryce Łacińskiej przez cały XXI w.

Księga Wyjścia (55)

Ballada pełna znaków zapytania.

Za kilka dni wybory, przynajmniej pierwsza tura. Odnoszę wrażenie, że obecna kampania jest zupełnie inna niż poprzednie. Inna dynamika, inne emocje, gdzieś zakulisowo docierają niepokojące sygnały o toczących się rozmowach między Platformą, a Konfederacją. A partia rządząca jakby stała z boku i jakoś niespecjalnie angażowała się w promocję wlasnego kandydata. Mało tego, co dziwne i co do nich nie pasuje zupełnie odpuścili tę zamianę kandydatów z Kidawy Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego.
To zupełnie nie jest w ich stylu, przecież zazwyczaj robili afery na całą Polskę z bardziej błahych powodów. Tupali nogami o opluwali tego typu „zbrodnie”. Jeszcze kilka miesięcy temu, tak łatwo by to Platformie nie przeszło. W najlepszym wypadku szydzono by z przeciwników, wytykano niezdecydowanie, brak spójności i niekonsekwencję.
PiS jest zbyt spokojny, żeby się tym nie martwić. To tak jak z dzieckiem, kiedy siedzi cicho, to znaczy że coś kombinuje.
Takie zachowanie, zupełnie do nich nie pasuje. Przynajmniej porównując do poprzednich kampanii i wystąpień.
Nasuwa się więc kilka pytań.
Może przestało im zależeć na wygranej Dudy, albo co gorsze już je wygrał, tylko jeszcze tego nie wiemy? W takim razie można odpuścić niedzielny spacer. Karty zostały już dawno rozdane, a wybory…? Dla utrzymania pozorów zrobić należy. To oczywiście wersja spiskowa, ale nie można jej wykluczyć.
Najprawdopodobniej dojdzie do drugiej tury. Dlatego tym bardziej powinni robić wszystko, by ich kandydat nie stracił przewagi. Przecież doskonale pamiętają porażkę Bronisława Komorowskiego. Porażkę, która była wynikiem zaniechania, pewności siebie, buty i wiary w sondażową przewagę.
Jak wspomniałem na początku jest to mocno niepokojące. Zastanówmy się dlaczego, czym może być to spowodowane – zakładając że wybory będą uczciwe i do żadnego fałszerstwa nie dojdzie.
Może oni naprawdę nie chcą żeby Duda je wygrał, może przestało im już na tym zależeć. Może zbierają siły na drugą turę? Albo na wybory parlamentarne, gdzie wypunktują obietnice Trzaskowskiego, z których się nie wywiązał? Będą mogli walić jak w bęben wskazując te zapowiedzi, które zostały niezrealizowane.
A bez współpracy Sejmu nie będzie miał nawet jak się z tego wywiązać.
Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że taktycznie odpuścili pałac prezydencki i za wszelką cenę chcą jedynie utrzymać bezwzględną przewagę w Sejmie licząc, że elektorat wyładuje swoje negatywne emocje podczas tego głosowania. Wyładuje i odpuści, bo zejdzie z niego powietrze
Wszystko co chcieli, I na czym im najbardziej zależało i tak już osiągnęli. Teraz wystarczy utrzymać przewagę w Sejmie i żadna wprowadzona w życie ustawa PISu nie będzie zagrożona.
Platforma natomiast już wcześniej dała się poznać jako ta partia, która nie dotrzymuje swoich obietnic wyborczych.
Przecież osiem lat temu, to właśnie część jej dawnych wyborców, chcąc dać im nauczkę – takiego pstryczka w nos – zagłosowała na PiS lub nie poszła głosować. Właśnie by zamanifestować niechęć do tego rodzaju polityki.
Trzaskowski jeździ po Polsce składając rożne obietnice i zobowiązania, ale przecież w ustroju jaki mamy, możliwości prezydenta są dosyć ograniczone.
Może zawetować ustawę, może skierować do Trybunału Konstytucyjnego, ma inicjatywę ustawodawczą, ale to wszystko.
A i tak co by nie zrobił, wróci to ponownie do Sejmu, który mając większość może kwestionować lub składać dowolne ustawy. I tak nic to nie da. Krótko mówiąc prezydent może sobie wetować, ale przy odpowiedniej przewadze, Sejm może to weto odrzucić.
Tak naprawdę obie partie niewiele się od siebie różnią. Programowo prawie wcale. Przypomnijcie sobie ile było transferów miedzy jednymi, a drugimi. Ilu posłów przeszło zarówno wtedy, gdy rządzili jedni, jak i drudzy
A może chodzi o potencjalną współpracę PO z nowym koalicjantem? Już czołowi politycy PO pomrukują coś o współpracy z Konfederacją, czyżby chcieli tylnymi drzwiami wpuścić ich na salony? Czy władza warta jest tego, by rozmawiać z tego typu ugrupowaniem?
Jeśli tak, to jak pogodzić kartę równości LGBT podpisaną przez Trzaskowskiego z podpalaniem tęczy na Placu Zbawiciela, jak połączyć ksenofobię i niechęć do imigrantów z głoszoną przez Platformę tolerancją i otwartością, jak pogodzić prounijną politykę jednych, z nacjonalizmem drugich?
A może tak naprawdę jedyny program Platformy, to dorwać się do władzy, a hasła dostosowują do bieżących zapotrzebowań potencjalnego elektoratu, znaleźli swój target i głoszą peany pełne miłości i tolerancji.
A co będzie po wyborach? Nic, przecież oni i tak nigdy się z niczego nie wywiązali, nie pamiętam by dotrzymali jakąś obietnicę. Czyżby nie wyciągnęli lekcji z poprzedniej przegrzanej?


Ponieważ dwa tygodnie temu obiecałem dalszy ciąg pewnej historii, opiszę co udało mi się załatwić. Tym, którzy nie czytali to w skrócie przypomnę o co chodziło.
W ostatnim odcinku cyklu „Księga wyjścia”, opisałem historię mojego dawnego kolegi. Kolegi, którego miasto zamierza eksmitować na jedno z oddalonych od miasta osiedli socjalnych.
To tak zwane getta, które rządzą się własnymi prawami, a faktyczną władzę sprawuje nieformalny burmistrz, którym jest zwykle największy bandyta. Obiecałem, że do sprawy wrócę, tym bardziej, że trochę się udało załatwić.
Jaho, to chłopak z którym niegdyś się kolegowaliśmy. Niezbyt zażyle, ot taka luźna znajomość. W latach dziewięćdziesiątych nie mógł opędzić się od „przyjaciół” i znajomych. Przez jakiś czas mieszkał w Amsterdamie, wielu naszych wspólnych znajomych jeździło tam szukać pracy. Zawsze pomógł, zawsze mogli na niego liczyć. Bez problemu przyjął pod swój dach. Nikogo nie zostawił bez pomocy. Gdy wrócił do Polski pracował jeszcze przez jakiś czas w Polsacie. Nikt nie zdawał sobie sprawy – albo nie chciał zdawać, że gdy wrócił z Holandii, był już głęboko uzależnionym od heroiny narkomanem.
W Polsacie nie popracował wiec już zbyt długo, kilka razy coś zawalił i chcąc nie chcąc, wrócił do Puław. Z braku pieniędzy i dostępu z czystej heroiny przerzucił się na kompot makowy i wszelkie inne – domowej produkcji – wynalazki.
Brał wszystko co tylko dało się wstrzyknąć. Narkomani, zwłaszcza gdy są na głodzie, nie dbają o sterylność i higienę, szybko zaraził się więc wirusem HIV i HCV. W wyniku wieloletniego ćpania ma też całą paletę chorób neurologicznych. Niewiele jest specjalistycznych szpitali w Lublinie, w których nie jest stałym pacjentem.
Według medyków jego mózg uległ już znacznej i trwałej degradacji – tak napisał na zaświadczeniu jeden z lekarzy. Chłopak nie jest w stanie samodzielnie otworzyć korespondencji, a co dopiero przeczytać i zrozumieć jej treść.
Ma pierwszą grupę inwalidzką i pomimo tego, że zachowuje jako taką trzeźwość, to zmiany które powstały i spustoszenie jakie zostawiły w jego organizmie, są już nie do odwrócenia. Jego dawni znajomi i „przyjaciele” przestali go rozpoznawać i tym sposobem został sam. Nie ma tu już nikogo. Ponieważ wszyscy się od niego odwrócili, chcąc nie chcąc postanowiłem mu pomóc, zrobić wszystko, by do tej eksmisji nie doszło. Mieszka tuż obok szpitala. Szpitala w którym niejednokrotnie ratowali mu życie, to kolejny argument który powinien dać do myślenia urzędnikom puławskiego ratusza.
Już od roku korespondencyjnie walczę z miastem, by zostawili go w spokoju, lub przydzielili mniejszy lokal, ale przynajmniej też w okolicy szpitala. Zwracałem się o pomoc do różnych instytucji pisałem do Rzecznikia Praw Obywatelskich i Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Jedyne co udało mi się osiągnąć to tyle, że pomimo gróźb wciąż jeszcze tam mieszka.
Mieszka, ale cały czas wisi nad nim widmo eksmisji. Ponieważ wyczerpałem wszelkie znany mi sposoby i możliwości działania, wszelkie pisma, które kierowałem do różnych instytucji, które wydawało mi się że powinny pomóc, skończyły się jedynie uprzejmą wymianą korespondencji pomiędzy urzędami. W końcu sam stanąłem pod ścianą.
Na szczęście mam znajomych, którzy wiedzą jak się w takich sytuacjach zachować. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie wypytałam co powinienem zrobić i w jakiej kolejności. Piotrek Ciszewski napisał mi wszystko, punkt po punkcie. Od czego zacząć, jakie dokumenty pozbierać, które i w jakiej kolejności wysyłać. Uzbrojony w taką wiedzę, wróciłem w znacznie lepszym nastroju. Przez ostatnie kilkanaście dni udało się pozbierać całą potrzebną dokumentację. Zaświadczenia, że eksmisji zagraża jego życiu i zdrowiu, taki dokument wypisało mu dwóch lekarzy z dwóch zupełnie rożnych szpitali, w których regularnie się leczy z rożnych chorób.
Notarialne ustanowił mnie swoim pełnomocnikiem. Bałem się tego jak jasna cholera, sam nie jestem w stanie poradzić sobie ze swoimi sprawami, a tu biorę sobie jeszcze na głowę odpowiedzialność za kogoś – pomyślałem.
Powiem szczerze, że to przeraża mnie najbardziej. Jeśli popełnię jakiś błąd, jeśli czegoś nie dopilnuję, to zwyczajnie go wyrzucą. Ale jak już wspomniałem nie ma tutaj nikogo, wiec nie miałem wyjścia.
Pełnomocnictwo dotyczy wprawdzie odbierania korespondencji i wysyłania wniosków w jego Imieniu, ale od tych pism i wniosków zależy wszystko.
Mając już wszelkie niezbędne dokumenty ponownie zająłem się korespondencją z Urzędem Miasta. Po ostatnich doświadczeniach już nie zawracam sobie głowy, ani Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ani Ministerstwem Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, nie wysyłam już pism do Amnesty International. Po prostu widziałem na czym polega ich interwencja i jeżeli sam sobie z tym nie poradzę, to żaden urząd mi w tym nie pomoże. To tyle z nowości, przynajmniej narazie o dalszych postępach będę Was informował na bieżąco.

Księga Wyjścia (54)

Ballada milczącego przerażenia.

Od dawna nie miałem tak intensywnego tygodnia, jak ostatni. Zaczęło się od telefonu mojego schorowanego kolegi, którego miasto postanowiło eksmitować. Od blisko roku walczę by mógł dotrwać spokojnie swoich dni, w mieszkaniu położonym tuż obok szpitala. Mimo próśb, które pisałem w jego imieniu, interwencji Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, zaangażowania Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, wciąż chcą go wysiedlić, na oddalone o kilka kilometrów osiedle. Całą jego historię opisałem już kiedyś w DT, ale w skrócie przypomnę. Jaho od ponad dwudziestu lat jest na terapii substytucyjnego, władował się za młodu w najtwardsze narkotyki i z dawnego, świetnego kumpla, został cień dogorywającego człowieka. Czasami pomagam mu jak mogę, a to zrobię zakupy, a to pójdę po lekarstwa, czasami też jadę z nim do specjalistycznego szpitala na jakiś zabieg czy terapie, gdy sam nie jest w stanie. Niekiedy trzeba go nawet nieść.
Ma juz HIV, HCV i wszelkie możliwe choroby. Często go odwiedzam, odbieram wtedy korespondencję i zawsze chwilę pogadam jeśli jest przytomny. Zawsze jednak przerażają mnie zmiany. Za każdym razem wygląda gorzej. A to ogromna narośl na języku, która uniemożliwia mu mówienie, a to nie jest w stanie podnieść się z łóżka. To jest makabryczne. Ponieważ nie jest w stanie nawetotworzyć koperty nie mówiąc o odczytaniu i zrozumieniu treści korespondencji, zwykle robię to za niego. Nie ma ani rodziny, ani kolegów. Doskonale rozumie, że będąc w nałogu, zadłużył mieszkanie, napisałem do prezydenta miasta prośbę o przydzielenie mu mniejszego mieszkania socjalnego, byle w okolicy szpitala. Miasto dysponuje tam jakimiś zasobami.
Problem polega jednak na tym, że miasto chce eksmitować go na jedno z tych osiedli, gdzie nawet pizzy nie dowożą, tylko nieliczni taksówkarze decydują się na kurs. Dzielnica ma swojego nieformalnego „burmistrza” którym jest najbardziej napakowany bandzior. Gdy kilka dni temu zadzwonił, że znowu listonosz coś przyniósł, natychmiast pobiegłem sprawdzić. Okazało się, że władze miasta nie ustępują. Było to kolejne pismo, tym razem informujące o tym, że sprawa została skierowana do komornika. Nie wiem czy nie zdają sobie sprawy, czy też ktoś ma ochotę na to lokum, ale wiem, że eksmisja grozi mu nawet śmiercią. Zresztą, podczas rozmowy z lekarzem, gdy miał jeden z ataków i stracił przytomność, dowiedziałem się, że to już nie jest kwestia lat. Pamiętam go z początku lat dziewięćdziesiątych. Atrakcyjny towarzysko, każdy zabiegał o jego względy, znał języki, czasami jeździł do Amsterdamu, gdzie miał jakaś pracę. Nigdy nikomu nie odmówił pomocy, pomagał załatwić pracę znajomym, mogli u niego pomieszkać. To był kumpel. Na stałe wrócił do Polski w połowie lat dziewięćdziesiątych, wciąż był atrakcją towarzystwa, dostał pracę w raczkującym Polsacie, nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że wrócił już głęboko uzależniony od heroiny.
Nie zagrzał długo miejsca w tej stacji, dokładnie nie wiem, ponieważ nasze drogi zawodowe tak się rozeszły, że nie miałem pojęcia co się z nim dzieje. Popracował tam chwilę – może rok, może krócej – i wyleciał. A teraz przenosimy się do połowy 2011 roku, po własnych perturbacjach wróciłem na stałe do Puław. Jakież było moje zdziwienie, gdy zapytałem kogoś ze znajomych o Jaha, powiedział mi, ze już nic z niego nie będzie i żebym dał sobie z nim spokój. Dorzucił jeszcze na koniec „szkoda chłopaka”. Jaha już nie ma, ale wciąż żyje człowiek, który nim był.
Gdy go odwiedzam to w chwilach przytomności wspominamy dawne czasy. Też borykam się z bagażem uzależnień, okazało się że jesteśmy pod opieką tego samego lekarza. Mnie udało się wyrwać za szponów nałogu i trzeźwieć, jemu pozostało czekać kresu swoich dni w przerażaniu czekając kiedy przyjdą. Przyjechałem do Warszawy, by od znajomy zajmujących się takimi i podobnymi sprawami dowiedzieć się co jeszcze mogę zrobić. Co zrobić, by zaszczuty człowiek mógł dopełnić żywota w spokoju, żeby urzędnicy pozwolili mu umrzeć we własnym mieszkaniu i własnym łóżku. Potem niech robią co chcą. Zadłużenie nie jest wysokie, kilkanaście tysięcy złotych. Jaho utrzymuje się jedynie z renty, której większą cześć zabiera komornik na poczet zaległych alimentów. Jeśli komornik eksmituje go na wspomniane osiedle, zwane gettem, to znajdzie się wśród ludzi, którzy momentalnie dowiedzą się kiedy dostaje rentę i w jakiej wysokości. W dniu przelewu „życzliwy sąsiad” kopniakiem otworzy drzwi i zażąda kasy, lub karty do bankomatu. Nie da rady się obronić. Liczę, że uda się tę sprawę załatwić zgodnie z prawem, a prawo nie pozwala na eksmisję, jeśli zagraża ona zdrowiu lub życiu osoby eksmitowanej. Ale to jest kapitalizm.
Wszystko zależy od tego kto ma ochotę na to mieszkanie. Jaka jest pozycja w mieście „nowego właściciela” i jak jest zdeterminowany. Pewnie większość pomyśli, nie, to niemożliwe, zapewniam Was, że możliwe. Słyszeliście pewnie o zamieszkach w kopalni Rockefellera, która przeszła do historii jako masakra w Ludlow z 1913 roku.
W skrócie przypomnę. Górnicy rozpoczęli protest, zwykły strajk domagając się podstawowych praw, już nie tylko pracowniczych, ale nawet podstawowych praw człowieka. Nieludzkie warunki pracy, miasteczko robotnicze zbudowane we własnym zakresie, przez samych robotników, na terenach należących do właściciela kopalni. Były to kartonowe budy i prymitywne szałasy. Na nic więcej nie było ich stać.
Nie mając innej możliwości zamieszkali tam wraz z rodzinami w tych „szałasomieszkaniach”. Rockefeller wprowadził również najbardziej chyba złodziejską formę wynagrodzeń. Polegała ona na tym, że płacono ludziom w firmowych bonach, za które mogli kupować jedynie w sklepach należących kopalni. To jeszcze nie wszystko. Płacono im jedynie za ilość wydobytego węgla, za jego wagę, a wszelkie inne prace, takie jak drążenie tuneli, podpieranie, zabezpieczenia, robotnicy wykonywali nieodpłatnie.
Wielu ludzi chcąc wykarmić rodzinę lekceważyło zabezpieczenia. Bo pieniądze – bony zarabiał dopiero za wydobyte kilogramy węgla. Śmiertelność była ogromna. W 1913 roku w kopalniach Colorado co trzeci dzień dochodziło do jakiegoś śmiertelnego wypadku. Nad nastrojami, pracą i porządkiem, czuwali – świetnie uzbrojeni – zwykli bandyci wynajęci specjalnie przez Rockefelera, by zniechęcać do buntu, by nikt spoza kopalni nie mógł odwiedzić znajomego, a i mieszkańcom nie wolno było opuszczać terenu. Tego strzegła ta grupa najemników. Podczas kolejnej obniżki stawki, górnicy powiedzieli – dość. I nie zważając na zagrożenie zorganizowali protest.
Nikt nie zamierzał z nimi negocjować, doszło do strzelaniny. Wezwana na pomoc policja i gwardia narodowa, zamiast pomóc i przynajmniej załagodzić spór, lub stanąć w obronie górników, to na rozkaz gubernatora, dołączyła do prywatnej armii właściciela. Robotnicy wysłali do dowództwa Gwardii Narodowej, pokojowego negocjatora, który został zastrzelony. Oficjalnie w starciach zginęło 20 osób w tym kobiety i dzieci.
Ta liczba nijak się ma do faktycznych ofiar. Świat pewnie nigdy się nie dowie ile tak naprawdę wymordowano wtedy ludzi. Co ma jedno do drugiego? Pozornie nic, lekko ponad sto lat różnicy i zależność władzy od zachcianek wpływowych ludzi. Pieniądze, chęć zysku, od zawsze doprowadzały do wojen, rozruchów i morderstw, chcąc się w to rzetelnie zagłębić, to trzeba uznać, że wszelkie monarchie to nic innego jak kapitalizm tamtej epoki, gdzie szlachta pełniła rolę klasy średniej – (zauważcie że teraz ten gatunek, mam na myśli klasę średnią – coraz bardziej się kurczy.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, w krajach Europy Zachodniej czy też USA wystarczyło mieć pracę, by być już w tym gronie. Jednak po rozpadzie Bloku Wschodniego, a co za tym idzie rozwaleniu Układu Warszawskiego, kapitalizm przestał mieć alternatywę. Stał się bezkonkurencyjnym systemem gospodarczym świata. Podczas zimnowojennej równowagi obecne państwa „kapitalistyczne” robiły wszystko, by życie w nich było bardziej atrakcyjne niż w dawnych demoludach, czyli państwach demokracji ludowej. Wraz z przeciwnikiem zginęła też równowaga.
Kapitalizm nie miał wroga i zaczął pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Skończył się American Drem, okazało się, że łatwiej trafić w totka niż wygrać los w tym mitycznym konkursie pod nazwą: od pucybuta, do milionera. Hamulce puściły i historia zatoczyła koło. Wróciliśmy do średniowiecznych systemów, wyposażeni w umiejętność pisania, czytania i wiele gadżetów, które wciąż kupujemy i tym tak naprawdę wciąż karmimy tego potwora zwanego kapitalizmem.
Od połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy giełdy zorientowały się jak bardzo mogą wpływać na rządy swoich krajów, powoli klasa średnia zaczęła się kurczyć. Bieda dotyka najbogatsze państwa świata, przy czym, ilość produkowanych dóbr, wcale nie zmalała. Zmniejszyła się za to liczba ich beneficjentów, z całych społeczności, do wybrańców. Powyższy felieton jest punktem wyjścia do dalszego ciągu – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – zamierzam napisać już na przyszły piątek. Czyli za tydzień.

Biedni pracujący w raju bankierstwa

Szwajcaria kojarzy się w Polsce z bogactwem i dobrobytem. Podczas pandemii widoczne staje się jednak i to, że ten dobrobyt nie dotyczy wszystkich.

Liczba mieszkańców kraju, którzy starają się o pomoc socjalną i korzystają z paczek żywnościowych, rośnie z każdym dniem. Chodzi przede wszystkim o ubogich pracujących, w pierwszej kolejności – migrantek z Filipin i Ameryki Łacińskiej, którzy pracowali w Szwajcarii w charakterze pomocy domowych i opiekunek do dzieci. Nie wszystkie pracowały legalnie. Kolejną poszkodowaną grupą są niskopłatni pracownicy zatrudnieni na budowach i w sektorze gastronomicznym.
W momencie, gdy ogłoszono ograniczenia związane z pandemią, ludzie ci zostali bez środków utrzymania. W 2015 r. liczbę biednych pracujących w Szwajcarii szacowano na 145 tys. ludzi – w czasie kryzysu liczba ta jeszcze wzrosła.
W Genewie pomoc niosą organizacje humanitarne we współpracy z władzami miasta. W ostatnią sobotę w kolejce po 1683 paczki żywnościowe ustawiło się znacznie więcej chętnych. Dystrybuowano je od 9 rano – ale zdesperowane kobiety czekały już od szóstej, obawiając się, zresztą słusznie, że dla wszystkich nie starczy. Pierre Philippe, dyrektor organizacji dobroczynnej Colis du Coeur dystrybuującej paczki i bony żywnościowe w porozumieniu z miastem, w rozmowie z lokalnym portalem 20min.ch stwierdził, że dopiero pandemia pozwoliła się przekonać, jak wielu jest ubogich pracujących, którzy do tej pory funkcjonowali w kraju niezauważeni. Tylko w sobotę w jego organizacji zarejestrowało się 662 nowych potrzebujących, by uzyskać całotygodniowy bon żywnościowy – 50 franków na osobę i odpowiednio więcej, do kwoty 150 franków, jeśli na jej utrzymaniu jest rodzina.
Dwa tygodnie temu genewskie organizacje dobroczynne przygotowały 650 paczek – zgłosiło się 1200 osób. W ubiegłym tygodniu rozdano 1370. Wczoraj było ich jeszcze więcej i znowu nie wystarczyło. – Ten problem będzie trwał – mówi 20min.ch przedstawicielka jednej z organizacji dobroczynnych. – Ludzie zaczynają znajdować dorywcze prace, ale to zajęcie na zasadzie: kilka godzin tu, kilka godzin tam. Nie wydaje nam się, by liczba potrzebujących przestała rosnąć.

Unia podzielona

Jednym z największych zagrożeń dla przyszłości Unii Europejskiej są olbrzymie podziały między krajami członkowskimi.

Wysoki poziom nierówności regionalnych stanowi zagrożenie dla stabilności UE i przeszkodę dla rozwoju poszczególnych krajów. Trudno też o spójną politykę unijną, skoro skala nierówności w poziomie rozwoju jest tak duża.

Nierówności nie znikają

Kilka dni temu Europejski Urząd Statystyczny przedstawił dane na temat poziomu PKB na mieszkańca w 2018 roku przy uwzględnieniu różnic w cenach. Okazuje się, że różnice wciąż są znaczne i niestety od lat utrzymują się na bardzo wysokim poziomie.

Zgodnie z nowymi danymi Eurostatu średnia dla całej Unii Europejskiej w 2018 roku wynosiła 30200 euro na osobę (już bez Wielkiej Brytanii). Największy poziom PKB w UE był w: Luksemburgu – 263 proc. średniej unijnej, Irlandii – 191 proc., Holandii – 130 proc., Danii – 129 proc., Austrii – 128 proc. i w Niemczech – 123 proc.. Najmniejszy PKB na osobę miały: Bułgaria – 51 proc., Chorwacja – 63 proc., Rumunia – 66 proc., Łotwa i Grecja – po 69 proc. oraz Węgry i Polska – po 71 proc.

Krezusi i biedacy

Najbogatszym regionem UE w 2018 roku był Luksemburg – 263 proc. średniej unijnej, irlandzki Region Południowy – 225 proc., irlandzki Eastern & Midland – 210 proc., region brukselski – 203 proc., Hamburg – 197 proc., Praga – 192 proc.. Najbiedniejszym regionem był francuski Mayotte – zaledwie 30 proc. średniej oraz bułgarskie regiony Północnozachodni – 34 proc., Północno-Centralny – 35 proc. i Południowo-Centralny – 36 proc.

Polska też nierówna

Wśród najbiedniejszych regionów znalazł się też polski makroregion wschodni (obejmujący województwa lubelskie, podkarpackie i podlaskie), którego PKB w 2018 roku stanowił zaledwie 49 proc. średniej. Po przeciwnej stronie znalazł się makroregion województwo mazowieckie – 114 proc., z czego Warszawa – aż 156 proc. średniej. Istnieją więc olbrzymie nierówności nie tylko między państwami, ale nawet w obrębie poszczególnych krajów.

Nierówności podkopują UE?

Jak wskazuje Eurostat, w 2018 roku 57 regionów UE, w których mieszkało 21 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub niższe niż 67 proc. średniej UE. Ich udział w unijnym PKB stanowił tylko 12 proc.. Z drugiej strony 39 regionów UE, w których mieszkało 20 proc. mieszkańców UE, miało PKB na mieszkańca równe lub wyższe niż 128 proc. średniej UE. Ich udział w PKB UE stanowił aż 32 proc.

Powyższe dane pokazują, że Unia wciąż jest bardzo zróżnicowana w poziomie rozwoju. Unii zagrażają nie tylko eurosceptycy i nacjonaliści, ale też nierówności między poszczególnymi regionami. Na ubóstwie całych regionów eurosceptycy zresztą z powodzeniem żerują, przekonując mieszkańców, że gdyby tylko opuścić wspólnotę i znowu mieć własne państwo narodowe (najlepiej bez mniejszości i z ograniczonymi prawami kobiet), to złe czasy odeszłyby do historii. Nic to, że sami eurosceptycy doskonale wiedzą, że sprawa nie jest tak banalnie prosta.

Władze największych krajów UE, w tym Polski (tak! jesteśmy wśród największych, o czym często zapominamy!), powinny pamiętać o tym, że Unii potrzeba pogłębionej integracji, a zarazem polityki opartej na solidarności i zrównoważonym rozwoju całej wspólnoty.

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Żywność coraz droższa, Polacy coraz biedniejsi

Odczuwamy ją wszyscy. Inflacja idzie w górę. W grudniu była najwyższa od 2012 roku. W jej rezultacie w górę poszybowały też praktycznie wszystkie ceny. I to przede wszystkim produktów podstawowych.

Drożeją towary, które niezbędne są wszystkim. Żywność i napoje bezalkoholowe przez rok podrożały o prawie 7 proc. Cena mięsa wzrosła o 12,8 proc., cena warzyw to kolejne 12 proc. podwyżki, a cukru -20 proc. Do góry poszły także ceny ubezpieczeń, biletów lotniczych czy towarów bardziej luksusowych. Bez tych ostatnich da się przeżyć. Bez jedzenia – nie.

Najubożsi cierpią najbardziej

W tej sytuacji najbardziej tracą osoby biedne i cierpiące ubóstwo. Zdaniem ekspertów z Banków Żywności w Polsce ponad 2 mln ludzi żyje dziś w skrajnym ubóstwie i musi walczyć o przetrwanie za kwotę mniejszą niż 600 złotych. Jeśli ktoś zarabia tak mało, to podwyżka cen żywności o 10 proc. w skali roku grozi mu niedożywieniem lub nawet śmiercią. Oodwyżki te są w stanie pochłonąć nawet dodatkowe kilkanaście procent z miesięcznego budżetu osoby niezamożnej – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w praktycznie każdym mieście do góry idą też podstawowe opłaty. Najdrożej żyje się obecnie w miastach o populacji liczącej od 100 do 200 tys. mieszkańców. W takich miastach mało jest dobrych miejsc pracy, relatywnie niskie są zarobki. Warszawskie stawki to marzenie.

Rząd bez wizji

Obecny rząd nie posiada żadnej strategii zmierzającej do wyrównywania różnic w poziomie życia i zarobków: czeka nas przyszłość z coraz biedniejszymi i droższymi do życia mniejszymi miasteczkami oraz miastami i zaledwie kilkoma bogatymi metropoliami, do których do pracy wyjeżdżać będzie coraz więcej ludzi.

Samo zmniejszenie inflacji nie jest oczywiście najważniejsze. Najistotniejsze jest podniesienie poziomu życia i płac, a następnie ich utrzymanie. W systemie kapitalistycznym rosnąca inflacja to rezultat działań przedsiębiorstw, które podnoszą ceny, by przez coraz wyższe płace pracowników nie malały ich zyski. Prawdą jest, że większa podaż pieniądza w postaci wyższych płac czy świadczeń socjalnych może prowadzić do inflacji i następnie ukrytej obniżki płac (przez wzrost kosztów utrzymania). Na tym jednak polega rola odpowiedzialnego państwa, by takiej sytuacji zapobiec: przez państwową politykę, gospodarcze planowanie i kluczowe inwestycje w rozwojowe sektory.

Państwo nie może być bierne

Wszyscy pamiętają obietnice obecnego premiera, który obiecywał wręcz stworzenie nowych okręgów przemysłowych, odtworzenie strategii publicznych inwestycji czy pobudzenie działalności państwa w gospodarce przy wykorzystaniu tzw. Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Tyle, że fundusz umarł krótko po tym, jak neoliberałowie z Forum Obywatelskiego Rozwoju uznali go za atak na prywatną własność.

Bez państwowych inwestycji i odpowiedniego planowania nie da się utrwalić pozytywnych zmian. Płace i świadczenia są coraz niższe, ponieważ tego chce rynek. Nie może być inaczej, dopóki dominują na nim przedsiębiorstwa, których głównym źródłem zysku cały czas pozostaje tania siła robocza. Zamiast strategii narodowego rozwoju mamy specjalną strefę ekonomiczną w całym kraju i jeszcze niższe podatki, w tym prezenty dla obcych firm na zlecenie amerykańskiego wiceprezydenta. Premier stosuje się dokładnie do tych samych neoliberalnych recept, które panowały w czasach PO i wcześniej. Tyle, że PiS próbuje skłonić do siebie niezamożnych wyborców, więc usiłuje zafałszować obraz gospodarki przy pomocy finansowych manipulacji. Ale bez stabilizacji ze strony państwowego planowania, inwestycji i odpowiedniego wspierania innowacyjności, nauki taki system musi się załamać. Liczenie na to, że biedakapitalizm sam z siebie (czy np. po samej zmianie wysokości płacy minimalnej) ewoluuje w kierunku gospodarki opartej na wiedzy to fantazja. Taka zmiana absolutnie nie jest też możliwa przy obecnym budżecie. Skandalicznie niskie są nakłady na naukę – w 2020 roku będzie to zaledwie 1,24 proc. PKB. Dla porównania: na zbrojenia przeznaczamy już ponad 2 proc. PKB.

Jeśli nie państwowe inwestycje, rozwój nauki czy innowacyjności to może z inflacją i biedą zwycięży polska armia?

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Biedniejsi żyją coraz gorzej

Pod rządami PiS zwiększa się zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce. Ludzi bardzo biednych
wciąż przybywa, a ci, którzy byli niezamożni, stają się coraz ubożsi.

Polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie prowadzi do wzrostu obszaru skrajnej biedy w Polsce. Ci co są mniej zamożni, stają się coraz biedniejsi.
Odwrócony został korzystny trend ograniczania zasięgu ubóstwa, panujący za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy zasięg biedy w naszym kraju stopniowo się zmniejszał. Antyspołeczne działania Prawa i Sprawiedliwości szybko zaczęły jednak przynosić złowrogie skutki.

Rząd PiS się wyżywi

W 2017 r. r. w skrajnym ubóstwie żyło około 1,5 miliona Polaków. W 2018 r. już ponad 1,9 miliona. W roku ubiegłym grono skrajnie biednych rodaków wzrosło do ok. 2,4 mln.
To, że w ciągu jednego roku, przy dobrze rozwijającej się gospodarce, liczba ludzi skrajnie biednych wzrosła prawie o pół miliona, jest czymś niewyobrażalnym! Czyli, w ciągu tego jednego roku grono osób nie mogących zaspokoić minimalnych potrzeb życiowych zwiększyło się w Polsce aż o ponad jedną czwartą! I to wszystko stało się podczas normalnego funkcjonowania kraju, bez żadnego nagłego kryzysu.
Nie od dziś wiadomo, jak fatalne skutki dla Polski i Polaków mają rządy Prawa i Sprawiedliwości. Ten olbrzymi wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa jest najbardziej namacalnym przejawem pogardy dla najbiedniejszych. I nic nie wskazuje na to, że prominenci PiS poniosą kiedykolwiek odpowiedzialność za swoje czyny.

Pożywka dla nędzy

Można niestety się obawiać, że zasięg skrajnej biedy w Polsce będzie rosnąć coraz szybciej. Gospodarka rozwija się wolniej, budżet trzeszczy, a ceny mkną w górę – zwłaszcza ceny tych wyrobów, na które ludzie niezamożni przeznaczają największą część swych zasobów. Inflacja, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wynosi już prawie 3,5 proc. W rzeczywistości, ze względu na nie do końca precyzyjną metodykę badania cen, zapewne jest jeszcze większa.
Fatalne dla biednych Polaków informacje przyniósł listopad ubiegłego roku. Niewykluczone jednak, że kolejne miesiące będą jeszcze gorsze. Na razie po prostu jeszcze nie zostały opisane statystycznie.
Jak podaje GUS, wzrost cen żywności w listopadzie 2019 r. w skali roku wyniósł aż 7 proc. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie było o 5,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Różnica wynosi 1,7 punktu procentowego na niekorzyść zarobków, ale to nie wszystko.
Podany wzrost płac ma charakter średni. Jest on ciągnięty do góry przede wszystkim przez szybko rosnące zarobki osób z nomenklatury partyjnej PiS, zajmujące ważne stanowiska w gospodarce. Można przypuszczać, że zarobki ogromnej większości pozostałych pracowników zwiększały się znacznie wolniej. Ale właśnie ci, którzy zarabiają mniej, wydają na żywność największą część swych dochodów. Szybki wzrost cen żywności sprawia więc, że stają się oni coraz biedniejsi.

Jak żyć panie Jarosławie?

Warto zwrócić uwagę, że w listopadzie np. cena cena cukru była wyższa aż o 24,3 proc. niż przed rokiem, warzyw o 16 proc., owoców o 15 proc., wieprzowiny o 16, 1 proc., wędlin o 9,5 proc., mąki o 8 proc., ryżu o 6,9 proc. Tzw. życie staje się więc nieznośnie kosztowne.
Oprócz żywności, w listopadzie odnotowano drastyczny skok opłat za wywóz śmieci (aż o 31,4 proc.). Wywożenie śmieci to także nie jest wydatek, którego najbiedniejsi mogliby uniknąć. Podniesiono też opłaty za usługi kanalizacyjne (o 4,1 proc.) oraz za zaopatrywanie w wodę (o 2,5 proc.). Wkrótce nastąpi, trudno przewidzieć jeszcze jaki, wzrost cen energii. Drożeją papierosy i alkohol (od których to używek uboższa część Polaków niestety nie stroni). Wreszcie, zmiany w VAT które wejdą w życie od 1 kwietnia spowodują generalny wzrost tego podatku – a to właśnie VAT wysysa najwięcej pieniędzy z portfeli niezamożnych Polaków.
Tak więc, co jak co, ale sztukę zabierania pieniędzy biednym, rząd PiS opanował znakomicie.

Księga wyjścia 36

Pomimo wszelkich niedogodności, wciąż chodzę po wioskach i spisuję kominy. Nadal jestem ankieterem. Pewnie gdyby nie moje reporterskie podejście, już dawno bym tego nie wytrzymał, bo zimno – każdego dnia bardziej – a coraz mroźniejszy wiatr, daje się we znaki. Na szczęście mam jeszcze coś takiego jak natrętne poczucie obowiązku, które czasami przeklinam, a czasami chwalę, i jakąś nieludzką potrzebę dotknięcia, zobaczenia co będzie, co zobaczę dalej.

Dni coraz krótsze, ale jednak ciekawość tego co zastanę w kolejnym domu, co wyłoni się za następnym zakrętem jest znacznie silniejsza od wspomnianych niedogodności i wbrew rozsądkowi pcha mnie w głąb leśnych ostępów, wiejskich dróżek i eleganckich chodników, na które aż niezręcznie wchodzić po wyjściu z tych zabłoconych leśnych duktów.

Kartki się rozsypują

Czasami tak się w tym zatracam, że gubię kolegę, wchodząc w ścieżki których nie ma na mapie, co rozwala nam plan ustalonej pracy w kwadratach. Ciekawość to cecha, która pozwala w miarę bezboleśnie przetrwać te wszystkie niedogodności i daje ogromną satysfakcję. Chociaż w tym zbiorze „drobnych” niedogodności jest jeszcze jedna, dla mnie najgorsza – mało komfortowe palenie papierosów. Po pierwsze i tak dłonie mam przemarznięte od ciągłego pisania i zaznaczania ankiet, a widząc oddalone o kilkaset metrów osiedle, mógłbym sobie spokojnie w drodze zajarać. Gdy tylko wsadzę pod pachę teczkę z papierami, to złośliwy, dotychczas spokojny wiatr, akurat wtedy uderza największym impetem. Kartki się rozsypują (na szczęście puste, bo wypełnione chowam wcześniej do torby) a potem wieje tak długo, jak długo usiłuję wykrzesać ogień z zapalniczki. Natura jest złośliwa i nic na to nie poradzę, co najwyżej mogę chodzić z zapałkami. Ale to też nie daje gwarancji skutecznego odpalenia papierosa. A jeśli już, to pozostawi charakterystyczny ślad bąbla po oparzeniu. Gdy już zbliżam się do tych zauważonych wcześniej z oddali domów, złośliwy wiatr nagle cichnie. Czasami przystaję, by zrobić mu na złość i jednak tego szluga zapalić.

Ankietowany obszar

Zaczęliśmy już odczuwać presję czasu. Musimy zrobić ten spis do końca roku. Spis z natury. Problem polega na tym, że rok ma koniec, a w moim przekonaniu i postrzeganiu ankietowany obszar nie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. A im bardziej się tam zgłębiamy tym bardziej się w nim utwierdzam.
W każdym razie znacznie zwiększyliśmy tempo, prywatne sprawy przekładamy na „kiedyś” (tak też zrobiłem z drugim wydaniem książki, trudno, nie będzie w tym roku, i nie wejdzie do konkursu „Brakującej Litery”). Staramy się więc nie myśleć ile jeszcze tego zostało, tylko systematycznie i bez ustanku pracować. Coś, co wydawało się proste, w rzeczywistości balansuje na granicy wytrzymałości. I to z różnych powodów. Moralno – etycznych także. Wspominałem poprzednio o niewielkich chatkach wciśniętych między wypasione wille. Czasami trafiam, na kilka takich pod rząd. Reguła, że kobiety żyją dłużej cały czas się potwierdza. Od ponad czterech tygodni, od kiedy spisuję te kominy, w tych niewielkich chatkach, ani razu nie otworzył mi mężczyzna, zawsze była to leciwa wdowa.

Niewidzialna ręka

Dzisiaj spisywałem chyba najstarszą osobę w mojej krótkiej karierze ankietera. Kobieta miała dziewięćdziesiąt dwa lata i całkiem logicznie odpowiadała. Jeśli czegoś nie wiedziała, np, nie znała mocy pieca, to zaprosiła do środka, bym sam odczytał z tabliczki. Znowu przypomniała mi się popularna w PRLu akcja „Niewidzialna ręka, to także ty”, polegało to na anonimowej pomocy, tak by zainteresowany człowiek nie wiedział, kto mu narąbał drewna, albo przyniósł węgiel z piwnicy. Jedynym znakiem, był odcisk dłoni, który zostawiało się w widocznym miejscu. Ci ludzie raczej już na to liczyć nie mogą.
Naprawdę w wiele miejsc chętnie bym wrócił, by właśnie narąbać drewna i jakoś pomóc. Zaskakująca jest również ufność tych starszych kobiet. Jest tak nieprawdopodobna, że w naszym pojęciu graniczy z naiwnością. Zauważyli to również, i perfidnie wykorzystali, ci wszyscy okradający na „wnuczka”. Dziwimy się naiwności, ja jednak powoli przestaję. Gdy poznaję tych ludzi to zaczynam rozumieć, że po prostu tak zostali wychowani. W ufności i otwartości. Jest też więcej osób, takich jak ów mężczyzna, o którym pisałem ostatnio, który ogrzewa jedynie 25 mkw, bo wypadek wykluczył go ze zbioru nazywanego „klasą średnią” i pomimo tego, że ma piękny stuczterdziestometrowy, prawie nowy dom, gmina finansuje mu ciepło jedynie w dwóch niewielkich pomieszczeniach. Okazuje się, że nie jest to odosobniony przypadek. Dzisiaj trafiłem na dwie takie kobiety.

Ulice graniczne

Domy z nowoczesną architekturą, ponad sto pięćdziesiąt metrów, a ogrzewają jedynie około pięćdziesięciu. Też dzięki pomocy gminnego ośrodka. Nawet jakaś komisja przyjechała, opowiadała jedna z nich. Ale o klasie średniej, która gwałtownie wyhamowała pisałem poprzednio. Mogę jedynie dodać, że doskonale rozumiem tych ludzi. Faktycznie można taką degradację materialno-finansową porównać do bardzo gwałtownego hamowania z rozpędu na betonowej ścianie. Hamowania z takim przeciążeniem, że nie każdy wychodzi z tego żywy. Gdy wczorajszy „milioner”, dzisiaj nie ma już na bułkę.
Wróćmy jednak do bieżących obserwacji. Bo przecież kolejny tydzień pracy, to kolejne zauważenia. Ostatnio często trafiam na ulice graniczne. Lewa ich część jest inną miejscowością, a prawa inną. Zwykle tu widać kontrasty, można spekulować, że to w wyniku odrolnienia działek, ale nie to jest w tym istotne. Istotne jest to, że bogaci żyją za darmo. Tak można określić w skrócie ostatnie, dzisiejsze zauważenia.

Fotovoltaika dla trojga

Na pytanie czym ogrzewają mówią o fotovoltaice, panelach i pompie ziemnej, gdy pytam o cenę rozkładają ręce i mówią, że jakieś grosze za prąd od silniczka, który tę pompę napędza. Zapytani o metraż, odpowiadają od niechcenia o wielkości od trzystu do pięciuset metrów. Ilość mieszkańców, zwykle nie więcej jak troje. Choć dominantą jest dwójka.
Po drugiej stronie ulicy, kobieta silnym szarpnięciem otwiera zacinającą się furtkę – nie ma videofonu – na pytanie czym ogrzewa, mówi że gazem i drewnem. Drewna idzie jej z pięć metrów sześciennych, a za gaz rocznie płaci około czterech, pięciu tysięcy. Powierzchnia domu niecałe sto metrów, a mieszka osiem osób. Gdy pytam, czy planują jakieś zmiany, na fotovoltaikę, pompę czy panele, to rozkłada ręce: „nie, nie stać nas”, staram się tłumaczyć, że po to właśnie robimy te ankiety, by wójt mógł napisać odpowiedni wniosek o dofinansowanie, ale i tak wiem, że nawet przy dofinansowaniu, nie będzie ich na to stać.
Wniosek, bogaci żyją w ciepłym, ogromnym domu za darmo, podczas gdy sąsiedzi wydają na to znaczną część swoich zarobków. Oczywiście, można założyć, że ci zamożniejsi wcześniej musieli zainwestować w tę darmową energię. Znając jednak życie i przepisy, są tam też ludzie, którzy do perfekcji opanowali różnego rodzaju programy i nie robiąc dosłownie nic żyją na niewyobrażalnie wysokim poziomie. Pora kończyć dzisiejszą relację. I tak wyrwałem część nocy by ją napisać. Ale co by jednak nie mówić, mimo wymienianych wad, cholernie polubiłem tę pracę.
Do przeczytania za tydzień.