Delirium Jaira Bolsonaro

Jeżeli Donald Trump jest parodią atlantyckiego męża stanu, to Jair Bolsonaro jest parodią drugiego stopnia: parodią parodii, parodią Donalda Trumpa. Republikanin Trump, przy okazji koronawirusowych restrykcji, podburzał swoich zwolenników przeciwko władzom stanów rządzonych przez Demokratów, gdzie takie restrykcje zaprowadzono. Bolsonaro na demonstracji 19 kwietnia wyrażał tęsknotę za wojskowym zamachem stanu – przeciwko własnemu rządowi. Czyżby Bolsonaro wzywał wojsko, by obaliło jego samego? Na szczytach brazylijskiej polityki groza miesza się z farsą.

Wraz ze zgromadzonymi, Bolsonaro wyrażał swoją tęsknotę za nowym AI-5, czyli Aktem Instytucjonalnym nr 5, piątym, najbardziej brzemiennym w skutki z siedmiu dekretów ogłoszonych przez wojskową dyktaturę po zamachu stanu w 1964. AI-5 został ogłoszony w 1968, skonsolidował i spotęgował brutalną naturę reżimu. Wtedy dopiero zaczęły się największe pogwałcenia praw człowieka.
Jak przy wielu innych okazjach, Bolsonaro, otoczony przez tłum gęsto ściśniętych „bolsominions” (zgryźliwy zbiorowy przydomek fanatyków prezydenta), ignorujących epidemiczne zalecenia fizycznego dystansu, kaszlał prosto na nich, wszędzie wokół, nie zasłaniając się nawet dłonią, nie mówiąc o łokciu. Nie tak dawno jednemu z synów Bolsonaro wymsknęło się do mediów (amerykańskich), że jego ojciec przebadał się na obecność koronawirusa i wynik był pozytywny. Pałac prezydencki w Brasilii zaraz ogłosił, że Bolsonaro poddał się drugiemu badaniu i tym razem wynik był definitywnie negatywny. Pałac odmówił jednak publikacji tego wyniku, a prośby lekarzy, by poddał się dobrowolnej kwarantannie, Bolsonaro ignoruje. Gdy piszę te słowa, centroprawicowy, wydawany w São Paulo dziennik „Estadão” usiłuje wyniki tego testu uzyskać drogą sądową.
Wszyscy wrogowie prezydenta
Czy Jair Bolsonaro, prezydent piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa w Ameryce Południowej, traci po prostu resztki zmysłów? Niektórzy Brazylijczycy spekulują, że gra już tylko o to, by uratować reszki swojego wizerunku – że gdyby go odsunięto od władzy, to będzie mógł utrzymywać, że to nie była niekompetencja tylko „nie dali mu rządzić”. Ale możliwe, że takie interpretacje to próby przypisania sensu jego coraz bardziej niezrozumiałemu zachowaniu.
Jeżeli Bolsonaro panikuje i miota się jak kurczak bez głowy, to być może dlatego, że jest coraz bardziej osamotniony. Na początku kwietnia zasłużony argentyński dziennikarz Horacio Verbitsky ujawnił w argentyńskim radio El Destape, że najwyższe kręgi władzy w Buenos Aires otrzymały już po cichu komunikaty z Brasilii, że Bolsonaro nie ma już żadnej realnej władzy, że prawdziwe decyzje podejmuje „pełniący faktyczne obowiązki prezydenta” generał Walter Braga Netto i to z nim należy wszystkie sprawy międzynarodowe konsultować. W Brasilii nikt jednak nie powiedział tego na głos, bo brazylijska konstytucja nie przewiduje przecież niczego takiego jak „pełniący obowiązki prezydenta” generał.
Wybitny brazylijski politolog Emir Sader, autor znanej i w Polsce książki „Kret rewolucji”, zwrócił uwagę – również w mediach argentyńskich, na łamach pisma „Pagina 12” – na znaczenie gwałtownego zwrotu wszystkich dominujących mediów przeciwko Bolsonaro. W Brazylii nie ma mediów publicznych w europejskim znaczeniu tego słowa. Wielkie media w Brazylii zawsze były i nadal są prywatne, oligarchiczne.W obliczu kryzysu koronawirusowego wszystkie one, jednogłośnie i w bezlitosny sposób krytykują prezydenta Bolsonaro. Sader utrzymuje, że taki obrót spraw w brazylijskiej polityce zwiastuje rychły upadek władzy, może nawet jakiś zamach stanu. Podobne antyrządowe unisono oligarchicznych środków masowego przekazu zwiastowało w ciągu minionego stulecia tylko kilka wydarzeń – od samobójstwa prezydenta Getúlio Vargasa w 1954, po impeachment presidenty Dilmy Rousseff w 2016. To ostatnie wydarzenie paradoksalnie było częścią pełzającego zamachu stanu, który ostatecznie przecież doprowadził Bolsonaro do władzy.
Koronawirus w Brazylii
Bolsonaro jest największym współczesnym „denialistą koronawirusowym”. Jego administracja nie prowadzi na poziomie federalnym żadnej spójnej polityki stawiania czoła zagrożeniu. Brazylia jest już w liczbach bezwzględnych najbardziej dotkniętym koronawirusem SARS-CoV-2 państwem Ameryki Łacińskiej, do tego jednym z krajów, w których koronawirus rozprzestrzenia się najszybciej na świecie. Kraj przekroczył już próg siedmiu tysięcy ofiar śmiertelnych, dawno prześcigając Chiny. Pomimo to nie ma nawet żadnych ograniczeń ruchu międzynarodowego czy badania lub monitorowania osób podróżujących z najbardziej zainfekowanych miejsc, co wywołuje przerażenie w innych państwach kontynentu – Brazylia graniczy prawie ze wszystkimi. Bolsonaro mówi o wirusie, że to „tylko mała grypka” (só um gripezinha), a kiedy dziennikarze zwracają mu uwagę, ilu ludzi już umiera, odpowiada: „I co z tego?”
Najpopularniejszy polityk XXI wieku, były prezydent Lula da Silva, ostrzegał, że ta nonszalancja grozi katastrofą. Miażdżąca większość ponad dwustumilionowej populacji Brazylii żyje w miastach, i to miastach często bardzo dużych, gęsto zaludnionych. Siedemnaście miast Brazylii ma ponad milion mieszkańców. Dwie największe aglomeracje kraju (São Paulo i Rio de Janeiro) mają łącznie 34 miliony mieszkańców, więcej niż średni kraj w Europie. 11 milionów Brazylijczyków mieszka w bardzo przeludnionych lokalach – cztery lub więcej osób na jedno pomieszczenie. Ponad 30 milionów nie ma w domu bieżącej wody. Jak w takich warunkach utrzymywać dystans i podwyższone standardy higieny? Neoliberalne deformy Jaira Bolsonaro i jego poprzednika, Michela Temera (bezwarunkowe zamrożenie wydatków publicznych i skasowanie programu Mais Medicos, Więcej Lekarzy) całkowicie cofnęły postęp w zakresie ochrony zdrowia dokonany na przestrzeni czterech administracji Partii Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT), Luli i Dilmy Rousseff. W takich warunkach katastrofa jest tylko kwestią czasu.
Bolsonaro nie tylko nie prowadzi żadnej aktywnej polityki walki z epidemią, ale w połowie kwietnia zdymisjonował ministra zdrowia Luiza Henrique Mandettę, który opowiadał się za zaprowadzeniem w Brazylii środków rekomendowanych przez Światową Organizację Zdrowia. Mandetta zbyt często podważał słowa prezydenta i rósł powoli na polityczną gwiazdę tej administracji, odbierając punkty prezydentowi.
Bolsonaro niestrudzenie podważa i sabotuje działania podejmowane przez gubernatorów poszczególnych stanów i burmistrzów miast, którzy w kwestii epidemii wkroczyli z administracją federalną na ścieżkę nieposłuszeństwa. Nie tylko w stanach i miastach rządzonych przez opozycję, choć dziewięć stanów tradycyjnie lewicowego regionu Nordeste (Północny Wschód, część Brazylii, w której Bolsonaro uzyskał w 2018 mniej głosów niż kandydat PT Fernando Haddad) zawiązało największy nieformalny sojusz w tej sprawie. Jeden z tych stanów, najbiedniejsze w kraju Maranhão, rządzone przez komunistycznego gubernatora, niczym w stanie wojny, szmuglowało respiratory z Chin w tajnej operacji z pośrednictwem Etiopii, żeby uniknąć zarówno obstrukcji ze strony administracji Bolsonaro, jak i przechwycenia przez Amerykanów, którzy na przestrzeni ostatnich tygodni zabezpieczali sobie dostawy krytycznego także za pomocą aktów międzynarodowego piractwa.
Sędzia Moro
O tym, że dni Bolsonaro mogą być policzone, świadczy choćby to, że odwrócił się od niego Sérgio Moro, cyniczny, amoralny sędzia z Kurytyby, który zdobył sławę jako głowa „antykorupcyjnej” operacji Lava Jato, która doprowadziła do odsunięcia Dilmy Rousseff od władzy. W dalszej części afery, tuż przed wyborami 2018 roku Moro uniemożliwił Luli kandydowanie w wyborach, wsadzając go do więzienia pod dość sfingowanymi zarzutami. Bez tego Bolsonaro nigdy nie wygrałby wyborów, za co odwdzięczył się potem sędziemu Moro teką ministra sprawiedliwości. Moro był prawdziwym gwiazdorem administracji Bolsonaro, udzielając jej kapitału symbolicznego, jaki zgromadził kreując się na „pogromcę korupcji”, a jako ten, który zniszczył Lulę i Rousseff, pomagał konsolidować elektorat „antipetista” (od anty-PT).
Jednak 24 kwietnia Moro podał się do dymisji, jako powód przedstawiając mieszanie się Bolsonaro w funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, a bardziej konkretnie – niespodziewane odwołanie przez prezydenta, bez przedstawienia przyczyn, dyrektora policji federalnej Maurício Valeixo. Wygląda na to, że Bolsonaro ingerował w śledztwa w sprawach, w które zamieszani są jego synowie, a być może i on sam. Od kampanii rozpowszechniania fałszywych wiadomości wymierzonej w sędziów sądu najwyższego po kontakty z brutalnymi organizacjami przestępczymi Rio de Janeiro – w tym w powiązaniu z morderstwem lewicowej działaczki z faveli, czarnej lesbijki Marielle Franco.
Kolejny brazylijski impeachment?
Wkrótce potem prokurator generalny Augusto Aras, na podstawie skarg Moro, wniósł do Sądu Najwyższego o otwarcie dochodzenia w sprawie możliwych przestępstw popełnionych przez urzędującego prezydenta, otwierając drogę do jego potencjalnego impeachmentu. Sędzia Celso de Mello zatwierdził dochodzenie. Atmosfery szekspirowskiej tragedii lub ponurej baśni o upadającym złym władcy dopełnia inwazja szczurów na jego rezydencję w Brasilii. Podobno niemal biegają między nogami kierujących się do Pałacu Planalto dziennikarzy.
Gdyby rzeczywiście doszło do impeachmentu, czas ma ogromne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków, bo brazylijska konstytucja przewiduje inny scenariusz przed a inny po upływie połowy czteroletniej prezydenckiej kadencji. W pierwszym przypadku – przedterminowe wybory, w drugim – przejęcie urzędu do końca kadencji przez wiceprezydenta. Obecnie jest nim generał Hamilton Mourão.
Jak to się stało, że akurat pandemia i towarzyszące jej wstrząsy zachwiały pozycją najdziwniejszego prezydenta w brazylijskiej historii? Rządząca krajem oligarchia nie ma wszak we krwi szczególnej troski o dobrostan najbiedniejszych (i najbardziej narażonych na skutki epidemii) sektorów brazylijskiego społeczeństwa. Nie tak znowu dawno zdarzało jej się nawet wspierać szwadrony śmierci odstrzeliwujące po nocach bezdomne dzieci. Mogłaby się przecież pozamykać w swoich rezydencjach i kondominiach – i czekać.
Koronawirusowy kryzys polityczny
Być może jednak boi się społecznych reperkusji i gniewu ludu, jeśli wszystko wymknie się zupełnie spod kontroli. Może ma tu też znaczenie geografia ekspansji koronawirusa w Brazylii. Zapewne największe żniwo zbierze on wkrótce w favelach wielkich miast, ale przywlekli go z Europy zamożni Brazylijczycy bujający się na wakacje lub w interesach do Europy. Do niedawna epicentrami Covid-19 były nie najbiedniejsze, a najdroższe dzielnice dwóch „nieoficjalnych stolic kraju” – finansowej (São Paulo) i kulturalnej (Rio de Janeiro).
Ale może też być tak, że chaos koronawirusowy jest tylko symptomem problemu, jaki oligarchia miała z Bolsonaro od samego początku. Został wywindowany do władzy, żeby zabezpieczyć jej interesy (zniszczyć lewicę, odczynić wykonany przez nią przez kilkanaście lat postęp społeczny, wyprzedać za bezcen państwowe aktywa i dostęp do surowców), w nadziei, że otoczony „właściwymi” ludźmi będzie dał sobą kierować. Oligarchowie postawili na niego nie dlatego, że mieli do niego zaufanie, ale dlatego, że nie mieli nikogo innego, przy użyciu kogo mogliby zniszczyć PT i pozbawić ją władzy, zachowując jednocześnie ceremoniał „liberalnej demokracji”. Ignorowali fakt, jak bardzo Bolsonaro jest nieprzewidywalny i niesubordynowany, w końcu to dlatego jego kariera w wojsku tak szybko się urwała. Koronawirusowy kryzys polityczny i ekonomiczny postawił na ostrzu noża wszystko, co czyniło tę prezydenturę tak ryzykownym projektem politycznym – ryzykownym nawet dla oligarchicznych beneficjentów jego rządów.
Sytuacja różni się jednak bardzo od tej sprzed impeachmentu Dilmy Rousseff, nawet jeśli powierzchownie przypomina ją sojusz wszystkich wielkich mediów przeciwko prezydentowi. Żeby zrozumieć, jak bardzo jest paradoksalna i przez to trudna do przewidzenia, trzeba mieć jasny obraz roli, jaką wojsko odgrywa w brazylijskiej strukturze władzy. Tutaj znowu możemy udać się po konceptualną pomoc do Emira Sadera.
Kryzys inny niż wszystkie?
Wojsko jest swego rodzaju rezerwą siły, po której nagą przemoc oligarchia sięga, gdy jej klasowa władza zaczyna się chwiać w ramach rytuałów politycznych formalnej republiki – pod ciężarem czy to kryzysu ekonomicznego, czy to lewicowych ruchów społecznych. Między wojskiem a oligarchią nie ma napięcia, opozycji. Wojsko jest konserwatywną instytucją w głębokim sojuszu z oligarchią, jest jej zbrojnym ramieniem. Jeżeli władzę faktycznie przejmują już generałowie, to robią to w konsultacji z oligarchami, a wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, bo generałowie wolą korzystać z tego, jak wielu Brazylijczyków nie chce wierzyć, że wojsko mogłoby znowu zrobić „coś takiego”. Jednym z wielkich propagandowych sukcesów armii po demokratyzacji Brazylii w 1985 jest zachowanie przez nią wizerunku poważnej, rozsądnej instytucji, która „nie chce się mieszać”, choć wiele wskazuje, że przetrzymanie Luli w więzieniu przez czas wyborów w 2018 było możliwe między innymi za sprawą wojskowych nacisków na Sąd Najwyższy. To prawdopodobnie Bolsonaro miał na myśli, gdy przyjmując urząd dziękował generałom, i za to im się odwdzięczył, przyjmując do swojej administracji aż dziewięciu wojskowych.
Jak dotąd, wspólnota interesów charakteryzowała jednak nie tylko oligarchię i wojsko; ich nieświęte przymierze działało nie w duecie, a w tercecie – w długofalowym sojuszu z Imperium Amerykańskim. Zamach stanu w 1964 i jego dopełnienie w 1968, dwie dekady dyktatury, impeachment Dilmy Rousseff, operacja Lava Jato, wywindowanie Bolsonaro do władzy – wszystko to działo się przy nieraz bardzo aktywnym wsparciu Waszyngtonu (CIA oraz Departamentów Stanu i Sprawiedliwości). Tuż po zamachu stanu jeden z prawicowych polityków, Juracy Magalhães, wyłożył tę doktrynę wprost: „Co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”.
Sytuacja tym różniłaby się dzisiaj od tej przed rokiem 1964 albo przed impeachmentem Rousseff, że rząd obecnie u władzy nie tylko niczego nie chce oligarchom odebrać czy ograniczyć, ale jest jej własnym dziełem, już jest skrajnie prawicowy, już jest produktem de facto pełzającego zamachu stanu, który zniszczył lewicę. Gdyby oligarchowie chcieli zastąpić Bolsonaro kimś „jeszcze bardziej swoim”, to nie bardzo mają kim. Nawet dyktator potrzebuje choć trochę zwolenników. Notowania Bolsonaro spadają, ale wciąż jego poparcie wynosi ponad 30 proc. – w warunkach delegitymizacji całej sceny politycznej, oligarchia ani żadna formacja prawicowa nie mają nikogo innego z porównywalnym poparciem.
Pojawia się jeszcze jedna, zupełnie wyjątkowa historycznie okoliczność: po raz pierwszy istnieje wyraźny rozdźwięk między tym, jak swoje interesy postrzega brazylijska oligarchia, a tym, jak je widzą Stany Zjednoczone. Jeżeli bowiem oligarchowie chcieliby już w pałacu Planalto kogoś bardziej przewidywalnego, to Bolsonaro cieszy się szczególną sympatią Białego Domu. Dla Donalda Trumpa samo istnienie takiego polityka, jego tropikalnego bliźniaka politycznego, jest jak pochlebstwo, wielki prezent dla jego nigdy dość dopieszczonego ego. Bolsonaro złożył Amerykanom osobiste wyrazy bezkrytycznego podporządkowania, wykraczające poza standardy brazylijskiej prawicy: złożył wizytę w siedzibie CIA, przeniósł za Trumpem ambasadę w Izraelu do Jerozolimy, otworzył Amazonię na grabież przez amerykański kapitał, a Boeingowi oddał brazylijskiego konkurenta, Embraer. Waszyngton nie mógłby marzyć o prezydencie bardziej proamerykańskim niż Bolsonaro.
Chyba, że na następcę Bolsonaro wypromowany miałby zostać np. Sérgio Moro, który od początku operacji Lava Jato, która zniszczyła PT, współpracował z Amerykanami…

Bolsonaro całkiem jak Kaczyński

Liczba zakażonych koronawirusem w Brazylii przekroczyła 100 tys. osób, ale dla ultraprawicowego prezydenta Jaira Bolsonaro głównym problemem jest utrzymanie władzy. W niedzielę Bolsonaro wystąpił na ulicznym wiecu, podczas którego atakowano Kongres i sądy, głośno chwaląc brazylijską dyktaturę z lat 1964-1985.

O tym, że ówcześnie rządzący Brazylią generałowie – wspierani przez Waszyngton konserwatyści i wolnorynkowcy – to jego idole, Bolsonaro mówił bez ogródek już podczas kampanii wyborczej. W niedzielę na przemian z entuzjazmem słuchał przemówień, w których z zachwytem wspominano dyktaturę i wzywano do jej ponownego wprowadzenia, i przekonywał, że on i wojsko stoją po stronie „porządku, demokracji, wolności”. Na żywo słuchało go kilkaset osób. Ci przedstawiciele brazylijskiej klasy średniej, którzy chętnie głosują na skrajną prawicę, a w czasie pandemii zostali w domu, mogli śledzić wydarzenie na Facebooku.
Wsparcie części wojska, w którym nostalgia za dyktaturą ma się dobrze, to obecnie główny atut Bolsonaro w zakulisowej walce o utrzymanie się na urzędzie. Wyrzucenie z urzędu ministra zdrowia, który w odróżnieniu od prezydenta traktował Covid-19 jako prawdziwe zagrożenie, mogło jeszcze pozostać bez politycznych konsekwencji, ale już dymisja ministra sprawiedliwości Sergio Moro jest sprawą poważną. Moro jako sędzia nadzorował głośną operację antykorupcyjną Lava Jato, która doprowadziła do skazania byłego lewicowego prezydenta Brazylii, Luli, na więzienie, na podstawie zmanipulowanych dowodów. W ubiegłym tygodniu Moro odszedł ze stanowiska ministerialnego, które dostał niejako w nagrodę za tamtą sprawę, zarzucając Bolsonaro, że wyrzucił ze stanowiska szefa policji federalnej, by oddać je swojemu bliskiemu człowiekowi, a do tego blokował śledztwa korupcyjne, w których podejrzani byli prezydenccy synowie. Równocześnie brazylijski Sąd Najwyższy zablokował kandydata, którego Bolsonaro zgłosił na stanowisko jego przewodniczącego.
Rozgrywka w kręgu brazylijskiej neoliberalnej i antydemokratycznej prawicy, która niegdyś zgodziła się uznać Bolsonaro za swoją twarz, byle powstrzymać lewicę, ma miejsce w momencie, gdy najubożsi mieszkańcy kraju znaleźli się w stanie dodatkowego zagrożenia. Zgony z powodu braku dostępu do opieki lekarskiej i tak były codziennością w brazylijskich fawelach; koronawirus zabił jak na razie blisko 7 tys. obywatelek i obywateli kraju. Liczba przypadków zachorowań przekroczyła w poniedziałek 100 tys. W niedzielę grupa brazylijskich intelektualistów zaapelowała do Bolsonaro, by zainteresował się sytuacją zdrowotną ludów rdzennych, dla których opieka medyczna w ogóle jest często nieosiągalna. Odpowiedzi nie było.

Strajki medyków w Brazylii

Pracownicy brazylijskiej służby zdrowia przeprowadzili strajki i protesty w kilku brazylijskich miastach, ponieważ nie zostali wyposażeni w środki ochrony osobistej. Z tego powodu coraz więcej lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych w Brazylii zaraża się i umiera na COVID-19.

16 kwietnia liczba oficjalnie potwierdzonych przypadków koronawirusa w Brazylii osiągnęła 30 425, a liczba ofiar śmiertelnych 1924. Jednak, zdaniem brazylijskiego Centrum Wywiadu i Operacji Zdrowotnych, w rzeczywistości liczba zakażonych jest 12 razy większa i sięga 350 tys. osób. Rozbieżność pomiędzy oficjalnymi danymi a stanem faktycznym wynika z małej liczby przeprowadzanych testów i braku informacji. Ekstremistyczny rząd faszystowskiego prezydenta Jaira Bolsonaro bagatelizuje skutki pandemii, starając się realizować jedynie interesy wielkiego kapitału. Wiele zgonów z powodu COVID-19 nie zostało zarejestrowanych.
Ten scenariusz prowadzi do upadku brazylijskiego systemu opieki zdrowotnej, pozbawionego wsparcia ze strony skrajnie prawicowego rządu. Pracownicy służby zdrowia nie mają podstawowych środków ochrony, takich jak maseczki, kombinezony czy żele odkażające. W efekcie rośnie ich strach i rozgoryczenie. Protesty medyków wybuchają w coraz większej liczbie szpitali i przychodni lekarskich w różnych częściach Brazylii.
Pracownicy szpitala miejskiego Djalma Marques w Sao Luis, stolicy Maranhao – regionu położonego w północno-wschodniej części kraju, zagrozili w poniedziałek strajkiem po tym, jak z powodu braku podstawowych środków ochrony zaraziło się i zmarło na COVID-19 dwóch pracowników szpitala.
Równie zła sytuacja jest w położonym na południe od Maranhao regionie Minas Gerais, w którym wiele pielęgniarek, techników, fizjoterapeutów, psychologów i pracowników administracyjnych szpitali odmówiło wykonywania swoich obowiązków. Personel protestuje nie tylko w związku z brakiem środków ochrony, ale również z powodu przyznania przez rząd premii pieniężnych tylko lekarzom, z wyłączeniem pielęgniarek i innego personelu.
„[Pozbawienie nas premii pieniężnych – przyp. red.] było bardzo frustrujące (…) i absurdalne, ponieważ [tak jak lekarze] pracujemy w nieludzki sposób, bez sprzętu” – powiedział jeden z pracowników stacji telewizyjnej Record.
W środę wieczorem (15 kwietnia) odbył się protest pracowników służby zdrowia w Belém do Pará w północnej Brazylii. Pielęgniarki Mário Pinotti z izby przyjęć odeszły z pracy i zablokowały aleję przed szpitalem, protestując przeciwko warunkom, na jakie narażone są one i ich pacjenci.
W wywiadzie dla Rede Liberal, pielęgniarka Socorro Brito oświadczyła: „To najgorszy kryzys, jaki przeżyliśmy. (…) Pacjenci [zarażeni COVID-19] wchodzą tymi samymi drzwiami, co inni pacjenci, w tym dzieci. To niedorzeczne”.
Nauza Araújo, inna pielęgniarka powiedziała: „Pracujemy bez masek i bez kombinezonów. (…) Za kilka dni nie będzie miał się kto zajmować pacjentami. Walczymy tylko o godne warunki w miejscu naszej pracy.”
W czwartek (16 kwietnia) protestowali pracownicy placówki zdrowotnej w Belém. Swój protest udokumentowali na Twitterze. „Chcemy, aby nas wysłuchano i zagwarantowano nam niezbędne warunki pracy. To wszystko, czego potrzebujemy, aby zaspokoić potrzeby populacji, która nas potrzebuje” – taki apel w imieniu zespołu wystosowała jedna tamtejszych pielęgniarek.
Burmistrz Belém Zenaldo Coutinho z brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB) broni się twierdząc, że brak środków ochrony osobistej w szpitalach jest spowodowany brakiem produktów na rynku światowym. Jego zdaniem profesjonaliści mają zagwarantowany niezbędny sprzęt co najmniej do przyszłego tygodnia.
Z burmistrzem Coutinho polemizuje anonimowy lekarz, który na łamach G1 informuje, że jeszcze przed wybuchem pandemii koronawirusa brazylijscy medycy nie mieli odpowiedniego sprzętu. „Miesiąc temu, kiedy zaczęły pojawiać się przypadki w Belém, my, lekarze, zaczęliśmy domagać się minimalnych warunków pracy: wody, mydła, ręczników papierowych i środków ochrony osobistej.”
„Pracuję w szpitalu w Belém od dwóch lat. Nigdy nie widziałem czegoś takiego, co się dzieje teraz. Sytuacja pacjentów jest dramatyczna. Brakuje łóżek i respiratorów. To wygląda jak scena w filmie wojennym. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu ludzi potrzebujących intubacji. Niestety system publiczny w Belém już się zawalił” – dodaje lekarz.
Ultraprawicowy prezydent Brazylii Jairo Bolsonaro ma inne zmartwienia na głowie. Dąży do jak najszybszego zniesienia wszelkich ograniczeń dla przedsiębiorstw, bez względu na koszty ludzkie. Z polityką brazylijskiego prezydenta nie zgadzają się nawet jego właśni ministrowie i generałowie, którzy próbują go okiełznać w jego poczynaniach.

Lula i Dilma Rousseff oczyszczeni

Dwa lata temu prokurator krajowy Rodrigo Janot złożył akt oskarżenia przeciwko ikonom Partii Pracujących (PT). Oskarżył byłych prezydentów Luiza Inacio Lulę da Silvę i Dilmę Rousseff oraz innych liderów partii o prowadzenie działalności przestępczej polegającej na transferowaniu środków państwowej spółki naftowej Petrobras do kasy ugrupowania.

Teraz sędzia Marcus Vinicius Reis Bastos uznał, iż akt oskarżenia nie może się utrzymać ze względu na „brak dowodów” i surowo skrytykował intencje oraz sposób działania oskarżycieli „Jest to próba kryminalizacji działalności politycznej” – wskazał.
„Oskarżenie przyjęło pewne podejrzenie, podejrzenie powstania organizacji przestępczej, która działała do końca rządów byłej prezydent Dilmy Rousseff, przedstawiając je jako„ zbiór faktów ”, nie podejmując się nawet wskazania istotnych elementów które charakteryzują przestępstwo” – powiedział sędzia uzasadniając decyzję.
Uniewinnienie nie jest jednak końcem kłopotów Luli. Były prezydent został w ubiegłym tygodniu skazany na 17 lat więzienia za łapówkę, którą miał być remont w innej posiadłości w Atibaia – przeprowadzony przez koncerny Odebrechta i OAS – choć Lula nie był jej właścicielem, tylko pomieszkiwał tam od czasu do czasu.

Lula wyszedł na wolność i atakuje

Luiz Inacio Lula da Silva, wielka postać brazylijskiej i światowej lewicy, wyszedł wczoraj późnym wieczorem z więzienia, w dzień po decyzji Sądu Najwyższego, według której przetrzymywanie w więzieniach ludzi, którzy nie wyczerpali przewidzianych przez prawo odwołań, jest niekonstytucyjne. Lula z miejsca zaatakował skrajnie prawicowy rząd prezydenta Jaira Bolsonaro.

74-letni Lula wyszedł z więzienia pieszo, ze swą narzeczoną u boku (jest wdowcem) – socjolożką Rosangelą da Silva, by gorąco ściskać witających i pozdrawiać tłum podniesioną pięścią. Oklaskiwały go tysiące ludzi, niektórzy we łzach, przed siedzibą policji federalnej w Kurytybie, gdzie b. prezydent siedział od ponad półtora roku, po farsowym procesie, który wyeliminował go z kandydowania w zeszłorocznych wyborach prezydenckich.
„Pragnę kontynuować walkę na rzecz poprawy bytu narodu brazylijskiego!” – zaczął swe przemówienie i przeszedł do ataku: „Lud jest coraz bardziej głodny, bezrobotny, albo pracuje dla Ubera, żeby dostarczać pizzę. (…) Przynieśliście demokrację, której potrzeba, by oprzeć się kanaliom ze zgniłej strony naszego państwa, wymiaru sprawiedliwości, który zrobił wszystko, żeby skryminalizować lewicę” – mówił, a tłum skandował „Kochamy cię Lula!”.
Były prezydent (w latach 2003-2010), który wyciągnął z biedy około 30 milionów ludzi, były robotnik-metalurg, pojedzie dziś do siedziby związków zawodowych w Sao Bernardo do Campo pod Sao Paulo. Chce podziękować robotnikom, którzy bronili go, gdy policja chciała go aresztować. Wtedy sam poddał się nielegalnym działaniom wymiaru sprawiedliwości. Obecny prezydent Bolsonaro, „tropikalny Trump”, który nie przestaje używać Twittera, niespodziewanie przemilczał uwolnienie Luli. Tylko jego syn Eduardo, zwolennik wprowadzenia dyktatury wojskowej, napisał, że oto „uwalnia się bandytów”…
Nadchodzą tymczasem pozdrowienia dla Luli z wielu krajów, m.in. z sąsiedniej Argentyny, Boliwii, również z Kuby. „Lud wenezuelski jest szczęśliwy, cieszy się z uwolnienia brata Luli” – zareagował wenezuelski prezydent Nicolas Maduro.

Syn prezydenta Brazylii zapowiada dyktaturę

Jeden z trzech bardzo aktywnych politycznie synów prezydenta Jaira Bolsonaro – deputowany do parlamentu Eduardo – zapowiedział ewentualność ponownego wprowadzenia dyktatury wojskowej, „jeśli protesty w Chile przeniosą się do Brazylii”. Został zmuszony do wycofania się z tych słów, lecz jego groźba jest traktowana poważnie.

35-letni Eduardo Bolsonaro w wywiadzie dla jednego z popularnych w Brazylii kanałów na Youtube postraszył, że gdyby brazylijska lewica miała się zradykalizować i doprowadzić do tak masowych anty-neoliberalnych protestów, jakie mają teraz miejsce w Chile, rząd może powrócić do „tradycji” junty wojskowej, która w 1964 r. przejęła władzę w kraju, by wkrótce wprowadzić w życie tzw. akt instytucjonalny nr 5 (AI5), na podstawie którego wojskowi zamknęli parlament i zawiesili wolności konstytucyjne. Krwawa junta, której prezydent Bolsonaro jest wielkim wielbicielem, została obalona przez Brazylijczyków dopiero po ponad 20 latach, w 1985 r.
Zdaniem Eduardo, fala ostatnich buntów społecznych w Ameryce Łacińskiej (jak w Ekwadorze i Chile) jest wynikiem działania „wrogów Stanów Zjednoczonych i Brazylii”. Konkretnie wskazał dwa kraje socjalistyczne Kubę i Wenezuelę, które według niego knują przeciw „porządkom państwowym” również w Brazylii. Porównał to do działań lewicy w latach 60. ub. wieku, które miały doprowadzić do powstania „patriotycznej” junty wojskowej. „Jeśli lewica tak się zradykalizuje jak wtedy, trzeba będzie odpowiedzieć. Taką odpowiedzią może być nowy AI5” – mówił młody Bolsonaro.
Te słowa wywołały protesty nawet wśród sojuszników rządu jego ojca. Czasy dyktatury wojskowej były powodem głębokiej społecznej traumy, pamiętanej do dzisiaj. Marszałek Izby Deputowanych Rodrigo Maia nazwał deklaracje Eduardo „odpychającymi” i zwrócił uwagę, że „ciągłe chwalenie dyktatury jest karalne”. Podobnie szef Senatu Davi Alcolumbre uznał, że te groźby są „skandalicznym afrontem wobec konstytucji”. Lewicowa Partia Pracowników b. prezydenta Luli mówi o „kryminalnych deklaracjach” syna prezydenta.
Eduardo Bolsonaro, wyraźnie opieprzony przez ojca, tłumaczył potem, że został źle zrozumiany, gdyż tylko „wspomniał o AI5” i nie mówił, że zostanie wprowadzony w życie. Jego występ wzmógł jednak czujność na lewicy, która wcale nie wyklucza scenariusza powstania junty w Brazylii.

Kapitalizm niszczy płuca

Od kilku tygodni trwają największe w historii pożary amazońskiej puszczy.

Brazylijscy strażacy oszacowali liczbę nowych punktów zapalnych na około 2500. Liczba pożarów od początku 2019 roku wzrosła do 72 tysięcy, czyli o nawet 80% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2018. Średnica największego pożaru ma około 200 km. Według portalu ITV w czwartek 22 sierpnia w Amazonii płonął łącznie obszar 315 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli większy od powierzchni Wysp Brytyjskich. Dym jest widoczny nawet z kosmosu i będzie mieć wpływ na sytuację klimatyczną w całym regionie.
Większość pożarów jest wynikiem celowego wypalania lasów pod uprawy dla przemysłu spożywczego – głównie produkcji wołowiny, soi oraz oleju palmowego. Prezydent Brazylii Jair Bolsonaro od początku kadencji reprezentuje interesy lobby wielkich właścicieli ziemskich. Właściciele ziemscy byli jednymi z głównych sponsorów kampanii wyborczej prawicowego prezydenta. Po dojściu do władzy pod koniec ubiegłego roku, Bolsonaro zlikwidował ustawodawstwo chroniące środowisko naturalne oraz gwarantujące nienaruszalność rezerwatów Indian, zapewniając bezkarność wielkiemu kapitałowi.
Do nagłego wzrostu skali rabunkowej gospodarki przyczynia się narastający w Brazylii kryzys. Kapitał szuka nowych źródeł dochodu i sposobów na intensyfikację działalności gospodarczej. Ponieważ doprowadził do zniszczenia wielu tradycyjnych regionów rolniczych i przejął większość zlokalizowanych w nich małych i średnich farm, potrzebuje nowych terenów pod inwestycje. Nowe uprawy opierają się na rabunkowej gospodarce zasobami. Wymagają dużego obszaru, intensywnego nawożenia, a także stworzenia infrastruktury transportowej.
Bolsonaro stara się odwrócić uwagę opinii publicznej od rzeczywistych sprawców tragedii. O wzniecanie pożarów oskarżył organizacje pozarządowe, które, według niego starają się o dotacje na walkę z niszczeniem środowiska naturalnego.
Pożary lasów to również tragedia dla Indian, którzy stanęli na drodze wielkiego kapitału do zysków z upraw. Amazonię zamieszkuje ponad 400 plemion, liczących w sumie około miliona ludzi. Amazońskie plemię Mura oświadczyło, że jest gotowe walczyć przeciwko niszczeniu lasu deszczowego, który zamieszkuje. Po objęciu urzędu przez Bolsonaro Indianie byli wielokrotnie atakowani przez bojówki służące właścicielom ziemskim. Indian uznano za zbędnych z punktu widzenia kapitału, ponieważ nie są konsumentami produktów przynoszących kapitałowi największe zyski oraz ograniczają „wolność” działania inwestorów i właścicieli ziemskich. Na ich zlecenie bojówki palą wioski, niszczą pola uprawne należące do ludności tubylczej, a także jej rejony łowieckie. W skrajnych przypadkach dochodzi do mordowania Indian. Prezydent Brazylii twierdzi, że tubylcy nie powinni być specjalnie chronieni, a tereny Amazonii chce wykorzystać dla „rozwoju ekonomicznego” kraju.
Pożary z brazylijskiej części Amazonii rozprzestrzeniają się na sąsiednie kraje, stanowiąc dla nich poważne zagrożenie. Władze państwowe mogą zastosować skuteczne metody zwalczania pożarów. W tym samym czasie gdy rząd Brazylii współdziała z podpalaczami, sąsiednia Boliwia do walki z pożarami zamówiła największy samolot gaśniczy na świecie. Prezydent Evo Morales oświadczył, że będzie on zwalczał pożary, które przeniosą się na boliwijską stronę granicy.
Pożary Amazonii pokazują, że kapitał i działający w jego interesie politycy prowadzą do zniszczenia jednego z najważniejszych ekologicznie obszarów Ziemi. Potwierdza to, iż kapitalizm dla zysku jest w stanie zniszczyć
cała planetę.

Ewolucja BRICS

Książka amb. Sylwestra Szafarza pt. „Ewolucja BRICS” to pierwsze na polskim forum publicznym opracowanie dotyczące tej wielkiej organizacji gospodarczej i politycznej zrzeszającej już pięć państw i współpracującej z większością krajów rozwijających się, a także z takimi mocarstwami jak USA, Niemcy, Francja czy W. Brytania oraz z wieloma organizacjami międzynarodowymi.

Praca ma charakter kompleksowy, ukazuje drogę kształtowania się idei, poczynania organizacyjne uczestników, plany na przyszłość i ogrom uwarunkowań globalnych.
W świetle światowej rywalizacji o przywództwo globalne, BRICS to najpoważniejszy uczestnik tej konkurencji o trudnych do przeszacowania zasobach materialnych, wytwórczych i rynkowych oraz o wielkim potencjale nowych idei określających miejsce człowieka we współczesnym świecie i wzajemne relacje pomiędzy organizmami państwowymi i innymi wielkimi ugrupowaniami gospodarczymi i politycznymi.
Przypomnijmy, że w skład BRICS wchodzą: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Afryka Południowa. Porozumienie powstało w wyniku kilkuletnich negocjacji na tle potężnego kryzysu ekonomicznego współczesnego świata, który ogarnął czołowe państwa kapitalistyczne na początku XXI wieku. Było ono formą obrony interesów ekonomicznych i politycznych krajów należących do grupy określanej jako rozwijające się (tzw. państwa wschodzące), niezaangażowane itp. Było też próbą odizolowania się od negatywnych konsekwencji neoliberalnego zwrotu, który nastąpił w gospodarce globalnej w wyniku „Konsensusu Waszyngtońskiego” w latach 70. XX wieku.
Po raz pierwszy, jeszcze jako BRIC, zainteresowane państwa spotkały się na szczeblu ministrów spraw zagranicznych podczas Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, w 2006 roku. Rok później miało miejsce kolejne spotkanie, również z okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zaś pierwsze spotkanie „na szczycie”, formalnie zawiązujące BRIC, odbyło się 16 czerwca 2009 roku w Jekaterynburgu (Rosja). 13 kwietnia 2011 roku do BRIC dołączyła Republika Południowej Afryki (South Africa). Od tego czasu mamy do czynienia z porozumieniem i stowarzyszeniem określanym
jako BRICS.
Jego atrakcyjność w sensie efektów ekonomicznych poszczególnych państw, jak też koncepcji rozwoju opartych o idee nowej globalizacji i IV rewolucji przemysłowej budzi zainteresowanie współczesnego świata. Wiele państw narodowych, głównie z obszaru krajów rozwijających się z dużą sympatią i zainteresowaniem patrzy na doświadczenia i efekty działania BRICS. Dotyczy to tej organizacji jako całości, jak też poszczególnych państw – jej członków.
Szczególne znaczenie mają tutaj doświadczenia Chin, które nieprzerwanie od końca lat 70. mają trwałą gospodarkę wzrostu opartą o nowe idee chińskiej wersji socjalizmu, zbudowanej w oparciu o trzy podstawowe wartości. Obejmuje to po pierwsze: partnerski układ podstawowych form własności – państwowej (społecznej) i prywatnej, po drugie: zaprzęgnięcie do działania na rzecz państwa i obywateli mechanizmów rynkowych oraz po trzecie: praktyczną realizację chińskiej wersji państwa dobrobytu określanej jako idea sprawiedliwego i umiarkowanie zasobnego społeczeństwa.
Chiny są w BRICS gospodarką dominującą, która zarówno w kreowaniu nowych modeli i wartości jest w globalnej czołówce w swej polityce wewnętrznej. Bowiem – w miejsce centralnie sterowanej gospodarki zbudowano skuteczny i atrakcyjny model socjalistycznej gospodarki rynkowej o specyfice chińskiej (w nowej erze), jak też w sensie atrakcyjności idei rozwoju i współpracy płynących w świat. Dotyczy to zasad opartych na partnerstwie, lojalności i wzajemnych, równych korzyści wynikających ze współpracy. Towarzyszy temu praktyczna idea budowy pasa transmisyjnego współpracy i wymiany handlowej w postaci tzw. Pasa i Szlaku (wcześniej Jedwabnego Szlaku). Praktyka pokazuje, że idea ta przyciąga lawinowy wzrost inwestycji i ruchu kapitałów zarówno pochodzenia chińskiego, jak też partnerów międzynarodowych.
Trzeba podkreślić, że aktywność państw BRICS i ich osiągnięcia, szczególnie w obszarze gospodarki i nowych technologii, przyciągają partnerów do współpracy, zarówno z grona państw rozwijających się, jak też wysoko rozwiniętych. Tworzy to wokół BRICS warunki i atmosferę sprzyjającą współpracy i nawiązywaniu bliskich więzi na różnych płaszczyznach, szczególnie kulturalnej i kontaktów międzyludzkich. Stan ten daje możliwości praktycznej realizacji idei pokojowego współistnienia i współpracy, budowania nowego ładu międzynarodowego a nie jak dotychczas brutalnej rywalizacji, wyzysku neokolonialnego itp. rodzących nierówność, dysproporcje, konflikty i wojny.
Wokół państw BRICS coraz wyraźniej rysuje się perspektywa budowy alternatywnych wobec neoliberalnego kapitalizmu wersji rozwoju i nowego miejsca człowieka w świecie cywilizacji informacyjnej i innowacyjnej. Już dziś jest ona atrakcyjna w sensie przyszłościowym dla wielu państw i społeczeństw Azji, Pacyfiku, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Budzi to zastrzeżenia i wątpliwości w regionach starej cywilizacji euro-atlantyckiej.
Bez względu na skutki nasilającej się rywalizacji międzynarodowej, trudno byłoby wyobrazić sobie poważny konflikt światowy. Dlatego też realna wydaje się perspektywa ułożenia wzajemnych stosunków globalnych w oparciu o wspólne wartości, których podstawą będzie pokojowa współpraca, podmiotowość i dobro człowieka, sprawiedliwość społeczna i wolność jednostki oraz likwidacja patologii i dysproporcji rozwojowych, a także lepsza wspólna przyszłość wszystkich obywateli Ziemi. Wszystkie te wartości są dziś na sztandarach głównych sił składających się na naszą współczesną cywilizację, jako całość. BRICS po 10 latach aktywnego istnienia i działania jest jednym z jej głównych elementów.
Książka amb. Sylwestra Szafarza pt. „Ewolucja BRICS” obejmuje, te wszystkie zasygnalizowane powyżej i inne główne problemy współczesności. Jest zbiorem esejów o wielkiej wartości intelektualnej i poznawczej – w ujęciu chronologicznym – od I do X konferencji przywódców „na szczycie”. Składa się z dwóch części: „Geneza organizacji BRICS” i „Dynamiczny rozwój BRICS”. Część I ma pięć, a Część II sześć rozdziałów. Załączony jest jeden oryginalny dokument w języku angielskim – Deklaracja BRICS po Konferencji w Johannesburgu, w lipcu 2018 roku, będąca swoistym drogowskazem programowym na przyszłość.
Książka liczy 244 strony druku. Jest dodatkowo opatrzona syntetycznymi komentarzami i wyjaśnieniami wielu zagadnień przez Autora.

Sylwester Szafarz – „Ewolucja BRICS”, Wydawnictwo „Kto jest Kim”, Warszawa 2019, str. 244, ISBN 978-83-64469-20-6.

Zmowa przeciwko Luli

Ujawniono bulwersujące kulisy skazania byłego prezydenta Brazylii Luiza Inácio Lulali da Silva. Jest wysoce prawdopodobne, że za wyrokiem skazującym stała zmowa sędziego i prokuratorów. Sędzia Sérgio Moro był w stałym kontakcie z prokuratorami, radził im, co robić, by śledztwa prowadzone w ramach operacji antykorupcyjnej Lava Jato (Myjnia Samochodowa) przyniosły oczekiwany efekt – pisze słynny portal śledczy „The Intercept”. A tym było wyeliminowanie kandydata Partii Pracujących z wyborów prezydenckich.

Zespół dziennikarzy portalu (Andrew Fishman, Rafael Moro Martins, Leandro Demori, Alexandre de Santi oraz Glenn Greenwald) opublikował wczoraj trzyczęściowy materiał, oparty na pozyskanych od anonimowego źródła zapisów rozmów między słynnym brazylijskim sędzią Sergio Moro a prokuratorem Deltanem Dallagnolem. Pierwszy to główna postać operacji Lava Jato, drugi gromadził dowody w sprawie rzekomej korupcji byłego prezydenta Luli. Za pośrednictwem internetowych komunikatorów – m.in. Telegramu – mężczyźni przez ponad dwa lata uzgadniali, jakie działania powinny być podjęte. To Moro, który jako sędzia powinien być bezstronny i niezaangażowany, podpowiadał prokuratorom, jakim tropem iść i oceniał, czy zebrane dowody wystarczą do skazania.
Stawką było uwięzienie byłego prezydenta Luli. Ostatecznie został on skazany na dziewięć lat i sześć miesięcy więzienia, a następnie w innym procesie na 12 lat więzienia, i wyeliminowany ze startu w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich. Analitycy zajmujący się Brazylią nie mają wątpliwości: gdyby Lula nie znalazł się za kratkami, miałby ogromne szanse na zwycięstwo, głową brazylijskiego państwa nie zostałby ultraprawicowiec Bolsonaro. A i sam Sergio Moro nie miałby szans na tekę ministra sprawiedliwości. Lula nigdy nie przyznał się do winy.
Z ujawnionej treści rozmów wynika, że prokurator Dallagnol miał dość fundamentalne wątpliwości co do dowodów przeciwko Luli. Dzielił się nimi z innymi członkami zespołu prokuratorskiego. Nie był m.in. pewien, czy luksusowe trójpoziomowe mieszkanie w kurorcie Guaruja naprawdę należy do Luli, a jeśli tak, to czy naprawdę zostało przekazane jako łapówka. Tymczasem właśnie ten apartament miał być głównym dowodem tego, że Lula był zamieszany w niejasne biznesy wokół państwowego koncernu Petrobras i wiedział o przyznawaniu kontraktów na zamówienia publiczne w zamian za korzyści majątkowe. Dallagnol był tak zdesperowany, by znaleźć dowody, że włączył w skład materiałów obciążających artykuł z dziennika „O Globo”, opublikowany kilka lat wcześniej, w którym pisano o apartamencie, jaki sprawił sobie Lula w Guaruji. Na podstawie tego tekstu nie tylko nie sposób stwierdzić, że były prezydent wziął łapówkę, ale i można się przekonać, że prawdziwy apartament Luli znajdował się w innym miejscu, niż ten wskazywany przez oskarżycieli.
„The Intercept” opisał także, jak Sergio Moro podnosił prokuratora Dallagnola na duchu po tym, gdy dziennikarze wyśmiali jego „dowody” winy Luli, przedstawione w postaci dość topornej prezentacji w PowerPoincie. Napisał wreszcie, jak prokuratorzy uzgadniali, w jaki sposób uniemożliwić aresztowanemu Luli kontakt z mediami.
– Relacja sędziego z prokuratorami to skandal – powiedział Leandro Demori, jeden z autorów materiału i główny wydawca „The Intercept” w Brazylii. – To, co robili, jest w Brazylii nielegalne.
Sergio Moro, odnosząc się do publikacji, stwierdził jedynie, iż ubolewa nad faktem, że jego rozmowy zostały ujawnione przez anonimowe źródło, a odbiorcy szukali w jego słowach sensacji, zamiast docenić, ile zrobiono w operacji Lava Jato dla walki z korupcją. Z kolei dla brazylijskiej – i nie tylko – lewicy tekst „The Intercept” jest w zasadzie potwierdzeniem tego, czego działacze byli pewni od dawna: że krajowa oligarchia, posługując się instytucjami wymiaru sprawiedliwości, wyeliminowała lewicowego faworyta z wyścigu prezydenckiego.

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.