Cacanki i gen odchudzania

„Przed nami ponad trzy lata na współpracę. Współpracę między rządzącymi i opozycją. Dlatego zaprosiłem również przedstawicieli wszystkich obecnych w parlamencie partii opozycyjnych do dyskusji na temat Białorusi. Bo to dzisiejsze ognisko zapalne. Tu musimy działać wspólnie – powiedział pan premier Morawiecki podczas swego pobytu w Gdyni.
To piękna idea, można by teraz westchnąć i przyklasnąć panu premierowi. Nawet kiedy jednym z podstawowych celów tego spotkania jest podzielenie się z opozycją odpowiedzialnością za dotychczasowe błędy rządowej polityki wschodniej.
Niestety ten rząd i ten premier niewiele może Białorusinom pomóc. Niewiele też nowego ma im realnie do zaproponowania. Ale znając pana premiera z wcześniejszych krętactw, kłamstw i gejzerów obietnic, to po środowym spotkaniu zapewne usłyszymy liczne obiecanki składane białoruskiej opozycji. Gdybym był białoruskim opozycjonistom nie przywiązywałbym się jednak do nich. Zwłaszcza, że już w przyszłym miesiącu uwaga polskiej opinii publicznej skupi się na zupełnie innym problemie.
Nawet co piąty pracownik administracji państwowy może wkrótce stracić pracę. Dla pozostałych zatrudnionych w sektorze publicznym rząd rozważa możliwość zamrożenie podwyżek płac oraz zmniejszenie wysokości odpraw. Plan redukcji administracji oraz cięcia jej kosztów pan premier Morawiecki ma przedstawić we wrześniu, razem z planem rekonstrukcji rządu. Cięcia kadrowe mają dotyczyć administracji rządowej, organów kontroli państwowej, ochrony prawa, państwowych funduszy celowych, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, i wielu innych instytucji budżetowych.
Zwolnieni będą przede wszystkim pracownicy ze stażem sięgającym Polski Ludowej i okresów niekarzyńskich rządów w czasie III RP. Już teraz związane z PiS media przygotowują wyborców PiS na te cięcia, określając falę zwolnień „dokończeniem wielkiego dzieła dekomunizacji Polski”.
I tu o żadnej „współpracy” z opozycją mowy nie ma.
Sam pan premier już w kwietniu tego roku apelował do swych podwładnych o uruchomienie „genu odchudzania”. Jego rządowi i partyjni koledzy posłuchali go i bogacili się ostatnio jak tylko mogli.
Aby łatwiej było im się odchudzać?

Budżetówka zapłaci za kryzys

Pracownicy sfery budżetowej niejako tradycyjnie dostają po kieszeni, kiedy tylko gospodarka zaczyna buksować. Rząd składa ich w ofierze.

Kiedy trwała kampania wyborcza, politycy na wszelkie sposoby dopieszczali pracowników budżetowych, obiecując dodatkowe pieniądze, podwyżki i różne dodatki. Teraz nic z tego nie stało. Podczas zaciskania pasa oni pierwsi padną ofiarą oszczędności.

Zamrożeni

W planie budżetowym na 2021 rok rząd założył, że pół miliona osób, zatrudnionych w budżetówce, której płaci centralny aparat państwa, będzie miało zamrożone płace. Oczywiście w założeniu tylko przez rok, ale pamięć podpowiada, że co się tyczy zamrażania płac tej grupie zawodowej, rządy wprowadzają te rozwiązania łatwo, ale rezygnują z nich dużo trudniej. Wystarczy przypomnieć, że poprzednie zamrożenie ciągnęło się przez wiele lat, od 2011 roku, choć sytuacja gospodarcza w tym okresie była, według oficjalnych danych, znakomita. „Zielona wyspa” nie dotyczyła pracowników, bez których żadne państwo nie jest w stanie funkcjonować poprawnie.

OPZZ już krytycznie oceniło tę propozycję, wskazując, że pomysły oszczędzania rząd wprowadza dość wybiórczo: zamraża płace budżetówki, wycofuje się z wcześniejszych deklaracji radykalnego podnoszenia płacy minimalnej, a jednocześnie nie rezygnuje z innych pomysłów wiążących się z wydatkami z budżetu, jak np. dodatkowe wypłaty dla emerytów.

Tylko koszty

Minister finansów cynicznie i jasno usprawiedliwił taką decyzję, mówiąc, że administracja to dla gospodarki tylko koszty, nie ma więc sensu zwiększanie na nią wydatków, bo to nie przekłada się na polepszanie sytuacji gospodarki.

Wspomniane zamrożenie obejmie nauczycieli zatrudnionych w szkołach i placówkach prowadzonych przez organy administracji rządowej, urzędników państwowych, prokuratorów, sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości, żołnierzy, celników i policjantów. To, jak twierdzi wiceminister finansów, Sebastian Skuza, cytowany przez TVN24, około 557 tysięcy etatów.

Istnieje także poważne zagrożenie, że w celu ratowania funduszu płac, przez administrację państwową przetoczy się fala zwolnień. Premier kilka razy zresztą sugerował taki scenariusz, zupełnie jakby zamierzał przygotować pracowników na fatalny dla nich scenariusz.

Czy wolno zwalniać urzędników?

W urzędach i ministerstwach już teraz brakuje pracowników. Kto będzie wykonywał obowiązki po planowanych przez rząd zwolnieniach? Inicjatywa Pracownicza odsłania absurdalne skutki Tarczy Antykryzysowej 2.0.

Znany z nieustępliwej walki o prawa pracownicze związek złożył złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z ustawą zasadniczą przepisów zawartych w Tarczy 2.0, które dają premierowi możliwość zwalniania osób zatrudnionych w administracji publicznej – Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a także urzędach podlegających, w tym urzędach wojewódzkich. Spać spokojnie nie mogą również pracownicy ministerstw, których cięcia dosięgną w ramach kolejnej tarczy.

Działacze IP podczas dzisiejszego spotkania z dziennikarzami zwracali uwagę, że przepisy są niebezpieczne z dwóch powodów. Po pierwsze – oznaczają degradacje warunków zatrudnienia (obniżki płac, zatrudnianie w niepełnym wymiarze godzinowym, korzystanie z agencji pracy tymczasowej) w administracji publicznej, która powinna być wzorem przestrzegania prawa pracowniczych. Po drugie – przyczynią się do obniżenia jakości świadczonej pracy, co jest niebezpieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

Związkowcy z niepokojem spoglądają na podważanie standardów pracy w służbie cywilnej. Podkreślają, że jej rolą jest „zapewnienie państwu w każdych warunkach i czasie specjalistów w zakresie administrowania”.

Jakość pracy jest warunkowana stałością zatrudnienia – wskazują działacze IP. „Nie bez powodu to właśnie tam nawiązuje się stosunki pracy na podstawie mianowania, które charakteryzują się wzmocnioną trwałością. Dzięki takim środkom państwo zawsze dysponuje doświadczonymi ekspertami bez przerw na szkolenie nowej załogi i bez obawy o zbytnią podległość zmieniającej się władzy” – czytamy w ich komunikacie.

Przemawiający na konferencji działacz OZZIP Jakub Grzegorczyk zauważył, że rząd PiS powtarza antypracownicze posunięcia gabinetu Donalda Tuska, który w 2010 roku wprowadził ustawę o redukcji zatrudnienia. – Zakładały one automatyczną redukcję zatrudnienia w administracji. Te przepisy zostały uznane za niekonstytucyjne. Trybunał odniósł się wówczas przede wszystkim do statusu, jaki ma służba cywilna w Polsce. Bazując na tej argumentacji, proponowane teraz przepisy również powinny zostać uznane za niekonstytucyjne – argumentował związkowiec.

– Administracja rządowa jest pozbawiona prawa do strajku. Korzystamy zatem z tych narzędzi prawnych, które zostały przewidziane w innych ustawach, kierując wniosek do Trybunału, licząc, że zostanie potraktowany jak ten z 2010 roku.

Grzegorczyk wskazał też na zagrożenie, jakim jest podczas kryzysu epidemiologicznego polityka rządu przejawiająca się w serwowaniu kolejnych tarcz antykryzysowych. – Ta polityka jest oparta na cięciu wydatków publicznych, uealstycznieniu czasu pracy, redukcji pensji czy innych narzędziach, z której korzystają pracodawcy już teraz obniżając wynagrodzenia czy przeprowadzając zwolnienia. Uważamy, że ta polityka jest błędna – podkreślił.

– Zapisy te dotkną przede wszystkim pracowników i pracownic, które już teraz należą do grup najgorzej opłacanych – mówiła Weronika Parafinowicz z komisji OZZIP na Uniwersytecie Warszawskim. Działaczka przypomniała, że osoby te w ostatniej dekadzie borykały się z problemem niskich płac, które były odgórnie zamrożone w ramach kuracji oszczędnościowej. – Wynagrodzenia te były wyraźnie niższe od przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce narodowej – mówiła Parafinowicz.

Skutkiem takiej polityki były wakaty na ważnych stanowiskach w administracji publicznej. – Zapowiedź zwolnień w sytuacji, gdy brakuje już pracowników jest po prostu absurdem- wskazała działaczka, dodając, że będzie to oznaczać obciążenie większą ilością obowiązków dotychczasowych zatrudnionych, co przełoży się na pogorszenie jakości pracy.

Urszula Łobodzińska z Warszawskiej Komisji Środowiskowej OZZIP mówiła o społecznych skutkach kolejnych tarcz. – W pierwszej kolejności pod nóż premiera pójdą pracownicy NFZ, ZUS i KRUS, bibliotek, domów kultury, uczelni wyższych, domów dziecka. Oni już teraz drżą o swoje miejsca pracy i warunki zatrudnienia.

Działacze Inicjatywy Pracowniczej wskazali też, że cięcia będą wyjątkowo bolesne dla tych, których pracy zwykle się nie docenia, a których praca jest niezbędna – ochroniarzy, portierów, pracowników kateringu.

Regres na rynku pracy

Za rządów PiS nie ma dobrej zmiany na rynku pracy. Na wielu obszarach zmieniło się na gorsze.

Polityka rynku pracy od lat znajduje się na marginesie zainteresowań władzy. Ważniejsze jest przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, osłabienie Sądu Najwyższego, upartyjnienie Krajowej Rady Sądownictwa. Zmiany, które nastąpiły na rynku pracy od 2015 r. w większości nie są to zmiany korzystne dla pracowników.

Dramat w budżetówce

Przede wszystkim nastąpił katastrofalny regres odnośnie praw pracowniczych w przedsiębiorstwach państwowych i spółkach skarbu państwa. Funkcje kierownicze zajmują nominaci partyjni, którzy często zwalczają niepokorne związki zawodowe, pozbywają się niewygodnych pracowników, faworyzują podporządkowany rządowi NSZZ Solidarność. Wielu prezesów traktuje firmy zarządzane przez państwo jak prywatne folwarki. Brutalnym przykładem takiego podejścia jest prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Ale warto też przypomnieć PiS-owskiego prezesa PLL LOT, Rafała Milczarskiego, który podczas strajku zwolnił dyscyplinarnie 67 osób czy prezesa Poczty Polskiej, Przemysława Sypniewskiego, który tak samo potraktował lidera niepokornego związku zawodowego za krytyczny wpis na Facebooku. Przykłady można mnożyć.

Budżetówka i sektor samorządowy są lekceważone systemowo. Setki tysięcy pracowników służby zdrowia, szkolnictwa, pomocy społecznej czy wymiaru sprawiedliwości zarabiają stawki nieznacznie przekraczające płacę minimalną, ich wynagrodzenia coraz bardziej odstają od średniej. Rząd traktuje ich z butą i pogardą – stąd brutalny atak na pracowników oświaty podczas strajku.

Śmieciówki nie poszły do śmieci

W kampanii wyborczej PiS obiecywał likwidację umów śmieciowych. Tymczasem nie tylko ich nie zlikwidowano, ale ich skala w ostatnich latach wzrosła. Szacunkowa liczba osób fizycznych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą, które nie zatrudniały pracowników na podstawie stosunku pracy (tzw. „samozatrudnieni”) na koniec 2018 r. wyniosła ok. 1,3 mln i w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrosła aż o 8,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób. W 2016 r. wzrosła o ok. 4,5proc., a w 2017 r. o 4,3 proc. . Od trzech lat mamy więc do czynienia ze znacznym wzrostem samozatrudnienia, a osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą nie obowiązują przepisy dotyczące płacy minimalnej czy urlopów wypoczynkowych. W znacznie mniejszym stopniu dotyczą też tej grupy przepisy BHP. Rząd nie podejmuje żadnych działań na rzecz ograniczenia wymuszonego samozatrudnienia, a wręcz promuje umowy B2B np. w transporcie lotniczym czy w służbie zdrowia. To nie tylko skandaliczne omijanie prawa, ale też obniżanie jakości usług. Lekarz pracujący przez 40 godzin bez przerwy ryzykuje swoim zdrowiem i stanowi niebezpieczeństwo dla pacjenta.

W ostatnich latach wzrosła też liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2018 r. było ich 1,3 mln, czyli o 8,3 proc. więcej niż w 2017 r. Ten wzrost to nowe zjawisko, ponieważ w latach 2014-2017 obserwowano nieznaczny spadek liczby osób, z którymi zawarto umowę cywilnoprawną. Innymi słowy wbrew obietnicom PiS po przejściowym spadku nastąpiło zwiększenie skali śmieciowego zatrudnienia.

Patologie kwitną

Na dodatek wiele umów niestandardowych jest zawieranych wbrew przepisom prawa pracy. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, gdy jest określone miejsce pracy, czas pracy i podległość służbowa, to musi być etat. Tymczasem w gastronomii, ochronie czy handlu, mimo spełnionych ustawowych kryteriów umowy etatowej, dziesiątki tysięcy pracowników ma śmieciówki. Rząd nie podjął żadnych działań, aby ograniczyć skalę patologii na tym obszarze. Rząd nie przyjął też żadnych rozwiązań na rzecz zmniejszenia olbrzymich nierówności płacowych, nie podjął działań na rzecz ograniczenia skali darmowych i niskopłatnych staży, nie podjął wysiłków na rzecz wzrostu bezpieczeństwa w pracy i przestrzegania przepisów BHP, nie przeciwstawił się gigantycznej skali niewypłacania wynagrodzeń na czas. Jeżeli ktoś uważał PiS za partię propracowniczą, to po ponad czterech latach jej rządów powinien porzucić złudzenia.

Pomalowane ptaki

By tło (background) na politycznych piknikach PiS było przyjemne dla oka politycy tej partii ustawiają się zazwyczaj na tle na przebranych na ludowo osób. Piszę przebranych, bo takich strojów nikt dzisiaj na co dzień nie używa. Gdyby jednak PiS swoje pikniki adresował do grup zawodowych to kto w tle przemawiających polityków zechciałby stanąć?
Weźmy np. kilkusettęsieczną grupę pracowników służby zdrowia. Pielęgniarki ubrane w białe fartuchy, lekarze także, ale innego kroju, ze stetoskopami na ramionach. Wszyscy oczywiście uśmiechnięci i zadowoleni. Nie, po zaniedbaniach tej partii w tym sektorze, jego pracownicy na pewno nie dadzą tła dla PiS-u.
To może kilkaset tysięcy nauczycieli stanęłoby za panią minister Zalewską. Po degrengoladzie jaką oświacie zgotowała ta pani jest to niemożliwe.
A może rolnicy, ale ci prawdziwi, sprzedający produkcję, nie ci, mieszkańcy wsi, żyjący z socjalu, rent i emerytur. Rolnicy to dzisiaj jedna z najbardziej niezadowolonych grup zawodowych i tła dla ministra Ardanowskiego na pewno nie daliby.
Może tłem byłaby kilkusettysięczna grupa pracowników administracji rządowej i samorządowej. Ale to niemożliwe. Ta grupa zarabia grosze i od lat bezskutecznie upomina się o lepsze płace. Oni, z bardzo niezadowolonymi minami, nie byliby dobrym tłem dla PiS-owskich polityków
Bardziej zadowoleni są pracownicy zagranicznych firm i korporacji, ale tam zarobków nie ustala PiS. To może pracownicy wymiaru sprawiedliwości, sędziowie, prokuratorzy czy adwokaci byliby dobrym tłem dla ministra Ziobry. Obawiam się, że stanęliby za nim tylko nieliczni pracownicy jego resortu i nowomianowani funkcyjni, a i oni pewnie wstydziliby się pokazać swoje oblicza publicznie. Bo to przecież wstyd.
Mogą stanąć, jako tło, mundurowi, bo dostaną rozkaz, a i PiS im grosza ostatnio nie żałuje.
Jak to się zatem dzieje, że grupy zawodowe, zależne od rządu są niezadowolone, a PiS ma tak wysokie poparcie. To jest do wytłumaczenia. Skoro kilkadziesiąt miliardów rocznie daje się obywatelom w formie socjalu, a nie płaci za pracę, to zawsze znajdą się liczni zadowoleni, nawet wśród tych małozarabiających. I tak, pracownicy są niezadowoleni z płac, ale jest duża grupa zadowolona z socjalu. Nie wnikam teraz czy jest to sprawiedliwy rozdział publicznych pieniędzy. Jest faktem, że dużej grupie obywateli podoba się.
A tak, w praktyce zawsze uda się znaleźć chętnych, by stanąć za plecami władzy, pogrzać się w jej blasku i znajomi powiedzą, że widzieli sąsiada w telewizji, w kolorowym strojach pomalowanych ptaków. Kto czytał Kosińskiego zrozumie aluzję.

Rynek pracy wciąż śmieciowy

Minęły już ponad trzy lata rządów PiS i pomimo deklaracji o dobrej zmianie na rynku pracy, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia sytuacji. Polski rynek pracy jest coraz bardziej podzielony – są dobrze płatne i względnie stabilne miejsca pracy dla części pracowników wysoko wykwalifikowanych, ale zarazem duża część rynku pozostaje zdominowana przez niskopłatne umowy śmieciowe. Jednocześnie rząd uparcie wspiera rodzimą, drobną przedsiębiorczość, chociaż warunki pracy w mikroprzedsiębiorstwach są najgorsze, a skala łamania praw pracowniczych największa.
Rząd ze wsparcia dla małych, polskich firm uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla drobnej rodzimej przedsiębiorczości i osłabienia korporacji zagranicznych. Okazuje się jednak, że zgodnie z danymi GUS sytuacja w małych firmach jest fatalna. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne. Tymczasem w Polsce jest ich coraz więcej i zatrudniają coraz więcej osób. W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach w 2017 r. wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Tymczasem w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca w tym samym czasie wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej. Warto też zwrócić uwagę, że umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach według ostatnich danych miało tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc.. Blisko dwie trzecie miało umowy innego rodzaju.
W kampanii wyborczej PiS obiecywał radykalne ograniczenie śmieciówek i poprawę sytuacji osób o najniższych dochodach, niestety jednak obietnice nie zostały dotrzymane, a wręcz sytuacja części pracujących uległa pogorszeniu. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec 2017 r. wynagrodzenie nie przekraczające ówczesnej płacy minimalnej (2000 zł brutto) otrzymywało 1,52 mln osób, czyli 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę. W 2016 r. takich pracowników było 1,47 mln, a zatem liczba osób pobierających co najwyżej płacę minimalną wzrosła o 3,8 proc.. GUS podkreśla, że to kolejny rok wzrostu liczby osób o minimalnych zarobkach. W 2016 r. przybyło ich 108 tys., czyli 8,0 proc.. Na dodatek z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że ponad jedna czwarta firm nie przestrzega przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia.
GUS poinformował też, że pod koniec 2017 r. 1,2 mln osób prowadziło pozarolniczą działalność gospodarczą, nie zatrudniając pracowników na podstawie stosunku pracy (samozatrudnieni) i w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. roku nastąpił wzrost o 4,3 proc. W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na poziomie 1,1 mln osób, a w 2016 r. wzrosła o 4,5 proc. i wyniosła ok. 1,15 mln. Nieznacznie zmniejszyła się jedynie liczba osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy. W 2017 r. takich osób było 1,2 mln, czyli o około 4 proc. mniej niż w 2016 r., ale skala śmieciowego zatrudnienia wciąż jest olbrzymia, a przecież jeszcze kilkaset tysięcy osób pracuje w ramach darmowych lub niskopłatnych staży i setki tysięcy ludzi pracuje w szarej strefie. Na dodatek Polska pozostaje jednym z europejskich liderów odnośnie umów na czas określony. Umowę czasową pod koniec 2018 r. miało ponad 3 mln osób, czyli 23,4 proc. pracowników etatowych.
Nie ma też dobrej zmiany w zależnym bezpośrednio od władzy sektorze publicznym. PiS krytykował rządy PO-PSL za kilkuletnie zamrożenie płac w budżetówce, a tymczasem wynagrodzenia setek tysięcy pracowników sektora publicznego i samorządowego wciąż utrzymują się na bardzo niskim poziomie. W ciągu ostatnich trzech lat wynagrodzenia w budżetówce były wskaźnikowo zamrożone, choć rząd zwiększał fundusz płac o 1-2 mld zł rocznie. Oznaczało to, że jednostki budżetowe otrzymywały większe pieniądze, ale decyzje o podwyżkach podejmowali kierownicy poszczególnych placówek. W konsekwencji pensje pracowników posłusznych władzy rosły szybciej niż wszystkich innych. Niektórzy otrzymywali gigantyczne premie, nagrody i podwyżki, inni nie dostawali nic.
Również warunki pracy w spółkach skarbu państwa poprawiły się przede wszystkich dla nominatów obecnej władzy, a wielu prezesów bardzo źle traktuje pracowników, łamiąc prawa pracownicze, stosując mobbing i dyskryminując nieprzychylne rządowi związki zawodowe.
Wreszcie, pomimo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego, wciąż na niskim poziomie pozostają w Polce wskaźniki aktywności zawodowej i zatrudnienia, co szczególnie dotyczy kobiet. Zgodnie z ostatnimi danymi GUS współczynnik aktywności zawodowej wyniósł w IV kw. 2018 r. 56,1 proc. (mężczyzn 64,9 proc., a kobiet zaledwie 48,0 proc.) wobec 56,8 proc. kwartał wcześniej (spadek o 0,6 pkt proc. u mężczyzn i 0,9 pkt. proc. u kobiet). Dwa lata wcześniej było to 56,3 proc., a trzy lata temu 56,5 proc.. Innymi słowy z roku na rok pogarszają się wskaźniki aktywności zawodowej! Pogorszył się też wskaźnik zatrudnienia. W IV kwartale 2018 r. wyniósł on 54,0 proc. (u mężczyzn 62,6 proc., a u kobiet tylko 46,1 proc.) wobec 54,6 proc. w III kw., co oznacza spadek o ponad 200 tys. osób. Warto zwrócić uwagę, że spadek u kobiet wyniósł aż 1 pkt proc., a u mężczyzn tylko 0,3 pkt, proc.
Okazuje się więc, że szybki rozwój gospodarczy, spadek bezrobocia, wzrost ściągalności podatków nie przełożyły się na znaczącą poprawę sytuacji pracowników. Rządy PiS to stracona szansa na rynku pracy.

Po co nam szkoła?

„Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać” – mówi prof. Łukasz Turski, fizyk i popularyzator nauki w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Jest pan zaskoczony, że doszło do strajku nauczycieli?
ŁUKASZ TURSKI: Nie jestem zaskoczony. Mam wręcz wrażenie, że ten strajk odgrywa jakąś rolę w planach politycznych obecnie kandydujących do Parlamentu Europejskiego. Przyznam jednak, szczerze mówiąc, że nie za bardzo mnie to interesuje. Uważam, że w poniedziałek o 8.00 rano to nie nauczyciele, młodzież szkolna, ale społeczeństwo w Polsce przystąpiło do niezwykle ważnego egzaminu. Jest on znacznie ważniejszy, niż ten, który miał się zacząć za kilka dni na odpowiednim poziomie szkoły. To egzamin z tego, czy społeczeństwo w Polsce, po iluś latach przemian cywilizacyjnych od 1989 roku, rozumie, czym jest przyszłość kraju. Nauczycielski zryw, którego tematyka ma powód finansowy, jest związany z tym, że regulacje prawne ograniczają możliwość strajkowania, np. dlatego, że są złe programy szkolne. Trudno sobie wyobrazić podniesienie strajku dlatego, że w programie fizyki dla szkół podstawowych nie ma praw Keplera. Ale my w tej chwili mamy postawione ważne pytanie: czy społeczeństwo w Polsce chce mieć dobrą szkołę i czy rozumie, czym we współczesnym świecie szkoła jest? Bardzo bym chciał, abyśmy tego testu nie oblali.

Czyli wspiera Pan nauczycieli w proteście?
Niezależnie od wyniku strajku powinniśmy rozpocząć ogólnonarodową debatę na temat tego, co zrobić ze szkolnictwem powszechnym. Może w końcu zaczniemy dyskutować nad sensem robienia fragmentarycznych przemian w przedszkolach, szkołach, w szkolnictwie wyższym, zamiast zorientowanej na postęp jednolitej struktury edukacyjnej, która zaczyna się, gdy się rodzimy, a kończy, gdy wyłączą nam respirator. To jest pytanie, którego w ogóle w dyskusji przed tym strajkiem nie postawiono.
Wygodniej było sprowadzić dyskusję do tego, czy dać nauczycielom 1000 zł, czy 30 proc., czy 15 proc., ile godzin mają pracować, czy szkoła ma mieć gimnazja, czy nie. To są drugorzędne rzeczy. Pytanie podstawowe brzmi: po co nam szkoła? Czy po to, aby jak w XIX wieku w Prusach wyhodować karnych, posłusznych wykonawców poleceń struktury administracyjnej, zwanej państwem, która jest nadrzędna nad społeczeństwem i ludźmi, czy chcemy, żeby szkoły były miejscem, gdzie naturalne i wrodzone talenty każdego dziecka zostaną rozwinięte, a potem abyśmy umieli wykorzystać te talenty dla wspólnego dobra.
Skoro już ten strajk się wydarzył i w sposób oczywisty, jak każdy strajk, wywołuje pewne komplikacje, nie ma co udawać, że jest inaczej, ale to moment, abyśmy się zastanowili nad tym, co ważne. Bo tak naprawdę nie jest istotne to, czy i ile sprzedamy malin, kto pozbiera jabłka i czy na tucznika należy dać 100 zł, co już jest kuriozalne. Mówienie takich słów na kilkadziesiąt godzin przed strajkiem nauczycieli jest niczym kabaret.

Pana zdaniem nauczyciele powinni zarabiać 1000 zł więcej?
Zawód nauczyciela ulega gigantycznej przemianie. Nie ma drugiego takiego zawodu, który uległby takiej zmianie. Mamy sporo zawodów, które zniknęły, ale drugiego takiego, który tak bardzo się zmienił, nie ma. Ta przemiana jest niezwykle trudna, a my jako społeczeństwo im tego nie ułatwiamy, podobnie media, które głównie zajmowały się tą merkantylną stroną zagadnienia. Ten strajk jest w jakimś sensie wołaniem o to, jaką przyszłość kraju chcemy wybrać.
Z raportu przygotowanego przez minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz wynika, że po zmianach programowych minister Anny Zalewskiej szkoła uczy jeszcze gorzej, stawia na wykutą wiedzę i posłuszeństwo zamiast na kreatywność i współpracę.
Poprzednia reforma związana z nazwiskiem pana prof. Mirosława Handkego była reformą, która niewątpliwie nie była wprowadzona całkiem dobrze, ale miała jasno postawiony cel i podjęto próbę zrealizowania go. Tylko to był cel postawiony w XX w., w XXI w. wszystko się zmieniło, a świat podległ ogromnej przemianie.
Reforma, programy i sposób uczenia, który był wprowadzony przez minister Zalewską, odbiega totalnie od rzeczywistości. W ogóle reformowanie szkoły to niezwykle trudne zagadnienie, i na pewno nie chodzi o kwestię administracyjną – tu nie chodzi o to, ile klas na jakim poziomie, tylko czy mamy szkolić, czy edukować.
Reforma pani Zalewskiej nawet nie dostrzega problemów, które powstały w XX wieku. To próba powrotu do szkoły, nawet nie z XX wielu, ponieważ uczy dzieci w archaiczny sposób werbalnych rzeczy, nie ucząc tego wszystkiego, co dziś jest potrzebne: zespołowej pracy, rozwiązywania problemów społecznych, tolerancji. Kiedy ujawniono nową podstawę programową, wiele osób, w tym ja, napisaliśmy negatywne recenzje tych programów i nikt się tym nie przejął, co w pewien sposób oczywiste, bo autorzy tej reformy nie mieli na celu postępu społeczeństwa. Mieli inny cel i szczerze powiem, że nie jestem sobie w stanie ułożyć w głowie, co tym celem było.

Co w takim razie powinno się stać albo co powinniśmy zrobić my jako społeczeństwo?
W różnych miejscach w Polsce odbywają się obecnie takie spotkania „NOE”, gdzie odbywają się dyskusje o edukacji, które są organizowane lokalnie przez nauczycieli. To są drobne spotkania, gdzie ludzie dyskutują o edukacji. To pomysł m.in. pana Jakuba Wygnańskiego. Uważam, że to wspaniały ruch i daje możliwość zastanowić się, jak nasza szkoła powinna wyglądać.
Jedną z krytyk tego strajku jest pytanie, co rodzice mają zrobić z dziećmi. To także należy zmienić w kontekście współdziałania szkoły i rodzica. To nie może być tak, że dzieci siedzą w szkole od 7.30 najlepiej do 19.30, bo rodzic chce jeszcze wyskoczyć na siłownię po pracy. Edukacja musi być wspólnym działaniem w ramach nowej organizacji społecznej, w której inna jest rola nauczycieli, inna rodzica, dziadków itp. To musi być nowa struktura społeczna, która powstanie i która będzie nas przygotowywać do tego, co w przyszłości, kiedy czekać nas będą gigantyczne wyzwania.
Nie wiem, czy w historii człowiek stał przed takimi wyzwaniami. Mamy problem energetyczny, związany z nim problem klimatu, wykańczania się zasobów naturalnych, i to nie tylko tych, o których mówimy od dawna, ale także tych związanych z tzw. zieloną energią, np. bardzo rzadkich pierwiastków, których mamy niewiele na kuli ziemskiej, bo tak ten wszechświat jest skonstruowany.

Panie profesorze, wróćmy do strajku nauczycieli i roli związków zawodowych, jaką odgrywają. Rozumie pan zachowanie „Solidarności”?
To bardzo przykre. Chcę podkreślić, że nigdy nie byłem działaczem związkowym. Natomiast jednym z efektów przemiany cywilizacyjnej, wracam do tego, bo to clou całej sprawy, jest to, że zniknęła wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Jak łatwo było w czasach „Solidarności”, aby strajkowały wielkie zakłady metalowe zamiast szpitali, dzisiaj tego nie ma, bo struktura pracy została zmieniona właśnie przez tę reformę cywilizacji. W związku z tym duże grupy zatrudnionych są w tzw. budżetówce: nauczyciele, lekarze, pracownicy sądów itp.
Rozumiem, że związki zawodowe nie potrafią odnaleźć się w tej roli, a związek „Solidarność” to chyba już tylko z nazwy jest związkiem zawodowym, który jest niezależny i niezawisły. Natomiast to polityczny aspekt tego strajku, a ja cały czas próbuję pokazać, jak ważne jest to, abyśmy stworzyli wielki społeczny ruch, który przemyśli, jak ma wyglądać nowa szkoła.

Mam tu niestety wątpliwości. Mówił pan m.in. o tolerancji. Jeżeli w Warszawie prezydent Trzaskowski chce wprowadzać lekcje o tolerancji i podpisuje deklarację LGBT, a przed ratuszem protestujący krzyczą „Stop seksualizacji dzieci”, to wątpię w szanse wypracowania nowoczesnej wizji edukacji.
Ale dlaczego się tak dzieje?! To wynika z tego, że ci ludzie nie wiedza, o czym mówią. Mamy strasznie źle wykształcone społeczeństwo. Zachłysnęliśmy się wskaźnikami skolaryzacji, tym, że wszyscy mają papiery, ale to, że człowiek ma taki czy inny tytuł, wcale nie oznacza, że jest wykształcony.
W XIX wieku tę wiedzę przekazywali politycy, którzy pracowali nad edukacją naszego społeczeństwa. Proszę zwrócić uwagę, że dziś nikt nie chce już mówić czy nie pamięta o takich jak Limanowski czy partia socjalistyczna z lat sprzed odzyskania niepodległości w 1918 roku, która pracowała nad podniesieniem wykształcenia u ludzi. Dziś myśmy to odpuścili i dlatego jest sporo tych, którzy przychodzą przed ratusz i opowiadają banialuki, że wychowanie w tolerancji dla ludzi o innych poglądach, upodobaniach kulturalnych, estetycznych, seksualnych to jest seksualizacja. To jakiś absurd. Tych ludzi nikt nie nauczył, dano im tylko dyplomy, ale to nie oznacza wiedzy, a to po części wina naszego systemu edukacyjnego.

Godne płace w budżetówce

Rada Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych negatywnie ocenia rządowe propozycje dotyczące wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę i zamrożenia średniorocznego wskaźnika wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w 2019 roku.

 

Zwracamy uwagę, że rząd, zamiast działać na rzecz poprawy sytuacji dochodowej pracowników i podnoszenia zamożności społeczeństwa, podejmuje działania sprzeczne ze Strategią na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która wskazuje na konieczność szybszego wzrostu płac i wyrwania się Polski z pułapki średniego rozwoju. Rząd wprowadza w błąd społeczeństwo tymi decyzjami. W tej sytuacji Rada czuje się oszukana i uznaje, że przedłożone partnerom społecznym do negocjacji propozycje nie są dobrą podstawą do osiągnięcia porozumienia w Radzie Dialogu Społecznego. Apelujemy do strony rządowej o zweryfikowanie swojego stanowiska w kwestii wzrostu płac.
W ocenie Rady wynagrodzenia powinny odzwierciedlać rosnącą wydajność pracy i tempo wzrostu produktu krajowego brutto. Uwzględniając, że przez okres transformacji płace rosły wolniej niż wydajność, istnieje przestrzeń do podnoszenia wynagrodzeń, w tym płacy minimalnej. Potrzebna jest zmiana modelu rozwojowego naszej gospodarki i odejście od konkurowania niskimi kosztami pracyi wynagrodzeniami. Model ten skazuje bowiem rodzime przedsiębiorstwa na rolę podwykonawców w globalnym łańcuchu dostaw. Dlatego niezbędne są większe inwestycje i wyższe płace, które pozwolą wprowadzić na rynek innowacyjne produkty o wysokiej wartości dodanej.
Zaproponowany przez rząd wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2019 roku o 5,7 proc. (120 złotych brutto), do poziomu 2220 zł miesięcznie i 14,50 zł za godzinę pracy, spowoduje pogorszenie prognozowanej relacji płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Relacja ta ukształtuje się na poziomie 46,6 proc.. To mniej niż w 2017 roku (46,8 proc.) i zarazem mniej niż prognozowana wartość relacji na rok 2018 (47,3 proc.). Tak niskiej podwyżki OPZZ nie może zaakceptować, tym bardziej, że dotyczy ona kilku milionów pracujących. Jej zaaprobowanie oznaczałoby zgodę na to, aby płaca minimalna zwiększyła się o 83 zł netto a wydatki osób ją pobierających o niecałe 3 zł dziennie.
Mając na uwadze niezrealizowane dotąd zobowiązanie rządu wynikające z zawartego w 2009 roku Pakietu Działań Antykryzysowych, jak również złożoną przez Prezesa Rady Ministrów deklarację dotyczącą opracowania i przedstawienia partnerom społecznym skutecznego mechanizmu zapewniającego osiągnięcie przez płacę minimalną poziomu połowy przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, Rada uznaje propozycję wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2019 roku za dalece niewystarczającą i podtrzymuje przekazane rządowi 21 maja 2018 roku stanowisko w tej sprawie, zgodnie z którym płaca minimalna w kolejnym roku powinna wzrosnąć do poziomu 50 proc.prognozowanego na rok 2019 przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej tj. o 13,5 proc. (o 283 zł), do kwoty 2383 zł (1727 zł netto), a minimalna stawka godzinowa do wysokości 15,50 zł.
Rada negatywnie ocenia także nieuwzględnienie propozycji OPZZ, aby wynagrodzenia w państwowej sferze budżetowej wzrosły w 2019 roku o co najmniej 12,1 proc.. W odpowiedzi na ten postulat rząd zapowiedział zamrożenie wskaźnika wzrostu wynagrodzeń na poziomie 100,0 proc. i przeznaczenie dodatkowych środków na wzrost funduszu wynagrodzeń na poziomie prognozowanej na rok 2019 inflacji (2,3 proc.), przy zachowaniu prawnie zdeterminowanych indeksacji dla poszczególnych grup pracowniczych.
Kolejny raz przypominamy rządowi, że istnieje zależność pomiędzy oczekiwaną poprawą jakości funkcjonowania państwa i wzrostem wynagrodzeń pracowników sfery budżetowej. Przyjazne podatnikom urzędy i sądy, wysokiej jakości opieka zdrowotna i edukacja oraz bezpieczeństwo są konieczne, aby zapewnić postęp, innowacyjność i konkurencyjność, a tym samym zrealizować Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Nie da się osiągnąć ww. celów bez zagwarantowania pracownikom sfery budżetowej godnych wynagrodzeń.
Zauważamy ponadto, że rządowa propozycja w zakresie wzrostu funduszu płac o wskaźnik inflacji stanowi próbę obejścia ustawy z dnia 23 grudnia 1999 r. o kształtowaniu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz o zmianie niektórych ustaw, ponieważ pozbawia Radę Dialogu Społecznego ustawowego uprawnienia negocjowania wysokości wskaźnika wzrostu wynagrodzeń dla sfery budżetowej. Rodzi także dowolność w rozdziale tych środków i antagonizuje grupy zawodowe i pracowników. Z powyższych względów nie może zostać zaakceptowana przez OPZZ.
Rada podtrzymuje równocześnie stanowisko OPZZ dotyczące wzrostu płac w sferze budżetowej w 2019 roku oraz ponawia oczekiwanie, że rząd przedstawi partnerom społecznym propozycję systemowych rozwiązań zapewniających wszystkim pracownikom budżetówki wzrost ich wynagrodzeń.
Rada zobowiązuje członków Rady Dialogu Społecznego z ramienia OPZZ do prowadzenia dalszych negocjacji z rządem w tej sprawie. Wyzywa ponadto organizacje członkowskie OPZZ do:
• mobilizowania załóg,
• informowania społeczeństwa o szkodzących pracownikom decyzjach rządu,
• rozpoczęcia przygotowań do akcji protestacyjnych.