Niezgoda na Kulenovicia

Legii Warszawa jako ostatnia z polskich drużyn odpadła z europejskich pucharów, ale i tak ma największy problem. Szefowie stołecznego klubu wpisali bowiem do prognozy budżetowej na nowy sezon wpływy za udział w fazie grupowej Ligi Europy, a że Legia nie dała rady Glasgow Rangers w 4. rundzie eliminacji, brakuje im teraz 20 mln złotych.

W wygranym 3:1 niedzielnym meczu z Rakowem Częstochowa wszystkie gole dla Legii strzelił 24-letni Jarosław Niezgoda, którego po godzinie gry zmienił 29-letni Hiszpan Carlos Daniel Lopez Huesca, bardziej znany pod boiskowym przydomkiem Carlitos. Na boisku, a nawet w kadrze meczowej, zabrakło napastnika Legii numer 1 w tym sezonie, 21-letniego Chorwata Sandro Kulenovicia, na którego serbski trener „Wojskowych” Aleksandar Vuković regularnie stawiał od początku sezonu, mimo jego irytującej jak na napastnika nieskuteczności. Irytującej zwłaszcza dla kibiców Legii, którzy Chorwata ostatnio już tylko bezlitośnie wygwizdywali i lżyli. Vuković na to nie zważał i także w Glasgow, w najważniejszym w tej części sezonu meczu legionistów, wystawił do gry Kulenovicia.

Zapewne nie kierował się bałkańską solidarnością, bo trudno o coś takiego posądzać Serba w relacjach z Chorwatem, raczej zaleceniami swoich przełożonych, którzy z jednej strony liczyli na awans i obiecywali piłkarzom podwójną premię za osiągnięcie tego celu, lecz równolegle szykowali plan awaryjny, którego głównym punktem był transfer Kulenovicia. Dlatego Chorwat, chociaż regularnie zawodził pod bramką rywali, wychodził na boisko w podstawowym składzie, zaś wyraźnie lepsi od niego Carlitos i Niezgoda w spotkaniach pucharowych grzali ławę. Ta strategia jak już wiemy zakończyła się kolejnym niepowodzeniem warszawskiego klubu w europejskich pucharach, ale transfer chorwackiego piłkarza doszedł do skutku. Kulenović wrócił do ojczyzny, do zespołu Dinama Zagrzeb, który pod wodzą znanego z nieudanego epizodu w Lechu Poznań trenera Nenada Bjelicy właśnie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Kulenović jest zawodnikiem Legii od 2016 roku. Na Łazienkowską trafił właśnie z Dinama Zagrzeb. Sezon 2017/2018 spędził na wypożyczeniu w zespole Primavery Juventusu. Włoski klub miał wtedy po sezonie możliwość wykupu Kulenovicia, ale tego nie zrobił. Po powrocie z wypożyczenia Kulenović zaczął częściej pojawiać się na boisko, ale wchodził najczęściej jako rezerwowy. W poprzednim sezonie uzbierał 25 występów i strzelił cztery gole. W obecnych rozgrywkach był pierwszym wyborem Vukovicia w ataku, chociaż nie potrafił trafić do siatki w dziewięciu meczach z rzędu. W sumie zaliczył w Legii 36 występów i strzelił sześć goli, z czego dwa w tym sezonie w 11 rozegranych meczach. Mimo to Dinamo zapłaciło za niego około dwóch milionów euro.
Szefowie Legii pozbyli się też 33-letniego Tomasza Jodłowca, oddając go ponownie do Piasta Gliwice, tym razem już nie na zasadzie wypożyczenia, jak w poprzednim sezonie, tylko transferu definitywnego. Ten piłkarz był zawodnikiem stołecznego klubu od 19 lutego 2013 roku i wywalczył z nim pięć tytułów mistrza kraju i zdobył czterokrotnie Puchar Polski, zaliczając w sumie 202 występy i zdobywając 19 bramek. Na Łazienkowskiej nie był jednak w ostatnich latach doceniany. Legia zarobiła na jego sprzedaży niespełna pół miliona złotych.

Z transferów tych dwóch graczy do kasy „Wojskowych” wpłynie około dziewięciu milionów złotych, a zatem zbyt mało, by komisja licencyjna PZPN uznała deklarowany przed sezonem budżet za zbilansowany. Nie obędzie się więc bez upokarzającego najbogatszy polski klub piłkarski nadzoru finansowego, bo w kadrze zespołu jaką ma obecnie do dyspozycji trener Vuković, chyba tylko 19-letni bramkarz Radosław Majecki wart jest 5-6 mln euro. Reszta to gracze wyceniani w przedziale 1-2 mln euro, czyli trzeba by było sprzedać z trzech, żeby załatać budżetową dziurę.

Jarosław Niezgoda, mimo hat-tricka strzelonego beniaminkowi ekstraklasy z Częstochowy, na razie nie jest jeszcze materiałem na hitowy transfer, choćby tylko na poziomie sprzedanego latem do Dynama Moskwa 20-letniego pomocnika Sebastiana Szymańskiego, za którego rosyjski klub zapłacił Legii wedle różnych źródeł między 5,5 a 6 mln euro. „Teraz pewnie zacznie się gadanie, że powinienem na niego postawić w meczach z Rangersami (Niezgoda nie zagrał przeciwko szkockiej drużynie w pierwszym meczu w Warszawie, ale trzy dni później zdobył dwie bramki w ligowym spotkaniu z ŁKS Łódź i w Glasgow wszedł na boisko w 56. minucie. Gola nie strzelił, ale w miniona niedzielę zaliczył hat-tricka w meczu Rakowem), bo po prostu odżył za późno. Natomiast, jeśli grałby tak od początku sezonu, na co zresztą czekaliśmy, to przecież on by grał. Ale Kulenović na treningach prezentował się najlepiej i dlatego to on zagrał z Glasgow Rangers” – przekonywał Vuković.

Serbski szkoleniowiec teraz już nie musi kombinować, bo ma w kadrze tylko dwóch napastników – sponiewieranego fatalnym traktowaniem w ostatnich dwóch miesiącach Carlitosa oraz odrodzonego po dwóch latach zmagań z zaburzeniami pracy mięśnia sercowego Niezgodę. „Cały czas pracujemy nad tym, by wrócił do najwyższej formy. Jeśli będzie grał na takim poziomie, jak z Rakowem, to będzie numerem jeden. Jeśli lepszy od niego będzie Carlitos, to będzie grał Carlitos. Dla mnie to oczywiste. Chcę stawiać na najlepszych graczy i chciałbym, żeby wiedział to każdy piłkarz w zespole i każdy kibic na trybunach. Niech nikt mi nie zarzuca, że działam na niekorzyść drużyny, bo to nieprawda” – zakończył temat Niezgody Vuković.

 

Pogoń za Śląskiem

Trwa dobra passa piłkarzy Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. „Portowcy” w zamykającym 5. kolejkę poniedziałkowym meczu pokonali na wyjeździe Koronę Kielce 1:0. Był to już ich ósme ligowe spotkanie z rzędu, w którym szczecińska drużyna nie poniosła porażki. Ale większą uwagę kibiców i tak skupia Legia Warszawa, która jeszcze walczy w Lidze Europy.

Kibice w Szczecinie dawno nie mieli tylu powodów do radości. W tym sezonie „Portowcy” są jak na razie niepokonani – zwyciężyli Legię, Arkę, Wisłę Kraków i Koronę Kielce oraz zremisowali z Piastem. W Kielcach już od pierwszych minut narzucili przeciwnikom swoje warunki gry. Bramkowe szanse zmarnowali jednak Zvonimir Kozulj i Jakub Bartkowski, ale w 17. minucie wyręczył ich 20-letni kapitan drużyny Sebastian Kowalczyk, który w polu karnym ograł Adnana Kovacevicia i mocnym strzałem w okienko pokonał bramkarza Korony i został najmłodszym kapitanem w ekstraklasie z ligowym trafieniem.

Trener kieleckiego zespołu Gino Lettieri po zmianie stron wprowadził do gry dwóch świeżych piłkarzy. Na murawie pojawili się Marcin Cebula i Matej Pućko, a zeszli Rodrigo Zalazar i Uros Duranović. Potem szkoleniowiec ekipy gospodarzy posłał na boisko jeszcze Michała Żyro, który w poprzednim sezonie był piłkarzem Pogoni. Wejście byłego reprezentanta Polski nie przyniosło jednak spodziewanych efektów i ostatecznie zespół „Portowców” zdobył komplet punktów. Warto odnotować, że bramkarz Pogoni Dante Stipica w czwartym spotkaniu z rzędu zachował czyste konto. Po raz ostatni został pokonany w 1. kolejce obecnego sezonu przez napastnika Legii Warszawa Sandro Kulenovicia.

I jak na razie była to jedyna ligowa bramka zdobyta przez tego 20-letniego chorwackiego napastnika. Równie skuteczny jest w kwalifikacjach Ligi Europy – w nich też trafił tylko raz, w rewanżowym spotkaniu I rundy z gibraltarskim College Europa FC. Potem zaliczył puste przebiegi, ma też na koncie spudłowany rzut karny. Przytaczamy ten niezbyt pokaźny dorobek Kulenovicia, bo po w niedzielnym meczu Legii z Zagłębiem Lubin (1:0) kibice stołecznego zespołu straszliwie go wygwizdali i zelżyli. Ta bezlitosna, choć typowo kibicowska recenzja boiskowych wyczynów piłkarza, nie spodobała się trenerowi Legii Aleksandarovi Vukoviciowi. Serbski szkoleniowiec, chociaż jako piłkarz i trener warszawskiego zespołu zdążył w swoim życiu zobaczyć najróżniejsze przejawy jego relacji z kibicami, z jakiegoś powodu postanowił wykonać medialną szarżę w obronie Kulenovicia. „To jest przykre, niezrozumiałe, wręcz obrzydliwe zachowanie kibiców wobec 20-letniego chłopaka, który zostawia serce na boisku. Nie oczekuję, że na Łazienkowskiej panować będą angielskie zwyczaje, jak choćby w Chelsea, gdzie Frank Lampard przegrywa 0:4 z Manchesterem United i jest przez fanów swojej drużyny oklaskiwany. Ale oczekuję więcej szacunku dla moich piłkarzy” – grzmiał Vuković.

Tylko czy na pewni miał rację prąc do zwarcia z nienawykłą do takiego łajania kibolską ferajną? Rzeczony Kulenović w w spotkaniu z Zagłębiem grał do 81. minuty. Nie tylko nie strzelił gola, co jest przecież głównym zadaniem środkowego napastnika, lecz w każdym innym aspekcie zaprezentował się bardzo przeciętnie, a momentami wręcz fatalnie. Został zmieniony przez Mateusza Wieteskę, zaś na ławce rezerwowych z chmurną miną pozostał Carlitos, najskuteczniejszy piłkarz Legii w poprzednim sezonie. Hiszpan po zakończeniu spotkania nie dołączył do cieszących się ze zwycięstwa kolegów, tylko od razu poszedł pod trybuny.

Carlitos latem miał odejść z Legii, ale z jakiegoś powodu do transferu nie doszło. To jest niezły piłkarz, dobrze wyszkolony technicznie, ruchliwy, potrafiący nie tylko wykorzystywać, ale też kreować strzeleckie sytuacje. Pod tym względem bije Kulenovicia na głowę i dlatego fani Legii mają pretensje do Vukovicia, że z takim uporem stawia na mało zwrotnego i chaotycznego Chorwata. Na dodatek notorycznie zawodzącego pod bramką rywali, co dyskwalifikuje go jako napastnika. „Sandro jest dla nas pierwszą opcją, bo zasługuje na to swoją pracą. To decyzja podjęta na podstawie tego, co widzę w codziennej pracy drużyny. W meczu z Zagłębiem wszedł za niego Mateusz Wieteska, który zapewnił nam awans w meczu z Kuopio. Doznał jednak kontuzji i wypadł na jeden mecz, ale to ważny gracz w naszym zespole. A Carlitos? No cóż, jak każdy walczy o swoje miejsce w składzie. Musi pracować i czekać na swoją szansę” – stwierdził Vuković. Kibice Legii najwyraźniej mają w tej kwestii odmienny pogląd.

Może wiedzą, że kierownictwo klubu chce korzystnie sprzedać Kulenovicia i dlatego chorwacki piłkarz pojawia się regularnie w składzie. Vuković nie ma tu nic do gadania, ale nie może się do tego publicznie przyznać, to plecie bez sensu, bo przecież każdy widzi, że Kulenović jest piłkarzem przeciętnym. W czwartkowym starciu z Glasgow Rangers przekonamy się pewnie o tym dobitnie, ale czy ktoś na serio liczy, że legioniści wyeliminują szkocki zespół?

Kadra Rangers FC na mecze z Legią w Lidze Europy:
Bramkarze: 1. Allan McGregor, 12. Andy Firth, 13. Wes Foderingham.
Obrońcy: 2. James Tavernier, 4. George Edmundson, 6. Connor Goldson, 15. Jon Flanagan, 19. Nikola Katić, 31. Borna Barišić, 44. Aidan Wilson, 46. Rhys Breen, 48. Jordan Houston, 51. Lewis Mayo, 56. Daniel Finlayson, 63. Nathan Patterson, 71. Murray Miller, 72. Kyle McClelland, 75. Harris O’Connor,.
Pomocnicy: 8. Ryan Jack, 10. Steven Davis, 11. Sheyi Ojo, 16. Andy Halliday, 18. Glen Kamara, 24. Greg Stewart, 29. Andy King, 33. Jamie Barjonas, 37. Scott Arfield, 47. Jack Thomson, 57. Zac Butterworth, 61. Kieran McKechnie, 64. Josh McPake, 65. Ben Williamson, 73. Ciaran Dickson, 81. Cole McKinnon, 84. Alex Lowry.
Napastnicy: 9. Jermain Defoe, 17. Joe Aribo, 20. Alfredo Morelos, 21. Brandon Barker, 22. Jordan Jones.

 

Angulo królem strzelców

Najlepszym strzelcem ekstraklasy został Igor Angulo, piłkarz grającego w grupie spadkowej ekstraklasy Górnika Zabrze. Hiszpan w zakończonym w niedzielę sezonie ekstraklasy zdobył 24 bramki. Rok temu z takim samym dorobkiem koronę wywalczył jego rodak Carlitos.

Jako pierwsi zakończyli rozgrywki piłkarze zespołów rywalizujących w grupie spadkowej. W sobotnich meczach niemal do ostatnich minut ważyły się losy Miedzi Legnica i Wisły Płock. Te dwa zespoły walczyły o uniknięcie spadku z ekstraklasy. W lepszej sytuacji byli płocczanie, którzy u siebie podejmowali zdegradowane już wcześniej Zagłębie Sosnowiec, a do zachowania miejsca w ligowej elicie wystarczał im remis. Cudu w Płocku nie było i spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Nie wiedzieli jednak o tym piłkarze Miedzi Legnica i w Krakowie wściekle walczyli z Wisłą do ostatniego gwizdka. W 68. minucie prowadzili już 4:2, ale potem sędzia Tomasz Kwiatkowski z Warszawy (czyli reprezentant tego samego Wojewódzkiego Związku Piłki Nożnej co Wisła Płock) podyktował na korzyść wiślaków dwa rzuty karne, najpierw w 78. minucie, a potem w 90., dzięki którym „Biała Gwiazda” doprowadziła do remisu 4:4. Taki obrót sytuacji nie złamał jednak w graczach z Legnicy woli zwycięstwa, bo w doliczonym czasie gry zdołali strzelić piątego gola. Zwycięstwo nic im jednak nie dało, bo dzięki punktowi wywalczonemu w meczu z Zagłębiem Sosnowiec Wisła Płock właśnie o jedno „oczko” wyprzedziła ekipę Miedzi w tabeli.

W tym samym czasie w Kielcach Górnik Zabrze kończył z przytupem nieudany dla siebie sezon, gromiąc w Kielcach Koronę 3:0. Wszystkie trzy gole zabrzanie strzelili w ostatnich dwudziestu minutach meczu, a dwa z nich na swoje konto zapisał Igor Angulo. Hiszpański napastnik w poprzednim sezonie był wicekrólem snajperów w naszej ekstraklasie z dorobkiem 22 trafień, a lepszy od niego w wyścigu po koronę króla strzelców okazał się Carlitos, wtedy jeszcze grający w barwach Wisły Kraków.
Co ciekawe, przed niedzielnymi meczami w grupie mistrzowskiej (zakończyły się po zamknięciu wydania) wiceliderem klasyfikacji snajperów z 18 golami na koncie był Marcin Robak ze Śląska Wrocław, czyli także gracz zespołu z grupy spadkowej. Dopiero za nim pędził peleton napastników drużyn walczących w tym sezonie w elicie. 16 goli miał Jesus Imaz z Jagiellonii Białystok, 15 Carlitos (Legia Warszawa), Flavio Paixao (Lechia Gdańsk), 14 Airam Cabrera (Cracovia)), 13 Filip Starzyński (Zagłębie Lubin), 12 Christian Gytkjaer (Lech Poznań) i 11 goli Adam Buksa (Pogoń Szczecin). Na dogonienie Igora Angulo żaden z wymienionych zawodników nie miał jednak żadnych szans i hiszpański napastnik mógł spokojnie czekać na wyniki niedzielnych potyczek.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia trwoni przewagę

Im bliżej końca fazy zasadniczej rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy, tym sytuacja w tabeli robi się bardziej zagmatwana. W dwóch ostatnich kolejkach Lechia Gdańsk zaliczyła porażkę i remis, przez co roztrwoniła siedmiopunktową przewagę nad drugą Legią.

Niewykluczone, że już w następnej kolejce Lechia będzie musiała ustąpić miejsca Legii na fotelu lidera. Gdańszczan czeka bowiem wyjazdowa potyczka z Zagłębiem Sosnowiec, a legioniści u siebie zagrają ze Śląskiem Wrocław. Ta niepewność bierze się stąd, że zespół Lechii w rundzie wiosennej gra w kratkę. W pięciu tegorocznych kolejkach gdańszczanie grali kolejno z Pogonią Szczecin (2:1), Koroną Kielce (0:0), Wisłą Kraków (1:0), Zagłębiem Lubin (1:2) i Wisłą Płock (1:1). Dwa zwycięstwa, dwa remisy i jedna porażka to może nie jest jakoś szczególnie tragiczny bilans, ale w praktyce oznacza to stratę siedmiu punktów na 15 możliwych do zdobycia. Zespołowi walczącemu o mistrzowski tytuł takie marnotrawstwo zwyczajnie nie przystoi.

Kończący 25. kolejkę poniedziałkowy mecz z Wisłą Płock potwierdził dobitnie przeciętną formę ekipy trenera Piotra Stokowca. Z boiska wiało nudą, bo „Nafciarze” skutecznie przeszkadzali gospodarzom w rozwijaniu akcji ofensywnych, a sami tylko od czasu do czasu pozwalali sobie na kontrataki. Piłkarze schodzili na przerwę przy wyniku 0:0 i żegnani gwizdami nielicznej publiczności. Niewiele ponad osiem tysięcy widzów na trybunach mającego 42 tysiące miejsce obiektu to kolejny argument za rezygnacją z rozgrywania ligowych spotkań w poniedziałkowe popołudnia.

Po zmianie stron zniecierpliwieni kibice coraz częściej gwizdami wyrażali swoją dezaprobatę dla jakości widowiska. Nudę pierwsi przerwali płocczanie. Po rzucie wolnym piłkę w bramce zmieścił Alan Uryga i Wisła, która walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, objęła prowadzenie i znalazła się na dobrej drodze do odniesienia drugiego w tym sezonie zwycięstwa z Lechią.

Gracze Lechii są już zmęczeni

Dwie sytuacje na boisku odmieniły przebieg spotkania. Najpierw za drugi faul czerwoną kartką zobaczył Grzegorz Kuświk i wyleciał z boiska, co pozwoliło gospodarzom na uzyskanie wyraźnej przewagi, którą w końcu przekuli na wyrównującego gola. Jake McGing sfaulował w polu karnym Artura Sobiecha, a „jedenastkę” na gola zamienił Flavio Paixao, który tym razem się nie pomylił i zaliczył 14 ligowe trafienie w obecnym sezonie. Portugalczyk ma już na koncie 14 bramek i jest wiceliderem klasyfikacji strzelców ekstraklasy. Lepszy od niego jest tylko hiszpański napastnik Górnika Zabrze Igor Angulo, który prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 15 goli. Na trzecim miejscu jest najskuteczniejszy Polak w Lotto Ekstraklasie Marcin Robak ze Śląska Wrocław, który ma na koncie 13 trafień, za nim jest Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha (12), nieobecny już w Wiśle Kraków Czech Zdenek Ondrasek (11) oraz hiszpański snajper Legii Carlitos (10).

Wisła Płock ostatecznie jednak wywiozła z Gdańska jeden punkt. Trener Lechii Piotr Stokowiec słaby występ swoich podopiecznych tłumaczył… zmęczeniem. „Nie był to nasz wielki mecz. Zagraliśmy słabiej w ofensywie. Celowo nie chcieliśmy od początku rzucić się na Wisłę Płock, bo takie były nasze założenia. Wiedzieliśmy, że jakie rywale mają atuty w ofensywie. Nadziewaliśmy się na ich kontry, ale to była dobra lekcja, bo teraz wiemy, że musimy mocniej popracować nad grą ofensywną. Było widać dużo marazmu w grze niektórych moich zawodnikach, zwłaszcza tych, którzy dużo grają. Byli wyraźnie zmęczeni, ale nie chcę by traktowano te słowa jako próbę ich usprawiedliwienia. Po prostu zwracam uwagę na ten fakt” – stwierdził szkoleniowiec gdańskiej drużyny.

Legioniści szykują się do skoku

Ścigająca gdańszczan drużyna Legii też w tym roku stracił punkty. Z pięciu rozegranych meczów wygrała trzy (1:0 z Wisłą Płock, 2:0 z Miedzią Legnica i teraz 2:1 z Arką Gdynia), ale to były zespoły z grupy spadkowej. W starciach z ekipami z grupy mistrzowskie legioniści nie dali rady – przegrali na wyjeździe z Lechem 0:2 i w takim samym rozmiarze u siebie z Cracovią. Do końca fazy zasadniczej czekają ich jeszcze potyczki u siebie ze Śląskiem, Jagiellonią i Pogonią, a na wyjazdach z Górnikiem i Wisłą Kraków. Nie są to rzecz jasna rywale niemożliwi do pokonania, ale z taką grą jaką Legia pokazała w Gdyni w spotkaniu z przeżywającą kryzys Arką, na komplet punktów gracze stołecznego klubu raczej nie powinni liczyć.

Który zatem zespół ostatecznie zajmie pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej? Pewnie któryś z dwójki Lechia, Legia, bo mają sporą przewagę nad trzecim w tabeli Piastem (Legia siedem, a Lechia 10 punktów). Ale mimo to w gronie pretendentów trzeba umieścić też gliwiczan, bo oni z pięciu rozegranych meczów przegrali tylko jeden – na inauguracje rundy wiosennej z Cracovią. W czterech kolejnych zdobyli komplet punktów i co ważniejsze, prezentując w nich równą, wysoką formę. Trener Piasta Waldemar Fornalik zdołał po nieudanym poprzednim sezonie przebudować na nowo ograbiony z najlepszych graczy zespół i wygląda na to, że w obecnych rozgrywkach gliwiczanie mogą pokusić się nawet o coś więcej niż tylko miejsce gwarantujące start w kwalifikacjach do Ligi Europy.

Zważywszy na chwiejną formę zespołów Lechii, Legii, Jagiellonii i Lecha, pierwszy mistrzowski tytuł dla Piasta w tym sezonie wydaje się możliwy do zdobycia jak nigdy wcześniej.

 

Legia wietrzy szatnię

Zespoły naszej ekstraklasy, oczywiście za wyjątkiem rozpadającej się Wisły Kraków, rozpoczęły przygotowania do rundy wiosennej. Piłkarze broniącej tytułu Legii Warszawa pojechali wykuwać formę do Portugalii, czyli ojczyzny obecnego trenera „Wojskowych” Ricardo Sa Pinto. Jego pozycja na Łazienkowskiej staje się coraz mocniejsza.

Na Łazienkowskiej w przerwie zimowej też sporo się działo, ale były to normalne kadrowe ruchy jakie zwykle odbywają się w klubach w przerwach między rozgrywkami. Ponieważ trener Sa Pinto skutecznie opanował kryzys formy, jaki dopadł legionistów pod niezbyt udolnymi rządami chorwackiego trenera Deana Klafuricia, zaskarbił sobie zaufanie właściciela stołecznego klubu Dariusza Mioduskiego i ustawia teraz zespół wedle swojego uznania.

Bez litości dla zawodzących

Pinto przejął drużynę tuż przed rewanżowym meczem z luksemburskim F91 Dudelange i po nim natychmiast skreślił piłkarzy, którzy go zawiedli. Blisko połowa drużyny, która pojawiła się na boisku w tamtym spotkaniu, dzisiaj wypadła na margines – Arkadiusz Malarz, Michał Pazdan, Chris Philipps, Krzysztof Mączyński i Jose Kante. Malarz został odsunięty od gry w trakcie sezonu, gdy jego pozycję najpierw zajął Radosław Cierzniak, a potem Radosław Majecki. 38-letni golkiper był rozgoryczony degradacją w klubowej hierarchii, bowiem w poprzednich sezonach uznawano go za jednego z najlepszych graczy Legii, ale praw biologii nie zmieni.

Pazdan po słabym meczu z Dudelange dostał szansę w ligowym meczu z Cracovią, gdzie już po 12 minutach zarobił czerwoną kartkę, czym tak poirytował Sa Pinto, że Portugalczyk od tamtej pory wystawił go jedynie w dwóch meczach Pucharu Polski. Pazdan dostał zgodę na odejście z Legii, miał nawet jakieś oferty z powiatowych tureckich klubików, ostatecznie je odrzucił i pojechał na zgrupowanie do Portugalii. Philipps w meczu z Dudelange został zmieniony już po 45 minutach i kolejny raz na boisku pojawił się dopiero po czterech miesiącach, a Mączyński po przyjściu Andre Martinsa został przesunięty do drużyny rezerw.

Z kolei Kante spadł w hierarchii napastników nie tylko za Carlitosa, lecz także Sandro Kulenovicia oraz wracającego do zdrowia Jarosława Niezgody. W Legii nie ma już natomiast Chorwata Eduardo da Silvy, który przeciwko Dudelange wszedł z ławki rezerwowych i nic nie pokazał.

Odstrzał reprezentantów Polski

Wśród 26 zawodników, których zabrał na zgrupowanie w Portugalii, nie znalazł się też Tomasz Jodłowiec, którego wypożyczenie do Piasta Gliwice dobiegło końca i wrócił do „Wojskowych”, z którymi wiąże go jeszcze półtoraroczny kontrakt. To kolejny niedawny reprezentant Polski, którego nie chce w Legii Sa Pinto, a przecież Jodłowiec był podstawowym graczem biało-czerwonych podczas Euro 2016, ale portugalski trener chyba nie ma uprzedzeń, skoro przywrócił do łask pomiatanego wcześniej Artura Jędrzejczyka.

Nowych graczy szuka jednak na razie głównie wśród rodaków, więc jakoś specjalnie nie różni się od innych cudzoziemskich trenerów w Legii. Do sprowadzonego jeszcze latem Aandre Martinsa oraz grającego w warszawskim klubie już wcześniej Cafu, dołączyli niedawno Luis Rocha i Salvador Agra. Niestety, są to piłkarza nieznani i o umiejętnościach póki co nierozpoznanych. Ale portugalska kolonia w Legii liczy już czterech zawodników i niewykluczone, że jeszcze się powiększy.

Zobaczmy jak wygląda wybrana przez Sa Pinto kadra Legii: bramkarze – Radosław Majecki, Radosław Cierzniak, Cezary Miszta; obrońcy: Michał Pazdan, Inaki Astiz, Mateusz Wieteska, Adam Hlousek, Paweł Stolarski, William Remy, Artur Jędrzejczyk, Luis Rocha; pomocnicy – Domagoj Antolić, Michał Kucharczyk, Marko Vesović, Dominik Nagy, Kasper Hamalainen, Andre Martins, Cafu, Miroslav Radović, Sebastian Szymański, Salvador Agra, Mateusz Praszelik, Michał Karbownik; napastnicy – Carlitos, Jarosław Niezgoda, Sandro Kulenović.

Zwycięzcy się nie osądza

Stołeczny klub szuka też wzmocnień wśród polskich piłkarzy. Jak podał katowicki „Sport”, jego działacze zaproponowali Górnikowi Zabrze transakcję wymienną, oferując za 21-letniego Szymona Żurkowskiego czterech „odstrzelonych graczy” (Malarz, Kante, Jodłowiec, Mączyński) oraz pewną kwotę na dokładkę. Szefowie zabrzańskiego klubu jednak tę ofertę odrzucili, chociaż zespołowi grozi spadek i wsparcie czterech doświadczonych graczy byłoby bezcenne, może nawet cenniejsze, niż spodziewane cztery miliony euro z zagranicznego transferu Żurkowskiego.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że polityka transferowa Legii w ostatnich latach to więcej niż loteria. Jak ustalił portal Legionisci.com aż 15 z 26 pozyskanych w ostatnich dwóch latach piłkarzy okazało się nieprzydatnych. Na liście transferowych niewypałów znaleźli się: Daniel Chima Chukwu, Tomasz Necid, Hildeberto, Armando Sadiku, Krzysztof Mączyński, Cristian Pasquato, Eduardo da Silva, Chris Philipps, Mauricio, Vjaczeslavs Kudrjavcevs, Jose Kante, Łukasz Moneta, Vamara Sanogo, Brian Iloski, Mikołaj Kwietniewski. Trenera Sa Pinto trudno teraz krytykować za podejmowane decyzje personalne, bo odkąd przejął drużynę Legia przegrała zaledwie dwa spotkania.

 

Na ratunek Wiśle Kraków

Fot. Niechciany w VfL Wolfsburg Jakub Błaszczykowski zadeklarował, że jest gotów już tej zimy przenieść się do Wisły Kraków

 

 

Wisła Kraków upada po ciężarem zadłużenia, które już przekroczyło kwotę 30 milionów złotych. Mimo to przed sobotnim meczem z Jagiellonią Jakub Błaszczykowski ogłosił, że jest gotów grać wiosną w tym zespole. I to za darmo.

 

Błaszczykowski w miniony piątek odbył spotkanie z zarządem krakowskiego klubu, w trakcie którego zadeklarował, że jest gotów w rundzie wiosennej grać w zespole „Białej Gwiazdy” za darmo. Piłkarz, który jedenaście lat temu odszedł z Wisły do Borussii Dortmund za trzy miliony euro, teraz chce w taki niecodzienny sposób pomóc zadłużonemu po uszy klubowi. 105-krotny reprezentant Polski postawił jednak warunek – kadra zespołu nie może w przerwie zimowej ulec poważnemu osłabieniu. Niestety, ze spełnieniem tego warunku władze Wisły mogą mieć problem. Już w tej chwili klub zalega piłkarzom z wypłatą pięciu miesięcznych pensji, a to oznacza, że każdy z nich może w przerwie zimowej rozwiązać kontrakty z winy pracodawcy.

Fani Wisły podczas meczu z Jagiellonią w niezbyt wybrednych słowach domagali się ustąpienia Marzeny Sarapaty z funkcji prezesa zarządu, którą sprawuje od sierpnia 2016 roku. Władzę przejęła z ramienia Towarzystwa Sportowego „Wisła”, które wtedy przejęło piłkarską spółkę z rąk Jakuba Meresińskiego, który kilka tygodni wcześniej odkupił udziały w klubie od Bogusława Cupiała. Towarzystwo przejęło Wisłę z bagażem kilkunastomilionowego długu, ale potem klub zarobił na transferach Richarda Guzmicsa, Bobana Jovicia, Denisa Popovicia, Petara Brleka, Krzysztofa Mączyńskiego i Carlitosa około 20 mln złotych. Te pieniądze powinny nie tylko rozwiązać problem zadłużenia, ale też ustabilizować finanse „Białej Gwiazdy”. Tymczasem okazuje się, że chociaż Wisła nie płaci swoim piłkarzom od pięciu miesięcy, to jej obecne zadłużenie przekroczyło kwotę 30 mln złotych i wciąż rośnie. Nic dziwnego, że potencjalni nabywcy akcji klubu, gdy tylko dowiadują się jak wygląda faktyczna sytuacja finansowa Wisły, rezygnują z zakupu.

Piłkarzy Wisły nie stać na gest w stylu Błaszczykowskiego, który jest gotów przez rundę wiosenną grać w Wiśle za darmo. Klub już jest im winny 3,5 mln złotych zaległych wynagrodzeń. Trzeba przyznać, że zachowują się z klasą, bo mogliby już dawno odejść, ale umówili się, że dograj do przerwy zimowej i dopiero wtedy podejmą decyzję co do swojej przyszłości. Wiadomo jednak, że jeśli do połowy grudnia władze Wisły im nie zapłacą, w rundzie wiosennej Wisła będzie musiała wystawić do gry juniorów. Klub potrzebuje pilnie blisko 10 mln złotych, żeby dokończyć ten sezon.

 

18. kolejka Lotto Ekstraklasy:

Wyniki piątkowych i sobotnich meczów: Wisła Kraków – Jagiellonia Białystok 2:2, Korona Kielce – Wisła Płock 2:2, Lech Poznań – Śląsk Wrocław 2:0, Pogoń Szczecin – Zagłębie Sosnowiec 1:0, Zagłębie Lubin – Piast Gliwice 2:2.

 

Lotto Ekstraklasa: Dobrze, że chociaż strzelają

Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż jest żenująco niski, ale w 12. kolejce kibice mogli przynajmniej obejrzeć grad goli. W ośmiu spotkaniach zdobyto 29 bramek, co daje średnią ponad trzy trafienia na mecz.

 

Średnią bramkową w minionej kolejce ekstraklasy podbiły głównie dwie kanonady – w Lubinie w meczu Zagłębia z Wisłą Płock i i w Warszawie w starciu Legii z Wisłą Kraków. Padło w tych spotkaniach w sumie 12 bramek, po sześć w każdym. Większy ciężar gatunkowy miał rzecz jasna mecz na Łazienkowskiej, bo „Wojskowi” w przypadku zwycięstwa nad ekipą „Białej Gwiazdy” wskoczyliby na pozycję lidera.

Poziom sportowy tej potyczki był co prawda mizerny, bo w liczbie błędów, niecelnych podań i bezmyślnych zagrań piłkarze obu drużyn pewnie byli lepsi od wszystkich graczy uczestniczących w jednej kolejce Ligi Mistrzów, ale sześć goli i dramaturgia boiskowych wydarzeń trochę te mankamenty liczącej 22 tysiące osób widowni zrekompensowały. Nawet bohater wieczoru, Carlos Lopez „Carlitos”, były wiślak grający teraz w barwach Legii, kilka razy skompromitował się nieudolnymi zagraniami i strzałami na bramkę byłych kolegów. Ostatecznie można mu te kiksy wybaczyć, bo Hiszpan jednak dwukrotnie trafił do siatki rywali, a drugim golem, strzelonym w ostatnich niemal sekundach spotkania na 3:3, którym uratował legionistom punkt, być może w końcu zaskarbił sobie sympatię stołecznej publiki.

Przebieg tej potyczki będzie pewnie jeszcze długo rozpamiętywany w szatniach obu drużyn i w rozmowach między fanami. Legia do przerwy prowadziła 2:0 po golach Węgra Dominika Nogy’a oraz wspomnianego Carlitosa, a po wznowieniu gry aż do 57 minuty nic nie zapowiadało zmiany tego wyniku, chyba że na korzyść gospodarzy. Wtedy zaczęło się jednak trwające pięć minut „zaćmienie Legii”, w trakcie którego wiślacy strzelili trzy gole. Gdyby dowieźli taki wynik do ostatniego gwizdka sędziego, byłoby to wielce dla legionistów niesprawiedliwe rozstrzygnięcie, dlatego dobrze, że Carlitos doprowadził do remisu.
Legia liderem w tej kolejce nie została, ale już w piątek 26 października stanie przed kolejną szansą powrotu na tron, bo tego dnia zagra na wyjeździe z Jagiellonią. Dla legionistów będzie to kolejna próba charakteru, bo w Białymstoku pokonanie Legii jest celem niemal równie ważnym jak zdobycie mistrzostwa.

Tymczasem na dnie ligowej tabeli osiadł nieoczekiwanie Górnik Zabrze. Masowa letnia wyprzedaż wychodzi tej drużynie bokiem i całkiem niewykluczone, że zapłaci za nią dymisją trener Marcin Brosz, który wciąż konsekwentnie stawia na młodych polskich piłkarzy. W meczu z Cracovią w wyjściowej jedenastce zagrało ich ośmiu, zaś w zespole rywali dla odmiany tylko trzech. Dlatego szkoda, że Górnik przegrał.

 

Ekstra jest kasa, nie klasa

Ciekawe, czy po wtorkowej kompromitacji Legii Warszawa w meczu II rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava szefowie PKO BP nadal uważają, że zrobili dobry interes podpisując umowę sponsorską z Ekstraklasą SA.

 

Zapowiada się kolejna klęska polskich zespołów klubowych w europejskich pucharach i tym razem nie zdoła jej przykryć propagandowym całunem nawet PZPN, bo po mundialowej klęsce drużyny Adama Nawałki sam musi teraz fastrygować swój zszargany wizerunek. Wybór Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera biało-czerwonych wbrew oczekiwaniom nie okazał się czynnikiem osłabiającym niezadowolenie kibiców. Tylko wygrana lub ostatecznie remis z Włochami w pierwszym meczu Ligi Narodów może poprawić nastroje.

Całkiem niewykluczone, że to w sumie niezbyt istotne spotkanie może nabrać znaczenia, jeśli po trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy w europejskich pucharach nie będzie już ani jednej polskiej drużyny. Z naszego kwartetu w tej fazie kwalifikacji na pewno wystąpi Legia Warszawa, ale dla mistrzów Polski to żaden powód do chwały, tylko konsekwencja odpadnięcia w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. A po pierwszym meczu ze Spartakiem Trnava, przegranym przez legionistów na własnym stadionie 0:2, chyba nikt już nie zakłada, że w rewanżu stołeczny zespół zdoła odrobić te straty i awansować do kolejnej rundy.

 

Infekcja albo trenerskie błędy

Ostatnie półtora roku w polskim futbolu trudno uznać za pasmo sukcesów. W czerwcu 2017 roku w rozgrywanych w naszym kraju młodzieżowych mistrzostwach Europy skompromitowała się reprezentacja do lat 21. Po niej w lipcu i sierpniu to samo zrobiły nasze zespoły klubowe w kwalifikacjach europejskich pucharów. To wszystko poszło jednak na bok, bo kibice cieszyli się awansem reprezentacji na mundial w Rosji. W tym roku sytuacja się jednak powtórzyła, tylko że zamiast klęski kadry U-21 w czerwcu przeżyliśmy klęskę pierwszej reprezentacji. Zabolała na tyle mocno, że teraz każda dotknięcie niezagojonej jeszcze rany doprowadza nas do szału.

Po wtorkowym meczu nie ma żadnych podstaw do optymizmu. Słowacki zespół był po prostu wyraźnie lepszy i mógł zdobyć więcej bramek, na szczęście bramkarzowi Legii Arkadiuszowi Malarzowi rzekoma infekcja wirusowa, która zdaniem trenera Deana Klafuricia dopadła jego piłkarzy w przeddzień meczu, nie osłabiła refleksu. Co miał wpuścić, to wpuścił, bo przy obu straconych golach nie miał żadnych szans na udaną interwencję, lecz w kilku sytuacja podbramkowych spisał się bez zarzutu. Niestety, nie da się tego powiedzieć o jego kolegach z pola.

Im być może owa „infekcja” faktycznie spętała nogi, bo na tle graczy słowackiej drużyny, z których znaczna część nie poradziła sobie wcześniej w naszych klubowych zespołach (w tym obaj strzelcy goli dla Spartaka), legioniści wyglądali jak nowicjusze, którzy nie wiedzą jak mają grać. A to już jest działka trenera i wygląda na to, że Klafurić wyleci z Legii już po rewanżowym meczu w Trnavie. No, chyba że go wygra 3:0, ale to nie jest możliwe do wykonania.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, co takiego powoduje, że już drugi sezon z rzędu Legia rozpoczyna w tak fatalnym stylu. Najbogatszy i przez to najsilniejszy polski zespół klubowy w letnim oknie transferowym ściągnął z Wisły Kraków Carlitosa, króla strzelców ekstraklasy w poprzednim sezonie. Na razie Hiszpan na Łazienkowskiej nie zachwyca, co oznacza, że podczas wakacji mocno się zaniedbał. Wróci zapewne do dawnej formy gdzieś na przełomie sierpnia i września, tylko że jego nie ściągnięto na Łazienkowską żeby strzelał gole tylko w Lotto Ekstraklasie. Miał pomóc Legii w europejskich pucharach, nikt jednak nie zapytał hiszpańskiego piłkarza, jakie są jego sportowe cele.

A co jeśli szczytem aspiracji Carlitosa jest tylko gra w naszej ekstraklasie? Miał oferty z drugoligowych klubów hiszpańskich, ale je odrzucił. Nie oferowały mu większych zarobków niż ma w Legii, a skoro tak, to lepiej grać w niezbyt wymagającej polskiej ekstraklasie i być w niej gwiazdą, niż pałętać się na oczach rodaków na zapleczu Primera Division.

 

Pieniądze to nie wszystko

Co jest przyczyną kiepskich wyników naszych klubowych zespołów, trafnie zdiagnozował serbski piłkarz Legii Miroslav Radović. „Naszym największym problemem jest brak zgrania. W zeszłym roku też mieliśmy problem, ponieważ późno zostały zrobione transfery i może to było przyczyną porażek. W tym sezonie było z tym lepiej, bo transfery dokonane zostały we właściwym czasie. Rzecz w tym, że w Legii co sezon dochodzi do wymiany siedmiu-ośmiu graczy z podstawowego składu. Mam na to inny przykład – Victorii Pilzno. Ten klub ma budżet 2-3 razy mniejszy od Legii, ale praktycznie ci sami piłkarze grają tam od pięciu lat. A u nas już niewielu zawodników z obecnego składu pamięta występ w Lidze Mistrzów. Za porażkę ze Spartakiem zasłużyliśmy na surową krytykę. Mimo wszystko nawet w myślach nie rozważam, że w rewanżu ich nie wyeliminujemy. Latem solidnie trenowaliśmy i jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu. Może z taktyka jest coś nie tak, ale to są rzeczy stosunkowo łatwe do poprawienia” – przekonywał Radović.

Problemy klubów nie są na szczęście problemami kibiców. Fani przy braku wyników po prostu przestają chodzić na mecze.

 

Duet snajperów w Legii Warszawa

Latem do kadry Legii dołączyło dwóch czołowych napastników w poprzednim sezonie – Carlitos z Wisły Kraków i Jose Kante w Wisły Płock. W stołecznym klubie mają stworzyć zabójczy duet łowców goli.

 

Carlitos w poprzednim sezonie strzelił 24 gole i został królem strzelców ekstraklasy. Jose Kante zdobył tylko dziewięć bramek, ale i tak był najskuteczniejszym strzelcem Wisły Płock. W Legii liczą, że ci dwaj piłkarze stworzą zabójczy duet napastników. Obaj dobrze się znają, są dobrymi kolegami, a między sobą porozumiewają się po hiszpańsku, go Kante choć pochodzi z Gwinei, ma hiszpańskie korzenie. „Carlitos jest moim dobrym kumplem i mogę zapewnić, że na boisku nie będziemy sobie przeszkadzać pod bramką przeciwników, tylko współpracować. Koledzy nie rywalizują ze sobą, tylko sobie pomagają” – deklaruje Kante. Wszystko wskazuje na to, że obaj znajdą się w wyjściowym składzie Legii, która od nowego sezonu ma grać w systemie 3-5-2.

 

Król strzelców w Legii

Napastnik Wisły Kraków Carlitos, czyli Carlos Daniel Lopez Huesca, król strzelców naszej piłkarskiej ekstraklasy w minionym sezonie, przeszedł do Legii Warszawa. Mistrzowie Polski zapłacili za niego około czterech milionów złotych.

 

Legia interesowała się Carlitosem już od dłuższego czasu, ale króla strzelców i najlepszego gracza Lotto Ekstraklasy chce też pozyskać Lech Poznań. Hiszpan liczył na transfer do któregoś z klubów w ojczystym kraju, ale nie doczekał się żadnej oferty. W drugiej lidze grać nie chciał, nie skusiły go też mało konkretne oferty z chorwackiego Dinama Zagrzeb i greckiego AEK Ateny. 28-letni Carlitos decydując się na dalszą grę w polskiej lidze wybrał ostatecznie ofertę występów w najlepszym klubie Lotto Ekstraklasy w poprzednim sezonie, w którym Hiszpan zdobył w barwach Wisły tytuł króla strzelców. W 36 meczach Carlitos zdobył 24 bramki i zaliczył 7 asyst. Krakowski klub zagwarantował sobie też jedną trzecią kwoty z jego kolejnego transferu.