Liga Mistrzów UEFA 2021/22: Polskich piłkarzy jak na lekarstwo

W miniony czwartek dokonano losowania grup nowej edycji piłkarskiej Ligi Mistrzów. Los (ślepy?) tym razem nie oszczędził europejskich potentatów i wielu z nich skazał na walkę między sobą już w fazie grupowej, np. Manchester City z Paris Saint-Germain w grupie A czy Bayern Monachium z FC Barcelona w grupie E.

Z tego też powodu rozgrywki w fazie grupowej Ligi Mistrzów w sezonie 2021/22 zapowiadają się na nadzwyczaj ekscytujące. Potyczki Manchesteru City z Paris Saint-Germain czy Bayernu Monachium z „Dumą Katalonii” nie będą jedynymi starciami futbolowych potęg w pierwszej części najbardziej prestiżowego z europejskich pucharów. Emocji z pewnością nie zabraknie też w starciach broniącej trofeum Chelsea Londyn z Juventusem w grupie H, zaś w grupie F dojdzie do powtórki finału Ligi Europy z poprzedniej edycji, czyli potyczek Villarrealu z Manchesterem United. Ale istną „grupę śmierci” UEFA stworzyła w wrzucając do grupy B zespoły Atletico Madryt, Liverpoolu, AC Milan i FC Porto.
Przywilej rozstawienia w losowaniu mieli triumfatorzy Ligi Mistrzów (Chelsea Londyn) i Ligi Europy (Villarreal CF), a ponadto mistrzowie sześciu najlepszych lig: Bayern Monachium (mistrz Niemiec), Manchester City (mistrz Anglii), Atletico Madryt (mistrz Hiszpanii), Inter Mediolan (mistrz Włoch), Sporting Lizbona (mistrz Portugalii) oraz Lille OSC (mistrz Francji). Do jednej grupy nie mogły trafić drużyny z tej samej federacji, ze względów politycznych wykluczono również pary rosyjsko-ukraińskie.
W tej edycji Champions League znów niestety nie wystąpi zespół mistrza Polski, bowiem Legia Warszawa odpadła w III rundzie kwalifikacji z Dinamem Zagrzeb (1:1 na wyjeździe i 0:1 u siebie). Po raz ostatni w fazie grupowej tych elitarnych rozgrywek polski zespół, a była to Legia, zagrał w sezonie 2016/2017. Legioniści rywalizowali wówczas w grupie z Realem Madryt, Borussią Dortmund i Sportingiem Lizbona, zajmując trzecie miejsce.
W sezonie 2021/22 w Lidze Mistrzów polski futbol reprezentować będzie więc garstka graczy: Robert Lewandowski w barwach Bayernu Monachium w grupie E stanie oko w oko z kolegą z reprezentacji Tomaszem Kędziorą, który jest jednym z filarów linii defensywnej mistrza Ukrainy Dynama Kijów. Pewny występów może też być w bramce Juventusu Turyn Wojciech Szczęsny. Niewielkie szanse na regularne występy w zespole RB Salzburg w meczach grupy G będzie miał 20-letni Kamil Piątkowski, który dopiero latem dołączył do ekipy mistrza Austrii i na razie dopiero walczy o miejsce w podstawowym składzie. Szans na występy w barwach VfL Wolfsburg nie ma leczący zerwane więzadła napastnik Bartosz Białek. Znów zatem przyjdzie nam trzymać kciuki za Lewandowskiego, żeby swoimi strzeleckimi dokonaniami reklamował polskie piłkarstwo. Niewykluczone, że może to być też wielki sezon w wykonaniu Szczęsnego, bo obecna drużyna Juventusu już nie onieśmiela rywali, zatem polski bramkarz może mieć dużo pracy nie tylko w meczach z Chelsea, ale także dwoma pozostałymi przeciwnikami w grupie H – Zenitem Petersburg i Malmoe FF.
Rozgrywki fazy grupowej obecnej edycji Ligi Mistrzów rozpoczną się 14 września, a zakończą 8 grudnia. Z każdej grupy do 1/8 finału awansują po dwie najlepsze drużyny. Ekipy z trzecich miejsc przejdą do Ligi Europy i wezmą udział w spotkaniach 1/16 finału. Mecze 1/8 finału zostaną rozegrane w okresie od 15 lutego do 16 marca. Spotkania ćwierćfinałowe odbędą się 5 i 6 kwietnia oraz 12-i 13 kwietnia, a półfinałowe 26 o 27 kwietnia oraz 3 i 4 maja. Wielki finał Champions League 2021/22 UEFA zaplanowała na 28 maja przyszłego roku na Stadionie Krestowskim w Petesburgu. Zwycięzca rozgrywek automatycznie zakwalifikuje się do fazy grupowej Ligi Mistrzów w kolejnej edycji, a także zdobędzie prawo do gry ze zwycięzcą Ligi Europy UEFA o Superpuchar Europy w 2022 roku, a także będzie reprezentował Europę w Klubowych Mistrzostwach Świata.

Liga Mistrzów 2021/22:
Grupa A: Manchester City, Paris Saint-Germain, RB Lipsk;Club Brugge
Grupa B: Atletico Madryt, FC Liverpool, FC Porto, AC Milan;
Grupa C: Sporting Lizbona, Borussia Dortmund, Ajax Amsterdam, Besiktas Stambuł;
Grupa D: Inter Mediolan, Real Madryt, Szachtar Donieck, Sheriff Tyraspol;
Grupa E: Bayern Monachium, FC Barcelona,
Benfica Lizbona, Dynamo Kijów;
Grupa F: Villarreal CF, Manchester United, Atalanta Bergamo, Young Boys Berno;
Grupa G: OSC Lille, FC Sevilla, RB Salzburg,
VfL Wolfsburg;)
Grupa H: Chelsea Londyn, Juventus Turyn, Zenit Petersburg, Malmoe FF.

Romelu Lukaku wart jest fortunę

Podczas letniego okienka transferowego potwierdzono dwa transfery powyżej 100 mln euro – Anglika Jacka Grealisha do Manchesteru City oraz Belga Romelu Lukaku do Chelsea, który dzięki temu został najdroższym piłkarzem w historii.

Wiadomo, że transferowym rekordzistą jest Brazylijczyk Neymar, który przeszedł z Barcelony do Paris Saint-Germain za 222 mln euro, ale pod względem łącznej wartości wszystkich transferów w trakcie kariery nie on już jest rekordzistą, chociaż dokonane przez niego zmiany barw klubowych kosztowały w sumie już ponad 310 mln euro. Po transferze z Interu Mediolan do Chelsea Londyn numerem 1 pod tym względem jest Lukaku. Wszystkie transfery 28-letniego napastnika po zsumowaniu dają kwotę 328 mln euro. Trzeci w tym zestawieniu Cristiano Ronaldo kosztowały łącznie 230 mln euro.
Ale w na tegorocznej liście letnich transferów Lukaku z kwotą 115 mln euro zajmuje druga lokatę za reprezentantem Anglii Jackiem Gralishem, za którego „The Citizens” zapłacili Aston Villi 117,5 mln euro. Reprezentant Belgii to najdroższy transfer do Chelsea w historii klubu. W londyńskim zespole rocznie będzie zarabiał 12 mln euro.

Liga Mistrzów UEFA: Klęska Obywateli w angielskim finale

W minioną sobotę Estadio do Dragao w Porto po raz drugi z rzędu był areną decydującej potyczki o najważniejsze trofeum w europejskiej piłce klubowej. Rok temu po puchar sięgnął Bayern Monachium, a w tegorocznej edycji z udziałem dwóch angielskich zespołów Chelsea Londyn pokonała 1:0 Manchester City.

Chelsea Londyn i Manchester City to angielskie futbolowe potęgi zbudowane za gigantyczne pieniądze wpompowane do tych klubów przez cudzoziemskich właścicieli. Do kasy „The Blues” od 2003 roku setki milionów funtów pakuje rosyjski oligarcha Roman Abramowicz, a do „The Citizens” od 2009 roku szejk Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Swoja hojnością nie kupili jednak sympatii kibiców nawet na Wyspach Brytyjskich. Kiedy w 2018 roku angielski dziennik „Mirror” przeprowadził wśród swoich czytelników ankietę, na podstawie której stworzył ranking najbardziej znienawidzonych drużyn w Premier League, na czele zestawienia znalazła się Chelsea. Za co? Głównie za nieustannie płynący na klubowe konto strumień pieniędzy rosyjskiego miliardera.
Abramowicz został właścicielem Chelsea w 2003 roku i chciał sukcesów natychmiast i z miejsca zainwestował w klub wielkie pieniądze. Nakłady przyniosły natychmiastowy efekt, bo już sezon 2003/2004 ekipa „The Blues” zakończyła na drugim miejscu w Premier League, ale w dwóch kolejnych sezonach sięgała po mistrzowskie tytuły. Do dzisiaj w trwającej już 18 lat erze rządów Abramowicza piłkarze Chelsea wygrali rozgrywki w angielskiej ekstraklasie pięć razy, tyle samo razy zdobyli FA Cup, trzykrotnie triumfowali w Pucharze Ligi i dwa razu zdobywali Tarczę Wspólnoty. W sezonie 2007/2008 dotarli do finału Ligi Mistrzów, lecz przegrali walkę o puchar z Manchesterem United po konkursie rzutów karnych. W kluczowych momentach najpierw spudłował John Terry, a później golkiper „Czerwonych Diabłów” Edwin van der Sar obronił strzał Nicolasa Anelki. Na kolejną szansę londyński zespół musiał czekać do sezonu 2011/2012 roku. W tej edycji rozgrywek zespół „The Blues” wreszcie spełnił marzenie rosyjskiego właściciela i wygrał Ligę Mistrzów, dokładając do tego triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata. A rok później triumfował w Lidze Europy, powtarzając ten sukces w sezonie 2018/2019. Te wyczyny drażniły kibiców innych drużyn, bo przed pojawieniem się rosyjskiego oligarchy Chelsea mistrzem Anglii była tylko raz, a na europejskiej arenie dwukrotnie sięgała po nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów i raz po
Superpuchar UEFA.
Najbardziej jednak drażniła niebywała rozrzutność Abramowicza na rynku transferowym. Rosjanin nie żałował pieniędzy i kupował najlepszych zawodników, a gdy pojawiał się jakiś opór przed transferem, po prostu przepłacał. Dzięki temu wiele angielskich klubów dużo zarobiło, ale kibicom taki nierówny układ sił nie przypadł do gustu i tak z roku na rok ich niechęć do Chelsea rosła.
Abramowicz był pierwszym krezusem szastającym funtami w angielskim futbolu i na niego spadło odium niechęci, ale za jego plecami na salony Premier League wkroczyli następni inwestorzy zagraniczni. Petrodolary szejka Mansoura już nie wzbudziły takich emocji, lecz mimo to „The Citizens” w wyżej wspomnianym rankingu nienawiści ustalonym przez dziennik „Mirror” uplasowali się na drugiej pozycji. Manchester City pod rządami arabskiego konsorcjum Abu Dhabi United Group Investment również wywalczył pięciu mistrzowskich tytułów w Premier League, ale na europejskiej arenie „The Citizens” nie zdobyli jeszcze żadnego trofeum. W sobotę 29 maja 2021 roku zespół pod wodzą Pepa Guardioli miał na stadionie w Porto wreszcie osiągnąć tak wyczekiwany przez szejka Mansura sukces.
Futbolowi eksperci w finałowym starciu więcej szans dawali aktualnym mistrzom Anglii, którzy pod wodzą hiszpańskiego szkoleniowca przez cały sezon prezentowali wysoką formę i grali widowiskowy futbol. W przeciwieństwie do drużyny Chelsea, która wpadła w potężny kryzys, z którego dopiero w tym roku wydobył ją niemiecki trener Thomas Tuchel. Ale w Lidze Mistrzów zespół dzieło zaczął pod wodzą Lamparda, a zakończył z Tuchelem na trenerskiej ławce.
Tak na marginesie, to Tuchel jest trzecim niemieckim trenerem z rzędu, który wygrał ze swoim zespołem Ligę Mistrzów. w Poprzednim roku sztuki tej dokonał z Bayernem Monachium Hansi Flick, a dwa lata temu z Liverpoolem zwyciężył Juergen Klopp. 48-letni Tuchel na szersze wody wypłynął w 2015 roku przechodząc z FC Mainz do Borussii Dortmund. W poprzednim sezonie doprowadził Paris Saint-Germain do finału Ligi Mistrzów, lecz przegrał w nim z Bayernem. Katarscy właściciel paryskiego klubu uznali to za niewybaczalną porażkę i w grudniu niemal tuż przed świętami podziękowali mu za dalsza pracę. Dzisiaj pewnie plują sobie w brodę, bo Tuchel w krótkim czasie przemienił niemrawą drużynę Chelsea w sprawną maszynę do wygrywania.
Co ciekawe, zwycięski zespół ukształtował się trochę pod przymusem, bo w lutym 2019 roku UEFA nałożyła na Chelsea zakaz transferowy za nielegalne pozyskiwanie młodzieży do klubowej akademii. Miał obowiązywać przez dwa tzw. okienka transferowe, ale chociaż ostatecznie został skrócony do jednego, to władze londyńskiego klubu nie dokonywały żadnych transferów przez rok i Frank Lampard musiał sięgnąć po wychowanków. I tak w kadrze zespołu pojawili się Tammy Abraham, Billy Gilmour, Callum Hudson-Odoi, Reece James, a przede wszystkim Mason Mount. I ta pokoleniowa zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Największą piłkarską perłą okazał się 22-letni Mount. To po jego genialnym podaniu na czystą pozycję strzelecką w meczu z Manchesterem City wyszedł Kai Havertz i trochę szczęśliwie, ale pokonał bramkarza „The Citizens” Edersona Moraesa. Dzięki zwycięstwu drużyna „The Blues” zostanie rozstawiona w losowaniu fazy grupowej nowej edycji Ligi Mistrzów. Manchester City także znajdzie się w pierwszym koszyku jako mistrz Anglii. Tylko co to za splendor dla szejków z Abu Zabi, którzy utopili angielskim klubie już 2,6 mld funtów i wciąż pozostają bez najważniejszego trofeum w europejskim futbolu klubowym. Szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan, jeden z dziewiętnastu synów założyciela Zjednoczonych Emiratów Arabskich, znów będzie świecił oczami na rodzinnych przyjęciach. W poprzednich edycjach Champions League „The Citizens” przegrywali ze znacznie biedniejszymi rywalami – Olympique Lyon, Tottenhamem, AS Monaco czy Ajaksem Amsterdam. W tym roku byli bardzo blisko, ale nie dali rady. Warto w tym miejscu przypomnieć, że swój pierwszy i jedyny jak dotąd triumf w europejskich pucharach „Obywatele” odnieśli w sezonie 1969/1970 pokonując w finale Pucharu Zdobywców Pucharów
Górnika Zabrze 2:1.

Chelsea bez pucharu Anglii

Chelsea Londyn jest finalistą tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, ale podobnie jak zespół Leicester City, w lidze została jej już tylko walka o trzecią i czwartą lokatę. I te dwa zespoły w sobotę stanęły do walki o Puchar Anglii.

W rozgrywkach Pucharu Anglii zdecydowanie lepsze osiągnięcia ma zespół Chelsea, który triumfował w nich już ośmiokrotnie (1970, 1997, 2000, 2007, 2009, 2010, 2012, 2018). Ekipa Leicester City nigdy wcześniej nie zdobyła pucharu, a do finału tych zmagań dotarła po raz pierwszy od 1969 roku. W sobotnim starciu piłkarze obu drużyn wykazywali się jednak taką samą chęcią zdobycia tego trofeum. Spotkanie odbyło się na stadionie Wembley z udziałem kibiców, których na trybunach pojawiło się około 20 tysięcy. Fanom obu zespołów nie przeszkadzała intensywna ulewa i chociaż stadion był zapełniony ledwie w jednej czwartej, to piłkarzom do ostatniej sekundy spotkania towarzyszył głośny doping kibiców. Zespół Leicester prowadzony przez trenera Brendana Rodgersa okazał się minimalnie lepszy i pokonał „The Blues” 1:0 po fantastycznym golu strzelonym w 63. minucie. Sędziowie długo sprawdzali, czy wcześniej nie doszło do zagrania piłki ręka, ale analiza zapisu VAR nie dostarczyła dowodów na przekroczenia przepisów.
Gracze Leicester nie poszli za ciosem i nawet nie próbowali zdobyć kolejnych bramek, tylko cofnęli się do obrony i postanowili do utraty tchu bronić jednobramkowego prowadzenia. Zespół Chelsea na odwrót – rzucił się do desperackich ataków, ale duński bramkarz ekipy „Lisów”, Kasper Schmeichel, pewnie bronił strzały rywali. W ostatnich minutach graczom Chelsea udało się nawet doprowadzić do wyrównania, gdy piłka znalazła się w siatce Leicester po samobójczym trafieniu Wesa Morgana. Ku rozpaczy ekipy Chelsea sędziowie VAR anulowali bramkę twierdząc, że wcześniej Ben Chilwell startując do podania z głębi pola znalazł się na spalonym. Ostatecznie mecz skończył się historyczną wygraną Leicester 1:0. To był piąty występ ekipy „Lisów” w finale FA Cup, pierwszy od 52 lat i pierwszy wygrany.

Liga Mistrzów UEFA: Przeniosą finał ze Stambułu do Anglii?

Awans dwóch angielskich zespołów do finału Ligi Mistrzów podważył sens rozgrywania decydującego meczu w Stambule. Z powodu gwałtownego wzrostu liczby zakażeń w Turcji brytyjski minister transportu Grant Shapps zaproponował UEFA przeniesienie finałowego spotkania na jeden z angielskich stadionów.

O zmianie organizatora finału Ligi Mistrzów mówi się coraz głośniej także dlatego, że rząd turecki na wzrost liczby zakażeń (ponad 60 tysięcy dziennie) zareagował wprowadzeniem całkowitego lockdownu. Dzięki temu liczba zakażeń spadła do poziomu 20-30 tysięcy dziennie, ale i tak brytyjski rząd umieścił Turcję na czerwonej liście krajów ze złą sytuacją epidemiczną. Po powrocie z nich trzeba w Wielkiej Brytanii przejść obowiązkową kwarantannę. Nie byliby z niej zwolnienia nawet piłkarze, a przecież tuż po finale Ligi Mistrzów spora grupa graczy Manchesteru City i Chelsea Londyn musi się udać na zgrupowania reprezentacji narodowych szykujących się do startu w Euro 2021 i Copa America. Mówi się zatem, że coraz bardziej możliwe będzie przeniesienie finału ze Stambułu w nowe miejsce. Jakie? Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłby jeden ze stadionów w Wielkiej Brytanii.
Tamtejsze media przekonują, że działacze UEFA już po cichu pracują nad zmianą lokalizacji tegorocznego finału Ligi Mistrzów. Gotowość do organizacji spotkania potwierdził brytyjski minister transportu, Grant Shapps. „Ostateczna decyzja w tej sprawie należy do UEFA, ale skoro w finale zagrają dwie angielskie drużyny, to decyzja federacji w tej kwestii wydaje się oczywista” – stwierdził polityk. Działacze UEFA mają więc spory kłopot, bo lockdown w Turcji oznacza, że kibice i dziennikarze musieliby odbyć po przybyciu do Stambułu 10-dniową kwarantannę, co może być dla większości fanów obu angielskich zespołów trudnym do spełnienia wymogiem.
Procedura zmiany gospodarza finału Ligi Mistrzów w związku z epidemią koronawirusa nie jest aż taka nierealna. Przecież UEFA nie tak dawno odebrała Bilbao i Dublinowi organizację meczów Euro 2021 właśnie dlatego, że władze Hiszpanii i Irlandii nie chciały się zgodzić na rozgrywanie meczów w tych miastach z udziałem kibiców. Finał obecnej edycji Ligi Mistrzów ma się odbyć 29 maja.

Liga Mistrzów UEFA: Angielski finał w Stambule

Czeka nas angielski finał obecnej edycji Champions League, już trzeci w historii tych elitarnych rozgrywek. 29 maja na stadionie w Stambule zmierzą się zespoły Manchesteru City i Chelsea Londyn. „The Citizens” w półfinale wyeliminowali Paris Saint-Germain (2:1 i 2:0), a „The Blues” okazali się lepsi od Realu Madryt (1:1 i 2:0).

Przedsmak tegorocznego finału Champions League fani obu zespołów będą mieli już w niedzielę 8 maja. Tego dnia na na swoim stadionie Manchester City zmierzy się w 35. kolejce Premier League z Chelsea Londyn. Dużyna „The Citizens” prowadzi w angielskiej ekstraklasie z dorobkiem 80 punktów i przewagą 13 „oczek” nad drugim w tabeli Manchesterem United, który ma jednak jeden zaległy mecz do rozegrania i tylko dlatego nie można jeszcze ogłosić ekipy prowadzonej przez Pepa Guardiolę nowym mistrzem Anglii. Ale to tylko kwestia czasu, wręcz czysta formalność i niewykluczone, że już w najbliższą niedzielę „Obywatele” w spotkaniu z Chelsea przyklepią tytuł, co oznacza, że tym samym zagwarantują sobie też start w nowej edycji Ligi Mistrzów. Zespół trenera Thomasa Tuchela takiego komfortu nie ma, bo w tabeli Premier League jest na czwartej pozycji, ostatniej z premiowanych awansem do fazy grupowej Champions League. Sęk w tym, że „The Blues” mają za plecami waleczny w tym sezonie zespół West Hamu United (z Łukaszem Fabiańskim w bramce), który zajmuje piątą lokatę i traci do Chelsea tylko trzy punkty. Ale mimo wszystko dla londyńskiego zespołu pewniejszą opcją zakwalifikowania się do nowej edycji Ligi Mistrzów jest zajęcie czwartego miejsca w Premier League, niż w roli obrońcy trofeum, bo liczenie na zwycięstwo w potyczce z Manchesterem City w Stambule to w tej chwili czysta loteria. A 29 maja będziemy świadkami trzeciego w historii Champions League całkowicie angielskiego finału tych rozgrywek. Co ciekawe, Chelsea Londyn znajdzie się w takiej sytuacji już po raz drugi. Za pierwszym razem w sezonie 2007/2008 „The Blues” przegrali po rzutach karnych z Manchesterem United. Drugi angielski finał miał miejsce w sezonie 2018/2019. Wygrał go FC Liverpool pokonując Tottenham Hotspur 2:0.
Zasilany od ponad dekady petrodolarami szejków ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich Manchester City w wielkim finale Ligi Mistrzów zagra po raz pierwszy. W półfinale ekipa prowadzona przez Pepa Guardiolę, który ma już na koncie dwa triumfy w Lidze Mistrzów jako szkoleniowiec FC Barcelona. Co ciekawe, oba odniósł pokonując w finale Manchester United – w sezonie 208/2009 2:0, a w sezonie 2010/2011 3:1.
W tegorocznej edycji „Obywatele” w półfinale wyeliminowali naszpikowany z kolei katarskimi petrodolarami Paris Saint-Germain, rozwiewając chyba definitywnie francuskie marzenia o potędze, bo wygląda na to, że zniechęceni drugim z rzędu niepowodzeniem (przed rokiem PSG w finale uległo Bayernowi Monachium 0:1) paryski klub opuszczą dwaj najdrożsi obecnie piłkarze na świecie – Brazylijczyk Neymar i Francuz Kylian Mbappe. Warto też wspomnieć, że Manchester City w finale europejskich pucharów zagra dopiero po raz drugi w historii, a ten pierwszy raz ma mocny polski akcent, bo w sezonie 1969/1970 „Obywatele” zmierzyli się z Górnikiem Zabrze w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów i po wyrównanym meczu wygrali 2:1.
Guardiola prowadzi ekipę Manchesteru City od lipca 2016 roku. W tym sezonie ma wreszcie szansę spełnić marzenia arabskich właścicieli klubu i wygrać Ligę Mistrzów. Ale należąca do rosyjskiego miliardera Romana Abramowicza Chelsea Londyn wcale nie stoi na straconej pozycji. Ekipa „The Citizens” w fazie grupowej wygrała pięć meczów i jeden zremisowała, z bnilansem bramkowym 13:1, a potem w fazie play off kolejno wygrywała z Borussią Moenchengladbach (2:0 i 2:0), Borussią Dortmund (2:1 i 2:1) i Paris Saint-Germain (2:1 i 2:0). Ale dorobek Chelsea w tej edycji też budzi podziw. Zespół prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela (nawiasem mówiąc wyrzuconego po poprzednim sezonie z Paris Saint-Germain) także przeszli przez fazę grupową bez porażki (cztery zwycięstwa, dwa remisy, bramki 14:2), a potem kolejno: w 1/8 finału wyeliminowali Atletico Madryt (1:0 i 2:0), w ćwierćfinale FC Porto (2:0 i 1:0), a w półfinale Real Madryt (1:1 i 2:0). Jak widać bilans dokonań ekip „The Blues” i „The Citizens” jest podobny, zatem przed finałem Ligi Mistrzów trzeba przyznać obu drużynom po 50 procent szans na zwycięstwo.

Tuchel już szuka pracy

Szefowie Paris Saint-Germain zwolnili trener Thomasa Tuchel w wigilię świąt, ale niemiecki szkoleniowiec nie wyjechał z Paryża z pustymi rękami. Na otarcie łez otrzymał sowitą odprawę i wolną rękę w szukaniu nowej pracy.

Tuchel prowadził paryski zespół przez dwa i pół roku, a jego wygasający z końcem czerwca przyszłego roku kontrakt gwarantował mu roczne zarobki na poziomie 7,5 mln euro plus premie, ale 47-letni niemiecki trener zgodził się na rozwiązanie umowy z paryskim klubem za porozumieniem stron, otrzymując na odchodne 6 mln euro netto odprawy. Pewnie mógłby z katarskich właścicieli PSG wycisnąć więcej, lecz zyskał możliwość podjęcia pracę w innym zespole już od nowego roku.
Angielskie media spekulują, że Tuchel może już w styczniu zastąpić w Chelsea Londyn Franka Lamparda, którego pozycja w należącym do rosyjskiego miliardera Romana Abramowicza klubie mocno ostatnio osłabła. Powodem są nie tylko słabsze wyniki zespołu „The Blues”, ale też nie najlepsze relacje angielskiego trenera z pozyskanymi w tym sezonie piłkarzami reprezentacji Niemiec – Timo Wernerem, Kaiem Havertzem i Antonio Ruedigerem.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).

Mocni rywale Bayernu

W miniony czwartek UEFA zatwierdziła wymuszone przez pandemię zmiany w europejskich pucharach. A w piątek dokonano losowania par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów. Bayern Monachium, jeśli przejdzie Chelsea Londyn, w tej fazie rozgrywek trafi prawdopodobnie na Barcelonę.

UEFA podjęła decyzję, że rewanżowe mecze 1/8 finału obecnej edycji Ligi Mistrzów, które nie mogły odbyć się w terminie z powodu pandemii, zostaną rozegrane na stadionach klubów, które miały być gospodarzami rewanżów. Czwartkowa decyzja UEFA dotyczy czterech meczów: Bayern Monachium – Chelsea (w Londynie było 3:0 dla Bayernu), FC Barcelona – SSC Napoli (w Neapolu padł remis 1:1), Manchester City – Real Madryt (w stolicy Hiszpanii „The Citizens” wygrali 2:1) oraz Juventus Turyn – Olympique Lyon (w Lyonie francuski zespół zwyciężył 1:0).
W Lidze Europy nie udało się przed zawieszeniem rozgrywek rozegrać żadnego spotkania rewanżowego, a w dwóch przypadkach nie udało się nawet zorganizować pierwszego meczu. Chodzi o pary Inter Mediolan – Getafe i FC Sevilla – AS Roma. Tym zespołom UEFA zaproponowała odejście od systemu „mecz i rewanż” i w zamian rozegranie jednego spotkania na neutralnym gruncie, konkretnie w Niemczech. Wszystkie te mecze mają się odbyć na początku sierpnia. Później rozpoczną się turnieje „Final Eight” z udziałem wszystkich ćwierćfinalistów. Uczestnicy Ligi Mistrzów grać będą w Lizbonie, zaś Ligi Europy – w Niemczech.
W miniony piątek w Lyonie dokonano natomiast ramowego losowania 1/4 i 1/2 finału Ligi Mistrzów. Do ćwierćfinałów zdołały się już zakwalifikować zespoły Atalanty Bergamo, Atletico Madryt, Paris-Saint Germain i RB Lipsk.
A tak wygląda zestaw par w tej fazie rywalizacji: Real Madryt lub Manchester City – Olympique Lyon lub Juventus Turyn; RB Lipsk – Atletico Madryt; SSC Napoli lub FC Barcelona – Chelsea Londyn lub Bayern Monachium; Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain.
W półfinale natomiast zagrają cztery najlepsze zespoły z takiego zestawu: Real Madryt/Manchester City/Juventus Turyn/Olympique Lyon – SSC Napoli/FC Barcelona/Chelsea Londyn/Bayern Monachium; RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain.
Z polskich piłkarzy w tym momencie w grze o zwycięstwo w Lidze Mistrzów pozostało czterech – Robert Lewandowski (Bayern), Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli). W najlepszej sytuacji jest zdecydowanie Lewandowski, bo Bayern raczej na pewno nie roztrwoni na swoim stadionie trzybramkowej przewagi wywalczonej w marcu z Chelsea na Stamford Bridge. Znacznie trudniejsza przeprawa czeka SSC Napoli w rewanżowym meczu z Barceloną na Camp Nou. Mało kto daje ekipie z Neapolu szanse na wyeliminowanie „Dumy Katalonii”. Problemów z awansem nie powinien mieć natomiast Juventus, który podejmie wyłączoną z gry od marca ekipę Olympique Lyon tuż po zakończeniu zmagań w Serie A, więc oba zespoły będą na zupełnie odmiennych poziomach przygotowania do gry.
Wyniki losowania mocno skwasiły jednak nastroje w Monachium, bo na ścieżce prowadzącej do finału i wymarzonego triumfu w Champions League los przydzielił im naprawdę solidne przeszkody. W ćwierćfinale Bawarczycy prawdopodobnie trafią na Barcelonę prowadzoną do boju przez Leo Messiego, któremu Lewandowski ma szansę odebrać w tym sezonie „Złota Piłkę” i tytuł „Piłkarza Roku”. Argentyńczyk stanie na głowie, żeby mu w tym przeszkodzić. Ale gdyby jednak to Bayern okazał się lepszy, w półfinale przyjdzie mu zmierzyć się albo z grającym obecnie wyśmienicie Manchesterem City, który raczej na pewno nie zmarnuje przewagi wywalczonej z Realem Madryt na Santiago Bernabeu, albo z Juventusem napędzanym ambicją drugiego z gigantów – Cristiano Ronaldo. Nie będą to dla Bayernu przeciwnicy łatwi do pokonania, ale nawet jeśli Robert Lewandowski i spółka przebrną przez te trudne przeszkody, to w finale też lekko mieć nie będą, bo trafią tam prawdopodobnie na słynące z żelaznej defensywy Atletico Madryt, albo nieobliczalną Atalantę Bergamo lub ekipę Neymara i Kyliana Mbappe, czyli Paris Saint-Germain.

Lewy załatwił Chelsea, a Chelsea Lewego

We wtorek Bayern Monachium w pierwszym meczu 1/finału Ligi Mistrzów rozgromiła na Stamford Bridge Chelsea Londyn 3:0. Polski napastnik miał udział przy wszystkich golach – sam strzelił jednego, a przy dwóch asystował. Niestety, próbujący go powstrzymać za wszelką cenę obrońcy angielskiego zespołu uszkodzili mu krawędź goleni w lewym stawie kolanowym i tym samym „zafundowali” mu miesiąc przerwy.

To był wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski swoim wybitnym występem przeciwko Chelsea Londyn zachwycił nawet angielskie media. Najpierw zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabrego, chociaż sam mógł uderzać na bramkę.
Jego koleżeńską postawę zauważył świetny przed laty angielski napastnik Chris Sutton, który w komentarzu na łamach „Daily Mail’ napisał: „Bezinteresowny i wielce utalentowany Lewandowski dał lekcję Chelsea i pokazał, że nie tylko wykorzystuje sytuacje, ale również je tworzy. Zwłaszcza przy pierwszym golu, gdy miał przed sobą miał już tylko Willy’ego Caballero. Ilu napastników na jego miejscu zrezygnowałoby w takiej sytuacji z oddania strzału? A Polak spokojnie wycofał piłkę do Gnabry’ego, który strzelił łatwego gola do pustej bramki. Jego postawa jest godna najwyższego uznania, bo przecież przed meczem w mediach nachalnie mu przypominano, że od dwóch lat w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie potrafił zdobyć bramki, więc gdyby zachował się w tych sytuacjach egoistycznie, nikt nie miałby o to do niego pretensji” – podkreślił z uznaniem Sutton.
Wysoko występ polskiego napastnika oceniono też w relacjach BBC, a „The Guardian” przyznał mu notę „9” (w skali 1-10). Równie wysoko oceniono też Gnabry’ego oraz 19-letniego Kanadyjczyka Alphonso Daviesa, ale ojcem wysokiego zwycięstwa Bayernu uznano jednak zgodnie Lewandowskiego, który po dwóch asystach sam strzelił gola na 3:0, a na dodatek po faulu na nim z boiska wyleciał obrońca ekipy gospodarzy Marcos Alonso.
Wyścig z Haalandem i Benzemą
Tym samym „Lewy” 11. trafieniem w obecnej edycji Ligi Mistrzów załatwił za jednym zamachem trzy sprawy – przerwał trwającą od dwóch sezonów strzelecką niemoc w fazie pucharowej tych rozgrywek, odzyskał pozycję samodzielnego lidera klasyfikacji strzelców, którą przez ostatni tydzień musiał dzielić z 19-letnim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem, natomiast w klasyfikacji wszech czasów dogonił Karima Benzemę. Francuski napastnik Realu Madryt przed pierwszymi meczami 1/8 finału LM w tym zestawieniu zajmował z dorobkiem 64 goli czwartą lokatę, po Cristiano Ronaldo (128 bramek), Leo Messim (114) i Raulu (71), zaś Lewandowski był piąty z 63. trafieniami na koncie. Ponieważ Benzema w przegranym 1:2 spotkaniu z Manchesterem City nie powiększył swojego bramkowego dorobku, czwarte miejsce w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów musi teraz dzielić z Polakiem, który także ma 64 gole.
Niestety, w kolejnej serii gier Lewandowski nie będzie mógł już odpowiedzieć ani rewelacyjnie grającemu w tym sezonie Norwegowi, ani też Francuzowi, bo w rewanżowym meczu z Chelsea Londyn nie zagra z powodu kontuzji. Wiadomość o jego urazie wyszła na jaw w środę i została przyjęta z lekkim niedowierzaniem, bo przecież „Lewy” grał w Londynie do ostatniego gwizdka i nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że coś mu dolega.
Ból w kolanie zaczął odczuwać dopiero następnego dnia, a po szczegółowych badaniach przeprowadzonych przez klubowego lekarza Bayernu Hansa-Wilhelma Muellera okazało się, że doznał pęknięcia krawędzi goleni w lewym stawie kolanowym.
Z komunikatu opublikowanego przez bawarski klub wynika, że kapitan reprezentacji Polski będzie musiał z tego powodu pauzować przez miesiąc. Przez 10 dni będzie miał nogę w gipsie, a po zdjęciu, jeśli uraz się zagoi należycie, będzie mógł zacząć rehabilitację i powoli przygotowywać się do powrotu na boisko.
Bayern będzie musiał radzić sobie bez swego najskuteczniejszego piłkarza nie tylko w rewanżowym spotkaniu z Chelsea, lecz także w czterech najbliższych kolejkach Bundesligi, czyli w meczach z Hoffenheim, Augsburgiem, Unionem Berlin i Eintrachtem Frankfurt oraz meczu Pucharu Niemiec z Schalke Gelsenkirchen. Lewandowski prawdopodobnie nie wystąpi również w marcowych meczach reprezentacji Polski z Finlandią (27 marca, Wrocław) i Ukrainą (31 marca, Chorzów).
Tak długiej przerwy od gry Lewandowski w karierze jeszcze nie miał. Ze względu na operację pachwiny w grudniu ubiegłego roku pauzował co prawda 26 dni, ale wówczas Bayern Monachium rozgrywał tylko jeden oficjalny mecz. Wcześniej najdłuższa przerwa reprezentanta Polski wynosiła 14 dni, a miał takie tylko dwukrotnie w dotychczasowej karierze.
Pech w najgorszym momencie
Wypada jedynie żałować, że „Lewemu” kontuzja przydarzyła się akurat teraz, gdy znajdował się w szczytowej formie i pewnie zmierzał po piąty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi oraz liczył się też w walce o „Złotego Buta” (nagroda dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich). Jego najgroźniejszy konkurent w niemieckiej lidze, napastnik RB Lipsk Timo Werner, ma tylko cztery gole mniej, zaś lider klasyfikacji „Złotego Buta” Ciro Immobile z Lazio Rzym jedynie jedno trafienie więcej. Z pewnością zrobią teraz wszystko, że przez te kilka tygodni odskoczyć polskiemu napastnikowi.
Może jednak nie będzie aż tak źle. Lewandowski w 23 meczach Bundesligi strzelił 25 goli, a po powrocie będzie miał jeszcze co najmniej sześć ligowych meczów, żeby wrócić do walki o oba strzeleckie tytuły. Co zresztą zapowiedział na Twitterze wpisem: „Dziękuję za wszystkie miłe słowa wsparcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Wkrótce wrócę i będę gotowy do walki”.
A walczyć będzie o co, bo Bayern raczej ma już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, w Bundeslidze jest liderem, a reprezentacja Polski o stawkę zagra przecież dopiero w czerwcu w mistrzostwach Europy.
Z pozostałych Polskich piłkarzy rywalizujących jeszcze w Lidze Mistrzów powody do zadowolenia może mieć Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund pokonała u siebie Paris Saint-Germain 2:1. Uczucie niedosytu trapi natomiast dwójkę naszych reprezentantów występujących w SSC Napoli, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika, bo ich drużyna mogła pokonać wielką Barcelonę, a ostatecznie na swoim stadionie wywalczyła jedynie remis, który w rewanżu na Camp Nou nie będzie żadnym atutem. Jeszcze gorszy humor ma z pewnością Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus Turyn po fatalnym występie przegrał na wyjeździe z Olympique Lyon 0:1. Nie zmienia to jednak faktu, że faworytem do awansu w tej parze wciąż jest mistrz Italii.

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału:
Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0
Borussia Dortmund – Paris St. Germain 2:1
Rewanże w środę 11 marca, godz. 21:00
Atalanta Bergamo – Valencia VF 4:1
Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1
Rewanże we wtorek 10 marca, godz. 21:00
SSC Napoli – FC Barcelona 1:1
Chelsea Londyn – Bayern Monachium 0:3
Rewanże w środę 18 marca, godz. 21:00.
Olympique Lyon – Juventus Turyn 1:0
Real Madryt – Manchester City 1:2
Rewanże we wtorek 17 marca, godz. 21:00