Brożek już więcej goli nie strzeli

Zakończony w miniony weekend sezon naszej piłkarskiej ekstraklasy zapisze się w kronikach jako najdłuższy w historii, ale od strony sportowej nie był jednak specjalnie ciekawy. Najważniejsze rozstrzygnięcia (mistrzostwo dla Legii oraz degradacje z ligi dla ŁKS, Korony i Arki) zapadły na kilka kolejek przed końcem zmagań, a goli strzelono najmniej odkąd obowiązuje system ESA-37.

Drużynie Legii Warszawa do zdobycia mistrzowskiego tytułu wystarczyło 69 punktów, co daje średnią 1,86 pkt na mecz. To najsłabszy wynik osiągnięty przez mistrza kraju w XXI wieku. Dla porównania – przed rokiem Piast Gliwice triumfował z dorobkiem 72 punktów, a finiszująca na drugim miejscu Legia zdobyła 68 pkt. Rywale stołecznego zespołu w europejskich pucharach powinni przeanalizować potyczki legionistów z szóstą na koniec rozgrywek Pogonią Szczecin, bo w minionym sezonie przegrali trzy ligowe starcia z ekipą „Portowców” – w fazie zasadniczej 1:2 u siebie i 1:3 na wyjeździe, a w fazie play off ponownie u siebie 1:2. Najwyraźniej niemiecki trener Pogoni Kosta Runjaić znalazł sposób na zneutralizowanie atutów warszawskiej jedenastki. Inni jednak tacy bystrzy już nie byli, dlatego to Legia świętuje 14. w historii mistrzostwo Polski.
Na drugim biegunie ligowej stawki znalazł się Łódzki Klub Sportowy. Beniaminek ekstraklasy okazał się wyraźnie za słaby na grę w elicie, bo w 37 kolejkach zdołał wywalczyć zaledwie 24 punkty, z których połowę zdobył w spotkaniach z drugim z beniaminków, Rakowem Częstochowa oraz z Cracovią. Z drużyną z Częstochowy, która cały sezon w roli gospodarza występowała gościnnie ba boisku GKS Bełchatów, łodzianie wyszarpali w trzech meczach siedem punktów (2:0 i 1:1 w fazie zasadniczej oraz 3:2 w fazie play off), natomiast z zespołem „Pasów” wywalczyli sześć „oczek” w obu spotkaniach fazy zasadniczej (2:1 i 1:0). Cóż jednak z tego, skoro w starciach z pozostałymi zespołami łódzka drużyna nie dawała rady, przez co zakończyła rozgrywki ze stratą 21 pkt do zajmującej pierwszą bezpieczną lokatę w grupie spadkowej Wisły Kraków. Łodzianie odstawali nawet od dwóch także spadających z nimi do I ligi drużyn – do Korony Kielce stracili 11 punktów, a do Arki Gdynia 16. ŁKS był pierwszym od 17 lat zespołem, który przegrał w ekstraklasie aż 25 meczów. Poprzednio tyle porażek poniosła Pogoń Szczecin w sezonie 2002/2003, ale warto pamiętać, że wtedy rozgrywano tylko 30 kolejek.
Skoro już o słabeuszach mowa, to do tego grona zalicza się też wspomniana już krakowska Wisła, która zajęła 13. miejsce, najgorsze od sezonu 1993/1994, w którym wiślacy uplasowali się na 15. pozycji i spadli do niższej ligi. Do ekstraklasy wrócili w 1996 roku, ale w obecnych rozgrywkach byli o krok nie tylko od sportowej degradacji, lecz od całkowitej zagłady klubu. Po 18. kolejce „Biała Gwiazda” zamykała tabelę z dorobkiem zaledwie 11 punktów. W tym krakowskim klubie najwięcej do powiedzenia, przynajmniej od strony sportowej, mają w tej chwili bracia Jakub i Dawid Błaszczykowscy. Niemal tuż po zakończeniu sezonu zaczęli autorski program przebudowy zespołu. Wiadomo, że nadal prowadził go będzie trener Artur Skowronek, z którym przedłużono kontrakt, ale w szatni wiele szafek zostało pustych. Z kadry „Białej Gwiazdy” wykreślono kilka znaczących nazwisk, między innymi 37-letniego Pawła Brożka, który ogłosił zakończenie kariery.
To ważne wydarzenie w historii polskiej ekstraklasy, bo Brożek z kilkoma krótkimi przerwami występował w niej przez 21 lat, zdobywając w wiślackich barwach siedem tytułów mistrza Polski, dwa razy triumfował w Pucharze Polski oraz dwukrotnie wygrywał klasyfikację strzelców – w sezonach 2007/2008 (23 gole) oraz 2008/2009 (19 goli). W sumie zdobył w ekstraklasie 149 bramek (144 dla Wisły i pięć dla GKS Katowice), co daje mu ósmą lokatę w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów. W panteonie „Białej Gwiazdy” lepsi od niego są tylko Tomasz Frankowski (167 goli) i Kazimierz Kmiecik (153), ale klasyfikacji klubowej Brożek jest drugi, za Kmiecikiem, bo Frankowski dla Wisły zdobył tylko 115 bramek, a pozostałe 52 trafienia uzyskał w barwach Jagiellonii Białystok).
Jest coś zdumiewającego w podobieństwie piłkarskich osiągnięć tych trzech znakomitych ligowych snajperów. Chociaż byli tak zabójczo skuteczni w polskiej ekstraklasie, to żaden nie zrobił znaczącej kariery za granicą i w reprezentacji Polski. Brożek próbował sił w lidze tureckiej, szkockiej i drugiej lidze hiszpańskiej, ale jego przygody w Trabzonsporze, Celticu Glasgow i Recreativo Huelva nawet jego hagiografom trudno uznać za udane. W tureckim zespole w sezonie 2011/2012 zagrał w 19 meczach i strzelił trzy gole, potem został wypożyczony na krótko do Celticu (trzy występy), a następnie na sezon 2012/2013 do Recreativo, w barwach którego zaliczył 18 występów i zdobył dwie bramki. Po powrocie do kraju wrócił do Wisły i momentalnie odzyskał instynkt strzelecki. Następne trzy sezony kończył z bardzo przyzwoitym wynikiem, strzelając w trzech kolejnych sezonach w lidze odpowiednio 17, 15 i 14 goli. W maju 2018 roku zakończył oficjalnie karierę, ale gdy „Biała Gwiazda” znalazła się w potrzebie, wrócił na boisko i pomógł jej utrzymać ligowy byt. Teraz zawiesił buty na kołku po raz drugi, być może już definitywnie, ale nie można wykluczyć, że jeszcze go na boisku zobaczymy, choćby w barwach Wieczystej Kraków u boku Sławomira Peszki.
Brożek swój ostatni sezon w ekstraklasie zakończył z dorobkiem ośmiu trafień – z polskich piłkarzy lepsi od niego byli tylko Jarosław Niezgoda (Legia, 14 goli(), Piotr Parzyszek (Piast, 12 goli) i Bartosz Białek (Zagłębie, 9 goli). Królem strzelców został Duńczyk Christian Gytkjaer, który zdobył 24 bramki. To trzeci z rzędu sezon, gdy tyle akurat goli wystarczyło do zdobycia snajperskiej korony. Przed nim taki bramkowy dorobek osiągnęli Hiszpanie Carlitos (2017/2018) oraz Igor Angulo (2018/2019).
Żaden z tej trójki w nowym sezonie już w naszej ekstraklasie goli nie strzeli, więc może tytuł zdobędzie ponownie polski piłkarz? Najwyższa pora, żeby na naszych boiskach objawił się następca Roberta Lewandowskiego. Może będzie nim za jakiś czas Iwo Kaczmarski, który zdobył bramkę w pożegnalnym meczu Korony Kielce z ŁKS (2:0) mając 16 lat i 93 dni. Młodszym strzelcem gola od niego w całych dziejach naszej najwyższej ligi rozgrywkowej był tylko legendarny Włodzimierz Lubański, który 21 kwietnia 1963 roku w wieku 16 lat i 52 dni po raz pierwszy w karierze zaliczył ligowe trafienie.

Koniec gry w ekstraklasie

W miniony weekend zakończyły się rozgrywki naszej piłkarskiej ekstraklasy. Już wcześniej tytuł zapewniła sobie Legia Warszawa, w ostatniej 37. kolejce wicemistrzostwo przyklepał Lech Poznań, zaś brązowe medale Piast Gliwice. Z ligi spadły natomiast zespoły ŁKS Łódź, Korony Kielce i Arki Gdynia.

Zakończony w minioną niedzielę sezon w naszej piłkarskiej ekstraklasie rozpoczął się 19 lipca 2019 roku i przez pandemię koronawirusa trwał dokładnie 367 dni, najdłużej w historii. A to przecież jeszcze nie koniec zmagań, bo w piątek 24 lipca w Lublinie dwa zespoły ekstraklasy, Cracovia i Lechia Gdańsk, zagrają w finale Pucharu Polski. Nowe rozgrywki zainauguruje mecz o Superpuchar Polski – 9 sierpnia mistrz Polski Legia zagra na swoim stadionie ze zdobywcą Pucharu Polski. Nim wystartuje nowy sezon ligowy, tegoroczny mistrz kraju, Legia, rozpocznie walkę o awans do Ligi Mistrzów. Pierwsza runda eliminacji ma się odbyć się w dniach 18-19 sierpnia. Ze względu na napięty kalendarz UEFA zrezygnowała z meczów rewanżowych. Jeśli Legia wygra, kolejne spotkanie w tych rozgrywkach zagra już tydzień później, w przypadku przegranej trafi do II rundy kwalifikacji Ligi Europy, która odbędzie się dopiero w połowie września. Nowy sezon PKO Ekstraklasy ma wystartować 22 sierpnia.
Co pokażą w pucharach?
Nigdy przerwa letnia nie trwała tak krótko. Po pierwszej kolejce ligowej zostanie rozegrana II runda eliminacji Ligi Mistrzów (25-26 sierpnia) oraz I runda eliminacji Ligi Europy (27 sierpnia) z udziałem Lecha Poznań, Piasta Gliwice oraz Cracovii lub Lechii. W tym roku z powodu pandemii rywalizacja o awans do fazy grupowej obu europejskich pucharów będzie czystą loterią, bo UEFA w pierwszych rundach kwalifikacyjnych zrezygnowała z rewanżów i o awansie do kolejnego etapu zmagań decydować będzie jedno spotkanie na boisku wyłonionego losowo gospodarza. Ale żeby wygrać cztery mecze, też trzeba mieć mocny zespół.
Tymczasem nasze „eksportowe” ekipy tuż po zakończeniu ligowych rozgrywek zaczęły tracić kluczowych graczy. Legia już na początku lipca musiał odesłać do AS Monaco bramkarza Radosława Majeckiego, a trener Aleksandar Vuković w meczach o Ligę Mistrzów nie będzie mógł wystawić kontuzjowanych Marka Vesovicia, Jose Kante i Vymara Sanogo, a na razie stołeczny klub pozyskał jedynie z Lechii Gdańsk bocznego obrońcę Filipa Mladenovicia. Jeszcze poważniejszy ubytek będzie musiał w swoim zespole zapełnić trener Lecha Dariusz Żuraw, bo z jego ekipy odszedł jej najskuteczniejszy strzelec Duńczyk Christian Gytkjaer, a drugi pod względem skuteczności w „Kolejorzu” Kamil Jóźwiak bardzo chce opuścić Polskę juz tego lata. Na miejsce Gytkjaera, który w minionym sezonie strzelił 24 gole i został królem snajperów ekstraklasy, przychodzi Szwed Mikael Ishak, który w ostatni sezon spędził w niemieckiej 2. Bundeslidze, w barwach zespołu FC Nuerberg, dla którego zdobył jedną bramkę. Nie miejmy złudzeń, że te nietypowe z powodu pandemii kwalifikacje europejskich pucharów będą dla polskich zespołów lepsze od poprzednich. Gwoli przypomnienia – rok temu ówczesny mistrz Polski Piast przegrał u siebie z BATE Borysów, a później jeszcze z FC Ryga, co było kompromitacją. Cracovia nie dała rady DAC Dunajska Streda, zaś Legia, po przejściu slabeuszy – FC Europa, Kuopion Pallloseura i Atromitos Ateny, odpadła z Glasgow Rangers, a Lechia nie sprostała Broendby Kopenhaga.
Taka liga, jak jej piłkarze
Ekstraklasa SA swoje wyróżnienia rozdała zaraz po zakończeniu niedzielnych meczów ostatniej kolejki spotkań w grupie mistrzowskiej. Dzień wcześniej sezon zakończyły zespoły z grupy spadkowej, ale z nich nikt nie został nagrodzony, co wydaje się jak najbardziej zrozumiałe. Piłkarzem sezonu 2019/2020 został pomocnik Piasta Jorge Felix. W tej kategorii o wyborze decydowali piłkarze klubów ekstraklasy. Hiszpan w tym najbardziej miarodajnym plebiscycie wyprzedził Chorwata Domagoja Antolicia (Legia) oraz Duńczyka Christiana Gytkjaera (Lech).
W pozostałych kategoriach zwycięzców wybierała 14-osobowa kapituła złożonej z dziennikarzy, ekspertów oraz przedstawicieli Ekstraklasy S.A. i PZPN. Oto jej aktualny skład: Michał Kołodziejczyk, Krzysztof Marciniak i Żelisław Żyżyński (Canal+), Michał Zawacki, Robert Podoliński (TVP Sport), Wojciech Bajak (Ekstraklasa.org), Michał Zachodny (PZPN), Mateusz Januszewski (EkstraStats), Mateusz Rokuszewski (Weszło), Łukasz Olkowicz (Przegląd Sportowy), Paweł Kapusta(Sportowe Fakty), Andrzej Janisz (Polskie Radio), Paweł Wilkowicz (Sport.pl) i Roman Kołtoń (niezrzeszony).
Wybór piłkarzy dość wymownie zweryfikował oceny członków kapituły, którzy zawodnika Piasta nie nagrodzili w żadnej z kategorii. Bramkarzem sezonu został po raz drugi w karierze Dusan Kuciak ( W liczbie obronionych strzałów słowacki golkiper Lechii Gdańsk należał do ligowej czołówki, ale do jedenastki kolejki trafiał najwięcej razy i pewnie ten fakt przeważył przy jego wyborze. Najlepszym obrońcą sezonu, także po raz drugi w karierze, uznano Artura Jędrzejczyka (Legia Warszawa). Kandydatura kapitana mistrzowskiej drużyny i zarazem jednego z nielicznych reprezentantów Polski występujących na co dzień w ekstraklasie choćby z tych powodów jest do zaakceptowania. Na najlepszego pomocnika sezonu kapituła wybrała Domagoja Antolicia (Legia Warszawa), który w minionych rozgrywkach strzelił trzy gole i liczył pięć asyst, co jest dorobkiem znacznie skromniejszym od osiągniętego przez Jorge Felixa w Piaście. Ale o jego wyborze przesądziły statystyczne wyliczenia liczby podań.
W przypadku najlepszego napastnika sezonu wybór mógł być tylko jeden, bo zwykle najbardziej na taki tytuł zasługuje król strzelców, a że w minionym sezonie najwięcej goli (24) strzelił Christian Gytkjaer, to właśnie Duńczyk zgarnął to wyróżnienie. Najlepszym młodzieżowcem w ekstraklasie kapituła uznała Michała Karbownika (Legia Warszawa), ale gdyby ktoś zażądał uzasadnienia, to właściwie nic konkretnego na korzyść tego młodego gracza nie przemawia, poza powielaną obiegową opinią, że jest nadzwyczaj utalentowany.
Vuković trenerem sezonu
Na najlepszego trenera wybrano Aleksandara Vukovicia, który doprowadził Legię do mistrzowskiego tytułu notując najwięcej zwycięstw. Pod względem bilansu bramkowego legionistom dorównał jedynie Lech – oba zespoły zakończyły rozgrywki z identycznym dorobkiem 70:35. Za sukces Vukovicia należy też uznać zwycięstwo 7:0 nad Wisłą Kraków, najwyższe w ekstraklasie od piętnastu lat.
Z pewnością jednak na ten laur zasłużył też szkoleniowiec Piasta Gliwice Waldemar Fornalik, który co prawda w tym sezonie nie obronił mistrzowskiego tytułu, lecz jeśli zważy się, że po poprzednim sezonie z jego zespołu odeszła niemal połowa podstawowych graczy, to tak szybka odbudowa siły zespołu, pamiętając o jego znacznie skromniejszym budżecie i możliwościach od posiadanych przez warszawski klub, zasługuje na nie mniejsze uznanie, niż dokonania Vukovicia. Gdyby jednak przyjąć za kluczowe kryteria widowiskowości gry oraz promowania młodych polskich zawodników, to tytuł trenera sezonu bez wątpienia zgarnąłby Dariusz Żuraw z Lecha Poznań.
Najlepsi strzelcy PKO Ekstraklasy:
24 gole – Christian Gytkjaer (Lech),
16 goli – Igor Angulo (Górnik), Jorge Felix (Piast),
15 goli – Damjan Bohar (Zagłębie),
14 goli – Flavio Paixao (Lechia), Jarosław Niezgoda (Legia).

Pogoń przegoniła Legię

Przerwa na reprezentację nie posłużyła prowadzącym w ekstraklasie po 15 kolejkach zespołom Legii Warszawa i Piasta Gliwice. W 16. serii spotkań legioniści przegrali w Szczecinie z Pogonią 1:3, a aktualni mistrzowie Polski ulegli w Poznaniu Lechowi 0:3. Nowym liderem z dorobkiem 31 punktów została drużyna „Portowców”.

Wedle układu ligowej tabeli hitem kolejki był mecz aktualnego lidera rozgrywek, czyli Legii, z Pogonią. Szczecińska drużyna miała jednak do legionistów tylko jeden punkt straty i w przypadku wygranej szanse na objęcie prowadzenia. W pierwszej kolejce rozgrywek obecnego sezonu „Portowcy” pokonali stołeczny zespół na Łazienkowskiej 2:1, w rewanżu na swoim przebudowywanym stadionie zwyciężyli jeszcze wyraźniej, bo 3:1. Dwa pierwsze gole, Adama Buksy i Srdana Spiridonovicia, były bezdyskusyjne, trzeci wzbudził trochę kontrowersji, bo sędzia Bartosz Frankowski dopiero po analizie VAR przyznał szczecinianom rzut karny, zamieniony na bramkę przez Buksę.

Legionistów przed kompromitacją uchronił niezawodny Jarosław Niezgoda, który w końcówce spotkania zdobył honorowego gola. Bohaterem szczecińskiej ekipy był natomiast Buksa, który sam zdobył dwie bramki, a przy trzeciej zaliczył asystę. Niezgoda uzyskał 10. trafienie w obecnych rozgrywkach i wskoczył na czoło klasyfikacji strzelców. Tyle samo bramek co 25-letni napastnik Legii ma też na koncie snajper Lecha Poznań Christian Gytkjaer. W meczu z Piastem Duńczyk dwukrotnie pokonał bramkarza gości, powiększając swój łączny dorobek w polskiej ekstraklasie do 51 bramek.

Spotkanie Lecha z Piastem także zasługiwało na miano hitu kolejki, bo przecież gliwiczanie to aktualni mistrzowie Polski, a po 15. kolejce zajmowali pozycję wicelidera. Trener gliwickiej drużyny Waldemar Fornalik jako szkoleniowiec nie ma jednak szczęścia w potyczkach z „Kolejorzem” rozegranych na poznański stadionie, bo nie wygrał tam od 2006 roku. Tym razem liczył na przełamanie tej kiepskiej passy, albowiem lechici przystępowali do meczu z Piastem po serii czterech spotkań bez zwycięstwa, a ponadto w trzech wcześniejszych tegorocznych starciach z gliwickim zespołem dwukrotnie przegrali i raz wywalczyli remis. Te trzy starcia odbyły się jednak poza stadionem na Bułgarskiej, a w sobotę „Kolejorz” zmierzył się z Piastem w swoim mateczniku. I tradycji stała się zadość – Fornalik znowu musiał przełknąć gorycz porażki, bo jego zespół przegrał gładko 0:3. Szkoleniowiec Piasta był wyraźnie niezadowolony i ostro zrugał swoich piłkarzy, ale znalazł też pozytywny aspekt w tej przegranej. „Moim zawodnikom taki kubeł zimnej wody dobrze zrobi” – skomentował cierpko porażkę Fornalik.

W ekipie Lecha radość ze zwycięstwa zmąciła wieść, że dwaj młodzi reprezentanci w kadrze poznańskiego klubu, boczny obrońca Robert Gumny i skrzydłowy Kamil Jóźwiak, doznali w spotkaniu z Piastem kontuzji i na jakiś czas wypadną ze składu.
W ostatnich dniach dużo też mówiono o Górniku Zabrze, a to dlatego, że wyszło na jaw iż z zabrzańskim klubem ostro negocjuje 130-krotny reprezentant Niemiec Lukas Podolski. Urodzony w Gliwicach napastnik od dziecka jest wielkim fanem Górnika i wielokrotnie mówił, że jego marzeniem jest zakończenie piłkarskiej kariery w tym klubie. A że z końcem roku kończy się jego kontrakt z japońskim Vissel Kobe i gwiazdor chce wrócić do Europy, działacze zabrzańskiego klubu namawiając 34-letniego napastnika, żeby dołączył do ekipy Górnika. Szanse na to są niewielkie, ale nie ulega kwestii, że gracz o takim nazwisku byłby wielkim wzmocnieniem. Tym bardziej, że zespół popadł w marazm. W 16. kolejce Górnik tylko zremisował u siebie z Wisłą Płock 2:2. Był to dziesiąty z rzędu mecz zabrzan bez zwycięstwa. Ostatni raz wygrali w lidze 25 sierpnia, pokonując Koronę Kielce 3:1. Dlatego zajmują dopiero 12. miejsce.

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia trwoni przewagę

Im bliżej końca fazy zasadniczej rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy, tym sytuacja w tabeli robi się bardziej zagmatwana. W dwóch ostatnich kolejkach Lechia Gdańsk zaliczyła porażkę i remis, przez co roztrwoniła siedmiopunktową przewagę nad drugą Legią.

Niewykluczone, że już w następnej kolejce Lechia będzie musiała ustąpić miejsca Legii na fotelu lidera. Gdańszczan czeka bowiem wyjazdowa potyczka z Zagłębiem Sosnowiec, a legioniści u siebie zagrają ze Śląskiem Wrocław. Ta niepewność bierze się stąd, że zespół Lechii w rundzie wiosennej gra w kratkę. W pięciu tegorocznych kolejkach gdańszczanie grali kolejno z Pogonią Szczecin (2:1), Koroną Kielce (0:0), Wisłą Kraków (1:0), Zagłębiem Lubin (1:2) i Wisłą Płock (1:1). Dwa zwycięstwa, dwa remisy i jedna porażka to może nie jest jakoś szczególnie tragiczny bilans, ale w praktyce oznacza to stratę siedmiu punktów na 15 możliwych do zdobycia. Zespołowi walczącemu o mistrzowski tytuł takie marnotrawstwo zwyczajnie nie przystoi.

Kończący 25. kolejkę poniedziałkowy mecz z Wisłą Płock potwierdził dobitnie przeciętną formę ekipy trenera Piotra Stokowca. Z boiska wiało nudą, bo „Nafciarze” skutecznie przeszkadzali gospodarzom w rozwijaniu akcji ofensywnych, a sami tylko od czasu do czasu pozwalali sobie na kontrataki. Piłkarze schodzili na przerwę przy wyniku 0:0 i żegnani gwizdami nielicznej publiczności. Niewiele ponad osiem tysięcy widzów na trybunach mającego 42 tysiące miejsce obiektu to kolejny argument za rezygnacją z rozgrywania ligowych spotkań w poniedziałkowe popołudnia.

Po zmianie stron zniecierpliwieni kibice coraz częściej gwizdami wyrażali swoją dezaprobatę dla jakości widowiska. Nudę pierwsi przerwali płocczanie. Po rzucie wolnym piłkę w bramce zmieścił Alan Uryga i Wisła, która walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, objęła prowadzenie i znalazła się na dobrej drodze do odniesienia drugiego w tym sezonie zwycięstwa z Lechią.

Gracze Lechii są już zmęczeni

Dwie sytuacje na boisku odmieniły przebieg spotkania. Najpierw za drugi faul czerwoną kartką zobaczył Grzegorz Kuświk i wyleciał z boiska, co pozwoliło gospodarzom na uzyskanie wyraźnej przewagi, którą w końcu przekuli na wyrównującego gola. Jake McGing sfaulował w polu karnym Artura Sobiecha, a „jedenastkę” na gola zamienił Flavio Paixao, który tym razem się nie pomylił i zaliczył 14 ligowe trafienie w obecnym sezonie. Portugalczyk ma już na koncie 14 bramek i jest wiceliderem klasyfikacji strzelców ekstraklasy. Lepszy od niego jest tylko hiszpański napastnik Górnika Zabrze Igor Angulo, który prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 15 goli. Na trzecim miejscu jest najskuteczniejszy Polak w Lotto Ekstraklasie Marcin Robak ze Śląska Wrocław, który ma na koncie 13 trafień, za nim jest Duńczyk Christian Gytkjaer z Lecha (12), nieobecny już w Wiśle Kraków Czech Zdenek Ondrasek (11) oraz hiszpański snajper Legii Carlitos (10).

Wisła Płock ostatecznie jednak wywiozła z Gdańska jeden punkt. Trener Lechii Piotr Stokowiec słaby występ swoich podopiecznych tłumaczył… zmęczeniem. „Nie był to nasz wielki mecz. Zagraliśmy słabiej w ofensywie. Celowo nie chcieliśmy od początku rzucić się na Wisłę Płock, bo takie były nasze założenia. Wiedzieliśmy, że jakie rywale mają atuty w ofensywie. Nadziewaliśmy się na ich kontry, ale to była dobra lekcja, bo teraz wiemy, że musimy mocniej popracować nad grą ofensywną. Było widać dużo marazmu w grze niektórych moich zawodnikach, zwłaszcza tych, którzy dużo grają. Byli wyraźnie zmęczeni, ale nie chcę by traktowano te słowa jako próbę ich usprawiedliwienia. Po prostu zwracam uwagę na ten fakt” – stwierdził szkoleniowiec gdańskiej drużyny.

Legioniści szykują się do skoku

Ścigająca gdańszczan drużyna Legii też w tym roku stracił punkty. Z pięciu rozegranych meczów wygrała trzy (1:0 z Wisłą Płock, 2:0 z Miedzią Legnica i teraz 2:1 z Arką Gdynia), ale to były zespoły z grupy spadkowej. W starciach z ekipami z grupy mistrzowskie legioniści nie dali rady – przegrali na wyjeździe z Lechem 0:2 i w takim samym rozmiarze u siebie z Cracovią. Do końca fazy zasadniczej czekają ich jeszcze potyczki u siebie ze Śląskiem, Jagiellonią i Pogonią, a na wyjazdach z Górnikiem i Wisłą Kraków. Nie są to rzecz jasna rywale niemożliwi do pokonania, ale z taką grą jaką Legia pokazała w Gdyni w spotkaniu z przeżywającą kryzys Arką, na komplet punktów gracze stołecznego klubu raczej nie powinni liczyć.

Który zatem zespół ostatecznie zajmie pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej? Pewnie któryś z dwójki Lechia, Legia, bo mają sporą przewagę nad trzecim w tabeli Piastem (Legia siedem, a Lechia 10 punktów). Ale mimo to w gronie pretendentów trzeba umieścić też gliwiczan, bo oni z pięciu rozegranych meczów przegrali tylko jeden – na inauguracje rundy wiosennej z Cracovią. W czterech kolejnych zdobyli komplet punktów i co ważniejsze, prezentując w nich równą, wysoką formę. Trener Piasta Waldemar Fornalik zdołał po nieudanym poprzednim sezonie przebudować na nowo ograbiony z najlepszych graczy zespół i wygląda na to, że w obecnych rozgrywkach gliwiczanie mogą pokusić się nawet o coś więcej niż tylko miejsce gwarantujące start w kwalifikacjach do Ligi Europy.

Zważywszy na chwiejną formę zespołów Lechii, Legii, Jagiellonii i Lecha, pierwszy mistrzowski tytuł dla Piasta w tym sezonie wydaje się możliwy do zdobycia jak nigdy wcześniej.

 

Liga cudzoziemców

Fot. Mecz Lechii z Legią był pod wzgledem sportowym bardzo miernym widowiskiem

 

 

Mecz na szczycie Lechii Gdańsk z Legią Warszawa rozczarował marnym poziomem i bezbramkowym wynikiem. Było to jedyne spotkanie bez bramek – w pozostałych siedmiu strzelono 22 gole. Tylko pięć z nich zapisali na swoje konto polscy piłkarze.

 

W 18. kolejce ekstraklasy nasi zawodnicy popisali się skutecznością jedynie w piątkowym spotkaniu Zagłębia Lubin z Piastem Gliwice (2:2). Z czterech goli aż trzy były autorstwa polskich piłkarzy – dla gospodarzy trafił Łukasz Poręba, a dla gości Jakub Czerwiński i Piotr Parzyszek. W sobotnich meczach padło dziewięć bramek, lecz tylko jedna z nich była dziełem Polaka – dla Korony Kielce zdobył ją Mateusz Możdżeń. W niedzielę trafiali już wyłącznie obcokrajowcy i dopiero w kończącym kolejkę poniedziałkowym spotkaniu Arki Gdynia z Cracovią (0:3) niekorzystną statystykę dla rodzimych graczy odrobinę poprawił Mateusz Wdowiak. I to też nie od razu, bo gola po jego strzale najpierw przypisano Cornelowi Rapie, a potem bramkarzowi Arki Luce Mariciowi jako samobójczą. Ostatecznie po weryfikacji trafienie zapisano na konto skrzydłowego Cracovii.

Nie zmienia to faktu, że strzelecki dorobek naszych piłkarzy w rodzimej ekstraklasie jest ubogi. W miniony weekend tyle samo goli polscy gracze strzelili w znacznie mocniejszej przecież włoskiej Serie A. Dwie bramki zdobył Arkadiusz Milik w spotkaniu z Frosinone Calcio (4:0), kolejne trafienie dołożył jego kolega z drużyny Piotr Zieliński, a dwa pozostałe gole strzelili Mariusz Stępiński (jego Chievo zremisowało 1:1 z Parmą) oraz niezawodny Krzysztof Piątek dla Genoy w zremisowanym 1:1 meczu ze SPAL 2013.

O strzeleckiej mizerii naszych piłkarzy występujących w rodzimej ekstraklasie najlepiej świadczy ich liczba w czołówce klasyfikacji strzelców. Prowadzi w niej z 12 trafieniami Hiszpan Igor Angulo (Górnik Zabrze), przed Portugalczykiem z Lechii Gdańsk Flavio Paixao (11 goli), a naszym jedynakiem w czołówce jest trzeci w zestawieniu Marcin Robak ze śląska Wrocław, który zdobył jak dotąd 10 bramek. Za nim niestety są już tylko cudzoziemcy – z dziewięcioma trafieniami Czech Zdenek Ondrasek (Wisła Kraków), Brazylijczyk Ricardinho (Wisła Płock), a z ośmioma Fin Petteri Forsell (Miedź Legnica), Duńczyk Christian Gytkjaer (Lech Poznań), Francuz Vamara Sanogo (Zagłębie Sosnowiec) i Niemiec Elia Soriano (Korona Kielce). Dopiero na dalszych miejscach ponownie natrafiamy na polskich graczy. Siedem goli na koncie mają Maciej Jankowski i Michał Janota z Arki Gdynia oraz Karol Świderski z Jagiellonii Białystok, a sześć trafień Adam Buksa z Pogoni Szczecin i Filip Starzyński z Zagłębia Lubin.

W polskiej ekstraklasie polscy piłkarze są więc tylko tłem dla cudzoziemców, których gra już w naszej lidze ponad 160.

 

Lech nabiera rozpędu

Po trzech kolejkach spotkań tylko Piast Gliwice i Lech Poznań mają na koncie komplet punktów. Dla drużyny „Kolejorza” trzy wygrane mecze na początku rozgrywek to najlepsze osiągnięcie w XXI wieku.

 

Mecz Śląska z Lechem był starciem dwóch niepokonanych drużyn w tym sezonie. Trener wrocławskiego zespołu Tadeusz Pawłowski nie ma na głowie europejskich pucharów, nie musiał zatem oszczędzać swoich najlepszych graczy i rotować składem. Jego odpowiednik w Lechu, Ivan Djurdjević, takiego komfortu nie ma i dlatego zdecydował się na kilka roszad w porównaniu ze składem, jaki wystawił do rozegranego w miniony czwartkowego meczu pucharowego z Szachtiorem Soligorsk. Szkoleniowiec ekipy „Kolejorza” przemeblował zwłaszcza drugą linię i wzmocnił atak, posyłając do walki dwóch nowo pozyskanych Portugalczyków – Pedro Tibę i Joao Amarala oraz najlepszego snajpera Duńczyka Christiana Gytkjaera. Ta ofensywna potęga okazała się potęgą jedynie na papierze, bo lechici oddali jeden strzał na bramkę Śląska.

Wrocławianie mieli optyczną przewagę i strzelali gole. W sumie trafili do siatki bramki Lecha aż czterokrotnie. Dlaczego zatem przegrali mecz 0:1? Bo sędzia Daniel Stefański żadnej z czterech bramek zdobytych przez wrocławian nie uznał, co pewnie w historii naszej ligi jest wydarzeniem raczej wyjątkowym.

W jedynym golu strzelonym przez graczy Lecha arbiter żadnych nieprawidłowości się nie dopatrzył. Zwycięskie trafienie zaliczył Tiba z podania wprowadzonego po przerwie Kamila Jóźwiaka. I w takich nadzwyczajnych okolicznościach poznański zespół zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu. W XXI wieku tak znakomitego wejścia w ligowy sezon lechici jeszcze nie mieli. Do tej pory najlepiej zaczynali rozgrywki w edycjach 2011-2012 oraz 2012-2013, gdy w trzech premierowych kolejkach inkasowali po siedem punktów. Lech ustępuje w tabeli tylko Piastowi Gliwice, który prowadzi lepszym bilansem bramkowym. Ale ta kolejność może się zmienić już w 4. kolejce, bo gliwiczanie zagrają w Warszawie z Legią, natomiast poznaniacy podejmą u siebie Zagłębie Sosnowiec. Niestety, znów przyjdzie im zagrać przy pustych trybunach, ale to już ostatni mecz, w którym obowiązuje kara nałożona przez wojewodę.

Ekipa „Kolejorza” jest uważana za najpoważniejszego, obok Legii, kandydata do mistrzowskiego tytułu. Do poniedziałku w roli konkurenta tej dwójki trener Cracovii Michał Probierz widział też swój zespół. Po porażkach w dwóch pierwszych kolejkach „Pasy” na zakończenie trzeciej serii spotkań zremisowały u siebie po fatalnej grze 0:0 z Arką. Probierz po tym meczu przyznał, że przed sezonem zbyt optymistycznie ocenił możliwości. Teraz jego celem będzie nie mistrzostwo, lecz walka o utrzymanie.