Ukraińca daj mi luby

Przedsiębiorcy chcą przyciągnąć (i zatrzymać) pracowników ze wschodu.

Do 2025 r. możemy potrzebować ponad 2 mln pracowników. Organizacje przedsiębiorców uważają, ze lukę na rynku pracy, spowodowaną m.in. obniżeniem wieku emerytalnego, „działaniami zniechęcającymi do podejmowania pracy” (tak przedsiębiorcy określają program Rodzina 500 plus), oraz zmianami demograficznymi, mogą uzupełnić tylko pracownicy zza wschodniej granicy.
Ich zdaniem pracownicy z zagranicy, a zwłaszcza z Ukrainy stanowią gwarancję dobrobytu i rozwoju Rzeczpospolitej.
„Bez napływu pracowników z Ukrainy i innych krajów w ostatnich kilku latach, PKB Polski byłby o około 10 proc. niższy niż jest obecnie, z niesłychanie negatywnymi skutkami dla stanu i stabilności finansów państwa” – stwierdza Business Centre Club.
I dlatego przedsiębiorcy domagają się skrócenia czasu oczekiwania na pozwolenia na pracę dla obcokrajowców. W większości województw cudzoziemcy oczekują na zezwolenia na pobyt i pracę nawet ponad rok, podczas gdy powinni otrzymać takie zezwolenia w 2-3 miesiące.
BCC proponuje, by wydłużyć okres pracy wykonywanej bez zezwolenia (tylko na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi) do 12 miesięcy w ciągu kolejnych 18 miesięcy, lub do 18 miesięcy w ciągu kolejnych dwóch lat. Takie udogodnienia miałyby dotyczyć obywateli kilku wybranych państw z Ukrainą na czele.

Rozmowy wypędzonych Wywiad

Arbitralne deportacje cudzoziemców przestały być tematem tabu w polskich mediach dopiero w momencie, gdy wyrzucona z Polski – i na wniosek polskich władz także ze strefy Schengen – została przewodnicząca fundacji  „Społeczeństwo Otwarte” Ludmiła Kozłowska, z czym z kolei rządy Belgii, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii nie zechciały się zgodzić. Ustąpiła zmowa milczenia panująca gdy deportowanymi byli Rosjanie. Poniżej publikujemy rozmowę dwu z nich  – niegdysiejszego korespondenta agencji „Rossiya Segodnya” Leonida Swiridowa, wydalonego z Polski w 2014 r.  z profesorem Dmitrijem Karnauchowym, którego podobny los spotkał w roku 2017.  Obaj nie dowiedzieli się, czemu musieli opuścić Polskę. Obaj mają o to – z oczywistych powodów – żal do polskich władz. Optymizmem napawa jednak fakt, że nie czują żalu ani do Polski, ani do Polaków.

 

Panie Profesorze, minął rok od dnia wydalenia Pana z Polski. Kto wspierał Pana wtedy w Rosji i Polsce? Jakie emocje wywołują dziś w Panu wspomnienia o przymusowej deportacji?

Wsparli mnie rosyjscy i polscy koledzy, którzy znali mnie osobiście, rektorzy uniwersytetów w Nowosybirsku, na których wykładam, a także członkowie Wolnego Towarzystwa Historycznego, którzy podpisali oficjalne oświadczenie.
W mojej sprawie głos zabrał również mer Nowosybirska Anatolij Łokot, rosyjski ambasador w Polsce Siergiej Andriejew, pracownicy Ambasady oraz MSZ Rosji. Bardzo im za to dziękuję.
Jeśli chodzi o emocje, są one niejednoznaczne. Jest mi przykro, że przestrzeń konstruktywnych polsko-rosyjskich relacji naukowych została sztucznie zawężona przez represje polskich władz wobec rosyjskich naukowców.
Winę za to ponoszą jednak nie zwykły Polacy, lecz polscy politycy, którzy – w niezbyt szlachetnych celach – krzewią strach i nienawiść wobec Rosji.
Jednakże żal i rozczarowanie przeplatają się z optymistyczną nostalgią – jestem pewny, że demokratyczny potencjał polskiej kultury politycznej i intelektualnej pozwoli przezwyciężyć tendencje totalitarne, które w danej chwili dominują.

 

Proszę przypomnieć naszym Czytelnikom, jakie zarzuty postawiono Panu w Warszawie?

Byłem zupełnie bezpodstawnie oskarżony o działalność z elementami „wojny hybrydowej”.
Najczęściej powoływano się na „kuszenie” polskich naukowców współpracą z rosyjskimi ośrodkami badawczymi, prowadzenie prorosyjskiej propagandy oraz dyskredytację polskich władz w mediach.
Przypisywano mi również przeciwdziałanie niszczeniu pomników radzieckich w Polsce oraz podgrzewanie polsko-ukraińskich animozji Zarzucano mi, że wszystko to wykonywałem jakoby na polecenie rosyjskich służb specjalnych.

 

A może działalność naukowa i społeczna obcokrajowców jest zabroniona w polskim prawie?

Ależ skąd! Gdybym w jakikolwiek sposób złamał polskie prawo, zostałbym postawiony przed sądem. Co prawda, sąd zażądałby dowodów mojej winy, których polskie władze nie miały i nie mogły mieć. Aby zatem uniknąć kompromitacji w sądzie, po prostu wyrzuciły mnie z kraju i zakazały wjazdu do strefy Schengen.
Przecież żaden z tych tak zwanych „zarzutów” nie ma związku ani z działaniami kryminalnymi, ani podlegającymi karze administracyjnej. Można je natomiast określić mianem „niedopuszczalnej herezji”. W związku z tym Polska, de facto, przyznała się do stosowania praktyk dyskryminacyjnych wobec cudzoziemców o innych poglądach.
Powiem więcej, niektóre zarzuty nie tylko nie mają nic wspólnego z obowiązującym prawem, ale są po prostu absurdalne. Na przykład, jakim cudem „kuszenie” polskich kolegów współpracą naukową z Rosją mogłoby zagrozić bezpieczeństwu państwa polskiego? Czyż polskie uczelnie i fundacje nie ściągają rosyjskich naukowców do Polski? Oznacza to, że one mogą to robić, natomiast my nie?

 

Jakie inne działania „antypaństwowe” prowadził Pan w Polsce?

Wykładałem jednocześnie zarówno na polskich i rosyjskich uniwersytetach, zajmowałem się wymianami akademickimi oraz studenckimi, prowadziłem konferencje, redagowałem książki, organizowałem tłumaczenie prac naukowych ekspertów z Polski i Rosji.
W moich działaniach nie mogło być żadnych antypolskich intencji. Bardzo łatwo to udowodnić – przez analizę treści wykładów lub publikacji. Niemniej jednak z jakiegoś powodu żaden z poważnych polskich ekspertów nie podjął próby merytorycznej analizy moich wypowiedzi czy tekstów. Jej wyniki można by udostępnić opinii publicznej.
Świadczy to o tym, że udowodnienie mojej „winy” tak naprawdę nikogo nie interesowało. Celem było uderzenie w wyobraźnię przeciętnego Polaka faktem wyrzucenia kolejnego „rosyjskiego szpiega”.
Równie absurdalne brzmią oskarżenia o prowadzenie propagandy i dyskredytowanie Polski w mediach. Czy można angażować się w propagandę i dyskredytację, nie zostawiając przy tym jakichkolwiek śladów w przestrzeni publicznej? I gdzie są te ślady? Dlaczego nie przedstawiono żadnego konkretnego faktu?
Myślę, że jeśli nawet istnieją niby kompromitujące mnie „dowody”, to nie da się ich zaprezentować, ponieważ większość z nich można zaliczyć do kategorii donosów i oszczerstw… A pozostałe uzyskane są w wyniku nielegalnego podsłuchu mojego telefonu. Nie mam wątpliwości, że odbywało się to nielegalnie.
Jestem pewien, że materiały mojej sprawy zostały utajnione nie z powodu poufności zawartej w nich informacji, ale tylko i wyłącznie dlatego, że zawierają nazwiska donosicieli, w tym obywateli Rosji…

 

Jak Pan uważa, co spowodowało podejrzenia o współpracę z rosyjskimi służbami specjalnymi?

Dla przeciętnego mieszkańca krajów zachodnich „rosyjskie służby specjalne” od dawna są swego rodzaju fetyszem. Świadczy o tym sprawa Boszyrowa i Pietrowa lub los Marii Butinej w USA, który jest nie do pozazdroszczenia. W Polsce, jeśli ktoś ma zamiar z powodów osobistych zniesławić swojego rywala albo pozbyć się konkurenta w zawodzie – mówiąc po prostu „sprzedać” kolegę – to najlepiej rozpuścić plotki o jego rzekomej współpracy z rosyjskim wywiadem. Wynik będzie gwarantowany. Tak właśnie się stało ze mną.
Właśnie na podstawie tych plotek polskie władze uznały za „dowód” kontaktów z tajnymi służbami moją współpracę z Rosyjskim Instytutem Studiów Strategicznych (RISS), który jest częścią struktury Administracji Prezydenta Rosji i nie ma powiązania z żadną ze służb specjalnych.
Instytucja ta nie znajduje się na modnych obecnie listach podmiotów, podlegających antyrosyjskim sankcjom, nie należy również do organizacji ekstremistycznych. Więc na czym polega przestępstwo?

 

Jak i kiedy Pan zaczął swoją współpracę z RISS?

W 2013 r., w okresie „odwilży” w stosunkach rosyjsko-polskich, ówczesny dyrektor RISS Leonid Reszetnikow – w związku z planowanym rokiem kultury Rosji i Polski – zaproponował mi reprezentowanie Instytutu w Polsce. Nigdy nie ukrywałem mojego dążenia do normalizacji stosunków między naszymi krajami, dlatego też przyjąłem tę pracę, o której wynikach można dowiedzieć z wielu ogólnodostępnych publikacji. Jeśli ktoś dostrzega w tych wynikach motywy antypolskie, to uważam taką interpretację mojej działalności za paranoję.
Chcę również zwrócić uwagę na to, że współpraca z RISS była tylko jednym z wielu i wcale nie najbardziej owocnym kierunkiem mojej pracy w Polsce.

 

Proszę powiedzieć, co robił Pan po wydaleniu z Polski…

Ten rok był trudny. Najważniejsze było połączenie rodziny. Moi bliscy są obywatelami Polski, niełatwo im było znieść rozłąkę. Musieliśmy pokonać wiele przeszkód biurokratycznych. Obecnie proces ten zbliża się już do końca.
W tym samym czasie za pośrednictwem adwokata w Warszawie złożyłem skargę na działania polskich władz. Sprawa rozpatrywana jest w sądach administracyjnych. Pozwanym jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji Polski. Kierownik tego resortu podjął decyzję o moim wydaleniu na wniosek szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Niestety, raczej nie mam szans wygrać sprawy w Polsce, ponieważ od niedawna nie ma już w tym kraju niezależnego sądu, a ustawodawstwo regulujące status cudzoziemców jest niedoskonałe i przyczynia się raczej do ich dyskryminacji.
Na przykład, mój adwokat nie może się zapoznać z materiałami sprawy objętymi klauzulą tajności w celu oceny ich wiarygodności i korelacji z postawionymi mi zarzutami. Dostęp do tych materiałów ma tylko pozwany, który naruszył moje prawa oraz sąd, który de facto „ratuje” sprawcę naruszenia, wykorzystując nieprecyzyjność sformułowania norm ustawodawstwa. Natomiast mój obrońca w sądzie niezbyt wiele może zrobić.
Wychodzi na to, że klauzula tajności pozwala pozostawić bezkarnym każde naruszenie praw cudzoziemca przez polski organ państwowy.
Najgorsze jednak jest to, że nadać taką klauzulę – jak pokazuje moja sprawa – można w sposób absolutnie dowolny, bez żadnych dowodów winy. Koło się zamyka… Dlatego cała nadzieja w sądzie europejskim.

 

Wszystko to znam doskonale z autopsji: „sprawa” dziennikarza Leonida Swiridowa, wymyślona przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego Polski wiosną 2014 r., była pierwszą próbą oskarżenia rosyjskiego obywatela o działania antypolskie, które zakończyły się wydaleniem z kraju. Potem został wydalony Pan i inni nasi rodacy. Czy mógłby Pan skomentować te wydarzenia z naukowego punktu widzenia?

Tak, oczywiście, wielokrotnie słyszałem o Pana sprawie, chociaż nie znaliśmy się osobiście, a po raz pierwszy spotkaliśmy się w Moskwie pod koniec ubiegłego roku tuż po mojej przymusowej deportacji z Warszawy.
Niestety sytuacja się pogorszyła i kampania represji antyrosyjskich w Polsce rozkręca się pełną parą. Kto by pomyślał zaledwie kilka lat temu, że ten kraj, niegdyś będący symbolem wolności, zamieni się w pariasa demokratycznej Europy…
Jeśli porównamy moją sprawę z Pańską, trzeba przyznać, że mechanizm dyskryminacji i prześladowań cudzoziemców z powodów politycznych ciągle się doskonali.
Pan przynajmniej miał możliwość pozwać polskie władze, przez jakiś czas przebywając na terenie kraju. W moim przypadku wszystko było znacznie bardziej brutalne – zostałem przyprowadzony do punktu deportacji bezpośrednio z domu w nieoznakowanym aucie i byłem przetrzymywany przez prawie dobę w celi z kryminalistami. Po raz pierwszy w życiu musiałem przymierzyć kajdanki.
Okazało się jednak, że to jeszcze nie wszystko. W maju tego roku obywatelkę rosyjską Jekaterinę Cywilską zatrzymano na krakowskiej ulicy i wywieziono jak rzecz na granicę Polski z Obwodem Kaliningradzkim, rozdzielając ją z małoletnią córką i mężem. Następnie inna nasza rodaczka, Anna Zacharyan, była przetrzymywana przez kilka dni, zanim została wydalona. Obydwie kobiety były związane ze stowarzyszeniem „Kursk”, które zachowuje pamięć o radzieckich żołnierzach – wyzwolicielach Polski poległych w walce z hitlerowskimi Niemcami.

 

Dlaczego władze Polski to robią?

Myślę, że w celu zastraszenia realistycznie myślących Polaków, a przede wszystkim tych, którzy sympatyzują z Rosją i szanują ją.
To zastraszanie jest spowodowane zarówno przyczynami wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Aby „ufortyfikować” wewnętrzny reżim polityczny, rządzące ugrupowanie korzysta z pretekstu, którym jest obecność wroga w osobie Rosji. A ponieważ w rzeczywistości „rosyjskie zagrożenie” dla Polski nie istnieje, tworzy się jego imitację poprzez sztuczne nasilanie wrogości w stosunkach polsko-rosyjskich.
Przyczyną zewnętrzną jest dążenie obecnych władz Polski do przekształcenia swojego kraju w głównego partnera strategicznego Stanów Zjednoczonych w Europie oraz ulokowania tu stałych amerykańskich baz wojskowych. Aby osiągnąć ten cel, należy podrażniać Rosję, prowokować ją do wykonywania niebezpiecznych ruchów. Właśnie po to stosowane są różne „chwyty niedozwolone” – nie tylko demonstracyjne polowanie na rosyjskich obywateli oraz wyrzucenie ich z Polski, ale także wprowadzenie zakazu wjazdu do innych krajów strefy Schengen na podstawie wniosków polskich służb specjalnych. Jest coraz więcej takich przypadków. Niestety, te działania zmieniają niegdyś otwartą i tolerancyjną Polskę w „oblężoną twierdzę”, a jej obywateli – w zakładników antyrosyjskiej mistyfikacji geopolitycznej.

 

Panie Profesorze, dziękuję bardzo za rozmowę.

Dmitrij Karnauchow, historyk, dr hab., w latach 2011-2017 wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiełłońskim, Akademii Humanistycznej w Pułtusku, obecnie profesor na Uniwersytecie Technicznym i Uniwersytecie Pedagogicznym w Nowosybirsku. Autor kilku monografii i kilkudziesięciu artykułów naukowych. Specjalista w zakresie historii polskiej historiografii oraz polskiej polityki historycznej.

 

Wywiad ukazał się na portalu „Sputnik”.