Co na to Havel?

Tak mógłby się nazywać ten zbiór czeskich sztuk współczesnych zatytułowany „Prawda i miłość”. W połowie co najmniej opublikowanych w nim dramatów Vaclav Havel, jego wizja przyszłości i polityki pełnią funkcję „przymiaru prostego”. Porównanie wzorca z rzeczywistością wywołuje rozczarowanie.

Czescy autorzy dramatyczni zderzają się z ideałami Havla i wychodzi na to, że ogarnia ich przygnębienie. Niewiele zostało z programu obiecującego zmiany w myśleniu o świecie i ludziach, który proponował Havel. Świat pomknął w innym kierunku, dawne zawołania okazały się mrzonkami i rzeczywistość nie spełniła nawet najskromniejszych oczekiwań. Zamiast wspólnoty – egoizm. Zamiast prymatu etyki – wszechwładza pieniądza. Zamiast otwarcia na świat – zamknięcie.
Nietrudno w tych rozczarowaniach rozpoznać także nasze własne, polskie lęki i frustracje. Wprawdzie nie trafił się nam Havel, pisarz i polityki w jednej osobie, niezłomny opozycjonista walczący o lepszy świat, a zarazem wyrozumiały humanista, ale mieliśmy i swoich proroków. Tak czy owak, zazdrościć braciom Czechom nie mamy czego, skoro Havlovskie ideały poszły w kąt, na archiwalne półki, zastąpione przez walkę interesów i niechęć do budowania przyjaznego ludziom świata. Niewesołe to konkluzje, które nasuwają nowe sztuki czeskie.
Na pierwszy plan wysuwa się nieposkromiona żądza sukcesu utożsamiana z władzą i posiadaniem To niby nic nowego – literatura od wieków przepełniona jest opisami dążeń do celu po trupach. Liczy się jednak sceneria i
etyczny indyferentyzm
tych praktyk ujętych w apokryficznej formie w dramacie „Ostatnia gąska” podpisanym przez autora o tajemniczym pseudonimie „S. d. Ch.”. Bohater sztuki, anonimowy Działacz Polityczny, któremu udaje się przetrwać zmieniające się ustroje i rządy dokonuje auto demaskacji w alegorycznej przypowieści o żarłocznym spożywania gęsi, która miała być dobrem wspólnym, a dostaje się tylko jemu. Syty Działacz manipuluje ludem tak sprytnie, że lud wyraża jeszcze wdzięczność za to, że został oskubany – jak ta gęś. W sztuce podstarzały już Działacz nie jest nawet w stanie konsumować tak wiele, a gęś jest słusznych rozmiarów. Nie może jeść tak tłusto i niezdrowo, ale nie odpuszcza. Woli śmierć z przeżarcia od dzielenia się gęsią. Oto człowiek nowych czasów.
Równie silny pęd do żarcia/ sukcesu niezależnie do kosztów moralnych przejawia Nina, bohaterka sztuki Petera Zelenki „Job Interviews”. Zdolna jest dla kariery zamienić agencję castingową w agencję towarzyską, sprzedać własną bratanicę, poniżać zależne od siebie bezrobotne aktorki. „Goni życie do utraty tchu, ciągle z telefonem przy uchu, który dzwoni w dzień i w nocy”, jak pisała recenzentka po premierze w czeskim Cieszynie (w reżyserii Katarzyny Deszcz, 2018). Od postaci gotowych na wszystko, często zdesperowanych szefowych aż roi się we współczesnych scenariuszach. Zelenka nadał jednak Ninie znamiona tragizmu. Nic nie tracąc z indywidualności, Nina staje się figurą losu ofiar systemu korporacyjnego, który pożera własne dzieci.
Zelenka to najbardziej znany z autorów sztuk prezentowanych w antologii. Zdobył w polskim teatrze pewną renomę, stosunkowo często wystawiany – jego „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” trafiły niemal dwudziestokrotnie na polskie sceny, a sztukę „Oczyszczeni” napisał na specjalne zamówienie Starego Teatru. Dramat „Job Interviews” także ma konteksty polskie – jej akcja toczy się w Polsce, ale może się toczyć wszędzie.
Zelenka woli jednak
konkret historyczny
od abstrakcyjnych gier logicznych. Toteż w swoich dramatach chętnie sięga do autentycznych źródeł. Dowodzi tego wystawiana już w Polsce jego sztuka „Teremin” (reż. Artur Tyszkiewicz, Teatr Współczesny w Warszawie, 2007). Jej bohaterem jest Lew Sergiejewicz Teremin (1896-1993), wynalazca, muzyk, ofiara i współpracownik KGB, więzień gułagu, bigamista. W antologii w podobnym duchu dokumentalnym utrzymana jest sztuka „Czar molekuły”, której bohaterami są czescy odkrywcy z Antonínem Holý na czele. Ich badania przyczyniły się w ogromnej mierze do opracowania skutecznych leków przeciw AIDS. Zelenka wprowadza nas w kulisy nie tyle prac badawczych, ile okoliczności, które sprzyjają bądź uniemożliwiają ich prowadzenie. Pokazuje finansowe zaplecze odkryć, odzierając je z romantycznej legendy.
A jak nie pieniądze, które rządzą światem, a farmacją w szczególności, to przynajmniej sława reguluje poszukiwania naukowe, o czym z kolei opowiada Renè Levinski w sztuce „Naciśnij kosmos, by przejść dalej”. Tu także dochodzi do moralnych dylematów, bo jeśli w grę wchodzą eksperymenty genetyczne, zawsze pojawia się pytanie o ich granice.
Spośród dziewięciu sztuk, które znalazły się w tym wyborze tylko jedna
odwołuje się do historii.
Jedna, ale literacko wyśmienita i chyba najlepsza ze wszystkich zebranych w niej utworów. Mam na myśli „Wysłuchanie” Tomaša Vůjtka, które chciałbym zobaczyć na scenie. To utwór rozliczający się z czeskimi zaszłościami z okresu II wojny światowej – przede wszystkim ze stosunkiem do Żydów i „ostatecznego rozwiązania” – bohaterami utworu są zbrodniarz wojenny Adolf Eichmann i czeska sprzątaczka Vlasticzka, uosabiająca dość powszechne podejście do tzw. kwestii żydowskiej. Utwór napisany jest w duchu prozy Jonathana Littela („Łaskawe”, 2006) i szkoły dramatycznej Tadeusza Słobodzianka („Nasza klasa”, 2008), stawiając przed odbiorcami zadanie zmierzenia się z niezaleczoną traumą. Vůjtek nikogo nie oszczędza – ukazuje Eichmanna zaślepionego fanatycznym antysemityzmem, ale nie próbuje nawet bronić Vlasticzki, która żerowała na nieszczęściu swoich pracodawców-Żydów. Przy czym autor ma na widoku ogólniejsze przesłanie – w końcu o „niewinności” urzędników reżimu hitlerowskiego czytaliśmy już setki razy. Autor przekonuje, że z przeszłości wciąż nie potrafimy wyciągać nauki, a zaczadzenie wojną trwa. „Ktoś powiedziałby – mówi na koniec Eichmann – że wystarczy otworzyć oczy i to minie. Tylko jak chcecie otworzyć oczy, które już z są otwarte? Otwarte szeroko. Tak szeroko, że nie da się już ich zamknąć. Nie, to nie jest sen. To nadal ma miejsce”.
O ile Vůjtek bliski jest poetyce teatru faktu, o tyle feministyczna sztuka Davida Drabka „Sherlock Holmes. Morderstwa brodatych kobiet” aż tonie w oniryzmie i bajkowej fantastyce. To tak jakby Witkacy zabrał się do pisania baśni braci Grimm, myśląc o przyszłej inscenizacji Mai Kleczewskiej. Tu może (i tak jest!) zdarzyć się wszystko. Postacie umierają i ożywają, pojawiają się jak duchy i rozwiewają, a do banałów należą sytuacje, w których zmieniają płeć i okazują się kimś zupełnie innym, niż się wydawało. Tak naprawdę chodzi o wyszydzenie przemocy okazywanej kobietom, o walkę z patriarchalnym modelem świata, w którym nie ma miejsca dla samodzielnie myślących kobiet, niezależnych od mężczyzn.
Ten sam problem podejmuje Lenka Lagronova (autorka jest siostrą zakonną) w „Ogrodzie Jane Austen”. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do swego kolegi o rozszalałej wyobraźni, ukazuje Matkę i jej dwie córki – siostry Austin – w tym sławną pisarkę Jane – w ich mozolnej walce o samoakceptację, o wyzwolenie spod tyranii przesądów. To sztuka o osiąganiu wolności, która staje się udziałem Jane Austin. Mówi o tym wprost jej siostra Cass: „Śmiejesz się z rzeczy, które w innych wzbudzają rozpacz. Piszesz bez nienawiści, bez strachu. Nie boisz się. Nie protestujesz. Nie zgorzkniałaś. Nie pouczasz. Wygląda, że jest pani zadowolona, panno Austin. Nie pozwoliłaś się ograniczyć”. Sprawia to wrażenie współczesnego programu (nie tylko) literackiego.
A polityka?
Wciąż puka do drzwi, choć nie stanowi problemu numer jeden poza monodramem Davida Zabransky’ego „Aktor i stolarz Majer mówi o stanie swojej ojczyzny”. Wspomniany w tytule aktor Majer to postać autentyczna, autor zatem wykorzystuje nazwisko popularnego aktora jako klucz do swojego pamfletu na inteligencję i rozmaite, trudne do przezwyciężenia stereotypy. W monodramie nie odbywa się bez Havla, do którego przyrównywani są kolejny prezydenci. Kończy się ten monodram o „czeskości” dość pesymistycznie i zaskakująco rymuje z dzisiejszą sytuacją pandemiczną. „Nadchodzi faza zwijania” – prorokuje autor. „Nadchodzi koniec. Cała Europa będzie wkrótce depresyjna”. Przyjmuję te słowa jako ostrzeżenie. Nie wiem, co na to powiedziałby Havel.

PRAWDA I MIŁOŚĆ. Czeskie sztuki współczesne, Agencja Dramatu i Teatru, Warszawa 2020.

W obronie zapomnianych pracowników

Szanowny Panie Premierze! Pandemia wirusa SARS-CoV-2 dotyka wszystkich sfer naszego życia i gospodarki. W tzw. tarczy antykryzysowej nie uwzględniono wielu ważnych aspektów walki z kryzysem i jego następstwami.

Rozwiązanie stosunku pracy z czeskimi firmami wiąże się dla polskich pracowników z pozbawie niem ich środków do życia. Zgodnie z umowami, jakie podpisali, nie przysługuje im prawo do jakiejkolwiek odprawy ani świadczeń. Konieczna jest w tej sprawie szybka interwencja rzadu, uwzględniająca następujące aspekty:

I. Fabryki utrzymują produkcję. Masowe zwolnienia nie dotknęły Czechów pracujących w tych zakładach (lub dotknęły w minimalnym stopniu). Polskich pracowników agencyjnych można więc uznać za ofiary nierównego traktowania ze względu na polskie obywatelstwo, co stoi w skrajnej sprzeczności z prawodawstwem Unii Europejskiej.

II. Jedną z przyczyn zwolnień były problemy powstałe na granicy polsko-czeskiej po decyzji rządu RP o czasowym zamknięciu granic. Wprawdzie odnośne rozporządzenie nie nakładało na pracowników obowiązku dwutygodniowej kwarantanny po każdym przekroczeniu granicy, ale w wyniku chaosu na przejściach granicznych, czas dojazdu do miejsc pracy wydłużył się z kilkudziesięciu minut do nawet 8 godz. To z kolei ograniczyło pracownikom możliwość efektywnego świadczenia pracy. Zwolnieni Polacy są więc pośrednio ofiarami decyzji polskiego rządu.

III. Polskie państwo tolerowało działalność zagranicznych firm pośrednictwa pracy, które wykorzystywały trudne położenie polskich pracowników, oferowały im pracę na warunkach daleko odbiegających od jakichkolwiek norm – humanitarnych i prawnych. Rząd ma więc teraz obowiązek zająć się tą grupą pracowników. Podobnych przykładów jest z pewnością więcej. Należy mieć nadzieję, że przyjdzie czas rozliczeń niehumanitarnych postaw i działań pracodawców ukierunkowanych wyłącznie na zysk. Pojawia się jednak pytanie: co z Polakami pozbawionymi dziś – 23.03.2020 r. – środków do życia i jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa, a nawet dwóch państw, które do tej pory czerpały korzyści z ich pracy?

Z poważaniem
Prof. Joanna Senyszyn
Posłanka na Sejm RP

Ćwierć miliona Czechów demonstruje

Obywatele Czech nie ustają w protestach przeciwko korupcji i degeneracji czołowych polityków. Na wiecu w parku Letna w Pradze zjawiło się wczoraj 250 tys. osób. Protestujący domagali się m.in. dymisji premiera,
a ostrej krytyki nie szczędzili również prezydentowi.

Czesi chcą aby szef rządu Andrej Babiš zdecydował się czy jest biznesmenem czy politykiem. Dotychczas zachowywał się tak, jakby stanowisko polityczne służyło mu do pomnażania fortuny za pomocą szwindli. Wiosną wyszło na jaw, że drugi na liście najbogatszych obywateli czeskich, postarał się o to, by jego rolniczy holding Agrofert otrzymał pokaźne dotacje wspólnoty, dopuszczając się złamania zasady unikania konfliktu interesów. Obejmując stanowisko szefa rządu polityk miał przestać osobiście zajmować się biznesem. Nie dotrzymał słowa. Fundusze powiernicze, które teoretycznie przejęły sprawy Agrofertu, są pod jego pełną kontrolą.
Sprawą zajęła się Komisja Europejska. Gdy do mediów wyciekły fragmenty przygotowanego przez kontrolerów raportu, okazało się, że Czechom grozi konieczność zwrócenia do unijnego budżetu aż 18 mln euro nieprawidłowo przyznanych dotacji. KE miała bowiem potwierdzić wystąpienie nieprawidłowości.
Wczorajszy protest odbył się w 30 rocznice Aksamitnej Rewolucji. Obywatele demonstrują przeciwko Babišowi od pół roku. Postulat jest niezmienny – dymisja. Negatywne oceny zbiera też prezydent Miloš Zeman, który – zdaniem przemawiających na wiecu – nie radzi sobie ze sprawowaniem władzy przynależnej głowie państwa. Zeman skrytykował organizatorów manifestacji, zarzucając im, że postępują w sposób niedemokratyczny, ponieważ nie szanują decyzji sądu o oddaleniu zarzutów o oszustwo przeciwko Babišowi. – Chciałbym zauważyć, że Andrej Babiš dostał 1,5 mln głosów, ja 2,85 mln. W porównaniu do tego manifestacja na Letnej to mały procent – stwierdził prezydent w wywiadzie dla portalu ParlamentniListy.cz.
Co na to premier? Babiš odrzuca oskarżenia i przekonuje, że to spisek uknuty przez jego przeciwników. W czerwcu jego rząd przetrwał także głosowanie nad wotum nieufności, choć przewagą tylko 16 głosów. Partie ANO, której szefuje Babiš, poparła wtedy również koalicyjna Czeska Partia Socjaldemokratyczna oraz wspierająca rząd (choć pozostająca poza nim) Komunistyczna Partia Czech i Moraw.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Małżeństwo po czesku

Czechy już niedługo staną się pierwszym europejskim krajem z bloku postkomunistycznego, który zdecydował się na takie rozwiązanie. Od 2006 w Czechach pary homoseksualne mogą zawierać związki partnerskie, jednak teraz mają zyskać te same prawa, które mają formalne małżeństwa.

 

Na początku wakacji zielone światło dla zmiany prawa dała Rada Ministrów, natomiast 14 listopada projektem zajmie się niższa izba parlamentu. Jeżeli wyrazi poparcie dla małżeństw jednopłciowych, inicjatywa będzie musiała jeszcze przejść przez Senat i zyskać podpis prezydenta.

Jak pisaliśmy w czerwcu, projekt ma być zrealizowany poprzez nowelizację Kodeksu cywilnego, w którym ustęp o małżeństwie zastąpi po prostu dotychczasowy zapis o związkach partnerskich. Zapewne kolejnym krokiem będzie możliwość adopcji dzieci – już teraz przed czeskimi sądami toczy się kilka takich postępowań.

Wprowadzenie do czeskiego prawa małżeństw jednopłciowych to inicjatywa poselska sześciu partii, w tym rządzącej centroprawicowej ANO, kierowanej przez premiera Andrieja Babisza. Pod projektem podpisało się 46 posłów (cały parlament liczy ich 200), między innymi koalicjant ANO: Czeska Partia Socjaldemokratyczna oraz Komunistyczna Partia Czech i Moraw.

„Podstawową zasadą proponowanej nowelizacji jest zapewnienie parom tej samej płci oraz ich dzieciom takiej samej godności i takiej samej ochrony życia rodzinnego, jaka z mocy prawa zapewniana jest małżonkom oraz ich dzieciom i w ten sposób zagwarantowanie im równego statusu nie tylko społecznego, ale także prawnego” – napisali posłowie w uzasadnieniu projektu.

Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.