Księga wyjścia (34)

Ballada pif, paf, dum-dum

Jesień to niewątpliwie czas samobójców, przytłaczająca pogoda jest świetnym inkubatorem choroby o nazwie depresja, lub afektywna dwubiegunowa. Kończy się faza manili czy zespołu hipomaniakalnego, a zaczyna smutek, melancholia zaczyna depresja, a skutkiem bywają samobóje.
Na taki właśnie moment czekałem, by napisać poniższy tekst. Oczywiście ku przestrodze, albo by legislatorzy przestali już robić sobie selfie w fotelach sejmowych, a przygotowali projekty ustaw na pierwsze posiedzenia. O ile zrozumieją przekaz. Chwilę będzie lirycznie, by przejść do właściwego problemu. Ta liryka, nie dotyczy Was drodzy parlamentarzyści, ponieważ Sejm i powaga w ostatnich latach to oksymoron.
Mówią, że za wyjątkowym mężczyzną, zawsze stoi wyjątkowa kobieta. Myśle, że za wyjątkową kobietą, zawsze stoi wyjątkowy mężczyzna, za innym wyjątkowym meżczyzną, stoi inny mężczyzna, a za kobietą – kobieta. Pewnie autorowi tego powiedzenia chodziło o cierpliwość i akceptację partnera, gdy jego wybranek/wybranka czynią swą wyjątkowość. Czynienie wyjątkowości jest zajęciem bardzo absorbującym i w zasadzie najlepiej byłoby nie obarczać tym osoby trzeciej, czyli partnera. „Wyjątkowanie” w samotności jest trudniejsze, bo trzeba jeszcze zająć się wszystkim tym, co określają pierwsze dwa szczeble piramidy potrzeb. Ale jakoś można to próbować ogarnąć, kosztem wyjątkowości, lub machnąć ręką i ograniczyć do minimum, jak słynny z niechlujstwa Zygmunt Kałuzyński, człowiek bez wątpienia wyjątkowy.
Chyba chodzi o zrozumienie, dawkę energetycznej czułości i wiary w siebie. Wszyscy wyjątkowi singlowo, zbyt wcześnie kończyli swój żywot, zazwyczaj mając 27 lat – jakiś taki wzór. Można powiedzieć, że Cobain czy Morrison mieli partnerki, lecz wydaje mi się, że nie o tę relację chodzi. Nie o wspólne ćpanie czy chlanie. Więc wyjątkowość odpowiedniego partnera zdecydowanie przedłuża życie o wielokrotność tych nieszczęsnych dwudziestu siedmiu lat.
Wyjątkowanie w samotności skutkuje napadami depresji, której finał bywa rożny.
Sam nie wiem, czemu o tym piszę, temat miał być zupełnie inny i zaraz do niego wrócę, po prostu chyba śniła mi się Afrodyta, i pomyślałem o biednym i ubogim jej kochanku Adonisie, który nie miał szans z potężnym Aresem. Mężem Afrodyty i przy okazji bogiem wojny.
Biedny Adonis mógł sobie jedynie palnąć w łeb, gdyby wtedy wymyślono już legalną broń palną.
Jeśli jesteśmy przy Bogu Wojny, to może kilka słów o broni. Napisałem na FB w jaki sposób piszę swoje teksty, wrzuciłem nawet zdjęcie, mierzę w monitor z legalnego Makarova, a komputer przestraszony w kilkanaście minut zapełnia pustą kartkę. To dobry sposób na: brak weny, zawieszanie komputera i kiepski tekst. Tylko Makarov działa na komputery japońskie, na chińskie trzeba większy kaliber. Dobry jest, Combat HDR 50 czyli 12.7 mm, a na i-pady najlepsze są stare czarnoprochowce.
Huk, dym i ogień działają tak, że ze strachu tekst nie dość, że sam się potrafi napisać to jeszcze korektę uczyni. Wszystko to legalne, bez zezwoleń. Niektóre pneumetyki wystarczy jedynie zarejestrować, a na czarnoprochowce nie trzeba nic, oprócz kasy. W miarę przyzwoity, kosztuje w granicach od tysiąca złotych wzwyż.
To oczywiście żart – z komputerem – bo akurat co do broni, to całkiem poważnie. Nie jest ponury jesienny żart z kraju, w którym obowiązuje zakaz kupna i posiadania broni palnej, a tak naprawdę znając przepisy można ją całkiem legalnie i anonimowo kupić.
Można kupić karabin lub pistolet kalibru armaty, a spustoszenie jakie wywołuje jego wystrzał, jest porównywalne do słynnych pocisków dum-dum.
Sam też zaopatrzyłem się w kilka sztuk całkiem legalnej broni krótkiej. Początkowo był to eksperyment, który przerodził się w pasję. I już mam ochotę kupić długi karabin.
Niby nie wolno w Polsce posiadać broni bez zezwolenia. Jasne, ale tylko tej, wymyślonej po 1885. Konstrukcje z wcześniejszych lat są zupełnie legalne. Przepisy określają jasno: „Pozwolenia na broń nie wymaga się w przypadku: posiadania broni palnej rozdzielnego ładowania, wytworzonej przed rokiem 1885 oraz replik tej broni”.
Żeby było weselej „repliki” są robione współcześnie, czyli cholernie precyzyjnie, a kaliber ołowianej kuli może mieć nawet 0.68 cala, czyli prawie dwa centymetry, lufy gwintowane, ze skokiem tegoż do wyboru. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a niewtajemniczonym wystarczy cokolwiek.
Śmiem twierdzić, że policyjne dziewięciomilimetrowe Glocki i P-83 czy P-64 i co tam jeszcze mają, wymiękają przy takich armatach. Prędkość początkowa z legalnego czarnoprochowca jest większa niż ze zwykłego P-64. Poza tym używane współcześnie pociski zespolone, czyli zwykły nabój z czubkiem, przebija na wylot ciało napastnika. Kula wystrzelona z „kolekcjonerskiej repliki” gdy trafi w nogę, to może urwać całą, lub część kończyny. Ołów w zderzeniu z celem bardzo łatwo się odkształca, co czyni tę broń o wiele bardziej niebezpieczną, niż współczesne kompaktowe samopowtarzalne, nowości.
Krótka replika, to rewolwer, czyli pistolet z bębenkiem, pięcio-, sześcio-, lub siedmiostrzałowy, z większymi się nie spotkałem.
Ponowne załadowanie trwa kilka minut i pewnie dlatego broń ta jest legalna. Trzeba nasypać proch, wsadzić przekładkę, kulę, sprasować, przesmarować – do czego jest specjalne urządzenie. Więc wymaga to trochę zachodu. W tym czasie ofiara ma szansę uciec, jeśli ślepy kowboj napastnik wcześniej nie trafił. Ustawodawca zapomniał jednak o pewnym szczególe – bębenki są wymienne. Można przygotować sobie ich nawet dziesięć i wymienić po wystrzeleniu. Wymiana trwa tyle samo, co zmiana magazynka w Makarovie.
Żeby kupić LEGALNIE taki pistolet lub karabin, wystarczy zamówić przez Internet, pójść do sklepu, a czasami nawet miewają na bazarach. Siła wystrzału zależy też od grubości i ilości zastosowanego prochu. Inny stosuje się w mniejszych kalibrach, inny w większych. Tu jest pewien problem, bo prochu już w sklepie nie sprzedadzą.
Poza zestawem startowym, gdzie jest wszystko – to dopiero numer. Legalnie można go kupić w Czechach – 100 zł za kilogram, lub w Szwajcarii – około 250 zł za kilo. Można poprosić kolegę, jeśli takiego posiadamy, a ma odpowiednie zezwolenie, by nam kupił, a jeśli nie – to najprościej sciągnąć z Czech. Nawet pocztą.
Jest jednak metoda, by kupić w sklepie bez zezwolenia. Wychodzi drogo i potem pracochłonnie, ale jeśli ktoś nie może doczekać się czeskiej przesyłki – może spróbować. Legalnie można kupić przedłużone ślepaki do broni hukowej. W każdym jest bezdymny ładunek prochu. Wystarczy kombinerkami ścisnąć i wysypać zawartość. Wychodzi znacznie drożej, ale legalnie. Łuskę należy jednak zabezpieczyć, jest w niej spłonka z piorunianem rtęci, przyda się na fajerwerki. I w ten sposób mamy proch z polskim kapitałem.
Drugą furtką są pneumatyki na samą rejestrację. Siła jest tak ogromna, że ze 100 metrów przebija deskę calówkę. To samo zrobi zwykła wiatrówka – taka bez potrzeby jakiejkolwiek rejestracji – na nabój CO2 z 10 metrów, z pięciu przebije czaszkę. Fakt, małym kalibrem, ale co za różnica czy zabije nas pocisk armatni, czy 4,5 lub 5,5 mm.
Pneumatyki dorównują siłą broni palnej, ale w ciągu pięciu dni od zakupu, należy ją zarejestrować. W niektórych krajach używa się broni pneumatycznej na polowaniach, nie robi huku i nie ma odrzutu. W Polsce jest to zabronione. Można z nich strzelać jedynie na strzelnicy. Jedynym przepisem chroniącym, tych którzy nie wiedzą ilu gości z legalnymi Coltami (te repliki to zwykle słynne rewolwery Colta), jest to, że nie wolno ich używać poza koncesjonowaną strzelnicą. To samo dotyczy broni pneumatycznej powyżej 17 jouli. Spadł Wam kamień z serca? W końcu państwo postanowiło w jakiś sposób chronić swych obywateli.
A ponieważ nasz narodowy stosunek do przepisów jest, jaki jest, to możemy być spokojni, że idąc ulicą bandzior nie wyjmie gnata i nie zacznie strzelać, ponieważ zabraniają tego przepisy. Co innego na strzelnicy, tam musimy się pilnować, myślę jednak, że raczej nikt nie mija jej w drodze do pracy czy sklepu i chyba nie chodzi na spacery tam gdzie świszczą kule.
Aha, broń ta jest nie do wykrycia przez analizy balistyczne. Przez deformację pocisku nie można określić lufy, która go wyrzuciła.
Jestem pacyfistą i przeciwnikiem powszechnego dostępu do broni. To co piszę, jest zwróceniem uwagi na problem. Ale pomimo tego, że jestem pacyfistą, to nie ma lepszej zabawy, niż strzelanie z czarnoprochowca do lotek na koncesjonowanej strzelnicy. Zwłaszcza, gdy udaje się trafić na oczach stada myśliwych, którzy nie potrafią zrobić tego dubeltówką ze śrutem, czyli z dużym rozrzutem. A tu przychodzi gość, wyciąga rewolwer z czasów Billy’ego the Kida i rozwala wszystkie wyrzucone lotki. A robi to z ręki, bronią krótką i ołowianymi kulami, a nie śrutem, którego rozrzut z tej odległości to około metra. Potem dosyć długi proces ładowania, co też jest rytuałem, i znowu ten huk, który zagłusza dubeltówki. Myśliwi idą na kawę.
Jest jednak sposób, by i wilk i owca, tylko barany muszą się zgodzić. Sejfy i depozyty na strzelnicy. Bez noszenia ze sobą Colta, czy dużego pneumatyka. W Niemczech dopuszczalna moc broni pneumatycznej wynosi 7.5 joula, w Polsce 17 jouli, co przy kalibrze 0.50, czyli 12.7 mm – mam taki i przetestowałem – przebija dwie płyty gipsowe z odległości 10 metrów, z dyni czy arbuza nie zostawia wiele, oprócz soku. Wcześniej pisałem, że i zwykłą wiatrówką na CO2 i kalibrem 4.5 mm bez problemu można uśmiercić człowieka, tylko z mniejszej odległości.
Czarnoprochowce są bardziej niebezpieczne, strzelają okrągłymi, ołowianymi pociskami, które działają jak pociski dum-dum. Czy naprawdę w Polsce nie ma powszechnego dostępu do broni?
Czy mamy prawo dziurawe jak tarcza po kilkunastu sekundach strzelania? To jest pomysł dla organizacji, które blokują polowania. Tu wystarczą same pistolety hukowe, na przedłużony ślepy nabój. Przechodząc tuż przed polowaniem i strzelając co chwilę, wypłoszymy całą zwierzynę, a gdy rycerze świętego Huberta zaczną trąbić w róg, zorientują się, że na łowisku zostały tylko dżdżownice dla wędkarzy.
Na dzisiaj wystarczy, muszę pozbierać rozstrzelanego laptopa.

Księga wyjścia (33)

Ballada o samotności i dziwnym przypadku redaktora Lisa

Panie redaktorze, jak często i na ile chętnie Pan kłamie? Bo przecież kłamie Pan. Prawda? Uważa się Pan za inteligentnego, słyszałem z Pańskich ust. W związku z tym musi Pan i chcieć i to robić. No więc, jak często okłamuje Pan czytelników, chociaż pewnie używa Pan określenia „barany”?

W gazecie prowadzonej przez wspomnianego, pojawił się artykuł pod tytułem: „ludzie inteligentni kłamią częściej i chętniej”. Na swoim profilu FB odniosłem się do tych słów konkludując, że zgodnie z postawioną tezą, dziennikarze „Newsweeka” albo są głupkami, albo kłamią. W obronie T. Lisa i prowadzonej przez niego gazety, natychmiast rzuciła się na mnie cała masa zwolenników pierwszego i przeciwników PiS. Nie będę pisał o megalomanii Lisa, ani o tym jak traktuje widzów i czytelników, ale według jego własnych słów ludzie, którzy go bronili to barany, których nie wolno traktować poważnie. Odsyłam do panelu na „UW”, z którego wkleiłem ten fragment wypowiedzi. Ludzie odporni na argumenty zamykają się w bańkach. W takiej bańce są zwolennicy PO, PiS-u i sióstr Godlewskich. Nie jest ważne, co lider bańki – nazwijmy go bańkowym powie lub napisze, jego zwolennicy rzucą się do gardeł temu, kto śmie go krytykować. Często narażając się przy tym na śmieszność.
Lis jest kiepskim dziennikarzem, ale początek lat dziewięćdziesiątych był świetną trampoliną dla wszystkich miernot. Załapywali się do telewizji i tam dopiero zaczynali się uczyć zawodu. Lis z tej trampoliny skorzystał, nie dlatego, że jest wyjątkowy, ale znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie. Wygrał jakiś konkurs i wsiąkł, a potem w ekipie pampersów Walendziaka zasiedlił się na dobre, wyleciał USA. Zaczęli uprawiać dziennikarstwo na własnych zasadach i według własnych standardów. Chociaż trzeba przyznać, że teraz to już akademicka klasyka przy obecnym stanie TVP, pod przewodnictwem J. Kurskiego. Choć i on pracował w tamtej telewizji, przyszedł razem z Walendziakiem. Nazwa „pampersy” wzięła się stąd, że nowi szefowie i przychodzący z nimi dziennikarze nie mieli pojęcia o pracy w TV.
Zagrożeniem dla telewizji jest Internet, dlatego jej jedyną bronią jest/powinna być wiarygodność. Wydawało się, że owszem prasę osłabił, ale tego kolosa nie ruszy. A jednak, tym bardziej, że realizatorzy wcale temu nie chcą zapobiec. We wszystkich stacjach partykularne interesy biorą górę i kłamstwo pogania manipulację. Geobbelsowska teza o wielokrotnie powtórzonym kłamstwie jest już nieaktualna, nie przy tej ilości różnych mediów i przekazów, każda nawet tysiąc razy powielana informacja ginie. Chyba, że ktoś ogląda tylko TVTrwam. A większość mediów i tak powiela pasujące im politycznie bzdury, ale główna batalia idzie o krajową politykę. Bo co do międzynarodowej, a zwłaszcza natowskiej, to prawie wszystkie redakcje powtarzają ten sam, często nieprawdziwy obraz. W dodatku z pozycji kolan. A to podobno PRL był taki zniewolony…
No nic, przypomniało mi się, gdy byłem w Kosowskiej Mitrowicy. Pojechałem tam bez akredytacji NATO i mieszkałem gdzie się da. Siedziałem na murku naprzeciwko rzeki Ibar – dzieliła ona cześć albańską i serbską. Jeśli coś się działo, to zwykle tam. W pewnym momencie podeszła do mnie grupa kilkunastu żołnierzy, z karabinami wymierzonymi we wszystkie strony, łącznie ze mną – przynajmniej pięć M-16 we mnie skierowali, ze środka wyłoniła się dłoń z mikrofonem i dziennikarka nie wychodząc zza pleców żołnierzy w kamizelkach, zaczęła mnie wypytywać jak mi się tu teraz żyje jako Serbowi. Już nie pamiętam, czy powiedziałem jej, że też jestem dziennikarzem, czy że czekam na jakiegoś trupa bo poluję na albańskie skalpy, za które płaci mi Karadżić.
Byłem w szoku i chyba wtedy zrozumiałem na czym polega perfidia. Dziennikarze ci nie kłamali, podłączeni do wariografu powtórzą to samo, a maszyna potwierdzi wiarygodność. Ci reporterzy są przekonani, że wiernie i rzetelnie wykonuje swój zawód, nie biorą jedynie pod uwagę tego, że jeżdżą i oglądają jedynie to, co pozwoli im zobaczyć sztab. Sami nie mogą ruszyć się z miejsca zakwaterowania, bo albo jest na terenie strzeżonym, albo jak w Belgradzie mieli wdrukowane, że opuszczenie hotelu grozi śmiercią. Hotelu Intercontinental. Gdy zaczynałem pracę w „Trybunie”, tej pierwszej po przełomie, naczelnym był wtedy redaktor Janusz Rolicki. Jeśli kiedykolwiek wplotłem komentarz do informacji, dostawałem po łapach, mimo że gazeta miała jasno określony, jaskrawo czerwony odcień ideologiczny, to swój komentarz mogłem dopisać pod tekstem i kursywą, tak by wyraźnie go oddzielić. To à propos Lisa i gazety, której przewodzi niczym pasterz stadu owiec płci męskiej.
Nadeszła jesień, okres wzmożonego ryzyka nawrotów depresji. Chciałbym chwilę się przy tym zatrzymać. Sporo moich znajomych z FB boryka się z tą paskudną chorobą. Ja też. Większość prowadzi fantastyczny, samotny tryb życia. Nie ma nic lepszego, można wyjść z bloku, skręcić w lewo, albo w prawo, pilot do telewizora na własność. Cudnie. Kolejnego dnia też można wyjść i skręcić w lewo, albo w prawo, pilot się zapodział, ale to nic. W telewizji wciąż to samo i nie ma co oglądać. Chociaż ostatnio zaczął mnie pasjonować francuski Canal Plus, ale od północy do końca, czyli mniej więcej do trzeciej, potem przełączam na polsatowski Vivasat History i oglądam o zbrodniach w powojennym Londynie, by poczekać na „Muzeum pełne tajemnic”, program to i głupi i mądry jednocześnie. Pretekstem jest zwykle najbardziej niepozorny, najbardziej nijaki i niepasujący do gabloty przedmiot – na przykład zardzewiała śruba z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Autorzy zatrzymują się i przedstawiają w fabularyzowanej formie jego historię. Pod tym względem bywa bardzo ciekawy i często przypomina nie tak dawne dzieje. Mam z nim jedynie ten problem, że bardzo spłyca fakty.
Powierzchownie prześlizguje się po jakimś wydarzeniu, najbardziej się wściekam gdy rzecz dotyczy Tesli. Niejednokrotnie sprowadza się jego postać jedynie do konfliktu z Edisonem. To zbyt płytkie przedstawienie geniusza, a konflikt był czymś tak naprawdę marginalnym.
Około piątej kończy się również i ta seria, wiec zaczynam dzień. Teraz jest jeszcze dobrze, pilota nie zgubiłem, pogoda ładna, ale tsunami nadchodzi. Podczas depresji najgorsze są poranki, które trwają do wieczora, nie ma przedpołudnia, południa popołudnia. Jest rano i wieczór, wieczorem przychodzi lekka ulga. Może dlatego lubię nie spać od północy do rana. Wtedy zwykle ta depresja najmniej dokucza. No dobra, pora znowu wyjść z domu – może teraz prosto? Po jakimś czasie orientujemy się, że wychodząc z domu, chwilę myślimy – w lewo, w prawo czy prosto? W końcu niezdecydowani wracamy, tak może być przez kilka dni. Później jest ten sam dylemat w wersji mini. Wstajemy z łóżka i się ubieramy, ale po co, jeśli nie wiemy gdzie skręcić, po kilku dniach przestajemy wstawać i wtedy zaczyna się koszmar, o którym niejednokrotnie już pisałem. Samotność jest fantastyczna, ale z kimś bliskim. Inaczej może i najczęściej nas łamie.
Nie dajmy nabrać się na uśmiechnięte miny znajomych. Maska chorego na depresję jest proporcjonalna do bólu, który go drąży. Tacy ludzie nie proszą o pomoc, nie wprost. Trzeba umieć czytać z oczu, mowy, gestów. Jeśli oczywiście nie mamy tego w dupie, zachłyśnięci amerykańskim stylem życia, że wszystko „it’s all right”. Często jest bardzo nie „all right”, bywa że nieświadomie uratujecie komuś życie prostym i banalnym pytaniem, nie ma uniwersalnego, trzeba tego kogoś znać by dobrać odpowiednie słowa. Zaproszenia nie przyjmie, niechętnie też zaprosi do siebie, więc nawet nie próbujcie się usprawiedliwiać, że zrobiliście wszystko co w ludzkiej mocy, gdy pewnego dnia, ktoś zadzwoni, że ów znajomy się powiesił.
Depresja ma coś wspólnego z Downem i autyzmem. Chory chciałby, by ktoś bliski okazał mu czułość, przytulił, ukoił. Ale tylko osoby wybrane przez niego. Inaczej tylko pogorszy to stan chorego i jego poczucie samotności. W sumie nie wiem czemu o tym piszę, jesień to pretekst, drugim jest to, że sam się z tym zmagam podobnie jak wielu z Was. Wiem, bo niemalże każdego dnia z kimś o tym rozmawiam na messengerze. Pierwsze objawy to brak wiary w jakikolwiek sukces, brak celu, zadaniowanie już nie działa, litość irytuje. A dalej nie pamiętam, bo czas staje i budzą się wszystkie demony. Naciąganym celem tego, że o tym piszę, może być przestroga, ale ona nic nie da, bo chory i tak zapadnie, a zdrowy za cholerę nie zrozumie, więc ten cel to lipa. Już bardziej prawdopodobne jest to, że nie mam innego pomysłu. Zaraz muszę wstać, wyjsć z domu i zastanowić się czy skręcić w lewo, prawo.
A wracając do Tomasza Lisa, tylko od uczciwości i kręgosłupa zależy czy kłamiemy, czy też mówimy prawdę. Mądry, kłamie inteligentnie, a głupi głupio. Po zamieszczeniu przez Pana tego tekstu śmiem twierdzić, że należy Pan do tej drugiej grupy. Ale mogę się mylić, jak Pan zauważył, nie wolno widza, w tym wypadku czytelnika traktować poważnie, bo tego nigdy nie wybaczy. A ja głupi zawsze poważnie i z szacunkiem podchodziłem do czytelników. Pewnie dlatego nie jestem naczelnym „Nesweeka”, a skromnym publicystą „DT”.