Księga Wyjścia (50)

Ballada pięćdziesiątka.

To już pięćdziesiąty odcinek „Księgi wyjścia”. Poprzednie serie felietonów, zamieniały nadtytuł w zależności od sytuacji i miejsca w którym akurat byłem. Zaczęło się od „Angielskiego snu” przez „Świat od spodu”, „Raport z piekła”, „Zza lady, gdzieś w Polsce”, by dojść do obecnej „Księgi wyjścia”. Były to zapiski codziennych, aktualnych obserwacji ubrane w formę felietonu.
Tygodniowy zbiór subiektywnych zauważeń okraszonych własnymi wrażeniami, emocjami z dodaną opinią czy komentarzem. Felieton to taka trochę literacka forma dziennikarstwa, a jeśli literacka, to absolutnie nie należy traktować jej jako informację, niusa, czy reportażu – chociaż niekiedy te formy się splatają. Choćby dlatego, że są inspirowane faktami.
Wracając jednak do tego nadtytułu – „Księga wyjścia” jest on na tyle uniwersalny i tak ogólny, że może firmować każdy tekst. W końcu każdy z nas ciągle gdzieś, lub z czegoś wychodzi, a każda decyzja jest jakimś wyjściem – dosłownym lub metaforycznym. Wychodzimy z nałogów, z długów, kryzysu, z domu, z knajpy, z siebie, z apatii, z absurdu, niekiedy z niemocy i depresji, a ostatnio z pandemii. Pandemii, która wielu wpędziła w absurd. Niektórych do tego stopnia, że już się zapętlili w wypisywanych bzdurach. Bzdurach, z których bardzo trudno będzie im teraz wyjść z twarzą, a jeśli nie da się wybrnąć, to brną coraz bardziej, gotowi nawet iść i zabijać w imię wymyślonych teorii.
Smutne to, ale obserwując fejsbuka, jest już to zjawisko bardzo powszechne. Ale i to jeszcze nie jest najgorsze, bo jedyne co im grozi to większa lub mniejsza śmieszność, a w skrajnych przypadkach tupanie nogami. Najgorsze jest to, co dzieje się w sklepach, gdzie ludzie którzy powinni być traktowani jak bohaterowie są wyrzucani. Mam na myśli tę pielęgniarkę. To ona ryzykuje życiem i zdrowiem. To ona zajmuje się chorymi. Mimo, że sama boi się o własne zdrowie i życie.
Zastanawialiście się co będzie, gdy obecny stan już minie. Czy zaczniemy odbudowywać postbalcerowiczowski kapitalizm, czy może zbudujemy sobie kraj od nowa? Już wiadomo co działa, a co nie. Że krezus na umowie śmieciowej z dnia na dzień zostaje „dziadem”. Fakt, ma jeszcze dom, ale teraz trudno sprzedać. Polityka neoliberalna się nie sprawdziła, a obecna sytuacja jest tego namacalnym dowodem. Państwo wspiera banki, które i tak przetrzymują nasze pieniądze. Świadczy to jedynie o tym, że politycy zupełnie sobie nie radzą, i w sytuacji kryzysu po prostu się nie wiedzą co robić.
Celebryci też już do niczego nie są potrzebni, a telewizja śniadaniowa nie zapewnia posiłku. Cześć ludzi będzie w panice próbowała odzyskać dawną pozycję w upadających firmach i korporacjach. Niektórym pewnie nawet się uda, co nie znaczy, że powróci niedawny hajlajf.
Uda się niektórym, większość zostanie na lodzie z kredytami i rozbuchanym apetytem na konsumpcję. To dobry czas, by spojrzeć na świat i zastanowić się – co tak naprawdę jest ważne. Czy wczorajsza klasa średnia, zorientuje się, że ten neoliberalny kolos był na glinianych nogach i stał na bardzo podmokłym gruncie?
Ci, którzy nie odzyskają dawnych pozycji, z pewnością boleśnie tego doświadczą. Zupełnie jak trzydzieści lat temu, kilku cwańszych się wzbogaci, niektórych natomiast los wpedzi w nędzę.
Zwłaszcza tych, przyzwyczajonych już, że sukces sam puka do drzwi. Tacy ludzie mogą przeżyć gorzkie rozczarowanie. A w konsekwencji spaść na samo dno. Po pandemii wirusa, czeka nas fala depresji i samobójstw. Zatoczyliśmy koło i wracamy do początku lat dziewięćdziesiątych.
Oczywiście jest to czarny scenariusz, ale gdyby w lutym ktoś powiedział, że będzie pandemia i zakaz wychodzenia z domu, nikt by w to nie uwierzył. Zapewne wciąż mało kto wierzy, że akurat jego spotka upadek i z dnia na dzień znajdzie się na ławce.
Gdyby jednak tak miało się stać, to być może kilka ponizszych rad pomoże przetrwać Wam początek. A na pocieszenie mogę jedynie dodać, że niektórym udaje się z tego wyjść. Ale życie wygląda później zupełnie inaczej. Ponieważ jest to odcinek jubileuszowy, to ku przestrodze przypomnę kilka fragmentów dawnych tekstów, które w przypadku tego czarnego scenariusza mogą stać się jak najbardziej aktualne. Być może akurat teraz komuś się przydadzą:
(…) gdy zorientujesz się, że margines jest tuż za rogiem, wykluczenie czai za drzwiami, dno jest bliżej, niż się wydaje, a nędza tylko czeka, by złożyć niezapowiedzianą wizytę, masz znikomą szansę by temu zapobiec. Możesz się jedynie przygotować. Tak aby skutki upadku były jak najmniej dokuczliwe. Na zmianę losu nie warto liczyć. Systemowe rozwiązania, które cudownie odmienią życie, też nie działają. To nie jest odległy i nierealny kosmos — to rzeczywistość. Ja też kiedyś butnie twierdziłem: mnie to nie dotyczy. Życie jednak boleśnie zweryfikowało ten pogląd. Będąc już na samym dnie usłyszałem od jednego z kompanów: „Bezdomność i więzienie może dopaść każdego, niezależnie od stanu posiadania, wykształcenia, pozycji zawodowej lub społecznej. Trzeba być zaślepionym idiotą, by się tego zarzekać”. Ja byłem takim idiotą. Zorientowałem się, gdy było już za późno. Żyjemy na dnie, w społecznym rynsztoku, w humanitarnej kloace dobrobytu, gdzie straciwszy już wszystko, co tylko człowiek może stracić, desperacko usiłujemy utrzymać się przy życiu. Przynajmniej w sensie czysto biologicznym. Bo w medycznym to już jest fizyczna agonia ciała i psychiczna wegetacja duszy. Nafaszerowana beznadziejnym bólem. Bólem istnienia, który w desperacji usiłujemy uśmierzyć podłym alkoholem i równie podłymi narkotykami. Początkowo nawet się udaje. Utrzymujemy się przy życiu tylko po to, aby pewnego dnia ze sobą skończyć. (…) Przerwane kariery, życiowe katastrofy, koszący lot, pikowanie i upadek na dnie. A wszystko to w wyniku jednej lub kilku nieprzemyślanych decyzji, pechowego zbiegu okoliczności. Serii błahych niepowodzeń, nadmiernej wiary w innych oraz naiwnej ufności. Sięgając pamięcią do archiwum wspomnień, nie jestem w stanie odnaleźć tego pierwszego, tragicznego kroku, który zapoczątkował mój proces upadku.
(…) To, co już się raz zawaliło, drugi raz nie runie. Gruzy to najmocniejsza, najstabilniejsza i najbardziej trwała konstrukcja. Gruzy już nie runą (…)
(…) Jeśli myślisz drogi czytelniku, że ten problem Ciebie nie dotyczy, że to tylko patologia, margines, a tak naprawdę to na własne życzenie. Rychło zmienisz zdanie gdy pewnego poranka obudzisz się na ławce, ocierając szron z brwi. Zapytany wtedy, co wolisz: rybę czy wędkę? Bez wahania odpowiesz – kałacha.
Ale póki co – zanim się wyhuśtasz – to w cieple i klimatycznym komforcie przeczytaj poniższy tekst. Być może ocali Ci on życie. Jeżeli więc kiedykolwiek upadniesz na samo dno, niezależnie czy z własnej winy, czy też w wyniku splotu okoliczności, nie przejmuj się tym. Rozejrzyj się dokładnie, może się spotkamy. Zanim to jednak nastąpi, dam Ci kilka rad, które pozwolą odłożyć na później samobójstwo. Jeśli już życie kopnęło Cię w dupę to zrób wszystko, żeby przy następnym kopniaku połamało sobie nogę. Jeśli los Cię wydymał i nie miałeś z tego przyjemności to przynajmniej sprzedaj mu trypra. Najbardziej kluczowym jest pozbycie się marzeń, planów oraz wszelkich ambicji. Te kolorowe złudzenia koniecznie należy zostawić na górze. W przeciwnym wypadku strzelisz samobója już w połowie lotu. Gdy stracisz pracę, wyłączą prąd czy odejdzie rodzina. To jeszcze nic strasznego. Nie oszukuj się, że gdy tylko dotkniesz dna to się odbijesz. Najprawdopodobniej – jak my wszyscy – ugrzęźniesz w bagnie na dobre. Nie oszukuj się życiowymi maksymami, że co Cię nie zabije to Cię wzmocni. Jeśli tu lądujesz to znaczy, że już jesteś przetrącony. Zostałeś inwalidą. Nie zabiło i nie wzmocniło.
Nie wymachuj pięścią w kierunku nieba odgrażając się, że każdy kij ma dwa końce i kiedyś im pokażesz. Owszem ma dwa końce, ale ślad na dupie pozostaje taki sam, niezależnie od tego którym oberwiesz. Ergo – życie zaczyna się tu i kończy teraz, żadnego co ja teraz zrobię i jak będzie dalej. Będzie jak będzie. Nie zastanawiaj się i nie martw o jutro, bo nie wiadomo co jeszcze dziś zdarzyć się może.
Zaległych problemów i tak nie rozwiążesz więc zwyczajnie je olej. Nie trać energii na poszukiwanie wyjścia z sytuacji, bo go nie znajdziesz. Możesz jedynie trafić na nie przypadkiem.
(…) Jeśli już spotkaliśmy się w tym rynsztoku, przez chwilę możesz poszczycić się tym kim byłeś wcześniej. Da Ci to chwilowe złudzenie, że jesteś trochę lepszym zerem od nas wszystkich. Ale nie trwaj zbyt długo w tym przekonaniu, a tym bardziej nie forsuj go na siłę. Pamiętaj, że każdy z nas, miał jakąś przeszłość i niejednokrotnie mógłbyś się zdziwić z kim dzielisz ławkę. A zero jest zawsze zerem, nawet jeśli to wypadkowa sukcesów i porażek. Jeśli w porę tego nie zrozumiesz, to pozostałe zera odpowiednio Ci to wyjaśnią. Nie lituj się nad sobą i nie domagaj litości od innych. Litość to pogarda. Pamiętaj nie każdy zasługuje na to by móc Ci pomóc!!!
Zanim jednak tu wylądujesz, koniecznie musisz zaopatrzyć się w lufkę do nabijania znalezionych petów, pudełeczko do ich zbierania, ciepłe ubranie, wygodne buty oraz pojemną torbę – na znaleziska. I tyle tylko zabierz ze sobą z dobrobytu. Szczoteczką do zębów głowy sobie nie zawracaj. Pasty i tak nigdy nie zdobędziesz, a zęby wypadną szybciej niż myślisz, lub ktoś uczynny wcześniej Ci je wybije. Tak przygotowany przetrwasz w miarę bez szwanku pierwsze dni. Tylko uśmiechem tak naprawdę wkurwisz wszystkich tych, których cieszy Twój upadek. A potem…? Potem to już będzie tylko wesoło.
No tak, ale po tej radości przyjdzie mozolne wychodzenie z dna, nałogów – które zawsze pojawiają się na tej drodze – i budowanie życia od podstaw. Bo zarówno z nędzy jak i z dna – po pierwszym szoku – też trzeba będzie przynajmniej spróbować wyjść. A wierzcie mi, nie jest to łatwe. Ale na pocieszenie dodam, że niektórym się udaje. Ci szczęśliwcy widzą już świat zupełnie inaczej, wiedzą jak odróżnić prawdziwe szczęście od nic niewartych błyskotek. Życzę Wam byście nie musieli tego przechodzić, a jeśli już, to żeby udało się Wam wygrzebać.