Stosujmy zasadę: wiem, co jem

Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania – mówi aktorka Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dorotą Tuńską.

Zwracanie uwagi na sposób odżywiania stało się bardzo popularne, zewsząd słyszymy różne porady dietetyczne. Czy uważa Pani, że jest to chwilowa moda czy konieczność, by taką wiedzę posiadać i umieć zastosować ją w praktyce?
To nie jest tylko moda, lecz wynik wzrostu świadomości ludzi, że styl życia ma wpływ na jego jakość i długość. Zwracamy uwagę na to co jemy, bo wiemy, że niekoniecznie to co nam smakuje i sprawia nam przyjemność jest zdrowe. To są świadome wybory, których dokonujemy codziennie.
Jest nawet takie przekonanie, że to co zdrowe musi być niesmaczne. Czy rzeczywiście nie można skomponować posiłku, który jest i zdrowy i zarazem smaczny?
Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania. Kiedyś problemem było zjedzenie na mieście wegetariańskiego obiadu, dziś jest wielka różnorodność nawet wegańskich restauracji, które oferują mnóstwo smacznych dań. Jeżeli ktoś nadal odżywia się niezdrowo, bo nie umie lub nie chce zmienić swoich starych przyzwyczajeń i koncentruje się tylko na walorach smakowych potraw, to jest leniem lub mówiąc delikatnie jest… niezbyt mądry.
Bardzo wielu jest jednak ludzi, którzy niechętnie zmieniają swoje dawne nawyki i hołdują starej zasadzie „do syta i bez grzechu”.
Ja takich ludzi wokół siebie nie zauważam. Oczywiście, od żelaznych zasad mogą zdarzyć się odstępstwa – jak idę na przyjęcie to chętnie zjadam kawałek tortu, mimo że na co dzień staram się unikać cukru i laktozy. Ale jeżeli ktoś kompletnie i na co dzień lekceważy zasady zdrowego odżywiania, to nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Czyli, prowadzenie zdrowego stylu życia jest dla Pani ważne?
Tak, to jest bardzo ważne. Na zdrowy styl życia składa się kilka elementów. Zacznijmy od jedzenia zgodnie z piramidą żywieniową – po to, żeby dostarczać organizmowi potrzebnych do życia składników, żeby go budować a nie szkodzić. Drugim elementem jest ruch. Człowiek nie jest stworzony tylko do leżenia na kanapie mimo, że to najbardziej lubi. Żeby być zdrowymi i cieszyć się dobrą formą, musimy się ruszać. Trzecim najważniejszym elementem jest moim zdaniem jest psychika – czyli praca nad sobą, żeby być człowiekiem pogodnym, zadowolonym, zarażającym optymizmem innych. Jak wiemy człowiek sfrustrowany, wiecznie narzekający malkontent, nie może być zdrowy.
Wiele naszych nawyków kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, ogromny wpływ wywierają na nas nasi pierwsi opiekunowie – rodzice, dziadkowie, jak to wyglądało u Pani w domu?
Moja mama była higienistką szkolną i od zawsze miała fioła na punkcie zdrowego odżywiania. Była bardzo restrykcyjna w swoich metodach żywieniowych np. w moim domu mocno reglamentowane były słodycze. Wtedy wszystkie dzieci zajadały się oranżadą w proszku, którą wysypywało się na rękę i zlizywało. To było podwójnie karygodne dla mojej mamy, bo po pierwsze lizało się brudne ręce, a po drugie był to produkt chemiczny czyli zupełnie nie nadający się do spożycia. Bardzo zazdrościłam innym dzieciom tego smakołyku. Początkowo buntowałam się przeciwko temu, jednak z upływem czasu zaczęłam doceniać starania mamy, przejęłam od niej wiele zdrowych nawyków, które wcieliłam w życie.
Czy czerpiąc wzorce od mamy przeniosła je Pani także na wychowanie swojego syna?
Mimo, że teraz doceniam wkład mamy, nie lubię jednak jej żelaznej ortodoksji. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba dokonywać świadomych wyborów, ale do tego konieczna jest wiedza. Mój syn na przykład nie pije żadnych słodkich napojów gazowanych, nie pije coca coli, zwyczajnie jej nie lubi mimo, że całe jego pokolenie wychowało się na coca coli. Jest mi wdzięczny, za to, że u nas w domu tego napoju nie było. Ja jestem z pokolenia, kiedy w szkole była szklanka mleka dla każdego dziecka, a mleko było uważane za najzdrowsze na świecie. Ja jednak unikam mleka i jego przetworów odkąd dowiedziałam się, że 80 proc. ludzi ma nietolerancję pokarmową na laktozę. Poza tym mleko zawiera kazeinę, która cielętom służy do budowania rogów i kopyt, a człowiek jej nie trawi. Mleko ponadto podobno wypłukuje wapń z organizmu, dlatego go unikam.
Czy korzysta pani z porad dietetyczki, która opracowuje dedykowany dla Pani jadłospis?
Nie, jednak jakiś czas temu zwierzyłam się znajomej, która jest coachem żywieniowym, że mam problem z chudnięciem, za to szybko przybieram na wadze. Zleciła mi wtedy test na nietolerancję pokarmową. Okazało się, że mam alergię zależną i jestem uczulona na wszystkie produkty mleczne i na gluten. Gdy wyeliminowałam te produktu ze swojej diety schudłam 8 kilogramów w pół roku w ogóle się nie starając.
Czyli warto taką wiedzę posiadać. A kto gotuje u Pani w domu?
W kuchni rządzi mój partner Cezary Harasimowicz, a ja staram się mu nie przeszkadzać. On najlepiej wie jaki ustalić jadłospis, umie w ciekawy sposób skomponować potrawy. Najczęściej są to dania „jednogarnkowe” inspirowane kuchnią azjatycką. Zdarza mi się, że czasem sama coś przyrządzę. Na przykład lubię taką prostą w wykonaniu sałatkę z arbuzem. Mogę podać przepis: schłodzonego arbuza należy pokroić w kostkę, dodać kawałki sera feta (bez laktozy) i sporo świeżej bazylii lub mięty. Wszystko skropić odrobiną oleju. Jest to bardzo smaczna przekąska, polecam zwłaszcza latem.
Jest Pani współautorką książki o intrygującym tytule „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”. Czy jest na to jakaś recepta?
Tytuł książki był trochę prowokacyjny, bo nigdy nic nie jest nam dane na zawsze, zwłaszcza młodość. W książce tej starałam się odpowiedzieć na pytanie czy jest to możliwe, by spełnić wszystkie te warunki. Trochę już o tym rozmawiałyśmy: że kolosalny wpływ ma na to styl życia jaki prowadzimy, jakich dokonujemy wyborów żywieniowych, czy się ruszamy, jakie mamy nastawienie do ludzi i świata. Bycie życzliwymi i dobre relacje z innymi wzmacniają nasze zdrowie, to jeden z warunków zdrowego stylu życia, o którym często nie pamiętamy. A to przecież wpływa na nasze dobre samopoczucie i poczucie szczęścia. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem. Z czego Pani czerpie radość życia?
Najlepiej mieć pracę, która sprawia nam frajdę, bo spędzamy w niej bardzo dużo czasu. Ja lubię pracować, lubię być twórczą, dlatego wymyślam sobie stale jakieś nowe projekty. Założyłam np. Fundację Garnizon Sztuki, która produkuje spektakle teatralne i aktualnie właśnie pracuję nad kolejną sztuką. Przynosi mi to ogromna satysfakcję. Z mniejszych rzeczy, z których czerpię radość, to sprawianie sobie małych przyjemności choćby zjedzenie porcji lodów czekoladowych, ciekawe podróże, cieszy mnie też piękna jesień. To mogą być naprawdę drobne rzeczy.
Jak już umiemy cieszyć się życiem, to łatwiej jest nam nie poddawać się negatywnym emocjom, nie ulegać różnym napięciom nerwowym. Gdy się jednak zdarzają to co Pani robi, by wrócić do harmonii?
Ciągłe życie w harmonii nie jest możliwe, bo zawsze wydarzy się coś co tę harmonię burzy. Jak dopada mnie stan przygnębienia, wydaje mi się, że nic mi się w życiu nie układa i zaczynam się użalać nad sobą, to szybko robię sobie bilans co mam, a czego nie mam – i wtedy zawsze wychodzi na plus: że mam zdrowe dziecko, że sama jestem zdrowa, mam ciekawą pracę, fajne mieszkanie, mam za co pojechać na wakacje i wtedy nie mam już powodów do narzekania, a przeciwnie czuję wdzięczność za to wszystko. Praktykowanie wdzięczności bardzo pomaga w życiu.
Zgadzam się, to bardzo ważne. Wcześniej mówiliśmy też o ruchu jako elemencie zdrowego stylu życia. Czy lubi Pani ćwiczyć?
Jestem wielbicielką jogi, teraz wracam do niej bo z powodu kontuzji ramienia miałam rok przerwy. Ale wtedy odkryłam EMS, to taki rodzaj treningu w specjalnym kostiumie, który pobudza do pracy mięśnie poprzez ich elektrostymulację. EMS poprawia masę mięśniową, buduje siłę, zwiększa kondycję oraz co istotne spala tkankę tłuszczową szybciej niż tradycyjne ćwiczenia. W ciągu pół godziny można się nieźle zmęczyć. To jest fantastyczny trening, więc teraz chodzę na jogę i na EMS.
Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka 48 godzin

Co do grosza

Rząd PiS obiecuje, że w 2021 r. dochody podatkowe budżetu państwa będą nadal wspierane wprowadzonymi i kontynuowanymi w latach poprzednich działaniami, mającymi na celu poprawę stopnia wywiązywania się ze zobowiązań podatkowych. I nie ulega wątpliwości, że ta akurat obietnica rządu będzie w pełni dotrzymana. Budżet państwa jest bowiem w tak fatalnym stanie, że rząd zrobi wszystko, by wycisnąć pieniądze nawet z kamienia – a szczególnie z kieszeni tych, którzy mają nieszczęście zalegać z jakimiś podatkami. Zapłacą je co do grosza, a nawet z „górką”. Na poziom dochodów budżetu państwa w przyszłym roku wpłynie planowana zmiana dotycząca podatku dochodowego od osób prawnych. Wprowadzony zostanie (tzw. estoński CIT). Istotą stosowanego w tym państwie rozwiązania jest to, że firma nie płaci podatku tak długo, jak zysk w niej pozostaje. Rozwiązanie to jest przeznaczone dla firm, których przychody nie przekraczają 50 mln zł oraz dla spółek, w których udziałowcami są osoby fizyczne.

Pomoc dla chłopów

Dzięki Unii Europejskiej polscy rolnicy, którzy ponieśli straty finansowe w związku z wybuchem epidemii koronawirusa, mogą uzyskać pomoc. Wsparcie przeznaczone będzie dla gospodarstw prowadzących produkcję w sektorach, które w największym stopniu zostały dotknięte skutkami COVID-19. Chodzi o bydło mięsne, krowy mleczne, trzodę chlewną, owce, kozy, drób oraz uprawę roślin ozdobnych. Pomoc będzie udzielana w formie ryczałtu wypłacanego w zależności od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji rolnej i ma na celu częściowo zrekompensować dochód utracony z powodu pandemii. Polska otrzymała na ten cel 273,4 mln euro, ale jeszcze nie wiadomo, kiedy administracja zacznie wypłacać te pieniądze potrzebującym.

Poselska elita

Nie dziwi to, że posłowie Prawa i Sprawiedliwości tak zażarcie walczyli o uchwalenie podwyżek dla siebie (a przy okazji, i dla innych posłów, co niestety spowodowało, że starania PiS-u poparła chwilowo spora część opozycji). Przed podwyżką, zarobki posłów na Sejm to 8 016,70 zł brutto (wynagrodzenie nie przysługuje tym posłom, którzy ciągle pracują zawodowo) oraz dieta poselska w wysokości 25 proc. uposażenia (2505,20 zł). Do tego dochodzi od 10 do 20 proc. dla wiceprzewodniczących i przewodniczących komisji sejmowych, a także różne dodatki, takie jak bezpłatne przejazdy i przeloty, darmowa korespondencja, kasa na prowadzenie biur poselskich, darmowe noclegi poza Warszawą oraz miejscem stałego pobytu (jeśli pobyt jest związany z wykonywaniem mandatu poselskiego). Jak policzył Business Insider, po podwyżce i zmianie zasad wyliczania wysokości uposażenia, nowa płaca posła wynosiłaby 12 600 zł brutto, co wraz z dietą dałoby łącznie około 17 tys. zł. Tyle trzeba, aby znaleźć się w elitarnej grupie 2 proc. najlepiej zarabiających Polaków

Chiny ruszają w stronę weganizmu!

Produkty pochodzenia roślinnego, imitujące mięso, zyskują coraz większe uznanie w kontynentalnej części Chin. Głównym powodem są względy zdrowotne – niedawna epidemia świńskiej grypy zasiała niepokój wśród konsumentów, jednocześnie wpływając na spory wzrost cen wieprzowiny. Holenderski bank Rabobank przewiduje w tym roku strat w produkcji wieprzowiny w Chinach rzędu 25-35 proc., przy czym na niektórych obszarach sięgnie nawet 50 proc.

Podczas gdy na Zachodzie najchętniej „podrabianymi” mięsami przez wegan jest drób i wołowina, w Azji prym wiedzie imitacja wieprzowiny.
Ludzie chętnie poszukują bezpiecznych zamienników, które pozwolą odtworzyć smak tradycyjnych potraw, np. pikantnych, syczuańskich kiełbas.
Chiny otwierają się nie tylko na nowości kulinarne, ale też stają się coraz bardziej świadome kwestii związanych ze zrównoważonym rozwojem, aspektami zdrowotnymi oraz etyczną stroną konsumpcji mięsa.
Jednocześnie Chińczycy są narodem chętnie korzystającym z gotowych, wegańskich dań, takich jak np. różne wersje wege pierogów.
Chińscy producenci substytutów mięsa, tacy jak Zhenmeat i Starfield wychodzą naprzeciw oczekiwaniom konsumentów i wprowadzają produkty takie jak mielona „wieprzowina” oraz szereg pikantnych roślinnych kiełbas.
Roślinne alternatywy są też szczególnie mile widziane przez buddystów, stanowiących niemały odsetek populacji w Chinach, a będących w zdecydowanej większości wegetarianami.
Tofu funkcjonuje w kuchni chińskiej od lat, ale produkty powstałe z połączenia białka sojowego oraz grochowego, dopiero przecierają tam szlaki.

Ucz się jak nie tyć

Nie w każdym przypadku może się sprawdzić zalecenie: mż (mniej żryj).

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że na świecie z nadwagą boryka się co najmniej 1,9 miliarda osób w wieku powyżej 18 lat. Wśród nich 600 milionów to osoby otyłe.
To dane z roku 2014, więc dziś grubasów jest prawdopodobnie sporo więcej. Już wtedy, pięć lat temu, liczba otyłych została podwojona w porównaniu do danych z 1980 r.
Nie każda nadwaga to otyłość
Nadwaga i otyłość to niekiedy terminy mylące. Można dużo ważyć ze względu na mocną budowę ciała złożonego w przeważającej mierze z kości i mięśni, ale wcale nie mieć nadwagi – choć waży się więcej, niż pokazują normy. Tak się dzieje w przypadku niektórych sportowców.
Ciało składa się w głównej mierze z kości, mięśni, narządów wewnętrznych, masy tłuszczowej i płynów. O nadwadze i otyłości możemy mówić wyłącznie wówczas, gdy tkanką, której jest zbyt dużo, jest tkanka tłuszczowa – wskazuje portal Poczta Zdrowia.
Przybliżoną masę tłuszczu można obliczyć jako tzw. indeks masy ciała (BMI), czyli dzieląc masę ciała w kilogramach przez wzrost podany w metrach i podniesiony do kwadratu.
Przy BMI poniżej 19 mówimy o niedowadze. ƒBMI pomiędzy 20 a 24 uznaje się za prawidłowe.ƒ Pomiędzy 25–29 najprawdopodobniej mamy do czynienia z nadmiarem tłuszczu, czyli nadwagą.ƒ Natomiast BMI powyżej 30 to otyłość. Na podstawie takich danych można wstępnie określić, czy należy się martwić za wysoką wagą. Jednak co dalej?
Redukcja tłuszczu nie wystarczy
Aby proces odchudzania przebiegał bez szkód dla zdrowia, warto się do niego odpowiednio przygotować. Tłuszcze uważa się – logicznie – za głównego winowajcę powstawania tkanki tłuszczowej, czyli, krótko mówiąc, tycia. Wszystko dlatego, że 1 gram tłuszczu dostarcza 9 kcal. Dla porównania 1 g węglowodanów dostarcza 4 kcal, a 1 g białek również 4 kcal. Dlatego panuje przekonanie, że należy ograniczyć lub wręcz wyeliminować z diety tłuszcz, aby schudnąć. A to nie zawsze prawda.
Pierwsza zasada, którą należy zapamiętać, jest następująca: szybkie zrzucenie samej tkanki tłuszczowej jest niemożliwe, nawet jeśli niemal przestanie się jeść – zauważa Poczta Zdrowia.
Kiedy ktoś opowiada o sposobie odchudzania, który pozwala na zgubienie np. 5 kilogramów w zaledwie dwa tygodnie, warto wiedzieć, że z tych 5 kg zaledwie 500 g będą stanowiły tłuszcze. Pozostała część to masa mięśniowa i woda.
Ktoś, kto chce uzyskać długotrwałe i atrakcyjne wizualnie rezultaty odchudzania, nie powinien się śpieszyć. Utrata wagi zależy w dużej mierze od odpowiedniego rozłożenia wysiłku w czasie – wysiłku, bo aktywność fizyczna będzie przy tym bardzo istotna. Chodzi też o wprowadzenie trwałych i kompleksowych zmian w diecie.
Co z dietą Kwaśniewskiego?
Najlepiej zacząć od ograniczenia konsumpcji cukru – choć to niełatwe, bo cukier często „przejmuje kontrolę nad mózgiem”, co powoduje, że mamy ochotę na zjedzenie czegoś słodkiego. Potem zaś – trzeba skontaktować się z dobrym dietetykiem, unikając szkodliwych teorii, proponujących np. dietę polegającą na wpychaniu w siebie tłuszczów, co szybko może nas wyprawić na tamten świat. Przykładem może być tzw. dieta Kwaśniewskiego. Nie chodzi tu o byłego prezydenta, choć ma on spore doświadczenie w cyklicznym zrzucaniu wagi, lecz o zmarłego w tym roku lekarza Jana Kwaśniewskiego, absolwenta Wojskowej Akademii Medycznej.
Równo dwadzieścia lat temu Komitet Terapii Wydziału VI Nauk Medycznych Polskiej Akademii Nauk uznał dietę Kwaśniewskiego za szkodliwą dla zdrowia, stwierdzając: „Wszystkie dotychczasowe duże programy badawcze wykazały, że ograniczenie w diecie tłuszczów zwierzęcych, mięsa wieprzowego, a zwiększenie podaży jarzyn i owoców oraz zmniejszenie kaloryczności diety – zmniejsza stężenie cholesterolu we krwi, ogranicza zapadalność na chorobę niedokrwienną, zawał serca, udar mózgu oraz przedłuża życie współczesnego człowieka”.
Polacy nie są jednak skłonni do słuchania opinii naukowców, więc dieta Kwaśniewskiego niestety wciąż straszy. Naukowcy nie zmienili zdania, zaś Jan Kwaśniewski dożył dość słusznego wieku 82 lat (zmarł w maju 2019 r.), co pozwala suponować, iż niezbyt konsekwentnie stosował swe zalecenia.

Skończmy z śmieciowym jedzeniem

Z Moniką Mrozowską, aktorką, propagatorką zdrowego odżywiania i autorką książek kulinarnych rozmawia Dorota Tuńska.

W książce „Ekonomiczna logiczna kuchnia”, podaje Pani szereg przepisów na zdrowe, smaczne i niedrogie posiłki. Co sprawiło, że zaczęła się Pani interesować zdrowym odżywianiem?
Przejście na dietę wegetariańską, siedemnaście lat temu. Wtedy jednak, poza tym, że przestałam jeść mięso, nie odżywiałam się zbyt zdrowo. Zmiana odżywiania wymusiła na mnie poszukiwanie różnych nowych składników, którymi mogłam zastąpić mięso. Na moim talerzu zaczęło pojawiać się zdecydowanie więcej roślin strączkowych, więcej świeżych warzyw, owoców, nieprzetworzonych produktów. Zaowocowało to moim lepszym samopoczuciem, lepszym wyglądem, zaczęłam też lepiej funkcjonować. Poczułam się odpowiedzialna za to czym karmię swoją rodzinę.
Dlaczego w ogóle przeszła Pani na wegetarianizm?
To był przypadek. Wyjechałam z przyjaciółmi na wakacje do Grecji, był środek lata, bardzo gorąco. Żywiliśmy się głównie owocami i warzywami, jedliśmy sałatki, sami sobie przygotowaliśmy posiłki, uprawialiśmy też sport. Po dwóch tygodniach wróciłam dużo szczuplejsza, w dużo lepszej kondycji, miałam więcej energii. Bardzo spodobał mi się ten stan i stwierdziłam, że spróbuję na jakiś czas zrezygnować z jedzenia mięsa. Mijały kolejne tygodnie i mięsa wcale mi nie brakowało. Stwierdziłam, że już tak pozostanie. Nie było to związane z żadnym podejściem ideologicznym ani moralnym, nie wywierałam na sobie presji, że ja absolutnie mięsa nie będę jadła. Po roku stosowania takiej diety, stwierdziłam, że naprawdę dużo lepiej się czuję i nie ma sensu do mięsa wracać.
Dziś też mogłaby Pani tak powiedzieć?
Oczywiście, jestem dobrym przykładem, że to się faktycznie sprawdza. Przy odchudzaniu nie ma żadnego efektu jojo, jaki występuje przy niektórych dietach, nie ma spadku energii. Wyniki moich badań są bardzo dobre. Byłam trzykrotnie w ciąży będąc już na tej diecie. Teorie niedoboru witamin u wegetarian nie mają pokrycia. Po sobie widzę, że można bardzo dobrze funkcjonować odżywiając się warzywami, mieć dużo energii, być aktywnym fizycznie, urodzić trójkę dzieci i wciąż czuć się dobrze. Jem bardzo dużo masła i oliwy z oliwek, nie jest to kuchnia niskokaloryczna – ale unikam słodyczy, używam jedynie miodu lub cukru do kawy (to jedyna okoliczność kiedy w ogóle stosuję cukier). Gdy jestem głodna, nie sięgam po batonik lub czekoladkę, tylko wolę ugotować zupę czy zjeść coś konkretnego, co spowoduje, że będę czuła się najedzona i za chwilę nie będę mieć wyrzutów sumienia, że się zapchałam złym jedzeniem.
Zaleca Pani wegetarianizm innym?
Nie namawiam, żeby ludzie przechodzili na dietę wegetariańską, tylko żeby bardziej uważnie przyjrzeli się temu co jedzą. W książkach staram się nie podkreślać, że jest to kuchnia wegetariańska. Moja kuchnia jest bardzo prosta i bazuje na składnikach, które co najmniej w 80 proc. są dostępne w każdym sklepie, nie tylko w miastach. Nawet jeśli takich zdrowych, lekkich posiłków w tygodniu będzie kilka, to już to korzystnie wpłynie na zdrowie. Zmiany lepiej wprowadzać powoli, zjadać mięso raz lub dwa razy w tygodniu, a resztę posiłków przyrządzać warzywnych.
Zapewne te zasady wciela Pani w domu, Czy domownicy przyjmują taką dietę z entuzjazmem?
Staram się, ale z dziećmi jest ciężko bo są najbardziej opornym tworzywem. Nie jestem mamą-terrorystką. Od czasu do czasu kupuję im słodycze, lub inne rzeczy, które może nie do końca są zdrowe. Natomiast ich bazą są w 80 proc. takie składniki, które ja uważam za odpowiednie. U nas w domu je się dużo kaszy. Mój syn jest fanem pizzy, robię ją dla niego z mąki z pełnego przemiału, z mąki orkiszowej. To zupełnie inna pizza, zdrowsza od tej, którą bym zamówiła na
telefon z jakiejś restauracji.
Chyba dziś już zauważamy, jak duży wpływ ma odżywianie na zdrowie?
Coraz bardziej to do nas dociera. Po zachłyśnięciu się kuchnią fast foodową, wysoko przetworzoną, wiemy jakie to niesie tragiczne konsekwencje. Widzimy to choćby na przykładzie mieszkańców Stanów Zjednoczonych. My jeszcze do tego etapu nie doszliśmy ale niestety jesteśmy coraz bliżej. To może ostatni moment, kiedy możemy zrobić w tył zwrot i wrócić do produktów tradycyjnych, które w naszej kuchni były od zawsze, na przykład do kaszy gryczanej, jaglanej, pęczaku. Kiedyś kojarzyły się one z kuchnią biedną, dziś zaczynają wracać do łask. Możemy teraz jeść bardzo prosto i zdrowo bez zachwytu tym co przyniosła nam kuchnia z zachodu, bo widzimy, że taki sposób żywienia nieuchronnie prowadzi do braku zdrowia.
Powinniśmy wypracować nowe nawyki, jadać więcej warzyw i owoców, ale gdzie kupować produkty dobrej jakości?
To naprawdę obojętne, gdzie robimy zakupy. Warto przywiązywać wagę nie do miejsca, w którym kupujemy, lecz do samego produktu. Możemy je kupować i w supermarkecie i na bazarku i w sklepiku pod blokiem. To są artykuły czasami bardzo tanie i ogólnie dostępne, w każdym sklepie jesteśmy w stanie znaleźć np. czerwoną soczewicę. Ona nie musi być certyfikowana. Uważam, że lepiej jeść cały czas produkty nisko przetworzone, które niekoniecznie są certyfikowane niż jeść raz na dwa tygodnie posiłek super zdrowy, a przez cały czas żywić się jedzeniem śmieciowym. Warto zachować złoty środek i być w tym konsekwentnym. Kluczem do zdrowia jest to, że będziemy opierać swoją dietę na składnikach jak najmniej przetworzonych i świeżych.
Certyfikaty nie są istotne?
Często producenci nie decydują się na certyfikaty bo wiążą się one z dużymi kosztami. Jest wielu producentów, którzy oferują naprawdę bardzo dobre, niecertyfikowane produkty – ale nie zabiegają o certyfikaty właśnie z tego powodu. Dzięki temu my konsumenci możemy je kupić w niższej cenie. To istotny czynnik ekonomiczny. Taka żywność może nie jest z najwyższej półki, ale nie jest jedzeniem śmieciowym. Uważam, że to nieprzyzwoite kazać ludziom kupować super żywność i wydawać na nią trzy czwarte pensji. Na takie zakupy nas nie stać. Jeżeli ja mam promować coś dla 1 procenta ludzi to źle się z tym czuję i wolę znaleźć złoty środek, który pozwoli, że i mnie będzie stać na te zakupy, i moją mamę.
Proszę podać przykład jakiegoś dania na obiad, które serwuje Pani swej rodzinie.
Może risotto z kaszy orkiszowej, 4 porcje, koszt niespełna 20 zł: 300 g kaszy orkiszowej, średnia marchewka, średnia cebula, 70 g masła, pół łyżeczki soli, 90 g sera parmezanu. Kaszę gotujemy w lekko osolonej wodzie, na małym ogniu ok. 10 minut, aż stanie się miękka. Na dwóch łyżkach masła podsmażamy – od czasu do czasu mieszając – poszatkowaną cebulę i startą na tarce o drobnych oczkach marchewkę, aż warzywa się zeszklą (ok. 10 minut). Ugotowaną kaszę dorzucamy do podsmażonych warzyw. Dodajemy resztę masła, sól i starty także na drobnej tarce parmezan. Dokładnie mieszamy.
Jakie produkty powinno się definitywnie wyeliminować z diety?
Czasem jestem przerażona tym, jakie zakupy robią ludzie. To się nie mieści w głowie – kupują np. zgrzewkę napojów gazowanych, słodzonych dla rodziny z dziećmi. I oni przez cały tydzień będą to pić zamiast wody czy soków! Słodycze są kupowane w ilościach hurtowych, kształtujemy złe nawyki w domu. Stawiamy na stole miskę ze słodyczami do której każdy ma dostęp. Jeżeli dziecko zjada pół kilograma cukierków nie można od niego oczekiwać, że zje obiad, bo nie ma na niego miejsca.
Czy żyje Pani ekologicznie?
Staram się. Dużą uwagę zwracam na oszczędność energii, zawsze gaszę światło po sobie, nie zużywam wody na potęgę, bo mam świadomość, że przekłada się to na zasoby wody na naszej planecie. Zakupy robię w sposób przemyślany, nie kupuję tego co mi wpada w ręce. Przemyślane życie, przemyślane zakupy, przemyślane działanie – tego powinni uczyć dzieci w szkołach. Wystarczy na każdym kroku zwracać uwagę dzieciom, żeby nie marnowały papieru, szanowały inne dobra materialne. Wszyscy się dziwią, że moje dzieci się nie buntują gdy idziemy na zakupy do second handu i one tam sobie szukają spodni czy swetra. One wiedzą, że muszą szanować swoje rzeczy, bo te rzeczy za kilka lat przydadzą się komuś innemu. To są elementarne zasady, które powinny obowiązywać w każdym domu.
Dziękuję za rozmowę.

Jedz trawę!

Szkoły gastronomiczne otwierają się na kuchnię roślinną.

Warszawa od kilku lat uznawana jest za jedno z najszybciej rozwijających się miast pod kątem popularności kuchni roślinnej. Rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych kucharzy umiejętnie poruszających się także po tym obszarze. W Zespole Szkół Hotelarsko-Gastronomicznych nr 1 w Warszawie odbyły się w związku z tym pilotażowe warsztaty kuchni roślinnej zorganizowane w ramach kampanii RoślinnieJemy.
Przyszli kucharze przygotowali pod okiem Mai Wirowskiej, szefowej kuchni restauracji No Problem i ambasadorki kampanii RoślinnieJemy, roślinne 3-daniowe menu i dowiedzieli się, jak w sprawny sposób wykorzystywać i tworzyć alternatywy do mięsa, ryb, czy nabiału. Ponadto w teoretycznej części spotkania mieli szansę zapoznać się z gastronomicznymi trendami – największe zdziwienie wzbudziło wprowadzenie burgerów McVegan w skandynawskich restauracjach McDonald’s.
– Młodzież często pyta o kuchnię wegetariańską i wegańską. W obliczu rosnącej popularności diet roślinnych, idziemy za głosem uczniów dając im szansę poszerzenia swojej wiedzy i umiejętności – mówi Katarzyna Garlej-Majewska, nauczycielka przedmiotów zawodowych gastronomicznych w ZS HTG Nr 1.
Warszawa według rankingu Happy Cow to jedno z miast o najprężniej rozwijającej się sieci restauracji oferujących dania roślinne – w Warszawie zjemy i fine-diningową kolację i streetfood-owe roślinne burrito z sosem ananasowym. Popularność kuchni wegańskiej potwierdzają także statystyki Uber Eats – na drugim miejscu najpopularniejszych stołecznych restauracji ubiegłego roku znalazła się w wegańska burgerownia Krowarzywa.
– Edukacja zawodowych kucharzy nadal nie obejmuje kuchni roślinnej, co mam nadzieję niedługo się zmieni, biorąc pod uwagę błyskawiczny rozwój roślinne trendu w branży gastronomicznej – mówi prowadząca warsztaty Maja Wirowska – Powstaje mnóstwo miejsc pracy dla kucharzy umiejętnie odnajdujących się w roślinnym gotowaniu, a brakuje osób, które byłyby profesjonalnie wyszkolone w tym kierunku – dodaje.

Nie zaczynajmy od czarnych tras

Przygotowanie fizyczne, dieta, rozgrzewka, kask na głowie, no i ubezpieczenie – o tym trzeba pamiętać, zanim wyruszymy na stok czy lód.

Zima trzyma, ferie to czas białego szaleństwa, warunki na stokach są najlepsze od lat.
Jazda na nartach, snowboardzie czy łyżwach wymaga jednak tego, by się odpowiednio przygotować Brak zaprawy fizycznej może bowiem, co oczywiste, grozić licznymi urazami.
Wysiłek fizyczny zimą bywa nader obciążający dla organizmu – i dla osób generalnie mało aktywnych, może okazać się zbyt wymagającą formą wypoczynku.
Przed wyruszeniem na stok czy lód należy zatem trochę poćwiczyć, by ferie nie skończyły się smutno i zbyt szybko.

Zanim się wywrócimy

Do najczęstszych i niewątpliwie najbardziej niebezpiecznych urazów, na które narażone są osoby uprawiające sporty zimowe, zalicza się obrażenia głowy. Ich skutki bywają bardzo poważne, czasem nawet śmiertelne (np. aktorka Natasha Richardson).
Dlatego wszyscy uprawiający sporty zimowe, bez wyjątku, powinni bezwzględnie jeździć w kaskach. On nie zawsze nas uratuje, czego przykładem jest kierowca wyścigowy Michael Schumacher, który podczas swego wypadku narciarskiego miał kask. Na pewno osłabi jednak siłę uderzenia.
Natasha Richardson nie miała kasku i zginęła na łagodnym stoku, od samego uderzenia głową o śnieg. Schumacher, podczas szybkiej jazdy, uderzył głową w skałę i choć doznał poważnego porażenia mózgowego, jest sparaliżowany i praktycznie nie ma z nim kontaktu, to jednak ocalił życie – i cały czas istnieje nadzieja, że choć częściowo z tego wyjdzie.
Urazy głowy, choć najpoważniejsze, nie są na szczęście obrażeniami, na które jesteśmy najczęściej narażeni.
Generalnie, zimowe urazy możemy podzielić na dwie grupy: obrażenia tkanek miękkich oraz obrażenia kostne i stawów.
Najczęściej dochodzi do różnego rodzaju stłuczeń, naciągnięcia lub naderwania mięśnia, zerwania jego włókien albo przyczepów. Obrażenia te – zwłaszcza w przypadku naderwania mięśnia – są bolesne i na jakiś czas mogą wykluczyć z aktywności fizycznej.
Dość często dochodzi też do skręcenia i zwichnięcia stawów, zerwania więzadeł czy pęknięcia i złamania kości.
– Najbardziej narażone na urazy są stawy kolanowe. Narciarze o wiele częściej doznają tego typu obrażeń niż np. osoby jeżdżące na snowboardzie. Wynika to przede wszystkim z techniki jazdy. Snowboardziści mają obie nogi ustabilizowane na desce i dzięki temu są mniej narażeni na kontuzje kolan. Nie znaczy to jednak, że ten sport jest mało urazowy. Tu z kolei częściej dochodzi do złamań, skręceń nadgarstka lub urazów stawów skokowych – mówi lekarz Bogusław Rataj, chirurg, ortopeda-traumatolog.

Nie tylko nogi lecz i brzuch

Aby uniknąć urazów – warto zmienić nawyki przed wyjazdem. Wprawdzie sezon już trwa, ale zapowiada się na to, że jeszcze w kwietniu będzie można korzystać z uroków śniegu, więc jest trochę czasu, aby się przygotować.
Powinien zrobić to każdy, bez względu na to, jaki sport zimowy zamierza uprawiać. Osoby, które na co dzień prowadzą siedzący, mało aktywny tryb życia, powinny jednak zwiększyć poziom aktywności fizycznej już w okresie późno-jesiennym.
Przyjmuje się, że właściwe przygotowanie do sportów zimowych powinno trwać około dwóch miesięcy, przeprowadzając treningi najlepiej trzy razy w tygodniu.
To istotne, by odpowiednio wcześnie zahartować organizm i przygotować go do intensywnego wysiłku. Najczęstszą przyczyną urazów jest bowiem brak kondycji i osłabiona koordynacja ruchowa.
Konieczny jest więc odpowiednio zaplanowany cykl treningowy.
Ważne, by wybierać te ćwiczenia, które wzmacniają nie tylko siłę i wytrzymałość mięśni nóg – ale także brzucha, pleców i ramion, ponieważ te partie ciała biorą największy udział w trakcie uprawiania sportów zimowych.
Pamiętajmy również o ćwiczeniach poprawiających równowagę, koordynację i stabilizację oraz o treningach wytrzymałościowych.
– Prawidłowo zaplanowany trening powinien obejmować krótką, 15-minutową rozgrzewkę, około 30 minut ćwiczeń cardio, czyli bardziej intensywnych, które podnoszą tętno i poprawiają wydolność organizmu, a następnie ćwiczenia wzmacniające, równoważne i rozciągające – zwłaszcza rozciąganie to niezwykle istotny element, o którym często zapominamy – wskazuje lek. Bogusław Rataj.

Program nam pomoże

Istnieją też rozmaite programy medyczno-treningowe, które zapewniają kompleksowe wsparcie przygotowań osób, pragnących prowadzić bardziej aktywny tryb życia. Programy te mają rozmaite stopnie zaawansowania – od przeznaczonych dla początkujących i tych, którzy dopiero chcieliby zacząć uprawiać sport, do trudniejszych.
Dzięki takiemu programowi można wykonać niezbędne badania i pomiary oraz skorzystać z konsultacji specjalistów z zakresu medycyny sportowej, chirurgii urazowej, ortopedii, fizjoterapii, rehabilitacji czy treningu funkcjonalnego i dietetyki.
Specjaliści pomogą także dobrać najodpowiedniejszy do naszych możliwości rodzaj sportu.
Równie istotnym co trening elementem przygotowań do sezonu zimowego jest dieta. Posiłki warto wzbogacić w produkty, które wzmocnią kości i stawy, pomogą zbudować masę mięśniową oraz poprawią pracę układu odpornościowego. Prawidłowo skomponowana i zbilansowana dieta poprawi kondycję organizmu i przygotuje go do zwiększonego wysiłku. Tu także warto skorzystać z porad fachowca-dietetyka.
Przede wszystkim zaś, konieczne jest stosowanie się do zasad bezpieczeństwa na stoku. Grunt to nie stwarzać sytuacji mogących zagrozić zdrowiu lub życiu naszemu i innych. Nie można przesadzać z prędkością podczas zjazdów, a trasy należy dostosowywać do swoich możliwości.