Domowe trucie trzyma się mocno

Polacy przeważnie albo nie mają świadomości istnienia uchwał antysmogowych, albo nie są w stanie powiedzieć, czego konkretnie one dotyczą.
Ogrzewanie budynków mieszkalnych to główne źródło zanieczyszczenia powietrza w Polsce. Winne jest temu spalanie węgla oraz drewna w tzw. „kopciuchach”, czyli kotłach starego typu, które charakteryzuje wysoka emisja zanieczyszczeń. W skali roku i całego kraju, emisja z tego typu urządzeń odpowiada za emisję aż 91 proc. rakotwórczego benzo[a]pirenu oraz 52 proc. pyłu PM 2,5. Oznacza to, że powietrze nad Polską nie ulegnie poprawie jeśli nie pozbędziemy się tego rodzaju ogrzewania.
Najnowsze badania przeprowadzone przez Polski Alarm Smogowy i Instytut Ekonomii Środowiska na reprezentatywnej próbie 1000 domów jednorodzinnych i przedstawione na szczycie klimatycznym Togetair, pokazują, że coś zaczyna się jednak zmieniać i mieszkańcy Polski, choć powoli, to jednak rezygnują z ogrzewania za pomocą „kopciuchów”.
Badania wykonano na losowej próbie 1010 właścicieli budynków jednorodzinnych w całej Polsce – dobór próby sporządzono ze względu na strukturę lokalizacji budynków na obszarach wiejskich i miejskich. W badaniu wzięły udział osoby posiadające w gospodarstwie domowym wpływ na decyzje dotyczące inwestycji związanych ze stanem technicznym budynku.
Badania przeprowadzono w grudniu 2020 roku, a ich wyniki można porównać z podobnymi badaniami przeprowadzonymi w 2013 roku przez Instytut Ekonomii Środowiska.3 Możemy zatem prześledzić co zmieniło się przez ostanie siedem lat w zakresie stosowanych źródeł grzewczych czy efektywności energetycznej budynków.
Jedną z najważniejszych informacji, jakich dostarcza badanie jest ta, że coraz mniej osób mieszkających w Polsce ogrzewa domy węglem – w porównaniu z 2014 r. odsetek takich gospodarstw domowych spadł z 69 proc. do 51 proc. – i jest to zdecydowanie największa zmiana jeśli chodzi o wszystkie źródła grzewcze. Choć należy pamiętać, że wciąż ponad połowa domów ogrzewana jest za pomocą węgla. W tym samym czasie wzrosła liczba gospodarstw domowych ogrzewanych gazem, z 14 do 24 proc. Zwiększył się również odsetek domów ogrzewanych za pomocą biomasy, z 14 do 19 proc..
W porównaniu z 2014 r. liczba kotłów zasypowych (czyli tych najprostszych) na węgiel spadła o milion. W tym samym czasie liczba kotłów gazowych wzrosła o ponad 600 000. Podobny wzrost został odnotowany w segmencie automatycznych kotłów na węgiel oraz pellet. Niestety, w tym samym czasie o niemal 200 000 zwiększyła się liczba kotłów zasypowych i kominków na drewno. Zwłaszcza kominkowa mania staje się coraz bardziej szkodliwa – dochodzi już do tego, że kominki są zakładane (i wykorzystywane) także w mieszkaniach w wielkomiejskich blokach!
Porównując te liczby należy pamiętać, że między rokiem 2014 i 2020 przybyło około pół miliona nowych domów. W relacji do zbudowanych domów liczba kotłów zasypowych spadła zatem o około 850 000 – to na pewno informacja pozytywna, która pokazuje, że coraz więcej mieszkańców Polski stawia na nowoczesne źródła ciepła. Niestety, zmiany te zachodzą w znacząco zbyt wolnym tempie – wciąż ponad 2 miliony domów jednorodzinnych ogrzewanych jest za pomocą tego typu urządzeń.
Wśród kotłów węglowych i na biomasę nadal zdecydowaną większość stanowią wspomniane kotły zasypowe z ręcznym załadunkiem. Ich udział sięga 75 proc. Ta struktura ulega jednak stopniowym przeobrażeniom na korzyść kotłów automatycznych. W wynikach badań z 2014 r. ich udział kształtował się na poziomie zaledwie 12 proc., aby w 2017 r. wzrosnąć do 18 proc. i w ubiegłym roku osiągnąć niemal 25 proc. Natomiast średni wiek zasypowego kotła na węgiel to prawie 10 lat. To niestety zła wiadomość, która oznacza, że są to kotły o wysokiej emisji zanieczyszczeń i powinny zostać jak najszybciej zlikwidowane. Najmłodsze są, rzadko stosowane, kotły na tzw. pellet biomasowy, niemal 70 proc. z nich nie przekracza 3 lat.
W sumie, aż 54 proc. domów jednorodzinnych w Polsce ogrzewanych jest kotłami na węgiel i drewno charakteryzującymi się zbyt wysoką emisją zanieczyszczeń i niespełniającymi limitów emisji określonych w uchwałach antysmogowych. To w skali kraju niemal 3 miliony kotłów, kwalifikujących się do wymiany w nadchodzących latach. Najwięcej takich urządzeń jest w domach starszych i znajdujących się na terenach wiejskich.
Niemal połowa badanych, których domy ogrzewane są za pomocą kotłów niespełniających wymogów uchwał antysmogowych nie posiada żadnych planów dotyczących zmiany źródła grzewczego. To informacja, która powinna zaalarmować wszystkie władze – centralne, regionalne oraz lokalne. Niezbędna jest więc intensywna kampania informacyjna dotycząca wymogów uchwał antysmogowych i dostępnych programów dotacji do likwidacji przestarzałych źródeł ciepła.
Wśród osób, które planują taką zmianę, najczęściej wybierane jest przejście na paliwo gazowe. Niespełna 9 proc. badanych podjęło decyzję o wymianie dotychczasowego źródła na nowoczesny kocioł węglowy (w zdecydowanej większości wskazują oni, że będą to kotły automatyczne). Zbliżona liczba badanych wybrała kotły na pellet. 5 proc. deklaruje chęć wykorzystania pomp ciepła, a 3 proc. zamierza instalować ogrzewanie elektryczne, które ma bazować na energii pochodzącej z planowanej instalacji fotowoltaicznej.
Nieco ponad połowa osób planujących modernizację ogrzewania liczy na pozyskanie dotacji. Co dziesiąta osoba z tej grupy wskazuje, że posiłkować się będzie pożyczką lub kredytem. Pozytywną informacją jest to, że wymiana źródła ciepła plasuje się na pierwszym miejscu wśród najpilniejszych potrzeb inwestycyjnych właścicieli budynków
Obok źródła ciepła to izolacja termiczna decyduje o efektywności energetycznej budynku. Wyniki badań wskazują, że co trzeci budynek jednorodzinny nie posiada w ogóle warstwy izolacyjnej ścian zewnętrznych. Wraz z budynkami posiadającymi najcieńszą warstwę izolacji to w sumie ponad 2 miliony domów. Zdecydowanie częściej brak izolacji termicznej cechuje budynki na terenach wiejskich. W miastach, izolacji nie ma co czwarty dom jednorodzinny.
Wśród budynków ocieplonych największą grupę stanowią budynki z warstwą izolacji na 9 – 10 cm. 23 proc. domów ma warstwę izolacyjną o grubości przekraczającej 10 cm. Jednak wciąż spora część budynków posiada izolację mającą poniżej 8 cm. Wraz z budynkami nieocieplonymi ich udział przekracza 40 proc. Trend zmian jest jednak w sumie pozytywny – średnia grubość warstwy izolacyjnej budynków ocieplonych to 11,6 cm. Więcej niż w 2014 roku, kiedy wynosiła ona 9 cm.
59 proc. właścicieli budynków nieocieplonych deklaruje chęć termomodernizacji swego domu w najbliższych latach. Tylko nieco ponad 40 proc. z osób planujących ocieplenie ścian liczy na uzyskanie dotacji. 16 proc. tej grupy wskazuje, że posiłkować się będzie pożyczką lub kredytem. Średni oczekiwany koszt inwestycji w ocieplenie domu to 24 tys. zł.
Uchwały antysmogowe, które wprowadzają zakaz użytkowania najgorszych kotłów na paliwa stałe, obowiązują niemal w całej Polsce, poza trzema województwami: opolskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim. Uchwały określają okres przejściowy na dostosowanie się do tych regulacji; w zależności od województwa mija on w latach 2021 – 2028. Po tych datach będzie można teoretycznie użytkować jedynie instalacje spełniające wymogi ekologiczne, czyli kotły wysokiej, 5 klasy nie oparte o paliwa stałe. Tych domów, które nie spełniają wymogów uchwał antysmogowych jest niemal 3 miliony.
Z badania wynika jednak, że zaledwie 45 proc. mieszkańców jest świadomych faktu obowiązywania uchwały na terenie ich województwa, a jeszcze mniej wie cokolwiek na temat jej konkretnych zapisów. Przeważnie obywatele albo nie mają świadomości istnienia uchwał antysmogowych, albo nie są w stanie wskazać czego konkretnie mogą one dotyczyć. Wyniki te stanowią jasny sygnał dla władz wszystkich szczebli – centralnego, regionalnego i lokalnego – że należy znacznie skuteczniej informować o przepisach dotyczących zakazu wykorzystywania kotłów, które nie spełniają wymogów uchwał antysmogowych.
Co czwarty badany właściciel domu jednorodzinnego nie słyszał także o programach wsparcia służących wymianie źródeł grzewczych i innym inwestycjom termomodernizacyjnym. Niemal połowa wie o ich istnieniu, ale nie zna ich nazw i z reguły nie orientuje się w szczegółach. W świadomości badanych bardzo niska jest pozycja ulgi termomodernizacyjnej – wskazuje na nią zaledwie 0,8 proc. respondentów.
Wśród programów wsparcia najczęściej wymieniany jest rządowy program „Czyste Powietrze”. Był on bardzo szeroko reklamowany przez propagandę rządową w PiS-owskich mediach „publicznych”, więc mimo swej nieskuteczności, zapadł jednak w pamięć Polaków. Z drugiej strony, niemal połowa respondentów uważa, że uczestnictwo w programie „Czyste Powietrze” i pozyskanie dofinansowania wymagałoby od nich sporego wysiłku. Program ten postrzegany jest więc przede wszystkim jako skomplikowany.
W sumie 37 proc. badanych deklaruje chęć skorzystania w przyszłości z jakichkolwiek programów wsparcia. Większość Polaków stoi na stanowisku, że w nowych budynkach nie powinno się instalować kotłów węglowych.
Tyle wyniki sondażu. Opiera się on na odpowiedziach ankietowanych osób, które, choć anonimowe, z pewnością wolą nie przyznawać się do tego, że palą najgorszym węglem i śmieciami w starych kopciuchach. Tymczasem, po roku 2014 polskie miasta regularnie meldują się w czołówce najbardziej zanieczyszczonych aglomeracji świata, a rząd PiS nie prowadzi żadnych skutecznych działań na rzecz poprawy jakości powietrza. Ogląd rzeczywistości jest więc niestety jeszcze mniej optymistyczny niż wyniki tej ankiety.

Czy władza zatroszczy się o dzieci już urodzone?

W Polsce rządzonej przez PiS brakuje miejsc w domach dla matek z dziećmi, a te, które już są, na ogół nie spełniają standardów. Ucieczka przed biedą i przemocą domową jest więc bardzo trudna.
To, że polskie władze dbają bardziej o dobro dzieci poczętych niż już żyjących, wiadomo od dawna. Teraz jednak ta teza została empirycznie potwierdzona przez Najwyższą Izbę Kontroli.
NIK skontrolowała jak powiaty (czyli władza rządowa), między styczniem 2016 r., a czerwcem 2019 r (właśnie ten okres rządów PiS sprawdzała kontrola) sprawowały opiekę nad szczególną grupą – nad dotkniętymi przemocą lub znajdującymi się w innej sytuacji kryzysowej matkami, ojcami, opiekunkami z dziećmi. Okazało się, że tej opieki nie sprawowano prawie w ogóle.
NIK wykazała, że 95 proc kontrolowanych ośrodków i centrów pomocy nie wywiązuje się prawidłowo z zadania powiatu, jakim jest prowadzenie specjalnych ośrodków wsparcia dla takich osób.
Chodzi tu o domy dla matek z dziećmi i dla kobiet w ciąży. Placówki te udzielają potrzebującym całodobowego, okresowego (maksymalnie do roku) schronienia, a ich standard ściśle określa rozporządzenie ministra polityki społecznej z 2005 r., wydane za rządów SLD, które dotyczy warunków lokalowych, opieki i pomocy w przezwyciężaniu sytuacji kryzysowych.
Zadania związane z zapewnieniem miejsc w takich placówkach, powinny być wykonywane przez powiatowe centra pomocy rodzinie, ośrodki pomocy społecznej lub ośrodki pomocy rodzinie. Jednak tylko sześć na 21 tego rodzaju instytucji skontrolowanych przez NIK rzeczywiście umieszczało potrzebujących w domach dla matek z dziećmi, głównie prowadzonych na zlecenie samorządu. Pozostałe kierowały takie osoby do schronisk dla bezdomnych, hosteli przy ośrodkach interwencji kryzysowej i do mieszkań chronionych (będących również placówkami samorządowymi). W większości z nich standard był niższy niż w domach dla matek z dziećmi.
NIK „wyróżniła” tu szczególnie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Sztumie. Jak stwierdza raport pokontrolny, było ono: „Nieprzygotowane instytucjonalnie i organizacyjnie w jakikolwiek sposób do zapewnienia potrzebującym miejsc”.
Na to, że domów dla matek z dziećmi jest w Polsce za mało – i że matki z dziećmi oraz kobiety w ciąży przebywają w schroniskach dla bezdomnych, które nie zapewniają im odpowiednich warunków, już od kilku lat zwracały uwagę media i Rzecznik Praw Obywatelskich. Trudno jednak oszacować ile takich placówek jest w naszym kraju, ponieważ rząd PiS nie stworzył listy takich ośrodków.
Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. w Polsce funkcjonowało 31 domów dla matek z dziećmi, które dały schronienie w sumie nieco ponad 1 300 osobom. Główny Urząd Statystyczny, na podstawie otrzymanych sprawozdań doliczył się zaś 63 domów (łącznie z filiami), z których skorzystało prawie 3 200 osób.
Badanie społeczne, którego przeprowadzenie Najwyższa Izba Kontroli zleciła w 2019 r., pokazało, że z domów dla matek z dziećmi korzystały przede wszystkim kobiety z wykształceniem podstawowym (41 proc.) i zawodowym (31 proc.), z których ponad połowa (54 proc.) miała własne comiesięczne dochody niższe niż 1,8 tys. zł. Posiadały one zwykle jedno lub dwójkę dzieci, średnio w wieku 3 lat lub młodsze.
Wyniki badania wskazują na to, że najważniejszym rodzajem wsparcia, którego podopieczni tych domów potrzebowali było schronienie, a także odizolowane od sprawcy przemocy oraz uzyskanie pomocy psychologa.
Matki, opiekunki i kobiety w ciąży najczęściej oczekują, że pomoc zostanie im udzielona w pobliżu miejsca zamieszkania, bez konieczności rozłąki z rodziną, bez potrzeby zmiany szkoły i lekarza dla dzieci oraz rezygnacji z pracy. Obawiają się one także, że w razie przeniesienia w odległe miejsce, pogorszą się ich szanse w staraniach o lokal z zasobów gminy (np. w przypadku Kętrzyna najbliższy dom dla matek z dziećmi znajdował się w odległości ok. 100 km od miasta).
Powiaty diagnozowały skalę potrzebnych miejsc w takich ośrodkach w oparciu o liczbę wniosków złożonych przez szukających schronienia. Wniosków było jednak niewiele, ponieważ potrzebujący często nie wiedzieli o przysługującym im prawie do skorzystania z takiej pomocy. Zdarzają się także przypadki kiedy rodzice dzieci unikają kontaktu z ośrodkami i centrami pomocy w obawie przed utratą praw rodzicielskich.
Wiedzę o potrzebach dotyczących zapewnienia schronienia dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży powinny mieć lokalne władze, ale takie informacje nie zawsze do nich docierały. Jak wykazała kontrola NIK, większość jednostek opieki społecznej nie zawiadamiała starostów lub prezydentów miast o konieczności utworzenia takich ośrodków.
Jak ustaliła NIK kontrolując jednostki organizacyjne pomocy społecznej, rocznie wpływało do nich średnio od 1 do 96 wniosków o udzielenie schronienia. W badanym okresie, czyli od stycznia 2016 r. do połowy 2019 r. dach nad głową w domach dla matek z dziećmi znalazło średnio od 15 do 77 osób, w tym od 8 do 48 dzieci.
Zdarzało się, że liczba dostępnych miejsc była mniejsza niż potrzeby. Na przykład, w jednej z placówek aż 12 osobom odmówiono przyznania pomocy, a 14 kolejnych wpisano na listę oczekujących.
Dodatkowym utrudnieniem w dostępie do niektórych domów dla matek z dziećmi i innych ośrodków zapewniających schronienie, były ograniczenia dotyczące wieku dziecka. Na przykład dom dla matek z dziećmi w Gdańsku określił maksymalny wiek przyjmowanych dzieci do 6 lat, a Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Cieszynie zapewniało pomoc tylko ofiarom stwierdzonej przemocy. W jednym z ośrodków wprowadzono zasadę wykluczającą przyjmowanie kobiet z więcej niż dwojgiem dzieci (!).
Domy dla matek z dziećmi z reguły nie gwarantują odpowiedniego standardu. Na poziomie jakiego wymaga wspomniane rozporządzenie ministra społecznej z 2005 r. zapewniała go zaledwie jedna na 8 skontrolowanych placówek.
NIK ma zastrzeżenia do nie zapewnienia odrębnych pomieszczeń do spania dla osób z dziećmi, braku odpowiedniej liczby łazienek, proporcjonalnej do liczby mieszkańców (1 na pięć osób) lub nieopracowania programów dla podopiecznych, dzięki którym mogliby się usamodzielnić.
Innym problemem jest dostępność placówek udzielających schronienia dla osób z niepełnosprawnością ruchową. Nie zapewniał jej żaden z skontrolowanych domów dla matek z dziećmi. Ograniczenia wynikały, np. z nieodpowiedniego usytuowania drzwi wejściowych do budynku, do których można było dotrzeć wyłącznie po schodach, braku odpowiednio wyposażonej łazienki, braku urządzeń umożliwiających osobom niepełnosprawnym korzystanie z pomieszczeń znajdujących się na wyższych piętrach.
Kontrola NIK pokazała także, że potrzebne jest stworzenie ogólnodostępnego źródła informacji na temat możliwości uzyskania schronienia w domach dla matek z dziećmi. Pod rządami PiS nie jest bowiem prowadzony ani rejestr takich ośrodków, ani innych placówek świadczących tego rodzaju pomoc.
W rezultacie samorządy nie miały wiarygodnych informacji nie tylko o domach dla matek z dziećmi funkcjonujących na terenie kraju, ale nawet o tych będących w ich najbliższym sąsiedztwie. Potrzebujący też nie zawsze wiedzieli o istnieniu takich ośrodków oraz o obowiązujących przepisach. Zdarzało się, że matki z dziećmi odsyłane do schronisk dla bezdomnych nie miały świadomości, że zgodnie z ustawą o opiece społecznej przysługuje im skierowanie do specjalnej placówki o gwarantowanym standardzie.
NIK stwierdza: „Z kontroli jednoznacznie wynika, że w badanym okresie nie wszystkie powiaty i miasta na prawach powiatu zapewniały schronienie w domach dla matek z dziećmi” – co jest niezgodne z prawem. Izba formułuje więc oczywisty wniosek, że powiat powinien być organizacyjnie przygotowany do zapewnienia miejsca w takich ośrodkach.
No, naturalnie, że powinien…. Trudno jednak oczekiwać, żeby PiS-owska ekipa zechciała się zająć tym problemem. Rządzący są obecnie skoncentrowani przede wszystkim na walce z kobietami – a nie na rozwiązywaniu ich problemów.

Raczej dom, niż mieszkanie

Koronawirus sprawił, że Polacy są coraz bardziej są zainteresowani możliwością przebywania w przydomowym ogródku, bez konieczności zakladania maseczek.

Za sprawą pandemii COVID 19, Polacy coraz chętniej rozglądają się za kupnem domu jednorodzinnego, zamiast mieszkania – wynika z danych Bankier.pl udostępnionych przez serwis nieruchomości Otodom.pl. Wzrost zainteresowania dotyczy jednak głównie domów już gotowych. Od marca na popularności zyskują działki, zwłaszcza te położone pod dużymi miastami.
Wzrost liczby wyszukiwań domów jednorodzinnych widoczny jest od połowy marca, gdy pandemia koronawirusa w Polsce zaczęła przybierać na sile, a rządowe restrykcje zamknęły Polaków w mieszkaniach. Odsetek osób szukających tego typu nieruchomości dochodzi obecnie do 45 proc., podczas gdy zainteresowanie kupnem mieszkania spadło do poziomu około 30 proc.
Wzrost zainteresowania domami jednorodzinnymi dotyczy jednak przede wszystkim budynków już stojących. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w marcu Polacy oddali do użytku 5425 domów jednorodzinnych, które stanowiły 33,8 proc. wszystkich oddanych do użytku lokali. Mniej niż w ostatnich latach było także rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń na budowę.
Jeszcze na początku lutego odsetek osób poszukujących mieszkania w budynku wielorodzinnym oscylował wokół 45 proc. Poszukiwacze domów stanowili jedną trzecią (od 30 do 35 proc.). Jak wynika z danych serwisu nieruchomości Otodom.pl, wskaźniki te zrównały się w połowie marca, co zbiegło się w czasie z ogłoszeniem przez rząd stanu zagrożenia epidemicznego i wprowadzeniem pierwszych restrykcji związanych z rozprzestrzeniającą się pandemią koronawirusa.
– Linie popularności mieszkań i domów ostatecznie przecięły się 27 marca. Dystans ten pogłębia się. Mniej więcej od 10 kwietnia widoczny jest zdecydowany wzrost chęci zakupu domu. Odsetek osób szukających tego typu nieruchomości dochodzi obecnie do 45 proc., podczas gdy zainteresowanie kupnem mieszkania spadło do poziomu około 30 proc. Może to oznaczać, że osoby poszukujące miejsca do zamieszkania zdały sobie sprawę, że zamiast własnego mieszkania wolą jednak domek, choćby z małym ogródkiem – zauważa Jarosław Krawczyk z serwisu Otodom.pl.
Jak dodaje, Polacy poszukują przede wszystkim domów o powierzchni przekraczającej 100 mkw. i wartości poniżej 500 000 zł. W przypadku mieszkań, najwięcej wyszukiwań dotyczyło metraży rozpoczynających się od 60 mkw.
Choć znacząco wzrósł odsetek osób zainteresowanych kupnem domu rodzinnego, tylko nieznacznie zmieniły się preferencje dotyczące miejsc, w których takie nieruchomości są położone.
Podobnie jak przed 27 marca, tak i po dacie, gdy odsetek osób poszukujących domów jednorodzinnych przewyższył wskaźnik poszukiwań mieszkań, największą popularnością cieszyły się domy położone w miejscowościach liczących mniej niż 10 000 mieszkańców, w szczególności położonych w pobliżu większych miast, głównie wojewódzkich. Takich nieruchomości szukało odpowiednio 49 i 50 proc. osób. Dla porównania odsetek osób szukających mieszkań w najmniejszych miejscowościach wyniósł 14 proc. i był niższy o 3 proc. w porównaniu z początkiem marca.
W przypadku większych miejscowości, po 27 marca wciąż popularniejsze od domów były mieszkania. W miastach liczących od 50 000 do 199 999 mieszkańców, wskaźnik wyszukiwani domów jednorodzinnych wyniósł 35 proc., podczas gdy odsetek osób szukających mieszkań oscylował wokół 40 proc. Jeszcze przed 27 marca było to odpowiednio 31 proc. i 48 proc.
W największych miastach, liczących powyżej pół miliona mieszkańców (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław i Poznań), odsetek osób szukających domów jednorodzinnych po 27 marca wyniósł 20 proc. i był o 3 pp. wyższy niż przed 27 marca. W tym czasie wskaźnik dla wyszukiwani mieszkań spadł z 55 proc. do 48 proc.
Czy trend ten będzie się utrzymywał? Dzisiaj trudno powiedzieć, ale można przypuszczać, że zmagania z koronawirusem i restrykcje ograniczające aktywność Polaków sprawią, że spora część poszukujących nowego lokum będzie rozglądała się za miejscem, które zapewni im większą przestrzeń i bliższy kontakt z naturą, choćby w postaci własnego ogródka.
– W tym momencie potrzeba przebywania na otwartej przestrzeni w bezpiecznym otoczeniu, jakim jest własny ogródek, jest wyraźnie widoczna. Świat się teraz zmienia, zdaliśmy sobie sprawę, że jak nie ten wirus to inny, nie wiadomo jak długo potrwa izolacja, dlatego potrzeba posiadania własnej przestrzeni jest bardzo silna i będzie długotrwała. W związku z tym działki, mieszkania z tarasem czy przestrzennym balkonem czy domy, to te nieruchomości, którymi zainteresowanie będzie wzrastało – uważa Marta Rybicka, z agencji badawczej IQS.
Rośnie także zainteresowanie działkami budowlanymi. Po 27 marca wskaźnik wyszukiwań gruntów pod budowę domów wzrósł z 19 do 23 proc. w przypadku miejscowości poniżej 10 000 mieszkańców. Odsetek osób szukających parcel wzrósł także w przypadku największych miast, liczących sobie powyżej 500 000 mieszkańców.
Szukającym gruntów budowlanych w marcu sprzyjała sezonowa korekta cen ofertowych, zwłaszcza w największych polskich miastach. I choć marzec przynosił przeceny także w poprzednich latach, tegoroczna korekta oczekiwań sprzedających działki budowlane była głębsza.
W marcu ceny ofertowe działek budowlanych w Warszawie spadły średnio o 7 proc., do 840 zł/mkw., czyli poziomu niewidzianego w stolicy od 8 miesięcy. Z kolei obniżka oczekiwań średnio o 7,3 proc. sprawiła, że stawki wpisywane w ogłoszeniach sprzedaży parcel w Gdańsku po raz pierwszy od marca 2019 r. spadły poniżej 500 zł/mkw. i wyniosły średnio 494 zł/mkw. Za parcele budowlane we Wrocławiu oczekiwano średnio 453 zł/mkw., w Poznaniu średnio 579 zł/mkw.
Działki budowlane w Krakowie były wyceniane średnio na 584 zł/mkw. W stolicy woj. małopolskiego mieliśmy jednak do czynienia ze wzrostem średniej stawki.
Korekta cen ofertowych miała miejsce także w przypadku poszczególnych województw. Najmocniejsze przeceny, w okolicach 10 proc. dotknęły woj. podkarpackie, gdzie oczekiwano średnio 75 zł/mkw., podlaskie (średnio 99 zł/mkw.) oraz wielkopolskie (średnio 122 zł/mkw.).
Jak zauważa Bankier.pl, w porównaniu do domów już stojących, w marcu względem poprzednich lat spadł odsetek domów jednorodzinnych wśród oddanych mieszkań, rozpoczętych budów i otrzymanych pozwoleń na budowę.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w marcu Polacy oddali do użytku 5425 domów jednorodzinnych, które stanowiły 33,8 proc. wszystkich oddanych do użytku lokali. W marcu 2019 r. ten odsetek wyniósł 38,2 proc. (5774 domów), w marcu 2018 r. 41,9 proc. (6421), w marcu 2017 r. 50,8 proc. (7070), a w marcu 2016 r. 51,8 proc (6784).
W marcu 2020 r. inwestorzy indywidualni rozpoczęli także mniej budów domów jednorodzinnych. Było ich 7360 i stanowiły one 39,2 proc. wszystkich budów lokali mieszkaniowych. W marcu 2019 r. było ich 9796 (41,2 proc.), w marcu 2018 r. 7998 (39,6 proc.), w rekordowym pod tym względem marcu 2017 r. 11 235 (53,3 proc.).
W porównaniu do marca 2019 r. spadła także liczba wydanych pozwoleń na budowę domów jednorodzinnych i ich udział wśród wszystkich wydanych pozwoleń na budowę mieszkań. W marcu 2020 r. urzędy wydały inwestorom indywidualnym 8107 pozwoleń, które stanowiły 37,2 proc. ogółu pozwoleń. W marcu 2019 r. było ich 8537 (43,2 proc.).

Nie ma taniego budowania

A jeśli jest, to dziadowskie. Budowanie na przyzwoitym poziomie musi kosztować – i na razie coraz bardziej drożeje.

Domy stają się coraz droższe – w 2019 roku za budowę (w tradycyjnej technologii) trzeba zapłacić prawie 9 proc. więcej niż przed rokiem – taki jest podstawowy wniosek z raportu serwisu Kalkulatory Budowlane.
Te 9 proc. to dużo więcej niż inflacja czy wzrost przeciętnego wynagrodzenia w naszym kraju.

Drogo się mury pną do góry

Ceny wzrosły praktycznie na każdym etapie budowy. To oznacza że standardowy dom kosztuje ponad 20 tysięcy więcej niż przed rokiem.
W poprzednich latach średnie wzrosty cen nie przekraczały 5 proc. W 2018 sytuacja się zmieniła, a ceny poszły szybciej w górę.
Przekładając procentowe wzrosty na złotówki, amator własnej nowej chałupy musi zapłacić o 22 tys. zł więcej w przypadku domu parterowego o powierzchni ok. 100 m2 (wzrost o 9.3 proc).
Tylko 1 tys zł więcej (23 tys. zł) zapłaci w przypadku domu piętrowego o powierzchni 140 m2 (wzrost o 8.3 proc.).
Natomiast już o 30 tys droższa będzie budowa domu piętrowego z piwnicą liczącego 195 m2 (wzrost o 9.1 proc.)
Ceny najbardziej rosły oczywiście w dużych miastach i kilku najważniejszych województwach (mazowieckie, śląskie, małopolskie, wielkopolskie).

Wyjechali na zachód

Brak rąk do pracy uważany jest za głównego winowajcę rosnących cen.
Odpływ pracowników na zachód Europy budowlanka odczuła najsilniej w całej polskiej gospodarce. Przez długi czas sytuację ratowało ściąganie pracowników z Europy Wschodniej, głównie z Ukrainy, ale nawet pomimo napływu tysięcy pracowników z tamtego regionu, niedobory fachowców w branży budowlanej szacuje się na prawie 100 000 osób.
Pracodawcy coraz częściej zamiast na Ukrainę sięgają do innych krajów – na Białoruś, do Mołdawii, czy tak egzotycznych jak Uzbekistan.
Ta sytuacja godzi w inwestorów indywidualnych. O ile budując dom mogą oni bowiem zaoszczędzić na materiałach budowlanych, korzystając z okresowych obniżek cen czy też promocji, o tyle wynegocjowanie lepszych cen na usługi budowlane jest praktycznie niemożliwe.
Jedynym wyjściem jest wykonanie części prac samodzielnie. Im mniejszy udział własny, tym koszt budowy domu będzie większy.
Sprawdza się również system gospodarczy, czyli samodzielne dobieranie ekip budowlanych do każdego etapu inwestycji mieszkaniowej. Zlecenie tego głównemu wykonawcy to kolejne procenty do ceny.
Brak rąk do pracy powoduje dziś, iż są tak duże niedobory wykwalifikowanych pracowników, że wiele firm budowlanych może upaść. Na rynku pracy brak głównie tynkarzy, cieśli, murarzy, zbrojarzy, dociepleniowców i operatorów sprzętu.

Kosztowny element

Innym elementem wpływającym na łączne koszty budowy domu są ceny materiałów budowlanych. W 2018 r. ceny wzrosły od 3 do nawet 30 proc. W bieżącym roku można się spodziewać utrzymania tej tendencji z uwagi na dużą liczbę rozpoczętych inwestycji i rosnący popyt. A buduje się coraz więcej – i z roku na rok Główny Urząd Nadzoru Budowlanego wydaje coraz więcej pozwoleń na budowę.
Największy wzrost cen, bo o blisko 33 proc. objął materiały i elementy drewniane. Ceny izolacji termicznych wzrosły o około 14 proc. Za materiały do budowy ścian i kominów zapłacimy w tym roku o około 12 proc. więcej. Jeszcze nie wiadomo, jak podrożeją wapno i cement ale w 2018 r. ich ceny wzrosły tylko o 3.7 proc.
Więcej dobrych informacji można znaleźć patrząc na ceny materiałów wykończeniowych i wyposażenia. Średnie ceny farb, płytek, wykładzin i innych elementów wykończenia oraz wyposażenia mieszkania wzrosły tylko
o nieco ponad 1 proc. Wynika to ze stabilnego popytu i dużej konkurencji pomiędzy największymi marketami budowlanymi oraz sklepami internetowymi.

Koszmar złej jakości

Z uwagi na rosnące ceny materiałów, jak i usług budowlanych coraz większą popularność zdobywają alternatywne technologie budowy.
Najpopularniejsze są domy oparte na szkielecie drewnianym, popularność zyskują też domy z keramzytu. Mają wspólną cechę – są prefabrykowane. Ich elementy produkuje się w specjalnych fabrykach domów (tak jak za Gierka) i przewozi na miejsce budowy. Tam sprawna ekipa budowlana – o ile się taka jakimś cudem znajdzie – składa dom z gotowych elementów w ciągu 2-3 tygodni. Pozostaje wykończenie wnętrza i przeprowadzka.
Oczywiście prefabrykowany dom musi powstać na wybudowanej wcześniej płycie fundamentowej. W praktyce średni czas od wbicia w ziemię pierwszej łopaty do przeprowadzki wyniesie 3-6 miesięcy, a włączając w to formalności, wybór projektu, pozwolenia i czas oczekiwania na produkcję – co najmniej 12 miesięcy. To bardzo krótko.
Zamawiając dom prefabrykowany wraz z montażem w dużej, uznanej firmie, można mieć pewność, że jakość wykonania materiałów budowlanych oraz ich montaż będą na najwyższym poziomie. Tyle, że to musi kosztować i nie nastąpi od razu, bo popyt jest duży.
W przypadku wyboru złej firmy można natomiast wpaść w rozpacz. Źle zaprojektowany, wyprodukowany i zmontowany dom to koszmar dla jego użytkownika. Niedokładnie wykonane elementy tworzą mostki cieplne, nieodpowiednia izolacja termiczna podnosi koszty utrzymania, a słaba izolacja akustyczna może sprawić, że słychać będzie każdy krok na poddaszu.

Spełniająca się przepowiednia?

Początek nowego roku na pewno będzie stać pod znakiem kontynuacji zeszłorocznego wzrostu cen. Liczba rozpoczętych inwestycji jest wciąż tak duża, że niedobory pracowników jeszcze bardziej się pogłębią.
Wydaje się jednak – co przewidują niemal wszyscy – że rynek zaczyna się przegrzewać i niedługim czasie może nastąpić przełom.
Ceny wzrosną do poziomów nieakceptowalnych przez inwestorów, nastąpią liczne upadłości dużych firm spowodowane podpisanymi kilka lat temu i nierewaloryzowanymi kontraktami. To zaś może doprowadzić do gwałtownego spadku popytu na rynku i w efekcie do zatrzymania wzrostu cen lub nawet do delikatnych spadków cen.
Trudno jednak stwierdzić, czy wydarzy się to już w bieżącym roku, czy dopiero w 2020. Na razie ceny rosną, buduje się więcej i drożej a zwykli inwestorzy zastanawiają się, gdzie jest sufit.

Podaj cegłę

Świetnie, że powstają nowe mieszkania. Szkoda, że bez planu i szkoda, że takie, jak w najnowszym materiale „Newsweeka”.

 

Materiał Anny Szulc „Kątek na rżysku” jest wstrząsający, głównie w kontekście tego, że PiS przeforsował w ostatnich dniach ustawę „lex deweloper”, dającą inwestorom furtki do omijania lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego i budowania, gdzie tylko się da.
W miastach powyżej 100 tys. mieszkańców będzie można stawiać budynki o dowolnej liczbie kondygnacji. W mniejszych miastach teoretycznie są limity na 3 lub 4 piętra, ale spokojnie można je obejść, jeżeli w pobliżu stoją już wyższe budynki – można do nich dorównać wysokością.
Natomiast „Newsweek” opisał, co działo się od kwietnia w Siedleminie pod Jarocinem, gdzie oddano dumnie pierwsze klucze do Mieszkań Plus. „Nikt nas nie ostrzegł, że zamieszkamy w szczerym polu, w zawilgoconych norach, metr pod ziemią” – to zdanie z leadu najlepiej oddaje traumę lokatorów, głównie wielodzietnych rodzin budowlańców. Rodzin żyjących skromnie, ale samodzielnych.
„Woda się leje, non stop. Ciurkiem spod zlewu, rury nieszczelne, częściowo już zerdzewiałe. Prysznic też dziurawy, zalewa płytki. Ściany nad framugami pękają, panele krzywe, z zadziorami, płytki się rozsuwają, wiertarka w fugi wchodzi, jak w margarynę. A poza tym całkiem, całkiem. Miejsca sporo” – oto wymarzona, świetlana przyszłość polskich rodzin.
Okazuje się, że Mieszkanie Plus, które miało być szansą na emancypację, okazało się workiem kolejnych problemów. Osiedle położone między polami żyta i kukurydzy, prawie metr niżej, już po dwóch miesiącach jest zagrzybione, nie wytrzymało pierwszej poważnej ulewy. Płytki trzymają się na słowo honoru, odłażą panele. Dość daleko od „na swoim” jak „normalni ludzie”. Bliżej raczej do „znów dano nam do zrozumienia, jak bardzo wykluczeni jesteśmy”. Wyobrażam sobie, że te tłumy dziennikarzy domagające się peanów na cześć budowanego po taniości bubla, mogą być dodatkowo frustrujące. Państwo w ramach wyrównywania szans dało im podarunek z dykty.