Milczący budowniczy cywilizacji z kraju faraonów

Jest rześki lutowy poranek, kiedy nasz statek dobija do brzegu w Luksorze – starożytnych Tebach. Delikatny wiatr umila oglądanie z górnego pokładu, jak wraz z wschodzącym słońcem miasto po obu stronach Nilu budzi się do życia. Po zejściu z okrętu ruszamy w dalszą drogę. Mijane przez nas pełne zieleni tereny Doliny Nilu przerażająco kontrastują z widzianą w oddali bezkresną pustynią. W końcu wszelka roślinność znika, pozostają jedynie kamienie.

Jedziemy dalej w tym księżycowym krajobrazie, aż wreszcie zza wysokiej skały ukazuje się cel naszej podróży – Deir el-Medina. Współczesna nazwa, która po arabsku znaczy tyle co ,,klasztor miejski”, może mylić. W starożytności znajdowała się tu bowiem zamieszkana przez robotników wioska Set Maat, której to pozostałości, rzadko odwiedzane przez turystów, przybyliśmy oglądać.
W Set Maat, położonym na krańcu tebańskiego miasta umarłych, mieszkali wraz z rodzinami budowniczy i rzemieślnicy, pracujący przy wznoszeniu okolicznych świątyń i grobowców w Dolinie Królów. Osada funkcjonowała prawie 500 lat, a w okresie szczytowego rozwoju (czasy egipskiej XIX dynastii) jej populacja liczyła ponad 1200 ludzi.
Dodatkowo Deir el–Medina jest najlepiej zachowanym założeniem urbanistycznym starożytnego Egiptu. Wyjątkowo słabo nadgryzione zębem czasu mury, ulice, dolne partie większości domów oraz wykute w skałach grobowce dają przybyłym tutaj wyjątkową szansę na wczucie się w życie codzienne starożytnych Egipcjan. I to nie królów, kapłanów i ich świt (jak w licznych egipskich pałacach i świątyniach), ale Egipcjan – robotników, rzemieślników i kamieniarzy.
Tych wszystkich bezimiennych i milczących, których setki pokoleń w pocie czoła budowały to, co nazywamy ,,cywilizacją starożytnego Egiptu” i bez których poświęcenia nie powstałaby żadna z podziwianych przez turystów świątyń czy grobowców, a dla których w dominującej narracji historycznej, zawłaszczonej przez królów, wezyrów i dowódców, ciągle brakuje miejsca.
Wczoraj i dziś
Jeden z hoteli w Hurghadzie
– Jest nam teraz ciężko, ale przynajmniej mam stałe źródło dochodu. Mój kuzyn, instruktor nurkowania, od dawna jest już bez pracy – mówi mi Mustafa, ogrodnik w jednym z hoteli w Hurghadzie. Ze swojej pensji, niewiele wyższej od egipskiej płacy minimalnej (ok. 125 USD), utrzymuje żonę i dwójkę dzieci. Dowiaduję się od niego, że co prawda pracownicy kuchni i sprzątacze zarabiają trochę lepiej, ale przynajmniej ogrodnicy są ostatni do zwolnienia.
Bez ich codziennych wysiłków bowiem wszystkie te wydarte przed kilkoma dekadami pustyni kurorty w mgnieniu oka przykryłby piasek. Aby obcokrajowcy mogli cieszyć ładnymi widokami podczas urlopu, we wszystkich ośrodkach wypoczynkowych wschodniego wybrzeża, od Sharm el Sheikh po Marsa Alam, zastępy pracowników w zielonych kombinezonach, zazwyczaj traktowane przez turystów jak powietrze, dzień w dzień rano i wieczorem pielęgnują palmy, krzewy, kwiaty i trawniki.
,,Bez codziennego podlewania przez nas szybko zostałyby tu tylko kamienie i piach” – podkreśla Mustafa. ,,Wyrazem uznania” za tę fundamentalną dla lokalnej turystyki pracę jest właśnie (oprócz głodowych pensji) ostatnie miejsce na liście do zwolnieniowego odstrzału.
Mahmouda, młodego marynarza, spotykam na statku płynącym do Asuanu. Opowiada mi, że zaczynał pływając na statkach towarowych, trzy lata temu przeniósł się na wycieczkowce. Na moje pytanie, jak pandemia wpłynęła na żeglugę nilową, odpowiada, że nie było dużo zwolnień wśród marynarzy.
Nil, w którego Dolinie i Delcie mieszka 95 proc. ludności kraju, mimo upływu tysiącleci pozostaje bowiem najwyższym szlakiem komunikacyjnym Egiptu, dlatego pracy marynarze zawsze mieli tu pod dostatkiem. O antycznych kolegach po fachu mojego rozmówcy pisał już w swoich ,,Dziejach” ojciec historii, Herodot z Halikarnasu.
Mahmoud podkreśla jednak, że jego branży mocno obcięto wynagrodzenia, szczególnie w żegludze turystycznej. On sam jest kawalerem, daje więc sobie jakoś radę, ale mówi, że wielu jego kolegów, mających na utrzymaniu rodziny, mimo pracy znajduje się w ciężkiej sytuacji. Pomocy nie mogą spodziewać się oni z żadnej strony. Rząd skromnie i tylko na początku pandemii wsparł jedynie tych, którzy stracili swoje prace dorywcze.
W przypadku reszty udaje, że problemu nie ma i dalej pompuje miliardy w trwającą od 2015 roku budowę na wschód od Kairu supernowoczesnego i ekologicznego miasta, mającego w zamyśle stać się nowym centrum administracyjnym kraju.
Pandemia dodatkowo pogłębiła też dotychczasowe problemy Egipcjan – jeszcze bardziej dała im się we znaki rosnąca inflacja i brak systemu ubezpieczeń społecznych. Mahmoud mówi, że wszyscy bardzo boją się bezrobocia, dlatego, pozostawieni przez władze sami sobie, godzą się na duże obniżki płac, czekając na poprawę sytuacji. Tej jednak póki co próżno wyglądać.
Walka trwa
Jedno z malowideł w grobowcach robotników z Deir el-Medina
Robotnicy z Deir el-Medina za życia potrafili zawalczyć o swoje zarówno w sprawach doczesnych, jak i wiecznych.
To oni zorganizowali pierwszy w historii poświadczony w źródłach strajk i wywalczyli wypłatę zaległych wynagrodzeń u wezyra faraona Ramzesa III.
Również gdy ogląda się ich zachowane grobowce, co prawda mniejsze od faraońskich w Dolinie Królów, ale jakością kolorów i kunsztem malowideł je przewyższające, widać, że umieli zatroszczyć się o zbawienie swoich dusz. Historia nie okazała się dla nich jednak łaskawa – zarówno oni, jak i wszyscy inni robotnicy, rolnicy i rzemieślnicy, którzy budowali tę jedną z pierwszych w dziejach ludzkości cywilizację, pozostają dla nas, z małymi wyjątkami, niemi.
Mimo że to oni w swej masie wykuwali w dziewiczej skale natury pomnik historii człowieka, w głównym nurcie opowieści o dziejach przedstawia się ich jedynie jako niewarte uwagi narzędzia w ręku władców, wezyrów czy wodzów – zupełnie niesłusznie. Nie dotyczy to tylko wieków przeszłych – potomków robotników z Deir el-Medina, takich jak Mustafa czy Mahmoud, traktuje się dzisiaj tak samo.
Historie i problemy owych rzesz ogrodników każdego dnia chroniących wschodnioegipskie kurorty przed pochłonięciem przez pustynię czy setek marynarzy, bez których kluczowy dla kraju transport po Nilu były niemożliwy, nie mają szansy przebić się przez natłok newsów o decyzjach ministrów i życiu celebrytów. Rządy nawet w tak trudnym czasie pozostawiają ich samych sobie i nie widzą w nich nic więcej niż mniej lub bardziej użytecznych cyferek ze statystyk w raportach przynoszonych dygnitarzom na biurka.
I tak od tysięcy lat – prawdziwi budowniczy naszych cywilizacji zmuszeni są mówić do nas swoim milczeniem. Ale nic nie trwa wiecznie – ,,nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!”.

W kręgu wielkiego piękna

Umysłowość starożytnych Egipcjan polegała na umiejętności ujmowania istoty rzeczy. Na sposobie wyobrażania człowieka. Pokazywaniu go najpełniej. Na zdolności do syntezy. Egipcjanie sylwetki ludzi i zwierząt rozczłonkowywali jak kubiści, w sposób bardzo nowoczesny nawet z naszej perspektywy. Poza tym jest też wielki czar w ich kolorystyce, kształtach tych sfinksów, bogów, bogiń, faraonów, kapłanów – z profesorem Karolem Myśliwcem, archeologiem i egiptologiem, dyrektorem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich PAN, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pół wieku temu, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej, uległem silnej fascynacji kolorytem świata arabskiego pod wpływem dziecięcych lektur bajek arabskich, choćby o Ali babie i 40 rozbójnikach, „Awantur arabskich” Makuszyńskiego, filmów takich jak „Faraon” Kawalerowicza, czy przedwojennego horroru „Mumia” , Kairem, Bagdadem. Marzyłem też o wycieczce do Egiptu, wtedy dostępnej finansowo dla nielicznych. Docierały do mnie też okruchy informacji o dokonaniach polskiej archeologii śródziemnomorskiej i nazwisko profesora Kazimierza Michałowskiego.
I nie dziwię się pana fascynacji, bo warto było i jest. Pewnie marzył Pan też, żeby zostać archeologiem…
Zgadł Pan, ale mnie odwiedziono od tego pomysłu, traktując go jak fanaberię, a i mnie nie starczyło determinacji. Tym bardziej, że Wydział Archeologii Śródziemnomorskiej był tylko w Warszawie, a w tamtych czasach stolica wydawała się o wiele bardziej odległa od mojego rodzinnego Lublina niż dziś. Ale przejdźmy do Pana Profesora i Pana dziedziny. Przejrzałem właśnie listę polskich wypraw archeologicznych do Egiptu, które zaczęły się od Kazimierza Michałowskiego w latach 1937 i 1939. Pod datą 1969 po raz pierwszy pojawia się Pana nazwisko, ale na żadnej liście nie figuruje Pan razem z profesorem. Minęliście się z wyprawami?
Nie, nie mijaliśmy się. Po raz pierwszy spotkałem profesora Michałowskiego podczas mojej pierwszej wyprawy w 1969 roku. Byłem wtedy na stypendium wymiennym między rządami polskim i egipskim. W tamtych czasach uzyskanie takiego stypendium było niesłychanie trudne. Te dziewięć miesięcy, to było więcej niż złapać pana Boga za pięty. To było najwyższe wyróżnienie dla młodego człowieka i mogło dokonać się tylko dzięki inicjatywie profesora Michałowskiego. Spotkałem go, gdy przybyłem do Egiptu. Rozdzielał tam kadrę do różnych misji archeologicznych. Mnie przydzielił do Aleksandrii i tam istotnie się z nim nie spotkałem, ale pamiętajmy, że miał już wtedy 69 lat, więc coraz rzadziej przyjeżdżał do Egiptu. Byłem z nim natomiast przez pewien czas na wykopaliskach w Syrii, w Palmirze, 1969 i 1970 roku. Natomiast co do przedwojennych wypraw Kazimierza Michałowskiego, to był on wtedy młodym archeologiem z Polski zaproszonym przez ekipę francuską, jeszcze nie tym sławnym później, dostojnym profesorem Michałowskim.
Jak go Pan odbierał jako osobę?
Miałem okazję zasmakować, kto to jest profesor Michałowski w terenie. Był zupełnie inny niż na uniwersytecie. W terenie przeobrażał się w postać łączącą w sobie cechy oficera z dobrym tatą. Na uniwersytecie był niesłychanie surowym i ostrym pedagogiem. Drżeliśmy przed nim.
A z Indiany Jonesa miał coś w sobie?
Zupełnie nic, może poza tym, że też nosił płócienny kapelusz z opadającym rondem. Ja taki też zresztą noszę, bo jest najlepszy na tamten klimat. Na pustyni nosiłem też tradycyjny hełm korkowy, znany ze starych fotografii i filmów, a po zakończeniu wykopalisk oddałem go jednemu z robotników.
Co jeszcze charakteryzowało Michałowskiego jako człowieka, uczonego i pedagoga?
Nade wszystko cenił oryginalność myślenia studentów. Nie lubił postaw roszczeniowych. Wbrew niektórym brzydkim plotkom nie był zazdrosny o karierę i nie zwalczał konkurencji Był pomocny. Kiedyś, na moją nieśmiałą prośbę skromnego asystenta, przywiózł mi z Egiptu pakę książek o świątyni Horusa Edfu. Nie przypuszczałem, że będzie pamiętał o złożonej obietnicy.
Nazwisko Kazimierza Michałowskiego jest ważnym synonimem dawnych dokonań polskiej archeologii śródziemnomorskiej. A jaki jest dziś stan polskiej egiptologii w trzydzieści cztery lata po jego śmierci?
Nieporównywalny z tamtym i zdecydowanie przekraczający wyobraźnię profesora Michałowskiego. Kiedy w 1937 roku rozpoczynał on wykopaliska polsko-francuskie w Edfu, koncentrował się tylko na Egipcie i na sprowadzeniu części wykopalisk do naszego Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie wyobrażał sobie jednak, że ta dziedzina tak bardzo się rozwinie, że stanie się renomowaną w świecie polską szkołą archeologii śródziemnomorskiej. Wtedy jednak jego plany szybko zrujnował wybuch wojny, a potem stalinizm, który uznał archeologię za naukę burżuazyjną. Jego kariera była więc od 1940 do 1956 praktycznie uśpiona. Wojnę profesor spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, a następnie był kłuty przez kolegów z Polskiej Akademii Nauk jako uczony burżuazyjny. Już w 1956 roku sześćdziesięcioletni profesor otworzył polską stację archeologiczną w Kairze. Była wtedy bardzo skromna i nie mogła konkurować z Francuskim Instytutem Archeologii Wschodu, który wtedy miał już stuletnią metrykę czy z mającym wtedy pół wieku z Niemieckim Instytutem Archeologicznym. Nasza placówka zaczęła się jednak szybko rozrastać i niebawem rozszerzyła się na Syrię, gdzie podjęto prace w Palmyrze, która jest królową stanowisk archeologicznych na terenie tego kraju. Do tego doszły wykopaliska na Cyprze i jeszcze inne. Tak więc mały budyneczek polskiej placówki w Heliopolis, to starożytna nazwa Kairu, stał się konkurentem największych gigantów archeologii, Francuzów, Niemców, Amerykanów.
A Anglików?
Anglicy, mimo, że należą do koryfeuszy archeologii śródziemnomorskiej, nie mają swojego instytutu archeologicznego w Egipcie, a Polska miała i ma. Krakano, że po śmierci profesora Michałowskiego Polacy w polskim piekle się skłócą i Instytut się rozpadnie. Nic podobnego. Nasza instytucja rozrosła się do niewyobrażalnych rozmiarów i obecnie na terenie Egiptu i innych krajów Afryki działa wiele polskich placówek. Działamy poza basenem Morza Śródziemnego, na całym terenie Afryki Północnej, w Azji aż do Chin i w Ameryce Południowej, gdzie też mamy wspaniałe dokonania. Polska archeologia śródziemnomorska przekształciła się więc w archeologię międzynarodową. Silny impuls nastąpił po podpisaniu układu pokojowego Polska-NRF, po którym szukano obiecujących pól współpracy polsko-zachodnioniemieckiej i padło na polską archeologię śródziemnomorską jako cenioną markę. Poszukano więc po naszej stronie kogoś, kto by znał niemiecki, a ja znałem dość dobrze i zostałem członkiem niemieckiej misji archeologicznej w Egipcie, w zachodnich Tebach. Byłem też dwa lata w Monachium na stypendium Fundacji Humboldta pod kierunkiem wybitnego niemieckiego egiptologa, profesora Hansa Wolfganga Műllera, u którego napisałem pracę habilitacyjną. Niemcy poprosili mnie o wznowienie wykopalisk w Egipcie, we wschodniej Delcie. Zakres moich zajęć radykalnie się rozszerzał. Polska, mająca dokonania w badaniu Nowego Państwa, w tym Świątyni Hatczesput czyli drugiego tysiąclecia p.n.e, w ogóle nie badała epoki Starego Państwa. Te wykopaliska zainicjowałem w roku 1987. Później ze względów finansowych zostały wstrzymane na dziewięć lat i wznowione w roku 1996. Od tego czasu mamy wiele sensacyjnych odkryć w Egipcie. Nastąpiła ogromna zmiana stanu wiedzy. Powstały nowe techniki badawcze. Archeolodzy współpracują z geofizykami, genetykami, antropologami, specjalistami od numizmatyki, konserwatorami. Badania archeologiczne stały się dziedziną multidyscyplinarną.
Czy poza wzbogaceniem wiedzy detalicznej, nastąpiła też zmiana obrazu Egiptu, historii jego starożytnej cywilizacji?
Oczywiście. Coraz wyraźniej pokazuje, że nie była to cywilizacja hermetyczna i jednorodna, jak długo ją sobie wyobrażano. Dlatego dziś niezbędna jest współpracy przedstawicieli różnych specjalności archeologicznych, na przykład archeologów tzw. klasycznych, czyli zajmujących się starożytną Grecją z egiptologami. Pani profesor Kusztal, pracująca z misją niemiecką odkryła na przykład, że jeden z zapisów na inskrypcji hieroglificznej, tzw. twarzopodobny, był wzorowany na wizerunku rzymskiego cesarza Augusta Oktawiana, czyli twórca inskrypcji wiedział jak wyglądały portrety tego władcy w sztuce klasycznej. To tylko maleńki przykład pokazujący jak to się zazębia i jak radykalny był eklektyzm tej kultury, jej wielopokładowość. To samo dotyczy dużo wcześniejszych okresów. Powstaje pytanie, czy kultura egipska urodziła się od zera? Czy nie było silnych wpływów starszej kultury mezopotamskiej? Tu pole do popisu dla antropologów. Dyskusja toczy się dalej. Niemcy na przykład odkryli nawet nową dynastię z okresu Starego Państwa, dynastię, której władcy nosili imiona zwierząt. W 1993 roku wydałem popularną książkę „Pan Dwóch Krajów”, poświęconą pierwszemu tysiącleciu przed naszą erą. Zabytki z tego okresu zostały niemal w całości zniszczone, źródła pozostały śladowe a poza tym był czas konglomeratu etnicznego, nawet władcy byli często pochodzenia obcego, Azjatami, Nubijczykami, Persami, Grekami, którzy panowali w Egipcie przez trzysta lat, potem Rzymianami. Rozsupłanie tych wszystkich wątków jest niesłychanie trudne, więc nikt się nie garnął do tego, żeby opisać ten okres w książce popularno-naukowej. Kariera mojej książki wzięła się stąd, że ja ze skrawków wiedzy zdobytych na różnych wykopaliskach postanowiłem sklecić coś popularnego i to był strzał w dziesiątkę, ale to nie znaczy, że daleko posunąłem naszą wiedzę o pierwszym tysiącleciu przed naszą erą. Jest ciągle mnóstwo luk i każde, nawet drobne odkrycie jest na wagę złota i urasta do rangi wielkiego odkrycia.
Estetyka starożytnej sztuki egipskiej mnie osobiście wydaje się najbardziej pociągająca ze wszystkich historycznych estetyk. Ukochał ją już Napoleon Wielki, krzewiąc w Cesarstwie Francuskim jej kult. Pan też ją tak podziwia?
Jakżeby inaczej. Inaczej nie zajmowałbym się intensywnie sztuką egipską w tym szczególnie portretem.
Gdzie tkwi tajemnica tego wyjątkowego piękna?
Nie ma na to jednej odpowiedzi. Moim zdaniem umysłowość starożytnych Egipcjan polegała na umiejętności ujmowania istoty rzeczy. Na sposobie wyobrażania człowieka. Pokazywaniu go najpełniej. Na zdolności do syntezy. Egipcjanie sylwetki ludzi i zwierząt rozczłonkowywali jak kubiści, w sposób bardzo nowoczesny nawet z naszej perspektywy. Poza tym jest też wielki czar w ich kolorystyce, kształtach tych sfinksów, bogów, bogiń, faraonów, kapałanów.
Mnie bardzo przemawia do wyobraźni uświadomienie sobie, że w czasach naszego Mieszka I, starożytny Egipt był nawet trzykrotnie bardziej zamierzchły dla nich niż dla nas czasy Mieszka.
To prawda, i też, poza osiągnięciami technologicznymi, my niewiele później do cywilizacji egipskiej dodaliśmy. Nawiasem mówiąc, pójdę o krok dalej – dla dzisiejszej młodzieży nawet Lech Wałęsa sytuuje się gdzieś w okolicach Aleksandra Wielkiego. Historia niestety ciągle jest w szkole na ogół nauczania nie tak jak być powinna, ciągle na ogół, choć pewnie są wyjątki, jako konglomerat dat i detalicznych faktów. Nadal nie pokazuje się tego, co najważniejsze w historii: łańcucha przyczyn i skutków. A przecież jesteśmy w prostej linii skutkiem decyzji podjętych także przez faraonów. Mam na myśli choćby okres monoteizmu egipskiego za czasów faraona Echnatona. Jeden z psalmów Dawidowych jest niemal kopią hymnu do Boga-Słońca, którego skomponowanie przypisuje się samemu faraonowi Ehnatopowi. Dzisiejsze nieprawdopodobne możliwości badawcze, dają możliwość badania zjawisk nielinearnego historycznych.
Gdzie jest źródło Pana fascynacji archeologią Egiptu?
Sam się nad tym zastanawiałem. Jako człowiek spod znaku Skorpiona wierzę w przeznaczenie. Urodziłem się w odległości kilometra od tzw. Troi Karpackiej. W miejscowości Trzcinica położonej tuż koło Jasła, dziś na jego obrzeżach. Zostały tam odkryte ślady kultury, która miała związki z Morzem Śródziemnym i kulturami śródziemnomorskimi. Zainteresowań wcześniej miałem wiele i moim problemem był ich nadmiar, embarras de richesse. Jeszcze jako kilkuletni chłopiec bawiłem się w kapłana, który kolegom z wioski organizował kult jakiegoś boga. Jasło, gdzie kończyłem szkoły, było wtedy jedną wielką ruiną, zniszczone przez Niemców po wysiedleniu mieszkańców. Wychowywałem się pośród ruin i niewypałów. Być może to ożywiło we mnie imperatyw odkrywania przeszłości z zachowanych szczątków. Interesowałem się też teatrem i przez rok studiowałem aktorstwo w warszawskiej PWST, ale przekonałem się, że to nie dla mnie i poszedłem na archeologię śródziemnomorską na Uniwersytet Warszawski. Jako drugie studia wybrałem romanistykę i do dziś fascynuję się kulturą francuskiej, w tym szczególnie piosenką, a jeszcze bardziej szczególnie Edith Piaf. Paryż zobaczyłem po raz pierwszy w roku jej śmierci, w 1963 roku. Na żywo nigdy jej nie widziałem i nie słuchałem. Za to widziałem na scenie sławną aktorkę Daniele Darieux i miałem z nią krótką rozmówkę, na tyle jednak ubogą, że to mnie zmobilizowało do intensywnej nauki języka francuskiego.
Wśród Pana koleżanek i kolegów z warszawskiej szkoły teatralnej są pewnie znani dziś aktorzy…
Oczywiście. Moi przyjaciele do dziś, to Jolanta Lothe, Stefan Knothe, Wiesia Niemyska, czy nieżyjący już Marek Perepeczko.
I jeszcze jedno. Krwawe wydarzenia na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, aktywność radykalnych islamistów, egzekucje porwanych sprawiły, że turystyka do Egiptu na ogół ograniczała się w okresie największej prosperity do przebywania w zamkniętych ośrodkach wypoczynkowych strzeżonych przez służby i – w najlepszym razie – zbiorowych wycieczek autokarem w asyście wojska. O indywidualnym zwiedzaniu n.p. Kairu chyba nie ma dziś mowy?
Może być mowa. Media i MSZ-ety wyjaskrawiają skalę zagrożeń. Można zdecydować się na indywidualne zwiedzanie Kairu pod pewnymi warunkami. Nie chodzić nocą, ale z uwagi na zwykłych rabusiów, a nie terrorystów. Nie jeździć komunikacją publiczną, bo tam prawdopodobieństwo wybuchu ładunku jest relatywnie największe. Nie iść na plac Tahrir w piątek, gdy są tam demonstracje. Odnosić się z szacunkiem do ich zwyczajów, raczej w szczelnie zakrywającej garderobie, co dotyczy zwłaszcza kobiet. Po spełnieniu tych warunków nie będziemy radykalnie mniej bezpieczni niż na przykład w warszawskim ruchu drogowym. Ale oczywiście niech każdy decyduje sam.
Dziękuję za rozmowę.

Karol Jan Myśliwiec – ur. 3 listopada 1943 w Jaśle, archeolog i egiptolog, jeden z kontynuatorów polskich badań archeologicznych nad starożytnym Egiptem. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Stanisława Leszczyńskiego w Jaśle, a następnie Uniwersytetu Warszawskiego. Jest związany z Instytutem Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN. Uczestnik wielu międzynarodowych wypraw wykopaliskowych w Afryce i Azji oraz członek wielu prestiżowych międzynarodowych towarzystw naukowych. sam uważa za jedno ze swoich najważniejszych osiągnięć. Jego dorobek naukowy obejmuje 12 książek, w tym popularnonaukowych, „Pan Obydwu Krajów” ( 1993) i „Eros nad Nilem” ( 1998), które doczekały się przekładów na języki angielski i niemiecki, a także „Święte znaki Egiptu ( 1990). Jest także autorem około trzystu artykułów naukowych i popularnych dotyczących archeologii, historii, sztuki i religii starożytnego Egiptu, w tym publikacji teoretycznych na temat sztuki egipskiej. Kawaler Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Więzienie za piosenkę

Pod pretekstem potrzeby walki z dezinformacją i fake newsami Egipt wprowadził przepisy przewidujące kary więzienia za „rozprzestrzenianie fałszywych pogłosek” na portalach społecznościowych. Rząd Abd al-Fattaha as-Sisiego nie ma również litości dla twórców.

 

Przyjęta w lipcu 2018 r. w Egipcie ustawa jest kolejnym krokiem prezydenta Abd al-Fattaha as-Sisiego, by zamknąć krytykom i niewygodnym dla rządu dziennikarzom usta. W kraju już wcześniej obowiązywała odpowiedzialność karna za publikowanie „fałszywych informacji” w mediach oraz na blogach, w połowie lipca wprowadzono możliwość karania za wpisy na portalach społecznościowych, przez autorów, którzy mają tam ponad 5 tys. obserwujących. W praktyce sprawy z odpowiednich paragrafów wszczynane są w przypadku krytyki poczynań autorytarnie rządzącego prezydenta, gdyż o zakwalifikowaniu danego materiału jako fałszywego lub wzywającego do przemocy decyduje Najwyższa Rada Regulacji Mediów, której przewodniczącego nominuje głowa państwa.

31 lipca 2018 r. sąd wojskowy skazał na trzy lata więzienia oraz grzywnę w wysokości 560 dolarów poetę Dżalala al-Bihajriego. To kara łączna za publikowanie „fałszywych wiadomości”, obrażanie wojskowych, a przy okazji także uczuć religijnych. Według sentencji wyroku al-Bihajri dopuścił się tych przestępstw, pisząc tomik wierszy oraz satyryczną piosenkę pt. „Balaha”. Z jej powodu zresztą został 3 marca aresztowany i oczekiwał na proces za kratami (a przy tym został przynajmniej raz pobity). Władze nie mogły mu wybaczyć utworu, w którym prezydent as-Sisi – nie wprost, ale dla Egipcjan kontekst był jasny – został porównany do postaci notorycznego kłamcy z popularnego w Egicie filmu. Życzy mu się również, żeby po czterech latach niespełnionych obietnic trafił w końcu do więzienia.

Al-Bihajriego ukarano również za niewydany jeszcze tomik wierszy pt. „Najwspanialsze kobiety na ziemi”, który miał ukazać się jesienią. Wojskowi sędziowie uznali, że tytuł zbioru… obraża egipskie wojsko. Dlaczego? Uznali mianowicie, że nie ma wątpliwości, że jest aluzją do jednego z hadisów (opowieści o Mahomecie), w którym prorok islamu mówi o „najwspanialszych żołnierzach na ziemi” i ma na myśli właśnie Egipcjan. Poeta, który z powodu „Balahy” stał już na straconej pozycji, na darmo objaśniał, że jego poezja nie mówi o wojsku, tylko, zgodnie z dosłownym brzmieniem tytułu, o kobietach i ich uczuciach.

Adwokat twórcy zapowiada apelację. Niezależnie od jej wyniku al-Bihajriego czeka jeszcze jeden proces za dokładnie te same czyny, tyle tylko, że przed zwykłym sądem karnym. W obronie poety jeszcze przed ogłoszenie wyroku wystąpiły międzynarodowe organizacje twórców, a po jego podaniu do wiadomości – eksperci komisji praw człowieka ONZ. Powstały internetowe petycje z żądaniem jego uwolnienia.

Trudno się jednak spodziewać, by władze Egiptu w ogóle się tym przejęły. Mogą raczej świętować nowy pakiet pomocy wojskowej wartej 195 mln dolarów, jaki pod koniec lipca trafił do nich z USA. Donald Trump nieustannie chwali prezydenta as-Sisiego i zapewnia go o swojej przyjaźni. I w tej akurat sprawie nie spiera się z doradcami.

Palestyna liderem 80 proc. świata

Grupa 77, koalicja w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmująca ponad 80 proc. ludności świata, przyznała przedstawicielstwu Palestyny funkcję przewodnictwa całemu blokowi w 2019 r. Obecnie pełni ją Egipt.

 

To kolejny dowód uznania dla Palestyńczyków ze strony społeczności międzynarodowej oraz kolejny cios dla Izraela i bliskowschodniej polityki Stanów Zjednoczonych.
O decyzji Grupy 77 poinformował Riyad Mansour, stały przedstawiciel Palestyny w ONZ, w telefonicznej rozmowie z The New York Times. – Będziemy prowadzić negocjacje w imieniu 135 państw – oświadczył Mansour w wypowiedzi dla dziennika.

Grupa 77 to koalicja krajów rozwijających się, obejmująca głównie regiony Globalnego Południa, lecz również wschodzące potęgi, takie jak Chiny. 77 to liczba krajów, które zawiązały ten sojusz w ONZ w 1964 r. Od tamtego czasu blok rozrósł się prawie dwukrotnie i obecnie liczy sobie 135 członków, w tym Palestynę. Koalicja, posiadająca własne struktury w ONZ, wspierała w minionych dekadach procesy dekolonizacyjne i walkę o globalną sprawiedliwość gospodarczą, próbując równoważyć reguły narzucane przez ekonomicznie najsilniejsze państwa świata. Włączała się również w walkę z apartheidem w RPA i podobne formy ucisku w innych krajach.

Palestyńskie przewodnictwo ma znaczenie głównie symboliczne. Od 2012 r. przedstawicielstwo Ramallah ma w ONZ status państwa-obserwatora, czyli niepełne członkostwo. Może brać udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego i zabierać głos, chociaż nie ma prawa głosu. Ma też wstęp do ważnych instytucji ONZ, m.in. UNESCO i Miedzynarodwego Trybunału Karnego.

Decyzja Grupy 77 jest bez wątpienia świadectwem wzrostu znaczenia Palestyny na arenie międzynarodowej. Mansour dał do zrozumienia oznacza to wzmocnienie pozycji jego kraju wobec Izraela i USA: – Oni twierdzą, że nie jesteśmy państwem – mówił w rozmowie z NYT – Teraz robimy wszystko jak normalne państwa, więc państwem jesteśmy (…) Najwyższy czas, by kraje regionu [Bliskiego Wschodu] wystąpiły otwarcie i okazały rzeczywistą pomoc narodowi Palestyny, zamiast nieustannie przemawiać z oddali.

Międzynarodowa rola Palestyny rośnie w sytuacji, gdy jej relacje dypolatyczne ze Stanami Zjednoczonymi praktycznie ustały. Stało się tak z inicjatywy Ramallah po tym, jak prezydent Donald Trump przeniósł na początku roku ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, której wschodnia arabska część jest okupowana przez Izrael od 1967 r., tak jak większość ziem palestyńskich.

Uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela przez USA zostało potepione przez społeczność międzynarodową.

Trump szczycił się wcześniej ambicjami doprowadzenia do pokoju palesteńsko-izraelskiego, jednak jego jednostronna proizraelska polityka nie sprzyja temu. USA wystąpiły z Rady Bezpieczeństwa na znak protestu wobec potępienia Izraela przez ONZ za majową masakrę Palestyńczyków w Strefie Gazy. Stany Zjednoczone od początku również sprzeciwiały się przyznaniu Palestynie statusu państwa-obserwatora w ONZ.