Księga Wyjścia (44)

Ballada o słowie dobrym, słowie złym…

„Urodziłem się w Generalnej Guberni, umrę w RP z nieustalonym jeszcze numerem, ale najpiękniejsze lata swojego życia spędziłem w PRL. Nie sadziłem, że doczekam takich czasów i wiesz co – wolałbym ich nie doczekać” – powiedział ze swoim charakterystycznym uśmiechem Andrzej, gdy przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy. Pomimo wieku ma niesamowitą kondycję i w pieszych wędrówkach zostawiłby za sobą wielu dwudziestolatków.
Andrzej jest bardzo ciekawym człowiekiem. Poznałem go na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Nie pamiętam dokładnie czy było to w ósmej klasie, czy może już w liceum. Przez wiele lat pracował w poradni wychowawczo zawodowej zajmując się trudną młodzieżą. Ponieważ i ja znalazłem się w tej szerokiej grupie, również tam trafiłem. Z wiekiem znajomość zmieniła swoje relacje i z czysto zawodowych (psycholog – pacjent) stały się koleżeńskie. I mimo różnicy wieku, utrzymywaliśmy kontakt nawet gdy już miałem własną rodzinę i poukładane życie odwiedzałem go w tej placówce, praktycznie do samej jego emerytury. Oczywiście charakter tych wizyt również uległ zmianie, ot, wpadałem wypić z nim kawę.
Podziwiałem jego opanowanie i spokój, a czasami prosiłem o radę przy wychowaniu własnych dzieci. Zawsze uśmiechnięty, zarażał innych swoim optymizmem. To właśnie on zawsze mi powtarzał, żebym nie zabijał tego co jest we mnie najcenniejsze – wrażliwości. Na początku nie bardzo wiedziałem o co mu dokładnie chodzi.
Przecież byłem zwyczajnym chłopakiem, który za wszelką cenę chciał utrzymać pion nie pokazując słabości. Być twardszym, odważniejszym i bardziej szalonym od innych. Jak to wówczas wśród młodzieży bywało. Na szczęście udało nam się nie pozabijać. Skutecznie za to pozabijałem, to co według Andrzeja było tak cenne – wrażliwość. Nauczyłem się nie okazywać słabości, skutecznie poukrywać prawie wszystkie emocje o uczuciach nie wspominając. Przestałem odróżniać dobro od zła i często przechodziłem obojętnie obok ludzkiej krzywdy. Dopiero lata rożnych terapii odgrzebały to, co tak długo w sobie dusiłem. Wspomnianą przez niego wrażliwość. Nie miałem jednak pojęcia o skutkach ubocznych gdy na dobre zrzuciłem z siebie ten pancerz…
Zaczyna się zwykle podobnie, od jednego większego problemu. Ot, niezapłacony jeden drobny rachunek. W sumie nic takiego, w najgorszym wypadku naliczą odsetki, a przy kolejnym przypływie gotówki bez problemu można będzie to wyrównać. Najlepiej byłoby szybko pozbyć się tego problemu z głowy. Wyprzeć, zapomnieć, nie dźwigać tego ciężaru. Po prostu, spokojnie zaczekać do czasu gdy przyjdzie odpowiedni moment, by zaległość uregulować.
Przecież to nie powód do rozpaczy, a tym bardziej załamania. > Jeśli jednak zaraz za nim przyjdzie cała seria innych „pierdół”, to mózg zaczyna reagować zupełnie nieadekwatnie. Drobiazgi rosną w krzywym zwierciadle wyobraźni do niebotycznych rozmiarów, a jednocześnie „złośliwa” pamięć przywraca wszystkie dawno już zapomniane problemy. Jeśli seria pechów trwa nadal, to mózg przypomina sobie już te zupełnie nieistotne – dawno załatwione. I mimo że rozwiązane, ponownie dają o sobie znać. Znowu stały się ważne, bo zanika też pewność czy zostały rozwiązane. Poza tym utwierdzają w poczuciu własnej nieudolności, już nie mamy pewności czy zostały rozwiązane, a sam fakt że w ogóle się pojawiły jest kolejnym kamykiem do plecaka z napisem „upadam”. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy pukanie do drzwi, dzwonek telefonu przyprawiają o palpitacje serca, a spadająca ze stolika łyżeczka wprawia w autentyczne przerażenie.
Efekt kuli śnieżnej. Zwykła pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów, zbierając po drodze małe, nic nieznaczące potknięcia. Czasami potrafi dołożyć swój płatek do tej kuli pogoda, pora dnia i milion innych indywidualnych „nicnieznaczeń”.
Złe słowo wypowiedziane przez kogoś bliskiego w złą porę. Można długo spekulować, bo każdy ma inną czułość i inne natręctwa. Ale sekwencja zawsze jest jednakowa. Ciągłe skalowanie napięcia. Może to wyglądać na paranoję, ale nią nie jest – chociaż odczucia podobne – to początek innego problemu. Bardzo poważnego, bo śmiertelnego – depresji. Wielokrotnie mamy tego świadomość, ale i tak jesteśmy bezbronni. Jak trudno jest się przed tym bronić wiedzą ci, którzy to przeszli. A po transformacji ustrojowej jest ich naprawdę bardzo dużo.
Oczywiście jedni są bardziej odporni, inni mniej. Ale wątpię, by byli ludzie całkowicie odporni. Bardzo długo z tego schematu korzystały firmy windykacyjne. Do perfekcji opracowały system umiejętnej manipulacji natężeniem, potrafiły doprowadzić do załamania nerwowego, depresji i w efekcie samobójczej śmierci.
Na pograniczu prawa łamały ludziom kręgosłupy, niejednokrotnie doprowadzając do ostatecznego kroku. Nie wprost oczywiście, ale jak wiele osób popadło w depresję, ilu tego nie wytrzymało? Ludzie wrażliwi są najłatwiejszym łupem. Jeśli jeszcze mogą, mają możliwość, spłacają horrendalne odsetki od długu, który już wielokrotnie spłacili, biorą kolejne chwilówki, zaciągają kolejne pożyczki u podejrzanych „dobroczyńców”, którzy pojawiają się zawsze jak spod ziemi w odpowiednim momencie. W tej sytuacji zaszczuty człowiek jest wdzięczny „wybawcy”, który w tym momencie wydaje się aniołem, przyjacielem, kimś kto wreszcie podał rękę. Miotając się w sieci realnych i wyimaginowanych problemów – powstałych w rozszalałej wyobraźni – nie zastanawiamy się nad tym co później, ważne by złapać oddech. „Cudotwórcy” oddech ten dali, by po jakimś czasie postawić żądania, lub zakręcić „butlę z tlenem”.
Tak właśnie dochodziło do niewyobrażalnej spirali zadłużenia, eksmisji, a w skrajnych przypadkach samobójstw. Nie jest ważne jak to nazwie,u i do czego porównamy, czy do kuli śnieżnej, czy kropli drążącej skalę. W pierwszym przypadku nas zmiażdży, przygniecie i zadusi, w drugim enta kropla – tak naprawdę delikatnym uderzeniem – roztrzaska nawet najtwardszą czaszkę.
Trochę faktów:
Suicydolodzy (naukowcy zajmujący się problemem samobójstw) podkreślają, że obecnie z własnej ręki ginie więcej osób niż w wypadkach samochodowych. Zdaniem specjalistów, liczba ta jest jednak znacznie wyższa niż wynika z policyjnych statystyk. Obowiązek opisywania wprowadzono w szpitalnych kartach chorobowych pacjenta dopiero w 2018 roku.
Poza tym nie znamy liczby samobójstw ukrytych. Czyli takich, w których ktoś pozoruje wypadek. Choćby dlatego, by nie piętnować rodziny. To wciąż szara strefa tej makabrycznej „autoeutanazji”.
Opierając się tylko na samych oficjalnych danych policji, które są dosyć mgliste i nawet o trzydzieści procent rozbieżne z danymi GUS. W latach 2000 – 2013 blisko sześćdziesiąt pięć tysięcy osób odebrało sobie życie. Największa fala była pomiędzy 2007, a 2016 rokiem. W ostatnich latach średnia ta zaczęła wyraźnie spadać. W 2017 według tych nieprecyzyjnych szacunków było o osiemset samobójstw mniej niż w roku 2013 i 2014. Według tego samego źródła w 2018 roku było połowę mniej zamachów na własne życie niż jeszcze rok wcześniej.
Mimo, że wiarygodność jest dyskusyjna i nieprecyzyjna, to jednak stanowi jakiś punkt odniesienia. Może dlatego, że pojawił się spod ziemi taki „przyjaciel” i rozwiązał większość problemów. W cudowny sposób znacznej części z nas zabrał ten potwornie ciężki plecak wypchany kamieniami?
Obawiam się jednak, że ów „przyjaciel” zażąda sowitej zapłaty. Na przykład pełnego posłuszeństwa. Tak, mam na myśli PiS, które ukręciło łeb większości firm windykacyjnych, choćby skróceniem i jasnym określeniem przedawnienia długu. Pomijam aferę GetBecku i ich niejasnych powiązań z obecną władzą. Faktem jest, że w kluczowym momencie, gdy firma wpadła w kłopoty, władza im tej ręki nie podała. Pomijam spekulacje prasowe o spotkaniu Kornela Morawieckiego z kierownictwem „funduszu” – cudzysłów zamierzony. Piszę z punktu widzenia zwykłego człowieka, który wpadł w tarapaty.
Skupmy się jednak na faktach. Od kiedy rządzi PiS, ludzie znajdują mniej „dziwnych” listów w swoich skrzynkach pocztowych, odbierają mniej dziwnych telefonów o rozmaitych portach dnia i nocy. Niektórym w ogóle ucichły, a najbardziej bezlitośni komornicy – ściągający dług sprzed trzydziestu lat -przysłali wreszcie pisma, że odstępują od egzekucji.
Nie mam złudzeń, to może nas wiele kosztować. Bardzo wiele. Ale jeśli opozycja naprawdę chce wygrać wybory, to zamiast szydzić z „beneficjentów pięćset plus”, czy kpić ze społeczeństwa, że dało się skorumpować, powinna zrewidować swoją narracje i zastanowić nad innymi argumentami. Bo w ten sposób nigdy nie przekonają do siebie odpowiedniej liczby wyborców.
Wracając do wniosków naukowców, przydałby się bardzo specjalistyczny program profilaktyki, który w innych krajach znacznie obniżył tę okrutną liczbę „śmierci z przerażenia i niemocy”.
„Słowo leczy, słowo zabija. Wszystko zależy jak je wykorzystamy” powiedział kiedyś szef Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, profesor Brunon Hołyst.
Pamiętam, że Andrzej zawsze dysponował całą paletą „dobrych słów”, niemalże na każdą okazję, posługiwał się nimi po mistrzowsku.
Drodzy czytelnicy, przyszedł czas, w którym muszę zająć się wydaniem kolejnej książki. Chciałem wziąć dwa miesiące urlopu, ale rozmawiając z sekretarzem redakcji umówiliśmy się, że co jakiś czas będę jednak pisał felietony. Po prostu przez dwa miesiące nie będą wychodzić regularnie, co nie oznacza, że tak pozostanie. Po dwóch miesiącach wrócimy do stałego, cotygodniowego cyklu.
Do przeczytania następnym razem.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Ciągle zabierają

Kiedy potomkowie byłych właścicieli przejęli kamienicę podnieśli czynsz, ale nie drastycznie. Wkrótce jednak sprzedali budynek prywatnej spółce. I zaczęło się. Zalewanie, podpalanie, nękanie, podwyżki. Aż wreszcie weszli do mieszkania państwa S. i wymienili zamki. Bez komornika, bez wyroku. Po prostu postanowili pozbyć się lokatorów. Tu jednak prokuratura dopatrzyła się znamion przestępstwa. Odbył się proces karny i czyścicieli skazano. Sprzedali więc nieruchomość komuś innemu. A ten nowy właściciel już zgodnie z prawem będzie eksmitował starsze małżeństwo, które przyszło do nas po pomoc. Opowieść lokatorów brzmi jak sensacyjny film. Umówiłem ich więc do telewizji, może redaktor Jaworowicz zrobi o nich program.
Tylko czy to coś da? Bohaterowie „Sprawy dla reportera” przychodzą do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, bo sam program nie zawsze „działa cuda”. Można nazwać przekręt, podłość, nadużycie władzy, ale to jeszcze nie znaczy, że sprawiedliwości stanie się zadość. W całym kraju mamy epidemię podejmowanych przez samorząd zmian map geodezyjnych, na których ludzie, właściciele posesji tracą pokaźne części należących do nich działek. Pal sześć kiedy chodzi, jak w przypadku pana Stefana o sto metrów kwadratowych pasa ziemi przy drodze. Gorzej kiedy jak to ma miejsce u pani O. okazuje się, że jej dom nagle stoi na działce sąsiada. Te czary wynikające z nowych pomiarów zgłaszają ludzie z całej Polski. Pan Stefan zgłosił do urzędu chęć postawienia nowego, solidniejszego ogrodzenia. Odpisano mu, że dotychczasowe ogrodzenie stoi na drodze publicznej, ziemi, która do niego nie należy. Te twierdzenia władzy są jednak sprzeczne z tym co widnieje w księgach wieczystych. Tam pan Stefan i pani O. mają to co przed pomiarami. A działka, na której stoją budynki pani O. wciąż do niej należy. (…)
Ludzie boją się tych nowych manipulacji władzy lokalnej przy planach i wyrysach nieruchomości. Bo jeśli dziś ktoś zabierze grunt sąsiadowi, to jutro przyjdzie kolej na mnie. Stąd coraz większa solidarność i chęć pomocy sąsiadom przed bezprawnymi zamachami władzy na własność obywateli.

W imię zasad

Dzień jak co dzień w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Nagonka na lokatorów trwa w najlepsze.

Kobieta nie mówi. Ona krzyczy. Naczelnik Wydziału Zasobów Lokalowych obiecał jej, że kiedy spłaci całe zadłużenie, 20 0000 zł, on w zamian umorzy odsetki i przywróci jej umowę najmu. Ale zrobił odwrotnie. Nie tylko nie umorzył, ale rozmnożył dług naliczając odsetki, a potem jeszcze odsetki od odsetek. Wyhodował dług, który znowu wynosi 20 000 zł. Tak miasto st. Warszawa potraktowało kobietę, której ukochana córka odebrała sobie życie. Kobieta jest w depresji od 2008 r., ale mimo to walczy, płaci, chodzi i prosi, żeby jej, synowej i niespełna rocznego wnuka nie eksmitowano. Kiedy straciła pracę, kilka lat temu płaciła już tylko czynsz, ale dodatkowych 500 zł. Tytułem spłaty zadłużenia nie była już w stanie. Sąsiedzi, znajomi mówili: ty tego nigdy nie spłacisz, bo ten dług jest jak kula śniegowa. A jednak regularnie płaciła czynsz, wierząc, że w końcu się uda mieszkanie obronić. Aż nadszedł dzień sądu. Miasto przedstawiło nierzetelne rachunki, ale lokatorka odnalazła dokumenty księgowe, które przemawiają na jej korzyść. Tuż przed rozprawą urzędnik powiedział jej, że nie ma szans w sądzie dla Warszawy Woli, bo to jest sąd, który orzeka zwykle na korzyść dzielnicy.
Oczy ma zapuchnięte od ciągłego płaczu. W jej głosie jest gniew i rozpacz. Synowa krąży po pięknie utrzymanym, zadbanym mieszkaniu z dzieckiem na rękach. Musimy napisać apelację i wygrać w sądzie z okrutnymi urzędnikami. W imię zasad. Te dwie kobiety, starsza zapłakana i młodsza smutna i to dziecko nie zasługują na wyrzucenie do jakiejś zatęchłej nory, gdzie trzeba walczyć z grzybem i nie da się pomieścić rzeczy, bo jest dokładnie po 6 metrów kwadratowych na osobę. Kiedy przychodzi nieszczęście, a po nim chroniczna depresja, samorząd, miasto powinny pomóc, a nie walczyć z ludźmi, nie dobijać, tych których życie tak ciężko doświadcza.
W Kancelarii w każdy czwartek kłębi się tłum. Ludzie mają na twarzach wypisane poczucie krzywdy, gniew na bezdusznych urzędników, podłych a często nieuczciwych sędziów, na system, który niszczy i poniża słabszych premiując cwaniactwo i niegodziwość. Nasz lokal to 27 metrów kwadratowych sutereny. Właśnie się dowiedziałem, że aby przedłużyć najem tego pomieszczenia musimy za 6 lat wstecz zapłacić podatek od nieruchomości. Za nasze serce i wyręczanie samorządu w rozwiązywaniu ludzkich problemów jesteśmy karani coraz to nowymi opłatami. Zdarza się, że ludzie przychodzą do Kancelarii a tam jest wyłączony prąd, Internet. Ogrzewanie jest na prąd i kosztuje krocie. Ale mimo to siadamy w zimnym lokalu i wysłuchujemy o ludzkich krzywdach i problemach mimo, że para leci z ust, a ręce grabieją. I jakoś się udaje utrzymać lokal i dalej pomagać. Bo jeśli nie my, to kto?