Ballada o zwykłej perfidii

„Przez jakiś czas nie będzie ze mną kontaktu, pogorszyło mi się ze zdrowiem i muszę położyć się do szpitala. Trzymam kciuki żeby wszystko się panu szczęśliwie ułożyło” – tak mniej więcej brzmiała ostatnia wiadomość, jaką dostałem od Anny Kryńskiej. Byłem wtedy jeszcze w Anglii, gdzie z miotłą i szmatą sprzątałem hale.

Wiedziałem, że jej stan zdrowia jest coraz gorszy, nigdy tego nie ukrywała, mimo to czasami znalazła czas by napisać do mnie kilka ciepłych słów. Nasz kontakt był bardzo sporadyczny, więc nawet nie wiem ile czasu minęło od tej ostatniej wiadomości do momentu, gdy jej córka napisała na FB, że Anna Kryńska zmarła.

Zrobiło mi się przykro, tak zwyczajnie, po ludzku smutno. Nie znałem jeszcze okoliczności tej śmierci, bo wtedy doszłaby rownież wściekłość. Ale po kolei.

Całą tą skandaliczną historię szczegółowo opisał Portal Onet.pl
„To nie było tak, >że weszła do mieszkania i z rozpaczy pękło jej serce<. Ona nam zmarła tuż przed kamerą. Chcieliśmy, żeby były emocje i żeby były łzy. No i przegięliśmy” – opisuje portal relacje świadków.

Reprywatyzacja miała być głównym tematem kampanii wyborczej Patryka Jakiego w wyścigu na urząd prezydenta stolicy. Temat jest mi o tyle bliski, że trochę ponad rok przed tą tragedią, byłem sekretarzem redakcji produkującej wspomniany już cykl programów dokumentalnych pod wspólną nazwą „Eksmisja”, realizowanych dla TVP Info. Były to reportaże pokazujące ogrom oszustw i tragedii związanych z trwająca w Polsce dziką reprywatyzacją. Przy pomocy znajomych i kontaktów z kręgów lokatorskich i organizacji lewicowych wyszukiwaliśmy najbardziej poszkodowane osoby i te najbardziej skandaliczne przejęcia kamienic. Pierwszym adresem była Poznańska 14. Trudno opisać radość i emocje jakie towarzyszyły mieszkańcom, gdy przy Ministerstwie Sprawiedliwości, szumnie i z przytupem została powołana specjalna komisja, która miała zablokować ten przestępczy proceder i zmusić miasto do naprawienia powstałych szkód, a tam gdzie było to możliwe do przywrócenia wyrzuconym mieszkańcom ich niedawnych lokali. Mieszkań, z których usuwano ich na wszelkie możliwe sposoby. Niekiedy nawet siłą, zastraszaniem, prowadzeniem głośnych remontów, odcinaniem prądu, ogrzewania, czy nawet wyciąganiem okien w zimie. Robiono wszystko, by się tych ludzi pozbyć. Komisja wydawała się wtedy wybawieniem. Przy okazji zbadano cały mechanizm przejmowania budynków wraz z lokatorami, przez prawdziwych lub fikcyjnych spadkobierców, dziwnych kuratorów posługujących się dziwnymi upoważnieniami, handlu roszczeniami i działalności wyspecjalizowanych firm aż po brutalnych czyścicieli. Pojawiła się wreszcie nadzieja. Szansa, że ich gehenna dobiegnie końca. Nie wiedzieli jeszcze, że w polityce nie ma nic za darmo i jaką cenę przyjdzie zapłacić. To był pakt z diabłem. Politycy posuną się do każdego podstępu, by osiągnąć swój cel, w tym wypadku stawka była wysoka, a cel długodystansowy – fotel prezydenta stolicy.

Pani Anna jest dla mnie ikoną, symbolem tej kamienicy – pamiętam jak odpowiadał na moje pytanie jeden z jej sąsiadów, gdy robiłem z nim wywiad do wspomnianego programu na podwórku tej kamienicy. Anna Kryńska, mimo, że już została wyrzucona, po czterdziestu pięciu latach zamieszkiwania, wciąż starała się pomóc innym. Dodawała otuchy, zagrzewała do walki. Była w stałym kontakcie z tymi, którzy mimo podwyżek, dziwnych pożarów w piwnicy czy na klatkach schodowych jeszcze uparcie tam trwali. Jeszcze się nie poddawali. Trwali z nadzieją, że w końcu ktoś powstrzyma to szaleństwo, postawi temu kres. W ciągu czterech lat od decyzji miasta o przekazaniu budynku w prywatne ręce i usankcjonowaniu tej decyzji wyrokiem śródmiejskiego sądu rejonowego, niektóre czynsze wzrosły nawet o siedemset procent. Dla przeciętnego człowieka była to kwota nie do udźwignięcia. Wiele osób się poddało, wielu z nich zmarło. Nawet podczas robienia tego materiału, gdy kręciliśmy się po podwórku i kamienicy, trafiliśmy na mężczyznę, który wracał z pogrzebu swojej żony. Jak twierdzi, z tego wszystkiego serce jej nie wytrzymało.
Dlaczego Anna Kryńska zmarła, czy musiało do tego dojść? Była to cena, jaką zapłaciła za pewną znajomość. Może za to, że komisja weryfikacyjna wydała korzystną dla niej decyzję? A może poczuwała się do tego, że za wszystko trzeba zapłacić, Jakoś odwdzięczyć. Jeśli tak, to skąd takie poczucie? Komisja podjęła decyzję i unieważniła przejęcie kamienicy. No właśnie, decyzję – bo mimo zapewnień prowadzącej program, nigdy już nie zamieszkała w swoim dawnym mieszkaniu.

Wtedy wydawało mi się, że robię coś dobrego. Że nagłaśniamy sprawę bandyckiej reprywatyzacji, czyścicieli kamienic i tym samym pomagamy przywrócić tym ludziom spokój, a tym, których już wyrzucono, wrócić. Teraz już nie wiem, czy naprawdę chodziło o sprawiedliwość, czy potraktowano tych ludzi jedynie przedmiotowo, mieli być początkiem tej kampanii wyborczej ówczesnego wiceministra sprawiedliwości na fotel prezydenta miasta? Mam już ogromne wątpliwości co do intencji i skuteczności podjętych przez komisję działań. Fakt, kilku ludzi aresztowano, ale nie wiem nic, by ktoś z wyrzuconych mieszkańców wrócił. Być może byli tacy, być może komuś się to udało, ale z pewnością nie było wśród nich tej, która zapłaciła najwyższą cenę , czyli Anny Kryńskiej.
Zapowiadając w ubiegłym tygodniu ten felieton, chciałem szczegółowo opisać sytuację, która wyciekła do mediów kilkanaście dni temu. Portal Onet.pl szczegółowo opublikował kulisy tej tragedii. Dokładnie opisano, w jaki sposób doszło do śmierci Anny Kryńskiej, lokatorki, która zmarła podczas kręcenia spotu wyborczego, ówczesnego kandydata na prezydenta Warszawy Patryka Jakiego. Chciała się odwdzięczyć? Wiedziała, że za wszystko trzeba zapłacić? Właśnie ze względu na ilość poszkodowanych, metody ich wyrzucania zdecydowaliśmy, że to ta kamienica przy Poznańskiej 14 i historia pani Anny, będzie naszym pierwszym i głównym tematem, który w efekcie miał obnażyć cały proceder. Zrobiliśmy tam dwa odcinki.

Następnie kolejno przychodziliśmy realizować programy w innych przejętych na dziko budynkach. Ponieważ problem mieszkańców, skala nadużyć, liczba poszkodowanych i metody jakimi ich zastraszano były tak nieprawdopodobne, a sam proces przejęcia tak skomplikowany, że postanowiliśmy zrobić ten program w dwóch częściach. Ponieważ, jak już wspomniałem na początku, byłem tam wówczas sekretarzem redakcji, doskonale pamiętam, jak trudno było nakłonić córkę pani Anny, by zgodziła się żeby jej mama wzięła udział w nagraniu tego programu. Kobieta już wtedy miała poważne problemy ze zdrowiem. Tak bardzo jednak wierzyliśmy, że chodzi o sprawiedliwość, walkę z czyścicielami kamienic i dziką reprywatyzacją. Byliśmy o tym tak mocno przekonani, że chyba ta nasza wiara i zaangażowanie skłoniła ją do zgody.

Z tego co pamiętam, to do jej dawnego mieszkania nawet z nią nie wchodziliśmy. Gdy komisja miała ogłosić decyzję, zabraliśmy się w mieszkaniu jednego z lokatorów kamienicy, dawnego sąsiada pani Anny. Oglądaliśmy w napięciu. Gdy minister ogłosił werdykt, zapanowała radość, sąsiedzi rzucili się sobie w objęcia, Anna Kryńska zaczęła skandować w emocjach: „chcę wrócić, chcę wrócić”, na co prowadząca program odpowiedziała: „przecież właśnie powiedzieli, że wrócisz”. W perfidny sposób wykorzystano zdobytą przez dziennikarzy wiedzę oraz ich kontakty zebrane podczas realizacji kolejnych odcinków, do politycznych interesów politycznych, czyli kampanii wyborczej.

Według ustaleń Onetu, to prowadząca program, moja dawna koleżanka, a później przełożona, wykorzystała te wszystkie informacje i sama miała prowadzić fragmenty spotów wyborczych. Spotów, w których głównym tematem była reprywatyzacja. Nie wymienię twojego nazwiska, ale czy nie wystarczyło ci to, co już mieliśmy nagrane? Co za różnica, jakiego rodzaju szubrawstwa etycznego się dopuścisz, czy wykorzystasz wiedzę dziennikarską, czy gotowy program? Przecież były tam i łzy i emocje. Chcieliście więcej? Czy naprawdę jak twierdzi Onet, kobieta „miała srać łzami”. Jak się z tym czujesz?

Zadam jeszcze jedno pytanie, na które raczej nikt mi nie odpowie, co się stało z nagraniem momentu śmierci? Portal twierdzi, że zostało wykasowane. Jeśli tak, to dlaczego? Bo tłumaczenie, że z szacunku dla zmarłej i jej bliskich jakoś mnie nie przekonuje. Może na nagraniu zarejestrowano, jak ktoś zbyt mocno podkręca te emocje? Tak było?

Księga Wyjścia (44)

Ballada o słowie dobrym, słowie złym…

„Urodziłem się w Generalnej Guberni, umrę w RP z nieustalonym jeszcze numerem, ale najpiękniejsze lata swojego życia spędziłem w PRL. Nie sadziłem, że doczekam takich czasów i wiesz co – wolałbym ich nie doczekać” – powiedział ze swoim charakterystycznym uśmiechem Andrzej, gdy przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy. Pomimo wieku ma niesamowitą kondycję i w pieszych wędrówkach zostawiłby za sobą wielu dwudziestolatków.
Andrzej jest bardzo ciekawym człowiekiem. Poznałem go na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Nie pamiętam dokładnie czy było to w ósmej klasie, czy może już w liceum. Przez wiele lat pracował w poradni wychowawczo zawodowej zajmując się trudną młodzieżą. Ponieważ i ja znalazłem się w tej szerokiej grupie, również tam trafiłem. Z wiekiem znajomość zmieniła swoje relacje i z czysto zawodowych (psycholog – pacjent) stały się koleżeńskie. I mimo różnicy wieku, utrzymywaliśmy kontakt nawet gdy już miałem własną rodzinę i poukładane życie odwiedzałem go w tej placówce, praktycznie do samej jego emerytury. Oczywiście charakter tych wizyt również uległ zmianie, ot, wpadałem wypić z nim kawę.
Podziwiałem jego opanowanie i spokój, a czasami prosiłem o radę przy wychowaniu własnych dzieci. Zawsze uśmiechnięty, zarażał innych swoim optymizmem. To właśnie on zawsze mi powtarzał, żebym nie zabijał tego co jest we mnie najcenniejsze – wrażliwości. Na początku nie bardzo wiedziałem o co mu dokładnie chodzi.
Przecież byłem zwyczajnym chłopakiem, który za wszelką cenę chciał utrzymać pion nie pokazując słabości. Być twardszym, odważniejszym i bardziej szalonym od innych. Jak to wówczas wśród młodzieży bywało. Na szczęście udało nam się nie pozabijać. Skutecznie za to pozabijałem, to co według Andrzeja było tak cenne – wrażliwość. Nauczyłem się nie okazywać słabości, skutecznie poukrywać prawie wszystkie emocje o uczuciach nie wspominając. Przestałem odróżniać dobro od zła i często przechodziłem obojętnie obok ludzkiej krzywdy. Dopiero lata rożnych terapii odgrzebały to, co tak długo w sobie dusiłem. Wspomnianą przez niego wrażliwość. Nie miałem jednak pojęcia o skutkach ubocznych gdy na dobre zrzuciłem z siebie ten pancerz…
Zaczyna się zwykle podobnie, od jednego większego problemu. Ot, niezapłacony jeden drobny rachunek. W sumie nic takiego, w najgorszym wypadku naliczą odsetki, a przy kolejnym przypływie gotówki bez problemu można będzie to wyrównać. Najlepiej byłoby szybko pozbyć się tego problemu z głowy. Wyprzeć, zapomnieć, nie dźwigać tego ciężaru. Po prostu, spokojnie zaczekać do czasu gdy przyjdzie odpowiedni moment, by zaległość uregulować.
Przecież to nie powód do rozpaczy, a tym bardziej załamania. > Jeśli jednak zaraz za nim przyjdzie cała seria innych „pierdół”, to mózg zaczyna reagować zupełnie nieadekwatnie. Drobiazgi rosną w krzywym zwierciadle wyobraźni do niebotycznych rozmiarów, a jednocześnie „złośliwa” pamięć przywraca wszystkie dawno już zapomniane problemy. Jeśli seria pechów trwa nadal, to mózg przypomina sobie już te zupełnie nieistotne – dawno załatwione. I mimo że rozwiązane, ponownie dają o sobie znać. Znowu stały się ważne, bo zanika też pewność czy zostały rozwiązane. Poza tym utwierdzają w poczuciu własnej nieudolności, już nie mamy pewności czy zostały rozwiązane, a sam fakt że w ogóle się pojawiły jest kolejnym kamykiem do plecaka z napisem „upadam”. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy pukanie do drzwi, dzwonek telefonu przyprawiają o palpitacje serca, a spadająca ze stolika łyżeczka wprawia w autentyczne przerażenie.
Efekt kuli śnieżnej. Zwykła pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów, zbierając po drodze małe, nic nieznaczące potknięcia. Czasami potrafi dołożyć swój płatek do tej kuli pogoda, pora dnia i milion innych indywidualnych „nicnieznaczeń”.
Złe słowo wypowiedziane przez kogoś bliskiego w złą porę. Można długo spekulować, bo każdy ma inną czułość i inne natręctwa. Ale sekwencja zawsze jest jednakowa. Ciągłe skalowanie napięcia. Może to wyglądać na paranoję, ale nią nie jest – chociaż odczucia podobne – to początek innego problemu. Bardzo poważnego, bo śmiertelnego – depresji. Wielokrotnie mamy tego świadomość, ale i tak jesteśmy bezbronni. Jak trudno jest się przed tym bronić wiedzą ci, którzy to przeszli. A po transformacji ustrojowej jest ich naprawdę bardzo dużo.
Oczywiście jedni są bardziej odporni, inni mniej. Ale wątpię, by byli ludzie całkowicie odporni. Bardzo długo z tego schematu korzystały firmy windykacyjne. Do perfekcji opracowały system umiejętnej manipulacji natężeniem, potrafiły doprowadzić do załamania nerwowego, depresji i w efekcie samobójczej śmierci.
Na pograniczu prawa łamały ludziom kręgosłupy, niejednokrotnie doprowadzając do ostatecznego kroku. Nie wprost oczywiście, ale jak wiele osób popadło w depresję, ilu tego nie wytrzymało? Ludzie wrażliwi są najłatwiejszym łupem. Jeśli jeszcze mogą, mają możliwość, spłacają horrendalne odsetki od długu, który już wielokrotnie spłacili, biorą kolejne chwilówki, zaciągają kolejne pożyczki u podejrzanych „dobroczyńców”, którzy pojawiają się zawsze jak spod ziemi w odpowiednim momencie. W tej sytuacji zaszczuty człowiek jest wdzięczny „wybawcy”, który w tym momencie wydaje się aniołem, przyjacielem, kimś kto wreszcie podał rękę. Miotając się w sieci realnych i wyimaginowanych problemów – powstałych w rozszalałej wyobraźni – nie zastanawiamy się nad tym co później, ważne by złapać oddech. „Cudotwórcy” oddech ten dali, by po jakimś czasie postawić żądania, lub zakręcić „butlę z tlenem”.
Tak właśnie dochodziło do niewyobrażalnej spirali zadłużenia, eksmisji, a w skrajnych przypadkach samobójstw. Nie jest ważne jak to nazwie,u i do czego porównamy, czy do kuli śnieżnej, czy kropli drążącej skalę. W pierwszym przypadku nas zmiażdży, przygniecie i zadusi, w drugim enta kropla – tak naprawdę delikatnym uderzeniem – roztrzaska nawet najtwardszą czaszkę.
Trochę faktów:
Suicydolodzy (naukowcy zajmujący się problemem samobójstw) podkreślają, że obecnie z własnej ręki ginie więcej osób niż w wypadkach samochodowych. Zdaniem specjalistów, liczba ta jest jednak znacznie wyższa niż wynika z policyjnych statystyk. Obowiązek opisywania wprowadzono w szpitalnych kartach chorobowych pacjenta dopiero w 2018 roku.
Poza tym nie znamy liczby samobójstw ukrytych. Czyli takich, w których ktoś pozoruje wypadek. Choćby dlatego, by nie piętnować rodziny. To wciąż szara strefa tej makabrycznej „autoeutanazji”.
Opierając się tylko na samych oficjalnych danych policji, które są dosyć mgliste i nawet o trzydzieści procent rozbieżne z danymi GUS. W latach 2000 – 2013 blisko sześćdziesiąt pięć tysięcy osób odebrało sobie życie. Największa fala była pomiędzy 2007, a 2016 rokiem. W ostatnich latach średnia ta zaczęła wyraźnie spadać. W 2017 według tych nieprecyzyjnych szacunków było o osiemset samobójstw mniej niż w roku 2013 i 2014. Według tego samego źródła w 2018 roku było połowę mniej zamachów na własne życie niż jeszcze rok wcześniej.
Mimo, że wiarygodność jest dyskusyjna i nieprecyzyjna, to jednak stanowi jakiś punkt odniesienia. Może dlatego, że pojawił się spod ziemi taki „przyjaciel” i rozwiązał większość problemów. W cudowny sposób znacznej części z nas zabrał ten potwornie ciężki plecak wypchany kamieniami?
Obawiam się jednak, że ów „przyjaciel” zażąda sowitej zapłaty. Na przykład pełnego posłuszeństwa. Tak, mam na myśli PiS, które ukręciło łeb większości firm windykacyjnych, choćby skróceniem i jasnym określeniem przedawnienia długu. Pomijam aferę GetBecku i ich niejasnych powiązań z obecną władzą. Faktem jest, że w kluczowym momencie, gdy firma wpadła w kłopoty, władza im tej ręki nie podała. Pomijam spekulacje prasowe o spotkaniu Kornela Morawieckiego z kierownictwem „funduszu” – cudzysłów zamierzony. Piszę z punktu widzenia zwykłego człowieka, który wpadł w tarapaty.
Skupmy się jednak na faktach. Od kiedy rządzi PiS, ludzie znajdują mniej „dziwnych” listów w swoich skrzynkach pocztowych, odbierają mniej dziwnych telefonów o rozmaitych portach dnia i nocy. Niektórym w ogóle ucichły, a najbardziej bezlitośni komornicy – ściągający dług sprzed trzydziestu lat -przysłali wreszcie pisma, że odstępują od egzekucji.
Nie mam złudzeń, to może nas wiele kosztować. Bardzo wiele. Ale jeśli opozycja naprawdę chce wygrać wybory, to zamiast szydzić z „beneficjentów pięćset plus”, czy kpić ze społeczeństwa, że dało się skorumpować, powinna zrewidować swoją narracje i zastanowić nad innymi argumentami. Bo w ten sposób nigdy nie przekonają do siebie odpowiedniej liczby wyborców.
Wracając do wniosków naukowców, przydałby się bardzo specjalistyczny program profilaktyki, który w innych krajach znacznie obniżył tę okrutną liczbę „śmierci z przerażenia i niemocy”.
„Słowo leczy, słowo zabija. Wszystko zależy jak je wykorzystamy” powiedział kiedyś szef Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, profesor Brunon Hołyst.
Pamiętam, że Andrzej zawsze dysponował całą paletą „dobrych słów”, niemalże na każdą okazję, posługiwał się nimi po mistrzowsku.
Drodzy czytelnicy, przyszedł czas, w którym muszę zająć się wydaniem kolejnej książki. Chciałem wziąć dwa miesiące urlopu, ale rozmawiając z sekretarzem redakcji umówiliśmy się, że co jakiś czas będę jednak pisał felietony. Po prostu przez dwa miesiące nie będą wychodzić regularnie, co nie oznacza, że tak pozostanie. Po dwóch miesiącach wrócimy do stałego, cotygodniowego cyklu.
Do przeczytania następnym razem.

Walczyć z bezdomnością, nie z bezdomnymi!

Pan z Krakowa wyszedł z więzienia, gdzie spędził 40 miesięcy za prowadzenie samochodu bez uprawnień. W tym czasie odebrano mu mieszkanie. Wyszedł z mamra wprost na krakowską ulicę i zwrócił się do miejscowego ratusza, w którym niezmiennie króluje pan prezydent Jacek Majchrowski, o pomoc w zdobyciu jakiegoś kawałka podłogi. W urzędzie mu powiedziano, ze jeżeli ktoś użyczył mu kąta do spania to powinien o tym napisać w podaniu. Powiedziano mu też, że skoro jest bezdomny powinien zamieszkać w którymś z krakowskich przytułków. Jednak w warunkach zwolnienia jest zastrzeżenie, że nie powinien przebywać w miejscach gdzie można spotkać recydywistów. Uznał więc, że lepsze jest przygarnięcie przez dobrą duszę niż spanie na jednej sali z kilku dziesiątkami osób, z których niejedna mogła mieć zatargi z prawem.
Po licznych naradach odmówiono mu jednak zgody na wpisanie do kolejki osób czekających na mieszkanie socjalne, bo przecież ktoś już użyczył mu kąta do spania, co oznacza, ze nie jest bezdomny i pomocy mieszkaniowej miasta już nie potrzebuje. Tak oto idąc za radą urzędników krakowskiego magistratu i słuchając się zaleceń sądu penitencjarnego pozostanie bezdomny i dlatego zwrócił się do nas prośbą o pomoc. Każde miasto posiada swój zestaw tricków pozwalających nie wpisywać potrzebujących, bezdomnych, tułających się ludzi do kolejki mieszkaniowej.
Tak robią przynajmniej miasta, które chcą mieć ładne statystyki. Mało ludzi w kolejce, znaczy dużego problemu mieszkaniowego nie ma. Za to w Zabrzu urząd nie przejmuje się długością kolejki, która wynosi powyżej 20 000 osób, a czas oczekiwania na mieszkanie komunalne lub socjalne sięga 20 lat.
W Warszawie odmawiają wpisania do kolejki gdy wymierzą, że pokój, w którym pozwolono bezdomnemu spać ma więcej niż 6 metrów kwadratowych na osobę. Różne są sposoby, żeby bezdomnemu nie pomóc. Do przytułków nie przyjmuje się ludzi bez dochodu, a tym, którzy mają jakieś socjalne świadczenie zwykle zabiera się większość dochodu. Człowiek bez pieniędzy skazany na darmową pracę na rzecz ośrodka, z którego już raczej wyjdzie pozostaje do śmierci bezdomny.
Dlatego powołaliśmy do życia Fundacje Sprawiedliwości Społecznej. Jej celem jest stworzenie nowoczesnego ośrodka wychodzenia z bezdomności. I to wychodzenia ekspresowego. Z pełnym dostępem do pomocy psychiatry, psychologa i prawnika. Bez krepowania prywatności i wolności osobistej. Chcemy udowodnić, że szanując wolność i podmiotowość łatwiej pomóc w wyjściu z sytuacji chwilowego braku dachu nad głową.

Ciągle zabierają

Kiedy potomkowie byłych właścicieli przejęli kamienicę podnieśli czynsz, ale nie drastycznie. Wkrótce jednak sprzedali budynek prywatnej spółce. I zaczęło się. Zalewanie, podpalanie, nękanie, podwyżki. Aż wreszcie weszli do mieszkania państwa S. i wymienili zamki. Bez komornika, bez wyroku. Po prostu postanowili pozbyć się lokatorów. Tu jednak prokuratura dopatrzyła się znamion przestępstwa. Odbył się proces karny i czyścicieli skazano. Sprzedali więc nieruchomość komuś innemu. A ten nowy właściciel już zgodnie z prawem będzie eksmitował starsze małżeństwo, które przyszło do nas po pomoc. Opowieść lokatorów brzmi jak sensacyjny film. Umówiłem ich więc do telewizji, może redaktor Jaworowicz zrobi o nich program.
Tylko czy to coś da? Bohaterowie „Sprawy dla reportera” przychodzą do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, bo sam program nie zawsze „działa cuda”. Można nazwać przekręt, podłość, nadużycie władzy, ale to jeszcze nie znaczy, że sprawiedliwości stanie się zadość. W całym kraju mamy epidemię podejmowanych przez samorząd zmian map geodezyjnych, na których ludzie, właściciele posesji tracą pokaźne części należących do nich działek. Pal sześć kiedy chodzi, jak w przypadku pana Stefana o sto metrów kwadratowych pasa ziemi przy drodze. Gorzej kiedy jak to ma miejsce u pani O. okazuje się, że jej dom nagle stoi na działce sąsiada. Te czary wynikające z nowych pomiarów zgłaszają ludzie z całej Polski. Pan Stefan zgłosił do urzędu chęć postawienia nowego, solidniejszego ogrodzenia. Odpisano mu, że dotychczasowe ogrodzenie stoi na drodze publicznej, ziemi, która do niego nie należy. Te twierdzenia władzy są jednak sprzeczne z tym co widnieje w księgach wieczystych. Tam pan Stefan i pani O. mają to co przed pomiarami. A działka, na której stoją budynki pani O. wciąż do niej należy. (…)
Ludzie boją się tych nowych manipulacji władzy lokalnej przy planach i wyrysach nieruchomości. Bo jeśli dziś ktoś zabierze grunt sąsiadowi, to jutro przyjdzie kolej na mnie. Stąd coraz większa solidarność i chęć pomocy sąsiadom przed bezprawnymi zamachami władzy na własność obywateli.

W imię zasad

Dzień jak co dzień w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Nagonka na lokatorów trwa w najlepsze.

Kobieta nie mówi. Ona krzyczy. Naczelnik Wydziału Zasobów Lokalowych obiecał jej, że kiedy spłaci całe zadłużenie, 20 0000 zł, on w zamian umorzy odsetki i przywróci jej umowę najmu. Ale zrobił odwrotnie. Nie tylko nie umorzył, ale rozmnożył dług naliczając odsetki, a potem jeszcze odsetki od odsetek. Wyhodował dług, który znowu wynosi 20 000 zł. Tak miasto st. Warszawa potraktowało kobietę, której ukochana córka odebrała sobie życie. Kobieta jest w depresji od 2008 r., ale mimo to walczy, płaci, chodzi i prosi, żeby jej, synowej i niespełna rocznego wnuka nie eksmitowano. Kiedy straciła pracę, kilka lat temu płaciła już tylko czynsz, ale dodatkowych 500 zł. Tytułem spłaty zadłużenia nie była już w stanie. Sąsiedzi, znajomi mówili: ty tego nigdy nie spłacisz, bo ten dług jest jak kula śniegowa. A jednak regularnie płaciła czynsz, wierząc, że w końcu się uda mieszkanie obronić. Aż nadszedł dzień sądu. Miasto przedstawiło nierzetelne rachunki, ale lokatorka odnalazła dokumenty księgowe, które przemawiają na jej korzyść. Tuż przed rozprawą urzędnik powiedział jej, że nie ma szans w sądzie dla Warszawy Woli, bo to jest sąd, który orzeka zwykle na korzyść dzielnicy.
Oczy ma zapuchnięte od ciągłego płaczu. W jej głosie jest gniew i rozpacz. Synowa krąży po pięknie utrzymanym, zadbanym mieszkaniu z dzieckiem na rękach. Musimy napisać apelację i wygrać w sądzie z okrutnymi urzędnikami. W imię zasad. Te dwie kobiety, starsza zapłakana i młodsza smutna i to dziecko nie zasługują na wyrzucenie do jakiejś zatęchłej nory, gdzie trzeba walczyć z grzybem i nie da się pomieścić rzeczy, bo jest dokładnie po 6 metrów kwadratowych na osobę. Kiedy przychodzi nieszczęście, a po nim chroniczna depresja, samorząd, miasto powinny pomóc, a nie walczyć z ludźmi, nie dobijać, tych których życie tak ciężko doświadcza.
W Kancelarii w każdy czwartek kłębi się tłum. Ludzie mają na twarzach wypisane poczucie krzywdy, gniew na bezdusznych urzędników, podłych a często nieuczciwych sędziów, na system, który niszczy i poniża słabszych premiując cwaniactwo i niegodziwość. Nasz lokal to 27 metrów kwadratowych sutereny. Właśnie się dowiedziałem, że aby przedłużyć najem tego pomieszczenia musimy za 6 lat wstecz zapłacić podatek od nieruchomości. Za nasze serce i wyręczanie samorządu w rozwiązywaniu ludzkich problemów jesteśmy karani coraz to nowymi opłatami. Zdarza się, że ludzie przychodzą do Kancelarii a tam jest wyłączony prąd, Internet. Ogrzewanie jest na prąd i kosztuje krocie. Ale mimo to siadamy w zimnym lokalu i wysłuchujemy o ludzkich krzywdach i problemach mimo, że para leci z ust, a ręce grabieją. I jakoś się udaje utrzymać lokal i dalej pomagać. Bo jeśli nie my, to kto?