W imię zasad

Dzień jak co dzień w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Nagonka na lokatorów trwa w najlepsze.

Kobieta nie mówi. Ona krzyczy. Naczelnik Wydziału Zasobów Lokalowych obiecał jej, że kiedy spłaci całe zadłużenie, 20 0000 zł, on w zamian umorzy odsetki i przywróci jej umowę najmu. Ale zrobił odwrotnie. Nie tylko nie umorzył, ale rozmnożył dług naliczając odsetki, a potem jeszcze odsetki od odsetek. Wyhodował dług, który znowu wynosi 20 000 zł. Tak miasto st. Warszawa potraktowało kobietę, której ukochana córka odebrała sobie życie. Kobieta jest w depresji od 2008 r., ale mimo to walczy, płaci, chodzi i prosi, żeby jej, synowej i niespełna rocznego wnuka nie eksmitowano. Kiedy straciła pracę, kilka lat temu płaciła już tylko czynsz, ale dodatkowych 500 zł. Tytułem spłaty zadłużenia nie była już w stanie. Sąsiedzi, znajomi mówili: ty tego nigdy nie spłacisz, bo ten dług jest jak kula śniegowa. A jednak regularnie płaciła czynsz, wierząc, że w końcu się uda mieszkanie obronić. Aż nadszedł dzień sądu. Miasto przedstawiło nierzetelne rachunki, ale lokatorka odnalazła dokumenty księgowe, które przemawiają na jej korzyść. Tuż przed rozprawą urzędnik powiedział jej, że nie ma szans w sądzie dla Warszawy Woli, bo to jest sąd, który orzeka zwykle na korzyść dzielnicy.
Oczy ma zapuchnięte od ciągłego płaczu. W jej głosie jest gniew i rozpacz. Synowa krąży po pięknie utrzymanym, zadbanym mieszkaniu z dzieckiem na rękach. Musimy napisać apelację i wygrać w sądzie z okrutnymi urzędnikami. W imię zasad. Te dwie kobiety, starsza zapłakana i młodsza smutna i to dziecko nie zasługują na wyrzucenie do jakiejś zatęchłej nory, gdzie trzeba walczyć z grzybem i nie da się pomieścić rzeczy, bo jest dokładnie po 6 metrów kwadratowych na osobę. Kiedy przychodzi nieszczęście, a po nim chroniczna depresja, samorząd, miasto powinny pomóc, a nie walczyć z ludźmi, nie dobijać, tych których życie tak ciężko doświadcza.
W Kancelarii w każdy czwartek kłębi się tłum. Ludzie mają na twarzach wypisane poczucie krzywdy, gniew na bezdusznych urzędników, podłych a często nieuczciwych sędziów, na system, który niszczy i poniża słabszych premiując cwaniactwo i niegodziwość. Nasz lokal to 27 metrów kwadratowych sutereny. Właśnie się dowiedziałem, że aby przedłużyć najem tego pomieszczenia musimy za 6 lat wstecz zapłacić podatek od nieruchomości. Za nasze serce i wyręczanie samorządu w rozwiązywaniu ludzkich problemów jesteśmy karani coraz to nowymi opłatami. Zdarza się, że ludzie przychodzą do Kancelarii a tam jest wyłączony prąd, Internet. Ogrzewanie jest na prąd i kosztuje krocie. Ale mimo to siadamy w zimnym lokalu i wysłuchujemy o ludzkich krzywdach i problemach mimo, że para leci z ust, a ręce grabieją. I jakoś się udaje utrzymać lokal i dalej pomagać. Bo jeśli nie my, to kto?