Zwycięstwo Armii Ludowej…

…nad Lechem Kaczyńskim. Dekomunizacja w stolicy (prawie) cofnięta!

 

Naczelny Sąd Administracyjny zajmuje się skargami kasacyjnymi wniesionymi przez wojewodę Sipierę – w piątek 7 grudnia przywrócił 44 z 45 nazw dawnych ulic. Na decyzję czekają jeszcze m.in. Dąbrowszczacy.
Wymienić tabliczki na poprzednie będą musiały m.in. ulice ZWM, Modzelewskiego, Duracza, Wrońskiego, Gidzińskiego, Małego Franka, 17 Stycznia, Kulczyńskiego, Gruszczyńskiego, Rzymowskiego, Sternhela, Sobczaka, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego, al. Armii Ludowej.
Ta ostatnia zmiana oznacza, że plan ekipy rządzącej, aby w stolicy jedna z większych arterii Śródmieścia nosiła nazwę Lecha Kaczyńskiego, spełznie na niczym.
NSA, jak podkreśla sędzia Roman Ciąglewicz, cytowany przez „GW”, nie badał zasadności takiej czy innej nazwy ulicy, ale fakt, czy zarządzenia zastępcze Sipiery wprowadzające dekomunizację ulic były zgodne z prawem. – Uprzedzając ewentualne pytania i kontrowersje, które mogą się pojawić, zgodnie z takim podejściem, nie można oczekiwać, że sąd mógł załatwić sprawę, bo wszyscy wiedzą, że jakaś osoba, organizacja czy data symbolizują komunizm – powiedział, dodając, że wojewoda popełnił błąd, podając zbiorcze uzasadnienie dekomunizacji poszczególnych patronów. Zwrócił przy tym uwagę na stronniczość IPN i celowe przedstawienie dekomunizowanych patronów ulic w złym świetle, a także „ubogą faktografię” w przesłanych na ich temat opiniach np. pominięcie faktu, iż Stanisław Tołwiński był Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata za zasługi w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej.
Właśnie Tołwiński, a także Dąbrowszczacy – poczekają jeszcze na „swoją” rozprawę, ponieważ zapomniano powiadomić o dzisiejszym terminie stowarzyszenie MJN, które jest stroną postępowania.
Inny sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.
Chodziło konkretnie o Armię Ludową.
– W rozpoznawanych sprawach były takie przypadki, np. Armii Ludowej, gdzie można byłoby dokonać oceny, że te nazwy w sposób oczywisty symbolizują komunizm. Ale ta opinia IPN została sporządzona w sposób taki, w jaki została sporządzona.
Ostatecznie do WSA trafiło 50 skarg stolicy na zarządzenia zastępcze wojewody o zmianach nazw ulic, czyli na wszystkie zarządzenia zastępcze dotyczące Warszawy, także ostatnie trzy podjęte w grudniu 2017 r. Sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.

Apel do Prezydenta

Poniższy apel będzie można podpisywać w siedzibie RSS przy ul. Elektoralnej 26 codziennie od poniedziałku w godzinach 11:00-18:00,

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracamy się do Pana z prośbą o udostępnienie części pustych mieszkań będących w gestii miasta st. Warszawy na potrzeby osób bezdomnych, które z powodu braku miejsc noclegowych w placówkach do tego przeznaczonych są zagrożone wychłodzeniem organizmu i śmiercią. Uważamy, że sytuacja, w której miasto dysponuje tysiącami pustych mieszkań (pustostanów) podczas gdy bezdomni nie mogą znaleźć miejsc, gdzie mogli by się schronić przed mrozem jest niedopuszczalna, a dalsze jej utrzymywanie będzie dowodziło skrajnej nieodpowiedzialności i znieczulicy. W tej dramatycznej sytuacji prosimy o rozmowę i okazanie dobrej woli oraz odrobiny empatii. Ochrona życia i zdrowia członków wspólnoty samorządowej, a więc wszystkich mieszkańców Warszawy jest obowiązkiem władzy publicznej.

 

Członkowie i Sympatycy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej:
Piotr Ikonowicz, Agata Nosal-Ikonowicz, Roman Ochociński,
Anna Sławuszewska, Ewa Rembielińska, Andrzej Kuśpit, 
Darek Konopka,
Grzegorz Palarski, 
Olga Nikolaidi, Tomasz Orłowski,
Katarzyna Paczkowska-Mężyńska, 
Leon Jadczak, Teresa Dranczyk,
Kazimierz Jaworski, Grażyna Dobosz, Krzysztof Salich, Joanna Wąs,

Bogdan Bugajski, Artur Matyjaszek, Tadeusz Jakubowski, Jakub Janek,
Krzysztof Jankowski, Maciej Jaroszewski, Jolanta Kamińska,
Roman Laskowski, Tadeusz Muszel, Mirosława Pólkowska, Krystyna Sałanowska,
Zbigniew Wasilewski, Agnieszka Żelazna, Stanisław Domański

Głos lewicy

Jedna lista lewicy? To nierealne!

 

Publikujemy fragment wywiadu z Sebastianem Wierzbickim, ukazał się w „Rzeczpospolitej”:

 

Rzeczpospolita: Z czego wynika Pana postawa wobec przewodniczącego Włodzimierza Czarzastego? Niektórzy Pana koledzy twierdza, że Pana krytyka wynika z rozżalenia tym, że w Warszawie nie doszło do koalicji z PO?

Sebastian Wierzbicki: Nasze rozżalenie wynika z tego, że wyborcy lewicy w Warszawie zostali praktycznie pozbawieni swojej reprezentacji w samorządzie. Że mamy tylko jedną radną w Radzie Miasta i kilku w radach dzielnic. A mogło być inaczej. Gdyby Włodzimierz Czarzasty nie zablokował możliwości współpracy w ramach Koalicji Obywatelskiej, to dziś mielibyśmy silny klub SLD w Radzie Miasta, wiceprezydenta a także radnych i wiceburmistrzów w dzielnicach. Tak jak w Łodzi. Od początku mówiliśmy, że przy takiej polaryzacji sceny politycznej i metodzie d’Hondta nasz samodzielny start jako SLD jest z góry skazany na porażkę. Włodzimierz Czarzasty się uparł i mamy tego efekty.
Oczywiście nie wyobrażaliśmy sobie, że skala tej porażki będzie aż tak wielka. Mimo, że w liczbach bezwzględnych dostaliśmy w stolicy tyle samo głosów co cztery lata temu, to uzyskaliśmy znikomą liczbę mandatów. Dlatego członkowie Sojuszu w Warszawie są rozgoryczeni zwłaszcza, że przewodniczący Czarzasty wszędzie mówił, że na szczeblach sejmików idziemy do wyborów jako SLD, a niżej będą to już autonomiczne decyzje organizacji powiatowych i gminnych. W Warszawie zrobił zupełnie inaczej, niż obiecywał i mamy tego efekty. Jego koncepcja okazała się błędna – w przeciwieństwie do naszej, czego dowodem jest fakt, że w trzech dzielnicach startując w ramach Koalicji Obywatelskiej kandydaci SLD zdobyli mandaty radnych. I nadal są w Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

 

Czy SLD nie powinno spróbować rozmów najpierw z Biedroniem i Razem?

Oczywiście, że powinno! Ale obawiam się, że Robert Biedroń nie będzie zainteresowany wspólnym startem. Przecież nie po to tworzy nowe ugrupowanie, żeby na starcie łączyć siły z innymi. Dlatego projekt utworzenia jednej wspólnej listy lewicy uważam za nierealny – a szkoda. Z drugiej strony lista niepełnej lewicy to może być za mało, aby przyczynić się do przegranej Prawa i Sprawiedliwości. Ale powtarzam raz jeszcze: my nic nie przesądzamy. Zaapelowaliśmy o zwołanie Konwencji Krajowej SLD, która powinna podjąć decyzję w tej sprawie. (…) Trzeba zrobić wszystko, aby wygrać z PiS-em. To chyba powinno być oczywiste – zwłaszcza dla lewicy.

Warszawski bunt

Działacze warszawskiego SLD zażądali odwołania z funkcji przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Generalnie twierdzą, że Czarzasty powinien ponieść polityczną odpowiedzialność za słaby wynik SLD w wyborach samorządowych, co ich zdaniem powinno oznaczać rezygnację z funkcji przewodniczącego.
Opozycjoniści domagają się również szybkiego zwołania konwencji SLD, która określi kierunki działań i zarządzi wybory nowego przewodniczącego. W innej uchwale opowiedzieli się za szeroką koalicją prodemokratyczną w wyborach parlamentarnych.
Natomiast za słaby wynik w wyborach w Warszawie również winią Włodzimierza Czarzastego, bo ten nie dał im zgody na kandydowanie w ramach Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście można zadać pytanie czy nie jest to wynikiem ogólnej słabości i małej aktywności SLD w Warszawie. Wybory samorządowe dla warszawskiego SLD były chyba pewnym problemem organizacyjnym, a może i politycznym. Dość powiedzieć, że SLD nie wystawiło własnej listy do Rady Dzielnicy w jednej z największych dzielnic Warszawy – na Ursynowie.
Ale cuda się zdarzają. SLD nie poszło na listach Koalicji Obywatelskiej razem z Platformą Obywatelską i Nowoczesną, ale za to przewodniczący SLD na Targówku na swoim Facebooku przedstawił „reprezentację SLD w Radzie Dzielnicy Targówek” w składzie: Jadwiga Ciastek i Witold Harasim. Oboje kandydowali z listy KKW Platforma, Nowoczesna Koalicja Obywatelska, przy czym Harasim miał drugie miejsce na liście wyborczej KO – co można interpretować w ten sposób, że SLD ma silne wpływy w KO, ale można też odwrotnie. Jak z powyższego widać władza i wpływy Czarzastego w Warszawie nie są zbyt duże. Powyższa sytuacja w Warszawie oznacza jakościową zmianę na lewicy, a nawet w całej polityce w Polsce. Do tej pory było tak, że to SLD (a wcześniej SdRP) narzucało pewne kanony we wszelakich akcjach wyborczych. To na początku lat 90. wokół SdRP skupiła się lewicowa koalicja partii politycznych, stowarzyszeń i związków zawodowych, licząca blisko trzydzieści podmiotów, która utworzyła koalicję wyborczą pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. W 1999 roku Leszek Miller przekształcił blok wyborczy w jednolitą partię polityczną pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej, ale nie cała lewica się w tej partii znalazła, bo stowarzyszenia czy związki zawodowe zachowały swoją osobowość prawną. I tak jak poprzednio wokół SdRP, tak od 1999 roku to wokół SLD powstawały lewicowe bloki wyborcze: w 1999 koalicja SLD – Unia Pracy (ale z udziałem SD, PLD, KPEiR). W wyborach w 2005 r. z listy SLD kandydowali członkowie OPZZ, Unii Lewicy III RP i Ruchu Odrodzenia Gospodarczego. Przed wyborami samorządowymi w 2006 r. z udziałem SLD, Partii Demokratycznej – demokraci.pl, Socjaldemokracji Polskiej i Unii Pracy powstała koalicja Porozumienie Lewicy i Demokratów – Wspólna Polska. Po dobrym wyniku wyborczym tej koalicji postanowiono ną kontynuować w wyborach parlamentarnych w 2007 r, pod nazwą Lewica i Demokraci. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. reaktywowano koalicję SLD-UP. W wyborach samorządowych w 2010 r. SLD uczestniczyło pod własną nazwą, ale na skutek zawartych porozumień wyborczych z list SLD kandydowali członkowie OPZZ, UP, Partii Kobiet, Partii Region ów i Zielonych 2004. Podobnie w wyborach parlamentarnych w październiku 2011 r, SLD brało udział pod własną nazwą, a na jego listach wyborczych znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i licznych partii lewicowych. W 2014 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego kandydatów wystawił Koalicyjny Komitet Wyborczy SLD – UP. Natomiast w tym samym roku, przed wyborami europejskimi powstał komitet wyborczy SLD Lewica Razem, w jego skład weszły jeszcze UP i KPiER, natomiast na listach SLD-LR znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych i wielu partii i organizacji lewicowych. W kolejnych wyborach – parlamentarnych w 2015 r. – SLD wraz z UP, Twoim Ruchem, Zielonymi i PPS utworzył koalicję Zjednoczona Lewica, która uzyskała 7,55 proc. głosów, czyli nie przekroczyła progu wyborczego dla koalicji i nie uzyskała żadnych mandatów. Natomiast przed wyborami samorządowymi w 2018 r. SLD odtworzyło koalicję SLD – Lewica Razem, jak zwykle z szerokim udziałem organizacji koalicyjnych.
No i tak wróciliśmy do sprawy SLD Warszawa versus Włodzimierz Czarzasty. Jak widać z powyższego wyliczenia tworzonych przez SdRP, a później SLD komitetów i koalicji, SLD zawsze działało ofensywnie, tworząc własne komitety wyborcze, dopraszając do nich potencjalnych koalicjantów, co dawało w miarę sprawne koalicje lewicowe wyborcze, odwołujące się różnych środowisk społecznych (emeryci, renciści, związkowcy, działkowcy itd.) posiadających własne zaplecze organizacyjne, co sumując się dawało duży zasięg wpływów społecznych i mobilność organizacyjną. Na tym tle „sprawa warszawska” to prawdziwy ewenement. Po raz pierwszy to nie SLD zapraszało na swoje listy, a wpraszało się na cudze (a w wypadku Targówka nawet skutecznie wprosiło).
Można to oczywiście rozpatrywać w kategoriach skuteczność versus pryncypialność. Czyli pryncypialny Czarzasty chce iść na wybory pod własną nazwą, nawet jeśli lokalni działacze mają świadomość, że taki udział w wyborach nie przyniesie dobrych skutków w postaci oczekiwanych mandatów radnych i możliwości rzeczywistego wpływu na życie dzielnicy, miasta, województwa. To ważny argument.
Z drugiej zaś strony można się zapytać co to jest partia polityczna i do czego służy. No to partia polityczna to narzędzi w walce o zdobycie władzy i jej utrzymanie. Podszywanie się pod inną strukturę, inną partię ma tzw, „krótkie nóżki”. Bo albo ci, którzy dostaną mandaty „powrócą do macierzy” – jak ci radni z Targówka – albo zostaną w partii, z list której startowali. Jedno i drugie jest moim zdaniem nieuczciwe – w pierwszym przypadku oszukują wyborców partii, z list której kandydują, w drugim oszukiwali i oszukują własną partię. Bardzo toksyczna sytuacja.
No cóż, polityczna droga SLD w ostatnich dziesięcioleciach – od lidera do outsidera – rodzi różne dziwne pomysłu.

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.

Ze stuletniej perspektywy

„Ruch robotniczy w 1918 r.” – to tytuł konferencji zorganizowanej przez fundację „Historia Czerwona”, która odbyła się w sobotę w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej.

 

Konferencja poświęcona była przypomnieniu działań podejmowanych przez lewicowe organizacje polityczne i robotników na ziemiach polskich w przededniu odzyskania przez Polskę niepodległości i w pierwszych miesiącach funkcjonowania odrodzonego państwa polskiego. Uczestnicy konferencji przypomnieli spory ideowe, koncepcje i cele działania głównych nurtów ruchu robotniczego i odwołujących się do niego partii politycznych: lewicy niepodległościowej PPS i PPSD, stawiającej sobie za cel przede wszystkim odzyskanie niepodległości i zajęcie miejsca w życiu politycznym nowego państwa oraz spychanej w dziś lansowanej narracji SDKPiL i PPS-Lewicy, stawiających na pierwszym planie obalenie kapitalizmu i proletariacką rewolucję inspirując się doświadczeniami rewolucji październikowej w Rosji. Omówione zostały także konkretne działania robotników – tworzenie Rad Robotniczych, których w 1918 r. i pierwszej połowie 1919 r. powstało ponad 100, spontaniczne akty buntu przeciwko opresyjnemu porządkowi społecznemu takie jak powstanie tzw. „republiki tarnobrzeskiej”, walki w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie Rady Robotnicze okresowo przejęły władzę i narzucały swoje porządki, działalność zbrojnych formacji robotniczych – czerwonych gwardii i bojówek robotniczych PPS.
Konferencja połączona była ze zwiedzaniem nowo otwartej ekspozycji w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej – jednej z najważniejszych placówek gromadzących pamiątki po bojownikach walk o wyzwolenie narodowe i społeczne, działającej w zachowanym obiekcie osławionego dawnego carskiego aresztu śledczego. Warte podkreślenia jest, że nowa ekspozycja prezentuje sylwetki więźniów w sposób bezstronny i bez „gumkowania” historii – mają w niej swoje miejsce i Romuald Traugutt, i Józef Piłsudski i Feliks Dzierżyński, i wielu innych, którym zdarzyło się trafić do tego miejsca, a z niego – albo na szubienicę, albo na zsyłkę.

Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Kto wygra ten marsz?

Czy pośród doradców Hanny Gronkiewicz-Waltz nie znalazła się żadna osoba na tyle przytomna, żeby powiedzieć jej, że zakazanie Marszu Niepodległości dosłownie w ostatniej chwili tylko dostarczy ekstremistom paliwa? Czy też chodzi o co innego?

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma rację. Warszawa wystarczająco się już nacierpiała w wyniku działalności nacjobandytów. To wyjątkowo celne spostrzeżenie, choć pewnie miała na myśli ostatnią dekadę, kiedy „prawdziwym Polakom” zdarzyło się kilka razy zdewastować przestrzeń publiczną stolicy swojej ojczyzny. Mieszkańcy Warszawy doświadczyli jednak znacznie poważniejszych konsekwencji nacjonalizmu – podczas II Wojny Światowej, gdy mordowali ich nacjonaliści niemieccy. Hanna Gronkiewicz-Waltz ma również rację w kwestii zastrzeżeń w dziedzinie bezpieczeństwa. Masowa odmowa pracy policjantów tuż przez jednym z największych pochodów skrajnej prawicy na świecie nie buduje atmosfery spokoju i stwarza uzasadnione obawy o zdolność służb do utrzymania porządku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz cudownie oprzytomniała. Szkoda, że dopiero u schyłku swojego panowania, naznaczonego konsekwentną biernością wobec zjawisk złych i niepokojących. Nacjonalistom należało sie dobrać do dupy nie w roku 2018, a w 2009, kiedy po raz pierwszy postanowili uprzykrzyć życie mieszkańcom stolicy. Wtedy maszerowały głównie łyse łby z ONRu w towarzystwie nielicznych kiboli. Teraz, zmierzenie się z tym problemem wymaga podjęcia kompleksowych i długofalowych działań. Pozytywnym przykładem może być Wrocław, który idąc za wzorem niemieckich miast, poglądy skrajnie prawicowe zaczął traktować jako pewną społeczną dysfukcję – uciążliwią, ale uleczalną, wymagającą podjęcia terapii. Prezydent Dutkiewicz podczas ostatniej kadencji próbował wbić klin pomiędzy kiboli, a nacjonalistów, na razie bez rezultatów, ale kierunek był dobry. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zrobiła na tym polu nic. Nie reagowała kiedy na Łazienkowskiej rosła w siłę nacjomafia, choć mogła postawić warunek klubowi – albo robicie z tym porządek, albo podwyższamy czynsz do takiego poziomu, że w Szczecinie będzie wam się bardziej opłacało grać. Prezydent Warszawy przez 12 lat nie podjęła jednak żadnych działań przeciwko prawicowemu ekstremizmowi. Aż do dziś. Czy to nie dziwne?
Czy prezydent Warszawy naprawdę chciała zatrzymać Marsz Niepodległości urzędowym zakazem wydanym cztery dni przed 11 listopada? Czy pośród jej doradców, znajomych i kontrahentów nie znalazła się żadna przytomna głowa, choćby prezydenta elekta, która by podpowiedziała rzecz oczywistą – takie działania dostarczą ekstremistom paliwo buntu i przyczynią się do wzmożonej mobilizacji elementu patologicznego? A może Hanna Gronkiewicz-Waltz działając w porozumieniu z resztą liberalnej opozycji, a kto wie – może również i z jej brukselskim papieżem, podjęła próbę destabilizacji pisowskiej władzy, podważenia jej zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa w tak ważnym dniu?
Załóżmy, że delegalizacja marszu obliczona była na wywołanie wściekłości nacjokiboli, wybuch zamieszek i kolejną masakrację stolicy, nad którą przetrzebione „chorobami” oddziały policji mogłyby nie zapanować. Wyobraźmy sobie, że 12 listopada internet obiegają zdjęcia rozwalonego centrum Warszawy, statystyki ze szpitali i komisariatów oraz wstępne szacunki strat. Nacjonaliści znajdują się w stanie wojny z kolejnym rządem, dla odmiany tym, który od początku chciał z nimi żyć dobrze, a Grzegorz Schetyna z Rafałem Trzaskowskim, wskazują na Brudzińskiego i Morawieckiego jako winnych gorszących scen, podkopując autorytet PiS w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego. I to na stulecie odzyskania niepodległości. Do tego dopuścić mogły tylko kompletne patałachy. Oczywiście, to tylko hipoteza.
Na reakcje obozu Kaczyńskiego wystarczyło poczekać kilka godzin. Jeśli liberałowie próbowali zastawić pułapkę, to Duda z Morawieckim przeskoczyli nad nią z wyjątkową gracją. Organizacja państwowego marszu na tej samej trasie jest rozwiązaniem, które może przynieść wiele korzyści. Najważniejsza to możliwość przejęcia imprezy. Cały wysiłek organizacyjny i propagandowy nacjonalistów zostanie skonsumowany przez władzę. Premier z prezydentem pójdą na czele kilkudziesięciotysięcznego tłumu. Jest szansa, że pojawi się więcej tych, jakże alegorycznych rodzin z dziećmi. Do zabezpieczenia imprezy zostaną ściągnięte, bo muszą zostać z uwagi na obecność najwyższej rangi oficjeli, oddziały z całego kraju, nawet jeśli będzie to oznaczać wyciąganie funkcjonariuszy z łóżek. Wreszcie, PiS staje przed szansą trwałego przechwycenia obchodów i zmarginalizowania nacjonalistów, co jest istotne nie tyle w kontekście „pożarcia” kolejnego segmentu wyborców, bo przypuszczalnie PiS dla uczestników MN już wcześniej był drugim, po Kukizie wyborem, a raczej zabezpieczenia prawej flanki w obliczu zapowiedzi powołania „polskiego Jobbiku”. To z kolei będzie oznaczać konieczność włączenia bardziej radykalnych pojęć do politycznego wokabularza obozu władzy. Warto zauważyć, że premier Morawiecki ma już na sumieniu pokłony bite przed mogiłami hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej, o nieustającej apologii NSZ, zaprzeczaniu najbardziej znanym i dogłębnie zbadanym zbrodniom wykletych i przymykaniu oczu na haniebne symbole nie wspominając. Jako przestroga może służyć przykład Ukrainy, gdzie władza państwowa od kilku lat mówi językiem skrajnej prawicy, a ugrupowania ekstremistyczne krytykują rząd jako realna opozycja, zarazem łączy je jednak z władzą (i legitymizuje) wspólnota pewnych wartości.
Oczywiście, takie działanie jest również obarczone sporym ryzykiem. PiS nie ma żadnego narzędzia panowania nad nacjobojówkami poza nadzieją, że te uznają decyzje o organizacji państwowego marszu za pomocną dłoń, a nie to, czym ona jest w istocie, czyli wymuszenie hołdu lennego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, a także, jeśli obiektywy zagranicznych reporterów znów uchwycą rasistowskie transparenty, wówczas odium padnie na organizatorów, a więc tym razem na rząd PiS.
Ludwik Dorn napisał dzisiaj, że ktoś wyjdzie z tego zamieszania poważnie poraniony politycznie. Raczej nie będą to liberałowie, którzy w najgorszym wypadku nie powiedzie się fortel, a aureola antyfaszystki, z którą być może pragnęła zostać zapamiętana HGW nie zaświeci pełnym blaskiem, bo marsz w końcu przejdzie ulicami Warszawy. Jeśli marsz przebiegnie spokojnie, to ran nie odniesie również dobra zmiana, która za to może okazać się, z wymienionych wyżej powodów, największym wygranym tej rozgrywki. Lewica stoi z boku i rzeczy się dzieją niezależnie od niej, jak zwykle zresztą.
Kto zatem może tutaj najwięcej stracić? Nacjonaliści. Bosak, Winnicki i Bąkiewicz mogą zostać cofnięci do stanu posiadania z początku dekady. W ich wątłych i słabo zorganizowanych szeregach dojdzie zapewne do rozłamu – na tych, którzy będą za współpracą i za konfrontacją z PiS. Najgorsze dla nich będzie jednak to, że w kolejnych latach tłumy będą nadal walić na Marsz Niepodległości, który tak znakomicie się udał na 100-lecie niepodległości, a będzie to impreza bazująca na pamięci o ulicznej spontaniczności, lecz w istocie pieczę będzie nad nią sprawować prezes Kaczyński.

Stawka większa niż polityczne życie

PiS porwało się z motyką na słońce.

 

Manewr z Marszem Niepodległości był może i mistrzowskim ominięciem pułapki zastawionej przez tandem Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski, ale może odbić się władzy potężną czkawką. Dlaczego? Wątpliwe, że narodowcy z falangami odbiorą przejęcie marszu przez władze jako rzucenie koła ratunkowego. Raczej poczują się ograni i wykorzystani przez obie strony do ugrania politycznych korzyści. I dopiero pokażą, na co ich stać.
Decyzja prezydenta i premiera o przejęciu pod swoje skrzydła imprezy cyklicznej, a także deklaracja z gatunku „mamy szczerą nadzieję, że to wydarzenie połączy wszystkich”, niekoniecznie nie sprawi, że na marszu będzie spokojniej. Pod sztandarem rządu PiS spotkają się bowiem przeróżne grupy: autentyczne rodziny z dziećmi, ruchy narodowe, środowiska kombatanckie i politycy, a także smoleńskie freaki.
Co z tej wybuchowej mieszanki ostatecznie wyjdzie, okaże się w niedzielę. Moim zdaniem rząd ryzykuje wiele. Z pewnością jednak ukłony należą się Hannie Gronkiweicz-Waltz, która zostanie zapamiętana jako ta, która (już na poczet Trzaskowskiego) wykonała ruch pożądany, choć o kilka lat spóźniony. Wygrała na nim również dlatego, że od teraz odpowiedzialność za ewentualne burdy na Marszu Niepodległości spoczywać będzie na Dudzie i Morawieckim, zamiast na prezydent i jej urzędnikach.
PiS gra o wysoką stawkę, nie mając w dodatku policyjnego zaplecza w gotowości. Jeśli okaże się, że narodowcy – obrażeni i na rządzącą prawicę i na liberałów, zaczną demolować miasto albo ponownie prezentować rasistowskie hasła, popłynie to rzecz jasna na konto premiera i wojewody.
Trzaskowski zaś zyska niezagrażające otwarcie swojej kadencji na Placu Bankowym, zostanie też głównym obrońcą polskiego honoru, jeżeli znów posypią się nagłówki w „New York Timesie” czy „Guardianie” potępiające faszyzm na ulicach stolicy Polski.
Jest też opcja bardziej dla wszystkich optymistyczna: narodowcy w ramach pielęgnowania urażonej dumy zdecydują się zostać w domach, a warszawiacy zamiast na państwowy marsz bądź alternatywne blokowanie państwowego marszu, wybiorą się na odsłonicie pomnika Ignacego Daszyńskiego – postaci, która łączy,w przeciwieństwie do wystawionego niedawno na Placu Piłsudskiego „parkingowego” pomnika Lecha Kaczyńskiego.

To nie moje święto

100-lecie odzyskania niepodległości nie jest moim świętem. Zdaję sobie sprawę, że państwowość jako taka kiedyś stanowiła ważne narzędzie identyfikacji, budowania tożsamości. Dziś żyjemy w świecie, w którym, choćby na przykładzie Unii Europejskiej, dąży się raczej do znoszenia granic, stawia na wspólnotowy, zamiast na plemienny dyskurs polityczny. Takiego akcentu w obchodach każdego 11 listopada w Polsce brakuje – odkąd sięgam pamięcią.
Być może dlatego prawica tak łatwo Święto Niepodległości zawłaszczyła, czyniąc z niego dzień gadających na biało-czerwonym tle głów w najlepszym razie – a w najgorszym, dzień wyrzucania z siebie stadnej agresji wynikającej z nadpisanej sobie przez prymitywnych osiłków dumy. Dumy, nad którą nie czynią żadnej, choćby najprostszej refleksji – bo gdyby ją poczynili, wiedzieliby, że niszczenie miejskich chodników, drzew, płotów i ławek, nie jest aktem patriotyzmu w najmniejszym stopniu, a jedynie te idee ośmiesza.
Polacy kochają romantyczne zrywy, ale nienawidzą pracy u podstaw i tak było od zawsze.
Wolimy je również upamiętniać – z przytupem. Wiadomo, patriotyzm wyrażający się poprzez nieśmiecenie w lesie, sprzątanie klatki schodowej wspólnymi sąsiedzkimi siłami, wolontariat w hospicjum, płacenie podatków i uczciwe płacenie alimentów, nie są tak spektakularne jak werble i sztandary.
Dziś nie jesteśmy już pod zaborami. Dziś nawet wojen nie prowadzi się już poprzez podbój terytorium i wciskanie młodym pokoleniom czytanek w obcym języku. XXI wiek, rozwój broni nuklearnej, a także nowe narzędzia walki poprzez gospodarcze sankcje nieco przedefiniowały sposoby prowadzenia konfliktów. Unia Europejska natomiast przedefiniowała tożsamość. Nowoczesny Polak to dziś nie ten, który raz w roku macha flagą, ale ten, który uznaje solidarność społeczną, sąsiedzką, ogólnohumanistyczną.
Państwowość, z której dziś można czuć dumę, to taka konstrukcja, która najbiedniejszych jednostek nie zostawia bez pomocy i opieki, nie pozbawia praw. To system, który wklucza. Tego nie usłyszymy 11 listopada. Usłyszymy za to opowieści o bohaterach zbawiających świat na kasztance i o tym, jak bardzo każdy Polak mały ma być dumny ze swojego totemu. Nieważne, że pod tym znakiem wzrastają nierówności, że machanie biało-czerwoną tkaniną w niedzielę nie zapewni chleba w poniedziałek i tylko zwiększy frustrację. Prawdziwa niepodległość zasługująca na świętowanie to taka niepodległość, w której państwo zapewnia swoim obywatelom godny byt, oni zaś odpłacają się autentyczną wdzięcznością: żmudnym patriotyzmem dnia codziennego.