Warszawskie foto-retrospekcje

Od albumowej serii „Warszawa. Foto retro” wydanej nakładem wspaniałego wydawnictwa „Bosz” z Olszanicy nie mogłem wprost oderwać oczu.

Nie od dziś lubuję się w fotograficznych warsawianiach, których bibliografia liczy już setki edycji z wieloma tysiącami zdjęć od czasów pierwszych prób i pierwszych dokonań fotografa Karola Bayera i innych pionierów fotografii w Polsce z połowy XIX wieku aż po fotografię współczesną, nie tylko tę reporterską, ale także autorską, artystyczną.
Jednak edycji tak frapującej jak cykl „Bosza” dawno nie oglądałem. Dobór fotografii uwzględnia tu bowiem możliwie najpełniejszą różnorodność form i tematyki, od statycznych zdjęć pryncypalnych miejsc i budowli miasta, poprzez scenki z warszawskiej codzienności, z placów budów, ze straganów i kramów ulicznych, postojów tramwajowych i dorożkarskich, wnętrz sklepowych, parków i traktów spacerowych, z artystycznych i innych środowiskowych eventów, z oficjalnych okoliczności i uroczystości z udziałem oficjeli czy wydarzenia historyczne, jak wyprzedzającą chronologicznie lata 20-te scenę warty studenckiej w listopadzie 1918 roku, po rozbrojeniu Niemców, spotkanie Józefa Piłsudskiego z Gabrielem Narutowiczem, śmierć pierwszego prezydenta RP czy przewrót majowy 1926 roku, itd, itd. Boszowski cykl „Warszawa” obejmuje aktualnie okres od lat 20-tych XX wieku po lata 80-te i każdy album poświęcony jest jednej dekadzie. Większość autorów wybranych fotografii, które pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego, jest nieznana i pewnie już nigdy nie zostanie poznana. Szkoda, bo wiele z nich to ujęcia prawdziwie ikoniczne, od dziesięcioleci powielane w niezliczonych reprodukcjach.
Każdy też opatrzony jest słowem wstępnym, autorstwa znanych, związanych z Warszawą osób. Autorem słowa wstępnego do albumu poświęconemu dekadzie lat 20-tych napisał warsawianista Jerzy S. Majewski, ale już album z lat 60-tych opatrzony jest wstępem autorstwa Beaty Tyszkiewicz, której życie i szczyt filmowej kariery (np. rola Izabeli w ekranizacji ”Lalki” Bolesława Prusa dokonanej przez W.J. Hasa) szczególnie silnie kojarzą się z tym właśnie okresem).
Danuta Szaflarska przygotowała z kolei słowo wstępne do albumu.

„Warszawa. Foto retro”, redakcja Jan Łoziński, projekt graf. Justyna Czerniakowska, Wyd. BOSZ, Olszanica 2016, str. 111, ISBN 978-83-7576-269-3

„Dzika reprywatyzacja” wróci

Reprywatyzacja została wstrzymana, kiedy zrobiło się o niej zbyt głośno, ale nie jest zakończona. Pozostanie w zawieszeniu, dopóki nie będzie dużej ustawy reprywatyzacyjnej – mówi Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Jan Śpiewak napisał, że Rafał Trzaskowski i ludzie rządzący Warszawą najchętniej wróciliby do dzikiej reprywatyzacji w jej najgorszym wydaniu. Był to komentarz do postawy miasta stołecznego, które odwołuje się od postanowień komisji weryfikacyjnej uchylających decyzje reprywatyzacyjne i nakazujących wypłacać lokatorom odszkodowania. Zgadzasz się?

PIOTR CISZEWSKI: Jak najbardziej. Komisja weryfikacyjna zajmująca się sytuacją w Warszawie okazała się, co zresztą podejrzewaliśmy, nieskuteczna – Wojewódzki Sąd Administracyjny podważył już nie pierwszy raz jej rozstrzygnięcia odbierające skupywaczom roszczeń nieruchomości. Anulował m.in. decyzje komisji w sprawach budynków przy Dahlberga 5 i Nabielaka 9 – w głośnych, bulwersujących sprawach, gdzie lokatorzy byli bezpośrednio zaangażowani w udowodnienie, dlaczego reprywatyzacja nigdy nie powinna była mieć miejsca. Nabielaka 9 to ostatni adres zamieszkania Jolanty Brzeskiej – współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, zamordowanej w 2011 roku.

W nowej kadencji Sejmu nie liczycie na przełom?

Najgłośniej o dużej ustawie reprywatyzacyjnej mówił Patryk Jaki, który obecnie jest europosłem i nawet nie zasiada już w komisji łączonej z jego nazwiskiem. Temat systematycznie upadał, przestawał się opłacać. Obecnie nie wiążemy już z rządzącą prawicą żadnych nadziei. Nie spodziewamy się nie tylko „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”. Krokiem naprzód byłaby choćby decyzja w sprawie wypłaty odszkodowań dla osób, które na reprywatyzacji już ucierpiały.

W mediach było głośno, gdy komisja Jakiego ogłaszała przyznawanie im wysokich rekompensat. Ale miasto stołeczne się skutecznie odwoływało…

… i nikt nie miał odwagi zaproponować żadnego całościowego rozwiązania. Nawet najprostszego, jak wypłata odszkodowań przez Skarb Państwa. Fakt, że w takim wypadku na rekompensaty w istocie zrzucaliby się wszyscy obywatele, nieponoszący przecież odpowiedzialności za aferę reprywatyzacyjną. Niemniej skoro urzędnicy i politycy dopuścili się tylu nieprawidłowości i zaniedbań, to państwo powinno uznać swoją odpowiedzialność w tym względzie. Inna sprawa, że tak samo można uznać, że odpowiedzialność powinno wziąć na siebie miasto, nie odwołując się od decyzji komisji.

Nie ma żadnej możliwości, by pociągnąć do odpowiedzialności bezpośrednio winnych?

Byłaby, gdyby była taka determinacja. Tymczasem politycy PiS lubią piętnować udział Platformy Obywatelskiej w grabieży reprywatyzacyjnej, przedstawiać bilans jej rządów w Warszawie, a „zapominają” o tym, że warszawski PiS też nie interesował się sprawami lokatorów, a powiązani z partią Kaczyńskiego ludzie korzystali na reprywatyzacji. Część ludzi z Biura Gospodarki Nieruchomościami, instytucji, która słusznie jest uważana za centrum całej grabieży, została powołana jeszcze wtedy, gdy w ratuszu rządził PiS. Oni się świetnie urządzili i także za kadencji konkurencyjnej partii uważano ich za niezatapialnych.

Czy komisji Jakiego udało się osiągnąć cokolwiek?

Część jej decyzji została podtrzymanych, więc nie można mówić, że bilans tego ciała jest zerowy. Ale to raczej kolejny dowód na to, że zdawanie się na sądy administracyjne w kwestii sprawiedliwych rozwiązań, bez ustawy, jest wyjątkowo niepewne.

Dla ludzi, którzy nie siedzą w prawie, decyzje sądów mogą być też zwyczajnie niezrozumiałe. W sprawie działek przy Szarej i Czerniakowskiej sąd orzekł, że decyzję komisji Jakiego uchyla, ale cofnięcie reprywatyzacji nie jest niemożliwe. Z tym, że uzasadnienie musiałoby być inne.

Sąd administracyjny sprawdza czy dotrzymano procedur. Tymczasem procedury działania komisji Jakiego nie są nawet do końca uregulowane ustawowo. Kiedy jest tak duża dowolność, ogromne jest też pole do popełniania błędów. Nie można też oczekiwać, że sąd administracyjny będzie zastanawiał się nad społecznymi konsekwencjami obowiązującego prawa. On nie od tego jest.
Na pewno natomiast już na gruncie obowiązującego prawa mogłyby przyspieszyć sprawy osób, którym zarzuca się fałszowanie dokumentów w celu odniesienia korzyści z reprywatyzacji. Takie wyroki już zapadały, ale jest ich zdecydowanie za mało. Nieustannie też trzeba mówić o prawach lokatorów. Nie tylko z reprywatyzowanych budynków, chociaż sprawy związane z nimi pokazały właśnie najdobitniej, że potrzebujemy regulacji, które lepiej chronią lokatorów. Rząd PiS chce iść dokładnie w drugą stronę. To nie jest partia prospołeczna. Gdyby tak było…

… to wzmocniłaby ochronę lokatorów i zakwestionowałaby samą ideę reprywatyzacji?

Kiedy budynki były przekazywane razem z lokatorami, powoływano się na art. 678 kodeksu cywilnego, który dotyczy zbywania lub nabywania umów ciążących na jakimś dobrze. WSL mówi: reprywatyzacja to nie jest zwykłe zbycie/nabycie budynku. Dlaczego nie postarać się o podważenie samego mechanizmu przejmowania umów najmu? Wtedy miasto nadal byłoby odpowiedzialne za ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach. Dysponujemy opiniami prawnymi idącymi w tym kierunku. Co więcej, w podobnym tonie wypowiadali się członkowie komisji Jakiego.

Czy lokatorzy będą mieć pożytek z Lewicy w Sejmie? W kampanii hasło utworzenia publicznego developera i działań na polu polityki mieszkaniowej było dość mocno eksponowane.

Współpraca na poziomie samorządów jest ważniejsza. To tam ustalane są lokalne zasady polityki mieszkaniowej, podejmowane decyzje w tym zakresie, przyjmowane wieloletnie plany gospodarowania miejskim zasobem mieszkaniowym.

Niemniej spotkamy się z parlamentarzystami, jesteśmy gotowi udzielić opinii na temat przygotowywanych projektów ustaw, ale mówimy też: sprawdzam. Ustawowe wsparcie budownictwa społecznego – komunalnego i spółdzielczego – to nie tyle dobry pomysł, co konieczność. Tak samo, jak sprzeciw wobec komercjalizacji miejskich zasobów mieszkaniowych, co w Warszawie staje się kolejną plagą.

W Berlinie czy Barcelonie na poważnie mówi się o regulacji czynszów i walce ze spekulacją nieruchomościami. Da się to robić w Polsce?

Moim zdaniem to znakomite pomysły, ale czy się da? W Hiszpanii i Niemczech działają prężne ruchy lokatorskie, które bardzo długo o to walczyły. To dzięki nim dziś Barcelona aktywnie stara się, by rynek nie był kształtowany pod wynajem dla turystów. Ten problem już zaczyna dawać o sobie znać w Warszawie czy Trójmieście. Także regulacji czynszów nam trzeba – koszty mieszkania w Warszawie już są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków.

Prestiżowa przegrana komisji Jakiego

W grudniu 2017 r. komisja weryfikacyjna kierowana przez Patryka Jakiego uchyliła decyzję reprywatyzacyjną w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9, gdzie mieszkała Jolanta Brzeska. Nakazała również, by Marek M., znany „handlarz roszczeń”, zwrócił do miejskiej kasy 2,9 mln złotych. Wczoraj Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uznał, że decyzja ta była bezpodstawna.

Zaledwie kilka dni temu WSA w Warszawie uchylił decyzję komisji Patryka Jakiego w sprawie dwóch działek na Powiślu. Krytycy reprywatyzacji i obrońcy praw lokatorów spodziewali się, że na rozprawie w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9 może zapaść podobny werdykt. Mieli rację. Symboliczna sprawa, dotycząca nieruchomości zniszczonej podczas II wojny światowej, odbudowanej przez mieszkańców, a w 2006 r. zwróconej trojgu spadkobierców oraz „kupcowi roszczeń” Markowi M. (nabył roszczenia od kolejnych spadkobierców, za wyjątkowo niskie kwoty), kończy się triumfem tego ostatniego.
Historię nieruchomości przypomina we wpisie na Facebooku Jan Śpiewak, aktywista miejski zajmujący się nagłaśnianiem reprywatyzacyjnych patologii. – Marek Mossakowski kupił roszczenia do kamienicy na Nabielaka za 1500 złotych. Za kolejne 300 złotych kupił prawa do odszkodowania. Kamienica była zburzona w 70% w czasie wojny. Otrzymał nowiutką kamienicę na Dolnym Mokotowie decyzją Mirosława Kochalskiego w 2006 roku. Niedługo później na jego konto wpłynęło 1,9 miliona złotych tytułem „odszkodowania”. Zaczęło się czyszczenie nieruchomości. Do mieszkania, w którym mieszkała Jolanta Brzeska Mossakowski próbował się włamać za pomocą szliferki. Żądał od lokatorów pięniędzy za korzystanie z chodnika i części wspólnych. Brzeska nie chciała się wyprowadzić. W marcu 2011 roku została porwana ze swojego mieszkania i spalona żywcem w Lesie Kabackim – pisze.
Komisja weryfikacyjna cofnęła decyzję o reprywatyzacji nieruchomości przy Nabielaka 9, a córce Brzeskiej, Magdalenie, przyznała wysokie odszkodowanie. Miasto nigdy go nie wypłaciło, a decyzję komisji zaskarżyło do sądu. O sądowe rozstrzygnięcie zwrócił się również Marek M.
Sędzia Dariusz Pirogowicz, uzasadniając uchylenie decyzji komisji, stwierdził, że nie mogła ona „uchylać praw przynależnych do budynku jako takiego czy też lokalu do tego budynku należącego”. Orzekł także, że nie można zarzucać prezydentowi Warszawy, by rażąco naruszył przepisy postępowania administracyjnego przy wydawaniu decyzji o reprywatyzacji Nabielaka 9.
Sebastian Kaleta, który obecnie przewodniczy komisji weryfikacyjnej, zapowiedział, że komisja złoży skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Stwierdził, że wyrok i jego uzasadnienie „godzą w elementarne zasady państwa prawa”. – Sąd de facto zaprzeczył potrzebie oraz możliwości usuwania skutków błędnych i szkodliwych społecznie decyzji reprywatyzacyjnych – skomentował Kaleta. Jeszcze mocniej o wyroku wypowiedział się w mediach społecznościowych Jan Śpiewak. – Sąd znowu stanął po stronie skazanego prawomocnym wyrokiem kryminalisty (…) Sądy znowu stają po stronie bezprawia przeciwko interesowi publicznemu. Mamy do czynienia z rokoszem sądów administracyjnych, które łamią wyroki Trybunału Konstytucyjnego i dowolnie na korzyść handlarzy roszczeń interpretują dekret Bieruta – napisał.

Zapomniani lokatorzy

– Kiedyś wygrywałem w sądach sprawy związane z ujawnianiem afer reprywatyzacyjnych, teraz znowu zacząłem przegrywać – gorzko skonstatował, podczas spotkania w Międzynarodowym Dniu Lokatora, społecznik i aktywista Jan Śpiewak.

Niemniej gorzko brzmieli dwaj doświadczeni społecznicy i odważni obrońcy lokatorów, Piotr Ikonowicz oraz Piotr Ciszewski. Podsumowując działania Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i opowiadając o ostatnich inicjatywach Ruchu Sprawiedliwości Społecznej mieli głównie jeden najważniejszy apel: nie poddawajmy się, bo jeśli my, lokatorzy i aktywiści, złożymy broń, to największe reprywatyzacyjne koszmary powrócą. Znowu okaże się, że zwracanie „spadkobiercom” całych budynków razem z mieszkańcami jest legalne i „sprawiedliwe” – nie powstała przecież żadna ustawa ostatecznie zamykająca temat. A co nie jest zabronione…
Kto pamięta, że jeszcze rok temu sprawa lokatorska była na ustach wszystkich najważniejszych mediów? Że temat reprywatyzacji komentowali politycy z pierwszych rzędów sejmowych ław? Patryk Jaki na czele swojej komisji weryfikacyjnej miotał gromy na warszawskich urzędników, a obóz przeciwny odgryzał się, przypominając, że cały proceder nie zaczął się wraz z wyborem Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydent stolicy. Jaki spotykał się z lokatorami i zapewniał, że doczekają się sprawiedliwości za wszystkie groźby, podwyżki czynszów, „niewyjaśnione” pożary i „dziwne” awarie w budynkach. Oponent, Rafał Trzaskowski, w odpowiedzi przekonywał, że cała ta szokująca reprywatyzacyjna historia jego też, jako dobrego warszawiaka, „wkurzyła”. Wtedy jednak trwała kampania przed wyborami samorządowymi i PiS wierzył, że ponowne wystąpienie w roli obrońcy pokrzywdzonych, przywracającego społeczną sprawiedliwość, pozwoli na wygraną w Warszawie. Nie pozwoliło – lokatorzy przestali być potrzebni, komisja weryfikacyjna okazała się – jak ostrzegali wcześniej działacze lewicowi – bezsilną atrapą.
Warto przypominać sobie tę historię zawsze wtedy, gdy dominująca w Polsce prawica – i ta rządząca, i ta opozycyjna – zaczyna szczególnie nachalnie przekonywać, że chce wyciągać rękę do najbiedniejszych, naprawiać krzywdy i korygować własne błędy z okresu transformacji. Tak, PiS pewne „dobre zmiany” wprowadził, nikt mu tego nie odbiera – ale przegląd tego, co obiecał, a potem porzucił, jest wystarczającym dowodem na to, że były to tylko środki utrzymywania się przy władzy, a nie spójna i ideowa wizja poprawiania bytu zwykłych ludzi. 500+ było potrzebne jako instrument w kampanii i jako środek wzmacniania raz zdobytej popularności, więc zostało obiecane i wprowadzone. Sprawy reprywatyzacji i polityki mieszkaniowej wydawały się może ideologom PiS dobrym wyborczym taranem, ale na dłuższą metę były zbyt ryzykowne, by je naprawdę załatwić. Przy rozliczaniu reprywatyzacji mogłyby wyjść na jaw winy nie tylko Platformy. Potraktowane poważnie Mieszkanie Plus (kto jeszcze ten program pamięta?) podważyłoby wielki deweloperski biznes. A czy podważanie pozycji jakiegokolwiek biznesu to coś, na co jest gotowa jakakolwiek prawica? Zwłaszcza taka, która na czele rządu postawiła byłego prezesa banku?
Szkoda, że startująca do sejmu koalicja Lewicy zbyt nieśmiało przypomina o tym, jak wystawiono do wiatru lokatorów i zakopano pomysły budowania tanich mieszkań czynszowych (dobre chociaż to, że sami socjaldemokraci jakieś postulaty w tym zakresie wysuwają). Ta sprawa powinna być przypominana za każdym razem, gdy ktoś z liderów PiS (i nie tylko) pozuje na troskliwego ojca narodu, który podniesie płacę minimalną, a może i średnią, coś rzuci przedsiębiorcom, a i pracowników otoczy opieką. Nie warto mieć złudzeń. Prawdziwego państwa opiekuńczego z ich rąk się nie doczekamy. Na razie zostajemy z państwem, którego postawę w sprawach lokatorskich (i nie tylko) celnie podsumował dziś Piotr Ikonowicz: „Polskie sądy ustaliły dwie rzeczy. Po pierwsze, że wolno kraść, po drugie, że nie wolno ścigać złodziei”.

Będę patrzył władzy na ręce

Jestem jedynym na warszawskiej liście Lewicy kandydatem do Sejmu RP, który mam doświadczenia w pracy parlamentarnej.

Sejm RP to nie tylko twórca ustaw. I niestety w ostatnich kadencjach także wytwórnia dźwięczących pustosłowiem uchwał.
Sejm to również organ kontrolujący władzę. O czym wyborcy i parlamentarzyści zbyt często zapominają.
Jeśli zostanę wybrany do Sejmu, to wykorzystam maksymalnie posiadane przez posła uprawnienia i instrumenty do kontroli poczynań władzy.
Będzie to konieczne, bo elity PiS zniszczyły już prawie wszystkie instytucje powołane do tego.
Pod pozorem reformy sądownictwa żołnierze pana ministra i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry zdruzgotały władzę sądowniczą i służby prokuratorskie w naszym kraju. Dzisiaj nie ma w Polsce trybunałów i organów prokuratorskich, które rzetelnie i sprawnie kontrolowałyby nieograniczoną władzę elit PiS.
Z systemu kontroli rządu i elit PiS wypisał się też pan prezydent Duda, który podpisuje wszystkie, nawet te jawnie łamiące Konstytucję RP, nadsyłane mu przez PiS ustawy.
Funkcje kontrolne straciła właśnie Najwyższa Izba Kontroli po mianowaniu jej prezesem pana Mariana Banasia. Kooperującego z krakowskimi sutenerami, unikającego płacenia podatków.
Zdominowany przez PiS polski parlament przestał też kontrolować obecną władze. Parlamentarzystom PiS zakazano tego. Parlamentarzystom opozycji, marszałkowie z PiS oraz ich urzędnicy, jawnie i bezczelnie blokowali wszelkie podejmowane przez nich próby takiej kontroli. Na szczęście nie zawsze skutecznie.
Funkcji kontrolnych dodatkowo wyrzekły się publiczne media. Więcej, narodowo-katolicka TVP i Polskie Radio, stały się bezkrytycznymi tubami popierającymi wszelkie posunięcia władz. Krytykującymi jedynie opozycję i wszelkich krytyków władzy PiS.
Każda niekontrolowana władza degeneruje się.
To dobrze widać teraz w Polsce. Niekontrolowana władza PiS zamienia się w strukturę podobną do mafii. System demokracji parlamentarnej przemienia się w „republikę banasiową”.
Dlatego w przyszłym Sejmie RP bardzo potrzebni będą parlamentarzyści pragnący i potrafiący kontrolować władzę.
Jeśli oddacie na mnie swoje głosy, to będę jednym z nich.
Mam wieloletnie doświadczenia dziennikarskie, w tym osiemnaście lat pracy w tygodniku „Nie”, które predysponują mnie do kontrolowania każdej władzy. Kilkakrotnie usiłowano mnie skorumpować w czasie kiedy byłem posłem, ale nie udało im się to.
Mam wsparcie dziennika „Trybuna” i wielu innych, lewicowych mediów. Dzięki nim moje zapytania, interpelacje, interwencje i wystąpienia poselskie będą lepiej słyszalne.
Będąc posłem będę stale patrzył władzy na ręce. Mam wiedzę i doświadczenia ku temu. Nie dam się zastraszyć ani kupić.
Będę waszym posłem, nie PiS – owskich elit.

Sprawa zniszczenia pomnika Zygmunta Berlinga

Minęło już blisko półtora miesiąca minęło od zniszczenia – przez nieznanych dotąd opinii publicznej sprawców – pomnika generała Zygmunta Berlina przy Przyczółku Czerniakowskim. Tymczasem do mediów nie docierają żadne informacje o jakimkolwiek postępowaniu w tej sprawie. Jedynym nazwiskiem, które padło w przestrzeni publicznej w związku z tym wydarzeniem jest nazwisko Adama Słomki, który na tweetterze wyraził radość z powodu tego aktu wandalizmu i niedwuznacznie zasugerował, że ma jakąś wiedzę o sprawcach tego barbarzyńskiego aktu. Poza tym w ostatniej sobotniej edycji programu TVP Info „Studio Polska”, nieprzedstawiony z imienia i nazwiska uczestnik, chwaląc zburzenie pomnika, wręczył posłowi Andrzejowi Szejnie jego niewielki odłamek. W zeszłym tygodniu wybrałem się w to miejsce. Jak na ironię i zapewne ku niezadowoleniu sprawców, choć obalono samą figurę i wyrwano wmurowanego w cokół orła, nie udało się obalić samego cokołu opatrzonego imieniem, nazwiskiem i datami życia generała Berlinga. Milczenie jakie zapadło wokół tej sprawy skłoniło mnie do zwrócenia się do stołecznej policji z pytaniami, na jakim etapie są jej działania w tej sprawie.

Krzysztof Lubczyński
„Dziennik Trybuna”
ul. Rydygiera 8
01-793 Warszawa

Warszawa, dn. 12.09. 2019
Komendant Stołeczny Policji
Warszawa

W oparciu o ustawę o prawie prasowym, w nawiązaniu do aktu zniszczenia pomnika generała Zygmunta Berlinga przy Trasie Łazienkowskiej w Warszawie, dokonanego w dniu 4.08. 2019 roku, zwracam się o odpowiedź na następujące pytania:
1. Czy Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie?
2. Czy przesłuchano w tej sprawie świadków, poza jednym, przesłuchanym w dniu dokonania zniszczenia?
3. Czy komuś zostały postawione zarzuty?
4. Czy wśród przesłuchanych jest ob. Adam Słomka, autor wpisu na twitterze następującej treści: „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga zniesiony społecznie przez antykomunistów”. Treść wpisu sugeruje, że ob. Adam Słomka dysponuje wiedzą odnośnie sprawców zniszczenia.

Z poważaniem
Krzysztof Lubczyński

Niech żyje starość!

W Sejmie zadbam o poprawę losu ludzi starszych. Dlatego liczę też na głosy młodych.

Polscy politycy, zwłaszcza kandydaci na parlamentarzystów, gromko, podlizują się w czasie kampanii wyborczej młodym.
Bo młodzi ludzie to przyszłość Polski. Ale co to za przyszłość, skoro nie mają oni u nas pracy. A jeśli już pracują, to zwykle na śmieciowych umowach. Dlatego są pozbawieni opieki socjalnej państwa, szans na godziwe emerytury.
Ale – oprócz młodego prekariatu – żyje w naszym kraju też stary prekariat. Pokolenie 50+ i 60+. I ci jeszcze starsi.
Media rzadko dyskutują o ich problemach, bo nie są one tak modne jak te młodej generacji. Pewnie dlatego i kandydaci do parlamentu rzadko o problemach starszych ludzi wspominają. Zwłaszcza, że starsi ludzie nie demonstrują na ulicach w obronie swych praw, nie grożą, że z Polski wyemigrują, bo najczęstszym kierunkiem ich emigracji są cmentarze.
„Popierajcie władzę czynem – umierajcie przed terminem”, stare porzekadło znowu jest aktualne.
Najstarsi ze starzejących się mieszkańców Polski bywają szczęściarzami, jeśli zdążyli załapać się na emerytury przed wydłużeniem wieku emerytalnego przez koalicję PO-PSL. Gorzej mają pokolenia 50+ i 60+. Nawet po obniżce progów uprawniających do emerytur.
To nader często są ludzie, którzy nie pracują już etatowo. Nie dlatego, że nie chcą, lub nie potrafią.
Są bez umów o pracę, bo zlikwidowano im zakłady pracy albo ich stanowiska. Albo zwolniono ich w czasie „optymalizacji” stanowisk pracy. Czasem aby dać pracę młodszym, czyli tańszym.
Innych zmuszono do rezygnacji z etatu i zarejestrowania jednoosobowej działalności gospodarczej. Czyli do zarabiania na śmieciowych umowach.
Podwyższając automatycznie wiek emerytalny zmuszono ich do wyczekiwania, często do wegetacji, bo bez świadczeń społecznych, aż doczekają należnej im emerytury. O niegwarantowanej już wysokości. Chociaż przez dziesiątki lat systematycznie na nią składki swe odprowadzali.
Obecnie rządzący PiS wiele mówi o potrzebie zatrudniania młodych i ułatwiania im startu. Słodzi im przeróżnymi, „elastycznymi” formami umów o pracę.
Koalicja „Lewica” chce wprowadzić takie „elastyczne” formy umów o pracę także dla seniorów. Także dla emerytów. Jeśli zdrowie im dopisuje, będą mogli dalej pracować w mniejszym wymiarze czasowym i bez uszczuplania wypracowanych przez nich emerytur.
Proponuje wypłacanie emerytur bez podatku. A także prawo do dziedziczenia emerytur przez małżonków bez żadnych ograniczeń.
Ludzi starszych rządzący PiS traktują jak już umarłych. Im nie proponuje się „elastycznych” umów, albo systemu świadczeń przedemerytalnych. Aby kupić ich głosy, daje im się trzynastą emeryturę – taki zasiłek przedpogrzebowy.
A umrzeć w IV Rzeczpospolitej coraz łatwiej. To potwierdzają już statystyki. Najłatwiej umrzeć w kolejkach do służby zdrowia. W Polsce brakuje nie tylko lekarzy geriatrów, brakuje już lekarzy wszystkich specjalności. Choć z roku na rok społeczeństwo polskie starzeje się. Czyli rosną potrzeby na usługi lekarskie.
Koalicja „Lewica” obiecuje w swym programie zlikwidowanie kolejek do lekarzy rodzinnych i radykalne skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów. Wszystkie leki zapisywane na recepty będą kosztować maksymalnie 5 złotych.
W ciągu czterech lat zwiększymy liczbę lekarzy o 50 tysięcy. Dzięki zwiększeniu miejsc na wyższych uczelniach o połowę, migracji zarobkowej zagranicznych lekarzy i usunięciu barier biurokratycznych utrudniających specjalizację młodych lekarzy.
Do 2020 roku koalicja „Lewica” przeznaczy na publiczną ochronę zdrowia 6,8 PKB.
Podczas debat o wzroście demograficznym nie wspomina się o roli seniorów. O babciach i dziadkach. A przecież bez ich pomocy wiele matek i ojców nie zdecydowałoby się na posiadanie dzieci.
To seniorzy nadal uzupełniają deficyty żłobków i przedszkoli. To oni gwarantują bezpieczeństwo dzieci z początkowych klas podstawówek. Skoro mamy już urlopy tacierzyńskie i macierzyńskie, czemu nie możemy mieć świadczeń babcierzyńskich i dziadkorzyńskich?
Polscy seniorzy żyją skromnie, często biednie. Choć nie wszyscy. Wiedzą o tym gangi okradające seniorów metodami „na wnuczka”, „na pielgrzymkę” i sprzedaż „cudownych garnków”, a także „banksterzy” wciskający im długoletnie, złodziejskie polisy. Polskich seniorów łatwo jest w naszym kraju oszukać, bo rzadko są o takich zagrożeniach wystarczająco informowani. Prawo konsumenckie też ich wystarczająco nie chroni przed szalbierzami w garniturach i sutannach.
Trudno im się też uchronić przed zapiekłymi polskimi prawicowcami. Ci pod pretekstem „polityki historycznej” opluwają ich życie i dorobek zawodowy. Dekomunizują im ich młodość, plują na groby, burzą pomniki. Zakłamują historię.
Haniebnie i bezprawnie polscy prawicowi politycy obniżyli byłym pracownikom służb specjalnych i mundurowych należne im emerytury. Zaczęła czynić to koalicja PO-PSL, dokończyło PiS. PiS dodatkowo planuje wielką obniżkę emerytur wszystkich mundurowych, którzy służyli Ojczyźnie w czasie Polski Ludowej. Tylko dlatego, że oni Polski Ludowej nie uznają za swoją Ojczyznę.
Jeśli zostanę posłem, zrobię wszystko by zahamować te haniebne praktyki.
Starsi ludzie zbyt często są w Polsce samotni. Za mało jest uniwersytetów III wieku, klubów seniora, domów dziennej opieki, stowarzyszeń senioralnych.
A przecież starość to też radość. Radość z dalej wykonywanej pracy, nawet w niepełnym wymiarze. Radość z życia rodzinnego, z aktywnego wypoczynku.
Starość nie musi być w Polsce samotnością. Może być wspólnym ukoronowaniem życia.
Dlatego jako przyszły poseł Sejmu RP będę dbał o rozwiązywanie problemów ludzi starszych. O stworzenie systemu gwarantującego im – czyli nam – maksimum godnej i radosnej starości.
Starość może być piękna. Starość może być radosna.

PS. Tworząc taki program liczę też na liczne głosy ludzi młodych. Ani się nie obejrzą, a już starszymi zostaną.

Komedia serio

Sezon 2018/2019 w stolicy (IV)

Mimo poważnych tonów w repertuarze warszawskich teatrów dramatycznych (zwłaszcza publicznych) nie zapominał teatr o rozrywce. Była to jednak przede wszystkim komedia serio.

Umocnił się teatr muzyczny – wiele radości przyniosły spektakle Syreny, gdzie z entuzjastycznym przyjęciem spotkał się nie tylko sławny musical „Rodzina Addamsów” Marshalla Brockmana i Ricka Elice’a z muzyką Andrew Lippa, ale także trudniejszy w odbiorze, bo poświęcony cierpieniom towarzyszącym chorobie dwubiegunowej kameralny musical „next to normal” Toma Kitta (muzyka) i Briana Yorkey (libretto). Oba kipiące energią spektakle wyreżyserował Jacek Mikołajczyk (również autor spolszczenia libretta), dyrektor teatru wyrastającego na prężną scenę musicalową.
Wielkim osiągnięciem był „Śpiewak jazzbandu”,
autorski musical Wojciecha Kościelniaka,
zaprezentowany przez Teatr Żydowski na deskach scenicznych Klubu Garnizonowego. Tą premierą o zderzeniu starego i nowego, tradycji z nowoczesnością Kościelniak potwierdził swoją pozycję na polskiej scenie muzycznej – jedyny w historii laureat Nagrody Boya za spektakle muzyczne (ze szczególnym uwzględnieniem adaptacji klasyki literackiej) dał tym razem ekscytującą opowieść osnutą na motywach sztuki Samsona Raphaelsona i legendarnego pierwszego filmu dźwiękowego w historii kina „The Jazz Singer”. Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego.
Obraz komedii muzycznych na warszawskich scenach podbarwił humorem zmieszanym z nostalgią nader zabawny, a przy tym aktorsko wyrafinowany „Żołnierz Królowej Madagaskaru” Juliana Tuwima w opracowaniu i reżyserii Krzysztofa Jasińskiego (Polski) z brawurowym duetem Zbigniewa Zamachowskiego (Mazurkiewicz) i Lidii Sadowej (Sabina). „Dla samej sceny niewydarzonych, a rozkosznych amorów Mazurkiewicza i Sabiny warto wydać wszystkie pieniądze na bilet” – pisałem po premierze.
W stronę teatru musicalowego zmierzał Kabaret Pożar w Burdelu, który przezwycięża najwyraźniej trudności. Dowodzą tego dwie premiery podpisane przez Michała Walczaka (scenariusz i reżyseria) na scenie Malej Warszawy (dawna Fabryka Trzciny na Pradze): „Żelazne Waginy 2. Cześć i chwała bohaterkom” i „Herosi transformacji. Ostateczne starcie”.
Komediami stały
sceny impresaryjne i niepubliczne,
na czele z teatrami Fundacji Krystyny Jandy – w Och-teatrze m.in. premiera „8 kobiet” Roberta Thomasa (reżyseria Adam Sajnuk) z lekkim nalotem pastiszu w stylu Agaty Christie, a w Polonii nawiązująca do Czechowa komedia „Wania, Sonia i Masza” Christophera Duranga (reż. Maciej Kowalewski). Co cenne, w obu teatrach pojawiały się także ambitniejsze tytuły: „Krzesła” Eugène Ionesco (reż. Piotr Cieplak), klasyka teatru absurdu, czy „Osy” Iwana Wyrypajewa w reżysera autora. Zwłaszcza ta ostatnia komedia beniaminka warszawskiej publiczności zyskała szeroki rezonans. Toczy się w niej osobliwe śledztwo wokół zagadki, z kim się spotkała Helene (Magdalena Boczarska) w ubiegły poniedziałek, które prowadzą jej mąż Mark (Marcin Dorociński) i ich przyjaciel Joseph (Dariusz Chojnacki). Ale to jedynie parawan, za którym kryje się znacznie poważniejsze pytanie: na czym polega wolność? Tę poważną debatę o potrzebie transcendencji, której mógłby widz w teatrze nie znieść, autor ukrywa pod formą intrygującej formy przekazu. Jej esencją jest muzyczność, refreniczność, operowanie rodzajem słownego tańca, czasem przypominającego natarczywość katarynki. Z tym spektaklem dialoguje na scenie Polonii „Boże mój” (reż. Andrzej Seweryn), sprawnie napisana i zadomowiona na polskich scenach komedia izraelskiej autorki Anat Gov (1953-2012). Pomysł, aby posadzić pana B. na kozetce u terapeutki, okazał się inteligentnym obramowaniem pytań o relacje człowieka i Boga, bo do końca nie wiadomo, kto tu jest pacjentem.
O edukacji rozumianej jako
rygor wychowawczy
traktuje Stowarzyszenie umarłych poetów Toma Schulmana (Och-teatr, reż. Piotr Ratajczak), tragikomedia ukazująca zderzenie dwóch modeli wychowawczych, które reprezentują tutaj trzymający się starych reguł dyrektor szkoły Nolan (Mirosław Kropielnicki) i nowoczesny nauczyciel Keating (mocna rola Wojciecha Malajkata). Jeden chce wdrażać do posłuszeństwa, drugi do nonkonformizmu i samodzielności. Nie da się tego pogodzić.
W spektaklu Piotra Ratajczaka chodzi także o pochwałę buntu, zachętę do walki z reżimem, o postawę – tutaj zresztą pomocniczo wzmocnioną cytatem z Witolda Gombrowicza: „Nie lawiruj, płyń prosto pod wiatr”. Kiedy uczniowie buntują się przeciw drylowi (poza jednym lizusem) sala im sekunduje. Spektakl trafia więc w nastrój czasu: niezgody na świat, który nie spełnia oczekiwań. Keatling roznosi wirus buntu, który nie pozwala na trwanie w przyziemnym oportunizmie.
Do komediowych plusów sezonu
doliczyć trzeba „Wykrywacza kłamstw” Wasilija Sigariewa (reż. Robert Talarczyk) w Capitolu, wystawionego na jubileusz tego teatru i 35. rocznicę scenicznego debiutu Anny Gornostaj (świetna rola komediowa Olafa Lubaszenki), rzecz nie tylko o porachunkach małżeńskich, ale także rozliczeniach z historią. Podobały się bezpretensjonalne komedie prezentowane na scenie IMKA: „Czworo do poprawki” Cezarego Harasimowicza (reż. Agnieszka Baranowska) z brawurową rolą Katarzyny Herman czy „Mała rzecz a cieszy” Liz Lochhead (reż. Piotr Jędrzejas). Niespodziankę sprawił Sylwester Biraga, wystawiając w offowej Drugiej Strefie sztukę Antona Burge’a „Bette & Joan”, która odsłania kulisy jednego dnia z życia gwiazd na planie filmu Boba Aldricha „Co się zdarzyło Baby Jane”. Marzena Trybała i Halina Chrobak stworzyły w niej tchnące prawdą portrety niegdysiejszych ikon amerykańskiego kina.
Swoje robił Klub Komediowy – pojawił się w nim zabawny monodram Agnieszki Przepiórskiej „Kocham Bałtyk” na podstawie tekstu Zośki Papużanki. Była to zarazem inauguracja Teatru Furiosa Agnieszki Przepiórskiej. Warto odnotować, że wciąż pojawiają się nowe próby tworzenia autorskich scen albo nawet centrów kultury – tak się stało na Pradze, gdzie na Radzymińskiej Małgorzata Duda z mężem Krzysztofem Kozerą, artystą plastykiem powołali do istnienia w starej kamienicy klimatyczny Teatr OFFiCYNA, na inaugurację wybierając „Dzieło sztuki” Antoniego Czechowa (reż. Żanna Gierasimowa).
Sezon teatralny obfitował
w spektakularne wydarzenia,
wśród których dominowały czytania nowych dramatów i otwarcie sceny debiutów w Teatrze WarSawa (udane realizacje „Śmiesznych miłości” na motywach książki Milana Kundery, reżyseria i scenariusz Adam Sajnuk i „Na zachodzie bez zmian” wg Ericha Marii Remarque, scenariusz i reżyseria Karolina Kirsz); debaty w Polskim czy Powszechnym; projekcje filmowe i działania warsztatowe (TR Warszawa, Nowy); plenerowy spektakl opery „Madama Butterfly” Giacomo Pucciniego na placu Defilad (reż.. Natalia Korczakowska, 4 tysiące widzów); konkursy, m.in. dramaturgiczny na sztukę z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości (Polski). Obsypana nagrodami została Krystyna Janda za „Zapiski z wygnania” (m.in. Nagroda Boya i Gustaw).
Szczególny charakter miały też jubileusze – w tym jubileusze spektakli – „Duszyczka” Tadeusza Różewicza (adaptacja sceniczna, reżyseria, scenografia – Jerzy Grzegorzewski, kostiumy Barbara Hanicka, muzyka Stanisław Radwan, światło Mirosław Poznański, realizacja fresków Robert Sarlej, prapremiera w Teatrze Narodowym, pod Wierzbową, 30 stycznia 2004 roku) zagrana została po raz dwusetny w 15 lat po premierze. Godne to szacunku kultywowanie dzieła wielkiego reżysera, zwłaszcza że przedstawienie mimo upływu lat, grane w tej samej obsadzie, zachowało świeżość i poetycką siłę.
Prawdziwą satysfakcję z bardzo długiego utrzymywania tytułu w repertuarze mogą odczuwać tylko nieliczne zespoły: TR Warszawa (Uroczystość Thomasa Vintenberga i Mogensa Rukova, reż. Grzegorz Jarzyna, premiera 5 czerwca 2001) czy Ateneum (Kolacja dla głupca Francisa Webera, reż. Wojciech Adamczyk, premiera 11 maja 2001 – spektakl zbliża się do tysięcznego wykonania, a spróbujcie dostać bilet!).
Życie teatralne wzbogacały liczne festiwale na czele z WST. Trwał permanentnie niedofinansowany przez władze festiwal sztuki mimu – a mimo to w tym roku dał zachwycającą warszawską replikę Once, legendarnego spektaklu Teatru Derevo w reżyserii Antona Adasynkiego. Niespodzianki przyniosła kolejne edycja Nowych Epifanii – powodem był rzeszowski spektakl Teatru Maska Pawła Passiniego, którego premierze próbował zapobiec prezydent miasta. Po raz ostatni bodaj odbył się festiwal Teatroteka – prezentowane na nim spektakle, nagrane przez WFDiF, nie mogą doczekać się premiery na antenie telewizji publicznej.

Magiczny Pekin w Warszawie

Rośnie obopólne zainteresowanie, w stolicy Państwa Środka jest coraz więcej turystów z Warszawy, u nas coraz częściej słychać język chiński.

Do naszej stolicy przyjechała stolica Chin. W Warszawie 26 sierpnia odbyła się impreza promocyjna pod hasłem „Magiczny Pekin”. Jest to reakcja na rozwijające się relacje pomiędzy dwoma miastami, nie tylko gospodarcze.
Szybko rośnie liczba naszych turystów w Pekinie – i odwrotnie. Ta tendencja będzie się nasilać, choćby dlatego, że Pekin to miasto Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 r. (hasło na Olimpiadę 2022 głosi: „Radosne spotkanie na czystym lodzie i śniegu”).

Poznawanie partnera

W trakcie wielogodzinnej, otwartej dla wszystkich akcji promocyjnej, goście (a było ich wielu bo impreza odbywała się w dużym centrum handlowym Blue City) mieli okazję obejrzeć niebanalną wystawę fotografii, która składała się z ponad 40 zdjęć, portretujących stolicę Chin w jej czterech aspektach: historia, nowoczesność, kultura i życie codzienne.
Można było także zwiedzać Pekin za pomocą okularów pokazujących wirtualną rzeczywistość (technologia VR). Na scenie zaprezentowano pokazy tańców chińskich oraz sztuk walki. Do odwiedzin zachęcały też specjalnie przygotowane stoiska, gdzie można było poznać kulturę parzenia herbaty (od Chińczyków, wiele wieków później, przyjęli ją Japończycy), przywdziać chińskie stroje i zrobić sobie zdjęcia, czy też samemu stworzyć orientalną operową maskę.
Podczas imprezy swoje oferty przedstawiły linie lotnicze Air China i PLL LOT (od października wzrośnie liczba bezpośrednich połączeń) oraz Konsorcjum Polskich Biur Podróży. Pracownicy Chińskiego Centrum Wizowego przybliżali zainteresowanym możliwości uzyskania wizy do Państwa Środka (w sprawniejszej niż dotychczas formule). Znana blogerka Aleksandra Świstow, „Pojechana”, autorka książki „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin”, opowiadała o Pekinie. Był też czas na konkursy z nagrodami.

Mocniejsze więzi

W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele Miejskiego Biura Kultury i Turystyki w Pekinie, Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej oraz ambasady Chin. Z okazji imprezy „Magiczny Pekin” w Warszawie gościła też Wan Yue, wicedyrektorka Miejskiego Biura Kultury i Turystyki Pekinu (w randze wiceministra).
Pani Wan Yue powiedziała między innymi: – Celem władz Pekinu jest upraszczanie i skracanie procedury wizowej oraz pomaganie Polakom pragnącym przyjechać do stolicy Państwa Środka. Takie wydarzenia jak „Magiczny Pekin” to zdaniem władz chińskiej stolicy szansa na pogłębienie obustronnego zrozumienia, zacieśnienie przyjaźni pomiędzy Warszawą a Pekinem oraz tworzenie nowych możliwości wspólnego rozwoju.
Pani Wan Yue oraz wicedyrektorka Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej Iwona Majewska poinformowały o oficjalnym nawiązaniu współpracy między organizacjami z obu miast dla rozwoju turystyki. Iwona Majewska zwróciła uwagę na zainteresowanie turystów z Chin ofertą prezentowaną przez region Mazowsze, szczególnie związaną z postacią Fryderyka Chopina, a także warsztatami artystycznymi odbywającymi się w zespole pieśni i tańca „Mazowsze”.

Głos lewicy

Pamięć tak, propaganda nie

Tymoteusz Kochan komentuje na 1 sierpnia:
Powstanie Warszawskie to przede wszystkim hekatomba i straszna masakra ludności cywilnej. Na 200 tys. zabitych cywilów ginie 10 tys. powstańców. Nie była to ani decyzja demokratyczna, ani podjęta przy jakimkolwiek współudziale ludności cywilnej. Współcześnie porównywalne do tego byłyby chyba tylko wydarzenia np. w Syrii lub Iraku, gdzie zdarzało się, że kilkutysięczne oddziały Państwa Islamskiego brały często za zakładników całe, wielkie miasta…
Powstanie było militarną i strategiczną klęską.
Wykrwawiło stolicę, decyzja o jego organizacji była błędem, a w stosunku do samego miasta po prostu zbrodnią. Dziś Andrzej Duda powtarza znane kłamstwa, że dzięki temu Polska nie była Republiką Radziecką tylko Polską Rzeczpospolitą Ludową (choć z reguły prawica nie widzi przecież żadnej różnicy!)…
Tak naprawdę decyzje o tym zapadały już w 1943 roku, a decydujący wpływ miały na to: rozwiązanie polskiej partii komunistycznej, zawiązanie polskiego wojska i Armii Ludowej, czy starania polskich komunistów i socjalistów. Czechosłowacja np. nie miała masakry powstańczej i jakoś też nie stała się Republiką Radziecką…
Wszystkim należy się pamięć. Również Powstańcom, którzy najczęściej nie mieli żadnego wyboru… Ale propaganda sukcesu uprawiana na tej przerażającej masakrze, którą trudno nawet nazwać walką, to coś, czego prawica powinna się tylko wstydzić.

Nie estetyzujmy wojny

Na ten sam temat wypowiedział się Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca:
Nie znoszę estetyzacji wojny. Za dużo osób rzeczywiście na niej cierpiało, nie dawało rady, robiło rzeczy, których robić nigdy nie planowało. Np. zabijało. Bo nie było innego wyjścia. Wyobrażam sobie, że po latach życia w strachu mogli odczuwać radość idąc do walki. Wyobrażam sobie, że z różnych powodów zachowali z tamtego okresu jakieś piękne wspomnienia. Przeżyli rzeź, a takie traumatyczne doświadczenie potrafi przestawić wajchę życia. Przeżyli, więc wybrali radość życia, to normalne, inaczej popełniliby samobójstwo, jak wielu innych.
Kochajmy ich, słuchajmy, póki możemy. Ale nie estetyzujmy wojny, nie róbmy o niej komiksów, gier, nie twórzmy wzorców zachowań, którymi mieliby się kierować ludzie, którzy mają szczęście żyć w czasach pokoju. Nie róbmy tego szczególnie dzieciom. Jest tyle pięknych historii, którymi można je uraczyć.

Na dywaniku prezesa z dumnie podniesioną głową

Tymczasem dziennikarz Piotr Jastrzębski relacjonuje, jak wygląda 1 sierpnia w mediach:
Oglądam tvn24, najpierw Tomasz Wołek, który stał się nagle obrońcą demokracji, a ja chciałbym zadać mu tylko jedno pytanie: jak smakowała mu herbatka u Pinocheta, gdy razem z innym obrońcą demokracji Michałem Kamińskim pojechali zawieźć mu ryngraf. A teraz Duda dziękuje między innymi aliantom, którzy podobno tak bardzo wsparli powstańców. Aha, mówił jeszcze, że Polacy to dumny naród który ma zawsze podniesioną głowę. Wyobraziłem go sobie na dywaniku prezesa z tą dumnie podniesioną głową.