Zapomniani lokatorzy

– Kiedyś wygrywałem w sądach sprawy związane z ujawnianiem afer reprywatyzacyjnych, teraz znowu zacząłem przegrywać – gorzko skonstatował, podczas spotkania w Międzynarodowym Dniu Lokatora, społecznik i aktywista Jan Śpiewak.

Niemniej gorzko brzmieli dwaj doświadczeni społecznicy i odważni obrońcy lokatorów, Piotr Ikonowicz oraz Piotr Ciszewski. Podsumowując działania Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i opowiadając o ostatnich inicjatywach Ruchu Sprawiedliwości Społecznej mieli głównie jeden najważniejszy apel: nie poddawajmy się, bo jeśli my, lokatorzy i aktywiści, złożymy broń, to największe reprywatyzacyjne koszmary powrócą. Znowu okaże się, że zwracanie „spadkobiercom” całych budynków razem z mieszkańcami jest legalne i „sprawiedliwe” – nie powstała przecież żadna ustawa ostatecznie zamykająca temat. A co nie jest zabronione…
Kto pamięta, że jeszcze rok temu sprawa lokatorska była na ustach wszystkich najważniejszych mediów? Że temat reprywatyzacji komentowali politycy z pierwszych rzędów sejmowych ław? Patryk Jaki na czele swojej komisji weryfikacyjnej miotał gromy na warszawskich urzędników, a obóz przeciwny odgryzał się, przypominając, że cały proceder nie zaczął się wraz z wyborem Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydent stolicy. Jaki spotykał się z lokatorami i zapewniał, że doczekają się sprawiedliwości za wszystkie groźby, podwyżki czynszów, „niewyjaśnione” pożary i „dziwne” awarie w budynkach. Oponent, Rafał Trzaskowski, w odpowiedzi przekonywał, że cała ta szokująca reprywatyzacyjna historia jego też, jako dobrego warszawiaka, „wkurzyła”. Wtedy jednak trwała kampania przed wyborami samorządowymi i PiS wierzył, że ponowne wystąpienie w roli obrońcy pokrzywdzonych, przywracającego społeczną sprawiedliwość, pozwoli na wygraną w Warszawie. Nie pozwoliło – lokatorzy przestali być potrzebni, komisja weryfikacyjna okazała się – jak ostrzegali wcześniej działacze lewicowi – bezsilną atrapą.
Warto przypominać sobie tę historię zawsze wtedy, gdy dominująca w Polsce prawica – i ta rządząca, i ta opozycyjna – zaczyna szczególnie nachalnie przekonywać, że chce wyciągać rękę do najbiedniejszych, naprawiać krzywdy i korygować własne błędy z okresu transformacji. Tak, PiS pewne „dobre zmiany” wprowadził, nikt mu tego nie odbiera – ale przegląd tego, co obiecał, a potem porzucił, jest wystarczającym dowodem na to, że były to tylko środki utrzymywania się przy władzy, a nie spójna i ideowa wizja poprawiania bytu zwykłych ludzi. 500+ było potrzebne jako instrument w kampanii i jako środek wzmacniania raz zdobytej popularności, więc zostało obiecane i wprowadzone. Sprawy reprywatyzacji i polityki mieszkaniowej wydawały się może ideologom PiS dobrym wyborczym taranem, ale na dłuższą metę były zbyt ryzykowne, by je naprawdę załatwić. Przy rozliczaniu reprywatyzacji mogłyby wyjść na jaw winy nie tylko Platformy. Potraktowane poważnie Mieszkanie Plus (kto jeszcze ten program pamięta?) podważyłoby wielki deweloperski biznes. A czy podważanie pozycji jakiegokolwiek biznesu to coś, na co jest gotowa jakakolwiek prawica? Zwłaszcza taka, która na czele rządu postawiła byłego prezesa banku?
Szkoda, że startująca do sejmu koalicja Lewicy zbyt nieśmiało przypomina o tym, jak wystawiono do wiatru lokatorów i zakopano pomysły budowania tanich mieszkań czynszowych (dobre chociaż to, że sami socjaldemokraci jakieś postulaty w tym zakresie wysuwają). Ta sprawa powinna być przypominana za każdym razem, gdy ktoś z liderów PiS (i nie tylko) pozuje na troskliwego ojca narodu, który podniesie płacę minimalną, a może i średnią, coś rzuci przedsiębiorcom, a i pracowników otoczy opieką. Nie warto mieć złudzeń. Prawdziwego państwa opiekuńczego z ich rąk się nie doczekamy. Na razie zostajemy z państwem, którego postawę w sprawach lokatorskich (i nie tylko) celnie podsumował dziś Piotr Ikonowicz: „Polskie sądy ustaliły dwie rzeczy. Po pierwsze, że wolno kraść, po drugie, że nie wolno ścigać złodziei”.

Będę patrzył władzy na ręce

Jestem jedynym na warszawskiej liście Lewicy kandydatem do Sejmu RP, który mam doświadczenia w pracy parlamentarnej.

Sejm RP to nie tylko twórca ustaw. I niestety w ostatnich kadencjach także wytwórnia dźwięczących pustosłowiem uchwał.
Sejm to również organ kontrolujący władzę. O czym wyborcy i parlamentarzyści zbyt często zapominają.
Jeśli zostanę wybrany do Sejmu, to wykorzystam maksymalnie posiadane przez posła uprawnienia i instrumenty do kontroli poczynań władzy.
Będzie to konieczne, bo elity PiS zniszczyły już prawie wszystkie instytucje powołane do tego.
Pod pozorem reformy sądownictwa żołnierze pana ministra i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry zdruzgotały władzę sądowniczą i służby prokuratorskie w naszym kraju. Dzisiaj nie ma w Polsce trybunałów i organów prokuratorskich, które rzetelnie i sprawnie kontrolowałyby nieograniczoną władzę elit PiS.
Z systemu kontroli rządu i elit PiS wypisał się też pan prezydent Duda, który podpisuje wszystkie, nawet te jawnie łamiące Konstytucję RP, nadsyłane mu przez PiS ustawy.
Funkcje kontrolne straciła właśnie Najwyższa Izba Kontroli po mianowaniu jej prezesem pana Mariana Banasia. Kooperującego z krakowskimi sutenerami, unikającego płacenia podatków.
Zdominowany przez PiS polski parlament przestał też kontrolować obecną władze. Parlamentarzystom PiS zakazano tego. Parlamentarzystom opozycji, marszałkowie z PiS oraz ich urzędnicy, jawnie i bezczelnie blokowali wszelkie podejmowane przez nich próby takiej kontroli. Na szczęście nie zawsze skutecznie.
Funkcji kontrolnych dodatkowo wyrzekły się publiczne media. Więcej, narodowo-katolicka TVP i Polskie Radio, stały się bezkrytycznymi tubami popierającymi wszelkie posunięcia władz. Krytykującymi jedynie opozycję i wszelkich krytyków władzy PiS.
Każda niekontrolowana władza degeneruje się.
To dobrze widać teraz w Polsce. Niekontrolowana władza PiS zamienia się w strukturę podobną do mafii. System demokracji parlamentarnej przemienia się w „republikę banasiową”.
Dlatego w przyszłym Sejmie RP bardzo potrzebni będą parlamentarzyści pragnący i potrafiący kontrolować władzę.
Jeśli oddacie na mnie swoje głosy, to będę jednym z nich.
Mam wieloletnie doświadczenia dziennikarskie, w tym osiemnaście lat pracy w tygodniku „Nie”, które predysponują mnie do kontrolowania każdej władzy. Kilkakrotnie usiłowano mnie skorumpować w czasie kiedy byłem posłem, ale nie udało im się to.
Mam wsparcie dziennika „Trybuna” i wielu innych, lewicowych mediów. Dzięki nim moje zapytania, interpelacje, interwencje i wystąpienia poselskie będą lepiej słyszalne.
Będąc posłem będę stale patrzył władzy na ręce. Mam wiedzę i doświadczenia ku temu. Nie dam się zastraszyć ani kupić.
Będę waszym posłem, nie PiS – owskich elit.

Sprawa zniszczenia pomnika Zygmunta Berlinga

Minęło już blisko półtora miesiąca minęło od zniszczenia – przez nieznanych dotąd opinii publicznej sprawców – pomnika generała Zygmunta Berlina przy Przyczółku Czerniakowskim. Tymczasem do mediów nie docierają żadne informacje o jakimkolwiek postępowaniu w tej sprawie. Jedynym nazwiskiem, które padło w przestrzeni publicznej w związku z tym wydarzeniem jest nazwisko Adama Słomki, który na tweetterze wyraził radość z powodu tego aktu wandalizmu i niedwuznacznie zasugerował, że ma jakąś wiedzę o sprawcach tego barbarzyńskiego aktu. Poza tym w ostatniej sobotniej edycji programu TVP Info „Studio Polska”, nieprzedstawiony z imienia i nazwiska uczestnik, chwaląc zburzenie pomnika, wręczył posłowi Andrzejowi Szejnie jego niewielki odłamek. W zeszłym tygodniu wybrałem się w to miejsce. Jak na ironię i zapewne ku niezadowoleniu sprawców, choć obalono samą figurę i wyrwano wmurowanego w cokół orła, nie udało się obalić samego cokołu opatrzonego imieniem, nazwiskiem i datami życia generała Berlinga. Milczenie jakie zapadło wokół tej sprawy skłoniło mnie do zwrócenia się do stołecznej policji z pytaniami, na jakim etapie są jej działania w tej sprawie.

Krzysztof Lubczyński
„Dziennik Trybuna”
ul. Rydygiera 8
01-793 Warszawa

Warszawa, dn. 12.09. 2019
Komendant Stołeczny Policji
Warszawa

W oparciu o ustawę o prawie prasowym, w nawiązaniu do aktu zniszczenia pomnika generała Zygmunta Berlinga przy Trasie Łazienkowskiej w Warszawie, dokonanego w dniu 4.08. 2019 roku, zwracam się o odpowiedź na następujące pytania:
1. Czy Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie?
2. Czy przesłuchano w tej sprawie świadków, poza jednym, przesłuchanym w dniu dokonania zniszczenia?
3. Czy komuś zostały postawione zarzuty?
4. Czy wśród przesłuchanych jest ob. Adam Słomka, autor wpisu na twitterze następującej treści: „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga zniesiony społecznie przez antykomunistów”. Treść wpisu sugeruje, że ob. Adam Słomka dysponuje wiedzą odnośnie sprawców zniszczenia.

Z poważaniem
Krzysztof Lubczyński

Niech żyje starość!

W Sejmie zadbam o poprawę losu ludzi starszych. Dlatego liczę też na głosy młodych.

Polscy politycy, zwłaszcza kandydaci na parlamentarzystów, gromko, podlizują się w czasie kampanii wyborczej młodym.
Bo młodzi ludzie to przyszłość Polski. Ale co to za przyszłość, skoro nie mają oni u nas pracy. A jeśli już pracują, to zwykle na śmieciowych umowach. Dlatego są pozbawieni opieki socjalnej państwa, szans na godziwe emerytury.
Ale – oprócz młodego prekariatu – żyje w naszym kraju też stary prekariat. Pokolenie 50+ i 60+. I ci jeszcze starsi.
Media rzadko dyskutują o ich problemach, bo nie są one tak modne jak te młodej generacji. Pewnie dlatego i kandydaci do parlamentu rzadko o problemach starszych ludzi wspominają. Zwłaszcza, że starsi ludzie nie demonstrują na ulicach w obronie swych praw, nie grożą, że z Polski wyemigrują, bo najczęstszym kierunkiem ich emigracji są cmentarze.
„Popierajcie władzę czynem – umierajcie przed terminem”, stare porzekadło znowu jest aktualne.
Najstarsi ze starzejących się mieszkańców Polski bywają szczęściarzami, jeśli zdążyli załapać się na emerytury przed wydłużeniem wieku emerytalnego przez koalicję PO-PSL. Gorzej mają pokolenia 50+ i 60+. Nawet po obniżce progów uprawniających do emerytur.
To nader często są ludzie, którzy nie pracują już etatowo. Nie dlatego, że nie chcą, lub nie potrafią.
Są bez umów o pracę, bo zlikwidowano im zakłady pracy albo ich stanowiska. Albo zwolniono ich w czasie „optymalizacji” stanowisk pracy. Czasem aby dać pracę młodszym, czyli tańszym.
Innych zmuszono do rezygnacji z etatu i zarejestrowania jednoosobowej działalności gospodarczej. Czyli do zarabiania na śmieciowych umowach.
Podwyższając automatycznie wiek emerytalny zmuszono ich do wyczekiwania, często do wegetacji, bo bez świadczeń społecznych, aż doczekają należnej im emerytury. O niegwarantowanej już wysokości. Chociaż przez dziesiątki lat systematycznie na nią składki swe odprowadzali.
Obecnie rządzący PiS wiele mówi o potrzebie zatrudniania młodych i ułatwiania im startu. Słodzi im przeróżnymi, „elastycznymi” formami umów o pracę.
Koalicja „Lewica” chce wprowadzić takie „elastyczne” formy umów o pracę także dla seniorów. Także dla emerytów. Jeśli zdrowie im dopisuje, będą mogli dalej pracować w mniejszym wymiarze czasowym i bez uszczuplania wypracowanych przez nich emerytur.
Proponuje wypłacanie emerytur bez podatku. A także prawo do dziedziczenia emerytur przez małżonków bez żadnych ograniczeń.
Ludzi starszych rządzący PiS traktują jak już umarłych. Im nie proponuje się „elastycznych” umów, albo systemu świadczeń przedemerytalnych. Aby kupić ich głosy, daje im się trzynastą emeryturę – taki zasiłek przedpogrzebowy.
A umrzeć w IV Rzeczpospolitej coraz łatwiej. To potwierdzają już statystyki. Najłatwiej umrzeć w kolejkach do służby zdrowia. W Polsce brakuje nie tylko lekarzy geriatrów, brakuje już lekarzy wszystkich specjalności. Choć z roku na rok społeczeństwo polskie starzeje się. Czyli rosną potrzeby na usługi lekarskie.
Koalicja „Lewica” obiecuje w swym programie zlikwidowanie kolejek do lekarzy rodzinnych i radykalne skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów. Wszystkie leki zapisywane na recepty będą kosztować maksymalnie 5 złotych.
W ciągu czterech lat zwiększymy liczbę lekarzy o 50 tysięcy. Dzięki zwiększeniu miejsc na wyższych uczelniach o połowę, migracji zarobkowej zagranicznych lekarzy i usunięciu barier biurokratycznych utrudniających specjalizację młodych lekarzy.
Do 2020 roku koalicja „Lewica” przeznaczy na publiczną ochronę zdrowia 6,8 PKB.
Podczas debat o wzroście demograficznym nie wspomina się o roli seniorów. O babciach i dziadkach. A przecież bez ich pomocy wiele matek i ojców nie zdecydowałoby się na posiadanie dzieci.
To seniorzy nadal uzupełniają deficyty żłobków i przedszkoli. To oni gwarantują bezpieczeństwo dzieci z początkowych klas podstawówek. Skoro mamy już urlopy tacierzyńskie i macierzyńskie, czemu nie możemy mieć świadczeń babcierzyńskich i dziadkorzyńskich?
Polscy seniorzy żyją skromnie, często biednie. Choć nie wszyscy. Wiedzą o tym gangi okradające seniorów metodami „na wnuczka”, „na pielgrzymkę” i sprzedaż „cudownych garnków”, a także „banksterzy” wciskający im długoletnie, złodziejskie polisy. Polskich seniorów łatwo jest w naszym kraju oszukać, bo rzadko są o takich zagrożeniach wystarczająco informowani. Prawo konsumenckie też ich wystarczająco nie chroni przed szalbierzami w garniturach i sutannach.
Trudno im się też uchronić przed zapiekłymi polskimi prawicowcami. Ci pod pretekstem „polityki historycznej” opluwają ich życie i dorobek zawodowy. Dekomunizują im ich młodość, plują na groby, burzą pomniki. Zakłamują historię.
Haniebnie i bezprawnie polscy prawicowi politycy obniżyli byłym pracownikom służb specjalnych i mundurowych należne im emerytury. Zaczęła czynić to koalicja PO-PSL, dokończyło PiS. PiS dodatkowo planuje wielką obniżkę emerytur wszystkich mundurowych, którzy służyli Ojczyźnie w czasie Polski Ludowej. Tylko dlatego, że oni Polski Ludowej nie uznają za swoją Ojczyznę.
Jeśli zostanę posłem, zrobię wszystko by zahamować te haniebne praktyki.
Starsi ludzie zbyt często są w Polsce samotni. Za mało jest uniwersytetów III wieku, klubów seniora, domów dziennej opieki, stowarzyszeń senioralnych.
A przecież starość to też radość. Radość z dalej wykonywanej pracy, nawet w niepełnym wymiarze. Radość z życia rodzinnego, z aktywnego wypoczynku.
Starość nie musi być w Polsce samotnością. Może być wspólnym ukoronowaniem życia.
Dlatego jako przyszły poseł Sejmu RP będę dbał o rozwiązywanie problemów ludzi starszych. O stworzenie systemu gwarantującego im – czyli nam – maksimum godnej i radosnej starości.
Starość może być piękna. Starość może być radosna.

PS. Tworząc taki program liczę też na liczne głosy ludzi młodych. Ani się nie obejrzą, a już starszymi zostaną.

Komedia serio

Sezon 2018/2019 w stolicy (IV)

Mimo poważnych tonów w repertuarze warszawskich teatrów dramatycznych (zwłaszcza publicznych) nie zapominał teatr o rozrywce. Była to jednak przede wszystkim komedia serio.

Umocnił się teatr muzyczny – wiele radości przyniosły spektakle Syreny, gdzie z entuzjastycznym przyjęciem spotkał się nie tylko sławny musical „Rodzina Addamsów” Marshalla Brockmana i Ricka Elice’a z muzyką Andrew Lippa, ale także trudniejszy w odbiorze, bo poświęcony cierpieniom towarzyszącym chorobie dwubiegunowej kameralny musical „next to normal” Toma Kitta (muzyka) i Briana Yorkey (libretto). Oba kipiące energią spektakle wyreżyserował Jacek Mikołajczyk (również autor spolszczenia libretta), dyrektor teatru wyrastającego na prężną scenę musicalową.
Wielkim osiągnięciem był „Śpiewak jazzbandu”,
autorski musical Wojciecha Kościelniaka,
zaprezentowany przez Teatr Żydowski na deskach scenicznych Klubu Garnizonowego. Tą premierą o zderzeniu starego i nowego, tradycji z nowoczesnością Kościelniak potwierdził swoją pozycję na polskiej scenie muzycznej – jedyny w historii laureat Nagrody Boya za spektakle muzyczne (ze szczególnym uwzględnieniem adaptacji klasyki literackiej) dał tym razem ekscytującą opowieść osnutą na motywach sztuki Samsona Raphaelsona i legendarnego pierwszego filmu dźwiękowego w historii kina „The Jazz Singer”. Powstał spektakl pełen energii, znakomitych partii wokalnych i brawurowych scen zbiorowych (porywająca choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk) do oryginalnej muzyki Mariusza Obijalskiego.
Obraz komedii muzycznych na warszawskich scenach podbarwił humorem zmieszanym z nostalgią nader zabawny, a przy tym aktorsko wyrafinowany „Żołnierz Królowej Madagaskaru” Juliana Tuwima w opracowaniu i reżyserii Krzysztofa Jasińskiego (Polski) z brawurowym duetem Zbigniewa Zamachowskiego (Mazurkiewicz) i Lidii Sadowej (Sabina). „Dla samej sceny niewydarzonych, a rozkosznych amorów Mazurkiewicza i Sabiny warto wydać wszystkie pieniądze na bilet” – pisałem po premierze.
W stronę teatru musicalowego zmierzał Kabaret Pożar w Burdelu, który przezwycięża najwyraźniej trudności. Dowodzą tego dwie premiery podpisane przez Michała Walczaka (scenariusz i reżyseria) na scenie Malej Warszawy (dawna Fabryka Trzciny na Pradze): „Żelazne Waginy 2. Cześć i chwała bohaterkom” i „Herosi transformacji. Ostateczne starcie”.
Komediami stały
sceny impresaryjne i niepubliczne,
na czele z teatrami Fundacji Krystyny Jandy – w Och-teatrze m.in. premiera „8 kobiet” Roberta Thomasa (reżyseria Adam Sajnuk) z lekkim nalotem pastiszu w stylu Agaty Christie, a w Polonii nawiązująca do Czechowa komedia „Wania, Sonia i Masza” Christophera Duranga (reż. Maciej Kowalewski). Co cenne, w obu teatrach pojawiały się także ambitniejsze tytuły: „Krzesła” Eugène Ionesco (reż. Piotr Cieplak), klasyka teatru absurdu, czy „Osy” Iwana Wyrypajewa w reżysera autora. Zwłaszcza ta ostatnia komedia beniaminka warszawskiej publiczności zyskała szeroki rezonans. Toczy się w niej osobliwe śledztwo wokół zagadki, z kim się spotkała Helene (Magdalena Boczarska) w ubiegły poniedziałek, które prowadzą jej mąż Mark (Marcin Dorociński) i ich przyjaciel Joseph (Dariusz Chojnacki). Ale to jedynie parawan, za którym kryje się znacznie poważniejsze pytanie: na czym polega wolność? Tę poważną debatę o potrzebie transcendencji, której mógłby widz w teatrze nie znieść, autor ukrywa pod formą intrygującej formy przekazu. Jej esencją jest muzyczność, refreniczność, operowanie rodzajem słownego tańca, czasem przypominającego natarczywość katarynki. Z tym spektaklem dialoguje na scenie Polonii „Boże mój” (reż. Andrzej Seweryn), sprawnie napisana i zadomowiona na polskich scenach komedia izraelskiej autorki Anat Gov (1953-2012). Pomysł, aby posadzić pana B. na kozetce u terapeutki, okazał się inteligentnym obramowaniem pytań o relacje człowieka i Boga, bo do końca nie wiadomo, kto tu jest pacjentem.
O edukacji rozumianej jako
rygor wychowawczy
traktuje Stowarzyszenie umarłych poetów Toma Schulmana (Och-teatr, reż. Piotr Ratajczak), tragikomedia ukazująca zderzenie dwóch modeli wychowawczych, które reprezentują tutaj trzymający się starych reguł dyrektor szkoły Nolan (Mirosław Kropielnicki) i nowoczesny nauczyciel Keating (mocna rola Wojciecha Malajkata). Jeden chce wdrażać do posłuszeństwa, drugi do nonkonformizmu i samodzielności. Nie da się tego pogodzić.
W spektaklu Piotra Ratajczaka chodzi także o pochwałę buntu, zachętę do walki z reżimem, o postawę – tutaj zresztą pomocniczo wzmocnioną cytatem z Witolda Gombrowicza: „Nie lawiruj, płyń prosto pod wiatr”. Kiedy uczniowie buntują się przeciw drylowi (poza jednym lizusem) sala im sekunduje. Spektakl trafia więc w nastrój czasu: niezgody na świat, który nie spełnia oczekiwań. Keatling roznosi wirus buntu, który nie pozwala na trwanie w przyziemnym oportunizmie.
Do komediowych plusów sezonu
doliczyć trzeba „Wykrywacza kłamstw” Wasilija Sigariewa (reż. Robert Talarczyk) w Capitolu, wystawionego na jubileusz tego teatru i 35. rocznicę scenicznego debiutu Anny Gornostaj (świetna rola komediowa Olafa Lubaszenki), rzecz nie tylko o porachunkach małżeńskich, ale także rozliczeniach z historią. Podobały się bezpretensjonalne komedie prezentowane na scenie IMKA: „Czworo do poprawki” Cezarego Harasimowicza (reż. Agnieszka Baranowska) z brawurową rolą Katarzyny Herman czy „Mała rzecz a cieszy” Liz Lochhead (reż. Piotr Jędrzejas). Niespodziankę sprawił Sylwester Biraga, wystawiając w offowej Drugiej Strefie sztukę Antona Burge’a „Bette & Joan”, która odsłania kulisy jednego dnia z życia gwiazd na planie filmu Boba Aldricha „Co się zdarzyło Baby Jane”. Marzena Trybała i Halina Chrobak stworzyły w niej tchnące prawdą portrety niegdysiejszych ikon amerykańskiego kina.
Swoje robił Klub Komediowy – pojawił się w nim zabawny monodram Agnieszki Przepiórskiej „Kocham Bałtyk” na podstawie tekstu Zośki Papużanki. Była to zarazem inauguracja Teatru Furiosa Agnieszki Przepiórskiej. Warto odnotować, że wciąż pojawiają się nowe próby tworzenia autorskich scen albo nawet centrów kultury – tak się stało na Pradze, gdzie na Radzymińskiej Małgorzata Duda z mężem Krzysztofem Kozerą, artystą plastykiem powołali do istnienia w starej kamienicy klimatyczny Teatr OFFiCYNA, na inaugurację wybierając „Dzieło sztuki” Antoniego Czechowa (reż. Żanna Gierasimowa).
Sezon teatralny obfitował
w spektakularne wydarzenia,
wśród których dominowały czytania nowych dramatów i otwarcie sceny debiutów w Teatrze WarSawa (udane realizacje „Śmiesznych miłości” na motywach książki Milana Kundery, reżyseria i scenariusz Adam Sajnuk i „Na zachodzie bez zmian” wg Ericha Marii Remarque, scenariusz i reżyseria Karolina Kirsz); debaty w Polskim czy Powszechnym; projekcje filmowe i działania warsztatowe (TR Warszawa, Nowy); plenerowy spektakl opery „Madama Butterfly” Giacomo Pucciniego na placu Defilad (reż.. Natalia Korczakowska, 4 tysiące widzów); konkursy, m.in. dramaturgiczny na sztukę z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości (Polski). Obsypana nagrodami została Krystyna Janda za „Zapiski z wygnania” (m.in. Nagroda Boya i Gustaw).
Szczególny charakter miały też jubileusze – w tym jubileusze spektakli – „Duszyczka” Tadeusza Różewicza (adaptacja sceniczna, reżyseria, scenografia – Jerzy Grzegorzewski, kostiumy Barbara Hanicka, muzyka Stanisław Radwan, światło Mirosław Poznański, realizacja fresków Robert Sarlej, prapremiera w Teatrze Narodowym, pod Wierzbową, 30 stycznia 2004 roku) zagrana została po raz dwusetny w 15 lat po premierze. Godne to szacunku kultywowanie dzieła wielkiego reżysera, zwłaszcza że przedstawienie mimo upływu lat, grane w tej samej obsadzie, zachowało świeżość i poetycką siłę.
Prawdziwą satysfakcję z bardzo długiego utrzymywania tytułu w repertuarze mogą odczuwać tylko nieliczne zespoły: TR Warszawa (Uroczystość Thomasa Vintenberga i Mogensa Rukova, reż. Grzegorz Jarzyna, premiera 5 czerwca 2001) czy Ateneum (Kolacja dla głupca Francisa Webera, reż. Wojciech Adamczyk, premiera 11 maja 2001 – spektakl zbliża się do tysięcznego wykonania, a spróbujcie dostać bilet!).
Życie teatralne wzbogacały liczne festiwale na czele z WST. Trwał permanentnie niedofinansowany przez władze festiwal sztuki mimu – a mimo to w tym roku dał zachwycającą warszawską replikę Once, legendarnego spektaklu Teatru Derevo w reżyserii Antona Adasynkiego. Niespodzianki przyniosła kolejne edycja Nowych Epifanii – powodem był rzeszowski spektakl Teatru Maska Pawła Passiniego, którego premierze próbował zapobiec prezydent miasta. Po raz ostatni bodaj odbył się festiwal Teatroteka – prezentowane na nim spektakle, nagrane przez WFDiF, nie mogą doczekać się premiery na antenie telewizji publicznej.

Magiczny Pekin w Warszawie

Rośnie obopólne zainteresowanie, w stolicy Państwa Środka jest coraz więcej turystów z Warszawy, u nas coraz częściej słychać język chiński.

Do naszej stolicy przyjechała stolica Chin. W Warszawie 26 sierpnia odbyła się impreza promocyjna pod hasłem „Magiczny Pekin”. Jest to reakcja na rozwijające się relacje pomiędzy dwoma miastami, nie tylko gospodarcze.
Szybko rośnie liczba naszych turystów w Pekinie – i odwrotnie. Ta tendencja będzie się nasilać, choćby dlatego, że Pekin to miasto Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 r. (hasło na Olimpiadę 2022 głosi: „Radosne spotkanie na czystym lodzie i śniegu”).

Poznawanie partnera

W trakcie wielogodzinnej, otwartej dla wszystkich akcji promocyjnej, goście (a było ich wielu bo impreza odbywała się w dużym centrum handlowym Blue City) mieli okazję obejrzeć niebanalną wystawę fotografii, która składała się z ponad 40 zdjęć, portretujących stolicę Chin w jej czterech aspektach: historia, nowoczesność, kultura i życie codzienne.
Można było także zwiedzać Pekin za pomocą okularów pokazujących wirtualną rzeczywistość (technologia VR). Na scenie zaprezentowano pokazy tańców chińskich oraz sztuk walki. Do odwiedzin zachęcały też specjalnie przygotowane stoiska, gdzie można było poznać kulturę parzenia herbaty (od Chińczyków, wiele wieków później, przyjęli ją Japończycy), przywdziać chińskie stroje i zrobić sobie zdjęcia, czy też samemu stworzyć orientalną operową maskę.
Podczas imprezy swoje oferty przedstawiły linie lotnicze Air China i PLL LOT (od października wzrośnie liczba bezpośrednich połączeń) oraz Konsorcjum Polskich Biur Podróży. Pracownicy Chińskiego Centrum Wizowego przybliżali zainteresowanym możliwości uzyskania wizy do Państwa Środka (w sprawniejszej niż dotychczas formule). Znana blogerka Aleksandra Świstow, „Pojechana”, autorka książki „Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin”, opowiadała o Pekinie. Był też czas na konkursy z nagrodami.

Mocniejsze więzi

W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele Miejskiego Biura Kultury i Turystyki w Pekinie, Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej oraz ambasady Chin. Z okazji imprezy „Magiczny Pekin” w Warszawie gościła też Wan Yue, wicedyrektorka Miejskiego Biura Kultury i Turystyki Pekinu (w randze wiceministra).
Pani Wan Yue powiedziała między innymi: – Celem władz Pekinu jest upraszczanie i skracanie procedury wizowej oraz pomaganie Polakom pragnącym przyjechać do stolicy Państwa Środka. Takie wydarzenia jak „Magiczny Pekin” to zdaniem władz chińskiej stolicy szansa na pogłębienie obustronnego zrozumienia, zacieśnienie przyjaźni pomiędzy Warszawą a Pekinem oraz tworzenie nowych możliwości wspólnego rozwoju.
Pani Wan Yue oraz wicedyrektorka Mazowieckiej Regionalnej Organizacji Turystycznej Iwona Majewska poinformowały o oficjalnym nawiązaniu współpracy między organizacjami z obu miast dla rozwoju turystyki. Iwona Majewska zwróciła uwagę na zainteresowanie turystów z Chin ofertą prezentowaną przez region Mazowsze, szczególnie związaną z postacią Fryderyka Chopina, a także warsztatami artystycznymi odbywającymi się w zespole pieśni i tańca „Mazowsze”.

Głos lewicy

Pamięć tak, propaganda nie

Tymoteusz Kochan komentuje na 1 sierpnia:
Powstanie Warszawskie to przede wszystkim hekatomba i straszna masakra ludności cywilnej. Na 200 tys. zabitych cywilów ginie 10 tys. powstańców. Nie była to ani decyzja demokratyczna, ani podjęta przy jakimkolwiek współudziale ludności cywilnej. Współcześnie porównywalne do tego byłyby chyba tylko wydarzenia np. w Syrii lub Iraku, gdzie zdarzało się, że kilkutysięczne oddziały Państwa Islamskiego brały często za zakładników całe, wielkie miasta…
Powstanie było militarną i strategiczną klęską.
Wykrwawiło stolicę, decyzja o jego organizacji była błędem, a w stosunku do samego miasta po prostu zbrodnią. Dziś Andrzej Duda powtarza znane kłamstwa, że dzięki temu Polska nie była Republiką Radziecką tylko Polską Rzeczpospolitą Ludową (choć z reguły prawica nie widzi przecież żadnej różnicy!)…
Tak naprawdę decyzje o tym zapadały już w 1943 roku, a decydujący wpływ miały na to: rozwiązanie polskiej partii komunistycznej, zawiązanie polskiego wojska i Armii Ludowej, czy starania polskich komunistów i socjalistów. Czechosłowacja np. nie miała masakry powstańczej i jakoś też nie stała się Republiką Radziecką…
Wszystkim należy się pamięć. Również Powstańcom, którzy najczęściej nie mieli żadnego wyboru… Ale propaganda sukcesu uprawiana na tej przerażającej masakrze, którą trudno nawet nazwać walką, to coś, czego prawica powinna się tylko wstydzić.

Nie estetyzujmy wojny

Na ten sam temat wypowiedział się Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca:
Nie znoszę estetyzacji wojny. Za dużo osób rzeczywiście na niej cierpiało, nie dawało rady, robiło rzeczy, których robić nigdy nie planowało. Np. zabijało. Bo nie było innego wyjścia. Wyobrażam sobie, że po latach życia w strachu mogli odczuwać radość idąc do walki. Wyobrażam sobie, że z różnych powodów zachowali z tamtego okresu jakieś piękne wspomnienia. Przeżyli rzeź, a takie traumatyczne doświadczenie potrafi przestawić wajchę życia. Przeżyli, więc wybrali radość życia, to normalne, inaczej popełniliby samobójstwo, jak wielu innych.
Kochajmy ich, słuchajmy, póki możemy. Ale nie estetyzujmy wojny, nie róbmy o niej komiksów, gier, nie twórzmy wzorców zachowań, którymi mieliby się kierować ludzie, którzy mają szczęście żyć w czasach pokoju. Nie róbmy tego szczególnie dzieciom. Jest tyle pięknych historii, którymi można je uraczyć.

Na dywaniku prezesa z dumnie podniesioną głową

Tymczasem dziennikarz Piotr Jastrzębski relacjonuje, jak wygląda 1 sierpnia w mediach:
Oglądam tvn24, najpierw Tomasz Wołek, który stał się nagle obrońcą demokracji, a ja chciałbym zadać mu tylko jedno pytanie: jak smakowała mu herbatka u Pinocheta, gdy razem z innym obrońcą demokracji Michałem Kamińskim pojechali zawieźć mu ryngraf. A teraz Duda dziękuje między innymi aliantom, którzy podobno tak bardzo wsparli powstańców. Aha, mówił jeszcze, że Polacy to dumny naród który ma zawsze podniesioną głowę. Wyobraziłem go sobie na dywaniku prezesa z tą dumnie podniesioną głową.

Prawo do wolności

Zdarzenia jakie zadziały się w ostatnią sobotę dają do myślenia i powinny stać się impulsem do merytorycznego i czynnego odniesienia się do nich.

Milczenie czy ignorowanie społecznego dramatu pokazuje prawdziwe intencje tych, którzy rzeczywiście mogliby – a nie chcą – zmienić biegu przyszłych wydarzeń.
Przyczynkiem do tego co mogliśmy obserwować na ulicach stolicy Podlasia z pewnością mogły być i słynne naklejki z „Gazety Polskiej” i wygłaszane we wszystkich białostockich kościołach kazania nawołujące do obrony przed „innymi” już tygodnie przed wydarzeniem jak i wiele innych bodźców, które zostały odebrane jako przyzwolenie do dania upustu swoim najbardziej toksycznym i złym emocjom. One wszystkie były jednak jedynie skutkiem, a nie przyczyną odgórnej akceptacji dla mowy nienawiści w naszym kraju. Takie dramaty mogły więc dotknąć każdego miasta w Polsce.
Społecznością, która podobnie już jak Białystok ma doświadczenie w tragicznych wydarzeniach są obywatele Warszawy To więc całkiem zrozumiałe, że odpowiedzieli w geście solidarności z Białymstokiem organizując Marsz Przeciwko Przemocy, które ma odbyć się w najbliższą sobotę. Założenie tego wydarzenia jest jasne – publiczne wyrażenie swojej niezgody na przemoc i niszczenie drugiego człowieka.
Nie jest tajemnicą, że lewica z racji swojego programu i światopoglądu będzie promowała i wspierała tę inicjatywę. Działacze partii lewicowych najodważniej ze wszystkich wychodzą przed szereg ze swoim wewnętrznym przekonaniem do prawa ochrony każdego człowieka. Nie obawiają się mocnych komentarzy i swoich „kontrowersyjnych” zachowań we wciąż zachowawczym polskim społeczeństwie. Jednak czy prawo do wolności i równości jest czymś nienormalnym? Dla prawicy na pewno, ale czy oby tylko?
Zadaję sobie to pytanie w związku z publicznymi komentarzami kilku głównych działaczy Platformy Obywatelskiej, którzy wyraźnie zdają się lekceważyć planowaną ideę Marszu.
Czemu więc miała służyć idea koalicji jeszcze kilka tygodni temu? Czy nie przypadkiem właśnie obronie polskiej demokracji, która po raz kolejny zaledwie kilka dni temu była dewastowana na oczach całego Świata? Czy rzeczywiście chwilowe „zjednoczenie” z lewicą na czas Marszu Przeciwko Przemocy, w tak naturalnie przecież słusznej sprawie miałoby przeszkodzić w odniesieniu wyborczego sukcesu Koalicji Obywatelskiej?
Pozwolę sobie zauważyć, że zafiksowanie na kampanii wyborczej i chęć przesadnej konsekwencji w swych deklaracjach po raz kolejny odrywa Platformę od rzeczywistości i realnych bieżących przeżyć obywateli.
Niestety tak ten Świat jest dziwnie skonstruowany, że realne problemy i moralne dylematy ludzi nie znikają podczas kampanii wyborczych. Wręcz przeciwnie, na skutek mniej lub bardziej sprowokowanych zdarzeń zdają się urastać do symbolicznych wymiarów. To, w jakim stopniu odniesiemy się do nich w czasach, kiedy walczymy również o swoje własne interesy obrazuje nasz poziom człowieczeństwa.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Wystawa poświęcona postaci Ignacego Daszyńskiego

Ignacy Daszyński – mąż stanu i jeden z ojców niepodległości Polski, pierwszy premier II RP, wicepremier Rządu Ocalenia Narodowego w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, marszałek Sejmu RP, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej, inicjator oraz przewodniczący Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, współautor nowoczesnych reform społecznych i politycznych, publicysta. Jego bogata polityczna biografia rozpoczyna się w Cesarstwie Austro-Węgierskim, gdzie Daszyński zdobywa mandat posła do parlamentu wiedeńskiego.
Głównym celem wystawy „Ignacy Ewaryst Daszyński – Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” jest przywołanie postaci pierwszego premiera i postawienie go za wzór socjalisty-demokraty, który pomimo przywiązania do Józefa Piłsudskiego, potrafił przeciwstawić się autorytaryzmowi i narastającej fali autorytaryzmu. Ten znakomity mówca, obdarzony również talentem lekkiego pióra stał się jedną z politycznych ikon dwudziestolecia międzywojennego.
Ignacy Ewaryst Daszyński to postać nietuzinkowa, postawienie w Warszawie pomnika ku jego czci, jako jednego z ojców niepodległego państwa polskiego, jest znakomitą okazją do wystawy prezentującej jego dokonania.
Zainteresowanych poznaniem politycznej drogi Ignacego Daszyńskiego, zapraszamy na Plac Zamkowy w Warszawie, gdzie od 25 czerwca 2019 r. – na wysokości wieży kościoła Św. Anny – będzie można oglądać wystawę poświęconą postaci pierwszego premiera II Rzeczpospolitej.
Specjalnie dla osób, które nie będą mogły dotrzeć na miejsce prezentacji, wystawa „Ignacy Ewaryst Daszyński–Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” będzie dostępna w Internecie pod adresem www.daszynski.com.pl przez najbliższy rok.
Ekspozycja została przygotowana w językach: polskim i angielskim.
Wystawę zrealizowało Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Warszawa w Europie przy wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.