Pełnoletnia Warszawa Singera

Kocham ten festiwal – mówi Gołda Tencer przed rozpoczynającą się właśnie 18. edycją Festiwalu Kultury Żydowskiej – Warszawa Singera.

Niepostrzeżenie festiwal osiągnął wiek pełnoletni. Przez te minione lata zgromadził na setkach rozmaitych zdarzeń ponad milion widzów. Wrósł w warszawski pejzaż tak dalece, że trudno sobie wyobrazić ostatnią dekadę sierpnia bez Warszawy Singera. To jeden z najważniejszych warszawskich festiwali – deklaruje wiceprezydent stolicy Aldona Machnowska-Góra. – Bardzo dobrze odbierany. Chlubimy się tym festiwalem, poświęconym Warszawie, której już nie ma.
Andrzej Krakowski, reżyser, scenarzysta i producent filmowy, pisarz, twórca spektakli w Teatrze Żydowskim uważa jednak, że ta dawna Warszawa trwa, m.in. dzięki temu festiwalowi. Jedno jest pewne – podczas festiwalu rozkwita, przypomina o czasach swojej świetności kultura żydowska przedwojennej Warszawy i pokazuje jednocześnie współczesne możliwości twórcze. Nie zabraknie ich też i w tym roku, choć ograniczenia pandemiczne nie pozwolą uczestniczyć w festiwalu wielu gościom zagranicznym, stałym bywalcom, wśród nich przymusowym emigrantom marcowym, którzy dzięki niestrudzonemu działaniu Gołdy Tencer odnaleźli na tym festiwalu swój drugi dom.
Mimo ograniczeń, jak co roku, program festiwalu wypełniają wydarzenia literackie i teatralne, filmowe i muzyczne, spotkania i spacery, rozmowy i projekcje. Początkowo festiwal Warszawa Singera koncentrował się wokół placu Grzybowskiego, gdzie stał zniszczony przez złych ludzi budynek Teatru Żydowskiego im. Ester Rachel i Idy Kamińskich, ale już od wielu lat impulsy Singerowskie przedostały się dalej, nawet do Portu Praskiego, do Teatru Kwadrat, do wielu innych miejsc, a w tym roku też do Teatru Wielkiego, gdzie odbędzie się koncert finałowy. W końcu nie co roku obchodzi się osiemnaste urodziny. Festiwal sam zresztą podda wnikliwej ocenie stan Singerowskich impulsów – zaplanowano poważną debatę „Gdzie pan jest, panie Singer?”, rozmowę z Agatą Tuszyńską, biografką pisarza („Singer. Pejzaże pamięci”) i prof. Moniką Adamczyk-Garbowską, którą poprowadzi Remigiusz Grzela. Miała w niej wziąć udział wnuczka Noblisty, Meirav Hen, która już wiele razy gościła na festiwalu, ale niestety pandemia pokrzyżowała te plany. Rozmówcy będą próbowali odpowiedzieć, czym dzisiaj jest dla współczesnych czytelników twórczość Isaca Beshvisa Singera? Czy tylko archiwum, czy może nadal źródłem żywych inspiracji?
Bogato przedstawia się program teatralny 18. edycji Warszawy Singera. Nic dziwnego, inicjatorką festiwalu jest przecież aktorka, dyrektorka teatru i o tę silną reprezentację nurtu teatralnego dba. Jak zapowiadają organizatorzy, zobaczymy: „przegląd premier minionego sezonu warszawskiego Teatru Żydowskiego, m.in. „Mykwę”, „Gołda Tencer zaprasza: Szlagiery żydowskiego kabaretu”, „Akademię Pana Kleksa”, „Der Szturem. Cwiszyn/ Burza. Pomiędzy” czy zbierającą fantastyczne recenzje ostatnią premierę tego sezonu „Circus Kafka”. Festiwalowa publiczność po raz pierwszy w historii festiwalu zobaczy również spektakle studentów warszawskiej Akademii Teatralnej. Będzie można posłuchać czytań performatywnych w wykonaniu aktorów Teatru Żydowskiego, a także Adama Woronowicza i Mirosława Zbrojewicza”. A w programie jeszcze więcej atrakcji, jak choćby monodram Sławomira Hollanda „Nic nowego pod słońcem”.
Warto zwrócić uwagę na zainaugurowaną właśnie współpracę Festiwalu z Akademią Teatralną. Swoje dokonania przedstawią studenci Łukasza Chotkowskiego z III i IV roku Wydziału Reżyserii, poszukujący nowych form wyrazu dla traumy Holocaustu. W programie studenckim znajdzie się „Makabreska”, która zostanie zaprezentowana na Scenie Kameralnej Teatru Żydowskiego (27 sierpnia o godz. 21.00). To ma być osobliwa podróż – „w głąb siebie w poszukiwaniu prawdy i rozgrzeszenia. Główny bohater domaga się zemsty za zbrodnie swojego ojca, który rzekomo mordował Żydów w czasie wojny”. Reżyserem „Makabreski” jest Jan Kamiński, autor tekstów i adaptacji, raper i lider podziemnego kolektywu Racja Sceny. Drugą studencką propozycją będzie spektakl „@BabciaZosia_zapachy_kuchni” Wiktora Stypy. Tekst powstał jako impuls do nowej rozmowy o Holokauście. Podobnie jak „Sublokatorka” w reż. Karoliny Kowalczyk wykorzystująca motywy prozy Hanny Krall do przyjrzenia się miejscom pamięci Zagłady i współczesnego ich czytania przez Polaków. Te dwa spektakle będzie można obejrzeć jednego wieczoru na Sali Sceny Kameralnej Teatru Żydowskiego (w poniedziałek 23 sierpnia o godz. 21.30). A już jutro, czyli w sobotę projekt plenerowy „Momik” w reż. Aleksandry Bielewicz. Autorka zabierze widzów/ przechodniów na szczególny spacer po pamięci.
Dla tych, którzy nie zdążyli obejrzeć premier Teatru Żydowskiego w ostatnim sezonie, nadarza się wyjątkowa okazja. Wszystkie nowe tytuły znalazły się w programie festiwalu, poczynając od spektaklu dla wszystkich, dla starszych dzieci i dorosłych – czyli „Akademii Pana Kleksa” wg Jana Brzechwy w reż. Michała Buszewicza. (21 sierpnia o 15.00 i 20.00) na Scenie Klubu Dowództwa Garnizonu Warszawa. W innym miejscu, w Nowym Świecie Muzyki (dawna kawiarnia „Nowy Świat”) grane będą spektakle „Nocy Walpurgi” w reż. Agaty Biziuk, oparte na scenariuszu filmu Marcina Bortkiewicza pod tym samym tytułem. Jedną z najlepszych sztuk izraelskich ostatnich lat, „Mykwę” w reż. Karoliny Kirsz Teatr Żydowski zaprezentuje na swojej Scenie Kameralnej im. Szymona Szurmieja. To sztuka opowiadająca o uprzedmiotowieniu kobiet, wiernych tradycjom strzeżonym przez ortodoksów żydowskich, która okazała się komentarzem do przemocy okazywanej kobietom pod kazdą szerokościa geograficzną. W jeszcze inną przestrzeń zaprasza teatr na swoją nową Scenę Letnią w Ogrodzie Saskim, gdzie przed końcem sezonu miała miejsce brawurowa premiera spektaklu „Circus Kafka” Michała Walczaka. Na tej samej scenie będzie można się spotkać z popularnym spektaklem „Gołda Tencer zaprasza: Szlagiery żydowskiego kabaretu”. A niemal na koniec festiwalu „Der Szturem. Cwiszyn/ Burza. Pomiędzy” – szekspirowska „Burzę” w języku jidysz w reżyserii Damiana Josefa Necia, uznana przez krytykę za jeden z najlepszych spektakli 2020.
Ale i to nie wszystko – czekają na nas także czytania performatywne, czyli prezentacje nowych sztuk, nowych propozycji teatralnych, na razie w formie jeszcze niewykończonej, ale już atrakcyjnej. Można będzie zapoznać się z performatywną wersją projektu „Biała siła. Czarna pamięć” na podstawie książki Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła. Czarna pamięć” w reżyserii Joanny Rzączyńskiej i „Nowe czasy” Aliny Świdowskiej, w reżyserii Karoliny Kirsz. Zobaczymy też premierowe czytanie najnowszej sztuki Andrzeja Krakowskiego „Labirynt 53/54” z udziałem Adama Woronowicza i Mirosław Zbrojewicza. Na deskach scen Teatru Żydowskiego oglądaliśmy w ubiegłych sezonach poruszający spektakl Andrzeja Krakowskiego „Rejwach”, można więc spodziewać się prawdziwego wydarzenia.
Zreferowałem dość pobieżnie propozycje z oferty teatralnej festiwalu (choć pominąłem kilka ciekawych pozycji), a przecież to tylko fragment imponującego programu, z którego wyławiam już tylko perły literackie (bo muzyka klezmerska i tak się sama przebije, ma tylu zawołanych wielbicieli). Remigiusz Grzela prowadzić będzie spotkania z pisarkami i pisarzami, spośród których szczególnie wyróżnić chciałem spotkanie z Józefem Henem, nestorem polskich pisarzy, podczas którego czytane będą fragmenty jego słynnej powieści „Nowolipie”. Warto dodać, że spotkanie z pisarzem, które odbędzie się w Austriackim Forum Kultury (29 sierpnia o godz. 16.00), będzie również udostępnione on-line na Facebooku na profilach Forum i Festiwalu Warszawa Singera. To zresztą cecha charakterystyczna Festiwalu, trochę wymuszona pandemią, ale już sprawdzona w poprzedniej edycji – część zdarzeń toczy się w trybie hybrydowym, dzięki czemu dostęp do nich jest szerszy.
Zapewne wielu wdzięcznych słuchaczy i czytelników znajdzie Krystyna Gucewicz, która opowiadać będzie o swojej najnowszej książce „Wakacje gwiazd w PRL. Cały ten szpan” (Bookbook Hoża, 25 sierpnia). Spodziewać się można smacznych anegdot, a piszę o tym z przekonaniem, bo jestem już po lekturze książki (obszerną recenzje przedstawiałem czytelnikom „Trybuny’).
Nie widziałem jeszcze natomiast filmu dokumentalnego „Krafftówna w krainie czarów”, który przedpremierowo pokazany zostanie w Kinie Iluzjon (28 sierpnia, godz, 16.00). Pokazowi towarzyszyć będzie spotkanie z artystką.
Opowieść o atrakcjach Warszawy Singera można by tak ciągnąć niemal w nieskończoność (więcej informacji na stronie festiwalu: www.festiwalsingera.pl). To tylko oczywisty dowód na to, że naprawdę Festiwal Kultury Żydowskiej w Warszawie stał się jednym z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu kulturalnym stolicy.

Bój to bywa ostatni

Rocznica 77 wybuchu Powstania Warszawskiego przebiegła godnie. Jako uczestnik Powstania dostałem oczywiście, jak zwykle, komplet zaproszeń na uroczystości, i – też jak zwykle – z racji stanu zdrowia i niechęci do masowych spotkań, nie wziąłem w nich fizycznego udziału.

Wzruszająca uroczystość

Ale siedząc na przyzbie obserwowałem w telewizorze spotkanie w dniu 31 lipca w ogrodzie Krasińskich. Po raz pierwszy byłem zbudowany dobrą organizacją tego spotkania, wyjątkowo dobrymi przemówieniami Prezydentów Państwa i Warszawy oraz doskonałym, – choć z konieczności nieco za długim – Apelem Poległych. Może mam sklerotyczne luki, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy słyszałem w nim „wezwania do apelu”, lewicowych oddziałów (AL. i PPS) walczących w Powstaniu, chcących pomóc Powstaniu żołnierzy I Armii WP forsujących Wisłę i ginących na przyczółku czerniakowskim. Schylam więc głowę przed organizatorami tych uroczystości, a zwłaszcza przed niezawodnym Muzeum Powstania.
Ale czas każdych rocznic i związanych z nimi uroczystości kiedyś mija. Główni Adresaci tej konkretnej rocznicy, nazywani w przemówieniach „naszymi kochanymi Powstańcami” wrócić muszą do codziennej rzeczywistości. A każda rzeczywistość trochę skrzeczy.

Coraz mniej liczni Uczestnicy Powstania to, ewidencyjnie, kombatanci II wojny światowej. Mogą więc korzystać z tego, co zapewniono wszystkim kombatantom, ale pozostają też pod szczególną opieką swego miasta, – czyli Warszawy.

Znaczące dla kombatantów II wojny „przywileje” to przede wszystkim dodatek kombatancki do emerytury, w koniecznych przypadkach pomoc finansowa i możliwość korzystania bez skierowania z porad medycznych specjalistów, oraz „omijanie” kolejek do lekarzy.

Z dodatkami kombatanckimi nie ma problemów. Moja skromna „grupa badawcza” i własne doświadczenia potwierdzają, że ZUS, po otrzymaniu dokumentu potwierdzającego status kombatanta, dodaje i realizuje je sprawnie. Jeśli bywają jakieś zacięcia, to równie sprawnie rozwiązują je pracownicy Urzędu ds. Kombatantów.

Kłopot, to chory kombatant

Z preferencjami medycznymi bywa różnie. Są placówki, które starają się dostosować terminy zapisów do lekarzy do potrzeb i życzeń kombatanta, są takie, które robią wrażenie jakby nie wiedziały, że powinny to robić. Odrębnym problemem jest – jak zwykle u nas – prozaiczne dopisanie kombatanta, do oczekującej już kolejki pacjentów, do konkretnego lekarza. Często są głośne protesty, a niekiedy zwykły hejt, zarzuty wynajdywania sobie pretekstów do omijania kolejek, wypraszanie z gabinetów.

Opieka Zarządu Miasta Warszawy jest wyjątkowo konkretna. Poza okresową pomocą finansową obejmuje darmowe przejazdy taksówkami określonej korporacji. Wprawdzie nie ma róży bez kolców, więc trzeba dopłacać za przejazd poza granice miasta. To często się zdarza, bo część żyjących jeszcze p\Powstańców mieszka w otoczce aglomeracji, m.in. we Włochach, Zielonce czy Markach. Sposób liczenia dopłat jest tajemniczy. Czasem, przy tym samym adresie docelowym, kierowca żąda tylko 10 złotych, najczęściej 20-25, ale bywa, że nawet 45. To już przestaje mieć sens, bo Uber albo Opti Taxi za taką cenę dowiozą kombatanta, do Śródmieścia, poczekają i odwiozą z powrotem do domu.

Aktywność i inicjatywność Muzeum Powstania Warszawskiego powoduje, że opieka i kontakt z kombatantami sięga jednak poza problemy materialno – logistyczne. Muzeum potrafi zmobilizować jednostki Obrony Terytorialnej WP, aby żołnierze odwiedzili kombatantów, zaofiarowali np. pomoc w zakupach czy załatwianiu spraw „na mieście”. To niby drobiazgi, – ale jak ktoś ma 90+, trudności z chodzeniem i prawie nie ma już rodziny, to są to dla niego sprawy ważne.

Przysłowiowe schody w opiece nad kombatantami Warszawy zaczynają się w chwilach poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Jeśli nastąpi nagłe załamanie kondycji, to „nasz kochany Powstaniec” ma – jak w starych anegdotach – trzy wyjścia: Zadzwonić do przychodni, w której ma „swego” lekarza pierwszego kontaktu, zadzwonić do przychodni kombatanckiej na Litewskiej, zadzwonić pod 112 lub do Pogotowia. Ma jeszcze dodatkową możliwość komercyjną – skorzystać z usług jednej z prywatnych i drogich firm medycznych, lub lekarza prowadzącego formalnie domową praktykę.
Niektórzy Czytelnicy zaraz mnie zakrzyczą, ale ośmielam się twierdzić, że żadna z tych możliwości nie działa dobrze, a niektóre robią czasem wrażenie, jakby funkcjonowały w świece wirtualnym. Z dostępnych mi porównań wynika, że niemal zawsze działają gorzej niż „obsługa” kombatantów II wojny w Paryżu czy Londynie, a także w rosyjskim mieście – bohaterze, Petersburgu

Posłużmy się przykładem. Dwie osoby z mojej trzyosobowej grupy obserwacyjnej poczuły się właśnie gorzej w okresie poprzedzającym 77 rocznicę. Jeden narzekał na bóle w żołądku, drugi na gwałtowny „mokry” kaszel. Obaj wybrali – zapewne niesłusznie – nawiązanie kontaktu z lokalną przychodnią, a nie z Litewską. Dlaczego – bo właśnie mieszkają pod Warszawą i na Litewską daleko, a w lokalnych przychodniach mają „lekarzy pierwszego kontaktu”. A dlaczego nie 112 lub Pogotowie? Bo pandemia, spodziewana 4 fala, brak możliwości wizyt i zajmowanie miejsca bardziej potrzebującym.

Ale próba „skonsumowania” tego kontaktu nie była udana. Okres urlopowy, lekarze są na urlopach, mogą ich zastąpić inni, ale na razie tylko w formie porady telefonicznej. Lekarz przy telefonie rozmawiający z kaszlącym pacjentem był uprzejmy, ale stwierdził tylko, że kaszel mu się nie podoba. Czas biegł, samopoczucie chorych było coraz gorsze. Przez kolejne kilka dni nie mogli załatwić ani wizyty w przychodni ani (tym bardziej!) wizyty domowej. Wreszcie tego z kaszlem zapisano do przyjmującej „laryngolożkI”. Doczołgał się. Kolejka była kilkuosobowa, ale „warczała” na wieść, że ma go przepuścić. Zdecydował poczekać do końca. Za nim ustawiły się jeszcze trzy osoby. Zdziwił się, bo jak przyszła jego kolej, poproszono te następne osoby. Pani doktor powiedziała, że nie ma go na liście. Musi wrócić do recepcji i wyjaśnić. Zaniósł więc znowu swoje prawie 100 lat do recepcji. Tam dano mi do zrozumienia, że pani doktor ma widocznie trudności w opanowaniem komputera, bo on jest dopisany do listy. Telefonicznie wyjaśnią. Tak zrobili i został przyjęty, jako ostatni pacjent.

Nikt „naszego kochanego Powstańca” nie przeprosił za zbyt długie oczekiwanie i niepotrzebne spacery. Na kaszel wizyta nie pomogła, bo wykraczał poza kompetencje medyczne specjalności laryngologicznej.

W końcu chorzy kombatanci zadzwonili i pojechali do najbliższej placówki znanej prywatnej firmy, gdzie z radością wzięto od nich po kilkaset złotych, ale względnie starannie zbadano, Stwierdzono u jednego zapalenie oskrzeli, a u drugiego zapalenie jelita grubego. Zapisano odpowiednie antybiotyki. Brali je przez 10 dni. Stan się poprawił, ale powinno się zrobić badania kontrolne. Jednak lekarze pierwszego kontaktu nadal na urlopach itd. Kółko „specjalnej troski” będzie się znowu bezsensownie kręcić. Da capo – jak mówią muzycy.

Więcej organizacji

Nie znam się na medycynie. Opis autentycznej sytuacji, jaki zaserwowałem Czytelnikom jest wyłącznie skrótowym opisem przebiegu awarii zdrowia. I nie chodzi tu o szczegóły i diagnozę, ani o jej zakończenie. Chodzi o odpowiedź na pytanie – czy możemy uznać opiekę nad „kochanymi Powstańcami” za wystarczającą, jeśli brakuje w niej najbardziej – moim zdaniem – istotnego elementu. Brakuje opiekuna – koordynatora, który po nawiązaniu kontaktu i otrzymaniu informacji o pogorszeniu stanu zdrowia pomoże w organizacji leczenia, Weźmie na siebie ciężar pokonania biurokracji, zadzwoni, gdzie trzeba, załatwi wizyty lekarzy lub u lekarzy, dopilnuje, czego trzeba, zorganizuje transport, jeśli jest potrzebny. W końca raz na dwa dni zapyta, czy jest lepiej, czy jeszcze czegoś trzeba.

Na tym tle mam też wątpliwość dotyczącą „lekarzy [pierwszego kontaktu”. Jeśli uznajemy ich za rodzaj stałych opiekunów, to dlaczego nie ma żadnej możliwości bezpośredniej łączności ze strony pacjenta? „Mój lekarz” w tradycji europejskiej i amerykańskiej oznacza lekarza, do którego mogę w każdej chwili zadzwonić, poprosić o poradę, przesłać maile ze szczegółami dolegliwości. U nas nie ma takich możliwości. Polska jest krajem, gdzie ministrowie mogę przez prywatne skrzynki e-mailowe przekazywać ważne dla państwa informacje, ale telefony i skrzynki lekarzy są specjalnie chronione przed pacjentami.

Niektórzy Czytelnicy mogą uzna ten felieton za niestosowne czarnowidztwo i psucie pięknego, rocznicowego obrazu aktualnego życia resztek „naszych kochanych Powstańców”. Nie taki był mój cel. Kilkakrotnie pisałem, że kombatanci Powstania składają się z dwóch grup. Takich, dla których Powstanie było głównym epizodem ich życia, często punktem odniesienia, do którego stale wracają. To oni byli aktywem organizacji kombatanckich, oni tworzyli obraz tego środowiska. Oni też mają lub mogą mieć kontakty łagodzące lub rozwiązując wspomniane kłopoty.

Ale była i jest druga, co najmniej tak samo liczna grupa.. To tacy kombatanci Powstania, dla których ono także było ważnym epizodem życia, – ale nie jedynym o takim znaczeniu. Najczęściej to oni byli przed Powstaniem w AK, Szarych Szeregach, Batalionach Harcerskich i innych organizacjach, a po Powstaniu byli lokatorami niemieckich obozów jenieckich. Potem wrócili do kraju, studiowali, odbudowywali Miasto, byli adwokatami, inżynierami, profesorami, pracownikami przemysłu i budownictwa. Mniej korzystali, albo wcale nie korzystali z ze statusu kombatanta i Powstańca. Nie mieli rozbudowanych w tej dziedzinie kontaktów i nie dziwią się, że dzisiaj pamięta o nich tylko Muzeum Powstania. Ale w ostatnich bitwach o zdrowie chętnie spotkaliby uśmiechniętego lekarza albo organizatora, który sam by się interesował ich stanem i pomagał w prostowaniu krętych dróg medycyny.

Jak zwykle nie mogę się powstrzymać od końcowego, satyrycznego komentarza. Jeśli widzę, słyszę i czytam, że zorganizowanie takiej opieki jest możliwe w środowisku lekarzy i wolontariuszy weterynarii, organizującym ratunek dla tygrysów, lisów, psów i kotów – to chyba można to zrobić także w stosunku do ludzkich, nawet złośliwych sklerotyków. Tylko trzeba pamiętać, że życie nie składa się z samych imprez patriotycznych.

Warszawa – Marki, 4.08.2021.

Warszawski luksus posiadania

Warszawa da się lubić, śpiewał ongiś artysta. Pewnie się da. Tak jak Toruń, Kluczbork i Mława. Może się też nie dać, jak ją się ludziom skutecznie obrzydzi. PiS, za pomocą telewizji rządowej co i rusz mówi Polakom, że ni jak się nie da, bo rządzący nią Trzaskowski, gotuje warszawiakom finansowe piekło. Jak to jest z tym stołecznym piekłem? Rzeczywiście aż tak parzy, czy już może dawno zamarzło?

Jeśli jakieś miasto ma nadawać ton całej reszcie, to zawsze musi to czynić stolica. Tak było, jest i będzie. To z niej mają wychodzić do reszty kraju sygnały, świadczące o tym, że państwo nie gnuśnieje, tylko śledzi nowości i zważa na to, co dzieje się w świecie; ona ma wytyczać ożywcze ścieżki w architekturze, sztuce, ale i w myśleniu o współczesnych metropoliach, które przez ostatnie 20 lat zmieniły się nie do poznania. Żeby jednak to wszystko mogło się wydarzyć, trzeba mieć otwarte oczy, które pozwolą nadążać za światem, a, co tu kryć, tempo przemian jest w dzisiejszych czasach szaleńcze.

Jarosław Kaczyński pamięta Warszawę powojenną, pamięta Warszawę komunistyczną, doskonale też pamięta Warszawę dekady lat 90., i na tym jego pamięć się kończy. A jak kończy się jego, tożsamym jest, że wszyscy jego ludzie, nawet z pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, którzy w PiS-ie moszczą się jak księżniczki bez posagu, nie mogą myśleć o mieście stołecznym inaczej niż prezes. Więcej, nie mogą myśleć o tkance miejskiej, o urbanizacji, inaczej, niźli myślało się w latach 70. Bo prezes tego nie zrozumie, a jak nie zrozumie to nie zaakceptuje. Nawet, jeśliby bardzo chcieli, szczytem ich marzeń o nowoczesnym smart city są parkometry na ulicach. I o te parkometry właśnie dziś w Warszawie idzie bój.

Władza leje krokodyle łzy na antenie tefałpe, nad podłym losem prostego mieszkańca Warszawy, w związku z planowanym prze administrację Rafała Trzaskowskiego, poszerzeniem strefy płatnego parkowania. Ta bowiem, od wrześnie ma objąć, m.in. Żoliborz. Bezpośrednio dotyka to mnie, bo właśnie tu mieszkam. Ale nie narzekam. Uważam, że to dziejowa konieczność. Można w mieście radzić sobie bez samochodu, a dziś, nawet trzeba. Najbardziej znany lokator z Żoliborza też powinien mieć na to wy..walone, bo auta ani prawa jazdy nie posiada, więc ani to go grzeje, ani ziębi. Tak się bowiem dzieje w dużym mieście, że z każdym dniem przybywa w nim aut. Odpowiedzialna władza musi więc sprostać wyzwaniu. Zakazywać, jak na razie, ludziom jeżdżenia samochodami po stolicy nie zamierza, choć są na świecie takie stolice, gdzie większe lub mniejsze zakazy przemieszczania się obowiązują; w mieście A, w określone dni, na ulice mogę wyjeżdżać auta posiadające rejestrację z numerem parzystym bądź nieparzystym; w mieście B, wjazd do centrum jest dodatkowo płatny; w mieście C do miasta mogą wjechać auta nie starsze niż pięcioletnie. Jeszcze w innym, nie tak daleko od nas, włodarze miejscy zabierają co kwartał parę miejsc, oczywiście płatnych, z puli parkingów municypalnych, nie informując o tym rządowych mediów; ot, po prostu, miejsc ubywa, a wraz z nimi, samochodów, dymiących po ulicach i trujących ludzi. Nad wszystkimi tymi ruchami władz stolic światowych unosi się oczywiście smog, a w smogowej chmurze ukryta myśl, której naród nasz nadal nie rozumie, bo jest wciąż za bardzo na wschodzie niż zachodzie swojego myślenia. Ta myśl grzmi podzwonnym, że, auto jest dziś luksusem. Przynajmniej w metropolii.
Jak rozumie to Jarosław Kaczyński? Ano dosyć prosto i pokracznie; tak, jak musi rozumować człowiek z poprzedniej epoki. Samochód był bowiem dobrem luksusowym. Byle chama, do niedawna, nie było stać na swoje auto. Człowiek oszczędzał, ciułał, a maluch, z roku na rok, i tak ciągle droższy. Dziś, kiedy mamy dobrodziejstwo 500 plus, auto nie jest więc towarem luksusowym, ale dobrem powszechnym, na które niejedna rodzina, w tym wielkomiejska, wreszcie może sobie pozwolić. Może w końcu przestać tłuc się autobusami, z państwowego cyca wyssać parę groszy, i kupić używkę na szrocie. Zapakować rodzinę i jeździć w odwiedziny do babci, z Młocin na Gocław i z powrotem. A kiedy się zepsuje, kupić drugie. I dalej jeździć. Wozić dziatwę na obiadki do kumostwa. I móc parkować pod blokiem, żeby seniorka nie czekała na wnuczki z wystygniętymi kartoflami. Aż tu nagle, w ten piękny, familijny paradygmat, swoją tęczową łapę wsadza Trzaskowski i liberalno-lewackie lobby, które mówi warszawiakom: owszem, auto jest luksusem, a za luksus trzeba płacić. W tej Warszawie, w której przyszło nam żyć, samochodów jest dużo za dużo. Jeśli więc ktoś chce koniecznie posiadać wóz, musie się liczyć z niedogodnościami i opłatami, bo za każdy luksus się becaluje. W tym wypadku, za luksus posiadania. Chcesz jeździć swoim i wozić swoją odbytnicę w cieple i spokoju własnego wehikułu, to płać więcej. Za parkowanie, za ubezpieczanie, za wszystko. Bo auto dziś, to nie spuścizna po komunie, na którą czekałeś Polaku-Cebulaku, ale luksus. Świat, przez ostatnie 20 lat, a zwłaszcza duże miasta, zmieniły się, a Ty, człowieku prosty, przeleżałeś ten czas pod lodem; myślałeś, że będzie zawsze jak dawniej; że te same warzywniaki, szkoły i przychodnie, a tu nagle okazało się, że do miasta zjechało się za chlebem słoików od metra i teraz nie masz gdzie zaparkować swojego Golfa za pięć trzysta, bo stoi tam już auto z Parczewa albo Konina. A przecież prezes mówił, że się wam należy. I telewizja mówi, że się tak należy, bośmy stąd od czasów Gierka, kiedy rodzice przyjechali z Grójca. Albo i sprzed powstania. I z Kongresówki. I teraz nasze córy i syny nie mają gdzie parkować. Skandal. Ano właśnie tak. Nie zaparkują, bo po pierwsze nie ma miejsca, a po drugie matka ziemia nie wydoli już tak dłużej, i następne pokolenia mogą w ogóle się nie urodzić. Ale żeby to zrozumieć, trzeba być ponad to, co Marek Suski nazywa myśleniem. Nie jest to znowu aż takie trudne, choć efekty używania mózgu przez jego i jemu podobnych czasami mogą przerażać. Lepiej w takich wypadkach słuchać tefałpe, Danuta Holecka powie każdemu chętnemu, jak myśleć, bo w końcu jej za to płacą.

Niedziela na Głównym

Wraca słynny dworzec kolejowy – ciekawe, czy na długo.
Wkrótce, po kilkudziesięciu latach przerwy, ma zostać ponownie oddany do użytku, zasłużony dla stolicy dworzec kolejowy Warszawa Główna, choć skromniejszy i w odrobinę innym miejscu. Z nowej Warszawy Głównej, wedle najnowszych obietnic, podróżni skorzystają od niedzieli 14 marca.
Obecnie kończą się prace na peronach, trwa rozwieszanie sieci trakcyjnej. Wiadukt kolejowy nad linią średnicową zapewni ruch pociągów między dworcem Warszawa Zachodnia a Warszawą Główną. Cała ta inwestycja była możliwa dzięki środkom unijnym.
Z Warszawy Głównej przewidziano kilkanaście połączeń Polregio i Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej na trasie do Łodzi Fabrycznej, oraz Kolei Mazowieckich do Skierniewic, Grodziska Mazowieckiego, Piaseczna, Dobieszyna, Sochaczewa i Łowicza. Nie są to może przesadnie dalekie trasy, ale jednak nie podmiejskie.
Zbudowane zostały dwa 350-metrowe perony z dojściem od ul. Towarowej, oświetlone i wyposażone w wiaty, od tej ulicy przewidziano też parking (krótkoterminowy). Powstała nowa nastawnia regulująca ruch. Trwają prace przy budowie kładki, która ma zapewnić dostęp na nowe perony od Al. Jerozolimskich i ul. Kolejowej. Będzie to zarazem przejście nad torami między Ochotą a Wolą.
Jeden dworzec w Warszawie więcej, zwłaszcza tak znany, to dobra wiadomość. Istnieje jednak możliwość, że po zakończeniu wieloletniego remontu Warszawy Zachodniej, nowo wybudowany dworzec Warszawa Główna znowu straci rację bytu i zostanie zamknięty.

Księga Wyjścia (56)

Ballada polska.

Zanim przejdę do tematu pochwalę się trochę. Niebawem wyjdzie kolejna moja książka. Tym razem to opowieść pewnej krętej drogi. I tej prawdziwej i metaforycznej. Będzie to tryptyk, droga na dno, przez dno, mozolny powrót do uczciwości i normalnego życia. Będzie wplecionych kilka opowiadań, ale one również inspirowane są prawdziwymi zdarzeniami. Jest już gotowa i złożona w wydawnictwie. Czeka więc spokojnie na druk. Gdy tylko się ukaże natychmiast o tym poinformuję.
Przyjechałem do Warszawy, żeby dopiąć wszystkie te sprawy, myślałem, że oderwę się od polityki, która ma już takie ciśnienie, taką przedwyborczą bezwładność, że swą siłą przebiła sufit. Dowiedziałem się, że jestem Pisowskim trollem, głupkiem, zwolennikiem dyktatury, chamem z wiochy, tępym burakiem itp.
A wszystko to z powodu niezbyt istotnego wydarzenia, jako m są wybory prezydenckie. Oczywiście z mojego punktu widzenia. Bo prezydent, ani niewiele może, ani niewiele zmieni, a i tak wywodzi się z tego samego pnia co całą dawna Solidarność
Przez ostatnie trzy dni dowiedziałem się o sobie naprawdę bardzo dużo. Non stop pikały mi powiadomienia, ze ktoś gdzieś mnie oznaczył w komentarzu obrzucając stekiem obelg. 
Czym sobie na to zasłużyłem. No nie zachwycałem się gwiazdą, czyli Rafałem Trzaskowskim. Ale nie żebym pisał o nim gorzej niż o Dudzie. Ot, zwyczajnie, najpierw publicznie napisałem co myślę o polityce i politykach. Rozważałem publicznie, czy przegrana Dudy nie leży w interesie PiSu. Wiem, że wszyscy podniecają się wynikiem już teraz, tak jak alkoholik, który musi napić się teraz, musi wypić kieliszek jeśli tylko stoi pełny, zamiast zaczekać tydzień i dostać całą beczkę wódki.
Dlaczego miałoby im zależeć. Przyczyn jest kilka, wprowadzą do Warszawy komisarza, a jeśli dorwą się do stołecznego ratusza, już go nie odpuszczą. PiS zaczyna pękać, coraz więcej niepokornych wobec prezesa, elektorat rozleniwiony.
Znacznie łatwiej będzie im zmobilizować wyborców gdy Platforma wygra te wybory. Zwróćcie uwagę, co zrobił Duda, ułaskawił pedofila podczas kampanii. Ktoś mu te dokumenty podsunął, a wiadomo że takie rzeczy wychodzą jako pierwsze i bulwersują wszystkich, więc żaden sztab by na to nie pozwolił. Ktoś mu te dokumenty dał do podpisania. A Andrzej Duda słynie z tego, że podpisuje wszystko co tylko przyniosą z Nowogrodzkiej.
PiS przed samymi wyborami odpali reprywatyzację, zwróci kilka kamienic i zrobi sobie świetną kampanię.
Pamiętacie, w 2015 roku gdy pokazali Kaczyńskiemu że Duda wygrał, nie wydawał się tym zachwycony. Oczywiście, jeśli wygrał to to wykorzystali.
Ale jakie teraz mogą być scenariusze. Na obecną chwilę osiągnęli wszystko na czym im zależało. Więc Trzaskowski w pałacu, senat teoretycznie opozycyjny i cóż to zmienia, kiedy realna władza jest w Sejmie.
Wariant pierwszy, jeszcze przed wyborami do Sejmu. Powiedzą chcieliśmy zrobić to i to, ale sami widzicie, blokują nas. Wtedy wyciągną kartę reprywatyzacyjną i zagrają zwrotem kamienic. To jest to co im nie wyszło podczas kampanii Jakiego.
Wariant drugi, społeczeństwo zmęczone tą przepychanką poszuka kogoś na ich miejsce.
Ponieważ potencjał jest tylko w Konfedetacji, wygrana Trzaskowskiego otworzy im drzwi władzy. A wtedy możemy się powoli pakować, bo po nas przyjdą. I ani senat, ani prezydent nas nie uchroni.
Najlepszym wyjściem byłoby, gdyby PO się rozwiązało. Wraz z brakiem tego oficjalnego wroga, a cichego koalicjanta, PiS w naturalny sposób sam się rozpadnie. Tak sobie rozważałem.
Aż tu nagle wyzwiska. Z każdej strony. Od prawej do lewej. Ludzie zaczęli mieć pretensje, że nie klaszczę wraz z nimi skandując „Trzaskowski na prezydenta”. Po pierwsze mam wątpliwości. Obawiam się, że przedstawione scenariusze są całkiem realne, a po drugie jestem socjalistą. RT to kandydat partii prawicowej. Jakże mógłbym oddać na niego swój głos. Zarówno na niego jak i na Andrzeja Dudę. Wymuszanie i emocjonalny szantaż wśród bliższych i dalszych znajomych powinien być karalny. Demokracja wciąż działa, nie ma cenzury, są wolne wybory, a świadome niegłosowanie jest również obywatelskim wyborem.
Ale uroili sobie, że w imię wyższego dobra, które sami określają i będą mnie wyzywać licząc na to, że się zamknę. Bo tak naprawdę tu nie chodziło o mój głos, tylko o tych, którzy rozmowę czytali. Jak się okazuje opozycja demokratyczna nie zawaha się złamać zapisów konstytucji by to osiągnąć, a szantaż i zmuszanie łamie nie tylko konstytucję, ale deklarację praw człowieka z 1948 roku.
Bo wszystko to w ramach „przepełnionej tolerancją” akcji dobroczynnej przekonywania, że kandydat prawicy, jest lepszy niż kandydat… prawicy.
Nie napisałem na kogo będę głosował, odciąłem się od obu, ale to już wystarczyło, by przypisać mnie do zbioru PiS. Zaczęło się niewinnie, zwyczajnie wrzuciłem post, gdzie napisałem rożne możliwe scenariusze i konsekwencje takiego, a nie innego wyboru. Zawsze wydawało mi się, że potrafię pisać tak, by tekst był przejrzysty i zrozumiały dla każdego. Zacząłem w to wątpić. Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że większość ludzi czyta życzeniowo i wyciąga wnioski, których nie ma. Wciąż jestem w szoku jak można tak dać się omamić tylko po to, by ktoś dorwał się do jakiegoś stołka.
Rozważałem nawet czy nie jest to typowy syndrom kibola. Kilka bolą alkoholika – jak wyżej napisałem. Kto nie z nami ten przeciwko nam.
Dochodzę do wniosku, że w Polsce potrzebna jest dyktatura, bo skala emocji jest zatrważającą. Na szczęście jest to jeszcze zamknięte w cyfrowym świecie fejsbuka, ale czy tam zostanie, czy nie wylezie do realu? Pamiętam lamenty i protesty jakie były, gdy Kwaśniewski wygrał z Wałęsą. Rany, co się wtedy działo. Ludzie wróżyli armagedon. Robili to na rożnych marszach, wiecach, spotkaniach a podgrzewała prasa związana z Solidarnością, kościoły – te to w każdej awanturze politycznej i każdej zbrodni na tym tle maczały swoje paluchy.
Od Narutowicza, po Adamowicza. Wtedy wyglądało to groźnie, gdyby spadła jakaś iskra w nieodpowiednie miejsce, mielibyśmy krwawe rozruchy. Teraz jest gorzej, bo mamy media społecznościowe. Jest grupa ludzi, patrząca z góry na innych, to elita z wielkich miast. Druga grupa, to ludzie wsród których statystycznie jest więcej mieszkańców prowincji, polski „B”, a nawet „C”. 
Jedni gardzą drugimi, drudzy nie pozostają dłużni. Nie można się odciąć od tej wojenki, bo przypisują zaraz do grupy przeciwnej i traktują jako wroga.
Oczywiście nie wszyscy, ale właśnie oni są najgłośniejsi.
Więc do Was nich się zwrócę jesteście ohydni?
Ja jestem odporny i mam grubą skórę, ale wyobrażam sobie ilu ludzi musieliście zaszczuć, ilu zmusiliscie, posługując się prymitywną techniką walenia po emocjach. Przecież to zwykły gwałt na wolnej woli i wolnym wyborze. A co do kandydatów, cóż zarówno jeden jak i drugi są siebie i Was – warci.
Wprowadziliście cenzurę, wiele osób boi się napisać co naprawdę myśli, żeby tylko nie wyjść na chama czy prostaka ze wsi. Zmuszacie ludzi, by zagłosowali na kogoś, kto deklarując tolerancję i równouprawnienie twierdzi, że ma zbieżnie poglądy z Andrzejem Dudą pod względem adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.
Pomijając już fakt, że prawa człowieka nie podlegają negocjacjom, dyskusji czy poglądom, to zwróćcie uwagę, że dzień pózniej Liga Polskich Rodzin wystosowała uchwałę popierającą Trzaskowskiego. Z daleka wygląda to na ustawkę, podobnie jak krążący w necie film, gdzie jakiś burak zrywa jego plakat wyborczy z ogrodzenia czyjejś posesji. Może jest prawdziwy, ale przy nienawiści której doświadczyłem, zaczynam wątpić. Dobrzy przyjaciele powyrzucali się z grona znajomych, w imię czego? Żeby kto inny brał pensję?
Każdy kto wymusza na kimś zachowanie – jakiekolwiek jest przestępcą, przemocowcem. Wy natomiast moi drodzy, jesteście bandą konformistów, którzy twierdząc, że idą pod prąd, boją się sprzeciwić tej antyludzkiego deklaracji. Wydaje się Wam, że popierając tego a nie stanięciem niego staniecie się elitą.
Nie, jesteście jej karykaturą. Pod jednym z postów zabrał głos znany poseł Michał Szczerba, całkiem kulturalnie odniósł się do pewnej dyskusji która dotyczyła bojkotu tego plebiscytu napisał: „Bojkot to głos na Dudę. Zachęcam serdecznie do zmiany decyzji”. Grupa lewicowych działaczy napisała, ok, to negocjujmy, zagłosujemy pod warunkiem – i spisaliśmy postulaty. Poseł Szczerba nawet się nie odniósł tylko wykasował komentarz i cały wątek dyskusji. Ale czujność rewolucyjna nauczyła nas robić screeny takich wpisów. Zwłaszcza polityków parlamentarnych, więc się nie wyłga.
Przez ostatnie trzydzieści lat tylko dwa razy głosowałem w wyborach prezydenckich. Raz na Aleksandra Kwaśniewskiego w pierwszej turze, a potem na Piotra Ikonowicza. Ten urząd jest bardziej symboliczny i jedyne co daje, to otwiera możliwość promowania swojego ugrupowania. Więc przypomnę, oba prawicowe ugrupowania wywodzą się z tego samego pnia, który zafundował wam likwidację miejsc pracy, prywatyzację, reprywatyzację i całe zło, które dotknęło ten kraj w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Wciąż głosujecie na ugrupowania, które składają się z ludzi.
Oni już wielokrotnie byli u władzy i doprowadzili kraj na skraj ruiny. Oczywiście nie wszystkich, bo niektórzy, zwłaszcza działacze dawnej Solidarności tak się poustawiali, że majątku wystarczy jeszcze dla ich prawnuków. Wybory prezydenckie to rodzaj igrzysk, gdzie od czasów Aleksandra Kwaśniewskiego, wszyscy inni kandydaci proponowani przez SLD mają jakiś kompleks PRL. Tego PRL, które odbudowało kraj po wojnie, wprowadziło powszechne szkolnictwo, bezpłatną opiekę zdrowotną i zlikwidowało bezrobocie. Gdzie każdy miał równe szanse. Czy sądzicie, że tacy autorzy jak Stachura, Hłasko, Wojaczek mieliby szansę przebić się teraz w meistrimie? W meistrimie, gdzie króluje kicz, tani erotyzm, polskie kalki zachodniego kiczu?
Jeśli wydaje się Wam, że jesteście lepsi niż człowiek, który ma mniej pieniędzy, bo nie kradnie, to gratuluję samopoczucia. I mam nadzieję, że nie spotkamy się po różnych stronach barykady, jeśli ten niekontrolowany bunt wyjdzie poza przestrzeń cyfrową.

Dzika reprywatyzacja wraca?

Lokatorzy warszawskich kamienic, na które zęby ostrzą sobie zawodowi „odzyskiwacze”, wciąż nie mogą spać spokojnie. Ratusz zamierza zezwolić na przejmowanie budynków przez „właścicieli roszczeń”. Jak twierdzi – został postawiony pod ścianą.

Za rządów Rafała Trzaskowskiego w warszawskim ratuszu jak dotąd proceder przejmowania nieruchomości przez wątpliwej reputacji „spadkobierców” przedwojennych właścicieli pozostawał w stanie zawieszenia. Od jesieni 2018 w ręce prywaciarzy trafił tylko jeden teren – 387 m kw. działka na Pradze.

Nie ma ustawy

Problemem ratusza jest jednak brak regulacji określających warunki, na mocy których posiadacze roszczeń mogliby się ubiegać o zwrot nieruchomości. Rząd PiS, zajęty innymi sprawami, wciąż nie uchwalił ustawy reprywatyzacyjnej, co przyczynia się do utrzymywania patologicznego statusu quo.

Nie brakuje głosów, że to celowe działanie władzy, która chce postawić w niewygodnej sytuacji prezydenta stolicy, jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków Platformy Obywatelskiej. Powrót reprywatyzacji miałby być pierwszym krokiem do przejęcia sterów Warszawy przez PiS po wyborach samorządowych w 2023.
Dlaczego ratusz jest zmuszony ponownie dać zielone światło na przekazywanie budynków? Ponad 100 spraw, w których przypadku urząd miasta wnioskował do Samorządowego Kolegium Odwoławczego nie może zostać odwołanych, bo SKO nie wyraża na to zgody.

Powstrzymać przekręty

– Kolegium nie chce uznawać naszych wniosków o unieważnienie decyzji. Mogłoby zająć się tym z urzędu, ale nie chce tego robić, ponieważ musiałoby przyznać, że i tam popełniane były błędy. Liczymy na autorefleksję SKO. My w urzędzie miasta nie odżegnujemy się od tego, że były tutaj wydawane również wadliwe decyzje – mówi w rozmowie z „GW” wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej, odpowiedzialny za reprywatyzację.
Ratusz zapowiada, że zrobi wszystko, by nieruchomości nie trafiły w ręce przestępców podających się za spadkobierców. Ma w tym pomóc analiza historyczna aktów prawnych, a także przedwojennej prasy.

Czy można wierzyć Platformie?

Jednak obrońcy praw lokatorów nie są wcale przekonani co do wiarygodności tych gwarancji ani co do tego, na ile włodarze naprawdę chcą się zaangażować w zabezpieczenie interesów lokatorów. Mówił o tym w wywiadzie na łamach „Dziennika Trybuna” Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

W dobre intencje władz Warszawy nie wierzy demaskator reprywatyzacyjnych przekrętów Jan Śpiewak.

– To jest wstrząsające, ale nie zaskakujące. Od początku twierdziłem, że ukrytym celem Trzaskowskiego i Rabieja jest powrót do tego haniebnego procederu handlowania ludźmi – napisał działacz na Facebooku.

Mafia wróci?

– Nie po to ratusz wydaje miliony, żeby zwalczać korzystne dla siebie decyzje Komisji Weryfikacyjnej, nie po to ja mam w sumie 25 pozwów i aktów oskarżenia, żeby biznes miał się nie kręcić. Kasa musi się zgadzać – wskazuje działacz miejski.

W ocenie Śpiewaka nowe skandale i dramaty lokatorów są w stolicy wyłącznie kwestią czasu.

– Taka decyzja otwiera drogę do powrotu mafii reprywatyzacyjnej w stolicy. Ratusz musi mieć tego pełną świadomość. Wie też, że większość zwrotów była nielegalna, ale najważniejszy jest interes lobby reprywatyzacyjnego. Trybunał Konstytucyjny dwukrotnie się wypowiadał w sprawie reprywatyzacji i dwukrotnie jego orzeczenia oznaczały, ze zdecydowana większość warszawskich zwrotów była nielegalna. Nie można na gruncie polskiego prawa unieważniać decyzji administracyjnych, które były wydane 70 lat temu i przyniosły nieodwracalne skutki. Wie o tym każdy prawnik w Warszawie, ale nie wie o tym Trzaskowski – napisał Jan Śpiewak.

Pomnik Berlinga dobity

Tuż przed świętami zdemontowany został cokół zniszczonego latem 2019 w Warszawie pomnika generała Zygmunta Berlinga. Demontażu dokonały władze dzielnicy Praga-Południe, powołując się na ustawę dekomunizacyjną i decyzję wojewody mazowieckiego.

Resztki pomnika i cokołu zostały umieszczone w magazynie dzielnicy. Nie ma żadnego pomysłu na jego dalsze przeznaczenie. Tymczasem, jak wynika z naszych ustaleń, Prokuratura Rejonowa Warszawa – Praga Południe postanowieniem z dnia 2 grudnia 2019r. sygn. PR 6 Ds.1442.2019 umorzyła dochodzenie „w sprawie dokonania w dniu 04.08.2019 r. w Warszawie na terenie skweru Ryskiego przy zbiegu ul. Wał Miedzeszyński i Al. Stanów Zjednoczonych uszkodzenia pomnika gen. Zygmunta Berlinga o wartości strat 20 000 zł na szkodę Urzędu Dzielnicy Praga Południe Miasta Stołecznego Warszawy tj. o czyn z art. 288 par.1k.k.”.

W uzasadnieniu postanowienia padają nazwiska różnych osób (Adama Słomki, Leszka Staniszewskiego, Wojciecha Osińskiego, Barbary Butler-Błasińskiej), które mogą mieć wiedzę o okolicznościach związanych ze zniszczeniem pomnika, jednakże jak wynika z lektury uzasadnienia „podjęte w dochodzeniu czynności nie dały wyników pozytywnych”(jak rozumiemy nie pozwoliły na ustalenie sprawców przestępstwa), ale „… mimo umorzenia dochodzenia sprawa nadal pozostanie w zakresie zainteresowania organów ścigania i w wypadku ujawnienia nowych istotnych okoliczności zostanie ono podjęte i będzie kontynuowane”.
Niestety, takie sformułowania nie dają nawet cienia nadziei na ustalenie sprawców przestępstwa oraz ich doprowadzenie przed oblicze sądu.
Budzi to nasze zaniepokojenie, tym bardziej że jak ćwierkają wróble na mieście, w przestrzeni internetowej pojawiły się zdjęcia przedstawiające zniszczenie pomnika generała Berlinga. Czyżby policja, która wielokroć już korzystała ze wsparcia choćby YT, przy rozwiązywaniu bardziej skomplikowanych przestępstw, w tym przypadku do takiego materiału nie dotarła?

Będziemy konsekwentnie pytać policję o postępy w dochodzeniu, wszak sprawa nadal pozostanie w zakresie zainteresowania organów ścigania i informować naszych Czytelników o poczynionych ustaleniach.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że pytania redakcji „Dziennika Trybuna” kierowane do Urzędu Dzielnicy Praga Południe w sprawie okoliczności związanych ze zniszczeniem pomnika, a następnie demontażem cokołu zostało przekazano do Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Warszawskiego Ratusza. Zatem czekamy na odpowiedź…

Warszawskie foto-retrospekcje

Od albumowej serii „Warszawa. Foto retro” wydanej nakładem wspaniałego wydawnictwa „Bosz” z Olszanicy nie mogłem wprost oderwać oczu.

Nie od dziś lubuję się w fotograficznych warsawianiach, których bibliografia liczy już setki edycji z wieloma tysiącami zdjęć od czasów pierwszych prób i pierwszych dokonań fotografa Karola Bayera i innych pionierów fotografii w Polsce z połowy XIX wieku aż po fotografię współczesną, nie tylko tę reporterską, ale także autorską, artystyczną.
Jednak edycji tak frapującej jak cykl „Bosza” dawno nie oglądałem. Dobór fotografii uwzględnia tu bowiem możliwie najpełniejszą różnorodność form i tematyki, od statycznych zdjęć pryncypalnych miejsc i budowli miasta, poprzez scenki z warszawskiej codzienności, z placów budów, ze straganów i kramów ulicznych, postojów tramwajowych i dorożkarskich, wnętrz sklepowych, parków i traktów spacerowych, z artystycznych i innych środowiskowych eventów, z oficjalnych okoliczności i uroczystości z udziałem oficjeli czy wydarzenia historyczne, jak wyprzedzającą chronologicznie lata 20-te scenę warty studenckiej w listopadzie 1918 roku, po rozbrojeniu Niemców, spotkanie Józefa Piłsudskiego z Gabrielem Narutowiczem, śmierć pierwszego prezydenta RP czy przewrót majowy 1926 roku, itd, itd. Boszowski cykl „Warszawa” obejmuje aktualnie okres od lat 20-tych XX wieku po lata 80-te i każdy album poświęcony jest jednej dekadzie. Większość autorów wybranych fotografii, które pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego, jest nieznana i pewnie już nigdy nie zostanie poznana. Szkoda, bo wiele z nich to ujęcia prawdziwie ikoniczne, od dziesięcioleci powielane w niezliczonych reprodukcjach.
Każdy też opatrzony jest słowem wstępnym, autorstwa znanych, związanych z Warszawą osób. Autorem słowa wstępnego do albumu poświęconemu dekadzie lat 20-tych napisał warsawianista Jerzy S. Majewski, ale już album z lat 60-tych opatrzony jest wstępem autorstwa Beaty Tyszkiewicz, której życie i szczyt filmowej kariery (np. rola Izabeli w ekranizacji ”Lalki” Bolesława Prusa dokonanej przez W.J. Hasa) szczególnie silnie kojarzą się z tym właśnie okresem).
Danuta Szaflarska przygotowała z kolei słowo wstępne do albumu.

„Warszawa. Foto retro”, redakcja Jan Łoziński, projekt graf. Justyna Czerniakowska, Wyd. BOSZ, Olszanica 2016, str. 111, ISBN 978-83-7576-269-3

„Dzika reprywatyzacja” wróci

Reprywatyzacja została wstrzymana, kiedy zrobiło się o niej zbyt głośno, ale nie jest zakończona. Pozostanie w zawieszeniu, dopóki nie będzie dużej ustawy reprywatyzacyjnej – mówi Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Jan Śpiewak napisał, że Rafał Trzaskowski i ludzie rządzący Warszawą najchętniej wróciliby do dzikiej reprywatyzacji w jej najgorszym wydaniu. Był to komentarz do postawy miasta stołecznego, które odwołuje się od postanowień komisji weryfikacyjnej uchylających decyzje reprywatyzacyjne i nakazujących wypłacać lokatorom odszkodowania. Zgadzasz się?

PIOTR CISZEWSKI: Jak najbardziej. Komisja weryfikacyjna zajmująca się sytuacją w Warszawie okazała się, co zresztą podejrzewaliśmy, nieskuteczna – Wojewódzki Sąd Administracyjny podważył już nie pierwszy raz jej rozstrzygnięcia odbierające skupywaczom roszczeń nieruchomości. Anulował m.in. decyzje komisji w sprawach budynków przy Dahlberga 5 i Nabielaka 9 – w głośnych, bulwersujących sprawach, gdzie lokatorzy byli bezpośrednio zaangażowani w udowodnienie, dlaczego reprywatyzacja nigdy nie powinna była mieć miejsca. Nabielaka 9 to ostatni adres zamieszkania Jolanty Brzeskiej – współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, zamordowanej w 2011 roku.

W nowej kadencji Sejmu nie liczycie na przełom?

Najgłośniej o dużej ustawie reprywatyzacyjnej mówił Patryk Jaki, który obecnie jest europosłem i nawet nie zasiada już w komisji łączonej z jego nazwiskiem. Temat systematycznie upadał, przestawał się opłacać. Obecnie nie wiążemy już z rządzącą prawicą żadnych nadziei. Nie spodziewamy się nie tylko „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”. Krokiem naprzód byłaby choćby decyzja w sprawie wypłaty odszkodowań dla osób, które na reprywatyzacji już ucierpiały.

W mediach było głośno, gdy komisja Jakiego ogłaszała przyznawanie im wysokich rekompensat. Ale miasto stołeczne się skutecznie odwoływało…

… i nikt nie miał odwagi zaproponować żadnego całościowego rozwiązania. Nawet najprostszego, jak wypłata odszkodowań przez Skarb Państwa. Fakt, że w takim wypadku na rekompensaty w istocie zrzucaliby się wszyscy obywatele, nieponoszący przecież odpowiedzialności za aferę reprywatyzacyjną. Niemniej skoro urzędnicy i politycy dopuścili się tylu nieprawidłowości i zaniedbań, to państwo powinno uznać swoją odpowiedzialność w tym względzie. Inna sprawa, że tak samo można uznać, że odpowiedzialność powinno wziąć na siebie miasto, nie odwołując się od decyzji komisji.

Nie ma żadnej możliwości, by pociągnąć do odpowiedzialności bezpośrednio winnych?

Byłaby, gdyby była taka determinacja. Tymczasem politycy PiS lubią piętnować udział Platformy Obywatelskiej w grabieży reprywatyzacyjnej, przedstawiać bilans jej rządów w Warszawie, a „zapominają” o tym, że warszawski PiS też nie interesował się sprawami lokatorów, a powiązani z partią Kaczyńskiego ludzie korzystali na reprywatyzacji. Część ludzi z Biura Gospodarki Nieruchomościami, instytucji, która słusznie jest uważana za centrum całej grabieży, została powołana jeszcze wtedy, gdy w ratuszu rządził PiS. Oni się świetnie urządzili i także za kadencji konkurencyjnej partii uważano ich za niezatapialnych.

Czy komisji Jakiego udało się osiągnąć cokolwiek?

Część jej decyzji została podtrzymanych, więc nie można mówić, że bilans tego ciała jest zerowy. Ale to raczej kolejny dowód na to, że zdawanie się na sądy administracyjne w kwestii sprawiedliwych rozwiązań, bez ustawy, jest wyjątkowo niepewne.

Dla ludzi, którzy nie siedzą w prawie, decyzje sądów mogą być też zwyczajnie niezrozumiałe. W sprawie działek przy Szarej i Czerniakowskiej sąd orzekł, że decyzję komisji Jakiego uchyla, ale cofnięcie reprywatyzacji nie jest niemożliwe. Z tym, że uzasadnienie musiałoby być inne.

Sąd administracyjny sprawdza czy dotrzymano procedur. Tymczasem procedury działania komisji Jakiego nie są nawet do końca uregulowane ustawowo. Kiedy jest tak duża dowolność, ogromne jest też pole do popełniania błędów. Nie można też oczekiwać, że sąd administracyjny będzie zastanawiał się nad społecznymi konsekwencjami obowiązującego prawa. On nie od tego jest.
Na pewno natomiast już na gruncie obowiązującego prawa mogłyby przyspieszyć sprawy osób, którym zarzuca się fałszowanie dokumentów w celu odniesienia korzyści z reprywatyzacji. Takie wyroki już zapadały, ale jest ich zdecydowanie za mało. Nieustannie też trzeba mówić o prawach lokatorów. Nie tylko z reprywatyzowanych budynków, chociaż sprawy związane z nimi pokazały właśnie najdobitniej, że potrzebujemy regulacji, które lepiej chronią lokatorów. Rząd PiS chce iść dokładnie w drugą stronę. To nie jest partia prospołeczna. Gdyby tak było…

… to wzmocniłaby ochronę lokatorów i zakwestionowałaby samą ideę reprywatyzacji?

Kiedy budynki były przekazywane razem z lokatorami, powoływano się na art. 678 kodeksu cywilnego, który dotyczy zbywania lub nabywania umów ciążących na jakimś dobrze. WSL mówi: reprywatyzacja to nie jest zwykłe zbycie/nabycie budynku. Dlaczego nie postarać się o podważenie samego mechanizmu przejmowania umów najmu? Wtedy miasto nadal byłoby odpowiedzialne za ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach. Dysponujemy opiniami prawnymi idącymi w tym kierunku. Co więcej, w podobnym tonie wypowiadali się członkowie komisji Jakiego.

Czy lokatorzy będą mieć pożytek z Lewicy w Sejmie? W kampanii hasło utworzenia publicznego developera i działań na polu polityki mieszkaniowej było dość mocno eksponowane.

Współpraca na poziomie samorządów jest ważniejsza. To tam ustalane są lokalne zasady polityki mieszkaniowej, podejmowane decyzje w tym zakresie, przyjmowane wieloletnie plany gospodarowania miejskim zasobem mieszkaniowym.

Niemniej spotkamy się z parlamentarzystami, jesteśmy gotowi udzielić opinii na temat przygotowywanych projektów ustaw, ale mówimy też: sprawdzam. Ustawowe wsparcie budownictwa społecznego – komunalnego i spółdzielczego – to nie tyle dobry pomysł, co konieczność. Tak samo, jak sprzeciw wobec komercjalizacji miejskich zasobów mieszkaniowych, co w Warszawie staje się kolejną plagą.

W Berlinie czy Barcelonie na poważnie mówi się o regulacji czynszów i walce ze spekulacją nieruchomościami. Da się to robić w Polsce?

Moim zdaniem to znakomite pomysły, ale czy się da? W Hiszpanii i Niemczech działają prężne ruchy lokatorskie, które bardzo długo o to walczyły. To dzięki nim dziś Barcelona aktywnie stara się, by rynek nie był kształtowany pod wynajem dla turystów. Ten problem już zaczyna dawać o sobie znać w Warszawie czy Trójmieście. Także regulacji czynszów nam trzeba – koszty mieszkania w Warszawie już są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków.

Prestiżowa przegrana komisji Jakiego

W grudniu 2017 r. komisja weryfikacyjna kierowana przez Patryka Jakiego uchyliła decyzję reprywatyzacyjną w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9, gdzie mieszkała Jolanta Brzeska. Nakazała również, by Marek M., znany „handlarz roszczeń”, zwrócił do miejskiej kasy 2,9 mln złotych. Wczoraj Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uznał, że decyzja ta była bezpodstawna.

Zaledwie kilka dni temu WSA w Warszawie uchylił decyzję komisji Patryka Jakiego w sprawie dwóch działek na Powiślu. Krytycy reprywatyzacji i obrońcy praw lokatorów spodziewali się, że na rozprawie w sprawie kamienicy przy Nabielaka 9 może zapaść podobny werdykt. Mieli rację. Symboliczna sprawa, dotycząca nieruchomości zniszczonej podczas II wojny światowej, odbudowanej przez mieszkańców, a w 2006 r. zwróconej trojgu spadkobierców oraz „kupcowi roszczeń” Markowi M. (nabył roszczenia od kolejnych spadkobierców, za wyjątkowo niskie kwoty), kończy się triumfem tego ostatniego.
Historię nieruchomości przypomina we wpisie na Facebooku Jan Śpiewak, aktywista miejski zajmujący się nagłaśnianiem reprywatyzacyjnych patologii. – Marek Mossakowski kupił roszczenia do kamienicy na Nabielaka za 1500 złotych. Za kolejne 300 złotych kupił prawa do odszkodowania. Kamienica była zburzona w 70% w czasie wojny. Otrzymał nowiutką kamienicę na Dolnym Mokotowie decyzją Mirosława Kochalskiego w 2006 roku. Niedługo później na jego konto wpłynęło 1,9 miliona złotych tytułem „odszkodowania”. Zaczęło się czyszczenie nieruchomości. Do mieszkania, w którym mieszkała Jolanta Brzeska Mossakowski próbował się włamać za pomocą szliferki. Żądał od lokatorów pięniędzy za korzystanie z chodnika i części wspólnych. Brzeska nie chciała się wyprowadzić. W marcu 2011 roku została porwana ze swojego mieszkania i spalona żywcem w Lesie Kabackim – pisze.
Komisja weryfikacyjna cofnęła decyzję o reprywatyzacji nieruchomości przy Nabielaka 9, a córce Brzeskiej, Magdalenie, przyznała wysokie odszkodowanie. Miasto nigdy go nie wypłaciło, a decyzję komisji zaskarżyło do sądu. O sądowe rozstrzygnięcie zwrócił się również Marek M.
Sędzia Dariusz Pirogowicz, uzasadniając uchylenie decyzji komisji, stwierdził, że nie mogła ona „uchylać praw przynależnych do budynku jako takiego czy też lokalu do tego budynku należącego”. Orzekł także, że nie można zarzucać prezydentowi Warszawy, by rażąco naruszył przepisy postępowania administracyjnego przy wydawaniu decyzji o reprywatyzacji Nabielaka 9.
Sebastian Kaleta, który obecnie przewodniczy komisji weryfikacyjnej, zapowiedział, że komisja złoży skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Stwierdził, że wyrok i jego uzasadnienie „godzą w elementarne zasady państwa prawa”. – Sąd de facto zaprzeczył potrzebie oraz możliwości usuwania skutków błędnych i szkodliwych społecznie decyzji reprywatyzacyjnych – skomentował Kaleta. Jeszcze mocniej o wyroku wypowiedział się w mediach społecznościowych Jan Śpiewak. – Sąd znowu stanął po stronie skazanego prawomocnym wyrokiem kryminalisty (…) Sądy znowu stają po stronie bezprawia przeciwko interesowi publicznemu. Mamy do czynienia z rokoszem sądów administracyjnych, które łamią wyroki Trybunału Konstytucyjnego i dowolnie na korzyść handlarzy roszczeń interpretują dekret Bieruta – napisał.