Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Wystawa poświęcona postaci Ignacego Daszyńskiego

Ignacy Daszyński – mąż stanu i jeden z ojców niepodległości Polski, pierwszy premier II RP, wicepremier Rządu Ocalenia Narodowego w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, marszałek Sejmu RP, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej, inicjator oraz przewodniczący Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, współautor nowoczesnych reform społecznych i politycznych, publicysta. Jego bogata polityczna biografia rozpoczyna się w Cesarstwie Austro-Węgierskim, gdzie Daszyński zdobywa mandat posła do parlamentu wiedeńskiego.
Głównym celem wystawy „Ignacy Ewaryst Daszyński – Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” jest przywołanie postaci pierwszego premiera i postawienie go za wzór socjalisty-demokraty, który pomimo przywiązania do Józefa Piłsudskiego, potrafił przeciwstawić się autorytaryzmowi i narastającej fali autorytaryzmu. Ten znakomity mówca, obdarzony również talentem lekkiego pióra stał się jedną z politycznych ikon dwudziestolecia międzywojennego.
Ignacy Ewaryst Daszyński to postać nietuzinkowa, postawienie w Warszawie pomnika ku jego czci, jako jednego z ojców niepodległego państwa polskiego, jest znakomitą okazją do wystawy prezentującej jego dokonania.
Zainteresowanych poznaniem politycznej drogi Ignacego Daszyńskiego, zapraszamy na Plac Zamkowy w Warszawie, gdzie od 25 czerwca 2019 r. – na wysokości wieży kościoła Św. Anny – będzie można oglądać wystawę poświęconą postaci pierwszego premiera II Rzeczpospolitej.
Specjalnie dla osób, które nie będą mogły dotrzeć na miejsce prezentacji, wystawa „Ignacy Ewaryst Daszyński–Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” będzie dostępna w Internecie pod adresem www.daszynski.com.pl przez najbliższy rok.
Ekspozycja została przygotowana w językach: polskim i angielskim.
Wystawę zrealizowało Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Warszawa w Europie przy wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

Wsparcie, nie połajanki

Nie do końca zgadzam się z tekstem Piotra Gadzinowskiego z ostatniego wydania „Trybuny” – chodzi mi o tę część „Flaczków tygodnia”, w których odnosił się do Szymona Niemca – ekumenicznego kapłana, który zasłynął odprawianiem nabożeństwa podczas parady równości w Warszawie w ubiegłą sobotę. Piotr utrzymuje, iż Niemiec zrobił nieświadomie ogromną przysługę PiS, co zakrawa już na bycie „pożytecznym idiotą” w służbie tej partii.
Uważam, że doszliśmy już do takiego poziomu religijnej fiksacji, że wysadziło skalę. Bo oto Episkopat publikuje ważne oświadczenie o tym, że podczas stołecznej imprezy doszło do skandalicznej wprost obrazy uczuć religijnych i zapowiada konsekwencje.
Szkoda, że podobną choćby w ułamku swojej intensywności reakcją nie wykazał się wobec premiery filmu braci Sekielskich. Wychodzi na to, że inne kościoły i organizacje religijne, choćby liczące garstkę osób, powinny zostać natychmiast zdelegalizowane, bo kiedy wierni KK zobaczą odprawiane nabożeństwo mające podobny szynel, rekwizyty i rytualne pozy, to ich uczucia religijne cierpią tak bardzo, że karetki nie nadążają dojeżdżać do rannych.
Według logiki zaprezentowanej przez Piotra, należy więc siedzieć cicho i uważać, żeby się nam kościół nie zdenerwował. A zdenerwować go może cokolwiek – nawet to, że ktoś uklęknie, pragnąc umyć podłogę w kuchni.
Może być to wieść dla Episkopatu wstrząsająca, ale kościoły oraz obrzędy alternatywne istnieją – i – SIC! – istnieją również w innym celu niż parodiowanie kościoła katolickiego i ciągłe do niego przez swoje istnienie nawiązywanie.
„W nabożeństwie mógł uczestniczyć każdy, kto tylko miał na to ochotę. Takie liturgie odprawia się wtedy, kiedy mamy zgromadzenie ludzi z różnych kościołów i chce się zapewnić opiekę duszpasterską wszystkim” – oświadczył Niemiec, tłumacząc to, co wydarzyło się podczas Marszu Równości. Wśród aktywistów LGBT jest spora grupa praktykujących chrześcijan. Zamiast palić kościoły, zakładają własne. Należy im się nasze wsparcie, nie połajanki.

 

Dwa miasta, dwie mentalności

Jestem ostatnim, który powie coś miłego o neoliberalnych politykach. Jestem pierwszym, który uważa, że hasło ”nie ma wroga na lewicy” powinno być priorytetowe w ustawianiu relacji po lewej stronie sceny politycznej.
Dziś akurat przyszedł czas, kiedy muszę zaprzeczyć sam sobie.
Postawa Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy z PO, imponuje. Jest pierwszym prezydentem, który objął patronatem Marsz Równości. Różni się tym korzystnie od swojej poprzedniczki, która mając pełne usta Ducha Świętego jako dyżurnego konsultanta oraz rozmodlone zachowania przy lada okazji, kiedy trzeba było opowiedzieć się za często dyskryminowaną mniejszością, co zgodne z istotą chrześcijaństwa, nigdy nie potrafiła zachować się jak rasowy polityk europejski i jak chrześcijanin. Jej zachowania, skierowane na to, by za wszelką cenę nie być kojarzoną ze wsparciem dla ruchów LGBT byłyby zabawne, gdyby nie były kompromitujące. I, co gorsza, przez lata kierownictwo jej partii udawało, że tego nie widzi, czym wystawiało sobie fatalne świadectwo.
Akurat uważam, że przez polskie miasta winny przechodzić nie tyle marsze równości, ile marsze tolerancji, bowiem nie tylko grupa LGBT jest w Polsce dyskryminowana, a Polacy mają wiele lekcji do odrobienia z wyrozumiałości i akceptacji wobec wszystkich, którzy od nich się różnią. Kiedy na ulicach w radosnym i uśmiechniętym pochodzie obok siebie przejdą aktywiści ruchów LGBT, przedstawiciele innych ras i religii, niepełnosprawni i chorzy, wtedy dopiero będziemy mogli mówić o marszu równości w pełnym tego słowa znaczeniu.
Zostawmy to jednak na boku, bo czas przenieść się o niemal 300 kilometrów od stolicy: do Rzeszowa. Tam Tadeusz Ferenc, prezydent podkarpackiego miasta, członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wydał zakaz Marszu Równości. Rzeszowski prezydent ma z pewnością mnóstwo poważnych argumentów na obronę swojej decyzji: bezpieczeństwo mieszkańców, tradycyjny konserwatyzm tego regionu, a wreszcie chęć utrzymania się u władzy przez kolejna kadencję, a bez poparcia Kościoła, konserwatystów i zwykłych homofobów, nie ma co Tadeusz Ferenc marzyć o wygranych kolejnych wyborach. Ludzie pozbawieni elementarnej wrażliwości i ze zdemolowanym przez ostatnie 30 lat systemem wartości decyzji Ferenca przyklasną: tak się robi politykę! Furda wartości i zasady, liczy się utrzymanie władzy i koniec.
Otóż nie.
Ferenc właśnie udowadnia, że nominalnie lewicowe ugrupowanie nie jest warte złamanego grosza ani jednego choćby głosu, jeżeli mają w nim mieć coś do powiedzenia tacy ludzie, jak on. Ne zazdroszczę Annie-Marii Żukowskiej, rzeczniczce Sojuszu, która choć ostro krytykuje prezydenta Rzeszowa, musi mieć świadomość, że taka postawa, jaką Ferenc zaprezentował, jest w jej ugrupowaniu powszechna. Zadziwiająca łatwość budowania sojuszu z partiami, których program jest w ewidentnej sprzeczności z lewicowym światopoglądem, wypowiedzi działaczy SLD, które kompromitują ich i ugrupowanie, to tylko niektóre i najświeższe grzechy. To wszystko układa się w tę fatalną narrację, że zrobią wszystko, pójdą z każdym i odwrócą się od każdej wartości, byle tylko dorwać się do władzy. Ferenc jest produktem takiego myślenia.
Umiejętność pójścia pod prąd, wykazania się odwagą obrony niekoniecznie popularnych poglądów, czyli to co zaprezentował Trzaskowski, charakteryzuje polityków nastawionych na sukces, a w każdym razie potrafiących zachować twarz. To nieczęste w polskiej polityce.
Nie będę popierał PO. Ale odwaga Trzaskowskiego jest godna szacunku. Decyzje Tadeusza Ferenca – niekoniecznie.

Widmo zapaści

Po czerwcowych wyborach 1989 roku nerwowo przebiegał pierwszy powyborczy sezon teatralny w stolicy.

Skala zwycięstwa wyborczego 4 czerwca 1989 roku zaskoczyła wszystkich, nawet aktorów, którzy stanęli po stronie rodzącej się demokracji. Joanna Szczepkowska ogłosiła w telewizji koniec ery komunizmu, aktorzy zaś włączyli się w rozmaite formy poparcia nowej władzy. Nastrojowi radości, poczuciu wolności, ostatecznego zniesienia cenzury (bo jej dolegliwość w ostatnich latach wyraźnie malała) towarzyszył niepokój o przyszłość i pytania, jak urządzić teatralne gospodarstwo w nowych czasach.
Teatry warszawskie cierpiały na wiele dolegliwości: nieuregulowane stosunki własnościowe, dwa spalone teatry (Narodowy i Rozmaitości), niedoinwestowanie i zarazem rozdęcie etatowe – o tych sprawach rozprawiano już od połowy lat 80., kiedy zrodziła się ustawa o instytucjach artystycznych i pojawiły się nieśmiałe próby odejścia od praktyki teatru-urzędu. Wszystkie te pytania wróciły z nową siłą w nowych czasach, zwłaszcza że możliwości finansowe państwowego mecenasa gwałtownie się kurczyły.
Wolność wybuchła, kiedy kończył się sezon zaplanowany jeszcze w PRL. Jedną z pierwszych premier po wyborach był „Rewizor” Gogola w Teatrze Polskim. Spektakl wywołał entuzjazm widzów i liczne komentarze, w których zachwyt mieszał się z zaskoczeniem. Nie było bowiem wiadomo, czy to spektakl-komentarz, jak to często u Kazimierza Dejmka bywało, przypisany do gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości, czy zjadliwa satyra na zastój, który trwa w najlepsze na prowincji, gdzie tak naprawdę niewiele się tu zmienia. Dekoracja Krzysztofa Pankiewicza, ukazująca na scenie odstręczające „miasteczko N.N., które wygląda jak skrzyżowanie zagrody z więzieniem”, jak pisał Andrzej Lis, pogłębiała te dylematy. Zastanawiał recenzentów Chlestakow Jana Englerta, postać znacznie bardziej groźna i moralnie upadła niż Horodniczy Janusza Zakrzeńskiego. „Chlestakow Englerta – pisała Bożena Winnicka – jest układny i słodki jak lokaj. I bezczelny jak kelner. Jest cyniczny do dna i kompletnie amoralny”. Jakkolwiek trudno było Dejmkowi przypisywać wyraźnie publicystyczne intencje, jego spektakl komunikował się z widzami wyśmienicie i mógł stanowić dobry prognostyk dla teatru w nowych czasach.
Już nie tak dobrze przyjęty został „Cyklop” Władysława Lecha Terleckiego na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego z Andrzejem Łapickim w roli margrabiego Wielopolskiego i w jego reżyserii. Terlecki ukazał portret polityka po klęsce, którego motywy działania zawsze były przedmiotem sporów – realista, dbający o rozwój cywilizacyjny kosztem ograniczania demokracji. Jego kontrowersyjne wybory odsyłały do dylematu polskiego po rozbiorach, zwłaszcza pytania dotyczącego polskich powstań niepodległościowych: bić się czy nie bić? Mimo tak silnego związania z ważnym dla Polaków wyborem drogi, rozdarcie Wielopolskiego brzmiało mocniej w czasach PRL niż w parę miesięcy po ustrojowej zmianie warty.
Rychło okazało się, że teatr nie nadąża za swoim czasem, a nawet takie spektakle, które jeszcze niedawno uchodziły za akt odwagi i politycznej przenikliwości traciły na wadze. Dotyczy to na przykład zrealizowanych w teatrze domowym jednoaktówek „Largo desolato” Vaclava Havla i „Degrengolada” Pavla Kohouta (reż. Maciej Szary), które znalazłszy się na afiszu Teatru Powszechnego przestały nosić znamię gorącej, obchodzącej publiczność materii. Nie pomogło nawet przypomnienie czasów, kiedy spektakle odbywały się w warunkach konspiracji, zagrożone niespodziewaną wizytą esbeckich patroli – Ewa Dałkowska przed premierą wygłosiła pełną gorzkiej ironii refleksję o awansie przedstawienia z podziemia do państwowego teatru.
Jeszcze bardziej nie na czas został zrealizowany spektakl wedle głośnej powieści „Rok 1953 i lata następne” Anatolija Rybakowa w Teatrze Narodowym na scenie Teatru Małego w reżyserii Jerzego Krasowskiego. Dylematy późnego stalinizmu okazały się z dnia na dzień mocno przestarzałe i to, co brzmiało odważnie pół roku temu, stawało się letnim opowiadaniem o sprawach drugorzędnych. Teatr Narodowy, działający po pożarze w zastępczej sali Teatru na Woli i w Teatrze Małym, dysponujący skromnymi siłami aktorskimi i obciążony złą sławą teatru „reżimowego”, nie był w stanie odnaleźć się w zmieniającej rzeczywistości. Nie pomogła mu w tym próba odzyskania reputacji inscenizacją „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły, którą przygotowała Krystyna Skuszanka, wracając do swej wcześniejszej realizacji w Krakowie, ani też poprawne wystawienia niebudzącej emocji klasyki („Rewolwer” Fredry, „Świecznik” Musseta, „Sześć postaci szuka autora” Pirandella). Ta niedobra aura, ale także słabe, nierokujące poprawy wyniki pracy artystycznej (jak na oczekiwania wobec sceny narodowej), stały się przyczyną rozwiązania Zespołu przez minister Kultury Izabellę Cywińską przy milczącej aprobacie widzów i recenzentów.
Więcej nadziei budził powrót Adama Hanuszkiewicza na stanowisko dyrektora, wprawdzie nie do Teatru Narodowego, ale do Nowego, w którym rozpoczął swój sezon sylwestrową premierą-wieczornicą, „Nad wodą wielką i czystą”, rodzajem wieczoru wspomnieniowego, na które zaprasza się przyjaciół. W wieczorze (pierwszej wersji) uczestniczyli m.in. Irena Kwiatkowska, Gustaw Lutkiewicz, Wojciech Pokora, Andrzej Szczepkowski, honory domu pełnił Adam Hanuszkiewicz, który tym spektaklem chciał nawiązać do swojego przedstawienia „O poprawie Rzeczypospolitej” (Teatr Narodowy, 1981). Później jednak okazało się, że Hanuszkiewicz nie ma nowego pomysłu na Nowy, powtarzając swoje dawniejsze spektakle – zarówno składanka „Wyzwolenie-Wyspiański-Norwid”, jak i „Wesele” potwierdziły jedynie skłonność reżysera do rozbudzania emocji. „Reżyser twierdzi – komentował Tomasz Mościcki – że zrobił przedstawienie dla młodych ludzi, bo każde pokolenie winno mieć swoje „Wesele”. Piszący te słowa jest człowiekiem młodym. Nie uważa jednak, żeby jego generacja była tak głupia i kabotyńska”. Jednak mimo oburzenia części krytyków Wesele u Hanuszkiewicza szło przy kompletach, choćby przez pamięć dawnych sukcesów. Z drugim spektaklem postromantycznym było słabiej. Krytycy nie zostawili na spektaklu suchej nitki, tylko Wanda Zwinogrodzka zachowała poczucie humoru: „Gorzka ironia Wyspiańskiego przyjmuje postać wesołej, żakowskiej bufonady”. Ale frekwencja słabła, choć nadal wynosiła ok. 80 %.
Najgorętsza dyskusja, opisująca stan swego rodzaju rozdroża, na którym znalazł się teatr – oceniany jako barometr nastrojów, ale i źródło bieżących diagnoz – rozgorzała po premierze adaptacji „Małej apokalipsy” Tadeusza Konwickiego, przygotowanej przez Krzysztofa Zaleskiego w Teatrze Ateneum. Publiczność garnęła się na to przedstawienie, choćby ze względu na samą powieść, owianą legenda, a także fakt, że dwa lata wcześniej jej adaptacja została zdjęta przez cenzurę z afisza Teatru Dramatycznego. Tłumy na widowni i przed kasą Ateneum dla Marii Bojarskiej były dostatecznym dowodem, że przedstawienie trafia w porę na scenę. Jednak większość recenzentów odczuwała pewien niepokój. „Dzisiaj teatralna „Mała apokalipsa” – pisał Wojciech Dudzik – jest już spóźniona. Przedstawienie teatralne musi bowiem utrafić w swój czas”.
O ile „Mała apokalipsa”, nawet jeśli nie spełniała kryterium „bieżącej diagnozy”, to jednak spotkała się ze znacznym rezonansem, o tyle nie da się tego już powiedzieć o mocno zwietrzałym „Folwarku zwierzęcym” (Teatr Ochoty) i także nienadążającym za zmianami „Przesłuchaniem” w Teatrze Adekwatnym. Lepiej przyjęto spektakle w Dramatycznym o mocnym ładunku wspomnieniowo-rozliczeniowym, „Zatrutą studnię”, wieczór tekstów poetyckich Jacka Kaczmarskiego, i „Moskwę-Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa w opracowaniu i reżyserii Jacka Zembrzuskiego. Poważny nastrój repertuaru Dramatycznego zapowiadała inscenizacja „Na dnie” Maksyma Gorkiego, przygotowana przez Macieja Prusa.
W rozpolitykowanym otoczeniu czytano „Tango” Sławomira Mrożka w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Polskim jako opowieść o podstarzałych buntownikach – sugerowała to jednoznacznie obsada: młodego Artura grał w tym przedstawieniu Damian Damięcki, artysta średniej generacji.
Teatr jednak wyrywał się z okowów polityki, szukając dla siebie terenów niezależnych od kapryśnych zmian aury politycznej i notowań poszczególnych stronnictw. Wyrazem tych dążeń były inicjatywy niezależne – rozwijająca się działalność Pracowni Teatr, która przygotowała m.in. „Escurial” Michaela de Ghelderode (reż. Marek Bartkowicz), pokazywany w podziemiach groty Elizeum w parku przy ul. Książęcej, czy adaptacja „Pana Tadeusza”, przygotowana przez Jana Englerta, z którą warszawscy aktorzy występowali nie tylko w stolicy. Najważniejszym jednak przedsięwzięciem niezależnym było utworzenie pod parasolem Teatru Studio Zespołu Teatralnego Janusza Wiśniewskiego, który dał porywającą premierę „Olśnienia”, autorskiego spektaklu Wiśniewskiego na motywach opowiadania Lwa Tołstoja. Premiera „Olśnienia” odbyła się w Sali im. Emila Młynarskiego Teatru Wielkiego, który także patronował produkcji. W tej sali teatr Wiśniewskiego nie czuł się najlepiej. Mimo że to „scena mała”, to jednak mała wyłącznie w kategoriach Teatru Wielkiego. Ogromna kubatura pomieszczenia wymagała więc specjalnych zabiegów, aby spektakl uzyskał należytą intymność. Scena została więc skrócona do wymiarów ulubionego przez reżysera pudełka.
W tym magicznym pudełku pojawiły się klasyczne już postacie ze spektakli Wiśniewskiego: Śmierć, dzieci, olbrzymki i karły. Osobliwie figura Śmierci wydaje się dla teatru Wiśniewskiego elementem niezbędnym, sprawiającym, że jego sztuka nawiązuje do średniowiecznych danse macabre. Śmierć w jego spektaklach jest zawsze energiczna, pełna inwencji, zamaszysta, nieledwie uwodzicielska i absolutnie pewna trwałości zatrudnienia. Pozostaje nadal groźna, ale przez oswajanie i śmieszność groźna na sposób komiksowy.
Na koniec sezonu swego rodzaju zwieńczeniem stała się premiera „Komedianta” Thomasa Bernharda w reżyserii Erwina Axera z Tadeuszem Łomnickim w roli tytułowej. „Te trzy godziny – pisała Ewa Zielińska – w czasie których nie schodzi ze sceny, prowadząc praktycznie jeden wielki monolog, można zaliczyć do największych osiągnięć polskiego teatru”, Elżbieta Baniewicz zaś napisała po prostu, że Łomnicki „zagrał genialnie”. To był widomy znak rozstania teatru z PRL-em. Teraz aktor przestawał zastępować polityka, księdza i dziennikarza, a stary teatr na scenie zamieniał się (dosłownie) w zgliszcza.

PiS zawiódł lokatorów

O tym, dlaczego PiS nigdy nie chciał naprawdę rozwiązać problemu reprywatyzacji, jaki jest ostateczny bilans prac komisji weryfikacyjnej i jaka jest prawdziwa stawka sporu o reprywatyzację Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Beatą Siemieniako, prawniczką walczącą o prawa pokrzywdzonych lokatorów.

Paweł Jaworski: Komisja Partyka Jakiego zasądziła odszkodowania dla części lokatorów, którzy musieli opuścić mieszkania w wyniku reprywatyzacji. Jednak władze Warszawy otwarcie odmawiają wypłaty tych kwot. Sprawa jest w sądzie. Kiedy można liczyć na jej finał? Ludzie czekają na naprawienie ich krzywd.
Beata Siemieniako: Ten spór na pewno szybko się nie zakończy. Decyzje komisji są zaskarżane przez miasto do sądów powszechnych i tam będą „mielone” być może nawet przez kilka lat – sądy obecnie działają jeszcze wolniej niż przed „deformą” sądownictwa PiS-u. Część lokatorów i lokatorek być może zrezygnuje z dochodzenia swoich praw, bo procesy będą dla nich oznaczać dotkliwe koszty psychiczne i finansowe. PiS uchwalił taki system przyznawania odszkodowań, który świetnie się nadaje do rozgrywania sporu między ratuszem a komisją.
A jak inaczej można to było rozwiązać?
Można to było zrobić całkowicie w trybie administracyjnym i sądowo-administracyjnym. Czyli w systemie, w którym z góry się zakłada, że jednostka jest zawsze słabsza niż władza publiczna. Bo lokator nie może grać na tych samych zasadach, co warszawski Ratusz. A PiS zrobił tak, jakby strony były sobie równe. Lokatorzy i lokatorki są przez to wściekli na miasto, bo się broni w sądzie, a zwykli ludzie nie mają takich prawników jak ratusz. Często w ogóle ich nie stać na prawników, a proces cywilny jest skomplikowany. PiS natomiast tylko wygrywa na ich gniewie.
Władze stolicy odmawiają wypłaty odszkodowań, uznając, że komisja nie ma właściwych kompetencji, by je przyznawać, mają je za to inne instytucje.
Ratusz generalnie twierdzi, że komisja jest organem niekonstytucyjnym. Inny argument jest taki, że decyzje o odszkodowaniach dla lokatorów są z mocy prawa powiązane z decyzjami dotyczącymi prawidłowości reprywatyzacji konkretnej kamienicy. I tu jest problem. Bo może być tak, że zanim decyzje dotyczące reprywatyzacji nie staną się prawomocne, to sprawy dotyczące odszkodowań są zawieszone. Czyli na przykład zanim sąd prawomocnie nie stwierdzi, czy Komisja słusznie cofnęła reprywatyzację kamienicy na Nowogrodzkiej 6a, to lokatorzy z Nowogrodzkiej muszą zaczekać. A wiemy przecież, że decyzje dotyczące prawidłowości reprywatyzacji są zaskarżane, np. przez spółkę Fenix. Dlatego podstawa prawna, od której zależą odszkodowania dla lokatorów cały czas nie jest prawomocna i miasto mówi, że nie wypłaci odszkodowań.
Co będzie, jeżeli Warszawski Sąd Administracyjny stwierdzi, że Komisja się myliła, reprywatyzacja była ok, a odszkodowania już zostaną wypłacone? Wówczas zgodnie z literą prawa lokatorzy będą musieli je zwrócić. Taka jest argumentacja miasta.
Czyli impas w sprawie odszkodowań wiąże się z niekończącym się sporem o komisję.
Tak. Tutaj jest z jednej strony zła wola miasta, bo mogłoby wypłacić odszkodowania zamiast się kłócić, ale wolało skorzystać z prawnej możliwości odwołania się. Z kolei PiS – bo z nim jest „sklejona” komisja – uchwalił ustawę, która umożliwia miastu takie działanie, a jednocześnie utrudnia lokatorom dochodzenie swoich praw. Wpędza lokatorów w kozi róg, gdzie muszą się sądzić z miastem jak równy z równym.
Trzaskowski i Rabiej ciągle twierdzą, że sprawa odszkodowań musi zostać rozstrzygnięta za pomocą ustawy, której projekt ratusz złożył w Sejmie w 2018 r. Środowiska lokatorskie bardzo ją krytykują, bo zbyt wąsko określa grono osób uprawnionych do odszkodowań.
Tak, propozycja ratusza zawęża grono uprawnionych i ogranicza wysokość odszkodowań. Ale i obecna ustawa o komisji nie daje uprawnień do odszkodowań szerokiej grupie. Teraz o odszkodowania mogą się ubiegać tylko ci lokatorzy, którzy mieszkają lub mieszkali – nawet to można różnie interpretować – w kamienicach, którymi zajęła się komisja. A to jest ułamek całej liczby poszkodowanych reprywatyzacją. Oznacza to, że Komisja nie gwarantuje powszechnej wypłaty odszkodowań. Kiedy ustawa o komisji była uchwalana, czyli w marcu 2017 r., wiele osób sygnalizowało, że z odszkodowaniami będzie problem, m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Ja też o tym pisałam.
A czy ratusz miał wtedy jakąkolwiek propozycję dla poszkodowanych?
Nie miał i o to właśnie chodzi. W tamtym momencie miasto powinno zaproponować swoje rozwiązanie. Ale ratusz obudził się półtora roku później i rzucił ochłap w postaci ustawy, która daje jeszcze bardziej ograniczone możliwości. Szkoda z tym dyskutować – trzeba było proponować alternatywę, wtedy kiedy było to możliwe. W istocie żadne rozwiązanie – ani „pisowskie”, ani „platformerskie” – nie jest dobre. Potrzebujemy prostego, przejrzystego i powszechnego systemu wypłaty odszkodowań. Kwoty mogą być nawet mniejsze, ale powszechne, a nie uzależniające ich przyznanie od tysiąca rzeczy. I potem, lokatorze, udowadniaj przed sądem swoje racje i broń się sam – tak nie powinno być.
To może poszkodowani mogą liczyć na to, że uda się po prostu unieważnić większość reprywatyzacji? Istnieje interpretacja, za którą opowiada się głównie Jan Śpiewak, że prawie wszystkie decyzje o zwrotach były nielegalne.
Według Jana Śpiewaka cały spór o reprywatyzację rozbija się o tzw. przesłankę posiadania, której w bardzo wielu decyzjach nie badano. I ja się z nim zgadzam, że nie powinno było tak być i że to był błąd. Ale w mojej opinii, nawet jak się zacznie powszechnie badać przesłankę posiadania, to nie rozwiąże nam problemu. A co, jeśli ktoś udowodni, że posiadał, a w konsekwencji zreprywatyzuje kamienicę i wykurzy lokatorów? Co wtedy takim lokatorom powiemy?
Skandal z reprywatyzacją to przede wszystkim skandal polityczny. To nie jest spór tylko o prawo i kruczki prawne, to jest spór o historię i o to, w jakim społeczeństwie chcemy żyć.
Czy „duża” ustawa jest w ogóle konieczna, żeby uporać się z problemem reprywatyzacji?
W niektórych przypadkach tak, a w innych nie. Jeżeli nie będzie ustawy reprywatyzacyjnej, to sądy muszą radykalnie zmienić swoją linię orzeczniczą.
Jak może do tego dojść? Ugruntowała się już pewna praktyka, która zwykle sprzyjała posiadaczom roszczeń. Sądy przekona dyskusja społeczna wokół zwrotów kamienic razem z ludźmi, czy bardziej wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego albo Sądu Najwyższego?
Jedno i drugie. Jeżeli sędziowie zaczynają rozumieć skutki społeczne wydawanych orzeczeń, jeżeli widzą, że wprowadzenie jakiejś zasady prowadzi ostatecznie do działań niezgodnych z prawem, to mogą wydać wyrok kwestionujący dotychczasową linię orzeczniczą i inaczej zinterpretować przepis. Muszą wtedy wykonać większy wysiłek niż „kopiuj-wklej” z ostatnich wyroków, ale każdy sędzia ma do tego prawo, a wręcz obowiązek.
A czy niedawne uchylenie przez WSA decyzji komisji Jakiego, unieważniające zwroty pewnych kamienic, wynika właśnie z trzymania się starej linii orzeczniczej?
Nie zawsze. Czasem uchylenie decyzji Komisji wynika z niechlujstwa komisji i jej uporu w naciąganiu prawa. W jednej sprawie zrobiono np. coś takiego: komisja wydała decyzję, potem PiS zmienił ustawę, na podstawie której wydano decyzję, następnie komisja zmieniła decyzję dostosowując ją do nowych przepisów… To klasyczny przykład, że prawo nie działa wstecz. Dlatego WSA wskazał, że orzeczenie komisji weryfikacyjnej zapadło tak naprawdę na podstawie ustawy z przyszłości, bo stan prawny na który się powołała, nie istniał jeszcze w chwili wydania decyzji. To absurd. Poza tym każdy kij ma dwa końce. Być może przyjdzie kolejna władza i też zacznie działać na podstawie prawa, które dopiero chce uchwalić.
W takim razie jedyne, co udało się komisji to rozbudzenie debaty na ważny temat społeczny. Niestety skutki praktyczne są żadne. Czy więcej dobrego nie zrobiła w takim razie choćby „mała” ustawa reprywatyzacyjna?
Jakkolwiek należy krytykować Hannę Gronkiewicz-Waltz i ratusz za szereg spraw, to „mała ustawa” była dobrym krokiem w kierunku ograniczenia reprywatyzacji, a przede wszystkim handlu roszczeniami. To był projekt, który realnie coś zmienił – wyłącznie w skali Warszawy, i to w niewielkiej skali, ale jednak. PiSowi do tej pory udało się na reprywatyzacji zbić przede wszystkim kapitał polityczny. Na razie po prostu nie wiadomo, czy komisja przyczyni się do realnych zmian, po prostu jest za wcześnie, by to ocenić. Bilansu będzie można dokonać dopiero po tym, jak jej decyzje się uprawomocnią. Komisja dała duże nadzieje lokatorom, ale niestety potem niektórych z nich zawiodła. Za niewybaczalne uważam to, że przewodniczący komisji, wydając decyzję w sprawie Poznańskiej 14, mówił: „kamienica wraca do miasta, lokatorzy mogą wrócić do swoich mieszkań”.
A to była nieprawda…
To jest nieprawda do dzisiaj. A to było półtora roku temu. Nikt nie wrócił do mieszkań, a ta kamienica nie wróciła do miasta.
I Patryk Jaki był świadomy tego, że ten skutek jest iluzoryczny?
To dobrze wyglądało w mediach. Uściskał lokatorów, którzy płakali ze wzruszenia… Jak to skomentować? Obłudne i cyniczne? Czy rzeczywiście chciał dobrze i czuł się „dobrym szeryfem”? Nie wiem.
Dlaczego projekt ustawy reprywatyzacyjnej Jakiego utknął w „zamrażarce” sejmowej?
Mogę się tylko domyślać. Pewnie było wiele nacisków, by tego projektu nie uchwalać. Po pierwsze, możliwe, że wybuchłby międzynarodowy skandal porównywalny do tego wokół ustawy o IPN, ponieważ prawo do odszkodowań przysługiwało w tym projekcie tylko obywatelom polskim. Poza tym zadziałało lobby właścicieli i deweloperów, którzy wywalczyli korzystne dla siebie przepisy. Na przykład, że odszkodowania będą liczone po cenach dzisiejszych, a nie z czasów nacjonalizacji. Zwracał na to uwagę dr Tomasz Luterek.
Ustawa jednak nie przewidywała zwrotów w naturze, czyli samych mieszkań. To można Jakiemu zaliczyć na plus.
Być może Patryk Jaki był pełen dobrych chęci, ale jednocześnie za słaby, żeby wszystko to przewalczyć. Gdy powstała Komisja, a potem projekt ustawy reprywatyzacyjnej, zapanował entuzjazm w ruchu lokatorskim. Chyba wszyscy i wszystkie wierzyliśmy, że idzie zmiana. W końcu większość postulatów, które kiedyś wysuwali działacze lokatorscy, wcześniej uznawane za „bolszewickie”, zostały w tym projekcie uwzględnione: weryfikacja dotychczasowej reprywatyzacji, odszkodowania dla lokatorów za ich krzywdy, wstrzymanie zwrotów kamienic w naturze. Teraz to wszystko mamy, ale „na pół gwizdka”. Odszkodowania niby są, ale nikt ich jeszcze nie dostał. Weryfikacja jest, ale jeszcze nic nie wróciło do miasta. Podsumowując: PiS zrobiło tu znacznie mniej, niż mogło zrobić. Mają większość w sejmie i mogą uchwalić ustawę, jaką chcą. A skoro mogą, to czemu tego nie robią?
Przez ostatnie lata dyskusja o reprywatyzacji dotyczyła głównie kwestii ideologicznych i prawnych. To dobrze, bo teraz jest mniej „sakralne” podejście do własności. Ale gdzieś w tym wszystkim gubią się sami poszkodowani. Czy jeżeli nie będzie ustawy, to lokatorzy komunalni będą teraz lepiej chronieni?
Niedawno weszła ustawa, która radykalnie pogarsza sytuację lokatorów. Uchwalił ją PiS, który kreuje się na obrońcę lokatorów. Dalej: władza obiecała program Mieszkanie Plus, ale w pakiecie wprowadziła eksmisję na bruk bez żadnej rozprawy w sądzie, tylko na podstawie papierków. Kolejna rzecz, wciąż prywatni właściciele nie mają limitów w ustalaniu wysokości stawek czynszowych na wolnym rynku. Absolutnie nie twierdzę, że obrońcą lokatorów była Platforma Obywatelska, czy poprzednie rządy. Chodzi mi w tym wszystkim o kubeł zimnej wody na otrzeźwienie. Lokatorzy od wielu lat są traktowani jako obywatele gorszej kategorii.
Znasz osoby, które straciły mieszkania przez zwroty kamienic. Co one teraz myślą o Patryku Jakim i komisji?
Wolałabym, żeby te osoby same o tym opowiedziały. Jest różnie. Komisja jest pierwszym organem, który powiedział lokatorom i lokatorkom: „Słuchamy was. Opowiedzcie nam, co was spotkało”. Wcześniej ludzie, którym odcinano wodę, podwyższano czynsze i wydzwaniano głuche telefony, odbijali się od drzwi do drzwi i nie mieli znikąd pomocy. Uważam, że to jest ważne osiągnięcie Komisji.
Na koniec pytanie, które nie mogło nie paść: o niesławną amerykańską ustawę 447. Czy rzeczywiście jest się czego bać?
Polska może uchwalić taką ustawę, jaką chce. Tylko, że nie uchwala żadnej. Tu nie chodzi o chciwych Żydów, tu chodzi po prostu o to, że ludzie robię tyle, na ile państwo im pozwala. W Polsce reprywatyzacja mogła się dziać, mogły być zwracane szkoły i szpitale, mogły być reaktywowane przedwojenne spółki, bo państwo na to pozwalało. Jeśli państwo nie powie stop, to każdy będzie chciał ugrać jak najwięcej. Narodowość nie ma tu żadnego znaczenia.

Hulaj-kapitalizm

Dziwię się nowej miejskiej modzie na jeżdżenie elektrycznymi hulajnogami. Dotychczas uznawałem to za zabawkę dla dzieci. Na moim podwórku szał na te urządzenia (ale nie elektryczne) przypadł akurat w czasie okołokomunijnym, który cierpienia związane z łażeniem do kościoła (i głębokimi przeżyciami duchowymi, oczywiście!) łagodzi majowymi prezentami. My dostawaliśmy, oprócz tych hulajnóg, rowery, zegarki, kasę i Playstation jedynkę. Łezka się w oku kręci.

Wtedy hulajnogi najszybciej się nudziły. Teraz ten środek transportu przeżywa drugą młodość, głównie ze względu na popularne systemy wypożyczeń za pomocą aplikacji typu Lime czy Hive. Że jest to branża przyszłościowa, przekonują przedstawiciele technologicznych gigantów, jak Uber i Google, które ładują w to kasę. Trafiają na podatny grunt – poza wygodą hulajnogi uchodzą za ekologiczne, w każdym razie bardziej od samochodów przyczyniających się do smogu w naszych miastach. Powątpiewam jednak, czy hulajnoga jest zastępnikiem dla samochodu. Jest nim raczej rower, którego nie trzeba ładować.

À propos ładowania – wraz z hulajnogami pojawił się nowy zawód: juicer. Czyli ktoś jeżdżący, zwykle po nocy, zbierający te ustrojstwa, aby rano znów można na nich śmigać. Widocznie ładowacz brzmi mniej romantycznie. Tu panuje prawdziwy wolny rynek. Juicerów nie łączy bowiem z firmą stojącą za aplikacją stosunek pracy. Ile zbiorą i naładują, tyle dostaną forsy. Kryją się za tym powszechnie znane slogany o elastyczności, pracy dla studentów, możliwości dorobienia sobie i wolności. Wieczorami Juicerzy włączają swoje aplikacje i jak ogłupione zwierzęta zaczynają wyścig – kto pierwszy, ten lepszy. Choć firma mogłaby zatrudnić na normalnych warunkach, chodzi jak zwykle o koszty i zwiększenie wydajności pracowników. Jak nietrudno się domyślić, cały sprzęt – jak samochód, a nawet ładowarki (i prąd z gniazdka) – juicer musi mieć swój.

Dzięki e-hulajnogom na ulicach zapanował chaos. Można je bowiem pozostawiać gdziekolwiek, a więc choćby na środku chodnika. Inwestycja w stacje przecież kosztuje. A kiedy na początku roku Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie zebrał z ulic 200 porzuconych hulajnóg, domagając się od firmy Lime zapłaty za zajęcie pasa drogi, przedstawiciele firmy, którzy przyszli je odebrać, nie potrafili się wylegitymować – nie prowadzą działalności gospodarczej w Polsce, nie wiadomo też czyją własnością są te pojazdy. Zgadnijcie, gdzie płacą podatki.

Miejski radny Sławomir Potapowicz z Nowoczesnej zaproponował, aby to miasto ze swoich pieniędzy wybudowało parkingi dla tych prywatnych firm. Niedoczekanie. Ja proponuję swoją prywatną i sprawdzoną już metodę na źle zaparkowane e-hulajnogi – wyrzucanie ich do śmieci, skąd droga prowadzi na wysypisko.

Ministerstwo Infrastruktury od kilku lat nie potrafi uregulować przepisów drogowych dotyczących elektrycznych hulajnóg. Choć można nimi jechać do 25 km/h, to nie można się nimi poruszać po drogach dla rowerów, a należy po chodniku. Jeśli państwo nie potrafi załatwić tak prostej sprawy, trudno liczyć, że załatwi te poważniejsze. A skoro na regulacje w tym państwie z kartonu nie ma co liczyć, pozostaje mi tylko czysta złośliwość.

Pamięć, nie pusta celebra

„Nie chcemy i nie możemy brać udziału w oficjalnych obchodach, zawłaszczanych przez polityków, w obchodach przeżartych pustą, narodową celebrą, z przedstawicielami głowy państwa i rządu, którego premier potrafi drugą ręką zapalić znicz hitlerowskim kolaborantom z NSZ. Dziś antysemityzm, ksenofobia i nietolerancja panoszą się w przestrzeni publicznej i zyskują poklask rządzących” – oświadczyli organizatorzy nieoficjalnych obchodów rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim, podkreślając, że owszem, „łączy nas pamięć” – ale dzisiejsi rządzący niekoniecznie pamiętają o wszystkich, o których pamiętać trzeba.

– Chcemy pamiętać historię taką, jaka była – powiedział jeden z organizatorów, Tadek Zinowski z kolektywu Syrena, gdy uczestnicy uroczystości dotarli na ostatni przystanek trasy przemarszu – Umschlagplatz, miejsce, skąd odjeżdżały pociągi do obozów zagłady. Podkreślał: nie może być tak, że prawicowa polityka historyczna wytnie z kolektywnej świadomości tych bohaterów walki z faszyzmem, którzy nie pasują do narodowo-konserwatywnej ideologii. A z historii Żydów zostawi w pamięci ewentualnie tylko tych, którzy, jak Berek Joselewicz, czuli się patriotami polskimi.
Dlatego uczestnicy wydarzenia przypominali: w powstaniu w getcie walczyli też członkowie Bundu i innych organizacji żydowskiej lewicy, utworzony w marcu 1942 r. w getcie Blok Antyfaszystowski był porozumieniem lewicowych syjonistów oraz komunistów. Zabrzmiały pieśni bojowe w jidysz, śpiewane przez chór Wielokulturowego Liceum Humanistycznego, załopotały sztandary: flaga Bundu, antyfaszystowskie Trzy Strzały, flaga czerwona. Był też sztandar kompanii Naftalego Botwina, pod którą żydowscy ochotnicy próbowali powstrzymać faszystów jeszcze w czasie wojny domowej w Hiszpanii.
W „Jednodniówce” wydrukowanej przez Kampanię Historia Czerwona, którą dostałyśmy od Piotra Ciszewskiego, czytamy odezwę Bloku Antyfaszystowskiego z maja 1942 roku. Wzywali w gazecie „Der Ruf”: „Żydzi! Robotnicy żydowscy! Żydowska inteligencjo! Młodzieży żydowska! Zbierzcie Wasze siły i zjednoczcie je w walce! Stańcie razem, ramię przy ramieniu w jednolitym froncie walki z faszyzmem! Tylko zniszczenie potężnej hitlerowskiej machiny wojennej przez antyfaszystowskie armie i przez związane z nimi masy ujarzmionych narodów położy kres naszej niewoli i stworzy warunki dla pełnego społecznego i narodowego wyzwolenia mas żydowskich!”.

Miała tylko jedną porcję trucizny

Patrycja Dołowy to polska fotografka i artystka multimedialna, badaczka, feministka, publicystka. Od lat upomina się o pamięć kobiet, które zginęły w Holokauście. Obok Kopca Anielewicza opowiedziała zebranym o tym, dlaczego Matkom Holokaustu nie powinno się budować zimnych pomników z kamienia i marmuru, przypominających grobowce. Dla nich w zeszłym roku posadzono Drzewo Łez – wierzbę płaczącą, symbolizującą łzy żydowskich matek.
„Nie chcę pomników – wielkich monumentalnych – nie chcę nowej mitologizacji. Chcę właśnie odmitologizowania. Wyciągnięcia tego wszystkiego za ścieków, bruków, ziemi, piwnic, stamtąd, gdzie zostało pochowane. To całe mnóstwo drobnych historii. Całe morze znaków, których nie da się ubrać w m o n u m e n t . To ślady, to urwane zdania, to szepty cichnące po kątach, to kawałki podartych zdjęć, zamazanych imion, to rzeczy, których wielu z nas woli nie widzieć, nie słyszeć, bo tak jest łatwiej. Nie chcę pomników, ale te tysiące drobnych kawałków to w rzeczywistości cząstki pomnika. One muszą znaleźć należne im miejsce” – pisała Dołowy we wprowadzeniu do swojego wcześniejszego projektu – „Widoczki”. To stare zdjęcia kobiet i dzieci, zakopywane w ziemi razem z fragmentami odlewów ciała artystki w szczególnych punktach miasta.
Dołowy poświęciła Matkom Holokaustu swoją książkę – „Wrócę, gdy będziesz spała”. Podczas obchodów wspomniała o kilku z nich. Wszystkie chciały ratować swoje dzieci, ale wybierały różne sposoby. Jedna z kobiet uśpiła swoją córeczkę Bietę luminalem i przekazała w drewnianej skrzynce na drugą stronę getta. Inna podała cyjanek swojemu synowi Jurkowi, żeby nie musiał umierać z rąk faszystowskich oprawców. Małą Hanę uratowała i przygarnęła polska służąca żydowskich rodziców.
Dołowy odnalazła dorosłe dzieci, które przeżyły Zagładę – dziś zrzeszone w Stowarzyszeniu Dzieci Holokaustu – i spisała ich wspomnienia. Jedną z bohaterek jej książki została mieszkanka łódzkiego getta, którą matka próbowała zabić, wyrzucając z okna, bo miała tylko jedną porcję trucizny. Dziewczynka przeżyła, bo zahaczyła spódniczką o latarnię. Inna rozmówczyni Dołowy miała w sumie jedenaście nazwisk. Razem z matką uciekły z Majdanka. Przeżyły, bo obie miały jasne włosy i szare oczy, nie wzbudzały podejrzeń.
Takiego szczęścia nie miała polsko-żydowska poetka należąca do Skamandrytów, Zuzanna Ginczanka. Jej ostatni zachowany wiersz, napisany w więzieniu, przeczytała Maja Komorowska.

„Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze
(…)
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,
Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym”

– pisała Ginczanka adresując swoje słowa do dozorczyni kamienicy, w której się ukrywała. Zofia Chominowa po wojnie została skazana za wydawanie Żydów. To po jej donosie aresztowano poetkę, dwudziestosześcioletnią dziewczynę. Wtedy jednak przeżyła. Wydano ją po raz kolejny rok później – i rozstrzelano w Krakowie, tuż przed zakończeniem wojny.
– Okradziono nas – powiedziała do zebranych Komorowska. – Okradziono nas wszystkich z jej wierszy, które nigdy nie powstały.

Na ulicy Miłej padł pierwszy strzał

Warszawskie getto nie umierało w milczeniu, posłusznie.

„Żandarm się cofnął z bramy
I zaklął: Naprawdę krwawię,
A tu już szczękały brauningi
Na Niskiej
Na Dzikiej,
Na Pawiej”

– ostatni powstańczy zryw przeżywaliśmy wspólnie słuchając poematu Władysława Szlengla „Kontratak”.

„Słyszysz niemiecki Boże
jak modlą się Żydzi w „dzikich” domach
Trzymając w ręku łom czy żerdź.
Prosimy Cię Boże o walkę krwawą,
Błagamy o gwałtowną śmierć”.

Niepokój

Niektórzy uczestnicy uroczystości nie kryli wzruszenia, gdy czytano wiersze i śpiewano pieśni. Działacze Jewish Socialist Group (JSG; Grupy Socjalistów Żydowskich) z Londynu, którzy przez tydzień zwiedzali w Polsce ocalałe po społeczności żydowskiej pamiątki, a na koniec przyjechali na warszawskie uroczystości, w rozmowie z nami mówili o jeszcze innych uczuciach: radości i niepokoju zarazem.
– To wspaniałe, że jest na tych nieoficjalnych obchodach tylu ludzi, starszych i młodszych, którzy chcą pamiętać o historii, nie chcą, żeby się powtórzyła – mówili nam David Rosenberg i Julia Bard z JSG. – A skoro są właśnie tutaj, to znaczy, że nie utożsamiają się z jednostronną, nacjonalistyczną opowieścią o przeszłości.
To właśnie źródło niepokoju żydowskich socjalistów: nie bez lęku patrzą, jak takie jednostronne opowieści zdobywają poklask i w Wielkiej Brytanii, i na kontynencie europejskich, i w Izraelu. Co sądzą o kierunku, w jakim poszedł Tel Awiw, o wynikach ostatnich wyborów parlamentarnych? Spodziewali się nowego zwycięstwa prawicy, ale i tak przeraża ich fakt, że jeszcze umocni się system, którego nie wahają się nazwać apartheidem. Że oddala się perspektywa pokoju na Bliskim Wschodzie.
– Jako socjalistka nie mogę się pogodzić z tym, że premier Netanjahu aspiruje do wypowiadania się także w moim imieniu, uważa się za reprezentanta całej żydowskiej diaspory – mówi Julia Bard.
David Rosenberg dopowiada: – Szmul Zygielbojm, socjalista, członek Bundu, któremu obcy był jakikolwiek szowinizm, przewracałby się w grobie, gdyby zobaczył, że dziś obok tablicy jego pamięci, w ramach obchodów oficjalnych, zawieszono flagę izraelską.
Przed szowinizmem i powrotem nienawiści ostrzegał w jednym z ostatnich tego dnia przemówień także Michał Goworowski, działacz Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie przed wojną nacjonaliści doprowadzili do wprowadzenia getta ławkowego, znowu coraz śmielej podnosi głowę skrajna prawica, mówił. Jeszcze jest czas, by zareagować, zaprotestować. Zanim będzie za późno.

Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Dąbrowszczacy się bronią!

W wyniku decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego, na mapę Warszawy powracają ulice Dąbrowszczaków oraz gen. Sylwestra Kaliskiego. NSA odrzucił skargę wojewody mazowieckiego na wcześniejszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego anulujący zarządzenie zmieniające nazwy ulic. Wyrok jest prawomocny i oznacza zwycięskie zakończenie walki z dekomunizacją w Warszawie. NSA uchylił decyzje dekomunizacyjne w sprawie wszystkich 50 nazw ulic, których zmiany chciał narzucić wojewoda. Decyzja w sprawie przywrócenia nazw 44 ulic zapadła w grudniu ubiegłego roku, trzech kolejnych – Stanisława Tołwińskiego, Krystyny Matysiakówny oraz Józefa Szymańskiego – w marcu. W przypadku jednej nazwy wojewoda nie odwołał się od wyroku WSA.
Wojewoda mazowiecki został obciążony kosztami postępowania sądowego. W uzasadnieniu decyzji NSA stwierdził, że zaprezentowane w związku z dekomunizacją opinie IPN nie mają wiążącego charakteru, a wojewoda sam nie umiał wystarczająco uzasadnić proponowanych zmian.
Na tym samym posiedzeniu zapadła również decyzja przywracająca w Makowie Mazowieckim nazwę ulicy Janka Krasickiego.
Zablokowanie dekomunizacji było możliwe między innymi dzięki społecznemu oporowi, który skłonił samorządy do wystąpienia na drogę sądową. W przypadku ul. Dąbrowszczaków mieszkańcy ulicy masowo podpisywali się pod petycją w jej obronie. Społeczności lokalne mają szansę na zwycięstwo nad dekomunizatorami dzięki wywieraniu presji społecznej i zorganizowaniu się.