Mity zjednoczenia lewicy

Na lewicy po raz kolejny obserwujemy podjęcie próby zjednoczenia lewicy. Nie wiadomo w zasadzie po co, na jakich zasadach i w ramach jakiego programu. Bez określenia czym lewica jest dziś i czym ma być w przyszłości.

Błędy przeszłości

Liderzy Sojusz z Włodzimierzem Czarzastym na czele jakby zapominali o ostatnich nie najlepszych doświadczeniach SLD. Nie wyciąganie wniosków z błędów przeszłości, nie tylko w polityce, mści się niemiłosiernie. A tymi błędami było z pewnością schowanie sztandaru tej partii, jedynej dziś realnej siły na lewicy, czy to się komuś podoba, czy nie, i startowanie w ramach dziwacznych koalicji i sojuszy. Wszystko zaczęło się sypać po 2005 roku. Najpierw była długo budowana formuła koalicji Lewica i Demokraci, gdzie w jednej formule znaleźli się byli działacz PZPR i dawni opozycjoniści.
Z tej koncepcji dość szybko się wycofano próbując ratować tożsamość SLD. Następnie były błędy z 2015 roku. W wyborach prezydenckich SLD wystawił kandydatkę, która SLD się brzydziła a w najlepszym razie dystansowała się od partii, która zainwestowała w nią swój czas i pieniądze. Wynik był katastrofalny. Następnie SLD poszło w koalicji z Januszem Palikota, która zwalczał niemiłosiernie tę partię, również rękami i ustami dzisiejszego członka Sojuszu Andrzeja Rozenka. Ówczesny szef SLD Leszek Miller publicznie oświadczył, iż SLD nie pójdzie do wyborów z ludźmi, którzy nie wspierają kandydatki SLD na urząd prezydenta. Doszła do tego niezrozumiała a w rezultacie katastrofalna decyzja o pójściu w koalicji, co wymagało uzyskania ponad 8% głosów, ale gwarantowało subwencję z budżetu. Sojusz mógł pójść w ramach komitetu wyborczego, jak zrobił Kukiz 15 i stworzyć własny klub parlamentarny. Okazało się, że subwencja znaczy więcej niż bycie w parlamencie. Sojusz wchodzi więc po raz kolejny do tej samej rzeki, mając nadzieję, że tym razem wypłynie na wierzch. Nurty rzeki jak wiemy, bywają jednak zdradne.
Lewicowy wyborca ma to do siebie, że potrafi pokochać, ale nie potrafi zapomnieć tego, że chce się z niego zrobić idiotę. Ewentualna koalicja z partią Razem, która przez lata obśmiewała SLD i robiła wszystko, aby zrobić z niej „relikt PRL-u” dziś jest otwarte na współpracę.

Sojusz jeszcze może

We wszystkich tych koalicjach SLD tracił, nie zyskiwał nowych wyborców a niekiedy tracił tych najwierniejszych. Koalicje mają niekiedy to do siebie, że wymuszają posunięcie się na listach wyborczych a to dla terenowych działaczy sytuacja niekiedy dramatyczna. Siła SLD są dziś z pewnością struktury, czyli wewnętrzne masy, które są dla liderów partyjnych skarbem największym. To im się chce, to oni płacą składki, to oni zbierają podpisy. Robią wszystko to, od czego zależy życie i funkcjonowanie partii. I pod tym Sojusz żyje. Za sprawą Włodzimierza Czarzastego i Marcina Kulaska, którzy z takim mozołem po 2016 roku starali się odbudować struktury, niekiedy je wskrzesić i poszerzyć a niekiedy również starać się ich nie stracić. Sojusz ma tę cechę, co pozwoliło mu przetrwać w najtrudniejszych chwilach. Nie jest bowiem sztuką być w partii, która rządzi bądź współrządzi i jest reprezentowana w Sejmie. Sztuką jest w niej być, kiedy nie idzie. Zostają bowiem zawsze najcenniejsi. Warto bowiem zauważyć na pewną analogię, która wówczas wystąpiła.
W szeregach SLD ostało się ponad 20 tysięcy członków, którzy wiążą z partią nadzieję, którzy chcą w niej działać i chcą być potrzebni. Na nowego przewodniczącego zgłosiło się dziesięć osób. To świadczy o tym, że funkcja szefa SLD, mimo, że partii nie ma w Sejmie, nadal jest atrakcyjna. Jest jeden wódz PiS, był jeden wódz w PO i mieliśmy 10 kandydatów na szefa SLD. To o czymś świadczy. W wyborach na przewodniczącego frekwencja wyniosła 64,5% aktywu SLD, kilka miesięcy po tym, jak SLD wypadł z Sejmu. To nie jest masa upadłościowa, jak chcieliby niektórzy. Liczba członków SLD przekracza 24 tysiące osób. Ten wynik ma jeszcze jeden ważny element. W podobnym czasie na funkcję przewodniczącego w wyborach powszechnym, zdecydował się PO, która przez osiem lat sprawowała władzę. Tylko 50 % członkiń i członków PO zdecydowało się wziąć udział w wyborach, czyli zaledwie osiem tysięcy osób spośród 17 tysięcy. Grzegorz Schetyna nie miał ponadto kontrkandydata. To wynik zdecydowanie na korzyść SLD, który świadczy o przywiązaniu do barw i sztandaru, jednym słowem, spuścizny partii. Co więcej, SLD jest pod względem płacenia składek na drugim miejscu za PiS. To zapewne ewenement, aby członkowie partii płacili więcej na partię, której nie ma w Sejmie niż na największa opozycyjna partię, która ma za sobą osiem lat rządów. Członkowie SLD wpłacili do partyjnej kasy w 2016 roku ponad milion złotych. Z danych PKW za rok 2018 z kolei wynika, iż było tego co prawda mniej, bowiem 460 tysięcy złotych, ale daje to Sojuszowi drugą pozycję za PiS-em. Działacze PO wpłacili w 2018 roku do partyjnej kasy zaledwie 169 tys, zł. To o czymś świadczy.

Co musi lewica?

Zwycięstwo PiS w 2015 roku było w dużej mierze nie tyle sukcesem partii Jarosława Kaczyńskiego, ile porażką PO. To był efekt sprawnej kampanii i kary, jaką wyborcy wyznaczyli za osiem lat rządów PO z podwyższeniem wieku emerytalnego na czele. Program 500 plus przeorał polską politykę. PiS w dużej mierze stał się partią prawicy społecznej, podkreślając swoje przywiązanie do nauki społecznej Kościoła, zupełnie inną wizję rozwoju Europy, jak również kładąc nacisk na bardziej zrównoważony rozwój, dzieląc się ze społeczeństwem owocami wzrostu gospodarczego. Lewica nie potrafiła odpowiedzieć na tę socjalną ofensywę PiS. Wpisywała się raczej w mainstream, pokazując, słusznie oczywiście, naruszanie zasad prawa i łamanie Konstytucji, ale dlaczego wyborca, mając do wyboru partie realizujące podobny program, miałby zagłosować za mniejszą partią?

W polityce należy narzucić własną narrację.

To, co wyróżniało ostatnio SLD i wpływają na tożsamość tej partii to kwestia emerytur mundurowych i ocena historii. Czy przez lata zwalczania SLD przez partię Razem możliwa jest wspólna lista obu partii? Czarzasty i Zandberg na jednej liście? To już było w 2015 roku, kiedy Miller i Palikot, tocząc ze sobą walkę na śmierć i życie, w ostatniej fazie kampanii podali sobie rękę, co wprawiło wielu wyborców SLD w zdumienie. Zapewne podobnie byłoby dziś.
SLD stać, aby startować pod własnym szyldem i z własnym programem. Owszem, tradycyjny elektorat SLD się kurczy, ale jeszcze jest i oczekuje, że partia, która wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, dała państwu najlepszego w dziejach prezydenta, nie zejdzie z tego świata. Złote czasy dla Sojuszu było wówczas, gdy pod swoimi skrzydłami potrafił zgromadzić wszystkich na lewicy. Był tam też Piotr Ikonowicz, ówczesny lider PPS, tak było w ramach koalicji SdRP. W tamtych latach były zresztą dwie lewice odwołujące się do podobnego elektoratu, ale z zupełnie inną tożsamością historyczną. Mam na myśli Unię Pracy, która zawsze była na lewo od Sojuszu i nie pozwalała, w miarę swoich możliwości, na skręt w prawo. I tylko taka koalicja jest dziś na lewicy możliwa.
Pod sztandarem i nazwą SLD i jakimś minimum programowym. Przed liderami Sojuszu jest odpowiedź na pytanie- co dalej? Czy ma być to partia resentymentu do PRL, co zapewni SLD dostanie się do Sejmu w liczbie około 20 osób. Czy partia potrafi jeszcze skusić czymś młodsze pokolenie, całkowicie wyalienowane od lewicowego myślenia? Tradycyjny elektorat SLD się kurczy z przyczyn naturalnych. Jeśli Włodzimierz Czarzasty na znajdzie na to recepty, będzie ostatnim przewodniczącym SLD.

Ciągle zabierają

Kiedy potomkowie byłych właścicieli przejęli kamienicę podnieśli czynsz, ale nie drastycznie. Wkrótce jednak sprzedali budynek prywatnej spółce. I zaczęło się. Zalewanie, podpalanie, nękanie, podwyżki. Aż wreszcie weszli do mieszkania państwa S. i wymienili zamki. Bez komornika, bez wyroku. Po prostu postanowili pozbyć się lokatorów. Tu jednak prokuratura dopatrzyła się znamion przestępstwa. Odbył się proces karny i czyścicieli skazano. Sprzedali więc nieruchomość komuś innemu. A ten nowy właściciel już zgodnie z prawem będzie eksmitował starsze małżeństwo, które przyszło do nas po pomoc. Opowieść lokatorów brzmi jak sensacyjny film. Umówiłem ich więc do telewizji, może redaktor Jaworowicz zrobi o nich program.
Tylko czy to coś da? Bohaterowie „Sprawy dla reportera” przychodzą do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, bo sam program nie zawsze „działa cuda”. Można nazwać przekręt, podłość, nadużycie władzy, ale to jeszcze nie znaczy, że sprawiedliwości stanie się zadość. W całym kraju mamy epidemię podejmowanych przez samorząd zmian map geodezyjnych, na których ludzie, właściciele posesji tracą pokaźne części należących do nich działek. Pal sześć kiedy chodzi, jak w przypadku pana Stefana o sto metrów kwadratowych pasa ziemi przy drodze. Gorzej kiedy jak to ma miejsce u pani O. okazuje się, że jej dom nagle stoi na działce sąsiada. Te czary wynikające z nowych pomiarów zgłaszają ludzie z całej Polski. Pan Stefan zgłosił do urzędu chęć postawienia nowego, solidniejszego ogrodzenia. Odpisano mu, że dotychczasowe ogrodzenie stoi na drodze publicznej, ziemi, która do niego nie należy. Te twierdzenia władzy są jednak sprzeczne z tym co widnieje w księgach wieczystych. Tam pan Stefan i pani O. mają to co przed pomiarami. A działka, na której stoją budynki pani O. wciąż do niej należy. (…)
Ludzie boją się tych nowych manipulacji władzy lokalnej przy planach i wyrysach nieruchomości. Bo jeśli dziś ktoś zabierze grunt sąsiadowi, to jutro przyjdzie kolej na mnie. Stąd coraz większa solidarność i chęć pomocy sąsiadom przed bezprawnymi zamachami władzy na własność obywateli.

Władze szkodzą, ludzie pomagają

Zablokowaliśmy eksmisję matki, córki i czteromiesięcznego niemowlęcia. Na Ursynowie, w spółdzielni Stokłosy. Największy problem polega na tym, że władze spółdzielni nie chcą rozmawiać, ani nawet podać lokatorkom sumy ewentualnego zadłużenia. Historia pani Alicji Wejherowa, mieszkającej w bloku gdzie jest tylko jeden kran i jeden wspólny wychodek na kilkanaście mieszkań, którą opisałem cytując jej dramatyczny list w poprzednim felietonie, poruszyła ludzkie serca. Ludzie deklarują chęć pomocy. Pewien człowiek zaoferował nawet wynajęcie jej mieszkania i opłacania czynszu przez rok. Jednak ona waha się czy porzyjąć pomoc, bo w życiu niewiele dobrego ją spotkało i twierdzi, „że nie ma nic za darmo”. A jednak jest. My i nasza pomoc jest za darmo i są ludzie dobrej woli chcący nieść bezinteresowną pomoc. To dzięki ich postawie jeszcze do reszty nie zdziczeliśmy. Przyszła na nasz czwartkowy duyżur pani Ewa, samotna matka, której udało się załatwić mieszkanie. I to porządne, z balkonem. Byłem wtedy u burmistrza dzielnicy Praga Północ w towarzystwie zakonnicy w habicie. Podziałało. Teraz jednak w dzielnicy są nowe władze i mimo, że lokatorka sumiennie płaci czynsz, odmówiono jej przedłużenia umowy. Wszystko dlatego, że w podaniu o przedłużenie wspomniała, za radą urzędnika z administracji, że trochę sobie dorywczo dorabia, bo z samego 500+ i zasiłków nie da się wyżyć. Natychmiast doniesiono o tym i do pomocy społecznej i zagrożono samotnej, schorowanej matce, że donosem do izby skarbowej a nawet procesem karnym. Nowa władza karze teraz kobietę samotnie wychowującą dziecko za to, że nie chce żyć w nędzy i podejmuje dorywcze prace oraz za szczerość. Praga Północ to najbiedniejsza dzielnica Warszawy. Ludzie mieszkaja tu w warunkach nadmiernego zagęszczenia, zagrzybionych, niedogrzanych mieszkaniach. A warszawski ratusz skąpi pieniędzy. Dzwonili do nas z Zakopanego, gdzie władze sprzedały budynek komunalny wraz z lokatorami spółce Tesco, a teraz kiedy po gwałtownej reakcji lokalnych mediów i mieszkańców budynek wrócił do miasta, zamierzają go wyburzyć by zrobić miejsce deweloperowi. W sytuacji kiedy właściciel burzy dom, lokatorom przysługuje prawo do lokali zamiennych, czyli takich, w których przypada co najmniej 10 m kwadratowych na osobę i wyposażonych w takie same urządzenia jak burzony budynek. To co miasto dotychczas oferuje nie spełnia żadnego z tych kryteriów.

Głos lewicy

Odnowa moralna

Refleksja Tymoteusza Kochana na temat obecnej ekipy rządzącej:
Jedzenie bananów gorszy i oburza lepszy sort ludzi z PiS-u… Jednocześnie nie ma żadnego problemu, kiedy wszystko epatuje dziełami z Jezusem wykrwawiającym się na krzyżu na 356 sposobów, ta sama scenka też pod postacią krucyfiksów w każdej podstawówce…
Cenzura zawsze zaczyna się od propagandy odnowy moralnej i mówienia o wielkich wartościach i chronieniu „naszej młodzieży”.
Jako pozbawieni ksenofobii ludzie z PiS-em nie mamy jednak żadnej „wspólnej młodzieży”, bo nie uważamy osób o innej orientacji seksualnej za naszego wroga. A miejsce sztuki religijnej i cenzurowanej przez klerykalizm jest w kościele, którego przepotężna „aksjologia” jak widać boi się i przegrywa z jedzeniem bananów.

Ludzie!
Jestem z Was dumny!

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:
Ludzie zgłaszają się do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej znanej także, jako „ostatnia deska ratunku” z najróżniejszymi sprawami. Raz nawet zadzwonili z jakiejś wioski, „żeby pan Ikonowicz przyjechał, bo świnie chorują”. Zdarzają się także zwykłe spory o miedzę. Ostatnio jeden z naszych podopiecznych poprosił o naszą czerwoną koszulkę firmową. Sądzi bowiem, że jeżeli się w niej pokaże ludziom, którzy go oszukali, to oni się przestraszą i oddadzą pieniądze, które mu są winni.
Wielu nam dziękuje za to co robimy. Zaczepiają mnie na ulicy, żeby podać rękę, dodać otuchy, pogratulować. A jednak pewien redaktor zadał mi pytanie, dlaczego wszyscy mnie chwalą, a jednak nikt nie chce zostać Ikonowiczem. Wolą ciągnąć, każdy w swoją stronę niż świadczyć pomoc bliźniemu. Ta pesymistyczna wizja naszego społeczeństwa pozwala uzasadniać system, który odwołuje się do tej gorszej strony natury ludzkiej. Coraz częściej na szczęście okazuje się, że pesymiści się mylą. W warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Stokłosy” zarząd próbował wyeksmitować młodą matkę z maleńkim dzieckiem. Za małe 37 metrowe mieszkanko narzucono jej rynkowy czynsz w kwocie 1470 zł, który ona jednak regularnie płaci. Mimo, że w sądzie wygrała sprawę o ustalenie, że jest właścicielką mieszkania, zarząd nie zechciał jej wpisać w poczet członków spółdzielni. Jednak do eksmisji nie doszło. Została zablokowana przez sąsiadów. Nas tam nie było i to jest pocieszające, że ludzie idą za naszym przykładem i na zasadzie obywatelskiego nieposłuszeństwa stawiają opór, bronią się nawzajem.
Młoda matka 5latka i trzymiesięcznego niemowlęcia mieszka z mężem na Pradze Północ w lokalu o powierzchnia 16 metrów kwadratowych. Sylwia przyszła jednak do nas nie tylko dlatego, że liczy na pomoc w zamianie mieszkania na większe. Ona przygotowuje konferencję o tym jak „postawić Pragę Północ na nogi”. Przez godzinę opowiadała naszym aktywistom o brudnych, nie oświetlonych ulicach, o przemocy, braku pieszych patroli policyjnych, zagrzybionych, przeludnionych lokalach, braku zieleni w dzielnicy, o wielu sprawach, które leżą jej na sercu, a dotyczą wspólnoty mieszkańców pośród których dziewczyna żyje. Człowiek to brzmi dumnie.

Głupota i uprzedzenia

PiS opowiada się za osłabieniem kompetencji Unii, a więc za osłabieniem integracji. Łamie zasady i wartości zjednoczonej Europy i jest w stanie permanentnego sporu ze wszystkimi instytucjami unijnymi. Nie rzuca hasła wyjścia, bo wie, jakie są nastroje w społeczeństwie, ale Polski jest coraz mniej w Unii i Unii jest coraz mniej w Polsce. Spory z Paryżem i Berlinem są wynikiem głupoty i uprzedzeń, a nie obrony polskich interesów.
Dzisiaj do UE nie zostalibyśmy przyjęci, – twierdzi Włodzimierz Cimoszewicz.

Reprywatyzacja, ciąg dalszy

Pan Jan od 30 lat mieszka w komunalnym mieszkaniu na warszawskiej Pradze.

Lokal ma 16 metrów kwadratowych i składa się z jednej izby bez łazienki, bez ogrzewania, ciepłej wody, gazu czy kuchni. Jest osobą niepełnosprawną, rzadko się uśmiecha. Nie bardzo już wierzy, że jego los się odmieni. Jednak zdobył się na wystąpienie o poprawę warunków mieszkaniowych, bo jego lokal właśnie uległ reprywatyzacji.
Miasto st. Warszawa odmówiło, bo dopatrzyło się, że ma on udział w niewielkim gospodarstwie rolnym. Jakiś skrawek ziemi na końcu Polski, który mógłby sprzedać, aby zaspokoić swoje potrzeby mieszkaniowe. Sęk w tym, że tam mieszka jego brat. Człowiek ubogi i aby sprzedać ziemię, z nędzną drewnianą chałupą, musiałby wygnać z domu rodzonego brata. Oczywiście pod warunkiem, że ten nędzny spłachetek ziemi ktoś by zechciał nabyć.
Wiele się mówiło o preferencjach przy rozpatrywaniu próśb o pomoc mieszkaniową dla osób będących ofiarami reprywatyzacji. Mówiono też, że niepełnosprawność przemawia za szybszym przyznaniem najmu komunalnego. Tu jednak mamy do czynienia z wyraźną złą wolą miasta, które wyszukuje najrozmaitszych pretekstów by nie pomagać tym, którym pomagać obiecało.
W Poznaniu skazano na dwa lata więzienia niejakiego Śrubę. Czyściciela kamienic, który uprzykrzał życie lokatorom reprywatyzowanych kamienic. Mniejsze wyroki więzienia otrzymało dwóch innych czyścicieli. Na ławie oskarżonych nie zasiedli jednak ci, którzy Śrubę i jemu podobnych wynajęli. Tych, którzy byli sprawcami intelektualnymi przestępstw polegających na podrzucaniu nieczystości, robactwa, czy kopaniu lokatorom symbolicznych grobów na podwórkach.
Wszystko tylko po to by mieszkańcy się wynieśli, a mocodawcy czyścicieli mogli zarobić. Bo właściciel w naszym kraju jest nietykalny, a własność prywatna święta.
Gdy ktoś wynajmuje zabójcę, odpowiada co najmniej na równi z nim. Gdy ktoś wynajmuje zbira do wykurzenia lokatorów pozostaje bezkarny. Po roku pan Śruba wyjdzie pewnie za dobre sprawowanie i będzie mógł się cieszyć sowitym wynagrodzeniem, który otrzymał od właścicieli reprywatyzowanych kamienic. I już się pewnie śmieje z nas, lokatorów i wymiaru sprawiedliwości. A z braku ustawy reprywatyzacyjnej, która by położyła kres oddawaniu kamienic z lokatorami, cały proceder trwa w najlepsze.
Władza woli wciąż w świetle jupiterów ścigać pionki nie ruszając grubych ryb. Karać, zamiast zapobiegać krzywdzeniu niewinnych lokatorów, których wciąż oddaje się spadkobiercom i nabywcom roszczeń jak worek kartofli wraz kamienicami.

W imię zasad

Dzień jak co dzień w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Nagonka na lokatorów trwa w najlepsze.

Kobieta nie mówi. Ona krzyczy. Naczelnik Wydziału Zasobów Lokalowych obiecał jej, że kiedy spłaci całe zadłużenie, 20 0000 zł, on w zamian umorzy odsetki i przywróci jej umowę najmu. Ale zrobił odwrotnie. Nie tylko nie umorzył, ale rozmnożył dług naliczając odsetki, a potem jeszcze odsetki od odsetek. Wyhodował dług, który znowu wynosi 20 000 zł. Tak miasto st. Warszawa potraktowało kobietę, której ukochana córka odebrała sobie życie. Kobieta jest w depresji od 2008 r., ale mimo to walczy, płaci, chodzi i prosi, żeby jej, synowej i niespełna rocznego wnuka nie eksmitowano. Kiedy straciła pracę, kilka lat temu płaciła już tylko czynsz, ale dodatkowych 500 zł. Tytułem spłaty zadłużenia nie była już w stanie. Sąsiedzi, znajomi mówili: ty tego nigdy nie spłacisz, bo ten dług jest jak kula śniegowa. A jednak regularnie płaciła czynsz, wierząc, że w końcu się uda mieszkanie obronić. Aż nadszedł dzień sądu. Miasto przedstawiło nierzetelne rachunki, ale lokatorka odnalazła dokumenty księgowe, które przemawiają na jej korzyść. Tuż przed rozprawą urzędnik powiedział jej, że nie ma szans w sądzie dla Warszawy Woli, bo to jest sąd, który orzeka zwykle na korzyść dzielnicy.
Oczy ma zapuchnięte od ciągłego płaczu. W jej głosie jest gniew i rozpacz. Synowa krąży po pięknie utrzymanym, zadbanym mieszkaniu z dzieckiem na rękach. Musimy napisać apelację i wygrać w sądzie z okrutnymi urzędnikami. W imię zasad. Te dwie kobiety, starsza zapłakana i młodsza smutna i to dziecko nie zasługują na wyrzucenie do jakiejś zatęchłej nory, gdzie trzeba walczyć z grzybem i nie da się pomieścić rzeczy, bo jest dokładnie po 6 metrów kwadratowych na osobę. Kiedy przychodzi nieszczęście, a po nim chroniczna depresja, samorząd, miasto powinny pomóc, a nie walczyć z ludźmi, nie dobijać, tych których życie tak ciężko doświadcza.
W Kancelarii w każdy czwartek kłębi się tłum. Ludzie mają na twarzach wypisane poczucie krzywdy, gniew na bezdusznych urzędników, podłych a często nieuczciwych sędziów, na system, który niszczy i poniża słabszych premiując cwaniactwo i niegodziwość. Nasz lokal to 27 metrów kwadratowych sutereny. Właśnie się dowiedziałem, że aby przedłużyć najem tego pomieszczenia musimy za 6 lat wstecz zapłacić podatek od nieruchomości. Za nasze serce i wyręczanie samorządu w rozwiązywaniu ludzkich problemów jesteśmy karani coraz to nowymi opłatami. Zdarza się, że ludzie przychodzą do Kancelarii a tam jest wyłączony prąd, Internet. Ogrzewanie jest na prąd i kosztuje krocie. Ale mimo to siadamy w zimnym lokalu i wysłuchujemy o ludzkich krzywdach i problemach mimo, że para leci z ust, a ręce grabieją. I jakoś się udaje utrzymać lokal i dalej pomagać. Bo jeśli nie my, to kto?

Apel do Prezydenta

Poniższy apel będzie można podpisywać w siedzibie RSS przy ul. Elektoralnej 26 codziennie od poniedziałku w godzinach 11:00-18:00,

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracamy się do Pana z prośbą o udostępnienie części pustych mieszkań będących w gestii miasta st. Warszawy na potrzeby osób bezdomnych, które z powodu braku miejsc noclegowych w placówkach do tego przeznaczonych są zagrożone wychłodzeniem organizmu i śmiercią. Uważamy, że sytuacja, w której miasto dysponuje tysiącami pustych mieszkań (pustostanów) podczas gdy bezdomni nie mogą znaleźć miejsc, gdzie mogli by się schronić przed mrozem jest niedopuszczalna, a dalsze jej utrzymywanie będzie dowodziło skrajnej nieodpowiedzialności i znieczulicy. W tej dramatycznej sytuacji prosimy o rozmowę i okazanie dobrej woli oraz odrobiny empatii. Ochrona życia i zdrowia członków wspólnoty samorządowej, a więc wszystkich mieszkańców Warszawy jest obowiązkiem władzy publicznej.

 

Członkowie i Sympatycy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej:
Piotr Ikonowicz, Agata Nosal-Ikonowicz, Roman Ochociński,
Anna Sławuszewska, Ewa Rembielińska, Andrzej Kuśpit, 
Darek Konopka,
Grzegorz Palarski, 
Olga Nikolaidi, Tomasz Orłowski,
Katarzyna Paczkowska-Mężyńska, 
Leon Jadczak, Teresa Dranczyk,
Kazimierz Jaworski, Grażyna Dobosz, Krzysztof Salich, Joanna Wąs,

Bogdan Bugajski, Artur Matyjaszek, Tadeusz Jakubowski, Jakub Janek,
Krzysztof Jankowski, Maciej Jaroszewski, Jolanta Kamińska,
Roman Laskowski, Tadeusz Muszel, Mirosława Pólkowska, Krystyna Sałanowska,
Zbigniew Wasilewski, Agnieszka Żelazna, Stanisław Domański

Głos lewicy

Polska dla wypłacalnych?

Taką Polskę opisuje Piotr Ikonowicz:

Pani Teresa Janusiewicz z Puław, lat 88 ma utracić mieszkanie z powodu długu w wysokości 9 500 zł. Jej pasierb, który wygrał sprawę o zachowek w kwocie 20 000 zł, prowadzi bezlitosną egzekucję. Najpierw komornik zabrał z konta oszczędności przeznaczone na pogrzeb i grób w kwocie 10 000 zł. Potem regularnie ściągał z jej emerytury 250 zł (1/4), ale i to wydało mu się za mało więc wczoraj miało dojść do oszacowania mieszkania, które pani Teresa zajmuje wraz z 51 letnim, niepełnosprawnym synem. Jest to wstęp do licytacji mieszkania za dług w wysokości 9 500 zł.
Trwa zrzutka na dług pani Teresy. Mamy 30 dni, żeby zgromadzić całą sumę. Udało się też przekonać komornika, aby nie dokonywał opisu i oszacowania, bo pomnożyło by to koszty, które kobieta ponosi, co przy jej skromnych dochodach nie ma sensu. Pomysł, żeby zlicytować mieszkanie za tak stosunkowo niewielką kwotę długu jest nieracjonalny, ale niestety zgodny z prawem. Podejmowano już próby by zmienić przepisy, które pozwalają zlicytować jedyne mieszkanie z powodu symbolicznych kwot zadłużenia. Niestety wysiłki te spełzły na niczym. Ten sam komornik, który nie ma problemu z licytowaniem dachu nad głową starej kobiety, zwykle okazuje się bezradny kiedy trzeba wyegzekwować zaległe wynagrodzenie czy dług alimentacyjny.
Tak się jakoś składa, że system windykowania i egzekwowania należności działa skutecznie tylko wobec słabszych, samotnych matek, niewypłacalnych lokatorów, nieopłaconych pracowników, którzy nie mają z czego płacić rachunków. Broniliśmy nie raz przed eksmisją samotne matki, których dług czynszowy był kilkakrotnie niższy niż zaległości alimentacyjne ojca dzieci. Broniliśmy przed wyrzuceniem z mieszkania ludzi, którym nie zapłacono za pracę. Ale nikt nie pytał, dlaczego nie macie na czynsz? Ostatnio nawet sądy, urzędnicy i życzliwi radzą dłużnikom, żeby wyjechali zagranicę zarobić na długi. A to by znaczyło, że dla części z nas już miejsca w Polsce nie ma.
W Gdańsku podczas procedury upadłości konsumenckiej sąd zapytał dłużnika, dlaczego nie pojechał do pracy do Niemiec, żeby zarobić na spłatę zadłużenia. W stulecie Niepodległości warto zadać pytanie czy Polska jest dla wszystkich czy tylko dla wypłacalnych?
Kiedy siedziałem w areszcie za blokowanie eksmisji poznałem człowieka, którego skazano za „wyłudzenie kredytu”. Prowadził wraz z kolegą firmę hydrauliczną. Kiedy nawalił im samochód, musieli wziąć kredyt by kupić drugi. Ponieważ klienci zalegali z płatnościami ten, który wziął na siebie pożyczkę zalegał z ratami. W tym czasie kolega zniknął razem z samochodem. W ten sposób człowiek trafił do więzienia. W naszych więzieniach jak w czasach Karola Dickensa masa ludzi siedzi za długi. To są biedacy, którzy nie powinni spędzić w areszcie ani jednego dnia.

Głos lewicy

Warszawa eksmituje

Na warszawskiej Woli przy ul. Piaskowej grozi zawaleniem budynek oddany przez miasto do użytku w 2010 r. Trzeba wyprowadzić i dać mieszkanie 140 rodzinom. Kto zawinił? Prywatny wykonawca. Ale i urzędnicy miejscy, którzy nie umieli w sposób należyty dopilnować budowy, za którą miasto płaciło. Kryzys wokół Piaskowej sprawił, że ludziom, którzy już mieli się wprowadzać do przyznanych im mieszkań, usłyszeli, że będą musieli znowu ileś miesięcy czekać. Niektórzy zdążyli wpłacić już kaucję, którą im zwrócono. Trwa wyścig z czasem. Czy miasto zdąży wyprowadzić wszystkie rodziny z zagrożonego budynku zanim budynek runie. Ratusz zawinił, ale cenę płacą mieszkańcy. Poszukiwanie lokali, żeby mieć gdzie wyprowadzić lokatorów zagrożonego budynku sprawia, że rośnie presja na eksmisje. Przychodzą do nas ludzie, których ewidentnie nie powinno się eksmitować, ale miasto potrzebuje mieszkań, więc upiera się przy wyrzucaniu. W Warszawie najwięcej eksmisji dokonuje się z mieszkań komunalnych. Teraz jednak w związku z kryzysem zjawisko to się nasila. Na Pradze Północ brakuje tysiąca mieszkań w związku z rewitalizacją i decyzjami PINB o wyłączaniu kolejnych walących się kamienic z eksploatacji. A w Śródmieściu wyłączono z użytkowania i wyburzono na ul. Świętokrzyskiej wielką kamienice ze 150 mie4szkaniami pod pozorem uszkodzeń jakich budynek doznał w wyniku wybuchu gazu w jednym z mieszkań. Nie muszę dodawać, że działką już się zajmie deweloper, który na miejsce kilkupiętrowego budynku walnie tam kolejny drapacz chmur.
Przyczyn kryzysu mieszkaniowego jest kilka. Po pierwsze jak na istniejące potrzeby to praktycznie oprawie się nie buduje. Po drugie, kierujący się żądza zysku prywatni wykonawcy odwalają fuszerkę ( Piaskowa), po trzecie, istnieje wielkie ciśnienie na pozyskiwanie działek budowlanych ze strony deweloperów, więc pod byle pretekstem burzy się istniejące budynki, Po czwarte wreszcie, nie remontowane przez dziesięciolecia kamienice popadają w ruinę i trzeba je rozbierać. To ostatnie dotyczy w szczególności najbiedniejszych dzielnic na Pradze. Tam też doszło do kilku tajemniczych pożarów, które według strażaków były skutkiem podpaleń. Oczywiście na likwidacji tych spalonych domów skorzystali jak zwykle deweloperzy.
Wczoraj przyszła do mnie samotna matka trójki dzieci. Po spłaceniu 9000 zł. długu czynszowego zwróciła się do miasta o ponowne zawarcie umowy najmu. Miasto odmówiło twierdząc, że ta pani tam nie mieszka. Uzyskali nawet kilka oświadczeń sąsiadów, że „jej nie widują”. Wkrótce rozprawa o eksmisję. Postaramy się zapobiec temu, by samotna matka trójki dzieci trafiła do przytułku. Bo za błędy urzędników, za korupcję i bałagan nie mogą płacić najsłabsi Piotr Ikonowicz na Facebooku.

Głos lewicy

Ikonowicz o sobie

Z okazji zbliżających się wyborów kandydat RSS na prezydenta stolicy postanowił przedstawić się potencjalnym wyborcom:
Urodziłem się 14 maja 1956 roku w Pruszkowie, ale nigdy tam nie mieszkałem. Wychowałem się na Muranowie przy Placu Bohaterów Getta. Pamiętam jeszcze jak w ramach akcji „podaj cegłę” odgruzowywaliśmy teren byłego więzienia zwanego Gęsiówką. Zresztą zabawa w ruinach i kanałach to największe przygody mojego dzieciństwa. Kiedy znajdowaliśmy jakieś stare, zardzewiałe karabiny, oddawaliśmy je na złom i mieliśmy mnóstwo forsy na oranżadę w proszku. W wieku 16 lat rozpocząłem działalność opozycyjną. Co środa przez kilka lat w moim mieszkaniu odbywały się spotkania kółka socjalistycznego i aż do pierwszych zatrzymań nie mieliśmy pojęcia, że prywatne rozmowy o socjalizmie są nielegalne. Jeszcze w liceum, a uczęszczałem do Reya, podjęliśmy z kolegą próbę wydania pisma szkolnego społeczno-politycznego, ale pierwszy numer odwaliła cenzura. Mieli taki stempel „nie widzimy celowości”. Wtedy zacząłem działać w opozycji. Moją pierwszą pracą było przepisywanie na matrycach do samizdatu tekstów Sołżenicyna. „Jeden dzień Iwana Denisowicza” przepisywałem z dzienników Polityki z 1956-57 w tamtych czasach, w czasie nagłej przerwy na wolność teksty te ukazywały się właśnie w „Polityce”.
Pierwsze aresztowanie było trochę przypadkowe. Po prostu w 1976 roku kiedy zdałem na studia na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego miałem w czerwcu praktyki robotnicze w Ursusie. Zgarnęli mnie razem z „warchołami”, którzy spawali wagony do torów. Na szczęście przesiedziałem tylko wakacje, a w procesie rewizyjnym wyciągnął mnie z pudła wybitny adwokat Zdzisław Czeszejko-Sochacki. Gdy wybuchła „Solidarność” pracowałem już w Polskiej Agencji Prasowej, wraz z grupą młodych dziennikarzy przeszliśmy do Biura Informacyjnego Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”. Obserwowałem z bliska dzianie się historii, gdyż obsługiwaliśmy wszystkie posiedzenia Komisji Krajowej Związku. Potem jeszcze przywiozłem z Gdańska uchwałę Komisji Krajowej o strajku generalnym, ale większość zakładów była już spacyfikowana. Dostarczyłem uchwałę tylko do Huty Warszawa, otoczonej już przez kordon ZOMO. Stan wojenny spędziłem na drukowaniu, siedzeniu po aresztach. Internowany zostałem dopiero 8 maja 1982 r. za to, że organizowałem niezależne obchody Święta Pracy. Rozpoznano mnie ze zdjęć robionych przez milicję z helikoptera. Wcześniej bo już 17 grudnia 1981 aresztowano mnie za kolportaż nielegalnych wydawnictw. Tworzyliśmy Grupę Polityczną „Robotnik” i wydawaliśmy pismo pod takim właśnie tytułem, które było jednocześnie organem MRK ”S”.
W 1987 r. z inicjatywy tej właśnie Grupy Politycznej „Robotnik” wraz z takimi legendami opozycji i „Solidarności” jak Józef Pinior, Jan Józef Lipski, odtworzyliśmy w kraju Polską Partię Socjalistyczną. Działo się to jeszcze w warunkach konspiracyjnych. Na zjazd założycielski Służba Bezpieczeństwa wtargnęła drzwiami i oknami.
W 1993 roku wraz z dwoma kolegami z PPS Czarkiem Miżejewskim i Andrzejem Lipskim weszliśmy do Sejmu z ramienia PPS w ramach szerszej koalicji zwanej Sojusz Lewicy Demokratycznej. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że SLD prowadzi politykę neoliberalną i antyspołeczną. Efektem był nasz bunt i powstanie Koła Parlamentarnego PPS. Po wielu latach występowania w sądach, negocjowania w imieniu naszych podopiecznych, blokowania eksmisji, doszliśmy do wniosku, że samo pomaganie to za mało, że trzeba zmienić system, na taki, który respektuje konstytucyjną zasadę Sprawiedliwości Społecznej. Stąd narodził się Ruch Sprawiedliwości Społecznej, partia polityczna ludzi pracy. Momentem, który pozwolił nam założyć partię było moje aresztowanie w 2013 roku za blokadę eksmisji. Zostałem, niesłusznie posądzony i skazany za rzekome pobicie właściciela kamienicy, z której eksmitował na bruk parę starszych ludzi. Ponieważ nie poddałem się karze ograniczenia wolności sąd nakazał osadzenie mnie w areszcie na 90 dni. Podczas pobytu w areszcie podjąłem protest głodowy w intencji zmiany ustawy, która dopuszczała eksmisje na bruk. Pod murami więzienia, w namiocie głodowała moja żona Agata. Nasz protest trwał dwa tygodnie i skupił wokół naszego środowiska bardzo wiele wspaniałych osób.
Mam 62 lata, czworo dzieci i wspaniałą żonę. Utrzymuję rodzinę z pisania artykułów prasowych. Jestem przewodniczącym Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i wolontariuszem w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Obecnie kandyduję na urząd prezydenta Warszawy, bo chcę stolicy sprawiedliwej i równej dla wszystkich, takiej, która nikogo nie wyklucza.