W Libanie kruchy rozejm i nikła nadzieja

Rozejm Izrael Liban – Marco Rubio podczas spotkania z przedstawicielami Izraela i Libanu, w towarzystwie doradcy Michaela Needhama oraz ambasadora USA w Libanie Michela Issy.
Marco Rubio podczas spotkania z przedstawicielami Izraela i Libanu, w towarzystwie doradcy Michaela Needhama oraz ambasadora USA w Libanie Michela Issy.

Rozejm między Izraelem a Libanem wszedł w życie w nocy z 16 na 17 kwietnia. Już pierwsze informacje z południa kraju pokazały jednak, że zamiast przełomu mamy do czynienia z łamanym rozejmem. Ogłoszone przez Donalda Trumpa zawieszenie broni od początku podważają izraelskie działania wojskowe.

Po wejściu porozumienia w życie armia libańska poinformowała o ostrzale kilku miejscowości na południu kraju. Równocześnie zaapelowała do mieszkańców, by nie wracali jeszcze do swoich domów, ponieważ sytuacja pozostaje niebezpieczna. Hezbollah zadeklarował z kolei, że dalszy los rozejmu zależy od tego, czy Izrael rzeczywiście zakończy działania wojenne. Już na starcie widać, że nie jest to początek pokoju, lecz chwiejna pauza narzucona przez układ sił.

Rozejm nie rozwiązuje żadnej z kluczowych kwestii, które doprowadziły do obecnego kryzysu. Po pierwsze, Izrael nie daje sygnału, że naprawdę chce wycofać się z południowego Libanu. Przeciwnie, od razu pojawiły się sygnały, że wojska nie zamierzają opuścić zajmowanych pozycji. W tle pozostaje też izraelski pomysł bezterminowej, ośmiokilometrowej strefy buforowej przy granicy. Oznaczałoby to nie uspokojenie sytuacji, lecz próbę trwałego narzucenia nowego stanu siłą.

Nierozstrzygnięta pozostaje także kwestia Hezbollahu i jego arsenału. W izraelskiej logice to armia libańska miałaby rozbroić Hezbollah i przejąć pełną kontrolę nad południem kraju. Liban co do zasady zgadza się na wzmocnienie roli własnej armii, ale nie chce robić tego pod bombami i w warunkach dalszej izraelskiej obecności wojskowej. Tu właśnie widać, jak kruchy jest cały układ. Jedna strona żąda rozbrojenia przeciwnika jeszcze przed realnym zakończeniem wojny, druga nie zamierza przyjąć takich warunków.

To tłumaczy, dlaczego w Bejrucie i na południu kraju nikt nie ma dziś większych złudzeń. W pamięci pozostaje poprzedni rozejm, po którym również miało być spokojniej, a skończyło się dalszą obecnością izraelskich sił przy granicy, kolejnymi naruszeniami i dalszym wyniszczaniem południa Libanu. Dzisiejsza ostrożność nie bierze się więc z emocji, lecz z doświadczenia. Izrael już wcześniej pokazał, że potrafi mówić o deeskalacji, a równocześnie utrzymywać presję wojskową.

Skutki tej izraelskiej strategii najboleśniej uderzają w zwykłych ludzi. Mieszkańcy południa zaczynają wracać do swoich miejscowości, choć wiedzą, że wracają do zniszczonych domów, uszkodzonych dróg i codziennej niepewności. Państwo samo ostrzega ich jednak, by jeszcze tego nie robili. Po 46 dniach walk w Libanie zginęło około 2196 osób, po stronie izraelskiej 15. Te liczby pokazują skalę asymetrii tej wojny i to, po czyjej stronie kumulują się śmierć, zniszczenie i wygnanie.

Rozejm jako polityczny spektakl

Rozejm od początku służy także celom politycznym. Trump przedstawia go jako sukces własnej dyplomacji i zapowiadał nawet możliwość rozmów obu przywódców w Waszyngtonie. Tyle że prezydent Libanu Joseph Aoun odrzucił bezpośredni kontakt z Benjaminem Netanjahu. To ważny sygnał, bo pokazuje, jak ograniczony jest cały ten „przełom”. Waszyngton może ogłaszać sukces, ale po stronie libańskiej nie ma zgody na udawanie, że relacje z Izraelem weszły w nową fazę.

Dlatego dzisiejszy rozejm nie daje podstaw do triumfu. Przynosi jedynie krótkie wytchnienie krajowi, który znów znalazł się między izraelską przemocą a amerykańską narracją o stabilizacji. Liban nie dostał pokoju. Dostał kilka dni niepewności, projekt strefy buforowej, nacisk na rozbrojenie Hezbollahu i ostrzeżenie własnej armii, by ludzie jeszcze nie wracali do domów. To mówi o stanie tego rozejmu więcej niż wszystkie komunikaty z Waszyngtonu

Redakcja

Poprzedni

Ekologia dla obywatela, pieniądze dla korporacji

Następny

MFW tnie prognozy dla świata. Polska rośnie szybciej niż Europa