Chilijczycy wciąż na ulicach

Tym razem do Chilijczyków i Chilijek walczących o bardziej sprawiedliwy system społeczny strzelała nie policja, a obywatel amerykański o skrajnie prawicowych poglądach.

Setki tysięcy osób ponownie wyszło na ulice Santiago de Chile a wieczorem i nocą tradycyjnie doszło do starć z policją. To odpowiedź na ogłoszenie przez prezydenta Sebastiana Piñerę dziesięciu specjalnych ustaw represyjnych.
Nowe prawa ułatwią ściganie i surowe karanie takich działań, jak zakrywanie twarzy podczas demonstracji czy budowanie barykad. Nie ma wątpliwości, że chodzi o kryminalizację protestów. Ponadto ogłoszone zostały plany wzmacniające i modernizujące cały państwowy aparat represji.
Jednocześnie w czwartek Piñera zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem przedstawicieli kluczowych instytucji państwowych, w tym wojska. Rada to kolejny spadek z czasów dyktatury – pod rządami Augusto Pinocheta organ ten był zwoływany w sytuacjach zagrożenia “porządku publicznego”. Skojarzenie było oczywiste i wywołało lawinę krytyki w społeczeństwie i opozycji. Z wyrazami uznania dla prezydenta pośpieszyła natomiast, co również znamienne, skrajna prawica.
W obliczu powyższych działań rządu dążących do wzmocnienia państwa policyjnego, w stolicy kraju, w piątek wyszły setki tysięcy obywateli i obywatelek, dając do zrozumienia, że nie spoczną, póki prezydent nie ustąpi, a ich postulaty socjalne nie zaczną być realizowane.
Przedstawiciele ONZ wezwali chilijski rząd do zaprzestania stosowania gumowych kul i śrutu wobec manifestantów. Podkreślają, że ich stosowanie poważnie narusza prawa człowieka. Od momentu wybuchu protestów, od strzałów rannych zostało 1778 osób, zaś 170 straciło oko.
Rząd Sebastiana Piñery, który tak kurczowo trzyma się stołków, według niektórych sondaży cieszy się obecnie poparciem rzędu zaledwie 9 proc.
Około dwóch tysięcy osób zebrało się w niedzielę w małej miejscowości Reñaca, tuż przy znanym kurorcie Viña del Mar, w ramach trwających już ponad trzy tygodnie protestów przeciwko neoliberalizmowi i obecnemu rządowi Sebastiana Piñery. Korzystając ze słonecznej pogody manifestanci udali się na plażę, gdzie w rodzinnej atmosferze kontynuowali protest i wypoczywali. Sielankowy nastrój przerwały nagłe strzały. Tym razem strzelała jednak nie policja, co stanowi normę w ostatnich tygodniach, lecz cywil. Amerykanin John Cobin, mieszkający w Chile biały rasista otworzył ogień wprost do manifestantów. Ubrany był w żółtą kamizelkę, symbol antysystemowych protestów we Francji, który próbują sobie przywłaszczyć obecnie skrajni prawicowcy w Chile sprzeciwiający się ludowej rebelii. Kilka dni wcześniej mała grupka takich “żółtych kamizelek” zebrała się uzbrojona w tej miejscowości, by “pilnować porządku”. Wczorajsza manifestacja była także odpowiedzią na takie działania ultraprawicowców z klas wyższych.
Według pierwszych informacji rasista wysiadł z samochodu i wystrzelił co najmniej trzy razy po tym, gdy pokojowi i radośni manifestanci zajęli ulicę i zaprosili do tańców kierowców, którzy chętnie dołączali do zabawy. John Cobin, przed zamachem prawdopodobnie został rozpoznany, ponieważ miał na sobie żółtą kamizelkę, niektórzy manifestanci mieli więc zaatakować jego samochód. Wiadomo, że wskutek strzelaniny ranna została jedna osoba, którą odwieziono do szpitala. Na szczęście nie ma ofiar śmiertelnych.
Rozwścieczeni manifestacji zaczęli atakować kamieniami samochód, do którego z powrotem skrył się napastnik, zdołał on jednak odjechać z miejsca zdarzenia. Został jednak niemal natychmiast zidentyfikowany przez policję i aresztowany jeszcze tego samego dnia. Wcześniej zdołał dotrzeć do domu i wstawić na YouTube wideo, w którym wyjaśnia, że strzelał w obronie własnej i “nie popełnił niczego złego”. Jak się okazało John Cobin to Amerykanin, który wyprowadził się do Chile w 1996 roku, bo marzył o jako do “neoliberalnego raju”. Kilka lat temu udzielił wywiadu jednej z gazet, w której stwierdził, że jest największym neoliberałem w Chile. Ponadto jest wielkim fanem gen. Pinocheta oraz tzw. “Chicago Boys”, prowadzi prawicowy kanał na YouTube i jest dość rozpoznawalną postacią w swoim środowisku.
Po zdarzeniu oburzeni manifestanci zaczęli stawiać na ulicach miejscowości barykady i starli się z atakującymi służbami mundurowymi.

Niemiecka prawicowa chuliganeria

Patriotyczni fanatycy w Niemczech coraz częściej dopuszczają się aktów przemocy i grożą swoim przeciwnikom śmiercią.

Sytuacja zrobiła się na tyle niebezpieczna, że politycy zaczęli domagać się od rządu zdecydowanej reakcji. Kanclerz Angela Merkel wprawdzie tłumaczy, że resort spraw wewnętrznych nie lekceważy problemu i podejmuje działania; są one jednak krytykowane jako niedostateczne i zbyt opieszale wdrażane. Horst Seehofer, szef tamtejszego MSW indagowany w tej sprawie przez dziennikarzy Süddeutsche Zeitung powiedział jedynie, że „jest to poważny problem naszego społeczeństwa”.
Pod nowymi wezwaniami i apelami do rządu federalnego podpisują się politycy wszystkich opcji. Piszą o tym najważniejsze media w Niemczech, m.in. Deutsche Welle. Domagają się konkretnych kroków w kwestii zwalczania prawicowego ekstremizmu i zapobiegania przestępstwom motywowanym nienawiścią. Bieg temu nadali przywódcy Partii Zielonych Cem Özdemir i Claudia Roth po tym jak neonazistowskie gangi wysłały im korespondencję, w której grożą im śmiercią. Duet ten jednak nie jest wcale odosobniony, są to po prostu najnowsze dwa nazwiska z długiej listy polityków władz centralnych i landowych, którzy stali się obiektem podobnych pogróżek w ostatnich tygodniach i miesiącach.
Deutsche Welle cytuje Thorstena Freia, wiceprzewodniczącego grupy parlamentarnej konserwatystów – zapowiedział on, iż rząd ogłosi wkrótce specjalny „nowy pakiet”, który ma pomóc w zwalczaniu prawicowego ekstremizmu. Póki co niewiele wiadomo na temat rozwiązań, które zostały w nim zapisane. Frei udzielił również kilku wypowiedzi Die Welt. Wyjaśniał m. in., że nacisk zostanie położony na wpisy na różnych forach internetowych i w sieciach społecznościowych. Organa ścigania mają m. in. uzyskiwać łatwiejszy i szybszy dostęp do numerów IP osób, które rozpowszechniają ekstremistyczne prawicowe treści. Nie wydaje się to być rozwiązaniem rewolucyjnym.
– Ktokolwiek podżega i grozi w Internecie, musi być ścigany surowiej i skuteczniej w przyszłości – powiedział Stephan Mayer, sekretarz parlamentarny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w gazecie Passauer Neue Presse.
Mayer ma niewątpliwie rację. Niemiecka skrajna prawica poczuła się bowiem bardzo pewnie. Warto przypomnieć, że w ub. miesiącu dwie osoby zostały zabite w mieście Halle w Saksonii-Anhalt. Poniosły śmierć z rąk prawicowego terrorysty, który próbował dokonać zbrojnego rajdu na synagogę. Latem zaś zginął Walter Lübcke, proimigracyjny polityk regionalny z partii Angeli Merkel (CDU), został zastrzelony przez fanatycznego prawicowca. Zarówno o tej antysemickiej zbrodni jak i o śmierci Lübckego informowaliśmy na łamach Portalu STRAJK. Podobnie zresztą jak o groźbach wobec socjaldemokratycznego polityka z Bawarii.
– Po zabójstwie Waltera Lübckego i [wydarzeniach w – przyp. red.] Halle obserwujemy, że prawicowi ekstremiści już nie tylko grożą śmiercią, ale faktycznie zabijają – powiedziała w rozmowie z dziennikarzami Die Welt Renate Künast parlamentarzystka partii Zielonych. Wyjaśniła także, iż popiera rządowe plany walki ze skrajną prawicą, „jednak byłoby lepiej, gdyby stały się one szybko prawem i zaczęły być wdrażane” skomentowała.
Sytuacja wydaje się naprawdę groźna. Berlin już w czerwcu zapowiadał podjęcie poważnych kroków zmierzających do skutecznego przeciwdziałania radykalnej prawicy, ale deklaracje te nie znalazły póki co żadnego praktycznego wyrazu. Tymczasem niemiecka ekstrema się przygotowuje i np. zbroi po zęby.