Chaos w Paryżu

Pociągi na 10 z 16 paryskich liniach metrach nie wożą się pasażerów. Miasto dusi się w korkach, ludzie wybierają się na piechotę do swoich miejsc pracy. Tak wygląda francuska stolica w dniu protestu pracowników komunikacji miejskiej, którzy nie mają zamiaru przyglądać się biernie jak prezydent-marionetka wielkiego kapitału – próbuje ich pozbawić bezpieczeństwa emerytalnego.

Dwie kolejne linie mają zostać uruchomione dopiero w godzinach szczytu. Całkowicie wyłączone są także dwie ważne linie pociągów podmiejskich łączących centrum z przedmieściami, m.in. z największym we Francji lotniskiem Roissy-Charles-de-Gaulle, co potęguje chaos komunikacyjny.
Zarząd transportu miejskiego RATP w akcie desperacji proponuje mieszkańcom na piątek alternatywne sposoby przemieszczania się – hulajnogą, rowerem czy skuterem.
To będzie największy strajk w sektorze transportu w stolicy Francji 2007 roku. Związkowcy akcentują, że to ostatnie ostrzeżenie w kierunku prezydenta Macrona, który rozpoczyna jedną ze swoich najbardziej antyspołecznych reform. Głowa państwa spłaca swój dług wobec możnych tego świata, jego plan zakłada m.in. wprowadzenie „uniwersalnego systemu” emerytalnego w miejsce obecnych 42 różnych opcji emerytalnych. Dotychczasowe przepisy określają gwarancje stabilności dla niektórych urzędników, pracowników największych przedsiębiorstw publicznych oraz wielu innych grup zawodowych np. marynarzy, notariuszy, pracowników
Opery Narodowej.
Macron chce klasę pracującą tego pozbawić. Jego zdaniem stabilne emerytury zbytnio obciążają budżet państwa.
Czy protesty przyniosą efekt? Agencja Reutera zauważa, że mimo zeszłorocznej fali protestów przeciwko reformie państwowej spółki kolejowej rząd w tej sprawie nie ustąpił. Od tego czasu jednak siła polityczna Macrona słabnie z powodu serii antyrządowych demonstracji ruchu „żółtych kamizelek”, co może wzmocnić pozycje negocjacyjną protestujących.
Jeśli chodzi o pracowników transportu stołecznego, obecny system emerytalny pozwala części z nich – maszynistom i innym ludziom pracującym pod ziemią – przejść na emeryturę w wieku 52 lat, czyli 10 lat wcześniej niż przewidują to ogólne zasady.

Moskwa, Paryż, Berlin

„Macron wyciąga rękę do Moskwy” – komentuje francuska prasa roboczą wizytę prezydenta Federacji Rosyjskiej we Francji. Nie tak dawno niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas zasugerował, że obywatele Rosji powinni móc wjeżdżać do strefy Schengen bez wiz. W Warszawie natomiast wszelkie sygnały ocieplenia między zachodnioeuropejskimi stolicami a Moskwą przyjmowane są ze zgrozą. Próżno jednak szukać refleksji, że może czas zrewidować i polską politykę wschodnią.

Paryż i Moskwa muszą współpracować, aby zbliżyć stanowiska Rosji i Europy, pomimo różnic – takie przesłanie usłyszeli obecni na wspólnej konferencji prasowej prezydentów Emanuela Macrona i Władimira Putina w Forcie Brégançon. Rosja jest „europejska” i „należy odbudować system wzajemnego zaufania z nią” – to słowa prezydenta Francji, który jeszcze niedawno wskazywał na domniemany „rosyjski trop” ukryty za protestami „żółtych kamizelek”.
Rozmowa obu przywódców, odbywająca się – najwyraźniej nieprzypadkowo – na kilka dni przed szczytem G7 w Biarritz (odbędzie się on 24-26 sierpnia) dotyczyła całe spektrum tematów – od sprawy Iranu, poprzez Syrię i Libię po Ukrainę po sprawę wypowiedzianego przez Stany Zjednoczone traktatu zakazującego rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) oraz konieczności przedłużenia traktatu o broniach strategicznych START 3 i problem militaryzacji okołoziemskiej przestrzeni kosmicznej. Rzecz jasna – nie sposób oczekiwać, że jedno spotkanie doprowadzi do pełnych uzgodnień we wszystkich tych sprawach, jednak jest to bez wątpienia kolejny sygnał świadczący o tym, że Europa jest znużona przedłużającą się izolacją Rosji, a prezydent Macron wyraźnie widzi dla siebie rolę postillon d’amour tego procesu. Po zakończeniu trwającego prawie 4 godziny spotkania odbywającego się za zamkniętymi prezydent Francji był jeszcze bardziej entuzjastyczny, oznajmiając, że Rosję „czeka europejska przyszłość”: „Jestem przekonany, że przyszłość Rosji jest całkowicie europejska. Wierzymy w taką Europę, która rozciąga się od Lizbony do Władywostoku” – napisał na Twitterze.
Istotnym sygnałem była też sugestia rysowania się stopniowego powrotu Rosji do G7, z której (wówczas G8) została wykluczona po aneksji Krymu – pojawiła się mianowicie sugestia, że grupa (wprawdzie bez formalnego zmieniania nazwy i ogłaszania rozszerzenia) mogłaby się właśnie spotkać w Rosji, która by wystąpiła w roli gospodarza.
Nie znaczy to, żeby nie pojawiły się w wypowiedziach zgrzyty – dotyczące porównań między protestami w Rosji w związku z wyborami samorządowymi a ruchem żółtych kamizelek”, ale nie ulega wątpliwości, że było to najcieplejsze spośród siedmiu spotkań jakie odbyli ze sobą Macron i Putin.
Prezydent Macron rozgrywa swoje zaangażowanie w zbliżenie europejsko-rosyjskie wykorzystując osłabienie dwu pozostałych głównych stolic europejskich – Londynu skoncentrowanego na brexicie i coraz mocniej okopującego się na pozycjach transatlantyckich i Berlina, ale nie można mu odmówić wyczucia chwili i rozpoznania potrzeb i zainteresowań – po obu stronach.
Wszystkie te sygnały coraz dobitniej świadczą, że pozycja Warszawy w Europie staje się coraz bardziej izolowana, a tezy wygłaszane przez polskich polityków o ciągłym zagrożeniu ze strony Moskwy brzmią coraz bardziej groteskowo.

Amerykańska pułapka

Było wiele pułapek w tej historii, ale ta sprzed sześciu lat została zastawiona na nowojorskim lotnisku JFK przez FBI, zaraz przy wyjściu z samolotu. Lecący długo z Azji Frédéric Pierucci znalazł się nagle pod skrzydłami czekoladowego orła, który symbolizuje amerykański Departament Sprawiedliwości (DoJ). Gdy Pierucci wylądował w lochu specjalnego więzienia, Emmanuel Macron był od roku zajęty losem Alstomu, dla którego Pierucci pracował. Czy szukał transakcji, które sfinansują mu wybory prezydenckie? Rok później, już jako minister gospodarki, sprzedał najcenniejszą część koncernu Alstom Amerykanom, którzy dla pewności przetrzymywali Pierucciego jako zakładnika.

Pierwszego wieczora przewieziono Pierucciego do więzienia specjalnego Wyatt w stanie Rhode Island, gdzie czekał na niego prokurator federalny David Novick, by przedstawić mu wizję 125 lat więzienia. Złagodził ją propozycją szpiegowania dla Stanów Zjednoczonych, w roli „wtyczki” w Alstomie. Novick wyjaśniał, że DoJ szuka haków na szefa Alstomu Patricka Krona, więc Pietrucci mógłby się przydać. Ku jego zaskoczeniu, Francuz odmówił, licząc na szybką pomoc swego koncernu, która zresztą nigdy nie nadeszła. Nie wiedział, że Amerykanie byli na tropie Alstomu już od czterech lat: zamierzali go przejąć.
Pierucci nie był na szczycie Alstomu, ale niedaleko: kierował kontynentalnymi oddziałami przedsiębiorstwa, zajmował się kontraktami z różnymi państwami. Mieszkał z rodziną w Singapurze. Dowiedział się, że został zatrzymany w USA za wspólnictwo w korupcji w Indonezji, 10 lat wcześniej. Dwóch indonezyjskich deputowanych zeznało na prośbę Amerykanów, że były próby przekupstwa ze strony Alstomu. Dlaczego zajmują się tym Amerykanie? Bo mają słynne prawo – FCPA – ustawę o przeciwdziałaniu korupcji na świecie z 1977 r., która w 1998 r. stała się wszech-terytorialna. USA przyznały sobie prawo ścigania korupcji na całym świecie, jeśli w grę wchodzą dolary lub korzystanie z amerykańskiej technologii (np. wysłanie maila). To im pozwala skuteczniej prowadzić wojnę gospodarczą i doić sojuszników.
Cztery litery
FCPA to jedno z głównych narzędzi amerykańskiej pułapki. Pierucci oficjalnie właściwie nie zawinił korupcją, ale tym, że nie zawiadomił DoJ, kiedy mógł o niej wiedzieć. Taki planetarny obowiązek nałożyły jednostronnie Stany Zjednoczone, a dość im łatwo ścigać cudzoziemców za niezrobienie czegoś, czego wymaga od nich amerykańskie prawo. W FCPA jest tyle pułapek, że można posadzić każdego, kto zostanie wyznaczony na winnego. To upraszcza sprawę.
Gdy Pierucci poznawał w więzieniu towarzystwo seryjnych morderców i bossów mafii, Macron był już w centralnym kręgu władzy, u boku prezydenta Hollande’a. Od razu wtedy zamówił raport na temat Alstomu w amerykańskiej firmie poradnictwa strategicznego A.T. Kearney, za 300 tys. euro. Macron przez lata pracy w Banku Rothschild przeprowadził właściwie tylko jedną wielką transakcję, ale między koncernami – Nestlé i Pfizerem, dzięki czemu został milionerem i udziałowcem banku. Uznał, że ma doświadczenie.
DoJenie na całego
Alstom był gigantycznym przedsiębiorstwem przemysłu ciężkiego z dwiema głównymi specjalizacjami: transportu i energetyki. Dziś nikt nie wie, dlaczego właściwie został wystawiony na sprzedaż. Dobrze zarabiał, miał zamówień na 10 lat i przede wszystkim strategiczne znaczenie dla krajowej gospodarki (i nawet obronności). To łakomy kąsek, szczególnie jego gałąź energetyczna, dająca firmie trzy czwarte dochodu. Amerykański koncern General Electric (GE) i niemiecki Siemens bardzo się nią zainteresowały. Amerykanie szybko odesłali Niemców do domu. Na przeszkodzie stał jeszcze Arnaud Montebourg, minister gospodarki, który w czymś się połapał, nie chciał dać zgody na transakcję. Pierucci siedział już ponad rok bez szansy na wyjście, gdy prezydent Hollande usunął Montebourga i mianował na jego miejsce Macrona (2014). Ten szybko zgodził się na sprzedaż Alstomu Amerykanom tłumacząc: „Francja to nie Wenezuela, mamy wolność gospodarczą”. Dwa dni później DoJ wypuścił Pierucciego z więzienia, warunkowo.
Odcięty od świata dyrektor, pragnąc pojąć, w jakie tryby się dostał, zaczął studiować amerykańskie prawo, aż zrozumiał jak jest wykorzystywane do wasalizacji i rabowania obcych państw i przedsiębiorstw, jak DoJ współpracuje z GE (i innymi amerykańskimi olbrzymami) w osiągnięciu imperialnego celu. Amerykanie ściągają regularny haracz z wielkich firm europejskich wykorzystując światowy zasięg swych praw i dominującą pozycję. Ma to formę kar finansowych wymierzanych z „czterech liter” lub na podstawie ustaw o sankcjach i embargach. Te ostatnie uroczyście ogłaszają, że jakieś państwo jest biznesowo trędowate, więc każdy, kto zechce się doń zbliżać, czy z nim handlować, dostanie po nosie. Wielkie firmy z Europy potulnie płacą Stanom Zjednoczonym wielomiliardowe „mandaty”, inaczej zostałyby wyrzucone z tamtejszego rynku. Alstom został przejęty, a i tak musiał zapłacić.
Zdrada
Po sprzedaży GE swego energetycznego skrzydła (za ponad 12 miliardów dolarów), Alstom musiał zapłacić Amerykanom prawie 800 milionów dolarów za wyplątanie się z indonezyjskiej historii korupcyjnej. W powojennej kapitalistycznej Europie długo utrzymywała się charakterystyczna moralność: korupcja była zabroniona, ale nie wobec obcokrajowców. Francuskie przedsiębiorstwa jeszcze do 2000 r. mogły sobie odliczać od podatku łapówki dawane zagranicą. Unia to zmieniła, ale pewne obyczaje pozostały. USA są tak silne politycznie, że nie muszą nikogo przekupywać, wystarczy pogrozić palcem w razie oporu, ale w Europie po staremu daje się w wyciągniętą, niewidzialną łapę rynku, by interesy lepiej szły.

Pierucci nie mógł pogodzić się ze sprzedażą Alstomu USA. Skontaktował się z byłym szefem działu śledczego Radio France, cenionym dziennikarzem l’Obsa Matthieu Aronem. To General Electric konserwuje teraz turbiny Alstomu dla francuskich okrętów podwodnych, dla lotniskowca Charles de Gaulle i w cywilnych elektrowniach atomowych. Wystarczy w razie jakiejś politycznej sprzeczki, że Amerykanie nie zechcą zajmować się turbinami i sieciami elektrycznymi, a trzy czwarte Francji zostanie pozbawione prądu. Utracie suwerenności towarzyszy utrata niezależności energetycznej. Ale Macron był zachwycony. W 2015 r. pojechał do Belfort, gdzie robotnicy byli bardzo zaniepokojeni, spodziewali się masowych zwolnień.
„Nasz amerykański partner stworzy tu tysiąc dodatkowych miejsc pracy!” – prezydent Macron w czapce Alstomu przekonywał, że będzie na odwrót, jeśli chodzi o obawy pracownicze, wszystko zakwitnie dzięki niemu i GE. W tym czasie Pierucci, zagrożony procesem ze 125 latami więzienia w roli głównej, uległ amerykańskiej prokuraturze i dobrowolnie poddał się karze – DoJ wygrywa w ten sposób 98,5 proc. spraw. Został za to natychmiast wyrzucony z pracy, ale mógł liczyć na krótsze siedzenie. Skazano go łącznie na 30 miesięcy, więc musiał wrócić do Ameryki, by odsiedzieć jeszcze rok. Kiedy ostatecznie wychodził na wolność, GE ogłosił, że zwalnia (na początek) ponad tysiąc osób z Belfort. Amerykanie zrobili tę przyjemność Macronowi, że zgodzili się poczekać z tym komunikatem, aż odbędą się wybory europejskie. Dotarł do ludzi dwa dni po głosowaniu.
Właściwy wybór
Jak się wydaje, Amerykanie zechcieli kupić Alstom, bo koncern nawiązywał relacje z Chinami i Rosją. USA nie chciały kolejnego transferu technologii do Chin, a z Francuzami dobrze im szło: w 2014 r. BNP Paribas został zmuszony do zapłacenia Amerykanom „mandatu” w astronomicznej wysokości dziewięciu miliardów dolarów, po oskarżeniu o naruszenie jednostronnego, amerykańskiego embarga nałożonego na Iran i Kubę. Francuzi nie mogli tego przełknąć, w parlamencie powstała specjalna komisja do wyświetlenia okoliczności sprzedaży Alstomu. Na jej czele stanął Olivier Marleix, poseł Republikanów (prawica liberalna), by dojść, że sprzedaż Alstomu łączy się zarówno z zakładnikiem Pieruccim, jak i wyborem Emmanuela Macrona (prawica neoliberalna) na prezydenta w 2017 r. Marleix przekonuje, że część pieniędzy z transakcji poszła na fundusz wyborczy Macrona i zapewnienie przychylności administracji i mediów.
Kilka dni temu śledztwo w tej sprawie zwykła prokuratura przekazała specjalnej prokuraturze finansowej. Jej szefa ma wkrótce zatwierdzić Macron. Marleix nazywa ten przekręt „paktem korupcyjnym”, który „całkowicie” zdeformował demokrację. W Belfort w czerwcu manifestowało przeciw GE i Macronowi 10 tysięcy ludzi, z ugrupowaniami od Nowej Partii Antykapitalistycznej po liberalną prawicę. Na początku roku Pierucci z Aronem wydali książkę Amerykańska pułapka, szybko przełożoną na angielski, na temat jankeskich metod wojny gospodarczej. Brytyjska BBC zwróciła uwagę, że książkę pilnie czytał i chwalił Ren Zhengfei, big-szef Huawei, chińskiego producenta telefonów, przeciw któremu działają Amerykanie. Zapewniają sobie hegemonię lub osłabiają konkurencję instrumentalizując własny wymiar sprawiedliwości, ściśle w tym wypadku poddany polityce rządu.
Cienie na ścianie
W Paryżu, w październiku zeszłego roku, kiedy książka powstawała, jacyś do dziś nie znalezieni ludzie włamali się do mieszkania Arona, by wynieść wyłącznie komputery, dokumenty i notatki. Nic cennego nie zginęło, bo ktoś interesował się tylko zapisanymi informacjami. Sekrety sprawy Alstomu mogą być przyczyną poważnych kłopotów nie tylko dla Macrona, może być wielu podejrzanych. Amerykanie prowadzą szerokie interesy, doją DoJem głównie Niemców i Francuzów, ale są i inni. Miliardy dolarów przechodzą z rąk do rąk i następuje wtedy mityczne skapywanie do prywatnych kieszeni wielu osób.
W ciągu dwóch lat rządów Macrona Francja przechodzi rewolucję neoliberalną: nigdzie na świecie nie przybywa tylu milionerów (i wyżej) w takim tempie, jak dziś we Francji, dzięki „reformom” prezydenta. Jednocześnie zwiększają się obszary biedy, trwa burzenie systemu socjalnego, wszystkiego, co należy do wspólnoty. Macron służy wyłącznie swojej klasie społecznej. Prawie 40 proc. Francuzów myśli o rewolucji, jako lekarstwie na tę niesprawiedliwość. Dyrektor IFOP, znanego instytutu badania opinii publicznej, był zdziwiony: „nigdzie w Europie nie ma takiego radykalizmu”. Afera Alstomu i amerykańskiej pułapki wróci pewnie jesienią, gdy ludzie znów wyjdą na ulice.

Głupota Macrona?

Amerykański prezydent wystąpił w obronie GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) – czołowych amerykańskich koncernów technologii internetowych, które Francja próbuje opodatkować. GAFA i inne amerykańskie giganty stosują ucieczki podatkowe na wielką skalę – w Europie właściwie nie płacą nic. Francja jest pierwszym krajem, który chce to zmienić. Trump już mówi o „wojnie”.

„Tylko my mamy prawo nakładać podatki na amerykańskie przedsiębiorstwa” – kłamał amerykański prezydent, zapowiadając „odpowiedź na głupotę Macrona”. Cło na francuskie wina, sprzedające się w Ameryce bardzo dobrze, zapewne mocno wzrośnie. „Wino amerykańskie jest dużo lepsze niż francuskie” – ogłosił Trump, który nie pije alkoholu.
W tym miesiącu francuski parlament przyjął ostatecznie ustawę o opodatkowaniu francuskiej działalności GAFA. Jest to prawo pionierskie, gdyż do tej pory w Europie te koncerny unikały podatków, wykorzystując strach tubylców przed imperium. Amerykanie uważają, że płacenie podatków zagranicą to „dyskryminacja”. Rzecznik Białego Domu Judd Deere zapowiedział, że „administracja nie pozostanie z założonymi rękami, nie będzie tolerować dyskryminacji przedsiębiorstw amerykańskich”.
Francuski podatek nie będzie liczony od zysku, zazwyczaj konsolidowanego w oficjalnych rajach podatkowych, jak Irlandia, tylko od obrotu (3 proc.) we Francji, dopóki OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) nie skoordynuje wprowadzenia nowych reguł pobierania takich podatków dla wszystkich członków organizacji. Francuski podatek GAFA ma obowiązywać wstecznie, od 1 stycznia bieżącego roku. Zapłacą go firmy, których obroty na świecie wynoszą ponad 750 milionów euro, a we Francji dwadzieścia pięć milionów.
Ekonomiczny doradca Trumpa Larry Kudlow nazwał decyzję Francji „grubym, bardzo grubym błędem”. Ameryka nie jest zadowolona, ale Francuzi na razie nie miękną, zapowiadają wprowadzenie w życie ustawy.

Francuska sałatka

Nie jest to jednak książka o kulinariach.

Francja przez co najmniej kilkanaście ostatnich lat była w Polsce niemodna i nawet legendarny Paryż przestał na lata elektryzować polską wyobraźnię. Jednak zawirowania polityczne obecnych czasów, kryzys imigracyjny, islamistyczne zamachy terrorystyczne 2015 roku, fiasko trzech kolejnych prezydentur, z którymi wiązano nadzieję na odrodzenie Francji (Sarkozy, Hollande i Macron), a od ponad ośmiu miesięcy protest „żółtych kamizelek”, spowodowały renesans zainteresowania tym krajem.
Krytyczna refleksja nad Francją także w tym kraju nabrała w ostatnich latach rumieńców. Głośne książki: „Dusza Francji” Maxa Gallo, „Francja, która upada” Nicolasa Baverez, „Kiedy Francja się obudzi” Pascala Lamy, „Francuska tajemnica” Hervé Le Brasa i Emmanuela Todta czy skrajnie pesymistyczny esej Erica Zemmour „Samobójstwo francuskie”, stały się przedmiotem namiętnych sporów. Z polskiej strony zapotrzebowaniu na refleksję nad Francją wyszedł Marek Ostrowskich swoim „Francuskim snem”.
Wieloletni korespondent we Francji i wyborny znawca tego kraju nie zagłębiał się w aż tak głębokie mroki jaźni francuskiej, bo w końcu Francuzem nie jest, za to świetnie przybliżył polskiemu czytelnikowi kluczowe problemy tego kraju, w formie lekkiej i przyjemnej w lekturze, a zatem jakby francuskim sposobem. Jest to może nie bigos (antyteza kuchni francuskiej), ale – powiedzmy – francuska sałatka składająca się z licznych ingrediencji, z poważnych rozważań publicystycznych, analitycznych dotyczących francuskiej rzeczywistości w jej najważniejszych aspektach – imigracja, islamski terroryzm, gospodarka, edukacja, tożsamość, zagadnienia podziałów klasowych, laicyzm, podział na Paryż i prowincję, ale przetykanych anegdotami, retrospekcjami historycznymi od czasów Francji galijskiej po de Gaulle’a.
Szczególnie dużo miejsca poświęcił Ostrowski trzem ostatnim prezydentom Francji, czyli Sarkozy’emu, Hollande’wi i aktualnemu Macronowi, a sięgnął tematycznie aż po temat najświeższy i nadal aktualny – protest „żółtych kamizelek”. Nie pominął też ważnego aspektu życia francuskiego, jak zagadnienia natury miłosnej. Zwrócił też m.in. uwagę na to, że mimo pewnej amerykanizacji i tabloidyzacji, jakim podlega także kultura francuska, jest to społeczeństwo, którym „snobizm wykształcenia i zdobycia kultury wyższej obejmuje większe niż gdzie indziej rzesze społeczeństwa” i że trudno o odpowiednik tego zjawiska w innych krajach”. Od siebie dodam, że także bardzo wybitnie trudno w Polsce, w Polsce, gdzie moda czy choćby tylko snobizm na intelektualizm pojawiła się na krótko jedynie w pewnym okresie PRL.
Książka Ostrowskiego skierowana jest raczej nie do czytelnika specjalizującego się w problematyce francuskiej, lecz stanowi formę przybliżenia jej czytelnikowi dopiero nią zainteresowanemu, ale to jej walor, tym bardziej, że opowiada o Francji nie za pomocą banalnych do bólu stereotypów turystycznych (wieża Eiffla, Luwr, kulinaria), ale podejmuje zagadnienia istotne. Ciekawie przy tym zwraca uwagę Ostrowski na kwestię imigracyjną w aspekcie doświadczeń historycznych Francji.
Otóż imigracji afrykańsko-azjatyckiej do Francji, przy wszystkich jej poważnych i niebezpiecznych konsekwencjach nie sposób traktować w tym kraju bez kontekstu historycznego. Zarówno bowiem w I jak i II wojnie światowej ogromną daninę krwi złożyli francuscy żołnierze pochodzenia afrykańskiego głównie, z kolonii, czarnoskórzy i śniadzi, i to w Afryce, w Kongo, w Brazzaville, a nie w Londynie czy Waszyngtonie generał de Gaulle założył najważniejszy sztab swojej walki.
W jednym nie w pełni zgadzam się z Ostrowskim: gdy mocno bagatelizuje skalę niebezpieczeństwa muzułmańskiego we Francji, uważając, że alarmistyczne ostrzeżenia są przesadne, na wyrost. Co do mnie nie byłbym tak spokojny. Przy przyroście naturalnym społeczności muzułmańskiej we Francji i szybkiej dynamice przemian społecznych, ciągle relatywnie niewielki jej procent demograficzny w stosunku do rdzennej ludności francuskiej może szybciej niż nam się zdaje doprowadzić do tego, o czym w formie dystopii opowiada Houellebecq w swojej głośnej powieści „Uległość”.
Ostrowski jest w tym kandydowskim optymizmie i dozie nonszalancji nader francuski, ale ja nie potrafię się wyzbyć obaw, że może nadejść czas, przy spełnieniu pewnych warunków, gdy dotychczasowa mniejszość muzułmańska stanie się polityczną większością i narzuci swoje reakcyjne, antyludzkie i antykobiece prawa ojczyźnie wolności, równości i braterstwa, ojczyźnie lewicy. Nie lekceważyłbym tej groźby.
Oby Francuzi nie obudzili się z „francuskiego snu” w rzeczywistości, o której dziś nie chcą myśleć, od której odwracają wzrok i której nie chcą się nawet obawiać. Już dziś nie są do końca gospodarzami we własnym kraju. Wystarczy wybrać się choćby do wschodnich dzielnic Paryża, by się o tym przekonać.

Marek Ostrowski – „Francuski sen”, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2019, str. 232, ISBN 978-83-8002-7978.

Podejrzany EM

Paryska prokuratura przekazała specjalnej prokuraturze finansowej (PNF) śledztwo w sprawie sprzedaży przez Emmanuela Macrona, jako jeszcze ministra gospodarki, całej energetycznej części francuskiego giganta Alstom Amerykanom z General Electric. Według zarzutów, podejrzana sprzedaż za 12 miliardów łączyła się bezpośrednio z nielegalnym finansowaniem kampanii prezydenckiej obecnego szefa państwa.

W tej sytuacji wszyscy skupili uwagę na stanowisku szefa PNF, które jest akurat puste: wybór tego urzędnika zależy od Macrona. Do prokuratury zaniósł to Olivier Marleix (Republikanie, prawica), który stał wcześniej na czele parlamentarnej komisji do wyświetlenia dziwnych okoliczności sprzedaży Alstomu, przedsiębiorstwa, które uważa się za strategiczne. Komisja pochyliła się nad innymi wyprzedażami ważnych przedsiębiorstw Amerykanom, przy których Macron maczał palce.
Kontrakt był wyjątkowy: honoraria pochłonęły 10 proc. umowy, podczas gdy zwyczajowo to 1-2 proc. Te wielkie pieniądze popłynęły do grup lobbingowych, pijarowych, banków inwestycyjnych. Pozwoliły też zmontować odpowiednią operację medialną na rzecz Macrona, wcześniej bankiera, i udawać legalne finansowanie jego kampanii. Szef PNF może temu ukręcić szyję, jeśli zechce. Problemem jest wydana w tym roku książka byłego wysokiego dyrektora w Alstomie Frédérica Pierucciego Amerykańska pułapka, która ujawnia mechanizmy wojny gospodarczej prowadzonej przez Stany Zjednoczone przeciw reszcie świata i traktowanie przez nie sojuszników.
Pierucci przesiedział ponad dwa lata w amerykańskim więzieniu specjalnym. Był jednym z zakładników francuskich w USA, gdy te chciały wspomóc pomyślny dla nich przebieg transakcji General Electric. Zrobili to, choć Macron im sprzyjał. Pierucci wyszedł na wolność w kilka dni po przesądzeniu sprzedaży na rzecz Amerykanów, a nie Siemensa, który też chciał kupić energetyczną część Alstomu. Sens sprzedaży jest mocno wątpliwy dla Marleixa: oddaje Amerykanom decyzję wyłączenia central atomowych Francji, gdyż Alstom obsługuje tam część niezbędnych urządzeń. To nie pierwszy cień, który pada na kadencję Macrona.

Francja przed referendum

Czy neoliberalizm da się pokonać drogą głosowania? Francuzi na różne sposoby kontestują „reformy” prezydenta Emmanuela Macrona, ale tego jeszcze nie było. Nigdy nie stosowane Referendum z inicjatywy dzielonej (RIP) ma być sposobem na odrzucenie polityki wielkich prywatyzacji, kojarzonej z wyprzedażą ostatniej domowej biżuterii. Trzeba zebrać prawie pięć milionów podpisów, kampania właśnie ruszyła.

We wtorek 18 czerwca Benjamin Sonntag, dziennikarz, współzałożyciel portalu informatycznego Quadrature du net, włamał się do serwera ministerstwa spraw wewnętrznych i policzył podpisy: było ich ponad 125 tysięcy. Gdyby ludzie podpisywaliby się w tym tempie, wymagany próg ponad 4,7 miliona byłby osiągnięty w 40 dni. Głosować można jednak przez dziewięć miesięcy. Nie wszyscy reagują w tym samym tempie i sprawa nie jest jeszcze wygrana.
Ta informacja podniosła jednak morale niezwykłej, ponadpartyjnej koalicji politycznej, dzięki której mogło to ruszyć. Mieszczą się w niej ugrupowania ideowo sprzeczne, jak lewicowa Nieuległa Francja i prawicowi Republikanie lub Zieloni i Zjednoczenie Narodowe z komunistami. Cała opozycja wystąpiła przeciw partii prezydenckiej.
Wśród całej fali prywatyzacji odznaczają się paryskie lotniska (ADP), które miałyby pójść w prywatne ręce za ok. 9,5 miliardów euro. Jest to kura znosząca złote jaja francuskiemu budżetowi, podobnie zresztą jak inne przedsiębiorstwa przewidziane do sprzedaży: lotto czy tamy rzeczne. Ale to właśnie ADP wywołały bunt polityczny i pomysł narodowego referendum przeciw Macronowi. Prawnie to referendum przypomina zombie.
Głosowanie z przeszkodami
Nie należy mylić RIP z RIC – referendum z inicjatywy obywatelskiej, o które przez ostatnie pół roku ubiegają się „żółte kamizelki”. Władza odrzuciła RIC, gdyż istnieje RIP – referendum z inicjatywy dzielonej. To konstytucyjny wynalazek z czasów prezydentury Nicolasa Sarkozy’ego, tak pomyślany, by nigdy nie wszedł w życie. „Dzielonej”, bo zainicjować procedurę mogą tylko politycy-deputowani, nie zwykli obywatele. Jest w niej tyle przeszkód, że konieczność zebrania podpisów 10 proc. elektoratu, czyli tych milionów, nie wydaje się jeszcze taka trudna. Dzięki niezwykłemu połączeniu się opozycji, 248 posłów wniosło projekt ustawy, który ma ochronić ADP przed prywatyzacją, jako przedsiębiorstwo należące do „służby publicznej”.
Potem wszystkim zajmuje się Rada Konstytucyjna, śledzi procedurę i to ona orzeknie, czy zebrało się prawie pięć milionów poparcia dla tej ustawy. Głosowanie, bo jest to właściwie głosowanie, odbywa się przez internet. Serwery ministerstwa policji z początku się zakrztusiły, ale już wszystko podobno działa, oprócz ochrony danych. Kiedy Rada orzeknie, że poparcie zostało zebrane, parlament i senat będą miały pół roku na przegłosowanie proponowanego prawa, jego przyjęcie lub odrzucenie. Jeśli nie zdążą, dopiero prezydent ogłasza referendum. Wszystko to może zająć nawet dwa lata.
„Mój króliczku”
W konflikcie o ADP widać ludowy sprzeciw wobec bezduszności neoliberalizmu, taki, jaki ucieleśnia Macron. Nawet w ojczyźnie dzikiego neolibu – Stanach Zjednoczonych – zarządzanie portami lotniczymi pozostaje w gestii publicznej. Są zbyt strategiczne. Chodzi też o poczucie wspólnoty narodowej – tworzy je m. in. wspólne posiadanie czegoś. Tymczasem macronowska prywatyzacja wielkich lotnisk jak Orly i Roissy oraz innych w regionie stołecznym, niezbyt dobrze pachnie. Konflikty interesów, niejasne układy, wielkie pieniądze…
Taki Bernard Mourad, bankier, doradca Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, człowiek, który organizował wpłaty miliarderów na wybór Emmanuela. Macron mówił do niego „Mój króliczku”, on odpowiadał „Moja kurko”, jak donosiła wścibska prasa. To jeden z najbliższych mu ludzi. I tenże Mourad wyłania się po raz drugi, ale już jako szef francuskiego oddziału Bank of America, który zaangażowano do obsługi prywatyzacji ADP. Są bez wątpienia tacy, którzy dobrze zarobią na tej transakcji, ale raczej nie Francuzi jako wspólnota. Macron prywatyzował już pomniejsze lotniska jako minister gospodarki u „socjalisty” prezydenta Hollande’a. W czasie kampanii prezydenckiej nie mówił o prywatyzacjach, by nie zrażać publiczności. Poza kampanią to był jego neoliberalny konik, od samego początku.
Pospolite ruszenie
„Co to za demokracja, kiedy przez pięć lat po głosowaniu rządzi się i decyduje za ludzi? Mają się nie wtrącać. Dla nas demokracja to działanie na rzecz wspólnego losu. Skoro pierwsze w naszej historii RIP na to pozwala, zajmijmy się lotniskami. Potem szkołami, lasami, pociągami, żłobkami i sądami. Więc kiedy prywatyzują ADP – odpowiadamy: referendum! Gdy niszczą pogotowie ratunkowe, odpowiadamy: referendum! Zachcą zamykać szkoły – chcemy referendum! Wszędzie, na zeszytach uczniów, na murach naszych miast, na stronach internetowych piszemy słowo referendum!” – poseł Nieuległej Francji François Ruffin nadał w parlamencie ton opozycyjnej koalicji. Nie chodzi nawet o lotniska, lecz coś szerszego, demokrację.
Dla wielu ekonomistów sprzedaż tak dochodowej spółki jak ADP jest absurdem gospodarczym. I taka argumentacja będzie pewnie przeważać podczas kampanii. Rządowi trudno wytłumaczyć, dlaczego to robi. Chodzi o posunięcie czysto ideologiczne („prywatne lepsze”), czy jest w tym jakiś ekonomiczny zamysł? Na razie wyjaśnia, że włoży uzyskane ze sprzedaży pieniądze do banku, nie będzie tego ruszał, a z procentów sfinansuje to i tamto. Perspektywa, że lotniska pójdą do banku wkurzyła jednak nawet tradycyjną prawicę. Kampania zachęcania ludzi do poparcia referendum będzie raczej głośna. Neoliberalna polityka Macrona ma coraz więcej wrogów.
Wspólne dobro
Za rozkrzyczanym tłumem Francuzów przeciwnych prywatyzacji czekają spokojnie przedstawiciele wielkich grup finansowych, które stać na kupno ADP. Są m. in. Amerykanie, Australijczycy, Arabia Saudyjska i rodzimy, prywatny koncern Vinci, który kupił już publiczne autostrady (ceny od razu poszły w górę). Podobno największe szanse ma fundusz Global Infrastructure Partners (GIP) z USA, ale Vinci czai się najbardziej, bo ma już osiem proc. ADP. Ma nie być żadnego faworytyzmu, jednak konkurenci do kury i jej złotych jaj z pewnością zdwoją czujność.
Dla francuskiej lewicy walka o referendum ma się przyczynić do zatrzymania logiki prywatyzacji Emmanuela Macrona. Jego cel to skończenie z przedsiębiorstwami publicznymi, z sektorami o ważnym znaczeniu gospodarczym, finansowym, społecznym, czy środowiskowym, które składają się na dobro publiczne. Prywatyzacyjny totalitaryzm Macrona przyniesie zyski jego przyjaciołom z finansowego szczytu, ale reszta zostanie na łasce banku. Lewica miała tu łatwy wybór: „wszystkie ręce na pokład”, trzeba z tym walczyć.
Każde dziecko
Po pierwszych dniach różnych awarii, platforma internetowa ministerstwa spraw wewnętrznych, która służy do wyrażania poparcia dla referendum, została ośmieszona przez Benjamina Sonntaga. Zza swojej klawiatury wszedł do środka i dosłownie rozglądał się na boki. Mógł mieć dane wszystkich głosujących, podał jedynie ich liczbę. Skromnie przyznał prasie, że „każdy dzieciak” mógłby się włamać do tych danych i z pogardą wypowiadał się w kwestiach technicznych: „Co do ergonomii i kodu tej platformy, to była zbyt stara już w 1999 r. Można uwierzyć, że rząd zrobił wszystko, by ludzie nie podpisywali, ale to się może obrócić przeciw niemu.”
Działanie Sonntaga to próba przełamania francuskiej ceremonialności: wymyślono, że liczbę poparć dla referendum będzie podawać Rada Konstytucyjna raz w miesiącu, kiedy ta liczba może być afiszowana w internecie na bieżąco. Włamał się na stronę policji w kilka dni po bardzo poważnym zapewnieniu ministra spraw wewnętrznych Castanera, że ma ona znakomite zabezpieczenia, które „uchronią przed wszelkim wyciekiem danych”. Okazało się to bajką dla dzieci. Tak czy inaczej, kampania zapowiada się jednak na ostrą, dorosłą, w żywotnych sprawach wspólnoty i demokracji.

Macron chce dialogu

Prezydent Francji wezwał do dialogu z Iranem, apelując równocześnie do Teheranu, aby nie zrywał porozumienia nuklearnego.

„Ubolewam nad decyzjami ogłoszonymi dzisiaj przez Iran, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej podkreśla, że Iran respektuje zobowiązania i zdecydowanie zachęcamy do cierpliwej i odpowiedzialnej postawy” – powiedział Macron podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.
Irańska Organizacja Energii Atomowej (AEOI) czeka, aż władze tego kraju zdecydują o kolejnym etapie redukcji zobowiązań Teheranu w ramach umowy jądrowej, powiedział przedstawiciel AEOI Bekhruz Kamalvandi. „Jeśli chodzi o drugi etap, czekamy na decyzję władz, Europa wciąż ma czas, wystarczająco dużo możliwości” – powiedział Kamalvandi w irańskiej telewizji. Jeśli Europa podejmie praktyczne kroki w celu ochrony interesów Iranu, sytuacja związana z wypełnieniem przez Iran zobowiązań wynikających z umowy nuklearnej powróci do normy – dodał. Wcześniej zapowiedział jednak, że w ciągu 10 dni Iran przekroczy limity zapasów nisko wzbogaconego uranu i ciężkiej wody ustalone w traktacie z 2015 r. zawartym z grupą P5+1 ((USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja i Niemcy). Ogłaszając 8 maja częściowe zawieszenie respektowania traktatu Iran dał jego pozostałym sygnatariuszom 60 dni na wypracowanie rozwiązania pozwalającego ominąć nałożone przez Waszyngton sankcje. Jeśli państwa członkowskie porozumienia nuklearnego nie zabezpieczą interesów Iranu w określonym czasie, Teheran zadeklarował gotowość do zawieszenia modernizacji reaktora w Araku, co było częścią porozumienia nuklearnego i odrzucenia ograniczeń na poziomie wzbogacania uranu.
O woli obrony porozumienia nuklearnego z Iranem i gotowości do zacieśnienia koordynacji współpracy z Iranem w ramach wielostronnych organizacji – zapewnił na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy prezydent Chin Xi Jinping.

Akt XII

„Akt 12” cotygodniowych, sobotnich manifestacji „żółtych kamizelek” poświęcono ofiarom policji – rannym i zabitym w czasie manifestacji antyrządowych. Tysiące lekko, setki ciężko rannych, dziesiątki na zawsze okaleczonych z powodu strzelania przez policję kauczukowymi kulami: ten bilans podnoszony przez uczestników dzisiejszego Wielkiego Marszu Rannych nie powstrzymał policji przed kolejnymi atakami na manifestantów. Są kolejni aresztowani i ranni.

Rada Stanu (odpowiednik polskiego Naczelnego Sądu Administracyjnego) odrzuciła pozwy o zakaz używania przez policję strzelb LBD, które powodują śmierć i ciężkie rany manifestantów, jak też granatów hukowo-rozpryskowych i innych, eksplodujących niebezpiecznymi środkami chemicznymi. Około południa w sobotę w Paryżu ruszyła manifestacja, na której czele znaleźli się ranni na wózkach, o kulach, osoby, które straciły oko. Protestujące tłumy spotkały się na Placu Republiki, na którym po oficjalnym zakończeniu demonstracji uczestnicy zostali zaatakowani przez policję. Starcia trwały kilka godzin.

W innych miastach siły bezpieczeństwa używały granatów z gazem łzawiącym i działek wodnych przeciw demonstrantom jeszcze w trakcie marszów. Do starć doszło m.in. w Starsburgu, Tuluzie, Bordeaux, Marsyli, Lyonie, Caen, Morlaix i Valence. Z kolei tam, gdzie manifestantów nie atakowano, nie doszło do żadnych incydentów. Poza kwestią policyjnej przemocy główne postulaty „żółtych kamizelek” nie zmieniły się: podniesienie poziomu życia najmniej zarabiających, demokratyzacja kraju poprzez wprowadzenie referendów RIC i dymisja neoliberalnego prezydenta Macrona.

Manifestantów szczególnie oburza celowanie przez policjantów w głowy. 4-centymetrowe plastikowo-kauczukowe kule nie tylko trwale oślepiają, ale też powodują złamania kości czaszki, co w efekcie kończy się komplikacjami neurologicznymi. Ten rodzaj brutalnych represji – potępionych w tym tygodniu przez Radę Europy – ma na celu zniechęcenie „żółtych kamizelek” do protestów, lecz pozostaje nieskuteczny – ludzie nie dali się zastraszyć, mobilizacja protestujących nie słabnie. Jak poprzednio, kolejne osoby z ranami głowy odwieziono do szpitali. „Żółte kamizelki” planują teraz strajk generalny, do którego miałoby dojść, jeśli dołączą doń związki zawodowe. Według ostatnich sondaży, między 69 a 76 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

W ubiegłym tygodniu władze przeforsowały przyjęcie ustawę dającą specjalne uprawnienia administracji. Przedstawiciele rządu (prefekci) będą mogli decydować – na podstawie własnej decyzji administracyjnej – kto może brać udział w manifestacjach. Ustawa skierowana jest wyraźnie przeciw „żółtym kamizelkom”, przewiduje pozbawienie prawa do uczestnictwa w manifestacjach osób, które władza będzie podejrzewać o „szczególne zagrożenie dla porządku publicznego”. Opozycja nazywa to „wypaczeniem autorytarnym”.

Francuski minister spraw wewnętrznych w rządzie prezydenta Macrona Christophe Castaner przepchnął przez parlament – dzięki głosom większościowej partii prezydenckiej (LREM) – ustawę, który budzi bardzo żywe protesty na lewicy, wśród części prawicy i nawet wśród niektórych deputowanych LREM. Ustawa jest wzorowana na możliwości wprowadzenia takich zakazów na stadionach piłkarskich, z tym, że tu ustawa dotyka bezpośrednio wolności podstawowych.

Przed przewidzianymi manifestacjami osoby „podejrzane” (choćby nigdy nie zostały skazane) będą musiały zgłaszać się na komisariaty. Gdyby jednak zechciały manifestować, grozi im więzienie i słone mandaty (nawet do 15 tys. euro). Wszystkie będą wpisane na listę osób poszukiwanych tak, by policjanci mogli od razu, dzięki połączeniom elektronicznym, wiedzieć z kim mają do czynienia.
Jeszcze na sali obrad centrowy deputowany Charles de Courson nazwał ustawę „czystym, antydemokratycznym szaleństwem”: „To jakaś kompletna dewiacja! Wróciliśmy do czasów Vichy! Obudźcie się koledzy! Za czasów Vichy, jeśli bylibyście „podejrzani” przez urzędnika o należenie do ruchu oporu poszlibyście siedzieć. (…) Zobaczycie, kiedy będzie jeszcze inny rząd – skrajnej prawicy, a wy będziecie w opozycji!”.

Jeśli miał na myśli Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) Marine Le Pen, to podobnie jak Partia Socjalistyczna, komuniści i lewicowa Nieuległa Francja jest ono całkowicie przeciwne nowej ustawie. „To LREM jest skrajną prawicą” – mówili deputowani o „okolicznościowym prawie” skierowanym przeciw „żółtym kamizelkom”, manifestującym mimo krwawych represji reżimu Macrona. Prezydent obawia się szczególnie postulatu demokratyzacji kraju, referendów RIC. Nowa ustawa po przejściu przez Senat ma zostać definitywnie przyjęta 5 lutego.

Na ten sam dzień zaplanowane jest również przejście rewolty „żółtych kamizelek” do następnego etapu. Teraz nie będą to jedynie manifestacje uliczne i blokady, ale również strajk generalny.

Jako pierwsza wezwała do strajku branżowa gałąź energetyki i górnictwa centrali CGT (Confédération Générale du Travail). Stanowiło to przełom, gdyż do tego momentu francuski ruch związkowy raczej dystansował się od „żółtych kamizelek”. Teraz się to zmienia. Do akcji strajkowej nawołują także radykalni przywódcy protestów – Eric Drouet i Maxime Nicolle. „Trzeba, aby wszyscy, którzy popierają nasze działania, przyłączyli się do strajku, gdyż jedyną rzeczą, jaka zmusi rząd do ustępstw bez przemocy jest działanie na struktury gospodarcze” – powiedziała Nicolle.