Nie poradzimy sobie bez Unii

Wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do praworządności w Polsce.

Polska nie może blokować przyjęcia nowego budżetu Unii Europejskiej – apeluje Rada Przedsiębiorczości do liderów Zjednoczonej Prawicy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.
Podkreśla, że członkostwo w Unii Europejskiej jest polską racją stanu: zapewnia Polsce miejsce w wyjątkowej, bo zbudowanej na podstawowych prawach i wartościach, wspólnocie demokratycznych państw Europy; przez zdecydowaną większość społeczeństwa uznawane jest za jedno z największych osiągnięć po 1990 roku; daje Polsce, razem z innymi członkami Unii, silną pozycję w podzielonym świecie, bo tylko razem możemy stanowić przeciwwagę dla globalnych niebezpieczeństw i wyzwań; pozwala budować silny jednolity rynek, gwarantuje swobodny przepływ usług, towarów, kapitału i ludzi; daje gwarancje wsparcia i pomocy w sytuacjach kryzysowych.
A poza tym wszystkim, unijne fundusze zapewniają Polsce wyjątkowe wsparcie. Od dnia akcesji do UE Polska otrzymała prawie 190 mld euro, a nasza składka do unijnego budżetu wyniosła nieco ponad 60 mld euro. Bilans jest więc oczywisty: 130 mld euro zainwestowane w gospodarkę, infrastrukturę, w nowe miejsca pracy, w transfer nowoczesnych technologii i metod zarządzania.
Dzięki pracy i przedsiębiorczości Polaków, dzięki tym funduszom osiągnęliśmy szybszy wzrost gospodarczy i społeczny. Mamy większy udział w eksporcie i imporcie towarów i usług, a jako Polacy czujemy się Europejczykami.
Przynależność do UE to jednak coś zdecydowanie ważniejszego niż tylko dodatkowe pieniądze dla na polskiej gospodarki. To także budowany przez wiele lat wizerunek w oczach europejskich i światowych inwestorów. Polska zyskała miano kraju stabilnego, praworządnego, gwarantującego bezpieczeństwo inwestowania i prowadzenia działalności gospodarczej.
Jak wskazuje Rada Przedsiębiorczości, obecne wystąpienia polskiego rządu przeciwko proponowanej zasadzie powiązania wypłaty funduszy unijnych z przestrzeganiem prawa, jednoznacznie podważają zaufanie inwestorów do przestrzegania tych zasad w Polsce. Ma to bezpośredni wpływ na poziom inwestycji w naszym kraju i perspektywy rozwoju gospodarczego i społecznego.
Znajdujemy się w krytycznym momencie pandemii, a co za tym idzie groźby kryzysu. Uzgodnione na lipcowym szczycie UE stworzenie funduszu odbudowy i niemalże podwojenie budżetu Unii na najbliższe lata, jest planem wspólnego ratowania sytuacji gospodarczej i społecznej.
Zablokowanie na forum Unii możliwości utworzenia funduszu odbudowy, pozbawi Polskę dostępu do ponad 60 mld euro pomocy. Pozostawi także nasz kraj osamotniony i skłócony z naszymi dotychczasowymi sojusznikami w Europie. Bez tej pomocy nie będziemy w stanie skutecznie ratować gospodarki, miejsc pracy, dochodów rodzin, standardów społecznych, budować odporności wobec kolejnych kryzysów.
Rada Przedsiębiorczości apeluje więc o skuteczną współpracę z unijnymi instytucjami i liderami, o rozsądek i odpowiedzialność dla dobra Polaków i polskiej gospodarki.
Eksponowanie w trwających negocjacjach spraw ideologicznych i stawianie przez rząd warunków jest nie do przyjęcia dla demokratycznej Europy. Taka postawa pozbawia Polskę pomocy, bez której polscy przedsiębiorcy nie będą w stanie uratować swoich firm, a dotychczasowe łańcuchy sprzedaży i dostaw zostaną zniszczone.
Unia Europejska bez Polski sobie poradzi, Polska bez Unii – nie!

Biedni Polacy patrzą na zamożnych

Z powodu pandemii koronawirusa mieszkańcy Europy mają w bieżącym roku średnio o 773 euro mniej, niż w 2019 r.

Średnia siła nabywcza Europejczyków wyniosła w 2020 roku 13 894 EUR na mieszkańca. Jednak wśród 42 badanych krajów są znaczne różnice, zwłaszcza pod względem kwoty przeznaczanej na żywność, mieszkanie, usługi, energię, prywatne emerytury, ubezpieczenia, wakacje, mobilność i zakupy konsumenckie.
Najwyższe rozporządzalne dochody netto mają Liechtenstein, Szwajcaria i Luksemburg, a najniższe – Kosowo, Mołdawia i Ukraina. Mieszkańcy Liechtensteinu mają ponad 37 razy większą siłę nabywczą niż Ukraińcy. Takie wyniki przynosi badanie „GfK Purchasing Power Europe 2020”. W badaniu uwzględniono również wpływ COVID-19 na kraje europejskie.
Europejczycy w sumie mają do dyspozycji prawie 9,5 bln euro w 2020 r. Siła nabywcza na mieszkańca nominalnie spadła o prawie 5,3 proc. w porównaniu do zeszłego roku, co można przypisać głównie rozprzestrzenianiu się COVID-19 i wynikającym z tego skutkom ekonomicznym.
Liechtenstein zajmuje pierwsze miejsce z siłą nabywczą 64 240 euro na mieszkańca. To ponad 4,6 razy więcej od średniej europejskiej. W pierwszej trójce, podobnie jak w zeszłym roku, znalazły się Szwajcaria i Luksemburg. Szwajcarzy mają do dyspozycji 41 998 euro na mieszkańca – ponad trzykrotność średniej europejskiej, podczas gdy Luksemburczycy 34 119
euro. To ponad 2,5 razy więcej niż średnia europejska.
Wszystkie pozostałe kraje w pierwszej dziesiątce mają średnią siłę nabywczą na jednego mieszkańca co najmniej o 50 procent wyższą niż średnia europejska.
Irlandia znalazła się w tym roku w pierwszej dziesiątce z siłą nabywczą na mieszkańca wynoszącą 21 030 euro, co plasuje ją na dziewiątym miejscu (wyparła Finlandię z pierwszej dziesiątki).
Szesnaście krajów uwzględnionych w badaniu ma ponadprzeciętną siłę nabywczą na mieszkańca, a dwadzieścia sześć – znajduje się poniżej średniej europejskiej. Ukraina zajmuje ostatnie miejsce z siłą nabywczą 1 703 euro na mieszkańca.
Markus Frank, ekspert GfK, wskazuje: „Badanie stanowi punkt odniesienia na rynku do obliczania potencjału konsumenckiego i pokazuje regionalny rozkład dochodów między poszczególnymi krajami, a także między różnymi regionami danego kraju. W środku pandemii koronawirusa ważne jest, aby firmy wiedziały, gdzie siła nabywcza i potencjał są najwyższe, co pozwoli jak najlepiej wykorzystać ich zasoby. Siła nabywcza pomaga firmom w podejmowaniu decyzji biznesowych związanych z zarządzaniem sprzedażą i marketingiem oraz planowaniem lokalizacji”.
GfK obliczył również, w jakim stopniu kraje europejskie ucierpiały w wyniku skutków COVID-19 (pokazuje to tzw. Corona Impact Index). Liechtenstein i Szwajcaria to także dwa kraje, które najmniej straciły w pandemicznym kryzysie. Wpływ koronawirusa w Liechtensteinie jest o około 85 procent poniżej średniej europejskiej, a w Szwajcarii o około 74 proc.
Islandia i Norwegia, które zajmują czwarte i piąte miejsce w rankingu siły nabywczej, wypadają gorzej – tam wpływ koronawirusa jest odpowiednio o 58 i 63 proc. powyżej średniej europejskiej. Oba te kraje szczególnie mocno ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa, a jedną z przyczyn była dewaluacja ich walut narodowych w stosunku do euro. Ostatnie miejsce wśród 42 krajów w rankingu zajmuje Turcja, w której wpływ pandemii jest ponad 2,8 razy większy od średniej europejskiej.
„Kryzys koronawirusowy wywarł znaczący wpływ na dochód netto gospodarstwa domowego. Corona Impact Index dostarcza przydatnych danych, które ilustrują lukę między potencjalnie możliwą do osiągnięcia ścieżką wzrostu dochodów do dyspozycji przed wybuchem COVID-19, a obecnie oczekiwanymi krajowymi zakupami według prognozy siły nabywczej na 2020 r. Dane te pozwalają zidentyfikować regiony, które najbardziej i najmniej ucierpiały w wyniku kryzysu” – dodaje Markus Frank.
Jeśli chodzi o Polskę, to GfK zwraca uwagę na ostry kontrast między bogatymi i biednymi.
Średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce w 2020 r. wynosi 7143 euro, czyli niespełna 49 proc. średniej europejskiej. To stawia Polskę na dwudziestym ósmym miejscu w europejskich rankingach. Jesteśmy więc średnio ponad dwa razy mniej zamożni od przeciętnych Europejczyków.
Tylko 17 powiatów ma siłę nabywczą na mieszkańca wyższą o co najmniej 20 proc. od średniej krajowej. Z kolei 106 powiatów znajduje się co najmniej o 20 procent poniżej średniej krajowej.
Warszawy z siłą nabywczą 12 120 euro na mieszkańca zajmuje oczywiście pierwsze miejsce. Mieszkańcy stolicy mają prawie o 70 proc. więcej pieniędzy na zakupy konsumpcyjne i oszczędności niż wynosi polska średnia.
Na drugim końcu rankingu znajduje się powiat Szydłowiecki, gdzie siła nabywcza na mieszkańca wynosi zaledwie 4721 euro. To niespełna 66 proc. polskiej średniej i 34 proc. europejskiej. Mieszkańcy Warszawy mają do dyspozycji prawie 2,6 razy więcej pieniędzy niż mieszkańcy najmniej zamożnego powiatu Szydłowieckiego.
Nasi sąsiedzi Czesi są jak zawsze od nas sporo zamożniejsi. Rzekome doganianie przez Polskę bogatszej części Europy, czym chwaliło się Prawo i Sprawiedliwość, jest po prostu lipą. W republice Czeskiej siła nabywcza na mieszkańca na mieszkańca wynosi 9 179 euro, czyli niespełna 34 proc. poniżej średniej europejskiej. Czechy zajmują zajmuje dwudzieste piąte miejsce wśród 42 krajów objętych badaniem.
W Czechach są mniejsze niż w Polsce różnice między zamożnymi i ubogimi. Praga jest na szczycie rankingu siły nabywczej, a jej mieszkańcy mają do dyspozycji 11 961 euro na osobę – czyli nieco mniej niż w Warszawie. Praga jest jednak tylko nieco o ponad 30 proc. zamożniejsza od czeskiej średniej krajowej. Siła nabywcza mieszkańców Pragi jest natomiast o niecałe 14 proc. mniejsza od średniej europejskiej. Ponadprzeciętną siłę nabywczą ma jeszcze drugie co do wielkości miasto republiki Czeskiej, czyli Brno.
Bratankowie Węgrzy dysponują średnią siłą nabywczą na mieszkańca wynoszącą 6871 euro, czyli nieco mniej niż połowa średniej europejskiej. Węgry zajmują trzydzieste miejsce, dwie pozycje za Polską. Najwyższa siła nabywcza najwyższa jest jak zwykle wokół stolicy i w kierunku granicy austriackiej.
Budapeszt oczywiście prowadzi w rankingach ze znaczną przewagą. Z 8627 euro na mieszkańca mieszkańcy Budapesztu mają o 26 proc. większą siłę nabywczą niż średnia krajowa, ale wciąż prawie 38 proc. mniejszą niż średnia europejska. Pięć z 20 powiatów Węgier ma ponadprzeciętną siłę nabywczą. Wszystkie te powiaty znajdują się w stolicy Budapesztu i wokół niej oraz w kierunku granicy austriackiej. Z kolei trzy czwarte hrabstw Węgier ma siłę nabywczą poniżej średniej.
Ostatnie miejsce zajmuje region (komitat) Szabolcs-Szatmár-Bereg, najdalej wysunięty na wschód, graniczący z Ukrainą i Rumunią. Tam siła nabywcza na jednego mieszkańca wynosi 5 392 euro, co stanowi mniej niż 79 procent średniej krajowej i około 39 procent średniej europejskiej. Jest to jednak sporo więcej niż w naszym powiecie Szydłowieckim.
Rumunia zajmuje trzydzieste pierwsze miejsce w rankingu europejskim, tuż za Węgrami. Ze średnią siłą nabywczą na mieszkańca wynoszącą 5611 euro, znajduje się ona o około 60 proc. poniżej średniej europejskiej.
Podobnie jak w Polsce, w Rumunii panuje bardzo dużą przepaść między bogatymi a biednymi. Stołeczny Bukareszt prowadzi ze znaczną przewagą. Mieszkańcy stolicy mają do dyspozycji 10 173 euro na osobę na wydatki i oszczędności, czyli o ponad 81 proc. powyżej średniej krajowej. Ich siła nabywcza jest ponad trzykrotnie większa niż u mieszkańców najmniej zamożnego okręgu Vaslui. Tam dochód netto do dyspozycji wynosi zaledwie 3374 euro, co stanowi około 60 procent średniej krajowej i nieco ponad 24,3 procent średniej europejskiej.
Bardzo dobitnym przykładem zamożnej północy i biedniejszego południa są Włochy, gdzie średnia siła nabywcza na mieszkańca wynosi 16 439 euro, około 18 proc. powyżej średniej europejskiej, co stawia ten kraj na szesnastym miejscu wśród 42 uwzględnionych w badaniu GfK.
Wszystkie najbogatsze prowincje z pierwszej dziesiątki znajdują się na północy Włoch. Na szczycie rankingu pozostaje Mediolan z siłą nabywczą na mieszkańca wynoszącą 23 507 euro, czyli o 43 procent powyżej średniej krajowej i ponad 69 procent powyżej średniej europejskiej.
Natomiast dziesięć najmniej zamożnych prowincji znajduje się w południowych Włoszech. Ostatnie jest Crotone, położone na dalekim południu kraju. Mieszkańcy tej prowincji mają siłę nabywczą na mieszkańca wynoszącą 9 119 euro, czyli o około 45 procent mniej niż
średnia krajowa i około 34 procent mniej niż średnia europejska.
Krajem z siłą nabywczą najbardziej zbliżoną do średniej jest Hiszpania: 13 613 euro na mieszkańca w 2020 r, co oznacza zaledwie 2 proc. poniżej średniej europejskiej.
W rankingu hiszpańskich prowincji Alava w Kraju Basków zajmuje pierwsze miejsce. Mieszkańcy tej prowincji mają 17 620 euro na osobę, czyli ponad 29 proc. powyżej średniej krajowej.
Najmniej zamożne prowincje Hiszpanii znajdują się w południowo-zachodniej części kraju. Ostatnie miejsce w tym roku zajmuje największa hiszpańska prowincja Badajoz, z siłą nabywczą na mieszkańca wynoszącą 9 975 euro, czyli o około 27 proc. poniżej średniej krajowej. Także i w Hiszpanii południe jest więc biedniejsze od północy.
Siła nabywcza oznacza dochód do dyspozycji po potrąceniu podatków i wpłat na cele charytatywne. Obejmuje wszelkie otrzymane świadczenia państwowe. Obliczenia przeprowadza się na podstawie zgłoszonych dochodów i zarobków, statystyk dotyczących świadczeń rządowych oraz prognoz gospodarczych dostarczonych przez instytuty ekonomiczne (w przypadkach, gdy istnieją różne prognozy, zawsze wybiera się scenariusz średni).

Szansa dla każdego

Euro stwarza szansę szybszego rozwoju dla wszystkim krajów należących do wspólnego obszaru walutowego. Nie każdy z nich sprostał jednak wymaganiom, jakie narzuca ta waluta, więc nie każdemu udało się tę szansę w pełni wykorzystać.

W 1979 roku wprowadzono europejski system walutowy, który ograniczał wahania kursów walutowych między walutami dziewięciu krajów członkowskich (tzw. wąż walutowy). Wprowadzono także wspólną walutę do bezgotówkowych rozliczeń międzynarodowych tzw. ECU, składającą się z koszyka walut dziewięciu krajów EWG. Te działania hamowały presję rynku na umocnienie marki niemieckiej. Traktat z Maastricht z 1991 roku tworzący Unię Gospodarczą i Walutową doprowadził ostatecznie do utworzenia wspólnej europejskiej waluty zastępującej waluty narodowe. Jak wynika z opublikowanych kilka lat temu dokumentów niemieckiego MSZ, uzgodnienia polityczne w tej sprawie między Francją a RFN miały miejsce już pod koniec 1989 roku. Za rezygnację Niemiec z marki i wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej, Francja zgodziła się na zjednoczenie Niemiec. Wspólna waluta zastępująca niemiecką markę, najsilniejszą europejską walutę, miała w ten sposób osłabić przewagę gospodarczą Niemiec.
Traktat z Maastricht wprowadzający unię walutową został podpisany w lutym 1992 roku. Wprowadzenie euro ułatwiło handel między krajami unii walutowej. Niemcy, jako kraj o dużym potencjale eksportowym, niewątpliwie na tym zyskują. Jednak również dlatego, że potrafią utrzymać pod kontrolą koszty płacowe i inflację. Kraje takie jak Włochy czy Grecja, gdzie płace rosły szybciej niż wydajność pracy, osłabiały swoją konkurencyjność. Po przyjęciu euro nie mogły już tego kompensować osłabianiem własnej waluty.
Według danych Komisji Europejskiej, w ciągu pierwszych 10 lat po wprowadzeniu euro w 1999 r. utworzono w strefie euro około 8,7 mln nowych miejsc pracy, w porównaniu z zaledwie 1,5 mln w ciągu 7 poprzednich lat. Większość z nich powstała poza Niemcami.
Wspólna waluta ułatwia działania gospodarcze na wspólnym obszarze, gdyż znosi ryzyko zmiany kursu i koszty wymiany waluty, jednocześnie wymagając większej dyscypliny płacowej w taki sposób, że wzrost płac musi odpowiadać wzrostowi wydajności pracy. We wspólnym obszarze walutowym nadmierny wzrost płac lub wydatków publicznych w jednym państwie pociąga za sobą osłabienie konkurencyjności. Nie nie można go skompensować dewaluacją (osłabieniem) waluty narodowej.
Przynależność do strefy euro nie gwarantuje sama w sobie szybkiego wzrostu gospodarczego. Mamy przykłady krajów należących od początku do strefy euro, w których PKB rośnie bardzo wolno. W okresie kryzysu po 2008 roku jedynym krajem w UE, który nie znalazł się w recesji, była znajdująca się poza strefą euro Polska. W latach 2010-2015 PKB w całej strefie euro zwiększył się zaledwie o 0,7 proc. , a w Polsce o 2,9 proc.

Czy euro podnosi ceny?

W krajach przechodzących na euro zastosowano szereg środków mających zapewniać rzetelne przeliczenia z waluty narodowej.

Wszystkie 19 krajów, które już wprowadziły euro, skutecznie zastosowało instrumenty chroniące konsumentów przed praktyką ukrytych podwyżek.
Wprowadzając nową walutę przelicza się ceny krajowe na euro według ustalonego kursu z dokładnością do sześciu cyfr. Powstaje obawa, że przedsiębiorstwa i handlowcy mogą zawyżać ceny. Konsumenci nie są w stanie przeliczać starych cen na nowe według sześciocyfrowego przelicznika i handlowcy mogliby to wykorzystać. Aby zapobiec takim praktykom w krajach przechodzących na euro zastosowano cały arsenał środków gwarantujących rzetelność przeliczeń.
We wszystkich państwach wprowadzono obowiązek publikowania starej ceny oraz jej przeliczenia na euro według obowiązującego przelicznika. Każdy mógł sobie porównać, czy nowa cena w euro odpowiada cenie wynikającej z oficjalnego przelicznika. Sklepy były zobowiązane podawać takie informacje co najmniej przez pół roku od przejścia na euro. W Słowenii każde gospodarstwo domowe otrzymało kalkulatorek, który przeliczał ceny. Urzędy statystyczne zwiększyły częstotliwość i zakres badania cen przed i po przejściu na euro. Do monitorowania cen zmobilizowały się również ruchy obywatelskie: rozmaite stowarzyszenia konsumenckie, zrzeszenia emerytów, organizacje młodzieżowe.
Doniesienia o zmianach cen były sprawdzane i jeśli się potwierdziły, a nie były uzasadnione, to sprzedawca trafiał na publiczną czarną listę. Na Słowacji przyjęto ustawę, która umożliwiała administracyjną kontrolę cen, choć minister finansów zastrzegał, że będzie to broń ostateczna, której władze wolałyby nie używać. Metody chroniące konsumentów przed ukrytymi podwyżkami cen okazały się w pełni skuteczne, na co wskazuje doświadczenie krajów, które przyjęły euro.
Wśród pierwszych 12 państw, które wprowadziły euro od 1 stycznia 2002 roku, w 10 z nich tempo wzrostu cen spadło, a jedynie w Grecji i Francji było nieco szybsze niż w roku 2001. Okazało się też, że najtrudniej kontrolować ceny w restauracjach i kawiarniach. W sumie według badań Eurostatu wpływ wprowadzenia euro na tempo wzrostu cen wyniósł ok. 0,3 punktu procentowego. Niektóre sklepy w celu przyciągnięcia klientów przekonywały, że nowe ceny są niższe, niż by to wynikało z mechanicznego przeliczenia.
W niektórych krajach sieci sklepowe podpisały publiczne zobowiązania, że będą uczciwie przeliczać ceny. W wielu krajach zaobserwowano zaś rozbieżność między danymi statystycznymi dotyczącymi wzrostu cen a percepcją konsumentów, według których ceny po przejściu na euro znacznie wzrosły. W innych latach takich rozbieżności między statystyką a odczuciami konsumentów nie odnotowano.
Na przykład we Włoszech po pierwszym roku używania euro (2002) Eurostat podał, że przeciętny wzrost cen wszystkich wyrobów konsumpcyjnych wyniósł 2,5 proc., czyli był wolniejszy niż w ostatnim roku funkcjonowania lira (2001), kiedy inflacja wyniosła 2,8 proc. Przeciętny Włoch nie chciał w to wierzyć, bo z jego codziennego doświadczenia wynikało, że ceny wzrosły dużo bardziej. Koronnym dowodem była podwyżka cen filiżanki cappuccino, która przed zmianą waluty kosztowała 1500 lirów (czyli 0,77 euro), a po zmianie 1 euro, czyli o 30 proc. więcej. Czy jest możliwe, żeby i Eurostat i przeciętny Włoch mieli rację? Psychologowie i ekonomiści zwrócili uwagę na pewne zjawisko – otóż Włosi wypijają po dwie lub więcej filiżanek cappuccino dziennie, ale nie prowadzą rachunków wskazujących, że ma to dla ich domowego budżetu marginalne znaczenie. Drobny wydatek o dużej częstotliwości zaważył na percepcji wpływu euro na inflację. Psychologowie nazwali to „efektem cappuccino”.

Droga do euro

Lewica nie może wstydliwie chować głowy w piasek, gdy ktoś zapyta o euro w Polsce.

Dziwi mnie słaba reakcja polityków opozycji na apel wystosowany przez Jarosława Kaczyńskiego w sprawie waluty euro w Polsce. „Chodzi o to, żeby wszystkie formacje (…) zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro, zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic” – mówił prezes PiS. Dodając, że chodzi przede wszystkim o zrównanie się poziomu gospodarczego Polski i Niemiec.
Sprawa jest oczywista. Apel Kaczyńskiego jest pierwszą – tak jasno wyartykułowaną przez prezesa PiS‑u – deklaracją stopniowego wychodzenia Polski z Unii Europejskiej.

Zagrożenie

Jarosław Kaczyński nigdy nie był entuzjastą obecności Polski w Unii Europejskiej. Cofnijmy się do roku 2002. Rząd Leszka Millera był na finiszu negocjacji unijnych. 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze ustalono ostateczne zasady przyjęcia Polski do Wspólnoty. Cztery miesiące później – 16 kwietnia 2003 roku – w Atenach podpisano Traktat akcesyjny.
A Kaczyński? „Wejście Polski do Unii Europejskiej na obecnych warunkach to ryzyko odwrotu od wszystkiego, co było dobre po 1989 roku i zagrożenie dla spraw elementarnych: niepodległości i demokracji” – to jego wypowiedź z okresu, kiedy rząd SLD-PSL dopinał zapisy Traktatu. Po cichu Jarosław Kaczyński liczył, że uda się pozostawić Polskę poza Unią Europejską. Głośno wyartykułował to Roman Giertych – szef Ligi Polskich Rodzin – będącej przeciwnikiem integracji europejskiej. „Mam wrażenie, że Prawo i Sprawiedliwość doszło do wniosku, że w referendum Polacy w większości opowiedzą się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii i PiS nie chce znaleźć się w referendum po przegranej stronie” – mówił Giertych na antenie TVP w grudniu 2002 roku.
Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby negocjacje akcesyjne prowadziła rządząca w latach 2005-2007 koalicja PiS-LPR-Samoobrona? A telewizja publiczna pod wodzą Kurskiego przez 24 godziny na dobę zohydzała wizję zjednoczonej Europy.

Rok 2060

W ustach polityków wiele jest słów „wytrychów”. Dzięki nim można coś powiedzieć – nie mówiąc nic. Donald Tusk próbował jeszcze określać termin przyjęcia przez Polskę waluty euro. Najpierw miał to być rok 2011. Potem 2012. A później 2015. Dopiero Jacek Rostowski, wicepremier i minister finansów w rządzie PO-PSL, wymyślił uniwersalny „wytrych”. „Do strefy euro Polska wejdzie «w odpowiednim czasie»” – obiecał Rostowski. I tak już pozostało. Gdy zapytamy polityków o polskie euro, slogan Rostowskiego będzie powtarzany wielokrotnie.
W swoim apelu prezes PiS‑u pokusił się jednak o wyznaczenie daty. Warsaw Enterprise Institute opublikował niedawno raport zatytułowany „Bilans Otwarcia”. Przewiduje on, że na dogonienie Niemiec Polska będzie potrzebowała 40 do 45 lat. Czyli według Kaczyńskiego, zamiana złotówek na euro będzie możliwa po 2060 roku. To bardzo wygodne założenie. Bo nawet zaliczany do stosunkowo młodych polityków Robert Biedroń będzie miał wtedy blisko 90 lat.

Głos lewicy

Tematu waluty euro nie unikają politycy lewicy. Choć mimo jasnych deklaracji, w ostatnich latach środowiska lewicowe nie zdołały doprowadzić do szerokiej dyskusji o mapie drogowej prowadzącej Polskę do strefy euro.
„W sytuacji, gdy trwa strukturalny i instytucjonalny kryzys UE, gdy coraz wyraźniej rysuje się scenariusz »Europy dwóch prędkości«, gdy górę bierze nowy nacjonalizm miast nowego pragmatyzmu, wzmocnienie jednego z głównych ogniw procesu, jakim jest projekt wspólnej waluty europejskiej, miałoby fundamentalne znaczenie dla integracji” – pisał Grzegorz Kołodko, wicepremier i minister finansów w rządach SLD.
„Polska powinna niezwłocznie zadeklarować swój zamiar jak najszybszego wejścia do strefy euro. Zdaję sobie sprawę, że to jest proces, który musi potrwać. Jednak taka jednoznaczna deklaracja całkowicie zmieniłaby naszą pozycję w Unii Europejskiej” – to fragment wywiadu Marka Belki, premiera i byłego szefa NBP, dla Dziennika Gazeta Prawna z listopada 2017 roku. „Ludzie, którzy na ekonomii się zupełnie nie znają, powinni unikać wypowiedzi na tematy ekonomiczne o pewnym stopniu komplikacji” – tak skwitował apel Kaczyńskiego Marek Belka parę dni temu.
„Ja chcę, żeby Polska miała euro, bo Europa nie może być Europą dwóch prędkości” – powiedział Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, w „Fakt Opinie” tydzień temu.

Polska sercem

Mówienie „Polska sercem Europy” – to wyłącznie slogan wyborczy nacjonalistów z PiS-u. Za rządów PiS‑u staliśmy się dla Europy marginalnym i częstokroć kłopotliwym sąsiadem. A analogii do części ciała nie wypada mi przywoływać. Unikanie przez polityków prawicy kluczowych tematów dotyczących przyszłości Polski w Unii Europejskiej ten stan marginalizacji będzie pogłębiać.
To fakt: strefa euro nie była w ostatnich latach oazą spokoju. Chociażby ze względu na kłopoty Grecji.
Również przyszłość całej Unii Europejskiej nie jest przesądzona. Być może rosnące w wielu krajach nastroje nacjonalistyczne w połączeniu z populistyczną polityką rządów, doprowadzą do zredukowania znaczenia dzisiejszej Unii. Powróci koncepcja Wspólnoty Węgla i Stali – czyli europejskiej strefy wolnego handlu. Plus ewentualnie ułatwienia na przejściach granicznych między państwami. Tylko tyle miałoby pozostać z wizji Stanów Zjednoczonych Europy? To czarny scenariusz dla państw europejskich, które muszą stawić czoła wyzwaniom światowej globalizacji.
Jeśli jednak Wspólnota Europejska pokona dzisiejsze kłopoty – w co wierzę – dalsza integracja będzie koncentrowała się wokół strefy euro. Ten scenariusz już zaczyna się urzeczywistniać. Szczyt UE z grudnia 2018 roku zaaprobował utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Na początek ma być symbolicznej wielkości, rzędu 50 mld euro na 7 lat. I funkcjonować w ramach wieloletnich ram finansowych całej Unii. Jest prawdopodobnym, że ze środków tego budżetu będą też korzystały państwa należące do systemu ERM II (dawnego „węża walutowego”). Kolejne trzy państwa: Bułgaria, Rumunia i Chorwacja liczą, że jeszcze w tym roku zostaną przyjęte do tej „poczekalni euro”. Wówczas bez wpływu na politykę strefy euro pozostanie jedynie Polska, Węgry i Czechy (oraz Szwecja – ale to zupełnie inna bajka).
A jak w 2060 roku będziemy gotowi na przyjęcie euro… Wówczas może okazać się to już tylko mrzonką. Tak jak dzisiaj chcieli byśmy zostać 52. stanem Ameryki i przejść na dolary. Pamiętajmy, że o zgodzie na przyjęcie kolejnego państwa do strefy euro decydują państwa już należące do tej strefy.

Trzy kroki

Proponuję skupić się na trzech krokach zbliżających Polskę do euro. Pierwszy jest najważniejszy. To odbudowa zaufania Polek i Polaków do wspólnej waluty. Gdy rząd SLD-PSL negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, aż 60 proc. społeczeństwa popierało zamianę złotówek na euro. Później eurosceptycy wrzucili walutę euro do jednego worka wraz z innymi polskimi strachami. Imigrantami. Terrorystami. Gender. Twierdząc, że euro oznaczać musi niekontrolowany wzrost cen i zubożenie społeczeństwa. Co absolutnie nie znajduje potwierdzenia w twardych danych ekonomicznych. Na Słowacji, 3 miesiące po wprowadzeniu waluty euro, wzrost cen wyniósł 0,1 proc. W krajach bałtyckich wahał się w okolicach 1 proc. A obecnie 66 do 86 proc. obywateli tych państw jest zadowolonych z euro.
W Polsce rodzime „strachy” plus sytuacja w niektórych krajach strefy euro zrobiły swoje. Dzisiaj zamianę złotówek na euro popiera zaledwie 1/3 Polaków. Dlatego Sojusz Lewicy Demokratycznej w deklaracji europejskiej zaznaczył, że wprowadzenie waluty euro musi być powiązane z gwarancjami wzrostu płac. Temu między innymi ma służyć dążenie przyszłych europarlamentarzystów lewicy do wprowadzenia europejskiej płacy minimalnej.
Argumentów „za”, dotyczących milionów Polek i Polaków, jest wiele. Ot choćby radykalny spadek kosztów kredytów, również mieszkaniowych. Co do tego, ekonomiści są zgodni.
Drugim krokiem powinno być przystąpienie Polski do Europejskiego Mechanizmu Kursowego (ERM II). Dwuletnie uczestnictwo w ERM II państwa aspirującego do strefy euro jest jednym z czterech podstawowych kryteriów konwergencji, zwanymi też kryteriami z Maastricht. Dwa kryteria: stabilności cen, sytuacji fiskalnej – Polska spełnia. Jest też bliska spełnienia trzeciego – poziomu stóp procentowych. Trzeba pamiętać, że samo uczestnictwo w ERM II nie przesądza o terminie przyjęcia wspólnej waluty. Przykładem jest Dania. Jako jedyne państwo UE (poza Wielką Brytanią), Dania korzysta z klauzuli „opt out”, czyli zgody na bezterminowe pozostawanie poza strefą euro. A jednocześnie od kilku lat korona duńska jest poprzez ERM II powiązana z kursem euro.

Nareszcie

Dopiero po przekonaniu rodaków o słuszności rezygnacji ze złotówek na rzecz euro i odbyciu stażu w ERM II można próbować zrobić krok trzeci. To formalne wystąpienie z wnioskiem do państw Eurolandu oraz dokonanie zmiany polskiej Konstytucji. Zmiany wymaga art. 277, w którym prawo emisji pieniądza musi zostać przekazane z NBP na rzecz Europejskiego Banku Centralnego. Potrzeba głosów 307 posłanek i posłów. Niestety, żaden z sondaży nie daje cienia szansy, by taka większość znalazła się w Sejmie po jesiennych wyborach.
Jeśli opozycja zdoła odsunąć PiS od władzy i stworzyć własny rząd, rozpocznijmy realizację pierwszych dwóch kroków. Jeśli przekonamy większość Polek i Polaków, że euro jest konieczne zarówno dla rozwoju gospodarczego, jak i bezpieczeństwa Polski, w kolejnej kadencji będzie można podjąć starania o zbudowanie większości dla zmiany Konstytucji. To byłaby naprawdę dobra zmiana dla Polski. I jednocześnie zakończenie rozłożonego na lata procesu akcesyjnego do UE.

Nasze miejsce

„Z euro w kieszeni możemy razem z Francją i Niemcami tworzyć trzon decyzyjny w Unii Europejskiej. Tam jest nasze miejsce” – powiedział Marek Belka we wspomnianym wywiadzie dla Dziennika Gazeta Prawna. Te dwa zdania stanowią najlepszą odpowiedź lewicy na apel Kaczyńskiego.

 

Eurowirówka

Bez echa i głębszej refleksji przemknęła przez polskie media informacja, że oto państwa, członkowie Unii Europejskiej, zgodziły się na ostatnim szczycie swoich przywódców, na utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Zupełnie niezasłużenie, gdyż jest to jedna z najważniejszych decyzji politycznych Unii Europejskiej ostatnich dwóch dekad.

 

Wspólny budżet strefy euro jest niewątpliwie istotnym krokiem w kierunku dalszej integracji Starego Kontynentu. Wspólne wartości jako spoiwo UE okazały się nazbyt mało odporne na ataki mniej lub bardziej zakamuflowanych eurosceptyków, dlatego wiodące gospodarczo i polityczne państwa, zdecydowane kontynuować proces integracji, postanowiły uzupełnić to spoiwo szczególnie mocno wiążącym składnikiem – pieniądzem. Jeden budżet, a dalej jeden system podatkowy, i kto wie, jeden system ubezpieczeń społecznych – to może być nie tylko dla gospodarki bardzo sexy. Z doniesień z grudniowego szczytu przywódców państw Wspólnoty wynika, że przyjęto wersję „miękką” wprowadzania wspólnego dla strefy euro budżetu. Ministrowie finansów zostali zobowiązani do przyspieszenia prac nad budżetowym instrumentarium, tak, aby euro-budżet mógł stać się częścią wieloletniego planowania finansowego UE. Państwa członkowskie, które nie przyjęły europejskiej waluty będą współuczestniczyć w tworzeniu tego instrumentarium – prawdopodobnie na zasadach wypracowanych już dla uczestnictwa ministrów finansów tych państwa w spotkaniach ich kolegów ze strefy euro – prawdopodobnie z podobną, mocno ograniczoną, siłą decyzyjną.

Odrębnego budżetu strefy euro nie tworzy się dla „odfajkowania” na liście zadań do wykonania. Ten budżet ma swoje ważne zadania gospodarcze, polityczne i społeczne. Dlatego warto przyglądać się jego tworzeniu i ewolucji. Sprawa pierwsza: parlament. W klasycznej formule demokracji jednym z głównych zadań parlamentu jest właśnie zatwierdzanie budżetu i rozpatrywanie sprawozdania z jego wykonania. Ponieważ, przynajmniej w początkowej fazie, wspólny budżet ma być częścią wieloletnich ram finansowych UE, to Parlament Europejski będzie prawdopodobnie zatwierdzał jego projekt i udzielał absolutorium z jego realizacji. Ale czy można takie, sztuczne bądź co bądź z punktu widzenia podatnika strefy euro rozwiązanie uznać za trwałe? Jaka będzie sprawcza rola krajów spoza Eurolandu w tworzeniu jego budżetu? Kolejne pytanie: na jakiej podstawie udzielane będzie absolutorium? Innymi słowy kto będzie zewnętrznym, niezależnym audytorem wykonania tego budżetu, prezentującym parlamentowi swoją opinię? Europejski Trybunał Obrachunkowy? Jeżeli tak, to będzie on musiał przejść istotną modernizację wewnętrzną co najmniej powołując w swojej strukturze odrębną izbę dla realizacji tego celu.

Podstawowe jednak pytanie to to, jak wyodrębnienie budżetu krajów Euro wpłynie na sytuację w Europie. Niewątpliwie dotychczasowy Eurolandu zyska nowe, mocne polityczne znaczenie, wytworzy się jakiś nowy ośrodek polityczny, którego decyzje finansowe i gospodarcze przekładać się będą na politykę i stosunki społeczne w całej Unii. Nie wykluczone, że długofalowym efektem tego rozstrzygnięcia będzie przeniesienie centrum decyzyjnego poza Parlament Europejski i Radę. Parlament Europejski przekształcać się będzie w Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy Bis, a więc w strukturę o cechach dużego klubu dyskusyjnego. Euroland natomiast przyspieszy z reformami ekonomicznymi na swoim obszarze a pozostałe państwa, niczym w wirówce, przesuwane będą na coraz odleglejsze od tego centrum rejony, Europa dwóch prędkości stanie się faktem.

Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Zapowiedź realizacji projektu wspólnego budżetu strefy euro na porządku dziennym stawia w Polsce pytanie: co z naszym członkostwem w tej strefie? Straciliśmy dużo czasu odwlekając decyzję w tej sprawie ad calendas graecas. Dalej odwlekać nie można. Póki co tylko Robert Biedroń ogłosił, że opowiada się za jak najszybszym przyjęciem Euro w Polsce. A pozostałe partie? Żadna ze startujących partii, a tym bardziej zapowiadana proeuropejska, antypisowska koalicja, nie ucieknie przed jasną, jednoznaczną, wiarygodną odpowiedzią na to pytanie. I im wcześniej się to stanie – tym lepiej.

 

Tekst ukazał się na blogu Jacka Uczkiewicza „Wołania na puszczy”.