Neoliberalizm rodzi faszyzm

Poszukiwania winowajców odpowiedzialnych za wzrost znaczenia skrajnej prawicy trwają. W jednym z ostatnich artykułów Bartosz Migas oskarżył o to polską klasę średnią. Nie jest to pogląd nowy i dość często spotkamy się w Polsce z radykalną krytyką „średniaków”. Tyle, że redukowanie problemu prawicowej hegemonii do prymitywnie rozumianej kwestii klasowej to błąd i ślepa uliczka.

Nie tylko dlatego, że różne klasy mogą dysponować różnymi ideologiami, ale i z uwagi na to, że w Polsce klasa średnia w zasadzie nie istnieje. A neoliberalizm idzie w poprzek wszystkich klas społecznych.

W naukach społecznych klasa średnia tradycyjnie utożsamiana jest albo z wolnymi zawodami, albo identyfikowana przez stosunkowo wyższy przeciętny dochód, który powinien gwarantować jej stabilność. W obu wypadkach polska „klasa średnia” albo nie istnieje, albo jest wyraźnie spauperyzowana. W Polsce większość przedstawicieli wolnych zawodów to ludzie bez większych oszczędności, którzy żyją często gorzej i biedniej nawet od robotników wykwalifikowanych. Dość wspomnieć, że zgodnie z badaniami Polskiego Instytutu Ekonomicznego mediana dochodu rozporządzalnego netto przypadająca na pojedynczego członka gospodarstwa domowego z tzw. polskiej „klasy średniej” to tylko 2500 złotych.

Ujmując rzecz wprost: Polska i jej biedakapitalizm nie dorobiły się stabilnej klasy średniej. Członkami „klasy średniej” nie są ludzie, którzy nie mają żadnych oszczędności, żyją od wypłaty do wypłaty, a jedynym ich wyróżnikiem jest posiadane przez nich wyższe wykształcenie.

Polski system gospodarczy dzieli ludzi na biednych pracujących różnej skali oraz na różnego typu właścicieli i beneficjentów kapitalizmu. To nie Wielka Brytania lub Francja. Wspierający Platformę Obywatelską, czy Konfederację czynią więc tak głównie ze względu na uwarunkowania ideologiczne i polityczne, a nie z uwagi na swą utrwaloną pozycję klasową. Tymczasem głównym czynnikiem tworzącym i umacniającym skrajną prawicę jest totalna hegemonia neoliberalizmu, którą szczególnie umocnił w Polsce rząd Platformy Obywatelskiej. I dlatego też wyborcom KO jest dziś tak zaskakująco blisko do poglądów reprezentowanych przez Konfederację, a niektórzy politycy PO rozważają już przyszłe koalicje. Konfederacja żyje właśnie z tego, co wtłoczono społeczeństwu polskiemu do głów za czasów panowania polskich neoliberałów i jest jej politycznym dzieckiem. Pewna współpraca wydaje się więc być nieuchronna: zwłaszcza, że PO zatraciła już wszelki swój krytyczny wydźwięk i jej kadry okazały się zaskakująco słabe.

Gruntowna niechęć do państwa, ocenianie praw socjalnych jako bezprawnych roszczeń; nazywanie socjalizmem każdej aktywności ze strony państwa; wrogość do podnoszenia jakichkolwiek podatków; utożsamianie się z interesem najbogatszych; patrzenie i myślenie o sobie, jako o drobnym przedsiębiorcy będącym mikro-firmą; ślepa wiara w wolny rynek i homo oeconomicusa. To wszystko cechy ideowe wprowadzone i ugruntowane w Polsce przez Donalda Tuska oraz poprzedzających go neoliberalnych doktrynerów. Nic dziwnego, że wychowani na tych dogmatach ludzie widzą świat tak, jak widzi go Leszek Balcerowicz, Milton Friedman, czy (obecnie modniejszy wśród młodzieży) Sławomir Mentzen. Jednoczesny zwrot ku głębszej religijności i mocniejszemu konserwatyzmowi to kolejny efekt politycznych decyzji polskich „liberałów” – to oni umocnili w Polsce kościół katolicki, to oni wprowadzili kult Żołnierzy Wyklętych i wylansowali antykomunizm, a także to oni powstrzymywali przemiany obyczajowe, opowiadając się za regułami kreowanymi przez kler oraz kurię.

Próba analizy konfliktu politycznego w Polsce w oparciu o sam kontekst klasowy nie zda się na nic jeśli nie weźmiemy pod uwagę czynnika hegemonii kulturowej. Bo walka klas w III RP oznacza przede wszystkim kompletną dominację wartości burżuazyjnych we wszystkich polskich mediach. Czy to Trójka, TOK FM, czy TVP1… Kapitalizm JEST święty, a socjalizm JEST zły. „Spór” toczy się tylko o to, kto jest większym komuchem.

Tak jest praktycznie od trzydziestu lat. Dzięki pełnemu opanowaniu kultury nawet język protestu przyjmuje w Polsce zazwyczaj wartości kapitalistyczne i najczęściej atakowane jest państwo, które utożsamia się z socjalizmem. Sytuacji tej nie starała się zmienić nawet lewica, której politycy w zdecydowanej większości nauczyli się żyć na rzecz liberalnych mediów: wypełniają tym samym specyficzną niszę skandalistów obyczajowych, ale są też tępieni przy każdej poważniejszej próbie zaproponowania ekonomicznej alternatywy.

To, że w Polsce politycznie o praktycznie wszystkim decyduje prawicowa hegemonia ideologiczna wyraźnie wychodzi na jaw np. przy okazji ostatnich danych z Europejskiego Sondażu Społecznego[1]. Klasa średnia ma niejedno oblicze. W wielu państwach jest też buforem antykapitalistycznym. Identyfikowanie jej wyłącznie z prokapitalistycznymi postawami jest błędne: interesem samodzielnych średniaków w równym stopniu może być wspieranie bogatych i istniejącego porządku, jak też naciskanie na bogatych razem z biednymi, by nie została im odebrana ich część kapitalistycznego tortu. Klasa średnia (jeśli już mamy z nią do czynienia) zazwyczaj unika przy tym skrajnie neoliberalnych postaw: znaczna jej część to przecież beneficjenci budżetu: żyjący z podatków. Tymczasem w Polsce znaczna część społeczeństwa żyje w fałszywym przekonaniu, że są reprezentantami lub kandydatami do klasy właścicielskiej i że wszelkie bogactwo bierze się z marginalizacji wpływu państwa na gospodarkę. To kraj wyimaginowanych kapitalistów i właścicieli, którzy nimi nie są. Mamy tu do czynienia bardziej z klasami wyobrażonymi niż rzeczywistymi: właścicielami ad hoc są w Polsce prawie wszyscy i tylko część budżetówki, zorganizowanej klasy pracującej i twardy elektorat lewicy, część rolników oraz właściwi kapitaliści znają swe rzeczywiste położenie klasowe. Cała reszta (i zwłaszcza znaczna część ludzi pracy) poi się zaś z neoliberalnego wodopoju i walczy z państwem oraz podatkami, bo te właśnie byty w słowniku neoliberalnym utożsamiono z „socjalizmem”. To właśnie względny niedostatek i bieda stoją też u źródła dużej nieufności wobec mechanizmów pomocowych państwa. I w obecnej sytuacji, kiedy PiS posługuje się nieskutecznymi narzędziami socjalnymi, znaczna część społeczeństwa jeszcze bardziej traci zaufanie w stosunku do państwa i jego mechanizmów redystrybucyjnych.

Myślenie o ideologiach, jako o bezpośrednich rozwinięciach ekonomicznej pozycji klasowej jest w związku z tym błędne. Nawet sam Friedrich Hayek ubolewał, że znaczna część kapitalistów sprzeciwia się jego doktrynie i nie chce „państwa minimalnego”. Nie wszyscy właściciele są ze sobą zgodni. W przypadku poparcia dla neoliberalizmu kluczowe pozycje często zajmują właśnie drobni przedsiębiorcy. To oni – co zauważył zarówno Oskar Lange, jak i John Kenneth Galbraith – nie widzą większych zalet państwa, gdyż jako drobni właściciele bliżej z nim nie współpracują i nie czerpią zysków z giełdy, czy np. militarnej aktywności państwa. Wizja „zmowy wielkiego biznesu i państwa” przeciwko „nam, drobnym i uciskanym przedsiębiorcom” bierze swoje źródło właśnie tutaj. A czego nie ma w Polsce? Właśnie wielkiego biznesu, wielkiej giełdy, współpracującej z biznesem prężnej armii, czy polskich korporacji!

Za druzgocącą większość poglądów i stanowisk kapitalistycznych odpowiadają w Polsce reprezentanci drobnego biznesu, którzy w sposób naturalny stali się najczęstszymi reprezentantami i adresatami miejscowej neoliberalnej hegemonii – wyhodowanej przy ogromnej współpracy ze strony neoliberalnych partii.

Wielki biznes nie jest jednak wcale jakimś zakładnikiem państwa opiekuńczego i jego naturalnym obrońcą. Zdarza się, że popiera on współpracujące z nim państwo i jego polityki, ale gdy tylko widzi okazję, to również opowiada się za wolnorynkowymi reformami i wspiera demontaż funkcji opiekuńczych, które uprzednio wspierał tylko dlatego, że bał się zorganizowanego oporu ze strony bojowo nastawionej klasy pracującej. A gdzie jest opór klasy pracującej w Polsce? Poza nauczycielami i kilkoma innymi grupami zawodowymi zorganizowane protesty praktycznie w ogóle się nie pojwiają. Bardziej radykalne od starań milionów ludzi pracy protesty zorganizowała tu setka zradykalizowanych drobnych właścicieli. I zrobiła to właśnie dlatego, że czuje się w Polsce bardzo pewnie, i wzmacnia ją dominująca neoliberalna hegemonia.

Wrogami „biurokracji” i „biurokratycznej symbiozy” państwa z wielkim (zwłaszcza obcym) biznesem są przede wszystkim drobni właściciele. A ponieważ polski kapitalizm jest rozdrobniony i to oni stanowią większość klasy kapitalistycznej, to do nich należy też ostatnie słowo. Tymczasem krytyka kapitalizmu jest w Polsce tak silnie napiętnowana, że wręcz niemożliwa. Zanim jakąkolwiek winą obarczy się drobnych właścicieli lub polityków narzucających neoliberalizm to wcześniej oskarżone o triumf skrajnej prawicy zostaną wszelkie inne byty. Począwszy od klasy średniej, a skończywszy na „ciemnych” masach ludowych. W praktyce transklasowi wyznawcy neoliberalizmu patrzą na świat po prostu tak, jak zostali ukształtowani. Myślenie społeczne w kraju bez rewolucji i antysystemowych narracji jest myśleniem pochodzącym od państwowych wychowawców i edukatorów. A tymi byli i są neoliberałowie, i ich kapitalistyczni mocodawcy.

Dlaczego teraz drobni przedsiębiorcy protestują i to praktycznie jako pierwsi? Ponieważ to właśnie drobni właściciele żyją często z miesiąca na miesiąc i to ich pandemiczny kryzys dotyka zdecydowanie bardziej. Dlatego to ich (a nie najbogatszych) znajdziemy na czele protestów. Dekady intensywnej neoliberalnej propagandy uczyniły też z drobnych właścicieli najlepiej zintegrowaną klasę w sobie i dla siebie spośród wszystkich istniejących. Desperacja tych drobnych właścicieli jest też najważniejszym paliwem dla Konfederacji i całej skrajnej prawicy, która widzi świat dokładnie takim, jakim chcieliby go uczynić drobni przedsiębiorcy. Ta desperacja udziela się też pracownikom, którzy w Polsce sami na siebie patrzą, jak na drobnych, „samozatrudnionych” przedsiębiorców.

Utopia małomiasteczkowego świata małych firemek, wolnej konkurencji bez korporacji, monopoli i bez państwa to utopia drobnych właścicieli, którzy nie odnajdują się już w nowoczesnym, kapitalistycznym świecie dużych firm, silnych państw i coraz bardziej masowej produkcji. Z tego też względu walka z socjalizmem jest dla skrajnej prawicy i jej kapitalistycznego zaplecza faktycznie tym samym, co walka z dużym i silnym państwem. Zarówno jedno, jak i drugie może oznaczać zagładę dla świata drobnych firm – choć w praktyce to czuły socjalizm obszedłby się z nimi znacznie łagodniej niż bezwzględny korpokapitalizm, który triumfuje w tej chwili.

Aby mógł zatriumfować prawdziwy neoliberalizm należy cofnąć czas i przywrócić erę mikrowłasności. A tego nie da się zrobić bez uprzedniego rozprawienia się z globalizacją (Unią Europejską), obcymi korporacjami, czy postępem obyczajowym i wyzwoleniem kobiet. Neoliberalizm i konserwatyzm to małżeństwo konieczne, nie tylko z rozsądku.

Skrajnie prawicowa ideologia jest nierozerwalnie związana z doktryną neoliberalizmu. Jest tak dlatego, że wartości, które stoją za drobnym właścicielem stoją w sprzeczności z wartościami klasycznego liberalizmu. Nieprzypadkowo Mises twierdził, że współcześni liberałowie to tak naprawdę „umiarkowani socjaliści”. Dla ojców libertarianizmu i neoliberalizmu istnienie propaństwowych kapitalistów było prawdziwą zmorą. Ci teoretycy usiłowali tworzyć wizje globalnego ładu społecznego, natomiast większość reprezentantów wielkiego kapitału lekceważyła ich filozofię, ponieważ wielki kapitał zawsze współdziałał w porozumieniu z państwem. Libertarianizm po prostu nie zadziała też na skalę ponadnarodową, gdyż w skali globalnej królestwo małych firm oznacza same straty i niską wydajność. Polityką i rzeczywistym celem neoliberalizmu (nawet jeśli nie w pełni jawnym) jest więc zarówno demontaż państwa, jak i demontaż globalizacji oraz regres w wyśniony czas sprzed ery korporacji, monopoli i fuzji państwa z rynkiem.

Te ideowe tęsknoty za powrotem do starego porządku bardzo zgrabnie łączą się z podobnymi tęsknotami kleru i pragnieniem zerwania z dzieckiem globalizacji, czyli wszelkim postępem obyczajowym. Stąd te wszystkie dążenia do wzięcia zemsty na feministkach, gejach i innych, których globalizujący się kapitalizm wyzwolił minimalnie z dawnego, klaustrofobicznego i małomiasteczkowego ucisku. Z tego właśnie względu neoliberalizm nie jest tym samym, co liberalizm i zawarte w nim tendencje stoją w sprzeczności z dążeniami globalizacyjnymi. Utopia narodowego dobrobytu małych firemek może istnieć tylko na grobie zglobalizowanej rzeczywistości wielkich korporacji. Jeśli może istnieć międzynarodówka neoliberałów – to tylko pod postacią międzynarodówki nacjonalistów. Bo nawet jeśli wielki kapitał też jest neoliberalny, to jego neoliberalizm wyklucza dobrobyt neoliberalizmu drobnej własności – i dlatego te dwa kapitalistyczne obozy nigdy w pełni się ze sobą nie pogodzą.

Z dokładnie tych samych powodów dla narodowych neoliberałów wrogiem z automatu stają się też Żydzi, których od wieków (co podkreślali już Theodor W. Adorno i Max Horkheimer) utożsamia się z globalistycznym kapitałem finansowym. Czyli z tym kapitalizmem, który rozrywa „święte”, narodowe mikrowspólnoty, do których skrajna prawica chce przecież wrócić. Realizacja ideału kapitalizmu działającego wbrew postępowi wymaga uśmiercenia części kapitalistów-globalistów. Dlatego regresywny-narodowy kapitalizm w kryzysie w sposób nieuchronny wytwarza faszyzm. Będąc neoliberałem i jednocześnie wychwalając wolny rynek oraz cały kapitalizm nie da się otwarcie krytykować jakiejkolwiek z wersji kapitalizmu. To byłoby za trudne. Dużo łatwiej jest natomiast „hejtować” Żydów, środowiska LGBTQ, uchodźców i inne wybrane mniejszości, które w taki lub inny sposób obarcza się winą za zło globalizmu, zło korporokracji i zło odejścia od małomiasteczkowej idylli swojskich, drobnych właścicieli. Dla faszystów złem kapitalizmu są zawsze jacyś Inni. Nigdy kapitalizm.

W Polsce ideologia neoliberalna drobnych właścicieli trafiła zresztą na szczególnie podatny grunt. Mentalność drobnego właściciela połączyła się z antypaństwową mentalnością postszlachecką. W kraju gdzie 1) chłopskie pochodzenie społecznej większości jest absolutnie wyparte, 2) mieszczaństwo nigdy na dobre się nie rozwinęło (podobnie jak klasa średnia) i 3) proletariat został wyklęty razem z całym okresem Polski Ludowej; każdy miał się wpierw za potomka szlachty, potem za uciskanego przez komunę, a następnie za reprezentanta polskiej, narodowej przedsiębiorczości (jeśli biednego to z uwagi na złe państwo/podatki/postkomunę).

Czy istnieje w związku z tym pojedynczy, klasowy fundament, który sprzyja triumfowi neoliberalizmu i zwycięskiemu pochodowi skrajnej prawicy? Niespecjalnie. Sojusznikami takiej ideologii mogą być zarówno właściciele, pracownicy najemni, jak i nawet reprezentanci państwa. Wszystko to zależy od konkretnej, politycznej gry sił.

Triumf pinochetyzmu i różnych odmian faszyzmu zazwyczaj odbywał się też przy znacznym poparciu ze strony dużej części klasy pracującej. Nie oznacza to jednak, że istnieją jakieś wrodzone i wieczne predyspozycje. Po prostu konkretna walka klasowa i polityczna dzieje się w określonym momencie i jest – co wiemy dzięki Marksowi – historyczna. Jeśli więc żyjesz w kraju, gdzie reprezentanci zasadniczo każdej klasy społecznej byli karmieni neoliberalną doktryną przez ostatnie trzy dekady to spodziewaj się też, że większość członków każdej klasy po prostu tej propagandzie uwierzyła. Wylansowany przez polskich neoliberałów antykomunizm, antysocjalizm i głęboko zakorzeniony antybiurokratyzm predestynują społeczeństwo polskie do bycia użytecznym idiotą rzeczywistego, neoliberalnego konserwatyzmu i dalej – faszyzmu. To efekt całych lat starań i wysiłków, olbrzymich inwestycji: cenzurowania lewicowej myśli, usuwania krytycznych wobec kapitalizmu głosów, walki kolejnych rządów z uzwiązkowieniem, czy porozumienia z konserwatywnym kościołem.

Dla zwycięskiej walki z państwem, które w tym momencie stało się narzędziem Prawa i Sprawiedliwości, część z polskich neoliberałów jest też skłonna zgodzić się na rządy jeszcze bardziej skrajnej prawicy. Zwłaszcza, że Konfederacja to po prostu bardziej zradykalizowana Platforma Obywatelska. To w pewnym sensie bardziej konsekwentna wersja całego POPiSu, gdyż faktyczna próba realizacji utopii drobnych przedsiębiorców faktycznie wymagałaby głębszego zerwania z globalizacją i ostatecznego rozbratu z Unią Europejską. Narodowcy to po prostu prawicowi neoliberałowie, którzy pragną konsekwencji i nie idą już na żadne kompromisy z sąsiadami, czy resztkami odziedziczonej po Polsce Ludowej świadomości proletariackiej i propaństwowej.

Klasa średnia – gdyby tylko w Polsce istniała – mogłaby powstrzymać to szaleństwo, gdyż byłaby wytworem bardziej stabilnego państwa i w jej interesie byłoby utrzymanie równowagi między bogatymi i biednymi. To samo mogłaby też zrobić dobrze zorganizowana klasa pracująca, która wiedziałaby, że zdobycze socjalne to zdobycze będące owocem jej zwycięskich walk. Na ten moment te byty jednak nie istnieją. „Klasa średnia” jest spauperyzowana i zwyczajnie walczy o przetrwanie (bo jest częścią świata pracy), a większość spośród wszystkich pracowników wyhodowano natomiast w wierze, że właściciele, czyli pracoDAWCY wspaniałomyślnie dają i robią dla nich miejsca pracy wprost z niczego. Natomiast mentalność mikroprzedsiębiorcy upadającego pod ciężarem szkodliwych podatków, złego państwa i obcych sił stała się tożsamością i mentalnością nieomalże narodową.

I ten horyzont trzeba zmienić.

Generał Franco – fetysz polskiej prawicy

Przeglądając, choćby pobieżnie, teksty prawicowych publicystów bez trudu można zauważyć, jaka zagraniczna postać historyczna cieszy się wśród nich największym szacunkiem – to bez wątpienia generał Francisco Franco. Jego postać jak w soczewce skupia w sobie największe i najbardziej skrywane marzenia polskiej prawicy.

Biografii Franco nie trzeba nikomu przedstawiać. Obalił on zbrojnie demokratycznie wybrany rząd, pogrążył kraj w krwawej wojnie domowej,uczynił z własnej ojczyzny poligon doświadczalny dla hitlerowskiej machiny wojennej oraz przez prawie 40 lat stał na czele wojskowo – klerykalnego reżimu terroryzującego Hiszpanię. Jego zbrodnie kosztowały życie ok. 200 000 ludzi, przede wszystkim bezbronnych cywilów, mordowanych w trakcie wojny domowej i po jej zakończeniu. Zorganizowany aparat terroru gen. Franco i niczym nieograniczone okrucieństwo jego żołnierzy bez litości topiły każdą zdobywaną prowincję we krwi. Pozbawił wszelkich praw ludzi pracy i kobiety, a całe społeczeństwo poddał absolutnej władzy generalskiej junty i hierarchów Kościoła Katolickiego. Rany zadane przez dyktatora Hiszpanii nie zabliźniły się po dziś dzień.

Te wszystkie ,,osiągniecia” bardzo imponują polskiej prawicy.
Nie mówię tutaj bynajmniej o kibolskich marszach czy tajnych spotkaniach radykałów. Artykuły chwalące dyktatora pojawiają się bez skrępowania na łamach mediów, mających na prawicy rangę opiniotwórczych.
Inicjatorem ,mody na Franco było środowisko dziennikarzy tygodnika ,,Do Rzeczy”. Tamtejszy miesięcznik pseudohistoryczny już w 2014 r. uczynił generała okładkowym bohaterem jednego z numerów (10/2014), tytułując go mianem ,,pogromcy komuny”. W peanach na jego cześć przodował sam redaktor naczelny Piotr Zychowicz. Nazywa on wygraną lewicy w demokratycznych wyborach ,,największym zagrożeniem w historii Płw. Iberyjskiego. Znacznie poważniejszym niż podbój przez Rzymian, najazd Wizygotów, późniejsze panowanie Arabów czy inwazja Napoleona”. W jego mniemaniu generał ratował ojczyznę ,,przed pogrążeniem się w czerwonym bagnie. Chciał przywrócić w niej ład, harmonię i bezpieczeństwo” i ,,był jednym z największych mężów stanu swojej epoki”. Jego żołnierzy Zychowicz nazywa ,,heroicznymi obrońcami najbardziej chwalebnych europejskich wartości”.

Zbrodnie frankistów kwituje uwagą, że ,,spadły one głównie na ludzi zaangażowanych w czerwony aparat przemocy”. Za przykładem Zychowicza idą re(d)akcyjni koledzy. Maciej Rosalak w swoim tekście oburza się na ,,kłamliwą lewacką propagandę wymierzoną w generała” i w odpowiedzi serwuje czytelnikom własną litanię ,,zasług” Franco.

Miałyby być to: uchronienie kraju przed kolejną wojną domową (?), pacyfikacja lewicowej partyzantki i ,,obrona wiary”. Na koniec określa Hiszpanię pod rządami generała mianem ,,dobrze prosperującego i pojednanego wewnętrznie państwa”. Dla Tomasza Terlikowskiego Franco to ,,Zniesławiony bohater”, a Sławomir Cenckiewicz, członek kolegium IPN, Opublikował na Twitterze zdjęcie republikanów celujących do religijnej figurki wraz z opisem: ,,Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!”. Inny autorytet polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, pochwalił się zdjęciem z kawiarni w Tangerze, gdzie ,,w czasie swej afrykańskiej służby pijał poranną kawę gen Franco, wieczna mu chwała!”.

Jan Żaryn, który ostatnio na pocieszenie po przegranych wyborach do senatu otrzymał od PiS-u posadę arcykapłana kultu Dmowskiego i ONR-u, w wywiadzie dla ,,Rzeczpospolitej” otwarcie przyznaje się do swoich frankistowskich sympatii. O generale mówi, że ,,bronił cywilizacji chrześcijańskiej”, jego żołnierzy zaś nazywa ,,obrońcami najważniejszego i najdoskonalszego w Europie systemu ładu społecznego, budowanego na wartościach chrześcijańskich”. Nie ukrywa także, że ,,ma problem z nazywaniem ludzi generała Franco zbrodniarzami”, a większość oskarżeń wobec nich ,,ma charakter czysto ideologiczny i propagandowy”. Publicysta ,,Sieci”, Łukasz Adamski, idzie w swoich laudacjach na cześć Franco jeszcze dalej. Pisze: ,,fakty są takie, że Franco uratował Hiszpanię i prawdopodobnie Europę przed stalinowskim totalitaryzmem. Był (…) obrońcą tradycji i chrześcijańskiej cywilizacji” i nazywa generała ,,wybitnym mężem stanu i wizjonerem”.

Sprawa jest o wiele poważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Franco umarł, ale wizja narodowo – katolickiego autorytaryzmu ma się całkiem dobrze. Ta nieskrywana sympatia większej części polskiej prawicy obrazuje zagrożenie, które nazwał słoweński filozof Slavoj Žižek – wdzieranie się tzw. lekkiego faszyzmu do głównego nurtu debaty. Wyrażanie się z podziwem o Hitlerze czy Mussolinim ciągle jest nieakceptowane, dlatego prawica w swoich autorytarnych ciągotach ucieka się do promowania mniej znanych dyktatorów jak Franco, Salazar, Horthy czy Pinochet. Idealizując te postaci stara się oswoić ludzi z postulatami autorytarnymi i tym samym podkopać fundamenty naszej demokracji, które nie powinny podlegać dyskusji. Od chwalenia krwawych dyktatorów już bowiem tylko krok do wzięcia ich postulatów na swoje sztandary.

Przyglądając się nagłówkom tekstów o Franco rzuca się także w oczy powtarzalność sformułowań w stylu ,,pogromca”, ,,zbrojnie poskromił”, ,,zdeptał łeb lewicy” , ,,unicestwił” ,,rycerz” czy ,,krzyżowiec”. Jak widać, żeby zostać idolem prawicy nie trzeba przekonać do swoich poglądów większości społeczeństwa, tylko zbrojnie obalić legalny rząd oraz zdobyć władzę, topiąc kraj we krwi. Powinno to przypomnieć nam, że dla większości konserwatystów demokracja nie jest ani naturalna, ani pożądana. Funkcjonują w niej , jednak gdy tylko pojawi się szansa na prawicowe rządy autorytarne, z ochotą ruszając im służyć. Było tak w przypadku hiszpańskich konserwatystów, którzy po porażce wyborczej w 1936 roku tłumnie przyłączyli się do puczystów Franco oraz zasilili kadry jego biurokracji i aparatu terroru. Obecna służalczość prawicowych mediów wobec rządów PiS-u stanowi jedynie kolejne potwierdzenie tego faktu.

Czy grozi nam faszyzm XXI wieku?

W 1599 roku powołano do życia zupełnie nowego rodzaju przedsiębiorstwo, które zmieniło wymiar rodzącego się kapitalizmu i funkcjonowanie tego, co zwie się „wolnym rynkiem”. Nadano mu nazwę Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska.

Twórcy tego przedsięwzięcia zapewne nawet nie przewidywali, jaki mechanizm uruchamiają: to właśnie swobodny obrót udziałami w firmach (wtedy zastosowany po raz pierwszy) pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się kilka wieków później potężniejsze od państw. Korporacje nie wiedzą, co to jest społeczność, za nic mają poczucie moralności, dyktując ceny, pożerając konkurentów, przekupując polityków. Z wolności i praw człowieka czynią pośmiewisko, z ich humanistycznych wartości – karykaturę. A przy tym nieustannie znajdują obrońców, liberałów, którzy mogą mieć usta pełne słów uznania dla pracujących obywateli, wychwalać uczciwie prowadzone lokalne drobne biznesy, by w ostatecznym rozrachunku i tak bronić największych szkodników, czyli korporacyjnych molochów.
Cyklicznie powtarzające się gigantyczne kryzysy finansowe i gospodarcze krachy stały się istotą systemu światowego rynku. Przez stulecia kapitalizmu tylko nabierają niszczącej siły. Wszystkie apele, nieważne kto i dlaczego je formułował, o stworzenie łagodniejszej i bardziej ludzkiej postaci systemu były tylko chwilowymi, wymuszonymi siłą i realnym zagrożeniem, odstępstwami od normy. Dopóki ZSRR był globalnym mocarstwem autentycznie zagrażającym kapitalizmowi tak siłą oręża, jak ideologicznie i doktrynalnie, istniał straszak motywujący do budowania rozmaitych „państw dobrobytu”. Byle nie posypał się cały kapitalizm. Ale te czasy się skończyły.
Po kryzysie z 2008 r. już wiemy, że mega-banki, mega-korporacje i giganci sektora finansowego sprawują pełną kontrolę nad społeczeństwami we wszystkich częściach świata. Systematycznie sprowadzają je do zatomizowanych zbiorowisk konsumentów, wegetujących według schematu praca-rozrywka-sen, zajętych zapewnieniem sobie i swoim najbliższym podstawowych, egzystencjalnych potrzeb, a gdy zasobów jest nieco więcej – realizacją systematycznie podsycanych konsumpcyjnych dążeń.
Tylko diametralna zmiana modelu własności przedsiębiorstw, podejścia do samej esencji „prywatnej własności” i istoty rynku jako regulatora życia może oznaczać wyjście poza kapitalistyczne stosunki produkcji, przekształcenie stosunków społecznych. Wydawało się – tak w dobie kryzysu sprzed dekady, jak i teraz, że lewica, nie mając wiele do stracenia, głośno to wykrzyknie. Nie wykrzyknęła.
Nawet w obliczu pandemii koronawirusa i całkowitej – co widać – abdykacji systemu we wszystkich możliwych przestrzeniach, popiskuje o wspomożeniu biznesu, korporacji, tych „co dają pracę”.
Fatalnie widzę naszą przyszłość – nas, większości społeczeństwa, pracowników najemnych, bezrobotnych, emerytów – gdy brak nam reprezentacji. W dobrą wolę liberałów, którzy rządzą naszą doczesnością i świadomością nie wierzę w stopniu najmniejszym. Niby dlaczego rządzący nie mieliby, jako odpowiedź na gniew pozostawionego sam na sam z nędzą „ludu”, zabrać ludziom jeszcze praw obywatelskich? Niby co powstrzyma ich przed tym, by utrzymać na stałe te wszystkie obostrzenia i stany wyjątkowe-niewyjątkowe, zanim zaczną się masowe protesty, dzikie strajki i marsze głodowe? Faszyzm niegdyś doskonale współpracował z wielkim kapitałem i z Kościołem katolickim…
Powie ktoś, że to wykluczone z racji rudymentarnych kanonów liberalizmu. Wolność, sprawiedliwość, równy dostęp do edukacji, wolne sądy… Wszystko jest kwestią uzasadnień! W obrazkowo-medialnej demokracji wystarczy trochę się postarać, by przekonać zdezorientowanych ludzi, że muszą zrezygnować z tego, tego i tego, by zachować chociaż resztki dotychczasowego poziomu życia. Na osłodę można ich poszczuć na mniejszości czy uchodźców. Zasada kozła ofiarnego jest obecna we wszystkich ideologiach, doktrynach i religiach. Słynna dysputa w Valladolid między Sepulvedą i de las Casasem nad posiadaniem (lub nie) przez Indian duszy winna uświadomić, że w sferze kazuistyki prawnej i ideologicznego patosu nie ma rzeczy niemożliwych.
Przy upadającym poziomie życia, kurczeniu się klasy średniej będącej oparciem i podstawą liberalnej demokracji na Zachodzie hasła o białych Europejczykach, Aryjczykach, fortecy Europa z mizerną, ale jednak jakąś tam jakością życia, będą nabierać znaczenia. Im będzie on głębszy i bardziej wielowymiarowy, tym te slogany staną się bardziej chwytliwe. NSDAP w Niemczech poparli przede wszystkim nie robotnicy, co drobni posiadacze, rzemieślnicy, spauperyzowani inteligenci, nauczyciele.
Nacjo-liberalizm, ów nowy kostium znanego brunatnego zagrożenia (o czym pisze doskonale Umberto Eco w eseju „Wieczny faszyzm”), może realizować nadal liberalną koncepcję jednoczenia Europy. Bojaźń liberalnych elit Europy przed nadchodzącym nieubłaganie kryzysem może przerzucić ich myślenie w kierunku ostatniej idei, mogącej stanowić zaporę przed recydywą socjalizmu. Austerity zbankrutowało, ale czy to znaczy, że należy przestać traktować ludzi pracy w sposób bezwzględny? Nie. Oni, władcy świata, by na tym stracili.
Ale może odkurzony flirt elit liberalnych z nową wersją faszyzmu pozwoli im władać dalej?

Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Węgierscy nauczyciele nie chcą uczyć faszyzmu

Węgierscy nauczyciele zrzeszeni w Demokratycznym Związku Nauczycieli są oburzeni nową podstawą programową, która z rządowej inicjatywy właśnie jest wprowadzana do szkół. Nie chcą wychowywać uczniów na nacjonalistów i przekazywać im jednostronnego obrazu węgierskiej literatury i historii.

„Nie będę uczyć faszyzmu” – to hasło, pod którym wystosowano we wtorek protest dotyczący nowego obowiązkowego programu nauczania.
Demokratyczny Związek Nauczycieli (PDSZ) i inne organizacje pedagogów przekonują, że nie ma w nim cienia przesady. Ostrzegają, że ogłoszona w piątek podstawa programowa dla szkół podstawowych i średnich oznacza totalną ideologizację kształcenia. Szczególnie oburzeni są nauczyciele historii i literatury węgierskiej.
– Program zakłada nieustanne deklarowanie poglądów moralnych i ideologicznych – komentuje Gyorgy Fenyo, zastępca przewodniczącego Stowarzyszenia Nauczycieli Literatury. – Nie pozostawia swobody, wprost dyktuje, co trzeba myśleć.
Węgierscy nauczyciele i nauczycielki, którzy się na to nie godzą, umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia z hasłami protestacyjnymi i hasztagiem #noNAT.
Wśród 10 najwybitniejszych pisarzy węgierskich, których twórczość uczeń będzie musiał poznawać, nie znalazł się jedyny węgierski noblista z literatury Imre Kertesz, Ocalony z Zagłady, autor m.in. Losu utraconego, powieści opisującej jego własne doświadczenia z uwięzienia w Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldzie.
Na liście lektur są za to prace Ferenca Herczega, pisarza tworzącego w końcu XIX w. i w I poł. XX w., konserwatywnego działacza i miłośnika Benito Mussoliniego.
Rząd Viktora Orbana jest bardzo zadowolony z opracowanego programu. Minister zasobów ludzkich Miklos Kasler stwierdził, że jego rewizja była niezbędna, a nowa podstawa opiera się na wartościach węgierskich i europejskich.
Prace nad zmianami w wykazie obowiązkowych treści szkolnego nauczania trwały w Budapeszcie od 2017 r.
Pierwsza wersja nowej podstawy programowej była gotowa w sierpniu 2018 r., lecz rząd jej nie zaakceptował – jak informowały lokalne media, uznał program nauczania języka węgierskiego i historii za „niedostatecznie narodowy”.

Neoliberalizm i socjalszowinizm

Tuż przed ciszą wyborczą na lewicowo-liberalnym portalu Krytyka Polityczna pojawił się tekst Magdaleny Okraski „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”. Autorka deklaruje się jako marksistka, która „potrafi powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu”. A jednak chciała poprzeć (poparła?) ludzi, którzy na słowo „marksizm” dostają szału i niszczą wszystko, co się z nim kojarzy, z dużo większą intensywnością niż „liberalni” poprzednicy.

Popieranie PiS-u przez część lewicy to ostateczne stadium degeneracji myślenia reformistycznego (przynajmniej mam nadzieję, że niżej upaść nie można). Konserwatywna polityka socjalna nie wpisuje się nawet w socjaldemokratyczną redukcję nierówności społecznych. To zwykłe utwierdzanie neoliberalno-monopolistycznego kapitalizmu.

 Na szaro

Autorka tekstu przekonuje, że sytuacja pracowników w Polsce pod rządami PiS się poprawiła. Przytacza swoją historię: „Pracowałam na czarno, zarabiałam 1100 zł, a 600 zł płaciłam za wynajęcie pokoju, i to nie kilkanaście, lecz kilka lat temu. Bo pierwszą umowę o pracę (kwota na rękę 1298 zł) trzymałam w dłoniach w 2015 r., mając 34 lata”. Trudno zaprzeczać – świadectwo to niewesołe, wręcz dramatyczne i wiem, że nie odosobnione. Niemniej prawdą jest i to, że wiele osób dziś pracuje na czarno np. po to, by dostać świadczenie 500+. Znam też samotnie wychowującą dziecko matkę, która straciła to świadczenie po tym, jak poszła do pracy. Tak, płace wzrosły, ale śmieciowe zatrudnienie pozostało. Magdalena Okraska dostała w 2015 r. swoją pierwszą umowę o pracę. Ja pracowałem na umowach zlecenie już po tym, gdy Polska „powstała z kolan”. Kiedy prosiłem o umowę o pracę, zostałem zwolniony. Takie rzeczy dzieją się w publicznych instytucjach.

Państwo to PiS

Co na to państwo PiS-u? Skoro już przytaczamy dowody z własnego życia… Jako goniec z firmy zewnętrznej obsługiwałem oddział kardiologii. Jakiś czas po zwolnieniu zobaczyłem baner kandydata PiS, którym okazał się znany kardiolog z tego samego oddziału. Nie pamiętam, by wspierał pracowników z firm zewnętrznych (ani on, ani reszta personelu medycznego), chociaż jego partia tak chętnie deklaruje, że chce, by wszystkim Polakom żyło się dostatnio, że będzie redukować nierówności itp. Warunki pracy personelu zewnętrznego i za PiS-u, i za PO były katastrofalne. Nawet, kiedy cena „siły roboczej” poszła w górę.

Eksmisja+

„PiS nie rozwiązał wszystkich problemów pracowników, a w niektórych obszarach spiętrzył nowe (by wymienić chociażby nauczycieli czy pielęgniarki)” – przyznaje Okraska. Następnie jednak chwali polityków konserwatywnej prawicy za to, że „po prostu przyszli i zrobili to, co zapowiadali”, co miało zapewnić im trwałe poparcie. Przypomnę może, czego – oprócz obiecanej walki ze „śmieciówkami” – PiS jednak nie zrobił. Czy ktoś jeszcze pamięta takie postulaty jak opodatkowanie banków i „sklepów wielkopowierzchniowych”, hasła zahaczające wręcz o alterglobalizm? Jeszcze w 2015 narzekano na rządy PO-PSL, że przyczyniają się do wycinania drobnych przedsiębiorców, czyli podatników – dziś PiS nie ma problemu, by przyznawać ulgi podatkowe amerykańskim korporacjom. Można wręcz mówić o umacnianiu kapitalizmu monopolistycznego. Nie rozwiązano problemu mieszkaniowego – ceny idą w górę, deweloperzy zyskali więcej praw za sprawą programu Eksmisja+. Sytuacja lokatorów jest coraz gorsza. Gdzie dokręcanie śruby banksterom, które obiecywał Andrzej Duda? Jednocześnie zmniejszono dotację dla Państwowej Inspekcji Pracy. Czasem myślę, czy nie lepiej byłoby skończyć z tą fikcją i zlikwidować PIP, który i tak nie wiele może zdziałać? Taka polityka nie broni się nawet z perspektywy liberalno-reformistycznego trade-unionizmu czy bernsteinizmu.

Lewicowy neoliberalizm

Autorka rozlicza także, słusznie, neoliberalizm SLD sprzed lat. Tym bardziej dziwi mnie, dlaczego nie jest tak samo skłonna punktować neoliberalizmu ludzi z PiS i ich wcześniejszych działań, np. nawoływań do prywatyzacji ze strony samego Kaczyńskiego. Bo Kaczyński chwalił się później, że czytał Piketty’ego? Przecież PiS nie zaprowadził żadnej „rewolucji fiskalnej”, postulowanej przez autora „Kapitału w XXI wieku”. Bo 500+? Tak, świadczenie to podważyło neoliberalną ortodoksję i wspak-dyscyplinę budżetową. Zamknęło usta korwinistom i innym rynkowym fanatykom, przynajmniej na jakiś czas. Pobudziło konsumpcję i zredukowało zadłużanie się przez lichwę gospodarstw domowych. Przyczyniło się do wzrostu płac, zarazem jednak okazało się sprzyjać wzrostowi cen. Z pewnością nie mogło odegrać znaczącej roli w sprawach zasadniczych: nierówności społeczne trwają, państwo z tektury nie zmieniło swojego prowizorycznego charakteru. To, że polityka socjalna PiS wygląda korzystnie na tle innych rządów świadczy głównie o tym, jak beznadziejne były w tych sprawach inne rządy.

Straszak

PiS wygrywa właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że realizowało swoje obietnice od A do Z. Ma idealny straszak: powrót „liberałów” do władzy. Polityka PO upłynęła pod znakiem prywatyzacji i powszechnej nędzy, PiS zdołał się przedstawić jako antidotum na ten neoliberalizm i nadal udaje mu się sprzedawać taki wizerunek, chociaż argumentów podważających tę wizję przybywa z każdym dniem. Przypomnę jeszcze jedną historię: gdy neoliberalne PO postanowiło ratować ZUS likwidacją OFE, PiS nazwało to posunięcie „kradzieżą”, też w duchu neoliberalnym, bo przecież nie socjaldemokratycznym. Po zdobyciu władzy PiS uratowało prywatne emerytury.

Filantropia z budżetu

500+ i tym podobne formy filantropii państwowej to polityka spod znaku „damy wam pieniądze, tylko nie narzekajcie!”. Nie narzekajcie na kulawe instytucje publiczne, na brak pieniędzy na leczenie, na brak publicznych żłobków, które przecież są „reliktem komunizmu” jak stwierdził zmarły niedawno „miłośnik przyrody”, minister Szyszko. Nie widzę powodów, by bronić tego programu jak niepodległości: spełnił istotne potrzeby społeczeństwa i rozbudził jego aspiracje, ale w historycznej perspektywie może się też okazać, że nadał neoliberalizmowi „ludowy” charakter i przyczynić się do jego konserwacji. Podwyższenie świadczenia rodzinnego czy lepsze dofinansowanie instytucji publicznych nie dałoby tego efektu propagandowego.

„Wolny port”

Nie chcę nazywać PiS-u faszystami, bo pojęcie to jest dziś wręcz nadużywane i niewiele już wyjaśnia. A jednak… „Chcemy zrobić z Włoch wolny port dla międzynarodowego kapitału” – mawiał minister finansów faszystowskich Włoch, De Stefani. Nie przypomina to tekstów premiera Morawieckiego o specjalnej strefie ekonomicznej obejmującej całą Polskę? Po okresie liberalizacji gospodarki, faszystowskie Włochy tworzyły państwo socjalne, rzucając deskę ratunku kapitalizmowi, którego niesprawiedliwość budziła w całej Europie coraz większy sprzeciw. Polityka socjalna miała charakter prorodzinny i pronatalistyczny. Aby zwalczać we Włoszech nędzę, faszyści postawili na politykę kolonialną i militarystyczną. Obecna Polska to „wolny port” dla wojsk NATO i na zbrojenia nie szczędzi środków. Jak więc należy nazwać „marksistów” i socjaldemokratów ochoczo popierających PiS? Socjalszowinistami?

Kult fałszywej pamięci

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem.

Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”, z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście sposobu, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.
Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.
Fałszywa pamięć rezolucji
Rezolucja sformułowana jest tak, jakby w momencie podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow wojna nie była dawno przesądzona i zaplanowana przez Berlin, a Hitler nie mówił o niej, zanim nawet doszedł do władzy. Rezolucja ignoruje miejsce nazizmu w szerokiej fali faszyzmów, jakie zalały wtedy cały europejski kontynent, a tym bardziej o funkcji tychże w zarządzaniu ówczesnym kryzysem kapitalizmu, zapoczątkowanym krachem 1929. Rezolucja ignoruje miejsce nazistowskiej ekspansji terytorialnej i polityki wobec podbijanych społeczeństw w logicznym kontinuum ekspansji europejskich mocarstw kolonialnych, z Wielką Brytanią i Francją na czele. Rezolucja ignoruje fakt, że przez lata poprzedzające pakt Ribbentrop-Mołotow Stalin kanałami tajnej dyplomacji próbował przekonać Londyn i Paryż do powstrzymania Hitlera, zanim będzie za późno. Bezskutecznie. Wielka Brytania i Francja wolały wobec Hitlera iść na ustępstwa – najpierw pozwalając mu łamać ograniczenia zbrojeniowe narzucone na Niemcy po I wojnie światowej, potem pozwalając mu na Anschluss Austrii, na Sudety, na Czechosłowację. W tej sytuacji trudno się aż tak dziwić Stalinowi, że chciał kupić trochę czasu i stworzyć bufor wokół własnych granic. Przyznanie tych faktów nie oznacza, że rozgrzeszamy Stalina z jego cynizmu i jego zbrodni.
Rezolucja stanowi akt wulgarnego przepisywania historii. II wojna światowa jawi się w niej jako wojna liberalnej demokracji przeciwko nazizmowi i komunizmowi połączonymi w jednym froncie sił zła. Na pokonaniu tych równoznacznych sił zła ma się rzekomo opierać współczesny ład europejski i europejska tożsamość.
Jeśli nazizm i komunizm stały po tej samej stronie i były w gruncie rzeczy tym samym („totalitaryzmem”), to dlaczego to właśnie komuniści z całej Europy (i nie tylko) aktywnie walczyli przeciwko faszyzmowi jeszcze zanim II wojna światowa w ogóle wybuchła (w Hiszpanii)? Dlaczego o losach wojny zadecydowało starcie między tymi dwoma siłami w bitwie o Stalingrad? Dlaczego to radzieccy jeńcy wojenni byli przez hitlerowców traktowani najgorzej (umierali w niewoli kilka razy częściej niż jeńcy amerykańscy, francuscy czy brytyjscy)? Dlaczego komuniści odegrali tak ogromną rolę w ruchach oporu od Francji po Jugosławię? Dlaczego to Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz? Dlaczego to obywatele komunistycznego Związku Radzieckiego w walce z Hitlerem złożyli największą zbiorową ofiarę ze swojego życia (27 milionów istnień)? Dlaczego to komunistyczna Armia Czerwona odegrała główną rolę w pokonaniu Hitlera? Gdyby nie Związek Radziecki, III Rzesza wygrałaby wojnę. Tymczasem rezolucja wzywa nawet do likwidowania pomników komunizmu, a więc i Armii Czerwonej, najważniejszej siły, która pokonała III Rzeszę.
Powojenny ład świat czerpał swoją legitymizację z antyfaszyzmu. Zarówno cały ten ład, jak i poszczególni jego uczestnicy, nawet jeśli należeli, w powojniu i latach zimnej wojny, do przeciwnych obozów (zachodniego lub sowieckiego) fundowali swoją prawomocność na tym, że reprezentowali lub byli spadkobiercami sił, które pokonały faszyzm. Rezolucja PE chce położyć kres tej epoce. Dzisiaj źródłem tej legitymizacji ma być antykomunizm. Zrównywanie komunizmu z faszyzmem zawsze wymierzone jest tak naprawdę wyłącznie w komunizm, a nie w obydwa człony tego porównania. Jak to trafnie ujął historyk David Broder na łamach amerykańskiego „Jacobina”, nic nie świadczy o tym lepiej jak to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie krytykowałby Holokaustu, porównując go do życia w komunistycznej Polsce.
Milczenie polskiej lewicy
Jest to akt wulgarnego przepisywania historii w stylu znanym dotychczas raczej z działalności polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do Portugalii, Włoch, czy nawet Wielkiej Brytanii, gdzie przynajmniej lewicowe organizacje i media zabrały głos przeciwko tej rezolucji – polska lewica odpowiedziała na nią milczeniem.
Dotychczas jedną z linii argumentacji przyjmowanych przez polską lewicę w obronie tradycji marksistowskiej i komunistycznej, była ta, że są to prawomocne stanowiska w europejskiej debacie politycznej, intelektualnej, akademickiej. Rezolucja tymczasem w pewnym sensie uniwersalizuje na poziomie europejskim fałszujący historię obsesyjny antykomunizm, który wydawał się lokalną właściwością wschodnioeuropejskich prawic i jej instytucji. Polska lewica milczy być może dlatego, że została tym samym skonfrontowana ze swoim złudzeniem, że ratunkiem przed agresywnym prawicowym przepisywaniem historii mogą być odwołania do mitycznych „europejskich standardów”. Tymczasem europejskie standardy upodobniają się do wschodnioeuropejskich, europejskie instytucje uczą się wulgarnego antykomunizmu od instytucji w rodzaju IPN i od Orbana.
Rezolucja i przyszłość Europy
Nikt nie przepisuje historii, jeśli nie chce w ten sposób kształtować teraźniejszości i przyszłości. Dziś chodzi o to, by zdyskredytować i pozbawić legitymizacji nie tylko komunistów, którzy z wyjątkiem Portugalii nie mają obecnie żadnego wpływu na władzę w Europie, ale przez asocjację wszelkiej lewicy na lewo od starej, establiszmentowej socjaldemokracji, dawno zassanej przez neoliberalne „skrajne centrum”.
We wschodniej Europie lepiej niż gdziekolwiek indziej wiemy już dziś, że delegitymizowanie komunizmu i wszelkiej lewicy na lewo od skrajnego centrum oznacza zawsze przesuwanie całego spektrum politycznego coraz dalej w prawo oraz, z czasem, relatywizację bądź wręcz rehabilitację faszyzmu i innych form skrajnej prawicy. W 1989 roku Orban był liberałem, Kaczyński centrowym chadekiem, a o „żołnierzach wyklętych” nikt normalny nawet nie słyszał.
Rezolucja zrównująca komunizm z faszyzmem to sygnał nadchodzącego prawicowego dryfu Unii Europejskiej, która w obliczu panującego strukturalnego kryzysu kapitalizmu może wkrótce zacząć ewoluować w jednym z dwóch kierunków. Albo wspólnoty państw, która po prostu akceptuje, że coraz większa liczba jej państw członkowskich jest coraz bardziej autorytarna, populistycznie lub skrajnie prawicowa. Albo ponadnarodowego superpaństwa, które samo będzie w zawrotnym tempie przybierać postać coraz bardziej autorytarną i coraz bardziej antydemokratyczną, posuwającą się do kryminalizacji różnych form lewicowego działania a nawet myślenia.
Daleko posunięta tolerancja instytucji europejskich dla coraz bardziej autorytarnych posunięć rządów dużych państw „starej Unii” (systematyczna przemoc francuskiej policji wobec protestujących, bezterminowe przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych przez Hiszpanię, itd.) pokazuje, że ten proces już został puszczony w ruch. W obydwu tych scenariuszach ogromną rolę będzie odgrywała agresywna rusofobia, którą też zresztą zapowiada sama ta rezolucja. Rosja, ze swoim przywiązaniem do rozsianych po Europie pomników Armii Czerwonej i statusem legalnej spadkobierczyni Związku Radzieckiego, jest jednym z celów, w które wymierzone jest jej ostrze. Może nawet chodzić o powolne przygotowywanie mieszkańców Europy do myśli o wojnie z Rosją.
Polska lewica, nawet kiedy krytyczna wobec neoliberalnego charakteru Unii Europejskiej, zbyt mocno przywiązała się do myślowego schematu, który idzie mniej więcej tak: „ale przynajmniej jej standardy gwarantują zachowanie demokratycznych procedur i indywidualnych wolności”. Kierunek, który ta rezolucja wskazuje, zadaje kłam temu przekonaniu i wywołuje u „proeuropejskiej lewicy” dysonans poznawczy, którego nie jest ona w stanie – póki co – przepracować. Dlatego wybiera milczenie.

Księga Wyjścia (24)

Ballada o nadchodzącej wojnie

Jeszcze nie dawno wszystko wskazywało na to, że PiS po raz kolejny wygra wybory. Jednak ilość wyciekających afer odbiera pomału im tę przewagę, powoduje wkurzenie umiarkowanych sympatyków i wytrąca argumenty tym bardziej zagorzałym. Teraz pytanie, czy w razie przegranej oddadzą władzę w sposób demokratyczny, czy dojdzie do konstytucyjnej zmiany, czy też w obawie o własne tyłki doprowadzą do wojny domowej? I to nie werbalnej, nie zmasowanego trollingu, tylko zwykłej analogowej wojny na kije, noże, maczety, siekiery i karabiny. Wojny, w której ludzie będą się wzajemnie zabijać w imię jakiś bezwartościowych wartości, przeciwko ogarniającej kraj „zarazie”, jak to określił biskup Jędraszewski?
Skąd taka kasandryczna wizja? To prosty wniosek oparty na strachu przed odpowiedzialnością karną. O ile w 1989 doszło do pokojowej rewolucji, to obawiam się że w 2019 dojdzie do krwawego zakończenia „dobrej zmiany”. Przecież to oczywiste, że mając tak dużo na sumieniu, gdy część społeczeństwa pała rządzą postawienia ich przed sądami i Trybunałem, to będą się bronić bez względu na koszty. Choćby siłą. Między innymi właśnie po to są Wojska Obrony Terytorialnej i cichy pakt z kibolami. Mimo, iż obecna władza nie zrobiła nic gorszego od poprzednich, to po pierwsze obecni robili to nieudolnie, a po drugie samodzielnie i każdą decyzje można spersonalizować. Czyli dojść, kto za co odpowiada.
Już nie wystarczy wykręt, że wykonywałem rozkazy, bo niby kto te rozkazy wydawał? Zwykły poseł bez bunkra i kotem zamiast Ewy Braun. Można więc będzie personalnie pociągnąć do odpowiedzialności karnej poszczególnych ministrów. Tego nie da się już rozmyć. Na wojsko specjalnie liczyć nie mogą, chociaż mają już w większości własnych generałów, ale gdy powrócą odwołani, to ponownie obejmą dowództwo swoim autorytetem.
Powiecie – niemożliwe, w środku Europy w XXI wieku. Możliwe, nie minęło trzydzieści lat od początku wojen bałkańskich. Tam zapalnikiem były różnice etniczne, tu zapalnik będzie gorszy, bo perfidnie przygotowany szczuciem ludzi. Dotychczas byli spokojni o wygraną, jednak ilość afer już spokój ten burzy. Walka podjazdowa tak mocno pochłonęła obecną ekipę, że nawet nie dostrzegli, gdy czmychnęło im kilku, aresztowanych w świetle kamer i odpowiedniej oprawy medialnej, więźniów. Jednym z nich jest bohater książek znanego z przesadnej inspiracji Forsythem, Wojciech Sumliński (inspiracja to eufemizm plagiatu). Podważa to też jego teorię o współpracy tegoż człowieka ze służbami.
O kogo chodzi? Myślę że minister Ziobro dostanie kartkę świąteczną od dawnego specjalisty wizerunku i mowy ciała, doradcy Mariana Krzaklewskiego i kilku innych polityków. Bardzo lubimy naśladować Amerykanów, kopiujemy już prawie wszystko, ale po co zaraz Wojnę Secesyjną? Oczywiście, zamiast wyzwolenia niewolników, hasłem będzie utrzymanie wiary i wartości. Tak więc Warszawa ze swoją kartą LGBT przypomina wolną północ sprzed 1861 roku. Miasta i gminy przyjmujące uchwały o strefach wolnych od wyimaginowanego potwora jakim jest ideologia gender czy LGBT, są jak plantatorskie południe. Nie mamy Indian, żeby wszystko było jak w archetypie, ale jest kilku Hindusów, Romów i Ukraińców, których wszyscy chcą utopić we krwi. Czyli w razie przegranej robimy małą Amerykę. Tak wygląda polski sen.
Ci co przeżyją zorientują się, że nie było warto, ale będzie już za późno. Kiedy przegrana może nastąpić i kto najbardziej zagraża PiS-owi? Przede wszystkim mnogość wypływających afer, a politycznie myślę, że nie jest problemem ani Platforma, ani SLD. Odebrać głosy może im jedynie PSL, celują w ten sam elektorat, a wkurzeni sposobem sprawowania polityki wyborcy, bez zmiany poglądów mogą wymienić sobie partie, na taką o bardzo podobnym, konserwatywnym programie. Oczywiście, Kaczyński zaproponuje PSL-owi koalicyjny rząd, ale po pierwsze, czy Kosiniak-Kamysz się na to zdecyduje? A po drugie, jeśli nawet, to czy uchroni tym niektórych ministrów przed odpowiedzialnością karną? Wątpię, dlatego sądzę, że wizja wojny domowej wcale nie jest utopią.
Jest kilka rzeczy, za które jestem wdzięczny PiS-owi, oczywiście wszystkie transfery socjalne, ale najbardziej za to, że zwykli ludzie wreszcie mogli się przekonać, jak bardzo media potrafią kłamać. Widzą to nawet zajadli zwolennicy obecnej władzy, usprawiedliwiając kłamliwy przekaz wyższymi celami. Kiedy za rządów poprzednich ekip wszystkie stacje telewizyjne pokazywały i mówiły to samo, wszyscy wierzyli, bo to co było w TVP powtórzył TVN i Polsat. Wszelkie Amerykańskie agresje, w których tak chętnie Polacy brali udział, a chodziło jedynie o partykularne interesy USA, w największych krajowych mediach przedstawiano jako słuszną krucjatę i walkę z potworem. Niewielu wierzyło mi, gdy opowiadałem o bombardowaniach Belgradu, o tym jak naprawdę wyglądała Wojna o Kosowo, a nie wierzyli, bo telewizja nie pokazała jak rakieta trafiła w polską ambasadę, gdy zbombardowali szpital, to zaraz Colin Powell albo Condoleezza Rice powiedzieli, że w piwnicy siedział Milošević. W tym wszystkim jeszcze co chwilę pojawiał się ze swoim komentarzem Zbigniew Brzeziński, twierdząc że to wszystko wina Rosjan. A Brzeziński autorytetem wielkim był i niepodważalnym. Czyli wszystko było w porządku, szpital nie miał piwnicy, ale i tak siedział w niej Milošević, a że rakieta trafiła w polską ambasadę, to po to, by krwiożerczy Serbowie jej nie złupili. Nie było czego tam już łupić, nawet personel wyjechał, nie było potrzeby tłumaczenia się z tej pomyłki, bo i tak nikt o niej nie wiedział, podobnie jak o zbombardowaniu telewizji RTS, gdzie kilka minut po pierwszej w nocy rakieta zabiła szesnastu młodych ludzi. Zwykłych, technicznych pracowników stacji. RTS nie było pomyłką. O godzinie pierwszej w nocy miał się tam pojawić, na zaproszenie CNN i pod pretekstem rozmowy na żywo, jugosłowiański minister informacji Aleksandar Vučić ale się spóźnił co uratowało mu życie, pogrzebało jednak tych, którzy mieli ze strony technicznej obsługiwać kamery i przygotować studio. I tak program na żywo zamienił się w rzeź. Dziwnym trafem akurat tego wieczoru w budynku nie było zachodnich korespondentów. Zwykle przebywali tam tłumnie przez całą dobę nadając fejk niusy do swoich krajów. Bo tak naprawdę wszystkie przekazy stamtąd wrzuciłbym w jeden worek z napisem fake news.
Rozpędziłem się jak zwykle dygresją sprzed lat, a tu polityka i wojna za pasem. Bo jeśli przegra PiS, to jestem przekonany, że będą usiłowali taką wojnę sprowokować. Jedynie od zimnej krwi i mądrości następców zależy czy do niej dojdzie. Osobiście zagłosuję na Lewicę – chociaż to słowo jakoś nie pasuje mi do tych postaci – zagłosuję z jednego tylko powodu, bo ktoś dla mnie ważny o to mnie poprosił. Inaczej olałbym te wybory.
Zwolennicy SLD zachowują się zupełnie tak jak zwolennicy PiS-u – nie wolno krytykować. Jeśli krytykujesz, jesteś wrogiem. Co mam więc zrobić, jeśli nie podoba mi się ten układ? Gdzie Biedroń oszukał wyborców, a i tak dostał biorące miejsca w wyborach do Sejmu? Gdy widzę, że jedyną ambicją partii na R. są subwencje, a o mandaty zawalczy Czarzasty. Facet inteligentny i osobiście naprawdę go lubię, ale mijamy się w poglądach. Kiedy piszę o tym na Fb, gdy wytykam błędy tzw. Lewicy, zaraz zaczyna się hejt pt. „troll PiS-u”.
Nie, zagłosuję na to kuriozum– Wiosna SLD i Razem – zjem tę żabę, ale nie zamierzam porzucać krytyki. Podczas terapii nazywa się to informacją zwrotną, czyli coś, co widzą we mnie inni, a ja tego nie dostrzegam. Nie zawsze jest to miłe, ale nigdy nie nosi znamion zniszczenia człowieka, wręcz przeciwnie. Lustro zwykle kłamie i fajnie jeśli ktoś ma odwagę powiedzieć, że koszmarnie dzisiaj wyglądam, zamiast wmawiać mi, że wyglądam świetnie, a wychodząc do miasta robię z siebie zjawisko. Tego musimy się nauczyć, ale już chyba po wojnie. To tyle na dzisiaj. Cdn

Faszyzm po polsku

To było jednak za wcześnie, aby opinia Bratkowskiego spotkała się ze zrozumieniem. Pamiętam reakcję Jadwigi Staniszkis i jej odpowiedź na moje pytanie, czy zgadza się z Bratkowskim. Nie podzielała ani opinii Bratkowskiego, ani moich obaw, że on ma rację. Że mamy do czynienia z odradzaniem się faszystowskich symboli, faszystowskich treści, organizacji odwołujących się wprost do faszyzmu.
Minęło osiem lat. Przez wszystkie te lata narastały problemy z organizacjami odwołującymi się do treści narodowych, budującymi postawy nacjonalistyczne wśród swoich członków. W wyborach roku 2015 to z list Pawła Kukiza do Sejmu weszli posłowie – reprezentanci takich organizacji. Jak łatwo było przewidzieć – opuścili szeregi formacji Kukiza, mają własne koło poselskie. Są w formacji marszałka – seniora Kornela Morawieckiego, ojca obecnego premiera. Jeden z tych posłów został wiceministrem w jego rządzie. W wyborach do parlamentu europejskiego startowali już pod własnym znakiem, w wyborach na prezydenta Gdańska ich reprezentant też startował w wyborczym wyścigu.
Obecność polskich faszystów na krajowej scenie politycznej nie podlega dyskusji. Oni po prostu są tutaj i mają się dobrze. To jest prosty fakt, rzecz niepodlegająca dyskusji – musi to przyznać każdy, komu ideologiczne klapki na oczach nie odebrały zdolności do logicznego rozumowania i wyciągania poprawnych wniosków z oczywistych faktów.
Nie czas teraz na drobiazgowe omawianie zdarzeń medialnych takich jak ujawnienie różnych stowarzyszeń i organizacji odwołujących się wprost do niemieckiego nazizmu – najgorszej odmiany faszyzmu. Wszyscy widzieliśmy słynne uroczystości ku czci urodzin Adolfa Hitlera. Film o nich obejrzała cała Polska dzięki dziennikarzom telewizji TVN, nie służb specjalnych polskiego państwa — jak to być powinno.
Pamiętamy, jak wymiar sprawiedliwości sterowany przez polityka formacji rządzącej zabierał się do tej sprawy.
Pamiętamy, że prokuratura zamierzała postawić zarzut propagowania treści faszystowskich… dziennikarzowi. Widzimy do dziś, z jak „wielką sprawnością i zaangażowaniem” prokuratura prowadzi tę sprawę.
Pamiętamy, jak inni „bohaterowie”, w tym były ksiądz Międlar, publicznie dziękowali Zbigniewowi Ziobrze. Jak mimo upływu wielu miesięcy prokuratura nie postawiła zarzutów osobom wieszającym na szubienicach portrety europosłów z Platformy – podobno z powodu trudności w identyfikacji sprawców. Których cała Polska mogła zobaczyć na filmie.
Pamiętamy, jak prokurator prokuratury białostockiej odmówił wszczęcia dochodzenia wobec osób i organizacji posługujących się swastyką, uznając ją za starohinduski symbol słońca, jak wreszcie gesty klasycznego „hajlowania” prokurator potraktował jako… zamawianie piwa.
To tylko najprostsze przykłady z naszej politycznej rzeczywistości. Jest ich znacznie, znacznie więcej. Ale jako przykład – wystarczy.
A co w relacjach polskich faszystów z polskim kościołem katolickim?
Tu jeszcze lepiej. Kościół katolicki w Polsce, pretendujący do rządu dusz Polaków, wspiera i propaguje organizacje narodowców i kiboli nazywając je wprost emanacją polskiego ducha; a ich członków nazywa obrońcami wiary. Szczytowym wydarzeniem jest coroczna pielgrzymka tych organizacji i środowisk na Jasną Górę – do najważniejszego polskiego sanktuarium. To, co się dzieje na Jasnej Górze — przechodzi wszelkie wyobrażenia o całkowitym oderwaniu polskiego kleru od elementarnych wartości chrześcijańskich, od nauczania papieża Franciszka.
Ostatnie wydarzenia w Białymstoku, o których informacje poszły w świat i przyprawiły nam gębę fanatyków i faszystów — dowiodły wyraźnie: to, co tam się stało, jest prostą konsekwencją długotrwałych procesów odradzania się polskiego faszyzmu. To, co zaczęło od marszu z pochodniami prawie dziesięć lat temu — rośnie w siłę i ma się dobrze.
I niech nikt mi nie mówi, że polskich faszystów nie ma w Sejmie. To nieprawda, są i wiele wskazuje na to, że będzie ich więcej. Przy takim jak dziś klimacie politycznym, takiej ostrej walce politycznej — narodowcy i w ogóle ekstremiści wszelkiej maści są tam potrzebni.
Potrzebni oczywiście władzy, która rozpętuje nienawiść celowo — czy to do uchodźców, czy gejów i lesbijek. Potrzeba wroga zawsze pomaga wzmocnić poczucie więzi swoich, naszych, polskich patriotów co to dadzą odpór światowemu lewactwu i zachodniemu zepsuciu.
Przyglądając się, jak Jarosław Kaczyński reżyseruje kampanię wyborczą swojego ugrupowania, wiem jedno — nie będzie odwrotu, nie będzie odcięcia się od nacjonalistów i faszyzujących organizacji. To jest bowiem jego zaplecze, jego żołnierze. Polski kościół katolicki też nie odetnie się od ludzi, którzy z nienawiścią w sercu, bluzgami na ustach noszą koszulki z napisem „Armia Boga”.
Tak, to jest armia ich boga, boga władzy i mamony.
To im, w niedzielę po wydarzeniach sobotnich w Białymstoku dziękowali księża z ambon. To był prawdziwy obraz kościoła, a nie wymuszone polityczną kalkulacją słowne odcięcie się od wydarzeń. Jak można w ciągu kilku dni głosić tak diametralnie różne treści, jak nastąpiło w wypowiedziach białostockiego arcybiskupa? Przypomnę – przed marszem równości arcybiskup Białegostoku wprost wzywał, aby dać odpór zgorszeniu i lewactwu. Kibole i narodowcy po prostu posłuchali.
Lament niektórych duchownych nad obrazkami bicia i kopania leżących jest cichy i nie jest szczery. Szczere były słowa proboszczów, którzy w niedzielę w dzień po zajściach dziękowali obrońcom wiary.
I na koniec jeszcze jeden wątek. Początki tych złych zjawisk, odradzania się polskiego faszyzmu, moim zdaniem, biorą się z nieopanowania ruchu kibolskiego.
To, co było objawem profesjonalizacji działań kibiców piłkarskich: tworzenie organizacji kibiców poszczególnych drużyn, budowanie silnych więzi ze „swoim” klubem i jego zawodnikami — już bardzo dawno stało się patologią. Zrzeszenia kibiców zmieniły się w gangi kiboli – ludzi zdolnych do wszystkiego. Zdolnych do łamania prawa, do tworzenia mafijnych powiązań ze światem piłki. Piłki, w której dzisiaj roli głównej nie grają zawodnicy, a pieniądze. Duże, a nawet wielkie.
Odwołam się do własnej pamięci – jeszcze na początku lat 90, jako poseł na Sejm II kadencji, gdzieś w jakimś studiu radiowym czy telewizyjnym zaproponowałem, bazując na swoich wiadomościach o tym, co dzieje się w klubie kibiców Lechii Gdańsk, żeby uznać go (ten klub kibiców) za organizację przestępczą.
Ten — przyznaję, ostry postulat — opierałem na wiedzy o tym, jakimi metodami starsi członkowie klubu kibica Lechii werbowali młodzież, często dzieci. Były to lata, w których radia samochodowe były wyjmowane, nie montowane na stałe, jak jest to dziś. Kandydaci na członków klubu kibica otrzymywali proste zadanie – przynieś radio z tego i tego samochodu, a będziesz przyjęty. I to było skuteczne, dziecko przynosiło radio z kradzieży i zostawało członkiem klubu kibica Lechii Gdańsk. Gdy następowała „wsypa”, jako dziecko nie stawało przed sądem, a zdobycz zasilała kasę klubu.
To były początki przestępczej działalności kibiców piłkarskich. Teraz to inny świat, inne interesy, inne pieniądze. Większe. Wspólne jest tylko jedno — przestępczy charakter.
Pamiętam, jakie były reperkusje tej mojej oceny. Nie były przyjemne, ale przeżyłem. To już coś.
Stawiam tezę, że tam jest początek. To z tego ruchu, z tych środowisk rekrutują się ludzie potrzebujący poczucia wspólnoty, szukający wsparcia. Patriotyzm klubowy to prawdziwe poczucie więzi ze swoim klubem, myślenie o innych klubach jako o wrażych państwach. Wszyscy są wrogami — chyba że akurat zawarliśmy sojusz. Ale ten nigdy nie trwa długo, patrz sojusz najbardziej zwaśnionych klubów kibiców piłkarskich w dniach pogrzebu papieża Wojtyły – trwał chyba dwa tygodnie.
Nie da się zrobić porządku z jawnie faszyzującymi organizacjami bez wyprostowania sytuacji pozornie odległej od polityki: sytuacji w klubach kibiców piłki nożnej.
No to co, ktoś teraz powie Idziemy po was?
Powiedzieć — może i powie. Ale czy pójdzie?

Dlaczego nas biją

Polemika Piotra Nowaka z Piotrem Figlem, który analizując wydarzenia z Białegostoku. popełnia częsty na lewicy grzech ekonomizmu.

Tydzień temu grupa kiboli i nacjonalistów napadła na Marsz Równości w Białymstoku. Dwa dni temu nazi-grafficiarz skatował mojego przyjaciela Przemysława Witkowskiego. Tony ksenofobicznego gnoju wylewają anonimowe konta na Twitterze i Facebooku. Produkują setki komentarzy o takiej samej treści. Reagują natychmiast po wydarzeniu, narzucając społeczeństwu odpowiednią interpretację. Krzeszą iskrę gniewu i podsuwają zdania do jego werbalizacji. Przekaz reżimu jest następujący: lewacy i LGBT najpierw szargają świętości, atakują nasze dzieci, więc niech potem się nie dziwią, że porządni ludzie im się przeciwstawiają. Zresztą, sami na nas napadają. Np. powiedzą coś nieuprzejmego, albo nakleją coś na szybę w redakcji Gazety Polskiej. Zasłużyli.
Przenikliwy obserwator politycznej rzeczywistości Piotr Figiel w swoim tekście stawia tezę, że erupcja agresji, bicie ludzi i ogólna degeneracja, jaka objawiła nam się w Białymstoku to skutek procesów ekonomicznych, mających skutki społeczne. „Bieda, brak perspektyw, niewyobrażalnie niska dla mieszkańca stolicy jakość służby zdrowia i innych usług publicznych odciskają się piętnem na mieszkańcach Podlasia. Traumę spotęgowało rozbicie rodzin, spowodowane koniecznością emigracji za chlebem” – twierdzi, dodając, że walcząc z przemocą trzeba „wziąć pod uwagę cały kontekst i wszystkie czynniki. Inaczej walka nigdy skuteczną nie będzie”.
Figiel sam jednak sprowadza wszystko do jednego czynnika, popełniając grzech ekonomizmu. Polityka neoliberalna i jej skutek w postaci nierówności, upadku usług publicznych i poczucia osamotnienia wytwarza oczywiście poczucie niesprawiedliwości i gniewu. Jednak gniew ten może zostać uzbrojony w różne narracje sprzeciwu. Nienawiść do gejów, polowania na lewaków, plucie na równość społeczną i egalitarne wartości są efektem oddziaływania ideologicznych aparatów państwowych. Jeden z najzdolniejszych uczniów Marksa, Louis Althusser wyróżnił w tej kategorii następującej instytucje: kościoły, partie, związki zawodowe, rodziny, niektóre szkoły, większość gazet, placówek kulturalnych. Teraz możemy dorzucić do tego dwa niezwykle ważne narzędzia – media społecznościowe i telewizję publiczną.
Moment, w którym homofob skrzykuje się z innymi homofobami na bicie ludzi jest wypadkową bodźców informacyjnych, które wytwarzają w mózgownicach stan emocjonalnego wrzenia. Będąc w Białymstoku stałem twarzą w twarz z takimi ludźmi. Byli to mężczyźni z cechami osobowości autorytarnej, miłujący hierarchiczną wizję świata, konserwatywny porządek społeczny i pogardę dla słabości. „A jakby pedał twoje dziecko zgwałcił” – krzyczeli wymachując mi przed twarzą kończynami. Oni naprawdę wierzyli, że stają w obronie dzieci.
A teraz posłuchajmy Jarosława Kaczyńskiego: „To jest właśnie socjotechnika mająca zmienić człowieka. Co jest w jej centrum? Otóż w jej centrum jest bardzo wczesna seksualizacja dzieci. To jest nie do uwierzenia; ja sam póki nie przeczytałem, nie mogłem w to uwierzyć, ale to ma się zacząć w okresie 0-4, czyli od urodzenia do czwartego roku życia” – mówił prezes PiS w marcu br na konwencji regionalnej PiS w Jasionce pod Rzeszowem. Te słowa były powtarzane w Wiadomościach, Panoramie, Teleekspresie, Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Polskim Radiu i Radiu Maryja, a także przez niezliczonej ilość profili w social mediach przez kolejne dwa miesiące – aż do wyborów europarlamentarnych. To chyba najczęściej cytowana wypowiedź 2019 roku. Ale to jedynie promil ładunku propagandowego. Wyrwane z kontekstu wypowiedzi polityków opozycji i działaczy LGBT,w których domagali się wprowadzenia czy to karty LGBT (czytaj: seksualizacja), czy to prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe były również serwowane z ogromnym natężeniem. Oczywiście wraz z komentarzem narzucającym interpretacje – atakują nasze pociechy, nasz model rodziny, chcą zniszczyć nasz styl życia, depczą nasze wartości. Cel – pozbawienie odbiorcy wątpliwości – mamy do czynienia z wojną.
Czasy, w których władza posiadała swoje bojówki, używane do bicia i zastraszania przeciwników dawno odeszły już do lamusa. Również aparat państwowy nie może sobie pozwolić na bezpośrednie stosowanie przemocy wobec ideologicznych wrogów. Teraz instrumentem zadawania krzywdy jest informacja. Narzędziem natomiast – grupy społeczne jak kibole czy nacjonaliści, posiadające zdolność bojową i niewiele szarych komórek, co daje pewność, że nie połapią się, że są tylko pionkami.
To obecna władza i ideologiczne aparaty państwowe odpowiadają za dantejskie sceny na Marszu Równości, pobicie Przemysława Witkowskiego i kolejne akty agresji, które, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, będą mieć miejsce już wkrótce. Jedynym rozwiązaniem jest zniszczenie ideologicznych aparatów wroga i stworzenie swoich. Ale to już temat na osobny komentarz.

Do dobrych ludzi z Białegostoku (komentarz Piotra Figla)

Ten, kto zna realia życia na Podlasiu, doskonale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później brunatny Białystok pokaże Polsce i światu swoje prawdziwe oblicze: ksenofobiczne, pełne przemocy oraz braku szacunku do drugiego człowieka. Parada Równości była tylko pretekstem.
Nie jest moim celem linczowanie białostoczan, ale chcę Wami wstrząsnąć. Dobrzy ludzie, którzy jeszcze jesteście w tym mieście, nie bójcie się i zróbcie coś z żółto – czerwonym motłochem rządzącym ulicami stolicy Podlasia, zanim bandyci wejdą do Waszych domów!
Żeby zrozumieć tragiczne wydarzenia z minionej soboty, trzeba zdać sobie sprawę z kilku faktów. Przyjąć je z pokorą i żalem, ale ich nie odrzucać. Po pierwsze, lokalna społeczność nie wyciągnęła wniosków z pogromów i zbrodni, jakie na Podlasiu w czasie drugiej wojny światowej Polacy popełnili na swoich żydowskich sąsiadach. Jedwabne nie było incydentem, a miejsc jemu podobnych w regionie jest wiele. Poradzenie sobie z trudnym brzemieniem historii przerosło Polaków. Zamiast wyrażenia żalu, nosimy w sobie butne przekonanie o czystości i niewinności naszego narodu.
Próba rozbicia białostockiej Parady Równości miała w sobie wszystkie cechy pogromów. Była zaplanowana przez zorganizowaną grupę bandytów, do której spontanicznie przyłączali się postronni mieszkańcy, doszło do fizycznej agresji, którą poprzedziły słowa wsparcia lokalnych autorytetów: Kościoła oraz klubu piłkarskiego Jagiellonia. Kapłani, czy nam się to podoba, czy nie, są autorytetami dla większości mieszkańców Polski. W Białymstoku namawiali do fizycznej agresji – i to zarówno katoliccy, jak i prawosławni.
Bieda, brak perspektyw, niewyobrażalnie niska dla mieszkańca stolicy jakość służby zdrowia i innych usług publicznych odciskają się piętnem na mieszkańcach Podlasia. Traumę spotęgowało rozbicie rodzin, spowodowane koniecznością emigracji za chlebem. Lokalne życie przesycone jest nieustannym paranoicznym lękiem o pracę czy mieszkanie. Procesom wykluczenia społecznego, oprócz lęku, towarzyszą przemoc i agresja.Wykluczeniem nie należy przemocy usprawiedliwiać – ale jeśli się z tą przemocą walczy, to wypada wziąć pod uwagę cały kontekst i wszystkie czynniki. Inaczej walka nigdy skuteczną nie będzie.
Obawiam się jednak, że z przestrogi tej nikt nie wyciągnie właściwych wniosków. Kościół nawet nie myśli o przeprosinach za haniebne słowa. Prezydent Białegostoku potraktował sobotnie wydarzenia instrumentalnie w walce z polityczną konkurencją, a potem, 24 lipca, zwołał konferencję prasową… na stadionie, by ogłosić konkurs na jego nazwę. Prezes Jagiellonii Cezary Kulesza, zamiast potępić bandytów w klubowych koszulkach, cynicznie stwierdził, że klub nie może odpowiadać za każdy karygodny czyn popełniony przez osoby ubrane w jego barwy. Stowarzyszenia bojówkarzy Jagiellonii chwalą się, że Białystok i jego ulice są ich. A gdzie są porządni mieszkańcy tego miasta? Boją się wyjść z domów.
W tym świetle, organizowana przez szukającą tożsamości lewicę, demonstracja przeciw przemocy nic nie zmieni. Impuls do protestu powinien wyjść od Białostoczan. To Wy powinniście odrzucić strach, policzyć się na ulicach i zmienić brunatne oblicze tej ziemi.